0

Z jakie powodu drużyny(w tym i nasza Barcunia), które poprzednio grały we wtorek, ponownie graja we wtorek w Lidze Mistrzów? skoro ostatnio było na przemian?

12

To było meczycho!

4 października 2008 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Atletico Madryt 6:1 w ramach 6 kolejki La Liga. W pierwszym sezonie pracy Guardioli nie warto było spóźniać się na żaden z meczów, czego najlepszym przykładem jest potyczka z Atletico. Futbol Barçy był totalny, gole strzelali nie tylko napastnicy ale również i obrońcy(przykładem Marquez, który strzelił gola w 3 minucie tego meczu). Widzowie, którzy weszli na stadion, bądź włączyli odbiorniki w 10 minucie meczu nie zobaczyli 3 goli gospodarzy i pierwszego gola Messiego z rzutu wolnego w karierze, w dodatku nietypowego, gdyż zdobytego w momencie gdy bramkarz gości ustawiał mur. Opuszczenie pierwszej połowy meczu odbierało właściwie sens oglądania drugiej, ponieważ Blaugrana zrezygnowała po przerwie z przygniatającego pressingu. FC Barcelona z reguły pilnowała już wysokiego prowadzenia, podając w nieskończoność piłke, której przeciwnik nie był w stanie przejąć i dobijała rywali kolejnymi golami.



@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10

3

@Pawel13sz Całkiem zapomniałem o tym meczu. To był mecz fazy grupowej?

11

@FCBparasiempre Historia dotyczy piłkarzy pochodzących z Surinamu, dlatego warto na wstępie przypomnieć sobie co nieco na temat tego państwa. Surinam do 1975 roku był holenderską kolonią nazywaną Gujaną Holenderską, ale jeszcze w 1935 roku w Holandii zamieszkiwało ledwie 200 obywateli Gujany. Po zakończeniu II Wojny Światowej coraz więcej młodych ludzi głównie Kreoli rozpoczynało studia w Amsterdamie i Lejdzie, a następnie pozostawało w Holandii. Kraj oferował dużo większe perspektywy niż Gujana Holenderska. Emigracja wzrosła po 1954 roku, gdy ogłoszono statut Królestwa Niderlandów, który zrównywał w prawach mieszkańców kolonii z rodowitymi Holendrami. O ile wcześniej emigrantami byli głównie ludzie wykształceni, to w latach 60., gdy koszty transportu morskiego zdecydowanie się obniżyły, nowego, lepszego życia zaczęli szukać także słabiej wykwalifikowani pracownicy. Po uzyskaniu niepodległości w 1975 roku do Rotterdamu, Hagi czy Amsterdamu dotarła kolejna fala emigrantów. Brak wykształconych i wysoko wykwalifikowanych pracowników przyczynił się do kłopotów gospodarczych nowo powstałego państwa, oraz pośrednio do przejęcia władzy przez wojsko i dyktatora Dési Bouterse’a w 1980 roku. Gdy w Surinamie ginęli ludzie walczący z dyktaturą (morderstwa grudniowe w 1982 roku), w Holandii potomkowie emigrantów zaczęli odnosić sukcesy w piłce nożnej. Wprawdzie pierwszy piłkarz pochodzenia surinamskiego, czyli Humphrey Mijnals zadebiutował w reprezentacji Holandii w 1960, to na prawdziwe gwiazdy trzeba było poczekać do lat 80. Pewnie znacie takich piłkarzy jak: Ruud Gullit, Frank Rijkaard, Aron Winter czy Stanley Menzo. Wszyscy są pochodzenia surinamskiego i każdy z nich występował w meczach Kolorowej Jedenastki. Mogli również znajdować się na pokładzie feralnego samolotu linii Surinam Airways o numerze PY 764… Na szczęście z różnych powodów się na nim nie znaleźli i dzięki temu mogliśmy podziwiać ich grę w kolejnych latach.

W 1984 roku mieszkaniec Amsterdamu Sonny Hasnoe wymyślił, że istnieje możliwość zrobienia czegoś, co mogłoby pomóc w walce z ubóstwem wśród Surinamczyków i jednocześnie promować integrację tej mniejszości narodowej w Holandii. Potrzebna była tylko współpraca holenderskich piłkarzy z korzeniami w Surinamie, odpowiedni przeciwnik i przede wszystkim zainteresowanie mediów. Inicjatywa Hasnoe spotkała się z pozytywnym odzewem wśród czołowych graczy pochodzenia surinamskiego i już dwa lata później, na Stadionie Olimpijskim w Amsterdamie, udało się rozegrać mecz, w którym Het Kleurrijk Elftal zmierzyła się z mistrzem Surinamu SV Robinhood. Kolorowa Jedenastka była przekrojem surinamskiej piłki nożnej w Holandii. Obok wielkich gwiazd takich jak: Gullit, Rijkaard, Blinker czy Silooy, występowali w niej gracze z mniejszych klubów, takich jak Telstar, Heracles Almelo czy RBC. Trenerem drużyny był Nick Stienstra, który w Surinamie występował w barwach Robin Hood, a w Holandii skończył CIOS (Centralny Instytut Szkolenia Liderów w Sporcie) i trenował amatorskie RCH Heemstede. Pod koniec lat osiemdziesiątych starał się zdobyć wykształcenie, które po powrocie do ojczyzny pomogłoby mu podnieść poziom rodzimego futbolu. Drużyna Stienstry rozgrywała niestety tylko jeden mecz rocznie, a zapotrzebowanie na te spotkania w Surinamie było dużo większe. W związku z tym SVB (Surinamski Związek Piłki Nożnej) zorganizował turniej z udziałem Kolorowej Jedenastki i trzech największych wówczas miejscowych klubów: SV Transvaal, SV Boxel (obecnie Nacional Deva Boys) i SV Robinhood. Rozgrywki miejscowej ligi już się skończyły i władze chciały jakoś zapełnić stare, zniszczone stadiony. Przyjazd Het Kleurrijk Elftal miał pomóc w promocji piłki nożnej w Surinamie. Miejscowi chłopcy mieliby możliwość zobaczenia na żywo piłkarzy, których dotąd podziwiali tylko w telewizji, a warto wiedzieć, że gracze tacy jak Ruud Gullit czy Gerald Vanenburg mieli wówczas w Paramaribo i okolicach niemal półboski status.



Nick Stienstra wysłał zaproszenia do ponad sześćdziesięciu graczy, ale otrzymał wiele odmownych odpowiedzi. Nie wynikały one w większości z niechęci piłkarzy do wyjazdu. Po prostu największe kluby nie chciały puścić swoich zawodników (czym uratowali ich życia…). Ostatecznie udało się zebrać kadrę 21 osób, którzy wraz z trenerem, mieli udać się do Surinamu.

Dwóch najbardziej znanych graczy, Stanley Menzo (udał się do Surinamu na własną rękę, bez zgody klubu) i Hennie Meijer wybrali wcześniejszy lot i już na miejscu czekali na kolegów. Oprócz nich wcześniej polecieli bracia Jerry i Jimmy Simons, którzy zdecydowali się na to, ze względu na przeczucia ich matki. Jak się okazało, ta decyzja prawdopodobnie ich ocaliła. 17 piłkarzy i trener Stienstra, 6 czerwca 1989 zebrali się na lotnisku Schiphol w Amsterdamie. Ze względu na opóźnienie, samolot SLM (Surinamskich Linii Lotniczych) wystartował tuż przed godziną 24. Lot przebiegał bez zakłóceń, ale problemy pojawiły się tuż przed końcem. Ze względu na dużą mgłę pilot trzykrotnie nie uzyskał zgody na lądowanie, ale mimo to, wykorzystując system ILS spróbował po raz czwarty. Niestety, na wysokości 25 metrów nad ziemią samolot zawadził skrzydłami o drzewa i runął na ziemię. W katastrofie zginęli wszyscy członkowie załogi i 167 ze 178 będących na pokładzie pasażerów, w tym 15 z 18 członków ekipy Het Kleurrijk Elftal. Była to największa katastrofa lotnicza w historii Surinamu.

Ofiary tragedii:

Rudy Degenaar (25 lat – Heracles Almelo). Silny i wytrzymały obrońca Heraclesa. Był synem Dolfa Degenaara, który grał w latach 50. i 60. i występował w PEC Zwolle i Tubantii. Jako jedyny członek ekipy podróżował z dziewczyną (Hedwig Wolthuis), która również zginęła w tej katastrofie.

Steve van Dorpel (23 lata – FC Volendam). „Perła z Bijlmer”. Bardzo utalentowany napastnik, który w momencie katastrofy był graczem FC Volendam, ale prowadził zaawansowane rozmowy w sprawie przejścia do Rody JC Kerkrade. Upamiętniający go pomnik stoi w Bijlmerpark w Amsterdamie.

Wendel Fräser (22 lata – RBC Rosendaal). Znakomity drybler, który w młodości grał w swym wymarzonym klubie – Feyenoordzie, ale tam się nie przebił. W RBC grał znakomicie i po zakończeniu sezonu miał przejść za 60 000 guldenów (ok. 27 tysięcy euro) do SVV Schiedam. W Surinamie Fräser miał po raz pierwszy spotkać się ze swoim ojcem. Pomimo tego, że nigdy z nim nie rozmawiał, piłkarz chciał go zobaczyć. ,,Miało to odbyć się na zasadzie pokazania mu: Tak wyglądam, zobacz kim się stałem, do wszystkiego doszedłem bez twojej pomocy”- tak wspomina to jego brat Hille FRÄSER. Jego starszy brat miał mieszane uczucia wobec swojego ojca - ,,Ten człowiek nas zawiódł ale z drugiej strony Wendel chciał zobaczyć, jak wyglądał, gdy stanąłby z nim twarzą w twarz, miał zdecydować czy go uściskać, czy po prostu odejść. To był jego ojciec, którego bardzo mu brakowało.

Frits Goodings (25 lat – FC Wageningen). Defensywny pomocnik, który grał w akademii FC Utrecht. W 1989 roku występował w FC Wageningen. Świetny piłkarz, który jednak był dość podatny na kontuzje. Początkowo miał wyjechać na wakacje do Ameryki, ale przesunął termin, tak by móc pojechać do Surinamu z Kolorową Jedenastką.

Jerry Haatrecht (28 lat – Neerlandia). Obrońca, który grał w młodości z Ruudem Gullitem i Frankem Rijkaardem na placu Balboaplein w Amsterdamie. Miał dużo talentu i grał ze swoim bratem w juniorach Ajaksu, ale brakowało mu mentalności, aby odnieść sukces jako zawodowy piłkarz. Jerry zastępował w kadrze swojego brata, który nie mógł pojechać do Surinamu ze względu na mecze barażowe jego klubu SC Heerenveen. Był jedynym amatorskim piłkarzem w zespole Kleurrijk Elftal.

Virgall Joemankhan (20 lat – Cercle Brugge). Bardzo utalentowany pomocnik, który w młodości również występował w Ajaksie. Gdy został przesunięty do drugiej drużyny, postanowił wyjechać do Belgii i występował w barwach Cercle Brugge. Był przyjacielem Toma Krommendijka, który zginął w 1990 roku po wypadku samochodowym. Joemankhan był znany z rozrywkowego trybu życia.

Andro Knel (21 lat – NAC Breda). Utalentowany lewoskrzydłowy lub lewy obrońca Sparty Rotterdam i NAC Breda. W młodości grał w Sparcie na skrzydle, ale ostatecznie skończył w formacji defensywnej. Na treningi jeździł… na wrotkach, co bardzo podobało się fanom i powodowało, że był bardzo lubianym graczem. W NAC występował dopiero pół roku, ale i tam zyskał ogromną popularność. Po jego śmierci kibice obydwu klubów bardzo zbliżyli się do siebie i ustanowili „Andro Knee Bokaal”. Jest to unikalny na skalę światową mecz pomiędzy kibicami obydwu klubów. W obu występował Andro. Jest rozgrywany w dniu, w którym mierzą się ze sobą pierwsze zespoły Sparty i NAC.

Ruben Kogeldans (22 lata – Willem II). Obrońca Wilhelm II Tilburg został powołany w ostatniej chwili, ponieważ były wątpliwości co do jego przydatności w zespole. Ze względu na plagę kontuzji miał niewielką konkurencję. Występował w VVV, z którego przeszedł do Willem II. Był nieodpowiedzialny w grze, ale bardzo pracowity na treningach. Jego ojciec Paul grał w Voorwaarts i VVV. Rodzina Kogeldansa jest jedyną, która nadal sądzi się z SLM.

Ortwin Linger (21 lat – Haarlem). Prawy obrońca Haarlem, gdzie trenerem był Dick Advocaat. Chciał go nawet zabrać do swojego nowego klubu SVV. Ortwin zmarł z powodu urazów trzy dni po katastrofie SLM. W ciągu tych trzech dni był nazywany pacjentem X. Było to spowodowane tym, że w szpitalu panował całkowity chaos, a z piłkarzem nie było kontaktu (mógł tylko mrugać oczami). Dlatego jego tożsamość pozostawała przez długi czas tajemnicą. Jego nazwisko znalazło się na liście ofiar, a także na liście zaginionych. Przez to rodzina przez wiele dni żyła w wielkiej niepewności. W tym czasie pomagał im Dick Advocaat, który miał dobre relacje z matką Ortwina. Ostatecznie został zidentyfikowany przez wuja (który objeździł wszystkie szpitale ze zdjęciem Ortwina) i Stanleya Menzo, na podstawie zębów i wyglądu łydek.

Fred Patrick (23 lata – PEC Zwolle). Pomocnik AZ Alkmaar i PEC Zwolle. Fred Patrick był kreatywnym rozgrywającym, znanym również z wielkiego poczucia humoru i swoich umiejętności naśladowania i parodiowania Steviego Wondera.

Andy Scharmin (21 lat – FC Twente). Był bardzo utalentowanym obrońcą i kapitanem młodzieżówki. Miał ojca Niemca i matkę z Surinamu. Mógł wyjechać wraz z młodzieżową kadrą Holandii do Tulonu, lub z Kolorową Jedenastką do Surinamu. Wybrał rodzinny kraj matki, która – co ciekawe – również podróżowała z nim tym samolotem. Dla matki był to powrót do Surinamu po 40 latach. Scharmin otrzymał pozwolenie od klubu w ostatniej chwili. Niedługo po tragedii FC Twente zagrało mecz z FC Barceloną dla uczczenia pamięci Scharmina.

Elfried Veldman (23 lata – De Graafschap). Szybki skrzydłowy, który dorastał w juniorach Ajaksu. Przez zbyt słabe wyszkolenie techniczne nie podpisano z nim kontraktu i przeniósł się do De Graafschap. Elfried był bratem Johna Veldmana, gracza m.in. PSV, Ajaksu i Sparty, który raz wystąpił w reprezentacji Holandii.

Florian Vijent (27 lat – SC Telstar). Bramkarz Telstaru, który został wybrany najlepszym golkiperem drugiej ligi w sezonie 1988/89. Był dobrym przyjacielem Stanleya Menzo, któremu ze względu na duże podobieństwo, często pożyczał prawo jazdy.

Ocaleni z katastrofy:

Sigi Lens – szybki napastnik Fortuny Sittard. Był bliskim przyjacielem Freda Patricka, który zginął. Po odzyskaniu sprawności próbował powrócić na boisko, ale musiał zrezygnować ze względu na rehabilitację. Obecnie jest właścicielem firmy managerskiej zajmującej się piłkarzami.

Edu Nandlal – występował w FC Utrecht, Emmen i Vitesse. Po katastrofie miał paraplegię spowodowaną uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Obecnie ma własną firmę sprzątającą.

Radjin de Haan – Siedem miesięcy po katastrofie wrócił na boisko, ale już nigdy nie zbliżył się do poziomu, który reprezentował wcześniej. W 1990 roku zainteresował Telstar, jednak nie doszedł już do swojego starego poziomu. Obecnie jest trenerem amatorskich drużyn w Holandii.

Upamiętnienie

Kilka dni po katastrofie, w Amsterdamie zorganizowano imponującą ceremonię ku czci ofiar, podczas której przemawiał Ruud Gullit. Również w 1989 roku na De Kuip odbył się mecz towarzyski pomiędzy graczami surinamskimi a reprezentacją Holandii. W Surinamie znajdują się dwa pomniki upamiętniające katastrofę SLM. Również kibice klubów, w których występowali poszczególni gracze, w różny sposób uczcili ich pamięć np. jedna z trybun stadionu PEC Zwolle nosi imię Freda Patricka.


11

2

@Szalik Zgadza się i to dopiero po prawie 75 latach! To świadczy o sile przedwojennego polskiego futbolu.

12

Pamiętajmy bo warto:

Legendarny snajper Teodor Peterek w okresie 03.10.1937 – 11.09.1938 w 16-tu kolejnych występach w ekstraklasie strzelał gole! Kolejni gracze, w tej klasyfikacji (Henryk Herbstreit z ŁKS-u Łódź i Marek Koniarek z Widzewa Łódź zaliczyli „zaledwie” 10. takich spotkań). Ten okres strzelania goli był przez wiele lat rekordem świata! Wiecie kto pobił rekord Peterka?
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman
@Symson
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Sensible

1

@agaFCB A no to jeśli z przymrużeniem oka no to ok. bo to było tak napisane, jak właśnie te zawistne osoby. Powiem ci jednak szczerze że te całe ,,dźwignie" bardzo mi się nie podobają. To tak jak byśmy sprzedawali siebie komuś na jakichś ich warunkach na... nie wiadomo jaki czas? może na zawsze? Pozostaje duży niesmak i nie wiadomo jak to się kiedyś skończy...

1

@Culers Oczywiście że słyszałem o dźwigniach ale że mają doprowadzić do bankructwa i to już za 2 lata to nie słyszałem...

0

@agaFCB Jak to dlaczego nie będzie?

1

@denks1984 To tak jakbyśmy razem oglądali i razem zachwycali się tym samym zawodnikiem. Od przybycia kochanego murzynka Samuela pokochałem Barcunie na amen!

11

@FCBparasiempre 3 października 1950 r. w Gdańsku urodził się Andrzej Szarmach, napastnik. ,,Zawsze drugi. Całe życie ciągle drugi. Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, czułem się jak drugi”. Czy jest lepszy cytat do opisu kariery Szarmacha? Ciągła pogoń za złotem a mimo to ciężko mówić o jakimś niespełnieniu. W końcu mowa o 2-krotnym medaliście MŚ i wicemistrzu olimpijsku. W Górniku Zabrze przyszło mu zastąpić kontuzjowanego Lubańskiego i w nim następcę słynnego napastnika dostrzegł też selekcjoner reprezentacji Polski. Trzema golami strzelonymi w towarzyskich starciach z Haiti ostatecznie przekonał Kazimierza Górskiego do nominacji mundialowej. Niewiele jednak zabrakło by trener został zmuszony do radzenia sobie bez niego. W ostatnim kwietniowym meczu ligowym Szarmach doznał poważnej kontuzji kostki i musiał zejść z boiska. Nie pojawił się już na boisku aż do mundialu. Wcześniej też mierzył się z innymi urazem i stracił prawie całą wiosne, strzelając w niej tylko jednego gola. Mimo to w Niemczech Górski z szerokiego grona napastników postawił właśnie na niego, choć wcześniej zdawało się że przegrywa rywalizacje z Domarskim. W towarzyskich starciach przewyższał jednak swych konkurentów. ,,W roli środkowego napastnika najlepiej spisał się Szarmach. Już przed paroma dniami w meczu krakowskim wykazał on dużą dojrzałość piłkarską.”- pisał ,,Dziennik Polski” po sparingu kadry z Malagą. Szarmach na mundialu stał się jedną z największych gwiazd. Strzelił gola po pięknej podcince z Argentyną, w starciu z Haiti stał się drugim polskim piłkarzem w historii mundiali z hat-trickiem na koncie(po Erneście Wilimowskim) a na zakończenie fazy grupowej pokonał bramkarza Włochów po świetnym strzale głową nad bezradnie interweniującym Dino Zoffem. Mógł nawet powiększyć swój dorobek bo z Argentyńczykami zaliczył słupek. Dodatkowo wywalczył karnego na wage zwycięstwa z Jugosławią. Z dorobkiem 5 goli przewodził klasyfikacji strzelców MŚ jeszcze na tym etapie rozgrywek. Dopiero na finiszu wyprzedził go Grzegorz Lato. Wpływ na to miała kontuzja, jaka odniósł w starciu z Jugosławią. Przez stłuczenie mięśnia nie mógł wystąpić z RFN. Temu Górski przypisywał jedyną porażke poniesioną na tym turnieju. Ostatecznie Szarmachowi pozostał tytuł wicekróla strzelców. Drużynowo wywalczył zaś srebro, przyznawane za 3. Miejsce na świecie. ,,Zrobiliśmy dużo ale mogliśmy zajść jeszcze wyżej – mówił sam po powrocie. Agencja UPI dała go jako rezerwowego w najlepszej jedenastce turnieju. Podobnie ustawił go News of the World. Podczas MŚ cieszył się olbrzymią sympatią widzów i nie wiadomo co bardziej pociągało trybuny – wąsik, szybkie i celne strzały czy też autentyczny wdzięk piłkarski tego zawodnika?”- zastanawiał się ,,Dziennik Polski”. T o właśnie wtedy narodziło się słynne powiedzenie że ,,Szarmach wsadza głowe tam, gdzie inni boją się wsadzać noge”. Jak w starciu z Haitańczykami, gdy jego czupryna dwukrotnie znalazła się między bezradnie interweniującymi defensorami z Karaibów. Jego największym atutem była jednak skuteczność. Miłośnik statystyki komputerowej Jacek Gmoch mierzył kiedyś za pomocą nowoczesnych technologii kontakty z piłką swoich zawodników podczas meczu. Wynik Szarmacha był prawie nieprawdopodobny. Środkowy napastnik przez 90 minut nie zanotował nawet dwucyfrowej liczby w tej klasyfikacji. Nie przeszkodziło mu to strzelić w tym meczu 2 goli… Przyzwyczajony przez większość meczu Szarmach, gdy tylko piłka znajdowała się w polu karnym, stanowił ogromne zagrożenie. Wykorzystywał większość nadarzających mu się sytuacji w meczu. Od linii 16 metra piłka niemal sama go szukała. Stąd wiele razy wychodził ,,sam na sam” z bramkarzami, co prawie z automatu oznaczało gola… Łącznie strzelił w ciągu 8 lat gry na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce aż 109 goli. Średnio daje to nieco ponad 12 goli na sezon. Przez ten czas tylko raz jego dorobek spadł poniżej dwucyfrówki w rozgrywkach. Przy 207 rozegranych meczach daje to przeciętnie 0,53 gola na mecz. Dwukrotnie był wicekrólem strzelców. Pozostaje też, a jakże, drugim najlepszym strzelcem w historii występów Stali Mielec w Ekstraklasie. Tylko on oraz Tomasz Frankowski w całej historii rozgrywek strzelili co najmniej po 45 goli w lidze dla więcej niż jednego klubu. Szarmach strzelał je dla dwóch czołowych ekip Ekstraklasy lat 70-tych – Górnika Zabrze oraz Stali Mielec. Gra w żadnym z nich nie dała mu jednak tytułu mistrza Polski! Do obu tych drużyn trafiał w sezonie następującym po zdobyciu złota. Z Górnikiem najdalej doszedł do srebra, ze Stalą Mielec do brązu. Z tą drugą drużyną mierzył się też w słynnych bojach z Realem Madryt w Pucharze Mistrzów. Swoja jedyną korone króla strzelców(poza 2 ligą) wywalczył na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu. Tu jednak z kolei drugie miejsce przyplątało się do niego w rankingu zespołowym. Polacy wyjechali z Kanady ze srebrem po porażce w finale z NRD, co w kraju przyjęto raczej z niedosytem. Szarmach pozostał natomiast bez wywalczonego tytułu drużynowego i nie zdobył go już do końca kariery. Razem z Latą, Kusto i Żmudą stanowi natomiast jedyny kwartet podwójnych medalistów MŚ w historii polskiej piłki. Oprócz srebra zdobytego za 3. Miejsce z drużyną Górskiego w 1974, znaleźli się oni też w zespole Piechniczka 8 lat później. W przypadku Szarmacha trudno żeby było inaczej, skoro swoim golem przyczynił się do wygranej w eliminacjach z NRD w Lipsku 3:2. Na mindialu trener trzymał go jednak w rezerwie. Wpuścił go na zmiane za Andrzeja Iwana w meczu z Kamerunem. Na kolejny występ musiał czekać do starcia o 3. Miejsce z Francją, choć wcześniej prasa głośno domagała się jego udziału w meczu z Włochami, gdy z powodu nadmiaru kartek nie mógł zagrać Boniek. Piechniczek ostatecznie postawił na Pałasza, co jak sam przyznał było jego największym błędem w karierze. Selekcjoner uprzedził się do niego po bardzo słabym występie z Kamerunem. Wtedy wprost powiedział: ,,Szarmach nie jest w formie”. Dość ostro krytykował go też legendarny komentator Jan Ciszewski, twierdząc że napastnik jest zbyt powolny i grzeszy nieskutecznością. W medalowym meczu Szarmach zagrał jednak od początku i zdobył wyrównującego gola po pięknym strzale z dość ostrego kąta. Do historii przeszła chyba jednak scena następująca bezpośrednio po trafieniu. Szarmacha zaczął wyściskiwać Boniek. Napastnik jednak nie okazał żadnej radości, tylko posłał groźne spojrzenie w kierunku selekcjonera… Ciszewski zaś zaniemówił przed mikrofonem z wrażenia po tej akcji. Sam strzelec podkreślał że gol go cieszy ale głównie dlatego że zdobył go w starciu z Francją a był już wówczas piłkarzem klubu z tego kraju. Dokonał tego w swym ostatnim meczu w reprezentacji. Jego dorobek wyniósł 62 mecze i 32 gole. Trafiał więc do siatek rywali średnio w co drugim meczu. Z liczbą 7 goli jest też drugim po Lacie najlepszym strzelcem Polski na MŚ. Tylko tych dwóch piłkarzy w historii biało-czerwonych potrafiło pokonywać bramkarzy rywali na 3 mundialach. Oprócz dwóch medalowych MŚ, uczestniczył też w turnieju tej rangi w 1978, gdzie uzyskał gola na wage wygranej 1:0. ,,Rozłozone ręce Szarmacha, mina zdobywcy po strzeleniu gola i malujący się na ustach okrzyk: To jest to! – to rzeczywiście najradośniejszy i zarazem pozytywny koniec konfrontacji z Peru.”- pisała ,,Trybuna Śląska”. Trener Gmoch w eliminacjach do tego turnieju miał dość specyficzny pomysł na wykorzystanie Szarmacha, stawiając go w drugiej linii, co przy braku dynamiki obniżało jego ocene. Zresztą często pojawiały się glosy że Szarmach już obniżył loty. Być może było to też odium afery z Gorgoniem, gdy wdali się w sprzeczke z obsługą pociągu. Jego odpowiedzią na takie głosy były jednak wybitne mecze, jak w eliminacjach ME z Holandią, w którym strzelił 2 gole. Spotkanie z ówczesnymi wicemistrzami świata uznawane jest za jedno z najlepszych w historii reprezentacji Polski. Po Stali Mielec wyjechał do Francji. Nad Sekwaną dla Auxerre strzelił 91 goli w pierwszej lidze francuskiej, co do dziś jest jednym z najlepszych wyników tego klubu. Dwukrotnie został uznany przez ,,France Football” najlepszym obcokrajowcem ligi francuskiej. Kres kariery piłkarskiej zbiegł się z początkiem pracy trenerskiej. W Ekstraklasie prowadził Zagłębie Lubin. Obecnie zajmuje się działalnością menadżerską. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Sklasyfikowany został na 7.miejscu na liście najlepszych polskich piłkarzy w historii ,,Magazynu Futbol”.


10

12

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

3 października 1913 r. w Königshütte(Chorzów) urodził się Leonard Piątek, świetnie wyszkolony technicznie napastnik, który świetnie odnajdywał się w grze kombinacyjnej i imponował silnym strzałem. Swoją przygodę z piłką zaczynał w barwach AKS-u, do którego zapisał się jako 13-latek. Debiut w lidze zaliczył 11 kwietnia 1937 r. W derbowym pojedynek u z Ruchem strzelił jedną z bramek, a jego zespół wygrał 3:1. We wrześniu w ligowym starciu z Wisłą strzelił swojego pierwszego hat-tricka w elicie. W swoim premierowym sezonie w ekstraklasie uzbierał 10 bramek, czym znacząco pomógł swojej drużynie, która na finiszu zajęła drugie miejsce w tabeli. Jego strzelecka forma eksplodowała jednak rok później. Wielu zachwycało się wówczas snajperskim popisami Peterka i Wilimowskiego, ale w całych rozgrywkach Piątek obu panom ustąpił tylko o jedną bramkę. Od maja do lipca trafiał w sześciu kolejnych meczach, a 2 października w meczu ze Śmigłym Wilno drugi raz w karierze strzelił trzy bramki w jednym meczu ligowym. Kolejne dwa hat-tricki ustrzelił w kolejnym sezonie – z Polonią i z Union-Touring. W sumie w lidze strzelił dla AKS-u 41 goli w 43 meczach. W kadrze zadebiutował w meczu z Łotwą 6 września 1936 r. W Rydze grała wówczas de facto druga reprezentacja, ale mecz jest uznawany za w pełni oficjalny. Warto zaznaczyć, że AKS-u nie było wówczas w pierwszej lidze, a mimo to Piątek swoimi umiejętnościami zwrócił uwagę Józefa Kałuży.

Skutecznością imponował nie tylko w klubie, bo już w drugim meczu w biało-czerwonych barwach trafił przeciwko Szwecji, a w kolejnym do kapitulacji zmusił golkipera z Rumunii. W starciu z Jugosławią, z którą walczyliśmy o awans na francuskie mistrzostwa, to właśnie Piątek strzelił dwa pierwsze gole, dzięki czemu polski zespół mógł grać spokojniej i kontrolować przebieg spotkania, zwyciężając ostatecznie 4:0 i przesądzając praktycznie sprawy awansu. Wystąpił w słynnym meczu z Brazylią. W czerwcu 1939 r. strzelił gola w zremisowanym 1:1 meczu ze Szwajcarami, a dwa miesiące później wyprowadził nasz zespół na prowadzenie w ostatnim meczu przed wojną, pewnie wykorzystując rzut karny. Był nominowany do olimpijskiej kadry, która miała nas reprezentować na igrzyskach w Helsinkach w 1940 r. Był piłkarzem bardzo uniwersalnym, można powiedzieć, że już przed wojną prezentował to, co później nazwano futbolem totalnym. W czasie okupacji był ochraniany przez niemieckie władze i cztery lata grał dla zespołu Germania, ale w końcu został wcielony do Wehrmachtu i szybko odniósł rany na polu walki. Do Polski wrócił pod koniec 1945 r. ale doznał w kraju wielu przykrości. Mało kto pamiętał, że to jemu Kałuża w czasie okupacji powiedział, że Ślązacy winni grać, bo będą jeszcze Polsce potrzebni. Po wojnie nie chciano go jego macierzystym klubie, więc karierę kończył w katowickiej Pogoni, gdzie był grającym trenerem i kapitanem. W Reprezentacji rozegrał 17 meczów, strzelając 11 goli.

@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Sensible

12

Barça w europejskich pucharach:

3 października 1983 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou 1:4 z FC Metz w ramach 1/16 Pucharu Zdobywców Pucharów. Barça Terry’ego Venablesa w pierwszym sezonie wszystko robiła efektownie. W La Liga wygrywała wszystkie mecze a w Pucharze Zdobywców Pucharów odpadła z rozgrywek w równie ,,efektowny” sposób. Po zwycięstwie w Metz 2:4 droga do awansu wydawała się otwarta, zwłaszcza że w 33 minucie meczu rewanżowego Blaugrana objęła prowadzenie. W dotychczasowych 4 meczach ligowych Katalończycy dali sobie strzelić tylko jednego gola. W takiej sytuacji strata 4 goli u siebie, potrzebnych przeciętnej francuskiej drużynie do awansu, wydawała się niemożliwa. Barça stosowała w tym meczu taktykę wymuszania spalonych wymyśloną przez Menottiego, polegającą na ustawianiu wysuniętej linii obrony, co Metz wykorzystało dwukrotnie w ciągu 2 minut, jeszcze w pierwszej połowie. W przerwie meczu nawet prezydent Metz nie wierzył w niespodziankę: ,,Sanchez(gracz Barçy, zdobywca samobójczego gola) dał nam prezent ale potrzebujemy jeszcze kilku aby zrekompensować nasze cztery podarunki z pierwszego meczu”. W drugiej połowie kolejne niemal identyczne zagrania za plecy stoperów zakończyły się trzecią i czwartą decydującą bramką dla gości . Wiceprezydent Joan Gaspart nie przebierał w słowach: ,,Proszę mnie nie pytać o naszych zawodników, bo mogę powiedzieć coś obraźliwego. Takie rzeczy dzieją się raz na tysiąc lat!”.

@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Ogorinho1974

7

@FCBparasiempre 2 października 1935 r. urodził się Omar Sivori, argentyński pomocnik i napastnik, Zdobywca Copa America-1957 ; Zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’ z 1961 roku oraz 3-krotny Mistrz Włoch. Z Argentyny do Włoch kilka tysięcy kilometrów. Kiedy jednak zajrzeć do kronik "calcio" można dojść do wniosku, że oba kraje dzieli miedza a w dodatku przechodzić można wyłącznie w jedną stronę, z Argentyny do Italii. Orsi, Monti, Libonatti, Demaria, Montuori, Cesarini, Lojacano, Ricagni, Angelillo, Maschio, Martino, Peasaola, Pucirelli czy Scopelli, to tylko nieliczni z najwybitniejszych graczy, którzy przewędrowali z Argentyny na Półwysep Apeniński. Jedni przyjechali do Europy pragnąc znaleźć się w kraju swoich przodków, drugich skusiła wizja solidnych zarobków. I chyba nie będziemy w błędzie twierdząc, iż ten drugi aspekt miał istotniejsze znaczenie, bowiem Argentyńczycy pojawili się również w Hiszpanii (di Stefano) czy Francji. Zbliżonym szlakiem podążył najlepszy piłkarz Europy 1961 roku, Omar Sivori. Urodził się w San Nicolas, kilkunastotysięcznym mieście w prowincji Buenos Aires, nad Paraną. W przeciwieństwie do wielu sławnych piłkarzy, których biografie rozpisano niemal na dni, od czasów chłopięcych począwszy, niewiele wiemy o początkach jego przygody z futbolem. Dopiero jako siedemnastolatka, identyfikuje go nam River Plate, chociaż wedle innych źródeł grę w tym klubie rozpoczął mając dziewiętnaście lat. Zresztą rozbieżności w interpretacji argentyńskiego fragmentu życiorysu Sivoriego, bez liku. Pozostaje wszak niepodważalne, iż w 1955 roku był już gwiazdą River. Miał szczęście doskonalić swój talent u boku takich znakomitości jak Labruna, Loustau czy Nestor Rossi. Ale rychło uczeń przerósł mistrzów. Oto w 1955 i 1956 roku Omar Sivori był najskuteczniejszym zawodnikiem "milionerów". Wprawdzie jego osiągnięcia: 10 i 11 bramek, wyglądają dosyć skromnie przy zdobyczach Labruny, Ferreyry, Moreno, Artime, Masa czy Morete, ale przecież "ważyły swoje".


Nieprzeciętny talent zjednał mu uznanie opiekunów reprezentacji, budujących kadrę na mistrzostwa świata w Szwecji. Nazwisko Sivoriego znajdujemy w składzie drużyny narodowej, która triumfowała w XXV Mistrzostwach Ameryki Południowej, rozgrywanych na peruwiańskich boiskach w 1957 roku. Doskonale spisywała się w Peru środkowa trójka napadu: Maschio, Angelillo, Sivori. Jednak nadzieje Argentyńczyków na zmontowanie silnej reprezentacji prysnęły niczym bańka mydlana. Angelillo znalazł się w Interze, Maschio w Bolonii, zaś Sivori - za 180 milionów lirów - w Juventusie! Argentyński Związek Piłkarski (AFA) uznał, że "synowie marnotrawni" niegodni są występów w MŚ. Trener Guillermo Stabile, "król strzelców" I światowego championatu, musiał z nich zrezygnować.


Wejście Sivoriego do Juventusu okazało się imponujące. Wraz z Walijczykiem Charlesem stworzył wyśmienity tandem, wspomagany przez Włocha Bonipertiego. W sezonie 1957/58 turyńczycy sięgnęli po prymat z przewagą ośmiu punktów nad Fiorentiną. Charles z 29 golami wygrał rywalizację strzelców, Sivori zajął w tej konkurencji trzecią pozycję z 22 trafieniami. W 1960 i 1961 Juventus znów był najlepszy we Włoszech, a prym w drużynie nadal wiodła trójka: Charles, Sivori i Boniperti, lecz w dorobku bramkowych Argentyńczyk zdecydowanie przodował. Zwyciężył w konkurencji "kanonierów" ligi w 1960 - 27 bramek, w następnym był drugi - 25, zaś w 1963 trzeci - 16. W tym czasie zespołowi, finansowanemu przez koncern "Fiata", dwukrotnie przypadł Puchar Italii. Sivori grał w Juventusie przez osiem sezonów, potem jeszcze cztery - do 1969 - w Napoli. Podczas występów na włoskich stadionach zdążył strzelić 188 goli, co dało mu eksponowaną lokatę wśród najskuteczniejszych zawodników historii "calcio". Swoją grą w turyńskiej armadzie zyskał europejską sławę. Synonim niedoścignionego kunsztu technicznego - pisano - czarował publiczność i fachowców niepowtarzalnym dryblingiem, bajecznym panowaniem nad piłką, instynktem rasowego strzelca. Wielka ruchliwość, iście południowy temperament oraz wyjątkowa zwinność, sprawiły iż przylgnął doń przydomek: "Scioattolo della Juve" (wiewiórka z Juve).


Gdzie indziej charakteryzowano odmienne oblicze piłkarza: " Sivori był przez parę ładnych lat bożyszczem włoskich kibiców, nie tylko ze względu na wysokie umiejętności piłkarskie, lecz również z powodu malowniczego sposobu zachowywania się na boisku. Niemal w każdym meczu popadał w konflikt z sędzią a raz dopuścił nawet do bójki z trenerem drużyny... rywali. Charakter miał ogromnie wybuchowy. Pewien dziennikarz nazwał go aniołem i demonem "calcio". Omar Sivori lubił też popisywać się nieprawdopodobnymi sztuczkami. W czasach występów w Argentynie doprowadził do rozpaczy Chilijczyków. Otrzymawszy piłkę wpadł w istny trans. Minął w niewiarygodnym pląsie szesnastu (!) atakujących go przeciwników i by nie pozostawić wątpliwości, że jest panem sytuacji, uwieńczył "kiwkę" bramką. Ponoć do dziś mówi się o tym trafieniu - "gol Ameryki". Albo trenując w Juventusie przepadał za "przekomarzaniem" się z Charlesem. Kiedyś 20 razy zagrał mu piłkę między nogami co w piłkarski żargonie zowie się "założeniem siatki", innym razem przez godzinę podbijał nogą piłeczkę... ping-pongową, wygrywając zakład z Walijczykiem.Po trzech latach pobytu na Półwyspie Apenińskim, otrzymał obywatelstwo włoskie i mógł kandydować do reprezentacji Italii. Zadebiutował w niej potyczką z Irlandią Północną, 25 kwietnia 1961, strzelając jedną z trzech (3:2) bramek. 15 czerwca, na stadionie Comunale we Florencji gościli Argentyńczycy. Włosi zdeklasowali przybyszów 4:1, a dwoma trafieniami popisał się "oriundi" - Sivori. Ale prawdziwy koncert zaprezentował w eliminacyjnym spotkaniu mistrzostw świata z Izraelem (6:0), czterokrotnie pokonując bramkarza Hodorova. Ciekawe, że partnerował mu w ataku... Angelillo (Roma) a w następnym meczu, w maju 1962 roku z Francją... Maschio (Atalanta). Przyjaciele z reprezentacji Argentyny spotkali się w teamie Italii! "Wiewiórka z Juve" pojechała na MŚ do Chile, ale popisywała się tylko w meczach z RFN (0:0) i Szwajcarią (3:0). Dalszych okazji nie było, ponieważ po przegranej z Chile Włosi zostali wyeliminowani z turnieju. Gra przeciw Szwajcarom - 7 czerwca 1962 roku - stała się zarazem ostatnią, dziewiątą w reprezentacji Włoch. Wcześniej, 26-letni Sivori odniósł ogromny sukces. Oto wychowanek River Plate, zawodnik Juventusu wybrany został piłkarzem numer 1 Starego kontynentu za 1961 rok, w plebiscycie "France Football". Sivori z 46 punktami wyprzedził Luisa Suareza - 40, Anglika Haynesa - 22, Jaszyna - 21, Puskasa - 16, Di Stefano i Seelera po 13. W ogóle przedziwny był to plebiscyt. Eksperci zgłosili nazwiska aż 43 zawodników, skąd Sivoriemu wystarczyła do zwycięstwa skromna ilość punktów. Ani we wcześniejszych, ani późniejszych wydaniach plebiscytów "FF" pierwszeństwo laureata nie wyglądało tak mało przekonujące. Po kilkunastu latach flirtu z "calcio" i europejskim futbolem, Włoch Omar Enrique Sivori, odnalazł w sobie argentyńską duszę i wrócił do ojczystego kraju. Pracował troche jako przedstawiciel "Fiata", ale przecież bardziej pociągała go piłka. Zajął się tedy botą Argentinos Juniros, lecz w klubie nie działał długo. Wzuwało go wyższe cele. Prowadził najpierw młodzieżówkę, a niebawem powierzono mu ster pierwszej reprezentacji, po rezygnacji Pizuttiego. Sivori zabrał się z pasją do wykonywania nowej funkcji. Przyświecało mu ambitne zadanie - stworzenie zespołu, który awansuje do finału MŚ w RFN i odegra w nich niepoślednią rolę. Odmłodził drużynę i aby ją scementować wyruszył na europejsko-azjatyckie tournee. 14 lutego 1973 na stadionie olimpijskim w Monachium doszło do super sensacji. Team Sivoriego zwyciężył mistrzów Europy, zespół RFN - 3:2. "Argentyna będzie mistrzem świata!" - miał podobno powiedzieć po tym spotkaniu. Nadeszły eliminacyjne mecze MŚ z Boliwią i Paragwajem, ale też pojawiły się charakterystyczne kłopoty. Koncepcje Sivoriego nie zjednywały mu sympatyków w Argentyńskim Związku Piłki Nożnej. Działacze AFA nie chcieli przystać na propozycję comiesięcznych zgrupowań kadry. Ponadto jego współpracownicy nie zawsze nadążali za tokiem myślenia szefa. Za Sivorim musiał sie nawet ujmować ówczesny prezydent Argentyny - Juan Peron. Głośnym echem odbyła się scysja Sivoriego z Miguelem Ignomierielo. Otóż przed meczem z Boliwią, wysłano tam wcześniej rezerwy by przekonać się jak zawodnicy zareagują na specyficzne warunki - stolica Boliwii leży na wysokości 3800 metrów nad poziomem morza. Drużynie "duchów" towarzyszył Ignomierielo. Kiedy Sivori przybył do La Paz z zasadniczymi siłami, Ignomierielo oświadczył, że powinni wystąpił jego podopieczni. Ostatecznie w zwycięskim 1:0 uczestniczyło tylko czterech zawodników spośród wybrańców Sivoriego. Sukces z Paragwajem (3:1) przypieczętował awans Argentyńczyków do finałów MŚ. "Zrobiłem co do mnie należało - powiedział "directore tecnico" - moja misja skończona. Rezygnuję." Goryczy Sivoriego dopełniły odejścia najlepszych zawodników stworzonego przezeń zespołu do drużyn europejskich, Carnavaliego, Ayali i Gueriniego do Hiszpanii, Bargasa do Francji, partykularne interesy argentyńskich potentatów klubowych. Uznał, iż przy tych przeciwstawnościach nurtująca go wizja - Puchar Świata dla Argentyny! - nie może się ziścić.


Kiedy we Frankfurcie n/Menem odbywało się losowanie MŚ, a fortuna skojarzyła w jednej grupie Argentynę, Haiti, Włochy i Polskę, nominację na opiekuna "azul y biano" miał w kieszeni Vladislao Cap.



6

0

@Janiama Wiem miałem to właśnie napisać, to było 30 grudnia 1991 r. jeśli się nie myle?

0

@Messibestplayerintheworld To nie znaczy że dzisiaj nie strzeli gola...

0

@MarioVeB! Wyznacznik że strzeli przynajmniej jednego gola ale niekoniecznie wyznacznik wygranej Realu...

6

Ostatni raz Osasuna Pampeluna wygrała na Bernabeu z Realem prawie 18 lat temu, kiedy mistrzostwo Hiszpanii zgarneła... CF Valencia. No raczej nie zanosi się dzisiaj na strate punktów przez ,,Królewskich", zwłaszcza że już zagra Benzema!

8

Legendy, nie tylko Widzewa:

2 października 1955 r. w Gdyni urodził się Mirosław Tłokiński, występujący na pozycji napastnika, jak i obrońcy-stopera. Karierę zawodniczą rozpoczął we Flocie Gdynia (1969–1973). W latach 1973–1975 występował w Arce Gdynia. Następnie reprezentował barwy Lechii Gdańsk (w sezonie 1975/1976), Widzewa Łódź (w latach 1976–1983), RC Lens (1983–1985), CS Chênois (1985–1987), Vevey Sports (1987–1988), Stade Rennais FC (1988–1989), FC Onex (1990–1993) i Urania Genève Sport (1993). Największym sukcesem w karierze Tłokińskiego był awans z drużyną Widzewa Łódź do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Klubowych (1982/1983) (obecnie Liga Mistrzów UEFA), a także dwukrotne zdobycie z tą drużyną mistrzostwa Polski (1981 i 1982) oraz zdobycie w 1983 roku tytułu króla strzelców polskiej ekstraklasy.

@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman

8

@FCBparasiempre Wywodzący się z zamożnej rodziny John był niewątpliwym skarbem ówczesnego futbolu. Jako młody chłopiec otrzymał bogate wykształcenie i biegle władał pięcioma językami (angielskim, francuskim, włoskim, niemieckim i hiszpańskim). Nie muszę chyba wspominać, jak olbrzymi wpływ miało to na sędziowane przez niego zawody. Wszystkie swoje mecze prowadził ubrany w koszulę z krawatem, marynarkę i szorty, co w połączeniu ze wzrostem (190 cm) przysparzało mu szacunek zarówno wśród piłkarzy, jak i kibiców. Niejednokrotnie pisał też relacje prasowe ze spotkań, które sędziował. A początki wcale nie były takie łatwe…

Jak każde dziecko marzył o tym, żeby zostać piłkarzem. Grywał nawet w lokalnym klubie w Antwerpii, jednak kontuzja kolana przerwała marzenia o światowej karierze. To właśnie wtedy podjął decyzję o zostaniu sędzią piłkarskim. Przepisów uczył się z krótkiej, specjalnie dedykowanej temu ulotki. Swój pierwszy egzamin oblał, ponieważ nie znał odpowiedzi na pytania, co zrobić, gdy piłka uderzy w nisko lecący samolot i jak przekonać bramkarza, żeby nie siedział na poprzeczce. Drugie podejście sprawiło, że został członkiem Królewskiego Belgijskiego Związku Piłki Nożnej i dostał uprawnienia arbitra. Początki w roli boiskowego rozjemcy były bardzo kiepskie i nie raz wątpił w zasadność kontynuowania tego zajęcia. Na zawody chodził pieszo, często przez miejsca, które przypominały dojścia do stadionu w Chrząstawie. Podczas pewnego meczu dostał piłką w brzuch, wtedy też nadszedł największy kryzys jego wiary. Innym razem niezadowoleni kibice obrzucili go cegłówkami, a jego gapiostwo spowodowało zgubienie zegarka, który został porwany przez wiatr. Zresztą to nie był jego jedyny problem z mierzeniem czasu. Prowadząc zawody pomiędzy Brukselą a Brugią, otrzymał od angielskiego piłkarza grającego w drużynie z Brukseli nowoczesny chronometr. Wszystko po to, by jeszcze dokładniej wyliczyć 45 minut gry. O pomyłce nie mogło być mowy. Wystarczyło tylko włączyć urządzenie. No właśnie… Langenus z kamienną twarzą dokończył zawody, czas odmierzając na przysłowiowe oko.

W 1920 roku zadebiutował jako sędzia międzynarodowy, prowadząc mecz w Paryżu, podczas którego spotkali się żołnierze Anglii i Francji. W tym samym roku został zawieszony, ponieważ odmówił prowadzenia meczu igrzysk olimpijskich, który miał się odbyć w Brukseli, a nie jego rodzinnym mieście Antwerpii, która była gospodarzem ówczesnych zawodów. Co oczywiste, często podróżował. Z każdego wyjazdu poza granice swojej ojczyzny starał się wydobyć jak najwięcej. Dużo zwiedzał i podziwiał miejscową kulturę i architekturę. Swoje wrażenia opisywał, dzięki czemu w 1942 roku wydał książkę „Whistling though the World”. Przeczytać w niej można choćby o 20 godzinnej podróży na mecz, a także słynnych osobach, które poznał dzięki funkcji arbitra. A było ich niemało. Wśród tego grona warto wymienić dyktatora Włoch – Benito Mussoliniego, który podarował mu zdjęcie z własnym autografem czy królów Szwecji, Hiszpanii, Belgii, a także … papieża. W sumie prowadził siedem spotkań na trzech kolejnych mistrzostwach świata i dwie gry podczas igrzysk olimpijskich w Amsterdamie, w tym pogrom w meczu o brązowy medal, gdzie Włosi wygrali 11:3 z Egiptem. Jednak najwięcej wspomnień ma z premierowych mistrzostw świata w Urugwaju. Podczas półfinałowej rywalizacji Argentyny ze Stanami Zjednoczonymi był świadkiem nietypowego zdarzenia. Trener reprezentacji USA, który chciał pomóc kontuzjowanemu zawodnikowi, upuścił torbę medyczną, w której pękła butelka zawierająca chloroform. Po nawdychaniu się oparów – stracił przytomność i zamiast pomóc, musiał zostać wyniesiony z placu gry. Zdarzenie niecodzienne, jak cały turniej o pierwsze mistrzostwo świata. Trzy dni później odbywał się wielki finał, a Langenus został wyznaczony do jego sędziowania. FIFA tą decyzją przysporzyła mu sporo problemów, ponieważ w czasie rozpoczęcia meczu miał odpływać statek, którym Belg chciał powrócić do Europy. W akcie desperacji podjął negocjacje z kapitanem, prosząc o późniejsze wypłynięcie z portu. Pozostało mu tylko czekać na zgodę rodzimej federacji, która przyszła dopiero kilka godzin przed finałem. Prawdopodobnie wpływ na takie opóźnienie miała obawa o zdrowie sędziego, ponieważ rywalizacja Argentyny z Urugwajem była swoistym meczem wysokiego ryzyka. Langenus wspominał, że przed starciem przeszukano ponad 60 tysięcy widzów i skonfiskowano około 1600 pistoletów. Obydwa kraje przesiąkała szowinistyczna i prowokująca kampania. I to właśnie w tym meczu belgijski sędzia podjął decyzję, która pamiętana jest po dziś. Zarówno Nazassi, jak i Fereyra chcieli decydującą grę rozegrać tylko swoją piłką. Na szczęście zgodzili się na salomonowe rozwiązanie zaproponowane przez Johna, aby każdą połowę meczu rozegrać inną futbolówką. Rzut monetą zdecydował, że mecz rozpoczęto piłką z Argentyny. Czy miało to jakiś wpływ na grę? Niekoniecznie, lecz warto nadmienić, że do przerwy to drużyna gości prowadziła 2:1. W drugiej połowie to Urugwaj odmienił losy spotkania i po zwycięstwie 4:2 został pierwszym w historii mistrzem świata. John Langenus sędziował jeszcze turnieje w 1934, gdzie protest Włochów wykluczył go z finału (twierdzili, że może on faworyzować Czechosłowację, choć przez cały okres swojej kariery nigdy nie posądzono go o stronniczość) i w 1938. Mistrzostwa z Włoch opisywał później jako największe sportowe fiasko wszech czasów. Turniej we Francji zapisał się w jego pamięci z powodu jedynego w karierze międzynarodowej wykluczenia z meczu. W szóstej minucie dogrywki w spotkaniu Szwajcaria – Niemcy, usunął z boiska z niemieckiego piłkarza Hansa Pessera. Ostatnim meczem na Pucharze Świata było starcie o brązowy medal pomiędzy Brazylią a Szwecją. Swoje ostatnie międzynarodowe spotkanie poprowadził w czerwcu 1939 a w lidze belgijskiej był aktywny do roku 1944.


10

7

@FCBparasiempre Oto przed wami historia przypominająca scenariusz filmu sensacyjnego. Trudno uwierzyć, że piłkarze mogli w taki sposób potraktować swój klub. W rolach głównych wystąpili Sandy Turnbull i Billy Meredith. Aż żal, że pierwsza gala Oscarów miała miejsce 20 lat po tym feralnym wydarzeniu, bo mieliśmy tu do czynienia z doskonałą kreacją czarnych bohaterów.

Było ciepłe wiosenne popołudnie w cuchnącym dymem Manchesterze, kiedy grupa zawodników United udała się do biura na Bank Street. Zamierzali tam porozmawiać z Johnem Henrym Daviesem o zawieszeniu, które spotkało ich ze strony szefa na wniosek angielskiej federacji piłkarskiej. Małej rewolucji przewodził Sandy Turnbull, czyli ten, który dołączył do czerwonych z niebieskiej części miasta. Tuż za nim szedł kapitan zespołu Charlie Roberts, a obok kolejny wygnaniec z City – Billy Meredith. Piłkarze mieli pecha. Jedyną osobą, którą zastali w gabinecie był młody, przestraszony stróż. ,,Trzeba coś z tym zrobić” – rzucił Sandy Turnbull ściągając ze ściany obraz i chowając go pod pachę. Inni poszli tym samym tropem i zaczęli zagarniać pamiątki. Ginęło dosłownie wszystko. Od szczotki do włosów, na okularach kończąc. Najcenniejszy łup padł jednak udziałem Turnbulla. Zabrał on stojący w klubowej gablocie… Puchar Anglii. Trofeum, które sobie przywłaszczył… United zdobyli dzięki niemu (zdobył decydującego gola w finale przeciwko Bristol City), jednak to zachowanie nie tłumaczyło w żaden sposób Sandy’ego. Piłkarze zdecydowali się sprzedać pamiątki w wyprzedaży ulicznej dosłownie kilkaset metrów od siedziby klubu. Puchar jeszcze tego samego dnia trafił na półkę strzelca finałowego gola. Później skruszony Charlie Roberts zorganizował zwrot skradzionych przedmiotów, lecz nie pomogło to zbyt wiele, a piłkarze zostali „wygnańcami”, trenując poza organizacją. A cała historia ma swój początek dwa lata wcześniej.

W 1907 roku w Londynie doszło do spotkania zbulwersowanych swoimi zarobkami piłkarzy. Porywali tłumy, zdobyli najważniejsze trofea, a w dalszym ciągu w ich mniemaniu zarabiali za mało. Federacja angielska wyznaczała wtedy pułap płacowy, który wynosił 4 funty, a także nie przewidywała odszkodowań za kontuzje. Zawodnicy co prawda nie musieli pracować w kopalniach czy fabrykach i mogli skupić się tylko na futbolu, jednak w dalszym ciągu czuli się zbyt mało wyróżnieni. Przecież stadiony w trakcie ich spotkań pękały w szwach, a kibice gotowi byli płacić niemałe sumy, żeby zobaczyć w akcji swoich ulubieńców. I właśnie dlatego, chcąc dochodzić swoich praw, Billy Meredith i spółka założyli Związek Profesjonalnych Piłkarzy. Pierwszym jego przewodniczącym został właśnie „Walijski czarodziej”, który jak warto pamiętać, był zawieszony przez federację za aferę korupcyjną. Najważniejszymi postulatami, jakich spełnienia żądali, było oczywiście sprawiedliwe dzielenie majątku, a także coś na kształt zabezpieczenia stałego etatu. Nietrudno się domyślić, że despotycznych włodarzy federacji angielskiej z Arthurem Fitzgeraldem na czele, podejście to wyprowadziło z równowagi. Uważając, że organizacja ta podważa ich autorytet, rozesłali pisma do każdego z klubów, nakazując zawieszać piłkarzy, którzy nie wystąpią ze Związku. Sporo się ugięło, jednak nie piłkarze United. W odpowiedzi na wniosek FA John Henry Davies zawiesił graczy, a także nie wypłacił im pensji. Na domiar złego, o wszystkim dowiedzieli się z lokalnej prasy. I właśnie wtedy zdecydowali się na męską rozmowę z prezesem.


8

Jak piłkarze Manchesteru okradli własny klub(ta frapująca historia w odpowiedzi na mój komentarz):
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@patataj
@DaPidejpi
@Sensible
@Symson
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96

2

@MAGNETO Bardzo ładnie i trafnie napisane. Szacuneczek użytkowniku i pozdrowionka :)

11

Pasja milionów:

Panie i Panowie, 2 października 1921 r. na Estadio Sportivo Barracas w Buenos Aires, od meczu Argentyna-Brazylia rozpoczęła się 5 edycja turnieju Copa America. W meczu otwarcia Argentyna pokonała Brazylię 1:0 po golu Libonattiego. Wprawdzie w turnieju zabrakło Chilijczyków, których zatrzymały wewnętrzne konflikty i rozdarcia, lecz w ich miejsce pojawił się nowy uczestnik ,,Copy” a mianowicie Paragwaj. Paragwajczycy wprowadzili wiele ożywienia i świeżej krwi w dotychczasowy układ sił. Powszechny podziw budziła ich niezwykła zaciętość i bezgraniczne poświęcenie. Byli oni bardzo szybcy, sprawni i wytrzymali, potrafili również zaimponować walorami, cechującymi wyższą szkołe piłkarskiej jazdy. Kolejnym uczestnikiem turnieju był jak zawsze silny Urugwaj. Wprawdzie zabrakło w ekipie ,,Celestes” legendarnego Gradina i Hectora Scarone, lecz to nie tłumaczy ich sensacyjnej porażki właśnie z Paragwajem 2:1. Paragwajscy Indianie dosłownie zabiegali ,,urusów”. Tak jak i w poprzednich edycjach Copa America, tak i teraz każdy z zespołów grał z każdym po jednym meczu. Gospodarze nie przegapili życiowej szansy, wygrywając wszystkie 3 spotkania, w tym ostatnie(de facto finałowe) z Urugwajem 1:0, jednocześnie sięgając po pierwsze w historii trofeum Copa America. Argentyna długo i namiętnie napawała się pierwszym w historii tryumfem. Co prawda najlepszym zawodnikiem turnieju wybrano Argentyńskiego bramkarza Tresoriere, to wypada również wspomnieć o jednej z pierwszych w historii ,,Albicelestes” gwiazd a mianowicie o napastniku Julio Libonattim. W tym turnieju był nie do zatrzymania, niczym zaprogramowana maszyna, w każdym meczu strzelając akurat tego decydującego gola, co dało mu tytuł ,,goleadora” turnieju z dorobkiem 3 goli. Nie zapominajmy też, że Libonatti był pierwszym w historii tzw. ,,oriundi”, który wyjechał do Włoch by grać dla słonecznej Italii i AC Torino.

@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB

10

Był sobie piłkarz….

2 października 1917 r. urodził się João Ramos do Nascimento.

2:00 w nocy. Ktoś Ciebie, drogi czytelniku, budzi gwałtownie i rzuca hasło: Pele. W amoku spowodowanym taką pobudką, pewnie i tak byłbyś w stanie wydusić kilka słów o Brazylijczyku. Kim był João Ramos, zwany potocznie Dondinho? Istnieje cień szansy, że gdzieś błysnął Ci przed oczami, podczas lektury tekstów o legendarnym Pele. Mianowicie był jego ojcem. Jeśli ktoś zastanawia się, po kim ikona brazylijskiej piłki odziedziczyła talent, to już zna odpowiedź. João Ramos był piłkarzem niezwykle uzdolnionym, a co najważniejsze piekielnie skutecznym. Podczas swojej kariery występował w kilku mniejszych klubach, miał też okazję zakładać trykot Atletico Mineiro. Niestety Dondinho nie udało się zaimponować właścicielom klubu. W szeregach ,,Alvinegro” spędził zaledwie dwa lata. W późniejszym okresie grał między innymi dla Sao Lourenco czy pochodzącego z tej samej miejscowości Vasco. Swoją kanonadę strzelecką rozpoczął w 1946 roku, kiedy trafił do Bauru. Począwszy od 1946, do 1952 roku, grając dla tego klubu, zdobył 460 goli w 500 spotkaniach. Niestety jego kariera została przerwana na skutek uszkodzenia więzadeł i nigdy więcej nie wrócił już do piłki. Po częściowym wyleczeniu urazu, został sprzątaczem w lokalnym szpitalu. Wedle wyliczeń, w całej swojej karierze zdobył 893 gole w 775 meczach(!) a podczas jednego z nich popisał się nie lada wyczynem. W ciągu jednego meczu zdobył pięć bramek, niby nic wyjątkowego, gdyby nie to, że wszystkie strzelił głową.

@NaFazieHitman
@Symson
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible

14

Oficjalny debiut ,,Tarzana”:

2 października 1999 r. Carles Puyol zadebiutował w meczu o punkty. Premierowy występ w pierwszej drużynie zaliczył przeciwko Realowi Valladolid. Wszedł w drugiej połowie za Simão Sabrose i był obok Kluiverta najlepszy na boisku. Właściwie było to spotkanie bez historii, w którym Barça pewnie zwyciężyła 2:0. Tydzień później wobec absencji Franka de Boera i Bogarde, Puyol pojawił się na boisku jako pierwszy rezerwowy w El Clasico i również tym razem należał do najlepszych graczy na placu. W ten sposób na stałe wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce.

@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@patataj
@DaPidejpi

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?