FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Wybitne postacie Dumy Katalonii:
Dokładnie 150 lat temu(13 października 1872 r.) w Hottingen urodził się Walter Gustaw Wilde, szwajcarski elektryk ale przede wszystkim pierwszy w historii prezydent FC Barcelony. Wild był jedną z dwunastu osób na spotkaniu, na którym powstał klub, które odbyło się w gimnazjum Solé 29 listopada 1899 roku. Pochodzący z zamożnej szwajcarskiej rodziny był najstarszym z pierwotnych członków klubu a jego koledzy jednogłośnie mianowali go prezesem. Wild był bardzo wszechstronnym dżentelmenem, który pojawił się również w dziesięciu meczach FC Barcelony, w tym w pierwszym z drużyną kolonii angielskiej. Jednak to, z czego zawsze będzie najbardziej pamiętany, to to, co zrobił jako prezydent. Wild zezwolił na wykorzystanie swojego mieszkania w Carrer Princesa na posiedzenia zarządu i prowadził nieustanny spór dyplomatyczny z FC Català, który był najstarszym klubem piłkarskim w Barcelonie. Jednym z najważniejszych osiągnięć Wilda jako prezydenta był sposób, w jaki udało mu się zdobyć dla Barçy swój pierwszy stadion bez konieczności dzielenia się nim z FC Català, przy Hotelu Casanovas. Walter Wild był trzykrotnie ponownie wybierany na prezydenta między 13 grudnia 1899 a 27 grudnia 1900, ale został zmuszony do rezygnacji 25 kwietnia 1901, ponieważ musiał wyjechać do Anglii, będąc prezesem FC Barcelona przez 513 dni. Tego samego dnia, w którym złożył rezygnację, został mianowany członkiem honorowym w uznaniu za wszystko, co zrobił dla klubu. Wild bardzo rzadko śledził późniejszy rozwój klubu a prawie pół wieku później, kiedy był gościem honorowym Złotej Rocznicy FC Barcelony, był zdumiony, widząc, jak urósł klub, którym przewodniczył ponad 50 lat wcześniej.
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
0
Wczorajsze starcie z Interem? Cóż to był(pomimo tylko remisu) za fantastyczny, cudowny, niepowtarzalny, spektakularny, dramatyczny, wręcz epicki mecz! Chociaż epicki to bardziej pasuje do pamiętnego meczu z PSG, gdzie absolutnie nie zasłużyliśmy na awans do kolejnej rundy ale to już temat na inny czas. Takie mecze, jak ten z Interem są mile widziane zwłaszcza w fazie pucharowej a tu prosze, Barcunia zafundowała nam kosmiczne emocje już w fazie grupowej, kto by się spodziewał? Czy zasłużyliśmy na zwycięstwo wczoraj z Interem? I tak i nie. Sercem i zaangażowaniem napewno tak, jednak umiejętnościami i jakością całego zespołu to niestety nie. Owszem nasza linia defensywna jest na tą chwile mocno osłabiona ale tak z czystym sumieniem, nawet w najsilniejszym składzie, to ile moglibyśmy osiągnąć w Lidze Mistrzów? Maximum ćwierćfinał a i to zależałoby od losowania 1/8 finału. Niestety ale tylko i wyłącznie Ter Stegenem, Araujo, Kounde, Lewandowskim i w porywach Pedrim czy też Albą, nie mamy czego szukać w Lidze Mistrzów! Jakość ,,naszej" kadry predestynuje co najwyżej na wygranie La Ligi i Pucharu Króla. Nie wiem co myśleć o Xavim i jego upartości co do Dembele a zwłaszcza Ferrana Torresa i Sergi Roberto. Tacy piłkarzy według mnie nie mają czego szukać na poziomie Ligi Mistrzów a takiego poziomu wymaga się od zawsze od ,,naszego" klubu. Bocznych obrońców i skrzydłowych strzelających goli mamy deficyt od dłuższego czasu i nie zanosi się szybko na poprawe tych pozycji. Barcunio, quo vadis?
0
Drugi sezon Xaviego a my nie mamy prawego obrońcy na tą chwile nawet na poziomie La Ligi. To jest niewiarygodne jak Xavi uczepił się tego Sergi Roberto, Ferrana Torresa i Dembele. Eeech....
9
Z cyklu najstarsze i najwspanialsze turnieje Świata:
12 października 1924 r. meczem Paragwaj-Argentyna w Montevideo, rozpoczęła się 8 edycja Copa America. Pierwotnie turniej miał się odbyć w Paragwaju, gdyż wcześniej przyjęto zasade rotacyjną. Okazało się jednak że impreza tej rangi przerasta organizacyjne możliwości Asuncion i w efekcie turniej przeniesiono do Urugwaju. Startowały 4 ekipy, z których tylko Chile pogodziło się z rolą chłopca do bicia. Pozostałe trzy toczyły zażarte, wyrównane boje. Argentyński futbol był wówczas pogrążony w organizacyjnym chaosie, który podobnie jak w Urugwaju przybrał postać Wielkiej Schizmy(Asociasion Argentina kontra Asociasion Amateur), lecz przebiegał o wiele drastyczniej. Tak dalece że wielkie kluby zrzeszone w konkurencyjnej lidze zbojkotowały reprezentację. Sklecono ją więc z zawodników stołecznych Boca Juniors i Huracan oraz klubów prowincjonalnych. W tej sytuacji ciężar gry spoczywał na wypróbowanej już, żelaznej defensywie Boca(m.in. genialny bramkarz Tesoriere) i sprawdzonym także wcześniej doskonałym środkowym napastniku z Cordoby, Gabino Sosa. Natomiast Urugwaj, świeżo upieczony mistrz Olimpijski(co traktowano wówczas jako mistrz Świata) przystąpił do ostatniego meczu turnieju(de facto finału) z Argentyną w niemal identycznym ,,olimpijskim” składzie. Mecz zakończył się rezultatem 0:0 co dało pierwsze miejsce w grupie Urugwajowi, który tryumfował po raz piąty w historii.
Również 12 października tyle że 2 lata później mecz Chile-Boliwia w Santiago, zakończony zwycięstwem gospodarzy 7:1 zainaugurował 10 edycje Copa America. Po raz pierwszy w turnieju uczestniczyła Boliwia, która nawet nie mogła marzyć o najskromniejszym remisiku tracąc aż 24 gole! Niewiele lepiej zaprezentował się Paragwaj osłabiony brakiem świetnego Rivasa. Gospodarze wznieśli się na szczyty swoich możliwości szaloną ambicją nadrabiając pewne niedostatki techniczne. T ofiarność przyniosła zaszczytny remis 1:1 z Argentyną, lecz na Urugwaj już nie wystarczyła. Argentyna przywiozła do Santiago na ogół piłkarzy już dobrze znanych. Co raz któryś wyróżniał się bajeczną techniką i precyzją strzałów, jak choćby legendarny Gabino Sosa, zwany ,,Payador de la Redonda”. Payador to taki śpiewający gaucho, poetycki trubador argentyńskiej pampy. Zaś redonda, dosłownie ,,okrągła” to nic innego jak piłka. U boku Sosy pojawił się kapitalnie grający głową napastnik Roberto Cherro z Boca Juniors. Jednak nawet tak wybitni gracze nie byli w stanie sprostać drużynie ,,Celestes”. Która wreszcie przestała upajać się wspomnieniami olimpijskiego tryumfu i po prosto ostro zabrała się do roboty. W efekcie Urugwaj w decydującym meczu pokonał Argentynę 2:0 i do wawrzynu olimpijskiego dorzucił laur kontynentalny. Królem strzelców został natomiast Chilijczyk David Arellano z 7 golami, jednak najlepszym piłkarzem turnieju został wybrany legendarny Jose Leandro Andrade. Warto również wspomnieć iż równie legendarny Hector Scarone strzelił 5(!) goli w jednym meczu(Urugwaj-Boliwia 6:0).
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Symson
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
3
@Kessie O! To bardzo miłe z twojej strony, bardzo dziękuje za polubienia i za pamięć. Gdyby ktoś się ,,wykruszył" z użytkowników, których oznaczam to napewno bede o tobie pamiętał!
11
@FCBparasiempre Pan Roman był dobrze zapowiadającym się bokserem. Wrodzona duma sprawiła, że po pewnym turnieju rzucił rękawice w kąt i zajął się na poważnie piłką nożną. Jego kariera to seria wzlotów i upadków. Przez nieudane spotkanie z Węgrami nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie. W meczu przeciwko Hiszpanii zaprezentował się na tyle dobrze, że podobno zainteresował się nim Real Madryt. Jedna przesłana wiadomość sprawiła, że został odsunięty od kadry na dziesięć lat. Poznajcie historię Romana Korynta, swego czasu, najlepszego obrońcy w naszym kraju.
Tylko najlepsi z najlepszych zyskują status legendy za życia. Roman Korynt był dla Lechii tym, kim Gerard Cieślik dla Ruchu i Lucjan Brychczy dla Legii. Być może najwierniejsi sympatycy wymienionych zespołów popukają się w czoło na takie stwierdzenie, lecz były polski obrońca to ktoś naprawdę wyjątkowy. Jeszcze nie tak dawno, kiedy Roman Korynt pojawiał się na stadionie w Gdańsku, ludzie wstawali z miejsc. To mówi samo za siebie.
Roman Korynt przyszedł na świat 12 października 1929 roku w Tczewie. Kiedy miał kilka miesięcy, jego rodzice postanowili przeprowadzić się do Gdyni. Co ciekawe, to właśnie w tym mieście mieszka do dziś, chociaż jego nazwisko niezaprzeczalnie jest kojarzone z Gdańskiem. Już jako kilkunastoletni chłopiec musiał pomóc rodzinie, dorabiając jako pomocnik kowala. Ośmiogodzinna harówka przy użyciu dziesięciokilogramowego młota. I tak dzień w dzień. Ciężka praca od najmłodszych lat zahartowała jego ciało i wpłynęła na osobowość przyszłego nieustępliwego obrońcy. Pan Roman podczas jednego z wywiadów udzielonego dla portalu „Łączy nas piłka” podsumował to w ten sposób:
JAKO NASTOLATEK NABIŁEM MUSKUŁY. PO CZTERECH MIESIĄCACH PRZYSZŁO WYZWOLENIE, NIEMCY POSZLI, A MUSKUŁY ZOSTAŁY.
