FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
16 grudnia 1922 r. urodził się Józef Kohut, napastnik. Wisła Kraków miała szczęście do znakomitych napastników. Henryk Reyman był pierwszym piłkarzem, który strzelił w lidze 100 goli. Niewiele ustępował mu potem skutecznością Artur Woźniak. Po II wojnie światowej pierwsze skrzypce w ataku Białej Gwiazdy zaczął odgrywać ich następca – Józef Kohut, chłopak rodem z grodu pod Wawelem. W dodatku posiadł rekord, jakiego nie mieli w dorobku ci dwaj pozostali gracze ani żaden z innych napastników w lidze. W czasie okupacji z lubością podglądali go nawet Niemcy, którzy darzyli szacunkiem jego fantazje oraz waleczność. Nic zatem dziwnego że w pierwszych powojennych sezonach to on był czołowym strzelcem w kraju. Szczególnie zabłysnął w edycji rozgrywanej w 1948 roku. Dzięki temu jest do dziś ostatnim piłkarzem w historii, który przekroczył bariere 30 goli w jednym sezonie. Nikt od tego czasu nie zbliżył się do uzyskanej wówczas prze niego średniej goli na kolejke – 1,11. Z tamtej edycji pochodzi też jego wciąż niepobity rekord. Kohut jako jedyny w historii w 3 kolejnych meczach Ekstraklasy popisał się hattrickiem! Do dziś jest jedynym piłkarzem w historii ligi z takim wyczynem na koncie. Był zresztą wtedy w niespotykanym gazie. W pięciu sąsiadujących ze sobą kolejkach aż 4 razy popisał się hattrickiem, raz poprzestał zaś na dublecie. Nikt inny nie miał równej passy. Jest tez autorem jednego z najszybszych goli w historii ligi. Już w 12 sekundzie pokonał bramkarza Legii. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:0 a on uzyskał w nim hattricka. Ten strzelecki rezultat powtarzał jeszcze w dwóch następnych kolejkach rozgrywanych przy Reymonta po tym wydarzeniu. Indywidualne osiągnięcia z tamtych rozgrywek nie dały jednak wtedy Wiśle mistrzostwa. Biała Gwiazda przegrała bowiem baraż o końcową wygraną z Cracovią i została ze srebrnym medalem. Niepowodzenie powetowała sobie w dwóch kolejnych sezonach. Za każdym razem czołowa postacią tej drużyny był Kohut. W obu mistrzowskich edycjach notował na koncie dwucyfrówkę w strzelonych golach. Tytuł zdobył też w 1951 ale wskutek regulaminu było to oficjalnie tylko ,,mistrzostwo ligi”. Mistrzostwo Polski jako zdobywca Pucharu Polski zgarnął zaś Ruch Chorzów. Poza tym 2 razy został wicemistrzem Polski i 2 razy zdobył brąz. Na 9 rozegranych sezonów 7 razy kończył więc na podium. Indywidualnie jego dorobek wyniósł 81 goli w 125 meczach w Ekstraklasie. Średnia wyniosła zatem 0.65 gola na mecz. Kibiców ujmowała jego skuteczność ale też pełen fantazji styl gry oparty na ciągłych przyspieszeniach, szybkości niekonwencjonalnych rozwiązań. Tworzył znakomitą pare z Mieczysławem Graczem, dużo bardziej pracowitym od niego. Dlatego Gracza bardzo denerwowało że jego partner z ataku nie wraca się po piłke do linii środkowej. Z drugiej strony nie było w tych czasach bardziej lubianego piłkarza Wisły od Kohuta. Łatwość wyrabiania pozycji strzeleckich przysłaniała wszelkie wady. Dostrzegał to też trener Białej Gwiazdy – Josef Kuchynka. Jego zawodnik regularnie dawał mu pozasportowe powody do usuwania go ze składu. Zamiast skreślić towarzyskiego napastnika ordynował mu jednak treningi, w czasie których Kohut ćwiczył ubrany w podwójny sweter aby wypocić toksyny nagromadzone nocą… Może zresztą dzięki tym słabostkom, zdawał się kibicom bliższy niż pozostali zawodnicy. Imponował też walecznością, tak na boisku, jak i poza nim. Kiedyś wdał się nawet w bójke z oficerem Służby Bezpieczeństwa, co mogło przekreślić jego karierę. Sława uratowała go od większych konsekwencji. W reprezentacji Polski zagrał 11 razy i zdobył 4 gole. Dwukrotnie udało mu się wpisać na liste strzelców w starciach z Węgrami. W kadrze zadebiutował zaś zmieniając Kazimierza Górskiego w meczu zakończonym porażką 0:8 z Danią. Kariere piłkarską zakończył w 1953 r. Zmarł zaś niespełna 17 lat później. Wisła Kraków swego czasu organizowała memoriał jego imienia.
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@patataj
@Sensible
8
Epokowy turniej w dziejach Dumy Katalonii:
16 grudnia 2009 r. FC Barcelona pokonuje FC Atlante 3:1 w półfinale Klubowych Mistrzostw Świata rozgrywanych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Po 5 minutach meczu mistrz Ameryki Północnej prowadził po golu Rojasa, jednak w 35 minucie wyrównał Busquets. Po przerwie gole Messiego i Pedro zapewniły Blaugranie udział w wielkim finale. Gdyby ktoś chciał zobaczyć:
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
11
Debiuty legend:
16 grudnia 1990 r. Josep Guardiola OFICJALNIE zadebiutował w barwach Blaugrana meczem z Cadiz CF na Camp Nou w ramach 15 kolejki La Liga(de facto Pep zadebiutował już 1 maja 1989 r. wraz z Francesciem Vilanova i Jordim Roura, który strzelił 2 gole, w towarzyskim meczu z CD Banyoles wygranym 6:2). Guardiola miał szczęście ponieważ Amor pauzował za żółte kartki. Johan Cruyff dał mu od razu szanse w podstawowym składzie i nie omieszkał pochwalić go po meczu. ,,Zawsze należy być dumnym z pochwał, zwłaszcza jeżeli pochodzą od trenera. Jestem zadowolony ze swojej postawy, choć zawsze mógłbym zagrać lepiej. Byłem otoczony tyloma doskonałymi graczami, że trudno było zagrać źle w takim doborowym towarzystwie. Wszyscy mi pomagali i pozwoliło mi to dobrze wykonać swoją prace.’’– podsumował swój występ Pep. Guardiola zachował koszulke z debiutu ale mimo udanej gry był świadomy tego iż Amor wróci do składu w kolejnym meczu. ,,Czuję że od teraz będzie się ode mnie wymagać więcej na Mini Estadi(gdzie grywał w drużynie rezerw). Przeciwnicy będą mnie ostrzej atakować ale przyjmuje wyzwanie. Czuje że mogę być przydatny w pierwszym zespole’’- kontynuował Pep. Przypomnę tylko że mecz z Cadiz, Barça wygrała 2:0 a Pepito zagrał w nim pełne 90 minut. Jeszcze w owym sezonie Guardiola wystąpił w Primera Division trzykrotnie, natomiast od sezonu 1991/92 na stałe awansował do kadry Cruyffa. Jak widać ,,boski’’ Johan miał nosa i miał jaja zarazem aby dać zagrać Pepowi w meczu La Liga.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Sensible
8
Zapomniane, acz wspaniałe legendy polskiego futbolu:
15 grudnia 1937 r. w Chropaczowie urodził się Roman Lentner. Był pierwszym zawodnikiem, który dla Górnika rozegrał 200 spotkań. Fenomenalne uzdolniony, wyjątkowo szybki i świetnie wyszkolony skrzydłowy. Treningi zaczynał w klubie Czarni Chropaczów, do którego zapisał się kiedy miał 10 lat. Jako nastolatek wyjechał na kolonie do Karlina na Pomorzu. Dla rozrywki zorganizowano mecz pomiędzy kolonistami a miejscową drużyną, która występował w B-klasie. Nastolatkowie wygrali 17:0, a Lentner strzelił kilka goli. Działacze byli nim zachwyceni i szybko zadzwonili do domu, próbując przekonać rodziców, żeby chłopak mógł zostać. Zgodzili się i młody chłopak oprócz gry w piłkę pracował też w miejscowym PGR. W Karlinie spędził cztery lata i doszedł z zespołem do III ligi. Przez występy w reprezentacji LZS-ów województwa koszalińskiego dostrzegł go trener Michał Matyas. Szybko zaczął dostawać powołania na juniorskie zgrupowania a w 1956 r. wrócił na Śląsk. W meczu juniorów z Rumunią pokazał się z bardzo dobrej strony i zaciętą walkę o niego stoczył Górnik z Ruchem. W Górniku debiutował jeszcze jako junior. Znakomicie grał podczas tournée zespołu we Francji, dzięki czemu dostał szansę występu w słynnym meczu z ZSRR w Chorzowie. Jako skrzydłowy strzelił dla Górnika 87 goli w oficjalnych meczach a po jego podaniach dziesiątki bramek zdobywali jego koledzy. W 1960 r. pojechał z reprezentacją na igrzyska do Rzymu. Potrafił grać przeciwko silnym rywalom, w pamięci kibiców zapisały się jego dynamiczne rajdy bogate w efektowne dryblingi. W 1961 r. włoskie czasopismo zaliczyło go do szóstki najlepszych lewoskrzydłowych świata. Z Górnikiem ośmiokrotnie zdobył mistrzostwo Polski (1957, 1959, 1961, 1963, 1964, 1965, 1966 i 1967) i trzy razy puchar Polski (1965, 1968 i 1969). W 1969 r. był z zespołem na tournée w Ameryce Południowej. Podczas jednego z treningów złamał nogę. Złożono ją w kolumbijskim szpitalu, ale po powrocie do Polski okazało się, że zrobiono to źle i noga źle się zrosła. Chcieli mu ją łamać jeszcze raz, ale piłkarz się nie zgodził. Ból jednak stał się na tyle dokuczliwy, że nie potrafił biegać tak szybko jak wcześniej. Stracił swój największy atut i odszedł z Górnika. Trafił do Górnika Wesoła, ale tam sam wspominał, że to nie było już poważne granie i zakończył karierę. W Reprezentacji rozegrał 32 mecze, strzelając 7 goli.
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
10
Feliz cumpleaños panie Allanie!
15 grudnia 1952 r. urodził się Allan Simonsen. Duński napastnik przychodził do FC Barcelony w glorii i chwale po udanych latach spędzonych w Borussi Mönchengladbach. W RFN zdobył 3 mistrzostwa kraju i 2 puchary UEFA a indywidualnie wywalczył tytuł najlepszego europejskiego piłkarza 1977 r. Do Barçy trafił w miejsce Johana Neeskensa, gdyż w tamtych czasach w każdej drużynie mogło grać jednocześnie jedynie dwóch obcokrajowców. Filigranowy Duńczyk był świadomy odpowiedzialności, która na nim ciążyła: ,,Wiem jak ważny był Neeskens dla drużyny i jestem w stanie podjąć się wyzwania. Myślę że nie zawiodę kibiców. Chce być jednym z wielu i pomóc drużynie. Nie boję się ostrej gry rywali. Cruyff też był kryty bardzo krótko a w Barcelonie nie doznał poważnej kontuzji”. Simonsen miał racje w obu ostatnich aspektach. Prze 3 sezony w Blaugranie omijały go kontuzje, lecz brakowało jego indywidualnych popisów. 10 goli w sezonie nie było satysfakcjonującym wynikiem, jednakże Simonsen zapisał się na kartach historii klubu zdobywając gola w drugim zwycięskim finale Pucharu Zdobywców Pucharów na Camp Nou. Stał się w ten sposób pierwszym piłkarzem, który zdobywał gole w trzech finałach różnych pucharów europejskich. Duńczyk pożegnał się z Dumą Katalonii ze względu na transfer Diego Maradony. Zarząd zaproponował mu miejsce w klubie i ewentualną gre w przypadku kontuzji Argentyńczyka albo Niemca Schustera. Simonsen postanowił rozstać się z Barçą. W październiku 1982 r. sensacyjną oferte złożył mu Charlton Athletic, grający wówczas w drugiej lidze angielskiej. Wydawało się że Simonsen skusi się na propozycje Realu Madryt, Tottenhamu lub Sportingu Lizbona, jednak w końcu wybrał najsłabszą oferte pod względem sportowym. Charlton zapłacił ogromną jak na owe czasy kwotę 300 tys. funtów.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
7
Nie tylko dla sympatyków ,,Los Bosteros”:
14 grudnia 2003 r. CA Boca Juniors pokonało w rzutach karnych AC Milan w finale Pucharu Interkontynentalnego. Pirlo, Seedorf i Costacurta. To piłkarze, którzy nie strzelili rzutów karnych dla Milanu i Puchar Interkontynentalny(tak jak w 2000 r.) wywalczyła Boca Juniors. Po 120 minutach meczu w Jokohamie było 1:1, w karnych 3:1 dla Argentyńczyków. Milan przeważał niemal przez całe spotkanie, był blisko tego, by(jako pierwszy zespół na świecie) zdobyć to trofeum po raz czwarty. Poprzednio jako zdobywcy Pucharu Europy wygrywali rywalizację ze zdobywcami Copa Libertadores w 1969, '89 i '90 roku. Przegrywali w 1963, '93 i '94. W 24. minucie gola dla Włochów strzelił(z ośmiu metrów po bardzo dobrym podaniu Andrei Pirlo) Duńczyk Jon Dahl Tomasson. Wyrównanie padło pięć minut później - odbitą przez bramkarza Didę piłkę po uderzeniu Iarleya dobił pomocnik Matias Donnet. W kolejnej akcji Brazylijczyk Kaka z Milanu trafił piłką w poprzeczkę. W drugiej połowie doskonałych okazji dla Włochów nie wykorzystali Paolo Maldini i Kaka. Świetnie bronił Abbondanzieri. Tuż przed końcem rezerwowy argentyńskiej drużyny Carlos Tevez strzelił zaś tuż nad poprzeczką. W dogrywce Abbondanzieri kapitalnie wybronił strzał Andrija Szewczenki, a tuż przed końcem gola ze spalonego strzelił Filippo Inzaghi. Bramka nie została uznana. Milan, który w finale poprzedniej Ligi Mistrzów wygrał w karnych z Juventusem, w niedzielę gorzej wykonywał jedenastki niż Boca Juniors. Mistrz Argentyny wywalczył Puchar Interkontynentalny po raz trzeci. To także trzeci Puchar 54-letniego trenera zespołu z Buenos Aires Carlosa Bianchiego. Przed nim żaden szkoleniowiec tego nie dokonał. AC Milan - Boca Juniors 1:1 (1:1, 1:1) karne 1:3.
Gole: Tomasson (24.) / Donnet (29.)
Składy: AC Milan: Dida - Cafu, Costacurta, Pancaro, Maldini - Gattuso (102. Ambrosini), Pirlo, Seedorf, Kaka (78. Rui Costa) - Szewczenko, Tomasson (60. Inzaghi)
Boca: Abbondanzieri - Schiavi, Perea (73. Jerez), Burdisso, Rodriguez - Donnet, Cagna, Battaglia, Cascini - Schelotto (73. Tevez), Iarley Sędziował Walentin Iwanow (Rosja)
Pozdrawiam wszystkich ,,Xeneizes”
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@patataj
10
Po raz pierwszy i jak dotąd ostatni:
14 grudnia 1919 r. FC Barcelona pokonała na Camp del Carrer Indústria lokalnego rywala FC Internacional 2:1 w 6 kolejce mistrzostw Katalonii. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt że jednego z goli dla Blaugrany z rzutu karnego zdobył… Ricardo Zamora! Tak, tak, jeden z najlepszych bramkarzy w historii futbolu dokonał tego jako jedyny golkiper w historii Barçy. Swoją drogą bardzo jestem ciekaw jak by wyszedł taki rzut karny ter Stegenowi, który przecież dosyć dobrze gra nogami, nieprawdaż? W jednej z pierwszych rund Copa del Rey to myśle że można byłoby coś takiego zaryzykować przy sprzyjającym dla nas wyniku. Niemiec również mógłby przejść do historii, pytanie tylko czy będzie taka okazja i czy pozwoli na to Xavi?
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@patataj
@DaPidejpi
3
No kochani, 3:0 z Chorwacja to nawet by mi się nie przyśniło w najkolorowszych snach. Wprost niedowiary że aż tak gładko poszło. Co to się stało z drugą linią Chorwacji a zwłaszcza z defensywą? Zresztą to już nie ważne, najważniejsze że Albicelestes zagrają w finale! Jest atmosfera i jest moc w tej drużynie. Nie chce przeżywać drugi raz tego co się wydarzyło 13 lipca 2014 roku, to był dla mnie przykry cios. Argentyno! nie zawiedź mnie po raz drugi i daj mi te przyjemność cieszyć się z tobą z mistrzostwa.
0
@Janiama Bardzo chciałbym takiego wyniku jaki typujesz, jednak ja po 90 minutach typuje remis 0:0. Vamos Argentina!
0
W regulaminowym czasie gry postawiłem na remis, choć bardzo chciałbym aby Albicelestes rozstrzygneli to na własną korzyść. Ostatecznie typuje że to wszystko zakończy się rzutami karnymi a tego nie chce bo jak mawiają latynosi rzuty karne to taniec diabła! Jestem ciekaw jak wy typujecie dzisiejszy półfinał?
8
@FCBparasiempre
„Mamy dziś idealne warunki do gry” – niestety nie zawsze komentatorzy mogą zacząć transmisję właśnie takimi słowami. Wiele razy warunki pogodowe miały wpływ na przebieg spotkań, także tych najważniejszych. W większości przypadków sędziowie podejmowali słuszną decyzję. Są jednak wyjątki… W tym artykule chciałbym przedstawić sześć spotkań, na które wpływ miały śnieg, deszcz czy też mgła.
Stolica kwitnącej wiśni pod pokrywą śnieżną
Jeśli ktoś gra na co dzień w Portugalii i Urugwaju, to duży śnieg musi być dla niego szokiem. Tak też było 13 grudnia 1987, kiedy w finale Pucharu Interkontynentalnego zmierzyły się ze sobą FC Porto i Peñarol. Pierwsi byli triumfatorami Pucharu Europy, a drudzy Copa Libertadores. Do spotkania doszło na Stadionie Narodowym w Tokio. W bramce Smoków stał Józef Młynarczyk. Obie drużyny musiały walczyć nie tylko ze sobą, ale również z obfitymi opadami śniegu, których wynikiem była zabłocona murawa. Nie było jednak innego wyjścia, ponieważ sponsor tytularny Toyota Cup pod żadnym względem nie chciał zgodzić się na przełożenie tego meczu. ,,Niemożliwym było podążanie za wskazówkami trenera. musieliśmy więc grać instynktownie i z pasją. w miarę, jak było coraz chłodniej, mi robiło się coraz cieplej. przejąłem się tym wszystkim tak mocno, że zrobiło mi się wręcz gorąco. w tamtym zespole wszyscy byliśmy braćmi, którzy trzymali się razem i mieli gorące serca” – wspominał napastnik porto i bohater tamtego spotkania Rabah Madjer. Młynarczyk relacjonował, że boisko było pokryte przez dziesięciocentymetrową warstwą śniegu (odsyłamy do artykułu, w którym przeczytacie więcej na temat sukcesów Porto, a także konkretnej wypowiedzi Młynarczyka na temat tego spotkania). Piłkarze niemal cały czas się ślizgali. Widoczność była mocno ograniczona, a piłka odbijała się od murawy w bardzo nienaturalny sposób. Co może mocno zaskakiwać, z trybun to śnieżne widowisko oglądało (lub przynajmniej próbowało oglądać) ponad 45 tysięcy osób. Chociaż obie jedenastki mocno pragnęły, żeby mecz zakończył się po 90 minutach, to utrzymywał się wynik 1:1 i potrzebna była dogrywka. ,,byłem zmuszony dość często interweniować, często kłaść się w błoto. było mi potwornie zimno. zwykle w takich sytuacjach nikt nie schodzi do szatni ale tym razem sędzia(sam zresztą zmarznięty) pozwolił na zmianę strojów i ogrzanie się w szatni”– powiedział Młynarczyk w odniesieniu do pierwszej połowy i momentu kiedy arbiter zarządził dogrywkę. Decydujący moment meczu miał miejsce w 109. minucie. Na strzał z ponad 30 metrów zdecydował się Madjer. W śnieżnej zamieci piłka przeleciała nad bramkarzem Eduardo Pereirą Martinezem. Potem zatrzymała się na śniegu i długo toczyła, zanim ostatecznie przekroczyła linię bramkową. Strzelec stwierdził, że w tym momencie czas się dla niego zatrzymał. Podobne zdanie miał Młynarczyk, który przyznał, że mało im serca nie stanęły, bo zatrzymała się na śniegu, tuż za linią. Drużyna Smoków wraz z polskim bramkarzem sięgnęła po tytuł klubowych mistrzów świata.
Stara Dama zakopana w tureckim błocie
Inna „śnieżna zamieć” miała miejsce w Stambule. Ostatnia kolejka fazy grupowej Ligi Mistrzów sezonu 2013/2014 – do Turcji na mecz z Galatasaray przyleciał Juventus. Włochom do awansu wystarczał remis. Turcy musieli koniecznie wygrać. Mecz został przerwany po 30 minutach przez gwałtowne opady śniegu. Arbiter główny szybko zorientował się, że warunki atmosferyczne będą nie do pokonania. Podjęto decyzję, że drużyny pojawią się na murawie kolejnego dnia. Boisko było jednak nadal w opłakanym stanie i nie nadawało się do gry. UEFA nie mogła jednak pozwolić na inny termin, ponieważ wtedy konieczne byłoby przesunięcie losowania par kolejnej fazy rozgrywek. ,,Oczywiście staraliśmy się, aby spotkanie zostało przełożone, więc próbowaliśmy się spotkać wcześniej z delegatem UEFA. nikt nie chciał nas jednak słuchać. Roberto Mancini powiedział, że warunki do gry były niebezpiecznie i również tak uważałem” – powiedział po meczu ówczesny trener mistrza Włoch, Antonio Conte. Błoto zatrzymywało piłkę, która odbijała się w nienaturalny sposób. Juventus skupił się więc na defensywie. Tak, żeby dowieźć do końca remis dający awans. Jednak w końcówce spotkania o wszystkim zadecydował Wesley Sneijder. Holender pokonał Buffona i wywalczył tym samym awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów. ,,Oczywiście nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, w której o wszystkim decyduje ostatnia seria spotkań. jestem pewien, że gdyby boisko było w przyzwoitym stanie, to zagralibyśmy naszą piłkę. nie mogliśmy przewidzieć takich okoliczności, więc uważam, że nasze odpadnięcie jest niesprawiedliwe. trzeba też jednak przyznać, że sami utrudniliśmy sobie życie” – kontynuował Conte. ,,W przerwie było już za późno. Juventus zgodził się na grę lub przynajmniej nie mówili nic innego. zgadzam się z Conte, że gra była niemożliwa dla obydwu drużyn. zaczęła się więc loteria. potem gra była otwarta i byliśmy bardziej agresywni. zasłużyliśmy więc na zwycięstwo. nasza postawa na pewno wynikała z tego, że po prostu musieliśmy to wygrać” – podsumował coach Galatasaray, czyli Roberto Mancini.
Utopione polskie marzenia
Pora na najpopularniejsze spotkanie w fatalnych warunkach. Przynajmniej dla Polaków. Jeśli deszcz, to skojarzenie jest jedno – „mecz na wodzie” z mundialu 1974. Tę historię znają niemal wszyscy kibice polskiej piłki. 3 lipca na Waldstadion we Frankfurcie nad Menem Polacy zmierzyli się z gospodarzami turnieju RFN. Było to ostatnie spotkanie drugiej rundy fazy grupowej, które decydowało o tym, kto zagra w finale turnieju. Podopieczni Kazimierza Górskiego musieli koniecznie wygrać, natomiast rywalom do gry o złoto wystarczał remis. Przed samym spotkaniem rozpętała się ogromna ulewa. Chociaż służby porządkowe robiły, co mogły, to nie były w stanie doprowadzić murawy do normalnego stanu. Gra Polaków na tamtym mundialu opierała się głównie na szybkości. Ani Grzegorz Lato, ani Robert Gadocha nie byli w stanie rozpędzić się w tak trudnych warunkach. Piłka co chwilę stawała w miejscu, co oznaczało, że było dużo łatwiej się bronić niż atakować. Polska musiała jednak wygrać… ,,W normalnych warunkach atmosferycznych prawdopodobnie nie mielibyśmy szans” – powiedział lider niemieckiej obrony, Franz Beckenbauer. Ostatecznie za sprawą Gerda Mullera gospodarze zwyciężyli 1:0 i zameldowali się w finale, gdzie pokonali później Holendrów. Orły Górskiego zdobyły z kolei srebrne medale, pokonując w meczu o trzecie miejsce Brazylię. ,,Ciężko czasem było przesunąć piłkę o pół metra, bo stawała na wodzie. musiała być podawana górą, nie można było grać dołem, a jednocześnie ciężko było ją z tej wody wydobyć” – wspominał Andrzej Strejlau.
Jeden poślizg od pucharu
W mocnym deszczu odbył się także finał Ligi Mistrzów w 2008 roku. Na rosyjskich Łużnikach zmierzyły się ze sobą Chelsea i Manchester United. Po 90 minutach gry było 1:1. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia i potrzebne były rzuty karne. Chociaż piłkarze byli już mocno przemoknięci, to do tamtego momentu deszcz nie odgrywał decydującej roli. Wszystko zmieniło się jednak przed ostatnia serią jedenastek. Nani doprowadził do wyniku 4:4, ale decydujący o wszystkim strzał należał do Johna Terry’ego. Anglik poślizgnął się i trafił w słupek. Śliska murawa przedłużyła więc szansę podopiecznych Fergusona. Później spudłował też Anelka, a Manchester United sięgnął po swój trzeci tytuł najlepszej drużyny Europy. Terry długo nie mógł dojść do siebie po całym wydarzeniu. ,,Zdecydowanie to się nigdy nie skończy. wciąż budzę się w nocy i mam to przed oczami. gówniane uczucie. na pewno z biegiem czasu to złagodniało, ale wciąż jest kilka takich dni w roku, kiedy się budzę i słyszę huk. to cały czas siedzi w mojej głowie i nigdy nie odejdzie, czuję się wtedy wypatroszony” – wspominał John Terry. ,,Kiedy mecz dobiegł końca, wśród wielu emocji pamiętam deszcz. był on ciężki i nieubłagany. czekaliśmy pięć lub dziesięć minut, zanim poszliśmy po nasze medale. cała gra była dużo trudniejsza. wspomnieniem, które zostanie ze mną na całe życie było wchodzenie po schodach. było ich 91 lub 94, a po drodze ludzie mówili nam „brawo” – mówi inny uczestnik moskiewskiego finału, Michael Essien.
Piętnastu na jedenastu
Skoro były już śnieg i deszcz, to została nam tylko mgła. Co prawda spotkanie pomiędzy Arsenalem i Dynamo Moskwa z 1945 miało jedynie charakter towarzyski, ale warunki atmosferyczne sprawiły, że zostało zapamiętane na bardzo długo. Zapraszając rosyjski zespół do Londynu, Anglicy mieli nadzieję na ocieplenie relacji panujących pomiędzy tymi krajami. Chociaż na trybunach White Hart Line stawiło się ponad 50 tysięcy kibiców, to nie mogli oni prawie niczego zobaczyć przez panującą mgłę. Piłkarze wielokrotnie namawiali sędziego, żeby zawiesił mecz, ale ten pozostawał nieugięty. To, co się działo na boisku spokojnie można wrzucić do kategorii „piłkarskich jaj”. Zespoły postanowiły nie przestrzegać absolutnie żadnych reguł. Dynamo Moskwa chciało przeprowadzić zmiany, ale piłkarze, którzy mieli opuścić murawę – ostatecznie na niej pozostali. Według niektórych świadków rosyjska drużyna miała w pewnym momencie na boisku 15 zawodników. Dopiero po 20 minutach sędziowie zdecydowali się przerwać mecz i przeliczyć liczbę piłkarzy. Jeden z Kanonierów został ukarany czerwoną kartka, ale dzięki panującej pogodzie wrócił na boisko i zagrał resztę spotkania. Skutki mgły odczuł bardzo boleśnie bramkarz Arsenalu, który wpadł na słupek swojej bramki. Źródła podają, że jego miejsce zajął jeden z kibiców, który wytrwał do końca meczu.
Jak bramkarz we mgle
Podobna mgła panowała w spotkaniu pomiędzy Chelsea a Charltonem, które zostało rozegrane w 1937 roku. Z powodu tragicznej widoczności sędzia przerwał i następnie wznowił spotkanie. Kiedy piłkarze oraz kibice nie mogli już dojrzeć absolutnie niczego, arbiter przerwał ostatecznie mecz po 61 minutach gry przy wyniku 1:1. Prawie wszyscy udali się do szatni. Dlaczego prawie? Z powodu gęstej mgły na murawie pozostał… bramkarz Charltonu, Sam Bartram. Golkiper zakładał, że spotkanie może trwać nadal. W swoich wspomnieniach przyznał nawet, że skoro nie widział żadnych rywali blisko siebie, to prawdopodobnie jego koledzy musieli osiągnąć zdecydowaną przewagę i po prostu nie dopuszczają przeciwnika do własnej bramki. ,,Po dłuższej chwili z zasłony mgły wyłoniła się przede mną postać policjanta. spojrzał on na mnie z niedowierzaniem i zapytał co tutaj do licha jeszcze robię? powiedział mi, że gra zatrzymała się 15 minut temu, a boisko jest kompletnie puste. kiedy po omacku dotarłem do szatni, to reszta ekipy kończyła już prysznic. wywołałem u kolegów lawinę śmiechu” – wspominał Bartram. określenie „dziecko we mgle” pasowało więc do bramkarza Charltonu dosłownie i w przenośni.
Sytuacji, w których warunki pogodowe miały wpływ na przebieg ważnych meczów jest oczywiście dużo więcej, ale nie jest możliwe opisanie ich wszystkich w jednym artykule. Pogoda czyni mecze dużo ciekawszymi. Cieszyć się tym mogą jednak jedynie kibice siedzący przed telewizorami. Piłkarze są wtedy bardziej narażeni na kontuzje, a gra zamienia się w loterię. Z powodu warunków atmosferycznych cierpią również widzowie zgromadzeni na stadionie. Miejmy nadzieję, że sędziowie będą podejmować w przyszłości same słuszne decyzje i nie dojdzie do takich kuriozalnych spotkań, chociaż z drugiej strony… wtedy ten artykuł by nie powstał.
5
Czasem słońce, czasem deszcz a czasem…. (w odpowiedzi na mój komentarz):
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Symson
10
@FCBparasiempre
W 1930 roku odbyły się pierwsze mistrzostwa świata w piłce nożnej. Z każdą kolejną edycją, mistrzostwa zyskiwały na popularności i znaczeniu. Mijały jednak kolejne lata, a światowy czempionat był jedynym prestiżowym turniejem, gdzie rywalizować mogli najlepsi gracze z całego świata. Pomysł bohatera dzisiejszego tekstu wprowadził sporo ożywienia do skostniałego terminarza piłkarskiego. Gabriel Hanot w końcu postanowił zatroszczyć się o kluby. Tak oto powstał Puchar Europy, przekształcony później w Ligę Mistrzów.
Francuza zainspirował mecz towarzyski pomiędzy Wolverhampton i Honvedem Budapeszt z 13 grudnia 1954 roku. Pracował on wówczas jako dziennikarz ,,L’Equipe”. Chciał wykorzystać popularność i siłę gazety do stworzenia klubowych mistrzostw Europy w piłce nożnej. Z pomocą przyszedł mu szef gazety Jacques Goddet, który widział ogromne korzyści finansowe ze stworzenia nowych rozgrywek. Jego zdaniem Francuzi chcieliby czytać w ,,L’Equipe” o tym, jak radzą sobie europejskie kluby w bezpośrednich pojedynkach i jak na ich tle wypada drużyna z Francji. Ponadto już raz w historii sportu francuskie czasopismo optowało za utworzeniem pewnej imprezy, która dziś jest marką i wizytówką nie tylko francuskiego sportu, ale i całego kraju. Mowa oczywiście o Tour de France, którego pomysłodawcą w 1903 roku byli dziennikarze ,,L’Auto”. Swego czasu Hanot pisał i tam. Karierę żurnalisty rozpoczął w gazecie wydawanej przez francuską federację piłkarską. Później pracował w ,,Le Miroir de Sports”, gdzie był redaktorem naczelnym. Dla ,,L’Illustration” pisał nie tylko o piłce nożnej, ale także o kolarstwie, golfie i lotnictwie. Tę ostatnią dyscyplinę pokochał po tym, jak w czasie I wojny światowej walczył jako lotnik. Pasja do lotnictwa sprawiła, że jego wieloletnim przyjacielem stał się autor ,,Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupéry. Zanim jednak Gabriel Hanot zaczął o piłce pisać, sam w nią grał. Pierwsze kroki stawiał w klubie US Tourcoing jako skrzydłowy. Z czasem przeniesiono go do obrony. W 1908 roku zadebiutował w reprezentacji Francji. Dla ,,Trójkolorowych” rozegrał dwanaście spotkań i zdobył trzy bramki. Pożegnalny występ zanotował będąc kapitanem zespołu. Meczów w narodowych barwach miałby pewnie więcej, gdyby nie I wojna światowa i konflikt piłkarza z francuską federacją. Gabriela od zawsze fascynowały Niemcy. W 1910 roku postanowił przenieść się z Tourcoing do BFC Preussen. Federacja wyraziła zgodę na transfer, ale Hanot nie mógł grać w reprezentacji. Wrócił do niej dopiero dwa lat później, kiedy to ponownie związał się z Tourcoing. W 1919 roku jako gracz AS Française postanowił zawiesić buty na kołku w wieku zaledwie trzydziestu lat.
W 1945 roku Hanot miał za sobą całkiem bogatą karierę piłkarską i dziennikarską. Tuż po zakończeniu II wojny światowej miał szansę realizować się jako selekcjoner francuskiej kadry. Hanot obchodził się z zawodnikami bez pardonu, nawet z tymi, których cenił. W ogóle był specyficzną jednostką. Nigdy nie podawał ręki, uważając ten gest za niehigieniczny i zbędny. Pomocnik Jean Prouff w kwietniu 1949 roku zagrał(zdaniem selekcjonera) fatalny mecz przeciwko Holandii (porażka Francji 1:4). O czwartej w nocy do jego pokoju hotelowego zadzwonił Hanot. Chciał zapytać, czy Prouff nie śpi. Odebrane połączenie uspokoiło trenera, który dodał, że liczył na to, iż po tak beznadziejnym występie Prouff nie będzie mógł spać ze wstydu. Na dokładkę Hanot poinformował piłkarza, aby spakował swoje rzeczy i opuścił hotel. Kiedy rano w windzie selekcjoner natknął się na pomocnika, zapytał go tylko, dlaczego jeszcze tu jest. Trenowanie francuskich reprezentantów Gabriel łączył z dziennikarstwem, co doprowadziło do kuriozalnej sytuacji. Po tym, jak Francja przegrała 1:5 z Hiszpanią i tym samym nie zakwalifikowała się na pierwsze po wojnie mistrzostwa świata w 1950 roku, Hanot napisał dla ,,L’Equipe” tekst, w którym domagał się… zwolnienia samego siebie z funkcji szkoleniowca. Federacja posłuchała sugestii żurnalisty i zatrudniła duet Pierre Pibarot – Paul Baron. Wiele lat wcześniej napisał liczący dwie strony plan reform mających na celu usprawnienie francuskiego futbolu. Hanot domagał się zaprzestania płacenia niedouczonym francuskim trenerom ogromnych pensji (120000 franków miesięcznie), wprowadzenia zawodowstwa i płacy minimalnej dla graczy. Żądał zredukowania liczby drużyn w poszczególnych klasach rozgrywkowych do czternastu lub szesnastu oraz grania meczów w odstępie przynajmniej trzech dni. Ponadto jako pierwszy zaproponował i zrealizował spotkania trenerów z całego świata, celem wymiany doświadczeń i metod treningowych. Hanot miał zbyt wielki autorytet i posłuch, aby zignorowano jego przemyślenia i propozycje. Reformy oczywiście wprowadzono w życie. Już po stworzeniu Pucharu Europy, Hanot wpadł na kolejny pomysł – Ballon d’Or. Chyba nikt z jego redakcyjnych kolegów nie wątpił w to, że mu się nie uda. Rok po napisaniu tekstu na ten temat Stanley Matthews został pierwszym zwycięzcą plebiscytu.
Największa idea francuskiego wizjonera despoty stała się rzeczywistością 4 września 1955 roku. Pierwszym meczem Pucharu Europy była konfrontacja Sportingu z Partizanem Belgrad zakończona remisem 3:3. Zaproszenie do rozgrywek otrzymało szesnaście ekip. Wszystkie chciały się sprawdzić na tle rywali z innych państw. Dopiero w 1965 roku zmieniono przepisy, na mocy których kwalifikacje do PE otrzymywało się poprzez zdobycie mistrzostwa kraju. Puchar Europy rósł z każdą kolejną edycją. Inspirował do powstania kolejnych rozgrywek, takich jak Puchar Europy Miast Targowych, Puchar Zdobywców Pucharów czy Puchar Interkontynentalny. Dziś nosi nazwę Ligi Mistrzów i jest tworem, pod który najpotężniejsze kluby Starego Kontynentu układają plan marketingowy i sportowy. Rozgrywki te wykreowały swoich własnych bohaterów, jak choćby Alfredo di Stefano czy George Best, którzy stali się legendami futbolu, mimo niepowodzeń na gruncie reprezentacyjnym.
Dziś nikt nie wyobraża sobie piłkarskiego kalendarza bez Ligi Mistrzów. Tak samo ciężkie do wyobrażenia jest to, że tak wielki reformator europejskiej piłki nożnej jak Gabriel Hanot nie doczekał się po śmierci żadnej tablicy pamiątkowej czy też pomnika. Tylko jeden, maleńki stadion w Wangenbourgu nosi jego imię. O nadaniu jego imienia trofeum Pucharu Europy także nikt nie pomyślał. Jules Rimet i Henri Delaunay mieli więcej szczęścia…
9
Gabriel Hanot – twórca Pucharu Europy:
@Lionel_Messi10
@patataj
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
3
@Lionel_Messi10 Vamos a ganar! Para siempre!!
0
@Damian11 Oby twoje słowa okazały się prorocze. Jednak do tego, jak napisał użytkownik Cotutajsiedzieje, potrzebna jest bardzo solidna współpraca wszystkich formacji, zwłaszcza drugiej linii i defensywy a wtedy być może Messi coś wyczaruje?
11
,,Krwawe” derby Barcelony:
13 grudnia 2003 r. FC Barcelona przystępowała do meczu derbowego na Olímpic Lluís Companys z 13-punktową stratą do Realu Madryt. Espanyol był w jeszcze gorszej sytuacji- 8 punktów w 15 kolejkach dawało pozycje czerwonej latarni ligi. Mecz rozpoczął się dobrze dla gospodarzy ale na gola Jordiego Cruyffa dla Espanyolu już po 2 minutach odpowiedział Ronaldinho, zaś jeszcze przed przerwą dwukrotnie trafiał Kluivert. Głównym bohaterem meczu postanowił jednak zostać arbiter Pino Zamorano, który pokazał w sumie… 6 czerwonych i 13 żółtych kartek. Wyrzucani z boiska byli De La Peña, Soldevilla i Lopo z Espanyolu oraz Marquez, Quaresma i Cocu z Blaugrany. Jedno dodatkowe usunięcie z boiska mogło spowodować że mecz zakończyłby się walkowerem dla którejś ze stron. Na szczęście rozstrzygnięcie nastąpiła na boisku a Barça ostatecznie wygrała 1:3.
@Ogorinho1974
@Sensible
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Symson
@Roni/VEB
@patataj
8
Boiskowy bandyta:
13 grudnia 1981 r. Bernd Schuster doznał poważnej kontuzji. Athletic Bilbao Javiera Clemente zdobył 2 mistrzostwa Hiszpanii ale gra jego drużyny była niezwykle brutalna. Na swojej skórze odczuł to grający wówczas w Blaugranie Schuster. Andoni Goikoetxea, nazywany ,,Rzeźnikiem z Bilbao”, zaatakował korkami jego kolano. Niemiec po interwencji lekarza wrócił na boisko. Po kilku minutach zdecydował się jednak opuścić murawe a wstępne diagnozy wskazywały na naciągnięte więzadła w kolanie. ,,Na pierwszy rzut oka uważam iż nie będzie mógł grać z Realem Madryt w kolejnym tygodniu. Wygląda na to że będziemy mieli problem”- powiedział klubowy lekarz. Radiografia pokazała że kontuzja jest o wiele poważniejsza niż sądzono i Schuster wyjechał na operacje do Kolonii. Niemiec ironizował: ,,Jedyny pozytywny aspekt całej sytuacji jest taki, że święta spędze z rodziną”. Sprawca całego zamieszania Goikoetxea tak opisywał całe zdarzenie: ,,To jedna z tych sytuacji, kiedy jeden zawodnik ucieka a drugi, który widzi że jest wolniejszy i słabszy technicznie, chce go jedynie zatrzymać i posłać na ziemie. Jeżeli później miał to nieszczęście że zerwał więzadła… naprawdę szczerze jest mi smutno”. W wypowiedzi dla radia RAC 1 Bask nie był jednak tak uprzejmy: ,,Lo de Schuster no fue absolutamente nada”(Sprawa Schustera to tak naprawdę nic ważnego). Schuster pojawił się na boisku dopiero w pierwszym meczu następnego sezonu.
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@patataj
1
@Jagr No rzeczywiście było 5:0! Nie wiem skąd mi się wziął ten gol dla Basków? Dzięki śliczne za rade, dobry pomysł. Również pozdrawiam :)
8
@FCBparasiempre
Czy Nagroda Nobla ma jakieś związki z piłką nożną? A i owszem! Trzech noblistów w przeszłości miało całkiem silne powiązanie z najpopularniejszą dyscypliną na świecie. Wśród nich są słynny chemik, południowoamerykański fizjolog oraz autor „Dżumy”. Co więcej, związek z Nagrodą Nobla ma także… Roberto Baggio.
Niels Bohr
Akademisk BK zdobył dziewięciokrotnie mistrzostwo Danii. Mimo sukcesów najbardziej znanych piłkarzem ekipy z Kopenhagi jest Niels Bohr, czyli zawodnik, który nigdy nie zagrał w pierwszej drużynie. Przyszły naukowiec miłość do piłki nożnej zawdzięcza ojcowi Christianowi, lekarzowi, który w Tagensvej stworzył boiska do gry w futbol. Duńczyk występował w tym drużynie jedynie w 1905 roku. Bohr nie zrobił kariery na zielonej murawie. Dlaczego? Już wówczas Duńczyk dużo myślał o byciu naukowcem. Po spotkaniu z niemiecką Mittweidą według jednej z relacji powiedział, że jego myśli bardziej skupiały się na matematycznym problemie niż spotkanie, w którym grał. Większą karierę na boisku zrobił za to młodszy brat Nielsa Bohra, Harald. W 1908 roku w Londynie wraz z reprezentacją wywalczył srebrny medal letnich igrzysk olimpijskich. Harald Bohr grał w piłkę do 1910 roku. Obaj bracia byli naukowcami. Harald Bohr zajmował się matematyką mi.in jako wykładowca akademicki. Niels Bohr otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki w 1922 roku „za jego zasługi w badaniach nad strukturą atomu oraz emitowanego przez niego promieniowania”. Pierwiastek o liczbie atomowej 107 został nazwany bohr w związku w wybitnymi osiągnięciami duńskiego naukowca.
Bernardo Houssay
W 1905 roku na trzecim poziomie rozgrywkowym (Primera B Metropolitana) pierwszy oficjalny mecz w historii rozegrała ekipa River Plate. Rywalem słynnej drużyny byli piłkarze Facultad de Medicina, czyli drużyna miejscowego medycznego wydziału uczelni. Spotkanie rozegrano na Darsena Sud, czyli pierwszym stadionie River Plate. W meczu w barwach Facultad de Medicina wystąpił Bernardo Houssay. Był to student medycyny. Wówczas 18-letni potomek francuskich emigrantów zagrał jako napastnik. Do tego przyszły noblista był wówczas sędzią liniowym. Wówczas piłkarze pomagali także głównemu arbitrowi. W spotkaniu 3:2 wygrała drużyna Facultad de Medicina. Houssay nie strzelił gola w historycznym meczu, ale chwalono go za szybkość. Mimo to student medycyny nie kontynuował kariery piłkarskiej. W 1947 roku Bernardo Houssay otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny. Ex-piłkarz Facultad de Medicina zdobył zdobycz „za odkrycie roli odgrywanej przez hormon przedniego płata przysadki w metabolizmie węglowodanów”.
Albert Camus
„Dżuma” to najbardziej znane dzieło francuskiego pisarza Alberta Camus. W tej powieści jednym z bohaterów jest Gonzales, piłkarz. Francuz był osobą, która uwielbiała futbol. Camus swoją przygodę z futbolem zaczął na uniwersytecie w Algierze. Przyszłego pisarza uważanego za dobrego „grajka” w bramce i w polu. Francuz grał w ekipie Racing Universitaire d’Alger w latach 1928-1930. Camus urodził się w 1913 roku w Mondovi, czyli ówczesnej Algierii Francuskiej. Dlatego też jako junior występował w ekipie z podległej wówczas Francuzom Algierii. Nieźle zapowiadająca się karierę przerwała „choroba artystów romantyzmu”. Znany przedstawiciel egzystencjalizmu zachorował na gruźlicę. Jeszcze w I połowie XX wieku była to dość poważna choroba. Młodzian zaczął pluć krwią. O karierze piłkarskiej można już było zapomnieć. Nie przeszkodziło to pisarzowi w miłości do piłki nożnej. Jako dwudziestolatek oglądał lokalne mecze algierskich drużyn. Camus pozostawał kibicem swojego byłego klubu Racingu Universitaire d’Alger. Słynny autor przez lata chodził na różne spotkania piłkarskie. Albert Camus w 1957 roku zdobył Nagrodę Nobla z dziedziny literatury za „ogromny wkład w literaturę, ukazującą znaczenie ludzkiego sumienia”. ,,Wszystko, co wiem na pewno o moralności i powinnościach człowieka‚ zawdzięczam futbolowi” - Albert Camus
Roberto Baggio
Co wspólnego ma Roberto Baggio i Nagroda Nobla? Wydawałoby się, że nic. Tak jednak nie jest. W 2010 roku podczas Światowego Szczytu Laureatów Pokojowej Nagrody Nobla włoski gracz otrzymał specjalną nagrodę. Została ona wręczona za wsparcie pomocnika mi.in. za zbieranie funduszy na trzęsienie ziemi, które miało miejsce na Haiti, wspieranie walki z ptasią grypą czy działania na rzecz organizacji charytatywnej. Innymi laureatami Nagrody Szczytu Pokoju są takie osoby jak: Bono, Sharon Stone czy włoska drużyna piłkarska piosenkarzy.
9
Piłkarska nagroda Nobla:
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
20
Blaugrana dzień po dniu:
12 grudnia 2010 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Real Sociedad 5:1 w 15 kolejce Primera Division. Dwa gole zanotował Messi, natomiast po jednym golu zdobyli: Villa, Iniesta i Krkič. Po tej kolejce Barça umocniła się na pozycji lidera z dwupunktową przewagą nad Realem Madryt.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
10
@FCBparasiempre
,,Los Locos”:
Według pewnego brazylijskiego powiedzenia, aby zostać bramkarzem, człowiek musi być albo szaleńcem, albo homoseksualistą. Wielu latynoskich golkiperów, których z utęsknieniem wspominamy do dzisiaj, spełniało z powodzeniem ten pierwszy warunek.
Jorge Campos to jeden z nich. Urodził się w Acapulco, blisko Oceanu Spokojnego. Większość dzieciństwa spędzał w pobliżu Pacyfiku. Piłka przez długie lata chowała się dla niego w cieniu surfingu, a kiedy już w nią grał, biegał w napadzie. Dopiero w wieku 22 lat, już jako bramkarz, podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt z meksykańskim Pumas. Był tam jednak świetny i utytułowany Adolfo Rio, który miał pewne miejsce między słupkami. Jako że Campos w swoim debiutanckim sezonie nie miał szans na występy w podstawowym składzie pełniąc rolę bramkarza, grał jako zawodnik z pola. Ostatecznie strzelił 14 goli i był jednym z najlepszych strzelców drużyny. Niziołek – według niektórych źródeł miał poniżej 170 cm wzrostu – przez całą karierę zdradzał inklinacje do gry w ofensywie. Nawet gdy wywalczył już sobie miejsce w bramce, to i tak przy niekorzystnym wyniku na murawie pojawiał się rezerwowy golkiper, a Meksykanin biegł wspierać kolegów w akcjach ofensywnych. Do historii przeszedł po meczu Atlante z Cruz Azul w 1997. Campos tradycyjnie rozpoczął starcie między słupkami, jednak potem postanowił wspomóc napad swojej drużyny i zdobył efektownego gola nożycami. Według legendy podczas każdego meczu pod bramkarskim trykotem miał także zwykły strój meczowy. W całej swojej karierze, w zależności od źródeł, strzelił od 34 do 38 goli. Meksykanin zasłynął jednak nie tylko dzięki swojej bramkostrzelności. Sławę przynosiły mu także efektowne kolorowe stroje, w których występował. Krótkie rękawy i jaskrawe kolory to element rozpoznawczy trykotu Jorge Camposa. Jak sam przyznał, przy ich projektowaniu najczęściej inspirował się surfowaniem. Po zakończeniu kariery piłkarskiej otworzył własną sieć restauracji typu fast food, w których główną atrakcją były burgery nazywane imionami popularnych piłkarzy. Oprócz Pelego czy Maradony można był zjeść także Jorge Camposa ze składnikami takimi jak szynka, panierowany kurczak, trzy rodzaje sera i plaster ananasa. Campos to jednak nie tylko ekstrawagancki i nieobliczalny El Loco, ale przy okazji także bardzo dobry bramkarz. W reprezentacji Meksyku rozegrał aż 129 spotkań, co czyni go czwartym piłkarzem z największą liczbą meczów w narodowej kadrze El Tri. Na szczeblu międzynarodowym nie udało mu się jednak strzelić żadnego gola. O jego bramkarskiej klasie świadczy również fakt, że w 1994 roku był na 3. miejscu w rankingu IFFHS. Najlepiej Camposa podsumował jego kolega z boiska Claudio Suarez: – Jorge był nieobliczalny i przez to tak wspaniały. Miał refleks bramkarza i technikę napastnika. Oprócz tego to, co cechuje tylko najlepszych graczy – głowę szaleńca gotowego na wszystko!
Buldog z Paragwaju
Jeszcze lepszym bramkarzem i jeszcze lepszym strzelcem był Jose Luis Chilavert. Mało tego, wielu uważa go za najlepszego bramkarza Ameryki Południowej w historii. Najpiękniejsze lata swojej kariery Paragwajczyk przeżył w Velez Sarsfield, gdzie grał w latach 1991-2000. W tym czasie czterokrotnie sięgnął ze swoim klubem po tytuł mistrza Argentyny, wygrał także Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny. Trzykrotnie wybrano go najlepszych bramkarzem wg IFFHS, a w 1996 roku został obwołany najlepszym zawodnikiem Ameryki Południowej i ligi argentyńskiej. Golkiperem bez wątpienia był wielkim, ale to nie tylko umiejętności demonstrowane we własnym polu karnym przyniosły mu olbrzymią sławę. Myślisz: „Chilavert”, widzisz świetnie bite przez niego rzuty wolne i rzuty karne. W całej karierze strzelił ponad 60 goli i przez długi czas był najbardziej bramkostrzelnym golkiperem w historii. Do dziś pozostaje jedynym graczem z tej pozycji, który skompletował hat-tricka. W 1999 Velez grał z Ferro Carril Oeste, a Paragwajczyk pierwszego karnego posłał w lewo, drugiego w prawo, a trzeciego w sam środek osiągając bezprecedensowy tryplet. W jednym ze spotkań udało mu się nawet zaskoczyć rywala uderzeniem z własnej połowy boiska. W odróżnieniu od Jorge Camposa gole strzelał także w drużynie narodowej, gdzie jego licznik zatrzymał się na 8 trafieniach. Bramkę z rzutu wolnego zanotował również w swoim pożegnalnym meczu w 2004, kiedy dowodzony przez niego zespół gwiazd Ameryki Południowej wygrał z Resztą Świata 2-1. Oprócz licznych goli i olbrzymich umiejętności, zasłynął także z licznych boiskowych kontrowersji i głośnych medialnych wypowiedzi. Sam o sobie mówił – Nigdy nie bałem się łamać stereotypów. To wyróżniało mnie spośród innych zawodników. Gdyby porównać bramkarzy do samochodów, to moi konkurenci byliby Fiatami, a ja najnowszym modelem Mercedesa. I rzeczywiście często był kompletnie nieobliczalny. Podczas jednego z meczów eliminacyjnych do Mundialu w 2002 roku opluł Roberto Carlosa i został zawieszony na trzy mecze. Chilavert natychmiast skwitował – Gdybym musiał, zrobiłbym to ponownie, gdyż Roberto Carlos obraził mój kraj! Z kolei w jednym z ligowych spotkań pobił się z rywalem i dostał czerwoną kartkę. – Kreowałem pewien wizerunek. Z taką twarzą było mi znacznie łatwiej grać czarny charakter – powiedział o swojej boiskowej postawie paragwajski buldog, którego do groźnego psa upodobniała wysunięta szczęka. Na tle innych kolegów po fachu wyróżniał się także tym, że nie istniało dla niego coś takiego jak wspólnota bramkarska. – Według mnie nie można mieć dobrej drużyny bez dobrego bramkarza. Brazylia miała fantastyczną ekipę w 1982, ale miała też Valdira Peresa na bramce. Za każdym razem, gdy przeciwnik atakował, zdobywał bramkę, co potwierdza moją tezę. Zazwyczaj zawodnicy stojący między słupkami nie krytykują swoich kolegów po fachu, licząc się z tym, że i im mogą przydarzyć się wpadki. Chilavert nie miał tez litości dla Bonano, który na Copa Mercosour w 2000 roku pokonał go z rzutu karnego. – Uderzył fatalnie, jakby kopał mokrą gazetę. Jego humory musieli znosić także reprezentanci Paragwaju. Po zakwalifikowaniu się do Mundialu w 1998 roku Chilavert uznał, że piłkarze powinni podzielić się premiami z członkami sztabu szkoleniowego. Choć reszta zespołu oficjalnie poparła jego pomysł, to według doniesień z szatni ta decyzja kompletnie popsuła atmosferę wewnątrz drużyny. Z kolei w 1999 zapowiedział sztabowi szkoleniowemu, że nie zagra w Copa America, jeśli w kadrze pozostanie 38-letni Carlos Romero. Ostatecznie to legendarny bramkarz zagrał w turnieju, a z drugiego zamieszanego zrezygnowano. Miał także kłopoty z prawem. W 2005 został skazany na pól roku więzienia za posługiwanie się fałszywymi dokumentami przy procesie ze Strasbourgiem. Z kolei kilka lat później Chilavert rozważany był jako jeden z kandydatów na… prezydenta Paragwaju. Nietuzinkowy bramkarz z nietuzinkową karierą pozaboiskową.
Scorpion Kick
Trzeci i najbardziej kontrowersyjny z latynoskich muszkieterów to Rene Higuita. Urodził się w owianym złą sławą Medellin, kojarzonym głównie z narkotykowym bossem Pablo Escobarem. Choć marzeniem Kolumbijczyka była kariera napastnika, to w wieku 17 lat, już jako bramkarz, został piłkarzem Millonarios. Mimo że występował na pozycji numer 1, nie przeszkodziło to młodziutkiemu zawodnikowi strzelić 5 goli w 16 występach. Po roku przeniósł się do Atletico Nacional, klubu ufundowanego przez Escobara i jego wieloletniego wspólnika, Carlosa Molinę. Dopiero wtedy zaczęła się jego wielka kariera. Nacional z nim w składzie sięgnął po dwa mistrzowskie tytuły, a w 1989 roku został pierwszym kolumbijskim klubem, który wygrał Copa Libertadores. Wkład ekscentrycznego bramkarza w sukces drużyny jest nie do przecenienia. Zwyciężyła ona w finale po serii jedenastek, a Higuita nie tylko obronił cztery rzuty karne, ale także wykorzystał swoją próbę. Dzięki świetnej postawie stał się idolem kolumbijskich kibiców i pewnym punktem reprezentacji Los Cafeteros. Uwielbienie nie znikało nawet po wpadkach. Ta najmniej chlubna zdarzyła mu się podczas Mistrzostw Świata w 1990 roku. W trakcie dogrywki 1/8 finału z Kamerunem zaczął kiwać się z Rogerem Millą, który odebrał mu piłkę i posłał ją do pustej bramki, co zadecydował o końcu przygody Los Cafeteros z Mundialem. Trener Kolumbii Franciso Maturana mimo wszystko był zachwycony postawą swojego zawodnika. – Bez dwóch zdań jest wybawcą Kolumbii, a nie jakimś szalonym bramkarzem, za którego niektórzy go uważają. Wyprowadza piłkę dokładnie i z wielką pewnością. Zostanie zapamiętany jednak głównie dzięki temu, co zrobił podczas towarzyskiego meczu z Anglikami w 1995 roku. Higuita wybił uderzenie Jamiego Redknappa w zupełnie niekonwencjonalny sposób – wyrzucił ręce w przód i uderzył piłkę wyciągniętymi ponad głową stopami, co został nazwane scorpion kick. Co prawda sędzia uniósł chorągiewkę w górę, ale wątpliwe, aby Kolumbijczyk był w stanie to dostrzec. – Takie rzeczy może robić tylko jedna osoba na świecie. Mam olbrzymi repertuar takich zagrań, ale nie planuje ich zawczasu – powiedział o swoim wyczynie, dzięki któremu nudny bezbramkowy remis Kolumbii z Synami Albionu zostanie zapamiętany na zawsze. Rosnąca sława Higuity nie umknęła także Pablo Escobarowi, który był zapalonym kibicem. W 1987 roku zaprosił golkipera na pogawędkę o piłce nożnej. Podobne zaproszenie wystosował cztery lata później, kiedy już teoretycznie siedział w więzieniu, które w rzeczywistości było luksusową willą ( o całym wydarzeniu możesz przeczytać tutaj). Choć nikt nie miał wątpliwości, że golkiper nie mógł odmówić narkotykowemu bossowi, to jego zdjęcia z uśmiechem na twarzy w obecności najgroźniejszego gangstera Kolumbii wywołały oburzenie opinii publicznej i powszechny niesmak. Fotografia miała też dla bramkarza znacznie większe konsekwencje niż tylko krytyka w mediach. Gdy Escobar porwał córkę Carlosa Moliny, byłego wspólnika, z którym wcześniej zdążył się poróżnić, to drugi z narkotykowych bossów postanowił wykorzystać Higuitę, na zdjęciu z narkotykowym bossem roześmianego od ucha do ucha, do przekazania okupu. Długowłosy golkiper przewiózł na umówione miejsce walizkę z łączną sumą prawie 400 tysięcy dolarów i ostatecznie Claudia Molina wyszła na wolność. Szczęśliwy tatuś z wdzięczności wręczył bramkarzowi 64 tysiące dolarów, czym szczęśliwy Higuita niezwłocznie pochwalił się w mediach.
To był dla niego błąd katastrofalny w skutkach. Według kolumbijskiego prawa jakiekolwiek czerpanie korzyści z porwania, nawet przypadkowe, było przestępstwem. W 1993 Higuitę bez sądu zamknięto w areszcie, gdzie spędził prawie 7 miesięcy. Zwolniony został dopiero po przeprowadzeniu strajku głodowego. Choć nigdy nie usłyszał formalnych zarzutów, to przez odsiadkę nie zagrał podczas Mistrzostw Świata w 1994 roku. – Oni zabrali mi szansę bycia z moją drużyną narodową, z moją rodziną. Kiedy okazałem się niewinny, opublikowali tylko małą wzmiankę. Mało kto wie, że zostałem oczyszczony z zarzutów. Szybko jednak wrócił do gry i już w 1995 dotarł z Nacionalem do drugiego finału Copa Libertadores. Wcześniej w półfinale popisał się cudownym golem pod poprzeczkę, a jego zespół po serii jedenastek wyeliminował faworyzowane River Plate. Choć przez większość piłkarskich środowisk Higuita będzie postrzegany jako ten bramkarz od scorpion kick i afer związanych z Pablo Escobarem (zresztą długo po odsiadce w ciele golkipera została wykryta kokaina, przez którą został zdyskwalifikowany), to nie można nie docenić jego wkładu w rewolucję gry bramkarskiej. – Uważam, że bramkarze powinni mieć większą swobodę ekspresji. Jeśli atakujemy, lubię podejść do linii środkowej i wymienić kilka podań – mówił o sobie. Świetnie grał nogami i przez kolegów z drużyny był uważany jako równorzędny partner w rozgrywaniu akcji. Jednocześnie był postacią nietuzinkową i niebanalną. – Kiedy zakończę karierę, moje imię nadal pozostanie w umysłach i na ustach ludzi. Zapamiętają mnie jako piłkarza, który wniósł nieco magii w ich zwyczajne życie. Trzech szalonych bramkarzy, którzy zachwycali świat bramkarskimi umiejętnościami i skłonnością do strzelania goli. Postacie ekstrawaganckie, kontrowersyjne, charyzmatyczne i kochane przez kibiców.
9
,,Los Locos”:
@Sensible
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
8
@FCBparasiempre
11 grudnia 1979 r. Paragwaj sięgnął po tytuł Ameryki Południowej. Po 4 latach przerwy doszło do 31 edycji Copa America. Tak jak poprzednio rozgrywki toczyły się w trzech grupach. Ponownie złośliwy los zetknął w jednej z nich dwóch zdecydowanych faworytów, Argentyne i Brazylie, tym razem w towarzystwie Boliwii. Pozostałe grupy były niepomiernie słabsze. Paragwaj natomiast już od pewnego czasu znajdował się wyraźnie na fali wznoszącej. Pierwszy mecz w Asuncion z Urugwajem nie przyniósł rozstrzygnięcia. ,,Celestes” szczelnie zaryglowali dostęp do bramki i skutecznie paraliżowali akcje gospodarzy już w środku pola. O wszystkim decydował rewanż w Montevideo. Na Estadio Centenario przybyło zaledwie 18 tys. widzów. Post factum rzec można iż mieli racje i zarazem jej nie mieli. Wprawdzie ich ukochana drużyna remisując odpadła z turnieju, lecz za to byli świadkami akcji, która daje się porównać z późniejszym rajdem Maradony z 1986 r. Lewoskrzydłowy Eugenio Morel przejął piłke na własnej połowie, rozejrzał się wokół i raptem ruszył przed siebie jak strzała. Mijał kolejnych przeciwników i po kilkudziesięciometrowym samotnym biegu, z ostrego kąta wpakował piłke w górny róg bramki Rodrigueza. Wcześniej tenże Morel strzelił pierwszego gola i tym samym został bohaterem meczu. W rezultacie Paragwaj awansował do półfinałów. Oczy całego świata a zwłaszcza Ameryki skierowane były przede wszystkim na starcie gigantów w grupie drugiej. Wydawało się że bój kolosów Argentyny i Brazylii przyćmi pozostałe wydarzenia. Tymczasem zdarzyła się rzecz, o jakiej nawet filozofom się nie śniło; tak jakby ktoś jednym ruchem obalił obowiązujące prawa fizyki. Niedoceniana, skromna Boliwia przypomniała sobie czasy chwały z 1963 r. i bezwstydnie, za nic mając uświęcone hierarchie i szacunek dla autorytetów. Wygrała zarówno z Albicelestes jak i z Canarinhos! Z pewnością warunki klimatyczne miały w tych zwycięstwach swój udział, jednak te okoliczności nie zmieniają faktu iż boliwijscy górale poczynali sobie naprawdę dzielnie. W ich szeregach wyróżniali się weterani z 1963…. Naturalizowani Argentyńczycy Vargas i Espinoza oraz błyskotliwy rozgrywający Erwin Romero i szybki lewoskrzydłowy Miguel Aguilar. W tej samej grupie 2 sierpnia 1979r. Brazylia podejmowała na Maracanie Argentyne. Ówcześni mistrzowie świata potraktowali rozgrywki eksperymentalnie. Trener Menotti postanowił dać szanse zawodnikom drugiego rzutu, ze zwycięskiej drużyny zostawiając tylko charyzmatycznego Daniela Passarelle, który tymczasem wybił się na najlepszego obrońcę pod słońcem. Drugim wybitnym piłkarzem, którego Menotti włączył do składu był sam Diego Maradona, opromieniony świeżo zdobytym tytułem mistrza świata juniorów. To jeszcze nie był perfekcyjnie oszlifowany brylant, czas pełnej dojrzałość miał osiągnąć nieco później. Tym dwóm fenomenalnym piłkarzom asystowali gracze raczej przeciętni. Morze tylko młody Barbas zapowiadał się na piłkarza ponad przeciętnego. Tak czy owak to był ,,drugi garnitur”. Gospodarze rzucili do walki zespół znacznie silniejszy. Golkiper Leão dawał w bramce gwarancje bezpieczeństwa. Para stoperów Edinho-Amaral była dostatecznie solidna. W pomocy uwijał się jak w ukropie młody Zico, któremu już wtedy wróżono karierę na miare Pelego. Potem pojawiły się jeszcze 2 nazwiska, które przeszły do historii futbolu a mianowicie Junior i Socrates. Mecz był niezwykle zacięty choć zaznaczyła się techniczna przewaga Canarinhos. Zico i Tita strzelili po golu i minimalne zwycięstwo 2:1 zostało przy Brazylii. Rewanż na River Plate zgromadził niespełna 70 tys. widzów. Argentyna po dwóch porażkach walczyła właściwie już tylko o honor. Menotti za późno sięgnął po posiłki. Americo Ruben Gallego, dysponujący nieograniczonym zasobem energii, miał wyeliminować z gry Zico. Uwikłali się w nieustający pojedynek z wymianą słownych i fizycznych uszczypliwości. Ostatecznie urugwajski sędzia usunął obu zakapiorów z boiska. Na pewno wzmocnieniem było wejście kolejnego mistrza świata, Valencii oraz fantastycznego dyrygenta Indepiendiente, filigranowego Ricardo Bochiniego, który wszakże nie miał szczęścia do reprezentacji i do najlepszej ekipy globu w 1986 został włączony właściwie za niewątpliwe zasługi. Na dwa gole Socratesa, gospodarze odpowiedzieli golami niezawodnego Passarelli i Roberto Diaza. Wynik 2:2 uratował honor Argentyny, lecz dał awans do półfinału Brazylii. W półfinale na Canarinhos czekał już przysłowiowy Goliat. Opromieniona tryumfem nad mistrzem świata Brazylia była pewna swego. Wzmocnił ją powrót do składu członka zwycięskiej ekipy z MŚ’70, Marco Antonio oraz pojawienie się nowych gwiazd- Falcão i Edera. 24 października stadion Defensores del Chaco w Asuncion szumiał niczym wezbrane morze. W 16 minucie stało się coś, co wprawiło publiczność w ekstazę. Morel stojąc jakieś 20 metrów od brazylijskiej bramki wyskoczył w górę do wysokiego dośrodkowania. W powietrzu przyjął piłke na pierś i odwrócony tyłem do bramki wykonał najbardziej klasyczną ,,chilene” czyli przewrotkę. Potężna bomba ugodziła w wewnętrzną część poprzeczki, piłka odbiła się od murawy, ponownie trafiła w poprzeczkę i dopiero wtedy wpadła do bramki mimo ekwilibrystycznej parady Leão. ,,Golazo! Gol stulecia!”- zachłystywali się do utraty tchu wniebowzięci sprawozdawcy. Widziały to również miliony telewidzów w całej Ameryce, z USA włącznie. Osłupiałych Canarinhos dobił jeszcze Tallavera strzelając na 2:0. Ostatecznie skończyło się na wygranej 2:1, co w obliczu rewanżu na Maracanie dało słynnemu trenerowi Saldahnii asumpt do uwagi: ,,Paragwaj stracił życiową szanse. Mógł odnieść rekordowe zwycięstwo. Teraz jednak straty odrobimy u siebie bez trudu”. Siedem dni później 80 tys. widzów na Maracanie wściekle dopingowało swoich. Doping zamienił się w owacje, kiedy Falcão poraził Fernandeza straszliwym strzałem. Wiwaty raptem ucichły, bowiem tym razem w ślady swego brata Eugenio poszedł Miliciades Morel. Rąbnął z całych sił w poprzeczke i piłka skozłowawszy obok bezradnego Leão wpadła do siatki. Nadzieje Brazylii na krótko podtrzymał Socrates, lecz wtedy do akcji wkroczyło ,,cudowne dziecko” Paragwaju- Julio Cesar Romero zwany Romerito, który owej pamiętnej nocy ostatecznie powalił Brazylijskiego Goliata, ustalając wynik meczu na 2:2, co dało awans ,,Guarani” do finału. W ówczesnej formule finał(jak i cały turniej) rozgrywany(od sierpnia do grudnia) był dwumeczem. W tymże finale Paragwaj walczył z Chile. W pierwszym meczu w Asuncion gospodarze pewnie wygrali 3:0. Natomiast w rewanżu w Santiago Chilijczycy skromnie wygrali 1:0. W tych okolicznościach regulamin przewidywał spotkanie dodatkowe bowiem liczyły się tylko punkty. Odbyło się ono 11 grudnia 1979 r. na neutralnym boisku Velez Sarsfield w Buenos Aires. Po 90 minutach gry był remis 0:0. Dogrywka również nie przyniosła goli. Jako że Paragwajczycy mieli lepszą różnice goli od Chile, to właśnie oni sięgnęli po raz drugi w historii po puchar Ameryki.
6
Fantastyczny turniej!(wiecie gdzie czytać):
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Symson
@patataj
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Sensible
1
@LS Pięknie to napisałeś, dziękuje ślicznie :)
9
@FCBparasiempre
11 grudnia 1896 r. urodził się Józef Daniel Garbień, znakomity przedwojenny napastnik. Różne postacie w historii polskiej piłki miały możliwość występu w reprezentacji Polski. Wśród nich nie brakowało osób z perspektywy czasu legendarnych. Ludzi, którzy grę w kadrze łączyli z innymi, zawodowymi, obowiązkami. I radzili sobie doskonale, nie tylko w swoim fachu, lecz też na boisku. Złotymi zgłoskami pod tym względem w historii naszego kraju zapisał się Józef Garbień, bezapelacyjnie jeden z najlepszych piłkarzy w Polsce międzywojennej. Urodzony w 1896 roku w Łupkowie Garbień już od najmłodszych lat świetnie sobie radził na placu gry. Co ciekawe, wiele lokalnych źródeł twierdzi, że Garbień urodził się Łupkowie – około 50 km od Sanoka obecnie przy granicy ze Słowacją. Młody zawodnik wykazywał nieprzeciętne umiejętności. Zanim miał możliwość je w pełni wykorzystać w poważniejszych rozgrywkach, musiało minąć jeszcze sporo czasu. Samemu Józefowi przyszło zaś wkrótce walczyć o niepodległość dla ukochanego kraju. Niewiele brakowało, a Garbienia na boiskach II RP byśmy nie zobaczyli. Na początku wojny został wysłany z Legionami na front włoski. Po powrocie w rodzinne strony został ciężko ranny w trakcie obrony Lwowa, w której brał udział razem z zawodnikami Pogoni. Rok później mianowano go na kapitana w Korpusie Oficerów Sanitarnych Lekarzy. Z pewnością nie uszły wówczas uwadze jego wielkie umiejętności w zupełnie innej dziedzinie – medycynie. Tak, prócz wielkiego talentu do piłki, Garbień imponował również ogromną wiedzą, predestynującą go do lekarskiego fachu. A było tak: po ukończeniu szkół średnich w Stryju i Lwowie, Garbień przystąpił do studiów na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu im. Jana Kazimierza. Spędził tam bardzo dużo czasu, wkrótce musiał przecież pogodzić grę w piłkę z nauką. Jednak dawał sobie radę. Podobno jego dzień wyglądał mniej więcej tak:
Do południa – uczelnia Po południu – treningi Wieczór i noc – książki
Jego żona musiała mieć do niego sporo cierpliwości. Podobno, gdy chodziła spać, Garbień chował się za zasłoną, zatracając się w lekturze medycznych przypadków. Ostatecznie absolwentem został w roku 1924. Prawdopodobnie od tego momentu jego kariera zaczęła powoli przesuwać się w kierunku pracy i odchodzić od piłki. Zanim jednak do tego doszło, zawodnik dał jeszcze kibicom sporo radości… Kojarzycie takich piłkarzy jak Wacław Kuchar czy Spirydion Albański? Jeśli tak, to Józefa Garbienia możecie zaklasyfikować do tej samej grupy utalentowanych zawodników, co wymieniona dwójka. Zawodnik Pogoni Lwów wraz z kilkoma klasowymi piłkarzami był częścią kultowego zespołu lat 20-tych. W rozgrywkach finałowych mistrzostw Polski wielokrotnie nękał rywali swoimi atakami na bramkę. Miał ku temu zresztą odpowiednie warunki fizyczne. Nieprzypadkowo zwano go bowiem „Tank” – w ten sposób podkreślano jego szczególne atrybuty – siłę, szybkość i niesamowity zmysł do zdobywania goli. Był to – nie bójmy się tego słowa – kompletny napastnik. Garbień był nie tylko klasowym zawodnikiem zespołu ze Lwowa. Jak już zasygnalizowano, występował też w koszulce reprezentacji Polski. Zadebiutował dokładnie w 1922 roku. Polska grała na wyjeździe ze Szwecją. Stadion w Sztokholmie stał się wówczas świadkiem historycznego wydarzenia w historii naszej piłki – pierwszego oficjalnego trafienia z akcji autorstwa, a jakże, Józefa Garbienia. Do tamtego spotkania Polska potrafiła strzelić tylko gola z rzutu karnego. Można zaryzykować tezę, że zawodnik Pogoni „odczarował bramkę”. Dwa lata później w barwach reprezentacji zadebiutował na Igrzyskach Olimpijskich w meczu z Rumunią, zremisowanym 1:1. Ostatecznie w narodowym zespole rozegrał osiem spotkań, ostatni w 1926 roku. W drugiej połowie lat 20-tych Garbień zaangażował się w projekt opieki medycznej nad sportowcami. Z perspektywy zawodowej zaliczył dość niezły awans, będąc mianowanym na lekarza naczelnego w Chrzanowie. W mieście oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Krakowa pracował aż do wybuchu II wojny światowej.
Nie próżnował, gdy Polska jeszcze raz potrzebowała pomocy, tym razem będąc już pod jarzmem okupacji niemieckiej. Z oczywistych względów futbol już dawno poszedł w odstawkę. Podejmował się przeróżnych zadań, od organizacji i pracy w szpitalach polowych po pomoc przy przerzutach ludności żydowskiej. Niestety złapany przez Gestapo, wylądował w więzieniu na Montelupich, gdzie szybko odkryto jego nieprzeciętne umiejętności. Dzięki temu Garbienia mianowano na lekarza więziennego. On sam zaś starał się wykorzystywać swoją funkcję, by pomagać więźniom, wiązać koniec z końcem, a także w sprzyjających warunkach, uwalniać znajome konspiratorki w ciąży. Ta ciągła egzystencja na granicy ryzyka w końcu musiała się na nim zemścić. Niemcy, zorientowawszy się o dywersji ze strony lekarza, zesłali go wraz z pomagającym mu Józefem Cyrankiewiczem do „Dunkelzelle”. Tak, tym samym człowiekiem, który po wojnie już jako działacz komunistyczny w trakcie poznańskiego czerwca wygrażał o odrąbaniu ręki wszelkim przeciwnikom władzy ludowej. W specjalnym miejscu został poddany coraz to wymyślniejszym formom tortur, które tragicznie odbiły się na jego zdrowiu. Po kilku tygodniach został ponownie przywrócony na Montelupich. Niestety, nie mógł już operować jako chirurg z taką samą sprawnością. Mimo to po wyjściu z więzienia dalej pracował w konspiracji, pomagając m.in. usuwać tatuaże więźniom z Oświęcimia. Smutno zakończyła się cała ta historia. Po zakończeniu wojny Garbień tylko raz wybiegł na boisku, w symbolicznym meczu Krakowa z Bytomiem. Zagrał w barwach tego drugiego zespołu wraz z wysiedlonymi przyjaciółmi z Kresów. Przez kolejne lata cierpiał coraz bardziej z powodu licznych schorzeń. Wojna mocno odbiła się na jego zdrowiu i kondycji, które nigdy w stu procentach nie pozwoliły mu wrócić do pełnej sprawności.
8
Zapomniane legendy polskiego futbolu(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Symson
11
Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:
11 grudnia 2002 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Newcastle United 3-1 w II fazie grupowej Ligi Mistrzów, po golach Daniego, Kluiverta oraz Thiago Motty. Honorowego gola dla Newcastle strzelił Ameobi.
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Sensible
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj