7

Ku pamięci legend:

14 listopada 1986 r. zmarł Ferdinand Daučik. Pochodził on z Czechosłowacji a do Barcelony przybył w 1950 r. jako trener węgierskich uciekinierów z komunistycznego kraju, których liderem był jego szwagier, Ladislao Kubala. Josep Samitier, wielka legenda Barçy był zachwycony poziomem węgierskiej drużyny i doradził prezydentowi FCB zatrudnienie zarówno Daučika, jak i Kubali. Już w pierwszym sezonie Blaugrana dzięki nowym nabytkom zdobyła mistrzostwo Hiszpanii a w dwóch kolejnych podwójną koronę. W 1954 r. Daučik odszedł z Barcelony i przez ponad 20 lat prowadził kilkanaście klubów, głównie hiszpańskich. W sumie był trenerem przez 30 lat bez przerwy, co jest rzadko spotykane. Jeszcze we wrześniu 1980 r. Daučik w wieku 70 lat był pełen werwy i pomysłów: ,,Jestem co raz bardziej przekonany że moja witalność bierze się z tego iż cały czas jestem aktywny. Do teraz widząc dzieci biegające za piłką przyłączam się do gry. Moja głowa jest pełna pomysłów, które zrewolucjonizują futbol hiszpański. To ostatni cel, który sobie postawiłem. Futbol hiszpański jest chory od ponad 15 lat, konkretnie od porażki na Mistrzostwach Świata w Anglii. Wiem że jestem osobą kontrowersyjną ale gdyby brać pod uwagę matematykę w piłce, to pod względem zwycięstw i trofeów byłbym numerem jeden”- powiedział Daučik w 1980 r.



@Ogorinho1974
@Sensible
@patataj
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Symson

12

@FCBparasiempre
1950 i wyjście po angielsku

Brazylijskie mistrzostwa świata z 1950 roku były pierwszymi od czasów wojny. Był to zarazem premierowy turniej z udziałem Anglików, czyli najstarszej (obok Szkocji) reprezentacji narodowej. Oczekiwania wobec „ojczyzny futbolu” były bardzo wysokie – Wyspiarze byli traktowani jako jeden z głównych kandydatów do złota. Anglicy trafili do jednej grupy z Hiszpanami, Chilijczykami i Amerykanami. W pierwszym meczu nie dali szans drużynie Chile, pokonując ją 2:0, jednak to, co wydarzyło się później w meczu z Amerykanami przeszło do historii i po dziś dzień jest wspominane jako jedna z największych sensacji mistrzostw. Jankesi niespodziewanie postawili bardzo trudne warunki faworytom, a przed utratą bramki ratowały ich słupki i świetnie dysponowany tego dnia bramkarz. Jednak prawdziwym wstrząsem dla kibiców Anglii była bramka stracona w 38. minucie spotkania. Zdobył ją Joe Gaetjens. Niesieni na oparach heroizmu Amerykanie nie oddali prowadzenia do końca meczu. Nie przeszkodził w tym nawet rzut karny, którego nie zdołali wykorzystać faworyci. Gdy do Londynu przesłano komunikat o wyniku 0:1, wielu sądziło, że to pomyłka drukarska i prawdziwy wynik to 10:1 – to obrazuje oczekiwania wobec meczu. Po potwierdzeniu wyniku londyński „Daily Herald” zamieścił na pierwszej stronie nekrolog angielskiego futbolu. Porażka została określona „cudem na trawie” i nawet powstał na tej podstawie film. Ostatni mecz fazy grupowej z Hiszpanią był walką o przetrwanie. Za zwycięstwo przyznawano wtedy dwa punkty. Anglicy musieli pokonać Hiszpanów różnicą czterech bramek. Zamiast tego doznali kolejnej porażki 0:1 i skompromitowani musieli wrócić do kraju.



1966 i sensacyjna Korea Północna

Mistrzostwa w 1966 roku zostały rozegrane w Anglii i były wyjątkowe z wielu względów. Po pierwsze towarzyszyło im świętowanie 100-lecia angielskiego związku piłkarskiego. Po drugie – był to pierwszy mundial, w którym Lwy Albionu nie były prowadzone przez legendarnego Waltera Wintebottoma – jednego z najsłynniejszych selekcjonerów, który prowadził kadrę najdłużej i osiągnął z nią najwięcej zwycięstw. Został on zresztą uhonorowany tytułem szlacheckim. I najważniejsze – gospodarze zdobyli upragniony tytuł mistrza świata. Radości Anglików nie podzielali jednak Włosi. Drużyna pod wodzą Edmondo Fabbriego może nie liczyła na tryumf w rozgrywkach, jednak z pewnością nie spodziewała się tak szybkiego pożegnania z mistrzostwami. Otwarcie było obiecujące. Podobnie jak Anglicy 16 lat wcześniej, Włosi w swoim pierwszym meczu ograli Chile. Porażka ze Związkiem Radzieckim nie była dużym zaskoczeniem, a jej niski wymiar został przyjęty ze względnym spokojem. W końcu reprezentacja ZSRR była wówczas jednym z najlepszych zespołów w Europie i na świecie. Warto wspomnieć, że sześć lat wcześniej zwyciężyli oni w mistrzostwach Europy, a do angielskiego turnieju podchodzili jako ćwierćfinaliści poprzedniego mundialu oraz obecni wicemistrzowie Europy. Decydujące było starcie z Koreą Północną. Włochów urządzał nawet remis. Rywale sensacyjnie wygrali 1:0. Faworyzowani Włosi musieli pogodzić się z odpadnięciem z turnieju. Koreańczycy wrócili do domu niedługo później. W kolejnej fazie po prawdziwej strzelaninie ulegli Portugalii 3:5.

2002 i kompromitacja podwójnego mistrza

Mistrzostwa z 2002 roku pamiętamy głównie za sprawą niespełnionych oczekiwań wobec kadry Jerzego Engela. Jego „futbol na tak” zakończył się blamażem z Koreą i gradem goli z Portugalią. Honor uratował mecz ze Stanami Zjednoczonymi. Drużyna wróciła do kraju w atmosferze ogólnopolskiej histerii. W końcu Jerzy Engel zapowiadał walkę o mistrzostwo świata. Co jednak powinni powiedzieć Francuzi? Byli w tamtym okresie niekwestionowanym wzorem piłkarskiej potęgi. Zespół wypełniony gwiazdami z Zidanem na czele podchodził do mistrzostw jako główny kandydat do tytułu. Po wygranych mistrzostwach świata cztery lata wcześniej, a także tryumfie w mistrzostwach Starego Kontynentu, na Trójkolorowych stawiało się w ciemno. Dzieciaki prześcigały się, który będzie Zidanem, który Vieirą, a który Piresem. Kibiców nie zaniepokoił nawet fakt, że byli jedną z najstarszych drużyn turnieju (średnia 29 lat) oraz to, że Zidane doznał poważnej kontuzji, która wykluczyła go na dwa pierwsze mecze grupy. Rywale grupowi Francji mieli być jedynie rozgrzewką. Jednak już w pierwszym meczu Trójkolorowych spotkała niemiła niespodzianka ze strony Senegalczyków. Ówczesny wicemistrz Pucharu Narodów Afryki postawił twarde warunki i sensacyjnie wygrał 1:0. Francja stanęła pod ścianą, ale trener postanowił nie mieszać w składzie na kolejny mecz z Urugwajem. Ten zakończył się remisem 0:0, co… wciąż pozwalało wierzyć w awans do kolejnej rundy. Francuzi później ulegli jednak Duńczykom 0:2, a drużynie nie pomogła nawet obecność Zidane’a. Obrońcy tytułu pożegnali się z azjatyckim turniejem już po trzech meczach, nie strzelając nawet jednej bramki.

2010 i poprzedni finaliści odpadają w grupie

Dwóch finalistów poprzedniej edycji odpada w fazie grupowej? Taka sytuacja miała miejsce w 2010 roku. Francuzi okazali się słabsi od Urugwaju, Meksyku i RPA, kończąc mistrzostwa z jednym punktem w tabeli i toksyczną atmosferą w zespole, nie mówiąc już o tym, że Thierry Henry w barażu oszukał Irlandczyków, zagrywając piłkę ręką. Włosi ulegli Słowacji i zremisowali w meczach z Nową Zelandią i Paragwajem. Obie drużyny zajęły ostatnie miejsce w grupie. Obie odpadły z rywalami wiele słabszymi. Gdy Nicolas Anelka otwarcie skrytykował trenera kadry po meczu z Urugwajem, ten odesłał zawodnika do domu. Domenech stracił tym samym panowanie nad szatnią, a drużyna narodowa, która jeszcze niedawno była przekonana o swojej potędze, niemal uległa rozsypce. Co ciekawe – Nowa Zelandia, która odpadła z turnieju, nie przegrała żadnego meczu. Nie tylko wielcy zawiedli na mistrzostwach w RPA. Na szczególną uwagę zasługuje reprezentacja Korei Północnej – drużyna, wobec której nikt nie miał jakichkolwiek oczekiwań. Nikt, z wyjątkiem krajowego reżimu, który traktował udział w mistrzostwach jako narzędzie propagandy. Koreańczycy rozpoczęli turniej całkiem nieźle, strzelając bramkę Brazylii i przegrywając zaledwie 1:2. Niestety Portugalia i Wybrzeże Kości Słoniowej nie były tak przyjazne dla piłkarzy z komunistycznej republiki, wbijając jej łącznie 10 bramek. Podobno piłkarze nie zostali potraktowani przez władze swojego kraju zbyt przychylnie. Najwyraźniej to pomogło, bo już cztery lata później Koreańczycy zdobyli tytuł mistrzowski. Po raz kolejny mądrość i doświadczenie wielkiego wodza poniosło naród ku chwale!

2014 i najsmutniejsze 1:7

Wszyscy doskonale pamiętamy ból przeszywający serca gospodarzy turnieju w 2014 roku. Mimo osiągnięcia półfinału, to oni byli największym przegranym mistrzostw sprzed 8 lat. Ciążyła na nich wielka presja. Każdy wynik inny niż mistrzostwo był traktowany jako porażka. Droga do finału nie była łatwa, jednak Brazylijczycy pokonywali kolejne etapy turnieju. To, co wydarzyło się w półfinale przeszło do historii. Gospodarze przegrali aż 1:7, co było najwyższą porażką od 94 lat (przegrana 0:6 z Urugwajem). Rozbici psychicznie nie zdołali wywalczyć nawet trzeciego miejsca, ulegając Holendrom aż 0:3. Przed ostatecznym upokorzeniem całego narodu uchroniła… reprezentacja Niemiec, która pokonała w finale Argentynę. Warto przypomnieć, że już na etapie fazy grupowej z turniejem pożegnały się murowani faworyci, czyli Anglia, Włochy, Hiszpania (która zresztą broniła tytułu mistrzowskiego), Chorwacja i Portugalia.


9

Już za tydzień Mistrzostwa Świata a więc…

Mundialowe kompromitacje(wiecie gdzie czytać):


@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@patataj
@MesQueUnClub96
@Sensible
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson
@Pawel13sz

8

Wspominamy pierwszą edycje Puchar Mitropa:

13 listopada 1927 r. Rapid Wiedeń pokonuje Sparte Praga 2:1 w drugim meczu finałowym Copa Mitropa. Jednak to właśnie czeska drużyna sięga po ten puchar ponieważ w pierwszym meczu rozgromiła u siebie Rapid 6:2! Tak oto pierwszym w historii triumfatorem Copa Mitropa zostaje Sparta Praga.