Zainteresowanie sportem sprawiło, że po zakończeniu wojny zaczął treningi w miejscowym Gromie. W gdyńskim klubie uprawiał zarówno piłkę nożną jak i boks. Z początku wydawało się, że to właśnie pięściarstwo jest jego przeznaczeniem. Korynt zdradzał nieprzeciętny talent. Dwukrotnie został mistrzem Wybrzeża juniorów. W książce Pana Stefana Szczepłka „Moja historia futbolu” możemy przeczytać o tym, iż do treningów zachęcał go legendarny Feliks Stamm – podoficer Wojska Polskiego i wychowawca wielu przyszłych mistrzów boksu – Jerzego Kuleja, czy Zbigniewa Pietrzykowskiego. Korynt był również sparingpartnerem „Bombardiera z Wybrzeża”, pierwszego powojennego medalisty olimpijskiego – Aleksego Antkiewicza. Jedna sytuacja sprawiła, że przyszły reprezentant Polski porzucił marzenia o pięściarstwie. Podczas pewnego turnieju został zwyczajnie oszukany przez sędziów, którym zależało na zwycięstwie boksera Gwardii. Korynt, wyraźnie lepszy od swojego przeciwnika, postanowił unieść się dumą i raz na zawsze zakończyć przygodę z boksem. Nie zerwał jednak całkowicie ze sportem. Poświęcił się za to jednej dyscyplinie – piłce nożnej. Wtedy też przeniósł się z Gromu do nieco zapomnianego dziś, najstarszego klubu w Gdańsku – Gedanii. Po dwóch latach przyszło zawiadomienie o obowiązku odbycia służby wojskowej, przez co zawodnik musiał zmienić otoczenie. Początkowo trafił do zwyczajnej jednostki, gdyż nowi koledzy nie znali jego sportowej przeszłości. Z czasem wznowił treningi w drużynie OWKS Lublin, skąd bardzo szybko został dostrzeżony przez CWKS. W barwach Legii zadebiutował 22 lipca 1951 roku w meczu przeciwko Gwardii. Co ciekawe, w tym samym spotkaniu pierwszy mecz w barwach Wojskowych rozegrał Leszek Jezierski, także sprowadzony z Lublina. Niecały rok później, 25 maja 1952 roku, Roman Korynt zadebiutował z orzełkiem na piersi. Towarzyska potyczka przeciwko Rumunii w Bukareszcie zakończyła się minimalną porażką biało-czerwonych 0:1, a zawodnik Legii przebywał na boisku od początku do końca spotkania. Jak sam przyznawał po latach, niewiele pamięta z tego debiutu, zapewne przez stres. Od tamtej chwili czuł jednak niebywałą dumę i obiecał sobie, że będzie trenował jeszcze ciężej. Po odbyciu służby wojskowej, Roman Korynt przeniósł się do Lechii Gdańsk. Grał dla niej nieprzerwanie w latach 1953-1967, walnie przyczyniając się do największych sukcesów w historii klubu. W 1955 roku wraz z gdańskim zespołem dotarł do finału Pucharu Polski, po drodze pokonując krakowską Wisłę, warszawską Gwardię, czy Odrę Opole. W finale piłkarze z Wybrzeża spotkali się z drużyną Legii. Wojskowi, z Szymkowiakiem, Pohlem, czy Brychczym, pewnie wygrali 5:0. Rok później Lechia wywalczyła za to najlepszy rezultat w historii ich występów w najwyższej klasie rozgrywkowej. Gdańszczanie zajęli trzecie miejsce, ustępując jedynie Ruchowi Chorzów i Legii Warszawa. Osobnym rozdziałem w karierze Romana Korynta jest reprezentacja. Trzy tygodnie po debiutanckim spotkaniu przeciwko Rumunii, nasz bohater miał okazję zagrać drugi raz w biało-czerwonych barwach. Rywal był jednak z dużo wyższej półki. Reprezentacja Węgier, choć trudno to sobie dziś wyobrazić, była prawdziwą piłkarską potęgą. Złota węgierska jedenastka z lat pięćdziesiątych należała do ścisłej światowej czołówki. Statystyki także nie napawały optymizmem przed tym spotkaniem. Dwa ostatnie boje z Węgrami kończyły się dla nas tęgim laniem – 0:6 w 1951 i 2:5 w 1950 roku. Korynt miał bardzo trudne zadanie. Musiał pilnować w tym meczu Kocsisa i Puskasa, czyli jednych z najlepszych piłkarzy tamtego pokolenia na świecie. Młody zawodnik, delikatnie mówiąc, nie poradził sobie z tym zadaniem. Po pierwszej połowie na tablicy świetlnej widniał wynik 0:5 i Korynt został zmieniony. W drugiej odsłonie Węgrzy byli łaskawi i więcej bramek nam nie strzelili. Mecz zakończył się ostatecznie rezultatem 1:5, a Pan Roman czuł się bardzo zawiedziony swoją postawą. Wiedział, że zawiódł i najprawdopodobniej nie pojedzie na Igrzyska Olimpijskie do Helsinek. Na jednej z wycinek dotyczących tego towarzyskiego spotkania z Węgrami, napisał wówczas – „Tracę szansę wyjazdu”. Na kolejne Igrzyska Olimpijskie, w których wzięła udział piłkarska reprezentacja Polski, także nie pojechał, choć z zupełnie innego powodu. W 1960 roku, na kilka miesięcy przed imprezą w Rzymie, Roman Korynt był czołowym obrońcą w naszym kraju. W latach 1959 i 1960 został wybrany najlepszym piłkarzem w plebiscycie katowickiego „Sportu”. Był zatem pewniakiem, jeśli chodzi o miejsce w kadrze. Obok Gerarda Cieślika, wymieniano go jako głównego bohatera niezapomnianego zwycięstwa ze Związkiem Radzieckim w 1957 roku. W meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy przeciwko Hiszpanii, krył samego Alfredo Di Stefano. Spotkanie zakończyło się porażką biało-czerwonych, ale Korynt zaprezentował się na tyle dobrze, że obok Lucjana Brychczego miał znaleźć się w kręgu zainteresowań słynnego Realu Madryt. Co więc poszło nie tak? Podczas pobytu reprezentacji w Niemczech, obrońca poznał mężczyznę mówiącego po polsku. Jegomość opowiadał, że pochodzi z Gdańska. Panowie utrzymali kontakt i pisali do siebie korespondencję. W jednym z listów, tajemniczy nieznajomy zapytał o zarobki piłkarza. Korynt odpisał zgodnie z prawdą, że otrzymuje 300 złotych za wygrany mecz. Kilka dni później informacja ta została przekazana niemieckiej prasie i zrobiła się afera. Zgodnie z panującymi zasadami, w Igrzyskach Olimpijskich mogli brać udział jedynie amatorzy, którzy nie pobierali żadnego wynagrodzenia. Zachodni dziennikarze podgrzewali atmosferę, pisząc, że niemieccy amatorzy grali z polskimi zawodowcami. Dlaczego? Niemcy przegrali z nami w eliminacjach, więc ów jegomość miał nadzieję, że przez tę intrygę zostaniemy zdyskwalifikowani. Piłkarz tłumaczył później przedstawicielom PZPN-u, iż pisząc o pieniądzach, miał na myśli zwrot utraconych zarobków. Wyjaśnienia te przesłano następnie do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który uznał je za wystarczające. Wydawało się, że sprawa rozejdzie się po kościach, a Koryntowi nic nie grozi. Był to jednak początek poważnych problemów. Zawodnik Lechii nie mógł wyjeżdżać z klubem na żadne mecze zagraniczne, a w reprezentacji Polski otrzymał szlaban na…10 lat. Wrodzona ufność do ludzi spowodowała, że najlepszy obrońca w naszym kraju został potraktowany jak zdrajca. Z tego powodu nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie, a jego licznik gier z orzełkiem na piersi zatrzymał się na trzydziestu czterech występach (w tym czterech w roli kapitana). Obrońca był bardzo zdołowany całą sytuacją, ale postanowił, że się nie podda. Motywacja z jaką przystąpił do gry po tym niesprawiedliwym zawieszeniu, korzystnie wpłynęła na defensywę Lechii. Gdańszczanie w dziesięciu kolejnych spotkaniach nie stracili bramki. Zresztą, Pan Roman grał z powodzeniem w klubie z Wybrzeża aż do 1967 roku. Łącznie ma na koncie ponad 200 spotkań w biało-zielonych barwach.
Roman Korynt jest żywą legendą Lechii Gdańsk. Kibice pamiętali o nim, zapraszając na mecze. Miał tam swoją lożę. W końcu to jego drugi dom. Prowadził sportowy tryb życia i jak sam przyznawał, nigdy nie pił podczas zgrupowań. Nawet podczas prywatnych spotkań z kolegami był jednym z nielicznych, którzy odmawiali. Wspominał, że pierwszy raz spróbował alkoholu po pamiętnym zwycięstwie odniesionym nad Związkiem Radzieckim. W dniu jego 85.urodzin, Polski Związek Piłki Nożnej przyjął Pana Romana do elitarnego Klubu Wybitnego Reprezentanta, czym niejako złożył ukłon byłemu piłkarzowi i przeprosił za zawieszenie sprzed lat. Formalnie trzeba bowiem rozegrać przynajmniej 80 spotkań w drużynie narodowej, aby znaleźć się w tym gronie. Obok Zdzisława Puszkarza został również wybrany najpopularniejszym piłkarzem 70-lecia Lechii Gdańsk. Uhonorowano go również Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Ma na swoim koncie również tytuł Piłkarza 50-lecia Wybrzeża. Wielkie sukcesy, co trzeba podkreślić, idą w parze z wielką osobowością Pana Romana. Skromność, z jaką opowiadał o swojej karierze i duma, która rozpiera go gdy wspomina występy z orzełkiem na piersi, powinny stanowić przykład dla kolejnych pokoleń.
11
Zapomniane(a szkoda) legendy polskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Sensible
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Symson
@patataj
8
Golazo!
12 października 1996 r. Luis Nazario de Lima strzela jednego z dwóch goli w meczu La Liga przeciwko SD Compostela, za to jakiego!? To było najbardziej niesamowite trafienia w karierze popularnego ,,El Gordo”, którego przydomek nie pasował do jego ówczesnej formy fizycznej. Już przy drugim golu popisał się fantastyczną asystą, po której Giovanni musiał tylko przyłożyć noge aby zdobyć gola. Historyczna akcja przy golu na 0:3 zaczeła się w środku pola. Ronaldo pokonał w walce o piłke dwóch piłkarzy Composteli i rozpoczął spektakularny rajd. Napastnik rywali Chiba próbował go zatrzymać kopiąc po nogach i ciągnąc za koszulke. Ronaldo nie dał się wytrącić z rytmu i dalej mijał kolejnych rywali. W sumie przedryblował siedmiu graczy z pola i bramkarza. Zachwycony Bobby Robson aż złapał się za głowe, nie dowierzając że taka akcja jest w ogóle możliwa.
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Symson
@Ogorinho1974
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
10
Debiut wielkiej legendy:
12 października 1950 r. w towarzyskim meczu z Osasuną, wygranym przez FC Barcelone 4:0, w barwach Blaugrana debiutuje i strzela gola w debiucie legendarny, genialny Ladislao Kubala.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@patataj
@DaPidejpi
1
@ciema A czego? Szachów?
8
Czy wiemy że…
Pele jest jedynym piłkarzem, który strzelił hat-tricka w finale nieistniejącego już Pucharu Interkontynentalnego. Król futbolu dokonał tego w dniu 11 października 1962 r. w barwach brazylijskiego Santosu w zwycięskim spotkaniu z Benfiką (5:2), rozegranym na Estadio da Luz w Lizbonie.
@DaPidejpi
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
7
@FCBparasiempre 11 października 1937 r. w Ashington urodził się Robert Charlton, angielski pomocnik i napastnik. Mistrz Świata z 1996 r.(Anglia) Zdobywca Złotej Piłki France Football w 1966 r. Zdobywca Pucharu Europy w 1967 i 1968 (Manchester United) Zdobywca Mistrzostwa Anglii w latach 1957, 1965 i 1967 Złota Piłka za najlepszego piłkarz MŚ w 1966 r.(Manchester United) Rekordzista pod względem zdobytych goli dla Manchester United – 249 Najlepszy Piłkarz Angielski XX wieku według IFFHS Członek drużyny wszech czasów według FIFA – 1994
Bobby Charlton był członkiem reprezentacji Anglii, która w 1966 roku zdobyła tytuł Mistrza Świata. To również najlepszy europejski piłkarz 1966 roku. Większość swojej piłkarskiej kariery grał w Manchesterze United na pozycji ofensywnego pomocnika. Był znany z niebywałej skuteczności w sytuacjach podbramkowych oraz potężnych strzałów z dystansu. Jego brat Jack, to były gracz Leeds United, który również występował podczas pamiętnego mundialu w 1966 roku. Charlton zaczął grać w barwach Manchesteru United w 1956 roku. Trzykrotnie, wraz z kolegami z zespołu, zdobywał Mistrzostwo Anglii, raz zdobył Puchar Anglii, a także Mistrzostwo Świata w 1966 roku. Dostał również wiele indywidualnych osiągnięć, między innymi Złotą Piłkę w 1966 roku. Został wybrany do grona 100 najlepszych piłkarzy w historii piłki nożnej oraz drużyny wszechczasów w Mistrzostwach Świata. Rozegrał 106 spotkań w reprezentacji swojego kraju, strzelając 49 goli. 9 lutego 1953 uczeń Bedlington Grammar School- Robert Charlton- został zauważony podczas jednego z meczów swej drużyny East Northumberland, przez jednego ze skautów Manchesteru United. Charlton udał się na testy w tym wielkim klubie i pomimo ofert kilku innych zespołów, podpisał kontrakt z Czerwonymi Diabłami. Miał wtedy 15 lat. Został jednym ze sławnych "Busby Babes"- młodych, utalentowanych piłkarzy, którzy pojawili się w Manchesterze dzięki dobrej polityce klubowej. Wypracowywał swoją pozycję w klubie, grając w zespołach młodzieżowych i regularnie strzelając bramki. Swój debiut ligowy zaliczył w październiku 1956 roku, w spotkaniu przeciwko Charlton FC. W pierwszym sezonie swoich występów w barwach United zdobył 12 bramek w 14 spotkaniach. Przyczynił się w ten sposób do zdobycia przez Czerwone Diabły mistrzostwa Anglii. Charlton był bardzo ważnym punktem drużyny, która w kolejnym sezonie, jako pierwszy angielski klub, rywalizowała w Pucharze Europy. Manchester doszedł aż do półfinału, ulegając w nim obrońcom tytułu, Realowi Madryt. Ich reputacja wzrosła jeszcze bardziej w kolejnym sezonie. W bardzo zaciętych spotkaniach ćwierćfinałowych z Red Star Belgrad wykrzesali z siebie wszystko co najlepsze i z dużą pomocą Charltona, który w wyjazdowym meczu dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, awansowali do czołowej czwórki Pucharu Europy. W bardzo dobrych nastrojach wracali samolotem do Anglii, myśląc o kolejnych meczach ligowych.Samolot, którym gracze i sztab szkoleniowy Manchesteru wracali do domu, wylądował w Monachium w celu zatankowania paliwa. Postój w Niemczech odbywał się w pogarszających warunkach pogodowych. Kiedy pasażerowie zostali wezwani do powrotu na pokład maszyny, padający śnieg z marznącym deszczem spowodował oblodzenia pasa startowego. 2 razy odkładano wylot samolotu z lotniska, co wywołało niepokój pasażerów. Zostali oni poinformowani o konieczności ponownego opuszczenia maszyny, dopóki nie zostanie usunięta drobna usterka. Po powrocie na pokład Charlton oraz jego kolega Dennis Viollet zamienili się miejscami z Tommym Taylorem oraz Davidem Peggiem, którzy zdecydowali, że będą bezpieczniejsi w tylnej części samolotu. Podczas kolejnej próby startu samolot przeciął ogrodzenie lotniska, a jego skrzydło uderzyło w dom i razem z częścią ogona oderwało się od reszty maszyny i uderzyły w drzewo, po czym zatrzymały na śniegu. Bobby Charlton, przymocowany pasem w fotelu, wypadł z kabiny. Został zauważony przez bramkarza Manchesteru, Harry'ego Gregga, który wyszedł z katastrofy prawie bez szwanku. Chwycił leżących w śniegu Charltona oraz Violleta i odciągnął z dala od niebezpiecznej strefy, obawiając się kolejnego wybuchu.
Pomocnik Manchesteru doznał obrażeń głowy i przez długi czas znajdował się w ciężkim szoku. Siedmiu jego kolegów(w tym Taylor i Pegg, z którymi zamienił się miejscami) zginęło na miejscu, a kilku kolejnych kolejnego dnia w szpitalu. Ostatecznie w katastrofie życie straciły 23 osoby. Początkowo twierdzono, że przyczyną tragedii był lód na skrzydłach samolotu, lecz oficjalna przyczyna, ogłoszona później, to ubłocony pas startowy, uniemożliwiający bezpieczny start.Charlton był pierwszym ocalałym, który opuścił szpital- wrócił do Manchesteru 14 lutego 1958 roku, 8 dni po katastrofie. Drużyna Czerwonych Diabłów musiała być budowana od podstaw i nikt nie wiedział, czy ocalali w wypadku zawodnicy będą w stanie grać na takim samym poziomie jak wcześniej.Niespodziewanie władze Manchesteru zdecydowały się na kontynuowanie sezonu. United odpadli w półfinale Pucharu Europy i spadli na dalsze miejsce w tabeli ligi angielskiej, lecz jakimś cudem udało im się zdobyć drugi z rzędu Puchar Anglii, a sukces ten zbiegł się w czasie z powrotem rannego w katastrofie w Monachium, trenera Matthew Busby'ego. Niedługo potem Bobby Charlton został po raz pierwszy powołany do reprezentacji kraju na mecz ze Szkocją. Tak zaczęła się jego długa, wspaniała przygoda z reprezentacyjną piłką. Już w pierwszym meczu strzelił 2 bramki, udowadniając, że w tak młodym wieku może być ważnym elementem kadry narodowej. Mimo to, będąc w kadrze podczas Mistrzostw Świata w Szwecji w 1958 roku, nie wystąpił na boisku ani minuty. W 1959 roku strzelił hat-tricka w wygranym aż 8-1 meczu z USA, a po raz drugi trzy bramki w jednym meczu międzypaństwowym zdobył w 1961 roku przeciwko Chile. Kolejny sukces z drużyną klubową osiągnął w 1963 roku, kiedy to Manchester United pokonał w finale Pucharu Anglii Leicester City 3-1. Nowa drużyna Manchesteru, zbudowana po monachijskiej katastrofie, zdobyła również 2 tytuły mistrzów Anglii w przeciągu 3 kolejnych lat.W międzyczasie jego kariera reprezentacyjna rozwijała się w bardzo szybkim tempie. Hat-trick w meczu ze Szwajcarią w czerwcu 1963 roku spowodował, że wskaźnik ilości bramek w narodowych barwach zatrzymał się na liczbie 30, dzięki czemu wyrównał rekord Toma Finneya i Nata Lofthouse'a w ilości zdobytych goli w rozgrywkach międzykrajowych. Samodzielnym rekordzistą stał się 4 miesiące później, kiedy to strzelił swą 31 bramkę przeciwko Walii. Właśnie wokół Charltona budowano reprezentację Anglii, która miała rywalizować o najwyższe cele podczas Mistrzostw Świata w 1966 roku w Anglii. Pierwszy mecz w turnieju z reprezentacją Urugwaju Anglicy zremisowali 0-0, jednak już kolejne z Meksykiem, wygrane 2-0 spotkanie to błysk geniuszu Charltona, który strzelił jedną z bramek. Kolejna wygrana z Francją pozwoliła awansować przybyszom z Wysp Brytyjskich do ćwierćfinału. Dwa kolejne spotkanie to ponownie zwycięstwa: 1-0 z Argentyną oraz 2-0 z Portugalią. W tym drugim meczu Charlton strzelił pierwszą bramkę. W finale Anglicy pokonali Niemców 4:2 i zdobyli upragniony tytuł najlepszej drużyny globu. Największe gwiazdy drużyn, które spotkały się w decydującym meczu, czyli Bobby Charlton oraz Franz Beckenbauer zostały skutecznie zneutralizowane i nie wyróżniły się w tym meczu. W kolejnych Mistrzostwa Świata w 1970 roku Anglicy doszli do ćwierćfinału, gdzie przegrali z drużyną RFN. Był to ostatni mecz reprezentacyjny Bobby'ego Charltona, który w 106 występach w kadrze strzelił 49 goli. W latach 70-tych XX wieku Manchester United przestał się liczyć zarówno na arenie krajowej, jak i międzynarodowej. Charlton opuścił Manchester na końcu sezonu 1972/1973, mając na koncie 758 oficjalnych spotkań, w których strzelił 249 bramek. Jest on rekordzistą pod względem strzelonych bramek w barwach Czerwonych Diabłów. Ostatnim meczem, w którym występował, było spotkanie z Chelsea, przed którym otrzymał pamiątkową papierośnicę z rąk prezesa Chelsea. W 1973 roku Bobby Charlton został grającym kierownikiem zespołu Preston North End, zatrudniając na pozycję trenera swego przyjaciela z Manchesteru Nobby Stilesa. Niestety pierwszy sezon w tej roli zakończył w strefie spadkowej i opuścił zespół. Jednakże w tym okresie został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego. W 1975 zdobył 18 bramek w 31 meczach dla drużyny Waterford United. W 1978 roku wystąpił również w jednym meczu drużyny Shrewsbury Town przeciwko reprezentacji Zambii. Następnie został dyrektorem drużyny Wigan Athletic, po czym kilka lat spędził w Republice Południowej Afryki. Założył kilka szkółek piłkarskich w Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy też Australii.
W 1984 roku zaproponowano mu zostanie członkiem rady dyrektorów w Manchesterze United, częściowo ze względu na jego wiedzę o piłce nożnej, a częściowo dlatego, że uznano, że klub potrzebuje słynnej "nazwy" na pokładzie po rezygnacji Sir Matta Busby'ego. Jego obecność w klubie była czynnikiem uspokajającym dla fanów Czerwonych Diabłów, kiedy klub ten, w 2005 roku, został przejęty przez Malcolma Glazera. W 2008 roku, 50 lat po katastrofie w Monachium, Manchester United wygrał Ligę Mistrzów, a Charlton początkowo odmówił przyjęcia medalu zwycięzców, twierdząc, że nie zasługuje na tą nagrodę, gdyż nie uczestniczył w decydujących meczach Pucharu Europy 50 lat wcześniej. W 1994 roku otrzymał tytuł szlachecki, a od 2002 roku jego nazwisko znajduje się w National Hall of Fame, hali poświęconej historii brytyjskiej piłki nożnej. 2 marca 2009 roku został honorowym obywatelem miasta Manchester.
10
Wybitne legendy futbolu(wiecie gdzie czytać):
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@patataj
@DaPidejpi
9
Zapomniane legendy futbolu:
11 października 1889 r. w Budapeszcie urodził się Imre Schlosser, wybitny węgierski snajper. As Ferencvarosu (169 meczów i 269 goli) i MTK Budapeszt (125 występów i 141 goli!) uchodził za niezwykle skutecznego snajpera. Swój niebywały instynkt strzelecki potwierdził też w reprezentacji Węgier, w której strzelał średnio 0,87 gola na mecz (68 występów i 59 goli). Schlosser próbował też swoich sił w austriackim Wiener AC, choć tam nie był już aż tak skuteczny (17 gier i sześć goli). Ciekawostką jest fakt, że węgierski napastnik jako pierwszy piłkarz spoza Wielkiej Brytanii został najlepszym snajperem lig europejskich w 1911 roku.
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
9
Prezydenci FCB:
11 października 1944 r. urodził się Joan Gaspart, 43 w kolejności prezydent FC Barcelony. Swoją funkcje pełnił w latach 2000-2003. Wcześniej przez 22 lata był wiceprezydentem w zarządzie Jospa Lluisa Nuñeza. W 1992 r. obiecał że jeśli Blaugrana wygra finał Pucharu Europy, to wykąpie się w Tamizie i słowa dotrzymał. Przez wiele lat piastowania poważnego stanowiska w klubie dał się poznać jako fanatyczny kibic, który nie przebiera w słowach. Jego prezydentura, mimo pełnego zaangażowania była pasmem klęsk klubu i nieudanych transferów. Przez 3 lata sekcja piłki nożnej FC Barcelony nie zdobyła żadnego trofeum i Gaspart musiał odejść.
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@patataj
@Roni/VEB
@Symson
1
@Janiama No cóż, ja go oglądałem wyłącznie w meczach Legii(i to głównie pucharowych) i w kilku reprezentacyjnych i zawsze sprawiał wrażenie solidnego stopera. Nawet kiedyś myślałem że mógłby być trenerem Legii a nawet reprezentacji. Osobiście to nigdy się z nim nie spotkałem ale skoro ty się z nim znałeś to tylko wypada pozazdrościć...
0
@Don-Corleone Całe szczęście że to tylko według For for tu, czy jak mu tam. Nawet jeśli według tego ,,fiu fiu fiu", to 15 miejsce Manoela Francisco dos Santosa jest czystym skandalem lub kompletną ignorancja historii futbolu! Dla mnie osobiście na pierwszym miejscu exequo umieściłbym Edsona Arantesa de Nascimento, Manoela Francisco dos Santosa, Diego Armando Maradone oraz oczywiście Lionela Messiego. Na drugim miejscu na pewno znalazłby się Johan Cruijff, Alfredo di Stefano, Ernest Wilimowski, Zinedine Zidane, Luis Nazario de Lima oraz Eusebio. Dopiero na trzecim Cristiano Ronaldo a co do reszty to trzeba by przeprowadzić głębszą analize.
18
Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:
10 października 1967 r. urodził się Jacek Zieliński, obrońca. Dębica miała szczęście do wielu wybitnych piłkarzy. Stąd pochodził Leszek Pisz; długo grał tu Jerzy Podbrożny. Do czołówki pod względem sławy należy jednak z pewnością Zieliński, przez 7 lat zawodnik miejscowego Iglopolu. ,,Zielek” nie ustępuje dwóm pozostałym pod względem sukcesów klubowych a dodatkowo jako jedyny zagrał na mundialu. Wszyscy trzej spotkali się zresztą potem w Legii i to Zieliński zakotwiczył w niej najdłużej. Stanowił opoke tego klubu. Należał do najlepszych polskich stoperów. W lidze zaś na ogół konkurował ze swym bardzo dobrym przyjacielem a zarazem partnerem z reprezentacji – Tomaszem Łapińskim. Bardzo twardy i skuteczny w swych interwencjach a zarazem obdarzony sporymi umiejętnościami w grze głową. Murem obstawali za nim kolejni trenerzy Legii. ,,Zielek” odpłacał się za to im pomocą w zapisywaniu kolejnych trofeów na koncie. Wraz z Markiem Jóźwiakiem(swoim partnerem z defensywy) i Wojciechem Kowalczykiem są jedynymi piłkarzami, którzy z Legią zdobyli mistrzostwo Polski zarówno w XX, jak i XXI wieku. O ile jednak ,,Berer” oraz ,,Kowal” na długie lata wyemigrowali do innych lig a po kilkusezonowej tułaczce powrócił w progi Łazienkowskiej, to Zieliński przez ponad dekade był filarem tego zespołu. Razem z nim najważniejszy tytuł w polskich rozgrywkach zdobył w sumie 3 razy. Dołożył do tego taką sama liczbe Pucharów Polski. Czterokrotnie był wicemistrzem Polski, 2 razy kończył z Wojskowymi rywalizcje na 3 miejscu. Razem z tym klubem awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Praktycznie zawsze kiedy był zdrowy, miał miejsce w składzie swojego klubu. Od premiery nie było sezonu bez dwucyfrowej liczby meczów w jego wydaniu. Nawet w pożegnalnej edycji, gdy liczył sobie już 37 lat, zagrał ponad 20 razy. Obecnie plasuje się na 20 miejscu pod względem rozegranych meczów w historii Ekstraklasy. W samej Legii wyprzedza go w tej klasyfikacji wyłącznie Brychczy. Na obronie w najwyższej polskiej lidze częściej od niego występowali tylko Bendkowski, Baszczyński i Barczak. W reprezentacji zagrał 60 razy i strzelił jednego gola. Uczestniczył w MŚ w Korei i Japonii, gdzie jako kapitan wystąpił przeciwko USA. Jest on jednym z 10 Polaków, którzy zakładali tę opaske na najważniejszym turnieju świata a zarazem ostatnim przedstawicielem Ekstraklasy w tym gronie. Wcześniej należał do najważniejszych postaci w eliminacjach zwieńczonych sukcesem. Po upadku komuny nie było piłkarza z większą liczbą występów w reprezentacji w reprezentacji Polski jako piłkarz Ekstraklasy. W całej historii pod tym względem ustępuje tylko Lacie, Deynie, Szymanowskiemu, Żmudzie i Kasperczakowi.
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Symson
@Lionel_Messi10
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Pawel13sz
@DaPidejpi
11
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
70 lat temu(10 października 1952 r.) urodził się Janusz Sybis. Urodzony w Częstochowie zawodnik zawsze był najmniejszy w klasie. Jako dorosły chłopiec też nie imponował warunkami fizycznymi (164 cm wzrostu i 60 kg). W wieku ośmiu lat przeprowadził się do Wrocławia. Na treningi trampkarzy Śląska Wrocław zaczął chodzić w piątej klasie szkoły podstawowej, ale nawet wtedy mówiono, że jest za mały. Sybis jednak się tym nie przejmował i zawzięcie trenował, czym zaskarbił sobie sympatię ówczesnego trenera grup młodzieżowych Jana Hasa. Szansa na grę w pierwszym zespole przyszła, kiedy Śląsk spadł z ekstraklasy. W II lidze obowiązywał przepis, zgodnie z którym w każdym meczu powinien zagrać przynajmniej jeden junior. W ten sposób mógł grać w jednym zespole z Janem Tomaszewskim. Obaj piłkarze często urządzali sobie zawody, polegające na strzelaniu karnych. Kiedy wygrywał Sybis, to Tomaszewski musiał go znosić „na barana” z boiska, a kiedy wygrywał bramkarz, to Sybis musiał go znosić na plecach z boiska. Sybis szybko zaczął odgrywać kluczową rolę w zespole. W sezonie 1972/73 sięgnął nawet po koronę króla strzelców II ligi, a jego bramki miały ogromny wpływ na awans Śląska do elity. Już w drugim sezonie wśród najlepszych wrocławianie zajęli miejsce się na podium, dzięki czemu zagrali w europejskich pucharach. W 1976 r. zdobył z kolegami Puchar Polski, a rok później okazali się najlepsi w lidze. Nie był to przypadek, bo później jeszcze dwukrotnie zajmowali drugie miejsce na finiszu rozgrywek (1978 i 1982). Po odejściu ze Śląska w 1983 r. został piłkarzem Pittsburgh Spirit, gdzie cieszył się doskonałą reputacją. Tęsknił jednak za Polską i choć mógł zostać za oceanem znacznie dłużej, w 1988 roku wrócił do kraju i do ukochanego Śląska, gdzie zajął się pracą szkoleniową. ,,Cały zespół grał świetnie, ale on wyjątkowo. Jak był już kompletnym i dojrzałym zawodnikiem, posiadał wszystkie cechy piłkarskiej gwiazdy. Stylem gry z tamtych lat przypominał mi Messiego z Barcelony. Ośmieszał rywali”– mówił o nim Aleksander Papiewski, który trenował Sybisa w Śląsku w latach 1977-1979. Dobre występy w lidze nie znalazły zbyt dużego uznania w oczach selekcjonerów. Sybisa zabrakło w Montrealu, w Argentynie i w Hiszpanii. Być może gdyby grał w którymś z „bardziej uprzywilejowanych” klubach, to dostałby szansę. Debiutował w 31 października 1976 r. w wygranym 5:0 meczu z Cyprem. Na kolejną szansę musiał jednak czekać trzy lata. W sumie uzbierał 18 meczów i strzelił 2 gole. Oba w 1980 r. w meczach z Włochami i z Jugosławią. Ostatni raz w narodowych barwach wystąpił w wygranym 4:1 meczu z Kolumbią.
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
14
Pamiętamy!
10 października 1981 r. reprezentacja Polski pokonała w Lipsku NRD 2:3 w eliminacjach mistrzostw Świata España 1982. Piękne zwycięstwo nad reprezentacją NRD w Lipsku dało nam wejście na mundial w Hiszpanii rok później. I choć kadra NRD nie była aż tak silna jak zespół zachodniej części Niemiec, to zwycięstwo to budziło szacunek. Zwłaszcza, że gospodarze u siebie meczów raczej nie przegrywali, tymczasem Andrzej Szarmach i szalejący Włodzimierz Smolarek wbili rywalom aż trzy bramki! Smaczku temu wynikowi daje również fakt, iż dzięki temu meczowi NRD na mundial nie pojechało, my tak. Dlaczego więc mówiło się że z Niemcami nigdy nie wygraliśmy? Wschodnia część kraju była pod wpływami komunistów tak jak Polska, a o porażkach przyjaciół dużo się nie mówiło. Ponadto, jak wspominałem, sama drużyna była słabsza niż ta zza muru berlińskiego, choć nie zmienia to faktu, iż jest to spotkanie zaniedbane historycznie, o którym mało kto pamięta.
Gole: 0:1 Szarmach 2 m., 0:2 Smolarek 5 m., 1:2 Schnuphase 47 m., 1:3 Smolarek 62 m., 2:3 Streich 67 m.
NRD: Hans-Ulrich Graphentin - Konrad Weise, Hans-Jürgen Dörner, Rudiger Schnuphase, Frank Baum, Lothar Kurbjuweit, Jürgen Pommerenke (46. Wolfgang Steinbach), Matthias Liebers, Hans-Jurgen Riediger, Joachim Streich, Martin Trocha
Polska: Józef Młynarczyk - Marek Dziuba (kapitan) (65. Roman Wójcicki), Władysław Żmuda, Paweł Janas, Jan Jałocha, Grzegorz Lato, Waldemar Matysik, Zbigniew Boniek, Stefan Majewski, Andrzej Szarmach (9. Andrzej Iwan), Włodzimierz Smolarek
Trener: Antoni Piechniczek
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@patataj
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
1
@Symson Już ci odpowiadam bo wcześniej nie miałem możliwości. Otóż połowa z moich zamieszczanych artykułów pochodzi ze strony retrofutbol.pl. Ten, o który właśnie pytasz też jest właśnie z tej strony. Polecam ci tą strone jeśli uwielbiasz historie piłki nożnej. Służe uprzejmie i pozdrawiam:)
8
O tym się pisze, o tym się wspomina:
10 października 1984 r. Johan Cruijff oznajmił: ,,Zostanę sekretarzem technicznym FC Barcelony jak odejdzie Nuñez”. Cruijff w owym czasie powrócił do Barcelony aby rozegrać mecz pożegnalny Quiniego. To samo uczynił, gdy karierę w klubie z Katalonii kończył kilka miesięcy wcześniej Hugo Sotil. Na oba mecze nie został zaproszony Diego Maradona. W pierwszym przypadku zakazał tego Komitet Rozgrywek po wydarzeniach w finałowym meczu Pucharu Króla z Athletic Bilbao. W drugim natomiast przypadku zabroniła tego sama FC Barcelona. ,,To absurdalne że nie chcą aby Maradona zagrał w tak szczególnym meczu. Nie dziwi mnie że dzieją się tu takie rzeczy. Mając do czynienia z ludźmi, którzy rządzą teraz w Barcelonie można oczekiwać wszystkiego. Jaką winę w całej sytuacji ponosi Quini?”- podsumował Cruijff, który zagrał na innej pozycji niż zwykle. ,,Od dawna nie grałem całego spotkania a w wieku 37 lat pozycja libero pozwala na dobrą gre przy mniejszym zmęczeniu”. Na pytanie dotyczące gry Blaugrany pod wodzą Terry’ego Venablesa Holender nie miał wiele do powiedzenia: ,, Wiem że są liderem bez straty punktów. Co do gry, mogę się jedynie wypowiedzieć na podstawie ostatniego meczu. Mówią mi jedynie że gra nie jest spektakularna ale bardzo efektywna”. Najciekawsza była wypowiedź Cruijjfa na temat jego pracy w Barcelonie w przyszłości: ,,Nie jest to mój jedyny cel na poziomie sportowym ale byłoby absurdem gdybym powiedział że o tym nie myślę. Musi jednak minąć jeszcze trochę czasu. Dopóki on(Nuñez) rządzi, nie pojawię się tutaj. Nie jesteśmy wrogami, lecz mamy zgoła różne opinie na temat futbolu. On chce wszystko kontrolować a ja uważam iż zarząd powinien zajmować się tym, co należy do zarządu a nie sprawami czysto sportowymi”.
@Symson
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
1
Ponoć takimi meczami(jak ten wczorajszy z Celtą Vigo) zdobywa się mistrzostwo Hiszpanii. Na takim farcie(jak wczoraj) niemal w każdym meczu La Liga to rzeczywiście można zdobyć majstra. No ale czyż nasza Barcunia jest w czepku urodzona i niemal zawsze będzie miała farta? No raczej nie, więc panie Xavi, chyba jest o czym myśleć i co robić...
9
@FCBparasiempre W PRL-u macki komunizmu sięgały o wiele dalej niż w pierwotnych zamierzeniach. Centralnie sterowana była nie tylko gospodarka, ale również sport. W końcu to partyjni dygnitarze decydowali o licznych mistrzostwach kraju Górnika Zabrze, a tow. Edward Gierek stał za sukcesami jego ukochanego Zagłębia Sosnowiec. Jednak na zupełnie oddzielny rozdział zasługuje opowieść o tym, jak CWKS Legia Warszawa „kupowała” piłkarzy w tamtych czasach. Latem 1966 roku Legia prowadzona przez Jaroslava Vejvodę przygotowywała się do sezonu. Drużyna miała zostać wzmocniona o kilku zawodników z tzw. poboru i po latach posuchy powalczyć o mistrzowski tytuł. W tej grupie znajdował się utalentowany zawodnik występujący we Włókniarzu Starogard Gdański o nazwisku Deyna. We wcześniejszej rozmowie z Ignacym Ordonem, człowiekiem kaperującym piłkarzy do CWKS-u, chłopak wyraził zgodę na przejście do stolicy. ,,Syna nie ma w domu, ponieważ się wyprowadził. Nie wiem, gdzie się obecnie znajduje” – oznajmił ojciec zawodnika, gdy do rodzinnego mieszkania Deynów zapukali żołnierze z wezwaniem do stawienia się w warszawskiej jednostce. Taka sytuacja była potężnym prztyczkiem w nos i zdenerwowała wszystkich związanych z Legią. Jednak po kilku tygodniach sprawa została zapomniana. Jednak o obietnicy wzmocnienia drużyny „dziesiątką” z prawdziwego zdarzenia nie zapomniał czeski szkoleniowiec. Na pytanie, kiedy zjawią się wszyscy obiecani piłkarze, otrzymał krótką odpowiedź: „Już powinni być. Pobór się skończył ponad miesiąc temu”. Wtedy wszyscy zrozumieli, że piłkarz zwyczajnie naigrywał się ze stołecznego klubu. Bardzo szybko rozpoczęto akcję poszukiwania Deyny. Pal licho, że nie trafił do Legii, dużo ważniejszy był fakt, że uchyla się od służby wojskowej. Za coś takiego kilka lat w więzieniu było niemal pewne. Poszukiwania okazały się bezowocne, ale w końcu „Kakę” odnaleziono. Ukrywał się w Łodzi i miał wystąpić w barwach ŁKS-u w spotkaniu z Górnikiem Zabrze. Odpowiednie służby przyjechały po uciekiniera i zabrały go do stolicy. Deynie zakomunikowano jedno: „albo będziesz grał dla Legii, albo pójdziesz w kamasze”. Chcąc nie chcąc piłkarz musiał się zgodzić na założenie białego trykotu CWKS-u. Z uśmiechem wychodził na treningi, przypominając sobie w myślach słowa komunistycznego oficera o jego ewentualnej przyszłości. Kilkadziesiąt lat później został legendą klubu, a jego pomnik stoi przy wejściu na stadion przy Łazienkowskiej 3…
Tak wyglądały kulisy transferu najlepszego piłkarza w dziejach Legii. Wbrew obiegowej opinii Deyna nie był legionistą z krwi i kości, a zwykłym najemnikiem. Najemnikiem, który ze swojego zadania wywiązywał się wzorowo. Historię „transferu” zawodnika można uznać za najlepszy przykład tego, jak funkcjonowała Legia w tamtych czasach, ale podobnych przypadków możemy znaleźć dużo więcej.
Z ziemi śląskiej do Warszawy:
Wyżej opisane procedery były najbardziej popularne w latach 70 i 80 poprzedniego wieku ale CWKS miał nadludzką moc przyciągania do siebie najlepszych piłkarzach o wiele wcześniej. Niewiele brakowało, a inna z legend Legii wcale, by nią nie została. Chodzi o Lucjana Brychczego, który po odbyciu dwuletniej służby chciał wracać na Śląsk, konkretnie do Piasta Gliwice. Oczywiście działacze warszawskiego klubu, wiedząc jakiej klasy piłkarzem jest „Kici” za nic w świecie nie chcieli go puścić. Jedynym sposobem było przekonanie najbliższych Brychczego do pozostania w stolicy. To ludzie związani z PZPR umieli robić naprawdę wyśmienicie. Ojcu piłkarza wysnuto wizję o tym, jak jego syn będzie służył dla dobra kraju i podtrzyma rodzinną tradycję a żonie obiecano duże mieszkanie na Mokotowie. Rzeczywistość okazała się trochę inna ale zadanie zostało wykonane.
„ZGODZIŁEM SIĘ, BO OBIECANO, ŻE BĘDĘ MÓGŁ PO ROKU ODEJŚĆ DO GÓRNIKA. A MNIE BARDZO ZALEŻAŁO, ŻEBY GRAĆ W JEDNEJ DRUŻYNIE Z POLEM I KOWALEM. W 1958 ROKU CZEKAŁO JUŻ NA MNIE MIESZKANIE W ZABRZU, POZA TYM MOJA ŻONA NIE CHCIAŁA PRZENOSIĆ SIĘ DO STOLICY. PODOBNO W SPRAWIE MOJEGO TRANSFERU INTERWENIOWAŁ NAWET EDWARD GIEREK. NIC TO NIE DAŁO. POWIEDZIANO MU, ŻEBY NIE MIESZAŁ SIĘ W SPRAWY WOJSKOWE” – WSPOMINAŁ PÓŹNIEJ BRYCHCZY.
Gdyby ktoś spytałby się Pana Lucjana, czy nie żałuje, że pozostał w Warszawie, odpowiedziałby jedynie uśmiechem, bo od ponad 60 lat Brychczy dzień w dzień przychodzi na Łazienkowską. Najpierw jako wyśmienity piłkarz, a potem klubowy trener. Transfery na linii Śląsk-Warszawa zawsze były śliskim tematem. Ślązacy niezbyt chętnie chcieli grać w Legii, mogąc występować w silniejszym Ruchu i Górniku. Dlatego też do skutku nie doszedł „transfer” Gerarda Cieślika do CWKS-u. Był to nieliczny przypadek, kiedy stołeczny klub poczuł, że nie jest ponad wszystkimi. Przed zesłaniem do Legii uratowała go interwencja jednego ze śląskich dygnitarzy, który wybłagał najważniejsze osoby w kraju o pozostawienie piłkarza w Chorzowie. W Warszawie nie udało się zatrzymać Ernesta Pohla i Edwarda Szymkowiaka. Ta dwójka odbyciu obowiązkowej służby nawet nie chciała słyszeć o pozostaniu w stolicy.
,,TAK SIĘ SKŁADA, ŻE AKURAT KLUBY WOJSKOWE I MILICYJNE PŁACIŁY NAJGORZEJ. MIELIŚMY KILKA RAZY NIŻSZE PREMIE OD GÓRNIKA. NIC DZIWNEGO, ŻE HENRYK LOSKA, KIEROWNIK ZABRZAN, KUSIŁ MNIE W HOTELU BRISTOL: JANUSZ, PRZYCHODŹ DO NAS. TERAZ 2,5 TYSIĄCA DOLARÓW NIE ROBI WRAŻENIA, WTEDY TA SPRAWA ZAŁAMAŁA MI KARIERĘ” – OPOWIADAŁ JANUSZ ŻMIJEWSKI, TŁUMACZĄC, CZEMU GRA W LEGII WARSZAWA NIE BYŁA WCALE SPEŁNIENIEM MARZEŃ, ZWŁASZCZA DLA TYCH, KTÓRZY POSMAKOWALI GRY W ŚLĄSKICH POTENTATACH.
Milicyjno-wojskowa walka:
Podłoże niektórych transferów było często zwykłym pokazem wyższości jednego departamentu nad drugim. Tak było w przypadku transferu Roberta Gadochy do Warszawy. Pod koniec 1966 roku do Krakowa wysłano list z powołaniem lewoskrzydłowego do wojska. Wszystko miało rozwiązać się bardzo szybko, tak jak miało to miejsce przypadku wielu innych piłkarzy. Ale działacze Wawelu również chcieli mieć go w swoich szeregach. Sprawa przeniosła się do gabinetów komunistycznych działaczach. W grę wchodziło również prywatne sprawy i zaszłości pomiędzy poszczególnymi osobami. Ktoś kogoś nie lubił, a ktoś chciał pokazać komuś miejsce w szeregu. Ostatecznie po długotrwałych negocjacjach na szczeblu generalskim, okazało się, że dużo większą moc sprawczą miał ten generał z okręgu warszawskiego, czyli Gen. Huszcza. 20 lat później prawdopodobnie ostatni raz Legia skorzystała z tego, że była klubem wojskowym. Pod koniec lat 80 Roman Kosecki występował w warszawskiej Gwardii, ściśle związanej z milicją. Transfery na tej linii był bardzo trudne do wykonania, bo milicja i wojsko nigdy nie pałały do siebie przesadną sympatią. Co więcej, Kosecki widniał w klubie z Racławickiej jako funkcjonariusz ZOMO. W sprawę transferu zaangażował się sam gen. Czesław Kiszczak, do którego generałowie pisali listy z pozwoleniem na przejście do lokalnego rywala. Generalicja stanęła na głowie, żeby doprowadzić do przejścia Koseckiego seniora do Legii i w końcu udało się to. Walkę o niego wygrała m in. z Wisłą. Później na transferze zawodnika „Wojskowi” rozbili bank, bo piłkarz przeszedł do Galatasaray za kwotę oscylującą pomiędzy 450, a 600 tys. USD.
Awanturnicza polityka transferowa:
Podobnych transferów w wykonaniu Legii było wiele. Na myśl przychodzi „kupienie” Mirosława Okońskiego z Lecha. Piłkarz uciekał z ukochanego miasta wojskowym samochodem pod osłoną nocy. Następnego dnia, gdy wszyscy dowiedzieli się o jego odejściu, pół miasta chciało go zabić, a drugie pół płakało po utracie najlepszego zawodnika. Kilka miesięcy później „Okoń” strzelił dwie bramki w finale Pucharu Polski, w którym to Legia rozbiła „Kolejorza” aż 5-0. To była prawdziwa awanturnicza polityka transferowa. Nie okazała się zbyt skuteczna, bo za czasów komunizmu Legia zdobyła zaledwie 4 tytuły Mistrza Polski i regularnie przegrywała ze śląską dwójką potentatów Ruch Chorzów-Górnik Zabrze. Jak mówiło wielu piłkarzy grających w CWKS-ie w tamtych latach, zwyczajnie nie opłacało się zabijać za Legię. W końcu po dwóch latach i tak wracali w rodzinne strony, a Warszawa była bardzo atrakcyjnym miejscem do zabawy. Za to w pamięci kibiców w całym kraju pozostało wspomnienie o tym, jak „Wojskowi” wyrywali bez żadnych skrupułów najważniejsze ogniwa rywali, za co pałają do nich nienawiścią do dziś.
10
Komunistyczne „transfery” Legii(w odpowiedzi na komentarz):
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
6
Nieco zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:
9 października 1962 r. urodził się Jorge Luis Burruchaga. Grał zarówno jako ofensywny pomocnik, jak i napastnik. Zasłynął ze strzelenia zwycięskiego gola w finale Mistrzostw Świata Mexico 1986. Burruchaga zaczął grać w 1980 roku w Arsenalu de Sarandí w ówczesnej drugiej lidze Argentyny. Następnie został kupiony przez Independiente w 1982 roku i zadebiutował w zwycięskim meczu z Estudiantes de La Plata 12 lutego. Był częścią zespołu, który wygrał Metropolitano 1983, Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny w 1984. Następnie został zakontraktowany do francuskiej drużyny Nantes, gdzie grał przez siedem lat. Grał także rok dla Valenciennes, gdzie brał udział w skandalu przekupstwa, w którym mistrz Francji i Europy Olympique de Marseille „kupił” ligowe zwycięstwo 1:0 w Valenciennes 20 maja 1993 roku. Marsylijski pomocnik Jean-Jacques Eydelie i Dyrektor generalny klubu, Jean-Pierre Bernes, zaoferował mu pieniądze za przeprowadzenie meczu, Burruchaga powiedział, że się zgodzi ale potem zmienił zdanie. Został następnie skazany na sześć miesięcy w zawieszeniu, kiedy ogłoszono wyrok 15 maja 1995 r. Wrócił do Argentyny na swój ostatni okres w Independiente, kiedy wygrał Supercopa Sudamericana i Recopa Sudamericana, oba w 1995 roku. Kariere piłkarza zakończył 10 kwietnia 1998 roku w meczu z Vélezem Sársfieldem.
Burruchaga był częścią zespołu, który wygrał Mistrzostwa Świata 1986, strzelając dwa gole, w tym gola, który dał Argentynie zwycięstwo 3-2 z RFN w ostatnim meczu. Brał także udział we wszystkich meczach argentyńskich na Mistrzostwach Świata FIFA 1990 i strzelił jednego gola w turnieju. Strzelił w sumie 13 goli dla Argentyny w 59 meczach w latach 1983-1990. Burruchaga trenował Arsenal de Sarandí od momentu jego przybycia do pierwszej ligi w 2002 roku i udało mu się utrzymać drużynę z dala od dna tabeli. Na sezon 2005-06 podpisał kontrakt z Estudiantes de La Plata. W maju 2006 przeniósł się do Independiente i zrezygnował w kwietniu 2007. Zarządzał również Banfield od 2008 do 2009. 5 maja 2009 roku Burruchaga powrócił do Arsenalu de Sarandí ale zrezygnował w 2010 roku. Od 2011 roku zarządzał Paragwajskim Klubem Libertad. Od 2012 do czerwca 2014 roku zarządzał Atletico Rafaela w argentyńskiej Primera Division. W 2015 roku Burruchaga powrócił do Rafaeli w swoim drugim okresie jako trener.
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Symson
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Sensible
@Ogorinho1974
@patataj
18
Czy wiecie że:
Dokładnie 10 lat temu ,,El Mundo Deportivo” zaprezentowało video z faulami Pepe. ,,Zamknij się Pepe”- grzmiała z okładki gazeta Katalońska. To odpowiedź na słowa Portugalczyka o tym że piłkarze Blaugrany są teatralni w swoich reakcjach. ,,Moglibyśmy zrobić video ze wszystkimi faulami Pepe”- odpowiedział trener Francesc Vilanova. Na spełnienie ,,życzenia” szkoleniowca nie trzeba było długo czekać. Na stronie tytułowej kataloński dziennik umieścił zdjęcia z najbardziej brutalnymi zagraniami Pepe: kopnięcie w plecy Casquero(za które dostał 10 meczów kary), faul na Alvesie w półfinale Ligi Mistrzów, czy agresja wobec kilku zawodników Lyonu w tych samych rozgrywkach. Jednocześnie dziennik pokazał teatralne reakcje Pepe z kilku spotkań: rzekome uderzenie w twarz przez Pique(,,Zachowuj się jak profesjonalista”- zareagował arbiter) czy też starcie z Aritzem Adurizem(Casillas ponaglał kolegę: ,,Wstawaj Pepe, wstawaj!”). Portugalczyk krótko skomentował zdjęcia i video na stronie internetowej gazety: ,,Jeżeli czują się dotknięci, to dlatego że prawda w oczy kole”.
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
8
@FCBparasiempre Jean Luc Kit i Chrisitan Michelis, odpowiednio sekretarz generalny i prezes, myśleli, że złapali Pana Boga za nogi. Organizacja, którą przed niecałą dekadą zakładali w belgijskim pubie, NF Board, właśnie wydawała się odnosić bezprecedensowe sukcesy. Na finale piątych VIVA World Cup zjawiło się ponad 20 tysięcy kibiców. a umowa z iracką telewizją na transmisje meczów, oznaczała spory napływ gotówki dla NF Board. Gotówki, jakiej wcześniej w ich instytucji nie widziano, a którą można było zainwestować w reprezentacje piłkarskie, takie jak Somaliland, Romowie, czy Tybet. Regiony te wsparcia państwowego nie mają wcale. W dodatku ich rządy w ogóle nie akceptują żadnych manifestacji odrębności i robią, co mogą, by uprzykrzyć im życie. Oni też pragną wystąpić w turnieju organizowanym przez NF Board, jednak dotychczas trudności organizacyjne, finansowe, czy tak błaha sprawa, jak odmowa wydania wiz zawsze stawały na przeszkodzie. Czy teraz gdy organizacja zarządzana przez Michelisa i Kita osiągnęła spory sukces, będzie łatwiej? Tak się mogło wydawać, przecież solidarność i wspieranie słabszych to zasady naczelne NF Board. Niestety, jak to często bywa, gdy wszystko wydaje się iść ku lepszemu, życie napisało inny scenariusz. Zaraz po VIVA World Cup 2012 w Irackim Kurdystanie w NF Board doszło do waśni między dwoma dżentelmenami. Ciężko z dostępnych źródeł jednoznacznie stwierdzić co konkretnie było przyczyną konfliktu, a jeszcze ciężej byłoby wyrokować o racji tej czy innej strony. W każdym razie zaraz po kurdyjskich mistrzostwach panowie zaczęli czynić sobie zarzuty o malwersacje finansowe, próby przejęcia władzy, były pozwy do sądu itd. NF Board znalazła się w sytuacji, z której ciężko było znaleźć rozsądne wyjście, a na horyzoncie miał być kolejny turniej VIVA World Cup, planowany na 2014 roku. Ponieważ nic nie zapowiadało polepszenia się sytuacji, sprawy w swoje ręce postanowił wziąć Per Anders Blind, sędzia z poprzednich turniejów organizowanych przez NF Board oraz ich doradca. Widząc niemoc z jaką mierzyła się NF Board i nie potrafiąc doprowadzić szefów instytucji do kompromisu, założył własną organizację: ConIFA (Confederation of Independent Football Associations).
W LUTYM 2013 R. ZAPROSZONO MNIE NA WALNY ZJAZD NF BOARD JAKO DORADCĘ. NA MIEJSCU ZOBACZYŁEM JEDYNIE WALKI I WEWNĘTRZNE SPORY. CAŁA STRUKTURA ORGANIZACYJNA BYŁA W ROZSYPCE. IDEAŁ PRZYŚWIECAJĄCY NF BOARD BYŁ SZCZYTNY, ALE NIE BYŁO NIKOGO, KTO BY MÓGŁ TO KONSTRUKTYWNIE POCIĄGNĄĆ. PRZEDSTAWICIELE FEDERACJI CZŁONKOWSKICH NF BOARD ZNALI MNIE JAKO SĘDZIEGO I OSOBĘ ZAANGAŻOWANĄ W TEN RUCH, WIĘC ZACZĘLI MNIE PYTAĆ CO DALEJ. POSTANOWIŁEM WIĘC NAPISAĆ NOWY STATUT I ZBUDOWAĆ ORGANIZACJĘ RZĄDZĄCĄ SIĘ DEMOKRATYCZNYMI PROCESAMI ORAZ ZE 100% PRZEJRZYSTOŚCIĄ FINANSOWĄ – CZYNNIKAMI, KTÓRYCH BRAKOWAŁO W NF BOARD – WYJAŚNIAŁ BLIND W ROZMOWIE Z PORTALEM PLAYTHEGAME.ORG.
Pierwsze mistrzostwa pod okiem nowej organizacji odbyły się w Laponii w 2014 roku. Tym razem wszystkie mecze zostały rozegrane w szwedzkim mieście Östersund na stadionie Jämtkraft Arena. Do turnieju zgłosiło się dziesięć zespołów, w tym czterech nowicjuszy: Quebec, jako pierwsza reprezentacja z Ameryki Północnej, Ellan Vanin, czyli zespół reprezentujący brytyjską Wyspę Man, Abchazja, czyli separatystyczna część Gruzji oraz reprezentacja Górskiego Karabachu, a więc obszaru spornego między chrześcijańskimi Ormianami, a muzułmańskim Azerbejdżanem. Ostatecznie jednak zespół Quebecu wycofał się z turnieju. Federacja z tego rejonu Kanady, marząc o przyjęciu do oficjalnej Federacji Piłkarskiej Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów (CONCACAF), postanowiła rozgrywać jedynie mecze z krajami należącymi do tej organizacji lub do FIFA. Z perspektywy czasu decyzja ta może wydawać się błędna, gdyż od 2013 roku Quebec nie rozegrał żadnego meczu. Ponadto, reprezentacja Zanzibaru nie otrzymała wiz i również nie wzięła udziału. Zastąpiły je dwaj kolejni debiutanci: Osetia Południowa, trzeci reprezentant Kaukazu na mistrzostwach, oraz historyczne Hrabstwo Nicei. Rozgrywki toczyły się w czterech grupach po trzy zespoły. Drużyny z dwóch pierwszych miejsc awansowały do pierwszych w historii takich rozgrywek ćwierćfinałów. Trzech debiutantów trafiło do półfinałów: Osetia Południowa, Nicea i Wyspa Man. Stawkę półfinalistów uzupełniali powracający do turnieju po raz pierwszy od 2008 roku Aramejczycy. Do finału weszły dwie drużyny debiutanckie, mianowicie Nicea oraz Ellan Vanin, a po bezbramkowym remisie oraz konkursie karnych zwycięzcą pierwszego turnieju organizowanego przez ConIFA zostało Hrabstwo Nicei. Pierwsze problemy
ConIFA nie zamierzała jednak poprzestać na powielaniu aktywności swojej poprzedniczki i chciała wdrażać w życie swoje własne pomysły. Jednym z nich była organizacja Mistrzostw Europy federacji niezrzeszonych w FIFA. Organizatorem pierwszych ConIFA European Football Cup w 2015 roku miała być brytyjska Wyspa Man, gdzie zresztą mieści się siedziba ConIFA. Planowano, że wszystkie mecze odbędą się na głównym stadionie the Bowl, jednak z powodu powiększającego się zainteresowania turniejem, zarówno potencjalnych uczestników, jak i kibiców, stwierdzono, że niektóre mecze grupowe będą musiały zostać rozegrane w południowo-wschodniej Anglii, na podlondyńskich stadionach należących do klubów półzawodowych. Ostatecznie, władze ConIFA stwierdziły, że Wsypa Man nie podoła z organizacją i turniej przeniesiono do Węgier. Formalnie organizatorem byli Seklerzy, czyli etniczni Węgrzy, zamieszkujący rejony Rumunii przed 1920 roku należące do Madziarów. Ze względu na swoją politykę historyczną rząd węgierski udzielił koniecznego wsparcia Seklerom i wszystkie mecze odbyły się w drugim co do wielkości mieście Debreczyn.
