FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
13
Towarzyskie El Clasico:
18 lutego 1920 r. FC Barcelona rozgromiła Real Madryt 7:1 w meczu towarzyskim. Hattrickiem popisał się genialny Paulino Alcantara a pozostałe gole dla Blaugrany strzelili: Vinyals, Sancho, Plaza oraz Lakatos. Pamiętajmy że wówczas mecze towarzyskie traktowano bardzo poważnie.
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
2
@Kessie Coś przepięknego! Czegoś takiego z budynkami to chyba nawet na zdjęciu nie widziałem ale szczerze... to miałbym pietra tam chodzić i mieszkać, zwłaszcza po ,,procentach" :) A wogóle to jak oni się tam dostają na taka pionową przepaść?
13
Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak FC Barcelona nie może istnieć bez historii:
Na początku lat 20-tych ubiegłego wieku w FC Barcelonie powstała komisja, której zadaniem było wskazanie terenów pod budowę nowego stadionu. Ostatecznie znaleziono odpowiednie miejsce przy skrzyżowaniu ulicy Numancia z Travessera de Les Corts. Była to działka, na której znajdował się Can Ribot, zbudowany w XVI wieku trzypiętrowy wiejski dom, znany także jako Can Guerra. I tak 18 lutego 1922 r. prezydent Joan Gamper podpisał dokument nabycia Can Ribot. Następnego dnia, podczas zorganizowanej w tym miejscu ceremonii, wmurowano kamień węgielny pod budowę nowego stadionu Camp de Les Corts. Kilka dni później, wraz z początkiem robót, dom został zburzony. Wmurowanie kamienia pod budowę nowego stadionu zamieniło się w miejską fieste. Zorganizowano defiladę od stadionu Escopidora do terenów, na których miał stanąć nowy obiekt. Na czele pochodu szło 4 agentów Gwardii Miejskiej oraz Emili Ardevor, mistrz Katalonii w zapasach i członek tej sekcji, istniejącej w latach 1924-28, który niósł flagę Blaugrany. Orszak uzupełniały 4 drużyny klubu a także tłum ciekawskich i kibiców, którzy spontanicznie dołączyli do defilady. Po dotarciu na miejsce ojciec Lluis Sabater, kapelan klubu i socio numer 79, którego tygodnik ,,Xut” nazwał księdzem sałatą, pobłogosławił pierwszy kamień stadionu Les Corts, zaś Gamper zwrócił się do obecnych w języku katalońskim. Następnego dnia ruszyły prace przy budowie nowego obiektu.
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
10
O takim El Clasico każdy cule powinien wspominać do końca życia:
17 lutego 1974 r. na Estadio Santiago Bernabeu, FC Barcelona pokonała Real Madryt w stosunku 5:0! Mecz ten jest uznawany za najlepsze spotkanie Johana Cruijffa w koszulce Blaugrany. W dniu spotkania było bardzo zimno i widzowie zajeli jedynie 1/3 pojemności stadionu. Przez pół godziny pojedynek był wyrównany. Ostatni kwadrans pierwszej połowy należał jednak do gości. Dwa gole strzelili: Asensi i Cruijff. W dodatku sędzia nie uznał Barcie jeszcze jednego prawidłowo strzelonego gola. Po przerwie Azulgrana strzeliła kolejne 3 gole autorstwa: ponownie Asensiego, Juana Carlosa i Sotila. W dodatku Rexach nie wykorzystał trzech stuprocentowych okazji na podwyższenie wyniku. Trener Realu-Molowny, żałował okazji Velazqueza w pierwszych minutach spotkania, gdyż wtedy ,,mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej”. Natomiast Rinus Michels żartował sobie: ,,Takie liczby można zobaczyć tylko w bankach”, odpowiadając tym na pytanie czy Cruijff stanowi 80 % siły jego zespołu.
Swoją drogą czy my cules dożyjemy jeszcze ,,Manity” na Bernabeu?
@patataj
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
0
@arasz1819 Bardzo śmieszne!
9
Premierowe El Clasico w Primera Division:
17 lutego 1929 r. FC Barcelona przegrała na Les Corts z Realem Madryt 1:2 w drugiej kolejce premierowych rozgrywek Primera Division, po honorowym golu Manuela Parery oraz 2 golach Morery dla Realu. W drugiej połowie meczu przy stanie 0:1 dla ,,Królewskich”, Argentyńczyk hiszpańskiego pochodzenia Emilio Sagi-Barba zmarnował rzut karny w 55 minucie(pierwszy w historii La Liga karny podyktowany dla Barçy). To było pierwsze ligowe El Clasico w historii. No cóż, żal tego niewykorzystanego karnego ale koniec końców Duma Katalonii została pierwszym mistrzem Hiszpanii!
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
8
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
16 lutego 1931 r. w Bobrku urodził się Edmund Kowal. Z piłką potrafił zrobić niemal wszystko. Był genialnym dryblerem, czarował w Krakowie, w Warszawie i w Zabrzu. W każdym z tych miast zapisał się w pamięci miejscowych kibiców. Jako młody chłopak grał od rana do wieczora, często sam przeciwko kilku młodszym chłopcom. Długo nie chciał zapisać się do żadnego klubu. W końcu jednak w 1946 r. dzięki namowom Józefa Wieczorka i Marcelego Strzykalskiego dołączył do drużyny KS Odra przy Hucie Julia w rodzinnym Bobrku. Miał braki w przygotowaniu motorycznym, nie imponował szybkością, a do tego dość dziwnie i nienaturalnie biegał na całych stopach. Wszystko to nadrabiał jednak swoją znakomitą techniką. Jesienią 1952 r. przeniósł się do Krakowa i został zawodnikiem OWKS. W 1953 r. wystąpił w 21 meczach i siedem razy wpisywał się listę strzelców. Z zespołem zajął drugie miejsce w rozgrywkach i już od kolejnego sezonu najlepsi zawodnicy drużyny trafili do Legii. ZW Warszawie spędził trzy sezony. Rozegrał 58 meczów i 14 razy pokonywał bramkarzy rywali. Dwukrotnie z kolegami z zespołu sięgał po dublet (1955 i 1956). Później razem ze swoim przyjacielem Ernestem Pohlem przeszedł do Górnika, gdzie już w pierwszym sezonie poprowadzili swój nowy klub do mistrzostwa. Gracz wybitnie utalentowany i znakomicie wyszkolony technicznie. Na boisku bardzo często szukał nieszablonowych rozwiązań. W 1959 r. zdobył swój drugi tytuł mistrza kraju. Miał problemy z alkoholem i był za to zawieszany. Jednak dla wielu kolegów z boiska był najwybitniejszym piłkarzem swoich czasów.
,,To był największy talent, jaki widziałem w życiu. Prawdziwy artysta piłki. Kiedy pierwszy raz pojechałem z Górnikiem na obóz, zaszokował mnie tymi swoimi dryblingami. Na treningach wiele razy próbowałem odebrać mu piłkę, udawało mi się to bardzo rzadko. Do dziś pamiętam ten jego niecodzienny zwód. Zawsze robił nogą charakterystyczny „krzyżyk” nad piłką, wszyscy się na to nabierali. Jeździł z tą piłką we wszystkie strony, to było niewiarygodne” – opowiadał o nim z kolei Jan Kowalski. W reprezentacji rozegrał tylko osiem spotkań i strzelił jednego gola w meczu z Finlandią w 1956 r. Nie potrafiono odpowiednio wykorzystać jego wspaniałych umiejętności i ustawiano go inaczej niż w klubie. Zmarł śmiercią tragiczną. W 1960 r. podczas świąt Wielkiejnocy, wybrał się w odwiedziny do kolegi. Po drodze zauważył tramwaj i chciał wskoczyć do pędzącego wagonu. Niestety poślizgnął się na resztkach zlodowaciałego śniegu i przewracając się, wpadł pod koła tramwaju. Za pazuchą miał butelkę wódki, która rozbijając się dotkliwie go poraniła. Jedyną dla niego szansą była natychmiastowa dializa. W Warszawie odmówiono pomocy, więc wysłano go do Poznania. Niestety było już za późno.
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Sensible
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Roni/VEB
@Pawel13sz
5
Sympatyczne legendy futbolu:
16 lutego 1964 r. w Salvadorze urodził się José Roberto Gama de Oliveira, znany bliżej jako Bebeto, napatnik; mistrz świata z roku 1994 i wicemistrz z roku 1998, najlepszy piłkarz Ameryki Południowej z roku 1989. Brązowy medalista olimpijski na igrzyskach w Seulu oraz w Atlancie. Słynna „Kołyska” Bebeto z Mundialu w USA weszła na stałe do kanonu „cieszynek”. I choć, jak zauważył kiedyś komentator TVP Jacek Laskowski, z niejednej z takich kołysek dzieci rychło by wypadły, to w ten sposób obwieszczono na całym świecie już tysiące narodzin potomków piłkarzy. Debiut w pierwszej drużynie Vitorii zaliczył w 1982 roku. W swojej rodzinnej miejscowości nie spędził jednak zbyt dużo czasu. Po roku gry w Vitorii trafił do Flamengo, prawdopodobnie najpopularniejszego klubu w całej Ameryce Południowej. Z zespołu właśnie odszedł Zico a wkrótce potem Leovegildo Lins da Gama Júnior. Były to dwie niezwykle ważne postacie drużyny, która zdobyła właśnie mistrzostwo Brazylii. Pierwszy sezon Bebeto w nowym klubie nie był jednak udany. „Fla” nie obroniło mistrzostwa, a w finale rozgrywek spotkali się dwaj wielcy rywale czerwono-czarnych, Vasco i Fluminese, które ostatecznie wygrało. Rozczarowanie sportowymi wynikami pozostało jednak w cieniu tragedii, do jakiej doszło w grudniu 1984 roku. W katastrofie lotniczej zginęli wówczas Nilton, brat piłkarza a zarazem pilot samolotu oraz Cláudio Figueiredo Diz, kolega z zespołu. Bebeto zdołał otrząsnąć się po tej tragedii i stał się niezwykle silnym punktem zespołu Flamengo. W koszulce Rubro-Negro Bebeto występował aż do 1989 roku. Według różnych źródeł rozegrał ponad 280 meczów i strzelił ok. 150 goli. W czasie gry dla „Fla” trafił najpierw do młodzieżowej, a później dorosłej reprezentacji. Jeszcze w 1983 roku wygrał z reprezentacją do lat 20. Mistrzostwo świata. W 1985 przyszedł czas na debiut w kadrze seniorów. Na Mundial do Meksyku nie udało mu się jednak pojechać. Pewnym przełomem w jego reprezentacyjnej karierze były Igrzyska Olimpijskie w Seulu w 1988 roku. Podczas turnieju stworzył świetny duet z Romario. To właśnie ich gole pozwoliły Canarinhos dostać się do finału, gdzie jednak lepszy okazał się ZSRR. Prawdziwym popisem Bebeto była jednak Copa America 1989. Turniej rozgrywany był w dość dziwnym formacie – najpierw dwie 5-drużynowe grupy, a później 4-zespołowa grupa finałowa. W tej ostatniej fazie Brazylijczycy wygrali z Argentyną 2:0, Paragwajem 3:0 i Urugwajem 1:0 i zdobyli złoto, a sam Bebeto został z sześcioma golami na koncie królem strzelców turnieju. Wtedy był już piłkarzem Vasco da Gama.
Przejście do lokalnego rywala wywołało sporo kontrowersji. Bebeto nie przejmując się tym specjalnie, zaczął z wysokiego „C” – Vasco w 1989 roku zdobyło po raz drugi w swojej historii mistrzostwo Brazylii. Sukcesy reprezentacyjne i klubowe przełożyły się również na indywidualne laury – na koniec roku Bebeto otrzymał prestiżową nagrodę dla najlepszego piłkarza Ameryki Południowej. Kolejny rok nie był już tak udany, choć wiele wskazywało na to, że może być inaczej. Bebeto znalazł się w kadrze na Mundial, który w 1990 roku odbywał się na włoskich boiskach. Selekcjonerem był wówczas Sebastião Lazaroni, który hołdował dość osobliwej zasadzie – podzielił swoich napastników na pary: Careca miał występować z Mullerem, a Bebeto z Romario. Ten ostatni przyjechał na zgrupowanie z urazem, a sam Bebeto również doznał kontuzji przed meczem z Kostaryką. W ataku grali Careca i Muller, a Brazylia odpadła już w 1/8 po porażce z Argentyną 0:1. Nie minęły nawet dwa miesiące od zakończenia mistrzostw świata, gdy wznowiono rozgrywki Copa Libertadores. Vasco miało zapewniony udział w tych rozgrywkach jako mistrz Brazylii z poprzedniego sezonu. W 1/8 brazylijski klub wyeliminował chilijskie Colo-Colo, ale w ćwierćfinale lepsze okazało się kolumbijskie Atlético Nacional. W 1992 roku Bebeto okazał się najlepszym strzelcem całej ligi i choć tym razem Vasco nie zdobyło trofeum, to dla José Roberto Gamy de Oliveiry tytuł króla strzelców stał się szansą na przenosiny do Europy.
Trafił do Deportivo La Coruna. Klub ten w sezonie 1991/1992 cudem uratował się przed spadkiem, ale już w nowej kampanii (przede wszystkim dzięki Bebeto) stał się czołową drużyną La Liga. Pierwszy sezon na De Riazior był dla brazylijskiego napastnika rewelacyjny. Trzecie miejsce w tabeli i tytuł króla strzelców z 29 golami na koncie. W pokonanym polu zostali m.in. Ivan Zamorano i Christo Stoiczkov. W kolejnych rozgrywkach Bebeto strzelił „tylko” 16 goli, ale „Depor” bliskie było zdobycia pierwszego w swej historii mistrzostwa Hiszpanii. W ostatniej minucie ostatniego meczu sezonu wystarczyło wykorzystać rzut karny. Etatowym wykonawcą jedenastek było do tej pory Bebeto. Tym razem oddał piłkę Jugosłowianinowi Miroslavowi Đukićowi, który jednak nie zdołał umieścić piłki w siatce. Mecz z Valencią zakończył się wynikiem 0:0. Deportivo i Barcelona zakończyła sezon z równą liczbą punktów, ale klub z Katalonii miał lepszą różnicę bramek. Tytuł trafił na Camp Nou. Po latach w wywiadzie dla magazynu ,,FourFourTwo” Bebeto wspominał tamtą sytuację: „Nnie chciałem uderzać, bo miałem 4 cm przerwę w mięśniu przywodziciela, nie trenowałem na pełnych obrotach przez 4 tygodnie a Dukič zawsze trafiał rzuty karne, nawet na treningu nie chybił ani jednego. Pozwoliłem mu strzelać. Potem przepraszał mnie za to. Wtedy, powiedział: »Jest ok., pozwól mi strzelać « Tego dnia boisko było bardzo błotniste. Może gdybym to ja strzelał? Może zmyliłbym bramkarza i posłałbym piłkę wysoko w środek bramki? Dukič przepraszał później wszystkich. Niestety przez gorszy bilans goli przegraliśmy mistrzostwo z FC Barceloną”. To bolesne niepowodzenie, Bebeto w pełni zrekompensował sobie występem na Mundialu w USA, o którym była już tu mowa. Kolejny sezon w Hiszpanii to kolejne wicemistrzostwo, tym razem za Realem Madryt. Następna kampania (1995/1996) była ostatnią w barwach galicyjskiego klubu. Bebeto zdobył 25 goli, co było zupełnie dobrym wynikiem, a zespół z La Corunii zajął dopiero 9. Miejsce. Bebeto nieco niespodziewanie postanowił wrócić do Flamengo. Niestety, nie wszyscy przywitali go ciepło, pamiętając, że swego czasu przeszedł do Vasco da Gama.
Dalsza kariera klubowa niestety nie przyniosła sympatycznemu napastnikowi zbyt wielkich sukcesów. Sevilla, powrót do Vitorii, Cruzeiro, Botafogo, meksykański Toros Neza, japońska Kashima Antlers, kolejny pobyt w Vitorii, powrót do Vasco i nieudana przygoda z saudyjskim Al-Ittihad – te wszystkie kluby Bebeto zdążył zwiedzić w ciągu ostatnich 6 lat swojej kariery. Zawodowe granie w piłkę zakończył w 2002 roku. O ile ostatnie lata na niwie klubowej były raczej niesatysfakcjonujące, to w reprezentacji wciąż było miejsce dla pochodzącego z Salvadoru zawodnika. Przed mundialem w 1998 roku wydawało się, że będzie to miejsce na ławce rezerwowych, ale wobec kontuzji Romario to właśnie Bebeto stworzył duet z Ronaldo. Trzy gole (w tym znakomity w meczu z Danią) w turnieju to powtórka wyniku z 1994 roku, tym razem jednak Brazylijczycy nie zdobyli tytułu. W pamiętnym finale z Francją przegrali 0:3. Po mistrzostwach Bebeto już nigdy nie zagrał w reprezentacji, kończąc ten etap kariery z przyzwoitym dorobkiem 75 meczów i 38 goli w narodowych barwach. Skoro była mowa o Romario, to warto napisać, choć kilka słów o skomplikowanych relacjach między nim a bohaterem tego tekstu. Romario zwołał konferencję prasową przed Mistrzostwami Świata w 1994, aby ogłosić, że nie usiądzie obok Bebeto podczas lotu drużyny do Stanów Zjednoczonych. Po latach jednak relacje obu panów wyglądają całkiem przyzwoicie. W 2018 roku Bebeto udzielił wywiadu, w którym chwalił sobie współpracę z dwa lata młodszym kolegą: „Grałem z Romario tylko w reprezentacji narodowej. Graliśmy razem tylko w jednym meczu Flamengo, zanim wyjechał do Europy. Czy wiesz, że Brazylia nigdy nie przegrała meczu, gdy Bebeto i Romario grali razem? ani jednego meczu! Poza tym za każdym razem, gdy graliśmy razem, przynajmniej jeden z nas strzelił gola”. Jak podsumować karierę tego wiecznie uśmiechniętego napastnika? Z reprezentacją zdobył mistrzostwo i wicemistrzostwo świata, w Deportivo uznawany jest za legendę, w innym klubach wiodło mu się różnie. W reprezentacji jednak zawsze trochę w cieniu Romario lub Ronaldo. Pewnie Bebeto mógł wyjechać do Europy nieco wcześniej. Prawdopodobnie nie powinien był odchodzić z Deportivo w 1996 roku. Być może jego kołyska jest najbardziej kultową „cieszynką” w najnowszej historii futbolu.
@Symson
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
6
Genialny austriacki pomocnik:
16 lutego 1929 r. urodził się Gerhard Hanappi. To jedna z najwybitniejszych postaci w historii austriackiej piłki. Karierę rozpoczynał jako 17 latek w Wackerze Wiedeń (72 mecze i 16 goli), ale został legendą innego stołecznego zespołu – Rapidu (382 występy i 120 goli we wszystkich rozgrywkach), z którym seryjnie zdobywał kolejne krajowe trofea. Już w wieku 19 lat debiutował w reprezentacji Austrii, w której był kluczową postacią przez 14 lat (93 mecze i 12 goli). Występujący na pozycji pomocnika Hanappi uchodził za artystę futbolu, który bez problemy mógł grać na każdej pozycji. Po zakończeniu kariery został architektem i zaprojektował nowy stadion Rapidu (Weststadion), przemianowany po jego śmierci na Gerhard Hanappi Stadium. Obecnie, po zburzeniu Gerhard Hanappi Stadium, plac przed nowym Allianz Stadion nosi imię tego legendarnego austriackiego piłkarza.
@AssisMoreira
@Symson
@DaPidejpi
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
8
Czy wiecie że…
16 lutego 1998 r. ogłoszono głosowanie nad wotum nieufności wobec prezydenta Nuñeza. Referendum odbyło się z inicjatywy organizacji Elefant Blau założonej 14.12.1997 r. przez Joana Laporte i Sebastiana Rocę. Jej członkowie potępiali rządy Nuñeza i chcieli udowodnić że klub popadł w ogromne długi. W styczniu 1998 Elefant Blau udało się zebrać ponad 6 tysięcy podpisów co było podstawą do organizacji głosowania przeciwko prezydentowi. Instytucja krytykowała odejście Ronaldo, słabą pracę z wychowankami, wysoką pożyczkę, którą zaciągnął klub oraz wypłacenie firmie Kappa wyższego odszkodowania za zerwanie umowy niż to wynikało z porozumienia. Elefant Blau nie zgadzała się również na liczne przywileje ze strony klubu dla przestępczych grup kibicowskich, wypominała brak budowy obiecanego miasteczka sportowego i alarmowała iż zarząd chce ograniczyć prawa socios. Działacze klubu bronili się twierdząc że nie powinno się przeprowadzać głosowania z przyczyn formalnych. Negowali również większość zarzutów, twierdząc iż Zgromadzenie Generalne wyraziło zgode na pożyczkę, wniosek nie precyzuje o jakie grupy kibicowskie chodzi a transfer Ronaldo nastąpił z winy poprzedniego zarządu(choć ówczesnym prezydentem był także Nuñez). 6 marca socios opowiedzieli się za pozostawieniem władz klubu ale rok później, również dzięki działalności Elefant Blau, Nuñez podał się do dymisji. Organizacja wystawiła do wyborów Lluisa Bassata, który przegrał jednak z Joanem Gaspartem. Po tym wydarzeniu niespodziewanie Elefant Blau uległa rozwiązaniu.
Jak widzieliśmy przy okazji prezydenta Bartomeu, dzisiejsi socios także przybierali się do usunięcia ,,Bartka’’, jak pies do jeża! Przecież można to było zrobić znacznie wcześniej. Ba! To nawet było obowiązkiem wobec klubu tak postąpić.
@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
2
@Pawel13sz O, no to ciężka sprawa trafić wynik. ,,Czerwone Diabły" na ogół grają lepiej na wyjeździe i ostatnio są w gazie, więc jakbym miał się zabawić w typera to stawiam 2:2!
4
@FCBparasiempre
Na kolejny mecz Barçy i Manchesteru kibicom przyszło czekać aż do sezonu 1990/1991. Trenerem United był już wówczas Ferguson, a Barcelonę od 1988 r. prowadził Johan Cruyff. Obaj trenerzy, jak się później okazało, mieli odcisnąć ogromne piętno na grze i na historii obu klubów. Na razie, obaj musieli zadowolić się grą tylko w Pucharze Zdobywców Pucharów. United trafiło tam dzięki zwycięstwu w krajowym finale z Crystal Palace a FC Barcelona zdobyła Puchar Króla, pokonując znów Real Madryt. W drodze do finału Katalończycy zwyciężyli kolejno: Trabzonspor, islandzki Fram, Dynamo Kijów oraz Juventus. Piłkarze z Old Trafford w pokonanym polu zostawili Pécsi Munkás z Węgier, Wrexham, Montpellier oraz Legię Warszawa. Polskim piłkarzom udało się w rewanżu wywalczyć remis (gol Wojciecha Kowalczyka), ale na nic się to zdało, bo w pierwszym meczu w Warszawie Anglicy byli zdecydowanie lepsi i wygrali 3:1 po golach McClaira, Bruce’a i Hughesa.
Od czasu meczów z 1984 roku oba zespoły diametralnie się zmieniły. W Barcelonie ostał się tylko obrońca Alexanko. Skład drużyny Cruyffa musiał jednak robić wrażenie: Carlos Busquets (ojciec Serio) w bramce, Albert Ferrer i Ronald Koeman w obronie, Michel Laudrup i Bakero w pomocy oraz Julio Salinas i Begiristáin w ataku. W drużynie United zaszło też sporo personalnych roszad. W bramce Sealey, w obronie Irwin, Pallister i Bruce, w pomocy Sharpe, Ince oraz bohater poprzednio opisanej rywalizacji, Bryan Robson. W ataku gwiazdą United był inny gracz, który pamiętał mecze sprzed siedmiu lat. Mark Hughes między meczami z 1984 r. a finałem z 1991 r. zdążył jednak zaliczyć pobyt właśnie w Barcelonie i w Bayernie Monachium. Wszystkie bramki rozgrywanym w Rotterdamie finale padły w ciągu 12 minut. W 67. minucie Robson zagrał na głowę do Bruce’a, piłka przeleciała nad bramkarzem Barcelony i Hughes wpakował ją do pustej bramki. W 74. strzelec gola uniknął pułapki ofsajdowej zastawionej przez Katalończyków, ominął Busquetsa i po raz drugi umieścił piłkę w siatce. W 79. minucie rzut wolny z około trzydziestu metrów od bramki Anglików wykonywał Ronald Koeman. Holender nie pierwszy i nie ostatni raz w karierze popisał się mocnym i skutecznym strzałem. Inna sprawa, że Lee Sealey nie popisał się, próbując interweniować i przepuścił piłkę pod ramieniem. Barcelona próbował jeszcze wyrównać, ale piłkę zmierzającą do pustej bramki wybił z linii bramkowej Clayton Blackmore. Grający tego dnia na biało Manchester United pokonał występującą w niebieskich strojach Barcelonę 2:1 i Alex Ferguson mógł się cieszyć ze swojego pierwszego europejskiego trofeum zdobytego z Manchesterem (wcześniej z Aberdeen wygrał w PZP i w Superpucharze Europy w 1983). Cryuff gorycz porażki zrekompensował sobie już rok później i to z nawiązką. Barcelona (po golu Koemana z rzutu wolnego) pokonała w 1992 roku Sampdorię Genua w finale Pucharu Mistrzów i zdobyła najcenniejszy z klubowych pucharów. Kolejne starcie „Czerwonych Diabłów” z „Dumą Katalonii” przypadło na sezon 1994/1995. W Barcelonie wciąż niepodzielnie panował Cryuff, a jego „Dream Team” właśnie zdobył czwarte z rzędu mistrzostwo Hiszpanii. Ferguson też miał powody do zadowolenia, bo w pierwszych dwóch sezonach utworzonej w 1992 roku Premier League triumfowali właśnie jego podopieczni.
W rozgrywkach grupowych Ligi Mistrzów w grupie A oprócz United i Barcy znalazły się IFK Goteborg i Galatasaray. 19 października 1994 roku na Old Trafford spotkały się dwa zespoły pełne gwiazd. Co prawda w składzie United zabrakło Ryana Giggsa i zawieszonego Erica Cantony, ale wciąż w ataku grał Mark Hughes, a na skrzydłach popłoch siali Lee Sharpe i Kanczelskis. A Barcelona? Koeman, Bakero, Guardiola, a ataku Romario i Stoiczkow – te nazwiska robiły wrażenie na wszystkich w Europie. Podopieczni Fergusona nie przestraszyli się jednak tego gwiazdozbioru i po dośrodkowaniu Sharpe’a i główce Hughesa objęli prowadzenie. Jeszcze w pierwsej połowie wyrównał Romario, strzelając między nogami Schmeichela. W drugiej połowie goście wyszli na prowadzenie po trafieniu Bakero, ale remis gospodarzom uratował Sharpe, strzelając pięknego gola piętą. Przed meczem na Camp Nou problemem dla Manchesteru okazał się limit obcokrajowców, jaki obowiązywał w europejskich pucharach. Kluby mogły mieć w składzie trzech zagranicznych piłkarzy i dwóch graczy „zasymilowanych” (ze stałym pobytem w danym kraju). O ile w Premier League zawodników z Walii, Szkocji oraz Irlandii Północnej, a także z Republiki Irlandii nie traktowano jak obcokrajowców, to w Lidze Mistrzów UEFA uważała ich za przedstawicieli osobnych federacji. Fergusonowi wydawało się, że musi wykorzystać limit obcokrajowców, włączając do składu walijskich i irlandzkich graczy z pola. W związku z tym nie zabrał do Barcelony duńskiego bramkarza Petera Schmeichela. Dla jego zmiennika, Gary’ego Walsha wieczór na Camp Nou okazał się niezwykle ciężki. „Nie miałem pojęcia, że zagram aż do rana w dniu meczu. […] Tłum kibiców był naprawdę duży, przeszło 100 000. Nie to jednak było zastraszające. Zastraszającą rzeczą był duet napastników Barcelony, Romario i Stoiczkow. Gdy padł pierwszy gol, wiedziałem, że to będzie długa noc” – mówił po latach Walsh. Wymienioną bramkę zdobył w 9. minucie Stoiczkow po rykoszecie. Tuż przed przerwą na 2:0 podwyższył Romario. Przy obu golach obrońcy i bramkarz United zostali ośmieszeni przez napastników gospodarzy. Kamery telewizyjne pokazywały zasmuconych Cantonę (wciąż był zawieszony) i Schmeichela, którzy obserwowali mecz z trybun. Z pewnością w drugiej połowie ich humory się nie poprawiły. Przy trzeciej bramce Brazylijczyk i Bułgar zabawili się z obroną United niczym z młodszymi kolegami na podwórku. Stoiczkow do Romario, Romario do Stoiczkowa i król strzelców mistrzostw świata 1994 r. zdobył trzeciego gola dla gospodarzy. Autorem czwartej bramki był obrońca Albert Ferrer.
Sezon 1998/1999 był jednym z najbardziej pamiętnych dla kibiców United. Potrójna korona dała piłkarzom Manchesteru niezwykłe miejsce w historii futbolu, a Alexowi Fergusonowi tytuł szlachecki. Wszystko zaczęło się jednak od pojedynku z …mistrzem Polski, Łódzkim Klubem Sportowym. „Czerwone Diabły” z racji tego, że w poprzednim sezonie wywalczyły tylko wicemistrzostwo Anglii, musiały grać w eliminacjach. 2:0 w Manchesterze i 0:0 w Łodzi dały Anglikom awans do Ligi Mistrzów. Grupę, do której zostali wylosowani, od razu okrzyknięto „grupą śmierci”. O ile przed duńskim Broendby raczej nikt na Old Trafford nie drżał, to Bayern Monachium i FC Barcelona budziły co najmniej respekt. Barcelona jako mistrz Hiszpanii uniknęła gry w eliminacjach. Mecz pierwszej kolejki rozegrano 16 września. Zespół United, do której dołączyli przed sezonem Jaap Stam i Dwight Yorke, stawał naprzeciwko drużyny Blaugrana, prowadzonej przez Louisa van Gaala. W składzie Barcy znajdowali się m.in. Rivaldo, Zenden, Cocu, Sonny Anderson, Figo czy Luis Enrique. Gospodarze zaczęli jednak bez kompleksów i po golach Giggsa i Scholesa prowadzili 2:0. Zaraz po przerwie kontaktową bramkę zdobył Sonny Anderson, a wyrównanie gościom dał Giovanni, skutecznie wykonując rzut karny. Piękny strzał Beckhama z rzutu wolnego pozwolił Manchesterowi wyjść na prowadzenie, ale kolejny rzut karny dla Barcelony (po zagraniu piłki ręką przez Nicky’ego Butta) dał gościom remis. Skutecznym egzekutorem jedenastki okazał się tym razem Luis Enrique. Jeśli ktoś sądził, że równie szalony mecz między tymi dwoma drużynami nie może się zdarzyć, był w wielkim błędzie. Mecz, który odbył się dwa miesiące później w Barcelonie, był jak film Hitchcocka – zaczęło się od trzęsienia ziemi, a później napięcie narastało. Już w 1 minucie gospodarze objęli prowadzenie po golu Sonny’ego Andersona. W 25. minucie wyrównał Dwight Yorke, a w 53. minucie zaliczył asystę przy bramce Andy’ego Cole’a. Tylko trzy minuty goście cieszyli się z prowadzenia – Rivaldo postanowił pokazać, że rzuty wolne wykonuje nie gorzej niż Beckham i zaskoczył Schmeichela strzałem przy słupku. Na 3:2 dla podopiecznych Fergusona strzelił Yorke, ale mecz znów zakończył się remisem 3:3, bo fenomenalną przewrotką popisał się Rivaldo. Wizyta w Barcelonie nie była ostatnim w tamtym sezonie pobytem w tym mieście dla piłkarzy United. W maju 1999 r. na stadionie Camp Nou wygrali w pamiętnym finale Ligi Mistrzów z Bayernem 2:1. Od czasu szalonych remisów 3:3, los przez blisko dziesięć lat nie zetknął ze sobą Barcelony i Manchesteru United. Dopiero w półfinale sezonu 2007/2008 oba klubu trafiły na siebie po wcześniejszym pokonaniu w 1/4 odpowiednio Schalke (FC Barcelona) i Romy (Manchester). Pierwszy mecz odbył się w Hiszpanii, ale to goście mogli objąć prowadzenie już w 3.minucie. Cristiano Ronaldo nie wykorzystał jednak rzutu karnego. Jak się miało okazać, była to najlepsza okazja do zdobycia bramki. Mecz zakończył się bezbramkowych remisem. Rewanż na Old Trafford okazał się zwycięski dla gospodarzy. Jedyną bramkę zdobył potężnym strzałem Paul Scholes. Choć kibice United zwykli śpiewać: „Paul Scholes – he scores goals”, to do momentu tej bramki rudowłosy pomocnik nie zdobył gola przez osiem miesięcy. Manchester awansował do finału, gdzie pokonał Chelsea po rzutach karnych. Barcelona natomiast stała wówczas u progu rewolucji. Latem 2008 roku trenem Blaugrany został Pep Guardiola i rozpoczął jeden z najlepszych okresów w historii „Dumy Katalonii”.
Już pierwszy sezon Guardioli zakończył się zdobyciem potrójnej korony. Mistrzostwo i krajowy puchar były jednak tylko przystawką do dania głównego, czyli Ligi Mistrzów. Zanim jednak do tego doszło, Guardiola zmienił w zespole bardzo wiele: pozbył się Ronaldinho i Deco, którzy psuli atmosferę w szatni, wprowadził nowy regulamin i postawił na ofensywny styl oparty na dużej ilości podań. Po pokonaniu w eliminacjach Champions League Wisły Kraków (choć pod Wawelem Barca przegrała 0:1), wyprzedzeniu w grupie Sportingu, Szachtara i FC Basel oraz wyeliminowaniu Lyonu, Bayernu i Chelsea, Barcelona zameldowała się w finale, który w 2009 roku odbywał się w Rzymie. Jej rywalem został Manchester United oparty o znakomitego, choć będącego myślami w Realu Madryt, Cristiano Ronaldo. „Czerwone Diabły” wyprzedziły w grupie Celtic, Villarreal i Aalborg, a następnie pokonały Inter, Porto i Arsenal. Finał na Stadio Olimpico zaczął się pod dyktando Anglików. Później piłkarze Barcelony przyznawali, że Guardiola nieco przesadził przed tym meczem. Trener przez cały sezon przygotowywał motywacyjne filmy, ale ten zmontowany przed finałem z dodaną muzyką z „Gladiatora” nie dodał graczom skrzydeł, ale ich przytłoczył. Wszystko zmieniło się po golu Eto’o. Kameruńczyk (na początku sezonu niechciany przez Pepa w drużynie) ograł Vidica i strzałem w krótki róg dał prowadzenie Barcelonie. W drugiej połowie zwycięstwo Barcelony przypieczętował strzałem głową Messi. Nie byłoby może w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że Argentyńczyk jest 22 cm niższy niż stojący wówczas obok niego Rio Ferdinand. Barcelona wygrała 2:0 i Carles Puyol mógł wznieść do góry charakterystyczny, „uszaty” puchar. „To nie ja grałem w piłkę z Messim, tylko on ze mną” – powiedział o finale w Rzymie, z charakterystyczną dla siebie zarozumiałością, Samuel Eto’o. Okazja do rewanżu nadarzyła się dwa lata później. Oba zespoły znów dotarły aż do finału Ligi Mistrzów. W półfinale Barca wygrała z Realem, a Manchester odprawił z kwitkiem Schalke. Finał odbywał się w Londynie, co miało stawiać Manchester w uprzywilejowanej pozycji. Pucharu pilnowała Brytyjska Gwardia Królewska w charakterystycznych czarnych bermycach, a Sir Alex w klapę marynarki wpiął różę – symbol Anglii. W ataku Barcelony przez cały sezon brylowało trio MVP – Messi, Villa, Pedro. Nie inaczej było w londyńskim finale. Każdy z tej trójki zdobył po jednej bramce. United stać było tylko na jednego gola, którego strzelił Rooney. Jeśli w finale 2009 roku Manchester mógł nawiązać walkę z Barcą, to podczas meczu w Londynie nie miał większych szans. Barcelona rozegrała być może najlepszy mecz w całej kadencji Guardioli. Rzeczywiście Ferguson wprowadził Naniego i Scholesa, gdy było już „po herbacie”, a trzeciej zmiany nawet nie wykorzystał. Uważny obserwator finału mógł dostrzec na telewizyjnym zbliżeniu pod koniec meczu, jak jedna z dłoni Fergusona trzęsie się a sam trener jeszcze bardziej zawzięcie niż zazwyczaj żuje gumę. Nawet tak doświadczony menadżer był bezradny w starciu z maszyną Guardioli.
W kwietniu 2019 roku obie drużyny spotkały się po raz ostatni jak do tej pory (i to jest właśnie ten drugi raz bez Fergusona). Ćwierćfinał Ligi Mistrzów okazał się dwumeczem jednostronnym. W pierwszym meczu, rozgrywanym na Old Trafford 10 kwietnia 2019 r., lepsi okazali się Katalończycy pod wodzą Ernesto Valverde. Jedyny gol tego spotkania to samobójcze trafienie Luke’a Shawa. Rewanż przebiegał już całkowicie pod dyktando Barcelony. Dwa gole Messiego i jeden Coutinho dały piłkarzom „Blaugrany” pewne zwycięstwo 3:0. Podopieczni Ole Gunnara Solskjaera musieli pożegnać się z Ligą Mistrzów. Łączny bilans FC Barcelony z Manchesterem to 13 meczów, z czego sześć to zwycięstwa Katalończyków. Trzy razy wygrywali Anglicy, a czterokrotnie mecze kończyły się remisem. Kolejne rozdziały do tej niezwykle ciekawej rywalizacji piłkarze obu klubów dopiszą już 16 i 23 lutego 2023 r.
10
Manchester United kontra FC Barcelona już za 24 godziny:
W meczu 1/16 Ligi Europy los skojarzył ze sobą Manchester United i FC Barcelonę. Mecze między tymi drużynami to prawdziwy klasyk europejskich pucharów, jednak pierwszy raz oba zespoły trafiły na siebie dopiero w latach 80. I to wcale nie w najważniejszych europejskich rozgrywkach. W całej historii potyczek między dwoma gigantami futbolu tylko w dwóch dwumeczach zdarzyło się, że trenerem United nie był Alex Ferguson. Za pierwszym razem, w sezonie 1983/1984 w ćwierćfinale nieco zapomnianego już Pucharu Zdobywców Pucharów, FC Barcelona, prowadzona przez Cesara Luisa Menottiego trafiła właśnie na zespół „Czerwonych Diabłów”. Trenerem angielskiej drużyny był Ron Atkinson, który sezon wcześniej zdobył z tym klubem Puchar Anglii po zwycięstwie w powtórzonym finale 4:0 z Brighton & Hove Albion. Barça, natomiast, triumf w krajowym pucharze zawdzięczała zwycięstwu 2:1 nad Realem Madryt. Przed dotarciem do ćwierćfinału rozgrywek klub z Katalonii uporał się z Magdeburgiem i z NEC Nijmegen. United, z kolei, musieli pokonać rywali zza żelaznej kurtyny – w pierwszej rundzie była to Dukla Praga, w drugiej Spartak Warna. Pierwsze spotkanie między MU a Barcą rozegrane zostało 7 marca 1984 roku na Camp Nou. Samobójczy gol Hogga i bramka Rojo sprawiły, że to Duma Katalonii(z Maradoną i Schusterem w składzie) mogła cieszyć się z dwubramkowego zwycięstwa. Dwa tygodnie później Anglicy zagrali o wiele pewniej i skuteczniej. Może i Barcelona miała Maradonę, ale Manchester United miał Bryana Robsona. To właśnie ten zawodnik w 23 minucie strzałem głową dał gospodarzom prowadzenie. W 50. minucie po uderzeniu Raya Wilkinsa bramkarz Barcelony Urruti nie utrzymał piłki i „wypluł” ją przed siebie. Tam czyhał już Robson i z bliska wpakował ją do bramki. Stan dwumeczu w tym momencie się wyrównał. Warto wspomnieć, że wymieniony Ray Wilkins to zmarły 4 kwietnia 2018 r. wielokrotny reprezentant Anglii, związany jako zawodnik i trener głównie z Chelsea. W latach 1979-1984 przywdziewał jednak koszulkę Manchesteru United. Nie minęły nawet trzy minuty od drugiej bramki Robsona, a gospodarze prowadzili już 3:0. Whiteside zagrał piłkę głową do Stapletona, a ten z niewielkiej odległości umieścił ją pod poprzeczką. Barcelona nie było już w stanie zdobyć gola. Do półfinału awansował Manchester. Tam jednak lepszy okazał się Juventus. Dalsza część tej historii w odpowiedzi na mój komentarz.
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
2
@Pawel13sz Wspaniała informacja! Oby się ziściła...
10
Legendy rodzimego futbolu:
15 lutego 1966 w Piasecznie urodził się Roman Kosecki . Od lat jest obecny na polskiej scenie sportowej i politycznej. W czasie kariery piłkarskiej występował na pozycji napastnika lub pomocnika. Karierę piłkarską rozpoczynał w klubie RKS Mirków (1980–1983), następnie był zawodnikiem RKS Ursus (do 1986). W latach 1987–1990 był związany z klubami warszawskimi – Gwardią i Legią. W barwach Legii Warszawa wystąpił w 51 meczach oficjalnych i strzelił 12 goli, świętował zdobycie dwóch Pucharów Polski (1989, 1990) oraz Superpucharu Polski (1989). Przeniósł się następnie do klubów zagranicznych; był kolejno graczem tureckiego Galatasaray SK (1991–1992), hiszpańskich Osasuny Pampeluna (1992–1993) i Atlético Madryt (1993–1995), francuskich FC Nantes (1995–1996) i Montpellier HSC (1996–1997). W 1997 przez krótki czas ponownie grał w Legii; ostatnie lata kariery zawodniczej spędził w USA, gdzie z Chicago Fire zdobył mistrzostwo i Puchar USA (1998). Zaliczył 69 występów w reprezentacji narodowej (jest tym samym członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta). Debiutował jako zawodnik drugoligowej Gwardii Warszawa w meczu przeciwko Rumunii w 1988. W czternastu meczach pełnił funkcję kapitana. Zakończył karierę reprezentacyjną, gdy w meczu ze Słowacją w Bratysławie (11 października 1995) otrzymał czerwoną kartkę za demonstracyjne zdjęcie koszulki w trakcie dokonywania zmiany. Założył szkółkę piłkarską w Konstancinie-Jeziornie pod nazwą MUKS Kosa Konstancin, zajmującą się szkoleniem młodzieży. W latach 2002–2005 zasiadał w radzie gminy Konstancin-Jeziorna . W wyborach parlamentarnych w 2005, otrzymując 4395 głosów, został wybrany na posła V kadencji . W wyborach parlamentarnych w 2007 po raz drugi uzyskał mandat poselski, otrzymując 6847 głosów. W 2007 ogłosił, że będzie kandydował w wyborach na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, lecz niedługo potem zrezygnował z tych zamiarów, twierdząc, że polskiej piłce niepotrzebny jest prezes związany z partią polityczną. W wyborach parlamentarnych w 2011 z powodzeniem ubiegał się o reelekcję do Sejmu, dostał 4603 głosy. 26 października 2012 przegrał wybory na prezesa PZPN, jednak po wygranej Zbigniewa Bońka został wiceprezesem związku ds. szkoleniowych. Funkcję tę pełnił do 2016.
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
0
@Pawel13sz A moge Pawełku prosić tłumaczenie z ,,chińskiego" na polski?
10
Blaugrana w Primera Division:
15 lutego 1948 r. FC Barcelona rozgromiła na Les Corts Real Sociedad aż 6:1 w 20 kolejce Primera Division. Gole dla Barçy zdobywali: Seguer(2), Basora(2), Navarro oraz Florencio. W tamtym sezonie podopieczni urugwajskiego szkoleniowca Enrique Fernandeza sięgnęli po trzecie w historii mistrzostwo Hiszpanii wyprzedzając o 3 punkty CF Valencie.
@DaPidejpi
@patataj
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
7
@FCBparasiempre
14 lutego 1956 r. urodził się Krzysztof Adamczyk, napastnik, 3-krotny reprezentant kraju. 12 listopada 1980 roku, stadion Sarria w Barcelonie. Polacy grają towarzyski mecz z Hiszpanią. Do przerwy prowadzą 1:0. Jest nieźle bo akurat z tym rywalem nie wygrali nigdy wcześniej. Również nigdy wcześniej Krzysztof Adamczyk nie zagrał w reprezentacji. Trener Ryszard Kulesza pozwala mu wejść na boisko w 72 minucie. Na 3 minuty przed końcem gospodarze mają rzut karny i jest już remis. Hiszpanom się spieszy, widać że zależy im na zwycięstwie. Polacy jednak mają podobny plan. ,,Piłke na środku miał Zbyszek Boniek, przyspieszył, zagrał mi na lewą stronę a ja dośrodkowałem w pole karne, gdzie był już Andrzej Iwan. Trafił na 2:1!”- relacjonował Adamczyk. Zbliżały się kwalifikacje do mistrzostw świata w Hiszpanii i ówczesny napastnik Legii mógł być pełen optymizmu. Wejść do gry w debiucie z mocnym rywalem i zaliczyć asyste na wagę zwycięstwa- marzenie każdego nowicjusza! Parę tygodni później w kadrze na pierwszy eliminacyjny mecz z Maltą jednak go nie było. Siłą rzeczy ominęła go też afera na Okęciu, czego akurat nie żałował. Czarnymi bohaterami zostali czterej piłkarze łódzkich klubów, sami liderzy: Boniek, Młynarczyk, Żmuda i Śp. Terlecki. Odesłano ich do kraju więc paradoksalnie szanse Adamczyka na występ w La Valetta nawet by wzrosły. Dlaczego więc go tam nie było? ,,Sam się wykreśliłem. Ten jeden raz. Młodzieńcza głupota. Miałem do odebrania samochód w zachodnich Niemczech. Fiat 123, używany ale zaledwie jednoroczny. U nas w ministerstwie obrony narodowej generałowie takimi jeździli, więc te bryke koniecznie chciałem sprowadzić z Kilonii ale powiem więcej: miałem tam się spotkać z moją byłą dziewczyną. Znaliśmy się jeszcze z Gdańska, wyjechała kiedyś na stałe do RFN i była okazja żeby się z nią zobaczyć. Dziewczyna, samochód… No jak tu się nie skusić?”- wspominał Adamczyk. Dostał zgode z wojskowego klubu, co też było dużym osiągnięciem, więc nie zastanawiał się już ani chwili. A reprezentacja? Nie zając, nie ucieknie. Oczywiście ta jedna nieobecność nie przekreślała jego planów, zwłaszcza że trener Kulesza cenił Adamczyka i szybko by z niego nie zrezygnował. Problem w tym że w wyniku wspomnianej afery na Okęciu spadła selekcjonerska głowa. Nowym szefem kadry został Antoni Piechniczek, lecz on specjalnego przekonania do Adamczyka nie miał. ,,Wystąpiłem tylko w jego debiucie, na wyjeździe z Rumunią. Już do przerwy przegrywaliśmy 0:2, ,,kaszanka” była straszna, wyglądało to beznadziejnie. Wszedłem w końcówce na niecałe 20 minut. I koniec, już nigdy więcej nie dostałem powołania”- opowiadał Adamczyk. Ma czego żałować, ponieważ był w bardzo dobrej formie. W sezonie 1980/81 z 18 golami w 28 meczach został królem strzelców ekstraklasy. Wszedł do wymagającej szatni Legii i w niej nie zginął. Wywalczył snajperski tytuł i 2 Puchary Polski, choć w pamiętnym finale z Lechem Poznań(5:0) w Częstochowie nie wystąpił, ponieważ był świeżo po operacji łąkotki. Przez wiele lat był ważnym zawodnikiem Legii, trafił też pod skrzydła Śp. Kazimierza Górskiego, który po powrocie z Grecji zajął się drużyną z Łazienkowskiej. Po niespełna 6 latach, w czerwcu 1984 r. Adamczyk musiał odejść. Dlaczego? ,,Mówiąc najkrócej: Kopa mnie wykopał”- złośliwie komentuje rozczarowany piłkarz. Trener Jerzy Kopa po swojemu układał zespół. Akurat dla Adamczyka nie widział miejsca. ,, Mam do niego żal, bo choć oczywiście każdy trener ma prawo do suwerennych personalnych decyzji, to powinien umieć powiedzieć to odstawionemu piłkarzowi prosto w oczy. Lecz on wykonywał jakąś krecią robote, żeby odsunąć mnie i paru innych piłkarzy, jak pamiętam także Miłoszewicza, Tumińskiego czy Barana. Były jakieś jego bzdurne zarzuty że sprzedaliśmy mecz. Krew się we mnie burzyła bo nawet nie wiedziałem jak się bronić. Zmiana klubu była więc najsensowniejszym wyjściem. Rok wcześniej miałem oferte z Rapidu Wiedeń. Byłem nawet na testach w drużynie Otto Baricia ale wtedy Legia mnie nie puściła. Potem przez, jak się okazało, ostatni sezon więcej się męczyłem niż grałem. Nieustannie wypychano mnie na margines. O to właśnie miałem największe pretensje. Nie lepiej od razu powiedzieć: ,,Nie chce cię w drużynie, musisz odejść!”? Kopa tego nie potrafił”- komentował Adamczyk. Pamiętał o nim Andrzej Strejlau. Trafił do prowadzonej przez niego Larisy. Najpierw grał w drużynie razem z Kmiecikiem a potem z Kupcewiczem. ,,Dobrze się tam czułem, trochę goli nastrzelałem, do tego było sporo asyst. Kibice mnie lubili. ,,Czik, czik, Adamczik”- skandowali z trybun”- uśmiecha się wychowanek Gedanii. Adamczyk występował też w lidze austriackiej, po czym na przejście do cypryjskiego Apollonu Limassol namówił go Jerzy Engel. Tam grał ze Stefanem Majewskim, potem z Eugeniuszem Ptakiem. Na koniec wojaży wylądował w szwedzkim Höör. ,,Nie chciałem tam jechać ale mam szwagra Szweda. Zależało mu i tylko dlatego się zgodziłem. To była trzecia liga, występowałem jako grający asystent trenera. Wytrzymałem tam jedynie rok. Szwecja jest nudna”- wyjaśniał Adamczyk. Ostatni mecz zagrał jednak w Polsce. ,,Stary kumpel z Legii Waldek Tumiński prowadził Pogoń Grodzisk Mazowiecki i poprosił mnie bym jeszcze u niego pograł. Zagrałem raz, akurat z Mazurem Karczew. Znowu strzeliłem gola, tak jak kiedyś w rezerwach Legii. A po meczu mówię: ,,Waldek, za daleko mam. Przecież nie będę dojeżdżał dzień w dzień z Warszawy”. I to już był naprawdę koniec grania!
7
Zapomniane legendy polskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@patataj
@AssisMoreira
9
@FCBparasiempre
14 lutego 1945 r. urodził się Ladislao Mazurkiewicz, legendarny piłkarz polskiego pochodzenia. W 1970 r. mistrzostwa świata organizowano w Meksyku. Grupę eliminacyjną Polacy przegrali tylko jednym punktem z Bułgarią, pozostawiając w pokonanym polu Holandię z Cryuffem i Suurbierem. Choć na mistrzostwa nie pojechaliśmy, to na turnieju mieliśmy polski akcent. Był nim reprezentujący Urugwaj Ladislao Mazurkiewicz – jeden z najlepszych ówcześnie bramkarzy na świecie. Gdyby mistrzostwa transmitowano w polskiej telewizji, to jego świetne występy i swojsko brzmiące nazwisko z pewnością przysporzyłyby mu fanów nad Wisłą. Kiedy zapytamy, kto był najlepszym bramkarzem w historii, wielu z was wskaże Dino Zoffa, Seppa Maiera, Františka Pláničkę, Rudiego Hidena czy Ricardo Zamorę. Jednak najwięcej głosów zebrałby pewnie Lew Jaszyn. To on jako jedyny golkiper zdobył Złotą Piłkę. Jego pożegnalny mecz zgromadził na trybunach stadionu im. Lenina w Moskwie 100 tys. kibiców. W drużynie Reszty świata obok Bobby’ego Charltona, Gerda Müllera, Florei Dumitrache, Włodzimierza Lubańskiego czy Zygmunta Anczoka zagrał Ladislao Mazurkiewicz. Urugwajczyk zaliczył świetny występ na mundialu w 1970 r. w Meksyku, a sam Jaszyn widział w nim swojego następcę. To nie był pierwszy raz, kiedy ci wielcy bramkarze spotkali się na boisku. W 1968 r. Mazurkiewicz zmienił reprezentanta ZSRR w meczu drużyny Reszty świata z Brazylią z okazji dziesiątej rocznicy zdobycia przez Canarinhos tytułu mistrza świata. To właśnie w tym meczu Jaszyn dał mu swoje rękawice. Ladislao musiał jednak przejść długą drogę, żeby być branym pod uwagę przy ustalaniu składów na mecze gwiazd. Przyszedł na świat 14 lutego 1945 r. w letniskowym miasteczku Piriápolis. Jego matka była Hiszpanką, a ojciec Polakiem pochodzącym z Warszawy. Mój ojciec pracował na statkach jako mechanik. Często podróżował i nie było go długo w domu. Mama była z kolei Hiszpanką. Urodziła troje dzieci. Mam jeszcze brata i siostrę, która mieszka w Hiszpanii – wspominał piłkarz cytowany w artykule Macieja Kaliszuka – El Polaco zatrzymał Pelego – przegladsportowy.pl – 13.11.2012. Od dziecka przejawiał talent do sportu. Obok piłki nożnej trenował również koszykówkę. Karierę zaczynał w stolicy kraju Montevideo. Do miejscowego Racingu zgłosił się jako gracz z pola. W dniu, w którym przyszedł do klubu, bramkarzowi drużyny rezerw lekarz zabronił grać po usunięciu zęba. Kiedy Ladislao się o tym dowiedział, chciał udowodnić swoją przydatność dla nowego zespołu. Zgodził się stanąć między słupkami. Tamtego popołudnia obronił sześć rzutów karnych. Z bramki już nie wyszedł. Pobyt w tym klubie był dla niego trampoliną do wielkiej piłki. W 1962 r. wygrał z drugą drużyną rozgrywki w czwartej lidze, a w 1964 r. trener Fabián Coito zabrał go na mistrzostwa Ameryki Południowej U-20 do Kolumbii. Urugwaj w decydującym o mistrzostwie meczu pokonał Kolumbię i po raz trzeci z rzędu zdobył tytuł, a Ladislao swoimi udanymi występami zwrócił na siebie uwagę wielkich klubów. Po świetnym występie w derbach Montevideo zgłosił się po niego Peñarol, którego szkoleniowcem był wybitny Roque Maspoli – bramkarz mistrzów świata z 1950 r. Sam klub był wówczas jednym z najlepszych na świecie. W latach 1960-62 grali w trzech pierwszych finałach Copa Libertadores, a w 1960 i 1961 wychodzili z tych pojedynków zwycięsko. W 1960 r. w premierowej edycji Pucharu Interkontynentalnego okazali się co prawda gorsi od wielkiego Realu, ale już rok później pokonali portugalską Benfikę. Bramkarzem Peñarolu był wówczas 30-letni Luis Maidana. Maspoli szukał dla niego następcy i klub sięgnął po młodego Ladislao, za którego zapłacono Racingowi 500 tys. peso. 19-letni Mazurkiewicz spełnił swoje wielkie dziecięce marzenie. Pierwsze miesiące w drużynie Los Carboneros upłynęły mu na zdobywaniu doświadczenia.
Poznawał świat wielkiej piłki od środka i cierpliwie czekał na szansę zaprezentowania swoich umiejętności na wyższym poziomie. Wszystko zmieniło się 31 marca 1965 r. Peñarol w półfinale Copa Libertadores mierzył się z brazylijskim Santosem. O awansie do finału miał decydować trzeci mecz rozgrywany na Estadio Monumental w Buenos Aires. Przed spotkaniem pierwszy bramkarz Luis Maidana pokłócił się z trenerem i opuścił drużynę. Po latach wspomniał: ,,Po kolacji chciałem jeszcze poczytać gazetę. On kazał mi iść spać. Nie spodobało mi się, jak mnie potraktował. Zamówiłem taksówkę i pojechałem do domu”– artykuł Macieja Kaliszuka – El Polaco zatrzymał Pelego – przegladsportowy.pl – 13.11.2012. Maspoli miał do wyboru rezerwowego bramkarza Garcíę albo młodego Ladislao. Postawił na nieopierzonego młokosa. Mazurkiewicz dostał szansę debiutu w jednym z najważniejszych meczów sezonu. Dowiedział się o tym krótko przed meczem: Wyruszyliśmy do Buenos Aires – Eduardo Garcia i ja. Pamiętam doskonale jak jeszcze dwie godziny przed meczem nie wiedzieliśmy kto z nas zagra. Wtedy Roque Maspoli wybrał mnie. Spisał się znakomicie, a słowa uznania dla jego umiejętności wyraził sam Pelé. Ladislao w jednym z wywiadów tak wspominał debiut: W tamtym meczu nie potrafiłem nazwać żadnego z przeciwników, z wyjątkiem Pelégo. Santos miał wielu bardzo groźnych piłkarzy. Nie zwracałem uwagi na kogoś szczególnie, wszyscy byli tak samo niebezpieczni. Nawet kiedy przechodzili do defensywy, ich centry były niebezpieczne. To był ten Santos. Peñarol wygrał 2:1 i mógł szykować się do finału. W pierwszym finałowym starciu przegrał na wyjeździe z Indepediente 0:1. U siebie natomiast zwyciężył 3:1. W decydującym, dodatkowym meczu w Santiago 4:1 wygrali Argentyńczycy i Los Carboneros na kolejny puchar musieli jeszcze poczekać. Mazurkiewicz grał we wszystkich trzech finałowych spotkaniach i spisał się na tyle dobrze, że miejsca w bramce już nie oddał. W tym samym sezonie zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł i zadebiutował w reprezentacji w meczu z Chile. Rok później mimo dwóch porażek w grupie, Peñarol po raz kolejny zameldował się w finale Copa Libertadores. Wtedy również do wyłonienia najlepszej klubowej drużyny Ameryki Południowej potrzebne były trzy mecze. Tym razem jednak to Urugwajczycy wyszli z nich zwycięsko, pokonując River Plate. Byli najlepszą drużyną na kontynencie, ale Los Carboneros chcieli też potwierdzić swoją klasę w rywalizacji o Puchar Interkontynentalny. Po drodze jednak były jeszcze mistrzostwa świata w Anglii. Dzięki swojemu nadzwyczajnemu refleksowi, pewności na linii i znakomitej grze w sytuacjach jeden na jeden, Mazurkiewicz stał się podstawowym bramkarzem reprezentacji.
W ojczyźnie futbolu Urugwaj trafił do grupy razem z Anglią, Francją i Meksykiem. Razem z gospodarzami zagrali w meczu otwarcia, który poprzedziła krótka ceremonia otwarcia. Po oficjalnych przemówieniach królowa Elżbieta II zeszła po czerwonym dywanie do piłkarzy i przywitała się z przedstawianymi przez kapitana zawodnikami. Kiedy przyszła kolej na Mazurkiewicza, ucałował ją w dłoń, którą okrywała biała rękawiczka i zwrócił się do niej po hiszpańsku: ,,Wygląda Pani jak malowana. Ale to my dzisiaj wygramy!”. Jego koledzy wspominają, że ta zabawna sytuacja pomogła im uspokoić nerwy i dobrze zaprezentować się w meczu. Ladislao nie mógł sobie wymarzyć lepszych okoliczności do debiutu na dużym turnieju. Urugwaj zdołał zremisować z gospodarzami na słynnym stadionie Wembley, a on sam zachował czyste konto. Zagrał bez kompleksów, będąc pewnym punktem swojego zespołu. Warto wspomnieć, że był jedynym bramkarzem tamtego turnieju, którego Anglicy nie zdołali pokonać. Gordon Banks w swojej biografii tak wspominał dyspozycję Mazurkiewicza z tamtego meczu: Bramkarz Urugwaju, 21-letni Ladislao Mazurkiewicz, miał co prawda dobrych obrońców, ale kiedy musiał się wykazać, to nie rozczarowywał.(…) Angielskie nadzieje wzrosły w końcówce, ale Ladislao Mazurkiewicz je udaremnił. Bobby Charlton uderzył lewą nogą ze skraju pola karnego, piłka zmierzała nad głowami zawodników obok lewego słupka, ale została świetnie wyłapana. Po zwycięstwie nad Francją, Urugwaj ze spokojem podchodził do ostatniego grupowego starcia z Meksykiem. Rywale nie prezentowali wielkiej klasy, a nawet w przypadku minimalnej porażki, do dalszych gier przechodzili Urusi. Meksykanie nie mieli jednak zamiaru poddawać się bez walki i od początku zyskali sporą przewagę. Mazurka, jak Ladislao nazywali koledzy, nie dał się jednak pokonać. Obronił trzy potężne strzały meksykańskich napastników, a swoimi odważnymi wyjściami wyjaśnił wiele groźnych sytuacji. To głównie dzięki niemu Urugwaj zdołał zremisować, a jego parady były na ustach wszystkich. W ćwierćfinale spotkali się z drużyną RFN. Na początku meczu sędzia nie zauważył ręki Schnellingera, który wybijał piłkę z linii bramkowej, a od 10 minuty Niemcy prowadzili 1:0. Mimo straconej bramki Mazurkiewicz bronił pewnie, a Urusi toczyli wyrównaną walkę. Tilkowski kilkukrotnie musiał wspinać się na wyżyny umiejętności. Kilka minut po przerwie angielski sędzia Jim Finney wyrzucił z boiska kapitana Horacio Troche, a niedługo później Hectora Silvę. Dopiero wtedy drużyna Charrúas się rozsypała i dała sobie strzelić trzy bramki. Decyzje angielskiego sędziego były równie kontrowersyjne co wyroki niemieckiego arbitra w meczu Anglia – Argentyna. Obie południowoamerykańskie federacje doszukiwały się tutaj spisku, który miał na celu wyeliminowanie ich z rywalizacji. Zdobyte doświadczenie miało jednak zaprocentować za cztery lata w Meksyku. Po mistrzostwach Ladislao był już uznawany za najlepszego bramkarza na kontynencie amerykańskim, a trzeba pamiętać, że miał dopiero 21 lat. Piłkarscy eksperci wyrażali się o nim z uznaniem i szacunkiem, stwierdzając, że w niczym nie ustępuje najlepszym europejskim bramkarzom. W październiku 1966 r. Peñarol po raz trzeci stanął przed szansą zdobycia Pucharu Interkontynentalnego. Ich rywalem był Real Madryt, a Los Carboneros chcieli zrewanżować się za porażkę z pierwszej edycji rozgrywek. W pierwszym meczu na Estadio Centenario w Montevideo zwyciężyli 2:0, po dwóch golach znakomitego Alberto Spencera. W rewanżu na Santiago Bernabeu potwierdzili swoją wyższość i pokonali drużynę Miguela Muñoza również 2:0. W obu meczach znowu świetnie spsiał się El Polaco. Na przełomie stycznia i lutego 1967 r. wziął udział w Copa América. W turnieju zorganizowanym w Urugwaju wystąpił tylko w dwóch ostatnich meczach. Jednak to właśnie te spotkania decydowały o końcowej klasyfikacji. Zarówno z Paragwajem, jak i z Argentyną zachował czyste konto i do sukcesów odniesionych z klubem mógł dopisać triumf z reprezentacją. W lidze Peñarol nie miał sobie równych, a Mazurkiewicz pobił rekord minut bez wpuszczonej bramki. Uzbierał ich aż 985 i w znacznym stopniu przyczynił się do zdobycia tytułu.
Rok później zdobył swoje trzecie mistrzostwo w karierze, a w całym sezonie wpuścił zaledwie 5 bramek. Ustanowił tym samym kolejny rekord, który pozostaje niepobity do dziś. I tak już chyba zostanie. Zbliżały się mistrzostwa świata w Meksyku, Mazurka miał 25 lat i jak na bramkarza był jeszcze młody. Cieszył się jednak już dużym uznaniem wśród kolegów. Jako że Urugwaj zdobywał tytuł w 1930 i 1950 r., a więc co 20 lat, to zawodnicy jechali na mundial z dużymi ambicjami. W eliminacjach Mazurkiewicz zagrał we wszystkich czterech meczach i w każdym z nich zachował czyste konto. Na turnieju pierwszy mecz w grupie Urugwajczycy grali z debiutującym Izraelem. Zwyciężyli 2:0, ale kapitan Celeste – Pedro Virgilio Rocha już w 13. minucie musiał opuścić boisko wskutek kontuzji i zakończył swój udział w mistrzostwach. W kolejnym spotkaniu mierzyli się z Włochami i to właśnie im najbardziej dał się we znaki Ladislao. Boninsegna, Bertini, Mazzola, Riva i De Sisti dwoili się i troili, ale nie byli w stanie pokonać świetnie dysponowanego El Polaco. Skapitulował dopiero w ostatnim meczu fazy grupowej ze Szwecją. Dopiero w 90. minucie pokonał go Ove Grahn, ale porażka ta nie przeszkodziła Urugwajowi w wyjściu z grupy. W ćwierćfinale Charrúas trafili na znakomitą drużynę Związku Radzieckiego. W Anglii zajęła ona czwarte miejsce, a dwa lata wcześniej na tej samej lokacie zakończyła mistrzostwa Europy. Była więc jednym z faworytów i zapowiadał się trudny i wyrównany mecz. Tak w istocie było. Po 90 minutach na tablicy widniał bezbramkowy remis. Po raz kolejny Mazurkiewicz był nie do przejścia dla napastników rywali. Jego bramka była jak zaczarowana. W 114. minucie na boisku pojawił się Victor Rodolfo Esparrago i to on trzy minuty później strzelił zwycięskiego gola dla Urugwaju. Piłka, którą zagrał mu Montero, znajdowała się na linii, ale piłkarze rywali zawzięcie protestowali, twierdząc, że zdążyła opuścić już boisko. Sędzia pozostał nieugięty i nie zamierzał dyskutować z zawodnikami ZSRR. Po meczu radziecka federacja złożyła oficjalny protest, ale FIFA odrzuciła go, tłumacząc, że decyzja arbitra podjęta na boisku jest ostateczna. Półfinał zaplanowano na 17 czerwca na Estadio Jalisco w Guadalajarze. O finał Urugwaj grał z Brazylią. Urusi szybko strzelili bramkę, ale tuż przed przerwą Canarinhos wyrównali. W drugiej połowie Celeste nie byli w stanie stawić czoła jednej z najlepszych reprezentacji w historii i stracili jeszcze dwie bramki. Mecz zakończył się wynikiem 3:1, ale Ladislao bardzo dobrze spisywał się między słupkami, a przy straconych golach niewiele mógł zrobić. To, co zostało w pamięci kibiców, to sytuacja, jaką miał przy stanie 3:1 Pelé. Dostał kapitalne podanie od Tostão, wyszedł sam na sam z Mazurkiewiczem, minął go tuż przed polem karnym i mając przed sobą pustą bramkę… uderzył kilkanaście centymetrów obok słupka. Sam Ladislao śmiał się później, że tak nastraszył Brazylijczyka, że ten nie trafił w bramkę. Po latach tak opisywał tę sytuację: Gdybym został w bramce, byłby gol. Przez moją interwencję zgubił swój rytm, a kiedy dogonił piłkę, odchylił się i chybił. W meczu o trzecie miejsce Urugwajczycy nie sprostali Niemcom z Overathem, Müllerem i Seelerem. Przegrali 0:1 i powtórzyli osiągnięcie z 1954 r. ze Szwajcarii. Na otarcie łez Mazurkiewiczowi pozostało to, że został uznany przez ekspertów za najlepszego bramkarza turnieju. Sam później wspominał: Szkoda, że przegraliśmy mecz z Niemcami, ale zasłużyli na trzecie miejsce. Meksyk ’70 był udany dla Urugwaju. Mieliśmy najskuteczniejszą obronę. Mimo że wyprzedziły nas trzy drużyny, to straciliśmy spośród nich najmniej bramek. Po sukcesie, za jaki należy mimo wszystko uznać jego występ na meksykańskich boiskach, Ladislao spróbował szczęścia w nowym otoczeniu. W 1972 r. opuścił Peñarol i został zawodnikiem brazylijskiego Atlético Mineiro. Niewiele brakowało, a negocjacje w sprawie kontraktu zostałyby zerwane. Mazurkiewicz wykazywał jednak dużą chęć gry dla nowego klubu i udało się doprowadzić sprawy do pozytywnego rozwiązania. Atlético było świeżo upieczonym mistrzem Brazylii, ale Mazurka w czasie swojego dwuletniego pobytu w klubie nie odniósł znaczących sukcesów. Kibice zapamiętali go jednak jako bardzo pewny punkt drużyny. Wyróżniał się refleksem i nie podejmował zbędnego ryzyka, a jego pewność siebie udzielała się obrońcom. Sam opisywał swój pobyt w Brazylii jako niezapomniany czas.
Mistrzostwa świata w RFN chciałby pewnie wymazać z pamięci, bo Urugwaj na nich rozczarował. W zderzeniu z holenderskim futbolem totalnym Urugwajczycy wyglądali jakby czas się u nich zatrzymał. Przegrali z Holandią 0:2, ale gdyby nie Mazurkiewicz ten wynik mógłby być dużo, dużo wyższy. Nie wyszli nawet z grupy i po trzech meczach wracali do domu. Ostatni grupowy mecz ze Szwecją był dla niego pożegnaniem z reprezentacją. El Polaco tylko trzykrotnie wybiegał na boisko, a mimo to swoimi występami zdołał przekonać do siebie obserwatorów. Uznali go oni za trzeciego najlepszego golkipera turnieju – po Maierze i Tomaszewskim. Po mistrzostwach postanowił spróbować swoich sił w lidze hiszpańskiej. Został zawodnikiem Granady. Pobyt na starym kontynencie nie był jednak udany i wkrótce wrócił do Ameryki Południowej. Został zawodnikiem chilijskiej Cobreloi, a później grał w kolumbijskiej Américe de Cali. W wieku 35 lat wrócił do Peñarolu i 1981 r. świętował swój ostatni tytuł mistrza kraju z ukochanym klubem. Po zakończeniu kariery zajął się trenerką. Był trenerem bramkarzy w Peñarolu, a w 1988 samodzielnie prowadził pierwszy zespół. W latach 90. był też członkiem sztabu Víctora Púi, kiedy ten prowadził reprezentację Urugwaju. Mazurkiewicz zdecydowanie lepiej jednak radził sobie na boisku. Pod koniec 2012 r. trafił do szpitala z powodu problemów z oddychaniem. Od dłuższego również jego nerki odmawiały posłuszeństwa. Odszedł z tego świata 2 stycznia 2013 r. Mimo, że w jego żyłach płynęła polska krew, to nigdy nie był w Polsce i nie znał języka polskiego: Po polsku nie potrafię powiedzieć ani słowa. W naszej rodzinie tylko siostra trochę mówi po polsku. W ogóle niewiele wiem o tym kraju. Ale nie zapomniałem, skąd pochodził mój ojciec. Chciałem przyjechać do Polski, ale niestety nie miałem takiej okazji, choć kiedy graliśmy w mundialu w Niemczech, byłem blisko. Ojciec po tym, jak wyemigrował, także nigdy już nie wrócił do ojczyzny – artykuł Macieja Kaliszuka – El Polaco zatrzymał Pelego – przegladsportowy.pl – 13.11.2012. Był czołowym bramkarzem swoich czasów. W niczym nie ustępował Banksowi, Tilkowskiemu, Maireowi, Albertosiemu czy Zoffowi. W plebiscycie dziennika El Diario został miażdżącą przewagą głosów wybrany najlepszym golkiperem w całej historii urugwajskiej piłki, wyprzedzając takie sławy jak Aníbal Paz czy Roque Maspoli. Był ostatnim Urugwajczykiem wybranym do światowej drużyny gwiazd. O jego klasie najlepiej świadczy fakt, że sam Lew Jaszyn namaścił go na swojego następcę i osobiście zaprosił na swój pożegnalny mecz. Sam Mazurkiewicz tak to zapamiętał: Byłem zaszczycony, że sam osobiście mnie zaprosił. Byłem jednym bramkarzem z Ameryki. To było ekscytujące przeżycie. Nigdy nie zapomnę powitalnego uścisku i spędzonych godzin z nim. Był rewelacyjną osobą. Dzięki tłumaczowi dużo rozmawialiśmy. On sam bardzo serdecznie mnie traktował. Pamiętam, że poprosiłem go zdjęcie z autografem dla mojego ojca i dał mi je bez żadnego problemu. Był prostym człowiekiem, ale jednocześnie wielkim – w całym znaczeniu tego słowa. Traktowałem go szczególnie, jak nauczyciela. Ameryka Południowa przeciętnemu kibicowi raczej nie kojarzy się z wielkimi bramkarzami. Trzeba jednak pamiętać, że Gilmar, Amadeo Carizzo czy Sergio Goycochea byli naprawdę świetnymi fachowcami. Również Urugwaj wbrew pozorom posiada bogate tradycje na tej pozycji. W najlepszych jedenastkach mistrzostw świata znaleźli się Roque Maspoli w 1950 r. i Enrique Ballestreros w 1930 r. Ladislao Mazurkiewicz wyróżniał się z nich wszystkich jednak najbardziej. Liderował na boisku, dodawał drużynie pewności siebie, a koledzy darzyli go ogromnym zaufaniem i szacunkiem. Był niewątpliwie jednym z najwybitniejszych bramkarzy, jacy zagrali na mundialu i chyba najlepszym, jakiego światu dał kontynent amerykański.
7
Zapomniane legendy futbolu(wyłącznie w odpowiedzi na komentarz):
@Pawel13sz
@Symson
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
12
Wybitne, lecz nieco zapomniane legendy:
14 lutego 1951 r. w Doncaster urodził się Kevin Keegan, dwukrotny zdobywca Złotej Piłki ,,France Football”: w 1978 i 1979 roku. W 1982 roku w barwach Southampton został królem strzelców Premiership. W barwach Liverpoolu rozegrał 323 mecze i strzelił 100 goli. Był jednym z najskuteczniejszych napastników lat 70-tych, z FC Liverpool trzykrotnie zdobył mistrzostwo kraju oraz Puchar Mistrzów i dwa razy Puchar UEFA. Sportową karierę udanie kontynuował w Hamburgerze SV. Od 1999 do 2000 roku był selekcjonerem reprezentacji Anglii. Później ze zmiennym szczęściem prowadził Manchester City. Jest wychowankiem lokalnego Scunthorpe United. W 1971 roku w wieku dwudziestu lat został kupiony na 35 tysięcy funtów przez Liverpool. Wcześniej bacznie przyglądali mu się wysłannicy Coventry City, ale ostatecznie uznali, że jest zbyt słaby fizycznie. W sierpniu 1971 roku zadebiutował w barwach nowego klubu i po dwunastu sekundach przebywania na boisku strzelił gola w meczu z Nottingham Forest F.C.. Rok później po raz pierwszy zagrał w reprezentacji Anglii. W ciągu kolejnych pięciu lat Keegan wraz z Walijczykiem Johnem Toshackiem stał się liderem linii ataku i zdobył dla Liverpoolu wiele decydujących o zwycięstwie goli. W 1973 roku drużyna prowadzona przez Szkota Billa Shankly'ego po siedmioletniej przerwie odzyskała tytuł mistrza Anglii, a kilka tygodni później pokonała Borussię Mönchengladbach z Vogtsem, Netzerem i Heynckessem w składzie, w finale Pucharu UEFA. Aby wyłonić zwycięzcę trzeba było rozegrać aż trzy mecze, w pierwszym padł bowiem bezbramkowy remis. Liverpool najpierw wygrał 3:0 (dwa gole strzelił Keegan), a dwa tygodnie później uległ podopiecznym Hennesa Weisweilera tylko 0:2 i mógł cieszyć się z cennego trofeum.
W następnym sezonie Liverpoolczycy triumfowali w rozgrywkach o Puchar Anglii – w finale zwyciężyli 3:0 Newcastle United, a dwukrotnie do bramki Srok trafiał właśnie Keegan. W roku 1976 zespół prowadzony już przez Boba Paisleya powtórzył wyczyn sprzed trzech lat i ponownie zdobył mistrzostwo kraju i Puchar UEFA (w dwumeczu finałowym pokonał FC Brugge 3:2 i 1:1 – w każdym spotkaniu Keegan strzelił gola). Rok później Liverpool obronił tytuł mistrza Anglii oraz po raz kolejny okazał się lepszy od Borussii Mönchengladbach, tym razem w finale Pucharu Mistrzów. Po tym spotkaniu Keegan postanowił wyjechać za granicę. Długo przebierał w ofertach znanych klubów z Kontynentu, aż w końcu zdecydował się przyjąć propozycję Hamburgera SV, triumfatora Pucharu Zdobywców Pucharów. W Liverpoolu szybko znalazł godnego siebie następcę w osobie Kenny'ego Dalglisha. W Hamburgu Keegan piłkarsko dojrzał i dzięki dobrym występom w Bundeslidze oraz europejskich pucharach dwukrotnie odbierał Złotą Piłkę, przyznawaną przez magazyn France Football dla najlepszego zawodnika klubów Starego Kontynentu. W czerwcu 1980 roku po przegranym finale Pucharu Mistrzów z Notthingham Forrest oraz nieudanych mistrzostwach Europy niespodziewanie rozwiązał kontrakt z HSV i powrócił do Anglii. Przez dwa sezony występował w barwach Southampton FC. W reprezentacji Anglii grał na Euro 1980 oraz Mistrzostwach Świata 1982, ale Synowie Albionu na początku lat 80. przeżywali regres formy. Kiedy po mundialu nowym selekcjonerem został Bobby Robson, który zapowiedział, że Keegan przestanie być kluczowym zawodnikiem w jego kadrze, zawodnik Southampton postanowił pożegnać się z drużyną narodową. Rozegrał w niej 63 mecze, w tym 31 jako kapitan, i strzelił 21 goli. W wieku 31 lat podpisał kontrakt z drugoligowym Newcastle United, w którym w ciągu dwu lat wystąpił 78 razy, zdobywając 48 bramek. W sezonie 1983-84 pomógł mu w awansie do ekstraklasy. Kilka tygodni później zakończył piłkarską karierę. W reprezentacji Anglii od 1972 do 1982 roku rozegrał 63 mecze (31 jako kapitan) i strzelił 21 goli.
@AssisMoreira
@Sensible
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Symson
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
10
Duma Katalonii dzień po dniu:
14 lutego 1960 r. FC Barcelona odnotowała jedno z największych zwycięstw w swojej historii, pokonując UD Las Palmas aż 8:0! W dodatku aż 5 goli! w tym meczu ,,huknął” znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez. Pozostałe trafienia zaliczyli Sucu, Verges i Olivella. Jeśli się nie myle, to więcej niż 5 goli w jednym meczu La Liga dla Barçy strzelił tylko genialny Ladislao Kubala.
@patataj
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
5
Feliz cumpleaños panie Hans:
Dokładnie 70 lat temu(14 lutego 1953 r.) urodził się Hans Krankl, austriacki napastnik. Do Barcelony przybył w 1978 r. i już w pierwszym sezonie gry zdobył Trofeo Pichichi dla najlepszego snajpera La Liga(29 goli). Z FC Barceloną sięgnął po Puchar Zdobywców Pucharów. Na krótko przed finałem tego pucharu, miał wypadek samochodowy, w którym poważnie ucierpiał. Mimo kłopotów ze zdrowiem zdecydował się zagrać w finale i nawet strzelił decydującego gola w dogrywce. W kolejnym sezonie Krankl zaczął grać gorzej i popadł w konflikt z trenerem. ,,Moim jedynym problemem jest trener Joaquim Rife, który wymaga ode mnie rzeczy nadprzyrodzonych”- żalił się później Hans. W styczniu 1980 r. opuścił więc Blaugrane i wyjechał do Austrii. Po kilku miesiącach gry w ojczyźnie stwierdził iż może wrócić do Barcelony jeżeli zmieni się trener i znacząco wzmocni się drużyna. Krankl wrócił więc na krótko do Barcelony lecz tylko na początek sezonu 1980/81 po czym na dobre pożegnał się z Dumą Katalonii.
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj
16
Nie wiem czy już ktoś wspominał ale: Panie i Panowie dzisiaj 35 lat kończy Angel Di Maria, znakomity argentyński skrzydłowy, mistrz świata i mistrz Ameryki Południowej.
Pozdrawiam gorąco wszystkich sympatyków ,,Albicelestes"!
12
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
13 lutego 1907 r. urodził się Józef Kotlarczyk, napastnik i pomocnik. Kotlarczyk to nazwisko, które jest silnie związane z krakowską Wisłą. W klubie tym występował Józef, jego brat Jan, a także syn Jana – Tadeusz. Każdy z nich w istotnym stopniu zapisał się w wiślackiej historii. My wspominamy Józefa, który zrobił chyba największą karierę z całej trójki. Józef Kotlarczyk urodził się 13 lutego 1907 r. w Krakowie i podobnie jak brat rozpoczynał swoją przygodę piłkarską w lokalnym Nadwiślanie. Gdy ten trafił do Wisły, szybko polecił młodszego Józefa sztabowi. Początkowo miał on występować w rezerwach, jednak świetny debiut uwieńczony dwiema bramkami dał mu przepustkę do pierwszego składu. W tym Józef występował przez 12 kolejnych sezonów, rozgrywając 244 mecze i zdobywając 13 bramek. Pobił on tym samym rekord swojego brata o 13 występów. Podobno nie miał słabych punktów. Podobnie jak Jan był wysoki i silny. Ponadto charakteryzował się niespożytą kondycją i świetną techniką. Przez blisko 10 lat duet Kotlarczyków rządził środkiem pola a efektem były dwa mistrzostwa Polski. Poza grą w Wiśle, bracia występowali w reprezentacji. Prawdziwym ukoronowaniem kariery Kotlarczyka, a zarazem spełnieniem marzeń był udział w igrzyskach olimpijskich w Berlinie w 1936 r. w dodatku w roli kapitana drużyny. Łącznie w kadrze zagrał w 30 meczach, co było rekordowe jak na ówczesne czasy. Karierę klubową i reprezentacyjną piłkarza zakończyła wojna. Co prawda próbował grać w meczach konspiracyjnych, ale nie był w stanie osiągnąć wcześniejszej jakości piłkarskiej. Powrócił do wyuczonego zawodu ślusarza i prawdopodobnie angażował się w działalność konspiracyjną. Po wojnie wrócił do futbolu w roli trenera, jednak nie odniósł na tym polu większych sukcesów. Zmarł na zawał w 1959 r. W Reprezentacji rozegrał 30 spotkań.
@AssisMoreira
@Roni/VEB
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Symson
9
Ku pamięci wybitnych legend Dumy Katalonii:
13 lutego 1964 r. w Barcelonie zmarł Paulino Alcantara. Do czasu pojawienia się Kubali i Messiego, był to fenomen i geniusz w jednym. O istnieniu takiego piłkarza powinien wiedzieć każdy cule bez wyjątku. Filipińczyk miał równo 15 lat, 4 miesiące i 15 dni kiedy zadebiutował w barwach Dumy Katalonii. Jest on najmłodszy piłkarzem jaki debiutował w Dumie Katalonii. Mało tego, w debiucie ustrzelił hattricka a Barça pokonała wówczas Catala SC 9:0! Paulino w ciągu swojej gry dla Blaugrany strzelił 369 goli w 357 meczach! Paulino Alcantara został pochowany na cmentarzu w dzielnicy Les Corts, gdzie spoczywają także inni wielcy barcelońscy piłkarze, jak Josep Samitier, Cesar Rodríguez, Ladislao Kubala, czy charyzmatyczny bramkarz Javier Urruticoechea. Ceremonia jego pogrzebu była szczerym wyrazem bólu całego barcelonizmo. Więcej opisze przy okazji debiutu Paulino w ,,naszej Blaugranie”, czyli 25 lutego.
@Monix10
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
0
@lucca87 Nie no, wczoraj to jednak byliśmy lepsi ale dużo szczęścia mieliśmy(że nie straciliśmy 2 punktów) w meczach z Girona, Realem Sociedad i Getafe. Gdyby nie przerażajaca skuteczność rywali i kapitalne interwencje Ter Stegena, to mogliśmy stracić nawet 9 punktów! No ale ponoć lepszym często sprzyja szczęście...
14
Feliz cumpleaños Rafa!
13 lutego 1979 r. w Zamorze urodził się Rafael Marquez Alvarez, bez wątpienia najlepszy meksykański defensor jaki grał w FC Barcelonie. Rafa jest wychowankiem Atlasu Guadalajara. To właśnie w tym klubie zaliczył debiut w lidze meksykańskiej mając niewiele ponad 17 lat. Po spędzeniu trzech lat w klubie z Guadalajara, Rafael postanowił przenieść się na Stary Kontynent. Jako jeden z pierwszych po usługi młodego defensora zgłosił się madrycki Real. Jednak zawodnik sam odrzucił możliwość przejścia do zespołu Królewskich, co nie zbyt spodobało się działaczom Atlasu. Jednak oferta AS Monaco została zaakceptowana zarówno przez piłkarza i jego klub. W debiutanckim sezonie w Europie Marquez wraz z AS Monaco wygrał mistrzostwo ligi francuskiej oraz Superpuchar Francji pokonując Nantes. Rafa był filarem zespołu na udokumentowanie, czego otrzymał tytuł dla najlepszego obrońcy sezonu 1999/2000. Na koniec swojej przygody z ligą nad Sekwaną Marquez i jego Monaco zdobyło Puchar Ligi. Meksykanin znów postanowił skorzystać z lawiny ofert transferu spływających na biurko dyrektora sportowego klubu z Monaco. Wybrał FC Barcelonę. Postanowił pomóc odbudować potęgę Blaugrany po kilku latach marazmu. Łącznie w klubie z Księstwa Meksykanin wystąpił w 87 meczach i strzelił 5 goli. W lipcu 2003 roku Marquez podpisał czteroletni kontrakt z Blaugraną i zarezerwował sobie koszulkę z numerem 4. FC Barcelona przelała na konto AS Monaco 5,25 miliona Euro i Rafa stał się pierwszym reprezentantem Meksyku w klubie z Camp Nou. Przybycie do klubu wychowanka Atlasu pozostało w cieniu transferu Ronaldinho z PSG za 38 milionów Euro. W debiutanckim sezonie w barwach Dumy Katalonii Rafael rozegrał dwadzieścia jeden spotkań. Pierwszy występ ligowy przypadł 9 sierpnia 2003 roku w spotkaniu z Sevillą CF(1:1). W sezonie 2003/2004 pod wodzą Franka Rijkaarda i z Marquezem w składzie FC Barcelona wywalczyła wicemistrzostwo Hiszpanii.
W kolejnej odsłonie sezonowych realiów Meksykanin musiał przystosować się do gry na pozycji defensywnego pomocnika. Gra na tej pozycji nie była mu obca, gdyż występował na niej w reprezentacji i AS Monaco. Przyczyną przesunięcia Rafy do drugiej linii była plaga kontuzji w pierwszym zespole. Przewlekłe urazy leczyli Thiago Motta, Edmílson oraz Gerard López. Jednak losowe przeciwności nie pokrzyżowały planów Blaugranie, która wywalczyła tytuł mistrza w sezonie 2004/2005. Był to pierwszy tytuł Rafy na Camp Nou. Barcelona powróciła na szczyt po sześciu słabszych sezonach. Rafael rozegrał trzydzieści cztery spotkania w lidze, sześć w Lidze Mistrzów i zdobył trzy gole. A to był dopiero początek dobrych czasów dla zawodnika. W następnym sezonie Blaugrana po cudownej grze obroniła prym w La Liga i wygrała po raz drugi w historii Ligę Mistrzów pokonując w paryskim finale Arsenal Londyn (2:1). Rafael bezsprzecznie obok Carlesa Puyola dzielił i rządził w obronie Barcelony, ale rozegrał tylko dwadzieścia pięć spotkań w lidze gdyż miał problem z kontuzją stopy. W formie wdzięczności klub zaproponował Marquezowi nowy kontrakt. Nowa umowa obowiązywała do 30 czerwca 2010 roku. Kolejne dwa sezony były bardzo słabe w wykonaniu Rafy, w dodatku nie opuszczał go pech i kontuzje. W sezonie 2006/2007 wystąpił tylko w dwudziestu jeden z trzydziestu ośmiu spotkaniach La Liga. W kolejnym sezonie poprawił swój wynik z przed roku o jedno spotkanie. Coraz głośniej zaczęto mówić o końcu przygody Marqueza z Dumą Katalonii. W prasie pojawiały się różne spekulacje transferowe. Najczęściej mówiono o Atletico Madryt. Jednak objęcie przez Josépa Guardioli roli szkoleniowca pierwszego zespołu oraz szczera rozmowa z zawodnikiem wpłynęła na zmianę decyzji Marqueza. Postanowił pozostać i powalczyć o miejsce w drużynie. Okazało się to świetnym posunięciem. Znów z Puyolem stworzył duet stoperów, którego było bardzo trudno pokonać. Wysoka forma Meksykanina była jednym z największych zaskoczeń sezonu 2008/2009. Guardiola pozwolił grać Rafaelowi tak jak lubi. Wyprowadzał piłkę z linii obronnej, decydował o rozegraniu ataku pozycyjnego, rozrzucał długie podania na skrzydła. Od zawsze wychowanek Atlasu charakteryzował się wizją gry, jednak jeszcze nigdy nie miał tak dużej roli w rozgrywaniu akcji ofensywnych. Do pełni szczęścia w sezonie, w którym Barça wygrała potrójną koronę (wygrała Ligę Mistrzów, La Ligę oraz Copa del Rey) zabrakło zdrowia. Marquez zerwał więzadło krzyżowe w kolanie 28 maja 2009 w meczu z Chelsea Londyn. Uraz wyłączył go z gry na pięć miesięcy. W międzyczasie, gdy Meksykanin się kurował jego koledzy z zespołu wywalczyli przed rozpoczęciem sezonu 2009/2010 Superpuchar Hiszpanii oraz Superpuchar Europy. Systematycznie obrońca nadrabiał braki spowodowane kontuzją i już w trakcie sezonu znów stał się filarem defensywy Blaugrany. Marzeniem Marqueza jest zakończyć karierę w Katalonii. Piłkarz sam w wywiadach i swoją postawą utożsamia się z klubem i podkreśla swoje przywiązanie do barw. Jednak możliwa jest opcja wyjazdu Rafy do MLS lub powrót do meksykańskiej ligi na ostatnie lata gry. Z opcji transferu do ligi MLS Rafa był zmuszony skorzystać, ponieważ w swoich planach nie uwzględniał go Pep Guardiola. 31 lipca 2010 roku, FC Barcelona doszła do porozumienia w kwestii rozwiązania kontraktu piłkarza, który kilka dni później oficjalnie podpisał umowę z New York Red Bulls.
Rafael Marquez jest uważany za najwybitniejszego obrońcę rodem z Meksyku i obok Hugo Sáncheza najlepszego w historii piłkarza z kraju Azteków. Zawsze imponował elegancją w grze, pewnością w interwencjach, umiejętnościami ofensywnymi kapitalnie gra głową przy niezbyt imponujących warunkach jak na stopera.. Porównywany do Franza Beckenbauera oraz Ronalda Koemana. Podobnie jak Holender Marquez również świetnie wykonuje stałe fragmenty gry – szczególnie rzuty wolne. W 2008 roku wygrał towarzyski turniej rozgrywany w Seattle z pulą nagród ponad milion dolarów. W wykonywaniu wolnych pokonał min. Lionela Messiego, Ronaldinho Gaucho, Davida Beckhama i wielu innych piłkarzy. Grając w Dumie Katalonii Rafa zdobył dwukrotnie Lige Mistrzów, 4-krotnie mistrzostwo Hiszpanii, puchar Hiszpanii, 3-krotnie Superpuchar Hiszpanii, Superpuchar Hiszpanii oraz Klubowe Mistrzostwo Świata. Za wszystko pięknie dziękujemy!
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
0
@Survier Nie no, zagrożeniem to napewno nie będzie, to inteligentny trener i wie co robi. No a jednym z ojców sukcesu napewno będzie ale czy głównym? No raczej jednym z wielu...