FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
12
(Nie)zapomniany Górnik:
18 marca 1970 r. Górnik Zabrze pokonał Lewskiego Sofia 2:1 w rewanżowym starciu ¼ Pucharu Zdobywców Pucharów. Po uzyskaniu satysfakcjonującego wyniku w Sofii piłkarze Górnika rozpoczęli przygotowania do spotkania rewanżowego. Dzięki zarejestrowanym przez Telewizję Polską fragmentom pierwszego meczu mogli oni dokładnie przeanalizować najważniejsze sytuacje – trzy bramki Lewskiego oraz groźne sytuacje stworzone przez napastników bułgarskich na przedpolu Kostki. Analiza ta miała na celu przede wszystkim poprawienie gry obronnej. Nastroje w drużynie były bojowe, wszyscy piłkarze Górnika zapowiadali, że zrobią wszystko, by wywalczyć przepustkę do grona czterech najlepszych klubowych zespołów w Europie. Piłkarze Lewskiego do Chorzowa udali się samolotem na dwa dni przed meczem. Wcześniej od nich na rewanż udali się kibice. Wyruszyli oni w drogę specjalnym pociągiem już w niedzielę (mecz miał miejsce w środę). Była to pierwsza w historii bułgarskiego futbolu eskapada kibiców na wielki mecz. Już ten fakt świadczy jak wielka była waga tego spotkania. Awans do półfinału PZPE nie przyszedł zabrzanom łatwo. Musieli walczyć rzuciwszy na szalę wszystkie swoje siły i umiejętności. Z dużym wysiłkiem zdobywali każdy metr, a im bliżej znajdowali się bramki Lewskiego – tym trudniej było o piłkę. Bułgarzy wnosili do gry ogromnie dużo ambicji, nieustępliwości i poświęcenia. Trener Czakarow w porównaniu z sofijskim meczem nie tylko wprowadził do zespołu trzech nowych zawodników, ale obrał także zupełnie inną taktykę. Jego zawodnicy grali systemem 1-4-4-2 a w chwilach naporu Górnika ściągali do obrony jeszcze Peszewa, pozostawiając w środku tylko trzech zawodników.
Taka taktyka dość długo okazywała się skuteczną. Co prawda w 7 minucie górnicy zdołali wymanewrować obronę Lewskiego szybką wymianą piłki i Szołtysik precyzyjnym strzałem zdobył bramkę, jednak sędzia dopatrzył się pozycji spalonej. Decyzja ta mocno zdeprymowała i tak już bardzo nerwowych górników. Cóż z tego, że nacierali z furią i nie żałowali ani nóg, ani płuc. Większego pożytku z tego nie było, tym bardziej, że atakowali praktycznie wyłącznie przez środek, gdzie panowało największe zagęszczenie nóg przeciwników. Po upływie ok. 30 minut gry zabrzanie zrozumieli, że rozmokła murawa nie sprzyja zbyt kombinacyjnej grze. Wówczas to zaczęli atakować flankami i pod bramką Lewskiego od razu zrobiło się gorąco. Na przeszkodzie w strzeleniu bramki dwukrotnie stanął Kamenski, a raz poprzeczka po główce Kuchty. Gdy wszyscy myśleli już o przerwie Lubański ruszył w pogoń za straconą zdawało się już piłką, wygrał kolejno pojedynki biegowe z Peszewem, Żeczewem oraz Iwkowem i nie namyślając się wiele strzelił nie do obrony zza linii pola karnego. To był właśnie wielki Włodek Lubański, przez wiele minut niewidoczny, ale umiejący zdobyć się w krytycznym dla swojej drużyny momencie na niebywałą szarżę i odmienić losy spotkania. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie bramka Lubańskiego podniosła na duchu zabrską jedenastkę. Ujawniło się to zaraz po przerwie, kiedy to górnicy stali się na 16 minut całkowitymi dominatorami, pieczętując swoją przewagę golem wypracowanym przez Szołtysika a strzelonym przez Banasia.
Wydawało się, że górnicy nie będą mieli żadnych problemów z odniesieniem zwycięstwa. Stało się jednak inaczej. Zbyt krótkie wybicie piłki przez Oślizłę pozwoliło na strzelenie bramki przez Janko Kiryłowa. Bramki, która znów postawiła znak zapytania nad końcowym wynikiem. Na szczęście podopieczni trenera Matyasa po chwili niepewności wrócili do równowagi i znów zaczęli zagrażać bramce Lewskiego. Znów jednak na przeszkodzie do zdobycia bramki albo stawał Kamenski, albo niezdecydowanie zabrzan, albo poprzeczka. W końcówce trener Lewskiego próbował odmienić jeszcze losy spotkania rzucając wszystkie siły w atak. Manewr ten spalił jednak na panewce. Defensywa Górnika ze spokojnym Oślizłą na czele nie dała się zaskoczyć. Ostatecznie zwycięstwo przypadło drużynie lepszej, która mogła wygrać zdecydowanie wyżej gdyby miała trochę więcej szczęścia. 100 000 widzów na Stadionie Śląskim mogło rozpocząć świętowanie zwycięstwa.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
1
Jak dawniej za dziecka wołałem ,,Lassie wróć", tak teraz będe wołał: Messi, legendo wróć! Wróć i dopomóż udręczonym cules
8
Legendy polskiego futbolu:
18 marca 1971 r. urodził się Jerzy Brzęczek. Jako pomocnik reprezentował barwy takich zespołów, jak między innymi Lech Poznań, Górnik Zabrze, Tirol Innsbruck, Maccabi Hajfa czy Sturm Graz. Podczas Letnich Igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku Brzęczek pełnił funkcję kapitana kadry olimpijskiej, z którą wywalczył srebrny medal, czym na stałe zapisał się w historii polskiego futbolu. Wraz z końcem kampanii 2008/2009 zakończył piłkarską karierę i rozpoczął pracę jako asystent trenera Polonii Bytom, gdzie doskonalił swój warsztat, by na początku 2010 roku objąć funkcję pierwszego szkoleniowca Rakowa Częstochowa. W klubie spod Jasnej Góry spędził cztery lata, po czym 17 listopada 2014 roku przejął pieczę nad ekstraklasową drużyną Lechii Gdańsk. W latach 2015-2017 prowadził zespół GKS-u Katowice, z kolei edycję rozgrywek 2017/2018 spędził w Płocku, gdzie wraz z tamtejszą Wisłą zakończył ligowe zmagania na 5. miejscu. W lipcu 2018 roku Jerzy Brzęczek został ogłoszony selekcjonerem reprezentacji Polski, a jego głównym zadaniem było zapewnienie Biało-Czerwonym udział na Euro 2020. 7 września 2018 roku zadebiutował w nowej roli, remisując 1:1 w wyjazdowym meczu z Włochami w ramach Ligi Narodów UEFA. W eliminacjach do europejskiego czempionatu Polacy osiągnęli wyznaczony cel i z dorobkiem 25 punktów zdobytych w 10 meczach awansowali na turniej z pierwszego miejsca w grupie. Łącznie pod wodzą Jerzego Brzęczka kadra rozegrała 24 spotkania, notując w tym czasie 12 zwycięstw, 5 remisów i 7 porażek.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
9
Tak to kiedyś bywało:
18 marca 1987 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou z Dundee United 1:2 w rewanżowym spotkaniu ¼ Pucharu UEFA. Do 85 minuty Blaugrana prowadziła 1:0 i odrobiła w ten sposób straty z pierwszego meczu na Tannadice Park. W samej końcówce Szkoci strzelili 2 gole i niespodziewanie awansowali do półfinału. Na trybunach pojawiły się głosy nawołujące do zwolnienia prezydenta Nuñeza i przywrócenia do składu Schustera. Duma Katalonii do dzisiejszego dnia ma z Dundee United najgorszy bilans spośród wszystkich drużyn, z którymi spotykała się w europejskich pucharach a mianowicie 4 mecze i 4 porażki! Wypada tylko żałować że Szkoci tak cienko przędą w Scottish Premiership, więc chyba nie prędko będzie okazja do rewanżu…?
@Monix10
@Pawel13sz
@Symson
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
@LS Rosyjskim, tylko i wyłącznie rosyjskim! Gdyby niemieckim to podejrzewam że było by mi teraz o niebo lepiej pod każdym względem...
0
@Kuba_1 Dla mnie problem ja nie panimaju jak się przetłumacza?
3
@Jaro1279 Jeśli chodzi ci o język angielski to oczywiście jak najbardziej nie panimaju! to znaczy znam kilka słów ale to za mało żeby coś zrozumieć
8
@FCBparasiempre
17 marca 1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu. ,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie, może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków. Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina. Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha, choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów, ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”- zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał… szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat. Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie, no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany, czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce. Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów. ,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem, wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś.
Sprawy się komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”- zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek. Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan. Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,, Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie, gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”. Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten… Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem- odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek. Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1- oto marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucil mi się na lewą noge. Powinien być rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski: ,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?! Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,położe się spać a rano nie mogę się ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok ale walcze, żyje. Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka grającego wówczas z nr. 4 Edinho…
6
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@Kuba_1 A można po polsku? Bo nie każdy rozumie tą chińszczyzne
0
@Destroyer_of_Worlds Skoro ustawa tak uznaje, to ja nadal uważam że to jest swego rodzaju skandal!
0
@Destroyer_of_Worlds Po pierwsze Puchar UEFA nie istnieje ale co najistotniejsze pokazywanie polskich klubów na arenie międzynarodowej to jest priorytet, w którym właśnie mowa w tym artykule, który przytoczyłeś, więc dlaczego nie transmitują wszystkich meczów?
0
@kuz Skoro to prawa Viaplay to dlaczego pozwalają na jeden mecz a na drugi nie pozwalają? Gdzie tu logika?
0
@Dr Joint No to chyba powinny być uwzględnione? I nic z tym nie zrobią?
0
To jest swego rodzaju skandal że nie transmituje się meczu polskiego klubu w europejskich pucharach na otwartej antenie(w tym wypadku Lecha Poznań) a jednocześnie transmituje się Lige Mistrzów. Jeśli dobrze pamiętam to mecze Legii Warszawa były wszystkie transmitowane w Lidze Mistrzów, więc w czym problem transmitować ,,Kolejorza"?
11
Fantastyczne rekordy Blaugrany:
17 marca 1901 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Gimnastic Tarragona 18:0! w Pucharze Alfonso Macaya(prekursorze Mistrzostw Katalonii). Jest to najwyższe zwycięstwo w historii klubu w meczu o punkty. W meczu tym 9 goli! (co również jest rekordem klubu) strzelił Joan Gamper. Uczynił to zresztą po raz drugi z rzędu w tych rozgrywkach co jest absolutnie niebywałe! Tak, tak, założyciel Barçy był wówczas nie tylko znakomitym napastnikiem ale również świetnym sportowcem w innych dyscyplinach. Natomiast jeśli chodzi o Copa Macaya, to pomimo wysokich wygranych Blaugrany, po puchar sięgnęła wówczas Hispania CF(nie istniejący już klub z Barcelony). Następną edycje Copa Macaya rok później, zdobyła już jednak Duma Katalonii.
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
2
Mamy to!!! Bravissimo Lechu Poznań! Naprzód Kolejorz! Dziękujemy ci Lechu Poznań za punkty dla polskiego futbolu.
1
@Danny Gaucho Tak samo warto zaznaczyć że wówczas rozgrywano zdecydowanie mniej meczów oficjalnych. Gdyby za czasów Alcantary istniała Primera Division, to nie byłby on gorszy od Messiego w ilości goli a kto wie czy nawet nie lepszy? Poza tym miał kilkuletnią przerwe w graniu dla Barcy ponieważ wyjechał do Filipin.
8
@FCBparasiempre
