6

Blaugrana w Superpucharach:

19 stycznia 1983 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Aston Ville 1:0 w pierwszym meczu o Superpuchar Europy. Zwycięskiego gola zdobył Marcos Alonso Peña w 52 minucie meczu.



@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@Monix10
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@patataj

8

(Nie)zapomniane El Clasico:

19 stycznia 1991 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 2:1 w ramach 19 kolejki Primera Division. Jednym z goli dla Barçy było samobójcze trafienie Spasicia w 62 minucie i to ono zadecydowało o zwycięstwie Blaugrany. Pierwszego, znakomitego gola w tym meczu strzelił dla Dumy Katalonii Laudrup w 18 minucie, natomiast honorowe trafienie zaliczył Butragueño w 28 minucie. To zwycięstwo pozwoliło FC Barcelonie utrzymać pozycje lidera z czteropunktową przewagą nad Atletico i aż 10-punktową nad Realem Madryt!

Przypomnijmy:




@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

12

Ku pamięci wybitnych legend:

19 stycznia 1936 r. rozegrano pożegnalny mecz legendarnego Josepa Samitiera. Reprezentacja Katalonii zremisowała z czeskimi Židenicami 1:1. Tak oto ostatnie chwile Samitiera na boisku relacjonował dziennik ,,El Mundo Deportivo”: ,,Pepe Samitier, jeden z najbardziej podziwianych piłkarzy katalońskich, z najlepszą grą indywidualną, od dłuższego czasu zasługiwał na pożegnanie”. Ostatecznie Židenice wygrały trofeum dzięki większej liczbie….. wykonanych rzutów rożnych(9-8).


@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Symson

1

@P33ck A dzięki śliczne za docenienie moich starań. Również pozdrawiam :)

8

@FCBparasiempre
Dziś ufundujemy sobie wycieczkę do powojennego Londynu. Historia sportu jest często historią rywalizacji między różnymi nacjami i ideologiami. W czasie gdy świat wciąż liczył ofiary II Wojny Światowej jednocześnie stojąc u progu zimnej wojny doszło do zmierzenia się Zachodu ze Związkiem Radzieckim. Do głównej konfrontacji doszło na boisku piłkarskim w północnym Londynie, gdzie zawodnicy Arsenalu, podejmując Dynamo Moskwa, byli uczestnikami jednego z najdziwniejszych meczów w historii piłki nożnej. Zanim przyjrzymy się konkretnym wydarzeniom, warto przybliżyć trochę tło w których opisywana historia miała miejsce. Jest listopad 1945 roku. Anglia zbankrutowała, Związek Radziecki, napędzany komunistyczną propagandą, zaczynał wykazywać mocarstwowe aspiracje. II Wojna Światowa ledwo się zakończyła, ale trzeba było żyć dalej i przywrócić jako taki porządek. Krajowe federacje wznawiały rozgrywki piłkarskie, pomimo że większość profesjonalnych piłkarzy (przy czym słowo “profesjonalnych” należy traktować bardzo luźno, nikt wtedy nie występował w reklamach Nike, ani nie ubezpieczał swojej prawej nogi) nie wróciła jeszcze z frontu. W takich okolicznościach angielska federacja piłkarska wpadła na pomysł nie z tego świata – postanowiła zaprosić zespół mistrzów Rosji, Dynamo Moskwa, na coś w rodzaju tournee po swoim kraju. Jakiekolwiek międzynarodowe rozgrywki klubowe były w tym okresie dopiero melodią przyszłości, UEFA miała powstać w 1954 roku, zaś Związek Radziecki nie był nawet członkiem FIFA (został nim rok później). Przyjazd jakiejkolwiek drużyny z zagranicy był już sam w sobie egzotyczny, nie mówiąc o przyjeździe, Boże przenajświętszy, komunistów z Moskwy!

Jeżeli zaproszenie drużyny z ZSRR było zaskakujące, to przyjęcie tego zaproszenia było równie niespodziewanie. Czy powodem była okazja do wypromowania komunizmu na Zachodzie, czy dobry nastrój towarzyszy z Kremlu spowodowany wysokim spożyciem wódki, tego się nie dowiemy, lecz ostatecznie Partia wydała zgodę na udanie się mistrza Rosji w zagraniczną podróż i stawienie czoła zepsutym angielskim kapitalistom. Działacze Dynama Moskwa wysłali do Londynu listę czternastu punktów, których spełnienie miało być warunkiem przyjazdu Rosjan. Niektóre były sensowne, inne śmieszne. Od możliwości robienia zmian w trakcie meczu i zapewnienia 600 biletów dla obywateli Związku Radzieckiego na Wyspach, do jedzenia wszystkich swoich posiłków w ambasadzie i rozgrywania meczów tylko w soboty. Punktem na którym najbardziej zależało działaczom Dynama było jednak rozegranie meczu z Arsenalem (specjalnie na ten mecz zabrali także własnego sędziego). Michaił Jakuszyn, ówczesny trener zespołu z Moskwy, powiedział wtedy: “przybyć do Londynu i nie zagrać z Arsenalem, to jak odwiedzić Kair i nie zobaczyć piramid.” FA zgodziła się na większość punktów i obie strony doszły do porozumienia. Ustalono terminarz: Dynamo miało zmierzyć się kolejno z Chelsea, Cardiff City, Arsenalem i Glasgow Rangers. Przybycie drużyny z Moskwy wzbudziło wielkie zainteresowanie wśród lokalnych fanów i zwykłych obywateli. Prasa brytyjska poświęciła sporo miejsca na przedstawienie przybyszów ze wschodu, ale, jak to ma w zwyczaju, odnosiła się do nich lekceważąco i protekcjonalnie. Ponieważ ich sezon już się skończył, a zima w Moskwie była za pasem, pierwszą fazą przygotowań zawodników Dynamo przed tournee było odśnieżenie boiska, by te przygotowania mogli w ogóle rozpocząć. Tak też ich postrzegano – jako półamatorów i pracowników fabryk. Większy lęk niż ich umiejętności piłkarskie budził fakt, że pięciu zawodników Dynama służyło w Armii Czerwonej. Nawet wygranie lokalnej ligi było brane z przymrużeniem oka.

Pierwszy mecz rozegrano na Stamford Bridge przy udziale przeszło 100 tysięcy ludzi spragnionych dobrego widowiska i pewnie w jakimś stopniu pokazania komunistom ich miejsca w szeregu. Już przed pierwszym gwizdkiem piłkarze Dynamo zrobili na wszystkich pozytywne wrażenie, kiedy ubrani w dresy przeprowadzili zorganizowaną rozgrzewkę, czego w Anglii dotąd nie praktykowano, a co miało znamiona profesjonalizmu. Po pierwszej połowie Chelsea wygrywało 2:0, mimo iż Dynamo prezentowało się zaskakująco dobrze. Jeden z piłkarzy The Blues stwierdził, iż Rosjanie powinni prowadzić czterema bramkami już po pierwszych 20 minutach, gdyby nie fatalne wykończenie i zepsute stuprocentowe sytuacje. Ostatecznie Dynamo wyrównało, a mecz zakończył się zaskakującym wynikiem 3-3. Zaskakującym tylko dla angielskich dziennikarzy, ponieważ drużyna z Moskwy prezentowała na boisku zespołowy, ładny dla oka futbol, zaś poszczególni zawodnicy imponowali kontrolą piłki i szybkością. W drugim meczu przybysze z Moskwy rozbili Cardiff City 10-1, co okrzyknięto szokiem, pomimo faktu, że Cardiff było trzecioligową drużyną złożoną z półamatorów. Faktem jednak było, że radziecka drużyna rozbiła drużynę angielską i (skazywana na pożarcie) pozostawała niepokonana. Punktem kulminacyjnym i tym, na co wszyscy czekali, miał być mecz Dynama z Arsenalem. Mecz który, jak się okazało, przeszedł do historii z wielu różnych powodów, które z futbolem miały mało wspólnego. Sam stadion, na którym rozegrano spotkanie, już brzmi zabawnie. Otóż gospodarze mieli podjąć gości z Moskwy na… White Hart Lane. W tym okresie Highbury wciąż było zajęte przez rząd brytyjski i użytkowane przez Ministerstwo Obrony, w związku z czym działacze Kanonierów poprosili o udostępnienie stadionu sąsiadów zza miedzy. Wielka miłość pomiędzy oboma klubami sprawiła, że władze Tottenhamu chętnie się zgodziły, choć istnieje teoria że angielska federacja po prostu rozkazała Kogutom oddać swój stadion i miała gdzieś jakiekolwiek głosy protestu. Do dziś jednym z punktów zapalnych między fanami Spurs i Arsenalu jest to, iż Kanonierzy “mieli czelność grać na White Hart Lane”.

Na mecz ówczesny trener Arsenalu George Allison, musiał dowołać sześciu graczy którzy wystąpili “gościnnie” w barwach Kanonierów, zastępując nieobecnych piłkarzy pozostających poza ojczyzną. Na meczu zjawiło się 54 tysięcy kibiców, zaś zgodnie z jednym z czternastu punktów, na który FA wyraziła zgodę, sędziowanie powierzono rosyjskiemu sędziemu którego Dynamo przywiozło ze sobą do Londynu. Pierwszą kontrowersyjną decyzją sędziowską był fakt, że te spotkanie w ogóle się odbyło. W momencie rozpoczęcia meczu nad Londynem unosiła się tak gęsta mgła, że pierwszego gola dla Dynamo, zdobytego w 30 sekundzie meczu, nie widzieli nie tylko kibice, ale również połowa zawodników biegających na boisku. W takich warunkach spotkanie szybko przemieniło się w komedię. Przy pierwszej zmianie dla gości zespół Dynama zastosował interesujący manewr taktyczny polegający na tym, że zmiennik… nigdy nie opuścił boiska. Arsenal nie pozostał dłużny i gdy jeden z Kanonierów dostał czerwoną kartkę za bójkę z zawodnikiem z Moskwy, po paru minutach po prostu wbiegł ponownie na boisko. Na temat tego meczu wyrosło wiele legend, dlatego dzisiaj nie sposób już stwierdzić, co tak naprawdę miało miejsce. Niektórzy twierdzą że Rosjanie w pewnym momencie mieli na boisku 15 zawodników. Mgła miała być tak gęsta, że przy jednej z akcji bramkarz Arsenalu uderzył się w słupek i stracił przytomność, a zastąpił go ochotnik z tłumu. Co się działo dokładnie, nie wiedział jednak nikt, bo też nikt niczego nie widział. Ostatecznie, Arsenal wygrywając do przerwy 3-2, uległ gościom 4-3 po bramce strzelonej ze spalonego i golu w końcówce. Brytyjskie „Mail” określiło to spotkanie jako farsę, która nie powinna się odbyć, chociaż równolegle stwierdzono, że był to „jeden z najbardziej ekscytujących meczów, których 54 tysiące kibiców nigdy nie widziało.” Na zakończenie tournee Dynamo zremisowało z Rangersami 2-2. Zaplanowano rozegranie jeszcze jednego pojedynku, z Aston Villą, lecz Rosjanie uznali że mają inne plany, po czym wrócili do Londynu i odlecieli do Moskwy. Wracając do kraju z podniesionymi głowami i bez porażki, uznano ich za bohaterów, a wielu nagrodzono honorami i odznaczeniami za zasługi na rzecz komunizmu oraz sportu. I tak zakończyła się pierwsza wizyta drużyny ze Związku Radzieckiego na zachodniej ziemi. W tej historii Kanonierzy odegrali jedną z głównych ról, rozgrywając jeden z najdziwniejszych meczów w swojej historii.


6

10

El Clasico w Copa del Rey:

18 stycznia 2012 roku Real Madryt poległ na Santiago Bernabeu z FC Barceloną 1:2 w pierwszym spotkaniu ćwierćfinałowym Pucharu Hiszpanii. Gole dla Barçy zdobyli: Puyol oraz Abidal, natomiast honorowego gola dla Królewskich strzelił nie kto inny jak Cristiano Ronaldo. Mecz został zapamiętany z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest drugi(i ostatni) gol Erica Abidala w barwach Blaugrany. Francuz wykorzystał świetne podanie Messiego i ustalił wynik meczu. Cieniem na tym pojedynku rzuciła się jednak sytuacja z 68 min., gdy Pepe celowo nadepnął na ręke leżącego Messiego. Sytuacje zarejestrowały kamery, lecz nie widział jej arbiter, skończyło się więc bez wykluczenia z gry Portugalczyka. Komitet arbitrażowy hiszpańskiej federacji również postanowił nie karać Pepe za tę sytuację, choć była to recydywa obrońcy Realu, znanego z prowokacyjnych zachowań i fauli bez piłki. Dlaczego mnie(a być może i większość z was) to nie dziwi? Madryt nigdy nie był i nie będzie przychylny ,,naszemu” klubowi pod każdym względem i to się już raczej nigdy nie zmieni. Nie mam pojęcia kto zasiada w komitecie arbitrażowym ale podejrzewam że większość z nich jest przychylna tylko i wyłącznie Madrytowi!

Powspominajmy:




@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj

29

Feliz cumpleaños Pep!!! Josep Guardiola właśnie kończy dzisiaj 52 lata! No, Pepito! ileż ty mi chłopie dałeś radości oglądając mecze ukochanej Barcuni to głowa mała! Niechaj szczęście Tobie sprzyja a smutek omija. Dobry Pan miłością otacza, Anioł swe skrzydła nad Tobą roztacza. Bóg w zdrowiu niechaj zachowa Cię i radością z uśmiechem obdarza Cię. Wszystkiego naj, naj, naj a zwłaszcza dużo zdrowia legendo! Sto lat! Czekamy z utęsknieniem na twój powrót do ,,naszej” Barcelony.

@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Monix10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Sensible
@patataj
@DaPidejpi

10

Gospodarz jak zwykle górą:

17 stycznia 1967 r. Urugwaj pokonał Boliwie 4:0 na Estadio Centenario w meczu otwarcia 29 edycji Copa America. Po raz pierwszy w historii wystąpił absolutny kopciuszek latynoskiego futbolu a mianowicie Wenezuela. Tym samym po 51 latach od założenia CSF ostatni członek tej organizacji dołączył wreszcie do grona uczestników Pucharu Ameryki. Ilekroć turniej toczył się w Montevideo, niezmiennie na najwyższym podium stawali gospodarze. Było zatem jasne iż między nimi i Argentyną rozegra się główna batalia o mistrzostwo. Boliwia natomiast mimo niezłej gry Blacutta, grała wprost beznadziejnie, ulegając nawet 0:3 wenezuelskiemu debiutantowi. Niewiele lepszy był Paragwaj, zespół bez oblicza i bez wielkich indywidualności. Nie najgorzej za to wypadło Chile, któremu udało się urwać cenny punkt samemu Urugwajowi. Uwagę publiczności i obserwatorów przykuli zwłaszcza dwaj zawodnicy: Elias Figuerora Brander oraz Ignacio Prieto Urrejola. W zasadzie od początku turnieju liczyły się tylko Urugwaj i Argentyna. Gospodarze stracili punkt z ambitnym Chile, podczas gdy Albicelestes szli jak burza od zwycięstwa do zwycięstwa, w przededniu ostatniego meczu gromadząc 8 punktów, podczas gdy Celestes zebrali ich tylko 7. Wszystko zatem miało się rozstrzygnąć w ostatnim(de facto finałowym) starciu tych gigantów. Urugwajczyków poprowadził do decydującego boju ojciec zwycięstwa z 1959, sędziwy Juan Corazzo, zaś Argentyńczyków równie wiekowy Renato Cesarini. Wieczór 2 lutego 1967 był pochmurny aż wreszcie lunęło jak z cebra. W gęstym deszczu toczyło się to zacięte spotkanie, w którym linie obronne górowały nad ofensywnymi. Celestes nawiązali do chwalebnej tradycji swej ,,garra uruguaya”, zajadłej walki do upadłego o każdą, nawet pozornie beznadziejną piłke. W ich szeregach wyróżniało się szczególnie dwóch zawodników. Bramkarz Ladislao Mazurkiewicz, z pochodzenia Polak, o którym napisze przy okazji jego urodzin(14 luty) oraz rozgrywający Pedro Virgilio Rocha, którego Pele zaliczył do grona ,,pięciu najlepszych napastników świata”. Właśnie ten król środka pola zapewnił Urugwajowi Puchar Ameryki tego turnieju. W 74 minucie bezlitośnie wykorzystał potknięcie Rattina na śliskiej nawierzchni, przejął jego zbyt krótkie podanie i pokonał bramkarza Rome. Był to trzeci w dziejach Copa America zwycięski gol dla Urugwaju strzelony w kierunku szczęśliwej trybuny Colombes. Tych dwóch asów Celestes miało oparcie w zwartej, ambitnej drużynie, w której wyróżniali się ponadto pomocnik Mujica, obrońca Cincunegui oraz napastnicy Domingo Perez i Hector Salva. Na koniec trzeba jeszcze nakreślić sylwetke króla strzelców. Został nim wybitny argentyński snajper Luis Artime, który w tym turnieju uzyskał 5 goli. Dodam jeszcze że Artime w reprezentacji Argentyny rozegrał 25 spotkań strzelając 24 gole. Luis do perfekcji absolutnej doprowadził technikę użytkową a zwłaszcza technikę strzału. Nie gustował w dryblingach, nie kręcił finezyjnych kółeczek, tylko podawał, przyjmował piłke albo też bez przyjęcia strzelał. Pojawiał się na polu karnym niczym zjawa aby w tej jednej najbardziej sprzyjającej sekundzie przyłożyć głowe lub noge do piłki. Szybki ruchliwy, sprytnym manewrem potrafił wyprowadzić w pole każdego obrońcę. Grał czysto, będąc pod każdym względem ideałem sportowca w nieco staroświeckim rycerskim stylu. Wspaniały kolega, gentelmen w każdym calu, zaskarbił sobie zasłużenie powszechny podziw i sympatie w całej Ameryce. Jednak nawet tak wspaniały atak z Artime, Bernao, Rojasem i Masem wyszczerbił sobie zęby na urugwajskiej obronie. To był ostatni turniej rozgrywany wedle tradycyjnej formule, czyli każdy z każdym. W następnej edycji Copa America(1975) wprowadzono rywalizacje w grupach.


@Roni/VEB
@Sensible
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@DaPidejpi

11

Wybitne legendy futbolu:

17 stycznia 1906 r. w Buenos Aires urodził się Guillermo Stabile, Wicemistrz Świata(1930), Król strzelców I Mistrzostw Świata(1930) oraz Sześciokrotny Zdobywca Copa America jako trener(z kadrą Argentyny). W roku 1930 odbywały się pierwsze w dziejach Mistrzostwa Świata gdzie Guillermo strzelił w nich 8 goli co dało mu koronę pierwszego króla strzelców na Mundialu a zaczynał je jako rezerwowy(nie zagrał tylko w pierwszym meczu z Francją). W debiucie na Mundialu popisał się hat-trickiem w spotkaniu z Meksykiem(pierwszym w historii mistrzostw) a potem zdobywał gole w każdym kolejnym meczu-z Chile dwa, Stanami Zjednoczonymi również dwa a w finale z Urugwajem jeden gol. Stabile nie miał nawet 170 cm wzrostu ale był bardzo szybki i świetny technicznie, coś w rodzaju Leo Messiego. Jego rekord życiowy na sto metrów wynosił 11 sekund! Nazywano go ,,El Filtrador’’ co miało oddawać umiejętność przejścia przez nawet najbardziej szczelną obronę przeciwnika. Cieszył się szacunkiem także dlatego iż grał bardzo fair. Karierę piłkarską rozpoczynał w argentyńskim Huracan Buenos Aires. Szybko wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie drużyny. Był niezwykle skuteczny, potrafił z zimną krwią wykorzystać każdy błąd rywala. Po dwunastu latach spędzonych na krajowym podwórku został kupiony przez włoską Genuę. Po zaledwie roku pozyskali go działacze Napoli, by po kilku miesiącach oddać go ponownie Genui. Kilka poważnych kontuzji i brak szczęścia nie zagwarantowało mu sukcesów w Serie A.Nie powiodło mu się również w Red Star Paris(chociaż namawiano go do zmiany obywatelstwa i obiecywano grę w reprezentacji) i tuż przed wojną wrócił do Argentyny. Natomiast zrobił wielką karierę jako trener. Od roku 1941 do 1958(i krótko w 1960) prowadził reprezentację Argentyny, pracując jednocześnie w klubach. Trzy razy z rzędu zdobył z Racingiem Mistrzostwo Argentyny(1949-1951). Reprezentację kraju doprowadził 6 razy do tytułu mistrza Ameryki Południowej(Copa America). Po raz pierwszy po wojnie wywalczył z Argentyną awans na Mundial w Szwecji(1958). Wychował wielu argentyńskich piłkarzy, którzy przeszli do historii futbolu od Alfredo di Stefano, Adolfo Pedernery, Angela Labruny i Felixa Lustau po Oresta Corbattę, Omara Sivoriego, Humberto Maschio i Jose Sanfilippo. Był wykładowcą w wyższej szkole wychowania fizycznego, komentatorem radia Libertad a pieniądze zdobyte na boisku pomnażał w branży cukierniczej. Był w swojej ojczyźnie bardzo popularny i bogaty. Zmarł w roku 1966 w wieku 60 lat.


@MesQueUnClub96
@Monix10
@Symson
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Sensible
@patataj

0

@P33ck Tym razem nie sprowokujesz mnie cwaniaku. Zastanów się z czego a raczej z kogo robisz sobie żarty? To bardzo nieprzyzwoite z twojej strony...
Nie pozdro!

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

17 stycznia 1947 r. w Szczecinie urodził się Władysław Szaryński, jeden z ciekawszych napastników polskiego futbolu. ,,Kiedy zmieniałem klub mówili że zdradziłem Szczecin, lecz tylko ja wiem że gdy wybierałem się do odsłużenia wojska w Zawiszy Bydgoszcz, ryczałem jak bóbr. Tak samo, gdy jechałem na dworzec na pociąg do Rybnika. Musiałem opuścić rodzinne miasto bo chciałem grać w ekstraklasie”- opowiadał Szaryński, jeden z nielicznych szczęściarzy, którzy wystąpili w polskiej drużynie w finale europejskiego pucharu. Wychodząc w podstawowym składzie Górnika Zabrze na finałowy mecz Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City, czuł jak nigdy że te wszystkie poświęcenia miały sens. Dopiero co skończył 23 lata, a tu w ataku u boku Banasia i Lubańskiego zaraz miał rozpocząć mecz, który przykuwał uwagę już nie tylko całej piłkarskiej polski ale również Europy. Zabrzanie przegrali 1:2, lecz ich wyczyn wciąż jest nieosiągalny dla jakiegokolwiek innego polskiego klubu. Szaryński już wcześniej dołożył cegiełke do sukcesu. W walce o ćwierćfinał z Glasgow Rangers na Stadionie Śląskim ,,huknął” z ponad 20 metrów tak kapitalnie że ponad 70 tys. ludzi przez minutę biło mu brawo na stojąco! To był gol na 2:0, gospodarze ostatecznie wygrali 3:1 i ze spokojem mogli jechać na rewanż do Glasgow, gdzie również pokonali Rangersów 3:1!

Do Zabrza Szaryński trafił z ROW Rybnik i był to jeden z kilku skomplikowanych transferów w jego karierze. Zawsze uparcie pchał się wyżej i efekty były dość zaskakujące jak na tamtą piłkarską epoke, ponieważ w ekstraklasie występował w aż 5 klubach(Arkonia Szczecin, Zawisza Bydgoszcz, Row Rybnik, Górnik Zabrze i Zagłębie Sosnowiec). W 1974 został właśnie piłkarzem Zagłębia i znowu była to transferowa niespodzianka. Zagłebie na półmetku zajmowało ostatnie miejsce w tabeli, na gwałt potrzebowało wzmocnień. Problemem podobno osobiście zainteresował się Edward Gierek. Nic dziwnego że transakcja doszła do skutku. Szaryński bardzo pomógł nowemu klubowi w utrzymaniu a w 1977 i 1978 jako kapitan zdobywał z nim Puchar Polski. Jeżeli nawet mógł mieć żal że Górnik tak łatwo pogodził się z jego odejściem, na koniec nie powinien był narzekać, bo zdążył zostać jedną z legend Zagłębia Sosnowiec. ,,Jestem wdzięczny losowi że tyle w piłce osiągnąłem. Wcale nie miałem łatwo, wiele było zakrętów, gróźb dyskwalifikacji, łez i niepewności, więc tym bardziej trzeba się cieszyć”- zapewniał Władysław Szaryński.



@Sensible
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson

10

Pamiętajmy o takich prezydentach:

17 stycznia 1968 r. wybory na Prezydenta FC Barcelony wygrał Narcis de Carreras. Urząd piastował zaledwie 2 lata lecz zasłynął na zawsze ze słynnej frazy: ,, el Barça es mes que en club” co wszem i wobec znaczy Barça to więcej niż klub. Ta fraza miała na celu podkreślić iż Blaugrana jest od dziesięcioleci symbolem i wizytówką Katalonii, a nie tylko zwykłym klubem piłkarskim. W czasach dyktatury Franco Katalończycy byli mocno prześladowani a Camp Nou było jednym z niewielu miejsc, w których można było rozmawiać po katalońsku i demonstrować lokalny patriotyzm.


@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj

8

Legendy światowego futbolu:

16 stycznia 1945 r. urodził się Wim Suurbier, holenderski prawy obrońca, 2-krotny Wicemistrz Świata(1974 i 1978); 3-krotny pod rząd Zdobywca Pucharu Mistrzów(1971,1972 i 1973); 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy(1972 i 1973); Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(1972) oraz 6-krotny Mistrz Holandii. Wim Suurbier to wielka gwiazda Ajaxu lat 60-tych i 70-tych, niezbędny element tamtejszego wspaniałego zespołu. Barwy amsterdamskiego klubu reprezentował od 1964r. aż przez 12 lat, w czasie jego największych sukcesów, w których miał swój duży udział. Wraz z Krolem stanowił dwie fantastyczne flanki defensywy Ajaxu-nowoczesnych skrajnych obrońców o wielu zadaniach ofensywnych i ,,żelaznych’’ płucach, które pozwalały im biegać od pola karnego do pola karnego. Kiedy Krol grał na lewej stronie, Suurbier pilnował prawej. Był jednak na tyle wszechstronny że spokojnie mógł grać po drugiej stronie boiska. Wim był graczem silnym, wysokim i bardzo trudnym do pokonania w pojedynku jeden na jeden, słynął też z precyzyjnych podań. Taki piłkarz na boku obrony to prawdziwy skarb. Wiedzieli o tym także trenerzy reprezentacji Holandii-Rinus Michels i Ernst Happel. Na obu wspaniałych dla Holandii mundialach lat 70-tych Suurbier był podstawowym graczem. Rozegrane przez Wima 393 mecze w barwach swego klubu to bardzo dobry wynik. Więcej w Ajaxie ma na koncie tylko Sjaak Swart. Zimą 1978 roku Suurbier opuścił Ajax i przeniósł się do Schalke i wreszcie wyjechał zarabiać pieniądze do Stanów Zjednoczonych. Grał w piłkę w Kalifornii: w Los Angeles Aztecs(razem z Cruyffem) i w San Jose Earthquakes. Trafił nawet na krótko do Hongkongu. W reprezentacji Holandii Suurbier rozegrał 60 spotkań i strzelił trzy gole. Wystąpił w finałowych meczach MŚ w 1974 roku, kiedy trzecie miejsce zajęła Polska, oraz cztery lata później. Po złoty medal sięgnęły wówczas, odpowiednio, RFN i Argentyna. Z nim w składzie ,,Pomarańczowi” zajęli także trzecie miejsce mistrzostw Europy 1976.


@Ogorinho1974
@Symson
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Sensible
@patataj
@DaPidejpi

11

@FCBparasiempre
16 stycznia 1922 r. w Budapeszcie urodził się Ferenc Deak, wybitny węgierski napastnik. Deak swoją piłkarską przygodę rozpoczął jako nastolatek. Miał 13 lat, kiedy zgłosił się do klubu, w którym rozpoczął pierwsze treningi. Był to zespół z jego najbliższej okolicy – Szentlőrinci Atlétikai Club. Pierwsze kroki w futbolowym świecie stawiał jako bramkarz i był w tym całkiem dobry. Słynął z tego, że momentami ciężko było go pokonać a bramka wydawała się zaczarowana. W jednym z meczów został jednak mocno trafiony piłką w głowę i stracił przytomność. Według jednej z wersji tego zdarzenia autorem trafienia miał być brat Józsefa Bozsika. Chłopak doszedł do siebie, ale rodzice postawili stanowcze weto dalszej pasji syna. Piłki w tamtych czasach były dużo cięższe niż dzisiaj i szybciej nasiąkały wodą. Dla młodego, rozwijającego się ciągle organizmu skutki takich uderzeń mogły być bardzo groźne. Jednak młody Ferenc nie potrafił wyrzucić futbolu z własnego życia. Kiedy tylko mógł zachodził i zaglądał na stadion. Z żalem i zazdrością patrzył na trenujących kolegów. Żeby być choć trochę bliżej piłki, stawał z boku boiska i podawał futbolówkę kolegom, opuszczała plac gry. Uderzał ją przy tym nie tylko mocno, ale też bardzo precyzyjnie. Swoją postawą zdobył sympatię jednego z trenerów. Był nim Elemér Berkessy, który jako zawodnik grał w paryskim Racingu czy FC Barcelonie. Miał też za sobą występy w reprezentacji, więc potrafił ocenić, czy ktoś ma talent czy nie. Ferenc nie miał kłopotów z opanowaniem piłki, a po sposobie, w jaki ją uderzał, widać było, że ma naturalny talent. Szkoleniowiec postanowił więc spróbować przekonać jego rodziców do zmiany zdania. Ci zgodzili się ustąpić, ale troszcząc się o zdrowie syna, postawili warunek, że Ferenc nie może już grać jako bramkarz. Chłopak został więc przesunięty do przodu. Nie był jednak przyzwyczajony do gry w polu, więc potrzebował nieco czasu, żeby odnaleźć się w nowej roli. Wtedy właśnie zyskał sobie przezwisko Bamba. Określenie to w wolnym tłumaczeniu można przetłumaczyć jako dureń. Deák sprawiał wrażenie trochę nieporadnego, ale bardzo szybko zaczął wszystkim pokazywać, na co go stać. ,,Byłem tak nazywany już w Lőrinc, ponieważ zgodnie z moimi przyzwyczajeniami stałem zwykle w kole środkowym przy linii, wyglądając przy tym, jakbym nie miał nic do roboty. Sterczałem tak jak bambus, ale kiedy nadchodziła okazja, zawsze potrafiłem ruszyć szybko i niespodziewanie”– opowiadał Deák. Ferenc konsekwentnie pracował na treningach i wkrótce zaczął zbierać efekty tej pracy. Pierwszy mecz w barwach Szentlőrinci zagrał 3 września 1939 r. Zespół przegrał 1:3, ale młokos uświetnił swój debiut golem. Klub występował wówczas na drugim poziomie rozgrywkowym w Nemzeti Bajnokság B, ale sezon później grali już w trzeciej lidze. Deak szybko budował swoją pozycję w zespole a swoimi sześcioma trafieniami na tym poziomie wysłał czytelny sygnał, że coraz lepiej radzi sobie też pod bramką rywali. Drużyna zaczęła piąć się w górę a Deak został jednym z jej liderów i zapoczątkował jeden z najlepszych okresów w dziejach klubu. Strzelał jak na zawołanie, niejednokrotnie notując po cztery czy pięć trafień w jednym meczu. W sezonie 1942/43 wystąpił w 26 meczach i tylko w trzech nie pokonał bramkarza rywali. Łącznie uzyskał aż 49 goli. Kwestią czasu było, kiedy zespół zamelduje się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Cel ten udało się wywalczyć w sezonie 1943/44 i jesienią 1944 r. Deak miał szansę debiutu w ekstraklasie. Pierwsze trzy mecze zakończyły się dla Szentlőrinc AC kompletem zwycięstw a nasz bohater zdobył w tych pojedynkach dziewięć goli. Ligowe zmagania zostały jednak przerwane z uwagi na działania wojenne. Jesienią próbowano zorganizować mistrzostwa wojskowe, ale tych też nie udało się dokończyć. Deak również wtedy imponował skutecznością, strzelając pięć goli w dziesięciu spotkaniach.

Wiosna przyniosła kolejną radziecką ofensywę, a piłkarskie zmagania zostały ograniczone tylko do drużyn z Budapesztu. Szentlőrinci grał na drugim poziomie tych rozgrywek, ale braki w źródłach nie pozwalają na pełne odtworzenie bilansu zespołu. Dopiero kolejną ligową kampanię udało się rozegrać w pełni. Futbol był jednym z tych elementów życia, który pozwolił Węgrom szybciej stanąć na nogi po wojnie. Zasady się nie zmieniły ale zmienił się sam kraj, w którym władzę przejęli komuniści. Wkrótce nowe władze zaczną wykorzystywać sport dla własnych celów i organizować go na nowo. Nie ominie to też piłki nożnej. Na razie jednak rywalizacja toczyła się w miarę normalnie. Zespoły podzielono na dwie grupy, z których najlepszych pięć drużyn awansowało do grupy mistrzowskiej. Dalekie od normalności były jednak strzeleckie popisy Deaka. Ładował gola za golem i nic nie robił sobie z przeciwników. Nie ważne, czy naprzeciwko niego stała drużyna MTK, Ferencvárosu czy ktoś z dołu tabeli. Zawsze znajdował sposób na bramkarza rywali. W wygranym 13:0 spotkaniu z Kőbányai Barátság strzelił aż dziewięć goli!. Pięć trafień zaaplikował Ferencvárosowi, a kolejnych sześć drużynie Debreceni VSC! Poza tym wielokrotnie strzelał dwa, trzy albo cztery gole. Deak był praktycznie nie do zatrzymania i w śrubowaniu rekordu nie przeszkodziło mu nawet to, że dwukrotnie został usunięty przedwcześnie z boiska. Ostatecznie sezon 1945/46 ukończył z 66 golami na koncie! Potrzebował do tego 34 meczów, więc łatwo policzyć, że średnio uzyskiwał niemal dwa gole w każdym występie! Nawet biorąc po uwagę nieco inny niż zwykle format rozgrywek, trudne czasy powojenne i zapewne sporą różnicę w poziomach między zespołami, takie osiągnięcie musi budzić największe uznanie. Wcześniejszy rekord ustanowił w 1939 r. Gyula Zsengellér, który 56 razy znajdował wówczas drogę do bramki rywali. Strzeleckie popisy Deaka nie wystarczyły jednak, żeby ugrać coś z zespołem na arenie krajowej. Zmagania w grupie zachodniej Szentlőrinci AC zakończyło na czwartej lokacie, a w grupie mistrzowskiej zajęli dopiero ósme miejsce w stawce dziesięciu ekip. Rok później ekstraklasa składała się już tylko z 16 zespołów, które normalnie rywalizowały w jednej grupie. Deak potwierdził wówczas swoje nieprzeciętne umiejętności i drugi raz z rzędu został królem strzelców. Trafiał „tylko” w 22 z 30 meczów, ale w czterech czterokrotnie wpisywał się na listę strzelców, a w trzech starciach aż pięć razy trafiał do siatki! Zespół znowu jednak zakończył zmagania w środku tabeli, zajmując siódmą lokatę. Po bramkostrzelnego zawodnika sięgnął w końcu jeden z największych i najbardziej utytułowanych klubów w kraju, czyli stołeczny Ferencvárosi Torna Club. Jedną z kart przetargowych przy transferze był dwupiętrowy dom, który zapewniono Deakowi. Bardzo entuzjastycznie na jego przyjście zapatrywali się też kibice, którzy liczyli, że nowy nabytek przywróci ich ukochanej drużynie utracony blask. Ferenc za otrzymane zaufanie odwdzięczył się najlepiej, jak mógł, czyli kolejnymi golami. Już w 3. kolejce cztery razy pokonał bramkarza rywali i poprowadził zespół do wygranej. W całym sezonie zespół zanotował tylko cztery remisy i pięć porażek, a pozostałe 23 spotkania wygrał. Deak był jednym z motorów napędowych zespołu i często to jego trafienia decydowały o zwycięstwach. Drużyna finiszowała na najniższym stopniu podium. Ferenc mógł być zadowolony ze swoich występów, choć w rywalizacji o koronę króla strzelców musiał uznać wyższość Ferenca Puskása, który zdobył 50 goli, podczas gdy Deak „zaledwie” 41 goli. W kolejnym sezonie pokazał razem z kolegami prawdziwą klasę. Ferencváros szedł jak burza i po kolei rozjeżdżał kolejnych rywali. Deak znowu zaliczył kilka meczów z czterema trafieniami i raz pięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców. Pierwsze potknięcie zespół zanotował dopiero 13. kolejce, remisując 1:1 z MTK. Pierwsza porażka z kolei przyszła dopiero w 24. kolejce. W całym sezonie Ferenc z kolegami uzbierali ich ledwie trzy. W znakomitym stylu sięgnęli po krajowe mistrzostwo, dystansując wszystkich konkurentów w walce o tytuł. Nad drugim w tabeli MTK mieli aż 11 punktów przewagi. Ferenc Deak ze swoimi 59 golami w 30 meczach znowu zbliżył się do magicznej granicy dwóch goli na mecz i po raz trzeci został królem strzelców. Obok siebie miał znakomitych Sándora Kocsisa i Zoltána Czibora i trudno było sobie wyobrazić lepszy sposób na uczczenie jubileuszu 50-lecia klubu.

Latem 1950 r. razem z kolegami spędzał czas w jednym z klubów nocnych w mieście Siófok nad Balatonem. Towarzystwo trochę sobie wypiło, a że Deak był muzykalny i lubił śpiewać, to zaintonował wykonanie klubowego hymnu, który jednak nie cieszył się wówczas uznaniem w oczach władz. Pech chciał, że świadkami tego występu była dwójka funkcjonariuszy z Államvédelmi Hatóság, czyli politycznej policji węgierskiej. Przez moment tolerowali oni zachowanie Deaka, ale po chwili do niego podeszli i kazali mu się zamknąć. Deak zamilkł, odwrócił się w stronę baru i zamówił dwa drinki. Kiedy barman mu je przygotował, Ferenc wylał ich zawartość wprost na twarze oficerów i całą akcję zakończył dwoma precyzyjnymi ciosami, jak na dobrego napastnika przystało. Władze nie chcąc skandalu, starały się wyciszyć sławę, ale Deak był już u nich na cenzurowanym. Jeden z wysoko postawionych w ministerstwie działaczy Sándor Csáki postawił piłkarzowi ultimatum. Urzędnik był też jednym z działaczy Dózsa Sport Egyesület, czyli dzisiejszego Újpestu i przedstawił zawodnikowi propozycję nie do odrzucenia. Możesz zdecydować – idziesz do więzienia, albo do Újpestu! – zwrócił się Csáki do Deaka. Incydent nad Balatonem położył się też cieniem na jego karierze reprezentacyjnej. Gusztáv Sebes uznał go za element niepewny politycznie i przestał go powoływać. Miejsce Deaka na środku reprezentacyjnego napadu zajął Nándor Hidegkuti. Węgrzy w tamtych czasach dysponowali wieloma klasowymi zawodnikami, a siła ognia ataku drużyny narodowej czasami wręcz porażała, więc spokojnie mogli sobie pozwolić na rezygnację z usług takiego snajpera jak Deak. W reprezentacji debiutował on jeszcze w czasie wojny w spotkaniach nieoficjalnych. Pierwszy oficjalny występ zanotował 6 października w meczu z Austrią, strzelając dwa gole. Łącznie zdążył uzbierać 20 meczów w kadrze i tylko w trzech nie strzelił gola. Tych zdołał strzelić aż 29, co też musi budzić uznanie. Dwukrotnie wystąpił w meczach z Polską. Po raz pierwszy 19 września 1948 r. w wygranym 6:2 spotkaniu w Warszawie, gdzie strzelił jedną z bramek. Drugi raz zagrał przeciwko naszym reprezentantom 10 lipca 1949 r. W Debreczynie Węgrzy wygrali wówczas 8:2, a Ferenc Deak aż cztery razy zmusił do kapitulacji Henryka Borucza. W nowym klubie musiał pogodzić się z faktem, że to nie on jest już gwiazdą numer jeden w zespole. W Újpeście pierwsze skrzypce grał Ferenc Szusza. Deak ciągle jednak imponował skutecznością, choć jego osiągnięcia nie rzucały już na kolana. W 83 spotkaniach, jakie w ciągu czterech lat rozegrał dla klubu, strzelił 53 gole. Po przygodzie z Újpestem występował jeszcze przez parę lat w mniejszych klubach, aż w końcu w 1960 r. zakończył karierę w grającym wówczas w piątej lidze Siófoki Bányász SE. Pod koniec swojej przygody z piłką grywał już dalej od bramki przeciwnika i nie strzelał już tylu goli. Kiedy jednak już to robił, to zapadał kibicom w pamięć, jak wtedy, gdy trafił do bramki z połowy boiska. Nigdy nie pogodził się z decyzją o odsunięciu go od reprezentacji. Ominęły go wszystkie największe sukcesy węgierskiej ekipy – igrzyska olimpijskie w Helsinkach, mecz z Anglią na Wembley, czy mistrzostwa świata w Szwajcarii. Jedne trofeum, jakie zdobył z kadrą, to Puchar Bałkanów w 1947 r., gdzie oczywiście został królem strzelców. Po zakończeniu kariery podjął współpracę z rządem i pracował dla armii. Ukończył też szkołę oficerską policji i w oczach kibiców został towarzyszem Deakiem. Wszystkie te działania podejmował, żeby zapewnić utrzymanie rodzinie. Dodatkowo przed opuszczeniem Ferencvárosu zobowiązał się, że wszystkie okoliczności zmiany klubu zachowa w tajemnicy, przez co kibice długo nie mogli mu wybaczyć, że odszedł do największego rywala. Dobre imię zostało mu przywrócone dopiero po zmianie ustroju. W 1994 r. został uhonorowany Krzyżem Oficerskim Order Zasługi, a w 1999 r. pośmiertnie przyznano mu Nagrodę Dziedzictwa Węgierskiego. Na rok przed śmiercią, w 1997 r. w Monachium na gali IFFHS otrzymał tytuł króla strzelców stulecia. Zmarł 18 kwietnia 1998 r. w Budapeszcie. Swoimi rekordami na stałe zapisał się w historii futbolu, a uzyskane przez niego 66(!) goli w jednym ligowym sezonie wydaje się być wynikiem nie do pobicia!


14

Czy był ktoś, kto strzelał więcej goli w sezonie ligowym od Lewandowskiego, Cristiano Ronaldo i Messiego? Otóż był! Dzisiaj przypada 101 rocznica jego urodzin. Kim jest ta tajemnicza postać? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.

@patataj
@Symson
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Sensible
@DaPidejpi

0

@JimMorrisonFCB Banks, Maier a zwłaszcza Beara! Mówi ci to coś? To obok Jaszyna najlepsi bramkarze w historii. A poza tym był jeszcze Zamora czy Planićka, też wybitni.

9

Szanowni cules, warto o tym wiedzieć, warto o tym wspominać:

16 stycznia 1921 r. FC Barcelona pokonała CE Europa 2:1 w mistrzostwach Katalonii. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt wywołania przez kibiców zamieszek na stadionie Camp del Carrer Indústria, gdzie rozgrywano ten mecz. Industria, popularnie nazywana ,,Escopidora” była pierwszym stadionem Blaugrany, który został zamknięty z nakazu federacji hiszpańskiej. Była to kara nałożona w następstwie zajść wywołanych przez kibiców Barçy zaraz po meczu właśnie z CE Europa. Mimo zwycięstwa, naciski i ataki na sędziego przyczyniły się do interwencji obecnej na stadionie policji z Gwardii Cywilnej. Wydarzenia te ówczesna prasa określiła mianem ,,nieprzyjemnych zajść". Doszło do nich pod koniec meczu, kiedy to madrycki sędzia Pablo Lemmel, były bramkarz klubów Gimnasia i FC Madrid, oraz według niektórych źródeł ,,cieszący się zasłużoną sławą antybarcelonisty oraz socio Espanyolu", został zaatakowany przez niektórych sympatyków Barcy. Agresja nieroztropnych kibiców kosztowała klub karę nałożoną przez Hiszpańską Federacje Piłkarską, która nakazała zamknąć ,,Escopidore” na 3 miesiące. W następną niedziele po zajściach Duma Katalonii rozgrywała kolejny mecz o mistrzostwo Katalonii na Camp del Carrer Galileu przeciwko FC Internacional. Kilka minut przed końcem legendarny napastnik Alcantara zdobył zwycięskiego gola dla Barçy. Było to nie lada osiągnięcie w starciu z walecznym rywalem, którego bramkarz Bru był najlepszym zawodnikiem. Paradoksalnie arbitrem tego spotkania był niezawodowy sędzia Massana, będący piłkarzem...Espanyolu. Kolegium Sędziów nie desygnowało na to spotkanie żadnego arbitra, ponieważ FC Barcelona nie wytłumaczyła się jeszcze z poprzednich zajść. Tak oto funkcjonował futbol w tamtej epoce.


@Monix10
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Sensible

11

Zapomniana golleada:

16 stycznia 1910 r. FC Barcelona rozgromiła FC Central 12:0(!) w ramach mistrzostw Katalonii. Trzeba wiedzieć że aż 5(!) goli w tym meczu zanotował legendarny napastnik Carles Comamala.



@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Symson
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Monix10
@DaPidejpi
@Sensible
@patataj

11

Mamy to! No w końcu mamy ten pierwszy puchar w erze Xaviego! Teraz to już mało ważne że w takiej formule i poza Hiszpanią. Najważniejsze że jest pierwsze trofeum Roberta i Xaviego w gablocie. Mam nadzieje że to będzie punkt zwrotny w tym sezonie, zwłaszcza podniesienie morale całego zespołu. Ba! to wręcz powinien być punkt zwrotny ,,naszej" Barcy. Wystarczy tylko poprawić skuteczność(dobijanie rywali, zanim oni nas dobiją) i zamykanie meczów, najlepiej w pierwszej połowie. Wtedy będzie ok. Visca el Barca! Para siempre!

9

@FCBparasiempre
Historia zna wiele przypadków, w których polityka i sport szły ze sobą w parze. Wojna futbolowa, zamach w Monachium, wzajemne bojkoty igrzysk olimpijskich w Los Angeles i Moskwie, przez ZSRR i USA to tylko niektóre casusy, które przychodzą na myśl, szukając wspólnych mianowników. Mniej znanym, aczkolwiek równie kontrowersyjnym przykładem uzależnienia sportu od polityki było spotkanie Chile-ZSRR z 1973 roku, które przeszło do historii jako „najbardziej żałosny mecz w historii futbolu”, a legenda chilijskiej piłki, Carlos Caszely, określił je jako „powód do światowego wstydu”. Czasy zimnej wojny nie należały do najspokojniejszych. Mimo że liczba konfliktów na świecie zmalała do najniższego poziomu w historii, bipolarny układ stosunków międzynarodowych powodował, że istniejące niepokoje mogły przybrać charakter globalny. Korea Północna, Wietnam, Afganistan, Iran… Wszędzie tam dochodziło do działań wojennych, w których ścierały się interesy USA i ZSRR. Oba supermocarstwa szukały okazji do poszerzenia swojej strefy wpływów, kosztem przeciwnika i z uwagą śledziły kraje o niestabilnej sytuacji politycznej, będące wyjątkowo podatne na wpływy zewnętrzne. Jednym z takich państw było Chile, które od 1970 roku targane było wewnętrznymi problemami. Wcześniej kraj należał do jednego z najspokojniejszych w Ameryce Południowej, jednak zwycięstwo w wyborach prezydenckich Salvadora Allende, który reprezentował lewą stronę sceny politycznej, całkowicie zmieniło optykę i postrzeganie kraju na arenie międzynarodowej. Amerykanie byli przerażeni możliwością powstania komunistycznego bastionu, obok autorytarnej Argentyny Juana Perona. Co więcej, Allende rozpoczął program „chilijskiej drogi do socjalizmu” i wywłaszczył amerykańskich właścicieli kopalni miedzi, potwierdzając niejako obawy Amerykanów, którzy rozpoczęli finansowanie opozycji i działań mających na celu odsunięcie prezydenta od władzy. W 1973 roku doszło do wojskowego puczu, kierowanego przez generała Augusto Pinocheta, po cichu wspieranego przez CIA. Salvador Allende, nie mając poparcia ani wojska, ani kongresu i będąc na bakier z Amerykanami, popełnił samobójstwo w pałacu prezydenckim, od pocisku wystrzelonego z AK-47 danego mu przez Fidela Castro, odmawiając wcześniej ewakuacji.

Jak się możecie pewnie domyślić, po dojściu Pinocheta do władzy nastąpiło całkowite przebiegunowanie dotychczasowej polityki. Rozwiązano kongres, dekrety poprzedniego rządu zostały anulowane, a wszystkie partie opozycyjne rozwiązane. Rozpoczęło się prawdziwe polowanie i zamykano ludzi nawet za podejrzenie lewicowego odchylenia, co bliźniaczo przypominało okres wojny domowej w Hiszpanii i zachowanie zarówno nacjonalistów Franco, jak i rządu republikańskiego. Ludzi budzono więc w środku nocy, zabierano ich z ulicy i często mordowano, wskutek czego tysiące ich uznaje się za zabitych bądź zaginionych. Represje były przeprowadzane na tak wielką skalę, że w pewnym momencie zabrakło już miejsca w dotychczasowych więzieniach i Pinochet nakazał zamienienie monumentalnego Estadio Nacional w Santiago na największe w kraju więzienie dla osób „zagrażających władzy”. Abstrahując już od represji wobec opozycji, należy podkreślić, iż Chile Pinocheta znacząco „zbliżyło” się na arenie międzynarodowej do Stanów Zjednoczonych, zostając ich jednym z najbliższych sojuszników. W tym momencie zaczyna się nasza historia. Aby zakwalifikować się na mistrzostwa świata w RFN w 1974 roku, zwycięzca grupy eliminacyjnej nr 3 strefy CONMEBOL musiał zagrać ze zwycięzcą dziewiątej grupy kwalifikacji odbywających się w Europie. Chile, wskutek wycofania się Wenezueli, rywalizowało tylko z Peru i w dodatkowym meczu rozegranym w Montevideo ograli oni swoich sąsiadów z północy 2:1. Tymczasem w Europie ZSRR wyprzedziła w swojej grupie Francję (mimo porażki w pierwszym meczu) i ostatecznie to ekipa Olega Błochina miała rozegrać decydujący dwumecz. Jak się miało okazać, było to spotkanie dwóch drużyn reprezentujących dwa systemy polityczne i od początku starcie miało mocno polityczny charakter. Początkowo Pinochet nie chciał się nawet zgodzić na jego odbycie. W dniu, w którym reprezentacja miała się zebrać na zgrupowaniu przed wyjazdem do Moskwy, do spotkania w ogóle nie doszło. Eduardo Herrera, lewy obrońca chilijskiej reprezentacji, wspomina tamte wydarzenia w następujący sposób: ,,Kiedy dojechaliśmy na miejsce, nakazano nam zawrócić do domu. Musiałem więc wrócić do hotelu a po drodze żołnierze zatrzymywali mnie dziesięć razy. Nie aresztowano mnie, ponieważ miałem torbę z reprezentacyjnym napisem.” Junta zakazała jakichkolwiek wyjazdów z kraju, a dodatkowym problemem był fakt, iż piłkarze reprezentacji, Carlos Caszely i Leonardo Veliz, byli zadeklarowanymi socjalistami. Ostatecznie jednak dzięki fizjoterapeucie reprezentacji, który był także lekarzem jednego z wysoko postawionych generałów, udało się wyperswadować Pinochetowi, że zespół narodowy może wpłynąć na ocieplenie wizerunku Chile na arenie międzynarodowej. Kadra mogła więc wyjechać, jednak przed wyjazdem zawodnicy otrzymali jasne ostrzeżenie – jeżeli będą cokolwiek mówić, ich rodziny poniosą surowe konsekwencje.

Dodatkowym smaczkiem był fakt, że w momencie dotarcia Chilijczyków do Moskwy, Amerykanie uznali rządy Pinocheta, co spowodowało zerwanie stosunków między ZSRR a Chile. Był to dodatkowy pstryczek w nos dla komunistów, jeszcze bardziej podnoszący temperaturę tego dwumeczu… Zdecydowanym faworytem pierwszego spotkania była reprezentacja ZSRR i rzeczywiście była lepsza. W temperaturze -5 stopni Celsjusza miejscowi czuli się o wiele swobodniej i gdyby nie rewelacyjna postawa chilijskiego bramkarza i środkowych obrońców, wynik byłby zapewne korzystny dla gospodarzy. Jewgienij Łowczew, obrońca Spartaka Moskwa, który występował w tym spotkaniu, twierdził później, że presja ze strony zarówno władz, jak i kibiców była tak ogromna, że piłkarze mieli powiązane nogi i nie mogli opanować nerwów. Miało to oczywisty wpływ na wyniki meczu. Jednak w osiągnięciu przez piłkarzy ZSRR dobrego wyniku, przeszkadzał jeszcze jeden czynnik-arbiter, który sędziował pod zespół z Ameryki Południowej. Jedyny chilijski dziennikarz, który pojechał z reprezentacją do Moskwy, rzuca światło na te wydarzenia: ,,Na szczęście arbiter był jawnym antykomunistą. Wraz z francisco fluxą, przewodniczącym federacji, przekonaliśmy go, żeby nie pozwolił nam przegrać i prawda jest taka, że pomógł nam w sposób znaczący.” Ostatecznie padł remis 0:0, który w lepszej sytuacji stawiał Chilijczyków. Mecz miał się odbyć na stadionie, który został de facto przemieniony na więzienie (sic!), co było niejako paradoksem i wywołało oczywiście ogromne zamieszanie. Junta starała się na wszelki sposób ukryć obecną destynację stadionu, a chilijska federacja sugerowała przeniesienie meczu do Visca El Mar, na co władze się nie zgodziły. „Mówiono nam, że stadion jest tylko logistycznym centrum”. Tak do całej sprawy odnosił się Fluxa i ludzie Pinocheta z pełną konsekwencją napierali na to, aby spotkanie odbyło się w Santiago de Chile. Związek Radziecki protestował i sugerował rozegranie spotkania na neutralnym terytorium. W odpowiedzi na to FIFA wysłała do Chile delegację, na której czele stali wiceprezydent organizacji Abilio d’Almeida i sekretarz generalny Helmut Kaeser. Reżim robił wszystko, aby stadion wyglądał na normalnie funkcjonujący. Wywiezioną nawet znaczną część więźniów, jednak z logistycznego punktu widzenia ewakuacja wszystkich była niemożliwa. W konsekwencji na stadionie zostało nawet do kilku tys. więźniów, na których ludzie z FIFA dziwnym trafem nie trafili bądź nie chcieli trafić. Jednym z więźniów, którzy przebywali w tamtym czasie na stadionie, był Jorge Montalegre. ,,Zabrali nas na dół, do zamkniętych pokoi i tuneli. Byliśmy trzymani wewnątrz w trakcie obchodu oficjeli FIFA i dziennikarzy. To wyglądało tak, jakbyśmy byli w dwóch różnych światach. Tak wydarzenia ze stadionu w Santiago wspomina Montalegre. Ostatecznie mecz mógł się więc odbyć, a Pinochet i jego ludzie mogli czekać na swoje przedstawienie.

ZSRR nie zgodził się jednak przyjechać na takich warunkach. Oficjalnym powodem były „kwestie humanitarne”. Zakulisowo mówi się jednak, że ZSRR obawiał się porażki w Santiago, która mogłaby zostać wykorzystana propagandowo przez Pinocheta i uderzyć w mit wielkich radzieckich sportowców, którzy byli niejako tubą moskiewskiej propagandy. Na potwierdzenie tej tezy można przytoczyć przykład piłkarzy CDSA Moskwa (obecnie CSKA), którzy zostali zawieszeni, jako część kadry narodowej, po porażce z Jugosławią na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1952. Dla przypomnienia, państwo Tito było absolutnym wrogiem Moskwy z racji swojej niezależnej wobec nich polityki i jasne było, że jakakolwiek porażka z nimi nie wchodzi w rachubę. Można więc założyć, że gdyby w pierwszym meczu padł korzystny dla nich wynik, rewanż mógłby się odbyć. W sytuacji, jaka miała miejsce, kadra ZSRR wychodziła de facto na ofiarę systemu Pinocheta i wyglądało to rzecz jasna korzystniej na kartach historii… Co do samego meczu, piłkarze Chile wyszli oczywiście na boisko. Na oczach 18 tys. kibiców rozegrano oba(!) hymny, zawodnicy przywitali się z arbitrami, rozległ się pierwszy gwizdek. Rywala nie było jednak na boisku, gospodarze przeprowadzili koronkową akcję, piłka zatrzepotała w siatce, a arbiter wskazał na środek boiska, kończąc jednocześnie spotkanie. Absurd. Co ciekawe, po meczu z gratulacjami do piłkarzy udał się sam Pinochet, jednak spotkanie przybrało niespodziewany obrót. ,,Kiedy wszyscy staliśmy w sali, drzwi się otworzyły. Wszedł człowiek z peleryną, czarnymi okularami i kapeluszem. Zimny dreszcz przeszedł mi po całym ciele, kiedy spojrzałem na niego, wyglądającego jak Hitler. Kiedy podszedł bliżej, schowałem rękę do tyłu i nie podałem mu jej.”- To relacja Carlos Caszely’ego, którego gest niepodania ręki Pinochetowi przeszedł do historii jako pierwszy taki publiczny wyraz swojego niezadowolenia wobec jego reżimu. Nic dziwnego, że obił się on szerokim echem na całym świecie. Co do samych mistrzostw świata w RFN w 1974 roku, Chilijczycy odpadli w grupie, remisując z NRD i Australią. Trudno wyrokować, czy grający zamiast nich reprezentanci ZSRR osiągnęliby więcej. Nie ulega jednak wątpliwości, że występ „La Roja” był przyjmowany z pewnym zażenowaniem, czego świadomi byli nawet sami piłkarze…

,,To były najbardziej niedorzeczna rzecz w historii. Wstyd dla całego świata!”– grzmiał Ceszely i niech jego słowa stanowią puentę mojego artykułu.


0

@MesQueUnClub96 To nie ważne ile strzeli, najważniejsze żebysmy ich pokonali i w końcu zgarneli te długo wyczekiwane trofeum! Visca el Barca! Para siempre!

12

@FCBparasiempre
Młodzieniec wszedł do czerwono-białego kościoła, gdzie zaczął się spowiadać: „Wybacz mi ojcze, bo zgrzeszyłem. Miałem nieczyste myśli. Kiedy widziałem jak gra Messi, zacząłem fantazjować o zatrudnianiu zagranicz… – Synu! – przerwał mu głos księdza – pamiętaj co mówi Pierwsze Przykazanie Clemente: Pod żadnym pozorem nie będziesz rekrutować zagranicznych piłkarzy!”. Taki skecz pojawił się w baskijskim programie komediowym „Vaya Semanita”. Parodia na pewno – ale czy taka daleka od prawdy? Athletic Club de Bilbao jest wyjątkowym klubem na piłkarskiej mapie Europy. Klub z największego miasta Kraju Basków dla wielu fanów futbolu jest znanym przypadkiem i wiele zostało na ten temat napisane. Jednak dzisiaj skupimy się na tym, co ukształtowało tę słynną już filozofię. Zacznijmy jednak od odrobiny historii. Miroslav Hroch w książce „Małe Narody Europy. Perspektywa historyczna” o dziejach Basków pisze: Prowincje baskijskie miały od średniowiecza szczególną pozycję. Uznawały wprawdzie króla Kastylii za swojego pana, ale ich stanowe zgromadzenia zastrzegały sobie prawo jego wybory, a prowincje nigdy nie stały się częścią kastylijskiego królestwa. Ludność prowincji mówiła swoistymi, z żadnym sąsiednim językiem niespowinowaconymi dialektami, ale nigdy nie zostały one skodyfikowane w język literacki. Do konfliktu z władzą państwową doszło dopiero w okresie, kiedy Filip V usiłował wcielić prowincje baskijskie do swego scentralizowanego państwa. Spory, które nigdy nie zakończyły się zniewoleniem Baskonii, kontynuowane także w latach trzydziestych XIX wieku, kiedy wykorzystywał je książę Carlos, reakcyjny pretendent do hiszpańskiego tronu, do swego udziału w walce przeciw liberałom. Karliści zostali pokonani, a Baskowie ukarani ograniczeniem ich praw. Nie zamierzali się z tym pogodzić i czekali na nową okazję. Zdarzyła się na początku lat siedemdziesiątych, kiedy Baskowie dali się pozyskać do walki przeciw rewolucji w tzw. ,,II wojnie karlistowskiej.” W 1876 roku zostali jednak znów pokonani i ukarani utratą wszystkich odrębności prawnych. Prowincje baskijskie nie miały się odtąd niczym różnić od pozostałych części Królestwa Hiszpanii. Ta klęska wywołała głęboki kryzys tożsamości, ponieważ Baskowie identyfikowali się dotąd w duchu stanowej społeczności za pośrednictwem swych praw. (…) Kryzys tożsamości doprowadził do tego, że niektórzy wykształceni Baskowie poczęli interesować się przeszłością swych prowincji i ich społecznymi stosunkami, podczas gdy język pozostawał na marginesie ich zainteresowań. W tej atmosferze decydującą rolę odegrał Sabino de Arana, który zainspirowany ruchem katalońskim wrócił w 1888 roku do kraju i ogłosił swą koncepcję narodu baskijskiego, której podstawą były wspólne: język i kultura, wyznanie i opieka nad starą wiejską tradycją. W imię językowego zrozumienia narodu przeforsował wytworzenie normy językowej oraz nadanie językowi i narodowi imienia (Euskera, Euskadi), symboli i historii”.

Athletic Bilbao(według lokalnych komentatorów życia społecznego) jest jedyną instytucją w prowincji Bizkaia(w języku baskijskim: Vizcaya, część Kraju Basków), która w istocie nie zmieniła się od początku swego istnienia. Klub przetrwał wszystkie turbulencje, jakie napotkał w XX wieku: ewolucja samej gry, rozwój technologiczny i finansowy futbolu czy status prawny piłkarzy. Ale klub nie zapomniał o swojej głównej cnocie: tylko baskijscy zawodnicy. Choć o to coraz trudniej. Athletic będąc największym baskijskim klubem, był świadkiem wielu przemian politycznych od początku swego istnienia oraz znajdował się w zasięgu wpływów różnych instytucji i ludzi. Klub został założony w 1898 roku przez synów lokalnych przemysłowców, którzy przywieźli grę z Wielkiej Brytanii, wykorzystując czasy studiów na wyspach. Rodziny przemysłowe stanowiły elitę społeczną Bilbao, która jednocześnie była ważną częścią Narodowej Partii Baskijskiej (PNV). W istocie, na początku klub był zabawką rezydentów dystryktu industrialnego miasta. Założony mniej więcej z tym samym czasie co PNV (partia założona w 1895 roku) działał w trakcie rozwoju gospodarczego miasta na początku XX wieku czy podczas wojny domowej i czasach dyktatury Franco. Również okres aktywnej działalności Euskadi Ta Askatasuna (ETA) stanowił bujny czas dla Kraju Basków. Etap rozwoju demokracji w Hiszpanii i postępującej globalizacji to także wyzwanie w prowadzeniu takiego klubu. Kraj Basków jest jednym z najbardziej politycznie aktywnych regionów w Hiszpanii, posiada status autonomiczny i bardzo łatwo o ideologiczny wpływ na jakiekolwiek funkcjonujące w tym regionie instytucje. Jednak w żadnym momencie, Athletic nie został zawłaszczony przez żadną siłę polityczną ani niczyje pieniądze. Klub ma 35 000 właścicieli i rokrocznie decydują o najważniejszych sprawach klubu podczas Zgromadzenia Ogólnego. Również o tym, kto sprawuje władzę. Klub funkcjonujący w bardzo burzliwym miejscu i przestrzeni wytworzył specyficzną formę integracji. Jak zauważa słoweński socjolog i filozof Slavoj Žižek to, co najmocniej spaja grupę to nie prawo czy codzienność społeczności oraz jej wspólne cele. Jest to raczej identyfikacja ze specyficzną formą nieposłuszeństwa społecznego bądź prawnego. Działania zabronione w danej przestrzeni okazują się być skuteczniejszą formą integracji ze względu na tworzenie w grupie chęci zaangażowania się w inną rzeczywistość. ,,To jasne, że jeśli jest jakaś przestrzeń, gdzie jesteśmy Vizcayanami, to jest to Athletic. Ma tę wielką zaletę, że jest całkowicie przekrojowy. Jesteśmy w nim wszyscy razem, niezależni od politycznych ideologii, przekonań religijnych czy warunków ekonomicznych.” – Fernando García Macua, prezes athletic w latach 2007-2011. W przypadku Kraju Basków i Athleticu Bilbao tak właśnie jest. Baskowie są dosyć podzielonym społeczeństwem, którego „codzienne” problemy skupiają się na kwestiach imigracji, bezrobocia, kryzysów ekonomicznych, nierówności płciowej, opieki zdrowotnej czy polityki kulturowej. Te oraz wiele innych tematów są źródłem społecznych podziałów i najbardziej angażują Basków.



Jednak Athletic i futbol jest w stanie dosłownie zatrzymać życie w prowincji Bizkaia, ponieważ jest to specyficzna forma wyjścia poza swoje tradycyjne osie integracji – a w przypadku Kraju Basków dezintegracji. Bilbao w tym stanie poprzez klub piłkarski wyraża społeczną odrębność i dosłownie na 90 minut całkowicie łączy wszystkie podzielone grupy.

Dlaczego jednak futbol jest dla Basków z Bilbao tym jedynym istotnym wspólnym momentem? Piłka nożna wzbudza w ludziach bezczelność oraz arogancję. Często doświadcza się w niej… brak umiejętności. I w tym czerpie się radość, uwodzi to tę nielogiczną część człowieka. Przez jeden płonący moment nic innego się nie liczy, jednak świadomi są tego, że nie ma to wpływu na codzienne życie i sprawy. Nie jest to jednak problem, ponieważ wysoka intensywność gry oraz chęć zdobycia bramki przyćmiewa wszelkie niedogodności. Futbol rzuca zaklęcie na ludzi – daje im złudne poczucia bezpieczeństwa i porządku, które pozwalają poddać się swobodnej grze opartej na szansach i ryzyku. Futbol oraz jego uprawianie jest de facto dobrowolną próbą pokonania niepotrzebnych przeszkód. Ta logika i takie postrzeganie piłki nożnej w przypadku Athletic Bilbao można zobrazować jako podejmowanie gry z przeciwnikiem w ramach tych samych przepisów, jednak my sami ten futbol sobie utrudnimy. Na takim gruncie filozofia klubu musi dawać pretekst społeczeństwu miasta do chęci integracji nie tylko z instytucją wokół murawy, ale także z zawodnikiem. I tutaj rodzi się słynna zasada – tylko Baskowie mogą grać dla Athletic Bilbao. Jest to filozofia, która przez sam klub nie jest tym słowem określania. Według samego Athleticu są to po prostu warunki. Różnie definiowane, różnie charakteryzowane jednak zawsze niezmienna zasada. Żeby grać dla Athletic Bilbao, trzeba urodzić się na terenie Kraju Basków lub trzeba być wychowankiem szkółki klubu (bądź innej z sieci zaprzyjaźnionych akademii). Te różnice w postrzeganiu warunków gry dla klubu wynikały z postrzegania etniczności baskijskiej. Przed 1950 rokiem, żeby być uważanym za Baska, trzeba było być nie tylko urodzonym w Kraju Basków, ale też wychowanym i posiadać baskijskie nazwisko. I w ten sam sposób Athletic definiował „baskijskość”, nawiązując do XIX-wiecznego podejścia do etniczności w Kraju Basków – a było to mocno nacjonalistyczne spojrzenie. Co ciekawe, nie było jednocześnie wymogu mówienia w języku Euskera, czyli po baskijsku. Po 1950 roku w związku z masowymi migracjami do Kraju Basków zniesiono obowiązek posiadania baskijskiego nazwiska, lecz nadal trzeba było być urodzonym na baskijskiej ziemi. Od lat 90. mamy do czynienia z postępującą globalizacją wielu sfer życia, również futbolu. Co za tym idzie, definicja „baskijskości” ulegała zmianie i stała się bardziej mglista. Każdy przypadek był rozstrzygany indywidualnie. Nie trzeba już było spełniać wszystkich najważniejszych kryteriów – wystarczyło jeden z nich. Wystarczy być urodzonym w Kraju Basków, ale już nie trzeba tam być wychowanym i wyszkolonym. Albo nawet urodzonym poza granicami prowincji, jednak ukształtowanym w Kraju Basków. Najluźniejsze postrzeganie „baskijskości”, jakie Athletic dopuszcza to tylko bycie wyszkolonym w jednej z baskijskich akademii. Jest jednak jeszcze jedna granica, która zdaje się, nie została przekroczona.

Obecnie trwa debata czy nie dopuścić do możliwości zatrudniania graczy z baskijskiej diaspory. Z powodów politycznych i ekonomicznych wielu Basków emigrowało w ciągu XX wieku, głównie do Ameryki Południowej. W 2004 roku władze klubu dokonały badania wśród socios, zadając pytanie czy faktycznie rozszerzyć katalog „baskijskości” właśnie o graczy tylko pochodzenia baskijskiego. 20% stwierdziło, że istnieje zbyt duże ryzyko naruszenia filozofii, z kolei 58% ankietowanych opowiedziało się za takim rozszerzeniem, jednak pod wieloma warunkami. Debata była wówczas bardzo żywa, gdyż w 2004 roku rozważano transfer Diego Forlana, którego babcia emigrowała z prowincji Gipuzkoa do Argentyny, a następnie do Urugwaju. Transfer nie doszedł do skutku z przyczyn ekonomicznych, jednak komentarze dotyczące pochodzenia zawodnika były równie istotne. Opinia publiczna w Bilbao nie chciała relatywizować „baskijskości” i obawiano się, że ten transfer stanie się precedensem. Zatem obecna filozofia Athletic Bilbao implikuje zarówno pierwotne, jak i performatywne wyobrażenie o tym, co znaczy być Baskiem. Więzy krwi bądź akulturacja. Co ciekawe, to pierwsze automatycznie determinuje to drugie, ponieważ Baskowie (w szczególności mieszkańcy Bilbao) niechętnie opuszczają to, co uważają za swoje centrum wszechświata. W Bilbao całkiem często w barach można trafić na mapy, które prezentują świat jako dodatek. Gdzie Afryka, Biegun Północny czy – zwłaszcza – Hiszpania stanowią element otaczający stolicę świata – Bilbao. Choć ironicznie Bilbao nie jest nawet stolicą Kraju Basków. Filozofia klubu prawdopodobnie jest ostatnim śladem historycznego upodobania dla lokalnego zwyczajowego prawa. Jest niepisana, a jednak niezachwiania. Jej warunki są niejasne, ale jej obecność jest bardzo silnie odczuwana. Tak silnie, że może czasem stać się nawet źródłem cierpienia. „Niepotrzebna przeszkoda” ograniczenia puli dostępnych piłkarzy staje się krzyżem, który miasto nosi z głębokiego poczucia obowiązku. Obowiązku utrzymania „baskijskości”. Athletic Bilbao jest dla miasta ostatnim bastionem tego poczucia. Filozofia klubu jest zasadą, która wykracza poza wieloetniczny i międzynarodowy charakter miasta. Jednocześnie wywraca to prawa zglobalizowanego i skomercjalizowanego sportu. Athletic obala dosyć brutalne polityczne środki etnicznej samowystarczalności – pozwala Baskom pokojowo konstruować tożsamość domagając się uznania poprzez futbol. Pytanie – jak długo będzie wierny swojej głównej cnocie? Futbol i czas to zweryfikuje.


8

Co ukształtowało filozofię Athletic Bilbao? Tego dowiesz się w odpowiedzi na mój komentarz.

@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Monix10
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

11

Peru po raz pierwszy!

15 stycznia 1939 r. na Estadio Nacional w Limie, Paragwaj pokonał Chile 5:1. Ten mecz zapoczątkował 15-tą w historii edycje Copa America. Podczas gdy w 1939 r. Europa sposobiła się do wojny, Południowa Ameryka szykowała się do zupełnie bezkrwawej rywalizacji. Po raz kolejny Lima podejmowała uczestników nowej edycji Copa America. Zaszczyt ten przypadł Peruwiańczykom nie bez przyczyny. Po berlińskiej Olimpiadzie z 1936 r. chodzili oni w glorii pokrzywdzonych bohaterów, którym należy się nie tylko moralna satysfakcja. Istotnie coś było na rzeczy. W Berlinie ,,Inkowie” wprost olśnili wybredną, międzynarodową publiczność. Doskonale przygotowany zespół, tak dobrze prezentujący się już w 1935 , rozgromił Finlandie 7:3 a z bardzo silną wówczas Austrią bawił się w kotka i myszkę wygrywając 4:2! Droga do finału i powtórzenia urugwajskich osiągnięć z lat 20-tych zdawała się być w zasięgu ręki. I oto kombinacje komisji regulaminowej sprawiły że wynik meczu z Austrią został anulowany. Prostoduszni Peruwiańczycy, zdruzgotani takim obrotem sprawy, w poczuciu ciężkiej i niezasłużonej krzywdy, na znak protestu natychmiast wrócili do domu. Witano ich niczym inkaskich herosów. W dowód kontynentalnej solidarności powierzono Bogocie organizacje pierwszych Igrzysk Boliwarskich w 1938, traktowanych jako moralne zadośćuczynienie za berliński afront. Zaś na tej samej fali emocjonalnej rok później Lima podejmowała uczestników Copa America.

Po nieszczęsnym epizodzie berlińskim w szeregach Peru doszły nowe indywidualności. Osią i filarem drużyny został kapitalny środkowy pomocnik Segindo Castillo. Znakomicie uzupełniali go w defensywie pracowici Carlos Tovar, Orestes Jordan i Pablo Pasache. Cennym nabytkiem okazal się przedstawiciel niezwykle usportowionej rodziny, Enrique Perales. Natomiast asami atutowymi ekipy ,,Inków” byli bracia Fernandez(Teodoro i Arturo) oraz bracia Alcalde(Jorge i Teodoro). Kolejnym debiutantem w imprezie był Ekwador, który wszelako oprócz ambicji nie wiele miał do powiedzenia. Z kolei zawiodło z kretesem Chile, chociaż filar jego defensywy, Ascanio Cortez, zaraz po ostatnim meczu podpisał kontrakt z samym River Plate. Paragwaj, jak zwykle bitny i ofiarny, tym razem wypadł słabiej. Z Peru i Urugwajem nie miał nic do powiedzenia. Pod nieobecność Argentyny i Brazylii tylko Urugwaj mógł sprostać idącym od zwycięstwa do zwycięstwa gospodarzom. ,,Celestes” dobrze przygotowali się do gry w wysokogórskim klimacie Limy. Imponowali sprawnością i wybieganiem. Zespół opierał się na graczach Nacionalu, który właśnie startował do największych w historii sukcesów. Wszystko rozstrzygnęło się w ostatnim, decydującym o tryumfie meczu Peru-Urugwaj. Zagrzewani szaleńczym dopingiem gospodarze, przejeli inicjatywę od pierwszych minut, spychając ,,urusów” do obrony. Gole Jorge Alcalde i Bielicha oraz honorowy Porty ustaliły wynik 2:1 dla gospodarzy. Limę ogarnęła euforia. Berlińska zniewaga została pomszczona, choćby i pośrednio. Bohaterowie Peru, bracia Alcalde oraz bracia Fernandez, wysoko w górze dzierżąc Puchar Ameryki, czuli się tak, jakby odnaleźli legendarny złoty skarb Inków!



@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi

11

Byli sobie bracia:

15 stycznia 1999 r. bracia de Boer podpisali kontrakt z FC Barceloną. Od czasu przybycia van Gaala do Barcelony rozpoczął się zaciąg holenderski do klubu. W styczniu 1999 r. Blaugrana zaczęła negocjacje w sprawie kolejnych dwóch nabytków z kraju tulipanów. Jeszcze 13 stycznia o godzinie 13-tej wiceprezydent Gaspart oznajmiał iż bracia de Boer trafią do Barçy dopiero latem. Sześć godzin później transfer został jednak nieoficjalnie potwierdzony, brakowało jedynie testów medycznych obu zawodników. Kontrakt został w końcu podpisany 2 dni później. Frank i Ronald de Boer kosztowali Dumę Katalonii odpowiednio 11 i 10 mln euro, stając się po Kluivercie i Rivaldo najdroższymi nabytkami van Gaala. O kolonii ośmiu holendrów w Barcelonie(nie licząc wszystkich trenerów) wypowiedział się Pep Guardiola: ,, Gdybym ja był Holendrem, z trudem zaakceptowałbym ośmiu Katalończyków w Ajaksie ale jeżeli gra się dobrze i wygrywa, można zaakceptować wszystko”. Mówiło się nieoficjalnie że Blaugranie zależało głównie na Franku de Boerze a Ronald przyszedł niejako w pakiecie z bratem. Pierwszy z nich rzeczywiście został w Blaugranie na 5 sezonów i był podstawowym graczem a Ronald po dwóch nieudanych latach odszedł do Glasgow Rangers.



@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974

8

@FCBparasiempre
Znacie przebieg walki Dawida z Goliatem? Czy w życiu można spotkać takie historie? W takim kraju jak Argentyna, nie jest trudno znaleźć opowieść, która wyciska wanny łez i tonę patosu. Skoro mowa tu o państwie, gdzie futbol ma pierwszeństwo w każdym aspekcie życia – to poznajmy historię pewnych „Zielonych ludzików” i wcale nie mam na myśli oddziału zaprawionych w bojach komandosów. Dzisiejsza opowieść będzie dotyczyła mało znanego argentyńskiego klubu – Ferro Carril Oeste. Jego początki sięgają 1904 roku, kiedy to dokładnie 95 pracowników spółki kolejowej Buenos Aires Western Railway, postanowiło spędzać wolny czas na zajęciach sportowych. Od tego momentu, Ferro Carril doświadczył wielu przedziwnych sytuacji, które dla fana z Europy mogą się wydawać zupełnie niewiarygodne. Gdyby stadiony mogły przemówić ludzkim głosem, to ten, na którym przez lata grali piłkarze Ferro, mógłby zająć naszą uwagę na kilka dobrych tygodni a my zupełnie zapomnielibyśmy o jedzeniu, piciu, czy naturalnych potrzebach fizjologicznych. Afera koszulkowa w roku narodzin klubu? Proszę bardzo. Mało kto wie, ale początkowo Ferro grał w koszulkach we wzory, z których znany jest nam River Plate (białe z ukośnym czerwonym pasem i czarnymi spodenkami). Pomimo iż trykot był autorstwa Ferro, władze River w 1905 roku zaproponowały rozegranie meczu, o prawo do jego używania. Klub z kolejowej dzielnicy Caballito odrzucił ową propozycję, przez co Milionerzy (przydomek River), mający wpływy w Argentyńskiej Federacji Ligi, zablokowali ich występy w oficjalnych rozgrywkach amatorskich. Z impasu władze Ferro wyrwały się dopiero w 1907 roku, kiedy trzech brytyjskich marynarzy, grających dla klubu, przywiozło ze sobą trykoty angielskiej Aston Villi. Dzięki temu, słynny wzór przeszedł w ręce River. By jednak móc awansować do pierwszej ligi amatorskiej, zespół potrzebował zgody Federacji oraz sukcesów sportowych. Stało się to po pięciu latach prób, dzięki wygranej w turnieju Intermedio. Zwycięstwo zapewniło wymarzony udział w pierwszej lidze. Celebrując chwilę, zmienili kolory swoich koszulek na jednolity zielony. Trzeba zaznaczyć, że w rozgrywkach amatorskich do 1931 roku, kiedy pojawiła się liga zawodowa, ,,La Verdolaga” nie odnosiła żadnych sukcesów. W chudych latach 30-tych, Ferro mógł się jednak pochwalić tym, że jako jeden z pierwszych klubów argentyńskich, zaczął w USA promować latynoski futbol. Choć przedstawiano ich jako narodową reprezentację Argentyny, to specjaliści z marketingu dużej wpadki nie zaliczyli. Wystarczy popatrzeć tylko na wyniki – 5 spotkań, 5 zwycięstw i bilans bramkowy 23-0. Wówczas wybitnych tryumfów nie odnosili. Nawet wtedy jednak, zasłynęli z dwóch sympatycznych historii. Jedną z nich była ta, związana z Bernardo Gandullą. Ten błyskotliwy napastnik był jedną z głównych postaci Ferro Carril w tym okresie. Kiedy drużynie zaczęło się finansowo wieść nieco gorzej, zdecydował się na emigrację do Brazylii. W Kraju Kawy doczekał się przydomku „Chłopiec od podawania piłek”, co raczej było dość łatwe do przewidzenia. Dlaczego? Otóż, jeśli pozbędziemy się jednej literki „L” z jego nazwiska, otrzymujemy dokładnie potoczną brazylijską nazwę tej „profesji”. Gandulo to tak zwany ,,ball boy”, czyli podawacz piłek. Zabawne jeszcze bardziej, bo w Vasco piłkarz zagrał tylko dwa mecze, siedząc głównie na ławce… od czasu do czasu podając piłki lub bidon kolegom na boisku. Ta ironia losu sprawiła, że gdy opuszczał Brazylię, zabrał ze sobą 15 piłek i kolegę z Ferro – Raula Emeala. Obaj dołączyli do Boca Juniors i do Sarlangi, gdzie na ,,Xeneizes” nie było już w lidze mocnych. Owocem zatrudnienia Trójki Muszkieterów okazały się dwa mistrzostwa kraju dla Boca Juniors. Trzy lata później, żeby zdobyć fundusze na zatrudnienie genialnego Severino Vareli, Gandullo i Emeal zostali sprzedani do ukochanego Ferro. Przez całe swoje życie nierozerwalny duet snajperów mieszkał obok stadionu i co tydzień pojawiał się na trybunach stadionu Ricardo Etcheverri, niekiedy trenując młodych adeptów piłkarskich. Aż do śmierci Gandulli w 1999 roku, wraz z Emealem uznawani byli za papużki nierozłączki. To wręcz modelowy przykład przyjaźni, na tyle dogłębnej, że podejrzewano ich o związek homoseksualny, którego choć nie potwierdzili ale też nie zaprzeczyli. Zresztą Emeal przygnębiony śmiercią przyjaciela, trzy miesiące później dołączył do niego w zaświatach. Warto też wspomnieć, że Ferro Carril w tamtych latach był jednym z pionierów, jeśli chodzi o zatrudnianie piłkarzy z Europy (nie licząc Brytyjczyków, którzy propagowali futbol w Ameryce Południowej). Jednym z pierwszych Europejczyków w Argentynie był Rodolfo Krajl. Serb, urodzony w Belgradzie, trafił do tego klubu w 1930 roku, przypływając do portu w Montevideo statkiem Florida z Marsylii. Dokładnie tym samym parowcem, którym podróżowała reprezentacja Jugosławii na pierwsze historyczne mistrzostwa świata! Jednak piłkarz udział na tym turnieju ograniczył jedynie do roli widza. Tydzień po turnieju postanowił pozostać w Ameryce Południowej. Tak oto trafił do Argentyny i do klubu Ferro. Choć nie został wielką sławą, kibice go wielce szanowali. A on zaś, odwdzięczył się wiernością do zielonych barw. Był tak niezbędnym członkiem zespołu, że w 1933 roku pełnił funkcję grającego trenera. Po zakończeniu kariery w tym klubie, w 1943 roku zajął się szkoleniem młodzieży. Trzy lata później jeszcze raz został pierwszym szkoleniowcem zespołu, jednak tylko na trzy mecze… i wszystkie przegrane.

Prawdziwe oblicze Ferro, kibice w Argentynie ujrzeli dopiero w 1979 roku wraz z zatrudnieniem Carlosa Timeoteo Griguola. Do tej pory niemal 43-letni szkoleniowiec był głównie związany z Rosario Central, gdzie jako piłkarz nie odnosił sukcesów, ale już jako trener zdobył mistrzostwo w 1973 roku. Już wtedy dał się poznać z dość nietypowych metod treningowych, jak np. bieganie na jednej nodze wokół stadionu, czy czołganie się pod zasiekami (rodzina trenera była mocno związana z wojskiem). Jego celem było wykrzesanie talentu, jaki drzemał w Oscarze Garre, Claudio Crocco, Juanie Domingo Rocchim, czy Carlosie Arreguim. Dodatkowo zaczął też przyglądać się sekcjom młodzieżowym, gdzie na dzień dobry wyrwał z nich zdolnych: Hectora Cupera i Alberto Marcico. Wraz z nimi, do klubu powrócił z Hiszpanii osławiony wychowanek na początku lat 70-tych, czyli Geronimo Saccardo, co miało zapoczątkować nową historię Ferro, pisaną ołówkiem zamordysty Griguola. Zebrana paczka, pod wodzą nowego DT, w 1981 roku została wicemistrzem kraju. Ustąpili jedynie Boca Juniors z Maradoną w składzie. Jednak już rok później zostali sensacyjnym mistrzem kraju, wygrywając turniej Nacional i nie odnosząc przy tym żadnej porażki! Stali się tym samym pierwszą drużyną w historii ligi, która dokonała takiego wyczynu. Skalę epickości podniósł jeszcze Juarez, zdobywając koronę króla strzelców, z dorobkiem 23 goli w ledwie 21 rozegranych meczach. Już wtedy cały kraj zastanawiał się, jakim cudem to „zielone coś” zostało najlepszą drużyną w lidze. Najprostszą odpowiedzią były same mecze, ale także zabobony. Otóż zwyczajem Griguola przed każdym meczem było… uderzenie zawodnika w twarz z liścia. Dodatkowo, drużyna zawsze wychodziła na boisko nazwiskami w kolejności alfabetycznej. Na deser szczególny przypadek. Otóż każdej nocy w szatni, trener zapalał świeczkę, która się tamże wypalała, co miało odpędzić złe demony. Z tego powodu trzykrotnie dochodziło do pożaru w szatni, po którym działacze nakazali trenerowi zaprzestać przynajmniej tego rytuału. Z sukcesami Ferro Carril nierozłącznie kojarzy się wspomniana wyżej gwiazda Geronimo Saccardiego. Ten niezwykle utalentowany „Mediocapmpista” jak mawiają Argentyńczycy, mógł stać się gwiazdą Albicelestes, jeszcze podczas mistrzostw świata w 1978 roku. Historia tego mistrza zagrań piętką, pewnie nie byłaby tak wzruszająca i nie warta wspomnień, gdyby nie jeden szczegół. Oprócz doskonałej gry, prowadził on życie samotnika, szukającego swojego miejsca na ziemi. Dlatego transfer życia do hiszpańskiego Herkulesa, miał wzbić go na sam szczyt Olimpu. To zwróciło uwagę selekcjonera Menottiego, który dał mu szansę w dwóch meczach towarzyskich. Przekonany o jego umiejętnościach, wcielił Saccardiego do szerokiej kadry na mundial w 1978 roku, ale potem go wykreślił. Powodem okazał się Mario Kempes. Już wtedy AFA zapłaciła hiszpańskiej Valencii sporo pieniędzy za jego udział w turnieju, zaś Herkules Alicante oczekiwał podobnego zadośćuczynienia wobec Saccardiego. Mimo interwencji Menottiego, junta wojskowa miała inne wydatki, jak np. kontenery zboża dla Peru za podłożenie się w meczu mundialu. Stąd też Saccardiego ominął los zasmakowania wygrania mistrzostw świata. Drugi również związany z pieniędzmi wątek dotyczył koszulek. Otóż w 1974 roku zespół Ferro chciał jak na odczarowanie, zagrać w koszulkach koloru pomarańczowego. I co ciekawe byli tak zdesperowani, że… zapłacili za to holenderskiej federacji piłkarskiej, która miała na to wyłączność. Efekt? 5 miejsce w Metropolitano i 6 w Nacional, co było wynikami ponad stan.

Po pierwszym mistrzostwie kraju, drużyna pożegnała Saccardiego, który zakończył swoją karierę. Juarez z kolei wybrał grę dla Talleresu de Cordoba. Zespół jednak dalej był mocny. Przedłużono umowę z paragwajskim pomocnikiem Canete. Tym sposobem klub przygotowywał siły na prestiżowy debiut w Copa Libertadores 1983. Kampania ta zakończyła się na fazie grupowej, gdzie w kluczowym meczu ulegli Estudiantes La Plata 1:2. Mimo to klub w lidze zajął ostatnie miejsce na podium, a winę zrzucono na patriotyczne obowiązki z drużyną narodową Marcico, Arreguiego oraz Oscara Garre. Klub był rozchwytywany w całej Ameryce Łacińskiej, gdzie bite dwa miesiące spędzali na walizkach. Grali w: Kolumbii, Wenezueli, Meksyku oraz Ekwadorze. To zapewniało klubowi potężny zastrzyk gotówki, a piłkarzom możliwość zwiedzania świata i… burdeli. W 1984 roku klub sięgnął po drugie i ostatnie jak do tej pory mistrzostwo kraju. Okoliczności były jednak sprzyjające. Wszystko za sprawą niejakiego Teodora Nittiego, który sędziował finałowy mecz z River Plate. Prowadził także finałowy mecz Ferro dwa lata wcześniej, który dał mistrzostwo. Prawdziwej pikanterii dodaje fakt, że spośród 20 spotkań jakie tej drużynie sędziował w ciągu dwóch lat, Ferro Carril żadnego nie przegrał, a bilans bramkowy wyniósł… aż 35-0. River za sprawą kibiców zostało obdarte z tytułu. Do 70 minuty drużyna Ferro prowadziła 1:0, a styl gry można było porównać do starcia walca z małym zabawkowym samochodem. Zanim kibice Milionerów opuścili trybuny, weszli na boisko, by „podziękować” swoim pupilom za grę. Sędzia przerwał spotkanie. Awantura przeniosła się poza stadion. Następnego dnia AFA uznała za zwycięzcę Ferro, przyznając jej walkower, ale pozostawiając wynik 1:0. Choć klub jeszcze w 1985 roku zdobył kolejny raz tytuł wicemistrza, a w Libertadores przegrał ponownie w fazie grupowej, to era Ferro dobiegała już końca. W 1986 roku Griguol odszedł z klubu, by przejąć River Plate. Reszta piłkarzy powoli uciekała z zespołu, gdy na jaw wyszły kłopoty finansowe. Trzeba jednak oddać Carlosowi Arreguiemu honor za to, że został w tym klubie aż do końca swojej kariery. Reszta, jak Garre czy Cuper, emigrowała wolała emigrować za chlebem z makiem, niż za spleśniałą bułką w stołówce. Pozostali zaś oddawali się zajęciom trenerskim, do tego stopnia, że potem jeszcze wracali do klubu jako wspomniani directo technico. Nawet stary i poczciwy Griguol, w 1988 roku znów powrócił odczarować Ferro, ale jego rytuałów już żaden z piłkarzy nie chciał akceptować. Przykład? Sebastian Juarez (zbieżność nazwisk przypadkowa) przed treningiem, jako nowy piłkarz miał otrzymać chrzest od samego trenera. Polegał on na wspomnianym spoliczkowaniu. Nieznający zupełnie tego rytuału zawodnik, po otrzymaniu ciosu z liścia, odpłacił pięknym za nadobne… tyle że pięścią. Powalił starszego pana, który stracił przytomność, a reszta piłkarzy zdębiała. Interwencja asystenta szkoleniowca uspokoiła na szczęście krewkiego piłkarza, który z obyczajami w Ferro, był jak widać na bakier. Drużyna przez całe lata 90-te dryfowała między 10 a 20 miejscem. Najczęściej odgrywała rolę statysty, zbierającego cięgi od pierwszego lepszego menela na ulicy. Nie było mowy o zlitowaniu się nad dwukrotnym mistrzem kraju. Sam ten zaszczyt mocno zdewaluował pojęcie supremata krajowego podwórka, by uczynić z niego kelnera zlizującego resztki z talerzy wykwintnej restauracji. Lecz była to też dekada eksperymentów z obcokrajowcami na szeroką skalę. Jako pierwszy pojawił się Doctor Khumalo, postać kultowa dla piłki południowoafrykańskiej. Przedstawiciel RPA na świat, do Argentyny trafił za sprawą menadżera Marcelo Housemana (brat Rene, mistrza świata z 1978 roku). Jeśli Ferro przy zatrudnianiu owego jegomościa pomyślał, że zatrudnia fachowego internistę, to został pomylony go z amatorskim znachorem. Mimo dwóch lat spędzonych w Argentynie, zagrał on jedynie cztery spotkania, głównie lecząc kontuzje pleców. Aż dziw bierze, że cudownie wyzdrowiał w 1996 roku, kiedy to wyjechał do USA Tam na dobre rozkręciła się jego przygoda z piłką, jak i kadrą narodową RPA. Eksperymentów z afrykańskimi graczami było pełno, ale żaden nie przebił się do jakichkolwiek kronik czy zapisków historycznych. Wiemy natomiast, że testowano przeszło 19 graczy. W tamtym okresie, w klubie trenerami zostawali także byli jej piłkarze jak: Saccardi, Garre czy Rocchia i to nie raz. Drużyna pod ich wodzą przypominała jednak reanimowanego trupa, który czekał na definitywne pogrzebanie. Ceremonia pogrzebowa odbyła się w roku 2000, w sezonie Clausura, gdzie odnosząc zaledwie jedno ligowe zwycięstwo, zieloni zajęli ostatnie miejsce w tabeli. A jako, że tego wyczynu dokonali także w poprzednim sezonie, to po zsumowaniu punktów tabeli spadkowej, stoczyli się do drugiej ligi.

Wraz z rokiem milenium, nadchodziły też zmiany w systemie rozgrywek, gdzie klub został zdegradowany do trzeciej ligi. W 2002 roku na zespół spadł potężny cios, spowodowany śmiercią legendarnego Saccardiego, który miał zawał serca podczas towarzyskiego meczu tenisowego z gwiazdą tego sportu – Guillermo Vilasem. W obliczu żałoby, notowali przeciętne wyniki. Piłkarze jacy się w klubie pojawiali, raczej parodiowali zawód piłkarza, a dobitne było to, że promyk uśmiechu pojawił się w klubie dopiero w 2015 roku, kiedy drużynie udało się awansować do 1/8 finału Copa Argentina. Tam ulegli dopiero po rzutach karnych finaliście tego turnieju – Rosario Central.



I tak oto lądujemy we współczesności, gdzie popularni ,,Verdolaga” grają w drugiej lidze. Próbują wrócić do miejsca, gdzie zaczęła się ich piękna historia. Wielu do dziś tęskni za derbami z Velezem Sarsifeld i pojedynkami Saccardiego z Carlosem Bianchim. To wspomnienie gdzieś ucieka w tle stadionu Ricardo Etcheverriego, który przypomina bardziej grobowiec niż obiekt sportowy. I właśnie w takich okolicznościach, Ferro Carril Oeste zapisał się historii ligi argentyńskiej, jako przykład niezwykle sensacyjny i romantyczny, który zaprzeczył niejako tezie, że wygrywa ten, co ma więcej pieniędzy.


7

W Europie jeszcze wojna a w Ameryce Południowej…

14 stycznia 1945 r. Chile pokonało Ekwador 6:3 w meczu otwierającym 18-tą edycje Copa America. Areną zmagań ponownie był Estadio Nacional w Santiago de Chile, jeszcze bardziej okazały niż 4 lata wcześniej. Mecz gospodarzy z Brazylią ściągnął na trybuny bagatela, 80 tys. ludzi. W turnieju zadebiutował zespół Kolumbii, kontynentalny outsider, który wszelako tanio skóry nie sprzedał, urywając aż 3 punkty innym słabeuszom jak Ekwador i Boliwia. Obrońca tytułu(Urugwaj) przywiózł kilku nowych interesujących zawodników, spośród których dwaj 5 lat później zdobyć miało mistrzostwo świata, a mianowicie Maspoli i lewy obrońca Tejera. Doszedł również czarnoskóry pomocnik Viana. Jednak największym wydarzeniem stał się występ w ekipie ,,Celestes” środkowego napastnika, na którym nie poznała się Argentyna i który swoje przeznaczenie odnalazł w sąsiednim Urugwaju- Atilio Garcia. Gospodarze natomiast byli znów świetnie przygotowani do imprezy. Trenerem ich już wcześniej został legendarny Ferenc Platko, m.in. wybitny bramkarz FC Barcelony. Kwalifikacje trenerskie uzyskał w Paryżu i potwierdził je w Londynie. Prowadził FC Porto, rumuński Venus czy angielski Arsenal. Jeszcze później, w latach 1955-57 był szkoleniowcem budującej swą potęge FC Barcelony. Ten jeden z najwybitniejszych trenerów swojej epoki po raz pierwszy narzucił Chilijczykom naprawdę nowoczesne metody. Słynne stały się jego przedmeczowe odprawy, gdzie na tablicy kreślił taktyczne schematy. Drużyne trzymał żelazną ręką ale też posłuch miał absolutny. Podstawą gry uczynił czynną defensywę. Sergio Livingstone nieprawdopodobnymi robinsonadami doprowadzał napastników Urugwaju i Argentyny do rozpaczy. Obrona chilijska z Busquetsem na czele trwała niczym husycki tabor. Środkowy pomocnik przez prase nazwany ,,half policia”, jak srogi policjant nie odstępował na krok środkowego napastnika rywali. Była to nowinka taktyczna, bowiem w innych ekipach zadanie to zwyczajowo powierzano stoperowi. Z głębi pola organizowano groźne kontry, zaś w ataku Platko miał ruchliwego jak żywe srebro Cremaschiego i ostro strzelającego Medine. Zdyscyplinowani Chilijczycy, preferujący gre twardą i zespołową byli nawet bliscy ostatecznego tryumfu. Przed ostatnim meczem turnieju z Brazylią mieli już 9 punktów i w razie zwycięstwa zrównaliby się z przewodzącą w tabeli Argentyną. Niestety jedyny gol Brazylijczyka Heleno rozstrzygnął losy meczu. Argentyna mogła odetchnąć. Brazylii przypadło trofeum pocieszenia- Copa Bolivia. Chile ostatecznie zajęło 3 pozycje. Wcześniejsza batalia mistrza z wicemistrzem dostarczyła niezapomnianych wrażeń. Starły się dwie niewątpliwie najlepsze drużyny świata i dwie piątki napadów, o jakich tylko można marzyć. Tak jakby na jednej szyi zapleść dwie diamentowe kolie. Brazylijski naszyjnik błyszczał olśniewająco: Tesourinho, Zizinho, Heleno, Jair, Ademir. Argentyński przyprawiał o zawrót głowy: Boye, Mendez, Pontoni, Martino, Loustau. Każdemu z nich wypadałoby poświęcić już nie rozdział a wręcz osobny tom. Wystarczy powiedzieć tylko że Zizinho, Jair i Ademir byli w 1950 roku o włos od tytułu mistrzów świata a ostatniemu z tej trójki przypadło trofeum najlepszego snajpera. Ostatecznie Argentyna pokonała Brazylie 3:1 po hattricku genialnego napastnika Mendeza i honorowym trafieniu Ademira. Z kolei Tesourinha kunszt dryblingu wyniósł na takie wyżyny iż powszechnie uchodzi za najlepszego prawoskrzydłowego Brazylii przed pojawieniem się genialnego Garrinchy. Jeszcze postać chyba najbarwniejsza, strzelec złotego gola z Chile- Helenio de Freitas. Wytrawni eksperci po dziś dzień nie mają wątpliwości że w bogatych dziejach brazylijskiego futbolu nikt nie grał lepiej głową i nikt nie potrafił z taką maestrią strzelać ,,nożycami”. Podczas tego turnieju wyczyniał z piłką istne cuda. Z 6 golami został królem strzelców turnieju, dzieląc ten zaszczyt z argentyńskim bombardierem Norberto Mendezem.


@MesQueUnClub96
@Symson
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@AssisMoreira
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?