FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
@FCBparasiempre
Był to Vic Buckingham. Co miał wspólnego z Ajaksem? Dwukrotnie krótko prowadził ekipę z Amsterdamu. Ważniejszym jest chyba jednak fakt, że w trakcie swojego pierwszego pobytu w Holandii odkrył pewnego utalentowanego 12-latka, Johana Cruijffa. Drugi epizod z Joden zaowocował debiutem w pierwszym zespole 17-letniego wówczas geniusza. Legenda głosi, że wpływ Anglika na życie i karierę Cruijffa był tak wielki, że został ojcem chrzestnym jednego z dzieci El Flaco (to bez cienia wątpliwości nieprawda a szkoda, bo byłby to fantastyczny smaczek). Całość piłkarskiej kariery Buckinghama związana była z Tottenhamem – jedynym klubem, którego barwy reprezentował w rozgrywkach Football League. Wziął udział w 204 spotkaniach Spurs na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych. Co ciekawe, Tottenham grał w tamtym czasie na poziomie ówczesnej drugiej ligi, przez co Anglik nigdy nie zaznał gry w najwyższej klasie rozgrywkowej. W gruncie rzeczy najcenniejszym fragmentem tej części jego biografii jest prawdopodobnie sama jej końcówka, kiedy to zetknął się z Arthurem Rowe’em i jego przełomową filozofią push and run (polegającą w uproszczeniu na szybkim podaniu do partnera, obiegnięciu kryjącego zawodnika rywala i otrzymaniu podania zwrotnego już za obrońcą. Taka gra dała Kogutom pierwszy w historii tytuł mistrza Anglii w 1951 roku; Vic zakończył karierę piłkarską w 1949). Buckinghama pamięta się lepiej z ławki trenerskiej niż z boiska, ale dzisiaj postać ta wydaje się być niemal całkowicie zapomniana. Vic Buckingham trenował wiele drużyn w Anglii, Holandii, Hiszpanii czy Grecji. Pierwszy pobyt w Ajaksie przypada na lata 1959-1961. Przed przeprowadzką do Holandii trenował West Bromwich Albion. W tym czasie The Baggies należeli do Wielkiej Piątki angielskiej piłki. To było jak na tamte czasy naprawdę niezwykłe, że Buckingham wybrał właśnie Ajax. Oczywiście, trenerzy już wcześniej opuszczali Anglię na rzecz drugiej strony Kanału, ale były to zazwyczaj nazwiska, które nie miały akurat zbyt wiele wspólnego z wyspiarską czołówką. W moim odczuciu pokazuje to, jak bohater artykułu wyprzedzał swoją epokę, jak bardzo chciał grać krótkimi podaniami, skupiać się na posiadaniu futbolówki. To było oczywiście niemal całkowicie sprzeczne z tym, jak postrzegało się wtedy piłkę w Anglii. Pierwsza kadencja Buckinghama w Amsterdamie to mistrzostwo oraz puchar Holandii. Anglik bagatelizował jednak swoje osiągnięcia, większość zasług przypisując swojemu poprzednikowi, rodakowi Jackowi Reynoldsowi. W swojej skromności powiedział podobno: ,,Piłkarze Ajaksu, których tutaj zastałem podstawy mieli już opanowane. Wszystko, co musiałem zrobić, to nauczyć ich dłuższego utrzymywania się przy piłce”. Sam Buckingham może i bagatelizował swój wpływ na rozwój drużyny, która miała potem zdominować piłkarską Europę, ale wielu ekspertów to właśnie jego wskazuje jako ojca chrzestnego futbolu totalnego.
W roku 1961 po Buckinghama zgłosiło się Sheffield Wednesday i Anglik wrócił do swojej ojczyzny. Udało mu się trzy razy z rzędu zająć w lidze szóste miejsce. Nieźle jak na klub, który poprzednią dekadę spędził na ciągłych spadkach do Division 2 i awansach do najwyższej klasy rozgrywkowej. Vic Buckingham poprowadził też drużynę do ćwierćfinału Pucharu Miast Targowych, w którym po porażce 3-4 w dwumeczu, Sowy odpadły z Barceloną. To właśnie ta konfrontacja miała zwrócić uwagę Blaugrany na bohatera tego tekstu – Anglik miał zaimponować włodarzom ekipy z Katalonii stylem gry jego podopiecznych i znaleźć się na liście potencjalnych przyszłych trenerów hiszpańskiego giganta. Czas Buckinghama w Sheffield dobiegł końca w kwietniu 1964 roku wskutek skandalu łapówkarsko-bukmacherskiego, który zdemolował tego roku dużą część angielskiej piłki. Dwóch podopiecznych urodzonego w Greenwich szkoleniowca wraz z jednym byłym zawodnikiem The Owls było zamieszanych w cały skandal. Chociaż nigdy nawet nie zasugerowano, że Buckingham mógłby mieć z aferą cokolwiek wspólnego, zarząd klubu wyszedł z założenia, że jeżeli trener byłby dla swoich piłkarzy bardziej surowy, do skandalu by nie doszło. I tak, pomimo nie schodzenia poniżej szóstego miejsca w lidze, Anglik stracił pracę. Lato 1964 roku przyniosło powrót do Amsterdamu. Niestety, ale tym razem sukcesy były zdecydowanie mniejsze. Zastał starzejący się skład zawodników, którzy tylko tracili na jakości i zmuszony był skorzystać w bardzo dużej mierze z młodzieży, w tym ze wspomnianego już Cruijffa. Wyniki były słabe, a wizja walki o utrzymanie sprawiła, że już w styczniu następnego roku ustalono, że najlepiej będzie jeżeli Buckingham obejmie wolną posadę w Fulham. Jego następcą został Rinus Michels i raptem cztery lata później Ajax grał w pierwszym z wielu w tamtych latach finałów europejskich pucharów. Powrót do Holandii może i nie był bezdyskusyjnym sukcesem, ale, jak już wcześniej wspomniano, zdaniem wielu Anglik położył fundament pod ekipę, która miała później totalnie zdominować europejski futbol. Po trzech latach w Fulham i roku w Grecji Buckingham został nieoczekiwanie zatrudniony w FC Barcelonie, która faktycznie zapamiętała go sobie z potyczki w Pucharze Miast Targowych. Drużynę objął pod koniec 1969, kiedy Barça znajdowała się raptem cztery punkty nad strefą spadkową. Poprowadził zespół do czwartego miejsca, a następny sezon zakończył w lidze zaraz za Valencią, którą udało się zresztą pokonać w finale Copa del Generalísimo. Do opuszczenia swojej posady po raptem półtora roku zmusiła go operacja spowodowana nawracającymi problemami z plecami. Co ciekawe, ponownie jego następcą został Rinus Michels. Buckingham miał też pośredni wpływ na przeprowadzkę Cruijffa do FC Barcelony w 1973 – Anglik był jednym z najważniejszych zwolenników zakończonej sukcesem kampanii na rzecz zniesienia zakazu kontraktowania zagranicznych piłkarzy przez hiszpańskie kluby.
Przed odejściem na zasłużoną emeryturę w 1980, Buckingham trenował jeszcze Sevillę oraz Olympiakos i Rodos. Zmarł w 1995 roku. W dużej mierze zapomniany w swojej ojczyźnie. Bardzo ciepło wspominają go jednak kibice Ajaksu i Barcelony. Vic Buckingham. Wspaniały trener, który pod wieloma względami wyprzedzał swoje czasy. Postać tę najlepiej podsumowują chyba jego własne słowa z 1993 roku, które znaleźć można w książce Davida Winnera ,,Brilliant Orange”: ,,Futbol oparty na posiadaniu piłki to jest to, nie kick and rush. Granie długich piłek jest zbyt ryzykowne. W zdecydowanej większości przypadków dużo lepsze efekty dają wyuczone umiejętności, nastawienie. Jeżeli masz piłkę – trzymaj ją. Przeciwnik nie będzie w stanie zdobyć bramki”.
12
Twórca futbolu totalnego:
Wiele źródeł podaje, że był kiedyś szanowany angielski trener, którego przedmeczowa rozmowa z prowadzonymi przez niego piłkarzami FC Barcelony składała się ze słów „jebać Betis” oraz precyzyjnie wymierzonego kopniaka w tablicę z taktyką, po której ta przeleciała przez całą szatnię (Alex Ferguson u swego szczytu byłby dumny). Kim był ten trener? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Ogorinho1974
@patataj
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Sensible
8
Najstarsze i najwspanialsze turnieje świata:
22 października 1922 r. Brazylia pokonuje w Rio de Janeiro Paragwaj 3:1 w meczu dodatkowym decydującym o tryumfie w turnieju 6 edycji Copa America i tym samym sięga po raz drugi w historii po to trofeum. Pierwotnie turniej ten miał się odbyć w Chile, jednak Brazylia poprosiła o możliwość organizacji, chcąc uczcić w ten sposób setną rocznicę niepodległości. Po raz pierwszy w historii Copa America do turnieju przystąpiło 5 reprezentacji. Ostatecznie Brazylia, Paragwaj i Urugwaj zgromadziły po 5 punktów a Argentyna jeden mniej. W efekcie zaszła konieczność rozegrania dodatkowego meczu. Jego uczestników wyznaczono po długiej i gorączkowej naradzie wszystkich sędziów. Ponieważ dorobek pierwszych trzech zespołów był identyczny, wprowadzono następujące kryteria pomocnicze: ponieważ tylko Brazylia nie przegrała z nikim, zasługuje na wyróżnienie; Paragwaj wygrał z Urugwajem, co daje mu moralny tytuł do zmierzenia się z Brazylią. Uzasadnienie to wzbudziło ogromne kontrowersje. Urugwajczycy przyjęli je jako wyjątkowo perfidny spisek. Jednak klamka zapadła. 20 tysięcy widzów było świadkami tryumfu swoich ulubieńców. Paragwajczycy tanio skóry nie sprzedali, jednak techniczna wyższość ,,canarinhos” wyraźnie zaznaczyła się z biegiem czasu co poskutkowało zwycięstwem 3:1 po golach Neco i dwóch Formigi. Paragwaj natomiast zasłużenie zyskał miano rewelacji turnieju. ,,Guarani” grali z rozmachem i szybko. Ich ambicja i twardość stały się przysłowiowe. Natomiast królem strzelców został nieoczekiwanie Argentyńczyk Julio Francia, lewoskrzydłowy Newell’s Old Boys, który zdobył 4 gole.