,,JAKO DZIAŁACZ PIŁKARSKI NA WYSPIE MAN, JESTEM BARDZO ZAWIEDZIONY TĄ DECYZJĄ. FAJNIE BY BYŁO MÓC ZORGANIZOWAĆ TURNIEJ, ALE, Z DRUGIEJ STRONY, NIE WSZYSTKO KRĘCI SIĘ WOKÓŁ NAS. NA WĘGRZECH BĘDZIEMY GRAĆ NA STADIONACH Z PRAWDZIWEGO ZDARZENIA, A TURNIEJ BĘDZIE POKAZYWANY W WĘGIERSKIEJ TELEWIZJI. DLA DRUŻYNY Z WYSPY MAN BĘDZIE TO SPORE WYZWANIE, A PO TO PRZECIEŻ ORGANIZUJEMY TE ROZGRYWKI, BY CIĄGLE ZWIĘKSZAĆ POZIOM. MYŚLĘ, ŻE WĘGRY TO DOBRY WYBÓR” – KOMENTOWAŁ ZMIANĘ ORGANIZATORA MALCOLM BLACKBURN, DZIAŁACZ ZWIĄZKU PIŁKI NOŻNEJ NA WYSPIE MAN ORAZ WICEPREZES CONIFA.
Początkowo w węgierskim turnieju miało wziąć udział 12 drużyn, jednak po problemach organizacyjno-wizowych odpadło kilka ekip, więc pewnych było tylko pięciu uczestników. Chcąc uratować pierwsze Mistrzostwa Europy, Węgrzy zgłosili drużynę Felvidek, czyli etnicznych Węgrów zamieszkujących Słowację i ostatecznie w turnieju wystąpiło sześć zespołów. Obok gospodarzy Seklerów i wspomnianej drużyny Felvidek, debiutantami w tego typu turnieju byli Romowie. Pozostałe trzy drużyny to Ellan Vanin z Wyspy Man, Padania oraz Nicea. Uczestnicy rywalizowali w dwóch grupach po trzy zespoły. Gospodarze oraz Romowie przegrali obydwa mecze w fazie grupowej i na pocieszenie został im udział w meczu o piąte miejsce, wygrany przez Romów 4:2. W półfinałach Nicea, która wygrała obydwa mecze w swojej grupie, okazała się lepsza od Ellan Vanin, a Padania, również niemająca sobie równych w fazie grupowej, pokazała swoją wyższość nad słowackimi Węgrami. Zwycięzcą pierwszych mistrzostw Europy federacji ConIFA została Padania, pokonując w finale Hrabstwo Nicei 4:1 i nawiązując do lat wielkości, gdy zespół z północnych Włoch trzykrotnie wygrywał VIVA World Cup w latach 2008, 2009 i 2010. W meczu o trzecie miejsce Wyspa Man pokonała w karnych Felvidek, remisując 1:1 po regulaminowym czasie gry. Mimo trudności przy organizacji Mistrzostw Europy ConIFA postanowiła się nie poddawać i na 2016 rok zapowiedziano kolejne Mistrzostwa Świata – tym razem w kaukaskiej Abchazji. Zgodnie z prawem międzynarodowym, Abchazja jest autonomiczną republiką, będącą częścią Gruzji. W praktyce Abchazja ogłosiła niepodległość w 1992 roku, uznaną przez kilka państw, w tym Rosję i od tego czasu rejon pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą władz gruzińskich. W związku z tymi zawirowaniami politycznymi Abchazja nie mogła wystąpić w węgierskich Mistrzostwach Europy, więc ConIFA uznała, że przyznanie organizacji Mistrzostw Świata temu regionowi, będzie sprawiedliwym zadośćuczynieniem oraz czytelnym sygnałem, że ConIFA wspiera swoich członków niezależnie od sytuacji politycznej. Z powodu dużej liczby chętnych, Abchaski turniej był pierwszym, do którego przeprowadzono kwalifikacje. Nie były to jednak tradycyjne eliminacje, jakie kojarzy przeciętny kibic piłkarski, a raczej seria rozmaitych lokalnych turniejów i jednorazowych meczów. Ostatecznie w turnieju wzięło udział 12 zespołów, w tym pięciu debiutantów. Nowicjuszami byli Zachodnia Armenia, czyli reprezentacja Ormian zamieszkujących regiony dzisiejszej Turcji, Wyspy Czagos, czyli mieszkańcy Wielkiej Brytanii wywodzący się z tego archipelagu na Oceanie Indyjskim, Zjednoczona Korea z Japonii, czyli koreańska diaspora z Japonii, na co dzień występująca w japońskiej okręgówce jako FC Korea, Pendżab, czyli zespół brytyjskich obywateli wywodzących się z tego stanu w północnych Indiach oraz Somaliland, czyli autonomiczny region Somalii będący, de facto, niezależnym państwem, nieuznawanym prawnie na arenie międzynarodowej. Uczestników podzielono na cztery grupy po trzy drużyny, a dwie najlepsze awansowały do ćwierćfinałów. W półfinałach Abchazja pokonała Cypr Północny, a Pendżab uporał się z mistrzem Europy, Padanią. Zwycięzcą zostali gospodarze, którzy w finale pokonali Pendżab w rzutach karnych. Trzecie miejsce przypadło Cypryjskim Turkom, którzy pokonali Padanię 2:0.
Oczywiście historia mistrzostw reprezentacji niezależnych, to historia, która żyje i na pewno nie zamyka się wraz z turniejem rozegranym w minionym roku w Abchazji. Plany na przyszłość są duże, ale też i problemy stojące przed ConIFA są niemałe. Wiadomo już, że mistrzostwa Europy, początkowo planowane na rozpoczęty właśnie rok, się nie odbędą z powodu braku namierzenia odpowiedniego organizatora. Jednym z kandydatów do organizacji Mistrzostw Świata w 2018 roku jest Krym. Długofalowym celem ConIFA jest nawiązanie kontaktów z drużynami z kontynentu amerykańskiego, po nieudanych przygodach z Quebekiem oraz po tym, jak reprezentacja Ajmarów, czyli ludów zamieszkujących Andy na terenie Boliwii, Peru i Chile, wycofała się z mistrzostw w Abchazji. Jednym z najważniejszych zadań organizacji, niezwykle trudnym do osiągnięcia, jest jednak trzymanie się z dala od polityki. Jest to zasada wypisana na sztandarach ConIFA. Oczywiście, sam charakter instytucji zachęca do uprawiania polityki, a organizacja oskarżana była między innymi o to, że akceptuje w swoich szeregach zespół ze Sri Lanki kojarzący się z Tamilskimi Tygrysami, czy o to, że kibice Padanii machali na meczach flagami Ligi Północnej, separatystycznej partii włoskiej. Niektóre wypowiedzi federacji członkowskich ConIFA również nie pozostawiają wątpliwości.
,,MOIM ZAMIAREM JEST POKAZANIE ŚWIATU, ŻE JESTEŚMY PRAWDZIWYM, NIEZALEŻNYM PAŃSTWEM. CHCEMY PO PROSTU ŻYĆ SAMODZIELNIE, A ONI NAM NIE POZWALAJĄ. NIEKTÓRZY UCZESTNICY TURNIEJU WALCZĄ O NIEPODLEGŁOŚĆ, A INNI NIEPODLEGŁOŚĆ MAJĄ GDZIEŚ, TWIERDZĄ, ŻE SĄ TYLKO REGIONAMI. MY NALEŻYMY DO TEJ PIERWSZEJ GRUPY” – MÓWIŁ W CZASIE MISTRZOSTW W ABCHAZJI, ASTAMUR ADLEIMA, MINISTER SPORTU ABCHAZJI.
Inną opinię ma prezes Per Anders Blind, który konsekwentnie twierdzi, że ConIFA nie ma celów politycznych a ich jedyną ambicją jest łączenie ludzi przez sport. Warto pamiętać, że sport zawsze stanowił istotny element kultywowania tradycji etnicznych czy narodowych. Irlandczycy, przez lata okupowani przez brytyjskich sąsiadów, nie zachowali w dużej mierze swojego języka, a tożsamość narodową utrzymali między innymi dzięki kultywowaniu własnych rozgrywek sportowych: hurlingu i futbolu gaelickiego. Na ziemiach polskich w XIX w. działały „Sokoły” – towarzystwa gimnastyczne propagujące polskość pod zaborami. Ostatecznie każdy czytelnik sam sobie wyrobi zdanie w kwestii, czy ConIFA należy traktować tak, jak chciałby Per Anders Blind, czy też cele polityczne, jasno stawiane przez niektórych uczestników turniejów, należy uznawać za znaczące.
7
Mistrzostwa Reprezentacji Niezależnych część 2:
@Sensible
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@patataj
@Symson
0
@Pawel13sz No! Pawełku. Z tym najlepszy w całej historii futbolu to się tak nie rozpędzaj! Teodor Peterek z Wilimowskim wcale nie byli gorsi, z tą tylko różnicą że wówczas nie grali w rozgrywkach międzynarodowych...