FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@diabel666 Przyłączam się do pytania, ponieważ mam tylko Eleveny...
12
Feliz cumpleaños panie da Souza Faria! Z okazji 57 urodzin!
29 stycznia 1966 r. w Rio de Janeiro urodził się Romario da Souza Faria. Napastnik o pseudonimie ,,Baixinio”(po polsku Malutki), jak wielu innych Brazylijczyków, swoją karierę w Europie rozpoczynał w 1988 r. w klubie z ligi o średnim prestiżu a mianowicie w PSV Eindhoven. Do FC Barcelony przybył w 1993 r. Trenerem, którego chciał i ściągnął Brazylijczyka do stolicy Katalonii był nie kto inny jak sam Johan Cruyff. ,,W moim pierwszym sezonie będę królem strzelców La Liga i strzelę 30 goli!”- takie właśnie słowa padły z ust Romario gdy przechodził do Barçy. Ktoś powie: ,,Niezły żartowniś z niego albo zarozumialec.” Nie wielu zawodników na świecie może sobie pozwolić na tak buńczuczne wypowiedzi przed sezonem ale jeszcze mniej(jeśli w ogóle ktokolwiek) jest w stanie sprostać takiemu zadaniu. Już w debiucie przeciwko Realowi Sociedad ustrzelił hattricka! Szybko doszedł do porozumienia ze Stoiczkowem i stworzyli cudowny duet. To zdumiewające ale jednak Romario dopiął swego zdobywając 30 gola w ostatnim wygranym spotkaniu z FC Sevilla. Zapewne zrobiłby to wcześniej, gdyby nie zawieszenie po incydencie z Diego Simeone. Snajperem był wybitnym to nie ulega wątpliwości, jednak po wygranym Mundialu w USA Brazylijczyk przedłużył sobie wakacje bez przyczyny, czym mocno rozgniewał Johana Cruyffa. Konflikt wygrał Johan a Romario musiał odejść do Flamengo, lecz czy drużyna na tym zyskała? Romario nadal zdobywał niesamowite gole już w Brazylii i aż strach pomyśleć co by było gdyby nadal grał w barwach Blaugrany?
@Symson
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
11
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
28 stycznia 1908 r. urodził się Karol Kossok, legendarny napastnik m.in. Cracovii czy też Pogoni Lwów. Kossok był pierwszym piłkarzem w dziejach polskiej Ekstraklasy, który strzelił 4 gole w jednym meczu. Dokonał tego już w pierwszej, historycznej kolejce rozgrywek o mistrzostwo Polski! Dzięki temu stał się jednocześnie pierwszym liderem klasyfikacji strzelców Ekstraklasy. Natomiast tytuł króla strzelców zapisał na swoje konto będąc zawodnikiem Cracovii w 1930. Łatwo można było zlekceważyć tego zawodnika. W czasach gdy wzorcami byli Józef Kałuża czy Wacław kuchar(obaj liczący poniżej 170 cm.) przerastający ich o głowe a w dodatku barczysty Kossok stanowił wyjątek na boiskach Ekstraklasy. Drugiego równie masywnego i wysokiego piłkarza wówczas nie było. Pozornie wydawał się więc niezwykle powolny i nieporadny. Za tą olbrzymia sylwetka kryły się jednak wielkie umiejętności. Naturalny ciąg na bramke, nienaganna technika a przede wszystkim jeden z najlepszych dryblingów w tych czasach w Ekstraklasie, budziły prawdziwy postrach wśród golkiperów. ,,Wózkowanie”- jak wtedy nazywano kiwanie przeciwników- wykonywane przez tego snajpera należało do stałego repertuaru meczów z jego udziałem. ,,Olbrzym śląski z jego balansem ciała, techniką piłki i dyspozycją strzałową jest na boisku polskim zjawiskiem naprawdę niecodziennym”- pisał ,,Przegląd Sportowy”. Uważano jednak że zbyt wiele energii marnuje na zagraniu ,,pod publiczkę”. Krytykom odpowiadał wówczas: ,, Wolę przejechać przeciwnika z piłką, aniżeli oddać ją na oślep”. Usprawiedliwiał się że drybluje po to aby skupić uwagę obrony przeciwnika na sobie i dać swobode swoim kolegom z linii ataku. Jego gra ściągała bowiem największą uwagę tak przeciwników, jak i kibiców. Wielką sławę zapewnił mu też trik, który dopracował do perfekcji- markowanie strzału w sytuacji ,,sam na sam”. -,,Wyszkolenie w dryblingu pomaga mi równocześnie mylić bramkarza przeciwnej drużyny aby ten nie mógł się zorientować co do momentu mojego strzału”- opowiadał. Jego groźna bronią były ponadto strzały z rzutów wolnych. Kiedyś w meczu pomiędzy reprezentacjami Budapesztu a Krakowa zmieścił piłke ze stałego fragmentu gry z odległości 40 metrów w samo okienko bramki przeciwników! Innym razem po strzale Kossoka z dystansu tak znokautowany został austriacki bramkarz Zankl że musiał opuścić boisko. ,,Jeden, drugi wolny wystarcza w zupełności aby pocisk wypuszczony spod dźwigni olbrzymiej nogi znalazł droge do siatki przeciwnika”- opisywał jego umiejętności ,,Przegląd Sportowy”. W Biało-Czerwonych barwach najlepszą partie rozegrał w starciu z Węgrami w ramach Pucharu Amatorów Europy Środkowej, dziś uznawanym już za mecz nieoficjalny. Strzelił wtedy 2 gole i rozmienił obronę przeciwników na drobne dryblingami oraz potężnymi bombami.
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Roni/VEB
2
@FCBparasiempre
W myśl znanego powiedzenia „stara miłość nie rdzewieje”, Buffon po rocznym romansie w Paryżu, wrócił do ukochanego klubu. Chwilę potem pobił rekord Paolo Maldiniego w największej ilości meczów rozegranych w Serie A. Obecnie ma ich na koncie aż 658, choć licznik lada dzień przestanie tykać. W Juventusie pokochali go nie tylko za efektowne parady, ale w pierwszej kolejności za osobowość. Zawsze uśmiechnięty, szczery, przyziemny, ludzki, skromny, daleki od gwiazdorstwa. Szacunek zyskał również zabieraniem głosu na ważne tematy, podczas gdy inni woleli milczeć. Niektórych ludzi mogła drażnić jego nadmierna ekspresja na boisku, ale on sam mówi, że futbol to rozrywka i cyrk oraz dawanie ludziom emocji. Jego wybitny etap w reprezentacji Włoch zasługuje na wyodrębnienie. Buffon oprócz wspomnianego w tekście srebra mistrzostw Europy U16 z 1993 roku, ma również złoty krążek tego czempionatu, zdobyty trzy lata później. W dorosłej kadrze zadebiutował 29 października 1997 roku jeszcze jako gracz Parmy, kiedy w meczu eliminacji mistrzostw świata w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Gianluce Pagliuce. Starcie to zakończyło się remisem 1:1, a Gigi został pokonany przez… Fabio Cannavaro, który w feralny sposób skierował futbolówkę do własnej bramki. Na mundialu we Francji był jedynie zmiennikiem Pagliuci, a Włosi pożegnali się z turniejem w ćwierćfinale. Od tamtego momentu dotychczasowy golkiper „Squadra Azzurra” w narodowych barwach już nie zagrał, więc Buffon mógł zacząć pisać własną historię. Z powodu kontuzji ominęło go Euro 2000, na którym Italia dotarła aż do finału, przegrywając tam w dramatycznych okolicznościach z Francją. Mundial w Korei i Japonii okazał się prawdziwą klęską, w dodatku okraszoną – powiedzmy sobie wprost – zwykłymi wałkami sędziów. Włosi z Buffonem między słupkami z trudem wyszli z grupy, a w drugiej rundzie trafili na gospodarzy, którym arbitrzy pomagali, jak tylko mogli. Gigi obronił nawet podyktowany w kontrowersyjnych okolicznościach rzut karny, ale wobec kolejnych zagrywek sędziów był już bezradny. Prowadzący tamte zawody Byron Moreno to bez wątpienia uczciwy człowiek. Zapłacono mu za awans Korei? Będzie awans Korei. Mistrzostwa Starego Kontynentu w 2004 roku również okazały się dla Włochów bardzo nieudane, bowiem żegnali się z nimi już po fazie grupowej. W pierwszym meczu grali z Danią i bezbramkowo zremisowali, a jedyną osobą, która po końcowym gwizdku uśmiechała się od ucha do ucha, był Buffon. To właśnie w tamtej chwili jego problemy po długiej walce z depresją ostatecznie zniknęły: ,,Stało się to nagle. W najgorszym okresie miewałem chwile, w których bałem się wychodzić na murawę. Podczas Euro 2004 graliśmy na otwarcie z Danią. To było bardzo ciężkie i wyrównane spotkanie, po którym tylko ja mogłem w stu procentach się cieszyć. Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że moje problemy natury psychicznej odeszły już na dobre.” Na miano najpiękniejszego momentu w reprezentacyjnej, ale też pewnie ogólnie całej karierze zasłużył mundial w Niemczech. Włochy po raz czwarty zostały mistrzem świata, a Buffon przez cały turniej puścił zaledwie jedną bramkę (w grupowej potyczce przeciwko USA). Retrospekcje z finału opisywał w swojej książce: ,,Finałowy mecz z Francją zremisowaliśmy, ale ostatecznie zwyciężyliśmy po serii rzutów karnych. Żadnego nie obroniłem, choć w trakcie meczu zrobiłem to, co do mnie należało, ale będę mógł opowiadać wnukom, że Trezeguet przestraszył się mnie stojącego w bramce i dlatego przestrzelił. Wiem, że nikt temu nie zaprzeczy. No, może sam David, ale on się w tym wypadku nie liczy. Do wykonywania jedenastki nie podszedł Zinedine Zidane – został wcześniej wyrzucony z boiska za paskudny wybryk. Muszę jednak w tym miejscu się do czegoś przyznać. Byłem jedyną osobą na boisku, która widziała, jak Zidane uderza Materazziego. Od razu podbiegłem do sędziego liniowego i o wszystkim mu powiedziałem. Fakt, nie był to zbyt sportowy gest z mojej strony, nie w moim stylu – dlatego nie jestem z niego dumny. Złożyło się na to kilka czynników: zbyt duża presja, zbyt dobrze grający Zidane, zbyt trudna sytuacja naszej drużyny i zbyt wielka pokusa, by dostał czerwoną kartkę i na ostatnie minuty meczu zniknął z boiska. Nie potrafiłem tego powstrzymać. Po finale zemdlałem z wrażenia.” W trakcie spotkania 1/8 z Australią doszło do zabawnego dialogu między Buffonem a Cannavaro, który kilka lat wcześniej niefortunnie zaznaczył swoją obecność w debiucie kolegi. Panowie na murawie ucięli sobie pogawędkę, którą zarejestrowały mikrofony. Gigi był przerażony perspektywą odpadnięcia z imprezy po tym, jak czerwoną kartkę otrzymał Materazzi, a gra Włochów się nie kleiła. Cannavaro odpowiadał na słowa Buffona pomiędzy kolejnymi interwencjami w obronie.
– fabio ku*wa
– o co chodzi, gigi?
– nie chcę wracać do domu, rozumiesz?
– dobrze, rozumiem
– nie, niedobrze. jestem poważny jak cholera. chcę tu zostać, nie mam w domu nic do roboty, rozumiesz?!
– rozumiem gigi
– zgadzasz się ze mną w lekceważący sposób i traktujesz mnie jak dupka, ale ja nie żartuję. nie skończymy jak w korei, prawda? powiedz, że nie skończymy jak w korei
– to się nie wydarzy, zobaczysz
– fabio, to się nie może wydarzyć, jesteśmy włochami! nie możemy tak skończyć fabio! fabio nie możemy! fabio, obiecaj mi, że dzisiaj nie odpadniemy
– obiecuję ci, gigi, ale pozwól mi już grać
– słuchaj, moja rodzina może tu dołączyć do mnie, nie muszę pilnie do nich wrócić
– wiem
– jeśli wrócę do domu, będę zły
– to się nie zdarzy, zobaczysz
– nie będzie jak w korei?
– żadnej korei
– pieprzyć koreę!
– amen
Gigi brał udział w jeszcze czterech wielkich turniejach, jednak udane dla niego i jego kraju były tylko mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie, gdzie Italia zajęła drugie miejsce. O reszcie chciałby pewnie zapomnieć. Euro 2008? Pierwszy raz jako kapitan w reprezentacji i porażka w ćwierćfinale z Hiszpanią. Mistrzostwa świata 2010? Brak awansu z grupy plus kontuzja, której nabawił się w pierwszym meczu w grupie. Mistrzostwa świata 2014? Znów powrót do domu przed fazą pucharową. Na mistrzostwach Europy w roku 2016 Włosi otarli się o półfinał, przegrywając w ćwierćfinale z Niemcami po rzutach karnych. Ostatnimi spotkaniami o punkty w kadrze były dla Buffona baraże do mundialu w Rosji. Włosi przegrali dwumecz ze Szwedami i pierwszy raz od 60 lat zabrakło ich na turnieju dla najlepszych drużyn globu. Gigi wówczas rozpłakał się przed kamerami, jego marzenia o występie na szóstych mistrzostwach świata legły w gruzach. Karierę w reprezentacji zakończył kilka miesięcy później, w przegranym towarzyskim starciu z Argentyną. Grał oczywiście w roli kapitana, co od 2008 roku było dla niego standardem. 176 – właśnie tyle razy zagrał dla swojego kraju. Wynik ten stanowił do niedawna rekord w ilości gier w kadrze wśród europejskich piłkarzy. Pobił go niedawno Sergio Ramos, który tych meczów ma już na koncie 180.
Jego osiągnięcia muszą budzić podziw. 10 razy był mistrzem Włoch, wygrał także sześć Pucharów i sześć Superpucharów kraju. Z PSG sięgnął po mistrzostwo Francji i Superpuchar Francji, a z Parmą dorzucił jeszcze Puchar UEFA. Najważniejszym trofeum pozostaje jednak mistrzostwo świata, które wespół ze srebrnym medalem mistrzostw Europy tworzy wspaniałą reprezentacyjną karierę Gigiego. Jeśli chodzi o indywidualne sukcesy, jest ich naprawdę masa. Do najważniejszych trzeba zaliczyć drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki w 2006 roku, 12 statuetek dla najlepszego bramkarza sezonu w Serie A, nagrodę dla najlepszego bramkarza mundialu w Niemczech, laur od UEFA za bycie piłkarzem 2003 roku w Europie oraz trzykrotną obecność w drużynie roku według FIFA. Buffon otrzymał także Order Zasługi Republiki Włoskiej (2006). Inne wyróżnienia można sprawdzić w Internecie. Jest ich tak wiele, że ciężko przejrzyście i rzetelnie przedstawić je bez perfidnego kopiowania. W zawodowej piłce znajduje się prawie od 26 lat. Na swoim koncie zebrał łącznie imponującą liczbę 1106 rozegranych meczów. Pięknie wypełniona gablota to nie wszystko. Wygrał nie tylko sporo złota, ale też zaskarbił sobie sympatię fanów z całego świata. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to zwykły gość. Taki sam jak każdy inny facet. Sodówka nie odbijała mu od czasów nastoletnich, jego hierarchia wartości wywoływała szacunek. Nigdy nie wstydził się płakać, robił to często. Swoją klasą jako człowiek być może przebił nawet tę sportową, a zważywszy na to, jak wielka ona jest, to cóż, czapki z głów panie Gianluigi. Nieubłaganie nadchodzi moment, kiedy będzie trzeba raz na zawsze powiedzieć „koniec”. Sam często żartował, że może pożegna się z piłką, gdy będzie miał 65 lat. Wszyscy jednak doskonale wiemy, że to nadejdzie dużo szybciej. Został mu sezon, może dwa w barwach Parmy. Gwiazdy gasną, ale legendy nie giną nigdy, więc ciągle czekamy na finał tej legendarnej, choć wciąż niedokończonej opowieści.
,,Chciałbym, aby dzień, w którym odejdę, sprawił, że ludzie będą z tego powodu smutni”- podsumował Buffon.
3
@FCBparasiempre
Nie stronił od skandali. W Parmie kupił sfałszowaną maturę, by móc pójść na studia. Pewnego dnia zmienił numer koszulki z jedynki na 88. Później tłumaczył, iż nie zdawał sobie sprawy z neonazistowskiej symboliki tej liczby. „H” to ósma litera alfabetu. Napisana dwa razy tworzy „HH”, co jest skrótem od owianego złą sławą „Heil Hitler”. Buffon ponoć o tym nie wiedział, choć kiedy w studiu telewizyjnym pojawił się w swetrze z napisem „śmierć tchórzom”, ludzie zaczęli wątpić w jego wyjaśnienia. Ten slogan używany był przez faszystów za czasów rządów Benito Mussoliniego. Znowu usprawiedliwiał się niewiedzą, mówiąc, że chciał tym zdaniem zmobilizować partnerów z zespołu do lepszej gry. W jego życiu nie brakowało również śmiesznych, zgotowanych przez los wydarzeń. Parma mierzyła się kiedyś z Fiorentiną w Coppa Italia, a Buffon akurat wtedy dostał wolne. Pojechał na stadion w roli kibica, a gdy już po meczu wsiadł do samochodu na parkingu, otoczyła go grupka sympatyków „Violi”. Służby porządkowe nakazały mu jechać do wyjazdu, gdzie znajdują się autobusy z fanami Parmy, którzy mieli zostać eskortowani przez policję aż do samej autostrady. Spotkał tam niejakiego Volpo, jednego z zagorzałych tifosich, który stał z rozwaloną twarzą po bójce z florentyńczykami. Gigi zaproponował, że zabierze go ze sobą autem, by ten mógł komfortowo i szybciej wrócić do domu. W trakcie podróży autokary zatrzymały się, a wysiadający z nich kibice Parmy znów szukali sposobu na konfrontację z rywalem. Policja zorientowała się w sytuacji i przy bramkach wjazdowych na autostradę zatrzymywała wszystkich, chcąc znaleźć ultrasów, którzy brali udział w zadymie. ,,Wysiedliśmy obaj, ale Volpo – o wiele bardziej doświadczony w tego typu sytuacjach – ulotnił się w jednej chwili, zanim w ogóle zdałem sobie z tego sprawę. Ja z kolei oberwałem kilka razy pałką policyjną. W końcu któryś z policjantów mnie rozpoznał. Przynajmniej taką wersję zdarzeń mi później sprzedano. Osobiście uważam, że od początku wiedzieli, kto jedzie w tym samochodzie” – opowiadał w autobiografii. Wkrótce mógł już jechać dalej i w pewnym momencie zobaczył… stojącego na poboczu Volpo. Pozwolił mu wsiąść jak gdyby nigdy nic. Po drodze panowie polubili się jeszcze bardziej, czego dowodem był wspólny wypad do dyskoteki tej samej nocy. Następnego dnia w prasie pojawiły się kuriozalne informacje, że Buffon pojechał razem z kibicami na ustawkę. W pierwszym sezonie wystąpił łącznie w dziewięciu meczach, a już w następnym posadził na ławce Bucciego, stając się pierwszym wyborem nowego szkoleniowca klubu, Carlo Ancelottiego. Z każdym miesiącem bronił lepiej, pewniej, nabierał doświadczenia i sprytu. Jego pozycja w świecie piłki bardzo szybko rosła. W 1997 roku zadebiutował w Lidze Mistrzów w spotkaniu ze Spartą Praga. W sezonie 1998/1999 wygrał z Parmą Puchar Włoch oraz Puchar UEFA, a rok później sięgnął po krajowy Superpuchar. Łącznie spędził w Parmie 10 lat, jeśli liczymy też czasy juniorskie. To kawał historii w jego arcybogatej karierze. Wielka karta zapisana w piłkarskiej księdze. Napisanie kolejnego rozdziału kosztowało Juventus horrendalną jak na rok 2001 sumę 53 milionów euro. Była to wówczas rekordowo zapłacona kwota, jeśli chodzi o pozycję bramkarza. Wynik ten dopiero 17 lat później przebił Alisson Becker, który zamienił Romę na Liverpool, a cała transakcja opiewała na 62,5 miliona euro. ,,Cieszyła mnie kwota, jaką za mnie zapłacono. W tamtym czasie to było ewenementem, ludzie mówili, że taka kwota wydana na bramkarza to szaleństwo. Ja nie miałem z tym żadnego problemu. Juventus śledził moje poczynania w Parmie i jego działacze musieli sobie pomyśleć coś w stylu „ku*wa, ale ten buffon jest dobry”. Gdyby wyłożyli pięć milionów, nie zrobiłoby to na nikim wrażenia. Tę sumę zdefiniowały realia rynku, dobry bramkarz jest równie wartościowy co dobry napastnik. Chciałem za wszelką cenę odejść do Juventusu, niezależnie od tego, ile zapłacili” – wyznał szczerze w jednym z wywiadów.
Do Turynu trafił jako następca wielkiego Edwina van der Sara, który odszedł do angielskiego Fulham. Ze „Starą Damą” od razu zaczął odnosić sukcesy, a jego interwencje krok po kroku budowały legendę, którą jest dzisiaj. Warto nadmienić, że niewielu ludzi pamięta, że mógł również trafić do FC Barcelony, która mocno zabiegała o jego względy. ,,FC barcelona chciała mnie w tym samym czasie co Juventus. Mój agent Silvano Martina miał udać się do Hiszpanii, by dogadać się w sprawie kontraktu, ale wtedy zaprosił mnie do siebie dyrektor generalny Juve, Luciano Moggi. Marzyłem o wygraniu ligi. Ojciec doradził mi, bym wybrał Juventus. Posłuchałem go i nigdy nie żałowałem tej decyzji. Pytała o mnie również Roma, a zważywszy, że był tam dobrze znany mi Totti, a trenerem został Capello, opcja ta wydawała się niezła. Nie dogadaliśmy się jednak finansowo, a do Rzymu zamiast mojej osoby trafił bardzo utalentowany Ivan Pelizzoli.” W pierwszym sezonie Juventus z Buffonem w bramce wygrał ligę, w następnym powtórzył ten wyczyn, a w dodatku doszedł do finału Ligi Mistrzów. 23 maja 2003 roku w spotkaniu decydującym o triumfie w Champions League Juve zmierzyło się z innym włoskim gigantem, Milanem. Po 90 minutach oraz dogrywce było 0:0, więc o wszystkim zadecydowały rzuty karne. Buffon zatrzymał strzały Seedorfa i Kaladze, ale to nie wystarczyło i Milan ostatecznie wygrał konkurs jedenastek 3:2. Niedługo później Gianluigi musiał stawić czoła prawdopodobnie najtrudniejszemu przeciwnikowi w jego karierze – depresji. Ta straszna choroba, która była powodem samobójstwa innego golkipera, Roberta Enke, zawładnęła jego życiem w 2004 roku. Wylewnie mówił o tym wielkim kłopocie: ,,Przeszedłem depresję. osiągnąłem wiek, w którym musiałem dorosnąć i zacząć traktować życie nieco poważniej, co wywarło na mnie ogromny wpływ. Cierpiałem na straszny niepokój i czasami w środku gry moje nogi zaczynały się trząść w niekontrolowany sposób. To było dość przerażające. zdarzyło się, że tuż przed meczem poprosiłem trenera, by rezerwowy bramkarz wszedł za mnie. Ja nie czułem się na siłach. W jakiś sposób zauważyłem, że to wszystko jest trudne do opanowania, a moje ciało i umysł nie wytrzymują tej presji. Kibiców tak naprawdę gówno obchodzi, jaki masz humor i czy wszystko jest okej. Wszyscy widzą tylko piłkarza, idola. Znają Buffona, ale zapominają o Gigim. O moim cierpieniu wiedziałem tylko ja, nie powiedziałem o tym nikomu. Starałem się wysyłać bliskim i kolegom z drużyny małe sygnały. Powoli zdałem sobie sprawę, że z tego da się wyjść. Przewartościowałem parę rzeczy. Kiedyś myślałem, że psycholog to złodziej, który wyłudza pieniądze od pogubionych ludzi. To nieprawda. Jeżeli trafisz na dobrego psychologa, on pomoże ci z tego wyjść. Mnie się udało.” W maju 2006 roku wybuchła słynna afera Calciopoli. W jej wyniku Juventus utracił tytuły mistrza Włoch „wywalczone” w sezonach 2004/05 i 2005/06 oraz został zdegradowany do Serie B, w której w nowym sezonie wystartował z 17 punktami na minusie. Stało się jasne, że stolicę Piemontu opuści wówczas wielu piłkarzy, którym wizja gry w drugiej lidze po prostu nie odpowiadała. Odszedł Zlatan, Vieira, Thuram czy Zambrotta. Buffon miał dylemat, poważnie zastanawiał się nad transferem. Lojalność okazali między innymi Del Pierro i Nedved, jednak oni byli ikonami klubu, a on trafił do niego ledwie kilka lat wcześniej. Ostatecznie postanowił zostać, czym na zawsze zyskał szacunek biało-czarnej strony Turynu. ,,Byłem szczęśliwy, że postanowiłem zostać w Juventusie. Mocno wahałem się nad odejściem do Milanu, ale finalnie podjąłem dobrą decyzję. Niektórzy ludzie mogą dać przykład swoim postępowaniem. Ktoś musiał posłać w świat wiadomość, że w życiu najbardziej liczą się uczucia i własne przekonania, a nie pieniądze czy sława. Gdybym miał podjąć decyzję drugi raz, byłaby ona taka sama.” Juventus – czego można było się spodziewać – po roku wrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej, jednak odmarsz wielu świetnych graczy oraz cięcia finansowe musiały dać o sobie znać. Buffon na jakiekolwiek klubowe trofeum musiał czekać od 2004 do 2012 roku, kiedy Juve wróciło w końcu na dobre do gry o wielkie sukcesy.
„Bianconeri” zdominowali całą dekadę w lidze włoskiej, zdobywając dziewięć tytułów z rzędu w latach 2012-2020. Gigi przez cały ten okres stanowił ostoję w bramce turyńczyków. Konsekwentnie z każdym rokiem pracował na swój niebywały status. Dokonania na krajowym podwórku były czymś wielkim, ale Buffonowi, jak i całemu Juventusowi, mocno zależało na triumfie w Lidze Mistrzów. Można chyba śmiało rzecz, że te rozgrywki stały się dla Gigiego czymś w rodzaju obsesji. Ostatecznego spełnienia. Zamknięcia wspaniałej podróży. Po przegranej w 2003 roku Buffon miał na triumf jeszcze dwie sposobności. W 2015 roku Juve musiało uznać wyższość Barcelony, a dwa lata później Realu Madryt. Wyścig po upragnioną zdobycz był jego największą motywacją, kiedy już osiągnął zaawansowany dla zawodnika wiek. Wszystko wskazuje na to, że wyścig ten zakończy się przed metą. W 2016 roku pobił rekord Sebastiano Rossiego w liczbie minut bez straconego gola w lidze (Buffon był niepokonany przez 973 minuty). Napisał wtedy list, którego adresatem była… bramka. Dając popis swoich literackich umiejętności, zawarł w liście takie słowa: „Miałem 12 lat, kiedy odwróciłem się do ciebie plecami, odrzucając całą swoją przeszłość, by zagwarantować ci bezpieczną przyszłość. posłuchałem głosu serca. Poszedłem za instynktem. Dzień, w którym przestałem na ciebie patrzeć, jest także dniem, w którym zacząłem cię kochać. Chronić cię. Być pierwszą i ostatnią linią obrony. Obiecałem, że zrobię wszystko, by już nigdy cię nie zobaczyć. Lub po prostu robić to najrzadziej, jak tylko potrafię. Bolało za każdym razem, kiedy musiałem się odwrócić i wiedziałem, że cię zawiodłem.” Gdy Wojciech Szczęsny zamienił Romę na Juventus, Buffon miał już 39 lat. Było jasne, że nadchodzi zmierzch jego kariery. Na początku ich wspólnej egzystencji w klubie panowie dzielili się liczbą minut spędzaną na murawie, ale Gigi wiedział, że Polak został na Allianz Stadium sprowadzony z myślą jego zastępstwa. Potrzebował wyzwań, bo przecież wyzwania stanowiły dla niego inspirację. Kiedy latem 2018 roku przyjął ofertę od Paris Saint-Germain, piłkarski świat nie dowierzał. Po 17 latach spędzonych w Turynie jego transfer był dla kibiców trudnym tematem. Do stolicy Francji nie trafił jako typowy rezerwowy bramkarz. W jego pierwszym i jak się okazało ostatnim sezonie w PSG rozegrał 25 spotkań, zdobywając mistrzostwo i Superpuchar kraju. Podczas jednego ze spacerów paryskimi uliczkami paparazzi przyłapali go, jak odpala papierosa i zupełnie swobodnie kroczy z nim chodnikiem, co rusz się zaciągając. Nie od dziś wiadomo, że papierosy to jego słabość. Już kilka razy wcześniej był przyłapywany na tym niechlubnym dla sportowca nałogu. Pierwszą fajkę w życiu zapalił, mając zaledwie 14 lat. Możliwe, że właśnie to zamiłowanie do puszczonego dymka w jakiś sposób wpłynęło na jego świetne relacje ze Szczęsnym, który też jak wiadomo lubi zapalić. Wystarczy wspomnieć, jak Buffon przywitał go w Juventusie. ,,Wchodzę do szatni i pierwsze, co widzę, to kłęby szarego dymu. Idę na koniec, a tam dwa wielkie skórzane fotele, na jednym z nich rozłożony jest Gianluigi Buffon. bok niego stolik, popielniczka wielkości pokrywy od studzienki i oczywiście masa kiepów. Buffon bez cienia skrępowania palił papierosy w szatni mistrza Włoch, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. byłem w totalnym szoku! „ty, ale mi powiedzieli, że tu nie można palić”. Gigi tylko szeroko się uśmiechnął. Teatralnie się zaciągnął i rozbroił mnie, mówiąc: „Witaj w Juventusie, Wojtek”- ujawnił Szczęsny w książce „w krainie piłkarskich bogów”. Na Parc des Princes chcieli zaproponować mu przedłużenie kontraktu o kolejny rok, ale on nie okazywał zainteresowania. Nie skusiły go wielkie pieniądze, bowiem zgadzając się na prolongatę umowy, musiałby pogodzić się z rolą zmiennika. ,,Kilka miesięcy temu mogłem podpisać nowy kontrakt. odmówiłem, ponieważ nie chciałem być rezerwowym. Miałem sporo czasu do namysłu. zrezygnowałem z wielkiej kasy, jaką mi proponowano, bo w wieku 41 lat wciąż potrzebuję emocji.”-wspominał.