@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj

9

Wybitne legendy polskiego futbolu:

13 listopada 1955 r. w Warszawie urodził się Stanisław Terlecki. Synonim wielkiego pecha w polskim futbolu. Dwukrotnie był bardzo bliski wyjazdu na mistrzostwa świata, jednak na przeszkodzie stawały mu dziwne przypadki. Ostatecznie nie zagrał na tej imprezie, choć w opinii wielu Terlecki był jednym z najlepszych lewoskrzydłowych lat 70-tych i 80-tych na świecie. ,,Brylantowe” – mawiał podobno o jego umiejętnościach sam Gmoch. Zawodnik był pewniakiem w jego drużynie szykowanej do występu na Mistrzostwach Świata. Na drodze stanął mu jednak ligowy występ w barwach ŁKS przeciwko Polonii Bytom. Niespełna miesiąc przed mundialem obrońca rywali Czesław Bryłka popełnił brzydki, perfidny faul, po którym Terlecki doznał kontuzji łąkotki. Wykonał olbrzymią prace aby powrócić do zdrowia w ekspresowym tempie. Stawił się nawet na specjalnych testach zarządzonych przez selekcjonera, przechodził kolejne egzaminy ale kiedy przyszło do wykonania strzału piłka lekarską, musiał odpuścić. Gmoch wprost przyznawał że ten niespodziewany wypadek przewrócił do góry nogami całą jego koncepcje gry opierającą się głównie na Terleckim. Cenił go nawet wyżej niż Gadoche. Uważał że posiada wszystkie zalety tamtego a dodatkowo jest skuteczniejszy. Pomimo braku powołania, przyjechał na lotnisko powitać powracającą z mundialu kadre. Pomagał nawet wynosić bagaże Masztalerowi. Natomiast Bońka i Kukle częstował szampanem. Za drugim razem na drodze stanął mu jego charakter. Inteligentny i błyskotliwy Terlecki z czasem zaczął być coraz bardziej bezkompromisowy. Przekornie stawał okoniem w reakcji na wiele decyzji. Już raz spotkał się z dyskwalifikacją, za… szczekanie na dziennikarzy. Kilka miesięcy później popadł w jeszcze większe tarapaty, gdy razem z Bońkiem i Żmudą protestował przeciwko karze dla Młynarczyka. Całą czwórke ukarano za to dyskwalifikacją. Piłkarze Widzewa ukorzyli się przed PZPN-em i przeprosili. Terlecki pozostał niezłomny w swej decyzji. Przypłacił za to absencją mundialową. Świat nie mógł znów obejrzeć w akcji znakomitego technika…

Po prawdzie długo mu się zbierało na taka dyscyplinarną absencje. Jako potomek magnaterii był chyba jedynym jawnym przeciwnikiem komunizmu wśród piłkarzy. W czasie strajków studenckich nawet samochodem dowoził prowiant protestującym. Jako jeden z nielicznych legitymował się studiami i to nie na AWF-ie ale na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego. Zawsze zresztą podkreślał wage nauki. Kariera klubowa nie przyniosła mu zbyt wielu trofeów. Ani w Gwardii, ani w ŁKS-ie, w którym stał się gwiazdą ligi, nie dane mu było choćby raz stanąć na podium. Raz zagrał w finale Pucharu Polski. Dopiero po powrocie zza granicznych wojaży, już w barwach Legii Warszawa, 2-krotnie został zdobywcą Pucharu Polski. Nigdy zaś nie zdobył mistrzostwa Polski. Pomimo tego niewątpliwie stał się jedną z największych gwiazd Ekstraklasy pod koniec lat 70-tych. Do tej pozycji uprawniał go niesamowity drybling i umiejętności techniczne. Dzięki szybkości i naturalnej kiwce łatwo przedostawał się pod pole karne rywali. Wytrzymałość sprawiała natomiast że można było się spodziewać jego kolejnych rajdów praktycznie w każdej chwili, nawet pod sam koniec meczu. Dla tych popisowych numerów na stadion ŁKS-u ściągały tłumy. Szacuje się iż większość Stanisławów urodzonych w tym mieście pod koniec lat 80-tych zawdzięcza swoje imie właśnie temu piłkarzowi. Jego ściągnięcie klub zawdzięcza włókniarkom, które poskarżyły się Gierkowi że ich mężowie myślą o braku tego piłkarza a nie o pracy. Starszym fanom z miejsca przypominał swojego poprzednika z ofensywy łodzian – Jerzego Sadka. Może Terlecki obdarzony był nieco słabszym wykończeniem niż Sadek, za to miał jeszcze lepszy drybling. Wielu uważało nawet że nie widziało lepszego piłkarza w swoim życiu. W barwach ŁKS-u sięgnął po swoje najważniejsze indywidualne wyróżnienie w karierze – tytuł Odkrycia Roku w Plebiscycie ,,Piłki Nożne”. W reprezentacji w sumie zagrał 29 razy i strzelił 7 goli. Najlepiej wypadł w starciu ze Szwajcarią w 1979, gdy strzelił 2 gole. Po dyskwalifikacji już nigdy nie włożył biało-czerwonej koszulki reprezentacji. Wyjechał do USA, gdzie w New York Cosmos został następcą Pelego. Po powrocie do Polski występował jeszcze w ŁKS-ie, Legii oraz Polonii Warszawa. Później zajął się biznesem. Prowadził też własną szkółke piłkarską. Spisał biografie pt. ,,Pele, Boniek i ja”. Był felietonistą w ,,Superexpresie”. W ostatnim czasie jednak wycofał się ze środowiska piłkarskiego. Stanisław Terlecki zmarł w grudniu 2017 r. po wieloletnich problemach z psychiką i alkoholem.

@DaPidejpi
@Symson
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Sensible
@MesQueUnClub96

0

@DaPidejpi Na razie tak w skrócie historia derbów a w przyszłości postaram się coś znaleźć więcej.
Stolicę Katalonii w hiszpańskiej ekstraklasie od wielu lat reprezentują dwa zespoły – Espanyol oraz FC Barcelona. Gdyby na całym świecie, wzdłuż i wszerz, przeprowadzić ankietę, jaką drużynę piłkarską Pani/Pan kojarzy z Barcelony, jesteśmy pewni, że 99,99 procent ankietowanych wskazałoby na tę drugą ekipę. Trudno się przecież dziwić. Same sukcesy wystarczą. Półki w gablotach na Camp Nou uginają się dziesiątek trofeów. Turystów odwiedzających wystawę pucharów zdobytych przez Espanyol, czeka krótka wycieczka, bo zobaczyć można zaledwie cztery trofea – wszystkie to Puchar Króla. Sukcesy napędzają marki. FC Barcelona to jedna z największych futbolowych instytucji na świecie, a Espanyol nigdy w przeszłości i zapewne nigdy w przyszłości nie dobije do takiej pozycji. Dodajmy jeszcze fakt, że mianem Dumy Katalonii określa się jeden zespół. Wiecie, który. Ale ten fakt pewnie Espanyolowi nie przeszkadza, bo nie od dziś wiadomo, że ten klub bardziej trzyma stronę Hiszpanii, aniżeli Katalonii. ,,Derbi barceloní” to najczęściej rozgrywane lokalne derby w Hiszpanii. Ani derby Madrytu, ani innego miasta nie dorównują im częstotliwością. Dla Espanyolu historia jest brutalna, Papużki mają na swym koncie zaledwie 44 wygrane w 208 spotkaniach. Choć początek tych pojedynków nie był tak jednostronny. Od startu ligi do rozpoczęcia hiszpańskiej wojny domowej, Barcelona pokonała Espanyol sześciokrotnie, ale za to przegrała pięć razy. Tyle samo było remisów. Gdy wznowiono rozgrywki, o dziwo to Espanyol mógł się cieszyć wyższością nad przeciwnikiem. Blaugrana dopiero w czwartym sezonie zdołała pokonać w lidze swoich lokalnych rywali. Okres dominacji Papużek w derbach szybko się jednak zakończył. Od tamtej pory, aż do dzisiaj, klub z Camp Nou był absolutnym władcą miasta Gaudiego. Na swoim boisku dali się pokonać tylko sześć razy. Na terenie Espanyolu również są lepsi – 29 zwycięstw i 18 porażek. W rozgrywkach ligowych, zespół z RCDE Stadium na zwycięstwo czeka już dziewięć lat, a na swoim boisku aż jedenaście. Dominacja Barcelony widoczna jest nie tylko w lidze, ale i w Pucharze Króla. Ostatni raz Espanyol wyeliminował Blaugranę, uwaga, w sezonie 1960/61. Od tamtej pory dziesięć kolejnych dwumeczów to zwycięstwa Barcelony. Z resztą, Espanyol zdołał wygrać tylko dwa mecze.






11

Z historii Blaugrany:

13 listopada 1950 r. socios zagłosowali za zakupem terenów pod Camp Nou. Architekci ocenili iż stary stadion Camp de Les Corts da się powiększyć jedynie o 8 tys. miejsc przy jednoczesnym obniżeniu komfortu oglądania spotkań. Władze Barcelony zarządziły więc czterodniowe glosowanie, w którym socios mieli zadecydować o ewentualnym pozyskaniu ziemi pod budowę przyszłego stadionu na 100 tys. osób. Na ponad 30 tys. socios, głosowało 7967, w tym aż 7835 opowiedziało się za zakupem terenów za 10 mln peset.



@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@Roni/VEB

2

@FCBparasiempre
O wcześniejszej niestabilności niech świadczy chociażby historia z zatrudnieniem na stanowisku selekcjonera Niemca Dettmara Cramera. Cramer w lipcu 1974 roku podpisał 4-letnią umowę z amerykańską federacją. Drużynę poprowadził jednak tylko w dwóch spotkaniach. W grudniu tego samego roku, gdy był z reprezentacją na zgrupowaniu w Izraelu, otrzymał bowiem propozycję objęcia posady trenera Bayernu. Niedługo potem przyjął ofertę i zrezygnował z pracy w USA. Na pewno nie żałował tego ruchu, bo z Bawarczykami dwukrotnie wygrał Puchar Europy. Piłka nożna, mimo całej otoczki związanej z NASL, przez wiele lat traktowana była w Stanach raczej jako ciekawostka. System zdecydowanie mocniej wspierał futbol amerykański, baseball, koszykówkę, hokej na lodzie, ewentualnie sporty indywidualne – lekkoatletykę, pływanie czy tenis. To właśnie, ćwicząc te dyscypliny, młodzi sportowcy mieli największe szanse na sławę i pieniądze. Nic dziwnego, że soccer przez długie lata nie mógł się przebić. Systemu nie skruszyli nawet imigranci tak licznie przybywający do Stanów Zjednoczonych z krajów znacznie silniejszych piłkarsko. Ich drużyny, często skupiające w sobie przybyszów z tego samego państwa, interesowały jedynie niewielką garstkę fanów. Jednak dzięki takim zespołom jak Philadelphia Ukrainians, New York Hungaria, Maccabi Los Angeles, San Francisco Italian Athletic, New York Pancyprian-Freedoms czy New York Greek American Atlas soccer w pewnych okresach w ogóle był obecny pod niektórymi szerokościami geograficznymi. W maju 1978 roku Amerykanie dowiedzieli się, że ich kraj, a konkretnie miasto Los Angeles, za 6 lat będzie gospodarzem igrzysk olimpijskich. W kraju oczekiwano ogromnego sukcesu organizacyjnego i sportowego. Sprawa była tym bardziej prestiżowa, że cztery lata wcześniej impreza gościła po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny, w Związku Radzieckim. Amerykanie mieli swoich faworytów do medali w większości dyscyplin, ale w rywalizacji piłkarskiej na olimpijski sukces za bardzo nie liczyli. Ale również na tym polu chcieli pokazać się z dobrej strony. Tymczasem powodów do optymizmu nie było. Jak wspomnieliśmy w latach 1981-83, reprezentacja praktycznie nie istniała. Dopiero na rok przed igrzyskami do kupy zaczął ją zbierać trener Alkis Panagoulias. Jeszcze zanim Panagoulias przejął stery reprezentacji, szef NASL Howard Samuels wpadł na pomysł stworzenia drużyny składającej się tylko z Amerykanów, która mogłaby rywalizować w lidze, którą zarządzał. W 1982 roku, gdy Samuels przedstawiał swój projekt, NASL znajdowało się w głębokim marazmie. Meczów ligi nie transmitowała żadna telewizja, liczba zespołów w niej występujących gwałtownie spadała, a frekwencja na trybunach była coraz gorsza. Wszystko to składało się na kiepski wynik finansowy. Działacz miał nadzieję, że Team America stanie się panaceum na kryzys trapiący soccer. Po pierwsze ekipa – właśnie ze względu na to, że w składzie są sami Amerykanie – miała wzbudzić duże zainteresowanie fanów. Po drugie – rodzimi zawodnicy otrzymali możliwość regularnych występów, podczas gdy w innych zespołach często przegrywali rywalizację z obcokrajowcami. Po trzecie – była ona substytutem reprezentacji, która w tamtym czasie grała bardzo rzadko, a przecież zaistniała potrzeba przygotowania do Igrzysk. Do udziału w Team America zaproszono 21 czołowych amerykańskich piłkarzy, m. in. Hernana „Chico” Borję, Grega Villę czy Borisa Bandova. Prowadzenie drużyny powierzono Panagouliasowi. Niestety, ani wynik sportowy, ani ekonomiczny nie był zadowalający, toteż zaledwie po roku ekipę wycofano z rozgrywek. Mimo problemów na igrzyskach Amerykanie spisali się lepiej niż przyzwoicie. Co prawda nie udało im się wyjść z grupy, ale zwycięstwo z Kostaryką, minimalna porażka z Włochami i remis z Egiptem wstydu nie przyniosły. Głównie dzięki igrzyskom i dobrej postawie zawodników soccer – przynajmniej na poziomie reprezentacyjnym – w Stanach Zjednoczonych odżył. Drużyna znów zaczęła grać regularnie. Jeszcze w tym samym roku Jankesom udało się awansować, po raz pierwszy w historii, do mistrzostw CONCACAF. Z obowiązku dziennikarskiego trzeba jednak podkreślić, że tym razem jedyną przeszkodą na ich drodze do turnieju były Antyle Holenderskie. Na mistrzostwach CONCACAF, które były jednocześnie eliminacjami do mundialu 1986, Amerykanie nie pokazali się ze swojej najlepszej strony. Nie wyszli nawet z grupy. Turniej wygrali zaś Kanadyjczycy i znaleźli się w gronie finalistów światowego czempionatu. Co ciekawe, Amerykanie ubiegali się o prawa do organizacji Mistrzostw Świata 1986. Pierwotnie turniej miał gościć w Kolumbii, ale w 1982 roku władze tego państwa uznały, że nie podołają finansowo zadaniu. W takiej sytuacji o rolę gospodarza zaczęły starać się trzy północnoamerykańskie kraje: Meksyk, Stany Zjednoczone oraz Kanada. Bezkonkurencyjni w tej rywalizacji okazali się Meksykanie, których oferta uzyskała jednogłośne poparcie.

Bardzo zawiedziony takim rozstrzygnięciem był słynny dyplomata Henry Kissinger, który w 1983 roku, gdy decydowano o tym, kto zastąpi Kolumbię, kierował NASL i lobbował za kandydaturą amerykańską.



,,Żałujemy, że komitet nie odwiedził nas, gdy o to prosiliśmy. Mamy poparcie prezydenta i jednomyślny kongres. To więcej niż może osiągnąć sam prezydent” – mówił na łamach „New York Timesa”. Swoją pierwszą próbę piłkarskiej dyplomacji Kissinger nazwał „zdecydowania nieudaną”. Człowiek o tak szerokich horyzontach jak Kissinger zdawał sobie sprawę, że kluczem do rozwoju soccera w Stanach jest organizacja w kraju dużej piłkarskiej imprezy. Dlatego nie zrezygnował ze starań o mundial w USA. Efekt przyszedł wkrótce. W 1988 roku delegaci FIFA zdecydowali, że Mistrzostwa Świata 1994 odbędą się w kraju Wuja Sama. Kres boiskowych rozczarowań nastąpił w 1989 roku. Reprezentacja USA, dowodzona przez Boba Ganslera, po raz kolejny stanęła wtedy do walki w Mistrzostwach CONCACAF, dzięki którym można było dostać się do mistrzostw świata. Amerykanie w turnieju grali nieźle, choć nie olśniewająco. W efekcie przed ostatnią kolejką zajmowali trzecie miejsce w tabeli z taką samą ilością punktów co drugi Trynidad i Tobago. Wicemistrzem opłacało się jednak zostać, ponieważ dwie najlepsze drużyny otrzymywały przepustki do Włoch, gdzie w czerwcu i lipcu 1990 roku miał się odbyć mundial. A że zwycięstwo w rywalizacji wcześniej zapewniła sobie Kostaryka, było jasne, że drugim finalistą będzie albo Trynidad i Tobago albo USA. Los chciał, że o tym, kto zajmie drugie miejsce, miał zdecydować bezpośredni mecz między tymi dwiema drużynami. Zawodnikom z Karaibów wystarczał remis. Na ich korzyść przemawiał też fakt, że spotkanie odbywało się na ich śmieciach, w Port of Spain. Amerykanie, żeby pojechać do Włoch, musieli zwyciężyć. Spotkanie rozstrzygnęło się w 30. minucie. Strzał zza pola karnego oddał Paul Caligiuri. Nie było to ani mocne, ani wybitnie precyzyjne uderzenie, ale wystarczyło na trynidadzkiego bramkarza, Michaela Maurice’a. Golkiper potem argumentował, że nie widział piłki, bo oślepiło go słońce. Był to jedyny gol w meczu. – Złamałem wytyczne trenera Ganslera, który chciał, żebym pilnował tyłów w obawie przed kontratakiem. Poszedłem jednak do przodu, by rozpocząć atak, a niekoniecznie go dokończyć. To był czysty instynkt – wspominał swojego gola Paul Caligiuri. Trafienie Caligiuriego przerwało wieloletnią serię klęsk reprezentacji USA i na zawsze zapisało się w historii soccera. Doczekało się nawet swojej specjalnej nazwy – „Shot heard round the world” (strzał słyszany na całym świecie). Słowa te są nawiązaniem do wiersza Ralpha Waldo Emersona „Concord hymn”, upamiętniającego Bitwę pod Concord, pierwszą potyczkę wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. „Shot heard round the world” uratował finanse będącej blisko bankructwa amerykańskiej federacji soccera. Organizacja za awans piłkarzy na mundial otrzymała od FIFA 2 miliony dolarów. Coraz lepiej było też pod względem piłkarskim. Amerykanie, począwszy od 1990 roku, zagrali na 7 mundialach, raz docierając nawet do najlepszej ósemki. Udało im się również zagrać w finale Pucharu Konfederacji i 6 razy zwyciężyć w Złotym Pucharze CONCACAF (kontynuator Mistrzostw CONCACAF). W 2015 legendarny amerykański bramkarz Tony Meola tak podsumował awans na MŚ 1990: – To nie było tak jak dzisiaj. Nie mieliśmy profesjonalnej ligi, pieniędzy, a nasza organizacja była bardzo mała. Patrząc wstecz, to niesamowite, co osiągnęliśmy. Mieliśmy chłopaków, którzy grali w półprofesjonalnych i niedzielnych ligach, którzy po prostu starali się utrzymać w formie. Ostatecznie udało się. Wszystko, co USA osiągnęło od tamtej pory, opiera się na tym zwycięstwie.

6

@FCBparasiempre
9 listopada minęło dokładnie 31 lat od pamiętnego zwycięstwa Stanów Zjednoczonych nad Trynidadem i Tobago w eliminacjach do Mistrzostw Świata 1990. Ten triumf miał szczególne znaczenie, gdyż dał Amerykanom powrót na mundial po 40 latach przerwy. Amerykanie, o czym mało kto pamięta, mają całkiem spore tradycje futbolowe (i nie mówimy tu o futbolu amerykańskim). Do czasu wybuchu II wojny światowej czterokrotnie zagrali na Igrzyskach Olimpijskich i dwa razy na mistrzostwach świata. A w pierwszym mundialu, którego gospodarzem był Urugwaj, dotarli nawet do półfinału, zaś ich najlepszy zawodnik, Bert Patenaude, zajął trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców turnieju. Jankesom w następnych latach na piłkarskiej scenie nie szło już tak dobrze. Udział w turnieju o mistrzostwo globu, rozgrywanym w 1934 roku we Włoszech, zakończyli już po jednym, wysoko przegranym meczu z gospodarzami. Do kolejnego światowego czempionatu, który odbył się cztery lata później we Francji, nie awansowali, bo wycofali się z udziału w eliminacjach. Do elity wrócili po wojnie. W Brazylii, gdzie w 1950 roku zorganizowano następny mundial, nie zdołali jednak wyjść grupy, choć wygrali sensacyjnie z Anglią mającą w składzie np. Stanleya Matthewsa czy Stana Mortensona. Któż pomyślałby wtedy, że Jankesi następny raz w elitarnym gronie finalistów MŚ znajdą się dopiero lat 40 lat później? Droga do mistrzostw świata w Kraju Kawy nie była dla reprezentantów USA przesadnie trudna. FIFA przewidziała bowiem dwa miejsca dla drużyn zrzeszonych w NAFC (North America Football Confederation). Wystarczyło więc zająć pierwszą lub drugą lokatę w Mistrzostwach NAFC 1949, w których wzięły udział zaledwie 3 zespoły: Stany Zjednoczone, Meksyk oraz Kuba. Jankesom ta niezbyt wymagająca sztuka się udała (uplasowali się na 2. miejscu za El Tri) i dlatego mogli cieszyć z awansu. Schody zaczęły się przed kolejnym mundialem. Włodarze FIFA uznali, że ekipy z NAFC będą musiały bić się o awans do mistrzostw z reprezentacjami z innej federacji, CCCF (Confederación Centroamericana y del Caribe de Fútbol), którą tworzyły drużyny z Ameryki Środkowej i Karaibów. W dodatku liczbę miejsc w finałach dla zespołów z tej części świata zredukowano do jednego. Jankesi walkę o upragnione bilety do Szwajcarii przegrali z Meksykiem. Po mistrzostwach w kraju Helwetów system eliminacji do mistrzostw uległ kolejnej zmianie. Tym razem wyglądało to tak, że jedną grupę kwalifikacyjną tworzyły 3 drużyny z NAFC, zaś drugą trzy drużyny z CCCF. Zwycięzcy obu grup mieli się ze sobą zmierzyć w dwumeczu decydującym o awansie na mundial. Z ekip NAFC najlepiej spisali się Meksykanie, którzy daleko w tyle zostawili Kanadę i USA. Z kolei wśród ekip CCCF pewnie triumfowała Kostaryka. W decydującej rywalizacji zwyciężyli ci pierwsi, co dało im trzeci z rzędu udział w światowym czempionacie. System eliminacyjny dalej ewoluował, ale nie na korzyść Amerykanów. Przed kwalifikacjami do MŚ 1962 ekipy zrzeszone w NAFC i CCCF podzielono na trzy grupy. Pierwszą tworzyły zespoły z NAFC, a dwie pozostałe z CCCF, z czego w jednej znalazły się reprezentacje z Ameryki Środkowej, a w drugiej z Karaibów. Grę w kolejnej, decydującej rundzie zapewniało tylko zwycięstwo w swojej grupie. Jankesi nie mieli wtedy okazji zagrać bezpośrednio o miejsce na mundialu, ponieważ już w pierwszej rundzie wyraźnie ulegli Meksykowi. Zresztą El Tri po raz kolejny wygrali całe eliminacje i dzięki temu mogli zagrać na zbliżających się wielkimi krokami mistrzostwach w Chile. Trzeba przyznać, że taki podział, ustanowiony kluczem geograficznym, nie był zbyt szczęśliwy dla USA, ponieważ już na wstępie musieli walczyć z bardzo silnymi Meksykanami. Tymczasem w pozostałych grupach, a zwłaszcza w karaibskiej, rywale mieli o wiele niższe notowania. Jednak z drugiej strony, patrząc na siłę tamtejszych reprezentacji, nie można mieć wątpliwości, że najlepszą drużynę w tej części globu tworzyli właśnie El Tri.

Niedługo po zakończeniu eliminacji do chilijskiego mundialu, 18 września 1961 roku w Mexico City, zapadła decyzja o połączeniu NAFC, zrzeszającej Kanadę, Meksyk i Stany Zjednoczone, oraz Confederación Centroamericana y del Caribe de Fútbol (CCCF), obejmującą Kostarykę, Kubę (wcześniej była w NAFC), Curaçao, Salwador, Gwatemalę, Haiti, Honduras, Nikaraguę, Panamę oraz Surinam. Nowy twór otrzymał nazwę CONCACAF (skrót od: Confederation of North, Central American and Caribbean Association Football). W stolicy ustalono też zasady eliminacji do kolejnych mistrzostw świata. Ekipy z CONCACAF znów rozdzielono na trzy grupy, choć już nie trzymano się tak ściśle klucza geograficznego. Amerykanie jednak ponownie musieli na starcie zmierzyć się z Meksykiem. Skończyło się tak jak zwykle – El Tri przeszli do decydującej fazy kosztem USA i Hondurasu, a tam bez większych kłopotów poradzili sobie z Kostaryką i Jamajką. Mundial 1966 stanął przed nimi otworem. Od października 1964 roku było wiadomo, że organizatorem mistrzostw świata w 1970 roku będzie Meksyk. Z tego tytułu El Tri uzyskali automatyczną kwalifikację do turnieju. Oznaczało to jednocześnie, że w stawce finalistów będzie jeszcze jedno miejsce dla drużyn ze strefy CONCACAF. W pierwszej rundzie eliminacji na przeszkodzie Amerykanów stanęli reprezentanci Kanady i Bermudów. Mimo początkowych trudności (porażka z Kanadą), Jankesi wygrali swoją grupę. W kolejnym etapie, będącym jednocześnie kwalifikacją do mistrzostw CONCACAF, na Amerykanów czekali już Haitańczycy. Dwumecz z Les Grenadiers był koszmarem dla graczy z kraju Wuja Sama. Piłkarze z Karaibów wygrali dwukrotnie. USA znów musiało obejść się smakiem. Mistrzostwa w Meksyku ominęły też graczy z Haiti. A wszystko dlatego, że po pokonaniu Amerykanów trzeba było również ograć Salwador. Ta sztuka im się nie udała. Na turniej pojechali więc Salwadorczycy. Następna szansa awansu na mundial pojawiła się na przełomie sierpnia i września 1972 roku. Wtedy rozpoczęły się eliminacje do mistrzostw CONCACAF 1973. Ale żeby zagrać w RFN, nie dość, że trzeba było przejść kwalifikacje do tego turnieju, to jeszcze należało go wygrać. Amerykanie w eliminacjach do mistrzostw CONCACAF nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Znów obowiązywał ścisły klucz geograficzny, więc ich przeciwnikami w pierwszej fazie rywalizacji byli sąsiedzi z Meksyku i Kanady. W 4 meczach zdobyli tylko jeden punkt i zajęli ostatnie miejsce w grupie. A przepustki do gry w RFN zdobyli ostatecznie Haitańczycy, którzy zwyciężyli w Mistrzostwach CONCACAF. Te same zasady eliminacji obowiązywały przed Mistrzostwami Świata 1978 i 1982. Reprezentanci USA w obu przypadkach już na pierwszym etapie okazywali się gorsi od swoich sąsiadów. Impulsem do rozwoju soccera w Stanach Zjednoczonych było duże zainteresowanie Amerykanów mundialem w Anglii. Stało się to przyczynkiem do utworzenia w 1966 roku United Soccer Association, profesjonalnej ligi piłkarskiej działającej na terenie USA i Kanady. W grudniu 1967 roku United Soccer Association połączono z NPSL, inną profesjonalną ligą utworzoną zaledwie kilka miesięcy wcześniej. W wyniku fuzji powstała NASL, która przetrwała aż do 1984 roku. NASL, mimo trudności finansowych prowadzących do spektakularnego upadku, osiągnęła umiarkowany sukces. Zainwestowano w nią spore pieniądze, co pozwoliło na ściągnięcie takich graczy jak: Pelé, Franz Beckenbauer, Johan Cruyff, Johan Neeskens, Gerd Müller czy George Best. Przyjazd gwiazd i inne zabiegi marketingowe (np. koncerty Beach Boys towarzyszące meczom) spowodowały spory, aczkolwiek dość krótkotrwały, wzrost zainteresowania soccerem wśród Amerykanów. W latach 50-tych reprezentacja USA grała rzadko. W tym czasie wystąpiła zaledwie 24-krotnie (ani razu nie wybiegła na boisko w 1951 i 1958). A trzeba sobie jasno powiedzieć, że wynik ten byłby jeszcze gorszy, gdyby nie uczestnictwo w Igrzyskach Panamerykańskich 1959, podczas których Amerykanie musieli wyjść na boisko 6 razy. Jeszcze gorzej było w latach 1961-1970 – zaledwie 22 spotkania (bez meczu w 1966 i 1970 roku). Dopiero w kolejnej dekadzie Amerykanie zaczęli grać częściej. Przez 10 lat rozegrali 80 spotkań (najwięcej w 1972 – 13, najmniej 1974 – 2). Inna sprawa, że częstotliwość nie szła w parze z wynikami, np. w 1975 w 9 spotkaniach tylko raz nie przegrali. Większość spotkań, jakie Amerykanie rozegrali w latach 70-tych, nie miało stawki. Wyjątkami były wspomniane mecze kwalifikacyjne do Mistrzostw CONCACAF, Mistrzostw Świata oraz spotkania w ramach Igrzysk Panamerykańskich (Pan American Games). Jankesi opierali się więc na pojedynkach towarzyskich, w których jednak wygrywali dość rzadko. Chyba najcenniejszy rezultat w tamtej dekadzie osiągnęli 12 sierpnia 1973 roku, kiedy pokonali u siebie Polskę 1:0 po golu Ala Trosta. Niespełna dwa lata później Biało-Czerwoni wzięli na Jankesach dwa srogie rewanże. Najpierw w Poznaniu wygrali 7:0, a później w Seattle 4:0. Niestety, lata 1981-1983 to okres kolejnej stagnacji – w tym czasie Jankesi wystąpili tylko dwukrotnie. Nie tylko brak meczów o stawkę pogrążał amerykański futbol reprezentacyjny. Postępowi nie sprzyjały z pewnością ciągłe zmiany selekcjonerów. Dość powiedzieć, że pierwszym człowiekiem, który poprowadził amerykańską drużynę narodową w więcej niż 10 meczach był pochodzący z okolic Lwowa Walt Chyzowych, który posadę objął w 1976 roku i utrzymał ją przez 4 lata.

0

@AmigoBlancos Zdecydowanie ta z 1978 r. kiedy to dyktatura Jorge Videli nie pozwoliła nikomu pozbawić Argentyny mistrzostwa świata!

9

Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:

12 listopada 1976 r. urodził się Mirosław Szymkowiak, pomocnik. Dwie świetne przygody w europejskich pucharach, kierownicza rola w reprezentacji Polski podczas awansu na mundial w 2006 r., pokaźna kolekcja trofeów, status gwiazdy i… nagły rozbrat z futbolem. Sinusoida Szymkowiaka raczej nie zahaczała o nudę. Był naprawdę świetnym reżyserem gry Wisły Kraków w okresie jej największych sukcesów na początku XXI wieku. Żurawski i Frankowski szaleli w ataku. Kosowski oraz Kalu Uche robili ,,wiatr” na skrzydłach. Szymkowiak w pełni zaś panował nad środkiem pola. To on nadawał tempo akcjom Białej Gwiazdy, aż trudno więc uwierzyć że ten błyskotliwy dyrygent zadebiutował w Ekstraklasie jako… prawy obrońca! Doszło do tego w Olimpii Poznań. Pół roku wcześniej ,,Szymek” skończył zaledwie 16 lat! Wobec kiepskiej sytuacji w tabeli, trener Białek zaryzykował jednak i wpuścił ,,dzieciaka” na boisko do pierwszej minuty. Nadziei nie zawiódł. Wystąpił jeszcze w trzech z czterech ostatnich meczów tej edycji rozgrywek, z czego dwukrotnie już na swojej nominalne pozycji. Nie uratowało to Olimpii przed spadkiem. Pobyt na zapleczu potrwał jednak tylko sezon. Szymkowiak wraz z zespołem z Wielkopolski powrócił do elity. Wkrótce potem ściągnął go Widzew Łódź. Już w debiucie ligowym zdobył dla niego gola. W tym zespole dwukrotnie wywalczył mistrzostwo i raz wicemistrzostwo Polski. Awansował także do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Potem jednak wspominał że przed pierwszym meczem w tych rozgrywkach nabawił się stresu, co przyprawiło go o… poważne problemy żołądkowe. Łatke ,,nerwowego” później musiał długo od siebie odklejać. Ostatecznie udało mu się to chyba już za czasów gry w Wiśle. Do Białej Gwiazdy trafił pierwszej zimy XXI wieku. Razem z tym zespołem zdobył 4 mistrzostwa, jedno wicemistrzostwo oraz 2 Puchary Polski. Świetnie rozumiał się w tej drużynie zarówno na boisku, jak i prywatnie z Żurawskim, Kosowskim oraz Baszczyńskim. To przekładało się na osiągane wyniki. Razem przeżyli też udaną przygodę w Pucharze UEFA, gdy wyeliminowali Schalke 04 oraz AC Parme i zakończyli zmagania na ⅛ finału po dwumeczu z Lazio Rzym. ,,Szymek” należał do jednych z najważniejszych postaci w tamtej kampanii. Podobnie było w zakończonych awansem eliminacjach mundialu 2006, gdzie stanowił podstawowego gracza w talii Janasa. Na samym turnieju zagrał przeciwko Ekwadorowi i Kostaryce. Była to jedyna duża impreza w jego dorobku. W kadrze wystąpił 33 razy i strzelił 3 gole. Gre w biało-czerwonej koszulce zakończył kilka miesięcy po MŚ. Niedługo po tym poinformował też o całkowitym przerwaniu wyczynowej kariery. W Polsce przyjęto to z niedowierzaniem. Uważano że piłkarz chciał opuścić Trabzonspor, gdzie trafił w 2005 r. Kiedy jednak FIFA rozwiązała jego kontrakt z klubem a on mimo to nie zdecydował się na powrót do Ekstraklasy, stało się jasne że ,,Szymek” nie symulował. Od dłuższego czasu informował bowiem o swoich problemach zdrowotnych. Przez ostatnie miesiące grał regularnie na blokadach. Przerwał gre w wieku niespełna 30 lat. Później amatorsko kopał w oldbojach Wisły i w Prądniczance Kraków. Prowadził też swój biznes związany z branżą fryzjerską. Nikogo to specjalnie nie zdziwiło. Szymkowiak słynął bowiem z dość fantazyjnych fryzur w okresie gry. Ponadto zajmuje się szkoleniem młodzieży w swojej szkółce piłkarskiej.

@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Symson
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Sensible
@patataj

7

@FCBparasiempre
W dzisiejszych czasach to, że w większości reprezentacji znajdują się piłkarze naturalizowani lub tacy, którzy korzenie mają na drugim końcu świata, jest już właściwie normą. W ostatnich latach piłkarze w pewien sposób związani z Polską reprezentowali na mistrzostwach świata i Europy światowe potęgi – Francję, Niemcy, Anglię, Argentynę czy Brazylię. Obecność takich zawodników w kadrach narodowych to jednak zjawisko niemal tak stare jak sama piłka nożna. Zapraszamy Was do przeczytania historii o jednym z pionierów – pierwszym piłkarzu polskiego pochodzenia, który zagrał na mundialu. Kurytyba to liczące prawie dwa miliony mieszkańców miasto w południowej Brazylii i stolica stanu Parana. Aktualnie w Kurytybie mieszka ok. 400 tys. potomków Polaków, a polska kultura i tradycja wciąż jest tam żywa. Jednym z największych terenów zielonych w mieście jest park Jana Pawła II, w którym znaleźć można m.in. skansen z chatami pierwszych polskich emigrantów czy restaurację, która gościom serwuje barszcz oraz pierogi. W Kurytybie urodził się, chociażby doskonale znany kibicom reprezentacji Polski Thiago Cionek – uczestnik Euro 2016 i MŚ 2018. Historia polskiej emigracji do Kurytyby sięga jednak końca XIX w., gdy polscy rolnicy wyjeżdżający do Ameryki Południowej otrzymywali od rządu Brazylii hektary ziemi za darmo. To właśnie w Kurytybie 12 listopada 1910 roku na świat przyszedł syn Polaka i Niemki– Rodolfo Barteczko, znany również pod pseudonimem Patesko. Gdy futbol na kontynencie południowoamerykańskim jeszcze raczkował, Brazylia była w cieniu dwóch potęg – Argentyny i Urugwaju. Lokalni rywale na zmianę triumfowali w Copa America, natomiast „Canarinhos” odgrywali rolę ubogiego krewnego, tylko dwukrotnie przerywając ten duopol – akurat wtedy, gdy kontynentalne mistrzostwa rozgrywane były w „Kraju Kawy”. Ten układ sił potwierdziły pierwsze Mistrzostwa Świata w 1930 roku. Po porażce w pierwszym meczu z Jugosławią jasne stało się, że druga i ostatnia grupowa potyczka z Boliwią będzie tylko meczem o honor. Brazylijczycy z zazdrością mogli spoglądać na sąsiadów, którzy spotkali się w pierwszym historycznym finale turnieju o Złotą Nike. Przed kolejnym mundialem brazylijski futbol był w trakcie ogromnych zmian – przejścia z amatorstwa na zawodowstwo. Problemy biurokratyczne sprawiły, że Brazylijczycy nie mogli wysłać do Włoch najmocniejszej reprezentacji. Przed MŚ funkcjonowały de facto dwa brazylijskie związki piłki nożnej: stary, który zrzeszał kluby amatorskie i nowy, do którego należało większość najważniejszych zespołów z Rio de Janeiro i Sao Paulo. FIFA do wysłania reprezentacji na turniej zobligowała stary związek, do którego wciąż należało Botafogo. Dwie brazylijskie federacje nie doszły do porozumienia, wskutek czego na włoski mundial wysłano liczącą zaledwie siedemnastu zawodników drużynę. W jej skład wchodziło dziewięciu piłkarzy Botafogo, do których dokooptowano ośmiu profesjonalistów. Wśród tych zawodowców byli między innymi słynny Leonidas czy wspomniany Patesko. Brazylijczyk o polskich korzeniach karierę zaczynał w lokalnym klubie Palestra Italia, w którym szybko zdobył status gwiazdy, a w 1932 roku triumfował w Campeonato Paranaense (mistrzostwa stanu Parana). Rok później reprezentował już barwy urugwajskiego Nacionalu, czołowego wówczas klubu Ameryki Południowej, z którym w 1933 roku został mistrzem kraju. Gdy brazylijska federacja tworzyła ekipę na Mistrzostwa Świata, zdecydował się na powrót do kraju.

W podróż do Europy Brazylijczycy wyruszyli 12 maja 1934 roku. Były to jeszcze czasy, w których piłkarze nie podróżowali drogą powietrzną. Trzynastodniowa podróż na małym statku Biancamano nie należała do najbardziej komfortowych. Brazylijczycy cierpieli z powodu choroby morskiej, a do Europy dotarli dopiero dwa dni przed pierwszym meczem. Na domiar złego już na początku turnieju „Canarinhos” trafili na bardzo mocną reprezentację Hiszpanii z legendarnym bramkarzem Ricardo Zamorą. W tych okolicznościach to Hiszpanie byli faworytem meczu na Stadio Luigi Ferraris w Genui i zgodnie z oczekiwaniami pokonali zmęczonych rywali 3:1, choć nie bez kontrowersji – Brazylii należał się ponoć rzut karny po interwencji hiszpańskiego obrońcy, który ręką zatrzymał strzał Leonidasa. W drużynie Brazylii zagrał oczywiście Rodolfo Barteczko, zostając tym samym – na cztery lata przed debiutem reprezentacji Polski na MŚ – pierwszym piłkarzem polskiego pochodzenia na mundialu. Po Mistrzostwach Świata Patesko trafił do Botafogo, gdzie znalazł swoje miejsce na ziemi. W klubie z Rio de Janeiro ten lewonożny napastnik występował do 1943 roku (z krótką przerwą na grę w Atletico Mineiro i Fluminense), strzelił w tym czasie 102 gole dla klubu i zapracował na status jednej z klubowych legend. Dobra gra w klubie pomogła mu również rozwinąć skrzydła w reprezentacji Brazylii, w której łącznie rozegrał piętnaście oficjalnych meczów i zdobył sześć bramek. W świetnej formie był podczas Copa America w 1937 roku, ale w decydującym o tytule meczu „Canarinhos” przegrali po dogrywce z Argentyną. Mundial w 1938 roku miał być czasem ostatecznej próby dla „Canarinhos”. Tym razem działacze z Rio de Janeiro i Sao Paulo doszli do porozumienia, więc Brazylijczycy jechali do Francji w najmocniejszym możliwym składzie, z błogosławieństwem prezydenta kraju Getulio Vargasa. Nie popełniono też błędów sprzed czterech lat – przed turniejem piłkarze spędzili miesiąc na zgrupowaniu w uzdrowisku Caxambu, a do Francji dotarli na trzy tygodnie przed pierwszym meczem. Nic dziwnego, że oczekiwania kibiców były ogromne, a pierwszy rywal miał być tylko przystawką przed daniem głównym – walką o medale. A jednak Polska nieoczekiwanie postawiła potentatowi z Ameryki Południowej bardzo twarde warunki. W barwach „Canarinhos” błyszczał Leonidas, ale Polacy mieli w swoich szeregach genialnego Ernesta Wilimowskiego, który nie ustępował brazylijskiemu magikowi. Temu meczowi poświęcono już wiele artykułów, więc ograniczmy się do samego wyniku – po jednym z najlepszych spektakli w historii mundiali Brazylijczycy triumfowali po dogrywce 6:5. Ogromna rywalizacja w brazylijskiej kadrze sprawiła, że Patesko akurat w tym meczu nie zagrał. W rezerwie pozostał również na mecz drugiej rundy z wicemistrzem świata sprzed czterech lat, Czechosłowacją. W drużynie naszych południowych sąsiadów główne role odgrywali król strzelców poprzedniego mundialu Oldrich Nejedly i bramkarz Frantisek Planicka, który mecz z Brazylią kończył ze złamaną ręką. Sam mecz był jednym z najbrutalniejszych w historii mundiali, a w piłkarskich kronikach zapisał się jako „bitwa w Bordeaux”. Brazylijczycy kończyli mecz w dziewiątkę, a mimo to udało im się dociągnąć do końca remis 1:1. Regulamin nie przewidywał rzutów karnych, więc dwa dni później zaplanowano powtórkę. Trener Brazylii Ademar Pimenta wymienił praktycznie cały zespół, na czym skorzystał Patesko, który wskoczył do składu. Znowu błyszczał Leonidas, który wprowadził „Canarinhos” do strefy medalowej, ale potem – poturbowany i skrajnie wyczerpany – nie mógł wystąpić w półfinale z Włochami. Mecz odbył się w Boże Ciało, dzięki czemu transmisji radiowej mogły słuchać miliony Brazylijczyków liczących na awans drużyny narodowej do finału. Trzeci morderczy mecz w ciągu pięciu dni – to było jednak zbyt wiele. Brazylijczycy winą za porażkę obwiniali sędziego, ale obiektywni obserwatorzy uznali, że wypoczęci Włosi byli po prostu lepsi od zmęczonych i pozbawionych swojej największej gwiazdy rywali. Na otarcie łez Leonidas i spółka w meczu o 3. miejsce ograli jeszcze Szwedów. Patesko rozegrał trzy mecze (grał w drugim meczu z Czechosłowacją, z Włochami i ze Szwecją), nie strzelił gola i pozostał w cieniu największej gwiazdy drużyny. Mimo że Brazylijczycy wracali do domów „tylko” z brązowymi medali, na ulicach Rio de Janeiro byli owacyjnie witani przez tłumy kibiców. Chociaż niekwestionowaną gwiazdą tej drużyny był właśnie Leonidas, to na przełomie lat 30. i 40. XX wieku Rodolfo Barteczko stworzył w reprezentacji zabójczy duet z Timem. W 13. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI czytamy o nich: ,,Głównym atutem brazylijskiego ataku była jego lewa strona: tim – patesco. znakomicie zgrani, świetni technicznie, wchodzili jak w masło w każdą obronę. elba de padua lima , prawdziwy arbiter elegancji, był jednym z najwybitniejszych rozgrywających tamtych czasów i mistrzem mierzonych podań. oczarowana jego finezją prasa argentyńska ochrzciła go mianem . miał on u boku wysokiego, szczupłego dryblera o jasnych włosach, który jego intencje wyczuwał w okamgnieniu.” Co ciekawe Tim jeszcze raz oglądał, jak Polacy strzelają pięć goli w jednym meczu 44 lata później, gdy prowadzona przez niego na Mundialu Espana ’82 reprezentacja Peru uległa biało-czerwonym 1:5.

W 1942 roku, gdy Europa pogrążona była w wojnie, Patesko zapisał ostatni rozdział swojej reprezentacyjnej kariery. Podczas Copa America strzelił nawet dwa gole w meczu z Chile, ale ostatecznie „Canarinhos” ponownie musieli uznać wyższość Urugwaju i Argentyny. Brazylijczyk z polskimi korzeniami przeszedł do historii jako jeden z najlepszych brazylijskich napastników pierwszej połowy poprzedniego stulecia, brązowy medalista mistrzostw świata i legenda Botafogo. Zmarł 13 marca 1988 roku na gruźlicę w Rio de Janeiro. Historia rodziny Patesko i okoliczności jego narodzin nie są do końca wyjaśnione. W 43. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI „Herosi Złotej Nike” można przeczytać, że Barteczko urodził się w rodzinie polskiego emigranta w Niemczech, a do Kurytyby trafił jako dziecko. W tomie 13. „Copa America” Barteczko nazwany został „owocem polsko-austriackiego związku”. Z tomu 7. „Rocznik 93-94” dowiadujemy się natomiast, że jest on synem polskiego emigranta z Austrii, ale urodził się już w Kurytybie. Większość internetowych źródeł przyjmuje, że Patesko urodził się w Brazylii jako syn polskiego imigranta i Niemki. W tym samym czasie, co reprezentacja Brazylii, swój mecz rozgrywali Niemcy, którzy w składzie również mieli trzech piłkarzy polskiego pochodzenia: Fritza Szepana, Paula Zielinskiego i Stanislausa Kobierskiego.

6

Rodolfo Barteczko – pierwszy Polak na mundialu(wiecie gdzie czytać):

@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

3

@FCBparasiempre
Statystyki (stan przed meczem 6.03.2022):

Do tej pory drużyny z Manchesteru zmierzyły się ze sobą 186 razy, z czego:

77 wygrał Manchester United

53 razy padł remis

56 razy wygrał Manchester City

Bilans bramek to 265:253 na korzyść Manchesteru United.

Analizując statystyki, należy wyróżnić rekordy. Zacznijmy od tych drużynowych:

Najwyższe wygrane – aż 4-krotnie mecze derbowe kończyły się różnicą 5-bramek.

United 1–6 City (1926);

United 0–5 City (1955);

United 5–0 City (1994);

United 1–6 City (2011);

Największą frekwencją cieszył się mecz z 16 kwietnia 2011 roku. W ramach półfinału Pucharu Anglii na Wembley zebrało się 86549 kibiców. Poniżej prezentujemy uśrednione frekwencje:

Mecze, w których gospodarzem było City: 46500 (najwyższa 71364);

Mecze, w których gospodarzem było United: 54500 (najwyższa 75790);

Mecze na neutralnym terenie: 57000 (najwyższa 86549);

Najskuteczniejsi piłkarze w meczach derbowych:

Wayne Rooney (UTD)- 11;

Joe Hayes (MCI) – 10;

Francis Lee (MCI) – 10;

Bobby Charlton (UTD – 9

Sergio Agüero (MCI) – 9;

Colin Bell (MCI) – 8;

Eric Cantona (UTD) – 8;

Brian Kidd (UTD / MCI) – 8 (5/3);

Joe Spence (UTD) – 8;

Paul Scholes (UTD) – 7;

Dennis Viollet (UTD) – 7;

United w meczach derbowych było prowadzone przez 19 różnych menadżerów, a City przez 35.

Stosunek goli samobójczych to 8 (United) do 4 (City);

W meczach derbowych 23 krotnie padały bramki z rzutów karnych. 15 z nich wykonywało United. Ostatni raz United strzeliło gola z karnego 7 marca 2021 roku (Bruno Fernandes). City swój ostatni rzut karny wykorzystało w 19 stycznia 1910 roku (Tevez)

Aż 39 różnych piłkarzy występowało w obu klubach w swojej karierze. Więcej na ten temat pisaliśmy w tym miejscu. Dziś ten rekord zostanie prawdopodobnie ustalony na nowo za sprawą Sancho.

Były 4 przypadki, gdy menadżer jednej drużyny był wcześniej związany z drugą. Ernest Mangnall prowadził oba kluby, Matt Busby grał dla City, a trenował United, a Steve Coppell oraz Mark Hughes po karierach piłkarskich w barwach Czerwonych Diabłów zostali trenerami Citizens.

Dziś derby Manchesteru to nie tylko wojna o miasto, ale przede wszystkim wojna o Anglię. Aspiracje obu klubów już dawno wykraczają poza lokalną dominację, a utrata punktów w bezpośrednim starciu może rzutować na tym, kto ostatecznie wzniesie puchar mistrza Anglii. Rywalizacja znów się wyrównała, chociaż to City ma przewagę. Znane porzekadło mówi, że „derby rządzą się własnymi prawami”. Trudno, patrząc na przebieg spotkań pomiędzy City a United, nie zgodzić się z tym powiedzeniem. Losy obu drużyn, ich historia, ludzie, którzy w większym bądź mniejszym stopniu związani są z tymi klubami, tworzą niesamowitą aurę, która sprawia, że starcia między Obywatelami a Czerwonymi Diabłami wywołują ciarki na plecach kibiców nie tylko w Anglii, ale na całym świecie. Na sam koniec bardzo ciekawa anegdota: Kilka lat temu kibic Manchesteru United zgodził się oddać swojemu bratu ratujące życie komórki pod warunkiem, że brat przestanie kibicować wrogiej drużynie – Manchesterowi City. Emerytowany doradca Martin Warburton (50 lat) poprosił swojego brata Paula (59 lat) o podpisanie żartobliwego kontraktu, w którym zobowiązuje się dołączyć do grona kibiców Manchesteru United. Paul, który potrzebował przeszczepu, aby zwalczyć przewlekłą białaczkę limfatyczną B-komórkową, podszedł do zmiany drużyny w sposób filozoficzny. „Miałem prawdziwe szczęście, że komórki Martina były zgodne. Często się zdarza, że mając siedmioro bądź ośmioro rodzeństwa, nie można znaleźć pasujących komórek” – powiedział. Martin przyznał, że wykorzystał tę okazję z premedytacją, by jego brat przestał kibicować Manchesterowi City. „Ten kontrakt wprawdzie był żartem, ale on i tak go podpisał” – zakończył Martin.

5

@FCBparasiempre Mecze derbowe zawsze niosą za sobą coś więcej, niż rywalizację sportową. Nie inaczej jest w rywalizacji Manchesteru United z Manchesterem City. Dwa kluby z miasta konkurują ze sobą od zawsze, a historia walki o władzę przypomina koniunkturę gospodarczą — raz na wozie, raz pod wozem. Pomimo deklarowanej wrogości, ekipy te nie mogą bez siebie istnieć, a kibice wykrzykujący wrogie przyśpiewki wobec oponentów z pewnością muszą pamiętać, że były w historii momenty, gdy jeden klub ratował ten drugi. Oto historia rywalizacji o kolor Manchesteru. Pierwszy nieoficjalny mecz derbowy miał miejsce 12 listopada 1881 roku, kiedy to klub Newton Heath (obecnie Manchester United) gościł drużynę West Gorton (obecnie Manchester City). Spotkanie zakończyło się zwycięstwem The Heathens 3:0. Osiem lat później, 26 lutego 1889 derby Manchesteru rozegrano po raz pierwszy mecz przy sztucznym świetle. Zwycięstwo Newton Heath nad Ardwick (taką nazwę przyjął West Gordon – w 1984 roku klub ostatecznie przemianowano na Manchester City) oglądało wówczas 10 tys. kibiców, a samo spotkanie zostało rozegrane w cieniu tragedii w miejscowej kopalni węgla. Do 1894 roku spotkania pomiędzy tymi zespołami przyjęły formę meczów towarzyskich oraz lokalnych turniejów. W 1892 Newton Heath przystąpił do rozgrywek rozszerzonej Division One, jednak po dwóch sezonach spadł do drugiej ligi. W tym samym roku Ardwick został jednym z dwunastu klubów założycielskich Division Two. 3 listopada 1894 roku po raz pierwszy doszło do spotkania tych drużyn w rozgrywkach ligowych. W obecności 14 tys. kibiców The Heathens upokorzyli gospodarzy na ich obiekcie, zwyciężając 5:2. Cztery bramki w tym spotkaniu zdobył Dick Smith. To jedyny piłkarz, który w derbach Manchesteru ustrzelił „karetę”. W rewanżu, w styczniu 1895 roku, na stadionie Bank Street spotkanie zakończyło się ponownym zwycięstwem Newton Heath. Na pierwszy triumf kibice (wówczas już) City nie musieli długo czekać. W grudniu 1895 wygrali 2:1. Wtedy po raz pierwszy w historii derbowych potyczek został podyktowany rzut karny, który jednak nie został wykorzystany przez The Heathens. Rok później w Boże Narodzenie 1896 roku na stadionie przy Bank Street zjawiło się 18 tys. kibiców. Jeden z redaktorów lokalnej gazety napisał wówczas, że nigdy jeszcze nie widział takiego tłumu i był zachwycony prowadzeniem dopingu przez młodszą część publiczności w pierwszej części spotkania. Sezon 1898/99 Manchester City zakończył na pierwszym miejscu i awansował po raz pierwszy w historii do Division One. Kolejne derby rozegrano cztery lata później. Przed rozpoczęciem sezonu 1902/03 zespół Newton Heath z powodu problemów finansowych przyjął nową nazwę — Manchester United F.C. W Boże Narodzenie 1902 roku, na Bank Street doszło do jedenastych ligowych derbów. Na spotkanie przybyło około 40 tysięcy kibiców i był to rekord frekwencji w spotkaniu pomiędzy tymi zespołami. Mecz zakończył się remisem 1:1, ale emocji nie brakowało. Billy Meredith dwukrotnie uderzył w poprzeczkę, United kończyło mecz w dziesiątkę po tym, jak kontuzji doznał bramkarz Herbert Birchenough. W rewanżu, rozegranym 10 kwietnia 1903 roku, na Hyde Road, United pewnie zwyciężyli 2:0. Przerwało to passę spotkań bez porażki Manchesteru City, która trwała ponad trzy miesiące, ale nie przeszkodziła zespołowi w awansie do Division One. Wiosną 1906 roku Manchester United po raz pierwszy pod nową nazwą awansował do najwyższej ligi angielskiej. Wtedy też ówczesny menadżer United, Ernest Mangnall, ściągnął do zespołu czterech zawodników Manchesteru City (m.in. Billy’ego Mereditha, zamieszanego w próbę przekupstwa jednego z zawodników Aston Villi — więcej o tym zawodniku przeczytacie tutaj). Na początku grudnia 1906 roku, na obiekcie City Hyde Road, w obecności 40 tys. widzów, doszło do pierwszego meczu derbowego w najwyższej klasie rozgrywkowej. Spotkanie to zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 3:0. W rewanżu na Bank Street padł remis 1:1, a w składzie United wystąpili trzej z czterech sprowadzonych do klubu byłych piłkarzy City: Meredith, Turnbull i Burgess. 21 grudnia 1907 w meczu na Bank Street, Sandy Turnbull został usunięty z boiska i był to pierwszy tego typu przypadek w historii derbów. Dwa lata później czerwoni zdobyli pierwsze w historii mistrzostwo kraju, a w 1909 roku także po raz pierwszy sięgnęli po Puchar Anglii. Sezon 1908/09 The Citizens zakończyli na 19. miejscu (przedostatnim) i spadli do Division Two. Wraz z wybuchem I wojny światowej zawieszono rozgrywki ligowe i pucharowe. Mimo trwających działań zbrojnych sezon 1914/1915 dokończono. Co prawda później nie kontynuowano ogólnokrajowych rozgrywek, ale w zamian utworzono sekcje lokalne. Obydwa kluby z Manchesteru podczas czterech sezonów wzięły udział Lidze hrabstwa Lancashire oraz dodatkowych turniejach towarzyskich. Wprowadzono jednak odrębne przepisy, głównie ze względów bezpieczeństwa, m.in. skrócono mecze do 80 minut bez możliwości przeprowadzenia przerwy, kluby były zmuszone do ograniczenia liczby widzów, a także zmniejszono górny limit płac. W okresie międzywojennym United spadał z pierwszej ligi trzykrotnie, City dwukrotnie. Był to czas, w którym obydwie drużyny się mijały. W 1920 roku spłonęła jedna z trybun stadionu Hyde Road i podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Pierwsze, derbowe spotkanie na nowo utworzonym Maine Road miało miejsce 12 września 1925 – ponad dwa lata po otwarciu. Zanotowano wówczas rekordową frekwencję – 63 tys. widzów. W sezonie 1939/40 rozegrano zaledwie trzy kolejki. Wybuch wojny spowodował przerwanie wszystkich rozgrywek piłkarskich, wielu graczy zostało wezwanych przez brytyjską armię. Podobnie jak podczas I wojny światowej, zorganizowano rozgrywki dla poszczególnych regionów. W pierwszym sezonie podczas wojny obydwa zespoły z Manchesteru przydzielone zostały do Western Regional League, a w latach 1940-1946 do North Regional Section. W wyniku zniszczeń, jakie wywołało zbombardowanie Manchesteru i okolic 20 grudnia 1940 roku, w którym ucierpiał także stadion Old Trafford, Manchester United zmuszony był wynajmować obiekt City – Maine Road do końca sezonu 1948-1949. Łącznie w 73 meczach, rozegranych w roli gospodarza na Maine Road, zremisowaliśmy 17 meczów, a przegraliśmy 3. Strzeliliśmy 193 bramki i straciliśmy 70, osiągając przy tym rekordowy po dziś dzień wynik 10:0 w europejskich pucharach.

W 1945 roku menadżerem Manchesteru United został były piłkarz Manchesteru City, Matt Busby, podpisując wówczas pięcioletni kontrakt. Po II wojnie światowej zespół z czerwonej części zmuszony był wciąż rozgrywać swoje mecze w roli gospodarza na stadionie lokalnego rywala – Maine Road, płacąc przy tym czynsz za wynajęcie w wysokości 5000 funtów rocznie + ustalony procent ze sprzedaży biletów. Zniszczony w 1940 roku przez Luftwaffe Old Trafford, został oddany ponownie do użytku w lecie 1949 roku. W sezonie 1946/47 Manchester City zajął pierwsze miejsce w Division Two i powrócił do ekstraklasy. W pierwszym powojennym meczu derbowym padł (do dziś niepobity) rekord frekwencji. 20 września 1947 roku na stadion Maine Road przyszło 78 tys. widzów. 31 sierpnia 1957 roku. Ta data to dla kilku piłkarzy United, zwanymi Dziećmi Busby’ego, był ostatni derbowy pojedynek. Strzelcy bramek – Duncan Edwards i Tommy Taylor oraz Roger Byrne, Eddie Colman, David Pegg, Liam Whelan zginęli w katastrofie lotniczej pod Monachium 6 lutego 1958 roku (Edwards w wyniku odniesionych obrażeń zmarł 15 dni później w szpitalu), wracając z rozegranego dzień wcześniej, ćwierćfinałowego meczu Pucharu Europy z Crveną Zvezdą. W czerwcu 1962 roku były piłkarz The Citizens Denis Law, po rocznym pobycie we włoskim Torino, przeszedł za rekordową wówczas sumę 115 000 funtów do United. 15 maja 1963, w przedostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia, w ramach którego obydwa zespoły walczyły o utrzymanie. Mecz zakończył się remisem, który praktycznie przesądził o spadku City do Division Two. Cztery minuty przed końcem The Citizens prowadzili 1:0, jednak bramkarz gospodarzy Harry Dowd sfaulował w polu karnym Denisa Lawa, a sędzia podyktował rzut karny. Wykorzystał go Albert Quixall. W trakcie meczu doszło do niemiłych incydentów z udziałem piłkarzy. W ostatniej kolejce sezonu 1962/63 Manchester City przegrał na Upton Park z West Hamem 1:6 i spadł do drugiej ligi. Manchester United z kolei pokonał na Old Trafford Leyton Orient 3:1 i zapewnił sobie utrzymanie w ekstraklasie. Derby Manchesteru na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nie cieszyły się dobrą sławą. W grudniu 1970 roku George Best podczas wślizgu złamał nogę Glynowi Pardoe. Rok później w meczu na Maine Road, w którym padł wynik 3:3, Francis Lee oskarżył Besta o symulowanie i aktorstwo. W pierwszym spotkaniu sezonu 1973/74 Lou Macari i Mike Doyle otrzymali czerwone kartki, jednak nie godząc się z opinią sędziego, nie chcieli opuścić placu gry. Dopiero po interwencji arbitra i kolegów z zespołu, obydwaj udali się do szatni. W tym samym sezonie, w ostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia na Old Trafford. Czerwone Diabły, którym widmo degradacji zaglądało w oczy, musiały ten mecz wygrać, by mieć jeszcze szansę na utrzymanie. Po 80 minutach spotkania na tablicy było 0:0. Wtedy to Francis Lee podał do Denisa Lawa (dwukrotnego mistrza Anglii, zdobywcy Pucharu Anglii oraz zdobywcy Pucharu Europy z United), a ten piętką skierował piłkę do bramki United. Piłkarze City gratulowali mu gola, jednak ten zdawał sobie sprawę, że pogrążył swój były klub. Po zdobytej bramce natychmiast został zmieniony, a boisko opuszczał ze spuszczoną głową. Tuż przed końcem meczu na boisko wtargnęli kibice United, spotkanie przerwano. Matematyka jednak udowodniła, że gol ten był bez znaczenia, ponieważ nawet w przypadku wygranej, Manchester United spadłby z ligi. Denis Law po meczu przyznał, że nigdy w karierze nie czuł się tak przygnębiony. Ten dzień zapisał się w kalendarzu sympatyków Manchesteru City jako „dzień, w którym Denis Law wysłał United do II ligi”. W sezonie 1974/75 Czerwone Diabły zajęły pierwsze miejsce w Division Two.W 1983 roku na Maine Road Manchester City potrzebował przynajmniej remisu w meczu z Luton Town, by pozostać w Division One. Mecz ten wygrali goście po bramce legendarnego Radomira Anticia. W niedzielę, 26 października 1986, po raz pierwszy przeprowadzono telewizyjną transmisję na żywo z meczu derbowego. Kibice na stadionie i przed telewizorami byli świadkami remisu 1:1. 23 września 1989 Manchester City, jako beniaminek, pokonał na Maine Road rywala zza miedzy aż 5:1. Po trzech minutach od rozpoczęcia spotkania na murawę wtargnęli kibice, a sędzia zmuszony był przerwać mecz i nakazał piłkarzom obydwu drużyn zejście do szatni. Dopiero po 10 minutach i interwencji policji, gra została wznowiona. W sezonie 1990/91 obydwa kluby zajęły wysokie miejsca w tabeli (City piąte, United szóste), lecz żaden nie był wtedy zaliczany do faworytów. W październiku na Maine Road padł wynik 3:3, a na początku maja na Old Trafford Manchester United wygrał 1:0 po bramce siedemnastoletniego wówczas Ryana Giggsa, dla którego był to pierwszy gol w karierze. W pierwszych derbach sezonu 1992/93, czyli zaraz po utworzeniu Premier League, Manchester United pokonał City 2:1. Było to debiutanckie spotkanie dla Érica Cantony. 7 listopada 1993 roku, na Maine Road, United pokonało City 3:2, mimo iż do przerwy było 2:0 dla The Citizens. Po dwie bramki w tym spotkaniu zdobyli Niall Quinni i Éric Cantona. W listopadzie 1994 roku na Old Trafford United zdeklasowało rywala 5:0, a hat-trickiem popisał się Andriej Kanczelskis, który parę sezonów później przeszedł do Manchesteru City. W sezonie 1995/96 miały miejsce ostatnie mecze derbowe w tamtej dekadzie. Spowodowane było to spadkiem City do niższej ligi. W połowie października 1995 roku bramka dwudziestoletniego wówczas Paula Scholesa wystarczyła do wygranej. Na początku kwietnia na Maine Road Czerwone Diabły wygrały ponownie. Tym razem 3:2.

W latach 1996-2000 Manchester City występował w Division One oraz w Division Two. W tym czasie Czerwone Diabły zdobyły trzy tytuły mistrza kraju, jeden Puchar Anglii i triumfowali w Lidze Mistrzów. W ostatniej kolejce sezonu 1999/2000 drugiej ligi Manchester City po zwycięstwie nad Blackburn Rovers na Ewood Park świętował powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Od razu jednak spadli do drugiej ligi, mając zbyt słaby skład. Pierwsze derby Manchesteru po powrocie City do Premier League miały miejsce w listopadzie 2000 roku. Na Maine Road Manchester United po bramce Davida Beckhama zwyciężył 1:0. W meczu tym Roy Keane brutalnie sfaulował Alfa-Inge Haalanda i otrzymał czerwoną kartkę. Keane w swojej książce wydanej rok później przyznał, że zrobił to celowo, ponieważ Irlandczyk w 1997 roku walcząc o piłkę z Haalandem (grającym wtedy dla Leeds) doznał groźnej kontuzji, a Norweg oskarżał go o symulowanie. Keane pauzował siedem miesięcy, ale cały czas myślał o Norwegu. Wejście Irlandczyka było brutalne, a kontuzja Haalanda tak groźna, że piłkarz nie wrócił już do pełnej sprawności i był zmuszony zakończyć karierę. City w 2001 roku spadło z ligi, jednak od razu tam wrócili. W listopadzie 2002 roku na Maine Road The Citizens wygrali 3:1, było to zarazem ostatnie spotkanie derbowe na stadionie Maine Road. W sezonie 2002/03 w Manchesterze City występował Peter Schmeichel. Co ciekawe, Duńczyk, broniąc barw obu klubów, nie przegrał ani jednego derbowego spotkania. W kolejnym sezonie na Old Trafford gospodarze wygrali 3:1, natomiast w marcu po raz pierwszy rozegrano mecz derbowy na nowym obiekcie City of Manchester Stadium. Gospodarze pewnie wygrali 4:1. Obiekt ten był szczęśliwy dla Czerwonych Diabłów w maju 2007 roku. Wtedy wygrali 1:0 (po bramce Cristiano Ronaldo) i po tym zwycięstwie świętowali zdobycie mistrzostwa. 6 lutego 2008 przypadała 50. rocznica katastrofy lotniczej pod Monachium, a cztery dni później na Old Trafford przed meczem uczczono minutą ciszy osoby (w większości piłkarzy United), które straciły życie w tej tragedii. Samo spotkanie zakończyło się zwycięstwem City 2:1, pierwszym na terenie lokalnego rywala od 1974 roku. W 2008 roku Manchester City został przejęty przez Abu Dhabi United Group. Szybko stało się jasne, że ambicje nowych właścicieli wykraczają daleko poza uprzykrzenie życia sąsiadom z Old Trafford. Duże transfery i terapia szokowa wykonana na żywym organizmie klubu z City of Manchester Stadium zaczęła przynosić spodziewane efekty. 20 września 2009 roku odbyło się spotkanie, które Sir Alex Ferguson określił mianem „najlepszych derbów w historii”. Manchester United wygrał mecz 4:3, a zwycięskiego gola zdobył Michael Owen w 96. minucie gry. The Citizens zaczęli budować drużynę, godną do walki o najwyższe cele. Kuszeni wysokimi pensjami zawodnicy przechodzili do klubu nawet od bezpośrednich rywali. Tak było z Tevezem, Adebayorem, Nasrim i wieloma innymi.

23 października 2011 po raz pierwszy w historii doszło do meczu derbowego, gdy obydwie drużyny zajmowały pierwsze i drugie miejsce w tabeli. City ośmieszyło gospodarzy 6:1 i to ich najwyższe zwycięstwo w wyjazdowych derbach od 56 lat. Było to prawdziwe upokorzenie i pokaz nowej siły w Premier League. Czerwone Diabły z kolei po raz ostatni straciły na Old Trafford sześć bramek w 1930 roku, ulegli wówczas Huddersfield Town 0:6. Era post-Fergusonowa

Sezon 2011/12 był prawdopodobnie jednym z najlepszych w historii w kontekście walki o tytuł. Gdy wydawało się, że Manchester United wypracował przewagę, która pozwoli bezpiecznie dotrwać na szczycie tabeli do końca sezonu, zaczął tracić punkty, co brutalnie wykorzystał lokalny rywal. Manchester City wyrwał mistrzostwo w doliczonym czasie ostatniego meczu sezonu z QPR. Mniej więcej od tego momentu The Citizens przestali być tylko hałaśliwymi sąsiadami, jak ich określił Sir Alex Ferguson, ale poważnym rywalem, który w kolejnych meczach derbowych dominował nad United. Kryzys, który ogarnął Czerwone Diabły po abdykacji Fergusona szedł w parze z dalszym wzrostem ekipy z Etihad. Przyśpiewki „the City is Yours”, czy „City are a joke” straciły na aktualności. Niestety dziś aktualną przyśpiewką — w obie strony — jest „she said no”, która jest wyrazem dezaprobaty wobec napaści seksualnych dokonywanych przez piłkarzy. Dziś to do gry ,,The Citizens” wzdychają młodzi kibice, a gra United bywa ciężka w odbiorze nawet dla zagorzałych fanów Czerwonych Diabłów. Jest to skutkiem wielu składowych. Częste roszady na ławce trenerskiej, brak długofalowej polityki transferowej i idący za tym brak chemii w drużynie sprawiają, że United przestał budzić strach wśród przeciwników. Tymczasem City sezon po sezonie doskonaliły swoją grę, a zakontraktowanie Guardioli na stanowisko menadżera było prawdopodobnie najlepszą decyzją personalną na wyspach od wielu lat. Jednak kluczową decyzją ważącą obecną sytuację obu klubów nie było odejście Fergusona, a zmiany w strukturach zarządczych City i United. W 2012 City zatrudniło Txiki Beguiristaina — czyli dyrektora sportowego wielkiej Barcelony. United w tym czasie awansował na dyrektora wykonawczego Eda Woodwarda. Ten doskonale radził sobie jako menadżer ds. marketingu, natomiast nie dorównywał Txikiemu doświadczeniem w budowie pionu sportowego. To się później odbijało na kolejnych transferach, które przestały być mocną stroną United. W czasie gdy Old Trafford wciąż powiększał swoją wartość komercyjną, Citizens postawili na budowę silnej drużyny i pracę u podstaw, czyli stworzenie jednej z najnowocześniejszych akademii piłkarskich na świecie. Na przestrzeni niespełna dekady role w walce o prym w mieście obróciły się niemal o 180 stopni.


8

Pierwsze derby Manchesteru-141 lat temu(dla zainteresowanych w odpowiedzi na mój komentarz):

@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi

11

Przypadki Leo Messiego:

12 listopada 2006 r. Messi doznał poważnej kontuzji a mianowicie złamania piątej kości śródstopia w meczu z Realem Saragossa, co oznaczało 3 miesiące przerwy w grze. Był to już drugi tak poważny uraz Argentyńczyka w ciągu roku. Pauzował również w 3 ostatnich miesiącach poprzedniego sezonu z powodu naderwania mięśnia uda i opuścił w ten sposób finał Ligi Mistrzów w 2006 r.



@patataj
@Sensible
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Symson

9

Blaugrana w europejskich pucharach:

12 listopada 1958 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe FC Basel 1:2 w ramach 1/8 Pucharu Miast Targowych. Gole dla Barçy strzelili: rewelacyjny napastnik Evaristo oraz Gensana


@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Symson
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi

0

@Ptasior Luis Suarez już dostał Złotą piłke

12

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

11 listopada 1889 r. w Świątnikach Górnych urodził się Tadeusz Synowiec. Pierwszy kapitan polskiej reprezentacji, współzałożyciel ,,Przeglądu Sportowego" i jeden z najlepszych zawodników w polskim futbolu w jego pionierskim okresie. Pochodził z biednej rodziny i dość wcześnie został osierocony. Później od rówieśników zaczął naukę, ale był najlepszym uczniem krakowskiego gimnazjum Utrzymywał się z lekcji, których udzielał uczniom młodszych i starszych klas. Piłkę kopać zaczął w klubie RKS Rudawa, a w wieku 20 lat w 1909 r. trafił do Cracovii. Stał się symbolem klubu, dla którego rozegrał 317 spotkań. Od 1913 r. pełnił funkcję kapitana. W trakcie I wojny światowej przebywał w okolicach Kijowa, gdzie w latach 1914-1917 występował w zespole Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego w Kijowie. W 1921 r. razem z kolegami został pierwszym w historii mistrzem Polski. Stanisław Mielech wspominał, że podczas jednego z wyjazdów niewiele brakowało, a Synowca zostawili by na dworcu. Czekali na peronie na przyjazd pociągu, a gdy ten nadjechał, wszyscy rzucili się, żeby zająć jak najwygodniejsze miejsca. Pociąg miał już ruszać, ale wtedy ktoś zapytał: gdzie jest Tadek? Synowiec spokojnie, niczym się nie przejmując, siedział sobie na ławce i pogrążał się w lekturze sportowej prasy. To m.in. dzięki niemu powstał Przegląd Sportowy. Był jego pierwszym redaktorem naczelnym i tę funkcję pełnił już wtedy, kiedy jechał z kolegami na premierowy występ polskiej reprezentacji w Budapeszcie. W kadrze zagrał osiem razy. We wszystkich meczach pełnił zaszczytną funkcję kapitana zespołu. Ostatni występ zaliczył 18 maja 1924 r. w przegranym 1:5 meczu ze Szwecją. Na paryskich igrzyskach był rezerwowym. W sierpniu 1925 r. przejął obowiązki kapitana związkowego PZPN, z których wywiązywał się do końca 1927 r. Prowadził reprezentację w 12 meczach (11 oficjalnych). Jako zawodnik znakomicie potrafił się ustawiać i imponował skutecznością w odbiorze piłki. Nigdy jednak nie atakował przeciwnika jako pierwszy, starał się wyczuć jego ruchy i zwykle udawało mu się wybić futbolówkę. Sporadycznie się zdarzało, że ktoś minął go dryblingiem. Był niezrównany w grze głową i nigdy nie wpadał w panikę. Zawsze, nawet w największym zamieszaniu, potrafił zachować spokój. Grał bardzo fair i nigdy nie faulował, nigdy też nie miał zatargów z sędziami. Imponował kondycją i przygotowaniem fizycznym, a dzięki swojemu uporowi, nieustępliwości i bezwzględnemu wykorzystywaniu błędów rywali, krakowska publiczność nadała mu przydomek Żyła. Nie umiał przerzucać piłki na drugą stronę boiska, nie potrafił strzelać goli głową z rzutów rożnych, albo poprzez linię obrony. Ale gdy Kożeluh na treningu zarządził strzelanie o czekoladę do starego kapelusza leżącego w bramce, w cylinder pierwszy trafiał „Żyła”. Styczeń, który był „pies na czekoladki” narzekał, że Tadzio nigdy się nie spieszył z napoczęciem czekolady i z poczęstunkami. W Reprezentacji rozegrał 8 meczów.



@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Symson
@patataj

6

Blaugrana w Superpucharach:

11 listopada 1992 r. FC Barcelona pokonała na Vicente Calderon Atletico Madryt 1:2 i tym samym sięgnęła po raz trzeci w swojej historii po Superpuchar Hiszpanii. Tydzień po tym jak Barça sensacyjnie odpadła z Pucharu Europy(porażka z CSKA Moskwa) Blaugrana stanęła przed szansą na przynajmniej częściowe zatarcie złego wrażenia z europejskich pucharów. Po pierwszym meczu na Camp Nou i zwycięstwie 3:1 z Atletico szansa na Superpuchar jeszcze wzrosła. W rewanżu osłabieni brakiem Schustera gospodarze zaatakowali w pierwszych minutach, aczkolwiek Futre nie wykorzystał dwóch dogodnych sytuacji. Gol Beguiristaina w 21 minucie właściwie rozstrzygnął rywalizację. ,,Kluczowy był wynik pierwszego meczu a zwłaszcza fakt nadrobienia strat ze stanu 0:1”- podsumował dwumecz Johan Cruijff.


@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@patataj

8

Kultywowanie historii FCB:

11 listopada 1954 r. zaprezentowano makietę Camp Nou. Wystawę modelu stadionu w skali 1:200 otwarto w samym centrum miasta i cieszyła się ogromnym powodzeniem. W przetargu na budowę stadionu wygrała firma INGAR SA, która zaproponowała najniższą stawke(podobnie jak AGROMAN- 66 mln. peset), ale przewidywała dużo krótszy czas budowy(18 miesięcy, o 10 mniej niż rywale). W sumie sam projekt kosztował klub prawie 35 mln peset, z których 16 pochodziło z kredytu. Już na samym początku prac okazało się iż budowa pochłonie dużo więcej niż przewidywano. Najpierw kwota wzrosła do 100 mln peset, następnie do 162 mln, aż w końcu pełne koszty konstrukcji wraz z kosztem terenów i podatków osiągnęły zawrotną sume 242 mln peset. Z uwagi na to, że była to suma przekraczająca możliwości Barcelony, wyemitowano obligacje i papiery wartościowe na sume 160 mln peset, które gwarantowały 7% zysków w skali roku.



@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974

7

@FCBparasiempre
Wychowanek Wandy Kraków, który szybko przeniósł się do Wisły i stał się jej kluczowym graczem. Reprezentant Polski na dwóch edycjach mundialu i medalista jednego z nich. Piłkarz, który zadebiutował w Białej Gwieździe w wieku 16 lat i 220 dni. Zdobywca mistrzostwa Polski z krakowskim zespołem i spadkowicz zarazem. Zawodnik, który życiorysem mógłby obdzielić kilka osób. Po prostu Andrzej Iwan! Andrzej Iwan urodził się 10 listopada 1959 roku w Krakowie. Pierwsze piłkarskie kroki „Ajwen” stawiał w nowohuckiej Wandzie. Początek był bardzo przypadkowy - nastoletni Iwan poszedł z piłką na wagary na jedno z boisk w swojej dzielnicy. Futbolówkę „zakosili” mu jednak starsi bywalcy. Za każdym następnym razem mały Andrzej przychodził na murawę z ojcem. Tak wpadli oni na trenera Mariana Pomorskiego, który zapewnił opiekę i możliwość treningów w Wandzie. Tam „Ajwen” rozwinął się bardzo szybko i już w sezonie 1975/1976 zasilił pierwszy zespół Wisły. Na debiut Iwan nie musiał czekać długo. Jako wybijający się junior otrzymał szansę od trenera Aleksandra Brożyniaka w wieku niespełna 17 lat. Pierwsze dwa spotkania „Ajwen” musi wspominać bardzo dobrze - w 27. kolejce sezonu 1975/1976 Biała Gwiazda wygrała z GKS-em Tychy 5:0, a w 29. pokonała Lecha Poznań aż 8:0. W obu spotkaniach Andrzej Iwan wchodził z ławki rezerwowych, gdy wynik był już przesądzony, po jego pojawieniu się jednak za każdym razem Wisła dokładała kolejne gole. Na premierowe bramki młody Wiślak musiał poczekać do rundy wiosennej sezonu 1976/1977. Wtedy to w dwóch kolejnych starciach pokonywał bramkarzy Pogoni Szczecin i Legii Warszawa. Zwłaszcza ta druga bramka należała do szczególnych i pozwoliła pokonać u siebie ekipę z Kazimierzem Deyną w składzie. Również i pierwszy z dwóch hat-tricków przytrafił się Iwanowi w tych rozgrywkach. W Pucharze Ligi „Ajwen” ukłuł Zagłębie Sosnowiec, a Wisła wygrała 5:0. Co ciekawe, krakus w brawach Białej Gwiazdy dwukrotnie pokonywał bramkarzy rywali trzy razy w jednym spotkaniu, a dwa razy ofiarą byli sosnowiczanie. Doskonała forma Iwana nie mogła ujść uwadze Jacka Gmocha, selekcjonera kadry narodowej. Napastnik Wisły został dostrzeżony w meczach ligowych i powołany na nieoficjalne sparingi przed mistrzostwami świata. W nich „Ajwen” zaprezentował się na tyle dobrze, że pojechał do Argentyny wraz ze znacznie bardziej doświadczonymi kolegami. To właśnie w starciu drugiej kolejki fazy grupowej z Tunezją Andrzej Iwan oficjalnie zadebiutował w reprezentacji. Na tamtym mundialu 18-letni wówczas zawodnik zagrał w jeszcze jednym meczu, przeciwko Meksykowi. Na kolejne występy i pierwszego gola Wiślak musiał czekać jeszcze dwa lata. W spotkaniu z Irakiem 20-latek dopełnił dzieła zniszczenia i ustalił wynik na 3:0. Dwa lata później Andrzej Iwan znów znalazł się w szerokiej kadrze na Mistrzostwa Świata w Meksyku. Na nich pograł jednak jeszcze mniej, bo w drugiej potyczce fazy grupowej doznał poważnej kontuzji, która omal nie przerwała jego kariery. Srebrnego medalu za trzecie miejsce nikt jednak nie zabierze. Łącznie w kadrze narodowej „Ajwen” zagrał 29 razy i strzelił 11 bramek, wszystkie w czasach gry w Wiśle. Najlepszym występem w kadrze był bez wątpienia ten z Kolumbią, gdy Iwan w 20 minut skompletował hat-tricka.



Zanim jednak słynący z rozrywkowego trybu życia piłkarz zapisał się w annałach reprezentacyjnych, na ligowych boiskach doprowadził Białą Gwiazdę do upragnionego tytułu. W 1978 roku Wiślacy powtórzyli osiągnięcie z końcówki lat 40-tych i wznieśli w górę mistrzostwo. Sześć bramek Iwana znacznie przyczyniło się do powrotu trofeum na właściwe miejsce. W nagrodę krakowianie zagrali w Pucharze Europy. W nim napastnik wystąpił w pierwszych czterech spotkaniach, natomiast w trakcie pojedynku z Malmö FF musiał pauzować z powodu kontuzji. W kolejnych latach Andrzej Iwan zaczął przekraczać barierę 10 goli. Rekordowym osiągnięciem było zdobycie 14 trafień. Warto jednak dodać, że „Ajwen” należał do napastników, którzy notowali także wiele asyst. Być może w klasyfikacji kanadyjskiej Wiślak zajmowałby wyższe lokaty, gdyby nie „pozasportowy” tryb życia, który dogłębnie opisał w wydanej kilka lat temu autobiografii pt. „Spalony”. Mimo wielu barowych anegdot z udziałem Wiślaków „Ajwen” był ulubieńcem publiczności, która była z nim zżyta i gotowa, aby pójść za nim w ogień. Wielce lubiany i charakterny zawodnik został w Wiśle aż do końca sezonu 1984/1985. Biała Gwiazda sensacyjnie spadła z I ligi i miała spore problemy finansowe. Rozwiązaniem ich okazał się Iwan, który został sprzedany do Górnika Zabrze. Wydawało się, że czasy „Ajwena” już przemijały, jednak śląskie powietrze zdecydowanie służyło napastnikowi spod Wawelu. Szybko stał się boiskowym profesorem, na którym wzorowali się inni zawodnicy. Był to dowód na to, że drzemały w nim nieograniczone możliwości, których nawet w połowie nie wykorzystał. W Zabrzu Andrzej Iwan zdobył trzy mistrzostwa, po czym przeniósł się do VfL Bochum. W Niemczech również dostrzeżono olbrzymi potencjał piłkarski rodowitego krakowianina, jednak ten zaledwie po roku powrócił na krótką chwilę do Górnika Zabrze, po czym wyemigrował do Grecji. Tam spędził trzy lata w Arisie Saloniki, po czym zakończył karierę w amatorskich klubach. Kto wie, jak potoczyłyby się losy Andrzeja Iwana, gdyby inaczej pokierował swoim piłkarskim i pozasportowym życiem. Niektórzy uważają, że dzisiaj wspominalibyśmy o Iwanie jako byłym piłkarzu Bayernu, Realu, czy Liverpoolu. My natomiast i tak możemy mówić o nim, jako o gwieździe Białej Gwiazdy.


7

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

10 listopada 1913 r. urodził się Artur Woźniak. Czołowy piłkarz krakowskiej Wisły w latach 30. i dwukrotny król strzelców (1933 i 1937). Jako drugi gracz w historii klubu przekroczył granicę stu bramek w lidze. Wyróżniał się doskonałą techniką i boiskową inteligencją. Do zespołu Wisły dołączył jako 14-latek. Jego piłkarscy idole zdobywali wówczas mistrzostwo kraju w pierwszym ligowym sezonie. W zespole juniorów spędził cztery lata. Prezentował się na tyle dobrze, że 15 sierpnia 1931 r. dostał szansę debiutu na ekstraklasowych boiskach. Wystąpił w przegranym 0:2 meczu z Ruchem. Dwa tygodnie później zdobył swoją pierwszą bramkę w lidze a Wisła wygrała z warszawską Polonią 3:0. W kolejnym sezonie stał się już podstawowym zawodnikiem zespołu. Występował na pozycji łącznika i w 19 meczach strzelił 13 goli – najwięcej w zespole. W 1933 r. kiedy z boiskiem w dramatycznych okolicznościach pożegnał się Henryk Reyman, Woźniak został przesunięty na środek ataku i godnie zastąpił wielkiego mistrza. Z 19 golami na koncie zdobył swój pierwszy tytuł króla strzelców. W Wiśle występował aż do wybuchu wojny. Wystąpił też w decydujących o mistrzostwie meczach w 1947 r. Nigdy nie udało mu się zdobyć mistrzostwa kraju. Trzykrotnie musiał się zadowolić drugim miejscem (1931, 1936 i 1947). W czasie okupacji występował w meczach konspiracyjnych. Był żołnierzem Armii Krajowej o pseudonimie „Władysław”. Z powodu swojej działalności w podziemiu poszukiwało go Gestapo. Przeniósł się do Warszawy, ale został tam aresztowany w trakcie Powstania Warszawskiego. Trafił do obozu Mauthausen-Gusen jako więzień polityczny, w którym przebywał do czasu oswobodzenia w maju 1945 r. Mimo znakomitych umiejętności strzeleckich i bardzo pewnej pozycji w krakowskim klubie tylko pięciokrotnie wystąpił w reprezentacji. Debiutował w wygranym 4:3 meczu z Jugosławią 10 września 1933 r. Na kolejną szansę musiał czekać dwa lata. Nie był brany pod uwagę przy ustalaniu kadry na igrzyska w Berlinie i mistrzostwa świata we Francji. Ostatni występ w biało-czerwonych barwach zaliczył w 1938 r. w spotkaniu z Łotwą (porażka 1:2). Trudno oprzeć się wrażeniu, że zawodnik o takim potencjale ofensywnym mógł w narodowej drużynie osiągnąć więcej. Dla Wisły strzelił przecież 102 gole w 140 meczach. Pamiętajmy jednak, że konkurencja w reprezentacyjnym ataku była wówczas ogromna. Po zakończeniu kariery Woźniak spełniał się jako trener. Prowadził ŁKS, Garbarnię, Lecha, Zawiszę, Ruch, Zagłębie Sosnowiec, Śląsk Wrocław i oczywiście Wisłę. W Reprezentacja rozegrał 5 meczów.



@MesQueUnClub96
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@patataj
@Sensible

12

Bardzo smutne wspomnienie:

10 listopada 2009 r. samobójstwo popełnił Robert Enke, który zaczynał grać w FC Barcelonie w 2002 r. Do stolicy Katalonii trafił za darmo z Benfiki, odrzucając jednocześnie oferte z Manchesteru United. Niemiec nie potrafił wywalczyć sobie miejsca w składzie ani u trenera van Gaala, ani u Anticia, będąc pod koniec sezonu 2002/03 trzecim golkiperem. W sumie przez cały sezon rozegrał jedynie cztery spotkania, w tym jedno ligowe. Od 2003 r. grał krótko w Fenerbahce i CD Tenerife a następnie trafił na 5 lat do Hannoveru, gdzie w sezonie 2008/09 został wybrany najlepszym bramkarzem ligi niemieckiej. 10 listopada 2009 r. popełnił samobójstwo rzucając się pod pociąg. Od wielu lat chorował na depresje, która pogłębiła się po śmierci jego dwuletniej córki. Kilka miesięcy przed samobójstwem wraz z żoną adoptował dziewczynkę Leile, lecz nie pomogło to w walce z chorobą. Jego kolega z Hannoveru Marco Villa wiedział o chorobie kolegi, który myślał o samobójstwie już od dłuższego czasu. Krótko przed śmiercią Enke wysłał mu nawet smsa: ,,Powstań, gdy leżysz na ziemi”, będącego cytatem z piosenki ,,Die Totten Hosen”. Wiadomość pozostała bez odpowiedzi.

@NaFazieHitman
@Symson
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Sensible

9

Sensacja wisiała na włosku:

9 listopada 1988 r. FC Barcelona pokonała Lech Poznań na Bułgarskiej 4:5 w rzutach karnych(w meczu 1:1) w rewanżowym meczu Pucharu Zdobywców Pucharów. W 1/8 tychże rozgrywek Blaugrana była zdecydowanym faworytem starcia z ,,Kolejorzem”. Polacy wywieźli jednak z Camp Nou sensacyjny remis(również 1:1) i postawili Katalończyków pod ścianą. Gdyby Duma Katalonii odpadła wówczas z rozgrywek europejskich, Johan Cruijff mógł stracić pracę. W czasie meczu rewanżowego w Poznaniu temperatura spadła poniżej 0 stopni Celcjusza i niektórzy gracze Barçy poza rękawiczkami założyli leginsy. Po 120 minutach wyrównanego meczu padł znowu remis 1:1 i obie drużyny stanęły przed serią rzutów karnych. FC Barcelona nie rozegrała spotkania z podobnym zakończeniem od czasu feralnego finału Pucharu Europy w Sevilli. W piątej kolejce Alexanco(nominalny obrońca, który w trakcie gry zastąpił Linekera… w ataku) nie trafił w bramke ale arbiter z powodu ruchu bramkarza Jankowskiego nakazał powtórzenie rzutu karnego(w tamtych czasach bramkarze nie mogli przemieszczać się na linii przed wykonaniem strzału). Druga próba Alexanco również była niecelna. W odpowiedzi Bogusław Pachelski mógł zapewnić awans poznaniakom, lecz jego strzał obronił Zubizarreta. W 7 kolejce decydującego karnego nie wykorzystał Łukasik, strzelając w poprzeczke i w efekcie Duma Katalonii uzyskała upragniony awans. Po meczu nie było czasu na długie wywiady. Godzinne ,,opóźnienie” spowodowało iż zmęczona ale szczęśliwa drużyna musiała śpieszyć się na samolot. No, no, Lechici byli tak bardzo blisko sprawienia sensacji i przejścia do historii polskiego futbolu. Z drugiej jednak strony gdyby Barça odpadła to prawdopodobnie Cruijff stracił by posade trenera Blaugrany. Jeśli by do tego doszło to raczej nie oglądalibyśmy słynnego ,,Dream Teamu”. Czy zaistniałby wówczas Guardiola w ,,naszym” klubie? No właśnie…


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson

1

@Kszysiek7 W piłce wszystko jest możliwe, tylko mało prawdopodobne jeśli chodzi o taki finał. Nie wyobrażam sobie być za Argentyną w meczu z Polską, to byłaby ewidentna zdrada polskości! Jednak na drugim miejscu zawsze będę mocno kibicował Albicelestes, choćby grał tam sam diabeł!

10

Podwójna data El Clasicos:

9 listopada 1960 r. FC Barcelona remisuje na Santiago Bernabeu 2:2 z Realem Madryt w pierwszym meczu 1/8 finału Pucharu Mistrzów. Obydwa gole dla Barçy zdobywa Luis Suarez(27 m. i 87 z rzutu karnego). Obie ekipy naszpikowane były gwiazdami światowego formatu, uznano więc ich rywalizację za przedwczesny finał tej edycji. Już pierwszy mecz w Madrycie, poprzedzony niesamowitą mobilizacją w obu obozach i precyzyjnymi przygotowaniami, oglądany był przez blisko 120 tys. widzów a naoczni świadkowie określili go ,,walką na śmierć i życie”. Katalończycy nie zrażeni początkowym prowadzeniem ,,Los Blancos” po golach Mateosa i Gento, na które odpowiedzieli tylko golem Luisa Suareza, z determinacją kontratakowali po przerwie, doprowadzając na 3 minuty przed końcem do remisu, po kapitalnym przeboju Brazylijczyka Evaristo, zakończony rzutem karnym wykorzystanym bezbłędnie przez Luisa Suareza.

9 listopada 1985 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 2:0 w 11 kolejce Primera Division po bramkach Marcosa Alonso i Caldere. Zwycięstwo na Camp Nou właściwie nic nie dało. Katalończycy pogubili w trakcie sezonu dużo punktów i w efekcie Barça przegrała mistrzostwo z Królewskimi tracąc do nich aż 11 punktów.

@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?