3

Vamos PSG!? No raczej niekoniecznie ale! Zawsze Vamos nasz kochany Leo Messi! Po kolejnego gola w Lidze Mistrzów!

7

@FCBparasiempre 5 października 1949 r. urodził się Zygmunt Garłowski, pomocnik. ,,Był kochanym bratem, tęsknił za nami. Gdy po urlopie znowu leciał do Australii, mówił że jeszcze tylko 4 lata, byle do emerytury i na stałe wróci do Polski. Wtedy widziałem go ostatni raz. Zmarł nagle. Do Polski wróciły już tylko jego prochy.”- mówi o Zygmuncie Garłowskim jego młodszy brat Ireneusz. Zygmunt to legenda Śląska Wrocław, kapitan i najlepszy strzelec drużyny, która w 1977 roku zdobyła pierwsze mistrzostwo Polski. Mistrzem w drużynie był również Ireneusz – niezły boczny pomocnik lub obrońca ale w cieniu błyszczącego na boisku brata. ,,Wszędzie szliśmy razem bo Zyga o mnie pamiętał. Nie tylko o mnie ale o całej rodzinie. Gdy gdzieś miał się przenieść, przenosiliśmy się wszyscy. Od dziecka zapowiadał się na superpiłkarza, więc ojciec uznawał że trzeba dostosować się do jego piłkarskich planów. Miałem 15 lat i pojechaliśmy do Bytomia bo Zygmunta chciała Polonia, tyle że Górnik Wałbrzych ani myślał go puszczać, więc czekaliśmy tam dobrych kilka tygodni na rozwój wypadków. Potem włączył się ROW i zamieszkaliśmy w Chwałowicach pod Rybnikiem. Musieliśmy wracać do Wałbrzycha bo Zygmuntowi groziła długa karencja.”- wspomina brat Irek. Dopiero 5 lat później Garłowskiego z Górnika Wałbrzych wyciągnął Śląsk Wrocław. ,,Argument służby wojskowej nie wchodził w gre bo brat formalnie był zatrudniony w kopalni na etacie górnika dołowego a tych do wojska nie brali. Trzeba się było zwyczajnie dogadać i gdy Śląsk już dopiął swego, Zygmunt przyjechał po mnie na zgrupowanie Górnika. Powiedział że wszystko załatwione i ja też się przenosze. Zyga był dla mnie piłkarskim wzorem już w naszej rodzinnej Bielawie i w pierwszym klubie, czyli w Bielawiance. Chodziłem na jego mecze jako kibic i też grałem w piłke. Nigdy jednak mu nie dorównałem, nie miałem takiego talentu ”- mówi o 4 lata młodszy brat. Z Bielawy(oczywiście również razem) bracia przenieśli się do pobliskiego Wałbrzycha. W mieście funkcjonowały 2 drugoligowe kluby. O Zygmunta mocno zabiegał Thorez, który za chwile zmienił nazwę na Zagłębie. Gdyby wybrał te oferte, jego kariera pewnie nabrałaby większego rozpędu bo już w następnym sezonie zespół awansował do Ekstraklasy ale… ,,Na Thoreza kategorycznie nie zgadzał się ojciec. Uważał że to mocno ,,czerwony” klub. Samo nazwisko francuskiego komunisty w nazwie było skutecznym straszakiem dla taty, byłego żołnierza Armii Krajowej. Jego synowie nie mogli przecież grać w Thorezie!”- wspomina Ireneusz. Zygmunt trafił więc do sąsiada zza miedzy. W 1968 r. Górnik Wałbrzych zdobył mistrzostwo Polski juniorów. Na turnieju finałowym w Mielcu błyszczał Zygmunt Garłowski. W drużynie gospodarzy grał Grzegorz Lato, w Lechii Gdańsk wschodząca gwiazda trójmiejskiej piłki Zdzisław Puszkarz… Na przenosiny do Śląska duży wpływ miała również głowa rodziny Garłowskich. Wrocławianie akurat awansowali do elity, Górnik spadał do 3 ligi. Mimo że w Śląsku nie brakowało w tamtych czasach bardzo dobrych ofensywnych piłkarzy, jak Sybis, Kwiatkowski i Pawłowski, to Zygmunt nie tylko potrafił dogrywać kolegom piłke ale i sam był niezłym egzekutorem. Do niego należało też wykonywanie rzutów karnych. Przed finałami mistrzostw świata w 1974 r. był w szerokiej kadrze reprezentacji Polski. Kazimierz Górski dał mu szanse w towarzyskim meczu z Grecją ale po zaledwie 45 minutach został ściągnięty i mógł zapomnieć o turnieju. W pierwszej połowie zmarnował świetną okazje strzelecką i podobno w tym momencie selekcjoner uznał że nie potrzebuje go w 22-osobowej ekipie. ,,Zyga był raczej skryty, nie lubił głośno rozstrząsać takich spraw a już na pewno nie w jego stylu było użalanie się nad sobą. Dało się jednak wyczuć że brak powołania go zabolał a czy zadecydowała jedna zepsuta okazja? Jakiś powód musiał być, no i pamiętajmy że oprócz Deyny w środku pola grali Kasperczak, Ćmikiewicz i Maszczyk. Strasznie trudno było wskoczyć do takiej ekipy.”- zaznacza Ireneusz Garłowski. Tyle że jego brat przegrał walkę o miejsce w kadrze bezpośrednio z Romanem Jakóbczakiem. Pomocnik Lecha w tym ostatnim sprawdzianie z Grekami nie zmarnował szansy, strzelił gola. Górskiemu musiało się to spodobać. Zygmunt generalnie nie miał szczęścia do seniorskiej kadry. Nie było go też w drużynie na igrzyskach olimpijskich w Monrealu. Schemat się powtórzył: szansa pokazania się w ostatnim przedturniejowym meczu z Irlandią i zejście z boiska już po 45 minutach z negatywną cenzurką. Za to Śląsk nieustannie liderował! Nie chodzi tylko o mistrzowski sezon ale też o finał Pucharu Polski, kiedy w 1976 golem z rzutu karnego w starciu ze Stalą Mielec przypieczętował zdobycie trofeum, oraz o dobre mecze w europejskich pucharach, łącznie z ćwierćfinałem Pucharu Zdobywców Pucharów. Kapitanem drużyny przestał być po odejściu trenera Żmudy, kiedy zespół przejął Aleksander Papiewski. Nie tylko dla obu Garłowskich najważniejszym trenerem w historii Śląska pozostaje Władysław Zmuda. To on ,,przerobił” Zygmunta na środkowego pomocnika bo najpierw był napastnikiem. ,,W moim Śląsku zajął się organizacją gry ofensywnej. Tworzył w tej strefie bardzo interesujący duet z Janem Erlichem, który z kolei miał więcej zadań defensywnych. To byli świetni gracze. Mundial w Niemczech? Może jednak był za spokojny? Na pewno nie miał charakteru człowieka, który zawsze potrafi bić się o swoje. Nie chcieli go, to się nie napraszał. Troche mu chyba brakowało przebojowości poza boiskiem, charakterystycznej dla kilku innych piłkarzy, którzy zaistnieli w kadrze. W Śląsku nie musiał się przepychać łokciami bo szybko poznaliśmy jego wartość. Ani w szatni, ani poza klubem nie był wodzirejem. Co innego na boisku: tu miał kompletne papiery na kreowanie gry! Dlatego był kapitanem drużyny. Wydaje mi się że z powodu cech osobowościowych i boiskowego znaczenia dla Śląska był tym, kim Deyna dla Legii. Jego największą zaletą była umiejętność szybkiego wyboru najlepszego rozwiązania w danej sytuacji. Do każdej drużyny zawsze uporczywie szukałem tego typu piłkarza, bo to stanowiło bazę do wielu innych działań i cieszyłem się że w Śląsku trafiłem na kogoś takiego. Gdybym nie miał wtedy Zygmunta, zdecydowanie musiałbym szukać innych rozwiązań. Jego nie dałoby się ot tak zastąpić kimś innym, takich piłkarzy nie spotyka się codziennie na ulicy”- podkreśla trener Żmuda. Zygmunt ze Śląskiem rozstał się zimą 1981 r. Miał wówczas 32 lata, więc skorzystał z okazji i wyruszył do Australii, gdzie grał w Polonii Soccer Club. Wybrał się tam z dawnymi kolegami ze Śląska: Zygmuntem Kalinowskim i Henrykiem Sobczykiem oraz Antonim Galasem z Zagłębia Wałbrzych. Brat mieszkał w St. Marys i jak to już wcześniej bywało, załatwił miejsce w drużynie także dla mnie. Dołączyłem do niego razem z Henrykiem Kowalczykiem. Wszyscy graliśmy w Polonii Soccer Club.”- opowiada brat Ireneusz. Bracia wrócili do Polski w 1984 r. Zygmunt zaliczył jeszcze epizod w Polarze Wrocław. Później przez niecały sezon był asystentem Apostela w Śląsku. W 1987 r. Zygmunt Garłowski ponownie poleciał do Australii, tym razem już na stałe. ,,Miał australijski paszport, mógł więc legalnie tam zarabiać. Nieźle mu się wiodło ale mówił że gdy skończy 62 lata i zapracuje na australijską emeryture, to na pewno wróci do Polski.”- wspomina brat Irek. Wiosną 2007 r. przyleciał na krótki urlop do kraju. ,,Nie miałem pojęcia że widzimy się po raz ostatni. Odliczaliśmy te jego lata do emerytury. Pożegnaliśmy się a za chwile miała lecieć do niego żona i nagle przyszła ta tragiczna wiadomość. Skok ciśnienia, wylew! A nigdy nie chorował, nie narzekał.”- kręci z niedowierzaniem głową brat legendarnej gwiazdy Śląska. Prochy Zygmunta Garłowskiego wróciły do Polski. Pogrzeb odbył się 12 lutego 2008 roku na Cmentarzu Osobowickim we Włocławiu.

10

1

@Cvzx No cóż, nie wszyscy jesteśmy zgodni w tym samym. Dla mnie Fati i Raphinia są lepsi od tej trójki, którą wymieniłem. Cóż, każdy dzieli się swoją własną opinią, na tym ten internet polega.

1

@Pawel13sz Dzięki śliczne i pozdrawiam :)

2

Podsumowanie meczu z Interem: Po pierwsze, cały czas mamy realna szanse awansu do 1/8 finału. Wystarczy wygrać 3 pozostałe mecze a z pewnością stać nas na to. Po drugie wystarczy za tydzień wygrać rewanż z Interem 2:0 i już wskakujemy na drugą pozycje. Po trzecie, gdy pokonamy Inter 2:0 lub wyżej a jednocześnie Bayern pokona w ostatnim meczu Inter u siebie, to nawet nie musimy wygrywać meczu z Bayernem żeby wyjść z grupy, wystarczy tylko wygrać ostatni mecz z Victorią. Po czwarte, jakkolwiek to by się nieskończyło to pamiętajmy że zespół dopiero się dociera i nie ma jeszcze jakości na wygrywanie z najlepszymi w Europie(zwłaszcza na wyjazdach). Po piąte we wczorajszym meczu skrzywdził ,,nas" ewidentnie sędzia! gdzie absolutnie zasłużyliśmy na remis. Wreszcie po szóste Xavi prędzej czy później musi przejrzeć na oczy jeśli chodzi o Dembele, Ferrana Torresa a zwłaszcza o Sergi Roberto. Z powyższymi zawodnikami nigdy nie zdobędziemy europejskiego pucharu, Co najwyżej trofeum na krajowym podwórku...

11

Był sobie trener:

5 października 1997 r. trybuny Camp Nou wygwizdały Luisa Van Gaala. Rzadko zdarza się tak, iż nowy trener dopiero buduje nowy zespół, drużyna wygrywa cztery pierwsze mecze sezonu, w piątym prowadzi już od 6 minuty a trybuny reagują gwizdami. Dwa gole dla gości z Tenerife, przedzielone zmianą idola trybun Ivana de la Peñi, dolały jedynie oliwy do ognia. Rozwścieczeni kibice już w 25 minucie żegnali trenera białymi chusteczkami. Ostatecznie Blaugrana wygrała 3:2, lecz niezadowolenie trybun było słyszalne przez pełne 90 minut. ,,Wiem że zmiana Ivana była niespodziewana ale musiałem to zrobić. Mówiłem mu że musi uważać na Juanele. Poza tym w ofensywie też podawał niecelnie. Ja podejmuje ryzyko w przeciwieństwie do innych trenerów. Gdybyśmy przegrali, również uważałbym że miałem racje”- podsumował swoje decyzje Van Gaal.

@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi

1

@Janiama No ja dzisiaj stawiam w miare skromnie ale jednak zwycięstwo Barcuni 1:2!

10

Nieco zapomniane legendy futbolu:

4 października 1955 r. urodził się Jorge Alberto Francisco Valdano Castellanos, były argentyńsko-hiszpański piłkarz i trener, administrator Realu Madryt. Był krępym napastnikiem (188 cm) obdarzonym dużymi umiejętnościami technicznymi. Przybył do Hiszpanii bez większego hałasu i powoli zrobił dla siebie miejsce wśród najlepszych. Real Madryt był ostatnim etapem jego kariery jako piłkarza i pierwszym jako trener i działacz klubowy. Historia Valdano to historia Madridista. W wieku 16 lat Jorge dołączył do młodzieżowych drużyn Newell's Old Boys w rodzinnej Argentynie i zadebiutował w pierwszej drużynie, gdy miał 18 lat. Zdominował grę w powietrzu, ale wyróżniał się także mobilnością i wykorzystaniem obu. stopy. Jego umiejętności wzbudziły zainteresowanie menedżerem Deportivo Alavés, legendarnym kapitanem Madrytu José María Zárraga, który podpisał z nim kontrakt w 1975 roku. Jego dobre występy w czterech sezonach z klubem z Vitorii otworzyły drzwi Saragossy a stamtąd podpisał kontrakt z Realem Madryt w 1984 roku. Valdano udowodnił, że jest odpowiednim partnerem dla „Quinta del Buitre”, która właśnie awansowała do pierwszego zespołu. Z ,,Los Blancos” zdobył cztery tytuły, w tym jedyne dwa tytuły Pucharu UEFA w klubowej sali trofeów.

Na początku 1987 roku zdiagnozowano u niego zapalenie wątroby typu B, co doprowadziło do jego wycofania się z futbolu pod koniec tego samego sezonu. Do tego czasu utrzymywał dobrą średnią strzelonych bramek z Realem Madryt (40 bramek w 80 meczach La Liga). Rok wcześniej został również Mistrzem Świata z Argentyną. Skutki tej choroby i surowość leczenia były nie do pogodzenia z zawodowym sportem. Po przejściu na emeryturę nadal był związany z klubem. Najpierw trenował drużynę Under-19, a po poprowadzeniu skromnej Teneryfy do europejskich rozgrywek objął w 1994 roku dowództwo nad pierwszą drużyną. Valdano spełnił swój cel, jakim było zbudowanie zwycięskiej drużyny nastawionej na ataki z własną tożsamością. Drużyna znakomicie zdobyła tytuł La Liga w sezonie 1994/95. W tamtym sezonie zadebiutował Raúl w wieku 17 lat. Po zakończeniu kariery trenerskiej przeszedł do administracji, gdzie zajmował stanowiska Dyrektora Generalnego ds. Sportu Realu Madryt a później Dyrektora Generalnego Prezydencji.

@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Symson
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi

1

@Kuba_1 Ja jestem jak najbardziej za powrotem Lionela Messiego, jeśli tylko sam by tego chciał

9

Czy wiecie że:

104 kolejne mecze bez porażki z rzędu to rekord osiągnięty na najwyższym klubowym poziomie rozgrywkowym w Europie należący do Steauy Bukareszt. Wynik ten został osiągnięty w latach 1986-1989.

@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Sensible
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Symson
@Pawel13sz

7

@FCBparasiempre Przedstawiam wam sylwetkę znakomitego bramkarza, wybranego w 1933 roku najlepszym piłkarzem w kraju, którego śmiało można określić legendą lwowskich klubów. Pierwszą intrygującą rzeczą w tym zawodniku jest samo imię. Spirydion? Zapewne nie spotkaliście nikogo, kto by się tak nazywał. Urok tego imienia dopełnia nazwisko – Albański. W dodatku jego żona, która była znaną w okolicy śpiewaczką operetkową, także posiadała nietypowe imię – Eustachia. Lwów, który należał do Austro-Węgier, był prawdziwą mieszaniną nacji. Samych Ormian było kilkanaście tysięcy. Pochodzenie popularnego „Romka” czy „Spirytusa” (tak nazywali Albańskiego koledzy) nie było więc całkiem oczywiste. Zapytacie, kim czuł się Spirydion Albański. Oczywiście czuł się Polakiem. Z ciekawości zaglądałem do materiałów lwowskich sprzed wojny i tam było wyjaśnienie, że Spirydion pochodził z grekokatolików, Ormian a może wręcz Mołdawian. – Robert Gawkowski, polski historyk kultury fizycznej i sportu, doktor historii, autor publikacji naukowych. Zacznijmy więc od początku. Albański urodził się 4 października 1907 roku we Lwowie. W piłkę zaczął grać już w czasach szkolnych. Jako osiemnastolatek przeniósł się w 1925 z drużyny wojskowej do Pogoni Lwów. Przez trzy lata nie było dla niego miejsca w pierwszym zespole, więc grywał z konieczności w drużynie rezerw w pomocy i ataku. W Ekstraklasie zadebiutował 6 maja 1928 przeciwko Cracovii. Stosunkowo dosyć późno jak na piłkarza, bo jak łatwo policzyć, miał wtedy 21 lat. ,,Pół meczu grałem w rezerwie, w ataku. Kiedy okazało się, że etatowy bramkarz, Bogusław Lachowicz, nie zjawił się na zbiórce, w przerwie ściągnięto mnie z boiska, na którym grały rezerwy. Trener Karl Fischer nie miał innego wyboru i mnie – debiutanta wysłał na boisko z nr 1 na swetrze, zaś sam zajął miejsce za bramką i niczym sufler podpowiadał mi co w danej sytuacji robić. Robiłem co mogłem, ale już w pierwszej połowie przepuściłem dwukrotnie piłkę do siatki. W drugiej połowie grałem już jak „prawdziwy” bramkarz. Zainicjowałem nawet jedną akcję, po której wypuszczony w uliczkę dr Józef Garbień zdobył gola. Ponieważ nie przepuściłem już żadnej bramki, Pogoń wygrała 3:2.. „– w ten sposób swój debiut opisał Spirydion Albański, fragment książki „Polska Piłka Nożna” Józefa Hałysa. Miejsca między słupkami bramki już nie oddał. Był kolejnym wspaniałym bramkarzem po Emilu Görlitzu. Uprawiał również hokej – w ówczesnych czasach piłkarze zimą często zmieniali się w hokeistów. Jednym z przykładów jest tu zawodnik warszawskiej Polonii, Władysław Szczepaniak. Po wojnie Albański zdobył uprawnienia trenera i sędziego hokejowego. Nieobca była mu również piłka ręczna i koszykówka. Trzy lata później Spirydion stał się numerem jeden w reprezentacji, a jego debiut przypadł rozgrywany 5 lipca 1931 na wyjazdowy mecz z Łotwą. Polska wygrała 5:0, inna sprawa, że piłkarze łotewscy wyraźnie odstawali od naszych zawodników pod względem poziomu piłkarskiego.Pomimo tego trzeba było docenić zachowanie czystego konta przez tego kruczoczarnego chłopaka, który był obdarzony świetnym refleksem, chociaż mówiono o nim „zbyt lekki do walki, w powietrzu niczym piórko”. W dodatku był bardzo bystrym człowiekiem. I znów mamy przerwę w postaci meczu międzynarodowego z Łotwą w Rydze. Piłkarstwo polskie reprezentowała niemal cała „Wisła” uzupełniona Karolem Kossokiem, Albańskim, Szczepaniakiem i mną. Łotysze grali gorzej od nas, ale to nie wyklucza, że właśnie tego pamiętnego dnia, choć na trybunach zebrało się zaledwie 1500 widzów, chcieli wykazać, że nie dzieli ich przepaść od Polski. (…) Nie tylko, że nie udało im się strzelić choćby honorowego gola, ale atak polski zaokrąglił wynik do 5:0. (…) Żegnano nas w Rydze bardzo serdecznie, zasypywano nas komplementami, ale wyczuwało się na każdym kroku, że Łotysze po prostu są przerażeni kolosalną różnicą, jaka dzieli ich umiejętności od naszych piłkarzy. – Jerzy Bułanow, fragment książki „11 Czarnych Koszul – moje wspomnienia”



W reprezentacji rozegrał łącznie 21 spotkań. Jego największym sukcesem był wyjazd na igrzyska olimpijskie, rozgrywane w 1936 w Berlinie. Zagrał we wszystkich czterech spotkaniach turnieju. Po zwycięstwach nad Węgrami i Wielką Brytanią Polska musiała uznać w półfinale wyższość Austrii, przegrywając 1:3. W meczu o trzecie miejsce Spirydion wyprowadził drużynę z opaską kapitana na ramieniu, jednak szczęście nam nie dopisało. Brąz zdobyli Norwegowie wygrywając z nami 3:2, a Polska wracała do domu tylko, albo aż, z czwartym miejscem. Sporo pretensji po tym turnieju skierowanych zostało właśnie ku osobie Albańskiego. Twierdzono, że gdyby bronił jak z Austrią w Warszawie czy Rumunią w Bukareszcie (Stanisław Mielech, niegdyś reprezentacyjny napastnik, powiedział, że Spirydion bronił wtedy bezbłędnie), Polska mogłaby wywieźć nawet złoto. Kolejną cechą tego zawodnika, która zapewne was zaintryguje, jest jego wzrost. Gdybyśmy dzisiaj usłyszeli, że bramkarz ma 176 centymetrów, powiedzielibyśmy śmiało „niski, co on chce zdziałać między słupkami?”. Jest jednak na to proste wyjaśnienie, którego udzielił Robert Gawkowski. Wzrost? 1,76. Niski? Błąd! Dlatego, że średnia wzrostu podwyższyła się o kilkanaście centymetrów. Kiedyś oceniałem jedną z drużyn lwowskich czy krakowskich. Pisano o niej „niezwykle rosła drużyna, przeciętna wzrostu nawet ponad 170”. Niezwykle rosła drużyna i 170 cm? Dzisiaj to liliputy. Wystarczy spojrzeć na statystykę. Napastnik wysoki, 168 cm. Ludzie byli niżsi, bramkarz mający 176 cm był uważany za słusznego wzrostu faceta. Wtedy to był naprawdę wysoki człowiek, ze świetnym refleksem. Spirydion był wierny Pogoni. Od 1936 roku stał się jej kapitanem. W ciągu 11 lat opuścił tylko 5 spotkań! Łącznie rozegrał ich w barwach lwowskiego klubu 234. Był prawdziwym człowiekiem ze stali, kontuzje omijały go szerokim łukiem. Rozegrał nieprzerwanie 174 mecze, co jest drugim najlepszym wynikiem w historii tych rozgrywek (pierwsze miejsce zajmuje Jerzy Jóźwiak z wynikiem 185 gier).

Wynik ten trzeba bez wątpienia podziwiać, tym bardziej, iż w tamtych czasach piłka była czysto amatorska, choć nie do końca. Piłkarze mogli liczyć na drobne opłaty w postaci deputatów – a to 50 zł, a to zegarek czy żywność. Drużyna, która wygrała mecz, jadła obiad za darmo. Zresztą oprócz doznania urazu zawodnik zawsze mógł się rozchorować, nie dojechać czy po prostu nie dostać zwolnienia z pracy na mecz. Zanim nastał czas wojny, swój ostatni mecz Pogoń Lwów grała na Konwiktorskiej, 20 sierpnia 1939. Lwowiacy przegrali wtedy 1:2. ,,Pierwsza część tego mało emocjonującego spotkania mija bezbramkowo. Wspomnieć trzeba o pięknym strzale Kazimierowicza w poprzeczkę oraz wyróżnić nawrot formy u Albańskiego, broniącego skutecznie.” – Przegląd Sportowy Nr 67, 21 sierpnia 1939

Zespół Pogoni uznawano za jeden z najlepszych w tamtych latach. Lubiany przez wszystkich „Romek” nie wygrał jednak ani razu z nim mistrzostwa. Trzykrotnie święcił tytuł wicemistrza kraju. Przybył do klubu już po fenomenalnym okresie, gdy to w latach 1922-1925 Pogoń czterokrotnie zdobywała mistrzostwo Polski. Gdyby odbyły się rozgrywki z 1924 roku, przerwane przez igrzyska olimpijskie, zapewne miałaby pięć tytułów z rzędu! Już w tydzień po powrocie z Warszawy rozpętała się wojna. Potem nastąpił okres okupacji radzieckiej, który jednak nie doświadczył zawodników aż tak bardzo, jak mogło by się wydawać. Jak większość piłkarzy ze Lwowa, Spirydion grał w Dynamie czy Spartaku Lwów. Do grona tych zawodników zaliczał się późniejszy najlepszy trener XX wieku Kazimierz Górski. W 1940 Albański grał, mając już 33 lata, co było dość rzadkim przypadkiem. W owych czasach piłkarze o wiele wcześniej kończyli karierę, niż dziś. Dziś uważa się, że trzydzieści parę lat to najlepszy okres dla bramkarza. Jednak w tamtych czasach 35 urodziny oznaczały już schyłek kariery. Co pisał o nim Kazimierz Górski? Kiedy Kazimierz zaczynał swoją przygodę z piłką, to Spirydion zaczynał być już sławny. Podobno we Lwowie każdy chciał być Spirydionem Albańskim. Nawet ci, którzy grali jako napastnicy– Robert Gawkowski.

Po wojnie, jak większość lwowiaków „Spirytus”, przeniósł się na ziemie zachodnie. Najpierw do Rzeszowa, gdzie rozegrał kilka spotkań w barwach tamtejszej Resovii, a potem do Katowic, gdzie został na stałe. Po wojnie pracował w Instytucie Górnictwa. Próbował również swoich sił jako trener piłkarski. Początkowo był asystentem Ryszarda Koncewicza w Ruchu Chorzów jako „instruktor”, czyli formalnie drugi trener. W tym okresie świętował zdobycie pierwszego mistrzostwa w swojej karierze szkoleniowca. Był to sezon, w którym tytuł mistrza Polski otrzymywał, na wzór radziecki, nie mistrz ligi, a zdobywca Pucharu Polski, a w nim to Ruch Chorzów okazał się lepszym od Wisły Kraków. Warunki przedmeczowe nie były sprzyjające. W jednej z gazet Spirydion wypowiedział się na ten temat tak: ,,Warszawa przyjęła nas niezbyt gościnnie, ulokowano zawodników w brudnych, zapuszczonych pomieszczeniach.” Pomimo przeciwności, jakie postawiła im Sekcja Piłki Nożnej GKKF, która miała zająć się kwaterunkiem graczy, Ruch wygrał swój mecz 2:0 po bramkach Henryka Alszera i Jana Przecherki. Później „Spirytus” obejmował lokalne kluby typu Pogoń Katowice, Unia Strzemieszyce czy Zagłębianka Dąbrowa Górnicza. Na początku lat pięćdziesiątych był także sędzią na poziomie II ligi. Znamiennym dla czasów PRL było łatwe zapominanie o przedwojennych sportowcach. W tym okresie więcej pisano o sportowcach radzieckich czy czechosłowackich niż o polskich. W większości książek, które nawiązują do tamtych czasów, Albański figuruje jedynie jako jeszcze jedno nazwisko. Spirydion zmarł w 1992 roku w wieku 84 lat. Dziewięć miesięcy później odeszła jego żona Eustachia. 22 lata temu bramkarz Spirydion Albański został pochowany na cmentarzu przy ulicy Francuskiej w Katowicach ale dziś zdaje się, już nikt o tym nie pamięta a przecież to jedna z najciekawszych postaci naszego futbolu. Lwowiak, wychowanek tamtejszej Pogoni, 18 razy zagrał w reprezentacji Polski, wystąpił na olimpiadzie w Berlinie. Obdarzony świetnym refleksem był trochę zbyt szczupły (jak pisze encyklopedia FUJI, trzykrotnie stawał przed komisją poborową i trzykrotnie był zwalniany z powodu niedowagi. Był nawet okres, kiedy ważył mniej niż 50 kg!). Na Śląsk przyjechał z jednym kuferkiem w 1945 roku i został tu już do końca życia. Przez rok bronił w katowickiej Pogoni. Potem został trenerem. – Paweł Czado, dziennikarz Gazety Wyborczej Katowice, wydanie z 06.07.2002.

Przez wiele lat grób Albańskich był zaniedbany – nikt się nim nie opiekował. Postanowili to zmienić członkowie Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Katowicach i Zabrzu. Z pomocą przyszedł Zbigniew Boniek i wiele innych osób. Po renowacji grobu, przy okazji turnieju Ernesta Pohla, młodzi piłkarze reaktywowanej w 2009 roku Pogoni Lwów złożyli kwiaty i proporczyk na grobie Spirydiona. Piękny gest. Bo przecież o takich sportowcach jak on nie można zapomnieć.


8

Zapomniane legendy polskiego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974

0

Z jakie powodu drużyny(w tym i nasza Barcunia), które poprzednio grały we wtorek, ponownie graja we wtorek w Lidze Mistrzów? skoro ostatnio było na przemian?

12

To było meczycho!

4 października 2008 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Atletico Madryt 6:1 w ramach 6 kolejki La Liga. W pierwszym sezonie pracy Guardioli nie warto było spóźniać się na żaden z meczów, czego najlepszym przykładem jest potyczka z Atletico. Futbol Barçy był totalny, gole strzelali nie tylko napastnicy ale również i obrońcy(przykładem Marquez, który strzelił gola w 3 minucie tego meczu). Widzowie, którzy weszli na stadion, bądź włączyli odbiorniki w 10 minucie meczu nie zobaczyli 3 goli gospodarzy i pierwszego gola Messiego z rzutu wolnego w karierze, w dodatku nietypowego, gdyż zdobytego w momencie gdy bramkarz gości ustawiał mur. Opuszczenie pierwszej połowy meczu odbierało właściwie sens oglądania drugiej, ponieważ Blaugrana zrezygnowała po przerwie z przygniatającego pressingu. FC Barcelona z reguły pilnowała już wysokiego prowadzenia, podając w nieskończoność piłke, której przeciwnik nie był w stanie przejąć i dobijała rywali kolejnymi golami.



@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10

3

@Pawel13sz Całkiem zapomniałem o tym meczu. To był mecz fazy grupowej?

11

@FCBparasiempre Historia dotyczy piłkarzy pochodzących z Surinamu, dlatego warto na wstępie przypomnieć sobie co nieco na temat tego państwa. Surinam do 1975 roku był holenderską kolonią nazywaną Gujaną Holenderską, ale jeszcze w 1935 roku w Holandii zamieszkiwało ledwie 200 obywateli Gujany. Po zakończeniu II Wojny Światowej coraz więcej młodych ludzi głównie Kreoli rozpoczynało studia w Amsterdamie i Lejdzie, a następnie pozostawało w Holandii. Kraj oferował dużo większe perspektywy niż Gujana Holenderska. Emigracja wzrosła po 1954 roku, gdy ogłoszono statut Królestwa Niderlandów, który zrównywał w prawach mieszkańców kolonii z rodowitymi Holendrami. O ile wcześniej emigrantami byli głównie ludzie wykształceni, to w latach 60., gdy koszty transportu morskiego zdecydowanie się obniżyły, nowego, lepszego życia zaczęli szukać także słabiej wykwalifikowani pracownicy. Po uzyskaniu niepodległości w 1975 roku do Rotterdamu, Hagi czy Amsterdamu dotarła kolejna fala emigrantów. Brak wykształconych i wysoko wykwalifikowanych pracowników przyczynił się do kłopotów gospodarczych nowo powstałego państwa, oraz pośrednio do przejęcia władzy przez wojsko i dyktatora Dési Bouterse’a w 1980 roku. Gdy w Surinamie ginęli ludzie walczący z dyktaturą (morderstwa grudniowe w 1982 roku), w Holandii potomkowie emigrantów zaczęli odnosić sukcesy w piłce nożnej. Wprawdzie pierwszy piłkarz pochodzenia surinamskiego, czyli Humphrey Mijnals zadebiutował w reprezentacji Holandii w 1960, to na prawdziwe gwiazdy trzeba było poczekać do lat 80. Pewnie znacie takich piłkarzy jak: Ruud Gullit, Frank Rijkaard, Aron Winter czy Stanley Menzo. Wszyscy są pochodzenia surinamskiego i każdy z nich występował w meczach Kolorowej Jedenastki. Mogli również znajdować się na pokładzie feralnego samolotu linii Surinam Airways o numerze PY 764… Na szczęście z różnych powodów się na nim nie znaleźli i dzięki temu mogliśmy podziwiać ich grę w kolejnych latach.

W 1984 roku mieszkaniec Amsterdamu Sonny Hasnoe wymyślił, że istnieje możliwość zrobienia czegoś, co mogłoby pomóc w walce z ubóstwem wśród Surinamczyków i jednocześnie promować integrację tej mniejszości narodowej w Holandii. Potrzebna była tylko współpraca holenderskich piłkarzy z korzeniami w Surinamie, odpowiedni przeciwnik i przede wszystkim zainteresowanie mediów. Inicjatywa Hasnoe spotkała się z pozytywnym odzewem wśród czołowych graczy pochodzenia surinamskiego i już dwa lata później, na Stadionie Olimpijskim w Amsterdamie, udało się rozegrać mecz, w którym Het Kleurrijk Elftal zmierzyła się z mistrzem Surinamu SV Robinhood. Kolorowa Jedenastka była przekrojem surinamskiej piłki nożnej w Holandii. Obok wielkich gwiazd takich jak: Gullit, Rijkaard, Blinker czy Silooy, występowali w niej gracze z mniejszych klubów, takich jak Telstar, Heracles Almelo czy RBC. Trenerem drużyny był Nick Stienstra, który w Surinamie występował w barwach Robin Hood, a w Holandii skończył CIOS (Centralny Instytut Szkolenia Liderów w Sporcie) i trenował amatorskie RCH Heemstede. Pod koniec lat osiemdziesiątych starał się zdobyć wykształcenie, które po powrocie do ojczyzny pomogłoby mu podnieść poziom rodzimego futbolu. Drużyna Stienstry rozgrywała niestety tylko jeden mecz rocznie, a zapotrzebowanie na te spotkania w Surinamie było dużo większe. W związku z tym SVB (Surinamski Związek Piłki Nożnej) zorganizował turniej z udziałem Kolorowej Jedenastki i trzech największych wówczas miejscowych klubów: SV Transvaal, SV Boxel (obecnie Nacional Deva Boys) i SV Robinhood. Rozgrywki miejscowej ligi już się skończyły i władze chciały jakoś zapełnić stare, zniszczone stadiony. Przyjazd Het Kleurrijk Elftal miał pomóc w promocji piłki nożnej w Surinamie. Miejscowi chłopcy mieliby możliwość zobaczenia na żywo piłkarzy, których dotąd podziwiali tylko w telewizji, a warto wiedzieć, że gracze tacy jak Ruud Gullit czy Gerald Vanenburg mieli wówczas w Paramaribo i okolicach niemal półboski status.



Nick Stienstra wysłał zaproszenia do ponad sześćdziesięciu graczy, ale otrzymał wiele odmownych odpowiedzi. Nie wynikały one w większości z niechęci piłkarzy do wyjazdu. Po prostu największe kluby nie chciały puścić swoich zawodników (czym uratowali ich życia…). Ostatecznie udało się zebrać kadrę 21 osób, którzy wraz z trenerem, mieli udać się do Surinamu.

Dwóch najbardziej znanych graczy, Stanley Menzo (udał się do Surinamu na własną rękę, bez zgody klubu) i Hennie Meijer wybrali wcześniejszy lot i już na miejscu czekali na kolegów. Oprócz nich wcześniej polecieli bracia Jerry i Jimmy Simons, którzy zdecydowali się na to, ze względu na przeczucia ich matki. Jak się okazało, ta decyzja prawdopodobnie ich ocaliła. 17 piłkarzy i trener Stienstra, 6 czerwca 1989 zebrali się na lotnisku Schiphol w Amsterdamie. Ze względu na opóźnienie, samolot SLM (Surinamskich Linii Lotniczych) wystartował tuż przed godziną 24. Lot przebiegał bez zakłóceń, ale problemy pojawiły się tuż przed końcem. Ze względu na dużą mgłę pilot trzykrotnie nie uzyskał zgody na lądowanie, ale mimo to, wykorzystując system ILS spróbował po raz czwarty. Niestety, na wysokości 25 metrów nad ziemią samolot zawadził skrzydłami o drzewa i runął na ziemię. W katastrofie zginęli wszyscy członkowie załogi i 167 ze 178 będących na pokładzie pasażerów, w tym 15 z 18 członków ekipy Het Kleurrijk Elftal. Była to największa katastrofa lotnicza w historii Surinamu.

Ofiary tragedii:

Rudy Degenaar (25 lat – Heracles Almelo). Silny i wytrzymały obrońca Heraclesa. Był synem Dolfa Degenaara, który grał w latach 50. i 60. i występował w PEC Zwolle i Tubantii. Jako jedyny członek ekipy podróżował z dziewczyną (Hedwig Wolthuis), która również zginęła w tej katastrofie.

Steve van Dorpel (23 lata – FC Volendam). „Perła z Bijlmer”. Bardzo utalentowany napastnik, który w momencie katastrofy był graczem FC Volendam, ale prowadził zaawansowane rozmowy w sprawie przejścia do Rody JC Kerkrade. Upamiętniający go pomnik stoi w Bijlmerpark w Amsterdamie.

Wendel Fräser (22 lata – RBC Rosendaal). Znakomity drybler, który w młodości grał w swym wymarzonym klubie – Feyenoordzie, ale tam się nie przebił. W RBC grał znakomicie i po zakończeniu sezonu miał przejść za 60 000 guldenów (ok. 27 tysięcy euro) do SVV Schiedam. W Surinamie Fräser miał po raz pierwszy spotkać się ze swoim ojcem. Pomimo tego, że nigdy z nim nie rozmawiał, piłkarz chciał go zobaczyć. ,,Miało to odbyć się na zasadzie pokazania mu: Tak wyglądam, zobacz kim się stałem, do wszystkiego doszedłem bez twojej pomocy”- tak wspomina to jego brat Hille FRÄSER. Jego starszy brat miał mieszane uczucia wobec swojego ojca - ,,Ten człowiek nas zawiódł ale z drugiej strony Wendel chciał zobaczyć, jak wyglądał, gdy stanąłby z nim twarzą w twarz, miał zdecydować czy go uściskać, czy po prostu odejść. To był jego ojciec, którego bardzo mu brakowało.

Frits Goodings (25 lat – FC Wageningen). Defensywny pomocnik, który grał w akademii FC Utrecht. W 1989 roku występował w FC Wageningen. Świetny piłkarz, który jednak był dość podatny na kontuzje. Początkowo miał wyjechać na wakacje do Ameryki, ale przesunął termin, tak by móc pojechać do Surinamu z Kolorową Jedenastką.

Jerry Haatrecht (28 lat – Neerlandia). Obrońca, który grał w młodości z Ruudem Gullitem i Frankem Rijkaardem na placu Balboaplein w Amsterdamie. Miał dużo talentu i grał ze swoim bratem w juniorach Ajaksu, ale brakowało mu mentalności, aby odnieść sukces jako zawodowy piłkarz. Jerry zastępował w kadrze swojego brata, który nie mógł pojechać do Surinamu ze względu na mecze barażowe jego klubu SC Heerenveen. Był jedynym amatorskim piłkarzem w zespole Kleurrijk Elftal.

Virgall Joemankhan (20 lat – Cercle Brugge). Bardzo utalentowany pomocnik, który w młodości również występował w Ajaksie. Gdy został przesunięty do drugiej drużyny, postanowił wyjechać do Belgii i występował w barwach Cercle Brugge. Był przyjacielem Toma Krommendijka, który zginął w 1990 roku po wypadku samochodowym. Joemankhan był znany z rozrywkowego trybu życia.

Andro Knel (21 lat – NAC Breda). Utalentowany lewoskrzydłowy lub lewy obrońca Sparty Rotterdam i NAC Breda. W młodości grał w Sparcie na skrzydle, ale ostatecznie skończył w formacji defensywnej. Na treningi jeździł… na wrotkach, co bardzo podobało się fanom i powodowało, że był bardzo lubianym graczem. W NAC występował dopiero pół roku, ale i tam zyskał ogromną popularność. Po jego śmierci kibice obydwu klubów bardzo zbliżyli się do siebie i ustanowili „Andro Knee Bokaal”. Jest to unikalny na skalę światową mecz pomiędzy kibicami obydwu klubów. W obu występował Andro. Jest rozgrywany w dniu, w którym mierzą się ze sobą pierwsze zespoły Sparty i NAC.

Ruben Kogeldans (22 lata – Willem II). Obrońca Wilhelm II Tilburg został powołany w ostatniej chwili, ponieważ były wątpliwości co do jego przydatności w zespole. Ze względu na plagę kontuzji miał niewielką konkurencję. Występował w VVV, z którego przeszedł do Willem II. Był nieodpowiedzialny w grze, ale bardzo pracowity na treningach. Jego ojciec Paul grał w Voorwaarts i VVV. Rodzina Kogeldansa jest jedyną, która nadal sądzi się z SLM.

Ortwin Linger (21 lat – Haarlem). Prawy obrońca Haarlem, gdzie trenerem był Dick Advocaat. Chciał go nawet zabrać do swojego nowego klubu SVV. Ortwin zmarł z powodu urazów trzy dni po katastrofie SLM. W ciągu tych trzech dni był nazywany pacjentem X. Było to spowodowane tym, że w szpitalu panował całkowity chaos, a z piłkarzem nie było kontaktu (mógł tylko mrugać oczami). Dlatego jego tożsamość pozostawała przez długi czas tajemnicą. Jego nazwisko znalazło się na liście ofiar, a także na liście zaginionych. Przez to rodzina przez wiele dni żyła w wielkiej niepewności. W tym czasie pomagał im Dick Advocaat, który miał dobre relacje z matką Ortwina. Ostatecznie został zidentyfikowany przez wuja (który objeździł wszystkie szpitale ze zdjęciem Ortwina) i Stanleya Menzo, na podstawie zębów i wyglądu łydek.

Fred Patrick (23 lata – PEC Zwolle). Pomocnik AZ Alkmaar i PEC Zwolle. Fred Patrick był kreatywnym rozgrywającym, znanym również z wielkiego poczucia humoru i swoich umiejętności naśladowania i parodiowania Steviego Wondera.

Andy Scharmin (21 lat – FC Twente). Był bardzo utalentowanym obrońcą i kapitanem młodzieżówki. Miał ojca Niemca i matkę z Surinamu. Mógł wyjechać wraz z młodzieżową kadrą Holandii do Tulonu, lub z Kolorową Jedenastką do Surinamu. Wybrał rodzinny kraj matki, która – co ciekawe – również podróżowała z nim tym samolotem. Dla matki był to powrót do Surinamu po 40 latach. Scharmin otrzymał pozwolenie od klubu w ostatniej chwili. Niedługo po tragedii FC Twente zagrało mecz z FC Barceloną dla uczczenia pamięci Scharmina.

Elfried Veldman (23 lata – De Graafschap). Szybki skrzydłowy, który dorastał w juniorach Ajaksu. Przez zbyt słabe wyszkolenie techniczne nie podpisano z nim kontraktu i przeniósł się do De Graafschap. Elfried był bratem Johna Veldmana, gracza m.in. PSV, Ajaksu i Sparty, który raz wystąpił w reprezentacji Holandii.

Florian Vijent (27 lat – SC Telstar). Bramkarz Telstaru, który został wybrany najlepszym golkiperem drugiej ligi w sezonie 1988/89. Był dobrym przyjacielem Stanleya Menzo, któremu ze względu na duże podobieństwo, często pożyczał prawo jazdy.

Ocaleni z katastrofy:

Sigi Lens – szybki napastnik Fortuny Sittard. Był bliskim przyjacielem Freda Patricka, który zginął. Po odzyskaniu sprawności próbował powrócić na boisko, ale musiał zrezygnować ze względu na rehabilitację. Obecnie jest właścicielem firmy managerskiej zajmującej się piłkarzami.

Edu Nandlal – występował w FC Utrecht, Emmen i Vitesse. Po katastrofie miał paraplegię spowodowaną uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Obecnie ma własną firmę sprzątającą.

Radjin de Haan – Siedem miesięcy po katastrofie wrócił na boisko, ale już nigdy nie zbliżył się do poziomu, który reprezentował wcześniej. W 1990 roku zainteresował Telstar, jednak nie doszedł już do swojego starego poziomu. Obecnie jest trenerem amatorskich drużyn w Holandii.

Upamiętnienie

Kilka dni po katastrofie, w Amsterdamie zorganizowano imponującą ceremonię ku czci ofiar, podczas której przemawiał Ruud Gullit. Również w 1989 roku na De Kuip odbył się mecz towarzyski pomiędzy graczami surinamskimi a reprezentacją Holandii. W Surinamie znajdują się dwa pomniki upamiętniające katastrofę SLM. Również kibice klubów, w których występowali poszczególni gracze, w różny sposób uczcili ich pamięć np. jedna z trybun stadionu PEC Zwolle nosi imię Freda Patricka.


11

2

@Szalik Zgadza się i to dopiero po prawie 75 latach! To świadczy o sile przedwojennego polskiego futbolu.

12

Pamiętajmy bo warto:

Legendarny snajper Teodor Peterek w okresie 03.10.1937 – 11.09.1938 w 16-tu kolejnych występach w ekstraklasie strzelał gole! Kolejni gracze, w tej klasyfikacji (Henryk Herbstreit z ŁKS-u Łódź i Marek Koniarek z Widzewa Łódź zaliczyli „zaledwie” 10. takich spotkań). Ten okres strzelania goli był przez wiele lat rekordem świata! Wiecie kto pobił rekord Peterka?
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman
@Symson
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Sensible

1

@agaFCB A no to jeśli z przymrużeniem oka no to ok. bo to było tak napisane, jak właśnie te zawistne osoby. Powiem ci jednak szczerze że te całe ,,dźwignie" bardzo mi się nie podobają. To tak jak byśmy sprzedawali siebie komuś na jakichś ich warunkach na... nie wiadomo jaki czas? może na zawsze? Pozostaje duży niesmak i nie wiadomo jak to się kiedyś skończy...

1

@Culers Oczywiście że słyszałem o dźwigniach ale że mają doprowadzić do bankructwa i to już za 2 lata to nie słyszałem...

0

@agaFCB Jak to dlaczego nie będzie?

1

@denks1984 To tak jakbyśmy razem oglądali i razem zachwycali się tym samym zawodnikiem. Od przybycia kochanego murzynka Samuela pokochałem Barcunie na amen!

11

@FCBparasiempre 3 października 1950 r. w Gdańsku urodził się Andrzej Szarmach, napastnik. ,,Zawsze drugi. Całe życie ciągle drugi. Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, czułem się jak drugi”. Czy jest lepszy cytat do opisu kariery Szarmacha? Ciągła pogoń za złotem a mimo to ciężko mówić o jakimś niespełnieniu. W końcu mowa o 2-krotnym medaliście MŚ i wicemistrzu olimpijsku. W Górniku Zabrze przyszło mu zastąpić kontuzjowanego Lubańskiego i w nim następcę słynnego napastnika dostrzegł też selekcjoner reprezentacji Polski. Trzema golami strzelonymi w towarzyskich starciach z Haiti ostatecznie przekonał Kazimierza Górskiego do nominacji mundialowej. Niewiele jednak zabrakło by trener został zmuszony do radzenia sobie bez niego. W ostatnim kwietniowym meczu ligowym Szarmach doznał poważnej kontuzji kostki i musiał zejść z boiska. Nie pojawił się już na boisku aż do mundialu. Wcześniej też mierzył się z innymi urazem i stracił prawie całą wiosne, strzelając w niej tylko jednego gola. Mimo to w Niemczech Górski z szerokiego grona napastników postawił właśnie na niego, choć wcześniej zdawało się że przegrywa rywalizacje z Domarskim. W towarzyskich starciach przewyższał jednak swych konkurentów. ,,W roli środkowego napastnika najlepiej spisał się Szarmach. Już przed paroma dniami w meczu krakowskim wykazał on dużą dojrzałość piłkarską.”- pisał ,,Dziennik Polski” po sparingu kadry z Malagą. Szarmach na mundialu stał się jedną z największych gwiazd. Strzelił gola po pięknej podcince z Argentyną, w starciu z Haiti stał się drugim polskim piłkarzem w historii mundiali z hat-trickiem na koncie(po Erneście Wilimowskim) a na zakończenie fazy grupowej pokonał bramkarza Włochów po świetnym strzale głową nad bezradnie interweniującym Dino Zoffem. Mógł nawet powiększyć swój dorobek bo z Argentyńczykami zaliczył słupek. Dodatkowo wywalczył karnego na wage zwycięstwa z Jugosławią. Z dorobkiem 5 goli przewodził klasyfikacji strzelców MŚ jeszcze na tym etapie rozgrywek. Dopiero na finiszu wyprzedził go Grzegorz Lato. Wpływ na to miała kontuzja, jaka odniósł w starciu z Jugosławią. Przez stłuczenie mięśnia nie mógł wystąpić z RFN. Temu Górski przypisywał jedyną porażke poniesioną na tym turnieju. Ostatecznie Szarmachowi pozostał tytuł wicekróla strzelców. Drużynowo wywalczył zaś srebro, przyznawane za 3. Miejsce na świecie. ,,Zrobiliśmy dużo ale mogliśmy zajść jeszcze wyżej – mówił sam po powrocie. Agencja UPI dała go jako rezerwowego w najlepszej jedenastce turnieju. Podobnie ustawił go News of the World. Podczas MŚ cieszył się olbrzymią sympatią widzów i nie wiadomo co bardziej pociągało trybuny – wąsik, szybkie i celne strzały czy też autentyczny wdzięk piłkarski tego zawodnika?”- zastanawiał się ,,Dziennik Polski”. T o właśnie wtedy narodziło się słynne powiedzenie że ,,Szarmach wsadza głowe tam, gdzie inni boją się wsadzać noge”. Jak w starciu z Haitańczykami, gdy jego czupryna dwukrotnie znalazła się między bezradnie interweniującymi defensorami z Karaibów. Jego największym atutem była jednak skuteczność. Miłośnik statystyki komputerowej Jacek Gmoch mierzył kiedyś za pomocą nowoczesnych technologii kontakty z piłką swoich zawodników podczas meczu. Wynik Szarmacha był prawie nieprawdopodobny. Środkowy napastnik przez 90 minut nie zanotował nawet dwucyfrowej liczby w tej klasyfikacji. Nie przeszkodziło mu to strzelić w tym meczu 2 goli… Przyzwyczajony przez większość meczu Szarmach, gdy tylko piłka znajdowała się w polu karnym, stanowił ogromne zagrożenie. Wykorzystywał większość nadarzających mu się sytuacji w meczu. Od linii 16 metra piłka niemal sama go szukała. Stąd wiele razy wychodził ,,sam na sam” z bramkarzami, co prawie z automatu oznaczało gola… Łącznie strzelił w ciągu 8 lat gry na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce aż 109 goli. Średnio daje to nieco ponad 12 goli na sezon. Przez ten czas tylko raz jego dorobek spadł poniżej dwucyfrówki w rozgrywkach. Przy 207 rozegranych meczach daje to przeciętnie 0,53 gola na mecz. Dwukrotnie był wicekrólem strzelców. Pozostaje też, a jakże, drugim najlepszym strzelcem w historii występów Stali Mielec w Ekstraklasie. Tylko on oraz Tomasz Frankowski w całej historii rozgrywek strzelili co najmniej po 45 goli w lidze dla więcej niż jednego klubu. Szarmach strzelał je dla dwóch czołowych ekip Ekstraklasy lat 70-tych – Górnika Zabrze oraz Stali Mielec. Gra w żadnym z nich nie dała mu jednak tytułu mistrza Polski! Do obu tych drużyn trafiał w sezonie następującym po zdobyciu złota. Z Górnikiem najdalej doszedł do srebra, ze Stalą Mielec do brązu. Z tą drugą drużyną mierzył się też w słynnych bojach z Realem Madryt w Pucharze Mistrzów. Swoja jedyną korone króla strzelców(poza 2 ligą) wywalczył na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu. Tu jednak z kolei drugie miejsce przyplątało się do niego w rankingu zespołowym. Polacy wyjechali z Kanady ze srebrem po porażce w finale z NRD, co w kraju przyjęto raczej z niedosytem. Szarmach pozostał natomiast bez wywalczonego tytułu drużynowego i nie zdobył go już do końca kariery. Razem z Latą, Kusto i Żmudą stanowi natomiast jedyny kwartet podwójnych medalistów MŚ w historii polskiej piłki. Oprócz srebra zdobytego za 3. Miejsce z drużyną Górskiego w 1974, znaleźli się oni też w zespole Piechniczka 8 lat później. W przypadku Szarmacha trudno żeby było inaczej, skoro swoim golem przyczynił się do wygranej w eliminacjach z NRD w Lipsku 3:2. Na mindialu trener trzymał go jednak w rezerwie. Wpuścił go na zmiane za Andrzeja Iwana w meczu z Kamerunem. Na kolejny występ musiał czekać do starcia o 3. Miejsce z Francją, choć wcześniej prasa głośno domagała się jego udziału w meczu z Włochami, gdy z powodu nadmiaru kartek nie mógł zagrać Boniek. Piechniczek ostatecznie postawił na Pałasza, co jak sam przyznał było jego największym błędem w karierze. Selekcjoner uprzedził się do niego po bardzo słabym występie z Kamerunem. Wtedy wprost powiedział: ,,Szarmach nie jest w formie”. Dość ostro krytykował go też legendarny komentator Jan Ciszewski, twierdząc że napastnik jest zbyt powolny i grzeszy nieskutecznością. W medalowym meczu Szarmach zagrał jednak od początku i zdobył wyrównującego gola po pięknym strzale z dość ostrego kąta. Do historii przeszła chyba jednak scena następująca bezpośrednio po trafieniu. Szarmacha zaczął wyściskiwać Boniek. Napastnik jednak nie okazał żadnej radości, tylko posłał groźne spojrzenie w kierunku selekcjonera… Ciszewski zaś zaniemówił przed mikrofonem z wrażenia po tej akcji. Sam strzelec podkreślał że gol go cieszy ale głównie dlatego że zdobył go w starciu z Francją a był już wówczas piłkarzem klubu z tego kraju. Dokonał tego w swym ostatnim meczu w reprezentacji. Jego dorobek wyniósł 62 mecze i 32 gole. Trafiał więc do siatek rywali średnio w co drugim meczu. Z liczbą 7 goli jest też drugim po Lacie najlepszym strzelcem Polski na MŚ. Tylko tych dwóch piłkarzy w historii biało-czerwonych potrafiło pokonywać bramkarzy rywali na 3 mundialach. Oprócz dwóch medalowych MŚ, uczestniczył też w turnieju tej rangi w 1978, gdzie uzyskał gola na wage wygranej 1:0. ,,Rozłozone ręce Szarmacha, mina zdobywcy po strzeleniu gola i malujący się na ustach okrzyk: To jest to! – to rzeczywiście najradośniejszy i zarazem pozytywny koniec konfrontacji z Peru.”- pisała ,,Trybuna Śląska”. Trener Gmoch w eliminacjach do tego turnieju miał dość specyficzny pomysł na wykorzystanie Szarmacha, stawiając go w drugiej linii, co przy braku dynamiki obniżało jego ocene. Zresztą często pojawiały się glosy że Szarmach już obniżył loty. Być może było to też odium afery z Gorgoniem, gdy wdali się w sprzeczke z obsługą pociągu. Jego odpowiedzią na takie głosy były jednak wybitne mecze, jak w eliminacjach ME z Holandią, w którym strzelił 2 gole. Spotkanie z ówczesnymi wicemistrzami świata uznawane jest za jedno z najlepszych w historii reprezentacji Polski. Po Stali Mielec wyjechał do Francji. Nad Sekwaną dla Auxerre strzelił 91 goli w pierwszej lidze francuskiej, co do dziś jest jednym z najlepszych wyników tego klubu. Dwukrotnie został uznany przez ,,France Football” najlepszym obcokrajowcem ligi francuskiej. Kres kariery piłkarskiej zbiegł się z początkiem pracy trenerskiej. W Ekstraklasie prowadził Zagłębie Lubin. Obecnie zajmuje się działalnością menadżerską. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Sklasyfikowany został na 7.miejscu na liście najlepszych polskich piłkarzy w historii ,,Magazynu Futbol”.


10

12

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

3 października 1913 r. w Königshütte(Chorzów) urodził się Leonard Piątek, świetnie wyszkolony technicznie napastnik, który świetnie odnajdywał się w grze kombinacyjnej i imponował silnym strzałem. Swoją przygodę z piłką zaczynał w barwach AKS-u, do którego zapisał się jako 13-latek. Debiut w lidze zaliczył 11 kwietnia 1937 r. W derbowym pojedynek u z Ruchem strzelił jedną z bramek, a jego zespół wygrał 3:1. We wrześniu w ligowym starciu z Wisłą strzelił swojego pierwszego hat-tricka w elicie. W swoim premierowym sezonie w ekstraklasie uzbierał 10 bramek, czym znacząco pomógł swojej drużynie, która na finiszu zajęła drugie miejsce w tabeli. Jego strzelecka forma eksplodowała jednak rok później. Wielu zachwycało się wówczas snajperskim popisami Peterka i Wilimowskiego, ale w całych rozgrywkach Piątek obu panom ustąpił tylko o jedną bramkę. Od maja do lipca trafiał w sześciu kolejnych meczach, a 2 października w meczu ze Śmigłym Wilno drugi raz w karierze strzelił trzy bramki w jednym meczu ligowym. Kolejne dwa hat-tricki ustrzelił w kolejnym sezonie – z Polonią i z Union-Touring. W sumie w lidze strzelił dla AKS-u 41 goli w 43 meczach. W kadrze zadebiutował w meczu z Łotwą 6 września 1936 r. W Rydze grała wówczas de facto druga reprezentacja, ale mecz jest uznawany za w pełni oficjalny. Warto zaznaczyć, że AKS-u nie było wówczas w pierwszej lidze, a mimo to Piątek swoimi umiejętnościami zwrócił uwagę Józefa Kałuży.

Skutecznością imponował nie tylko w klubie, bo już w drugim meczu w biało-czerwonych barwach trafił przeciwko Szwecji, a w kolejnym do kapitulacji zmusił golkipera z Rumunii. W starciu z Jugosławią, z którą walczyliśmy o awans na francuskie mistrzostwa, to właśnie Piątek strzelił dwa pierwsze gole, dzięki czemu polski zespół mógł grać spokojniej i kontrolować przebieg spotkania, zwyciężając ostatecznie 4:0 i przesądzając praktycznie sprawy awansu. Wystąpił w słynnym meczu z Brazylią. W czerwcu 1939 r. strzelił gola w zremisowanym 1:1 meczu ze Szwajcarami, a dwa miesiące później wyprowadził nasz zespół na prowadzenie w ostatnim meczu przed wojną, pewnie wykorzystując rzut karny. Był nominowany do olimpijskiej kadry, która miała nas reprezentować na igrzyskach w Helsinkach w 1940 r. Był piłkarzem bardzo uniwersalnym, można powiedzieć, że już przed wojną prezentował to, co później nazwano futbolem totalnym. W czasie okupacji był ochraniany przez niemieckie władze i cztery lata grał dla zespołu Germania, ale w końcu został wcielony do Wehrmachtu i szybko odniósł rany na polu walki. Do Polski wrócił pod koniec 1945 r. ale doznał w kraju wielu przykrości. Mało kto pamiętał, że to jemu Kałuża w czasie okupacji powiedział, że Ślązacy winni grać, bo będą jeszcze Polsce potrzebni. Po wojnie nie chciano go jego macierzystym klubie, więc karierę kończył w katowickiej Pogoni, gdzie był grającym trenerem i kapitanem. W Reprezentacji rozegrał 17 meczów, strzelając 11 goli.

@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Sensible

12

Barça w europejskich pucharach:

3 października 1983 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou 1:4 z FC Metz w ramach 1/16 Pucharu Zdobywców Pucharów. Barça Terry’ego Venablesa w pierwszym sezonie wszystko robiła efektownie. W La Liga wygrywała wszystkie mecze a w Pucharze Zdobywców Pucharów odpadła z rozgrywek w równie ,,efektowny” sposób. Po zwycięstwie w Metz 2:4 droga do awansu wydawała się otwarta, zwłaszcza że w 33 minucie meczu rewanżowego Blaugrana objęła prowadzenie. W dotychczasowych 4 meczach ligowych Katalończycy dali sobie strzelić tylko jednego gola. W takiej sytuacji strata 4 goli u siebie, potrzebnych przeciętnej francuskiej drużynie do awansu, wydawała się niemożliwa. Barça stosowała w tym meczu taktykę wymuszania spalonych wymyśloną przez Menottiego, polegającą na ustawianiu wysuniętej linii obrony, co Metz wykorzystało dwukrotnie w ciągu 2 minut, jeszcze w pierwszej połowie. W przerwie meczu nawet prezydent Metz nie wierzył w niespodziankę: ,,Sanchez(gracz Barçy, zdobywca samobójczego gola) dał nam prezent ale potrzebujemy jeszcze kilku aby zrekompensować nasze cztery podarunki z pierwszego meczu”. W drugiej połowie kolejne niemal identyczne zagrania za plecy stoperów zakończyły się trzecią i czwartą decydującą bramką dla gości . Wiceprezydent Joan Gaspart nie przebierał w słowach: ,,Proszę mnie nie pytać o naszych zawodników, bo mogę powiedzieć coś obraźliwego. Takie rzeczy dzieją się raz na tysiąc lat!”.

@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Ogorinho1974

7

@FCBparasiempre 2 października 1935 r. urodził się Omar Sivori, argentyński pomocnik i napastnik, Zdobywca Copa America-1957 ; Zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’ z 1961 roku oraz 3-krotny Mistrz Włoch. Z Argentyny do Włoch kilka tysięcy kilometrów. Kiedy jednak zajrzeć do kronik "calcio" można dojść do wniosku, że oba kraje dzieli miedza a w dodatku przechodzić można wyłącznie w jedną stronę, z Argentyny do Italii. Orsi, Monti, Libonatti, Demaria, Montuori, Cesarini, Lojacano, Ricagni, Angelillo, Maschio, Martino, Peasaola, Pucirelli czy Scopelli, to tylko nieliczni z najwybitniejszych graczy, którzy przewędrowali z Argentyny na Półwysep Apeniński. Jedni przyjechali do Europy pragnąc znaleźć się w kraju swoich przodków, drugich skusiła wizja solidnych zarobków. I chyba nie będziemy w błędzie twierdząc, iż ten drugi aspekt miał istotniejsze znaczenie, bowiem Argentyńczycy pojawili się również w Hiszpanii (di Stefano) czy Francji. Zbliżonym szlakiem podążył najlepszy piłkarz Europy 1961 roku, Omar Sivori. Urodził się w San Nicolas, kilkunastotysięcznym mieście w prowincji Buenos Aires, nad Paraną. W przeciwieństwie do wielu sławnych piłkarzy, których biografie rozpisano niemal na dni, od czasów chłopięcych począwszy, niewiele wiemy o początkach jego przygody z futbolem. Dopiero jako siedemnastolatka, identyfikuje go nam River Plate, chociaż wedle innych źródeł grę w tym klubie rozpoczął mając dziewiętnaście lat. Zresztą rozbieżności w interpretacji argentyńskiego fragmentu życiorysu Sivoriego, bez liku. Pozostaje wszak niepodważalne, iż w 1955 roku był już gwiazdą River. Miał szczęście doskonalić swój talent u boku takich znakomitości jak Labruna, Loustau czy Nestor Rossi. Ale rychło uczeń przerósł mistrzów. Oto w 1955 i 1956 roku Omar Sivori był najskuteczniejszym zawodnikiem "milionerów". Wprawdzie jego osiągnięcia: 10 i 11 bramek, wyglądają dosyć skromnie przy zdobyczach Labruny, Ferreyry, Moreno, Artime, Masa czy Morete, ale przecież "ważyły swoje".


Nieprzeciętny talent zjednał mu uznanie opiekunów reprezentacji, budujących kadrę na mistrzostwa świata w Szwecji. Nazwisko Sivoriego znajdujemy w składzie drużyny narodowej, która triumfowała w XXV Mistrzostwach Ameryki Południowej, rozgrywanych na peruwiańskich boiskach w 1957 roku. Doskonale spisywała się w Peru środkowa trójka napadu: Maschio, Angelillo, Sivori. Jednak nadzieje Argentyńczyków na zmontowanie silnej reprezentacji prysnęły niczym bańka mydlana. Angelillo znalazł się w Interze, Maschio w Bolonii, zaś Sivori - za 180 milionów lirów - w Juventusie! Argentyński Związek Piłkarski (AFA) uznał, że "synowie marnotrawni" niegodni są występów w MŚ. Trener Guillermo Stabile, "król strzelców" I światowego championatu, musiał z nich zrezygnować.


Wejście Sivoriego do Juventusu okazało się imponujące. Wraz z Walijczykiem Charlesem stworzył wyśmienity tandem, wspomagany przez Włocha Bonipertiego. W sezonie 1957/58 turyńczycy sięgnęli po prymat z przewagą ośmiu punktów nad Fiorentiną. Charles z 29 golami wygrał rywalizację strzelców, Sivori zajął w tej konkurencji trzecią pozycję z 22 trafieniami. W 1960 i 1961 Juventus znów był najlepszy we Włoszech, a prym w drużynie nadal wiodła trójka: Charles, Sivori i Boniperti, lecz w dorobku bramkowych Argentyńczyk zdecydowanie przodował. Zwyciężył w konkurencji "kanonierów" ligi w 1960 - 27 bramek, w następnym był drugi - 25, zaś w 1963 trzeci - 16. W tym czasie zespołowi, finansowanemu przez koncern "Fiata", dwukrotnie przypadł Puchar Italii. Sivori grał w Juventusie przez osiem sezonów, potem jeszcze cztery - do 1969 - w Napoli. Podczas występów na włoskich stadionach zdążył strzelić 188 goli, co dało mu eksponowaną lokatę wśród najskuteczniejszych zawodników historii "calcio". Swoją grą w turyńskiej armadzie zyskał europejską sławę. Synonim niedoścignionego kunsztu technicznego - pisano - czarował publiczność i fachowców niepowtarzalnym dryblingiem, bajecznym panowaniem nad piłką, instynktem rasowego strzelca. Wielka ruchliwość, iście południowy temperament oraz wyjątkowa zwinność, sprawiły iż przylgnął doń przydomek: "Scioattolo della Juve" (wiewiórka z Juve).


Gdzie indziej charakteryzowano odmienne oblicze piłkarza: " Sivori był przez parę ładnych lat bożyszczem włoskich kibiców, nie tylko ze względu na wysokie umiejętności piłkarskie, lecz również z powodu malowniczego sposobu zachowywania się na boisku. Niemal w każdym meczu popadał w konflikt z sędzią a raz dopuścił nawet do bójki z trenerem drużyny... rywali. Charakter miał ogromnie wybuchowy. Pewien dziennikarz nazwał go aniołem i demonem "calcio". Omar Sivori lubił też popisywać się nieprawdopodobnymi sztuczkami. W czasach występów w Argentynie doprowadził do rozpaczy Chilijczyków. Otrzymawszy piłkę wpadł w istny trans. Minął w niewiarygodnym pląsie szesnastu (!) atakujących go przeciwników i by nie pozostawić wątpliwości, że jest panem sytuacji, uwieńczył "kiwkę" bramką. Ponoć do dziś mówi się o tym trafieniu - "gol Ameryki". Albo trenując w Juventusie przepadał za "przekomarzaniem" się z Charlesem. Kiedyś 20 razy zagrał mu piłkę między nogami co w piłkarski żargonie zowie się "założeniem siatki", innym razem przez godzinę podbijał nogą piłeczkę... ping-pongową, wygrywając zakład z Walijczykiem.Po trzech latach pobytu na Półwyspie Apenińskim, otrzymał obywatelstwo włoskie i mógł kandydować do reprezentacji Italii. Zadebiutował w niej potyczką z Irlandią Północną, 25 kwietnia 1961, strzelając jedną z trzech (3:2) bramek. 15 czerwca, na stadionie Comunale we Florencji gościli Argentyńczycy. Włosi zdeklasowali przybyszów 4:1, a dwoma trafieniami popisał się "oriundi" - Sivori. Ale prawdziwy koncert zaprezentował w eliminacyjnym spotkaniu mistrzostw świata z Izraelem (6:0), czterokrotnie pokonując bramkarza Hodorova. Ciekawe, że partnerował mu w ataku... Angelillo (Roma) a w następnym meczu, w maju 1962 roku z Francją... Maschio (Atalanta). Przyjaciele z reprezentacji Argentyny spotkali się w teamie Italii! "Wiewiórka z Juve" pojechała na MŚ do Chile, ale popisywała się tylko w meczach z RFN (0:0) i Szwajcarią (3:0). Dalszych okazji nie było, ponieważ po przegranej z Chile Włosi zostali wyeliminowani z turnieju. Gra przeciw Szwajcarom - 7 czerwca 1962 roku - stała się zarazem ostatnią, dziewiątą w reprezentacji Włoch. Wcześniej, 26-letni Sivori odniósł ogromny sukces. Oto wychowanek River Plate, zawodnik Juventusu wybrany został piłkarzem numer 1 Starego kontynentu za 1961 rok, w plebiscycie "France Football". Sivori z 46 punktami wyprzedził Luisa Suareza - 40, Anglika Haynesa - 22, Jaszyna - 21, Puskasa - 16, Di Stefano i Seelera po 13. W ogóle przedziwny był to plebiscyt. Eksperci zgłosili nazwiska aż 43 zawodników, skąd Sivoriemu wystarczyła do zwycięstwa skromna ilość punktów. Ani we wcześniejszych, ani późniejszych wydaniach plebiscytów "FF" pierwszeństwo laureata nie wyglądało tak mało przekonujące. Po kilkunastu latach flirtu z "calcio" i europejskim futbolem, Włoch Omar Enrique Sivori, odnalazł w sobie argentyńską duszę i wrócił do ojczystego kraju. Pracował troche jako przedstawiciel "Fiata", ale przecież bardziej pociągała go piłka. Zajął się tedy botą Argentinos Juniros, lecz w klubie nie działał długo. Wzuwało go wyższe cele. Prowadził najpierw młodzieżówkę, a niebawem powierzono mu ster pierwszej reprezentacji, po rezygnacji Pizuttiego. Sivori zabrał się z pasją do wykonywania nowej funkcji. Przyświecało mu ambitne zadanie - stworzenie zespołu, który awansuje do finału MŚ w RFN i odegra w nich niepoślednią rolę. Odmłodził drużynę i aby ją scementować wyruszył na europejsko-azjatyckie tournee. 14 lutego 1973 na stadionie olimpijskim w Monachium doszło do super sensacji. Team Sivoriego zwyciężył mistrzów Europy, zespół RFN - 3:2. "Argentyna będzie mistrzem świata!" - miał podobno powiedzieć po tym spotkaniu. Nadeszły eliminacyjne mecze MŚ z Boliwią i Paragwajem, ale też pojawiły się charakterystyczne kłopoty. Koncepcje Sivoriego nie zjednywały mu sympatyków w Argentyńskim Związku Piłki Nożnej. Działacze AFA nie chcieli przystać na propozycję comiesięcznych zgrupowań kadry. Ponadto jego współpracownicy nie zawsze nadążali za tokiem myślenia szefa. Za Sivorim musiał sie nawet ujmować ówczesny prezydent Argentyny - Juan Peron. Głośnym echem odbyła się scysja Sivoriego z Miguelem Ignomierielo. Otóż przed meczem z Boliwią, wysłano tam wcześniej rezerwy by przekonać się jak zawodnicy zareagują na specyficzne warunki - stolica Boliwii leży na wysokości 3800 metrów nad poziomem morza. Drużynie "duchów" towarzyszył Ignomierielo. Kiedy Sivori przybył do La Paz z zasadniczymi siłami, Ignomierielo oświadczył, że powinni wystąpił jego podopieczni. Ostatecznie w zwycięskim 1:0 uczestniczyło tylko czterech zawodników spośród wybrańców Sivoriego. Sukces z Paragwajem (3:1) przypieczętował awans Argentyńczyków do finałów MŚ. "Zrobiłem co do mnie należało - powiedział "directore tecnico" - moja misja skończona. Rezygnuję." Goryczy Sivoriego dopełniły odejścia najlepszych zawodników stworzonego przezeń zespołu do drużyn europejskich, Carnavaliego, Ayali i Gueriniego do Hiszpanii, Bargasa do Francji, partykularne interesy argentyńskich potentatów klubowych. Uznał, iż przy tych przeciwstawnościach nurtująca go wizja - Puchar Świata dla Argentyny! - nie może się ziścić.


Kiedy we Frankfurcie n/Menem odbywało się losowanie MŚ, a fortuna skojarzyła w jednej grupie Argentynę, Haiti, Włochy i Polskę, nominację na opiekuna "azul y biano" miał w kieszeni Vladislao Cap.



6

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?