FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Zapomniane El Clasico:
30 kwietnia 1976 r. FC Barcelona pokonuje Real Madrid na Santiago Bernabeu 0:2 na dwie kolejki przed końcem rozgrywek Primera Division po golach Rexacha i Heredii. W końcowym rozrachunku to zwycięstwo pozwoliło zająć tylko drugie miejsce w tabeli za Realem Madrid.
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
17
Robert Lewandowski w meczu z Betisem strzelił swojego 360 gola na poziomie pierwszoligowym, czym zrównał się z Węgrem Jozsefem Takacsem.
PS. A debiut Lamala musze skrzętnie zanotować w mojej bogatej kronice Blaugrany, bo coś czuje że będą z niego ,,ludzie".
1
@Pawel13sz Jak nie obstastawiłeś to prawdopodobnie się sprawdzi, wiem bo już nie raz wmoczyłem tak kase. Natomiast jesli tak postawiłeś to będziesz bogaczem niczym Bill Gates :)
0
@uziq No tak... Najlepiej to 10(!) i wyrównać spektakularne osiągnięcie geniusza futbolu Wilimowskiego.
2
No to jestem bardzo ciekaw jak zagra(i czy wygra) ,,,nasza" kochana Barcunia przeciwko Realowi Betis? Ostatnio ten rywal nie specjalnie ,,nam leży" na Camp Nou ale z drugiej strony wraca Christensen i prawdopodobnie również Dembele. Wygrywamy z Atletico przy odrobinie szczęścia, przegrywamy w fatalnym stylu z Rayo Vallecano a dzisiaj? Dzisiaj to Bóg raczy wiedzieć jak to się potoczy? Najważniejsza będzie skuteczność a jeszcze ważniejsze zdrowie naszych podopiecznych.
2
Karim Benzema strzelając hattricka przeciwko Almerii, przegonił w klasyfikacji strzelców pierwszoligowych Davida Ville(278 goli) i zrównał się z Sebastianem Abreu(279 goli). Dla przykładu do Śp. Johana Cruijffa traci już tylko 11 goli.
7
@FCBparasiempre
Współcześni piłkarze często narzekają na przemęczenie spowodowane natłokiem meczów i wieloma godzinami spędzonymi w podróży. To zrozumiałe, bo rozbudowany system rozgrywek pucharowych doprowadził do tego, że najlepsi grają co trzy-cztery dni. Jednak precyzyjnie skonstruowany kalendarz rozgrywek zapewnia im minimum 48 godzin na odpoczynek. Nie zawsze tak było, a w latach 80. niektórzy gracze potrafili zagrać w dwóch meczach w ciągu kilku godzin. I to nie tylko zagrać, ale również być w tych spotkaniach wyróżniającymi się postaciami. Czy dzisiejszych herosów piłki byłoby stać na takie poświęcenie dla klubu lub reprezentacji? Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale osobne terminy na oficjalne mecze reprezentacji europejskich oraz obowiązek zwalniania przez kluby piłkarzy na te spotkania, nie zawsze były normą. W pierwszej kolejności, a stało się to na początku lat 80., wprowadzono przepis, że klub musi zwolnić powołanego piłkarza na oficjalny mecz reprezentacji. Wcześniej nie było takiego obowiązku i kadry narodowe, których gracze w większości występowali w ligach zagranicznych (np. kraje skandynawskie) miały duże problemy, by skompletować najsilniejszą jedenastkę na mecze eliminacji ME czy MŚ.
Morten Olsen (kapitan słynnej drużyny Danii z lat 80.) w wywiadzie dla WP Sportowe Fakty mówił tak: ,,Zawsze mieliśmy świetnych piłkarzy. Ale aż do końca lat 70., kluby w Europie nie miały obowiązku zwalniania zawodników na mecze drużyn narodowych. Wcześniej chciałem jeździć na mecze ale Anderlecht zwykle nie chciał mnie na nie puszczać.” Dużo dłużej, bo aż do eliminacji Euro 2000, trzeba było czekać na wprowadzenie odgórnie ustalonych terminów na mecze reprezentacji, żeby nie kolidowały z rozgrywkami klubowymi. Było to bardzo potrzebne po to, by nie zdarzały się takie sytuacje jak ta z Ronaldem Koemanem w 1992 roku. Johan Cruyff tak pisał o tym w swojej autobiografii: ,,Niestety Ronaldowi Koemanowi nie było dane doświadczyć tego wyjątkowego uczucia (świętowania zdobycia mistrzostwa Hiszpanii). Selekcjoner Rinus Michels powołał go wówczas na sparing reprezentacji Holandii (mecz z Francją). Kiedy o tym usłyszałem, uznałem, że to jakiś żart. Jak piłkarz ma sobie poradzić z takim ciosem? I to na dodatek wymierzonym akurat przez Michelsa! Zupełnie tego nie rozumiałem. Głupota. Grasz przez cały rok o tytuł a później nie możesz odebrać nagrody…”. Wypowiedź Cruyffa dotyczyła sytuacji z 7 czerwca 1992 roku, kiedy to odbywała się ostatnia kolejka ligi hiszpańskiej. Wcześniej, 5 czerwca Holandia rozegrała ostatni mecz towarzyski przed rozpoczynającymi się pięć dni później ME w Szwecji. Z tego powodu Ronald Koeman, który został powołany do kadry na ME, nie mógł świętować z kolegami mistrzostwa Hiszpanii. Obecnie również odbywają się turnieje, które kolidują z europejskimi rozgrywkami, ale odbywają się one wyłącznie poza Europą (Copa America, Puchar Narodów Afryki, Puchar Azji).
Zbigniew Boniek
W latach 80. Zbigniew Boniek był wielką gwiazdą reprezentacji Polski oraz w latach 1982-1985 włoskiego Juventusu. Niestety osoby odpowiedzialne za planowanie kalendarza meczów w 1985 roku nie wzięły tego pod uwagę i ustaliły dwa spotkania, w których nasz wybitny piłkarz miał odegrać kluczową rolę, na 29 i 30 maja. Pierwszym był finał Pucharu Europy pomiędzy Juventusem i angielskim Liverpoolem, który miał być rozegrany w środę 29 maja 1985 na stadionie Heysel w Brukseli. Dzień później w Tiranie reprezentacja Polski rozgrywała kluczowy na tym etapie eliminacji do MŚ, mecz z Albanią. Według działających już zasad, pierwszeństwo miała reprezentacja ale Boniek za wszelką cenę, co nikogo nie powinno dziwić, chciał zagrać również w Brukseli: ,,A czy miałem jakieś inne wyjście? Przecież dla Juventusu był to najważniejszy mecz nie tylko tego sezonu, natomiast przed reprezentacją pojawiła się poważna szansa na zwycięstwo, a tym samym objęcie przodownictwa w grupie. Jedna i druga drużyna liczyły się dla mnie, zdawałem sobie z tego sprawę i starannie przygotowywałem się do próby, jakiej chyba jeszcze nie podejmował żaden inny piłkarz, oczywiście na tym poziomie futbolu”– tak wspominał Zibi tamte czasy w książce „Prosto z Juventusu”. W związku z tym władze Juventusu umówiły się z PZPN, że zaraz po meczu nasz reprezentant prywatnym samolotem zostanie przetransportowany na mecz w Tiranie. Tak wspominał przygotowania do tych spotkań i do podróży Zbigniew Boniek: ,,Do tych dwóch spotkań przygotowywałem się wyjątkowo starannie nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. W ciągu niespełna 24 godzin na dwóch krańcach Europy miałem zagrać dwa bardzo ważne mecze. Trudność polegała na tym, że nie mogłem pozwolić sobie na odprężenie po pierwszym spotkaniu. Nie wolno mi odczuwać zmęczenia– takie założenie przyjąłem dużo wcześniej, nim nasz zespół pojawił się w Brukseli.” Nikt nie mógł jednak przewidzieć tragedii, jaka wydarzyła się przed meczem na Heysel, przez którą ta podróż dla Zibiego, była jeszcze trudniejsza, niż wcześniej planował: ,,Oczywiście byłem przygotowany na dwa mecze. ale przecież nie mogłem przypuszczać, i nikt tego nie mógł, że będę jechał do tirany w tak fatalnym nastroju. szybko spakowałem się, było już po północy, gdy opuszczałem hotel. Włosi, zgodnie zresztą ze zobowiązaniami wobec PZPN, bardzo precyzyjnie przygotowali moją podróż do Albanii. Samochodem pojechałem prosto na lotnisko. Władze celne i graniczne nie przeprowadziły żadnej kontroli. Tymczasem w części lotniska wyznaczonej dla samolotów prywatnych panował tłok i zamieszanie. Nikt nie był w stanie powiedzieć, którym samolotem mam lecieć, bo takich samych awionetek czekało gotowych do odlotu około… czterystu. Wszyscy bezradnie rozkładali ręce, tłumy kibiców kręciły się między samolotami. Nie pozostało mi nic innego, jak wziąć walizkę w rękę i pytać kolejno pilotów. Miałem szczęście, bodaj dwunasty napotkany samolot był właśnie tym, którym w ciągu doby miałem odbyć podróż niemal dookoła Europy. Około szóstej rano dolecieliśmy do Pizy. Dlaczego właśnie tam? Z dwóch powodów, po pierwsze samolot nie był w stanie bez przerwy pokonać odległości dzielącej Brukselę od Tirany, po drugie piloci nie znali dokładnie warunków atmosferycznych nad Albanią. Poza tym postój w Pizie wykorzystałem na trzygodzinną drzemkę w hotelu obok lotniska. Około czternastej byliśmy w Tiranie. Na lotnisku czekał na mnie kierownik drużyny, Jerzy Wilkosz. Po piętnastu minutach byłem w hotelu. Dopiero tam poczułem całkowite odprężenie.” Zbigniew Boniek w ciągu niecałych 22 godzin rozegrał dwa pełne mecze o bardzo wysoką stawkę oraz pokonał dystans 1734 km (Bruksela-Pisa-Tirana). W obydwu spotkaniach okazał się kluczowym piłkarzem. W Brukseli po faulu na Zibim Michel Platini z rzutu karnego zdobył zwycięskiego gola dla Juventusu, a w Tiranie już osobiście Boniek strzelił gola na wagę trzech punktów.
Søren Lerby
Boniek rozegrał swoje mecze w dwa kolejne dni, ale kilka miesięcy później duński pomocnik Bayernu Monachium Søren Lerby, miał dużo trudniejsze zadanie. W ciągu sześciu godzin miał zagrać w dwóch spotkaniach, zaplanowanych na stadionach oddalonych od siebie o blisko 1000 km. Lerby był kluczowym graczem zarówno reprezentacji, jak i Bayernu, a tak się złożyło że jedni i drudzy grali na 13 listopada 1985 roku. „Duński Dynamit” prowadzony przez Seppa Piontka grał po południu w Dublinie mecz eliminacji MŚ z Irlandią, a Bayern, który trenował wówczas Udo Lattek, o 20:00 rozgrywał w Bochum mecz drugiej rundy Pucharu Niemiec. Spotkanie w Dublinie było wówczas dla Duńczyków formalnością, ponieważ praktycznie mieli zagwarantowany awans, ale dla pewności potrzebowali jeszcze jednego punktu. Trener Piontek obiecał Sørenowi, że jak tylko wynik będzie korzystny, to zdejmie go z boiska, i pozwoli, by udał się do Niemiec. Do przerwy było 1:1 i stojący przy linii menadżer Bayernu Uli Hoeness, który organizował całą akcję, nerwowo patrzył na zegarek. Gdy w 58. minucie John Sivebaek strzelił gola na 3:1 dla Danii, Lerby mógł wreszcie opuścić boisko. ,,Pobiegłem do szatni i wziąłem prysznic tak szybko, jak chyba nigdy w życiu. Z mokrymi włosami wybiegłem ze stadionu i wskoczyłem do samochodu w którym z uruchomionym silnikiem czekał Uli. To był wyścig z czasem”– tak wspominał tamte chwile Lerby. W towarzystwie eskorty policji mknęli przez wąskie drogi wylotowe z miasta na międzynarodowe lotnisko w północnej części Dublina do oczekującego na nich prywatnego odrzutowca. Motocyklista irlandzkiej policji na sygnale doprowadził nas na płycie lotniska w Dublinie do czekającego samolotu. Wsiedliśmy do niego biegiem i po około godzinie lotu, tuż po siódmej wieczorem wylądowaliśmy na lotnisku w Dusseldorfie – opowiada dalej Lerby. Do meczu pozostała niecała godzina i 51 kilometrów do pokonania. Podróż autostradą do Bochum duński pomocnik opisuje w taki oto sposób: ,,Po wylądowaniu, pędziliśmy w Porsche autostradą w kierunku Bochum. Podróż wydawała się trwać wiecznie, zegar tykał. Przed Ruhrstadion wylądowaliśmy w korku. Nie mogliśmy ruszyć się zarówno w do przodu jak i wstecz. Byliśmy jak w klatce. Wyskoczyłem na zewnątrz, powiedziałem „Bye” do Uliego i ruszyłem biegiem ostatnie dwa kilometry do stadionu. Chciałem grać od początku.” Niestety kiedy Lerby dobiegł na stadion, drużyna już była w tunelu i… wychodziła na boisko. Udo Lattek podszedł do Sørena i powiedział mu, że wejdzie na plac gry po przerwie. Duńczyk był bardzo rozczarowany, bo czuł, że cała ta walka z czasem poszła na marne. Jak się okazało, nie do końca. Mecz w regulaminowym czasie zakończył się remisem 1:1 i trzeba było zagrać dogrywkę, która również nie przyniosła rozstrzygnięcia. Nie strzelano wtedy karnych, tylko powtarzano mecz na stadionie gości. Bayern wygrał powtórzone spotkanie 2:0 a jedną z bramek zdobył Lerby. Duńczyk w ciągu sześciu godzin zagrał w dwóch meczach w sumie 133 minuty i pokonał odległość blisko 1000 kilometrów.
Mark Hughes
Bardzo podobny problem do Duńczyka miał dwa lata później, występujący wówczas również w ekipie z Bawarii, walijski napastnik Mark Hughes. 11 listopada 1987 roku reprezentacja Walii grała w Pradze o 16:30 mecz w ramach eliminacji do ME, a o 20:15 w Monachium Bayern podejmował w meczu drugiej rundy Pucharu Niemiec Borussię Mönchengladbach. Uli Hoeness ponownie wszystko zaplanował i zaraz po zakończeniu meczu w Pradze, Hughes udał się na lotnisko do oczekującego na niego samolotu. Tym razem odległość była dużo krótsza (300 km), więc podróż przebiegła błyskawicznie. Mark Hughes opowiadał później: ,,Lecieliśmy tuż nad stadionem, gdy mecz już się zaczął. Widziałem z góry piłkarzy.” Walijczyk dotarł na stadion w przerwie i w 63. minucie pojawił się na boisku. Bayern przegrywał 0:1, ale po wejściu Hughesa potrafił odwrócić wynik meczu i po dogrywce pokonać gości 3:2. Mark Hughes w ciągu kilku godzin rozegrał w sumie 147 minut w dwóch spotkaniach, ale z pewnością nie żałował tego, gdy jako zwycięzca opuszczał murawę monachijskiego stadionu.
Juninho Pernambucano
W Ameryce Południowej również mieliśmy przykład piłkarza, który postanowił zagrać w dwóch meczach jednego dnia. Znany wszystkim z występów we francuskim Lyonie Juninho Pernambucano, jeszcze jako piłkarz brazylijskiego Vasco da Gama, dokonał takiego wyczynu 7 września 1999 r. Podczas meczu towarzyskiego Brazylia – Argentyna rozgrywanego w Porto Alegre, zagrał przez ostatni kwadrans, a następnie mimo problemów z opóźnionym lotem, udał się do Montevideo w Urugwaju, aby pojawić się w drugiej połowie meczu o Copa Mercosur pomiędzy Vasco i Nacionalem.
Nacho Novo
Ostatnim i najnowszym przykładem gracza, który zrobi wszystko by zagrać w dwóch spotkaniach, jest znany polskim kibicom z występów w warszawskiej Legii Nacho Novo. Wprawdzie nigdy nie zagrał on w reprezentacji Hiszpanii, ale za to występował w nieoficjalnych meczach reprezentacji Galicji. 27 grudnia 2008 rozegrał 16 minut jako piłkarz Rangers FC w derbach Glasgow, by następnie udać się błyskawicznie na lotnisko i pokonać liczącą blisko 1500 kilometrów drogę z Glasgow do A Corunii i wystąpić w spotkaniu reprezentacji z Iranem. Jak się okazało, warto było tak się poświęcić dla reprezentacji, ponieważ nie dość że zagrał od pierwszej minuty, to jeszcze zdobył dwa gole i Galicja pokonała Iran 3:2.
Przypomniałem wam najbardziej znane przypadki piłkarzy, którzy w ciągu 24 godzin zagrali zarówno dla klubu jak i dla swojej ojczyzny. Mimo trudności w podróży nie poddawali się i chyba żaden z nich nie żałuje swojej decyzji. W obecnych czasach takie poświęcenie piłkarze wykazują chyba tylko ostatniego dnia okienka transferowego, gdy muszą przed 24:00 podpisać nowy kontrakt.
8
Piłkarze, którzy zagrali dwa mecze w zaledwie kilka godzin:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
8
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
29 kwietnia 1903 r. w Moskwie urodził się Jerzy Bułanow. Pierwszym piłkarzem spoza Polski reprezentującym nasz kraj, który dodatkowo nie miał na początku z nią nic wspólnego, był człowiek urodzony w Imperium Rosyjskim. Jerzy Bułanow przebył długą drogę po to, żeby zostać kapitanem reprezentacji Polski. Zanim piłkarz urodzony w Moskwie trafił do Polski, grywał w lokalnych klubach. Niestety nie ma zbyt wielu informacji na temat jego przygody z nimi. Rodzina piłkarza wyemigrowała do Polski w obawie przed Bolszewikami. Sam zawodnik szybko dostosował się do warunków panujących w naszym kraju i na początku lat 20. XX wieku zadebiutował w Polskiej kadrze. Jego rodzina dostarczyła kilku dobrych piłkarzy, Jerzy miał trzech braci, którzy dobrze grali w piłkę i reprezentowali Polonię Warszawa. Gdy dostał się do kadry, nie miał nawet Polskiego obywatelstwa. Nikt jednak nie robił mu przez to problemów. Jerzy Bułanow swoją karierę w Polsce rozpoczął w nieistniejącej już Koronie Warszawa. Po dobrych meczach, które rozgrywał, dostał zaproszenie do Krakowa na mecz treningowo-kwalifikacyjny przed starciem z Rumunią. Na stadionie w Krakowie wypadł całkiem nieźle i znalazł się w drodze do Czerniowców. Musicie przyznać, że na pewno było to wielkie wydarzenie w życiu niespełna 19-letniego Rosjanina. Obawiano się, że na granicy może mieć problemy, ponieważ nie posiadał polskiego obywatelstwa. W rękę wciśnięto mu paszport Stefana Popieli, piłkarza Cracovii i tym o to sposobem przeszedł kontrolę. Świeżo upieczony reprezentant miał mieszane uczucia przy hymnie narodowym. Opowiadał, że czuł się dziwnie mały. Po raz pierwszy stał z orzełkiem na piersi, wysłuchując Mazurka Dąbrowskiego. Miał chwile, w których chciał wykrzyczeć „puśćcie mnie!” i uciec. Mecz zakończył się remisem a Bułanow całkiem dobrze sobie poradził. Na kolejne spotkanie w kadrze narodowej musiał czekać aż 6 lat! Sam Jerzy wspominał, że PZPN nie wiedział, że jest Rosjaninem i dlatego dostał powołanie. Ponoć przez to nieporozumienie nie był brany pod uwagę. Nie miało nawet znaczenia to, że był kluczowym piłkarzem Polonii Warszawa. Można powiedzieć, że stał się jej legendą. W drodze wyjaśnień należy zaznaczyć, że Jerzy Bułanow przez rodziców nazwany został Jurij. Dopiero po kilku latach w Polsce zmienił imię, żeby brzmieć bardziej swojsko. Mówił coraz lepiej w naszym ojczystym języku. Jego zainteresowaniem było dziennikarstwo. Lubił wcielać się w rolę reportera sportowego. Wydawał pismo, napisał również dwie książki. Zanim bohater tego tekstu ponownie zagrał w kadrze, wraz z Polonią sięgnął po wicemistrzostwo kraju. Po dobrych występach dostał propozycję z Wiednia, w którym miał grać na zasadzie profesjonalnego kontraktu. Wysłannicy z Austrii argumentowali, że w Polonii nic dobrego go nie czeka, a u nich będzie grał na odpowiednim poziomie i zarobi sporo pieniędzy. Jednak od zawsze twierdził, że sport kończy się tam, gdzie są pieniądze. Dzisiaj chyba już nikt na to nie zważa, jeśli tak jest, to rzadko. W obecnym futbolu bez pieniędzy nic nie można osiągnąć, ale fakt nie można porównywać czasów przed II wojną światową do dzisiejszego rozwoju, jedno jest pewne, piłka jest była i będzie.
Bułanow po powrocie okazał się ważnym ogniwem dla zespołu. Obrońca został kapitanem w drużynie prowadzonej przez Józefa Kałużę. W 1931 roku wyprowadził Polskę na stadionie w Brukseli już, jako najważniejszy zawodnik w zespole. Mimo przegranej Polacy zaimponowali 40-tysięcznej publiczności. W jego wspomnieniach możemy przeczytać, że przegrali z powodu słabej gry Kossoka czy Wypijewskiego, którzy grali całkowicie bez wyrazu. Po dwóch latach Polacy zagrali pierwszy mecz w historii z reprezentacją Niemiec. Broniąc się do ostatnich minut, Polacy ulegli w końcówce spotkania. Nim wybuchła wojna, w 1934 roku pożegnał się z reprezentacją. Przygotowywał się do meczu z Niemcami, który miał być jego 30-stym spotkaniem z orłem na piersi, lecz nagle został całkowicie usunięty z kadry. Bułanow skomentował to po latach poniższym zdaniem: ,,Zostałem wycofany z obiegu. Szmelc wyrzuca się do kosza. Czyż trzeba publicznie dać mi do zrozumienia, że już się zestarzałem, że tacy jak ja nie mają żadnej wartości dla reprezentacji? Zaprawdę nie wszystko było robione w myśl zasady fair play!”. W wieku 34 lat doznał ciężkiej kontuzji kolana, która zakończyła jego karierę. W sumie pewnie nie pograłby za długo, w czasie wojny mało kto uprawiał ten sport. W późniejszym okresie Rosjanie przepędzili go z Polski. Trafił do armii prowadzonej przez Władysława Andersa we Włoszech. Po zakończeniu wojny osiedlił się w Anglii a władzę PRL rozkazały wymazać Jerzego Bułanowa z wszelkich archiwów. Żeby w miarę godnie żyć, zajmował się różnymi rzeczami, od bycia trenerem po zajęcie się wcześniej wspomnianym dziennikarstwem. Przed tym wyemigrował do Buenos Aires, gdzie zmarł na zawał serca 17 marca 1980 roku.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
7
@FCBparasiempre
29 kwietnia 1950 r. urodził się Piotr Drzewiecki, obrońca. ,,Wychowałem się w Chorzowie-Batorym i chodziłem z synem Gerarda Cieślika do szkoły. Gdy jego słynny ojciec był trenerem w Lędzinach, zabierał nas samochodem na mecze”- opowiada pan Piotr. Przesiąkł legendą Cieślika, więc nie ma co się dziwić iż przez całą karierę grał tylko w jednym klubie, w Ruchu Chorzów, z którym 3 razy zdobywał mistrzostwo Polski. Po medalowym Mundialu w RFN mógł być następcą Adama Musiała w reprezentacji Polski ale lewy obrońca Niebieskich przegrał z kontuzjami. Pierwszej doznał gdy miał zaledwie 19 lat, 17 września 1969 r. w wyjazdowym meczu w ramach rozgrywek o Puchar Miast Targowych z Wiener Sport Club. Nawet dzisiaj dźwięk nazwiska Kaltenbrunner robi na nim złowieszcze wrażenie, choć przecież nie chodzi o nazistowskiego zbrodniarza skazanego w procesie norymberskim na kare śmierci. Günter Kaltenbrunner to austriacki piłkarz, który ostro władował się Drzewieckiemu w nogi podczas wiedeńskiego meczu. ,,Wszedłem na boisko po przerwie, tak samo jak Józef Jandula i od początku właśnie Józek ścinał się z tym Kalterbrunnerem. Twardo było, Jandula nie odpuszczał i Austriak, wysoki, mocny napastnik, koniecznie chciał się odegrać a że akurat ja znajdowałem się w pobliżu, sfaulował mnie. Nie wiem jakie miał zamiary ale skutek był taki że kompletnie rozwalił mi kolano.. W pierwszym, całkiem rozsądnym zamyśle Drzewiecki miał być operowany w Wiedniu. ,,Działacze Ruchu szybko przeliczyli że będzie to słono kosztować, więc zapadła decyzja o powrocie do Polski. Najpierw z Wiednia zabrali mnie do Krakowa a stamtąd samochodem do Bielska-Białej, prosto na stół operacyjny. Poskładali mi kolano ale czekała mnie długa rekonwalescencja. Na początku kariery wszystko pięknie się układało i nagle alarm. Niemal po każdym meczu noga była spuchnięta. Cały czas chodziłem na jakieś konsultacje lekarskie. Musiałem ciągle się pilnować żeby nie przeciążać kolana. Nauczyłem się z tym żyć bo alternatywą było zakończenie kariery. Noga puchła? Trudno. Zaciskałem zęby i grałem dalej, uważając żeby nie wydarzyło się coś gorszego niż obrzęk. Zawsze wiedziałem że będę grał w klubie z Cichej. Nie było innej opcji! Wychowałem się w Chorzowie-Batorym a to oczywiście matecznik Niebieskich. Po sąsiedzku mieszkali Wyrobek, Bula a Cieślik miał mieszkanie tylko 3 klatki dalej. Z jego synem chodziłem do podstawówki. Korzystałem na tym bo pan Gerard zabierał nas samochodem na mecze swojej drużyny, gdy został trenerem”- opowiada pan Piotr. Powrót do normalnego grania zabrał mu rok ale gorzej było z odzyskaniem wysokiej formy. Gdy przyszło grać co 3 dni, kolano nie wytrzymywało takiego obciążenia. Wreszcie w Ruchu pojawił się trener Vičan, który w 1969 r. po finałowym zwycięstwie nad FC Barceloną(3:2) zdobył ze Slovanem Puchar Zdobywców Pucharów. Nic dziwnego że w nowym polskim klubie miał wielki posłuch. Praca z nim była dużą przygodą bo potrafił dokręcić śrube piłkarzom. Nie wszyscy dobrze to znosili. Młody chłopak z ciężką kontuzją w papierach stawał przed sporym wyzwaniem. ,,Przede wszystkim Vičan znał moją przeszłość i wcale nie zalecał mi forsownych zajęć. Wręcz przeciwnie, był wyrozumiały, podpowiadał, co i jak mam robić”- zapewnia pan Piotr. To był czas, kiedy z Ruchem powoli rozstawali się starsi piłkarze jak Jandula, Faber, Nieroba, Piechniczek czy Herman. Dla Drzewieckiego zaczynał się lepszy okres. Kolano doprowadził do jako takiego porządku, oswoił się z powracającym bólem, wiedział jak minimalizować ryzyko. Długo jednak nie nacieszył się grą, ponieważ… doznał kolejnej poważnej kontuzji. ,,Zerwałem mięsień uda i było to również pokłosie tamtego dramatu z Wiednia. Wtedy pomyślałem sobie że już nie dam rady, że nie będę grał zawodowo w piłke. Gips sięgał mi aż do biodra. Gdy wchodziłem w mieszkaniu do ciasnej toalety, to zostawiałem otwarte drzwi bo usztywniona noga musiała wystawać na zewnątrz. Powoli zaczęło się to wreszcie goić a potem czekało mnie zwiedzanie sanatoriów aż w końcu znowu wróciłem do grania”- wspomina z satysfakcją pan Piotr. Niesamowite że wszystko co najlepsze, ciągle było przed nim. Nie dość że z Ruchem 3-krotnie zdobył mistrzostwo Polski, to zagrał jeszcze w reprezentacji kraju. W momencie szczególnym bo jesienią po mistrzostwach świata w RFN. Przygotowania do turnieju sprawiły że rozgrywki ligowe zostały dokończone już po powrocie do medalistów do Polski. Tytuł zdobył Ruch a forme piłkarzy Vičana docenił Kazimierz Górski. 9 października 1974 w kwalifikacjach do mistrzostw Europy Polacy pokonali Finlandię 3:0. W naszej drużynie co prawda zabrakło Maszczyka ale pojawiło się aż 5 jego kolegów z Ruchu, których nie było na mistrzostwach: Ostafiński, Wyrobek, Bula, Marx oraz Drzewiecki i to właśnie on miał największe szanse aby utrzymać się w kadrze na dłużej bo wypadł Musiał, który na początku września spowodował wypadek samochodowy. Musiał w reprezentacji już nigdy nie zagrał ale Drzewiecki ograniczył się tylko do 3 występów, wszystkie zaliczył jesienią 1974 r. Jeszcze w kwietniu 1975 pojechał do Rzymu na mecz z Włochami w eliminacjach ME. ,,Miałem zagrać ale kolano mi spuchło, nic się nie dało z tym zrobić. Zastąpił mnie Henryk Wawrowski i zadomowił się w jedenastce na dłużej a ja już skupiłem się wyłącznie na grze w Ruchu”- wyjaśniał obrońca Niebieskich. Pan Piotr nieźle sobie radził, zdobył z drużyną jeszcze 2 tytuły mistrzowskie. Wtedy czuł się potrzebny, choć rozumiał że wysiłek i poświęcenie mają swoją cene. Wielu jego rówieśników po 30-tce wyjeżdżało za granice aby jeszcze pograć i zarobić w obcej walucie. W jego przypadku nie było na to szans. Jak jakaś klątwa wlokła się za nim ta nieszczęsna kontuzja z Wiednia. Musiał odciążać prawe kolano, więc siłą rzeczy robił nienaturalne ruchy a z biegiem czasu zaczęły się pojawiać inne dolegliwości. Gdy kończył grać w Ruchu, odezwał się jeszcze walczący o awans do 2 ligi BKS Bielsko-Biała ale Drzewiecki nie dał się już namówić na dalsze granie a tym bardziej na przeprowadzke.
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
1
@KrwawiaceoczyVEB Oby, oby! Tylko że ja nic nie rozumiem z tej ,,chińszczyzny"!
13
Wybitne legendy polskiego futbolu:
29 kwietnia 1927 r. w Hajdukach Wielkich urodził się Gerard Cieślik, bohater pamiętnego, wygranego przez Polskę 2:1 meczu ze Związkiem Radzieckim. 20 października 1957 roku strzelił dwa gole legendarnemu Jaszynowi i sam stał się legendą. W Ruchu Chorzów rozegrał łącznie 249 spotkań i zdobył 177 goli, co do dziś jest klubowym rekordem. Pierwszą piłką Cieślika była szmacianka uszyta z pończoch ukradzionych mamie, starych skarpet i szmat. Niespełna 10-letni Gerard zrobił ją własnoręcznie. ,,Na moim podwórku był tylko jeden chłopak, który miał skórzaną piłkę. Był jednak mały problem. On grał od czasu do czasu a ja za futbolówką mogłem się uganiać od rana do wieczora– wspomina Cieślik. Jego szmacianka była nie tylko okrągła, tak jak normalna piłka, ale i sprężysta, bo odbijała się od ziemi. – Idealnie nadawała się do ćwiczenia siły i techniki uderzenia. Dzięki temu doświadczeniu strzelałem gola za golem, grając już normalną piłką”– zauważa pan Gerard.
Oczywiście bardzo chciał zostać napastnikiem. Gdy podawał piłki zawodnikom Ruchu, to z rozmysłem trafiał w słupek lub poprzeczkę. ,,Żeby mieć jeszcze jedną szansę na kopnięcie bala (tak mówiło się na piłkę w śląskiej gwarze)”– wyjaśnia słynny gracz Ruchu. Uczył się też trafiać w jedno miejsce. Kiedy stanął do naboru, to za pierwszym razem uderzył w spojenie a potem bezbłędnie powtórzył swój trik! Egzaminujący chłopaków Teodor Peterek przecierał oczy ze zdziwienia. Tak zaczęła się kariera piłkarza, który dziś jest symbolem przywiązania do klubowych barw. ,,Ofert miałem bez liku. Legia cztery razy podchodziła. A Widzew Łódź kusił trzypokojowym mieszkaniem, w dodatku ładnie umeblowanym. Ja wtedy miałem jeden pokój z kuchnią”– mówił Cieślik. W chorzowskim zespole debiutował jako 18-latek. Był 12 września 1945 roku, Ruch grał ze Zgodą Bielszowice. Niebiescy dopiero zaczynali marsz do I ligi. Dotarli tam trzy lata później, przy wydatnej pomocy Cieślika, który strzelał jak na zawołanie. Czasami nawet i po 5 goli w meczu. Najtragiczniejszym rozdziałem w życiu byłego gracza Ruchu jest II wojna światowa. Antoni Cieślik, ojciec piłkarza, zginął w nalocie Luftwaffe pod Wolborzem. Uciekali z Chorzowa, bo tata walczył w powstaniach śląskich. Po jego śmierci rodzina wróciła do domu. ,,Drzwi były jednak zaplombowane. Dzieci powstańców nie miały prawa się kształcić. Cudem uniknęliśmy wywózki na roboty do Niemiec. W wieku siedemnastu lat zostałem jednak wcielony do Wehrmachtu”- wspominał Cieślik. Okres służby w hitlerowskiej armii wspomina w swojej książce „Urodzony na boisku". „Musiałem stawić się w Cottbus. Miałem więcej szczęścia niż rozumu, bo szef kompanii był nieprzychylny Hitlerowi. Przez pierwszych pięć dni pobytu nie zakładałem munduru. Przełożonemu powiedziałem, że Niemcy ojca mi zabili i dlatego nie założę tych ciuchów. Szef poklepał mnie po ramieniu i odszedł" – pisze o pierwszych dniach w niemieckiej armii.
Później trafił do radzieckiej niewoli. Pół roku siedział w obozie w Brandenburgu. Wywózki na Sybir uniknął dzięki Teodorowi Wieczorkowi. ,,Ruscy go szanowali, bo w czasie wojny pracował z rosyjskimi jeńcami w kopalni. Jak się dowiedział, że jestem na liście do wywózki, to nakrzyczał na kogo trzeba i zwolniono mnie do domu – wspomina Cieślik. W 1957 roku mógł się odegrać na Ruskich na boisku. – Tyle że wtedy nie myślałem o zemście za jakieś stare krzywdy – opowiada o największym momencie chwały w swojej karierze. – Początkowo nie miałem wystąpić w tym meczu. W ostatnim sparingu kadry z reprezentacją Śląska strzeliłem jednak dwie bramki i dostałem powołanie. Kiedy Ewald Cebula przyszedł do mnie do domu, by mi o tym powiedzieć, to akurat jadłem obiad. Z wrażenia łyżka zawisła mi nad talerzem z zupą – uśmiecha się na wspomnienie tamtej historii Cieślik. – Trener Tadeusz Foryś taktykę na spotkanie przedstawił przy śniadaniu. Przełykaliśmy kolejne kęsy i słuchaliśmy wskazówek. Miałem strzelać w dogodnej sytuacji i to robiłem. Pierwszą gola zdobyłem z podania Kempnego. Kopnąłem fałszem i piłka wpadła do siatki, odbijając się od słupka. Drugie trafienie to wymiana podań z Brychczym. „Kici" zacentrował a ja uderzyłem głową i przelobowałem Jaszyna” – mówi Cieślik. Wielki Brat padł na kolana a kibice zanieśli strzelca goli na rękach do szatni. W latach 50-tych był jedną z największych gwiazd polskiej piłki. To m.in. o nim jest słynna piosenka „Trzej przyjaciele z boiska" z muzyką Władysława Szpilmana i słowami Artura Międzyrzeckiego. Cieślik był w tej piosence „łącznikiem z miasta Chorzowa". Potrafił się postawić. Kiedy PRL-owska władza, w ramach akcji przywracania polskości na Górnym Śląsku, kazała mu zmienić imię na Czesław, to stwierdził, że prędzej przestanie grać. Dzisiaj jest za to wzorem do naśladowania dla młodych piłkarzy Ruchu i klubową legendą. ,,Jak tak mówią, to ja się nie gniewam. Kiedy grałem, chciałem być dla Ruchu tym, kim dla Wisły był Mieczysław Gracz – zdradza. – A Ruch to było i jest całe moje życie. Urodziłem się na boisku, bo pierwszy stadion Niebieskich był w Chorzowie-Batorym, obok mojego bloku. Do dziś pamiętam popisy Ernesta Wilimowskiego i pierwsze treningi w kolarkach, które zaprzyjaźniony szewc przerobił mi na korki. A pierwsze buty piłkarskie dostałem od Ryszarda Wyrobka. Były trzy numery za duże, więc napchałem bandaży. Ciągle staram się chodzić na mecze mojej ukochanej drużyny, ale jak są późno, to wolę je oglądać w telewizji. Zresztą w domu czuję się, jakbym był na Cichej. Otacza mnie całe mnóstwo pamiątek.”- wspominał Śp. Gerard Cieślik.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
8
@FCBparasiempre
29 kwietnia 1894 r. urodził się Stanisław Mielech, wybitna postać polskiego sportu. Był założycielem Legii Warszawa i pomysłodawcą jej nazwy. Wystąpił w pierwszym meczu reprezentacji Polski i strzelił pierwszego gola w finałach mistrzostw Polski. Był pierwszym prowadzącym na żywo relację radiową z meczu naszej kadry. Jako pierwszy prowadził też klasyfikację strzelców ekstraklasy. Doktor prawa, oficer Wojska Polskiego, dziennikarz, działacz i trener, ale przede wszystkim świetny piłkarz krakowskich klubów tuż po ich powstaniu. Stanisław Mielech to postać absolutnie wyjątkowa w historii polskiej piłki nożnej. Był świadkiem i uczestnikiem powstawania wszystkiego, co ważne– klubów, Polskiego Związku Piłki Nożnej, reprezentacji, ligi a także dziennikarstwa sportowego. ,,Wspomnienia moje zaczynam od roku 1907. W tym to roku zmarł dobry dr Jordan, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, dokonawszy dzieła swojego życia. Dał już bowiem młodzieży impuls do uprawiania ćwiczeń fizycznych i od r. 1891 istniał Park Sportowy jego imienia. Nie byłem świadkiem narodzin krakowskiej piłki nożnej, gdyż wtedy nie interesowałem się jeszcze piłką nożną. Nie widziałem pierwszego w Krakowie meczu piłki nożnej. Na Zielone Świątki 1906 roku przyjechała pod Wawel drużyna I LKPN „Czarni” i w obecności prof. Jordana, na XIII boisku Parku pokonała 2:0 drużynę przodowników Parku. Był to właściwie mecz reprezentacji szkół średnich Krakowa i Lwowa. Wtedy to Kraków po raz pierwszy zobaczył drużynę piłkarską ubraną w kostiumy i obuwie sportowe. Tak zaprezentowali się lwowianie; przodownicy Parku wystąpili w meczu w mundurkach szkolnych. XIII boisko Parku miało wymiary 60×35 m. Nie widziałem też drużyny Mazura uchodzącej za pierwszą w Krakowie. W roku 1906 literat Tadeusz Konczyński sprawił jej pierwsze kostiumy, słynne później biało-czerwone pasiaki.” W 1906 r., kiedy powstawały pierwsze krakowskie kluby, Stanisław Mielech miał 12 lat i jeszcze do końca nie wiedział, o co chodzi w piłce nożnej. Zresztą football był wówczas czymś egzotycznym, fanaberią garstki zapaleńców, tępioną przez kadrę nauczycielską porządnych szkół. Dopiero rok później zaczął pisać swoją fantastyczną piłkarską historię. Stanisław Feliks Mielech urodził się 29 kwietnia 1894 r w Stanach koło Niska. Miał niecałe trzy miesiące, kiedy 14 lipca 1894 r. rozegrano pierwszy oficjalny mecz na ziemiach polskich (historyczny gol Włodzimierza Chomickiego). Rodzice szybko przenieśli się jednak do Krakowa, gdzie spędził dzieciństwo i młodość. W symbolicznym roku 1906 jedynie przyglądał się trenującym na krakowskich błoniach „mistrzom” (tak nazywano drużyny seniorów). Miał już wtedy swojego idola – był nim Staszek Szeligowski „samorodny talent, pierwszy wielki piłkarz Polski”. Kilka razy zdarzyło się 12-letniemu Stasiowi kopać piłkę w przerwie „poważnych” meczów, jednak sam swoje prawdziwe granie zaczął poza Krakowem. W lecie 1907 r. Mielech zdał do II klasy gimnazjum i pojechał na letnią kolonię do Poręby Wielkiej w Gorcach. Było tam boisko piłkarskie i choć jeden „out” podchodził trochę w górę, a drugi opadał w dół, można było rozgrywać mecze. Co kilka dni rozgrywano wielkie mecze między klubami „Zorza” i „Poręba”. Takie bowiem dwa kluby stworzyli koloniści. (…) [miejscowi górale] pękali ze śmiechu, gdy któryś z zawodników odbił „banię” głową, uważając go za wybitną niezdarę. „Młodemu” kazali grać na boku i podawać piłkę starszym, aby mogli strzelać na bramkę. Dzięki temu opanował niemal do perfekcji dośrodkowania. Umiejętności zdobyte pod Turbaczem przydały się po powrocie do Krakowa. W nowym roku szkolnym powstała drużyna klasy II B piątego gimnazjum a Mielech został jej kapitanem. Marzył o grze w Cracovii, ale konkurencja była zbyt wielka. Mieli tam wówczas aż 12 juniorskich drużyn, więc Staszek z kolegami postanowił „zapukać” po drugiej stronie błoń. Zostali trzecią drużyną Wisły. Na debiut w pierwszej drużynie czekał rok. W 1910 r. 16-letni Mielech zagrał po raz pierwszy dla Wisły: ,,Pierwszym moim meczem w I drużynie Wisły było spotkanie z podgórskim Krakusem. Wygraliśmy 7:1 a ja strzeliłem jednego gola. Prawdę powiedziawszy chciałem tylko z trudnego kąta, z półobrotu oddać centrę, ale piłka poszła w bramkę. Podobno przerzuciłem ją nad bramkarzem. Sam tego momentu nie widziałem, bo popchnięty przez przeciwnika wyczyniałem na trawie koziołki. Po tym meczu prasa po raz pierwszy wymieniła moje nazwisko, przepowiadając mi wielką przyszłość. Sam tego sprawozdania nie czytałem, bo zamieścił je jako korespondencję z Krakowa lwowski „Nowy Wiek”. Ta bramka, której nie chciałem strzelić i sprawozdanie, którego nie czytałem, miały jednak wpływ na moją dalsza karierę.” W Wiśle zagrał zaledwie kilka spotkań, ale w księdze jubileuszowej z 1936 r. został wymieniony jako jeden z „najwybitniejszych graczy I drużyny” w latach 1910-1911.
W 1911 r. niejaki Romański (ps. Kusy), zawodnik pierwszej drużyny Wisły, obraził jednego z młodszych kolegów. Zapoczątkowało to konflikt między „starymi” a młodzieżą, w którym zarząd klubu wziął stronę „Kusego”. Mielech i spółka opuścili więc Wisłę i przenieśli się do Cracovii. Moje przejście do Cracovii w czasie, gdy miałem widoki na grę w I drużynie Wisły, bądź co bądź jednej z najlepszych drużyn w Polsce, było z punktu widzenia sportowego dobrowolną degradacją. Na tym transferze bardziej jednak straciła Wisła niż Mielech. W Cracovii pod okiem ekscentrycznego Czecha Františka Kożelucha i Węgra Imre Pozsonyi’ego stał się jednym z najlepszych polskich piłkarzy. Zadebiutował 6 czerwca 1912 r. Cracovia wygrała w Opawie 3:2, a sam Mielech nie wspomina dobrze tego występu : Grałem nieodpowiedzialnie, nie rozgrywałem piłek, starając się pozbywać ich jak najprędzej. Potem zagrał jeszcze 29 września we Lwowie z Pogonią, ale na szerokie wody wypłynął 5 października w Krakowie w starciu z Floridsdorfer Atletic Club z Wiednia. Na początku był stremowany, ale kiedy trzy raz z rzędu, wykorzystując „trick Poznańskiego”, ośmieszył wiedeńskiego obrońcę, złapał wiatr w żagle. Cracovia wygrała 2:0, a publiczność na dobre zapamiętała jego nazwisko. Sława przyniosła pewien problem – wciąż był uczniem gimnazjum, a ci mieli zakaz wstępowania do klubów sportowych. Wydrukowanie jego nazwiska w oficjalnym programie meczowym mogło przynieść spore kłopoty, zwłaszcza że miał „opinię ucznia, który gdy tylko może, broni się przed nadmiarem wiedzy”. W oficjalnym składzie pojawił się więc tajemniczy Wieruski – pod tym pseudonimem Mielech występował aż do wybuchu pierwszej wojny światowej. Były też dobre strony popularności. Pewnego razu odprowadzał wieczorem koleżankę. Nagle drogę zastąpiło mu kilku mało sympatycznych typów, którym nie podobało się podrywanie dziewczyn „na ich dzielni”. Robiło się bardzo nieciekawie, kiedy nagle jeden z osiłków krzyknął: Chłopcy, to pan Wieruski z Cracovii!. Porozmawiali więc sobie sympatycznie o futbolu i rozeszli po serdecznym uścisku dłoni. Dziewczyna była zapewne mocno zaskoczona (przypomina wam to scenę z „Poranku Kojota”?). Sława pomagała też na studiach (po maturze dostał się na prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim), zwłaszcza podczas zajęć u profesorów kibicujących Cracovii. Dostawał powołania do reprezentacji Krakowa (grał m.in. w bardzo prestiżowych przed powstaniem niepodległej Polski rozgrywkach o Puchar Żeleńskiego, w których rywalizowały Kraków i Lwów), został też reprezentantem Galicji. Wybuch pierwszej wojny światowej sprawił, że piłka nożna zeszła chwilowo na dalszy plan. W 1914 r. Stanisław Mielech, jak większość młodych mieszkańców Galicji, został powołany do wojska. W maju bądź czerwcu 1915 r. znalazł się w Piotrkowie, dokąd przybył ze szpitala wojskowego w Arad w Rumunii. Jechałem „na krótsze drogi” przez Budapeszt, Wiedeń, Kraków, z przerwami, przystankami, oglądaniem ciekawszych meczów, odwiedzaniem ciotek i znajomych i naturalnie z „fasowaniem” w każdym Verpflegungsstelle co się tylko dało. Wojna miała trwać długo i jak się później okazało, Austria miała ją przegrać, nie było się więc do czego śpieszyć. Właśnie na dworcu w Piotrkowie skończyła się ta sielanka niczym z „Przygód dobrego wojaka Szwejka”. Mielecha zatrzymał żandarm i zaprowadził do Komendy Miasta. Tam przyglądał się żołnierzom aresztowanym za symulowanie chorób. Mocno już spocony Mielech spodziewał się, że jego też zamkną. Nagle pojawił się… Antoni Poznański.
– Co to wszystko znaczy? – zawołałem. – Za co jestem aresztowany?
– Nie jesteś aresztowany – śmieje się Poznański – tylko widzisz, my tu w Piotrkowie organizujemy drużynę piłki nożnej i z nadchodzących transportów wyławiamy piłkarzy. Sierżant cię poznał jako gracza Cracovii i … przyprowadził do mnie. Chyba się cieszysz?
– A niech was wszyscy diabli wezmą. Tak straszyć ludzi.
– Widocznie masz niezbyt czyste sumienie – zanoszą się obaj ze śmiechu – ale to nic, będziemy razem kopać piłkę. Montuje się mocna drużyna, jest już Wykręt z Cracovii, Kowalski z Wisły i inni. Zaraz się z nimi zobaczysz. Będziemy grać z drużyną Landwehry. W ten sposób zwerbowano mnie do drużyny, z której później powstała Legia. Stanisław Mielech miał udział w pionierskich grach Wisły i Cracovii, jednak w żadnym z tych klubów nie był od samego początku.
W przypadku warszawskiej Legii był nie tylko jednym z założycieli, ale nawet wymyślił jej nazwę. „Metoda Poznańskiego” po raz drugi przyniosła mu chwałę. W porozumieniu z żandarmerią z Komendy Garnizonu, spośród legionistów-ozdrowieńców wracających ze szpitala, Antoni Poznański wyławiał piłkarzy i wcielał ich do formującej się Kompanii Sztabowej. Powstała drużyna, ale nie było z kim grać – na razie musiały wystarczyć treningi. Dopiero w 1916 r. żołnierze Legionów powędrowali na Wołyń i Kompania Sztabowa znalazła się niedaleko Maniewicz. Front się ustabilizował, więc można było pomyśleć o graniu. Mielech i spółka wyrównali teren, przygotowując boisko do gry. Był problem ze sprzętem, siatki do bramek sporządzili z łupanych na pół prętów brzozowych, przybijając je gwoździami do poprzeczek i słupków… Najważniejsze, że piłka przez taką siatkę nie przelatywała. Legia na początku miała czarne barwy. Skąd taki pomysł? Otóż istniało już wtedy wiele drużyn pułkowych, które biel i czerwień wyeksploatowały na wszystkie możliwe sposoby, a jakoś przecież trzeba było się odróżniać. Legioniści postanowili więc pójść w ślady Czarnych Lwów. Był to pierwszy polski klub, oni natomiast chcieli być pierwszym polskim klubem wojskowym. Stanęło więc na bieli i czerni. W kwietniu 1916 r. w budynku „Sztabówki” odbyło się pod przewodnictwem chorążego Zygmunta Wasseraba zebranie założycielskie klubu. Długo zastanawiano się nad nazwą. Wreszcie na mój wniosek, poparty przez chorążego Wasseraba, zgodzono się na nazwę „Drużyna Sportowa Legia”. Nazwa przypominała Legiony, a poza tym tkwiły w niej reminiscencje lektury Cezara. Jego legie grając w „harpastum” zaznajomiły w Wielkiej Brytanii Anglików z tym sportem, który później przerodził się w piłkę nożną. W tym momencie pewna dygresja. Cytowany fragment pochodzi z książki „Sportowe sprawy i sprawki” (s. 194-195), która wyszła już po śmierci Mielecha (1963). Nawiązywanie do rzymskiego Harpastum i legii Cezara pojawiło się także w księdze jubileuszowej Legii, która też ukazała się po jego śmierci. Andrzej Gowarzewski twierdzi, że był to celowy zabieg, aby pomniejszyć legendę Legionów i Józefa Piłsudskiego, a te zdania do wspomnień Stanisława Mielecha dopisała cenzura. Wracając do roku 1916 – Legia rozegrała latem kilka meczów, na które przychodziło wielu kibiców, kuszonych zapowiedzią na afiszu, że „dziś będzie grał Poznański”. Raz zdarzyło się, że w czasie meczu nadleciał nieprzyjacielski lotnik. Sędzia mecz przerwał, publiczność przezornie skoczyła do lasu, ale lotnik po kilku okrążeniach boiska odleciał nie rzucając bomb. Sędzia odliczył stracony czas i zawody potoczyły się dalej. Ofensywa gen. Aleksieja Brusiłowa zakończyła sielankę na Wołyniu. Legioniści musieli się wycofać, a pierwsze boisko Legii zajęły rosyjskie tabory. Drużyna Legionowa znalazła się w Warszawie i tutaj grała dalej, m.in. przeciwko Cracovii z Józefem Kałużą w składzie. Jednak historycznym pierwszym meczem Legii w Warszawie było derbowe starcie z Polonią na stadionie Agrykoli. Działo się to 29 kwietnia 1917 r. – dokładnie w dniu 23. urodzin Stanisława Mielecha. Padł remis 1:1, a nasz bohater, jak na pioniera przystało, strzelił w tym meczu bramkę. Pierwszy historyczny gol dla Legii na warszawskiej ziemi padł w ostatniej minucie spotkania. O meczach Legii z Mielechem w składzie rozpisywała się prasa, jednak po tzw. kryzysie przysięgowym (lipiec 1917 r. – polscy żołnierze odmówili złożenia przysięgi na wierność cesarzowi w Wiedniu) trzeba było zapomnieć o piłce nożnej. I Brygadę Legionów internowano w obozie w Szczypiornie (gdzie pomysłowi żołnierze wymyślili piłkę ręczną na dużym trawiastym boisku, czyli… szczypiorniaka! Ale o tym więcej mógłby opowiedzieć Andrzej Strejlau), natomiast II Brygada razem z Kompanią Sztabową trafiła pod Przemyśl. Lwowska Pogoń próbowała zorganizować mecz z legionistami, ale veto postawiły władze austriackie. Stanisław Mielech wrócił do swojej Cracovii, gdzie – jak sam pisał – „osiągnął życiową formę” (choć zagrał jeszcze okazyjny mecz w drużynie legionowej w 1921 r. – nazwę Legia oficjalnie przywrócono w 1922 r.). Legia zamarła aż do 1920 r., kiedy to wznowiła działalność jako Wojskowy Klub Sportowy (choć specjalista od historii sportu w stolicy dr Robert Gawkowski powiedziałby zapewne, że powstał wtedy zupełnie nowy klub, niemający nic wspólnego z Legią z Wołynia). Rok 1921 przyniósł kolejne dwie rzeczy, w których Mielech okazał się pionierem. 21 sierpnia w 20. minucie meczu Cracovii z Pogonią stał się strzelcem pierwszego gola w finałach mistrzostw Polski (Cracovia wygrała 2:0).
Natomiast 18 grudnia doszło do historycznego, pierwszego meczu reprezentacji Polski. Przegraliśmy w Budapeszcie z Węgrami 0:1 ale liczył się przede wszystkim debiut drużyny z białym orłem na piersi na arenie międzynarodowej. Mielech wspominał to jako jedno z najważniejszych wydarzeń w swoim życiu. W biało-czerwonej koszulce zagrał potem jeszcze tylko raz, w meczu przeciwko Jugosławii i też był to pionierski występ – 1 października 1922 r. nasza reprezentacja zanotowała pierwsze zwycięstwo w historii (3:1). W 1923 r. przeniósł się do Warszawy i przez ostatnie cztery lata swojej kariery piłkarskiej występował w Legii. Spotkanie Red Star – Cracovia (5-2) rozegrane 1 stycznia 1923 r. było moim ostatnim meczem rozegranym w barwach Cracovii. W parę tygodni później przeniesiono mnie służbowo do Warszawy. Maczał w tym palce WKS Legia i to bez porozumienia ze mną. Ponieważ jednak cichym pragnieniem mojej żony, która była warszawianką i miała rodziców mieszkających w Warszawie, było zamieszkanie w stolicy, nie oponowałem przeciwko przeniesieniu i już na wiosnę występowałem w barwach WKS Legia. Udało mu się jeszcze zaliczyć występ w meczu ligowym Legii w sezonie 1927. Było to 10 kwietnia w derbach z Polonią Warszawa – do swojej bogatej kolekcji udziałów w pionierskich wydarzeniach „dorzucił” udział w pierwszym historycznym sezonie polskiej ligi piłkarskiej. Karierę piłkarską zakończył w wieku 33 lat. Był świetnym piłkarzem, uważanym za pioniera zwodów w pełnym biegu (wiele czerpał od Antoniego Poznańskiego). Miał także życie poza graniem w piłkę. W 1924 r. uzyskał doktorat z prawa na UJ, specjalizował się w zagadnieniach celnych. Był także oficerem Wojska Polskiego i dziennikarzem „Przeglądu Sportowego”, „Stadionu”, „Raz Dwa Trzy”, „Kuriera Porannego” i „Kuriera Sportowego”. W świecie mediów również był pionierem.3 grudnia 1933 r. Polska reprezentacja grała w Berlinie z Niemcami. Przegraliśmy ten mecz 0:1 (na zwycięstwo z Niemcami trzeba było jeszcze czekać… 81 lat), ale to akurat nie jest najistotniejsze. Po raz pierwszy Polskie Radio postanowiło przeprowadzić transmisję na żywo z meczu piłkarskiego, a przed mikrofonem zasiadł Stanisław Mielech. Miał za zadanie relacjonować wyjście drużyn na boisko, przywitanie i rozpoczęcie, a potem całą drugą połowę. Pamiętam, iż transmisję drugiej połowy spotkania rozpocząłem słowami: Na pewno niejedno polskie serce zacznie żywiej bić na wiadomość, że tu w Berlinie nasza drużyna toczy równorzędną walkę z reprezentacją Niemiec, budząc podziw dla swej gry, i że nasi nie dali sobie jeszcze strzelić bramki”. Wszyscy chwalili Mielecha za relację, także przewodniczący Związku Polskich Związków Sportowych płk Ulrych. Jednak na koniec wbił szpilkę – według niego Mielech nie powinien się cieszyć, kiedy utrzymywał się wynik bezbramkowy. Należało biadolić, że nie wygrywamy! Zaliczył też epizod trenerski – w 1933 r. prowadził tymczasowo Legię Warszawa przed przyjazdem Austriaka Gustawa Wiesera. Potem cały czas był aktywny jako dziennikarz sportowy, rozwijał też swoją karierę prawniczą. W 1939 r. dr Stanisław Mielech został mianowany polskim naczelnym inspektorem ceł w Wolnym Mieście Gdańsku. Właśnie nad morzem zastał go wybuch II wojny światowej. Przywieziono do Victoria Schule i działaczy polskich. Do naczelnego inspektora ceł dra MIELECHA (znanego w swoim czasie piłkarza) strzelano przy aresztowaniu, pobito jeszcze przed przywiezieniem do Victoria Schule, stawiano pod ścianą z rękami w górę przed plutonem egzekucyjnym itd. – to relacja Melchiora Wańkowicza we „Wrześniu żagwiącym”. Jako oficer Stanisław Mielech został internowany przez Niemców i prawie całą wojnę spędził w obozie na Węgrzech. Losy rzuciły mnie na Węgry. Wojnę przebyłem w obozach dla internowanych. Miałem tam okazję przypatrzeć się organizacji sportu wiejskiego. Każda wieś w pobliżu Budapesztu posiadała klub sportowy i boisko do gry, na którym odbywały się również różne kiermasze i obchody narodowe. W sezonie toczyły się na nich zawody o mistrzostwo powiatu.
Była też okazja do oglądania zawodowców: ,,W roku 1944 mieszkając w Budapeszcie co niedziela chodziłem na mecze zawodowców o mistrzostwo Węgier. Dziwne to były mistrzostwa. Radzieckie armie weszły już na teren Węgier i gdy zajęły jakąś prowincję, to drużynę pochodzącą z tej prowincji… skreślano z ligi i rozgrywki toczyły się dalej.” Wycofujący się Niemcy wywieźli Mielecha do oflagu w Luckenwalde na południe od Berlina. Tam doczekał się wyzwolenia. Przed powrotem do Polski obejrzał jeszcze kilka meczów, rozgrywanych między oficerami różnych armii. Piłka nożna była obecna zawsze i wszędzie. Po powrocie do kraju zaangażował się odbudowę polskiego piłkarstwa. Był autorem projektu rozgrywek o pierwsze powojenne MP w 1946 r. Działał także aktywnie w PZPN, a w latach 1946-1947 był nawet pierwszym zastępcą prezesa. Napisał historię Legii Warszawa do 1939 r. na potrzeby księgi jubileuszowej z okazji 50-lecia. Jest autorem trzech wspaniałych książek, pozycji obowiązkowych dla fanów wczesnego piłkarstwa polskiego: „Style, szkoły i systemy w piłce nożnej” (Warszawa 1955), „Gole, faule i ofsajdy” (Warszawa 1957) oraz „Sportowe sprawy i sprawki” (Warszawa 1963). Stanisław Feliks Mielech zmarł 17 listopada 1962 r. w Warszawie.
10
Każdy szanujący się kibic polskiego futbolu winien o nim pamiętać!
Wybitna osobistość polskiego futbolu opisana(przypomniana) w odpowiedzi na mój komentarz.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
11
Blaugrana w Pucharze Hiszpanii:
29 kwietnia 1998 r. FC Barcelona tryumfowała w Copa del Rey po raz 22 w historii pokonując w finale RCD Mallorca po rzutach karnych. Tylko raz w historii zdarzyło się tak aby Barça potrzebowała rzutów karnych aby sięgnąć po Puchar Hiszpanii. Mallorca już w 3 minucie objęła prowadzenie po golu Stankovicia. W 66 minucie wyrównał Rivaldo i pomimo późniejszej dogrywki i dwóch czerwonych kartek dla graczy Mallorki więcej goli z gry już nie padło. Rzuty karne trwały aż 8 serii. W pierwszej z nich solidarnie pomylili się Rivaldo oraz Ivan Rocha a w trzeciej Celades i Ivan Campo. W szóstej serii strzał Luisa Figo został obroniony więc przed wielką szansą stanął Stankovič ale przestrzelił. Wreszcie w ósmej serii trafił Reiziger a następnie strzał Xaviego Eskurzy(byłego piłkarza Blaugrany) obronił Ruud Hesp i Duma Katalonii wygrała 5:4 zdobywając Puchar Hiszpanii.
Popatrzmy:
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
@LukaszFan Akurat to gdzie się on przeniesie to ja mam w dupie!
Dla mnie najgorsze jest to że całkiem realnie może zaraz prześcignąć w tej klasyfikacji Josefa Bicana i dzierżyć palme pierwszeństwa wszechczasów. Bardzo bym chciał żeby Lionel Messi w końcu go prześcigną a nie brakuje mu wiele bo Leo ma bodaj 495 goli, tak? No ale w tym PSG to raczej dużo nie postrzela, więc niech wraca czym prędzej do ,,nas".
0
W zakończonym własnie meczu Al Nassr Riyadh-Al-Raed, Cristiano Ronaldo strzelił swojego 510 ligowego gola i do pierwszego w klasyfikacji Josefa Bicana traci już tylko 8 goli. Rekord jest mocno zagrożony.
7
Był sobie snajper:
28 kwietnia 1948 r. urodził się Evanivaldo Castro Silva, znany lepiej jako Cabinho. Meksyk kojarzy się głównie z Hugo Sanchezem, ale jego wszyscy doskonale znają. Mało kto natomiast pamięta, że wielką gwiazdą ligi meksykańskiej był Brazylijczyk Evanivaldo Castro da Silva, znany jako Cabo lub Cabinho. Ten zawodnik nie sprawdził się w brazylijskich Flamengo, czy Atletico Mineiro, ale po wyjeździe do Meksyku stał się wręcz legendą tamtejszej ligi. Cabinho strzelił w 415 meczach aż 312 goli(160 w barwach UNAM, 108 dla Atlante i 44 dla Leon). Dlaczego Cabinho nigdy nie został globalną gwiazdą? Być może dlatego, że nigdy nie zagrał w reprezentacji kraju. W Brazylii nikt nie interesował się jego dokonaniami w lidze meksykańskiej, a żeby mieć możliwość gry w barwach Meksyku, musiał mieszkać w tym kraju przez dziesięć lat.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
6
Żywe legendy futbolu:
28 kwietnia 1988 r. urodził się Juan Manuel Mata García, hiszpański piłkarz grający na pozycji pomocnika w Manchesterze United i w reprezentacji Hiszpanii, mistrz świata (2010) i Europy (2012), uczestnik Mistrzostw Świata 2014. Wychowanek klubu Real Oviedo, od 2003 do 2006 roku zawodnik juniorskich zespołów Realu Madryt. W sezonie 2006/2007 podstawowy gracz Realu Madryt Castilla, występującego w Segunda División. Latem 2007 roku przeszedł na zasadzie wolnego transferu do Valencii. 2 września zadebiutował w jej barwach w Primera División w wygranym 2:1 meczu z Almeríą, natomiast pierwszego gola strzelił 3 lutego 2008 w spotkaniu z Realem Valladolid. W 2008 roku wraz z Valencią zdobył puchar Hiszpanii – w wygranym 3:1 finale z Getafe CF zdobył jedną z bramek. W sezonie 2007/2008 zadebiutował również w europejskich pucharach – 11 grudnia 2007 zagrał w spotkaniu Ligi Mistrzów z Chelsea. Podstawowym zawodnikiem Valencii stał się w połowie grudnia 2007 roku. W sezonach 2008/2009 i 2009/2010 regularnie występował w rozgrywkach Pucharu UEFA/Ligi Europy, natomiast w sezonie 2010/2011 rozegrał siedem meczów i zdobył jednego gola (z rzutu karnego w meczu fazy grupowej z tureckim Bursasporem) w Lidze Mistrzów.
21 sierpnia 2011 roku Chelsea porozumiała się z Valencią w sprawie transferu Maty. Trzy dni później Hiszpan został zawodnikiem londyńskiego klubu, podpisując z nim pięcioletni kontrakt. W nowym zespole zadebiutował 27 sierpnia w wygranym 3:1 meczu z Norwich City, w którym strzelił jednego z trzech goli dla swojej drużyny. W sezonie 2011/2012 wraz z Chelsea zdobył puchar Anglii, wygrał również Ligę Mistrzów – w spotkaniu finałowym z Bayernem Monachium wystąpił w podstawowym składzie, a w serii rzutów karnych nie zdobył bramki (Manuel Neuer obronił). W sezonie 2013/14 po przyjściu do klubu nowego trenera - Jose Mourinho, Mata zasiadł na ławce rezerwowych. Nie wystąpił w Superpucharze Europy w meczu z Bayernem, a jego drużyna uległa w rzutach karnych. Dopiero po kilku meczach portugalski szkoleniowiec dał zagrać w podstawowym składzie The Blues. Ostatecznie Mata znowu wrócił do pierwszego składu londyńskiej drużyny.
24 stycznia 2014 roku Manchester United poinformował, że ustalił z Chelsea warunki transferu Maty. Dzień później piłkarz oficjalnie podpisał kontrakt z nowym klubem. 28 stycznia 2014 roku zadebiutował w meczu z Cardiff City wygranym przez zespół z Manchesteru 2:0, Mata zanotował asystę przy drugim trafieniu. 29 marca 2014 zdobył pierwszego gola w barwach United, w wygranym 4:1 spotkaniu z Aston Villą. Od 1 lipca 2021 roku, po wygaśnięciu kontraktu z Manchesterem United, był wolnym zawodnikiem. Następnego dnia ponownie związał się roczną umową z tym klubem. 2 czerwca 2022 roku Manchester United poinformował o nie przedłużeniu kontraktu z Matą. W 2006 wraz z reprezentacją Hiszpanii U-19 został mistrzem Europy. W turnieju, który został rozegrany w Polsce strzelił cztery gole (w tym hat-tricka w spotkaniu grupowym z Turcją) w pięciu meczach. Rok później uczestniczył w mistrzostwach świata do lat 20 w Kanadzie – wystąpił w czterech pojedynkach i zdobył dwie bramki. W 2007 zadebiutował w reprezentacji U-21, z którą w 2011 wywalczył mistrzostwo Europy oraz został wybrany do drużyny gwiazd turnieju. W seniorskiej reprezentacji Hiszpanii zadebiutował 28 marca 2009 w wygranym 1:0 meczu z Turcją. W tym samym roku wziął udział w Pucharze Konfederacji – wystąpił w dwóch spotkaniach, zaś Hiszpania zajęła trzecie miejsce. W 2010 roku wraz z reprezentacją został mistrzem świata. W turnieju, który odbył się w Republice Południowej Afryki zagrał jedynie w meczu fazy grupowej z Hondurasem (2:0), zmieniając w drugiej połowie Fernando Torresa. W mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie (2012) wystąpił jedynie w wygranym 4:0 meczu finałowym z Włochami, w którym zmienił w 87. minucie Andrésa Iniestę i chwilę później strzelił czwartego gola dla Hiszpanów. Następnie uczestniczył w igrzyskach olimpijskich w Londynie, w których był podstawowym zawodnikiem reprezentacji – zagrał we wszystkich trzech meczach kadry w podstawowym składzie.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
10
Czy wiemy że…
Manchester United został założony 28 kwietnia 1878 roku jako Newton Heath LYR Football Club przez pracowników wagonowni kolei Lancashire i Yorkshire w Newton Heath. Początkowo rozgrywał mecze przeciwko innym wydziałom i przewoźnikom kolejowym, a w 1888 został jednym z założycieli The Combination – regionalnej ligi piłkarskiej.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
3
Aż trzech graczy Betisu, którzy grali w FC Barcelonie i to w podstawowej jedenastce. Ciekawe czy wszyscy zagrają z nasząBarcunią?
5
@FCBparasiempre
W roku 1921 The Football Association, organizator finałów Pucharu Anglii i meczów reprezentacji, podjął decyzje o budowie nowego stadionu. Nosił on nazwe The Empire Stadium Wembley. Mówiło się jednak Wembley i tak już zostało. Jego historia zaczęła się tak efektownie że nawet najwięksi spece od marketingu nie mogli tego przewidzieć. W sobotę 28 kwietnia 1923 r. na nowym Wembley rozgrywano finał Pucharu Anglii pomiędzy Bolton Wanderers a West Ham United. Poczatek meczu wyznaczono, jak to w Anglii, na godz. 15.00. Tradycją finału jest obecność na nim kogoś z rodziny królewskiej. Pierwszym monarchą, który oglądał finał z loży na stadionie był Jerzy V w roku 1914 na meczu Burnley-Liverpool. W roku 1923 na Wembley też był Jerzy V i to, co zobaczył przeszło jego wyobrażenia. Im bliżej Wembley znajdował się jego samochód, tym większe tłumy policja musiała usuwać z drogi. Specjalnym tunelem prowadzącym niemal do samej loży królewskiej wjechał bez przeszkód ale kiedy spojrzał z góry na boisko… boiska nie było. Na całej jego powierzchni tłoczyły się tłumy ludzi. Ponad ich głowami wystawały tylko bramki. W kasach stadionu sprzedano wszystkie bilety ale przygotowano ich około sto tysięcy a pod bramami stało ponad trzy razy tyle chętnych. Przedsprzedaży nie było, z czego zresztą w następnych latach wyciągnięto wnioski. Kto przyszedł na stadion wcześniej, ten wszedł. Tysiące innych ludzi sforsowało bramy a przede wszystkim ogrodzenie, za którym już nikt nikogo nie kontrolował. Każdy siadał na miejscu, do którego się przecisnął. Z pomeczowego raportu wynika że około 12 tysiącom ludzi z biletami w ogóle nie udało się wejść na stadion. Organizatorzy zmuszeni zostali do zwrotu w sumie ponad 4 tys. funtów. Najdroższy bilet kosztował 15 szylingów a najtańszy 2 szylingi. Już wtedy do stadionu dochodziło metro, reklamowane jako najszybszy środek transportu z centrum Londynu do stacji Wembley Park, istniejącej nadal, dla linii Metropolitani Jubilee. Zainteresowanie meczem było tak duże że bodaj pierwszy raz wydrukowaną piracką wersje oficjalnego programu. Kiedy kibice pokonywali zamknięte bramy i stadion nie mógł już pomieścić wszystkich chętnych sędzia David Asson wezwał kapitanów obu drużyn na narade. ,,Panowie – powiedział. Tam na górze czeka Jego Wysokość, ludzi jest tyle że zaczyna się robić niebezpiecznie. Co robimy w tej sytuacji? Gramy czy przekazujemy komunikat o przełożeniu meczu? Przekładamy – zadecydował kapitan West Ham George Key. Gramy – odparł kapitan Bolton Joe Smith. Jest popołudnie. Jeśli policja szybko usunie tłum z boiska, powinniśmy skończyć przed zmierzchem”. Być może sędzia w porozumieniu z policją brał pod uwagę konsekwencje decyzji o odwołaniu finału tego dnia. Mogłoby dojść do paniki, która pociągnęła by za sobą ofiary. Już karetki odwoziły do szpitali ludzi z połamanymi nosami, żebrami, ogólnie potłuczonych, nieomal stratowanych i uduszonych. To cud że nikt nie zginął. Na pewno ważna była informacja policji że w kierunku stadionu zbliżają się posiłki,. W centrum Londynu pakowano policjantów w samochody ciężarowe i przywożona na Wembley. Ważniejszy od funkcjonariuszy pieszych okazał się szwadron policji na koniach. To oni weszli w tłum i delikatnie przesuwali go z boiska na boki, gdzie tylko się dała a dało się nie wiele. Tysiące ludzi stało przy liniach bocznych, utrudniając piłkarzom wrzucanie autów i wykonywanie rzutów rożnych. Ta operacja trwała ponad pół godziny i przeszła do historii futbolu dzięki białemu koniowi, wyróżniającemu się na tle szarego tłumu. Dlatego mecz znany jest pod nazwą White Horse Final. Był to jedyny koń tej maści w szwadronie. Nazywał się Billy a dosiadał go posterunkowy George Scorey, który nie miał nic wspólnego z futbolem, nie był kibicem i kiedy w sobotni poranek przed pójściem do pracy jadł grzanki z konfiturą myślał o ślubie , który czekał go za kilka dni. Nie wiedział nawet że na Wembley odbywa się jakiś mecz. Na posterunku powiedziano mu że wraz z resztą szwadronu pojedzie na stadion. Zrobił co do niego należało ale koń przyniósł mu sławe. Na początku tego wieku przejście łączące stacje metra z drogą prowadzącą na stadion nazwano Mostem Białego Konia. Na trybunach i w pobliżu boiska doliczono się wtedy 126 047 widzów ale nikt nie jest w stanie zweryfikować tej liczby. Bardziej prawdopodobne jest to że ludzi było więcej niż mniej. Wraz z kibicami stojącymi pod stadionem uzbierało się ich około ćwierć miliona. To rekord świata. Sam mecz stał się w tej sytuacji niemal dodatkiem do niecodziennych wydarzeń. Bolton wygrał 2:0. Po ostatnim gwizdku sędziego problem powrócił, ponieważ kibice znów weszli na boisko. Ledwo udało się utorować drogę do loży królewskiej, gdzie Jerzy V wręczył puchar kapitanowi Bolton, Joemu Smithowi i pogratulował zawodnikom obydwu drużyn. Każdy otrzymał pamiątkowy medal. Zawodnicy Bolton dostali w nagrodę od klubu złote zegarki. Król był zachwycony. Pierwszego gola na Wembley zdobył już w 3 minucie 24- letni reprezentant Anglii David Jack. Trzy lata później ponownie zagrał na Wembley. Tym razem Bolton pokonał Manchester City 1:0, znowu po jego golu. Jack był tez pierwszym piłkarzem na Wyspach Brytyjskich, za którego zapłacono ponad 10 tys. funtów. W 1928 Arsenal wydał na niego 10 890 funtów. Jack był pierwszym piłkarzem, który wywalczył Puchar Anglii z dwoma różnymi klubami. W 1930 jego Arsenal pokonał 2:0 Huddersfield. Stadion Wembley był dla piłki nożnej czymś takim jak La Scala dla opery. Jego dwie charakterystyczne wierze Twin Towers, mające w planach architektów stanowić londyńska odpowiedź na wieże Eifla, stały się znakiem towarowym. Tu Anglia rozgrywała większość swoich meczów, tu w roku 1966 zdobyła mistrza świata. Stadion był arena pierwszych po wojnie igrzysk olimpijskich, odbywały się na nim finały Pucharu Mistrzów/Ligi Mistrzów oraz koncertowały gwiazdy rocka.
8
Dokładnie 100(!) lat temu rozegrano ,,Finał białego konia”:
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
10
Legendy futbolu:
28 kwietnia 1907 r. urodził się Raymond Braine, legendarny belgijski napastnik. Dawno temu, kiedy liga Czechosłowacka była jedną z najsilniejszych w Europie, Raymond Braine, najskuteczniejszy snajper zespołu Beerschot VAC (141 goli w 142 meczach) przeszedł do Sparty Praga. W Pradze Braine zadziwił publiczność, wykazując się jeszcze większą skutecznością niż w Belgii(120 goli(!) w 106 występach). Po sześciu latach powrócił do Antwerpii, ponownie zakładając koszulkę Beerschot, gdzie wyśrubował swój strzelecki dorobek do 210 goli. W reprezentacji Braine dziurawił siatki rywali 26 razy w 54 występach, co daje mu piąte miejsce w historii najlepszych belgijskich snajperów. Ogółem Braine nastrzelał 338 goli na poziomie pierwszej ligi, tyle samo co wybitny portugalski snajper Mario Jardel.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
6
Jubileusze Barçy:
28 kwietnia 1999 r. z okazji obchodów stulecia klubu został rozegrany specjalny mecz na Camp Nou. FC Barcelona zagrała towarzysko z reprezentacją Brazylii w obecności 60 tysięcy widzów. Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:2. Gole dla Barçy strzelili Luis Enrique oraz Cocu, natomiast dla Brazylii Rivaldo i Ronaldo. Co ciekawe w przerwie meczu Pepa Guardiole zmienił wówczas nastoletni… Xavi.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
Ależ ,,Nietoperze" ślicznie pograli! Przypomniały sie czasy Hectora Coupe czy Claudio Ranieriego...
6
@FCBparasiempre
Dziadku, dziadku! Opowiesz mi bajkę o tym jak grałeś w piłkę nożną? – spytał mały Jack siwiejącego mężczyznę. Starszy człowiek usiadł na brzegu łóżka i zgasił lampkę. Ciszę przerywało tylko skrzypienie sprężyn, kiedy to młodzieniec wiercił się oczekując historii seniora swojej rodziny. „Kiedyś Twój dziadek należał do elitarnej grupy piłkarzy. Wraz z kolegami podróżowałem po świecie niosąc ludziom radość i naukę gry w piłkę nożną. Grałem wtedy w Corinthian F.C….”- rozpoczął. Inspirowali tłumy. To właśnie na ich cześć wielki Real Madryt nosi białe koszulki. To dzięki nim w Brazylii istnieje zespół o identycznej nazwie. Choć byli tylko amatorską drużyną, na stałe zapisali się w historii światowego futbolu. Przenieśmy się do czasów, gdy piłka nożna rozkwitała, a na Wawelu dopiero początki miało muzeum, do którego swój obraz „Hołd pruski” przekazał Jan Matejko. Zajrzyjmy do wiktoriańskiej Anglii. W 1882 roku w Londynie założono niezwykle elitarny zespół, którego zamiarem było godne mierzenie się z najlepszymi zespołami ze Szkocji i przełamanie hegemonii Queens Park. Fundatorem został N. Lane Jackson – asystent sekretarza Angielskiego Związku Piłki Nożnej. Zespół składał się głównie z absolwentów uniwersytetu w Oxfordzie, a ich tradycyjnym strojem były białe koszulki oraz czarne spodenki i getry. Głównym założeniem była gra w futbol, która nie miała na celu zdobywania trofeów i rywalizowania o nie. Chodziło przede wszystkim o miłość do gry. W niedługim czasie gracze mieli taką renomę, że podczas spotkań z Walią, które miały miejsce pod koniec XIX wieku, cała jedenastka składała się wyłącznie z piłkarzy tego zespołu! W 1924 lub 1925 roku profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, autor wydanej w 1926 roku pracy „Sztuka gry w piłkę nożną” – Jan Weyssenholf, tak pisał o Corinthian: ,,Nie jest nawet klubem podobnym do innych, a pewnym rodzajem reprezentatywki amatorskiej angielskiej, czemś w rodzaju akademji futbalowej, gdyż do C.F.C nie można się zapisać jak do zwykłego klubu, ale trzeba być wybranym na koryntczyka. Liczba koryntczyków jest ograniczona statutowo do 50. Po zostaniu koryntyczykiem nie przestaje się być członkiem swojego dawnego klubu. (…) Członkowie Corinthian uchodzą od dawna za wzór prawdziwych sportsmenów – amatorów. Najsławniejszym chyba z nich i najlepszym podobno futbalistą wszech czasów był Gilbert Oswald Smith.” Z powodu zapisu w swoim statucie, który nie pozwalał „Koryntczykom” rozgrywać meczów pucharowych oraz przyjmować każdego rodzaju nagród, nie przystąpili oni do rozgrywek The Football League oraz FA Cup. Dlatego też rozgrywali jedynie mecze towarzyskie. Podczas takich spotkań o sile naszych bohaterów przekonał się m.in. Manchester United, którego porażka 11:3 po dziś dzień jest największą przegraną w historii klubu z Old Trafford. Kiedy w 1884 roku drużyna Blackburn Rovers zdobyła Puchar Anglii ich radości i dumie nie było końca. I wtedy nastał mecz z drużyną „Koryntczyków”, który Rovers przegrali aż 8:1. Podoba sytuacja miała miejsce kilka lat później, kiedy to kolejnym „skalpem” była wygrana nad Bury w stosunku 10:3. O ich sile przekonał się także mistrz Football League – Aston Villa. Kiedy Wielka Brytania okazała się zbyt mała, rozpoczęli odyseje po świecie, gdzie mieli popularyzować piłkę nożną, a także szerzyć ideę kultury fizycznej.
Podróżując zwiedzili m.in. Amerykę Północną, Afrykę Południową, Skandynawię, Niemcy, Węgry, Brazylię, Pragę czy Paryż. Większość z rozgrywanych tam spotkań wygrywali z miażdżąca przewagą. Po ich wizycie w 1910 roku w Sao Paolo, pięciu Brazylijczyków – malarz pokojowy i czterej niewykwalifikowani robotnicy – założyli klub o nazwie Corinthian Paulista. Już cztery lata później zdobyli mistrzostwo stanu. Do historii przeszła jednak ich trzecia podróż do Brazylii w 1914 roku. W trakcie podróży statku z Southampton do „kraju kawy” dotarła do nich tragiczna wieść o wybuchy globalnego konfliktu nazwanego I wojną światową. Marzenia o zaprezentowaniu swoich umiejętności, w obliczu tak wielkiej tragedii prysnęły jak bańka mydlana. Rozpoczęła się walka o przeżycie. Źródła głoszą, że zmuszeni byli zmienić kurs swojego statku by nie natknąć się na niemiecką kanonierkę, która czekała na nich na regularnej trasie. Po przybyciu do portu w Rio de Janeiro, część z zawodników, która była członkiem rezerwy, ledwie dotknęła stopą ziemi, by znaleźć najbliższy transport do domu. Pozostali udali się na krótką wycieczkę po mieście i również odpłynęli z powrotem. Podczas tej podróży zostali ostrzelani przez wroga, jednak i tym razem udało im się bezpiecznie wrócić. Po tym wydarzeniu każdy członek klubu wstąpił do wojska. Powiedzieć, że drużyna z Londynu składała się z samych boiskowych dżentelmenów to nic nie powiedzieć. „Biało – Czarni” tworzyli grupę, która wyznawała najwyższe idee sportu. Gracze Corinthian starali się grać całkowicie „czysto” unikając przy tym jakichkolwiek fauli! Nie do pomyślenia we współczesnym futbolu… Najsłynniejszą legendą jaka przetrwała po tym zespole, jest opowieść o jednym ze spotkań podczas tournee po Afryce w 1903 roku. Kiedy sędzia podyktował rzut karny po faulu zawodnika „Koryntczyków”, bramkarz tej ekipy uznał, że jest to wielka hańba dla całej drużyny. Stanął wtedy przy słupku pozwalając wykonawcy „jedenastki” oddać strzał do pustej bramki. Niemal 100 lat później, podczas jednego z meczów Corinthian – Casuals (drużyna w którą w 1939 roku przekształcili się bohaterowie naszej opowieści) na turnieju międzyszkolnym, niesłusznie otrzymali rzut karny. Kapitan ówczesnego zespołu Rod Haider nie pozwolił, by jego partnerzy osiągnęli przez to przewagę. Podszedł do wykonania tego fragmentu gry i delikatnie uderzył piłkę tak, by trafiła prosto w ręce bramkarza. Na ich debiut w Pucharze Anglii przyszło czekać 40 lat. Wtedy to „Koryntczycy” ulegli w pierwszej rundzie ekipie Brighton and Hove Albion. Ich najlepszym osiągnięciem w całej historii rozgrywek jest kilkukrotny awans do IV rundy. W 1988 roku już jako Corinthian – Casuals (zespół powstał w wyniku fuzji Corinthian i Casuals F.C. w 1939 roku) zostali zaproszeni do Brazylii na mecz „ojca” z „synem”. Corinthian Paulista zwyciężył ten mecz 1:0, a gola zdobył gwiazdor reprezentacji „Canarinhos” – Sokrates.
Dziś Corinthian – Casuals grają w Isthmian League – regionalnej lidze działającej na terenie Londynu i Południowo -Wschodniej Anglii. Mały Jack zasnął w spokoju wiedząc, że nad jego bezpieczeństwem czuwa prawdziwy bohater. Śnił o występach w Realu Madryt, grając w białym trykocie jak ongiś jego dziad. Przecież barwę koszulki symbolizującej czystość, „Królewscy” przejęli właśnie od dżentelmenów futbolu – Corinthian.
6
Inspiracja tłumów:
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
1
@Kettger A! No już wiem, po prostu zapomniałem o kobietach, najmocniej przepraszam, nie miałem też czasu śledzić wszystkiego...