FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@Kondziubarca ,,Raz gra zajebiście"? No weź przestań! Zajebiście to grał Pedro Rodriguez, Neymar i wreszcie Messi, jeśli chodzi o skrzydła
9
Niechlubne wspomnienia:
27 października 2004 r. FC Barcelona przegrała w pierwszej rundzie Pucharu Hiszpanii z trzecioligowym UDA Gramanet 0:1 po dogrywce. W 2003 r. Blaugrana potrzebowała gola Ronaldinho żeby wyeliminować tego samego przeciwnika z Pucharu Króla. Rok później nie miała już tyle szczęścia. Po golu w dogrywce swojego wychowanka Oscara Ollesa poniosła kolejną w Copa del Rey porażke z nisko notowanym rywalem(w 2001 z Figueres i w 2002 z Noveldą). W ataku grał wówczas młodziutki Messi, który po meczu ,,czuł złość z powodu porażki” i narzekał że ,,gospodarze zamknęli się na swojej połowie”. Tamten sezon był pierwszym od kiedy pokochałem Blaugrane, jednak o tym meczu i że grał w nim Messi nie miałem żadnego pojęcia. Do prasy miałem nieco ograniczony dostęp, w telewizorze miałem tylko jedynke, dwójke i Polsat, a o internecie to mogłem co najwyżej pomarzyć. Jedyne wyniki Barçy znałem z telegazety plus wybrany mecz przez publiczną tv w Lidze Mistrzów.
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
@Lionel_Messi10
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Sensible
0
@macio_944 Nie obraź się ale takie żarty to nie na miejscu!
0
@macio_944 Chyba żartujesz!?
2
@Kszysiek7 Taki los zgotował nam przedewszystkim pan Bartomeu. Żeby to naprawić trzeba kilku lat...
4
Serce moje krwawi i dusza cierpi po wczorajszym meczu ale taki niestety jest sport. Dla przykładu na przełomie lat 70/80 Nottingham Forrest dwa razy z rzędu zdobywało Puchar Mistrzów a potem przez 40 lat nie istnieli! Jednak ja jestem cule aż do śmierci i nic tego nigdy nie zmieni! Jest taki film wspaniały film ,,Lassie wróć!". Ja natomiast błagalnie zawołam ,,Leo wróć!", choć na chwile...
0
@Symson A co tam się konkretnie zdarzyło? bo nie mam teraz czasu odkurzać tamtego meczu
1
Jestem pod wrażeniem jak w Lidze Mistrzów gra Inter Mediolan a zwłaszcza przeciwko naszej Barcuni. Szczerze, to gratuluje im już w tej chwili awansu do fazy pucharowej Champions League. Uważam że na to zasłużyli i będę im kibicował żeby zaszli jak najdalej. Natomiast dzisiaj, nie ważne w jakim stylu i w jaki sposób, należałoby pokonać te ,,szwabskie nasienie!". Szwaby nigdy nie bedą nam przyjacielem. Za dużo razy nas upokarzali i to na Camp Nou. Należy im się porządny wpierdziel!
Vamos Barca, Vamos a ganar!
0
@Nihas To istnieje polska strona Victorii Pilzno? Od kiedy?
12
Nie taki diabeł straszny:
26 października 1988 r. FC Barcelona sensacyjnie zremisowała 1:1 z Lechem Poznań na Camp Nou w pierwszym meczu 1/8 Pucharu Zdobywców Pucharów. Katalończycy zagrali najgorsze spotkanie w sezonie, w dodatku obrońca Aloisio został po meczu wygwizdany. Bogusław Pachelski już na początku meczu zmarnował sytuacje sam na sam z Zubizarretą, natomiast Blaugrana objęła prowadzenie po kontrowersyjnym rzucie karnym, będącym efektem zagrania ręką Łukasika. W drugiej połowie gospodarze rzadko zagrażali bramce Lecha a po jednej z kontr do wyrównania doprowadził Pachelski. Dziennikarze chwalili dobre przygotowanie fizyczne Lecha i świetną gre bramkarza Jankowskiego. Ja tylko przypomnę że był to debiutancki sezon w roli szkoleniowca Ś.P. Johana Cruijffa.
@patataj
@DaPidejpi
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
9
(Nie)zapomniane El Clasicos:
26 października 1958 roku FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 4:0 w ramach 7 kolejki Primera Division czym umocniła się na prowadzeniu w tabeli wyprzedzając o jeden punkt właśnie Królewskich. Hattrickiem w tym Klasyku popisał się wyśmienity brazylijski napastnik Evaristo de Macedo a czwartego gola zdobył Justo Tejada. Obie ekipy kończyły mecz w dziesiątke ponieważ sędzia wyrzucił z boiska Zoltana Czibora oraz Jose Emilo Santamarie. Warto pamiętać że Blaugrane prowadził wówczas legendarny Helenio Herrera.
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
17
@FCBparasiempre
Błędy sędziowskie to nieodłączny element piłki nożnej. Dziś system VAR pozwala skorygować wiele błędnych decyzji ale w przeszłości arbitrzy nie mogli liczyć na pomoc technologii. Niestety, w ten sposób jedna drużyna miała szczęście i mogła cieszyć się z korzystnego rezultatu, a druga bezskutecznie kłóciła się z sędzią. Najbardziej w pamięci kibiców pozostały oczywiście pomyłki w trakcie największych turniejów. Arbiter to rzecz jasna również człowiek, ale w niektórych przypadkach kibice mieli sporo wątpliwości co do uczciwości jego pracy. Zapraszamy do naszego zestawienia najbardziej kontrowersyjnych meczów w historii piłki nożnej.
Korea Południowa vs Włochy/ Korea Południowa vs Hiszpania MŚ 2002
Na MŚ w 2002 r. Korea Południowa zaskoczyła wszystkich, zajmując czwarte miejsce. Współgospodarze turnieju osiągnęli to jednak w budzących kontrowersje okolicznościach. Pierwsze miały miejsce na poziomie 1/8 finału, kiedy azjatycki zespół zmierzył się z Włochami. Squadra Azzurra miała wówczas w sile wieku takich piłkarzy jak Alessandro Del Piero, Francesco Totti, Gianluigi Buffon, czy też Fabio Cannavaro. Tę jakość było widać na boisku, lecz wszystko blokowały kontrowersyjne decyzje meksykańskiego sędziego Byrona Moreno. Więcej o tej postaci przeczytacie tutaj. Włosi prowadzili długo jedną bramkę, ale współgospodarze turnieju zdołali doprowadzić do dogrywki. Przełomowym momentem okazała się 103. minuta, kiedy w pole karne Koreańczyków wszedł Francesco Totti. Napastnik padł na ziemię po kontrakcie z obrońcą, a Moreno uznał to za symulację. Druga żółta i w konsekwencji czerwona kartka mocno pokrzyżowała plany ekipy Giovanniego Trapattoniego. Ciężko jest jednoznacznie stwierdzić, czy Włochom należał się wówczas rzut karny, ale z pewnością decyzja arbitra o żółtej kartce dla Tottiego była mocno naciągana. Ostatecznie niesieni gorącym dopingiem piłkarze Guusa Hiddinka zdobyli złotą bramkę i awansowali do ćwierćfinału, gdzie zmierzyli się z Hiszpanią. Tam również sędziowie robili wszystko, aby pomóc Koreańczykom. Zawodnicy La Furia Roja przeważali, czego efektem były dwie zdobyte bramki. Niestety dla europejskiego zespołu, w niewyjaśnionych okolicznościach arbiter nie uznał żadnej z nich. Zarówno regulaminowe 90 minut jak i dogrywka nie przyniosły rozstrzygnięcia, więc o wszystkim rozstrzygnęły rzuty karne. W nich lepsi okazali się Koreańczycy, wygrywając 5:3!
Szwecja vs Dania Euro 2004
W trakcie Euro rozgrywanego na portugalskich boiskach w jednej grupie znalazły się Dania, Szwecja, Włochy i Bułgaria. Przed ostatnią serią gier Azzurri mieli na koncie zaledwie 2 punkty, a Szwedzi i Duńczycy po 4. W ostatniej kolejce skandynawskie kraje mierzyły się ze sobą i doskonale wiedziały, że remis 2:2 spowoduje wyeliminowanie piłkarzy z Półwyspu Apenińskiego. Przed startem ostatniej kolejki Włosi odgrażali się, że zainstalują dodatkowe kamery na stadionie, gdzie mierzyli się ich rywale. Duńczycy prowadzili 2:1 aż do 89. minuty, kiedy piłkarze Trzech Koron zdołali ostatecznie doprowadzić do wyrównania. Azzurrim nie dało więc już nic zwycięstwo nad Bułgarią. Chociaż skandynawskim drużynom niczego nie udowodniono, do dziś to spotkanie wzbudza wiele kontrowersji.
Bramki widma
Wcześniejszy brak odpowiedniej technologii powodował, że spore zamieszanie w historii wywołały tzw. „gole widmo” ( z angielskiego „ghost goal” lub „phantom goal”). To niecodziennie określenie doczekało się nawet pozycji w Wikipedii. Pełna definicja brzmi: „W piłce nożnej bramka przyznana, mimo, że piłka nie przekracza całkowicie linii bramkowej lub sytuacja, w której piłka przekracza linię bramkową, ale bramka nie jest przyznana”. Zapraszamy do artykułu, który opisuje najsłynniejsze „gole widmo”. Jako przykład przytoczę tu bramkę Luisa Garcii w meczu Liverpoolu z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów w sezonie 2004/2005. Powtórki telewizyjne nie były w stanie wyjaśnić, czy uderzona przez Hiszpana piłka przekroczyła rzeczywiście linię bramkową. „Liverpool zdobył bramkę, ale ja powiedziałbym raczej, że zdobył ją liniowy. To był gol, który przyleciał z księżyca” – powiedział po spotkaniu trener Chelsea Jose Mourinho.
Holandia vs Portugalia MŚ 2006
Szczegółowy opis tej piłkarskiej bitwy znajdziecie tutaj. Mowa wydarzeniach z meczu 1/8 finału MŚ w 2006 r. w Niemczech. Na Frankenstadion czoła stawiły sobie Portugalia i Holandia, a najwięcej po spotkaniu mówiło się o decyzjach rosyjskiego sędziego Walentina Iwanowa. Obie ekipy spotkały się 2 lata wcześniej w półfinale portugalskiego Euro. Gospodarze byli górą, wobec czego w Niemczech Pomarańczowi pałali żądzą rewanżu. Mecz był bardzo zacięty, ale niestety nie pod kątem czystej sportowej rywalizacji. Już w 2. minucie za niegroźny faul na Cristiano Ronaldo żółtą kartkę obejrzał Mark van Bommel. Wydaje się, że zbyt wcześnie pokazane „źółtko” nastawiło źle do meczu arbitra Iwanowa. W raz z przebiegiem meczu Rosjanin tracił coraz bardziej kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Sędzia rozdawał hurtowo kartoniki i miał spore wątpliwości przed podjęciem praktycznie każdej decyzji. Efekt końcowy? Rekordowe cztery czerwone i szesnaście żółtych kartek. Jedynym momentem spotkania, kiedy kibice mogli chociaż przez chwilę poczuć się jak na normalnym meczu, była 23. minuta gry. Wtedy to właśnie jedyną bramkę tamtego wieczoru zdobył Maniche. Złośliwi twierdzili, że sędzia Iwanow zabawił się w rosyjską ruletkę, gdzie naboje zastąpił kartkami.
Chelsea vs Barcelona Liga Mistrzów 2008/2009
O tamtym spotkaniu kibice nie tylko tych dwóch drużyn będą rozmawiać jeszcze przez wiele lat. Na ustach wszystkich znalazł się norweski sędzia Tom Henning Ovrebo. Arbiter nie stanął wówczas na wysokości zadania, przez co wiele osób zarzucało mu później stronniczość. W pierwszym spotkaniu na Camp Nou padł bezbramkowy remis. W rewanżu gospodarze wyszli szybko na prowadzenie dzięki bramce Michaela Essiena. The Blues byli lepszym zespołem, a ich przewaga wzrosła jeszcze bardziej, kiedy czerwoną kartkę obejrzał Eric Abidal. W trakcie meczu doszło do wielu kontrowersyjnych sytuacji, głównie w polu karnym Blaugrany. Zdaniem wielu obserwatorów The Blues powinni otrzymać przynajmniej dwa rzuty karne. W obrębie szesnastki gości faulowani byli Didier Droga i Florent Malouda, a piłkę ręką zagrywali Gerard Pique i Samuel Eto’o. Gwizdek Ovrebo milczał jednak w każdej z tych sytuacji. Oczywiście rzut karny nie oznacza jeszcze bramki, ale nie ulega wątpliwości, że grająca wówczas w dziesiątkę Barcelona miałaby znikome szanse na strzelenie dwóch bramek, które dawałaby jej awans. Kruche prowadzenie Chelsea utrzymywało się do ostatnich minut meczu, kiedy do piłki zagranej przez Leo Messiego doszedł Andres Iniesta. Hiszpan oddał precyzyjny strzał w okienko bramki Petra Cecha i doprowadził do rozpaczy całe Stamford Bridge. Blaugrana przetrzymała ostatnie ataki angielskiego zespołu i mogła cieszyć się z awansu do finału, w którym pokonali Manchester United. Po końcowym gwizdku zawodnicy Chelsea mieli ogromne pretensje do sędziego Ovrebo. Rozwścieczonego Drogbę musiał ostatecznie powstrzymywać jeden z członków sztabu klubu. Norweski arbiter dopiero po latach przyznał, że powinien podjąć w tamtym meczu kilka innych decyzji.
Irlandia vs Francja eliminacje do MŚ 2010
Po tamtym barażowym spotkaniu z 2009 r. wiele w oczach kibiców stracił słynny Thierry Henry. Pierwszy mecz w Dublinie zakonczył się wynikiem 0:1 i wydawało się, że u siebie Trójkolorowi nie powinni mieć większych problemów z domknięciem sprawy awansu. Goście postawili jednak bardzo twarde warunki, czego efektem była bramka Robbiego Keane’a. Gospodarze opadali z sił, ale ostatecznie zdołali dotrwać do dogrywki. Irlandczycy pozostawali lepszym zespołem, ale brakowało im szczęścia. Co jednak nie wyszło gościom, udało się gospodarzom. Wyrównująca bramka nie powinna jednak zostać uznana, ponieważ Henry dwukrotnie dotknął piłki ręką, aby utrzymać ją w boisku. Napastnik zdołał dograć do Williama Gallasa, który strzelił gola z najbliższej odległości. W ten sposób Henry nawiązał do słynnej „Ręki Boga” Diego Maradony z MŚ w 1986 r. Argentyńczyk strzelił wówczas gola ręką w trakcie meczu ćwierćfinałowego przeciwko Anglii. Albicelestes wygrali 2:1 i zameldowali się w kolejnej fazie turnieju, który finalnie wygrali. Wróćmy do wydarzeń z 2009 r. Bramkarz Shay Given i jego koledzy ruszyli oczywiście do arbitra z pretensjami, ale nie zdołali niczego wskórać. Bramka nie została anulowana, a Irlandia musiała zapomnieć o mundialu w RPA. Na pocieszenie Wyspiarzy Francuzi odpadli na tamtym turnieju już w fazie grupowej.
Serbia vs Albania eliminacje do ME 2016
Jesienią 2014 r. Serbia mierzyła się u siebie z Albanią w ramach eliminacji do ME w 2016 r. we Francji. Była to pierwsza wizyta przyjezdnego zespołu w Belgradzie od 1967 r. Chyba nikt nie zakładał, że to spotkanie mogło odbyć się bez incydentów. Serbscy kibice skandowali głośno bluźniercze teksty skierowane do albańskich piłkarzy i ich wszystkich rodaków. Gospodarze dominowali na boisku, ale jeszcze aktywniejsi byli chuligani na trybunach. Na murawę były wrzucane race, a jedna z nich trafiła piłkarza gości. Kibice wrzucali na boisko również m.in. butelki i krzesełka. Kulminacyjnym momentem było pojawienie się drona, do którego przymocowana była flaga z mapą „Wielkiej Albanii”. Mowa tutaj o ruchu, który dąży do zjednoczenia wszystkich etnicznych Albańczyków na terenie jednego państwa. Obrońca gospodarzy Stefan Mitrović zerwał flagę, czym sprowokował piłkarzy gości. Między obiema drużynami doszło do bójek, a kibice próbowali wdzierać się na boisko. Ostatecznie mecz został przerwany tuż przed końcem pierwszej połowy, a uciekający do tunelu Albańczycy zostali zaatakowani przez chuliganów. Spotkanie nie zostało już wznowione, chociaż serbscy piłkarze mieli inną wolę. Goście nie czuli się jednak na siłach, aby kontynuować grę. Na organizatorów wylała się fala krytyki za brak odpowiedniego zabezpieczenia meczu. Po spotkaniu policja skontrolowała torby wszystkich albańskich piłkarzy, ponieważ istniało podejrzenie, że któryś z nich mógł zdalnie sterować feralnego drona.
Tradycyjnie należy przypomnieć, że każde piłkarskie zestawienie można rozbudowywać bardzo długo. Niestety w historii futbolu mieliśmy wiele budzących kontrowersje meczów, w których główną rolę odgrywały błędy sędziowskie. Które z wymienionych spotkań do dziś wzbudza w Was najwięcej emocji? A może dorzucilibyście do tego zestawienia inny mecz, który szczególnie zapadł Wam w pamięć?
13
Kontrowersyjne mecze w historii piłki nożnej:
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Sensible
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Symson
@patataj
11
Zapomniane legendy futbolu:
25 października 1945 r. w Las Lomitas urodził się Francisco Sa, znakomity argentyński środkowy obrońca, 6-krotny zdobywca Copa Libertadores oraz 2-krotny zdobywca Pucharu Interkontynentalnego. Francisco Sá rozpoczął karierę w prowincjonalnym klubie Central Goya w 1965. W 1968 został zawodnikiem pierwszoligowego Huracánu Corrientes. Stamtąd trafił do River Plate Buenos Aires. W River Plate Francisco nie mógł się przebić do składu i na początku 1971 przeszedł do Independiente Avellaneda w 1971 roku. Z Independiente zdobył mistrzostwo Argentyny w 1971, czterokrotnie Copa Libertadores w 1972, 1973, 1974 i 1975 oraz Puchar Interkontynentalny w 1973. Francisco poza drugim meczem w 1972 wystąpił we wszystkich meczach finałowych Copa Libertadores. W latach 1976-1981 występował w innym słynnym klubie z Buenos Aires - Boca Juniors. Z Boca trzykrotnie zdobył mistrzostwo Argentyny: Metropolitano 1976, Nacional 1977 i Metropolitano 1981. Na arenie międzynarodowej zdobył z Boca Copa Libertadores w 1977 i 1978 oraz Puchar Interkontynentalny w 1977. Francisco Sá wystąpił w pierwszym meczu finałowym w 1977, obu meczach finałowych w 1978 oraz w pierwszym meczu o Puchar Interkontynentalny w 1977. Ostatnim klubem w jego karierze była Gimnasia y Esgrima Jujuy w 1982. Ogółem w latach 1968-1982 rozegrał w lidze argentyńskiej 361 spotkań, w których strzelił 7 goli. W reprezentacji Argentyny Francisco Sa zadebiutował 9 września 1973 w wygranym 4-0 meczu eliminacji MŚ 1974 z Boliwią. Rok później został powołany na Mistrzostwa Świata. Na Mundialu w RFN Sá wystąpił w pięciu meczach z: Polską, Włochami, Haiti, Holandią i Brazylii. Ogółem w barwach Albicelestes wystąpił 15 razy.
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@DaPidejpi
10
Rekordy FCB:
25 października 1959 r. FC Barcelona odniosła najwyższe zwycięstwo w Primera Division na wyjeździe. ,,Wczoraj na wyjeździe Blaugrana pokonała UD Las Palmas 0:8. Barça pozostaje faworytem rozgrywek po zdobyciu pewnych 2 punktów. Wyspiarze byli łatwym przeciwnikiem ale dla kolejnych drużyn nie będzie już tak łatwo”- tak dziennikarze opisywali najwyższe zwycięstwo na wyjeździe w historii klubu. Osłabione brakiem 3 ważnych graczy UD Las Palmas już w 46 minucie przegrywało 0:7 ale FC Barcelona zaczęła grać spokojniej, mając w pamięci kolejne spotkanie 3 dni później. W 2010 r. Blaugrana powtórzyła ten wynik w Almerii. W 1959 r. hattricka strzelił Luis Suarez a 51 lat później tego samego wyczynu dokonał Lionel Messi.
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
14
Katastrofa!
24 październik 2010. Niby zwykła data. Zwyczajny dzień. Niestety dla kibiców jednego klubu życie podzieliło się na „przed i po”. Chodzi o fanów Feyenoordu, którzy właśnie 24 października zostali upokorzeni przez jednego z największych rywali – PSV Eindhoven. Od tej pory każdy fan rotterdamczyków czuł, że na jego kibicowskim obliczu jest podobna blizna, jak ta na twarzy Francka Ribery’ego. Od tego momentu w sercu każdego kibica tego klubu gdzieś z tyłu głowy tliło się wspomnienie – przegraliśmy z PSV 0:10! Początek meczu nie zwiastował późniejszego horroru. Pierwszy gol padł w 24 minucie po strzale z dystansu Jonathana Reisa. Jeszcze przed przerwą PSV podwyższył wynik spotkania na 2:0, choć tym razem na listę strzelców wpisał się piłkarz Feyenoordu, Bruno Martins Indi. Młody Holender usiłować wybić piłkę zmierzającą w kierunku bramki, lecz zamiast uratować sytuacje tylko pogrążył swoją drużynę, strzelając bramkę samobójczą. Warto odnotować, że przy drugim golu podopieczni Mario Beena grali już w dziesiątkę po drugiej żółtej i w efekcie czerwonej kartce dla Kevina Leerdama. Być może właśnie to wykluczenie było katalizatorem późniejszych wydarzeń. Nic nie wskazywało jednak na tak wielki kataklizm. Wynik 0:2 do przerwy ujmy na honorze nie przynosił, jednak w drugiej połowie sytuacja rozwinęła się w sposób, jakiego w najczarniejszych snach nie przewidywali kibice gości. Zaczęło się dwie minuty po wznowieniu gry. Najpierw główką z bliskiej odległości do siatki trafił Jonathan Reis – bum! 3:0. Chwilę później bliźniaczy strzał Toivonena – bum! 4:0. Gospodarze złapali wiatr w żagle i nie mieli litości dla przeciwnika. Jeremain Lens w 55. minucie podwyższa wynik meczu na 5:0, to już była katastrofa. PSV po prostu nie mógł przestać strzelać, piłkarze wpadli w jakiś dziwny trans i niedługo później Reis trafił na 6:0. Potem jeszcze trafiał Dzudzsak – bum! 7:0. Engelar – bum! 8:0. Ponownie Dzudzsak, tym razem z rzutu karnego – bum! 9:0. I na koniec Jeremain Lens – bum! 10:0. Takim wynikiem zakończyło się to spotkanie. W tym przypadku słowa Tomasza Wróbla, który mówił, że czuje się jak dziwka po ganbangu, pewnie nawet w połowie nie oddają samopoczucia rotterdamczyków, którzy najchętniej zapadliby się po ziemię. Angielski portal goal.com za najsłabszego piłkarza uznał golkipera Feyenoordu, Roba van Dijka, ale ten też w kilku sytuacjach uratował zespół przed utratą bramki. Prawda jest taka, że ten wynik nie był jakimś wypadkiem przy pracy, rotterdamczycy zagrali tak słabo, że dwucyfrówka była naturalnym odzwierciedleniem sytuacji na boisku. Bramkarz bronił, co powinien i nic ponadto, defensywa zostawiała zbyt dużo miejsca, zupełnie nie mieli poczucia przestrzeni. Pomoc również rozpierzchła się na wszystkie strony boiska i zupełnie nie wspierała formacji defensywnej. Atak? Może i był, przy porażce 0:10 nie ma to większego znaczenia. Podsumowując, żadna formacja ze sobą nie współpracowała, nie współpracowali też członkowie poszczególnych bloków a w takim przypadku nie są potrzebne błędy indywidualne, bramki przychodzą same, co można było zaobserwować podczas meczu Brazylia – Niemcy, czy Meksyk – Chile. Po prostu jednej drużynie zaczęło wychodzić wszystko, a druga szybko się załamała i zaczęła prezentować zlepek indywidualności.
Do tamtego momentu najwyższą porażką Feyenoordu była przegrana z Ajaksem Amsterdam 2:8 w 1983 roku. Trener Mario Been wpisał się więc na stałe do historii klubu, który w 1970 roku wygrał Puchar Mistrzów. Szkoleniowiec natychmiast oddał się do dyspozycji zarządu, ale co ciekawe, zarząd wciąż mu ufał.
,,Wstydzę się naszego występu w meczu z PSV. Oddałem się po tym spotkaniu do dyspozycji zarządu. Piłkarze są totalnie rozgoryczeni i jeszcze nie zdołali zareagować na to co się stało. Spodziewam się, że wypowiedzą się dopiero w poniedziałek. Jeśli znajdzie się choć jeden zawodnik, który nie wierzy w powodzenie mojej misji – rzucam ręcznik… To czarna strona w historii Feyenoordu. To co się tu stało nie tylko rani mnie jako szkoleniowca ale także jako fana Feyenoordu” – mówił na pomeczowej konferencji trener rotterdamczyków Mario Been.
,,Jestem dumny, szczególnie ze stylu jaki zaprezentowaliśmy w drugiej połowie. Graliśmy jedenastu na dziesięciu, ale mimo tego zachowaliśmy dyscyplinę i utrzymaliśmy wysokie tempo. Kiedy tak długo utrzymujesz się przy piłce miejsce do rozgrywania akcji znajduje się automatycznie. W poprzednich spotkaniach, kiedy przewodziliśmy w tabeli Eredivisie, trochę się rozluźniliśmy, ale teraz mieliśmy w sobie niesamowity pęd do osiągnięcia wysokiego zwycięstwa” – tłumaczył Fred Rutten, trener PSV Eindhoven. Co na to Leo Beenhakker, w tamtym czasie dyrektor sportowy Feyenoordu? – ,,Chcemy zatrzymać naszego trenera, Mario Beena, wciąż go popieramy i wierzymy w jego umiejętności trenerskie” – uspokajał były selekcjoner reprezentacji Polski. Czy słusznie? Been dokończył sezon ale później dostał wilczy bilet. Najważniejsze jednak, że nikt nie stwierdził, że porażka 0:10 oznacza koniec świata, że piłkarzy trzeba zwolnić, trenera wyrzucić a stadion zaorać. Feyenoord konsekwentnie dążył do realizacji swojego planu i po zupełnie nieudanym sezonie wrócił do czołówki Eredivisie. Jedyne, co się zmieniło, to jedna blizna więcej ale w futbolu to chyba coś normalnego…
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
12
Copa Mitropa:
24 października 1937 r. Lazio Rzym przegrało na Stadio Olimpico z Ferencvarosi Torna Club 4:5 w drugim meczu finałowym Pucharu Mitropa. To spotkanie przeszło do historii futbolu. Otóż w tym meczu zanotowano dwa hattricki! Pierwszego z nich ustrzelił legendarny Silvio Piola, grający wówczas dla Lazio. Drugiego ustrzelił równie legendarny Gyorge Sarosi, ikona Ferencvarosi. W pierwszym meczu w Budapeszcie Węgrzy również wygrali(4:2) i również po hattricku Sarosiego! Tak więc po puchar sięgnęli po raz drugi w historii rozgrywek piłkarze z nad Dunaju a bohaterem tego turnieju był nie kto inny jak Gyorge Sarosi. Przypominam wszystkim iż Copa Mitropa był w mniejszej części poprzednikiem Pucharu Europy Mistrzów Klubowych.
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
10
@FCBparasiempre
24 października 1942 r. urodził się Zygfryd Szołtysik, pomocnik/napastnik. Gdyby nie jego wejście na boisko w meczu z ZSRR na igrzyskach w 1972 r., dzisiaj pewnie mówili by o nim tylko wierni kibice Górnika Zabrze. ,,Powiedzmy sobie szczerze, mistrzami olimpijskimi wtedy byśmy nie zostali, no a kto by się przejmował trzecią czy czwartą drużyną turnieju. Czasem trzeba mieć szczęście”- zwraca uwagę Szołtysik. Polska przegrywała w Augsburgu z radziecką ekipą 0:1 a potrzebowaliśmy wygranej żeby zachować realne szanse na awans do finału olimpijskiego turnieju. Do końca meczu było niewiele ponad 20 minut. Na boisku pojawił się Szołtysik. Błyskotliwy i niepozorny pomocnik Górnika dał niesamowity impuls. Najpierw z rzutu karnego wyrównał Deyna. Nerwowo wyczekiwaliśmy jeszcze zwycięskiego gola i wreszcie nadeszła 89 minuta meczu… Lewym skrzydłem przedarł się Robert Gadocha. Jak magnes przyciągnął do siebie dwóch rywali, więc przed radziecką bramką zrobiło się więcej miejsca. Dośrodkował gdzieś w okolice linii pola karnego bo tam był Lubański. Kapitan biegł odwrócony od bramki. Mógł wykonać nagły zwrot, zaskoczyć zwodem i pchać się w szesnastke. Tyle że tuż przed nosem miał Szołtysika. W Górniku od lat rozumieli się w ciemno; żartowano że są jak stare dobre małżeństwo. Dlatego Lubański podjął najlepszą decyzje, wystarczył trwający ułamek sekundy porozumiewawczy gest z kolegą. Zostawił mu zagrywaną od Gadochy piłke, ledwie ją musnął, jakby chciał na niej tylko postawić swoją firmową pieczątke. ,,Zyga” wiedział że w gre wchodzi tylko jedna możliwość: błyskawiczny strzał na bramke. Kropnął z prawej nogi. Jewhen Rudakow był bez szans. ,,Teraz to możemy sobie ze szczegółami tę akcje opisywać ale wtedy niewiele widziałem. Tylko jak piłka zatrzepotała w siatce. Dopiero później zobaczyłem zapis video i przeanalizowałem wszystkie detale. Każdy wie że miałem nie zagrać bo do zmiany był wyznaczony Andrzej Jarosik. Tylko że on odmówił wejścia na boisko. Czy ze strachu? Proszę nie żartować. Niby czego miał się bać? Dobrze widziałem całą sytuacje. Wkurzony był że nie ma go w podstawowym składzie i w tej złości burknął że teraz to nie będzie grał. Nie było czasu na dyskusje. Kazimierz Górski szybko rzucił w moim kierunku: ,,Zyga, rozbieraj się, ty wchodzisz”- relacjonował Szołtysik. Jego nazwisko natychmiast znalazło się na ustach całej polski bo nic tak nie mogło smakować, jak zwycięstwo nad Sowietami! Już po turnieju trener Górski w studiu telewizyjnym zdawkowo opowiedział Janowi Ciszewskiemu o kulisach planowanej zmiany w 69 minucie meczu: ,,Jarosik był nieprzygotowany do wejścia, był w jakiejś niedyspozycji, więc moja następna decyzja: Szołtysik”. Selekcjoner w publicznym wystąpieniu zachował się jak wytrawny dyplomata, lecz Jarosik w jego drużynie już nigdy nie zagrał. Skoro napastnik Zagłębia Sosnowiec był wtedy zdaniem selekcjonera ,,w jakiejś niedyspozycji”, należy koniecznie zaznaczyć że i powszechnie lubiany ,,Zyga” miał swoje problemy. ,,Bolał mnie mięsień łydki, pamiątka po poprzednim meczu z Danią ale jak trzeba grać, to trzeba. W końcu po to siedziałem na ławce żeby w razie czego pomóc. Boli, nie boli, musisz wejść. Nie miałem pojęcia że za chwile przeżyje najważniejsze minuty w reprezentacyjnej karierze. Miałem już 30 lat, zastanawiałem się co dalej z piłką a tu nagle wydarzyło się coś, z czym już na zawsze będę się kojarzył kibicom Biało-Czerwonych. Troche jak Jan Domarski, który strzelił gola na Wembley”- opowiada pan Zygfryd. Dalszego ciągu nie było. Miesiąc po igrzyskach Szołtysik po raz ostatni zagrał w reprezentacji w towarzyskim meczu z Czechosłowacją. Do kadry na mistrzostwa świata w RFN się nie załapał a przecież mógł liczyć że wskoczy do niej właśnie jako dżoker, tak jak ze Związkiem Radzieckim. ,,Wiecie że jakoś nigdy nie zapytałem Górskiego, czemu nie zabrał mnie do kadry na mistrzostwa? Może niepotrzebnie głośno mówiłem Blautowi że chce już wyjechać za granice żeby jeszcze trochę zarobić? Do Górskiego to dotarło i mógł uznać że nie ma sensu dalej na mnie stawiać a ja cały czas trzymałem forme. Po mundialu wyjechałem grać do Francji, jednak po roku wróciłem i dalej zasuwałem w Górniku. Wiedziałem że mając 33 lata, nie ma już co myśleć o kadrze narodowej ale liczący się wtedy w PZPN, związany już wcześniej z Górnikiem działacz Henryk Loska podpowiadał komu trzeba żeby mnie powołać. Nic z tego nie wyszło., lecz jestem pewien że znowu byłem blisko reprezentacji”- podsumowuje Szołtysik. W Zabrzu grał aż do sensacyjnego spadku drużyny w 1978 r. Po krótkiej przygodzie z kanadujskim Toronto Falcons wrócił na Śląsk i przeniósł się do 3-ligowego Górnika Knurów, z którym awansował do drugiej ligi. Właśnie w Knurowie zakończył karierę w wieku 42 lat! ,,Troche nie daje mi spokoju że odszedłem z Górnika Zabrze w takim momencie. Miałem 36 lat, uznałem że czas się rozstać. W Górniku pojawiali się coraz młodsi, szło nowe pokolenie”- wspominał ,,Zyga”. Dzisiaj pamiętamy o jego reprezentacyjnej przeszłości oraz o wielkich europejskich wyczynach z zabrzańskim Górnikiem, w którym zagrał aż 46 pucharowych meczów na przestrzeni 14 lat. Nie każdy jednak wie że zanim został wielkim mistrzem z Górnikiem i kadrą, był mistrzem w Zrywie Chorzów. W 1960 i 1961 r. jego zespół nie miał sobie równych w kraju. ,,Wielka w tym zasługa trenera Murgota, który umiał powybierać najlepszych uczniów z chorzowskich i okolicznych szkół. Bo to był kochani szkolny klub, żaden Ruch Chorzów czy Górnik Zabrze. Nie stało za nami takie zaplecze, nie mieliśmy takiej bazy a jednak to my byliśmy najlepsi”- podkreśla z dumą Szołtysik. Grał wówczas w jednej drużynie z Antonim Piechniczkiem, Janem Banasiem czy Józefem Jandulą. Za drugim razem juniorski finał na Stadionie Śląskim odbył się bezpośrednio przed pamiętnym pierwszym w historii meczem Górnika w Pucharze Europy z Tottenham Hotspur(4:2). Zanim zabrzanie rozprawili się z Anglikami, Zryw rozgromił Górnika Wałbrzych 10:1! Szołtysik był też jednym z ,,Portugalczyków”, czyli członkiem reprezentacji Polski U-19, która właśnie w Portugalii w 1961 r. zdobyła tytuł wicemistrza Europy. W drodze do finału mierzyli się z Francją(4:1), Austria(3:0; gol Szołtysika), Grecją(2:2) i RFN(2:1). Dopiero w decydującym o tytule meczu przegrali z Portugalią(0:4). Faktem jednak jest że Szołtysik i jego koledzy zdobyli pierwszy medal w historii polskiej piłki w jakichkolwiek mistrzowskich rozgrywkach. Najpierw musiał przejść ostrą selekcje. ,,Gdy zacząłem coraz lepiej grać w Zrywie, dostałem powołanie do reprezentacji Polski juniorów ale do drugiej drużyny. Mieliśmy sparing z Cracovią i musiałem autobusem dostać się z domu do Krakowa. Przyjechałem w ostatniej chwili, piłkarze już wychodzili na boisko. Trener Stiasny zawołał żebym migiem się przebierał bo mam grać. Zdążyłem wbiec na murawe tuż przed pierwszym gwizdkiem i spisałem się dobrze bo zacząłem grać w pierwszej reprezentacji juniorów. Potem były kolejne sparingi, z coraz mocniejszymi drużynami i wreszcie powołanie na mistrzostwa Europy. Gdybym wtedy w Krakowie pojawił się jeszcze kilka minut później, może nic by z tej mojej gry w kadrze nie było? Zdaje się że już wspominałem wam że czasami trzeba mieć szczęście”- uśmiecha się mieszkający od ponad 30 lat w Niemczech ,,Zyga”.
