1

@wlodek54 No ja bym go umieścił zaraz za Bońkiem i Deyną ale takich piłkarzy jak Lato jest co najmniej kilkunastu, więc trzeba by układać 110 czy 120 piłkarzy...

0

@Xxxbarca4ever Ano widzisz, masz racje! Wyobraź sobie że na śmierć zapomniałem!

5

@Symson Nieco zmodyfikowałem swoją liste.
100 najlepszych piłkarzy wszechczasów według FCBparasiempre:


1 Pele, Garrincha, Maradona, Messi


2. Cruijff, Di Stefano, Wilimowski, Zidane, Eusebio, Luis Nazario de Lima


3. Zito, Puskas, Meazza, Kubala


4. Jose Nasazzi, Beckenbauer, Zagallo, Valdir Pereira, Vava, Cristiano Ronaldo, Arthur Friedenreich, Passarella, Nilton Santos, Van Basten


5. Platini, Xavi, Blankenburg, Zito, Best, Pirlo, Juan Schiaffino, Djalma Santos, Romario, Cafu


6. Angel Romano, Zizinho, Gento, Jaszyn, Vladimir Beara, Hector Scarone, Matthias Sindelaar, Matthaeus, Gullit, Puyol, Ronaldinho


7. Jose Pedro Cea, Fachetti, Francescoli, Ricardo Zamora, Mazzola, Rijkaard, Henry, Iniesta, Busquets


8. Robert Charlton, Zico, Maldini, Redondo, Sandor Kocsis


9. Josef Bican, Arsenio Erico, Leonidas, Luis Suarez Miramontes, Baresi, Roberto Carlos, Deschamps, Daniel Alves


10. Schwarzenberg, Pedro Petrone, Hector Scarone, Vogst, Gunter Netzer, Luis Monti, Gordon Banks, Dino Zoff, Batistuta, Koeman, Pique, Luis Alberto Suarez
11. Raimundo Orsi, Gianni Rivera, Raymond Kopa, Gaetano Schirea, Jairzinho, Wim Suurbier, Karl Heinz Rummenigge, Rudolf Vöeller, Gento, Modrić, Benzema, Neymar, Robert Lewandowski


12 Jose Leandro Andrade, Zizinho, Stanley Matthews, Mario Kempes, Kazimierz Deyna, Gerd Muller, Dalglish, Roberto Baggio, Boniek, Sergio Ramos, Francesc Fabregas, Fernando Torres

0

@wojtuh10 Przepraszam, wkradł się błąd. W 1969 r. oczywiście

0

5

Czy wiecie że...

19 listopada 1959 r. Pele zdobył swojego 1000 gola w karierze. W meczu FC Santos-Vasco da Gama na Maracanie w Rio de Janeiro wykorzystał rzut karny. Gola zadedykował biednym dzieciom z Brazylii. W swojej karierze strzelił łącznie 1281 goli, lecz ten wynik jest sporną kwestią gdyż część tych bramek zdobył w meczach towarzyskich.


11

Grande Espectacolo El Clasico:

19 listopada 2005 r. FC Barcelona rozbija w Klasyku Real Madryt na Santiago Bernabeu 0:3 w ramach 12 kolejki La Liga. Duma Katalonii pod rządami Franka Rijkaarda odniosła najbardziej efektowne zwycięstwo nad Realem na wyjeździe od czasu tryumfu 0:5 w sezonie 1973/74. Holender został pierwszym w historii trenerem Barçy, który dwukrotnie wygrywał w La Liga na Santiago Bernabeu(Cruijff jako trener uczynił to zaledwie jeden raz w ośmiu spotkaniach). Wynik meczu otworzył Eto’o po podaniu debiutującego w El Clasico Messiego. Bohaterem meczu został jednak Ronaldinho, który dwoma efektownymi rajdami dobił ,,Los Blancos” w drugiej połowie. Brazylijczyk był pierwszym piłkarzem Blaugrany od czasu Diego Maradony, którego gole oklaskiwali kibice madryckiego klubu na Santiago Bernabeu. Dwóch z fanów Królewskich, którzy na stojąco wyrażali swój podziw dla umiejętności Ronaldinho, stało się celebrytami. Byli bohaterami komiksów w gazetach, wywiadów dla prasy i telewizji.



@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Sensible
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
@Symson
@Lionel_Messi10

10

Legendarne mecze, legendarne postacie:

19 listopada 1911 r. FC Barcelona gromi na Camp del Carrer de Industria, FC Catale 17-0! w ramach Mistrzostw Katalonii. Mało tego, 8 goli(!) w tym meczu strzela legendarny napastnik Jose Rodriguez Vasquez, znany bliżej jako Pepe Rodriguez. Jest tylko jeden piłkarz w historii Blaugrany, który strzelił więcej goli od Pepe w meczu o stawke a mianowicie Joan Gamper(9 goli). Jest to jedno z najwyższych zwycięstw w historii klubu. Mimo tego Duma Katalonii zajęła tylko 3 miejsce w mistrzostwach ale na pocieszenie Pepe Rodriguez został królem strzelców tychże rozgrywek. Trzeba również podkreślić iż w tym meczu 4 gole strzelił…. rzekomo pierwszy Polak w Blaugranie- Walter Rozitsky.



@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj
@Sensible
@Ogorinho1974

7

@FCBparasiempre
W 1938 roku reprezentacja Polski zadebiutowała na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Niestety piekło II wojny światowej oraz lata siermiężnej komuny sprawiły, że na kolejny występ biało-czerwonych na mundialu przyszło czekać polskim kibicom 36 lat. Migracja ludów, spowodowana zawieruchą wojenną porozrzucała wielu naszych rodaków po całym świecie. Dzięki temu jeden z obiecujących, przedwojennych talentów polskiej piłki zagrał na światowym czempionacie w 1950 roku. Reprezentował Stany Zjednoczone. Poznajcie jego historię. Adam Wolanin, bo o nim mowa, urodził się 13 listopada 1919 roku we Lwowie. Wychowywał się w dzielnicy Łyczaków. W czasach, gdy Lwów znajdował się pod zaborem austro-węgierskim, policjanci często uganiali się za miejscowymi chuliganami z okrzykiem „betyar” na ustach. Było to słowo oznaczające w języku węgierskim „awanturnika”. Określenie to tak przypadło do gustu miejscowym, że w późniejszym czasie sami zaczęli dumnie nazywać siebie „batiarami”. Łyczaków pełen był właśnie takich batiarów, ulicznych bardów czy włóczęgów. W ich towarzystwie dorastał i hartował swój charakter młody Wolanin. W późniejszym czasie zaowocowało to nieugiętą postawą na boisku. Dziennikarze i kibice często określali go mianem „Dziecka Łyczakowa”. Jego nieustępliwość i wola walki była charakterystyczna dla mieszkańców tej dzielnicy. W latach 30. nikt poważny nie wiązał jeszcze swojej przyszłości z futbolem. Piłka nożna stanowiła formę zabawy i rozrywki, ale w żadnym wypadku nie była źródłem utrzymania. Wolanin kształcił się więc na mechanika, by mieć jakikolwiek fach w ręku.

Młody lwowiak, który chciał zostać piłkarzem, stawał przed nie lada trudnym wyborem. Pogoń czy Czarni? W mieście na poważnie liczyły się tylko te dwa kluby. Wolanin wybrał „Pogoniarzy”. Od czasów juniorskich przejawiał ogromny talent. Co prawda nie imponował warunkami fizycznymi i siłą (mierzył 168 cm), ale nadrabiał to boiskowym sprytem i charakterem. Szybko zauważono jego talent strzelecki. Pod bramką przeciwnika wykazywał się intuicją godną najlepszych napastników. Między innymi dzięki jego wspaniałej postawie, juniorzy Pogoni wywalczyli w 1937 roku wicemistrzostwo Polski juniorów. W finale lwowiacy musieli uznać wyższość Wisły Kraków, z którą przegrali 0:1. W barwach „Białej Gwiazdy” zagrali m.in. Jerzy Jurowicz i Mieczysław Gracz, powojenni reprezentanci Polski. Wicemistrzostwo kraju dla młodych „Poganiaczy”, jak pieszczotliwie nazywano drużynę z Kresów, zbiegło się w czasie z problemami ich starszych kolegów. W 1936 roku Pogoń zakończyła rozgrywki ligowe na szóstym miejscu. Następna kampania ligowa rozpoczęła się jeszcze gorzej. W siedmiu pierwszych meczach zespół prowadzony przez trenera Ludwika Szabkiewicza zdobył zaledwie jedną bramkę. W tej sytuacji postanowiono sięgnąć po uzdolnioną młodzież. Do drużyny seniorów promowano: Adama Wolanina, Władysława Bałę, Kazimierza Gamskiego, Piotra Drehera, Stanisława Szmyda, Tadeusza Jedynaka i Eustachego Poticha. Już w następnej kolejce Pogoń pokonała ŁKS 2:1. Wolanin zaś mógł rozwijać swój talent u boku takich piłkarzy jak Michał Matyas, Spirydon Albański czy Alfred Zimmer. Swojego debiutanckiego gola w 1 lidze zdobył w meczu przeciwko Cracovii 17 października 1937 roku. Pogoń zakończyła sezon ponownie na 6 pozycji. W kolejnym roku „niebiesko-czerwoni” uplasowali się w tabeli o jedno miejsce wyżej. Adam Wolanin ustrzelił w tamtej kampanii siedem goli. Rok 1938 to był też czas debiutu polskiej kadry narodowej na piłkarskim Mundialu. W zespole, który pojechał do Francji, zabrakło jednak miejsca dla piłkarzy Pogoni. Co prawda pewny plac w reprezentacji miał Jan Wasiewicz, ale na dziesięć dni przed czempionatem złapał kontuzję i nie znalazł się w ekipie kompletowanej przez Józefa Kałużę. Tym samym piłkarzowi „Poganiaczy” nigdy nie udało się zagrać na najważniejszym piłkarskim turnieju. Tak uważa część historyków futbolu. Czy na pewno jest to prawdą? Do tego jeszcze dojdziemy. W ostatnim sezonie przed wybuchem II Wojny Światowej Adam Wolanin znów wykazywał się dobrą formą strzelecką. Już w meczu inaugurującym rozgrywki ligowe, ustrzelił swojego pierwszego (i jedynego) ligowego hat-tricka. Jego ofiarą padł zespół Garbarni Kraków. Do 1 września 1939 roku zdołał zgromadzić na swoim koncie sześć goli. Agresja Niemiec na Polskę przerwała dobrze zapowiadającą się karierę. Jego bilans ligowy zatrzymał się na liczbie 29 spotkań i 14 goli. Wielu upatrywało w nim następcę wielkiego Ernesta Wilimowskiego. Określano go największym talentem ostatniej dekady. Niestety te przepowiednie nie miały prawa się spełnić. Hitlerowskie czołgi, które rozorały polską ziemię, złamały życie wielu młodym ludziom. Także Wolaninowi.

17 września 1939 roku, gdy Polacy odpierali nazistowską nawałnicę, wbito nam w plecy kolejny sztylet. Na wschodnie tereny przybyła „Armia Czerwona”. Lwów przestał być polski. „Perła Kresów” znalazła się w rękach Sowietów. Rozwiązano wszelkie towarzystwa sportowe. Także Pogoń. Na ich miejsce pozakładano jednak nowe. Lokomotyw, Spartak, Dynamo… Rozpoczęła się sowietyzacja okupowanych terenów. Właśnie w jednym z takich radzieckich przeszczepów, przez jakiś czas piłkę kopał Adam Wolanin. Jego talent przykuł uwagę najeźdźców. Zainteresował się nim Spartak Moskwa. Do stolicy ZSRR udał się wraz z Bolesławem Habowskim. Ten drugi przed wojną grał w Junaku Drohobycz. Zdążył rozegrać dwa mecze w polskiej kadrze. Strzelił nawet gola Łotyszom. Reprezentowanie barw moskiewskiej drużyny nie do końca spodobało się Wolaninowi. Przynajmniej nie w takich okolicznościach. Wkrótce zaciągnął się do armii gen. Andersa. Przeszedł szlak bojowy prowadzący przez Iran, Palestynę i Afrykę. Ostatecznie trafił do Anglii. Zawód mechanika, którego wyuczył się w młodości we Lwowie, przydał mu się podczas żołnierskiej tułaczki. Służył w lotnictwie, lecz parał się nie tylko naprawianiem samolotów. Miał 709 godzin nalotu. Trzykrotnie został odznaczony Krzyżem Walecznych. Grywał w piłkę w drużynach wojskowych. Wystąpił w noworocznym spotkaniu pomiędzy polskimi pilotami a ich kolegami z Royal Air Force. Być może Polacy odczuwali jeszcze skutki sylwestrowej zabawy, gdyż przegrali tę towarzyską potyczkę aż 0:8. Koniec wojny miał słodko-gorzki smak. Co prawda Niemcy zostali pokonani, ale Polska pozostała w łapach komunistów. W dodatku ukochany Lwów Wolanina nie znajdował się już nawet w granicach Rzeczpospolitej. „Perła Kresów” została przywłaszczona przez Stalina. „Dziecko Łyczakowa” nie za bardzo miało gdzie wracać. Jako były żołnierz armii Andersa, w Polsce Ludowej prawdopodobnie padłby ofiarą komunistycznych prześladowań. Postanowił więc zostać na Wyspach Brytyjskich jak wielu innych Polaków. Zdołał awansować do stopnia chorążego. Stacjonował w bazie sił powietrznych w Bury St. Edmund w pobliżu Ipswich. Narzeczona namówiła go, aby spróbował swoich sił w jednym z angielskich zespołów. Zgłosił się na testy do Blackpool. W debiucie strzelił pięć goli rezerwom Morecombe. Dzięki temu dano mu szansę w kolejnych meczach sparingowych. Ostatecznie znalazł się w składzie drużyny rezerw. Być może z czasem przebiłby się do pierwszego zespołu, w którym występował, chociażby Stanley Matthews. Wolał jednak wyjechać do USA, gdzie znajdowała się największa diaspora lwowiaków.

Po drugiej stronie oceanu osiadł w Chicago. Występował w klubach polonijnych. Najpierw w Chicago Maroons, a następnie w AAC Eagles. Ci drudzy grali w lokalnej lidze NSL. Jego talent został dostrzeżony przez amerykańskich działaczy, którzy montowali zespół mający wystąpić na pierwszym powojennym Mundialu w Brazylii. Wolanin jak ulał pasował do drużyny Jankesów. W jej składzie znajdowały się takie osobowości jak: Joe Gaetjens, Haitańczyk, który wystąpił jako reprezentant Stanów Zjednoczonych, nie mając nawet amerykańskiego obywatelstwa. John Macca, Belg walczący podczas wojny w ruchu oporu. Frank Wallace, żołnierz, który przesiedział 15 miesięcy w niemieckim obozie dla jeńców. Sami przyznacie, była to mieszanka osobowości, do której „Dziecko Łyczakowa” pasowało idealnie. Większość zawodników tamtej drużyny to byli jednak piłkarze, których dziś nazwalibyśmy hobby-player. Dość powiedzieć, że Wolanin znalazł się w składzie, ponieważ Ben McLaughlin nie dostał urlopu na turniej a dodatkowo miał w planach wesele. Ta zbieranina, która do Brazylii udawała się w roli dostarczyciela punktów, sprawił jedną z największych niespodzianek w historii piłkarskich Mistrzostw Świata. Za taką uznawane jest zwycięstwo z buńczucznymi Anglikami, po bramce wspomnianego Gaetjensa. Tamten mecz znany jest jako „Cud na trawie”. Historia tej potyczki doczekała się nawet ekranizacji (film nazywa się „Gra ich życia”). Adamowi Wolaninowi niedane jednak było wystąpić w tym wiekopomnym wydarzeniu. Trener William Jeffrey wstawił go do składu na inauguracyjne spotkanie z Hiszpanią. W kronice filmowej z tamtych mistrzostw widać jak Wolanin przed meczem wita się z legendarnym Telmo Zarrą. Jankesi ulegli jednak Hiszpanom 3:1, a Zarra zdobył gola pieczętującego wygraną. Szkocki selekcjoner zapewne uznał, że przed meczem z „Synami Albionu” trzeba zrobić w składzie pewne korekty. Ofiarą tych rewolucji padł Polak. Jak się okazało, posunięcia Jeffreya przyniosły oczekiwany skutek. Jego drużyna zwyciężyła z faworytem całego turnieju. W ostatniej grze przegrali jednak 5:2 z Chile i ostatecznie zajęli ostatnie miejsce w swojej grupie. Wolanin mecz z Latynosami również obejrzał tylko z wysokości trybun.

Po powrocie do USA nadal mieszkał w Chicago. W mieście znanym z przetwórstwa mięsnego Wolanin założył niewielką masarnię. Nadal grywał w „soccer”. Przez jakiś czas trenował również kluby polonijne. W pierwszej reprezentacji Stanów Zjednoczonych już więcej nie zagrał. Wystąpił za to kilkukrotnie w drużynie olimpijskiej. Grał tam z innym lwowiakiem — Ukraińcem Zenonem Snylykiem. W tym czasie w kadrze Kanady grał Ostap Steckiv. Także były mieszkaniec „Perły Kresów”. „Dzieciak Łyczakowa” prowadził również niewielką restaurację. Po zakończeniu przygody z piłką Wolanin często zaglądał do kieliszka. Być może przez utraconą szansę na zrobienie większej kariery? A może z tęsknoty za ukochanym Lwowem? Trudno odgadnąć. Ostatnie lata jego życia to tajemnica. Zerwał kontakt ze znajomymi. Być może przez problem z alkoholem. Wiadomo jedynie, że zmarł w 1987 roku. W 1976 roku został wprowadzony wraz z resztą zespołu z Mundialu w Brazylii do National Soccer Hall of Fame. Ilu takim chłopakom jak on karierę złamała zawierucha wojenna? Jak potoczyłyby się jego dalsze losy? Czy dorównałby talentem Ernestowi Wilimowskiemu? Tego już nigdy się nie dowiemy. Został jedynym graczem Pogoni Lwów, który zagrał na Mundialu. Jednak ten występ to istny chichot losu.


6

Pierwszy Polak na powojennym mundialu(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):

@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Symson
@DaPidejpi

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

18 listopada 1897 r. w Warszawie urodził się Tadeusz Gebethner. ,,Nigdy nie zapomnimy Tadeusza Gebethnera, tego szlachetnego człowieka, który uratował życie moje i męża. Kto jeszcze okazał tak wiele serca, tak głębokiego człowieczeństwa, tyle dobrej woli i bezinteresowności? Kto bardziej niż on zasługuje na wieczną wdzięczność i drzewko w Alei Sprawiedliwych w Jerozolimie?” – pytała wiele lat po wojnie ocalała Ludwika Abrahamer. Działacz sportowy, biznesmen, polityk, patriota, drukarz, wydawca, żołnierz, członek konspiracji niepodległościowej, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – to wszystko odnosi się do Tadeusza Gebethnera. Mimo tak wielu aktywności znalazł także czas na całkiem imponującą karierę piłkarską. Pochodził ze znanej warszawskiej rodziny księgarzy, a sport był mu bliski od zawsze. Jako nastolatek grywał w klubie Stella Warszawa, działającym przy Warszawskim Kole Sportowym. 8 października 1915 r. w lokalu jego matki przy ul. Zgoda 12 w Warszawie razem z grupą kolegów ze Stelli (w tym z braćmi Janem i Wacławem) założył klub Polonia Warszawa i został jego pierwszym prezesem (miał wtedy niespełna 18 lat). Grę dla Czarnych Koszul godził z nauką w Wyższej Szkole Handlowej (dzisiejsza SGH). W październiku 1918 r. rzucił to wszystko i został żołnierzem odradzającej się po 123 latach zaborów Polski. Walczył w 1920 r. z bolszewikami w słynnym 5. Pułku Ułanów Zasławskich. Do futbolu wrócił po wojnie, kiedy to ze swoją Polonią promował polskość na Górnym Śląsku, tuż przed ustanowionymi przez Ligę Narodów plebiscytami. Znalazł się w gronie założycieli Polonii Bytom, zyskał nawet miano jej honorowego prezesa. Podczas pierwszych pełnych rozgrywek o mistrzostwo Polski w piłce nożnej Polonia Warszawa zajęła drugie miejsce, a Tadeusz Gebethner był kapitanem drużyny wicemistrzów. Karierę piłkarską zakończył w 1925 r. w wieku 28 lat po 137 meczach dla Polonii. Od tej pory skupiał się na pracy w rodzinnym przedsiębiorstwie, jednak grywał od czasu do czasu w meczach oldboyów i działał na rzecz swojego ukochanego klubu. Jako ochotnik walczył w kampanii wrześniowej, a w czasie okupacji cały czas był aktywny w konspiracji. W swoim mieszkaniu przy ul. Śniadeckich 32 przez dwa lata ukrywał trzyosobową żydowską rodzinę Abrahamerów, która szczęśliwie doczekała końca wojny na Węgrzech (w 1981 r. dostał za to od Instytutu Jad Waszem w Jerozolimie medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata). Była to niestety nagroda wręczona pośmiertnie, ponieważ Tadeusz Gebethner zginął w Powstaniu Warszawskim. Jako zastępca dowódcy I kompanii 3. Batalionu Pancernego AK „Golski” (pseudonim „Gustaw”) 1 września 1944 r. został ciężko ranny, co skończyło się amputacją ręki i nogi. Po upadku Powstania trafił do Stalagu XI A 341 w Altengrabow niedaleko Magdeburga. Fatalne warunki sanitarne i brak odpowiednich lekarstw sprawiły, że Tadeusz Gebethner nie „wylizał” się ze swoich ciężkich ran i zmarł.



@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Roni/VEB

12

Wybitne legendy Katalońskiej Dumy:

18 listopada 1926 r. urodził się Estanislao Basora, wybitny hiszpański skrzydłowy. Do Barcelony trafił w 1946 r. z Manresy. W pierwszym sezonie zarabiał ogromną jak na ówczesne czasy sume 35 tys. Peset. W 1949 r. jego ojciec został zastrzelony dubeltówką przez swojego pracownika z fabryki tekstyliów. Krótko potem Estanislao zadebiutował z golem przeciwko Irlandii w reprezentacji oraz strzelił hattricka przeciwko Francji w Colombes w ciągu 12 minut. Po tym drugim spotkaniu zyskał przydomek ,,potwora z Colombes’’. W latach 1952-54 grał w Blaugranie wraz ze swoim bratem Joaquinem. W 1956 r. trener Plattko nie wystawiał go w składzie i Basora otrzymał propozycje przejścia do Realu Madryt. Mimo trudnej sytuacji wolał jednak trafić na krótko na wypożyczenie do Lleidy aby niedługo po tym wrócić do Barçy. Był członkiem ,,Grupy przyjaciół’’- piłkarzy Blaugrany, którzy cieszyli się z samej możliwości gry w piłke a nie tylko ze zdobywanych trofeów. Estanislao Basora uważany jest za jednego z najlepszych skrzydłowych świata lat 40-tych i 50-tych. Z Dumą Katalonii zdobył 4 Mistrzostwa Hiszpanii i również 4 Puchary Hiszpanii. Basora był też ostatnim żyjącym członkiem najsilniejszej linii ataku, do której w swojej wspomnieniowej piosence(,,Temps era temps’’) nawiązywał Joan Manuel Serrat, znany hiszpański muzyk.



@patataj
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Sensible
@DaPidejpi
@Pawel13sz

6

FC Barcelona bez historii jest jak człowiek bez pamięci:

18 listopada 1900 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz na wydzierżawionym boisku Camp del Hotel Casanovas. Przeciwnikiem był Hispania Athletic Club, zwany ,,czerwonym teamem" ze względu na kolor strojów w jakim występowali przeciwnicy. W meczu tym nie mógł wystąpić legendarny napastnik i jednocześnie ikona Blaugrany- Joan Gamper, z powodu ciężkiej choroby. Mecz zakończył się wynikiem bezbramkowym ale najważniejsze było to iż boiskowe wydarzenia oglądało około 4 tysięcy osób, z czego tysiąc na siedząco. Tak wysoka frekwencja wynikała z masowego wysyłania zaproszeń przez sekretarza FC Barcelony. Spośród obecnych w loży honorowej znaleźli się między innymi prezesi Katalońskiego Stowarzyszenia Gimnastyki oraz Klubu Bicyklowego- dwóch najpopularniejszych organizacji sportowych tamtej epoki. Ponieważ nie był to obiekt spełniający wszystkie warunki, lecz zaledwie plac do rozgrywania meczów, jako szatnie piłkarze musieli wykorzystywać pokoje hotelu Casanovas, z czym wiązały się wielkie niedogodności. Do mycia mieli tylko miednicę a poza tym każdy z zawodników musiał przynosić z domu własny ręcznik. Piłkarze nie mieli też napojów by muc uzupełniać płyny w przerwie meczu i w efekcie dzielili się cytrynami, pijąc z nich sok, którym gasili pragnienie. Tak oto wyglądały pionierskie czasy futbolu.



@Ogorinho1974
@Sensible
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Symson
@DaPidejpi
@patataj

1

@Janiama Zgadza się. Mieliśmy wówczas wielu piłkarzy na poziomie światowym a taki Szołtysik ,,wymiatał" ponoć jak dzisiaj Messi...

0

@kamyk_23 O!? No to musisz być już wiekowy chop? Z drugiej strony to zazdroszcze ci tych wspomnień bo w tamtych czasach mieliśmy znakomitych piłkarzy i wogóle sportowców. Dzisiaj to już tak pięknie nie wygląda...

9

Górnik wkracza na salony, czyli pierwszy polski ćwierćfinał Pucharu Europy:

Ponad pół wieku temu po raz pierwszy w historii mistrz Polski przebrnął przez drugą rundę Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Na starcie edycji 1967/68 stanęło 32 krajowych mistrzów. Oczywiście mapa Europy wyglądała wówczas zupełnie inaczej – jednego mistrza miały: Związek Radziecki, Jugosławia i Czechosłowacja, a w „rodzinie” UEFA nie było choćby Izraela. W pierwszej rundzie zabrzanie poradzili sobie z mistrzami Szwecji, Djurgardens Sztokholm, wygrywając 3:0 (Włodzimierz Lubański 2, Roman Lentner) i 1:0 (Jerzy Musiałek). Z kolei mistrzowie ZSRR po ciężkich bojach wyeliminowali Celtic Glasgow (2:1 w Szkocji, 1:1 w Kijowie). Na Stadionie Centralnym w Kijowie zasiadło 90 tysięcy kibiców, liczących na wygraną gospodarzy. Trener zabrzan dr Istvan Kalocsai wystawił w pierwszym składzie zamiast doświadczonego Lentnera, 18-latka z Michałkowic, Alojzego Deję i był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, bowiem młodzian nie pękł przed utytułowanymi graczami wielkiego rywala. Taktyka Górnika była prosta – pieczołowite krycie radzieckich graczy i szybkie kontry. Ustawienie 4-4-2 zamiast 4-3-3 też zaskoczyło ekipę Wiktora Masłowa. Jeden piłkarz więcej w drugiej linii pozwolił na opanowanie sytuacji w środku pola. Pierwsza gol padł z samobójczego strzału Alfreda Olka, który w 12. minucie zaskoczył Huberta Kostkę. Stracony gol nie załamał Górnika. Zabrzanie doskonale przygotowani do tego meczu wyrównali już 180 sekund później po uderzeniu Zygfryda Szołtysika z 20. metrów. Bramkarz radziecki nawet nie drgnął. Decydujący gol padł w 61. minucie, po strzale głową Włodzimierza Lubańskiego. Lubański świetnie radził sobie z radzieckimi defensorami, stwarzając duże zagrożenie pod bramką Wiktora Bannikowa. W 82. minucie po rzucie wolnym z okolic narożnika pola karnego przed bramką Huberta Kostki powstało wielkie zamieszanie. Gdy wydawało się, że piłka już wpadnie do bramki Górnika, na linii bramkowej ręką zatrzymał ją Rainer Kuchta. Sędzia podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Josef Szabo. Kostka jednak odbił strzał, a następnie nakrył ją przed bramką. Wtedy niezwykle chamskim zagraniem „popisał się” nieźle grający do tej pory Witalij Chmielnicki. Wszedł on z całym impetem w zabrzańskiego golkipera. Kostka zacisnął zęby i dotrwał na posterunku do końca, lecz po ostatnim gwizdku arbitra nie był w stanie o własnych siłach opuścić boiska.

17 listopada 1967, Stadion Centralny w Kijowie

1/8 finału Pucharu Europy

Dynamo Kijów – Górnik Zabrze 1:2 (1:1)

Gole: Olek 12., sam. – Szołtysik 15., Lubański 61.

Dynamo: Wiktor Bannikow – Władimir Szczegołkow, Wadim Sosnichin,Władimir Lewczenko, Wasilij Turjańczyk, Siergiej Krulikowski – Jozsef Sabo, Fiodor Miedwied, Wiktor Sieriebriannikow – Anatolij Byszowiec, Witalij Chmielnicki.

Górnik: Hubert Kostka – Rainer Kuchta, Stefan Floreński, Stanisław Oślizło, Henryk Latocha – Erwin Wilczek, Alfred Olek, Zygfryd Szołtysik, Alojzy Deja – Włodzimierz Lubański, Jerzy Musiałek.


@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Sensible
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Symson
@patataj

2

@LS Właściwie ładną piłke to gra kilka reprezentacji, na przykład Hiszpania. Ja natomiast poza Polską będę zawsze za Argentyną! Oni tez grają ładną piłke

6

Sergio Ramos najlepszym obrońcą wszechczasów? To jakiś żart? Czy GlobeSoccer ma chociaż pojęcie kim byli Jose Nasazzi, Domingos da Guia czy Horst Blankenburg? Nie wspominając o Beckenbauerze i Passarelli.

10

Niespełnione legendy polskiego futbolu:

17 listopada 1964 r. w Katowicach urodził się Krzysztof Warzycha. Popularny ,,Gucio” zaczynał karierę w Ruchu Chorzów wraz z Waldemarem Fornalikiem. Obaj dobrnęli do pierwszej drużyny, obaj przeżyli z nią spadek do drugiej ligi a potem szybki powrót do elity i równie błyskawiczne mistrzostwo Polski. ,,Po degradacji mogłem odejść. Były przymiarki do Legii Warszawa, do Śląska Wrocław… Jasne że chodziłoby o służbe wojskową ale zostałem, drużyna się nie rozpadła, to był fundament pod wygranie ligi”- zwraca uwagę pan Krzysztof. Podobnie jak w aktorskim epizodzie, Warzycha więcej osiągnął od Fornalika również w karierze piłkarskiej, dokładnie odwrotnie niż w trenerskiej, bo na tym polu ,,Waldek King” zbudował prawdziwe królestwo. Warzycha też próbował, między innymi również w Ruchu ale nie ma się czym pochwalić. Za to piłkarzem jest legendarnym i to dwóch klubów – Ruchu i Panathinaikosu Ateny. ,,Który jest mi bliższy? To są sprawy nieporównywalne. Z Polski wyjeżdżałem w wieku 25 lat, czyli więcej życia spędziłem już w Grecji. W Polsce grałem tylko w Ruchu, nastrzelałem dla niego sporo goli ale dla Panathinaikosu o wiele więcej. Z Ruchem miałem mistrzostwo kraju a z Panathinaikosem też krajowe tytuły, ponadto półfinał Ligi Mistrzów i w ogóle mnóstwo meczów, które niosły mnie jak na skrzydłach”- opowiada ,,Gucio”. Strzelił zwycięskiego gola Ajaxovi w Amsterdamie(1:0) w pierwszym półfinałowym meczu wspomnianej Ligi Mistrzów w 1996 r. To był dzień jego chwały. ,, W rewanżu przegraliśmy 0:3. Ajax miał fantastyczną drużynę, mocniejszą od naszej”- przyznaje bohater Koniczynek, który w 2000 r. w fazie grupowej LM strzelił gola także Juventusowi(3:1). Łącznie w tych prestiżowych rozgrywkach zdobył 8 goli. Do Aten trafił po mistrzowskim sezonie w Ruchu, kiedy z 24 golami został królem strzelców. W 15 jesiennych meczach dorzucił jeszcze 12 ligowych trafień i już nikt nie był w stanie go zatrzymać przed zmianą klubu.

,, W Panathinaikosie szukali napastnika bo poważną kontuzje złapał ich as Dimitris Saravakos. Dobrą opinie wystawił mi niezwykle ceniony w Grecji Kazimierz Górski ale decydujący był chyba dwumecz Ruchu w Pucharze Europy z CSKA Sofia. Na Stadionie Śląskim zremisowaliśmy 1:1. W rewanżu strzeliłem gola i choć przegraliśmy 1:5, najwyraźniej mi to nie zaszkodziło”- wspomina Warzycha. Trenerem greckiej drużyny był Christo Bonew, legenda bułgarskiego futbolu. Bardzo chciał mieć polskiego napastnika w składzie. Podjął fantastyczną decyzje! Panathinaikos zawdzięcza mu sprowadzenie najlepszego snajpera w historii klubu(288 goli w 503 oficjalnych meczach). W reprezentacji nie był taki skuteczny. W 50 występach strzelił tylko 9 goli ale naprawdę ważnego tylko raz, kiedy Polacy okrutnie męczyli się w starciu z Albanią na Stadionie Śląskim w eliminacjach MŚ ’90, gdzie wreszcie posłał zwycięską piłke do bramki. Zwykle jednak spadała na niego krytyka. Stał się wręcz symbolem piłkarza, który nie potrafił przełożyć formy z klubu na kadre narodową. ,,Ciągnie się ta łatka za mną przez całe lata ale dzisiaj mam już do niej duży dystans. W klubie sytuacja psychologicznie była dla mnie łatwiejsza. Nie wyszedł mi jeden mecz, nie wyszedł drugi a i tak grałem w trzecim, w którym umiałem znowu odpalić. W reprezentacji było inaczej. Przyjeżdżałem na zgrupowanie i już była presja że mam strzelać jak w lidze. Nie strzeliłem, to wypadałem. Ta świadomość zaczęła mi wreszcie ciążyć. Inna sprawa że w kadrze, zwłaszcza na początku, grałem w pomocy a ja zawsze najlepiej czułem się na szpicy. Nie robiłem z tego problemu. Grzecznie stosowałem się do decyzji a może jednak z większym naciskiem powinienem był tłumaczyć że jestem wysuniętym napastnikiem?”- zastanawiał się ,,Gucio”.

W Ekstraklasie debiutował za czasów trenera Lenczyka, wiosną 1983, czyli w tej samej rundzie co wspomniany Fornalik. Następny sezon zaczął już w podstawowym składzie. Tak było w dwóch meczach ale w trzecim wszedł na boisko z ławki w 87 minucie i potrzebował kilkudziesięciu sekund by strzelić pierwszego ligowego gola. Na dodatek nie byle gdzie i nie byle komu – Legii przy Łazienkowskiej! Jego trafienie przypieczętowało wygraną 2:0. Po tym meczu Ruch był liderem a w następnej kolejce znowu wygrał, ponownie po golu Warzychy(wyjazdowe 2:0 z GKS Katowice). Finalnie Niebiescy ligi jednak nie podbili. Zajeli miejsce w środku stawki a po rundzie jesiennej Lenczyka zastąpił Alojzy Łysko. Młody Warzycha na dobre zadomowił się w podstawowym składzie i w marcu 1984 , mając niespełna 20 lat i mniej więcej tyle samo spotkań w ekstraklasie, zagrał w dorosłej reprezentacji Polski. W wyjazdowym meczu towarzyskim ze Szwajcarią(1:1), w którym gola strzelił Boniek, zastąpił na ostatnie 20 minut Włodka Smolarka. ,,Zaczynałem u selekcjonera Piechniczka i u niego 13 lat później kończyłem, gdy znowu prowadził kadre”- przypomina pan Krzysztof. Swego czasu uważano go za piłkarza niedostępnego dla polskich mediów. Sugerowano że jest obrażony za te wszystkie złośliwe uwagi w sprawie jego gry w kadrze. Gdy wiosną 1996 przyjeżdżał do Warszawy na ćwierćfinał Ligi mistrzów, Legia-Panathinaikos(0:0), nie chciał rozmawiać z dziennikarzami. W rewanżu mistrzowie Grecji wygrali 3:0 po 2 golach Warzychy. ,,Czy byłem obrażony? Nie przesadzajmy. Ja jestem skromnym chłopakiem, nie chciałem za często pojawiać się w mediach, taki mam charakter. To nie było po złości.”- zapewnia teraz Warzycha. W kwestii potyczek z Legią ma jeszcze jedną uwagę: ,,Wtedy ją ograliśmy ale rok później ona ograła nas w Pucharze UEFA. Uznajmy że wychodzi na remis.”- kończy rozmowe ,,Gucio”. Krzysztof Warzycha poza mistrzostwem Polski z Ruchem w 1989, 5-krotnie zdobywał mistrzostwo Grecji z Panathinaikosem i tyleż samo Pucharów Grecji oraz dwukrotnie Superpuchar Grecji.

@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@patataj
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Pawel13sz

8

Trafiła kosa na kamień:

17 listopada 1998 r. wybuchł konflikt Nuñeza z Cruyjffem i Stoiczkowem. Dwa lata po odejściu Cruijffa z klubu jego stosunki z prezydentem Nuñezem wciąż nie były najlepsze. ,,Wyraziłem zgodę na 2 mecze pożegnalne dla Cruijffa. Gdybym się na to nie zdecydował, nie miałbym teraz problemów. Dodatkowo oskarżył mnie o to że nie pozwoliłem mu na ostatnie spotkanie z kibicami a to nie prawda. Jest jedyną znaną mi osobą, która będzie miała 4 mecze pożegnalne: w Barcelonie i Amsterdamie, gdy kończył karierę piłkarską i 2, które czekają go teraz. Chyba każdy, kto mógłby do tego zarobić 200 mln peset(Cruijff miał dostać za mecze ponad milion euro) byłby szczęśliwy. A może się myle?”- ironicznie opisywał sytuację Nuñez. Dodatkowo prezydent Barcelony był skonfliktowany ze Stoiczkowem, który opuścił klub w 1998 r.: ,,To był błąd iż pozwoliłem mu w 1996 r. wrócić do drużyny. Niektórzy nie umieją zaakceptować tego, że jak tracą jakość w grze, to trafiają na ławke rezerwowych. Mogłem przewidzieć że jak Stoiczkow nie będzie grał w podstawowym składzie , to zaczną się problemy”- żalił się Nuñez. Stoiczkow, a jakże! nie pozostał mu dłużny: ,,Nuñez oszukuje ludzi. Gratuluje mu lat, które spędził z nami. Kiedy mówimy o nim źle, odpowiada, że atakujemy całe środowisko ,,barcelonismo”. Nie, panie Nuñez, mówimy o panu. Dziedzictwo Barcelony pochodzi od socios i zawodników. Bez nas kilka lat temu Nuñez był nikim”.



@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi

7

@FCBparasiempre
16 listopada 1919 r. urodził się Tadeusz Parpan, środkowy obrońca i pomocnik. W pierwszym sezonie po II wojnie światowej, w bitwie o pierwsze miejsce w tabeli łeb w łeb szły ze sobą dwa krakowskie zespoły: Wisła i Cracovia. Biała Gwiazda górowała w ofensywie dzięki takim piłkarzom, jak Józef Kohut czy Mieczysław Gracz. Pasy potrafiły się jej jednak przeciwstawić znakomitą defensywą i to one wyszły z tego boju zwycięsko. Największą zasługę w tym dziele miał znakomity obrońca – Tadeusz Parpan. Kiedy UEFA po II wojnie światowej organizowała mecz Reprezentacji Europy z Wielką Brytanią, wysłała do selekcjonerów kadr narodowych listy zgłoszeniowe dla kandydatów do tego prestiżowego starcia. Henryk Reyman(Wiślak z krwi i kości) nie miał wątpliwości kto z Polaków mógłby unieść to ważne brzemię odpowiedzialności. Na karcie skreślił nazwiska Gracza oraz defensora Cracovii – Parpana. Ostatecznie piłkarzowi Pasów, pomimo powołania, nie udało się zagrać w tym meczu z powodu braku paszportu. Parpan budził wielkie zainteresowanie kibiców w tych pierwszych powojennych sezonach ze względu na swój wzrost. Mierzył 186 centymetrów, co wówczas stanowiło rzadko spotykany wymiar u piłkarza. Stąd nazywano go powszechnie ,,Wielkoludem z Cracovii”. Te warunki fizyczne dawały mu znaczną przewagę w pojedynkach główkowych. Jego główna zaletą było jednak znakomite ,,czyszczenie pola”. Parpan nie dopuszczał po prostu przeciwników w pobliże swojej ,,jedenastki”, przez o mawiano że bramkarz Cracovii na ogół jest bezrobotny. Znakomicie kierował też defensywą swej drużyny. Przyczyniło się to do wywalczenia przez Cracovie mistrzostwa Polski w 1948 r. O wszystkim(jedyny raz w historii Ekstraklasy) decydował baraż dwóch najlepszych drużyn tabeli. Po zakończeniu rozgrywek okazało się bowiem że Pasy i Biała Gwiazda wywalczyły równą ilość punktów. Ostatecznie na neutralnym boisku Garbarni, Cracovia wygrała 3:1 i po raz ostatni w swej historii zdobyła mistrzostwo Polski. Parpan nie mógł zagrać w tym decydującym meczu. Przez cały sezon był jednak zdecydowanie najważniejszą postacią defensywnie nastawionych Pasów. Dowodzą tego liczne wyróżnienia indywidualne za ten okres. Obrońca znalazł się na 6 miejscu w Plebiscycie ,,Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca 1948 roku. Przez kolejne ćwierć wieku jedynym futbolistą, któremu udało się wyrównać ten wynik, był Deyna. W 1949 Parpan znalazł się zaś na 9 miejscu. Przez następne 20 lat dwa razy z rzędu pozycje w Top-10 udało się utrzymać tylko Cieślikowi oraz Szymkowiakowi. Oprócz mistrzostwa z Cracovią, wywalczył wicemistrzostwo. Miał wtedy 32 lata. Najlepszy okres zabrała mu niestety wojna. Nim wybuchła(a był przecież ledwie rok młodszy od Wilimowskiego) nie zdążył wpłynąć na szerokie wody. Grał tylko w Łagiewiance, klubie założonym przez swego ojca Piotra, z braćmi Tadeuszem i Leopoldem. Dopiero podczas okupacyjnych rozgrywek zwrócił na siebie uwagę Pasów, co pozwoliło zasilić szeregi tej drużyny w pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości. Podczas II wojny światowej nie tylko kopał piłke ale był też żołnierzem Armii Krajowej i za swoje męstwo został uhonorowany odznaczeniami. Do dziś nikt z piłkarzy Cracovii nie pobił go w liczbie występów w reprezentacji. Jako zawodnik tego klubu rozegrał w biało-czerwonych barwach 20 meczów, strzelając jednego gola. Po ledwie 4 występach został nominowany kapitanem, co dowodziło jego umiejętności przywódczych. Lepiej pod względem skuteczności wygląda jego dorobek w Cracovii. W 63 meczach w Ekstraklasie zdobył 13 goli. Średnia 0,2 trafienia do dziś wygląda imponująco jak na obrońcę. Trzeba jednak wiedzieć iż Parpan zaczynał jako pomocnik i czasem jeszcze ustawiany był przez trenerów w linii środkowej a nawet jeśli grywał już tam, gdzie pokazywał najwięcej ze swoich umiejętności, to nie udało się całkowicie wyplenić z niego ciągu na bramke. Po odejściu z Cracovii krótko występował jeszcze w Garbarni razem ze swoim bratem Leopoldem. Kariere zakończył w 1951 r. Później pełnił role trenera obydwu krakowskich zespołów, w których występował w Ekstraklasie. Był też kierownikiem Pasów. Nie zdecydował się jednak na powiązanie tego etapu życia wyłącznie z piłką. Jako inżynier z wykształcenia pracował przede wszystkim na Politechnice Krakowskiej. Tadeusz Parpan został wybrany do najlepszej jedenastki 105-lecia Małopolskiego Związku Piłki Nożnej. Jest też patronem stadionu Armatury Kraków(dawnej Łągiewianki). Zmarł w 1999 roku.


0

@P33ck Weź nie rób sobie jaj, dobrze?

0

@4drian0 Bardzo słuszna uwaga! Otóż Vamos Argentina a ganar oznacza: Naprzód Argentyno po zwycięstwo! Reszty nie znam ale mniejsza o to

1

Vamos, vamos! Argentina, vamos, vamos a ganar!
que esta barra quilombera, no te deja, no te deja de alentar!

10

Wszyscy cules powinni o tym wiedzieć:

16 listopada 2003 r. w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2. Takie oto były początki geniusza futbolu…


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

11

Wybitne legendy Dumy Katalonii(prawdziwi cules pamiętają):

15 listopada 1927 r. urodził się Joan Segarra, głównie środkowy obrońca, wielka legenda Dumy Katalonii. Segarra był charyzmatycznym kapitanem(miał przydomek ,,el Gran Capitan”) między innymi ,,Barcelony Pięciu Pucharów”. Cechował go wysoki wzrost i doskonałe przygotowanie fizyczne. Przez 15 sezonów rozegrał aż 402 spotkania we wszystkich rozgrywkach, co daje mu jedno z czołowych miejsc w historii klubu. Mimo gry na pozycjach defensywnych strzelał dużo goli, szczególnie w sezonie 1958/59, kiedy to Blaugrana zdobyła podwójną korone. Z powodu problemów z gałką oczną nie zagrał w finale Pucharu Europy z Benfiką. W reprezentacji rozegrał 25 spotkań, ostatnie na Mistrzostwach Świata w Chile w 1962 r. przeciwko Czechosłowacji. Zmarł 3 września 2008 r.


@patataj
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sensible

10

Wybitne legendy polskiego futbolu:

14 listopada 1907 r. w Krakowie urodził się Henryk Martyna, obrońca i kapitan Legii Warszawa, 24-krotny reprezentant Polski, członek zespołu, który zajął czwarte miejsce na IO w Berlinie w 1936 r. ,,Miał słynny, oswobadzający wykop oraz bił potężne rzuty karne i wolne. Pamiętam, jak raz na meczu z austriackim Rapidem strzelił wolnego niemal ze środka boiska i trafił w poprzeczkę. Gdzie te czasy?” – wspominał jego grę redaktor Bohdan Tomaszewski. Antałek to mała beczułka przeznaczona do przechowywania wina albo piwa, w potocznym języku oznaczająca po prostu grubasa. Właśnie Antałkiem nazywano Martynę i faktycznie jego sylwetka daleka była od ideałów fitnessu, przy wzroście 167 cm ważył ponad 80 kg. Jednak twardo stał na nogach, grał z wielkim wyczuciem i poświęceniem, a rywali straszył swoimi atomowymi strzałami. Przygodę z futbolem zaczynał w krakowskich klubach (Orzeł, Korona), w stolicy Małopolski skończył też szkołę handlową. W 1928 r. rozpoczął służbę wojskową w Warszawie i trafił do Legii, gdzie przeżył najlepsze lata swojej kariery. Dla Wojskowych rozegrał 160 meczów i zdobył 18 goli. Odszedł w 1936 r. i do wybuchu wojny grał w Warszawiance. Był pierwszym strzelcem gola dla reprezentacji w meczu o punkty – 15 października 1933 r. w eliminacjach MŚ pokonał legendarnego bramkarza Františka Pláničkę strzałem z rzutu wolnego (przegraliśmy 1:2). W kadrze debiutował 28 września 1930 r. w towarzyskim meczu ze Szwecją (zwycięstwo 3:0), a przygodę z drużyną narodową zakończył 4 października 1936 r. z Danią (zszedł w 21. minucie w meczu przegranym 1:2). W czasie kampanii wrześniowej walczył w obronie Twierdzy Modlin. Niemcy zwolnili go z obozu jenieckiego w Iławie i wrócił do Warszawy. W rozgrywkach konspiracyjnych w stolicy reprezentował barwy KS Radość. W czasie Powstania Warszawskiego był cywilnym komendantem kamienicy przy ul. Mokotowskiej 52, a po zakończeniu walk trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie. Uciekł stamtąd i resztę życia spędził w Krakowie. Był współwłaścicielem firmy poligraficznej, a także kierownikiem sklepu, w czym z pewnością pomogło mu wykształcenie ekonomiczne. W Reprezentacji rozegrał 23 mecze, strzelając 4 gole.


@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj

11

Bitwa o Highbury:

Bardzo często mówi się, że styl wyspiarskiej piłki nożnej odznacza się grą siłową. W tamtych czasach jednak mieliśmy do czynienia z gladiatorami muraw. Brutalne mecze im więc nie były straszne. Mecz z 14 listopada 1934 roku jest również określane „prawdziwym meczem o mistrzostwo świata”. Do Londynu przyjechała reprezentacja Włoch, która w 1934 roku wygrała mundial na swoim terenie. Anglicy nie brali udziału w tamtym turnieju, ponieważ w 1928 roku rodzima federacja wystąpiła ze struktur FIFA. Choć był to mecz towarzyski, to brano go jak najbardziej na poważnie. Sam Benito Mussolini obiecał każdemu zawodnikowi, że w przypadku wygranej, otrzymają po 150 funtów oraz samochód, a konkretnie wybrany przez siebie model Alfy Romeo.

Anglicy już na początku spotkania pokazali, że traktują ten mecz towarzyski jak prawdziwy finał. W pierwszej minucie świetną okazję na zdobycie bramki zmarnował Eric Brook, który nie wykorzystał rzutu karnego, sprezentowanego przez Ceresciolego. Włoski piłkarz w dosyć głupi sposób sfaulował w polu karnym Teda Drake’a. Zaledwie 120 sekund później Brook się zrehabilitował i otworzył wynik tego spotkania. Można powiedzieć, że od tego momentu puściły hamulce po obu stronach. W 10. minucie Brook ustrzelił dublet, lecz na tym gospodarze nie poprzestali. Chwilę po wznowieniu gry, boisko musiał opuścić Luis Monti, który po zderzeniu z Drake’iem doznał złamania nogi. Od tej chwili goście grali w osłabieniu (w owym czasie nie wprowadzono jeszcze przepisu dotyczącego zmian). Wykorzystując przewagę, trzecią bramkę wbił na domiar złego…Ted Drake. Włosi nie wytrzymali i rewanżowali się jak tylko można. Najlepiej to obrazuje starcie, po którym Eddie Hapgood musiał opuścić boisko z powodu złamanego nosa. Mało? Niedługo potem opatrywany był Ray Bowden z powodu skręcenia kostki, a Eric Brook opuścił murawę na skutek złamania kości przedramienia. Na drugą połowę Włosi wychodzili więc w przewadze. Bramka strzeżona przez Franka Mossa była ostrzeliwana raz za razem. Włosi szturmowali połowę Anglików, czego efektem były dwa gole Giuseppe Meazzy. O ile sytuacja na boisku trochę się uspokoiła, to nadal dochodziło do starć, choćby między Luigim Bertolinim i Wilfem Coppingiem. Na szczęście Anglików, wynik spotkania do ostatniego gwizdka nie uległ zmianie. Po tej batalii – piłkarzy uznano za bohaterów narodowych i mistrzów świata, a potocznie nazywano ich „Lwami Highbury”. W meczu tym wystąpił także sir Stanley Matthews, bohater naszego wczorajszego tekstu. Agresja i brutalność, jaka towarzyszyła temu spotkaniu, w efekcie doprowadziła do poważnych rozmów na temat rezygnacji organizowania oficjalnych spotkań międzypaństwowych.



@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@DaPidejpi

7

Ku pamięci legend:

14 listopada 1986 r. zmarł Ferdinand Daučik. Pochodził on z Czechosłowacji a do Barcelony przybył w 1950 r. jako trener węgierskich uciekinierów z komunistycznego kraju, których liderem był jego szwagier, Ladislao Kubala. Josep Samitier, wielka legenda Barçy był zachwycony poziomem węgierskiej drużyny i doradził prezydentowi FCB zatrudnienie zarówno Daučika, jak i Kubali. Już w pierwszym sezonie Blaugrana dzięki nowym nabytkom zdobyła mistrzostwo Hiszpanii a w dwóch kolejnych podwójną koronę. W 1954 r. Daučik odszedł z Barcelony i przez ponad 20 lat prowadził kilkanaście klubów, głównie hiszpańskich. W sumie był trenerem przez 30 lat bez przerwy, co jest rzadko spotykane. Jeszcze we wrześniu 1980 r. Daučik w wieku 70 lat był pełen werwy i pomysłów: ,,Jestem co raz bardziej przekonany że moja witalność bierze się z tego iż cały czas jestem aktywny. Do teraz widząc dzieci biegające za piłką przyłączam się do gry. Moja głowa jest pełna pomysłów, które zrewolucjonizują futbol hiszpański. To ostatni cel, który sobie postawiłem. Futbol hiszpański jest chory od ponad 15 lat, konkretnie od porażki na Mistrzostwach Świata w Anglii. Wiem że jestem osobą kontrowersyjną ale gdyby brać pod uwagę matematykę w piłce, to pod względem zwycięstw i trofeów byłbym numerem jeden”- powiedział Daučik w 1980 r.



@Ogorinho1974
@Sensible
@patataj
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?