11
@FCBparasiempre
Mało brakowało, a świat piłki nigdy by o nim nie usłyszał. Przy porodzie pojawiły się pewne komplikacje, które mogły uczynić go kaleką albo nawet odebrać mu życie. Obronił się przed tym, co nie powinno szczególnie dziwić. Talent do bronienia miał przecież ogromny, choć niewielu ludzi wie, że karierę zaczynał jako pomocnik. Pierwszego papierosa zapalił w wieku 14 lat a w drodze na swój debiutancki mecz w dorosłej karierze przeciwko Milanowi zasnął w autokarze. Gianluigi Buffon to doskonały przykład wielkiego sportowca, który pozostał normalnym człowiekiem. Jakiś czas temu legendarny bramkarz Juventusu ogłosił, że kończący się właśnie sezon jest jego ostatnim w Turynie, w którym spędził prawie dwie dekady. Dziś już wiadomo, że Buffon wraca na stare śmieci, bowiem w następnym sezonie będzie bronił bramki Parmy. Powrót Gigiego do klubu, z którego wypłynął na szerokie wody jest świetną okazją, aby podsumować jego piękna karierę. Gianluigi Buffon urodził się 28 stycznia 1978 roku w niewielkiej toskańskiej miejscowości Carrara, położonej nieopodal rzeki Carrione. Tamten dzień, choć na pierwszy rzut oka szczęśliwy, naznaczony został prawdziwym koszmarem. Adrian i Maria Buffonowie nie mogli w pełni nacieszyć się narodzinami swojego trzeciego dziecka. Malutki Gigi został im zabrany jeszcze zanim zdążył zagościć na ich rękach. Przejęta stanem noworodka pielęgniarka w pośpiechu zaniosła go na oddział intensywnej terapii i wtedy wiadomo było, że jest źle. Kilkadziesiąt lat później mama Buffona wzięła głęboki oddech i przez dłuższą chwilę milczała. Ze łzami w oczach opowiadała o dramatycznych wydarzeniach, które spotkały jej ukochaną rodzinę: ,,Wydawał się zdrowy, ważył cztery kilogramy. Okazało się jednak, że dusiła go pępowina. Miał sinicę z powodu braku tlenu i leżał w inkubatorze przez pięć lub sześć dni. Po prostu tam leżał tak jak Jezus na krzyżu. Nikt wtedy jeszcze nie miał informacji, czy doszło do uszkodzenia mózgu. Kiedy lekarze przynieśli go nam, powiedzieli tylko: „Bóg jeden wie…”. Miłościwy pan był dla nas bardzo dobry. Gigi rozwijał się zaskakująco szybko, beż żadnych problemów ze zdrowiem. Chodził i mówił już w wieku dziewięciu miesięcy. Nawet wtedy był numerem jeden.” Z mamą łączy go wyjątkowa więź. Od zawsze był jej oczkiem w głowie, największą miłością i życiowym sukcesem. Znakomite relacje ma również z rodzeństwem, a konkretnie dwiema starszymi siostrami – Veronicą oraz Guendaliną, które także uprawiały sport, będąc siatkarkami. W wywiadzie dla „Corriere della Sera” Guendalina wracała myślami do dawnych czasów: ,,Wiem, że mój brat dla wszystkich jest legendą, ale dla mnie nadal jest małym chłopcem z meczów juniorskich drużyn. Biegał w kółko z dwoma dużymi czerwonymi policzkami, włosami postawionymi na jeża, chudymi nogami i sporym brzuszkiem. Lubił naprawdę dużo jeść.” Jedzenie obdarzył wielkim uczuciem, kiedy jako dziecko odwiedzał rodzinne strony ojca. Adriano Buffon pochodził z Latisany, ale jego rodzeństwo mieszkało w pobliskiej Pertegadzie, gdzie Gigi spędził wiele lat we wczesnej młodości. Przebywał tam ze swoim wujem Giannim, ciotką Marią i babcią Liną. Ich mieszkanie znajdowało się nad sklepem spożywczym, który prowadzili z pomocą Aldiny, innej cioci Gianluigiego. W swojej autobiografii dzielił się wspominkami na ten temat: ,,To był magiczny świat. Poruszanie się po półkach, bieganie i zjeżdżanie po przejściach pełnych rzeczy do jedzenia. Zawsze miałem pełny żołądek. Najbardziej lubiłem kanapki z mortadelą, które pożerałem w gigantycznym tempie.”
Po rodzicielach odziedziczył wraz z siostrami sportowe geny, bowiem Maria Buffon zawodowo rzucała dyskiem i pchała kulą, natomiast Buffon senior był znanym w całych Włoszech sztangistą. Nic dziwnego więc, że Gigiego również ciągnęło do wysiłku fizycznego. Na początku miał spore problemy ze znalezieniem odpowiedniej dla siebie dyscypliny, ale w wieku sześciu lat rodzice zapisali go do szkółki malutkiego amatorskiego klubu USD Canaletto Sepor z miasta La Spezia, które znajdowało się 30 kilometrów od Carrary. Jego pierwszym trenerem został… jego ojciec, który pomimo uprawiania innego sportu, był zapalonym fanem piłki nożnej i opiekunem młodych piłkarzy Canaletto. W przeciwieństwie jednak do archetypowego „nachalnego rodzica” nie narzucał na syna zbędnej presji i nie pajacował przy linii boiska, krzycząc i wymachując rękami w celu chęci polepszenia gry swojej pociechy. Wolał po prostu dać mu się dobrze bawić. Smarkaty Gigi nie podchodził do futbolu tak entuzjastycznie, zdecydowanie bardziej wolał grać w ping-ponga. Jak sam mówi, początki przygody z piłką nie były dla niego optymistyczne, ale spodobała mu się idea posiadania specjalnego stroju meczowego, własnej torby oraz odpowiednich butów.Co ciekawe, Buffon nie zaczynał kariery w roli bramkarza, tylko pomocnika. Debiut w juniorskiej drużynie prowadzonej przez tatę miał wymarzony. Strzelił piękną bramkę z rzutu wolnego i ze względu na swoje gabaryty i posiadaną siłę, od małego był kimś w rodzaju specjalisty od stałych fragmentów. Szczególnie podczas pobytu w Perticata, klubie z Carrary, do którego dołączył po opuszczeniu Canaletto, aby grać bliżej domu. Na jednym z młodzieżowych turniejów uderzył w poprzeczkę podczas swojego pierwszego w życiu występu na stadionie San Siro. Człowiekiem, któremu zarówno Buffon, jak i cała Italia zawdzięcza bardzo wiele, jest niewątpliwie kameruński bramkarz Thomas N’Kono. To właśnie on natchnął 12-letniego wówczas Gigiego do wskoczenia między słupki. Oglądane z wypiekami na twarzy mistrzostwa świata w 1990 roku, gdzie Kamerun z N’Kono w składzie odpadł dopiero w ćwierćfinale po heroicznym boju z Anglią, stały się momentem przełomowym w karierze bohatera tekstu. Akrobatycznie broniący golkiper „Nieposkromionych Lwów” wzbudził u Buffona ogromny podziw i przekonał go do zmiany boiskowej pozycji. Nie będzie sporym nadużyciem stwierdzenie, że N’Kono zmienił bieg historii. Jest wielce prawdopodobne, że gdyby nie on, Buffon nigdy nie zostałby bramkarzem i pewnie przepadłby gdzieś w przeciętności wśród wielu młodych chłopaków grających w polu. Ostateczny dowód na ogromną sympatię do idola stanowi fakt, że jeden z dwóch synów Buffona z pierwszego małżeństwa z czeską modelką Aleną Šeredová nosi imię Thomas. ,,To, co zrobił dla Kamerunu podczas mistrzostw świata, zainspirowało mnie do zostania bramkarzem. Wszystkie oczy były zwrócone na graczy takich jak Diego Maradona i Gary Lineker, ale mnie zahipnotyzował N’kono” – powiedział kiedyś Buffon w jednym z wywiadów. Wielka postać afrykańskiej piłki zwróciła uwagę Buffona już trzy lata przed rzeczonym mundialem, kiedy to Espanyol z nim na bramce wyeliminował z Pucharu UEFA wielki Milan prowadzony przez Arrigo Sacchiego. N’Kono docenił sympatię i szacunek, jakim darzył go młodszy kolega po fachu. Zaprosił go do Kamerunu na swój pożegnalny mecz, jednak nie spodziewał się, że Buffon dotrzyma słowa i zjawi się na miejscu. ,,Po raz pierwszy spotkałem go, gdy miał 20 lat i był w Parmie. Rok później poprosiłem go, żeby zagrał w moim pożegnalnym meczu. Powiedział tylko, że nie ma problemu i na pewno przybędzie. Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że tak się nie stanie. Potem, w ostatniej chwili, zadzwonił do mnie i orzekł, że jest na lotnisku i wkrótce ma lot do Kamerunu. To było niesamowite” – przyznał N’kono.
Latem 1990 roku ojciec zapytał go, czy chciałby spróbować swoich sił jako bramkarz. Mając w pamięci popisy N’Kono, 12-letni Gigi bez wahania potakująco kiwnął głową. Jedynym problemem było to, że w Perticacie usilnie wystawiali go w pomocy. Inter Mediolan w tamtym czasie również poznał się na jego talencie i chciał sprowadzić go do siebie, aby ten grał w drugiej linii. Buffon był zdeterminowany, by zostać bramkarzem i na szczęście znalazł inny lokalny klub, który pozwolił mu grać na preferowanej pozycji. Trafił do A.S.D. Bonascola Calcio, gdzie spotkał trenera bramkarzy, Avio Menconiego. ,,Miał znakomitą sylwetkę oraz spory wzrost. Dobrze radził sobie z grą nogami, ale koniecznie chciał zostać bramkarzem. Więc kiedy powiedzieli mi, że jest dzieciak, którego wiele klubów chce jako pomocnika, ja odparłem, żeby przysłali go do mnie. Musiałem nauczyć go, jak poprawnie się rzucać i wpajałem mu do głowy, że za wszelką cenę zawsze musi utrzymać piłkę w rękach. Jeśli chodzi o całą resztę, to po prostu był stworzony do tego fachu” – mówił Menconi o swoim byłym podopiecznym. Już w pierwszym sezonie gry w juniorskiej Bonascoli znalazł się na radarze trzech dużych włoskich ekip – Milanu, Bologni oraz Parmy. Największe zainteresowanie przejawiali Rossoneri. Wysłali nawet rodzicom Gigiego kontrakt do podpisania, jednak podróż do Lodi w celu sprawdzenia warunków i nowego otoczenia spowodowała, że Adriano i Maria zaczęli negatywnie patrzeć na fakt zamieszkania syna tak daleko od domu. Bolonia wydawała się bardziej atrakcyjną opcją i nastoletni Gigi też pozytywnie zapatrywał się na tę przeprowadzkę. Jednak nie wszyscy w klubie żywili przekonanie co do zawarcia umowy, więc sprawa utknęła w martwym punkcie. W Parmie także wątpili w umiejętności młodego piłkarza, ale jeden człowiek stamtąd od razu wiedział, że Buffon będzie wielki. ,,Gdy tylko go zobaczyłem, powiedziałem sobie, że ten dzieciak to fenomen. Dyrektor sportowy Parmy nie był co do niego pewien, ponieważ gigi miał płaskostopie, a jego technika pozostawiała wiele do życzenia. Ja jednak wiedziałem, że możemy nad tym popracować. Dałem wyraźnie do zrozumienia, że musimy natychmiast go pozyskać, zanim zrobi to ktoś inny. kiedyś na jednym z treningów byłem wkurzony na bramkarzy kilka lat starszych od niego. Ryknąłem wtedy, żeby spojrzeli na Buffona i brali z niego przykład, bo w przyszłości będzie numerem jeden w bramce reprezentacji, a w serie a zadebiutuje jako 20-latek” – chwalił się Ermes Fulgoni, były trener bramkarzy Parmy. Na szczęście posłuchano jego słów i zaledwie 13-letni Buffon wkrótce zamieszkał w mieście, które słynie z wymyślenia parmezanu. Gdy opuszczał rodzinną Carrarę, przyjaciele i koledzy z drużyny Bonascoli zasypali go prośbami o oficjalne koszulki, spodenki, a nawet skarpetki z logiem jego nowego klubu. Trener Menconi mierzył wyżej. Był przekonany, że Gigiemu będzie dane reprezentować Włochy. Zagaił go, aby ten wysłał mu pierwszą koszulkę, jaką założy podczas występu dla reprezentacji narodowej. Nastolatek obiecał to zrobić, ale uznał ten pomysł za absurdalny, szczególnie gdy zderzył się z trudnymi początkami nowego środowiska. Splendor i honor grania dla kadry wydawały się zbyt odległe od ponurego życia w jego nowym domu – szkole z internatem imienia Marii Luigi. Nowe miejsce nauki okazało się pięknym i pokaźnym budynkiem, jednak tęsknota za domem dawała mu się we znaki. Placówka zrzeszała uczniów z każdej części kraju, z każdego rodzaju rodziny i z różnych środowisk społeczno-ekonomicznych. 13-letni Buffon był towarzyski i otwarty, więc w mgnieniu oka znalazł kumpli i jak sam mówił, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Problemem okazał się charakterek, który niebawem ujawnił. Lubił się popisywać, być w centrum uwagi, na boisku podczas meczów często zwracał innym uwagę i krytykował w arogancki sposób. Takie postępowanie odbiło się na nim, kiedy w trakcie jednego ze sparingów popełnił fatalny błąd, który zauważył Fabrizio Larini, szef sektora młodzieżowego w Parmie. Larini dał krnąbrnemu małolatowi wybór: zmieniasz swoje zachowanie albo pakujesz manatki i wracasz tam, skąd przyszedłeś. Na jego gorącą głowę wylano kubeł lodowatej wody. Podziałało. Wziął się za siebie i sfokusował swoje myślenie tylko na własnych słabościach oraz ciężkiej pracy. Zaledwie miesiąc później obronił trzy rzuty karne, gdy juniorska Parma triumfowała w finale czteroosobowego turnieju w Molassanie, na którym bronił fantastycznie. To był ważny moment dla Buffona. Wszyscy trenerzy drużyn młodzieżowych Parmy zaczęli w niego wierzyć, a on sam ciągle robił duże postępy. Powołanie do młodzieżowej reprezentacji było kwestią czasu.