9
(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:
Grał kiedyś taki ,,polski Messi”, dzisiaj składamy mu urodzinowe życzenia.
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Symson
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@patataj
@DaPidejpi
7
@FCBparasiempre
23 października 1947 r. w Starogardzie Gdańskim urodził się Kazimierz Deyna, Mistrz Olimpijski z 1972 r., Król strzelców Olimpiady z 1972 r., Wicemistrz Olimpijski z 1976 r., zdobywca 3 miejsca na Mistrzostwach Świata-1974 oraz trzeci piłkarz Mundialu w RFN(1974). Przez wielu jest uważany za najlepszego piłkarza w historii polskiej piłki nożnej ale i on doświadczył w swej karierze przemiany w oczach kibiców z bohatera w antybohatera. Poza boiskiem radził sobie gorzej niż na boisku. Pierwszy mecz w polskiej ekstraklasie Kazimierz Deyna rozegrał w 1966 r. w koszulce ŁKS, do którego trafił z rodzinnego Starogardu. W spotkaniu z Górnikiem Zabrze grał bez kompleksów, kilka jego podań kibice przyjęli z uznaniem ale bramki nie zdobył. Nazajutrz w miejscowej prasie można było przeczytać iż 19-latek jest jednak bez wątpienia świetnym nabytkiem zasłużonego klubu. Radość kibiców z włókniarskiego miasta trwała jednak bardzo krótko. Po Deynę zgłosiło się Ludowe Wojsko Polskie a ściślej Legia Warszawa(Centralny Wojskowy Klub Sportowy), w której w tamtych czasach i jeszcze długo potem najzdolniejsi młodzi zawodnicy odbywali zasadniczą służbę wojskową. Oczywiście to była czysta fikcja gdyż w rzeczywistości rekruci szybko zrzucali mundury, pod warunkiem oczywiście że w ogóle mieli okazję je założyć. Z Deyną wiąże się zresztą przezabawna historia. Po ,,odbyciu służby’’ powinien wrócić do Łodzi ale w Legii ktoś wpadł na pomysł-mianowicie przeniesiono piłkarza do marynarki wojennej gdzie służba trwała 3 lata. Morza wprawdzie Kazio nie oglądał ale szybko wypłynął na szerokie wody. Druga połowa lat 60-tych i początek 70-tych to były czasy wielkiej Legii, która w europejskich pucharach grała jak równy z równym z najlepszymi na kontynencie. Deyna(który oficjalnie dosłużył się stopnia porucznika) szybko stał się ulubieńcem kibiców Legii, zwłaszcza tych najbardziej fanatycznych, zajmujących wschodnią trybunę zwaną żyletą. Włodzimierz Lubański podobnie jak Deyna urodzony w 1947 był trochę z innego świata: Ślązak był lepiej wykształcony, elokwentny i elegancki a Kaziu był swojakiem, jednym z nich, kiedy zatem śpiewali: ,,Kazimierz Deyna naszym przyjacielem jest’’, wyrażali najszczersze uczucia. Polski sport miał wówczas niemało wybitnych indywidualności ale stolica uwielbiała ,,Kakę’’ i nikt inny nie mógł się z nim równać. W 1968 r. Deyna zadebiutował w reprezentacji lecz pomimo że Polska pokonała Turcję aż 8:0 to gola nie zdobył. Wkrótce miało się to zmienić. Kiedy parę lat później kontuzja wyeliminowała na dłużej z gry Lubańskiego, Deyna wysunął się na pierwszy plan i nie było to bynajmniej chwilowe zastępstwo co potwierdził w wielu meczach decydujących o największych sukcesach reprezentacji. Tak było na turnieju olimpijskim w Monachium a zwłaszcza 2 lata później podczas mistrzostw świata, na których Polska zajęła 3 miejsce a w rozmaitych ankietach Kazimierza umieszczono w trójce największych piłkarzy Europy obok Beckenbauera i Cruyffa. Ten drugi po latach wspominał: ,,Jeśli Holandia miała kłopoty w meczach z Polską to przede wszystkim dlatego że grał u was Deyna. On potrafił kilkoma genialnymi podaniami pchnąć do przodu nie tylko swoją drużynę ale i futbol’’. Najwspanialsze mecze Kazia? Było ich trochę. Starsi kibice nigdy nie zapomną finału olimpijskiego z Węgrami w 1972 r. oraz występów na boiskach RFN w czasie mundialu w 1974 r. Do legendy przeszedł jego niesamowicie mocny strzał na bramkę w meczu z Włochami, po którym ponoć pękł piłkarzowi but. Ale i niezliczone mecze ligowe, w których czarował techniką, bezbłędnie podawał, strzelał te swoje ,,rogale’’ nadając piłce rotację, która myliła najlepszych bramkarzy. Ostatnim ważnym rozdziałem w karierze Deyny był występ na MŚ w Argentynie w 1978 r. Niektórzy uważali że drużyna jest jeszcze lepsza niż w RFN i może nawet zdobyć złoty medal. Ale ów turniej mieli wygrać gospodarze-junta wojskowa rządząca Argentyną potrzebowała propagandowego sukcesu i dopieła swego. Mieli też niezłą drużynę, z którą Polacy musieli się spotkać w grupie eliminacyjnej. Mario Kempes wprost szalał na boisku w Rosario. Już w 15 minucie Polacy przegrywali 0:1 ale nie zamierzali się poddawać. W 38 minucie strzał polskiego zawodnika argentyński obrońca zatrzymał ręką. Sędzia nie mógł nie podyktować jedenastki. Historia tego rzutu karnego zasługuje na odrębne studium- z elementami psychologii, z wątkiem sensacyjnym a kto wie i czy nie ustawieniem samego meczu!
Wybór egzekutora tego karnego był oczywisty: Kazimierz Deyna rozgrywał swój setny mecz w reprezentacji(wedle ówczesnych kryteriów bo później jednak kilka spotkań mu odjęto). Cała Polska wstrzymała oddech. Potrzebowała wówczas sukcesu nie mniej niż Argentyna(już po pierwszym zremisowanym bezbramkowo meczu z RFN najwyższe władze partyjno-państwowe wysłały depeszę gratulacyjną do trenera Gmocha). Do strzelania karnego gotowy był co prawda 22-letni debiutujący na wielkiej imprezie przebojowy piłkarz łódzkiego Widzewa Zbigniew Boniek ale Deyna mu nie ustąpił zapominając iż występ jubileuszowy to dodatkowe emocje, które często bardziej rozpraszają niż mobilizują. Ustawił piłkę, strzelił celnie lecz nie zbyt mocno i bramkarz Fillol bez większych problemów obronił. Jęk zawodu słychać było od Bałtyku po szczyty Tatr. Czy gdyby Kazio trafił w okienko losy meczu potoczyły by się inaczej? Tego już nigdy się nie dowiemy. W każdym razie niezawodny Kempes strzelił na 2:0 co stawiało reprezentację Polski w trudnej sytuacji-czekał ją bowiem kolejny mecz tym razem z Brazylią. Ale rodacy nie mogli wybaczyć Deynie. W historii strzelania tej jedenastki mieści się bowiem również mały lecz bolesny rozdział o ludzkiej niewdzięczności. Był bohater, który nagle stał się antybohaterem. Wkrótce pojawiły się plotki sugerujące iż Deyna celowo nie wykorzystał karnego, ponieważ został przekupiony przez gospodarzy. Każda bzdura wymyślona wówczas mogła trafić do rozgoryczonych kibiców. (W sprawie rozliczeń finansowych było coś na rzeczy ale bynajmniej nie z powodu Kazimierza; przez lata mówiło się o pewnych machlojkach działaczy).
Reprezentacyjna kariera Deyny dobiegła końca. Miał 31 lat-dzisiaj powiedzielibyśmy dopiero ale wówczas to było aż. W nagrodę za zasługi dla polskiego futbolu piłkarz dostał zgodę na wyjazd zagraniczny. Wybrał Manchester City czyli najgorzej jak mógł. On, świetny technik, finezyjny artysta futbolu, robiący z piłka cuda trafił do ligi angielskiej, w której preferowało się grę siłową i schematyczną. Ale transfer i tak był w kraju ogromnym wydarzeniem; telewizja polska transmitowała nawet spotkanie(Manchester grał z Ipswich) a sprawozdawca po każdym podaniu Kazia wpadał w zachwyt. Niestety był to debiut zaledwie poprawny. Później nie było lepiej. Piłkarz pobył w Manchesterze do stycznia 1981 r.; nie znał języka, nie mógł dogadać się z kolegami z drużyny a co najgorsze-trener nie bardzo wiedział jakie zadania powierzyć na boisku przybyszowi z dalekiej Polski. Teraz w życiorysie Deyny nastąpił kolejny punkt zwrotny i to z wielkim wykrzyknikiem-piłkarz przeniósł się bowiem za ocean by podpisać kontrakt z San Diego Sockers. W wielu filmach o wielkich sportowcach zakończenie bywa smutne i tak też było w przypadku naszego Kazimierza. Grał w tamtejszej marnej lidze, zarabiał nieźle, wkrótce miało się jednak okazać iż nieuczciwy menedżer wyczyścił jego konto(ponoć około 1 mln dolarów). Pojawiły się liczne kłopoty także rodzinne. Ponoć nosił się z zamiarem powrotu do kraju. Próbował szkolić młodzież. Zginął wieczorem 1 września 1989 r. na prostej drodze, wpadając na prawidłowo zaparkowaną na poboczu ciężarówkę. We krwi odkryto alkohol. W bagażniku policjanci znaleźli 22 piłki. Na pogrzeb nie przyjechał nikt z Polski. Warszawscy kibice ciągle pamiętają: chcą postawić Kazimierzowi Deynie pomnik. Zaś na stronie internetowej można przeczytać wpisy wyrażające zachwyty tych, którzy nigdy na żywo Deyny nie widzieli: ,, Genialny, cudowny, jedyny, niepowtarzalny, magiczny, wspaniały, najlepszy……’’.
7
Wybitne legendy polskiego futbolu:
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
2
@Mario96w Nie będę się powtarzał. Długie teksty zamieszczam w odpowiedzi na mój komentarz, ponieważ moderacja daje mi bana za bardzo długie komentarze!
1
@Szreko Spójrz: https://igol.pl/futbol-jest-wielki-krol-pele-i/
9
@FCBparasiempre
23 października 1951 roku w Łodzi urodził się Mirosław Bulzacki, środkowy obrońca. O słynnym „zwycięskim remisie na Wembley” powiedziano i napisano już chyba wszystko. Za największych bohaterów tamtego spotkania uważa się strzelca gola, Jana Domarskiego, któremu piłka „przyszła, naszła, zeszła i weszła”, oraz znakomicie broniącego tego dnia Jana Tomaszewskiego. Nieco rzadziej wspomina się o młodym obrońcy, który nie pozwolił angielskim napastnikom na zbyt wiele i który kilkukrotnie ratował naszą drużynę przed utratą bramki. Mirosław Bulzacki – bo o nim mowa – w dniu tego legendarnego meczu miał niecałe 22 lata. Występ na Wembley był jego trzynastym w biało-czerwonych barwach.
TO BYŁ TEN DZIEŃ, W KTÓRYM PRZESTAŁEM BYĆ PRZESĄDNYM CZŁOWIEKIEM. MECZ Z ANGLIĄ NA WEMBLEY BYŁ MOIM 13. SPOTKANIEM W KADRZE, WIĘC LUDZIE MÓWILI, ŻEBY UWAŻAĆ, BO PECH I TAK DALEJ. A JA SIĘ DENERWOWAŁEM PRZEZ TO JESZCZE BARDZIEJ – WSPOMINAŁ PO LATACH.
Nerwy nie spętały jednak nóg Bulzackiemu. Pewności siebie mógł dodawać mu fakt, że doskonale znał się i dobrze współpracował z Janem Tomaszewskim. Obaj byli wówczas zawodnikami Łódzkiego Klubu Sportowego. Podczas samego spotkania jako obrońca często asekurował lubiącego wychodzić na przedpole „Tomka”. Na kilka minut przed końcem meczu „Funio” (taki pseudonim nosił defensor ŁKS-u) uratował skórę klubowemu koledze i całej reprezentacji, wślizgiem wybijając piłkę zmierzającą do bramki.
TAMTĄ SYTUACJĘ PAMIĘTAM DO DZIŚ. BYŁ OSTRY STRZAŁ PO ZIEMI, A JA JAKIMŚ CUDEM, WŚLIZGIEM W OSTATNIEJ CHWILI ZDOŁAŁEM JĄ WYBIĆ SPRZED LINII BRAMKOWEJ – OPOWIADAŁ.
Dla miłośników nietypowych statystyk warto dodać w tym miejscu, że był on też ostatnim zawodnikiem, który dotknął piłkę w tym spotkaniu. Skąd w ogóle ten szerzej nieznany w piłkarskim świecie zawodnik wziął się w polskiej reprezentacji? Mirosław Bulzacki urodził się 23 października 1951 roku w Łodzi. W tym mieście ukończył technikum samochodowe. Zanim to się jednak stało, już od dawna był zawodnikiem ŁKS-u. Początki jego kariery przypadły na lata, w których ŁKS grał akurat w II lidze (1968-1971). Bulzacki był już wówczas reprezentantem Polski juniorów, ale wciąż czekał na debiut w ligowym meczu. Nie otrzymał takiej szansy ani od trenera Leszka Jezierskiego (prowadził zespół w sezonie 1968/69), ani podczas krótkiej (runda jesienna sezonu 1969/1970) kadencji węgierskiego trenera Laszlo Hariego. Dopiero trener Józef Walczak, który objął łódzką drużynę po odejściu Węgra, postanowił nieco przewietrzyć szatnię i odważniej postawić na młodych graczy. W zespole oprócz Bulzackiego pojawili się m.in. Włodzimierz Białek, Grzegorz Ostalczyk, Jan Mszyca czy Mirosław Smolarek, kuzyn Włodzimierza, późniejszej legendy sąsiadów zza miedzy – Widzewa. Na awans przyszło jednak czekać ŁKS-owi do roku 1971 r. Bulzacki znajdował się w kadrze zespołu, ale trener Walczak nie był do niego do końca przekonany. W meczach decydujących o awansie wolał na środku obrony postawić na doświadczonych Szadkowskiego i Chodakowskiego. Nie inaczej było po awansie do I ligi. W lutym 1972 roku ełkaesiacy wyjechali na zgrupowanie do Kirgizji i Kazachstanu. Po powrocie z tej nieco egzotycznej eskapady szkoleniowiec łodzian mówił o Bulzackim, że poza warunkami fizycznymi nie ma żadnych piłkarskich zalet. Wychowanek klubu został odsunięty od pierwszej drużyny. Do pierwszego składu wrócił w maju 1972 roku. Po kilku miesiącach w klubie nie było już trenera Walczaka. Jego miejsce zajął Paweł Kowalski, a tajemniczo brzmiącą posadę trenera-koordynatora objął, nie kto inny, jak ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski Kazimierz Górski. Kto wie, czy nie była to najważniejsza znajomość w piłkarskiej karierze Bulzackiego. Młody defensor na stałe zagościł w podstawowej jedenastce ŁKS-u. Wyróżniał się spokojem, wyczuciem tempa przeciwników i pewnością w kierowaniu kolegami z obrony. Dobrą postawę w lidze trener Górski nagrodził powołaniem do reprezentacji. Bulzacki zadebiutował w towarzyskim meczu z Jugosławią zakończonym remisem 2:2 i szybko stał się podstawowym graczem kadry. Wystąpił m.in. w wygranym 2:0 meczu z Anglią w Chorzowie i rozegranym raptem tydzień przed decydującym meczem na Wembley, towarzyskim spotkaniu z Holandią. W tym drugim miał za zadanie kryć samego Johana Cryuffa. Starcie zakończyło się remisem 1:1, a „Boski Johan” został wyłączony z gry. Mimo dobrych występów Bulzackiego w koszulce z białym orłem (wtedy bez korony) na piersi, prasa przed 17 października 1973 roku miała dużo wątpliwości czy to właśnie on, powinien wyjść w podstawowym składzie na Anglię.
DO GRY PRZECIWKO ANGLIKOM PREDYSPONUJĄ GO WYŚMIENITE WARUNKI FIZYCZNE I PRZYSŁOWIOWY ANGIELSKI SPOKÓJ. JEST PONADTO TWARDY, UMIEJĄCY OSTRO, ALE NIE FAUL, WALCZYĆ O PIŁKĘ. CO NIE OZNACZA WCALE, ŻE UWAŻAM GO ZA DOSKONAŁEGO PIŁKARZA NA POZYCJI ŚRODKOWEGO OBROŃCY. ALE LEPSZEGO OD NIEGO, OBOK GORGONIA, NIE MAMY NA KRAJOWYM RYNKU PIŁKARSKIM – TŁUMACZYŁ SWOJĄ DECYZJĘ TRENER GÓRSKI.