16 marca 1983 r. na Anfield Road, FC Liverpool pokonał Widzew Łódź 3:2 w rewanżowym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Mistrzów i… odpadł z rozgrywek! Jeszcze w dniu rewanżu Widzew zyskał niewielką przewagę. Wcześniej poważnym problemem były kartki Andrzeja Grębosza. W związku z tym iż bohater pierwszego meczu pauzował, na jego pozycji zagrał Tłokiński a więc była to strata po części podwójna. Tyle że z drugiej strony Kenny Dalglish, lider Liverpoolu, z samego rana obudził się z potężnym bólem brzucha i mimo wysiłków lekarzy po południu ogłoszono że nie będzie w stanie zagrać. Jednak zawodnicy z Anfield sprawiali wrażenie, jakby ta informacja ich nie dotyczyła. Po fatalnym zagraniu ręką Filipczaka, gola z rzutu karnego strzelił dla gospodarzy Phil Neal. W tym okresie widzewiacy bronili się jak nigdy przedtem. Dziennikarz ,,The Times” w swojej relacji podkreślał że ,,Obrona Widzewa nie panikowała, choć po początkowym okresie, kiedy składała się z 9 zawodników, szybko przeszła do ustawienia z jedenastoma piłkarzami w okolicy własnego pola karnego. Teraz piłkarze Liverpoolu rzadko pojawiali się na własnej połowie, walili raczej nieustannie w mur białych koszulek”. Powodzenie przyniosła tradycyjna polska szkoła gry, czyli szybki atak. Graeme Souness poślizgnął się, piłke przechwycił Rozborski i od razu posłał ją do Smolarka a ten popędził na bramke Grobbelaara i został sfaulowany. Sędzia podyktował rzut karny. Souness po meczu przyznał iż był to najgorszy błąd w jego całej dotychczasowej karierze. Może wpływ na pomyłke Sounessa miała śliska murawa. Przecież jeszcze na godzinę przed meczem była kompletnie zalana. Tadeusz Świątek opowiadał że był wówczas zafascynowany systemem zupełnie w Polsce nie znanym. Kilku pracowników chodziło po boisku i wbijało w nie metalowe pręty. Wkrótce powierzchnia nadawała się do gry, była wręcz stworzona do szybkiej wymiany piłki ale i błędów, takich jak ten, który przytrafił się szkockiemu pomocnikowi. Pierwotnie karnego miał strzelać Smolarek. Trener Żmuda zaznaczył że jeśli to on będzie faulowany, wtedy wykonawcą będzie kolega Smolarka z pokoju Tłokiński i tak też się stało. Nie był to jakiś nadzwyczajnie wykonany karny. Właściwie przy odrobinie szczęścia Grobbelaar mógł go obronić ponieważ piłka przeleciała mu pod brzuchem. Tłokiński wypuścił powietrze, znowu wszystko do niego docierało. Nawet na chwile ucichł doping, który większość z nich pamięta do dziś jako najlepszy przy jakim kiedykolwiek grali. Gdy w 52 minucie Filipczak zagrał do Smolarka a ten podwyższył na 2:1, wszystko było rozstrzygnięte. Liverpool strzelił jeszcze 2 gole ale do awansu potrzebował czterech. Trener Paisley przed sezonem zapowiadał 4 trofea. Kilka dni przed swoim pierwszym meczem z Widzewem przegrał w Pucharze Anglii a teraz odpadł z Pucharu Europy. Pozostałe trofea zgarnął, wygrał tytuł mistrza Anglii oraz Puchar Ligi. ,,Było wielkie rozczarowanie. Byliśmy przekonani iż mamy najlepszy zespół w Europie. Oczywiście Widzew nam zaimponował w pierwszym meczu, lecz wciąż uważaliśmy że jesteśmy w stanie odrobić straty. To był w końcu Liverpool”- podkreślał pomocnik Ronnie Whelan. Piłkarze Widzewa wygrali nie tylko awans ale również uznanie angielskiej publiczności. Widzewiacy początkowo chcieli szybko umknąć do szatni bo mieli w pamięci stek wyzwisk i przedmiotów, które leciały swego czasu na nich z trybun Old Trafford. Spotkała ich jednak niespodzianka. Fani The Reds urządzili Widzewowi owacje na stojąco a przecież początkowo było zupełnie inaczej. Młynarczyk w pierwszej połowie miał za sobą kibiców z The Kop, najtańszej trybuny zawładniętej przez najwierniejszych fanów. Na początku gdy chodził po piłke, musiał wycierać twarz ze śliny miejscowych chuliganów, uchylać się przed monetami, udawać że nie słyszy różnych odmian najpopularniejszego słowa tworzących najbardziej wymyślne przekleństwa znane w języku angielskim. Teraz wszystko się zmieniło. ,,Przeszły mnie dreszcze”- przyznał Włodzimierz Smolarek, który potem paradował w oryginalnym hełmie, który dostał od angielskiego policjanta, podobnie zresztą jak Tłokiński. To oni byli największymi bohaterami tego meczu. Wieczorem podczas kolacji Paisley rozmawiał nawet ze Smolarkiem, sondował możliwości jego przejścia do klubu z Anfield. Pan Włodek już wcześniej miał oferty z europejskich klubów, choćby w tym samym roku negocjował z Hellas Verona, która wkrótce miała stać się jedną z najmocniejszych włoskich drużyn ale Liverpool to był zupełnie inny poziom. Zresztą Smolarek był wówczas rozchwytywany, wiadomo że był bardzo zaawansowany w rozmowach z Eintrachtem i ostatecznie trafił właśnie do niemieckiego klubu, tyle że 3 lata później. Podczas gdy rozmawiał z przedstawicielami Liverpoolu i rozdawał autografy, z Tłokińskim wstępnie negocjowali przedstawiciele RC Lens, którzy przyjechali, a jakże, po Smolarka. Ówczesny trener Lens, Gerard Houllier i jego asystent Joachim Marx, były reprezentant Polski, mieli przełamać lody pomiędzy Smolarkiem a Francuzami. Po pierwszej rozmowie z trenerem Żmudą wiadomo było że nic z tego nie wyjdzie. Żmuda zaproponował więc Tłokińskiego. Do Polski piłkarze Widzewa wracali jako bohaterowie już nie tylko łodzi ale całego kraju. Stali się jego ambasadorami, tak jak kiedyś w latach 60-tych piłkarze Górnika Zabrze, którzy walczyli i zwyciężali w meczach z największymi drużynami Starego Kontynentu. Pokonując Liverpool stali się na pewno jedną z dwóch największych drużyn klubowych w historii polskiego futbolu. Przez długie jeszcze miesiące na stadionach Polski byli witani owacyjnie, wizytowali zakłady pracy, domy dziecka, zakłady karne. Było to apogeum popularności Widzewa bo przecież zespół już od dłuższego czasu był numerem 1 w kraju, co zresztą doskonale wykorzystywał prezes Sobolewski, wprowadzający wbrew wszystkim swój kapitalistyczny model zarządzania. Fani z całej polski wysyłali prośby o pamiątki do klubu. Widzew stał się więc symbolem i wzorem. Dziennikarze usłyszeli nawet pod szatnią poznańskiego Lecha, jak Wojciech Łazarek, trener bezpośredniego rywala łodzian do wygrania mistrzostwa Polski, krzyczy na odprawie: ,,Musicie grać twardo! Musicie być jak Widzew!”.
To co wyprawiał wówczas Widzew w Europie przechodzi ludzkie pojęcie, zwłaszcza że grał już bez Bońka, który odszedł do Juventusu. Czegoś takiego nie dokonał żaden Polski klub i raczej już nie dokona. Ja osobiście jako gówniarz oglądałem ten mecz w Polskiej telewizji i byłem wówczas tak szczęśliwy i dumny że nie zapomnę tego do końca życia! Jeśli ktoś jest zainteresowany historią ,,tamtego” Widzewa to polecam książke ,,Wielki Widzew”.
Gorąco pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa!
8
Mija 40 lat od spektakularnego wyczynu w dziejach polskiego futbolu:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
8
Zapomniane legendy FC Barcelony:
16 marca 1930 r. urodził się Ramón Villaverde, urugwajski pomocnik. Zakup Urugwajczyka z Kolumbijskiego Millonarios F.C. był jednym z największych transferów FC Barcelony lat 50-60 z poza Europy. Grał najczęściej w środku pomocy albo na skrzydle ale nawet grając na skrzydle często schodził do środka, gdzie w pełni wykorzystywał swój niezwykły talent do czytania gry. Podobnie jak wielu latynoamerykańskich graczy w jego czasach, Villaverde miał potężny strzał i niesamowitą kontrolę, w tym niezwykłą umiejętność omijania przeciwników bez pozornie nawet dotykania piłki. On i galicyjski napastnik Luis Suárez doskonale się rozumieli, podczas gdy jego fani i koledzy szczególnie cenili jego prosty, przyziemny charakter. Był także wspaniale zdyscyplinowany, jeśli chodzi o swój potencjał, co wydatnie pokazał w sezonie 1963/64, kiedy zgodził się spędzić ostatni rok swojego kontraktu na wypożyczeniu w Racing Santander, mówiąc: „Nie jestem jeszcze za stary na piłkę nożną, ale jestem za stary, by grać dla Barçy”. Villaverde w barwach Blaugrany zdobył 151 goli, zdobywając 2 mistrzostwa Hiszpanii, 2 Puchary Miast Targowych oraz 2 Puchary Hiszpanii.
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@patataj
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Symson
@Lionel_Messi10
@Monix10
10
Czy wiecie że…
16 marca 1920 r. FC Barcelona rozegrała towarzyskie spotkanie ze Slavią Praga na Camp del Carrer Industria, wygrane nie bez trudu 3:2. Był to pierwszy mecz w historii z drużyną z Europy środkowowschodniej.
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
7
Rekordy ,,La Pulgi”
16 marca 2014 r. Lionel Messi strzela hattricka w meczu La Liga z Osasuną, czym bije rekord klubowy Blaugrany należący do Paulino Alcantary(395 goli). Niektóre źródła błędnie podają 369 goli Alcantary. Tutaj oficjalnie: https://www.fcbarcelona.com/en/card/648422/paulino-alcantara
@Symson
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
10
Wobec takiej historii, cule nie może przejść obojętnie:
16 marca 1938 r. Barcelona została zbombardowana przez włoskie lotnictwo. Od początku wojny domowej niektórzy piłkarze Barçy wraz z zawodnikami Athletic Bilbao uczestniczyli w walkach. Rok wcześniej po zamordowaniu Josepa Sunyola, Rossend Calvet wraz z trzema byłymi działaczami klubu załatwił Blaugranie tournée po Ameryce Południowej. Część piłkarzy zdecydowała się zostać w Meksyku a Balmanya i Escola uciekli do Francji. W 1938 r. podczas jednego z nalotów na Barcelone, jedna z bomb spadła na budynek siedziby Barçy, w którym znajdowały się trofea i dokumenty klubowe. Calvet wraz z Josepem Cubellsem i innymi działaczami przez kilka dni odzyskał większość przedmiotów.
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
8
Czy wiemy że:
15 marca 1892 r. narodził się jeden z najpopularniejszych klubów na świecie. Liverpool Football Club mógłby się nigdy nie narodzić, gdyby nie jedna postać. W roku 1892 powstał spór o najem, w efekcie czego Everton opuścił Anfield, a prezes klubu John Houlding został wspólnie z garstką fanów i tylko trzema zawodnikami z pierwszego zespołu. Jednak był zdecydowany tworzyć historię piłki nożnej w mieście. Utworzył więc od podstaw nowy klub, wybrał nazwę Liverpool... i stworzył legendę. Nawet on sam nie mógł przewidzieć jak udany będzie jego plan. Po ponad 120 latach, The Reds jest jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie, 19-krotni Mistrzowie Kraju, 8-krotni zwycięzcy FA Cup, 9-krotni zwycięzcy Pucharu Ligi, 6-krotni zdobywcy Pucharu Europy i 3-krotni zdobywcy Pucharu UEFA.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@Lionel_Messi10 To już w tym roku kwalifikacje do World Cup USA Canada Mexico? Nie za wcześnie, przeszło 3 lata do imprezy?
10
Blaugrana w Lidze Mistrzów:
15 marca 1995 r. FC Barcelona przegrała w Paryżu z tamtejszym PSG 2:1 w ćwierćfinale rewanżowego starcia w Lidze Mistrzów i odpadła z rozgrywek. Gole dla PSG zdobyli Rai i Guerin; honorowe trafienie dla Barçy zaliczył Bakero. W pierwszym meczu na Camp Nou padł wynik 1:1. Jak widzimy już wówczas PSG mocno zalazło nam za skóre. Niejako ciekawostką jest fakt iż bramki Barçy strzegł wówczas Carles Busquets(ojciec Sergio).
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
8
Niedoceniane legendy futbolu:
14 marca 1955 r. urodził się Daniel Bertoni, napastnik. Mistrz świata z 1978 r., 3-krotny zdobywca Copa libertadores oraz zdobywca Pucharu Interkontynentalnego z 1973 r. Bertoni jest wychowankiem Quilmes Atlético Club. To w jego barwach zadebiutował w 1971 roku w drugiej lidze argentyńskiej mając zaledwie 16 lat. W 1973 roku Bertoni przeniósł się do innego klubu ze stolicy- Independiente. Od razu zaczął grać w podstawowym składzie i jeszcze w tym samym roku wywalczył Copa Libertadores (wystąpił w obu meczach z Colo Colo Santiago). Niedługo potem zdobył kolejne trofeum – Puchar Interkontynentalny, w którym to Independiente pokonało 1:0 Juventus Turyn. Rok później Bertoni znów wystąpił w finale Pucharu Wyzwolicieli, a Independiente tym razem okazało się lepsze od São Paulo FC. W 1975 klub po raz trzeci z rzędu powtórzył ten sukces pokonując Unión Española Santiago. Od tego czasu Bertoni nie osiągał już sukcesów z Independiente na arenie międzynarodowej, lecz na krajowej, gdy w latach 1977 i 1978 wywalczył z nim mistrzostwo fazy Nacional. Latem 1978 Bertoni opuścił ojczyznę i wyjechał do Europy. Jego pierwszym klubem na tym kontynencie była hiszpańska Sevilla FC. Pierwszy sezon miał mniej udany, gdy zdobył tylko 8 goli w lidze, a z Sevillą zajął 11. pozycję, ale w kolejnym zagrał już dużo lepiej zdobywając 16 bramek i zostając najlepszym strzelcem zespołu, który zakończył na 8. miejscu w tabeli.
W 1980 roku Bertoni wyjechał do Włoch. Przez pierwsze 4 sezony grywał we Fiorentinie. W 1982 roku osiągnął z nią wicemistrzostwo Włoch (zdobył 9 goli), ale z czasem tracił miejsce w składzie i w swoich dwóch ostatnich sezonach w klubie z Florencji opuścił prawie 30 ligowych spotkań, a w ostatnim (1983/1984) zajął z nim 3. miejsce. W 1984 roku Bertoni przeszedł do SSC Napoli, gdzie w linii ataku grał ze swoim rodakiem, Diego Maradoną, jednak z klubem nie osiągnął większych sukcesów. W sezonie 1986/1987 Daniel grał w Udinese Calcio, w którym zdobył zaledwie jednego gola i spadł z nim do Serie B. Po tamtym sezonie zakończył piłkarską karierę w wieku 32 lat. W reprezentacji Argentyny Bertoni zadebiutował w 1974 roku. W 1978 roku został powołany przez selekcjonera Césara Luisa Menottiego do kadry na Mistrzostwa Świata, których gospodarzem była Argentyna. Tam występował w podstawowym składzie w ataku u boku Mario Kempesa oraz Leopoldo Luque. Już w pierwszym meczu przeciwko Węgrom zdobył zwycięskiego gola, ustalającego wynik meczu na 2:1. Grał we wszystkich meczach, także w finałowym z Holandią, gdy w 116. minucie pokonał Jana Jongbloeda i Argentyna wygrywając 3:1 została mistrzem świata. W 1982 roku Bertoni ponownie znalazł się w kadrze "Albicelestes" na mistrzostwa świata, tym razem był to mundial w Hiszpanii. Tam podobnie jak 4 lata wcześniej był podstawowym zawodnikiem kadry i grał we wszystkich meczach, jednak Argentyna nie obroniła mistrzostwa i odpadła już w drugiej rundzie przegrywając 1:2 z Włochami oraz 1:3 z Brazylią. Podobnie jak na mundialu w Argentynie tak i tu zdobył 2 gole, oba w grupowych meczach: z Węgrami (4:1) oraz Salwadorem (2:0). Po tym turnieju Bertoni zakończył reprezentacyjną karierę. W kadrze przez 8 lat wystąpił łącznie w 31 meczach i zdobył w nich 12 goli.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
7
Wybitne legendy polskiego futbolu:
Wszystkiego najlepszego panie Zygmuncie! 14 marca 1946 r. urodził się Zygmunt Anczok. Zygmunt Anczok uważany jest za najlepszego lewego obrońcę w historii polskiej piłki nożnej. Karierę piłkarską rozpoczął w 1959 roku w Sparcie Lubliniec, w którym występował do 1963 roku. Następnie przeniósł się do Polonii Bytom, z którym odnosił spore sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Ból głowy związany z obsadą lewej obrony był całkowicie obcy selekcjonerowi reprezentacji Polski na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Dysponowali bowiem w swoich szeregach jednym z najlepszych specjalistów od gry na tej flance defensywy na świecie- Zygmuntem Anczokiem. Potwierdzeniem tej pozycji w międzynarodowym futbolu było powołanie zawodnika grającego wówczas w Polonii Bytom do reprezentacji Europy przez Seppa Herbergera na mecz pożegnalny Lwa Jaszyna rozgrywany w Moskwie przy stu tysiącach widzów. Akurat w tamtym starciu zagrał on na prawej stronie obrony. Zyskał jednak bardzo pozytywne recenzje a dodatkowo zdobył na własność piłke, którą rozegrano spotkanie i zebrał na niej autografy swoich kolegów z boiska. A było od kogo zbierać. U jego boku wystąpili między innymi Bobby Charlton, Gerd Müller, Dragan Dżajič, Christo Bonew czy Giacinto Facchetti. On sam zmienił Jeana Djorkaeffa(ojca przyszłego mistrza świata- Youriego) po przerwie. W tym gronie mistrzów i medalistów najważniejszych imprez Anczok nie był postacią anonimową. O jego sile zdołali się już wcześniej przekonać Garrincha, Pele czy Allan Ball.
,,Anczok w szybkim tempie wyrósł nam na obrońcę klasy doprawdy już międzynarodowej. Nazywanie go ,,polskim Facchettim” jest już uzasadnione. Anczok jest na tą chwile najlepszym naszym piłkarzem”- pisali dziennikarze po meczu reprezentacyjnym z Anglią, gdy stanowił mur nie do przebicia dla dumnych synów Albionu. Wielkie wrażenie robiła jego elegancja, szybkość i wytrzymałość ale przede wszystkim dalekie ofensywne wypady, rzadkie jeszcze wtedy u zawodników na jego pozycji. Sam wziął ten styl od Facchettiego, którego podglądał dzięki… nielegalnie oglądanej czechosłowackiej telewizji. Znakomita wydolność pozwalała mu bez szwanku dla drużyny wracać do swojej formacji, gdzie już z wielką pieczołowitością zajmował się przeciwnikiem. Swoimi występami w kadrze przeciwko Brazylii, Argentynie czy Anglii wywołał tak wielkie wrażenie że już jako 20-latek został pierwszym w historii Piłkarzem Roku w plebiscycie katowickiego ,,Sportu”. Ten elegancki, dystyngowany wręcz obrońca był autorem ,,psikusa” zrobionego sędziemu Padureanu na pomeczowym bankiecie. Rumuński arbiter w starciu z Bułgarią wyraźnie forował rywali. Anczok udał że ostrzy nóż i pokazał sędziemu kilka wyzywających gestów. Podobno ten nieomal wybiegł z sali… Duże sukcesy odnosił także ze swoim klubem na arenie międzynarodowej. W 1965 r. z Polonią Bytom zdobył Puchar Rappana. Brał udział w obu spotkaniach finałowego dwumeczu przeciwko Lokomotiwowi Lipsk. Kilka miesięcy później przyczynił się do sukcesu w rozgrywkach Interligi oraz Pucharu Ameryki, czyli prestiżowych turniejach organizowanych w USA dla europejskich zespołów. Po powrocie do kraju kibice z Bytomia nieśli na rękach cały zespół, od dworca aż do stadionu.
Na pierwsze(i jedyne) mistrzostwo Polski w karierze musiał jednak poczekać do przenosin w szeregi Górnika Zabrze. Złoto udało mu się zdobyć w sezonie 1971/72. Był to zresztą szczęśliwy dla niego rok. Kilka miesięcy po triumfie w lidze odniósł swój największy sukces reprezentacyjny. Razem z zespołem trenowanym przez Kazimierza Górskiego zdobył mistrzostwo Olimpijskie. Anczok czuwał nad lewą stroną w każdym z 7 meczów tego turnieju. Niewiele później musiał jednak zakończyć poważną karierę. Wielokrotne kontuzje kości śródstopia uniemożliwiły mu wyjazd na Mistrzostwa Świata w RFN. W tym samym czasie zagrał po raz ostatni w Ekstraklasie. Swój bilans zamknął na 232 meczach i czterech medalach(złoto, srebro i dwa razy brąz). Zdobył także Puchar Polski z Górnikiem. Na mistrzostwach świata w RFN zastąpił go Adam Musiał. Zrobił to poprawnie, dał bardzo dużo drużynie. Czy gdyby Anczok był zdrowy i utrzymał miejsce w zespole, to osiągnęlibyśmy więcej? Pewnie nie ale przez to, że nie mógł uczestniczyć w mundialu, wielu kibiców o nim zapomina. Zresztą złoci medaliści z Monachium, którzy później nie zagrali na mistrzostwach świata, nie cieszą się taką popularnością jak ekipa z 1974 r. Zupełnie niesłusznie, bo bez takich graczy jak Anczok, Kraska, Ostafiński, Szołtysik czy Marx nie byłoby sukcesu z 1972 r., a co za tym idzie dużo trudniej byłoby o dobry wynik w RFN.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
8
Prawdziwi cules kultywują pamięć:
14 marca 1909 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze spotkanie na stadionie będącym jej własnością o nazwie Camp del Carrer Indústria, popularnie nazywanym La Escopidora, czyli spluwaczka (nazwa wzięła się od małego rozmiaru stadionu). Niewiele wcześniej klub z pomocą lokalnego biznesmena zakupił grunty przy Carrer de la Industria(obecnie Carrer de Paris). Był to pierwszy w mieście stadion z dwupiętrową trybuną a jego pojemność wynosiła około 6 tysięcy miejsc. Pierwszym rywalem na otwarcie stadionu była FC Catala, z którą Blaugrana zremisowała 2:2 w ramach Mistrzostw Katalonii. Gole dla Barçy strzelili: legendarny Katalończyk Roma Forns oraz Anglik Charles Wallace.
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB