FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Kalendarium El Clasico:
6 grudnia 2003 r.(w pierwszym sezonie Franka Rijkaarda) FC Barcelona poległa na Camp Nou w El Clasico 1:2. Real niemal przez 20 lat nie potrafił wygrać na tym stadionie w La Liga. W międzyczasie udało mu się to w Pucharze Króla i w Lidze Mistrzów w 2002 r. ale w Primera Division zdołał jedynie pięciokrotnie zremisować w 20 meczach. Niestety w 2003 r. Duma Katalonii nie dała rady obronić swojej twierdzy, tracąc 2 gole po rykoszetach. Zbyt późno strzelony gol kontaktowy Kluiverta nie pozwolił już na doprowadzenie do remisu. Brak Ronaldinho i świetny mecz Casillasa były główną przyczyną tryumfu Los Blancos. No cóż, ale co się odwlecze to nie uciecze, ponieważ w rewanżu podopieczni Rijkaarda wygrali na Santiago Bernabeu identycznym rezultatem jak na Camp Nou czyli 2:1, po golach: ponownie Kluiverta oraz Xaviego.
@NaFazieHitman
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@patataj
10
@FCBparasiempre
Znamy mistrzów jednej dziedziny. Nie cechuje ich wszechstronność, jednak w swoim fachu są najlepsi. Istnieją też ludzie, którzy nie ograniczają się do konkretnego fachu. Można ich określić mianem (jednych mniej, innych bardziej) „ludzi renesansu”. Stają się mistrzami na wielu frontach i udowadniają, że powiedzenie „Jak ktoś jest od wszystkiego, to jest do niczego”, jest nieprawdziwe. Jedną z takich postaci był Marian Łącz – piłkarz i aktor. Przed laty sportową wyobraźnię kibiców rozbudzał Wacław Kuchar. Uprawiał m.in. piłkę nożną, łyżwiarstwo szybkie, hokej na lodzie i lekkoatletykę. We wszystkich tych dyscyplinach był reprezentantem Polski. Na ostatnich zimowych igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu urzekła nas Ester Ledecka. Czeszka dokonała rzeczy niesłychanej, zdobywając złote medale zarówno w narciarstwie alpejskim jak i snowboardzie. Wszechstronnych osób nie brakowało też w świecie kultury. David Bowie był prawdziwym muzycznym geniuszem. Grał na wielu instrumentach. Tworzył dzieła w różnych gatunkach. Nie ograniczał się do muzyki. Był także aktorem, malarzem i kolekcjonerem sztuki. Na wielu artystycznych płaszczyznach spełniał się również Stanisław Ignacy Witkiewicz. Zajmował się literaturą, malarstwem i fotografią. Był także filozofem. Wspomniane postaci zajmowały się wieloma dziedzinami, ale Kuchar i Ledecka to osobowości sportowe, a Bowie i Witkiewicz to ikony kultury. Marian Łącz połączył oba te światy. Spełniał się w sporcie i w kulturze. Pogodził kopanie piłki i aktorstwo. Występował na piłkarskich boiskach oraz na teatralnych deskach. Oklaskiwali go zarówno fani futbolu jak i miłośnicy kina i teatru.
Marian Łącz urodził się 5 grudnia 1921 roku w Rzeszowie. Jego pierwszym klubem była Resovia, w której grał do wybuchu II wojny światowej. Na boisku też odznaczał się wszechstronnością. Grać w piłkę zaczął w wieku 15 lat. Na początku był bramkarzem. Z czasem jednak zmienił pozycję i stał się napastnikiem. Tak o piłkarzu na łamach „Nowin” w artykule „Aktor, o którym Rzeszów zapomniał” opowiadał Gerard Górnicki – boiskowy kolega Łącza, późniejszy prozaik, publicysta, autor sztuk scenicznych i powieściopisarz: ,,Marian grał razem ze mną w juniorach, a potem w seniorach Resovii. Ja broniłem bramki, a on szalał w ataku. Był niezwykle zdolnym piłkarzem i wspaniałym człowiekiem: wesołym, dowcipnym, koleżeńskim. W wolnych od trenowania chwilach często chodziliśmy na różne imprezy, wesela.” W czasie wojny Niemcy zabraniali uprawiać sport. Bohater tego tekstu oczywiście tego zakazu nie zamierzał przestrzegać. Uczestniczył w tajnych meczach piłkarskich. Kopał piłkę w rzeszowskim Sokole. W tym mieście stawiał pierwsze kroki nie tylko w futbolu, ale i na scenie. Pod okiem Wandy Siemaszkowej, która w 1945 roku została dyrektorką tamtejszego teatru, zaczynał przygodę z aktorstwem. Debiutował rolą Janka Topolskiego w „Lekkomyślnej siostrze”. Ze stolicy Podkarpacia ruszył w Polskę. Pierwszym przystankiem w jego bogatej krajowej karierze była Jelenia Góra. Powodem przenosin do tego miasta była miłość. Opowiadał o tym na łamach „Nowin” Tadeusz Hogendrorf – kolega z szatni, występujący w latach 30. w Resovii: ,,W rzeszowskim teatrze pracowała aktorka Stefania Domańska. „Makuś”, jak go nazywaliśmy, zapałał ku niej gorącym uczuciem. Gdy więc Domańska wyjechała organizować teatr w Jeleniej Górze, Łącz podążył za nią.” Następnie wyjechał do Gdańska. To właśnie w Trójmieście zastał go koniec wojny. Trafił tam razem z kolegami z rodzinnego miasta, Stanisławem Baranem i Tadeusz em Hogendorfem. Byli graczami Klubu Sportowego Biura Odbudowy Portów „Baltia”. Rzeszowskie trio spisywało się znakomicie. Ich pobyt nad morzem nie trwał jednak długo. Gdańscy kibice, delikatnie mówiąc, nie byli zadowoleni z nazwy klubu, za który trzymali kciuki. Rzeszowianie namawiali do przyjęcia nazwę „Lechia”, wzorem słynnego lwowskiego klubu. Rady zostały wysłuchane i wcielone w życie. Ówczesne przepisy przewidywały możliwość wypowiedzenia umowy przez zawodnika w przypadku zmiany nazwy klubu. Byli piłkarze Resovii z tego skorzystali i przenieśli się do Łodzi. W Łódzkim Klubie Sportowym Łącz stał się prawdziwą gwiazdą. W sezonie 1948 zaliczył 17 trafień. W kolejnym, z wynikiem lepszym o jedną bramkę, został drugim najlepszym strzelcem ligi. Jako zawodnik tego klubu zadebiutował w reprezentacji. Pierwszy mecz w narodowych barwach rozegrał w 1949 roku przeciwko Rumunii. Później jeszcze dwukrotnie wystąpił w kadrze. W Łodzi zaczął też już całkiem poważnie myśleć o aktorstwie. Po przeprowadzce do tego miasta podjął studia na Akademii Teatralnej. Ta wkrótce została przeniesiona do Warszawy i jasne stało się, że do stolicy musi przenieść się także Łącz. Otrzymał angaż w Teatrze Polskim i został zawodnikiem stołecznej Polonii. Dlaczego Czarne Koszule? Przede wszystkim dlatego, że stadion tego klubu znajdował się blisko teatru. Aktorstwo i piłka nożna. Wydaje się to niezwykłe, ale Marian Łącz zdołał pogodzić obie pasje. Jego córka, znana aktorka Laura Łącz opowiadała w wywiadzie przeprowadzonym na łamach „Przeglądu Sportowego” przez Piotra Wołosika o swoim ojcu: ,,Trener zdejmował go z boiska chwilę przed końcem pierwszej połowy, by kibice mogli brawami nagrodzić swojego „Makusia”. Wiedzieli, że po przerwie na boisko nie wróci. Kiedy zawodnicy przygotowywali się do drugiej połowy meczu, on szykował się do zaprezentowania umiejętności przed publicznością zgromadzoną w teatrze. O tym jak trudne było łączenie dwóch tak odmiennych fachów, świadczy anegdota przywołana w tekście „Marian Łącz – najlepszy piłkarz wśród aktorów” opublikowanym na portalu Onet Sport: ,,Pewnego dnia pędził do teatru, by zagrać w „Ożenku” Nikołaja Gogola. Wpadł do garderoby tuż przed swoją kwestią, szybko założył strój, perukę i zziajany wybiegł na scenę. Zdziwił się, bo publiczność przywitała go salwami śmiechu. Powód wesołości widzów odkrył , gdy spojrzał w dół – na jego nogach wciąż tkwiły korki i getry piłkarskie. Komu jak komu, ale jemu zostało to wybaczone bez chwili wahania.”