W maju 1993 roku bardzo pomógł Włochom awansować do finału mistrzostw Europy do lat 16, które ostatecznie padły łupem Polski. Przyszły król Rzymu, Francesco Totti, grał wtedy w ataku Italii, ale to właśnie Buffon, mimo że był 18 miesięcy młodszy, skradł tamtego dnia show. W konkursie jedenastek w półfinale przeciwko Czechosłowacji obronił aż trzy. W tym samym dniu 16-letnia tenisistka Maria Francesca Bentivoglio dotarła do ćwierćfinału Italian Open. Następnego ranka na pierwszej stronie prestiżowego dziennika „La Gazzetta dello Sport” cały naród oglądał zdjęcia twarzy Marii oraz Gianluigiego. Nad nimi można było przeczytać duży nagłówek, który brzmiał: „Bentivoglio i Buffon, całe Włochy biją wam brawo”. Wracając pociągiem do Parmy, Buffon i kilku kolegów z drużyny ubrani w oficjalne dresowe stroje reprezentacji natrafili na młodych kibiców, którzy bezpardonowo podeszli do charakterystycznie odzianych piłkarzy. ,,Czytałem o was w gazecie. Najwięcej pisali o bramkarzu… jak mu tam było? chyba Buffon” – zabrał głos jeden z fanów. ,,To ja jestem tym bramkarzem!” – wykrzyczał w odpowiedzi Gigi. Ogarnęła nim duma. Poczuł, że w jego życiu zaszły poważne zmiany. Szedł w górę, ludzie zaczęli go rozpoznawać, pochwały spadały na niego niczym jesienne liście z drzew. Stał się zuchwały, w oczy kluła jego infantylność, temperament znowu dawał o sobie znać. Kiedy latem 1995 roku dodano go do kadry seniorów „Gialloblu” na tournée po Ameryce Północnej, zachowywał się jak gówniarz, którym de facto wtedy był. Trener Nevio Scala wydał zakaz niezdrowego jedzenia podczas wycieczki nad wodospad Niagara. Gigi zamówił największe lody. Innym razem, Scala zabronił zabawy wózkami golfowymi w trakcie drużynowej gry w golfa. Buffon miał to gdzieś, wsiadł za kółko i bawił się przednio. ,,Zawsze robiłem odwrotnie, niż kazał mi Scala. Szczerze mówiąc, czasami bałem się, że jeśli trafi do psychologa, to właśnie przez moje postępowanie” – śmiał się po latach. Trener zawsze przymykał oko na występki Gigiego. Wiedział, że to tak naprawdę bystry i dobry chłopak, który szanuje kolegów i klub. W rzeczywistości lubił jego bezczelny urok, postrzegając go jako ucieczkę od presji i stresu. Kilka miesięcy po tournée, Scala znów włączył go do pierwszej kadry. Zbliżał się mecz z Milanem, a podstawowy wybór – Luca Bucci – doznał kontuzji. Rezerwową opcją był Alessandro Nista, jednak 17-letni Buffon na treningach prezentował niewiarygodną formę. ,,Każdy dzień przebiegał tak samo: Buffon był nie do pokonania, broniąc strzał po strzale. w piątek zwróciłem się do mojego trenera bramkarzy, Enzo di Palmy. Zapytałem, czy też widzi to co ja. Odparł, że ten dzieciak jest lepszy, niż myślał, ale nie możemy wystawić go przeciwko Milanowi. Gdyby sparzył się w takim meczu, mógłby już nigdy nie wrócić na właściwe tory” – wspominał Scala. 18 listopada 1995 roku, dzień przed wielkim pojedynkiem, znowu na treningu bronił wszystko. Wtedy Scala poczuł, że trzeba podjąć odważną decyzję. Poszedł do Gigiego, aby porozmawiać.
– co powiesz na to, że jutro chce wystawić cię do pierwszego składu? jesteś gotowy? – zapytał nieśmiało scala. – no, ale w czym problem trenerze? – odparł buffon, a na jego twarzy zarysowało się bezczelne zdumienie.
Nigdy nie bał się wyzwań, uwielbiał do nich dążyć. Za każdy razem, gdy pojawiał się trudny wybór, postępował zgodnie z własną naturą. Zero ściemy i pozery. Bezczelnie wszedł z buta do pierwszego składu i w meczu z wielkim Milanem nie dał rady pokonać go nikt. Próbował Baggio, próbował Weah, swojej szansy szukał Boban. On jednak bronił jak w transie i po końcowym gwizdku na tablicy wyników widniały dwa zera. O swoim debiucie nie powiedział rodzicom, którzy dopiero na stadionie dowiedzieli się, że ich syn wita się z dorosłym futbolem. Podczas drogi na mecz zasnął w autokarze. Kolegów dopadło przerażenie. Wprawdzie miał być zrelaksowany, ale do jasnej cholery, nie aż tak.
11
Żywa legenda futbolu kończy właśnie 45 lat(w odpowiedzi na komentarz):
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
12
W aroganckim stylu:
28 stycznia 2003 r. Luis Van Gaal po raz drugi(i ostatni) opuścił FC Barcelone. Holenderski trener nie zamierzał jednak rezygnować. ,,Tak, przechodzimy kryzys ale musimy go przełamać”- tłumaczył tuż po porażce z Celtą w Vigo(2:0). Holendra przekonał do odejścia Joan Gaspart podczas 90-minutowej podróży samolotem z Galicji. Van Gaal zostawił Blaugrane na 12 miejscu w La Liga i jednocześnie wygrał wszystkie 10 meczów w Lidze Mistrzów. Zarząd Blaugrany marzył aby zastąpił go Sven-Göran Eriksson ale Szwed miał ważny kontrakt z reprezentacją Anglii. W końcu postawiono na Serba Radomira Anticia.
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
1
@AFA90 Ajajaj, za wami młodzieżowcami ciężko nadążąć :)
1
@AFA90 No przecież już od dłuższego czasu konkretną historie zamieszczam w odpowiedzi na swój komentarz ponieważ dany komentarz jest zbyt długi dla redakcji i rzekomo ,,zaburza wizualność strony", czy jakoś tak, z czym ja się absolutnie nie zgadzam. Więc redakcja za takie długie komentarze nakłada mi bana! I to tygodniowego!
11
@FCBparasiempre
27 stycznia 1899 r. w Budapeszcie urodził się Bela Guttmann, wielka legenda futbolu. Niepokorny piłkarz wieszający szczury na drzwiach działaczom Federacji Piłkarskiej. Król nowojorskiego nocnego życia. Bankrut. Milioner. Poskramiacz dziennikarzy. Węgierski Żyd, który przetrwał Holokaust, zostawiając bliskich w obozie pracy. Odkrywca talentu Eusebio. „Wybitny trener bez, którego nie byłoby Złotej Jedenastki Węgier ani Wielkiej Brazylii” – tak mówił o nim Ferenc Puskas. To też człowiek naznaczony historią Europy XX wieku. Guttmann od małego był związany ze sztuką, a konkretnie tańcem, ponieważ właśnie tym trudnili się jego rodzice. Młody Bela upodobał sobie jednak inny sport. Urodzony w 1899 roku Węgier zaczął bowiem grać w piłkę w klubach z Budapesztu. Na początku lat 20. po krótkiej przygodzie z drużyną Torekves SE przeniósł się do będącego własnością bogatych żydowskich rodzin – MTK Hungaria. Z MTK wygrał dwa mistrzostwa, a następnie wyjechał ze stolicy Węgier. Niestety jego kolejny transfer nie był spowodowany wybitną grą młodego Beli, a w dużej mierze sytuacją polityczną. Na tym etapie życia po raz pierwszy(i nie ostatni) świat zaczął mu przypominać o jego żydowskim pochodzeniu. Więc z uwagi na rosnące nastroje antysemickie panującego na Węgrzech za rządów Admirała Horthego, Guttmann wyjechał do Wiednia. W Austrii wstąpił do drużyny Hakoah Wiedeń największego wówczas żydowskiego klubu w Europie. Tam grał w latach 1922-1926 zdobywając jeden tytuł mistrzowski. Zadebiutował również w reprezentacji Węgier właśnie jako zawodnik Hakoah. Tylko jak to było z tą reprezentacyjną przygodą…? Guttmann zagrał zaledwie w 4 meczach w biało-zielonych barwach, a wszystko nie przez brak talentu, ale swój dość problematyczny charakter. Młody pomocnik nigdy nie bał się mówić tego co myśli, przez co często popadał w konflikty. Najbardziej nie po drodze było mu z działaczami rodzimego związku piłkarskiego. Podczas pobytu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 roku, 25-letni reprezentant był bardzo niezadowolony z warunków pobytu oraz faktu, iż jak twierdził: „W ekipie jest więcej urzędników niż piłkarzy”. Swoje niezadowolenie zamanifestował jednak w bardziej dosadny sposób niż słownie. Bela na drzwiach każdego z działaczy powiesił martwego szczura. O dziwo nowe towarzystwo nie przypadło do gustu urzędnikom i zawodnik Hakoah musiał zakończyć karierę reprezentacyjną. Jego ostatni występ przypadł akurat na mecz z Polską, właśnie w Paryżu, rozegrany tuż przed „szczurzym manifestem”. W 1926 roku piłkarz pojechał na amerykańskie tournée z drużyną z Wiednia, postanowił jednak, że z niego nie wróci. Bela zadomowił się w Nowym Jorku i grał w tamtejszych klubach. Nie miał jednak zamiaru marnować ostatnich lat kariery wyłącznie na kopaniu piłki. Węgier zarobił oraz zainwestował sporo pieniędzy, które skrupulatnie wydawał w nowojorskich barach i restauracjach, oczywiście w towarzystwie gwiazd ówczesnej muzyki oraz kina. Syn żydowskich tancerzy z Budapesztu stał się królem życia spełniającym swój amerykański sen. Niestety pobyt w USA jak całe życie Guttmanna naznaczone jest kontrastami i ściśle związane z światową historią pierwszej połowy XX wieku. Nowojorską gwiazdę soccera dopadł kryzys finansowy spowodowany krachem na giełdzie w 1929 roku. Podobno w wyniku tych wydarzeń Guttmann stracił ok. pół miliona dolarów (dzisiaj byłoby to ponad 5 mln.) Po załamaniu finansowym, kluby nie były w stanie wypłacać piłkarzom tak dużych sum jak wcześniej, więc Węgier zdecydował się zakończyć karierę i w 1932 roku wrócił do Europy. Ze Stanów Bela wrócił do Wiednia, co prawda bez worka pieniędzy, ale za to z cennym bagażem piłkarskiego doświadczenia.
W 1933 roku podjął się pierwszej pracy jako trener w dobrze mu znanym Hakoah, gdzie naturalnie długo miejsca nie zagrzał. Następnie wyjechał do Holandii, by przez dwa sezony trenować Twente Enschede. Dobra, miał trenować przez dwa sezony. Guttmann został zwolniony, bo osiągał wyniki… zbyt dobre. Na początku pracy wynegocjował bowiem absurdalnie wysoką premię w przypadku zdobycia mistrzostwa, należy zaznaczyć, że obejmował drużynę ze strefy spadkowej. Bez problemu utrzymał się w lidze, a następnie w kolejnym sezonie szło mu za dobrze. Zarząd klubu uświadomił sobie, że nie stać ich na mistrzostwo więc pożegnano się z Węgrem. Z Holandii niedoszły mistrz wrócił oczywiście do pracy w drużynie Hakoah. Po kolejnej przygodzie wyjechał do Budapesztu, w którym to znalazł się po raz pierwszy od swojego wyjazdu ponad 15 lat wcześniej. W rodzinnym mieście osiągnął pierwszy sukces w pracy menadżera, zostając mistrzem z klubem Ujpest FC. Sprawy układały się fantastycznie, a kariera Guttmanna parła naprzód. Niestety na drodze stanął mu jeden mały problem – wybuch II wojny światowej, która zastała go w tak szczęśliwym dla niego czasie i tak znaczącym miejscu. Przez dziesięciolecia nie było wiadomo, co dokładnie Guttmann robił w czasie wojny, a na pytania, jak przetrwał Holokaust ten odpowiadał: „Tylko Bóg mi pomógł”. Jednak po latach wyszło na jaw, że przetrwanie zawdzięczał nie tyle bożej pomocy, co odrobinie sprytu i pomocy szwagra. W biografii węgierskiego trenera napisał o tym David Bolchover. Okazało się, że gdy na Węgrzech zaczęła się masowa eksterminacja Żydów, Bela ukrywał się właśnie na strychu szwagra. Niestety w 1944 roku rodzina Guttmannów została przewieziona do obozu pracy, skąd Bela uciekł w grudniu 1944 roku tuż przed wywiezieniem do Auschwitz. Węgier wyrwał się z objęć śmierci wraz z innym trenerem Ernestem Erbstainem. Ojciec i siostra Guttmanna zostali zamordowani w Oświęcimiu, a sam Bela do końca życia nie mógł pogodzić się z tym, że ich wtedy opuścił. Po wojnie Guttmann wrócił do pracy jako trener, najpierw podejmując się pracy w rumuńskich klubach, gdzie jednak nie było łatwo. Podczas pobytu w Rumunii, zdarzało się, że Bela z powodu niedoborów prosił, aby kluby wypłacały mu pensję w żywności. Po tym niezbyt udanym epizodzie przyszedł czas na powrót do swojego kraju, gdzie po raz kolejny objął stery Ujpest FC, a następnie Kispest. To właśnie tam jego podopiecznym był słynny Ferenc Puskas. Największa gwiazda węgierskiej piłki miała, delikatnie mówiąc, nie najlepsze stosunki z nowym szkoleniowcem. Między innymi dlatego, iż posadę trenera Guttmann przejął od ojca Puskasa, z czym ten najwyraźniej nie chciał się pogodzić. Bela nie zagrzał na dłużej miejsca w Kispest i pokłócony z kim tylko się da (łącznie z komunistycznymi władzami), wyjechał do Włoch. Co ciekawe wcześniej dostał propozycję objęcia reprezentacji Węgier, ale w obliczu konfliktu z Puskasem oraz swojej niechęci wobec ówczesnej władzy odmówił. Stracił tym samym szansę na zapisanie się w historii złotej jedenastki, choć to on był jednym z twórców systemu 1-4-2-4, którym grali podopieczni Gustava Sebsa. Poniekąd więc przyczynił się do ich późniejszych sukcesów. We Włoszech najlepszą drużyną, jaką prowadził Guttmann, był wielki AC Milan. Rossonerii pod wodzą nowego menadżera spisywali się świetnie i pewnie zmierzali po mistrzostwo. Jak to jednak nasz bohater miał w zwyczaju, zanim sezon się skończył, zdążył się z kimś pokłócić. Tym razem na cel wybrał członków zarządu, przez co został natychmiast zwolniony. Wtedy Węgier niczym Jose Mourinho zwołał konferencję prasową, na której wypowiedział słynne słowa: „Zostałem zwolniony, a nie jestem ani kryminalistą, ani homoseksualistą. Żegnajcie!”.
Wyszedł. Po wydarzeniach w Mediolanie Bela w każdym swoim kolejnym kontrakcie zamieszczał klauzulę, że nie może zostać zwolniony, jeśli jego drużyna będzie zajmowała pierwsze miejsce w tabeli. W 1957 roku z Włoch wrócił do Budapesztu, gdzie ponownie objął Kispest, które zostało przez socjalistyczną władzę przemianowane na Honved. Tam znalazł wspólny język z Puskasem i wydawało się, że będzie spokojnie pracować, niestety do głosu znów doszła historia. Podczas pucharowego starcia w Bilbao z tamtejszym Athletikiem, na Węgrzech wybuchła antykomunistyczna rewolucja. Drużyna nie wiedziała, czy i gdzie odbędzie się ewentualny rewanż, sami piłkarze natomiast, nie byli przekonani czy w ogóle wracać do kraju. Ostatecznie spotkanie odbyło się w Brukseli, a Honoved odpadł z rozgrywek. Niestety po Budapeszcie nadal jeździły sowieckie czołgi, więc Guttmann wraz z piłkarzami zdecydowali się nie wracać do kraju. Dostali kilka propozycji gry w różnych ligach, nawet w Meksyku. Ostatecznie cały team poleciał do Ameryki Południowej, gdzie rozegrał serię sparingów w Brazylii. Całe eldorado zakończyła FIFA, wykluczając Honved ze swoich struktur. Po dyskwalifikacji drużyny część jej członków wróciła do kraju, ale kilku piłkarzy rozjechało się po świecie. Wśród nich był również Bela, który zaczął pracę w Sao Paulo. W Brazylii mimo zaledwie rocznego pobytu zdążył wygrać stanowe mistrzostwo, a przede wszystkim spopularyzować swój styl gry. Nauczył piłkarzy i trenerów z kraju Pelego grać niezawodnym, w jego rękach systemem 1-4-2-4. Kiedy wyjeżdżał w 1958 roku, Brazylia zostawała mistrzem świata, stosując właśnie styl gry Guttmanna. Kolejnym przystankiem w karierze była Portugalia, gdzie Węgier święcił największe triumfy w karierze. W 1958 roku wraz z drużyną FC Porto wygrał ligę, przeskakując w tabeli Benfikę. Wówczas Guttmann jeszcze nie wiedział, że stanie się legendą klubu, który właśnie pokonał. Bela zmienił stronę barykady i od razu rozpoczął własne porządki. Zaczął od pozbycia się dwudziestu doświadczonych, lecz jak uważał, podstarzałych zawodników. W ich miejsce zatrudnił młodych adeptów futbolu mających stanowić o przyszłej sile Benfiki. Wśród nich znalazł się nikomu nieznany 17-latek z Mozambiku, niejaki Eusebio. Historia związana ze sprowadzeniem Eusebio jest przestrogą przed łysiną. Fantastyczny młodzieniec został znaleziony dzięki wizycie u… fryzjera. Pewnego razu roku 1960 Guttmann udał się ściąć swoje włosy. Tam spotkał Jose Carlosa Bauera, byłego reprezentanta Brazylii, którego Bela znał z czasów pracy w tym kraju. Okazało się, że Bauer jest na wakacjach w Lizbonie i za parę dni leci do Mozambiku. Węgier na wieść o tym niejako w żartach rzucił: „Posłuchaj mnie, staruszku, jeśli widzisz utalentowanego zawodnika, kogoś, kto urodził się w Portugalii, pamiętaj o jego imieniu”. Po kilku miesiącach przyjaciele znów się spotkali, a Guttmann dowiedział się o istnieniu jednej z największych przyszłych gwiazd futbolu. Już wtedy, jednak sprowadzenie utalentowanego zawodnika, nie należało do najprostszych zadań. O Eusebio wraz z Benfiką zabiegał lokalny rywal – Sporting. Guttmann postanowił nie odpuszczać i walczył o młodego gracza jak lew, aż wreszcie udało mu się dopiąć swego. Co ciekawe przed podpisaniem kontraktu złoty chłopiec był odizolowany od świata i pilnowany przez całą dobę przez pracowników Benfiki. Trwało to aż 12 dni, aby nikt ze Sportingu nie zdołał go przeciągnąć na swoją stronę. Eusebio wspominał jednak: „Dyrektor Sportingu dotarł do mnie położył pieniądze na stole i powiedział, że to moje, jeśli podpiszę kontrakt z nimi” Portugalczyk odparł: „Powiedziałem mu, że to niestosowne, że nie jestem zły, ale nie zamierzam podpisać dwóch kontraktów naraz”. Tak zaczęła się wspólna historia dwóch legend Benfiki. Guttmann stworzył w Lizbonie maszynę do wygrywania, czyniąc z Estadio da Luz twierdzę nie do zdobycia. Wygrał ligę oraz pierwszy Puchar Europy w 1961 roku. Wyniósł swój warsztat na wyżyny możliwości, będąc nie tylko najlepszym strategiem swoich czasów, ale przede wszystkim wybitnym psychologiem. Potrafił zarządzać drużyną, odpowiednio motywując swoich piłkarzy oraz świetnie ściągać z nich presję i wywierać ją na przeciwnikach.
Guttmann już 50 lat temu wiedział, jak ważne w tej branży są media. Stosował manewry, jakich nie powstydziłby się Diego Simeone czy Jose Mourinho. Przed jednym ze spotkań w półfinale Pucharu Europy z Tottenhamem, Bela powtarzał dziennikarzom brytyjskim jak bardzo obawia się silnej, fizycznej gry Anglików. Oczywiście zadowoleni dziennikarze pisali tylko o tym. Sęk w tym, że prasę czytał przed meczem również sędzia główny tego spotkania. Przejęty arbiter z Danii nie pozwolił zawodnikom z Londynu na ostrą grę, na czym skorzystała grająca technicznie Benfika. Co więcej, w rewanżu na White Hart Lane Guttmann zabronił wychodzić swoim zawodnikom na murawę równo z drużyną gospodarzy. –Zamknąłem drzwi garderoby i pozwoliłem Benfice wyjść w ostatniej chwili, z sędzią i liniowymi– powiedział. –Gra rozpoczęła się, zanim dotarła do nas obecność publiczności. Efektem tych działań był występ Benfiki w drugim z rzędu finale Pucharu Europy. W finale chłopcom Guttmanna przyszło się zmierzyć z piekielnie mocnym Realem Madryt. Królewscy mieli w składzie Alfredo Di Stefano oraz dobrego znajomego Guttmanna – Ferenca Puskasa. Bela widział siłę swojego zespołu nie w wielkich nazwiskach, a młodości. Przed meczem powtarzał jak mantrę, że gwiazdorzy Realu starzeją się i nie wytrzymają tempa, jakie narzucą im gracze ze stolicy Portugalii. Niestety do przerwy tablica wyników na stadionie w Amsterdamie wskazywała 3:2 na korzyść Realu. Węgier nie zmieniał jednak swojej taktyki, nadal wbijając do głowy swoim podopiecznym, by robili swoje. W żartobliwy sposób opowiadał o tym po latach jeden z zawodników Benfiki Antonio Simoes: ,,Naprawdę wierzyliśmy, że możemy wygrać. Pamiętam Guttmanna krzątającego się po szatni i mówiącego w jego własnym języku, swego rodzaju mieszanką portugalskiego i włoskiego, mówiącego nam: Panie, siadaj, panie, siadaj, Real Madryt zmęczony, Real Madryt zmęczony, Real Madryt stary, stary, stary, nie mogą wygrać, Real Madryt nie może biec, Di Stéfano nie żyje. Ta chwila naprawdę nas uderzyła. Wierzyliśmy, że wygramy”. Po drugich 45 minutach było już 5:3 na korzyść drużyny z Estadio da Luz, a puchar po raz drugi z rzędu powędrował do Lizbony. Po zdobyciu upragnionego trofeum Guttmann zaczął jeszcze bardziej cenić swoje umiejętności. Z tego powodu udał się do właścicieli Benfiki i zażądał podwyżki aż o 65% dotychczasowej pensji. Klub z Lizbony nie mógł przystać na takie warunki umowy i pożegnał się z Węgrem. Ten wpadł w szał i wypowiedział zdanie, które do teraz określane jest mianem klątwy Guttmanna: „Przez najbliższe sto lat Benfika nie zostanie mistrzem w Europie”. W Lizbonie do dziś czekają na międzynarodowe trofeum. Od tego czasu swoją szansę zaprzepaścili przegrywając w ośmiu finałach europejskich rozgrywek. Czy przyjdzie im czekać jeszcze ponad 40 lat?
10
Wybitne legendy, wybitne postacie:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
3
@Lionel_Messi10 Uuuu chopie! Co ja bym dał żeby mieć jeszcze te 46 lat(!) a co dopiero 26! Tak czy inaczej, zdrówka, szczęścia i słodyczy, Zenek z Białej Podlaskiej tobie życzy! No i spełnienia najskrytszych marzeń :)
10
Premierowe starcie o punkty!
27 stycznia 1901 r. FC Barcelona wygrała pierwszy w swojej historii mecz o punkty. Mecz ten był rozgrywany na Camp del Hotel Casanovas, w którym Duma Katalonii pokonała Sociedad Española de Futbol 4:1 w ramach Copa Macaya(prekursorze mistrzostw Katalonii). Wszystkie 4 gole strzelił wybitny i legendarny Joan Gamper. Była to pierwsza edycja Pucharu Macaya i mimo strzelenia aż 51 goli w tych rozgrywkach, nie udało się Blaugranie sięgnąć po ten Puchar. Tryumfowała katalońska Hispania AC. Na pocieszenie pierwszym królem strzelców tegoż turnieju został nie kto inny jak sam Gamper, który zdobył 31 goli.
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@DaPidejpi
2
@FCBparasiempre
W kolejnym sezonie chcieli potwierdzić swój prymat, ale plany pokrzyżowali im alianci. 10 lipca wylądowali na Sycylii i tak odległa dotąd wojna, stała się czymś namacalnym. Rozgrywki Seria A zostały zawieszone na dwa lata. Dwa tygodnie później odsunięto Mussoliniego od władzy, a 8 września ogłoszono zawieszenie broni między Królestwem Włoch a aliantami. Na terenach środkowych i północnych Włoch, które były de facto pod okupacją niemiecką, po odbiciu Mussoliniego przez hitlerowców, utworzono Włoską Republikę Socjalną. To właśnie na jej terenach zorganizowano prowizoryczne rozgrywki ligowe. Zespoły rywalizowały w regionalnych grupach, a po kilkustopniowych eliminacjach, trzy najlepsze z nich spotkały się w turnieju finałowym w lipcu 1944 r. Torino zajęło w nim drugie miejsce, pokonując Venezię, a ustępując miejsca VV.F. Spezia, która zdobyła tytuł Campionato Alta Italia. Po tym, jak działania wojenne przeniosły się na teren północnych Włoch, nie przeprowadzano żadnych oficjalnych rozgrywek. Zespoły co prawda trenowały i grały między sobą, ale wielu trenerów i zawodników bało się zwyczajnie o swoje życie. Był nim m.in. jeden z twórców Grande Torino Ergi Ebstein – Węgier żydowskiego pochodzenia, co tłumaczy jego obawy. W trakcie piłkarskiej kariery grał w swojej ojczyźnie, ale też we Włoszech i w Anglii, więc doświadczenie zebrał naprawdę spore. Jego filozofia gry opierała się na szybkich, oskrzydlających atakach i twardej, nieustępliwej obronie. Zaszczepił w piłkarzach Torino przekonanie, że jeśli ich przeciwnik jest przy piłce, to coś jest nie tak i trzeba mu ją odebrać. Kiedy już przejmowali piłkę, często otrzymywał ją Mazzola. Zawsze wiedział co z nią zrobić, czy podać, czy dośrodkować w pole karne, czy przeprowadzić indywidualną akcję. Naprawdę rzadko się mylił. Po wojnie rozgrywki ruszyły na nowo w całych Włoszech. Erbstein jako dyrektor techniczny, wraz z byłym zawodnikiem Torino na ławce trenerskiej Luigim Ferrerą, w pełni wykorzystali potencjał zawodników, jakich mieli do dyspozycji. Byki zdominowali powojenne rozgrywki. W pierwszym sezonie po wojnie rozgrywki prowadzono w dwóch grupach: północnej – Serie A Alta Italia i centralno-południowej – Serie mista A-B Centro-Sud. Tornio wygrało swoją, a później triumfowali w rundzie finałowej. Mazzola stawał się prawdziwym liderem. Choć rozstanie z żoną położyło się cieniem na jego wizerunku, to na boisku był wzorem. Jego kolega z drużyny Sauro Tomà wspominał: ,,Czuliśmy, że kapitan Mazzola czuwa nad nami. Był wspaniałym członkiem drużyny. Górował nad nami jako zawodnik i jako człowiek.” Następny sezon był najlepszym w karierze Valentino. Z 29 bramkami zdobył koronę króla strzelców i poprowadził Torino do drugiego z rzędu scudetto. Tylko on i obrońca Aldo Ballarin zagrali we wszystkich meczach. Rok później Byki strzelili w lidze 125 bramek, co do dziś jest niepobitym rekordem, ale trzeba pamiętać, że w tamtym sezonie Serie A liczyło 21 drużyn. Wygrali aż 19 z 20 meczów na własnym stadionie, a w całych rozgrywkach zdobyli aż 65 punktów w 40 meczach. Zdominowali rozgrywki tak bardzo, że mało kto potrafił stawić im czoła. W szarych i ponurych powojennych czasach Turyńczycy dawali ludziom choć trochę powodów do optymizmu. ,,W latach 40-tych była u nas wielka bieda. Nie było nic. Grande Torino dawało ludziom nadzieję, trochę radości. Nie musieli myśleć o problemach dnia codziennego. To był wielki i wspaniały zespół, któremu kibicowano w całej Italii, może tak jak teraz JuventusowiG – opowiadał Alberto Lovisolo z muzeum grande Torino. Mazzola był wspaniałym dyrygentem zespołu i bożyszczem kibiców. Cieszył się wielką popularnością. Często wspomina się, że kiedy widział, że zespołowi nie idzie, że traci koncentrację, podwijał rękawy. Miał to być dla drużyny znak, że trzeba się wziąć do roboty i zacząć odrabiać straty. To było słynne quarto d’ora granata, czyli kwadrans, w którym Torino dominowało nad przeciwnikiem. Był tak wszechstronny, że w jednym z meczów stanął awaryjnie w bramce. Do końca meczu zachował czyste konto. Jego legenda wciąż rosła. ,,Był połową drużyny. Drugą część tworzyła reszta z nas” – mówił o nim Mario Rigamonti, kolega z drużyny. On sam jednak wcale się nie wywyższał i uważał, że „futbol zawsze będzie grą dla jedenastu”. W 1949 r. pojawiły się jednak głosy, że Mazzola ma opuścić Torino. Miał zostać zawodnikiem Interu, chciał zakończyć karierę w swoich rodzinnych stronach. Klubowi koledzy jednak mieli udać się wtedy do prezesa klubu i poprosić go, żeby obniżył im ich pensje, a w zamian dał podwyżkę Valentino. Wszystko po to, żeby zatrzymać go w zespole.
,,Zarabiał dwa razy więcej niż jego koledzy, ale im to nie przeszkadzało, tłumaczyli, że jeśli Valentino jest zadowolony, to łatwiej im wygrać – opowiadał prezes Feruccio Novo o zarobkach Mazzoli. Sukcesy Torino i Mazzoli napędzały też reprezentację. Pozzo maksymalnie chciał wykorzystać zgranie klubowych kolegów na korzyść drużyny narodowej. W 1947 r. w meczu z reprezentacją Węgier wystąpiło dziesięciu graczy Torino. Po nieudanych igrzyskach w Londynie Vittorio Pozzo przestał być trenerem reprezentacji. Mimo to Mazzola i jego koledzy nadal stanowili o jej sile. 27 lutego 1949 r., rozgrywali towarzyski mecz z Portugalią, w którym zwyciężyli 4:1. Po meczu, kapitan Portugalczyków, Fransisco Xico Ferreira, zapytał Mazzolę, kapitana Włochów, czy Torino nie przyleciałoby do Lizbony na towarzyski mecz z jego Benfiką. Mazzola zgodził się. Pod koniec lat 40. rozgrywki europejskie były jeszcze w sferze marzeń. Urzeczywistniły się one dopiero kilka lat później. Najlepsze drużyny kontynentu spotykały się jednak w takich meczach towarzyskich. Torino pewnie zmierzało po czwarty tytuł z rzędu. Po remisie 0:0 z Interem 30 kwietnia mieli nad nimi cztery punkty przewagi. Do końca pozostały tylko cztery kolejki, więc wydawało się, że nic nie odbierze Mazzoli i jego kolegom kolejnego scudetto. 3 maja był zaplanowany mecz z Benfiką. Jednak Mazzola wahał się czy lecieć. Bał się latania, ledwie dwa tygodnie wcześniej się ożenił po raz drugi, a poza tym nie najlepiej się czuł. Ostatecznie jednak poleciał. ,,Ojciec źle się czuł, nie zagrał w ostatnim meczu z Interem i nie wiedział jeszcze czy pojedzie, ale przypomniał sobie, że obiecał to przyjacielowi. Nie mógł go więc zawieść” – mówił Sandro Mazzola o wahaniach ojca. Sława Torino przekraczała granice kraju. Mieli opinię niepokonanej drużyny, absolutnie nie do powstrzymania. Byli jak dobrze naoliwiona maszyna do strzelania goli. Sandro Mazzola, tak ich opisywał: ,,To byli świetni piłkarze, zespół młodych i starszych graczy, którzy żyli marzeniem o niezwyciężonej drużynie. Swoją niezwykłą siłę zawdzięczali determinacji zawodników i ich technice gry. To było wielkie torino. 3 maja 1949 w Lizbonie, Benfica i Torino stworzyły znakomite widowisko. Jak na mecz towarzyski przystało, padło dużo bramek. Zespół z Lizbony wygrał 4:3. Wieczorem odbył się bankiet, a nazajutrz zawodnicy Torino wracali do domu. Sauro Tomà, jeden z dwóch zawodników, którzy nie polecieli do Lizbony, wspominał: ,,Czasem w pogodne dni z mojego domu widać wzgórze Superga. wznosi się około 500 metrów nad ziemią, więc stale otaczają je chmury. Zwykle, w drodze powrotnej, widząc je, pakowaliśmy już prezenty dla dzieci i zbieraliśmy walizki. Widok domu z samolotu wywoływał wielki entuzjazm. Wtedy było pewnie tak samo. Jednak znienacka otoczyła ich mgła. Pilot nie widząc wzgórza, nie mógł go ominąć. Najpierw o ziemię uderzyło skrzydło, a potem cały samolot.” Z katastrofy nie ocal nikt. Kiedy Ferreira dowiedział się o tragedii, był zdruzgotany. Spędził wiele bezsennych nocy, później wysyłał nawet pieniądze rodzinom ofiar. W jego pokoju z trofeami szczególne miejsce zajmowało czarno-białe zdjęcie Grande Torino. Ceremonia pogrzebowa, która odbyła się 6 maja, zgromadziła prawie milion osób. ,,Całą noc czuwałem nad nimi w Palazzo Madama. Nad trumnami pokrytymi kwiatami. Wobec rodzin zabitych czułem wstyd, unikałem kontaktu wzrokowego” – wspominał Sauro Tomà. Całe Włochy były pogrążone w żałobie. Sandro Mazzola, który miał wtedy sześć lat, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się stało: ,,Nie od razu powiedzieli mi, co zaszło, może bojąc się mnie zszokować. Przeniesiono mnie do domu przyjaciół ojca na przedmieściach Turynu. Ponad 10 dni nic nie wiedziałem. Powoli zaczynało coś do mnie docierać. Tak pewnie było i lepiej. Mówili mi, że tata wyjechał na mecz, potem, że miał wypadek i w końcu zrozumiałem, że nie żyje.” Po katastrofie włoska federacja zdecydowała, że przyzna tytuł Torino. Zdołało ono utrzymać przewagę w lidze. W meczach grali co prawda juniorzy, ale przeciwnicy w geście solidarności również wystawiali młodych piłkarzy.
Mazzola do dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w historii nie tylko Torino, ale i całego włoskiego futbolu. W sercach kibiców obecny będzie zawsze. Kamil Glik w swojej autoryzowanej biografii tak opisywał pamięć o nim w klubie: ,,Każdy kibic Torino w swoim kalendarzyku ma zaznaczoną datę 4 maja. To jeden z najważniejszych dni w roku. Mazzola jest legendą nie tylko Torino, ale i całej włoskiej piłki. Kiedy nowi piłkarze, szczególnie ci z zagranicy, pojawiają się w zespole, szybko im się tłumaczy, kim był dla klubu i jak wielka była to postać.” Valentino wyróżniał się dryblingiem, walecznością, znakomicie się ustawiał i ciągle był w ruchu. Wszechstronny i inteligentny. Wiedział, o co chodzi w taktyce. Swoimi umiejętnościami i podejściem do gry, o dekady wyprzedzał swoje czasy. W barwach Il Granata rozegrał 195 meczów i strzelił 118 bramek. Osoby, które miały przyjemność go oglądać i zawodnicy, którzy z nim grali, twierdzą, że lepszego piłkarza we włoskiej piłce nie było. Uzasadnione są twierdzenia, że z Il Capitano w składzie, Włosi odegraliby dużo większą rolę na brazylijskich mistrzostwach. Jednak na kolejny tytuł musieli czekać do 1982 r. Ich ówczesny trener, Enzo Bearzot pytany o Mazzolę powiedział: ,,Największym włoskim piłkarzem wszech czasów był Valentino Mazzola. Był człowiekiem, który cały zespół dźwigał na swoich barkach”.
10
@FCBparasiempre
Tylko dwóm reprezentacjom w historii udało się obronić tytuł mistrza świata. Pierwsi dokonali tego Włosi, którzy triumfowali w 1934 i 1938 roku. Być może gdyby nie przerwa spowodowana II wojną światową, Vittorio Pozzo i jego zawodnicy świętowaliby po raz trzeci. Po wojnie dysponowali równie dobrą drużyną. Przed turniejem w Brazylii wymieniano ich w gronie faworytów. Trzon ówczesnej reprezentacji stanowili zawodnicy słynnego Grande Torino. Główną postacią zarówno w klubie, jak i w reprezentacji był Il Capitano – Valentino Mazzola – jeden z najlepszych rozgrywających w historii calcio.
Valentino urodził się 26 stycznia 1919 r. Dorastał w miejscowości Cassano d’Adda, która leży niedaleko Mediolanu. Kiedy jego ojciec stracił wszystko wskutek wielkiego kryzysu w 1929 r., Valentino zaczynał właśnie swoją przygodę z futbolem. Już od dziecka był odważny, dzielny i bohaterski. W wieku 10 lat uratował topiącego się w rzece kilkuletniego chłopca. Tym chłopcem był cztery lata młodszy Andrea Bonomi, który kilkanaście lat później założył kapitańską opaskę AC Milan i stał się jedną z legend klubu, zaliczając ponad 250 występów w jego barwach. Mazzola, na początku, zamiast piłki kopał puszki. Wraz ze swoimi czterema braćmi często grali na ulicach miasta, które były areną ich zmagań i na których wygrywali swoje pierwsze mecze. Jego dzieciństwo nie należało jednak do najłatwiejszych. Kiedy ojca zwolnili z pracy, zaczął na własną rękę szukać jakiegoś zajęcia, żeby wspomóc rodzinę. Wkrótce znalazł zatrudnienie jako pomocnik piekarza, a kiedy już trochę podrósł, zaczął pracę w młynie. Grywał amatorsko dla lokalnych zespołów: Tresoldi i Fara d’Adda. W 1938 r. zwrócił na siebie uwagę klubu Alfa Romeo. Zauważył go jeden z pracowników fabryki i wkrótce zaproponowano Mazzoli pracę mechanika w fabryce i miejsce w zakładowej drużynie piłkarskiej, która grała wówczas w Serie C. Ta oferta spadła rodzinie Valentino z nieba. Zmagała się ona wówczas z poważnymi problemami finansowymi, bo niedługo wcześniej ojciec zginął pod kołami ciężarówki. Mazzola nie tylko zyskał stałe źródło utrzymania, ale mógł równolegle rozwijać swoją pasję. Sam tak to wspominał: ,,Alfa romeo to był naprawdę dobry wybór. Gdybym został zawodnikiem Milanu, otrzymywałbym wynagrodzenie, 100 lirów miesięcznie i nie musiałbym pracować. Znacznie lepiej było jednak mieć coś do roboty. Istniało niebezpieczeństwo, że bezczynność zrujnuje moją pasję, tak było lepiej dla mnie i dla piłki.” Kiedy widmo wojny stawało się coraz bardziej wyraźne, dostał powołanie do wojska. Służbę odbywał w Królewskiej Marynarce Wojennej w bazie w Wenecji. Przez kilka miesięcy służył na niszczycielu Confienza, a po tym został oddelegowany do pracy w porcie. W Wenecji udało mu się ukończyć szkołę, którą musiał przerwać, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny. Chciał mieć jakieś wykształcenie, które mogło być przydatne po zakończeniu kariery.
Oprócz pracy w marinie nie przestawał też grać w piłkę. Bał się, że zostanie wysłany na pierwszy front działań zbrojnych, ale jego piłkarskie umiejętności pozwoliły mu przetrwać wojenną zawieruchę w miarę spokojnie. Wkrótce został zawodnikiem AC Venezia. Nie do końca wiadomo, jak do tego doszło, ale mówi się o dwóch wersjach. Według pierwszej zwrócił na siebie uwagę wysłanników klubu, którzy widzieli go w meczach w marynarce. Druga opcja mówi o tym, że Mazzolę polecić miał jeden z oficerów, który był kibicem klubu. Kiedy pojawił się na testach, miał podobno grać na bosaka. Buty miał zostawić w domu, bo nie chciał ich zniszczyć. Po paru miesiącach spędzonych w drużynie rezerw, został oficjalnie zatrudniony 1 stycznia 1940 r. Debiut zaliczył cztery miesiące później w przegranym 0:1 meczu z Lazio. Miejsca w składzie nie oddał już do końca sezonu. Ustawiany na środku ataku, pomógł drużynie w utrzymaniu się w Serie A. Szybko dał się poznać jak gracz o dużych możliwościach. Venezia, która była beniaminkiem, ukończyła sezon na 10. miejscu. Mazzola spędzał dużo czasu na analizowaniu swojej gry. Chciał być coraz lepszy i poświęcał wiele godzin na naukę i próbę zrozumienia zawiłości calcio. Dzięki temu poprawił swoje ustawianie się w grze, przez co miał na nią większy wpływ. Był prawonożny, ale często odbijał piłkę o ścianę lewą nogą, tak, żeby ją jak najlepiej wyćwiczyć. W tamtych czasach mało kto przykładał do tego wagę. Przeciwnicy robili wszystko, żeby go zatrzymać, z łokciami i kopnięciami włącznie, ale z czasem nauczył się ignorować ból. Mimo stosunkowo niedużego (170 cm) wzrostu, dobrze i skutecznie grał głową. Piłki w jego czasach były dość ciężkie i szybko nasiąkały wodą, więc mało kto się na to decydował. Zarówno pod względem techniki, jak i w swoim profesjonalnym podejściu do zawodu był bardzo nowatorski. Niedługo, mimo młodego wieku, zaczął być porównywany do dwukrotnego mistrza świata – Giuseppe Meazzy. To właśnie w Wenecji Valentino po raz pierwszy spotkał Ezio Loika, z którym kilka lat później decydował o obliczu ofensywy Torino. Z początku nie przypadli sobie do gustu. Loik był spokojny i raczej wycofany, podczas gdy Mazzola bardziej impulsywny, przez co wydawał się nieco arogancki. Wkrótce jednak stworzyli duet, który cieszył się opinią najzdolniejszego w całych Włoszech. Fantastycznie czuli się razem na boisku i sprawiali wrażenie, jakby porozumiewali się telepatycznie. Oboje poprowadzili swój klub do największego sukcesu w historii – finał Pucharu Włoch, który odbył się 8 czerwca w Rzymie na Stadio Nazionale del PNF. Tam, przy wsparciu kibiców, Roma prowadziła już 3:0, ale Mazzola z kolegami ostro wzięli się do roboty i odrobili straty. Jako że dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, konieczne było rozegranie dodatkowego meczu. Tym razem spotkanie rozegrano w Wenecji. Miejscowi, po bramce Loika wygrali 1:0. Rok później pokazali, że to nie był przypadek, zajmując trzecie miejsce w Serie A. ,,Miałem szczęście widzieć niezwykły talent Valentino z bliska. Nie było bardziej wszechstronnego gracza we Włoszech. Ani przedtem, ani potem” – twierdził Amadeo Amadei, kapitan AS Roma i reprezentant kraju. Taki talent, poparty osiąganymi z klubem wynikami, nie mógł zostać niezauważony przez selekcjonera. Legendarny Vittorio Pozzo był pod wrażeniem umiejętności obu graczy Venezii i powołał ich na najbliższy mecz kadry narodowej. W Europie szalała wojna, w wielu krajach myślano o tym, żeby jakoś przeżyć ten koszmar, a gra w piłkę schodziła raczej na dalszy plan. Jednak nie we Włoszech. W 1942 r. kraj funkcjonował normalnie, a o działaniach wojennych czytano w gazetach. 5 kwietnia, w Genui, Włosi podejmowali reprezentację innego państwa osi – Chorwację. Pewnie wygrali 4:0, a debiut w niebieskich barwach zaliczył zarówno Mazzola, jak i Loik. Dwa tygodnie później, drużyna prowadzona przez Pozzo, podejmowała w Mediolanie Hiszpanię rządzoną przez generała Franco. Tutaj również rozprawili się szybko z rywalami, a Valentino otworzył wynik wygranego 4:0 spotkania. Od tego czasu był podstawowym zawodnikiem reprezentacji.
31 marca 1942 r. rozgrywano 38. kolejkę ligową. Venezia z Mazzolą w składzie, podejmowała u siebie Torino, które zajmowało fotel lidera. Turyńczycy zmierzali wtedy po scudetto, choć nad drugą w tabeli Romą mieli tylko punkt przewagi. Venezia jednak nie miała zamiaru kłaść się na boisku, postawiła twarde warunki gry i Il Granata przegrała 1:3. To w tym pojedynku zespół z Turynu pogrzebał swoje szanse na mistrzostwo. Prezydent Torino Feruccio Novo ostatecznie przekonał się do zatrudnienia Mazzoli i Loika. Miał podobno po meczu zejść do szatni i tam zawrzeć umowę, w myśl której, wspomniana dwójka przeniesie się do Turynu. Musiał działać szybko, bo oko na Mazzolę miał też Juventus, który miał być już nawet po słowie z Venezią. Ostatecznie jednak sam Mazzola wolał zostać zawodnikiem Byków, do czego przekonywał go sam Vittorio Pozzo. W ramach transakcji, prezes Novo zapłacił za nich 1 mln 200 tys. lirów, a do Venezii trafiło jeszcze w zamian dwóch graczy Torino – Walter Petron i Raúl Mezzadra. W ciągu swojego pobytu w mieście św. Marka, Valentino rozegrał dla Venezii 61 meczów i strzelił 12 goli. Jeszcze podczas gry w Wenecji poślubił 18-letnią Emilię Rinaldi, z którą miał dwóch synów. Ich ślub odbył się w rodzinnym Cassano d’Adda 16 marca 1942. Już w Turynie, 8 listopada 1942 na świat przyszedł Alessandro. Wśród kibiców znany jako Sandro, stał się później ikoną i legendą Interu Mediolan prowadzonego przez Helenio Herrerę. Urodzony 1 lutego 1945 r. Feruccio, który imię otrzymał na cześć prezesa Torino., też poszedł w ślady ojca i brata, ale nie osiągnął takich sukcesów jak oni, choć w trakcie swojej kariery zakładał opaskę kapitańską rzymskiego Lazio. Valentino z rodziną mieszkał w małym mieszkaniu przy Via Torcelli 66. Pracował w fabryce Fiata, dzięki czemu uniknął wysłania na front. Piłkarze Torino zarabiali dobrze, ale ich pensje nie były jakoś bardzo przesadzone w porównaniu do przeciętnych wynagrodzeń. Po wojnie Valentino prowadził sklep sportowy. ,,Gdy miałem 3-5 lat, ojciec przebierał mnie za maskotkę Torino, miałem piłkarskie buty i koszulkę z numerem „10”. Nie rozumiałem, czemu otacza go tylu ludzi, ale czułem po ich zachowaniu, że jest kimś ważnym. Mocno trzymałem go za rękę, bo wokół było tyle wielkich mężczyzn, których się bałem. Uścisk jego dłoni dawał mi siłę” – wspominał Sandro Mazzola. Mazzola, który uważał się za trochę samotnego człowieka, na pierwszym miejscu stawiał futbol. Swój profesjonalizm, którym imponował na boisku, starał się przekładać na wszystkie dziedziny życia. Był bardzo skrupulatny i wymagający, wręcz surowy. Wiele od siebie wymagał i równie dużo od osób ze swojego otoczenia. To właśnie te cechy jego charakteru były prawdopodobnie powodem rozpadu jego małżeństwa. Żona miała już dość dyscypliny, jaką zaprowadzał w domu i w 1946 r. się rozstali. Pierwszy mecz w barwach Torino, Valentino rozegrał 4 października 1942 r., kiedy to ulegli 0:1 Interowi. W kolejnym meczu również zanotowali porażkę – z Livorno, ale od 18 października rozpoczął się ich marsz po mistrzostwo. Wtedy to pokonali w derbach Turynu Juventus 5:2, a Mazzola zaliczył pierwsze trafienie dla klubu. Przez cały sezon w walce o tytuł liczył się tylko Inter, Livorno i Torino. Ostatni mecz sezonu Torino grało 25 kwietnia na wyjeździe z Bari. Na 5 minut przed końcem Mazzola trafił wreszcie do bramki rywali i był to gol dający Bykom upragnione scudetto. W swoim pierwszym sezonie zagrał we wszystkich meczach. Torino miało wtedy kapitalny atak, w którym oprócz Valentino grał jego przyjaciel z Venezii – Loik, były snajper Juventusu – Guglielmo Gabetto, Franco Ossola i były gracz Interu – Pietro Ferraris. Il Granata sezon zakończyła 30 maja. Mazzola pogrążył swój były klub, strzelając czwartą bramkę w finale Pucharu Włoch i ustalając wynik meczu na 4:0.
11
Pierwsza supergwiazda calcio:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
7
O dwóch takich ,,co ukradli księżyc”:
26 stycznia 1955 r. Afredo Di Stefano po raz pierwszy i ostatni zagrał mecz w trykocie Blaugrany u boku Ladislao Kubali. Wydarzyło się to podczas meczu charytatywnego na Camp de Les Corts, zorganizowanego przez szkołę dziennikarstwa w Barcelonie, w którym udział wzięły FC Bologna i FC Barcelona. Zgromadzeni tego dnia na stadionie cules na 90 minut przenieśli się do krainy snów. Oglądali w akcji dwóch genialnych piłkarzy, których młodzieńcza szybkość i siła wciąż pozostawały nienaruszone zębem czasu, równie utalentowanych na boisku. Kubala oraz Di Stefano zaprezentowali wcześniej niespotykany poziom piłkarskich umiejętności i wyobraźni a Barça pokonała Bologne aż 6:1.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson
@patataj
11
Debiuty legend:
26 stycznia 1950 r. w towarzyskim meczu Barçy z Olimpique de Xativa debiutuje legendarny obrońca Joan Segarra. Mecz kończy się zwycięstwem Blaugrany 6:1.
@DaPidejpi
@patataj
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
0
@priest9999 No z tym to akurat się zgadzam w stu procentach, jednak aby zdobyć majstra, nie można grać na pół gwizdka i być aż tak nieskutecznym. Wygrywanie najmniejszym nakładem sił i goli zemści się i szybko się skończy a i Ter Stegen wszystkiego do końca nie wybroni. W rezultacie możemy się obejść smakiem a tym majstrem...
0
@priest9999 Konkretną odpowiedź na to zobaczymy w dwumeczu z Manchesterem United...
1
Owszem wygraliśmy i awansowaliśmy do półfinału. Tylko zastanawia mnie jak długo będzie sprzyjać nam takie szczęście i czy do końca sezonu będzie ratować nas Ter Stegen?
Wygrywanie tylko 1:0, nie domykając meczu, napewno nie będzie trwać długo i może się prędzej czy troche później skończyć...
7
(Nie)zapomniane Legendy polskiego futbolu:
25 stycznia 1929 r. w Warszawie urodził się Edmund Zientara, pomocnik oraz napastnik. Wśród piłkarskich znaków rozpoznawczych stolicy nie może zabraknąć sylwetki Edmunda Zientary, piłkarza, który zarówno życie, jak i karierę związał z Warszawą. Pierwsze spotkania po II wojnie światowej rozgrywane tutaj, były dla niego przeżyciem szczególnym. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu widział swoje rodzinne miasto obrócone w gruz. Powstanie Warszawskie zabrało mu ojca, ostatnia okupacyjna zima położyła zaś schorowaną matkę do grobu. On sam ledwo wyrwał się spod ściany śmierci, tylko dlatego że znał po niemiecku akurat słowo ,,piętnaście” i uznano go za zbyt młodego do rozstrzelania. Musiał też potem w konspiracji używać dokumentów zabitego Andrzeja Szczepańskiego. Dlatego długi czas po wojnie wiele osób mówiło do niego per ,,Andrzej”. Ciężkie przeżycia jednak go nie złamały, lecz zahartowały jego ducha, czyniąc z niego twardego zawodnika z wielkimi zdolnościami przywódczymi. Był jednym z nielicznych piłkarzy, którzy w Ekstraklasie zagrali w barwach trzech różnych warszawskich klubach. Zaczynał w Polonii Warszawa, potem przeniósł się do Legii a następnie do Gwardii, by wrócić po kilku sezonach w szeregi Wojkowych i głównie z tym klubem jest do dzisiaj kojarzony Zientara. Jako kapitan Zientara sięgnął z Legia po dublet w 1956 r. Świetnie wyszkolony technicznie, wszechstronny zawodnik z bardzo dobrym przeglądem pola nadawał tempo grze Wojskowych. W ataku rządzili wtedy Kowal, Brychczy, Kempny oraz Pohl. On zaś był ostoją pomocy. Sam kiedyś zdradzał umiejętności do gry w najbardziej wysuniętej formacji. Ostatecznie jednak z powodu zbyt słabego strzału został nieco cofnięty. Poza jedynym mistrzostwem wywalczył po jednym medalu z pozostałych kruszców.
Jest do dziś jedynym w historii piłkarzem, który zagrał w reprezentacji Polski jako przedstawiciel trzech klubów ze stolicy. Jeden raz zrobił to będąc powołany z Polonii, trzy razy z Gwardii i aż 36 razy z Legii. Był dopiero drugim po Cieśliku zawodnikiem, który uzbierał 40 występów w drużynie narodowej. W białoczerwonych barwach występował aż 11 lat. Ostatni selekcjoner, pod którego wodzą grał, Ryszard Koncewicz, uważał go za jednego z najinteligentniejszych polskich piłkarzy. Brał udział w zwycięskim starciu ze Związkiem Radzieckim. Nie wspominał tego jednak najlepiej. Prasa uznawała Zientarę za jednego z najsłabszych piłkarzy po polskiej stronie. Omal też nie strzelił samobója. Na usprawiedliwienie- do rywalizacji przystąpił z kontuzją. Musiał dostać kilka zastrzyków aby stanąć na nogi. Podobnie jak w Legii, tak i w kadrze pełnił funkcje kapitana. Opaskę przejął po Cieśliku. Na ramieniu z nią wystąpił 19 razy. W tej roli prowadził również zespół narodowy podczas Igrzysk Olimpijskich w 1960 r. w Rzymie. Kariere zakończył w Australii. Nawet po zawieszeniu butów na kołku nie rozstał się całkowicie z futbolem. Przez wiele lat był jednym z najlepszych szkoleniowców w Ekstraklasie. To on poprowadził Legie do półfinału Pucharu Mistrzów a Stal Mielec do ćwierćfinału Pucharu UEFA, co czyni z niego jedynego szkoleniowca, który z dwoma polskimi klubami występował na tak zaawansowanym etapie w europejskich pucharach. Trzy razy w tej roli zdobył mistrzostwo Polski. Do czasu Jacka Magiery był jedynym w historii Legii człowiekiem, który po ten tytuł sięgał zarówno jako piłkarz, jak i szkoleniowiec Wojskowych. Prowadził także Pogoń Szczecin, Wisłe Kraków oraz kluby cypryjskie. Jego nie spełnionym marzeniem pozostawała jednak reprezentacja Polski. Ostatecznie krótko pełnił w niej role tylko asystenta. Był sekretarzem generalnym PZPN w latach 1991-95. Krajowa federacja uczciła go tytułem członka honorowego. Legia Warszawa przyjęła go natomiast do Galerii Sław.
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@AssisMoreira
10
Zapomniane legendy futbolu:
25 stycznia 1954 r. urodził się Ricardo Bochini, ofensywny pomocnik, mistrz świata z 1986 r. ,,El Bocha” jak go nazywali jest jedną z legend Independiente Buenos Aires i jednym z najbardziej utalentowanych pomocników w historii argentyńskiego futbolu. Wystąpił w trzech finałach Pucharu Interkontynentalnego i dwa razy zwyciężał w tych rozgrywkach a najlepiej zaprezentował się w 1973 roku, kiedy to w wieku zaledwie 19 lat zdobył cudowną bramkę, która dała Independiente zwycięstwo nad Juventusem Turyn w Rzymie! Jedenaście lat później w roku 1984 nadal był kluczową postacią w drużynie, która pokonała FC Liverpool w finale Pucharu Interkontynentalnego w Tokio. W klubie z Avellaneda grał w latach 1972-1991. W tym okresie rozegrał 634 ligowe mecze i strzelił 97 goli. Z Indepediente czterokrotnie był mistrzem Argentyny jak również czterokrotnie sięgał po Copa Libertadores (w tym 3 razy z rzędu!), a dwa razy wywalczył Puchar Interkontynentalny. Mimo niepodważalnej pozycji w Indepediente, w reprezentacji Argentyny pojawiał się epizodycznie. W kręgu zainteresowania kolejnych selekcjonerów znajdował się już od połowy lat 70., jednak w kadrze na mistrzostwa świata znalazł się dopiero w 1986. W turnieju w Meksyku zagrał 4 minuty w półfinałowym meczu z Belgią, co dało mu tytuł mistrza świata. Łącznie w kadrze rozegrał 11 spotkań (1977-1986).
@AssisMoreira
@patataj
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Symson
@Pawel13sz
10
@FCBparasiempre
25 stycznia 1942 r. urodził się Eusebio da Silva Ferreyra, genialny portugalski snajper. Eusébio jest uważany przez wielu światowej sławy ekspertów w dziedzinie piłki nożnej, jak i kibiców za jedną z największych legend piłki nożnej w całej historii. Chociaż obiektywnie należy stwierdzić, że nie zdobył tak dużej popularności jak najwybitniejsi piłkarze tacy jak Pele czy „ boski ” Diego Armando Maradona. Grał na pozycji środkowego napastnika, nosząc przydomek Czarnej Pantery lub Czarnej Perły z Mozambiku. Był znany z doskonałej techniki i nieprzeciętnych dryblingów, dzięki którym zyskał przydomek pantery. Ojciec Eusebio był piłkarzem mozambickiej drużyny Ferroviario, ale nie grał w reprezentacji narodowej, ani nie osiągnął żadnych znaczących sukcesów. Pomimo tego właśnie w sporcie widział przyszłość dla swojego syna. Właśnie ojciec był pierwszym, o ile można to tak ująć trenerem legendarnego dziś piłkarza. Nauczył swojego syna wszystkiego co sam umie, dostrzegł też, dzięki doświadczeniu i fachowej wiedzy, którą zdobył podczas swojej zawodowej kariery, że jego syn ma naprawdę talent do gry. Eusebio już od najmłodszych lat interesował się piłką nożną i korzystał z każdej okazji żeby pokopać piłkę, doskonalą w ten sposób swoje umiejętności. Swoją karierę piłkarską zaczął w lokalnym klubie piłkarskim Sporting Lourenço Marques w 1957 roku, spędzając tam 3 sezony piłkarskie. Klub ten był dla młodego Eusebio miejscem gdzie dopiero nabierał doświadczenia w świecie piłki nożnej. Został on zauważony przez obserwatorów z Portugalii i w tym momencie jego kariera nabrała tępa. W 1960 roku przeniósł się do Benfici Lizbona, gdzie grał do 1975 roku odnosząc w tym czasie wiele sukcesów takich jak: jedenastokrotne Mistrzostwo Portugali, pięciokrotne zwycięstwo w Pucharze Portugalii i zwycięstwo w Pucharze Europy(Liga Mistrzów) w 1962 roku. Odnosił także indywidualnie sukcesy między innymi Europejski Piłkarz Roku w 1965, Europejska nagroda Złotego Buta w 1968 i 1973, dwukrotnie najlepszego piłkarza Portugalii i siedmiokrotnie króla strzelców ligi portugalskiej. Poza osiągnięciami indywidualnymi i klubowymi wraz z reprezentacją Portugalii udało mu się zając trzecie miejsce, zaraz za reprezentacjami Anglii oraz RFNu na mistrzostwach świata w 1966 roku, a on sam w tym samym roku dostał nagrodę Złotego Buta za dziewięć strzelonych goli na mistrzostwach. Eusébio w reprezentacji w latach 1961–1973 zagrał 64 mecze, strzelając 41 goli, co bardzo długo było rekordem narodowej reprezentacji Portugalii. Jego wynik pobił dopiero w 2005 roku Pedro Miguel Carreira Resendes, znany jako Pauleta, posiadając w swoim dorobku 47 goli. Eusébio praktycznie całą swoją karierę spędził w jednym klubie, czym nie może poszczycić się zbyt wielu znanych piłkarzy, mimo to osiągnął prawie wszystko, o czym każdy piłkarz marzy i jest w stanie osiągnąć. Mowa tu nie tylko o trofeach, pucharach i nagrodach, ale o niesamowitej liczbie fanów, honorowych tytułów, pomników a przede wszystkim tego, że został w pamięci każdego prawdziwego fana piłki nożnej.
W ciągu tych piętnastu lat strzelił dla Benfici 727 goli! w 715 meczach, co jest wynikiem wręcz niesamowitym, samym w sobie pokazującym klasę i umiejętności piłkarza. W 1975 nadeszła pora na powolne kończenie kariery, dlatego Eusébio przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, by podjąć współpracę z Rhode Island Oceaneers. Był to zespół zlokalizowany w małym mieście Pawtucket w stanie Rhode Island. Nie osiągał tam żadnych sukcesów, był to raczej początek jego piłkarskiej emerytury, gdzie daleko od prasy i całego medialnego szumu mógł w spokoju trenować swój ukochany sport. Klub ten został założony w 1974, a rozwiązany cztery lata później. Sam piłkarz spędził tam jeszcze krócej, bo w tym samym roku przeniósł się do innego amerykańskiego klubu Boston Minutenem. Klub piłkarski działający jeszcze krócej niż poprzedni bo tylko w latach 1974-1976 mieszczący się w Bostonie, stolicy stanu Massachusetts. Eusébio w tym samym roku, odszedł aby przenieść się do meksykańskiego klubu Club de Fútbol Monterrey. Był to jego trzeci klub w jednym roku, miał siedzibę w Monterrey, stolicy stanu Nuevo León. Ponownie nie grał tutaj zbyt długo, bo już w 1976 roku przeniósł się do SC Beira-Mar. Był to portugalski klub, w mieście Aveiro. Tak więc po dwóch latach piłkarz powrócił do Europy. Ponownie nie został za długo w jednym klubie i już po sezonie wrócił do Ameryki Północnej, ale tym razem do Kanday, dołączając do zespołu Toronto Metros-Croatia, mieszczącego się w Toronto w południowej części prowincji Ontario. Jeszcze w ty samym roku przeniósł się do zespołu Las Vegas Quicksilver. Po raz kolejny osiedlił się w Stanach Zjednoczonych, a dokładnie w Las Vegas w stanie Nevada. Po raz kolejny zmienił drużynę jeszcze w tym samym roku, przenosząc się do Newark w stanie New Jersey. Co ciekawe drużyna New Jersey Americans do której się przeniósł obecnie jest drużyną koszykarską, działającą pod nazwą New Jersey Nets. Ostatnim klubem w karierze Eusébio był União de Tomar, w portugalskim mieście Tomar. Po zakończeniu kariery „Czarna Pantera” nie wrócił do rodzinnego Mozambiku, osiedlił się na stałe w stolicy Portugalii Lizbonie. Mimo że od zakończenia kariery minęło ponad 30 lat, mieszkańcy Lizbony nadal uważają go za bohatera, o czym świadczyć może postawiony mu pomnik przed boiskiem Estadio da Luz. Do pamięci kibiców przeszły w szczególności jego dwa wyczyny na Mistrzostwach Świata w 1966 roku. Chodzi o zdobycie tytułu najlepszego strzelca mistrzostw z dorobkiem dziewięciu bramek i poprowadzenie w ten sposób Portugalii do najniższego stopnia podium, eliminując po drodze takie potęgi jak Brazylia czy ZSSR. Brazylia właśnie była jednym z głównych pretendentów do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Tak obstawiała większość kibiców, którzy grali na zakładach. Drugim wyczynem było doprowadzenie stanu meczu z Koreą z 0 : 3 do 5 : 3, w ćwierćfinałowym meczu. Piłkarz jest znany nie tylko jako sportowiec, ale jako i człowiek. Mimo święcenia największych sukcesów swojej kariery w 1966 roku pamiętał o Maputo w jego rodzinnym Mozambiku, gdzie w tym samym czasie trwała krwawa wyzwoleńcza walka z Portugalczykami. Wypowiedział on znane słowa, do dziś oddającego jego wizerunek : „ Nienawidzę polityki. Moją polityką jest futbol!" W takim przekonaniu udało mu się zostać wielką gwiazdą i legendą piłki nożnej, mimo że urodzonemu w małej prowincji Portugalii nikt wcześniej nie dawałby żadnych szans na sukces. Jego karierę można z pewnością brać za wzór do naśladowania przez młodych piłkarzy.
Można wnioskować że Eusébio da Silva Ferreira wywarł ogromny wpływ na rozwój piłki nożnej nie tylko w Mozambiku, ale w Portugali i Europie. Interesującym jest że Eusébio posiada dwa paszporty, jest uznawany za Mozambijczyka ale kto wie jakby potoczyła się jego kariera gdyby zdecydował się na grę dla reprezentacji Mozambiku ? Można jedynie przypuszczać, że gdyby zdecydował się jednak na grę dla narodowej reprezentacji Mozambiku, mogło by to przyczynić się do zahamowania jego błyskotliwej kariery. Przypuszczać można, że nie byłby w stanie osiągnąć tego co osiągną, a co już zostało w powyższym artykule dość szczegółowo opisane, gdyby nie zdecydował się na grę w reprezentacji Portugalii. Na pewno nie zagrał by z reprezentacją Mozambiku w finałach mistrzostw świata. Pomimo tego, iż był piłkarzem ponadprzeciętnym, nie byłby w stanie sam pociągnąć swojej drużyny do zdobycia jednego z pucharowych miejsc. Jednakże, jego wpływ na ogólny poziom gry ówczesnej reprezentacji Mozambiku byłby bez wątpienia ogromny. Nie ma też wątpliwości w kwestii tego, że miałby realne szanse na zostanie kapitanem drużyny. Nie tylko ze względu na swoje umiejętności, ale także na charyzmę, która nie zawsze idzie jak wiadomo w parze z talentem sportowym nie tylko piłkarskim. Wróćmy jednak do tego, jaki wpływ Estadio da Luz wywarł na rozwój piłki nożnej w swoim ojczystym kraju. Wielu młodych Mozambijczyków, właśnie dzięki niemu zainteresowało się piłką nożną na poważnie, widząc w sporcie swoją szansę na lepsze, szczęśliwsze życie. Dla wielu z nich piłka nożna stała się nie tylko pasją ale też sposobem na życie. Ponadto w kraju, z którego pochodził znacznie powiększyła się liczba kibiców piłkarskich. Można mówić tutaj o zjawisku porównywalnym do tego jakie jeszcze kilka lat temu obserwować mogliśmy w naszym rodzimym kraju. Jak zapewne większość czytelników pamięta, skoki narciarskie w naszym kraju stały się popularne wśród kibiców właśnie wtedy gdy nasz, znany chyba wszystkim Polakom rodak – Adam Małysz osiągać zaczął sukcesy. Przyczyniło się to nie tylko do wzrostu liczby kibiców, ale ogólnie także do rozwoju tej, do niedawna mało popularnej dyscypliny sportu w naszym kraju. O podobnym zjawisku mówić można także w Mozambiku, z którego pochodzi „ czarna pantera ” Estadio da Luz. Kto wie na jakim poziomie stałby futbol w owym kraju gdyby nie błyskotliwa kariera piłkarska jednego z jego obywateli.
8
Wybitne legendy futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Sensible
@DaPidejpi
@AssisMoreira
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Lionel_Messi10
5
Zapowiada się bardzo ciekawe widowisko, ponieważ w pucharowych konfrontacjach Barcy z Realem Sociedad pada dużo goli, zwłaszcza na Camp Nou. Smaczku dodaje również fakt najdłuższej serii wygranych Realu w historii a więc będzie się działo(!) i oby z happyendem ,,dla nas". Żałuje tylko że mecz jest tak późno(przynajmniej dla mnie) i będe niewyspany do roboty ale czego się nie robi dla ukochanej Barcuni.
Vamos Barca! Vamos a ganar!
10
Zapomniane El Clasico:
25 stycznia 1948 r. FC Barcelona pewnie pokonuje Real Madryt na Camp de Les Corts 4:2 w 17 kolejce Primera Division, po 2 golach Basory i po jednym Josepa Seguera i Cesara Rodrigueza. To zwycięstwo w końcowym rozrachunku okazało się bardzo ważne, ponieważ Blaugrana sięgneła w tamtym sezonie po trzecie w historii mistrzostwo Hiszpanii.
@DaPidejpi
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Monix10
3
No prosze! Kto by się spodziewał? To ja wylewam smutki i żale za naszą kochaną Ige Świątek a tu(!) nasza następna kochana rodaczka wyskakuje jak Filip z konopii i melduje się w półfinale Australian Open. Wielkie gratulacje dla Magdy Linet, bez względu na to czy dojdzie czy też nie do finału, zasługuje na ogromną pochwałe. Trzeba być dumnym z tego co osiągneła i jak dobrze spisuje się ostatnimi czasy polski tenis. Cieszmy i radujmy się tym co nam Pan Bóg z nieba zsyła a ostatnio obdarza nas wieloma sukcesami, zwłaszcza w kobiecym tenisie.
32
Feliz cumpleaños panie ,,Generale”! Xavi Hernandez Creus kończy dziś 43 lata! Twoja wytrwałość i pasja są godne podziwu. Serdeczne życzenia kolejnych sukcesów! Bywaj zdrów legendo!
Jeden z najwybitniejszych rozgrywających w historii futbolu rodem z Katalońskiej Terrasy trafił do La Masii w wieku 11 lat. Szansę debiutu w pierwszej drużynie otrzymał od van Gaala w meczu półfinałowym Pucharu Katalonii z UE Lleida. Wkrótce stał się podstawowym zawodnikiem i jednym z kapitanów Blaugrany. Przez lata pozostawał jednak w cieniu efektowniej grających kolegów. Jak sam wielokrotnie podkreślał, najwięcej zawdzięcza Luisowi Aragonesowi, trenerowi reprezentacji, z którą wygrał mistrzostwo Europy w 2008 r. To on pozwolił Xaviemu uwierzyć w swoje możliwości i stać się prawdziwym liderem drużyny. Niezwykła wizja gry, przegląd pola, kapitalne podania prostopadłe i słynne kółeczka były jego znakami rozpoznawczymi, gdy pod wodzą Guardioli poprowadził Dume Katalonii do 6 Pucharów w 2009 r. Ostatni mecz w koszulce Blaugrany ,,Generał’’ rozegrał w czerwcowym finale Ligi Mistrzów z Juventusem w 2015 r., wchodząc z ławki rezerwowych na ostatnie 20 minut gry. Oficjalnie rozegrał 767 spotkań w koszulce Barçy.
@Monix10
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@Sensible