@Sensible
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@patataj
@Symson
3
No prosze! W Anglii świeci słoneczko jak na wakacjach a u nas pogoda jak w.... Anglii
0
@maniak33333 To że nie protestował to nie znaczy że sędziowie się nie mylą. Dla mnie oczywisty faul.
1
Erling Haaland w wieku 22 lat uzbierał 110 goli na poziomie pierwszej ligi. Jesli będą go omijać kontuzje to może w przyszłości dogonić Roberta Lewandowskiego(na tą chwile 355 goli), Gerda Mullera(403 gole) a kto wie czy nawet nie Lionela Messiego(na tą chwile 486 goli)?
2
Przy pierwszym golu dla Manchester City Haaland ewidentnie odpychał ręką obrońce, po czym strzelił gola. To nie była walka bark w bark. Pierwszy gol powinien być anulowany!
0
Po przeczytaniu ,,Dembele jest wyjątkowy" zwątpiłem i niemal przestałem czytać ale że do końca było bardzo blisko to przeczytałem i zrobiło mi się słabo. Oj Xavi, nie wiem co się z tobą dzieje...
10
Pozdrawiam wszystkich ,,Czerwonoarmistów”
Wielki Widzew:
22 października 1980 r. Widzew Łódź pokonał 3:1 Juventus Turyn! Pierwszy mecz Widzew Łódź – Juventus Turyn w ramach 1/16 Pucharu UEFA został rozegrany na stadionie ŁKS-u, w obecności ponad 40 tys. Widzów (nadkomplet). Mecz wywołał olbrzymie zainteresowanie, bo Juventus był (i jest) jednym z najpopularniejszych klubów na świecie a w jego składzie występowało wtedy kilku reprezentantów Włoch (m.in: Dino Zoff, Claudio Gentile, Gaetano Scirea, Marco Tardeli, Antonio Cabrini, Franko Causio-niespełna dwa lata później jako już zawodnik Udinese został piłkarskim mistrzem Świata z drużyną Włoch, Roberto Bettega, Irlandczyk Liam Brady a na trenerskiej ławce siedział słynny Giovanni Trapattoni), natomiast Widzew w rundzie poprzedzającej wyeliminował Manchester United a w rodzimej lidze liderował.
Zamówienia na bilety sięgały ok. 60 tys. (to samo było przed późniejszymi meczami z Juventusem i Liverpoolem w 1983r.) co dobitnie podkreśla rangę tego wydarzenia w Łodzi i Polsce. Z ekipą Juve przyjechało ponad 30 sprawozdawców i komentatorów a relacje w TVP oglądały miliony Polaków. Już na 2,3 godziny przed meczem trybuny były zapełnione a komunikacja miejska miała problemy z wypełnieniem swojej powinności. Pierwsza połowa to był super spektakl piłkarski. Stroną atakującą byli Włosi a mimo tego to Widzew dyktował warunki gry. Prowadząc rozsądne i przemyślane kontry doprowadził do sytuacji, w której na dogodnej pozycji do strzelenia bramki znalazł się stoper Andrzej Grębosz i wykorzystał ją. Stracona bramka podrażniła Juventus a wprowadzony do gry R. Bettega uzyskał wyrównanie strzelając w 43 min. tzw. „gola do szatni”. Druga połowa pokazała, że Juventus był zadowolony z remisu, natomiast Widzew dążył do zwycięstwa. Wspaniała dyspozycja Z. Bońka i Z. Rozborskiego, którzy inicjowali szybkie akcje przyniosła efekt i goście utracili dwie bramki po strzałach – w 69 min. M. Pięta i 79 min. W. Smolarka. Trener Juventusu był po meczu zaskoczony przegraną 1:3 (1:1), bo nie spodziewał się tak wysokiej porażki i widać było, że stracił trochę pewności siebie, natomiast z umiarkowanym optymizmem podchodził do rewanżu trener Widzewa J. Machciński. Szalikowcy Widzewa siedzieli na tym meczu pod zegarem, a ich liczebność to ok. 600-700 osób. Na tym spotkaniu doping całego stadionu był fantastyczny. Piłkarze grali szybko, akcje zmieniały się jak w kalejdoskopie i przez 90 min. trzymały wszystkich w napięciu. Po każdej strzelonej bramce przez Widzew aplauz sięgał zenitu a ludzie skakali z radości jeden na drugiego. Dla takich chwil warto kibicować, bo zostają one w pamięci do końca życia. Na tym meczu nie dochodziło jeszcze do jakichś spięć z kibicami ŁKS-u i to również warto podkreślić.
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
8
@FCBparasiempre Jakim bramkarzem jest ten, którego nie zadręczają puszczone bramki? On musi być dręczony! Jeśli jest spokojny, to oznacza koniec. Bez względu na to, co robił w przeszłości, bo przyszłości nie ma żadnej – mówił Lew Jaszyn, najlepszy bramkarz w historii futbolu. Jedyny piłkarz na tej pozycji, któremu udało się zdobyć Złotą Piłkę.
W historii piłki nożnej wielu graczom z pola udało się zrewolucjonizować grę, ale „Czarna Pantera” – taki przydomek nadali mu kibice podczas mistrzostw świata w 1958, na których Jaszyn, w czarnym komplecie bramkarskim, wyróżniał się nadludzką sprawnością – zrewolucjonizował grę na pozycji golkipera, często starając się powstrzymywać ataki rywala już na przedpolu. Bramkarze grający przed nim spędzali 90 minut między słupkami, czekając na jakąś akcję, Lew Jaszyn zaś, wrzeszcząc na kolegów z pola, budował swój autorytet. Urodził się 12 lat po Rewolucji Październikowej, 22 października 1929 roku. W wyniku dotkliwej dla rolników, przymusowej kolektywizacji przeprowadzonej na początku lat 30. zesłano do łagrów ponad 2 miliony chłopów, a kulminacją wymierzonej przeciwko nim akcji stał się Wielki Głód na Ukrainie, który spowodował śmierć co najmniej 7 milionów ludzi. Lew miał to „szczęście”, że przyszedł na świat w stolicy Związku Radzieckiego, Moskwie. Był synem robotnika, więc represje względem jego rodziny nie były tak silne, jak wobec chłopów. Mieszkał z rodziną w małym mieszkanku na osiedlu robotniczym, położonym w pobliżu fabryki. Chłopak od małego interesował się piłką nożną i czas spędzał pod blokiem kopiąc piłkę z kolegami.
Lew Jaszyn w Dynamo Moskwa
W 1941 roku z powodu trwającej II wojny światowej został wraz z bliskimi ewakuowany do Uljanowska, leżącego niemal dziewięćset kilometrów na wschód od Moskwy. Po ukończeniu piątej klasy szkoły podstawowej został oddelegowany do pobliskiej fabryki wojskowej, gdzie uczył się zawodu montera. Po zakończeniu wojny wrócił z bliskimi w rodzinne strony i pracował w Tuszynie, gdzie trenował piłkę nożną w przyzakładowej drużynie. Jego zwinność, warunki fizyczne i wzrost szybko przykuły uwagę skautów z Dynama Moskwa, którzy sprowadzili chłopaka do drużyny młodzieżowej. Tak rozpoczęła się przygoda Lwa Jaszyna ze stołecznym klubem, w którym grał już do końca kariery. Zagrał dla niej ponad 300 spotkań w pierwszym składzie, czterokrotnie zdobywał tytuł mistrza ZSRR i trzykrotnie puchar. Swojego debiutu „Czarny Pająk” – bo taki był jego drugi przydomek obok „Czarnej Pantery” nie może zaliczyć do udanych. Wiosną 1949 roku Dynamo rozgrywało towarzyskie spotkanie z Traktorem Stalingrad. Bramka puszczona przez Jaszyna przypominała scenę z filmu niemego, w którym grał Charlie Chaplin. Golkiper drużyny przeciwnej popisał się potężnym wykopem, a próbujący złapać piłkę Lew zderzył się z kolegą z zespołu, co skończyło się kuriozalnym golem dla Traktora. Jednak w klubie nie grał tylko jako bramkarz piłkarski. W 1953 roku zdobył z hokeistami Dynama mistrzostwo ZSRR i myślał nawet o porzuceniu kariery piłkarskiej, gdyż w sekcji piłkarskiej przegrywał rywalizację o pierwszy skład z Aleksiejem Chomiczem. Jednak sytuacja odmieniła się i Lew Jaszyn na stałe zamienił hokejową bramkę na tę piłkarską. Dzięki ćwiczeniom wykonywanym pod okiem odchodzącego powoli na sportową emeryturę Komicza nauczył się właściwie ustawiać i wkrótce stał się najlepszym golkiperem na świecie.