Po meczu nie trzeba było już nikomu wyjaśniać, że była to dobra decyzja. Bulzacki zewsząd zbierał pochwały. Tygodnik „Piłka Nożna” na koniec 1973 roku po raz pierwszy zorganizował plebiscyt, w którym wybierał piłkarza i odkrycie roku. W pierwszej kategorii triumfował Kazimierz Deyna, a w drugiej właśnie Mirosław Bulzacki. Mogło się wówczas wydawać, że na mistrzostwach świata „Funio” będzie podstawowym graczem reprezentacji. Chyba nawet sam zawodnik nie spodziewał się, że po turnieju będzie miał tak ambiwalentne uczucia. Z jednej strony – reprezentacja odniosła historyczny sukces i zajęła trzecie miejsce na mundialu (nagradzane w tamtych czasach srebrnym medalem), a z drugiej – sam Bulzacki nie zagrał ani minuty na całych mistrzostwach. Nie, nie był kontuzjowany. Nie podpadł też trenerowi Górskiemu żadnym niewłaściwym zachowaniem. Miejsce na środku obrony obok Jerzego Gorgonia zajął Władysław Żmuda – zaledwie 20-letni gracz Gwardii Warszawa, wybrany później najlepszym młodym zawodnikiem turnieju.
DZIEŃ PRZED PIERWSZYM MECZEM TRENER OGŁOSIŁ SKŁAD I JA BYŁEM NA ŁAWCE. ZAWSZE MÓWIŁ DZIEŃ PRZED MECZEM, ŻEBY NIE PARALIŻOWAĆ ZAWODNIKÓW. JA MIAŁEM BYĆ REZERWOWYM, GOTOWYM DO WEJŚCIA W KAŻDEJ CHWILI. CZY BYŁO MI PRZYKRO? TAK, ZDECYDOWANIE. (…) CZY MAM ŻAL? NIE, NIE MAM. KILKU CHŁOPAKÓW Z WEMBLEY STRACIŁO MIEJSCE. JA, JANEK DOMARSKI, KTÓRY STRZELIŁ WTEDY BRAMKĘ, LESZEK ĆMIKIEWICZ. TRENER GÓRSKI MIAŁ ŚWIETNE WYCZUCIE, BYŁ OBIEKTYWNY I SPRAWIEDLIWY. NIE MOGLIŚMY MIEĆ ŻALU, ŻE KOGOŚ FORSUJE NA SIŁĘ – MÓWIŁ PIŁKARZ O TAMTEJ SYTUACJI MARKOWI WAWRZYNOWSKIEMU.
Przygoda Bulzackiego z reprezentacją zakończyła się na dobre w 1975 roku po meczu z Holandią przegranym na wyjeździe 0:3. Jak sam zaznaczył w jednym z wywiadów, pożegnanie z kadrą było po części jego decyzją. Więcej czasu niż na grę, poświęcał w tamtym czasie na naukę. Studiował na Wydziale Trenerskim Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie., którą ukończył w 1979 roku. W ŁKS-ie grał aż do 1983 roku. Dla kibiców z alei Unii 2 pozostaje jedną z legend klubu. Po odejściu z klubu rok pograł w Starcie Łódź po czym, w wieku 33 lat, wyjechał za granicę. Trafił do amatorskiego klubu VfL Herzlake w czwartej lidze niemieckiej, a następnie do TV Wehingen 1891. W Niemczech spędził w sumie siedem lat, wyłączając kilkumiesięczny epizod w sezonie 1987/1988, gdy grał w Dozamecie Nowa Sól. Na początku lat 90. znów zamieszkał w Polsce. Wielkiej kariery trenerskiej nie udało mu się zrobić. Trenował juniorów i seniorów w klubie z Wehingen, a w Polsce Pogoń Zduńską Wolę i Unię Skierniewice. Nieźle radził sobie jako szkoleniowiec juniorów ŁKS-u i Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łodzi. Z jego pozasportowych aktywności warto wspomnieć o przygodzie Bulzackiego z polityką. W 2009 roku startował z ramienia Platformy Obywatelskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Mandatu europosła jednak nie uzyskał. Ze światem piłkarskim całkowicie się nie rozstał – często występuje w roli eksperta i proszony jest o opinie na tematy piłkarskie. Przez wiele lat występował też w drużynie oldboyów „Orłów Górskiego”. Chociaż w karierze Mirosława Bulzackiego zabrakło występów na mistrzostwa świata lub sukcesów klubowych, z całą pewnością był jednym z lepszych środkowych obrońców w historii polskiego futbolu.
8
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
@NaFazieHitman
@Symson
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
1
@Szreko Te 1281 goli to jest liczba oficjlalna, zatwierdzona przez FIFA
10
Wybitne legendy futbolu:
23 października 1940 r. w Tres Coracoes urodził się Edson Arantes de Nascimento, dobrze znany wszystkim jako Pele, m.in. 3-krotny mistrz świata. Jeden z najsłynniejszych brazylijskich piłkarzy. Powszechnie uważany przez ekspertów piłki nożnej, byłych graczy oraz fanów za najlepszego piłkarza wszechczasów. Jest synem znanego piłkarza krajowej drużyny Fluminense, Joao Ramosa do Nascimento, znanego również jako Dondinho. Pseudonim „Pele” nadano mu w czasach szkolnych na cześć jego ulubionego gracza, bramkarza drużyny Vasco da Gama, o przydomku Bile. Pele dorastał w biedzie, dorabiał jako pucybut oraz jako pracownik herbaciarni. Jego talent piłkarski został zauważony przez Waldemara de Brito, byłego reprezentanta Brazylii, który zatrudnił Pelego w drużynie Santos FC. Po roku gry w juniorach, został włączony do drużyny seniorskiej. Pierwszy mecz w reprezentacji Brazylii rozegrał 7 lipca 1957.Brazylia przegrała z Argentyną 1:2 a jedynego gola dla Canarinhos strzelił właśnie Pele, zostając najmłodszym zawodnikiem, który strzelił bramkę dla reprezentacji własnego kraju. Miał wtedy zaledwie 16 lat i 9 miesięcy. W 1958 roku , mimo swego młodego wieku, zadebiutował na Mistrzostwach Świata, dzięki czemu stał się najmłodszym zawodnikiem, jaki kiedykolwiek wystąpił w turnieju tej rangi. Jego gra podczas mundialu wprawiła w zachwyt znawców, komentatorów i kibiców piłkarskich. Strzelił 6 goli i w dużej mierze dzięki niemu Brazylia sięgnęła po tytuł mistrzowski. Następne 2 turnieje rangi Mistrzostw Świata były dla niego nieudane, lecz w 1970 roku po raz kolejny sięgnął z reprezentacją po złote medale. Pele postanowił zakończyć karierę w 1974 roku, a jego pożegnalny mecz oglądały tłumy (przypuszczalnie ponad 200 tysięcy ludzi). Po pewnym czasie postanowił wrócić do piłki nożnej, grając dla drużyny New York Cosmos, a jego ostatni oficjalny mecz miał miejsce 1 października 1977 roku.Był to mecz pomiędzy dwoma brazylijskimi zespołami, w których Pele spędził większość kariery klubowej - Santos i Cosmos. W każdej z drużyn rozegrał po jednej połowie tego meczu. Po zakończeniu przygody z piłką nożną był dyrektorem sportowym piłkarskiej drużyny Santosu udzielał się również jako komentator sportowy. W 1995 został wybrany na ministra sportu w Brazylii oraz ambasadora Dobrej Woli UNESCO. Promował wiele firm, np. PepsiCo., czy MasterCard. Wystąpił, jako jeden z aktorów, w filmie "Ucieczka do zwycięstwa".
W 1999 roku został uznany najlepszym sportowcem XX wieku, a w 2006 roku, został wybrany do rozlosowania grup Mistrzostw Świata w Niemczech w 2006 roku. Pele rozegrał dla reprezentacji Brazylii 91 spotkań, w których strzelił 77 bramek. Reprezentacyjny debiut nastąpił 7 lipca 1957 roku, podczas meczu Brazylia - Argentyna, a jego ostatni występ w narodowych barwach to potyczka z Jugosławią 18 lipca 1971 roku. Z reprezentacją Brazylii odniósł 66 zwycięstw, 14 razy remisował, a 11 razy poniósł porażkę. Brazylijczyk wpisywał się na listę strzelców w 51 meczach, 7-krotnie popisując się hat-trickami. Brał udział w 4 edycjach Mistrzostw Świata, w latach 1958-1970 (w Szwecji, Anglii, Chile oraz Meksyku). Tylko raz brał udział w Copa America, zdobywając koronę króla strzelców po zdobyciu 8 goli w 6 spotkaniach. Pele grał również w 23 meczach reprezentacji uznanych za nieoficjalne, strzelając w nich 18 goli. Pele przez większość swojej kariery (18 lat) grał w brazylijskim klubie Santos. W barwach tego klubu zadebiutował 7 września 1956 roku, strzelając jednego z goli w wygranym meczu z Corinthians (7-1), a jego ostatni występ w Santosie to zwycięstwo nad Ponte Preta (2-0) 2 października 1974 roku. Z tym zespołem zdobył, między innymi: Copa Libertadores (2 razy) oraz Mistrzostwo Brazylii (10 razy).W latach 1975-1977 grał w zespole New York Cosmos, z którym zdobył Mistrzostwo ligi północnoamerykańskiej. Dzięki 12 golom zdobytych w Mistrzostwach Świata znajduje się na 5 miejscu na liście najskuteczniejszych strzelców tego turnieju, jest również jedynym piłkarzem, który z reprezentacją swojego kraju sięgał trzykrotnie po Mistrzostwo Świata. W 1367 oficjalnych meczach strzelił 1281 goli!
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@NaFazieHitman
@patataj
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
13
Z historii Barçy:
23 października 1971 r. otwarto Palau Blaugrana. Przez prawie 75 lat historii Barcelonie brakowało hali sportowej z prawdziwego zdarzenia. Wreszcie w 1971 r. wybudowano wielofunkcyjny obiekt, który mógł służyć różnym sekcjom klubu. Prezydent Agustin Montal w swoim przemówieniu przypomniał całą historię FC Barcelony, otwarcie dwóch słynnych stadionów piłkarskich(Camp de Les Corts i Camp Nou) i obiecał że hala będzie służyła wszystkim socios. Już pierwszego dnia, krótko po otwarciu, odbyły się spotkania żeńskiej siatkówki i pierwszoligowy mecz piłki ręcznej.
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
10
@FCBparasiempre
Był to Vic Buckingham. Co miał wspólnego z Ajaksem? Dwukrotnie krótko prowadził ekipę z Amsterdamu. Ważniejszym jest chyba jednak fakt, że w trakcie swojego pierwszego pobytu w Holandii odkrył pewnego utalentowanego 12-latka, Johana Cruijffa. Drugi epizod z Joden zaowocował debiutem w pierwszym zespole 17-letniego wówczas geniusza. Legenda głosi, że wpływ Anglika na życie i karierę Cruijffa był tak wielki, że został ojcem chrzestnym jednego z dzieci El Flaco (to bez cienia wątpliwości nieprawda a szkoda, bo byłby to fantastyczny smaczek). Całość piłkarskiej kariery Buckinghama związana była z Tottenhamem – jedynym klubem, którego barwy reprezentował w rozgrywkach Football League. Wziął udział w 204 spotkaniach Spurs na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych. Co ciekawe, Tottenham grał w tamtym czasie na poziomie ówczesnej drugiej ligi, przez co Anglik nigdy nie zaznał gry w najwyższej klasie rozgrywkowej. W gruncie rzeczy najcenniejszym fragmentem tej części jego biografii jest prawdopodobnie sama jej końcówka, kiedy to zetknął się z Arthurem Rowe’em i jego przełomową filozofią push and run (polegającą w uproszczeniu na szybkim podaniu do partnera, obiegnięciu kryjącego zawodnika rywala i otrzymaniu podania zwrotnego już za obrońcą. Taka gra dała Kogutom pierwszy w historii tytuł mistrza Anglii w 1951 roku; Vic zakończył karierę piłkarską w 1949). Buckinghama pamięta się lepiej z ławki trenerskiej niż z boiska, ale dzisiaj postać ta wydaje się być niemal całkowicie zapomniana. Vic Buckingham trenował wiele drużyn w Anglii, Holandii, Hiszpanii czy Grecji. Pierwszy pobyt w Ajaksie przypada na lata 1959-1961. Przed przeprowadzką do Holandii trenował West Bromwich Albion. W tym czasie The Baggies należeli do Wielkiej Piątki angielskiej piłki. To było jak na tamte czasy naprawdę niezwykłe, że Buckingham wybrał właśnie Ajax. Oczywiście, trenerzy już wcześniej opuszczali Anglię na rzecz drugiej strony Kanału, ale były to zazwyczaj nazwiska, które nie miały akurat zbyt wiele wspólnego z wyspiarską czołówką. W moim odczuciu pokazuje to, jak bohater artykułu wyprzedzał swoją epokę, jak bardzo chciał grać krótkimi podaniami, skupiać się na posiadaniu futbolówki. To było oczywiście niemal całkowicie sprzeczne z tym, jak postrzegało się wtedy piłkę w Anglii. Pierwsza kadencja Buckinghama w Amsterdamie to mistrzostwo oraz puchar Holandii. Anglik bagatelizował jednak swoje osiągnięcia, większość zasług przypisując swojemu poprzednikowi, rodakowi Jackowi Reynoldsowi. W swojej skromności powiedział podobno: ,,Piłkarze Ajaksu, których tutaj zastałem podstawy mieli już opanowane. Wszystko, co musiałem zrobić, to nauczyć ich dłuższego utrzymywania się przy piłce”. Sam Buckingham może i bagatelizował swój wpływ na rozwój drużyny, która miała potem zdominować piłkarską Europę, ale wielu ekspertów to właśnie jego wskazuje jako ojca chrzestnego futbolu totalnego.
W roku 1961 po Buckinghama zgłosiło się Sheffield Wednesday i Anglik wrócił do swojej ojczyzny. Udało mu się trzy razy z rzędu zająć w lidze szóste miejsce. Nieźle jak na klub, który poprzednią dekadę spędził na ciągłych spadkach do Division 2 i awansach do najwyższej klasy rozgrywkowej. Vic Buckingham poprowadził też drużynę do ćwierćfinału Pucharu Miast Targowych, w którym po porażce 3-4 w dwumeczu, Sowy odpadły z Barceloną. To właśnie ta konfrontacja miała zwrócić uwagę Blaugrany na bohatera tego tekstu – Anglik miał zaimponować włodarzom ekipy z Katalonii stylem gry jego podopiecznych i znaleźć się na liście potencjalnych przyszłych trenerów hiszpańskiego giganta. Czas Buckinghama w Sheffield dobiegł końca w kwietniu 1964 roku wskutek skandalu łapówkarsko-bukmacherskiego, który zdemolował tego roku dużą część angielskiej piłki. Dwóch podopiecznych urodzonego w Greenwich szkoleniowca wraz z jednym byłym zawodnikiem The Owls było zamieszanych w cały skandal. Chociaż nigdy nawet nie zasugerowano, że Buckingham mógłby mieć z aferą cokolwiek wspólnego, zarząd klubu wyszedł z założenia, że jeżeli trener byłby dla swoich piłkarzy bardziej surowy, do skandalu by nie doszło. I tak, pomimo nie schodzenia poniżej szóstego miejsca w lidze, Anglik stracił pracę. Lato 1964 roku przyniosło powrót do Amsterdamu. Niestety, ale tym razem sukcesy były zdecydowanie mniejsze. Zastał starzejący się skład zawodników, którzy tylko tracili na jakości i zmuszony był skorzystać w bardzo dużej mierze z młodzieży, w tym ze wspomnianego już Cruijffa. Wyniki były słabe, a wizja walki o utrzymanie sprawiła, że już w styczniu następnego roku ustalono, że najlepiej będzie jeżeli Buckingham obejmie wolną posadę w Fulham. Jego następcą został Rinus Michels i raptem cztery lata później Ajax grał w pierwszym z wielu w tamtych latach finałów europejskich pucharów. Powrót do Holandii może i nie był bezdyskusyjnym sukcesem, ale, jak już wcześniej wspomniano, zdaniem wielu Anglik położył fundament pod ekipę, która miała później totalnie zdominować europejski futbol. Po trzech latach w Fulham i roku w Grecji Buckingham został nieoczekiwanie zatrudniony w FC Barcelonie, która faktycznie zapamiętała go sobie z potyczki w Pucharze Miast Targowych. Drużynę objął pod koniec 1969, kiedy Barça znajdowała się raptem cztery punkty nad strefą spadkową. Poprowadził zespół do czwartego miejsca, a następny sezon zakończył w lidze zaraz za Valencią, którą udało się zresztą pokonać w finale Copa del Generalísimo. Do opuszczenia swojej posady po raptem półtora roku zmusiła go operacja spowodowana nawracającymi problemami z plecami. Co ciekawe, ponownie jego następcą został Rinus Michels. Buckingham miał też pośredni wpływ na przeprowadzkę Cruijffa do FC Barcelony w 1973 – Anglik był jednym z najważniejszych zwolenników zakończonej sukcesem kampanii na rzecz zniesienia zakazu kontraktowania zagranicznych piłkarzy przez hiszpańskie kluby.
Przed odejściem na zasłużoną emeryturę w 1980, Buckingham trenował jeszcze Sevillę oraz Olympiakos i Rodos. Zmarł w 1995 roku. W dużej mierze zapomniany w swojej ojczyźnie. Bardzo ciepło wspominają go jednak kibice Ajaksu i Barcelony. Vic Buckingham. Wspaniały trener, który pod wieloma względami wyprzedzał swoje czasy. Postać tę najlepiej podsumowują chyba jego własne słowa z 1993 roku, które znaleźć można w książce Davida Winnera ,,Brilliant Orange”: ,,Futbol oparty na posiadaniu piłki to jest to, nie kick and rush. Granie długich piłek jest zbyt ryzykowne. W zdecydowanej większości przypadków dużo lepsze efekty dają wyuczone umiejętności, nastawienie. Jeżeli masz piłkę – trzymaj ją. Przeciwnik nie będzie w stanie zdobyć bramki”.
12
Twórca futbolu totalnego:
Wiele źródeł podaje, że był kiedyś szanowany angielski trener, którego przedmeczowa rozmowa z prowadzonymi przez niego piłkarzami FC Barcelony składała się ze słów „jebać Betis” oraz precyzyjnie wymierzonego kopniaka w tablicę z taktyką, po której ta przeleciała przez całą szatnię (Alex Ferguson u swego szczytu byłby dumny). Kim był ten trener? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Ogorinho1974
@patataj
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Sensible