Piłkarz, a jednocześnie aktor, był postacią barwną, kochającą życie, sypiącą anegdotami. Znany był z poczucia humoru. Potwierdza to jego córka we wspomnianym już wcześniej wywiadzie: ,,Ojciec był wielkim entuzjastą życia. Człowiek, który zawsze był w dobrym humorze, pogodniejszego nie spotkałam. Rano wstawał uśmiechnięty, radosny.” W Polonii Warszawa Łącz nie zawodził. Grał na wysokim poziomie, do jakiego przyzwyczaił będąc zawodnikiem ŁKS-u. Gorzej za to wiodło się drużynie. Zanim rzeszowianin przeniósł się do stolicy, Czarne Koszule zostały pierwszym powojennym mistrzem Polski. Później, po przyjściu Łącza, zespół spadł najpierw do drugiej, a następnie do trzeciej ligi. Jednak nie tylko złe chwile związane są z pobytem zawodnika w Warszawie. W 1952 roku Polonia zdobyła Puchar Polski. W finale rozegranym na Stadionie Wojska Polskiego pokonała Legię. Coraz trudniej było pogodzić rolę piłkarza i aktora. W końcu Łącz musiał zdecydować którą publiczność będzie urzekał – piłkarską czy teatralną. Decyzję podjął w 1956 roku. To właśnie wówczas grał w „Lalce” i z powodu boiskowych występów spóźnił się na swoją kwestię. Ponownie oddajmy głos Laurze Łącz: ,,W tej sztuce partnerował Ninie Andrycz. Wpadł do teatru w ostatniej chwili po meczu, co było nie do pomyślenia! Zdenerwowany dyrektor powiedział: no panie Łącz, wybieraj pan: piłka albo teatr! Tata był już po trzydziestce, więc kariera piłkarska i tak dobiegała końca. Wybrał teatr.” Sam bohater tak opowiadał o dokonanym wyborze na łamach książki „Być dzieckiem legendy”: ,,Grałem równolegle w Polskim i Polonii. W teatrze i drużynie. Nie muszę dodawać, że oba te zajęcia było mi coraz trudniej pogodzić. W końcu wszystko samo się ułożyło. Jako zawodnik dobiegałem kresu swojej kariery, jako aktor byłem natomiast na początku drogi. To nawet ładnie brzmi: równocześnie kończyłem i zaczynałem.” Marian Łącz ma na koncie wiele ról filmowych. Był Zbójnikiem Słowakiem w „Janosiku”. Występował w dziełach słynnego Stanisława Barei m.in. jako inkasent w „Misiu”. Osiągał sukcesy jako piłkarz, w końcu przecież wielu marzy o grze w reprezentacji i zdobyciu Pucharu Polski. Władysław Matraszak, sąsiad Balcerka z serialu „Alternatywy 4”. To chyba jedna z najbardziej charakterystycznych ról Mariana Łącza. W aktorstwie osiągnął chyba jeszcze więcej. Karierę piłkarską zakończył w wieku 35 lat. Do końca życia związany był z Polonią. Organizował mecze oldbojów. Do jego pasji należały nie tylko piłka i aktorstwo. Po zaprzestaniu uprawiania sportu zaczął rozwijać kolejne talenty. Śpiewał, grał na instrumentach, malował, odnawiał antyki. Zmarł w wieku 63 lat, we śnie. Przyczyną był zawał serca. Tak o tym przykrym zdarzeniu opowiadała jego córka: ,,Zmarł zupełnie niespodziewanie, nagle, przedwcześnie. Tak zresztą jak jego mama. Byłam z mężem na wakacjach w Sopocie. Dostałam telefon z wiadomością, że ojciec nie żyje. Od razu przyszedł mi na myśl wypadek samochodowy. A to był zawał serca. Zawał u ojca? Nie mogłam uwierzyć. Z sercem nigdy nie miał kłopotów a tu nocą, we śnie przestało bić…”
W 2007 roku gazeta „Nowiny” zaproponowała, by jednej z ulic Rzeszowa nadać imię Mariana Łącza. Niestety jak na razie ulicy takiej nie ma. Wydaje się jednak, że taka postać jaką był odtwórca wielu ról filmowych i teatralnych, a przy tym piłkarski reprezentant Polski, zasługuje na tego typu wyróżnienie. Należy zatem mieć nadzieję, że w przyszłości w stolicy Podkarpacia powstanie ulica jego imienia. „Makuś” to w końcu jedna z najciekawszych osobowości w historii podkarpackiego futbolu.
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
5 grudnia 1930 r, w Zabrzu-Biskupicach urodził się Ginter Gawlik. Dorastał w Biskupicach, które dzisiaj są dzielnicą Zabrza. Pierwsze piłkarskie nauki zaczął pobierać w czasie okupacji. Trenował w niemieckim kolejowym klubie Reichsbahn SV Borsigwerk. Po zakończeniu działań wojenny był zawodnikiem Górnika Biskupice, w którym spędził pięć lat. Talent młodego zawodnika został dostrzeżony przez działaczy Górnika Zabrze. Gawlik był już wówczas w kadrze Śląska Opolskiego i wydawało się, że wszystko jest już załatwione. Jedną z form ekwiwalentu za zmianę barw klubowych miał być towarzyski mecz pomiędzy obiema drużynami. Jednak w przerwie tego spotkania Gawlik oświadczył, że nigdzie się nie wybiera i że zostaje w Biskupicach. Podobno taka była wola jego ojca, któremu kibice mieli zrzucić się na butelkę czegoś mocniejszego. Zabrzanie nie wyszli na drugą połowę i doszło do przepychanek i awantur. Ostatecznie jednak Gawlik zagrał w Górniku. W lidze zadebiutował w meczu z Odrą Opole. Przez kolejne lata był podstawowym zawodnikiem i razem z kolegami awansował do I ligi. W elicie występował przez dziewięć sezonów i w tym czasie pięciokrotnie cieszył się ze zdobycia mistrzostwa (1957, 1959, 1961, 1963, 1964). Karierę zaczynał jako prawy łącznik, ale trener Zoltán Opata przesunął go do pomocy. Był etatowym wykonawcą rzutów wolnych. Ze względu na świetną grę pozycyjną, bezbłędną grę głową, dalekie i celne podania, a także duże umiejętności strzeleckie nazywano go „polskim Bozsikiem”. W reprezentacji debiutował w przegranym 0:3 meczu z ZSRR w Moskwie 23 czerwca 1957 r. Zaliczył tylko siedem występów, ale miał swój udział w chorzowskim zwycięstwie nad naszymi wschodnimi sąsiadami, będąc jednym z najlepszych na boisku. Po odejściu z Górnika w 1964 r. wybrał życie w dalekiej Australii, gdzie grał w Polonii Sydney, którą później też trenował. Po australijskiej przygodzie nie wrócił do Polski i osiadł w Niemczech. ,,Ginter potrafił znakomicie prowadzić piłkę. Swoją posturą wzbudzał respekt u rywali. Był znakomicie wyszkolony technicznie. Potrafił świetnie strzelać z dystansu.” – wspominał kolegę Stanisław Oślizło. W Reprezentacji rozegrał 7 meczów, strzelając 1 gola.
9
Piłkarz na deskach teatru:
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Symson
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
@Kvothe07 Ależ idiotyzmy wypisujecie! Ja pitole! Tak ciężko napisać Kylian Mbape!?
0
@Pewex Jaki Mekambe?
10
Był sobie ,,Vulgar, Bulgar”:
5 grudnia 1990 r. Christo Stoiczkow z premedytacją nadepnął na sędziego. Na początku lat 90-tych XX wieku mecze Superpucharu Hiszpanii odbywały się w trakcie sezonu i cieszyły się dużo mniejszym zainteresowaniem niż obecnie. Nawet El Clasico w tych rozgrywkach nie wywoływało dużych emocji. Barça w raz z Realem zaprezentowały składy z wieloma zmiennikami a na trybunach Camp Nou pojawiło się zaledwie 40 tys. kibiców. Mecz toczył się pod dyktando gospodarzy aż do końcówki pierwszej połowy. Cruijff wściekł się po decyzji arbitra Azpitarte, który nie ukarał gracza Realu po drugim faulu w ciągu kilku sekund. W efekcie arbiter odesłał go na trybuny a do akcji wkroczył Stoiczkow, słynący z kontrowersyjnych zachowań. Najpierw próbował przekonać Azpitarte do zmiany decyzji, chwytając go za ręke a po otrzymaniu drugiej żółtej kartki przydepnął noge sędziego. Po chwili Meksykanin Hugo Sanchez z Realu jeszcze podgrzał atmosferę, chwytając się za przyrodzenie i kierując ten gest w strone kibiców Barçy. Bułgar początkowo został zawieszony na ponad 2 miesiące, później kare powiększono aż do pół roku. Po niemal 17 latach sędzia i Bułgar spotkali się w programie telewizyjnym. ,,Stoiczkow jest świetnym człowiekiem, lecz na boisku zmieniał się nie do poznania. Za swoje nadepnięcie jest mi winien koszulkę”- żartował Azpitarte.
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@DaPidejpi
0
@Bobo25 Z tego co kojarze to raczej rzadko strzelał z zatrzymaniem a już napewno nie z dwoma zatrzymaniami
12
Odkąd Robert przeszedł do ,,naszej" FC Barcelony to sposób wykonywania rzutów karnych przez niego po prostu zalewa mnie krwią! Tak klasowy i doświadczony piłkarz żeby tak pajacował przy oddawaniu strzału z karnego to się kuźwa w pale nie mieści! Przecież on w Bayernie strzelał 10/10 a nagle zachciało mu się pajacować jak z dziećmi na podwórku! Już jednego karnego z Osasuną spierdolił a obstawiam się że to nie koniec...
7
@FCBparasiempre
,,Cud w Bernie”
W 1954 roku RFN sensacyjnie ograł w finale szwajcarskiego turnieju Węgrów 3:2, jak już o tym wspominaliśmy. Z czasem zaczęto nazywać tę wiktorię cudem w Bernie. Dlaczego? Wielka drużyna z Sándorem Kocsisem i Ferencem Puskásem przystępowała do finału jako niepokonana od 31 spotkań. Ba! Wcześniej, w fazie grupowej imprezy, rozbiła Niemców 8:3. A w finale uległa 2:3, choć po kilku minutach prowadziła 2:0. Ówczesny lekarz Niemców zarzekał się po latach, że podawał wyłącznie witaminę C a oni najwyraźniej wierzyli w jej cudowne działanie. Niestety, jeden z pracowników stadionu w Bernie znalazł w szatni Niemców, po finałowej potyczce, mnóstwo strzykawek. Miał jednak otrzymać od pracodawców zakaz dzielenia się tą informacją ze światem. Kilka lat temu Niemcy napisali raport, z którego wynika, że po II wojnie światowej był już w ich kraju kontrolowany przez państwo system dopingowy. W 1954 roku pogromcy futbolowych artystów z Węgier mieli ponoć dostawać skrzydeł nie po Red Bullu, lecz po Pervitinie. Ta metamfetamina, której zapasy nie zostały wyczerpane na froncie przez czołgistów i lotników, miała wprowadzać pacjentów w stan euforii, maskować lęk, dodawać odwagi i pomagać zapominać o bólu. Choć powodowała też, rzecz jasna, efekty uboczne. Nie od razu jednak. Żołnierze wpadali w depresję, odczuwali kłopoty z sercem, odbierali sobie życie. Pogromcy Węgrów mieli solidarnie podupaść na zdrowiu z powodu żółtaczki dopiero po imprezie.
Ukłucie gospodarza?
Przed rozpoczęciem trwającego turnieju również pojawiły się wątpliwości co do czystości piłkarskich środowisk. FIFA wzięła pod lupę Rosjan, lecz żadnych nieprawidłowości jak dotąd nie stwierdzono. Media zachowują jednak czujność, bo przed kilkoma dniami publikowano zdjęcie Artioma Dziuby, zrobione w czasie meczu 1/8 z Hiszpanią. Powód? Przy łokciu piłkarza doszukano się śladu podejrzanego nakłucia żyły. Może to być jednak tylko przymiarka do tatuażu…
Nie płać Argentyno…
Wiecie, dlaczego marynarze admirała Nelsona byli niepokonani? Bo płacili im tylko za zwycięstwa. A zatem wszystko jest kwestią motywacji. W 1974 roku piłkarzy Kazimierza Górskiego próbowali zmotywować Argentyńczycy… Nasi po dwóch zwycięskich spotkaniach – z Argentyną (3:2) i Haiti (7:0) – zapewnili sobie wyjście z grupy. Pozostał im jeszcze mecz z Włochami. Na ograniu przez nas Italii najbardziej zależało Argentynie, która próbowała szczęściu pomóc, przeznaczając kilkadziesiąt tysięcy dolarów na, powiedzmy, dodanie Polakom otuchy. Tę "otuchę", czy też kapuchę, przekazano podobno Robertowi Gadosze. A ten ponoć nigdy nie rozdzielił jej pomiędzy kolegów. Sprawa wyszła na jaw dopiero po 30 latach (!), kiedy to Grzegorz Lato, król strzelców wspomnianego turnieju (7 goli), udzielił wywiadu "Przeglądowi Sportowemu". ,,Argentyńczycy ustalili, że każdy zawodnik i dwaj trenerzy ze swojej premii za zakładany awans do drugiej rundy oddadzą Polakom po tysiąc dolarów. W sumie 24 tysiące. Do przekazania ich zobowiązał się Rubén Ayala, choć nie ukrywał, że 6 tysięcy dolarów zatrzymał dla siebie. Za fatygę’’ – zdradził w 2004 roku Lato.
Skąd miał takie informacje? Z pierwszej ręki. Otóż w 1982 roku przeniósł się z belgijskiego KSC Lokeren do meksykańskiego Atlante FC. I grał tam wspólnie z Ayalą. 72-letni dziś Gadocha, zamieszkały w USA, ma swoją wersję zdarzeń. Twierdzi, że nie wziął tych pieniędzy, a sprawę sfingowała jego była małżonka, działając w porozumieniu z niejakim Iggym Boćwińskim, Argentyńczykiem polskiego pochodzenia, będącym blisko kadry Górskiego.
Wylądowali nieco wypiwszy
W 1970 roku Anglicy wybrali się do Meksyku bronić tytułu, lecz napotkali szereg problemów. Bobby Moore został bezpodstawnie posądzony, w czasie przygotowań, o kradzież bransoletki w Bogocie i trafił do aresztu. Z kolei inny zaufany Alfa Ramseya – Jeff Astle, niebywale bał się podróży samolotami. W trakcie jednego z rejsów próbował zatem dostać się w świat bajkowej rzeczywistości po drinkach. Gdy opuszczał pokład samolotu na lotnisku w Mexico City był asekurowany przez kolegów. Widząc to i wiedząc o wcześniejszych perypetiach Moore’a, jeden z lokalnych dziennikarzy napisał, że "reprezentacja Anglii to drużyna pijaków i złodziei." Przed wylotem na trwający właśnie turniej dostało się natomiast Meksykanom. Ośmiu reprezentantów tego kraju szukało aktywnego wypoczynku nie tylko przy alkoholu, ale też w obecności trzydziestu prostytutek. Efekt? Jak co cztery lata. Po raz siódmy z kolei zakończyli udział w imprezie po 1/8 finału.
Ciąg dalszy nastąpi
Dzieje finałów mistrzostw świata to już przepastna księga, a kolejne rozdziały też nie będą nużące. Wystarczy wspomnieć, że Sepp Blatter, poprzedni szef FIFA, zadbał o to, by już w grudniu 2010 roku, przed odejściem na emeryturę, przyznać Katarowi mistrzostwa świata roku 2022. To pierwszy kraj-organizator z Bliskiego Wschodu i pierwszy islamski, co akurat wydaje się w tej sprawie najmniej istotne. Grunt, że nie mają tam kłopotów z niedoborem "papieru", prawda Mister Blatter? Turnieje finałowe to encyklopedia postaw czystych, ale i zachowań podłych. I niemal każdy kraj żyje swoją legendą – Anglicy wynoszą pod niebiosa złotą drużynę małomównego Alfa Ramseya, Argentyńczycy mówią o słynnej ręce Boga, a my, po ostatnich aktywnościach w mediach społecznościowych Grzegorza Krychowiaka, głównie o palcu w… Ale to już nie jest informacja do kroniki kryminalnej.
6
Tajemnice Mundiali część 2:
@NaFazieHitman
@patataj
@Sensible
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Pawel13sz
10
@FCBparasiempre
Dobry Mina do dobrej gry
Na rosyjskich boiskach postacią skupiającą uwagę w kolumbijskiej jedenastce, a przy okazji prześladowcą naszej, okazał się blisko dwumetrowy Yerry Mina, potrafiący główkować na wysokości pierwszego piętra. Wtedy, w USA, plac gry też przypominał pole minowe – gdy tylko wybiegali nań Kolumbijczycy. Już po inauguracyjnej porażce z Rumunią do hotelu zamieszkałego przez drużynę zadzwonił ojciec Luisa Fernando Herrery z informacją, że ktoś zastrzelił jego brata. Z kolei obrońca Jaime Gabriel Gomez otrzymał pogróżki przed dramatyczną, jak się później okazało, potyczką z USA. Dlatego zrezygnował z gry przeciw gospodarzom imprezy. Teraz o zdrowie swoje i rodziny obawia się Carlos Sanchez. 32-letni obrońca zobaczył czerwoną kartkę za zagranie ręką na początku przegranej potyczki z Japonią, z kolei w przegranym meczu 1/8 finału z Anglią zapewnił rywalom rzut karny, wykorzystany przez Harry’ego Kane’a. Sanchez był nękany pogróżkami, co akurat zbiegło się z 24. rocznicą śmierci Escobara. Oby historia nie chciała się powtórzyć…
Pies marynarza
Tajemnicą mundialu, jak w piosence Bohdana Łazuki, pozostaną losy Złotej Nike, zwanej też później Pucharem Julesa Rimeta. Przechodnia nagroda wręczana mistrzom świata ginęła i znajdowała się, niekiedy wyglądając na oryginał, a niekiedy na… replikę. Wykonawcą statuetki ze skrzydlatą boginią zwycięstwa – wysokość 32 cm, waga 3,8 kg – był Francuz Abel Lafleur. U dołu znajdował się napis "Coupe du Monde de Football", natomiast na bocznych ściankach grawerowano nazwy drużyn triumfujących od 1930 roku. Między kolejnymi finałami znajdowała się u aktualnych mistrzów. W czasie II wojny światowej statuetkę ukryła przed nazistowskimi Niemcami… teściowa włoskiego wiceprezydenta FIFA, Ottorina Barassiego. Skryła ją pod łóżkiem, w pudełku na buty. Jak się domyślamy, znając nieco kobiece słabostki, pewnie w jednym z pudełek na buty. Może właśnie dlatego żołnierze Trzeciej Rzeszy nie dokopali się do niej, choć w mieszkaniu należącym do teściowej prezesa włoskiej federacji piłkarskiej spędzili kilka godzin. W 1954 roku Niemcy znaleźli wreszcie drogę po Złotą Nike, jednak nie dzięki wojsku, a dzięki piłkarzom. W finale szwajcarskiego turnieju pokonali Węgrów 3:2, choć już po ośmiu minutach przegrywali 0:2, po golach Puskasa i Czibora. Dzięki temu przez cztery kolejne lata statuetka zwiedzała miasta Republiki Federalnej Niemiec. A gdy została wystawiona publicznie, biegli w temacie dostrzegli, iż jest o kilka centymetrów wyższa od pierwowzoru. Działacze FIFA tłumaczyli, że to tylko efekt renowacji, jakiej została poddana. Fakt jest jednak faktem, że według części historyków to właśnie w latach 1954-1958 mogła powstać kopia nagrody, natomiast oryginał trafił w prywatne ręce. Jeśli tak, zapewne już się nie dowiemy, gdzie jest dziś skrywany. W 1966 roku do podjęcia finalistów mistrzostw świata szykowali się Anglicy. Na kilka tygodni przed rozpoczęciem imprezy zaginął Puchar Rimeta. Poszukiwania trwały kilka dni, aż w końcu zguba, zapakowana w gazetę, odnalazła się w żywopłocie, w południowej części Londynu. Znalazł ją kundelek o imieniu Pickles, z miejsca stając się bohaterem bulwarowej prasy. Na spacerek wyszedł z marynarzem Davidem Corbettem, który po zgłoszeniu sprawy na policję stał się głównym podejrzanym. Miał twarde alibi, więc dostał 6 tysięcy funtów i zaproszenie na finałowe spotkanie. Z Picklesem, rzecz jasna!
Puchar na wynos
Kiedy w 1970 roku Brazylijczycy wywalczyli po raz trzeci mistrzostwo świata (wcześniejsze tytuły – 1958 i 1962), otrzymali zgodnie z obowiązującym regulaminem statuetkę na własność. Cieszyła ich oczy 13 lat – w 1983 roku została skradziona z budynku tamtejszej federacji piłkarskiej, chronionego 24 godziny na dobę. Prezes wielokrotnie odwoływał się publicznie do sumienia złodziei, no ale, jak powszechnie wiadomo, ci fachowcy sumienia nie mają. Brazylijczycy zrobili sobie zatem replikę, a dziś triumfatorzy mistrzostw świata otrzymują Puchar Świata FIFA, stworzony przez Włocha Silvio Gazzanigę globus unoszony przez dwóch piłkarzy. Nagroda jest własnością Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej, po finałowych spotkaniach dostaje się w ręce kapitana zwycięskiej drużyny, ale nigdy nie stanie się własnością żadnego z krajów. A co jest dziś cennym oryginałem, co podłą fałszywką – tego nie wie nikt, jak w piosence Łazuki…
Proszek Diego
Kiedy zawodowi koszykarze z ligi NBA szykowali się do debiutu w igrzyskach olimpijskich w Barcelonie (1992), podstawowy warunek ich udziału był następujący – w przeciwieństwie do wszystkich innych uczestników tej równie pięknej, co mundial imprezy, mieli zostać wyłączeni z licznych kontroli antydopingowych. To był policzek dla olimpizmu, po którym baron de Coubertin pewnie się w grobie na chwilę ocknął. Futbol? Z pozoru przestrzega ślubów czystości, choć wielokrotnie był posądzany o to, że jest wyjęty spod prawa. Bo to nie tylko dyscyplina sportu, ale też gałąź przemysłu. Bo to tak wielki biznes, że na pewne przewinienia przymyka się oko. Czy tak? Pseudoefedryna, metyloefedryna, nonpseudoefedryna i fenylopropanoloamina. W 1994 roku, podczas turnieju w USA, listę takich niedozwolonych pochodnych efedryny, i ten specyfik także, znaleziono w organizmie – jak się okazało, nie do końca boskiego - Diego Maradony. As Argentyny został wylosowany do kontroli po wygranej z Nigerią (2:1). Wcześniej pomógł pokonać Grecję (4:0), wpisany przy okazji na listę strzelców. ,,Wyrzucili mnie z futbolu, odcięli nogi, a duszę złamali’’ – żalił się wówczas mediom, relegowany z najpiękniejszej piłkarskiej imprezy. Liczył już sobie wówczas 34 lata i potrzebował "boskiej" ingerencji, by odzyskać sprawność fizyczną. W tamtym roku nie grał de facto od stycznia, gdy skonfliktowany z trenerem i szefostwem klubu odszedł z Newell’s Old Boys. Przy pomocy niedozwolonych środków zdołał się doprowadzić do stanu, który pozwalał mu pokazać chociaż przebłyski geniuszu na czwartym w karierze mundialu. W 1986 roku doprowadził Argentynę do mistrzostwa świata, a cztery lata później do ponownego finału z RFN-em, tym razem przegranego. Maradonę przyłapano już w 1991 roku na zażywaniu kokainy. Kosztowało go to 15 miesięcy zawieszenia. Gdy wpadł podczas MŚ w USA, początkowo przyjął linię obrony zdziwionego i zszokowanego niesprawiedliwością świata sztangisty lub kolarza. ,,Miałbym brać zakazane substancje? To absurd. Zwłaszcza że graliśmy w upale, w trudnym klimacie. Dopingowanie się mogłoby doprowadzić do tragedii. Przysięgam na życie córek, nie brałem żadnego dopingu’’ – przekonywał zaraz po ogłoszeniu wyników trefnych testów. Niedługo później, gdy przespał się z problemem, wyznał jednak, że – za zgodą lekarza reprezentacji – sięgnął po środek ripped fuel, mający pomóc w zrzuceniu balastu kilogramów. Problem polegał na tym, że w Argentynie specyfik nie zawierał efedryny, a w USA, niestety, już tak.
Choć Maradona mógł mieć pretensje wyłącznie do siebie, wolał je kierować w stronę FIFA. – Potrzebowali mnie, żeby zapełnić stadiony. Może myśleli, że gruby Maradona będzie wszystkich bawić. Przestraszyli się jednak, gdy zobaczyli, jak się prezentuje Argentyna. Zagralibyśmy w finale z Brazylią i wygralibyśmy. No to natychmiast przestałem być potrzebny – krzyczał, jak to do dziś ma w zwyczaju. Teraz w Rosji, dokąd został zaproszony jako gość specjalny przez… FIFA, też już dał o sobie znać – m.in. pokazaniem środkowego palca. Według brytyjskich mediów otrzymuje za każdy dzień pobytu w kraju Władimira Putina 10 tysięcy dolarów i jest to część programu wdrażanego przez prezydenta FIFA, Gianniego Infantino. Chodzi o to, by gwiazdy sprzed lat świadkowały wschodzeniu gwiazdeczek. Ci, którzy śledzili spotkania Argentyny, świetnie wiedzą, jak często realizator pokazywał żywo reagującego, ale i śpiącego Maradonę, z zegarkami na obu rękach. Czyli jednak… wykorzystuje go ta FIFA. Ale i utrzymuje.
11
Tajemnice Mundiali część 1(wiecie gdzie czytać):
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
2
@Bogan 30 maja 1998 r. Guillermo Amor rozpłakał się jak dziecko po słowach Luisa Van Gaala. Jeden z najbardziej oddanych drużynie piłkarzy w historii Blaugrany musiał odejść z powodu decyzji trenera. Holender w ostrych słowach ostrzegł zawodników, którzy nie będą chcieli odejść że ,,kolejny rok będzie dla nich straszny”. Następnie kierując słowa bezpośrednio do Amora stwierdził że ,,będzie on blokował rozwój takich piłkarzy jak Xavi”. Gracz, który był wychowany w La Masii i przez 18 lat był związany z Dumą Katalonii nie mógł się powstrzymać od płaczu po usłyszeniu takich słów. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej prezydent Nuñez oświadczył, że wykorzysta klauzule w kontrakcie pozwalającą na przedłużenie umowy z Amorem ale służyło to jedynie temu, aby uzyskać za Katalończyka pieniądze od przyszłego pracodawcy. Guillermo trafił ostatecznie do Fiorentiny.
14
Feliz cumpleaños panie Amor!
4 grudnia 1967 r. urodził się Guillermo Amor, jedna z legend FC Barcelony. Katalończyk był jednym z pierwszych wychowanków, których do ,,Dream Teamu’’ wprowadził sam Johan Cruyff. Przez ponad 10 lat gry w Blaugranie zdobył 17 trofeów, co do czasu występów Xaviego było rekordem wśród piłkarzy Barçy. 421 meczów w pierwszej drużynie dało mu miejsce w pierwszej dziesiątce piłkarzy z największą liczbą spotkań w historii klubu. Z klubem rozstał się na ,,życzenie’’ Van Gaala(de facto był to swego rodzaju szantaż, po którym Amor popłakał się jak małe dziecko). W 2003 r. powrócił na łono Dumy Katalonii jako jeden z dyrektorów pod rządami Joana Laporty i sprawował ten urząd do połowy 2007 r. W 2010 r. wraz z objęciem urzędu przez prezydenta Rosella został dyrektorem technicznym. W późniejszym okresie Amor sprawował funkcje dyrektora technicznego sekcji młodzieżowych a obecnie piastuje stanowisko dyrektora ds. stosunków instytucjonalnych i sportowych pierwszej drużyny.
Dziękujemy panie Guillermo z całego serca za oddanie barwom klubowym.
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
1
@LS No wiesz co!? Byś się wstydził:)
5
No to teraz wspólnie z geniuszem futbolu Lionelem Messim zaśpiewajmy: Vamos! vamos! Argentina, vamos! vamos! a ganar!
que esta barra quilombera, no te deja, no te deja de alentar!
2
@Lionel_Messi10 Oby był już zdrowy na ćwierćfinał. Argentyna go bardzo potrzebuje...
8
Niechlubne mecze ,,naszego” klubu:
3 grudnia 2003 r. FC Barcelona poniosła klęske 5:1 z Malagą CF na wyjeździe. Blaugrana w Andaluzji poniosła najwyższą porażke w erze Franka Rijkaarda. Osłabiona brakiem Ronaldinho i Puyola, zagrała kompromitujące spotkanie. Malaga wykorzystała niemal wszystkie okazje jakie stworzyła a jedyny stracony przez nią gol padł po samobójczym trafieniu Sanza, syna byłego prezydenta Realu Madryt. Dumie Katalonii nie pomógł ani debiut Mario, ani powrót do drużyny Luisa Enrique i Gerardo. Porażka 5:1 była najwyższą od 1995 r. a ostatni raz Barça przegrała w identycznym stosunku w sezonie 1964/65 z Levante. ,,Nie brakuje Ronaldinho, tylko przeszkadzają pozostali”- tak podsumowały mecz hiszpańskie gazety.
@patataj
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
17
Feliz cumpleaños panie Davidzie!
Szanowni cules, dzisiaj 41 lat kończy David Villa, żywa legenda hiszpańskiego futbolu! Ma w swoim dorobku wiele triumfów, zwłaszcza z Dumą Katalonii, z którą wygrał m.in. Ligę Mistrzów, Superpuchar Europy czy klubowe mistrzostwo świata. W reprezentacji Hiszpanii rozegrał 98 spotkań i strzelił 59 goli(rekord), zdobywając mistrzostwo Europy i mistrzostwo Świata. Dziękujemy ,,El Guaje” za chwile radości, za gole i za poświecenie Dumie Katalonii. Cules nigdy ci tego nie zapomną!
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
7
Nieco zapomniane legendy futbolu:
2 grudnia 1948 r. w Pradze urodził się Antonín Panenka jedna z legend czeskiego futbolu, ofensywny pomocnik znany przede wszystkim ze stylu wykonywania rzutów wolnych i karnych. Przez większą część kariery grał w klubie Bohemians 1905, do którego dołączył w 1959 roku. W 1981 Antonin odszedł z klubu z Pragi do austriackiego Rapidu Wiedeń, gdzie zdobył Puchar Austrii i dwa razy wywalczył mistrzostwo kraju. W 1985 roku Rapid doszedł do Finału Pucharu Zdobywców Pucharów, w którym Panenka wszedł z ławki rezerwowych a jego klub przegrał 3-1 z Evertonem. Rok później Panenka przeniósł się do VSE St. Polten, gdzie grał jeszcze dwa sezony by w końcu zostać trenerem Bohemians Praga. Tam pracuje do dzisiaj. Antonín Panenka stał się popularny po tym jak w finale mistrzostw Europy '76 w serii rzutów karnych strzelił decydującą jedenastkę. Sposób wykonania tego rzutu karnego jest do dziś kojarzony z czeskim piłkarzem– Panenka wziął długi rozbieg, zasymulował silne uderzenie, czym zmylił bramkarza RFN Seppa Maiera, po czym lekkim, technicznym strzałem posłał piłkę pod poprzeczkę, ustalając wynik rzutów karnych na 5-3.
@DaPidejpi
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Symson
@patataj
2
Żal patrzeć na ten Urugwaj w porównaniu do poprzednich mundiali. W Katarze nie zasłużyli na wyjście z grupy. Tam musi nastąpić zmiana pokoleniowa. Luis Suarez i Edison Cavani już nie dają rady, potrzeba świeżej krwi
1
Szwaby von do domu! Co za miód na moje serce że te dojcze odpadli, to prawie jakbyśmy weszli do finału! Tak trzymać i nigdy im nie odpuszczać
0
@kubix05 Jaki znowóż Mental?
8
Cules pamiętają, zwłaszcza o wybitnych legendach Dumy Katalonii:
2 grudnia 1898 r. urodził się Ferenz Plattko Kopiletz, legendarny węgierski bramkarz FC Barcelony. Nieco zapomniany, niezwykle utalentowany bramkarz, który przyzwyczaił pierwszych kibiców Barçy do sukcesów na arenie krajowej. Początki jego kariery są owiane tajemnicą, niezwykle ciężko znaleźć wiarygodne informacje o tym zawodniku. Dopiero jego pojawienie się w latach 1910-1920 w klubie Vasas SC, pozwoliło odnaleźć początki jego kariery. Największe sukcesy osiągnął rzecz jasna z Blaugraną, zastępując samego Ricardo Zamorę, który był legendą w bramce. Zanim jednak do tego doszło, to warto przenieść się do roku 1917, gdy Barça zagrała dwa towarzyskie mecze z MTK Hungaria FC, której barw bronił Plattko. Obydwa spotkania zakończyły się bezbramkowymi remisami a Węgier wywarł tak wielkie wrażenie, na działaczach Azulgrany, że Ci postanowili go niezwłocznie zakupić. Tuż po przejściu do Katalońskiego Giganta, socio nie wyobrażali sobie możliwości zastąpienia kogoś takiego jak Zamora. Franz szybko jednak zaczął tworzyć swoją własną historię. W hiszpańskim klubie spędził siedem lat, od 1923-1930 roku. W tym czasie zdobył sześć Pucharów Katalonii, trzykrotnie wznosił Copa Del Rey i co najważniejsze, wygrał z drużyną pierwsze mistrzostwo Primera Division. Po siedmiu latach wspaniałej gry w bramce, Plattko przeszedł do Recreativo Huelva i tam zakończył swoją zawodową karierę. Później zaczynał jako trener, najpierw w podrzędnych klubach francuskich, by potem powrócić do FC Barcelona, lecz już w zupełnie innej roli, jako szkoleniowiec pierwszej drużyny. Mimo, że w sezonie 1934/35 zdobył Puchar Katalonii, to jednak został zastąpiony przez Patricka O'Conella. Minęły dwie dekady i ponownie przypomniano sobie o Ferenzu w Katalonii, który po raz drugi objął stery Blaugrany. Sezon 1955/56 był imponujący w wykonaniu Barcelony z przynamniej dwóch powodów. Pierwszym była wspaniała gra Ladislao Kubali i Luisa Suareza, którzy czarowali widzów swoją techniką. Drugą rzeczą był jeszcze do niedawna (2005), niepokonany rekord w ilości zwycięstw z rzędu w La Liga. Aż 10 spotkań pod rząd wygrywali podopieczni Ferenca Plattko. Jednak nawet te 10 wygranych pod rząd, nie pozwoliło Barçy zająć pierwszego miejsca. Druga lokata, tuż za Athletikiem Bilbao nie satysfakcjonowała zarządu, który postanowił zwolnić Węgra. Ciekawostką jest że Rafael Alberti napisał poemat o węgierskim bramkarzu, po trójmeczu w finale Copa Del Rey(wtedy jeszcze nie było dogrywek). Plattko grał z takim zapałem, determinacją i heroizmem, że Alberti nie mógł się powstrzymać, od upamiętnienia tego.
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Sensible
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
4
@FCBparasiempre
Po objęciu władzy w Niemczech przez nazistów w 1933 r., gruntownie przebudowano rozgrywki piłkarskie. Mistrza kraju wyłaniano w turnieju finałowym, który rozgrywano systemem pucharowym. W turnieju brali udział mistrzowie lig regionalnych – Gaulig. Rapid Wiedeń z Bimbo Binderem szybko odnaleźli się w nowej rzeczywistości. W pierwszym sezonie po aneksji przystąpili do rywalizacji w Pucharze Niemiec. Rozgrywki te były wówczas nazywane Pucharem Tschamerra, a nazwano je tak na cześć Reichsportfurerha – Hansa von Tschammera und Osten, który był twórcą tych zawodów. Co ciekawe, był on również pomysłodawcą sztafety z ogniem olimpijskim. Rapid przystąpił do rozgrywek razem z siedmioma innymi zespołami z Austrii w osobnych eliminacjach. Zwycięzcy dwumeczów kwalifikowali się do ćwierćfinałów, w których dolosowywano do nich drużyny niemieckie. Te także wcześniej musiały przebrnąć eliminacje. W ćwierćfinale pokonali SV Waldhof Mannheim 3:2, a w półfinale uporali się z mistrzami Bawarii – 1. FC Nuremberg. W finale naprzeciw siebie stanęły FSV Frankfurt i Rapid Wiedeń. 8 stycznia 1939 r. na Stadionie Olimpijskim w Berlinie, w obecności 40 tys. widzów, drużyna Bindera zwyciężyła 3:1. Warte podkreślenia jest, że wszystkie trzy bramki Rapid zdobył w ostatnich dziesięciu minutach. Sam Binder ustalił wynik meczu w 90. minucie. Po meczu sporo kibiców wbiegło na boisko, a frankfurccy kibice skandowali w kierunku twórcy pucharu: Tschammer von Osten – Twój puchar rdzewieje! Czuli się oszukani przez sędziego Fritza Rühle, który uznał ostatnią bramkę dla Rapidu, a ta miała paść z pozycji spalonej. W Gaulidze Ostmark Rapid zajął 3. miejsce, a Bimbo znowu został królem strzelców. Tym razem strzelił 27 z 60 bramek ogółem zdobytych przez Rapid. ,,Bimbo” znany był z bardzo silnego uderzenia. W jednym z eliminacyjnych meczów Pucharu Tschamerra w sezonie 1939/40, los zetknął ze sobą Rapid Wiedeń i Bayern Monachium, który dopiero aspirował do wielkiej piłki. Mecz zakończył się zwycięstwem Austriaków 5:2, a po jednym ze strzałów Bindera miała rozerwać się siatka w bramce. Sam tak wspominał po latach tamtą sytuację: ,,Gdy 30 kwietnia 1939 r. graliśmy w Monachium przeciwko Bayernowi w pucharze Tschamerra i wygraliśmy 5:2, udało mi się rozerwać siatkę w bramce, strzelając gola. i ci prości monachijczycy chcieli to potwierdzić, ofiarowując mi zdjęcie rozerwanej siatki. żeby nikt nie mógł zakwestionować jak piekielnie mocnego gola strzeliłeś” – powiedzieli, śmiejąc się. Cholernie mnie to ucieszyło.
Co ciekawe, sędzia był przekonany, że gola wtedy nie było i chciał odgwizdać rzut od bramki. Dopiero pod wpływem nacisków kapitana Rapidu – Bindera, obejrzał przerwaną siatkę i ogłosił zdobycie gola. Kolejny sezon był dla wiedeńskiej drużyny wyjątkowy. Zwyciężyli w rozgrywkach Gauligi Ostmark, a Bimbo po raz szósty w karierze został najlepszym strzelcem w lidze. Wygrana w regionalnej Gaulidze dawała im szansę na grę w turnieju finałowym o mistrzostwo całego kraju. W fazie grupowej okazali się lepsi od TSV 1860 Munchen, Stuttgarter Kickers i VfL Neckarau. Po wyjściu z grupy, trafili na Dresdner S.C., którego barw bronił znakomity później trener – Helmut Schön. 8 czerwca 1941 r. na stadionie im. Hinderburga w Bytomiu, który dziś nosi imię Edwarda Szymkowiaka, rozegrano mecz, który decydował o awansie do finału. Drużyna z Drezna rok wcześniej zdobyła wicemistrzostwo kraju, a na początku roku zwyciężyła w Pucharze Tschamerra. Trudno więc było wskazać faworyta, mimo, że w Rapidzie oprócz Bindera grało kilku innych reprezentantów kraju. Nasz bohater otworzył wynik już w 9. minucie spotkania, a dziesięć minut po przerwie strzelił drugiego gola. Ostatecznie mecz wygrali 2:1 i mogli się szykować do finału z obrońcami tytułu – Schalke. Finał jest osobną historią. 22 czerwca 1941 r. na Stadionie Olimpijskim w Berlinie zasiadło 95 tys. osób. Mieli być oni świadkami łatwego zwycięstwa drużyny z Zagłębia Ruhry. Drużyna z Gelsenkirchen była przedstawiana jako wizytówka nazistów. Szykowali się do kolejnego występu w finale. W ciągu poprzednich dziewięciu sezonów za każdym razem docierali do strefy medalowej. Finał opuścili tylko 1932 i 1936 r. Pięciokrotnie zwyciężali w tej rywalizacji. W 1941 stali przed szansą zdobycia po raz pierwszy w historii tytułu mistrza kraju – po raz trzeci z rzędu. Rapid Wiedeń przystępował do zmagań z zamiarem zmazania plamy na honorze wiedeńskiego futbolu. Dwa lata wcześniej bowiem w finale Schalke 04 spotkało się z inną wiedeńską drużyną – Admirą. W pierwszym sezonie, w którym austriackie drużyny uczestniczyły w mistrzostwach Niemiec, jednej z nich udało dotrzeć się do finału. Tam jednak Admira poniosła sromotną klęskę, dostając lanie aż 0:9! Zawodnicy prowadzeni przez Otto Faista zaczęli z animuszem i już po siedmiu minutach gry prowadzili z Rapidem 2:0. W 41. minucie Bimbo stanął przed szansą zdobycia kontaktowej bramki z rzutu karnego, ale fatalnie przestrzelił i na przerwę Austriacy schodzili z dwubramkową stratą. Schalke prowadziło grę, efektownie grali z pierwszej piłki, co określano w Niemczech jako Schalker Kreiselspiel. Rapid często dawał się zamykać na własnej połowie.
Rozmowa trenera Leopolda Nitscha z piłkarzami w przerwie nie przyniosła rezultatów, bo w 57. minucie Schalke prowadziło już 3:0. Piłkarze z Westfalii byli coraz bliżej trzeciego z rzędu triumfu, a Wiedeńczykom korzystny wynik się oddalał. Kibice Schalke zaczęli nawet skandować „9:0, 9:0, 9:0” nawiązując do wygranej sprzed dwóch lat z Admirą. Piłkarze Rapidu zaczęli jednak wreszcie grać z większym zaangażowaniem i agresją. Trzy minuty po stracie trzeciego gola, nadzieje w serca kibiców Rapidu wlał Georg Schors, strzelając pierwszą bramkę dla Wiedeńczyków. Chwilę później dał o sobie znać geniusz Bindera i jego potężne uderzenie. W ciągu ośmiu minut ustrzelił hat-tricka i wyprowadził Austriaków na prowadzenie. W 62. sędzia podyktował rzut wolny dla Rapidu. Do piłki podszedł jak zwykle Binder. Silnie uderzył z około 30 metrów i było 2:3. Chwilę po wznowieniu gry, arbiter odgwizdał drugi w tym spotkaniu rzut karny dla Austriaków. Futbolówkę na 11. metrze ustawił Binder, który chciał się zrehabilitować za przestrzelonego karnego sprzed przerwy. Uderzył tuż przy prawym słupku, nie dając bramkarzowi szans na obronę. Remis. Siedem minut później, w 70. minucie spotkania Rapid po raz kolejny otrzymał rzut wolny. Znów do bramki około 30 metrów. Binder wierzył w siebie. Uderzył i trafił. Rapid wyszedł na prowadzenie i nie oddał go już do końca. Wiedeńczycy zostali mistrzami Niemiec. Rozradowani kibice znieśli Bindera z boiska na swoich ramionach. Piłkarze Schalke mieli pretensje do sędziego, przez którego rzekome błędy zostali pozbawieni mistrzostwa. Kapitan Ernst Kuzorra odmówił nawet przyjęcia pamiątkowego medalu za zajęcie drugiego miejsca. Eksperci byli jednak zgodni, że Schalke przegrało przez swoją nonszalancję i zbytnią pewność siebie, a także przez błędy bramkarza Hans Klodta. Niektórzy z przegranych potrafili jednak docenić kunszt Bimbo: ,,Jak można tak huknąć? – komplementował Franza obrońca Schalke, Otto Tibulski.
Na mistrzowskim pucharze brakowało nazwy zwycięskiego klubu. Pozostały na nim jedynie świeże otwory po śrubach – wcześniej była przykręcona tabliczka z nazwą Schalke 04. Dla Rapidu takiej nawet nie sporządzono. W reprezentacji III Rzeszy Binder zadebiutował 29 stycznia 1939 r. W debiucie strzelił gola, a Niemcy wygrali na wyjeździe z Belgią 4:1. Ogółem dla nowej drużyny narodowej rozegrał 9 meczów i strzelił 10 bramek. Zdobył hat-tricka przeciw mistrzom świata – Włochom. Przygodę z tą kadrą zakończył 1 czerwca 1941 r. meczem z Rumunią w Bukareszcie. Ostatnie spotkanie Bindera dla III Rzeszy było pierwszym w tej roli dla Ernesta Wilimowskiego. W reprezentacji Seppa Herbergera grał m. in. z: Edmundem Conenem, Paulem Janesem, Ernstem Lehnerem, Helmutem Schönem, czy Fritzem Walterem. W dniu, w którym Rapid zdobywał jedyne w swojej historii mistrzostwo Niemiec, rozpoczęła się operacja Barbarossa. Wojska niemieckie zaatakowały ZSRR. Wojna trwała już od września 1939 r., ale w Wielkich Niemczech jej trudów nie odczuwano. Piłkarze byli pomijani przy powołaniach do wojska. Sytuacja zmieniła się 5 lutego 1941 r., kiedy to do sił zbrojnych wezwano Bindera i jego dwóch kolegów z drużyny – Pessera i Skoumala. Media poświęciły dużo miejsca zaangażowaniu wiedeńskich gwiazd w armii. Kicker pisał nawet na pierwszej stronie o Radiooperatorze Binderze. Mimo powołania do wojska, piłkarze byli cały czas do dyspozycji trenerów Rapidu. Bez przeszkód brali udział w meczach, a w czerwcu zdobyli mistrzostwo. W koszarach Breitenseer, które leżały w pobliżu stadionu Rapidu – przebywali także inni sportowcy. Byli to m. in. piłkarz Austrii Wiedeń – Karl Decker i bokser Josef Weidinger. Ten drugi tak wspominał po latach pobyt Bindera w wojsku: ,,Maszerowaliśmy na zewnątrz z plecakami, hełmami i karabinami. w pewnym momencie Franz zwrócił się do kapitana: panie kapitanie, serce mnie boli. musiałem przez 20 km nieść jego plecak i karabin. wieczorem normalnie trenował z Rapidem. Myślałem, że zwariuję.” Binder jednak nie symulował. Naprawdę miał problemy z sercem. 11 listopada trafił nawet z tego powodu na ponad miesiąc do szpitala. Co zrozumiałe, grywał coraz rzadziej. Rok później ukończył kurs trenerski. Na początku 1943 otrzymał rozkaz wymarszu na Wschód. Wielu twierdziło, że była to kara za odniesione dwa lata wcześniej zwycięstwo nad Schalke, ale to nieprawda. Został przydzielony do 2. dywizji pancernej i brał udział w walkach pod Smoleńskiem i Orłem. W 1943 r. dostał przepustkę, którą spędził w Wiedniu. Przeszedł wtedy operację wycięcia wyrostka robaczkowego. Jego syn tak opisywał tamte wydarzenia: ,,Głównym lekarzem w szpitalu Hanusch-Krankenhaus był klubowy lekarz Rapidu. wyciął mu zdrowy wyrostek robaczkowy. później [binder] dostał trzy miesiące zwolnienia lekarskiego i nie wrócił już do Rosji, ale do Francji.” Sam Bimbo również opisał tę sytuację w 1946 r.: ,,W listopadzie 1943 r. przybyłem do Wiednia na wakacje. Poddałem się wtedy operacji wycięcia wyrostka robaczkowego, dzięki czemu nie wróciłem już na front.” Mimo, że walczył w Wehrmahcie, nigdy nie został członkiem NSDAP. Na froncie zachodnim, pod koniec wojny, Binder dostał się w ręce aliantów. Przebywał w obozie jenieckim w Kufstein, który był pod nadzorem francuskim. Naczelnik obozu pamiętał Bindera z towarzyskich gier Rapidu we Francji i ten wkrótce znowu zaczął kopać piłkę. Został kapitanem miejscowego SC Kufstein i zajmował się także sprawami organizacyjnymi. Jesienią jednak grał już w Wiedniu. 21 października 1945 r. w pierwszym po wojnie meczu w barwach Rapidu, świętował zwycięstwo 4:1 z Helfort a tydzień później zdobył swojego pierwszego gola w nowej Austrii w meczu z FC Wien, wygranym 1:0. Rapid tamten sezon zakończył na pierwszym miejscu, o jeden punkt wyprzedzając Austrię Wiedeń. Jak się później okazało, w decydującym meczu przedostatniej kolejki, Rapid rozbił Austrię na jej boisku 5:1, do czego walnie przyczynił się Binder swoimi czterema golami. Pierwszy po wojnie sezon kończył rozgrywany 20 czerwca 1946 r. finałowy mecz krajowego pucharu, w którym jednak brały udział tylko wiedeńskie kluby. Zmierzyły się w nim Rapid Wiedeń i First Vienna. Już w 5. minucie wynik otworzył nie kto inny jak Binder. W 65. minucie wyrównał Karl Decker, ale Bimbo jak zawsze grał do końca, co potwierdził strzelając zwycięskiego gola na pięć minut przed końcem meczu. W ten sposób Rapid zdobył dublet. Zaraz po wojnie władze Rapidu zarządziły denazyfikację. W 1946 r. Franza wybrano do zarządu i wkrótce potem objął stanowisko kierownika sekcji piłki nożnej. Jesienią 1946 r. węgierskie i szwajcarskie gazety pisały, że Binder był oficerem SS i jednym z zarządców obozu pracy dla żydowskich robotników przymusowych w węgierskim mieście Sopronbanfalva. Jak się potem okazało, chodziło o nazistę o tym samym imieniu i nazwisku. W aferze Bindera interweniował nawet ówczesny minister sprawiedliwości i prezydent Österreichischer Fußball-Bund – Josef Gerö, który przesłał do węgierskiego rządu odpowiednie dokumenty potwierdzające niewinność Bindera.
Ostatni sukces Bindera jako piłkarza, to szósty w karierze tytuł mistrza kraju z sezonu 1947/48. Zdobywał jeszcze z Rapidem wicemistrzostwo w sezonach: 1946/47 i 1948/49. W latach: 1946, 1948 i 1949 został wybrany piłkarzem roku w Austrii. Gdyby jednak w 1947 nie odwołano plebiscytu z powodu niedostatku papieru, miałby na koncie pewnie cztery takie tytuły. Do reprezentacji Austrii wrócił 6 grudnia 1945 r. w meczu z Francją. Ogółem po wojnie zagrał w pięciu meczach, w których zdobył pięć bramek. Ostatni raz reprezentacyjną koszulkę założył 5 maja 1947 r. w przegranym 2:3 meczu z Czechosłowacją, gdzie także wpisał się na listę strzelców. Całkowity jego bilans w kadrze to 16 trafień w 19 występach. W 1949 r. Rapid Wiedeń świętował 50-lecie istnienia. Z tej okazji udali się na tournée po Ameryce Południowej. Tam Bimbo po raz ostatni przywdział biało-zielone barwy. 9 czerwca 1949 r. w Rio de Janeiro, w obecności 50 tys. widzów, miejscowe Vasco da Gama rozbiło gości z Europy aż 5:0. Binder opuścił boisko w przerwie, rozczarowany zdjął buty i rzucił je później w kąt swojego pokoju hotelowego. Zdobyte w Brazylii doświadczenie zaprocentowało kilkanaście miesięcy później. Jeszcze jako piłkarz, został kierownikiem sekcji w Rapidzie i współtworzył wraz z trenerem Hansem Pesserem sukcesy tego klubu z początku lat 50. W tamtej drużynie grali tacy zawodnicy jak: Walter Zeman, Max Merkel, Ernst Happel, Gerhard Hanappi, Robert Dienst czy Erich Probst. Tamta ekipa, której najlepsze lata przypadły jeszcze przed erą europejskich pucharów, była uważana za jedną z najlepszych na kontynencie, co potwierdzili wygrywając w rozgrywkach Zentropa Cup w 1951 r. Później sam próbował swoich sił jako trener. Zaczynał w klubie SSV Jahn Regensburg w latach 1952-54. Kolejnym etapem w jego trenerskiej karierze było 1. FC Nuernberg, które poprowadził do zwycięstwa w Oberlidze Süd. Zaliczył też epizod w Holandii, gdzie z PSV Eindhoven zajął drugie miejsce w lidze w 1962 r. Po tamtym sezonie wrócił do Rapidu, gdzie znowu objął stanowisko kierownika sekcji. W 1964 świętował kolejne mistrzostwo Rapidu, a dwa lata później opuścił klub. Od listopada 1969 do 1970 był szkoleniowcem TSV 1860 Monachium, ale bez sukcesów. W 1975 r. raz jeszcze powrócił do Wiednia. Tym razem jako trener wspólnie z Robertem Körnerem. Współpraca ta dała owoce w 1976 r., kiedy to Rapid zwyciężył w rozgrywkach o puchar kraju. Również jako trener wykazywał swoje słynne chłodne opanowanie. W 1962 r. w jednym z meczów jego PSV na minutę przed końcem remisowało 1:1. Mieli wykonać rzut wolny. Binder zauważył, że prawy skrzydłowy Jan Louwers jest jakby nieobecny i patrzy w niebo, wstał z ławki, podszedł do linii i zawołał do niego: ,,No, co jest panie Louwers, mamy rzut wolny, może warto udać się w pole karne?” Zmotywowany Louwers świetnie odnalazł się w polu karnym i po dośrodkowaniu z rzutu wolnego umieścił głową piłkę w siatce, a PSV wygrało 2:1. Świetnie sprawdzał się w roli budowniczego zespołów – po jego odejściu, po mistrzostwo kraju sięgnęło zarówno 1. FC Nuernberg jak i PSV Eindhoven. Zdobyty w 1976 r. przez Rapid puchar Austrii, był jego ostatnim sukcesem w karierze trenera. Po tamtym sezonie postanowił zakończyć przygodę z futbolem. W każdym z sezonów, w którym zdobywał koronę króla strzelców, strzelał średnio więcej niż jedną bramkę na mecz. Wykazywał się niesamowitą skutecznością. Rozegrał dla Rapidu 319 oficjalnych meczów i strzelił w nich 395 goli! Warto pamiętać, że kilka lat zabrała mu wojna, więc jego dorobek mógł być jeszcze bardziej okazały. Według różnych źródeł, Bimbo Binder strzelił 1006 goli w 756 meczach, co daje imponującą średnią 1,33 gola na mecz. Inne statystki mówią o 1151 trafieniach w 794 występach, co dawałoby średnią 1,45 gola na mecz. W tamtym okresie było znacznie mniej spotkań na najwyższym poziomie niż dzisiaj, a także więcej międzynarodowych i krajowych spotkań czy turniejów towarzyskich. Z drugiej strony jednak grało się też bardziej ofensywnie. Niemniej jednak osiągnięcia Bindera nadal pozostają imponujące. Ernst Happel, którego imię nosi narodowy stadion austriackiej reprezentacji mówił o Binderze, że był to jedyny piłkarz z radarem w stopie. Odszedł z tego świata 24 kwietnia 1989 r. W jego ostatniej drodze towarzyszyło mu tysiące osób. Został pochowany na cmentarzu Baumgartner w Wiedniu. Promenada w Sankt Pölten nosi jego imię. W 1999 r. został wybrany do jedenastki stulecia Rapidu Wiedeń.
7
@FCBparasiempre
Pewnie nigdy nie dowiemy się, który piłkarz strzelił najwięcej goli w całej swojej karierze. Głównie dlatego, że trudno ustalić wiarygodność przedwojennych źródeł. Nie wszystkie relacje też przetrwały próbę czasu. Z dużym prawdopodobieństwem możemy natomiast wskazać graczy, którzy w swoich występach przekroczyli magiczną granicę 1000 bramek. Najsłynniejszym z nich jest Pele, kilka lat temu dołączył do niego Romario. Dużo mniej osób pamięta o Arturze Friedenreichu czy o Jozefie Bicanie. Innym wybitnym, nieco zapomnianym zawodnikiem, jest Franz Binder.
Franz Binder urodził się 1 grudnia 1911 r. w oddalonym o 60 km od Wiednia mieście Sankt Pölten. Dorastał w robotniczej rodzinie, jako czwarte z dziewięciorga dzieci. Mieszkali w jednym z wielu podobnych do siebie domków kolejowych w przemysłowej dzielnicy miasta. Przygodę z piłką rozpoczął, jak na dzisiejsze standardy, dość późno. Trzeba jednak pamiętać, że duża część jego dzieciństwa przypadła na niespokojne czasy I wojny światowej. W wieku 12 lat został członkiem zespołu Sturm 19 St. Pölten. Trzy lata później, jako 15-latek, grał już w pierwszym składzie robotniczego zespołu razem z dorosłymi zawodnikami, a mając 17 lat został wyselekcjonowany do drużyny Dolnej Austrii. W 1930 r. doszło do spotkania, w którym drużyna Bindera podejmowała zespół złożony z węgierskich robotników. Na trybunach Wackerplatz zasiedli przedstawiciele najbardziej utytułowanego wtedy austriackiego klubu – Rapidu Wiedeń. Byli to szef sekcji piłkarskiej – Dionys Schönecker i trener pierwszej drużyny – Edi Bauer. Ten drugi zobaczył mierzącego 190 cm Bindera w akcji i od razu zapragnął go mieć u siebie. Franz wyróżniał się siłą fizyczną, skocznością, grą w powietrzu i dysponował potężnym uderzeniem z obu nóg. Na jego przenosiny do Wiednia nie chciała się jednak zgodzić matka, która obawiała się, że wielkie miasto może mieć zły wpływ na młodego chłopaka. Binder dojeżdżał więc na treningi koleją. W nowym zespole zadebiutował 12 października 1930 r. w meczu z SK Slovan, gdzie udało mu się dwukrotnie wpisać na listę strzelców. Początki w Rapidzie nie były jednak łatwe. Przez swój wzrost miał problemy z szybkością i koordynacją, a także trudno mu było się odnaleźć w nowym zespole. Na tle silniejszych rywali uwidoczniły się jego braki techniczne. Nadrabiał je jednak wolą walki i ambicją. Przełom w jego karierze nastąpił 9 listopada 1931 r. Rapid grał z drużyną Soproni Vasutas. Binder strzelił po przerwie pięć bramek, wszystkie z rzutów wolnych, a mecz zakończył się wynikiem 11:3. Jego udane występy w Rapidzie szybko przysporzyły mu fanów w rodzinnym mieście, którzy często na mecze dojeżdżali rowerami. Sytuacja materialna w rodzinnym domu była nie do pozazdroszczenia, cała Europa odczuwała skutki Wielkiego Kryzysu. Binder jako piłkarz początkowo nie zarabiał wiele, ale jak tylko mógł, starał się pomagać najbliższym. O tym, że nie było im łatwo świadczyć może fakt, że dom rodzinny opuścił dopiero w wieku 26 lat i do końca dzielił łóżko z bratem. Binder bardzo dobrze radził sobie w rozgrywkach ligowych. 30 października 1932 r. zdobył 6 goli w meczu z Admirą a cały tamten sezon zakończył z 25 golami na koncie i tytułem króla strzelców. Dzięki znakomitej formie w rozgrywkach ligowych, zdobył uznanie w oczach selekcjonera reprezentacji. Legendarny Hugo Meisl dał mu szansę pokazania swych umiejętności w towarzyskim meczu z Belgią, który rozegrano 11 czerwca 1933 r. w Wiedniu. Binder szansę wykorzystał i zdobył dwie bramki w debiucie, a austriacki Wunderteam wygrał 4:1. Na początku 1934 r. zagrał również w dwóch meczach Pucharu Europy Środkowej, który był protoplastą Mistrzostw Europy. W pierwszym, który 11 lutego rozegrano Turynie, Austriacy pokonali Włochów 4:2 (niespełna cztery miesiące później piłkarze z Półwyspu Apenińskiego zrewanżują się w półfinale rozgrywanych we Włoszech MŚ, inna sprawa, że zrobią to z pomocą szwedzkiego arbitra – Ivana Eklinda). Drugi mecz Wunderteam grał 25 marca w Genewie ze Szwajcarią i również zwyciężyli, tym razem 3:2. Co ciekawe, tamte edycje Pucharu rozgrywane były na przestrzeni trzech lat. Binder dobrze spisywał się w lidze, nieźle radził sobie w reprezentacji, ale na mistrzostwa do Włoch, gdzie Austria była jednym z głównych kandydatów do końcowego zwycięstwa, nie pojechał. Był w podobnym wieku co Bican i mieli podobne doświadczenie na arenie międzynarodowej. Jednakże Bindera z udziału w czempionacie wykluczyła kontuzja.
W 1935 r. Binder po raz pierwszy zdobył mistrzostwo Austrii a Rapid zanotował drugi w historii sezon bez porażki w lidze. Dwa lata później zdobył aż 29 bramek z 51 strzelonych przez Rapid i po raz drugi wywalczył koronę króla strzelców. Żeby awansować na MŚ we Francji w 1938 r., Austriacy potrzebowali tylko jednego meczu. 5 października 1937 r. na wiedeńskim stadionie Prater pokonali Łotwę 2:1. Była to już jednak całkiem inna reprezentacja. Hugo Meisl zmarł na atak serca 17 lutego 1937. Drużynę narodową przejął po nim jego współpracownik Heinrich Retschury, a z zawodników, którzy grali na poprzednim czempionacie, został tylko Karl Zischek. W 1938 r. Binder po raz drugi zdobył z Rapidem mistrzostwo w lidze, przerywając tym samym dwuletnią dominację Admiry. ,,Bimbo”, jak Franza określali kibice, drugi raz z rzędu został królem strzelców, tym razem z 22 bramkami. Ciekawa historia wiąże się z nadaniem przezwiska Franzowi. Przydomek ,,Bimbo” zyskał w trakcie tournée po Afryce Północnej. Podczas przystanku w Marsylii Binder wraz z kolegami z drużyny oglądał w kinie film Pustynna Burza. W filmie tym, w jednej ze scen, przedstawiono ciemnoskórego żołnierza nazwiskiem Bimbo, który biegł do fortu. Był wysoki i silny, podobnie jak Binder, tak więc dla jego kolegów z Rapidu stało się jasne, że to idealne przezwisko. Binder miał później powiedzieć, że żołnierz z tego filmu biegał bardzo podobnie do niego samego.
,,Ojciec przez dziesięciolecia nosił ten przydomek z dumą. Nigdy mu nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie, czuł się zaszczycony” – mówił syn Bindera o przydomku ojca.
Sezon 1937/38 wszystkie austriackie zespoły kończyły w zupełnie innej rzeczywistości niż do nich przystępowały. Z I wojny światowej Austria, podobnie jak Niemcy, wyszła bardzo osłabiona. Państwo austriackie w niczym nie przypomniało silnej monarchii austrowęgierskiej. Oba państwa, jako główni winni wojny, zostały celowo osłabione poprzez Traktat Wersalski, żeby więcej nie doprowadziły do takiego kataklizmu. Dlatego też pomysły połączenia się obu krajów na początku lat 20. czy stworzenia unii celnej w 1931 r. zostały skutecznie udaremnione przez mocarstwa zachodnie. W 1933 r. do władzy w Niemczech doszedł Adolf Hitler. Po kilku ustrojowych reformach, przystąpił on do planu obalenia porządku wersalskiego. W 1936 r. zerwał traktat lokareński i wprowadził wojska do zdemilitaryzowanej Nadrenii. Przyłączył też do Rzeszy Kraj Saary. Wszystko to przy biernej postawie państw zachodniej Europy i Ligi Narodów. Po zmianie rządów w Austrii, władze tego kraju bardziej skłaniały się ku Włochom Mussoliniego niż ku III Rzeszy. Na początku roku stawiły skuteczny opór narodowym socjalistom, chcącym przejąć władzę. Kanclerz Kurt Schuschnigg zdecydował, że najlepiej będzie zapytać o zdanie obywateli. 9 marca 1938 r. ogłosił rozpisanie referendum, w którym Austriacy mieli się wypowiedzieć na temat przyszłości swojej ojczyzny. Hitler, nie będąc pewnym wyników plebiscytu, szantażem i groźbami doprowadził do zmiany kanclerza na bardziej mu przychylnego Arthura Seyss-Inquarta. 12 marca wojska niemieckie wkroczyły na tereny Austrii, a dzień później przyjęta została uchwała o włączeniu Austrii do III Rzeszy. Państwa zachodnie i tym razem się nie popisały – ograniczyły się tylko do wysłania protestacyjnych not dyplomatycznych. 3 kwietnia na stadionie Prater zorganizowano pokazowy mecz pomiędzy Austrią, która grała jako Ostmark, czyli Marchia Wschodnia, a Niemcami, którzy grali jako Altreich, czyli Stara Rzesza. Austriacy wygrali 2:0 po bramkach Sindelara i Sesty, ale mecz nie jest uznawany za oficjalny. 10 kwietnia obywatele obu krajów poparli w referendum połączenie swoich państw. Według oficjalnego komunikatu, za głosowało 99 % Niemców i 99,7 % Austriaków. Wielkie Niemcy uznane zostały zarówno przez Francję, jak i Wielką Brytanię. Od tego czasu klubowe drużyny austriackie zostały włączone do niemieckiego systemu ligowego. Wiele klubów, jak np. żydowska Hakoah Wiedeń, która wychowała wielu olimpijczyków, zostało rozwiązanych. Innym naziści pozmieniali nazwy. Wprowadzono obowiązkowe hitlerowskie pozdrowienie zarówno przed, jak i po meczu. Austriackie kluby często traktowane były z pogardą, jako rzekomo niegodne prawdziwego, niemieckiego profesjonalizmu w sporcie. Reprezentacja Austrii, która wywalczyła awans na MŚ, nie pojechała na turniej, bo kraj, który reprezentowali przestał formalnie istnieć. Piłkarze dotąd reprezentujący Austrię, stali się członkami drużyny niemieckiej. Nie wszyscy jednak chętnie przywdziewali nowe barwy. Matthias Sindelar odmówił gry dla III Rzeszy, a rok później poniósł śmierć w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Josef Bican nie podpisał natomiast niemieckiej karty narodowościowej, mimo że w domu mówiono po niemiecku. Od sezonu 1937/38 związał się ze Slavią Praga, a wkrótce potem zaczął reprezentować Czechosłowację. Binder nie miał oporów przed grą dla nowego kraju. Na mistrzostwa we Francji jednak nie pojechał. Ogółem w reprezentacji Niemiec znalazło się dziewięciu zawodników z Austrii. Po mistrzostwach, które okazały się dla Niemców wielkim rozczarowaniem, oskarżano austriackich piłkarzy o rzekomy brak zaangażowania. Czternaście miesięcy później trwała już wojna i marzenia o występie na światowym czempionacie Bimbo Binder musiał odłożyć. Nigdy ich jednak nie zrealizował.
5
Legendy futbolu, austriacki supersnajper:
@MesQueUnClub96
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Sensible
@DaPidejpi
8
Nieco zapomniany puchar:
1 grudnia 1994 roku AC Milan(ówczesny tryumfator Ligi Mistrzów) rozegrał finałowe spotkanie z CA Velez Sarsfield(wówczas zwycięzca Copa Libertadores) w ramach Pucharu Interkontynentalnego. Mecz został rozegrany na Stadionie Narodowym w Tokio. Niepodziewanie najlepsza ekipa Ameryki Południowej pokonała AC Milan, wówczas uważany za najlepszy zespół świata, w stosunku 2:0. Gole dla Velez Sarsfield zdobyli: kapitan Roberto Trotta oraz Omar Asad, którego wybrano najlepszym piłkarzem meczu. Był to szósty występ Milanu w tych rozgrywkach, po zwycięstwach w 1969 , 1989 , 1990 i porażkach w 1963 i 1993 , podczas gdy Vélez Sársfield debiutował w tymże pucharze.
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
11
Tak to się zaczęło:
1 grudnia 2009 r. Lionel Messi zdobył swoją pierwszą Złotą Piłke w karierze. Z 473 punktami(na 480 możliwych do zdobycia) wyprzedził Cristiano Ronaldo(233) oraz swoich kolegów z zespołu: Xaviego(170) i Inieste(149) oraz byłego znajomego z Barçy Samuela Eto’o(75), który był już wtedy zawodnikiem mediolańskiego Interu. Messi był ósmym piłkarzem w historii Blaugrany, który zdobył Złotą Piłke, licząc wyróżnienia dla Figo i Luisa Nazario de Limy, którzy otrzymali je, będąc już piłkarzami odpowiednio Realu Madryt i Interu Mediolan. Jednocześnie został pierwszym wychowankiem Dumy Katalonii, który sięgnął po to wyróżnienie. ,,Mam nadzieje że to jest pierwsza z wielu nagród. Dedykuje ją kolegom z zespołu bo bez nich nie zdobyłbym tego trofeum a także rodzinie i najbliższym znajomym”- podsumował zdobycie nagrody Messi.
@Sensible
@Symson
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
6
Zapomniane El Clasico:
1 grudnia 1940 r. FC Barcelona pokonuje na Camp de Les Corts, Real Madryt 3:0 w 10 kolejce Primera Division. Gole dla Barçy strzelili: Jaime Sospedra(2) oraz Jose Valle. Po tej kolejce Blaugrana zajeła 6 pozycje ze stratą 3 punktów do prowadzącej FC Sevilli.
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@DaPidejpi