Lew Jaszyn w reprezentacji
8 września 1954 roku po udanym sezonie, w którym zdobył mistrzostwo, Lew Jaszyn zadebiutował w reprezentacji ZSRR w meczu ze Szwecją. Nie miał wtedy wiele do roboty, co można wywnioskować z rezultatu – Związek Radziecki rozbił Szwedów 7:0. Dwa lata później, w roku 1956 zdobył Mistrzostwo Olimpijskie. ZSRR wygrał wszystkie swoje mecze. Z RFN 2:1, z Indonezją 4:0 (4 bramki w dogrywce!), w półfinale z Bułgarią 2:1 i wreszcie w wielkim finale z Jugosławią 2:1. Warto również wspomnieć iż 20 października 1957 roku w meczu Polska-ZSRR dwukrotnie pokonał go Gerard Cieślik. Polska wygrała wówczas w Chorzowie 2:1. Okres od debiutu w kadrze do zdobycia mistrzostwa Europy, był dla „Czarnego Pająka” fenomenalny. Czterokrotnie zdobył mistrzostwo ZSRR i raz Puchar. Zaliczył też swój pierwszy z czterech występów na mundialu w Szwecji w 1958 roku. Co prawda reprezentacja Sowietów odpadła w drugiej rundzie, ale Lew pokazał się ze znakomitej strony światu, który na dobre o nim usłyszał. Lew Jaszyn potrafił zorganizować defensywę swojej drużyny, często wrzeszczał na kolegów z drużyny (nawet małżonka bramkarza zwracała mu uwagę na to, że robi to za głośno). W tamtym okresie bardzo rzadkim lub nawet niespotykanym zjawiskiem było noszenie kapitańskiej opaski przez bramkarzy. Lew Jaszyn świetnie wywiązywał się z tego zadania, jego przywództwo na boisku było niepodważalne. „Czarny Pająk” był również jednym z pierwszych golkiperów, który zapoczątkował technikę wybicia piłki w trudnych sytuacjach, a nie łapania jej. Inną praktyką charakterystyczną dla Jaszyna było szybkie wznowienie gry ręką, dający szansę na szybki kontratak. W 1960 odbyły się pierwsze w historii futbolu Mistrzostwa Europy, które zostały rozegrane we Francji. W turnieju rozgrywanym w Paryżu brały udział tylko 4 reprezentacje: Francja, Jugosławia, Czechosłowacja i Związek Radziecki. Tak więc były rozgrywane tylko półfinały, mecz o 3. miejsce i finał. W półfinale spotkały się Francja – Jugosławia oraz ZSRR – Czechosłowacja. Więcej emocji wzbudził o dziwo ten pierwszy mecz – po dramatycznym widowisku i gradzie bramek, gospodarze ulegli Jugosławii 4:5. Czechosłowacja sprawiła Związkowi Radzieckiemu niewielki kłopot i poległa z Sowietami 0:3. W finale spotkały się komunistyczne reprezentacje ZSRR i Jugosławii – tak jak cztery lata wcześniej, w Melbourne. Po zwycięstwie w dogrywce 2:1 ZSRR z „Czarną Panterą” w bramce zdobyło historyczny, pierwszy Puchar Europy. Lew z reprezentacją dotarł do ćwierćfinału zarówno na mundialu w Szwecji, jak i Chile w 1962. Po przegranej z gospodarzami i fatalnym, zremisowanym spotkaniu z Kolumbią, na temat Jaszyna pisano głównie nekrologi, lecz po wspaniałym roku, w fenomenalnym stylu w 1963 roku zdobył Złotą Piłkę, zamykając usta krytykom i pozostając do dziś jedynym bramkarzem w historii, który zdobył ową nagrodę. Potem swój najlepszy występ reprezentacja Związku Radzieckiego zaliczyła na mundialu w Anglii w 1966 roku, gdzie zajęła 4 miejsce. Chociaż pojechał też na mundial do Meksyku, był jedynie trzecim bramkarzem kadry. Statystyki Jaszyna na mistrzostwach zatrzymały się na 13 występach i 4 czystych kontach. Trzy razy został wybierany jako najlepszy bramkarz w ZSRR. Jeden z jego najlepszych występów zanotował w roku 1963, grając w meczu Reszty Świata przeciwko Anglii na stadionie Wembley. Popisał się wówczas serią wspaniałych parad bramkarskich. W całej swojej karierze obronił 151 rzutów karnych, 270 razy zachował czyste konto. Otrzymał również najwyższe odznaczenie państwowe, Order Lenina za wybitne zasługi dla narodu. Z reprezentacją ZSRR czwarte miejsce na mundialu (1966), mistrzostwo i wicemistrzostwo Europy (odpowiednio 1960 i 1964) oraz triumf na igrzyskach olimpijskich w Melbourne (1956). O jego umiejętnościach indywidualnych wszystko mówi jedno wyróżnienie: Złota Piłka za rok 1963. Lew Jaszyn do dnia dzisiejszego jest jedynym bramkarzem, który zwyciężył w tym plebiscycie. W pokonanym polu pozostawił Gianniego Riverę z Milanu oraz Jimmy’ego Greavesa z Tottenhamu.
Styl gry Lwa Jaszyna
Strzelenie bramki Jaszynowi było prawdziwym powodem do chluby. Piekielnie trudno było go pokonać. Tak wspomina spotkanie z „Czarną Panterą” na mundialu w Szwecji w 1958 roku były skrzydłowy reprezentacji Anglii, Tom Finney: ” Wygrywaliśmy 2-1 kiedy sędzia podyktował dla nas rzut karny. Podszedłem do piłki by strzelić. W bramce stał Lew Jaszyn, był wyśmienitym bramkarzem, bronił już wiele rzutów karnych, był też przerażający, cały ubrany na czarno.” Respekt, jaki budził w oczach rywali istotnie pomagał mu w grze. Przed Lwem Jaszynem szacunek czuł nawet słynny Pele.
Lew Jaszyn w dość niekonwencjonalny sposób przygotowywał się do meczów. Jego receptą na sukces było, jak sam mawiał: ”Zapalić papierosa, by ukoić nerwy i wypić duży łyk mocnego trunku, by pobudzić mięśnie”. Niezależnie od tego czy rzeczywiście tak było, przyszło mu grać w erze znakomitych strzelców takich jak Alfredo Di Stefano czy Eusebio i nie przeszkodziło mu to w zdobyciu Złotej Piłki.
Końcówka kariery, życie prywatne i uhonorowanie
Wielokrotny reprezentant ZSRR poza boiskiem był zwykłym człowiekiem, wbrew temu, jak był postrzegany na boisku. Kolega z reprezentacji Giennadij Łogofiet, mówił o nim: „To wielka osobowość, człowiek ponadczasowy i trzymający się z dala od polityki. Nie był ani trochę arogancki. Najlepszy bramkarz świata zachowywał się jak zwykły człowiek, bez żadnych fajerwerków.” Lecz po jednym ze spotkań w 1962 roku, kiedy spadła na niego olbrzymia fala krytyki, zdenerwował się i postanowił występować tylko w wyjazdowych meczach reprezentacji. Choć największe sukcesy „Czarnej Ośmiornicy” czy też „Czarnej Pantery” z reprezentacją to Mistrzostwo Olimpijskie i Mistrzostwo Europy, to bramkarz przyznał, że najbardziej ceni mecze rozegrane na mundialu. Bardzo lubił tam grać, mógł wtedy pokazać swoje niebywałe umiejętności na największej ze scen. Żałował, że nie nigdy nie udało mu się zdobyć Pucharu Świata. Swój ostatni, pożegnalny mecz dla Dynama Lew rozegrał w roku 1971, w Moskwie, kiedy miał już 41 lat. Na stadionie im. Lenina zebrało się 100 tysięcy kibiców chcących oddac hołd najlepszemu bramkarzowi w historii futbolu. Wśród żegnających „Czarną Panterę” byli m.in.: Pele, Eusebio i Franz Beckenbauer. Po zakończeniu kariery wybitny bramkarz zajął się szkoleniem młodzieży. Trenował kilka młodzieżowych zespołów, jak i kilka seniorskich w Finlandii. Bez żadnych większych sukcesów. W roku 1986 z powodu infekcji, amputowano mu nogę. Coraz bardziej podupadał na zdrowiu. W 1990 roku, w roku wielkich przemian, powolnym rozpadzie ZSRR, Lew Jaszyn zmarł. Legenda. Najlepszy bramkarz w historii futbolu, prekursor, ikona. W roku 2000 został wybrany przez FIFA i historyków IFFHS najlepszym bramkarzem stulecia. Jego nazwisko stało się synonimem perfekcji między słupkami. Od mistrzostw świata w 1994 do mundialu w Niemczech w 2006, najlepszy bramkarz turnieju otrzymywał nagrodę imienia Lwa Jaszyna. To dowód, że za jego sprawą pozycja bramkarza nigdy nie będzie wyglądać tak samo, że jego postać po dziś dzień inspiruje. Dziś mamy okazję obserwować Manuela Neuera, który zdaje się być równie perfekcyjnym, charyzmatycznym golkiperem. Mało prawdopodobnym jest, by zdobył tytuł najlepszego bramkarza. Historia pokazała jednak, że taka sytuacja jest możliwa.
Osiągnięcia i statystyki:
Osiągnięcia klubowe:
Mistrzostwo ZSRR (5x): 1954, 1555, 1957, 1959, 1963
Wicemistrzostwo ZSRR (6x): 1950, 1956, 1958, 1962, 1967, 1970
Puchar ZSRR (3x): 1953, 1967, 1970
Mistrzostwo ZSRR w hokeju na lodzie (1953)
Osiągnięcia Reprezentacyjne:
Mistrzostwo Olimpijskie (1x): 1956
Mistrzostwo Europy (1x): 1960
Wicemistrzostwo Europy (1x): 1964
Osiągnięcia Indywidualne:
Ballon D’Or: 1963
FIFA XI: 1963, 1968
UEFA XI: 1964, 1965
World Soccer World XI: 1963, 1964, 1966, 1967
World Soccer 100 najlepszych piłkarzy wszech czasów
World Soccer najlepsza XI wszech czasó
Order Lenina: 1967
Order Olimpijski: 1986
Złoty Order FIFA: 1988
Drużyna wszech czasów mistrzostw świata FIFA
World Hall of Fame of Soccer
Bramkarz stulecia FIFA
IFFHS Legendy
IFFHS Najlepszy bramkarz stulecia
Rekordy i ciekawostki:
812 meczów w karierze, 270 czystych kont, ponad 150 obronionych rzutów karnych
12 występów w Mistrzostwach Świata, 4 czyste konta
9
Wybitna ,,Czarna Pantera” wszechczasów:
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
7
@FCBparasiempre Kazik Staszewski
Legenda polskiej muzyki i jedna z najbarwniejszych postaci polskiej popkultury. Często płynął pod prąd, szokował tekstami, zabierał głos w sprawach społecznych, politycznych i światopoglądowych. Można się z nim zgadzać lub nie, ale nie można zaprzeczyć, że jest osobą wyrazistą. W dodatku jego twórczość zdobyła w naszym kraju ogromną popularność. W zestawieniach najlepszych polskich piosenek zawsze aż roi się od jego utworów. Kawałki takie jak „Arahja”, „Polska”, „Do Ani”, „Krew Boga” czy „12 groszy” to prawdziwa klasyka. Był wokalistą zespołu Kult – giganta polskiej sceny rockowej. Zakładał także inne projekty, jak choćby KNŻ. Znany jest również z solowej twórczości. Tworzył w wielu gatunkach. Stawiał nawet podwaliny pod polski rap. Poruszał wiele tematów. Sportowym przykładem była piosenka poświęcona Andrzejowi Gołocie, napisana w czasach, gdy polski pięściarz wagi ciężkiej budził po nocach miliony Polaków. Najbliższa sercu Kazika była jednak piłka nożna. Piosenkarz zdradził w rozmowie przeprowadzonej przez Sebastiana Staszewskiego na łamach Polska Times, że jeśli reprezentacja naszego kraju dojdzie do półfinału na Euro 2016, napisze utwór o polskich piłkarzach. Jednak jak doskonale wiemy, Biało-Czerwonych w ćwierćfinale pokonała po karnych Portugalia. Staszewski od wielu lat jest kibicem Legii Warszawa, o czym opowiada w wielu wywiadach. I nawet jeżeli w ostatnich latach rzadziej pojawia się na trybunach, to trzyma kciuki za stołeczną drużynę. We wspomnianym wywiadzie opowiadał, że dobrze życzy wszystkim klubom z rodzinnego miasta. Na pytanie o stosunek do Polonii odpowiedział: ,,Jako warszawiak wspieram warszawskie drużyny. Wychowywałem się nieopodal Muranowa, w okolicach placu Teatralnego. Kiedyś nie było takiej rywalizacji między Legią a Polonią. KSP grał w trzeciej lidze i na te mecze się chodziło. Na Gwardię też. Pamiętam z boiska Stefana Milę, ojca Sebastiana, który grał właśnie u milicjantów. A więc może to dziwnie zabrzmi, ale idealnym wyjściem byłoby dla mnie mistrzostwo dla Legii i wicemistrzostwo dla Polonii.” Wokalista Kultu ma romantyczne spojrzenie na futbol. Tęskni za dawnymi czasami, kiedy piłka nie była tak mocno skażona komercją. Dla niego solą tej dyscypliny jest możliwość odniesienia zwycięstwa przez maluczkich nad wielkimi. Dlatego nie podoba mu się obecny system rywalizacji w europejskich pucharach. Tęskni szczególnie za Pucharem Zdobywców Pucharów. Na łamach Polska Times zwierzał się: – Dziś nie czuję związku emocjonalnego z drużynami, które grają w Champions League. Nie interesuje mnie, czy milionerzy z Madrytu ograją milionerów z Manchesteru.
Maciej Maleńczuk
Kolejna z barwnych osobistości polskiej sceny. Postać kontrowersyjna, mająca wyraziste poglądy i cięty język. Można nie zgadzać się z jego opiniami na różne tematy, ale nie sposób podważyć jego dorobku artystycznego. Znany jest głównie z występów w zespole Pudelsi oraz działalności solowej. Od zawsze ważny był dla niego sport. Maleńczuk jest fanem m.in. lekkoatletyki i hokeja. Dopinguje sportowców podczas igrzyska olimpijskich, które uważa za największe święto sportu. Uczuciem darzy także piłkę nożną, chociaż ma osobliwe zdanie na jej temat. W wywiadzie przeprowadzonym przez Dawida Górę i opublikowanym na portalu WP Sportowe Fakty piosenkarz powiedział, że „futbol to nie jest sport tylko emanacja społeczeństwa”. Nie podoba mu się również styl kibicowania obecny na piłkarskich stadionach. Napisał dwa utwory, które mocno przeniknęły do futbolowego świata. Jednym z nich jest hymn jego ukochanej Cracovii, odgrywany przed każdym domowym meczem „Pasów”. Pomysł podsunęli mu kibice krakowskiego klubu podczas wieczoru poetyckiego, na którym artysta promował swój poemat „Chamstwo w państwie”. We wspomnianym wywiadzie opowiadał o tym, jak bardzo zadowolony jest z napisania klubowego hymnu: ,,Z tego, co wiem niektórzy kibice twierdzą, że to powinien być hymn Polski, że to lepsze niż Mazurek Dąbrowskiego. I ja się z tym zgadzam! Są biało-czerwone barwy i odniesienia patriotyczne. Poza tym, za ten hymn nie pobieram żadnych tantiem. To był prezent.” Po nieudanych dla reprezentacji mistrzostwach świata w Korei Południowej i Japonii w 2002 roku Maleńczuk napisał utwór „Mundialeiro” wyrażający krytykę drużyny po fatalnym turnieju. Humorystyczne zabarwienie piosenki sprawiło, że była ona nie tylko gorzkim podsumowaniem mundialowych niepowodzeń, ale także potrafiła poprawić kibicowskie humory oraz pozwalała z dystansem spojrzeć na boiskowe wyczyny polskich piłkarzy.
Andrzej Sikorowski
Krakowski artysta, do którego zupełnie nie pasuje określenie „celebryta”. Rzadko pojawia się w programach rozrywkowych i na okładkach kolorowych gazet. Jednak potrafi w piękny sposób przemówić muzyką. Komponuje piosenki, jest autorem tekstów. W drugiej połowie lat 70. założył zespół Pod Budą, który stał się czołowym przedstawicielem polskiej poezji śpiewanej.
Sikorowski od wielu lat jest kibicem Wisły Kraków. Był wykonawcą klubowego hymnu „Jak długo na Wawelu”. Wspiera „Białą Gwiazdę”, lecz tęskni za czasami, gdy waśnie pomiędzy Wisłą a Cracovią nie były tak silne, jak obecnie. Jego spojrzenie na sport jest romantyczne, jak chyba w przypadku większości artystów interesujących się tą dziedziną życia. Piosenkarz w młodości uprawiał sport i co ciekawe, był wówczas związany z innymi krakowskimi klubami. W Cracovii trenował szermierkę, zaś w Wawelu – biegi. Sportowej kariery nie zrobił, ale słusznie zauważa, że aktywne uczestnictwo w życiu sportowym dało mu dużo. Sprawiło, że zyskał ogólną sprawność fizyczną, a ponadto lepiej rozumie sport, wie o nim więcej jako kibic. Środowisko piłkarskie nie jest mu obce. Ma znajomych wśród piłkarzy – Andrzeja Iwana, Marka Kustę czy Piotra Skrobowskiego. Bywa na meczach Wisły Kraków. Podobnie jak wspomniany Kazik, jest futbolowym konserwatystą. Z sentymentem wspomina przeszłość. ,,Dziś sport się skomercjalizował i gra zawsze toczy się o dużą stawkę, rzadko robi się coś tylko dla przyjemności. Aktualnie, gdy młody człowiek zaczyna uprawiać jakąś dyscyplinę, to już może myśleć o tym, jakie będą z tego profity. Kiedy z kolegami braliśmy w młodości udział w turniejach tzw. Dzikich Drużyn, to do głowy nam nie przychodziło, że zostaniemy profesjonalnymi piłkarzami. Wychodziliśmy na boisko dla zabawy”– opowiadał muzyk w wywiadzie przeprowadzonym przez Piotra Chłystka na portalu Onet Sport.
Janusz Panasewicz
Wielkiej miłości do sportu nigdy nie ukrywał także Janusz Panasewicz. Wokalista zespołu Lady Pank w niemal każdym wywiadzie podkreśla swoją sympatię do wielu dyscyplin. Wydaje się, że to jednak piłka nożna jest mu najbliższa. Na krajowym podwórku kibicuje Legii Warszawa. Jego ulubionym klubem zagranicznym jest zaś FC Barcelona. W programie „As Wywiadu” Patryka Mirosławskiego powiedział, że gdy odwiedził Camp Nou, poczuł się jak na koncercie Rolling Stonesów. Ceni efektowną, ofensywną grę, dlatego ma sentyment nie tylko do „Dumy Katalonii”, ale ogólnie do hiszpańskiego futbolu. We wspomnianym programie opowiadał m.in. o swojej znajomości z Andrzejem Iwanem, w przeszłości świetnym zawodnikiem Wisły Kraków i Górnika Zabrze, medalistą mistrzostw świata 1982. Obaj panowie byli ekspertami w nieistniejącej już stacji Orange Sport. Panasewicz nadal pojawia się w sportowej telewizji – obecnie w studiu kanałów Polsat Sport Premium przy okazji meczów Ligi Mistrzów. Lady Pank to zespół, którego przedstawiać nikomu nie trzeba. Założona w 1981 roku we Wrocławiu grupa rockowa od dawna cieszy się uznaniem zarówno starszych fanów, jak i współczesnej młodzieży. Jej utwory rozbrzmiewają w każdej radiowej stacji, na imprezach czy przy ognisku. Muzycy dużo koncertowali, a ich wokalista nawet w trasie oglądał piłkarskie zmagania. Mimo tak dużego zainteresowania futbolem, Panasewicz nie nagrał z Lady Pank piłkarskiej piosenki. Z tego typu utworów najbardziej do gustu przypadła mu „Tajemnica mundialu” wykonywana przez Bohdana Łazukę – piosenka reprezentacji Polski na mistrzostwa świata w Hiszpanii w 1982 roku. Artysta przyznaje, że mało jest dobrych utworów opowiadających o futbolu. I chyba należy się z tym zgodzić. Piłka nożna nigdy nie była wdzięcznym tematem dla muzycznej twórczości. Kiedy Tomasz Biliński i Michał Skiba zapytali go w wywiadzie przeprowadzonym na łamach Polska Times o to, czy był pomysł nagrania piłkarskiej piosenki przez Lady Pank, Panasewicz odpowiedział: – Nigdy nie mów nigdy, ale wolę, jeśli takie rzeczy wychodzą spontanicznie. Albo kiedy drużyny wybierają na swój hymn już istniejący utwór. Tak było w przypadku ballady „Zawsze tam, gdzie ty”. Piosenka ta stała się hymnem reprezentacji Polski w siatkówce i często jest grana w hali podczas meczów Biało-czerwonych w tej dyscyplinie. Piosenkarz przyznaje, że jest to, zarówno dla niego jak i dla całego zespołu, duża nobilitacja.
Muniek Staszczyk
Wokalista zespołu T. Love kocha futbol, choć jest to miłość trudna. Jak każdy z nas, wspiera reprezentację Polski, ale po ostatnich niepowodzeniach na mistrzostwach Europy, puściły mu nerwy. Przyznał nawet, że porażka ze Słowacją być może pozwoli mu wyleczyć się z piłki. A jej fanem jest Staszczyk od dawna. Grupę T. Love zakładał w roku 1982, dla polskiego piłkarstwa szalenie ważnym. Wtedy to drużyna Antoniego Piechniczka zajmowała trzecie miejsce na mistrzostwach świata w Hiszpanii. Muniek zaczął chłonąć futbol dużo wcześniej, o czym opowiadał w książce „King!” napisanej w formie wywiadu przeprowadzonego przez Rafała Księżyka: ,,Zanim zaczęło się zainteresowanie muzyką, była piłka nożna. Polska – Anglia na Wembley to był przełomowy moment dla całego pokolenia. Jak drużyna Górskiego pojechała w 1974 roku na mistrzostwa świata, to wszystkie mecze się oglądało.” Muniek Staszczyk wspiera na co dzień dwa kluby – Raków Częstochowa i Legię Warszawa. Miłość do pierwszego z tych klubów związana jest z jego pochodzeniem. Urodził się bowiem w Częstochowie, mieszkał i wychowywał się blisko stadionu. ,,Mój blok prawie sąsiadował ze stadionem, choć muszę przyznać, że częściej niż na futbol chodziłem na żużel, Włókniarz miał wtedy sukcesy” – opowiadał Maciejowi Słomińskiemu w wywiadzie opublikowanym na portalu Interia Sport. Do Warszawy przeprowadził się szybko, już w wieku 19 lat. W stolicy zapałał uczuciem do Legii. W latach 50. zawodnikiem tego klubu był wujek wokalisty, Celestyn Dzięciołowski. Mieszkając w Warszawie, Muniek chodził na mecze rozgrywane przy ulicy Łazienkowskiej. Jednak sympatia do Rakowa nie wygasła. Kibicowskie serce biło dla dwóch klubów. – W połowie lat 90. Raków po latach posuchy awansował do Ekstraklasy, przyjeżdżał na Łazienkowską. Serce miałem wtedy rozdarte między dwa moje miasta i kluby, schizofreniczne uczucie – wspominał w cytowanej już rozmowie. Piłka dała mu także nieprzyjemne wspomnienia. W książce „King!” opowiadał o widzianych w młodości kibicowskich awanturach: – Raków Częstochowa był wtedy w drugiej lidze i grał z Górnikiem Zabrze. Nienawiść między Częstochową a Śląskiem była wtedy ogromna, my gorole, oni hanysy. Kibiców Górnika nie przyjechało wielu. Widziałem, jak rozwścieczony tłum kibiców Rakowa goni dosłownie kilkunastu kolesi z Zabrza. Polowanie. Na szczęście Ślązacy mieli dobry sprint i zdążyli ukryć się w stadionowym budynku. Przerażony byłem, że ich zlinczują.
Leszek „Eldo” Kaźmierczak
Na koniec przedstawiciel hip-hopu. Eldo jest jednym z najpopularniejszych polskich raperów. Był członkiem kultowej grupy Grammatik. Dużą karierę zrobił także dzięki twórczości solowej. Pisał głębokie, poetyckie teksty, w których poruszał wiele problemów społecznych. Takie albumy jak „Eternia”, „Nie pytaj o nią” czy „Zapiski z 1001 nocy” stały się niemal kanonem dla słuchaczy rapu. Związki Kaźmierczaka ze sportem, nie tylko z piłką nożną, są duże. Raper uprawia rugby, jest również zapalonym cyklistą. Uwielbia kolarstwo w każdej postaci, lecz nie ogranicza zainteresowania tą dyscypliną do oglądania jej w telewizji. Pochodzi z Warszawy. Ojciec zaraził go miłością do Legii, w przeszłości zabrał młodego Leszka na pierwszy mecz. Eldo, podobnie jak większość przedstawionych w tym tekście muzyków, ma oldschoolowe podejście do piłki nożnej. Należy do grona futbolowych romantyków i z łezką w oku wspomina dawne czasy. O swoim spojrzeniu na piłkę opowiadał nieco ponad dekadę temu w wywiadzie udzielonym Jakubowi Olkiewiczowi z portalu Weszło.com: ,,Ja zresztą całym sercem wspieram angielską akcję Against Modern Football, gdzie kibice chodzą raczej na spotkania w niższych ligach, gdzie można obejrzeć piłkę unikając tego wielkiego przemysłu.” Czy napisałby utwór opowiadający o piłkarzu? Zapytał go o to Michał Skiba w wywiadzie na łamach Polska Times, podając przykład włoskiej piosenki o Kamilu Gliku. Kaźmierczak nie pali się do takiego pomysłu. ,,Słyszałem ten utwór, bardzo specyficzny. Ja za to nagrałem o Halinie Poświatowskiej. Ale o piłkarzach? Eric Cantona kopie w balona, David Ginola strzelił dziś gola? Nie mam filozoficznych przemyśleń na temat sportowców.” Kilka lat temu Eldo został radiowcem w sportowej rozgłośni. Prowadził programy w stacji Weszło.FM. Miał m.in. autorską audycję „Eldoradio”. Prezentował w niej ciekawe, osobiste spojrzenie na sport, dzielił się swymi przemyśleniami, przytaczał własne wspomnienia. Jednak nie ograniczał się do tematyki sportowej. Opowiadając o sporcie, łączył go z innymi dziedzinami życia, nawiązywał do kultury. Ponadto prezentował dobrą muzykę, widać było, że doskonale się na niej zna, w swych muzycznych zainteresowaniach wykracza poza gatunek, który tworzy jako artysta. Dla Weszło przygotowywał także serię nagrań video „Eldo jedzie do Tokio”. W programach sam próbował licznych dyscyplin olimpijskich, rozmawiał z ich przedstawicielami i przybliżał je przed igrzyskami organizowanymi w stolicy Japonii.
To były oczywiście tylko wybrane przykłady związków polskich muzyków z piłką nożną. Trudno byłoby w jednym tekście wymienić wszystkich artystów, którzy mieli coś wspólnego z futbolem. Wielu interesuje się piłką, kibicuje swoim drużynom, chodzi na mecze. Niektórzy czynią z piłki nożnej temat piosenek, przedstawiają go w swojej twórczości. To tylko pokazuje jak duże znaczenia dla wielu osób, także tych ze środowiska artystycznego, ma nasza ukochana dyscyplina.
9
Muzyka pogrywa… z futbolem(część 2):
@Sensible
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@DaPidejpi
@patataj
@Lionel_Messi10
3
@Danny Gaucho Zgadza się, tekst jest sprzed kilku lat, więc zaraz to poprawie. Dziękuje za wyłapanie błędu.
0
@ViscaBarca123 Na jakiej pozycji gra? Ponieważ prawa obrona ,,leży i kwiczy"
17
Wybitne legendy futbolu:
21 października 1933 r. urodził się hiszpański lewoskrzydłowy Francisco Gento, 6-krotny Zdobywca Pucharu Mistrzów oraz 12-krotny Mistrz Hiszpanii! Gento a dokładnie Francisco Gento Lopez to niewątpliwie jeden z twórców wielkiego Realu. Jest on jednym z najbardziej utytułowanych piłkarzy Realu a także jednym z najbardziej utytułowanych na świecie. Paco Gento przyszedł na świat 21 października 1933 roku w miejscowości o nazwie Guarniza. Jego dzieciństwo, spędzone na wsi nie było łatwe. Piłkarską karierę rozpoczynał w podrzędnym klubiku Nuevo Montana. Później na drodze do sławy były Astillero oraz Rayo Cantabria aż w końcu znalazł miejsce w Racingu Santander. Tam został dostrzeżony przez ówczesnego wiceprezydenta Realu - Bustamante - i sam Bernabeu długo się nie zastanawiając sprowadził go do Madrytu. Gento zaczął bardzo szybko błyszczeć jako lewoskrzydłowy, był bardzo szybki - 10,9 sekund na 100 metrów z piłką przy nodze - i zwinny, w czym na pewno pomagały mu warunki fizyczne, gdyż mierzył tylko 169 centymetrów. Debiutuje w zespole Królewskich 16 września 1953 roku w meczu z Osasuną Pampeluna i nie opuszcza Blancos aż przez 18 lat! W międzyczasie prezydent Bernabeu sprowadza do Madrytu jednego z najlepszych piłkarzy wszechczasów - Alfredo Di Stefano - i tak zaczyna się złota era klubu, dominującego w Hiszpanii i w Europie przez kilka lat. Pierwszy sezon Gento w Realu Madryt zostaje zakończony mistrzostwem. Podobnie następny. A wtedy właśnie w roku 1955 startuje Puchar Mistrzów. Królewscy w pierwszej rundzie bardzo łatwo odprawiają z kwitkiem Servette Genewa, potem z małymi problemami ogrywa Partizan Belgrad oraz AC Milan, by wreszcie 13 czerwca 1956 roku stanąć do batalii ze Stade Reims o upragniony Puchar. Po dobrym meczu, Gento i koledzy zwyciężają 4:3 i po raz pierwszy Puchar Mistrzów ląduje w Madrycie. I podobnie dzieje się przez kolejne 4 lata. W roku następnym Real zwycięża w finale z Fiorentiną 2:0 a jedną z bramek strzela nasz bohater. W 1958 roku zwycięstwo w finale po dogrywce z AC Milan a decydująca bramkę zdobywa nie kto inny jak Francisco. Potem finał ze Stade Reims - 2:0 i w końcu rok 1960 to wygrana 7:3 z Eintrachtem Frankfurt a we wszystkich z siedmiu bramek palce maczał Gento. Otrzymuje wtedy razem z Di Stefano i Zarragą od Santiago Bernabeu złoty mini Puchar Mistrzów za uczestnictwo we wszystkich pięciu finałach. Ale to jeszcze nie koniec przygody Gento z Pucharem Mistrzów. W 1962 i 1964 roku co prawda Real przegrywa batalie w finale ale w 1966 z Gento jako kapitanem Królewscy zdobywają Puchar po raz szósty. Do dziś nikt nawet nie zbliżył się do tej liczby. Występy w Pucharze Mistrzów zamknął liczbą 88 (57 razy jako kapitan) i 30 golami. A w europejskich pucharach wystąpił łącznie 99 razy, co przebił dopiero niedawno Manuel Sanchis. Oczywiście Gento i Real święcili triumfy nie tylko w Europie. Do jego konta można dopisać oprócz wspomnianych mistrzostw Hiszpanii w 1954 i 1955, mistrzostwa z lat: 1957, 1958, 1961, 1962, 1963, 1964, 1965, 1967, 1968, 1969. 427 razy pojawiał się na murawie w rozgrywkach La Liga strzelając 128 goli. 73 razy występował w Copa del Rey zdobywając go w 1962 i 1970 roku. Oczywiście piłkarz takiej klasy jak Gento występował również w reprezentacji Hiszpanii. Ulubieniec kibiców Blancos przywdziewał narodowe barwy 43 razy strzelając 5 goli. Piłkarską karierę zakończył w 1971 roku po nieudanym finale Pucharu Zdobywców Pucharu. Imponujący dorobek Gento to 6 Pucharów Mistrzów, 12 Mistrzostw Hiszpanii i 2 Puchary Hiszpanii.
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
12
Niechlubne rekordy Blaugrany:
21 października 1945 r. FC Barcelona poległa na Les Corts 0:6 z Athletic Bilbao. Była to najwyższa porażka Blaugrany u siebie w meczu o punkty. ,,Wiemy ze Athletic był zawsze trudnym rywalem dla wszystkich katalońskich drużyn ale nie dało się oczekiwać czegoś takiego. Nie można odbierać Athletic wspaniałego zwycięstwa, lecz Barça poddała się w niezrozumiały sposób. Co prawda zagrała bez kilku piłkarzy i miała złe popołudnie dokładnie w momencie, gdy potrzebowała dobrej gry ale… może lepiej nie dodawać nic więcej”- podsumował mecz dziennik ,,El Mundo Deportivo”.
@Sensible
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Symson
0
Nie wiem czy już pisałem ale zawsze chciałem napisać że Xavi powinien nauczyć podopiecznych ,,zamykania meczu" w pierwszej połowie, tak jak to miało miejsce we wczorajszym meczu z Villareal. To się tyczy głównie Primera Division i Pucharu Hiszpanii, bo w Lidze Mistrzów to my nie mamy jeszcze takiej jakości żeby rozstrzygać mecze w pierwszej połowie. Wczoraj byłem bardzo mile zaskoczony takim a nie innym obrotem sprawy, ponieważ od czasu Ernesto Valverde a zwłaszcza Guardioli bardzo rzadko zamykaliśmy mecz w pierwszej połowie. No i wreszcie Robert Lewandowski! No ja nie wiem co byśmy w tym sezonie bez niego zdziałali? Aż strach pomyśleć! To bez wątpienia nasza najlepsza 9-tka Barcuni, a kto wie czy nawet nie świata na tą chwile. To własnie Robert utrzymuje nas w walce o mistrzostwo Hiszpanii ale jeśli pozostali piłkarze nie będą dotrzymywać mu kroku to raczej sam tego mistrzostwa nie wygra...
13
,,Kocioł Czarownic” oszalał:
20 października 1957 roku - reprezentacja Polski w piłce nożnej pokonała na Stadionie Śląskim w Chorzowie ZSRR 2:1 (1:0) w meczu eliminacji mistrzostw świata Szwecja'58. Dla kibiców zgromadzonych na Stadionie Śląskim zwycięstwo Polski było czymś więcej niż tylko sportowym sukcesem. Ci, którzy w 1957 roku tłumnie zjechali do Chorzowa, mieli jedno marzenie - w ich głowach brzmiało stwierdzenie, być może mało eleganckie, ale wyrywające się z głębi serca - "dokopać Ruskim", odegrać się za wszystko, za wojnę, za Stalina i za poprzednią porażkę. Kibice wciąż mieli bowiem w pamięci bolesne wydarzenia z Moskwy z 23 czerwca 1957 roku, kiedy Polska przegrała z Rosjanami 0:3. No i się udało - "dokopaliśmy Ruskim", "Kocioł Czarownic" oszalał, stwierdzilibyśmy teraz. Na murawę polska drużyna wyszła w składzie: Edward Szymkowiak, Stefan Floreński, Roman Korynt, Jerzy Woźniak, Ginter Gawlik, Edmund Zientara, Edward Jankowski, Lucjan Brychczy, Henryk Kempny, Roman Lentner i wielki Gerard Cieślik, w roli kapitana. Cieślik na ten mecz powołany był w ostatniej chwili, co niezwykle ucieszyło jego klubowych kibiców i jak się później miało okazać całą Polskę. Trzydziestoletni zawodnik Ruchu Chorzów zdaniem fanów gwarantował jakość na boisku. "Jest Cieślik - jest Ruch, nie ma Cieślika - jest bezruch" - mówiono o piłkarzu. Ta opinia znalazła potwierdzenie na murawie w Chorzowie, bo oba gole dla biało-czerwonych strzelił właśnie napastnik Ruchu Chorzów. "W czterdziestej trzeciej minucie piłkę przejął po lewej stronie boiska Brychczy, przedłużył do Kempnego, a ten podał do wychodzącego na wolną pozycję Cieślika. Nasz mały łącznik znalazł się sam na sam z Jaszynem i strzelił w róg bramki. Okrzyki 'Jest! Jest!' wstrząsnęły całym Chorzowem a za sprawą głośników radiowych chyba całą Polską (na antenie Polskiego Radia ten mecz komentował Tadeusz Pyszkowski - przyp. red.) - wspomina wydarzenia w swojej książce "Tajemnice Króla Kibiców" Andrzej "Bobo" Bobowski. Drugi gol dla reprezentacji Polski padł po przerwie. Współautorem tego gola był Lucjan Brychczy, który zdaniem Bobowskiego rozgrywał jedno z najlepszych spotkań w karierze. "Po efektownej indywidualnej akcji prawą stroną dokładnie dośrodkował na głowę Cieślika, który mimo skromnego wzrostu nie marnował takich okazji" - opisuje w swojej książce "Bobo". ,,To był jeden z większych sukcesów, tym bardziej, że Sborna była faworytem a na nas nikt nie stawiał” - mówił w rozmowie z Polskim Radiem Lucjan Brychczy. Naszą "11" do walki zagrzewało 100 tysięcy widzów, którzy z trybun krzyczeli "jeszcze Polska nie zginęła", co zdaniem pamiętających tamte chwile wywołało strach w oczach piłkarzy Sbornej. Bramki radzieckiej drużyny bronił legendarny Lew Jaszyn. Honorowego gola dla gości strzelił Walentin Iwanow. Obie reprezentacje zakończyły eliminacje z takim samym dorobkiem punktowym i o awansie na turniej w Szwecji zadecydował baraż rozegrany 24 listopada 1957 roku w Lipsku, wtedy leżącym na terenie Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Zwyciężyła ekipa ZSRR 2:0. 20 października 1957 powstał zalążek późniejszej nazwy jaką nosi stadion w Chorzowie. Gdy 6 czerwca 1973 roku polscy piłkarze pokonali w Chorzowie Anglię 2:0, angielskie media okrzyknęły śląski obiekt "Kotłem Czarownic".
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@patataj
1
@Zacny Ale ja z kolei też bardzo lubie Lionela Messiego...
1
@Lionel_Messi10 Dlaczego Cristiano Ronaldo nazywasz Chrisopher Penaldus? Co to ma niby znaczyć?
9
Zapomniany ,,Can Planes”:
Wraz z objęciem stanowiska prezydenta klubu przez Josepa Lluisa Nuñeza, ,,Can Planes” zaczął pełnić nową funkcje: z inicjatywy Perego Garcii Vili, człowieka odpowiedzialnego za szkółke klubu, dom Can Planes stał się internatem dla młodych zawodników pochodzących spoza miasta. Do tego czasu mieszkali na pensjach albo w domach, za które płaciła Barça ale wtedy kontroli nad młodymi piłkarzami nie miał ani klub, ani ich rodziny. Żeby temu zaradzić, zarząd postanowił zgromadzić wszystkich zawodników w jednym miejscu i kształcić ich nie tylko piłkarsko. W ten oto sposób 20 października 1979 roku Can Planes stał się drugim domem młodych talentów Blaugrany. Prace mające na celu odpowiednie przystosowanie budynku, kosztowały klub 17 milionów peset. Trzeba było urządzić 2 piętra i poddasze, czyli około 610 metrów kwadratowych, tak aby ,,nowa masia” miała kuchnie, jadalnie, bibliotekę, biuro, salon, łazienki i 4 sale sypialne. La Masia, jak była powszechnie zwana mogła przyjąć 60 chłopców, chociaż początkowo mieszkało w niej tylko 19-tu. Z tej pierwszej grupy rezydentów tylko trzem udało się zadebiutować w pierwszej drużynie FCB a byli to Angel Pedraza, Esteve Fradera i Jordi Vinyals. Zbudowanie ośrodka treningowego imienia Joana Gampera w Sant Joan Despi i późniejsze przeniesienie młodych talentów rezydujących w La Masii do Centrum Szkolenia imienia Oriola Torta- jak nazwana została nowa rezydencja o powierzchni ponad 6 tys. metrów kwadratowych, mieszcząca się na terenie ośrodka treningowego klubu- spowodowało w czerwcu 2011 roku zamknięcie Can Planes.
@Sensible
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
2
@Bocheno1 Zgadza się ale nazywano go również Hans Kamper czy też Joan Kamper.
12
Zapomniane legendy Katalońskiej Dumy:
20 października 1919 r. w Dueñas urodził się Mariano Martin Alonso. Mariano Martin należy do grupy najlepszych napastników jacy kiedykolwiek występowali w FC Barcelonie. Grając tutaj osiągnął niesamowity współczynnik skuteczności- zdobywał średnio 1,12 gola na mecz! Jego boiskowy przydomek to ,,La furia del area” czyli mniej więcej ,,Plaga pola karnego”. Mariano grał dla Blaugrany od początku sezonu 1939/40 aż do końca sezonu 1947/48, gdzie w 168 meczach strzelił 188 goli! Martin był typowym środkowym napastnikiem, zdobywanie goli przychodziło mu nadzwyczaj łatwo a jego instynkt strzelecki wyraźnie przewyższał umiejętności innych napastników tamtych czasów. Do jego atutów należała również szybkość, ponadto na boisku wykazywał się również ciężką pracą a technicznie był bajeczny. Początki były trudne, jego dzieciństwo było bardzo ciężkie; w wieku 9 lat musiał porzucić szkołe i pójść do pracy. W czasach wojny domowej Mariano reprezentował barwy Barcelońskiego Sant Andreu, gdzie trenerem był Josep Planes, późniejszy trener Blaugrany. W wieku 20 lat Mariano stał się najlepiej zarabiającym piłkarzem z gażą 1300 peset miesięcznie. Tak wysoki kontrakt jest usprawiedliwiony tym iż Martin był pierwszym królem strzelców La Liga wywodzącym się z FC Barcelony! W sezonie 1942/43 zdobył 32 gole. Podczas gdy w barwach Dumy Katalonii 2 mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Hiszpanii oraz Copa de Oro, w wieku 28 lat poważna kontuzja kolana zmusiła go do zakończenia kariery. Później próbował jeszcze grać dla Gimnastic Tarragona i Sant Andreu ale w 1950 roku definitywnie zawiesił buty na kołku.
@NaFazieHitman
@Symson
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
26
To dzięki niemu ,,istniejemy”:
20 października 1899 r. niejaki pan Hans Kamper szukał w Barcelonie partnerów do gry w piłke. W związku z tym zamieścił ogłoszenie w tygodniku Los Deportes: ,,Nasz kolega Kans Kamper z sekcji futbolu Stowarzyszenia sportowców i były mistrz Szwajcarii chciałby zorganizować spotkania w Barcelonie. Prosimy zainteresowanych o kontakt z nim. Będzie on możliwy we wtorki i piątki wieczorem od 21:00 do 23:00”. W taki oto sposób kochani cules, rodziła się Duma Katalonii.
@patataj
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Sensible
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Symson
8
@FCBparasiempre W pełni zorganizowana piłkarska liga na terenie getta? Specjalna obozowa gazetka, redagowana przez kilkunastoletnich więźniów? Brzmi jak ponure zderzenie sacrum i profanum. Nie w Theresiensadt, kompleksie złożonym z obozu koncentracyjnego i getta.. Tam piłka nożna dla więźniów nierzadko stanowiła wybawienie i ucieczkę od nazistowskiego terroru – nawet, jeśli wybawienie trwało dwie trzydziestopięciominutowe połowy.
Forteca w Terezinie (kraj ustecki, Czechy) została wzniesiona pod koniec XVIII wieku na rozkaz cesarza Józefa II i nazwano ją na cześć jego matki, cesarzowej Marii Teresy. Warto wspomnieć, że to tutaj przebywał skazany za zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Gawriło Princip. W 1939 roku, po wcześniejszym zajęciu Nadrenii i anschlussie Austrii, Hitler kontynuował swoją ekspansję i zajął tereny Czechosłowacji, w tym także Terezin. Cesarską twierdzę zaadaptował, według nazistowskiej propagandy, na „miejsce odosobnienia, w którym Żydzi będą wolni od wojny”. Cały kompleks dzielił się zasadniczo na dwie części: Małą Warownię (więzienie dla elit, członków ruchu oporu, przestępców) i Dużą Warownię – tą drugą stanowiły getto i obóz koncentracyjny. Założeniem polityki prowadzonej w kompleksie było ukazanie modelowego życia społecznego niemieckich, czechosłowackich czy austriackich (później także duńskich czy holenderskich) Żydów w nowej, nazistowskiej rzeczywistości. W 1944 roku nakręcono film propagandowy pt. ” Terezin. Dokument o żydowskim przesiedleniu.”, który miał ukazać „uroki” beztroskiego życia. Tak naprawdę pierwotnym celem było skupienie jak najliczniejszej żydowskiej elity, tak, by ich uwięzienie stanowiło przedmiot sporu z innymi państwami, które miały się za nimi wstawiać. Na zamkniętym terenie znajdowało się mnóstwo żydowskich przedstawicieli inteligencji, artystów czy sportowców – jedni z najsłynniejszych więźniów to rabin Leo Baeck, kompozytor Viktor Ullmann, Ester Adolphine – siostra Zygmunta Freuda czy Alfred Flatow, pierwszy żydowski zdobywca złotego medalu olimpijskiego. W pewnym momencie kulturalne życie zaczęło rozkwitać i przybierać formę zorganizowanych zajęć. Wykłady, dyskusje o Platonie, założeniach Majmonidesa, Talmudzie czy Biblii; recitale, wieczorki poetyckie czy koncerty jazzowe – choć trudno w to uwierzyć, wpisało się to w obozową rzeczywistość i pomogło w szerzeniu nazistowskiej propagandy skierowanej na zachód. Także Judenrat „zarządzający” gettem określany był mianem swoistego „resortu kultury”. Bogate kulturalne życie w modelowym obozie miało przecież świadczyć o humanitarnym traktowaniu więzionych i zadawać kłam pogłoskom o rzekomych obozach zagłady – choć z wywożenia do obozów zagłady i wcale nie zrezygnowano i widmo śmierci było stale obecne. Na podstawie źródeł, którymi dysponowałem, trudno wskazać, czy ktokolwiek stworzył ligę w Terezinie ex officio, i ktoś za pomocą dyrektywy jednoznacznie zarządził, że takie rozgrywki mają powstać. Narodziny Ligi Terezin przypisać można raczej celowej i świadomej polityce SS, polegającej na stopniowym reformowaniu obyczajów, udostępnianiu kolejnych „udogodnień” i pozornego łagodzenia nazistowskiego reżimu. Za jednego z takich reformatorów uważa się Alfreda Hirscha, jednego z więźniów wyznaczonych przez kierownictwo SS do opieki nad dziećmi., Był niemieckim Żydem – co powodowało, że był w pewnym stopniu szanowany przez część członków SS. To Hirsch był jednym z tych, którzy nalegali na utworzenie boiska dla dzieci, na udostępnienie im przyborów malarskich czy instrumentów – i choć kojarzony jest głównie jako opiekun dzieci, to jego działalności obozowej można przyznać spory wkład w rozwój sportu i kultury na terenie obozu. Inną sylwetką godną przypomnienia jest Frantisek Maier. Był on 20-letnim madrichem, a więc młodszym opiekunem i jednym z ulubieńców w młodzieżowych kwaterach Theresienstadt. Dziecięce kwatery były oddzielone od dorosłych, tak by nie musiały patrzeć na zgoła inne, często znacznie brutalniejsze traktowanie starszych. Franta, jak go pieszczotliwie nazywano, zajmował się chłopcami z pokoju siódmego. Wspominany przez Pavla Weinera, jednego z podopiecznych, był niby starszy brat – ciepły, troskliwy, ale potrafiący utrzymać dyscyplinę. To on aktywizował młodzież i sprawiał, że – jak wspomina Weiner w swoim dzienniku – „ich życie w obozie było na swój sposób wyjątkowe”. Autor dziennika dodaje: „Franta ciągle wymyślał nam jakieś zabawy i aktywizował nas; do tego kładł silny nacisk na piłkę nożną” Nie działał jak bezduszny brygadzista czy majster, stworzył raczej silną, zwartą grupę przyjaciół – to pozwoliło chłopcom stworzyć drużynę młodzieżową, nazwaną przez nich Nesharim, co w języku hebrajskim oznacza „Orły”. Franta nie należał do Nesharim. Sam był bramkarzem w zespole Jugendfuersorge, czyli opiekunów młodzieży. To właśnie Maier widoczny jest na jednym z kadrów filmu propagandowego. Kreatywni i zaradni chłopcy w swojej fascynacji poszli jeszcze dalej – zaczęli redagować gazetkę Rim, Rim, Rim! , nazwaną tak od okrzyku motywacyjnego przed meczami i turniejami. Pierwszy numer, napisany na maszynie, ukazał się w sześciu kopiach i dotyczył głównie spraw związanych z futbolem i sylwetkami ulubionych sportowców. Łącznie zachowały się 23 numery czasopisma, a tematyka Rim, Rim, Rim! przestała ograniczać się wyłącznie do sportu. Chłopcy zaczęli poruszać tematy znacznie bardziej uniwersalne, dotyczące życia, sztuki czy osobistych doświadczeń. We wrześniu 1944 Maiera, wraz z chłopcami z pokoju siódmego wysłano do Auschwitz, a Rim, Rim, Rim! przestało się ukazywać. Z grupki przyjaciół przetrwał jedynie starszy brat. Większość sformowanych ekip stanowiły określone grupy robotnicze złożone z więźniów. Kucharze (Köche), elektrycy (Elektriker) czy krawcy czy stanowili trzon całych rozgrywek. Jedną z gwiazd ligi był pomocnik olimpijskiej reprezentacji Czechosłowacji Pavel Mahrer. Jednak skład ligi nierzadko się zmieniał – podobnie jak zasady jej funkcjonowania – dzielono ją na ligę jesienną i wiosenną, a do tego grano o obozowy puchar. Oprócz wyżej wymienionych grup zawodowych istniały także drużyna lekarzy – Aeskulape, grupy skupiające członków organizacji syjonistycznej Blau-Weiß (młodzieżówka), reprezentacje Wiednia, Pragi, Czech czy Moraw. Prawdziwie eklektyczna liga, tworzona przez najrozmaitszych przedstawicieli różnych grup społecznych, profesji czy narodowości. W rozgrywkach uczestniczyli nawet strażnicy getta, tworzący drużynę Gettowache. Co ciekawe, z relacji świadków wynika, że nawet funkcjonariusze SS, mimo pozorów, jakie mieli zachowywać, gorąco kibicowali i wrzeszczeli podczas meczów. Wyniki w meczach pomiędzy drużynami były więcej niż hokejowe: 14:2, 9:1 czy 2:8 stanowiły rutynę. W jednym ze spotkań pomiędzy Kucharzami a SC Linden padł wynik 19:2! W jesiennych rozgrywkach w 1943 sam Hagibor Theresienstadt (nota bene ostatni w ligowej tabeli) w jedenastu meczach stracił łącznie 77 goli, a ekipa kucharzy przez tyle samo spotkań zdobyła 82 bramki. U kierownictwa getta można było ubiegać się o specjalne stroje dla swojej drużyny. Zwykle grano w systemie 6+1 a połowa spotkania trwała 35 lub 30 minut. Boisko (oczywiście bez murawy) o wymiarach 45 na 75 metrów znajdowało się na dziedzińcu na terenie koszar. Widzowie w czasie spotkania siedzieli na ławkach ustawionych wokół boiska. Wielu ściskało się w okropnej ciżbie w oknach i murach koszar, byleby tylko obejrzeć mecz. „Graliśmy w niedzielę po południu, oglądało nas 3500 osób, byliśmy prawdziwymi idolami” – wspominał Jirka Taussig – Tesar, bramkarz młodzieżowej reprezentacji Czechosłowacji , który także przebywał w Terezinie. Świadectwo Tesara to bardzo mocny dowód na ogromne zainteresowanie obozowej społeczności futbolem – jedną z możliwości zapomnienia o beznadziejnym położeniu. „Kiedy tam trafiłem, wiele drużyn walczyło o mnie jakbym był częścią przetargu, ale zdecydowałem że dołączę do Kleiderkammer (odzieżówki). Miałem dzięki temu gdzie zanocować i pracować – a to na pewno pomogło mi przetrwać w getcie” – tu znów Tesar.
Do twierdzy na północno-zachodnim krańcu Czech przewieziono łącznie około 140-150 tysięcy Żydów, z czego co najmniej 15 tysięcy stanowiły dzieci. Różne są informacje na temat ofiar – liczba zmarłych na skutek fatalnych warunków waha się od 30 do 60 tysięcy. Do obozów śmierci (Auschwitz-Birkenau, Mały Trościeniec) wysłano co najmniej 80 tysięcy osób. Mimo zręcznych działań hitlerowskiej propagandy, nikt nie miał wątpliwości. „W Theresienstadt dostawałeś wszystko, o co tylko poprosiłeś, ale cała tragedia polegała na tym, że to była jedynie przykrywka i ludzie nie przestawali ginąć” mówił Franta po latach. Franta Maier po wojnie zmienił zapis imienia na amerykańskie „Francis” i wyjechał do Stanów. Zmarł w listopadzie ubiegłego roku. George, czyli Jiri Tesar nie żyje już od czterech lat. Czy piłka nożna potrafiła całkowicie wyzwolić z doświadczania okrucieństwa? Czy nadchodzący mecz czy zwycięstwo dawały cień szansy na przeżycie? Oczywiście że nie – Maier wspominał, zastrzelenie fotografa podczas meczu pomiędzy reprezentacjami Czech i Moraw. Dlaczego go zastrzelono? Ot tak, po prostu.
Historia Franty i jego kilkudziesięciu podopiecznych to opowieść o sile, nadziei i pragnieniu przetrwania i – co chyba najważniejsze – o niewątpliwym braterstwie, którego spoiwem był futbol w najbardziej pierwotnej postaci; nie ten współczesny, tak dobrze nam znany, oparty na rywalizacji i wyścigu – futbol w Theresienstadt stanowił czystą rozrywkę i dawał radość. Nie był wyścigiem. Był ucieczką.
9
Zapomnienie(wiecie gdzie czytać):
@NaFazieHitman
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
0
Jeśli mamy zespół do zdobywania trofeów, jak mówi Xavi, to tylko i wyłącznie do zdobycia Pucharu Króla, oczywiście na tą chwile bo po okienku zimowym sytuacja może się zmienić(mam tu na myśli walke o mistrzostwa La Liga). Natomiast nawet po okienku zimowym i nawet gdybyśmy awansowali do fazy pucharowej Champions League, to absolutnie nie mamy czego szukać w tych rozgrywkach w tym sezonie.
10
Początki Wielkiego Widzewa:
19 października 1977 r. Widzew Łódź przegrał na stadionie ŁKS-u z PSV Eidhoven 3:5 w 1/16 Pucharu UEFA. Był to jeden z najbardziej widowiskowych meczów pucharowych Widzewa, który po wyeliminowaniu w pierwszej rundzie Manchesteru City trafił ponownie na słynnego i utytułowanego rywala, który w tamtym czasie zaliczał się do najlepszych drużyn Europy, a w składzie PSV grali między innymi bramkarz J. Van Beveren czy zawodnicy późniejszego wicemistrza Świata Holandii z Mundialu w Argentynie, w 1978 r. jak Ernie Brands, Jan Poortvliet czy bracia Rene i Willy Van der Kerkhof. Fakt wyeliminowania Manchesteru City spowodował, że zainteresowanie tym meczem było olbrzymie a dodatkowo prasa umiejętnie podgrzewała atmosferę, toteż na mecz ten trzeba było się wybrać z wyprzedzeniem, by zająć jakieś dobre miejsce do obejrzenia tego widowiska i nie tracić nerwów przy wchodzeniu na stadion. Tak jak w meczu z MC dominował tłum ludzi ubranych na szaro, niewielu posiadało barwy czy flagi, natomiast to, co różniło to spotkanie od meczu z MC to niesamowite emocje spowodowane zmieniającym się wynikiem. Prowadziliśmy w 16 min. 1:0 po strzale Rozborskiego by potem przegrywać 1:3, a następnie znów doprowadziliśmy za sprawą Kowenickiego w 65 min. do stanu 2:3 by ponownie stracić dwa gole na 2:5. Gdy Boniek strzelił w 79 min. gola na 3:5 to atmosfera przypominała „kocioł z wrzącą wodą”. To były piękne chwile a warto podkreślić, że w pomeczowych wypowiedziach dziennikarze holenderscy nie mogli sobie przypomnieć kiedy PSV stracił tyle bramek w jednym meczu. Apetyty na sukces przed spotkaniem były bardzo rozbudzone, ale mimo porażki ludzie wychodzili z tego spotkania z wypiekami na twarzy, bo adrenalina spowodowana emocjami była ogromna, a mecz stał na wysokim poziomie. Przed i po meczu nie było (tak jak w przypadku meczu z MC) atmosfery jakiegoś zagrożenia i ludzie w spokoju rozchodzili się do domów. Z Holandii na ten mecz przyjechało do Łodzi kilkudziesięciu oficjeli i tylko oni kibicowali swojej drużynie. Ten mecz stał się (tak jak w przypadku meczu z MC) podwaliną do uzyskiwania coraz większej popularności przez Widzew, a niewątpliwą zasługą dla tego była gra piłkarzy. Warto przytoczyć ich nazwiska – S. Burzyński (bramkarz), Z. Kostrzewiński, W. Surlit, W. Chodakowski, Z. Boniek, H. Dawid, P. Zawadzki, P. Janas (nie mógł wystąpić w meczu rewanżowym, bowiem nabawił się kontuzji w spotkaniu ligowym z Szombierkami Bytom), A. Grębosz, T. Błachno, Z. Rozborski, M. Tłokiński, A. Pyrdoł, T. Gapiński, A. Możejko, R. Kowenicki.
@NaFazieHitman
@Sensible
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@patataj
@DaPidejpi
13
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
19 października 1999 r. FC Barcelona pokonała na Wembley Arsenal 2:4 w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Wobec niezliczonych zapytań o bilety Arsenal przeniósł mecz Ligi Mistrzów na słynny Wembley. Blaugrana dość niespodziewanie pokonała Kanonierów przerywając trwający 39 lat okres bez zwycięstwa na wyjeździe z drużyną angielską. Jednym z bohaterów był bramkarz Arnau, który zastąpił Hespa. Prasa o tej zmianie wiedziała od dawna ale van Gaal obsesyjnie bojący się wycieków z szatni, ogłosił to oficjalnie dopiero na odprawie przedmeczowej. Kibice Barçy siedzieli na dokładnie tych samych miejscach co w 1992 r., gdy Duma Katalonii po raz pierwszy w swojej historii sięgnęła po Puchar Europy Mistrzów Klubowych właśnie na Wembley.
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj