FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
7
Pamiętamy!
Feliz cumpleaños panie Francescu! Fabregas kończy dzisiaj 36 lat. Cesc odchodził z Barçy w 2003 r. jako 16-latek i najlepszy z ówczesnej generacji jej wychowanków. W drużynie rocznika 1987 był gwiazdą numer jeden i to Messi krążył wówczas wokół niego a nie na odwrót. Władze klubu nie zaproponowały jednak jemu na czas odpowiedniego kontraktu i jego rodzice dali się namówić na wyjazd z synem do Arsenalu. Notabene to właśnie ta nauczka oraz odejście w podobnych okolicznościach Pique do Manchesteru United sprawiły iż odpowiednio zajęto się Messim. Powrotny transfer Cesca z Arsenalu do Barcelony przypominał klasyczną telenowele. Ciągnął się aż przez dwa letnie okna transferowe. W 2010 r. wydawało się że wszystko zmierza w dobrym kierunku ale ostatecznie kluby nie osiągnęły porozumienia w sprawach finansowych. Podobnie było rok później, Barça dawała 25 milionów euro, Arsenal chciał więcej bo Real Madryt, do którego oczywiście piłkarz nie zamierzał się przenosić, oferował za gwiazde nawet 50 milionów. Decydująca była rozmowa, którą Fabregas odbył z Wengerem. Według relacji piłkarza obaj mieli łzy w oczach. Francuz zrozumiał w końcu że musi się zgodzić na odejście ukochanego dziecka bo niestety jest ono tylko adoptowane a teraz chcą je z powrotem jego naturalni rodzice i ku nim wyrywa się jego serce. Gdy powiedział sakramentalne ,,tak”, szefowie Kanonierów dali zielone światło i Fabregas wrócił do Barcelony kupiony za 34 miliony funtów. Guardiola upierał się na Cesca gdyż doskonale go pamiętał z zespołów juniorskich Barçy. Z kolei dla Fabregasa Guardiola był idolem. Pewnego razu Pep ofiarował chłopcu swoją koszulke z numerem 4 i napisał na niej: ,,Kiedyś ty będziesz tutaj numerem 4”. Dziś z perspektywy czasu można gorzko zauważyć iż żaden z nich nie wiedział że owa dedykacja nabierze całkiem niespodziewanego sensu, gdy obaj zaczną współpracować. Otóż u Pepa i jego następców Fabregas stał się czwartym pomocnikiem Blaugrany.
Niestety, ta formacja liczyła w zespole zawsze tylko trzech piłkarzy. Cesc grał w Barcelonie przez 3 sezony, lecz nigdy nie wyszedł poza status ekskluzywnego rezerwowego. Co prawda bardzo często grał w wyjściowym składzie ale kiedy wszyscy byli zdrowi i trzeba było ustalić jedenastke na ważny mecz w sztandarowej taktyce 4:3:3, zawsze wybiegali w nim jako ofensywni pomocnicy Xavi oraz Iniesta, zaś Fabregas albo siadał na ławce, albo był ustawiany w ataku. Tragizm jego położenia polegał na tym że będąc trzecim najlepszym playmakerem na świecie, grał w tym samym zespole, co dwaj wybitniejsi od niego. Zrozumiałe iż taka sytuacja wpędzała go w frustacje. Starał się ją w sobie tłumić, trenerzy i koledzy przekonywali go że jest ważnym członkiem drużyny, jednak fakt pozostawał faktem. Wybitny piłkarz musi zawsze w podstawowej jedenastce w kluczowych meczach, inaczej zawsze będzie nieszczęśliwy i nie ma na to żadnego lekarstwa. Zdołowany, przygnębiony a przy tym przez wszystkich prawdziwie ceniony i lubiany kolega siłą rzeczy psuje atmosferę w szatni bo nigdy nie cieszy się sukcesami tak samo jak inni. Wobec tego na usta ciśnie się fundamentalne pytanie: czy jest czystym przypadkiem że w trakcie trzech sezonów spędzonych przez Fabregasa na Camp Nou Barça ani razu nie wygrała Ligi mistrzów, natomiast uczyniła to zarówno rok przed jego przybyciem, jak i rok po jego odejściu? Ponoć gdzie kucharek sześć……
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
10
Bramkarz, który zamienił żelazo w wiatr:
Eduardo Chillida Juantegui był golkiperem Realu Sociedad. Wysoki, szczupły, obdarzony niezwykłą techniką parowania strzałów, wpadł w oko łowcom talentów z FC Barcelony i Realu Madryt. Znawcy twierdzili że chłopak mógł objąć schede po Zamorze. Lecz przeznaczenie miało wobec niego inne plany. W 1943 r. napastnik drużyny przeciwnej, nie przypadkiem noszący nazwisko Sañudo(Brutalny), uszkodził mu łękotkę w kolanie i wszystko inne co było w nim do uszkodzenia. Po pięciu operacjach Chillida pożegnał się z futbolem i zajął się rzeźbiarstwem. Dzięki temu narodził się jeden z największych artystów XX wieku. Chillida pracował z ciężkimi materiałami grzęznącymi w ziemi ale jego potężne dłonie wyrzucały w góre żelazo i beton, które w locie odkrywają inne wymiary i przestrzenie. Wcześniej, kiedy był bramkarzem, te same sztuki wyczyniał ze swoim ciałem.
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
12
Zapomniane i niedoceniane legendy futbolu:
3 maja 1925 r. urodził się Robert Jonquet, francuski obrońca. Dzięki doskonałemu występowi przeciwko Anglii w 1951 roku zyskał przydomek „Bohater z Highbury”. Przez niemal całą swoją karierę reprezentował barwy Stade de Reims (502 mecze i dziewięć goli), nic więc dziwnego, że jeszcze za życia jego imieniem nazwano jedną z trybun na stadionie tej drużyny. Razem z Reims sięgnął po pięć tytułów mistrzowskich i wystąpił w dwóch finałach Pucharu Mistrzów. Jonquet świetnie radził sobie również w reprezentacji Francji (58 meczów). Do legendy przeszedł jego występ w półfinałowym spotkaniu mistrzostw świata w Szwecji, kiedy ze złamaną nogą stawiał czoła Brazylijczykom. Zmiany, ze względów regulaminowych, nie mogły być wówczas przeprowadzane, dlatego też Trójkolorowi ostatecznie polegli 2:5. Większość obserwatorów była jednak zgodna, że Francuzi wygraliby ten mecz, gdyby nie fatalna kontuzja Jonqueta.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@Joe_Pesci No własnie coś tak czułem, chyba że pojawi się za kilka miesięcy?
0
Mam pytanie do kibiców, zwłaszcza kibiców Argentyny. W jakich miastach(najlepiej na wschód od Wisły) mógłbym kupić w sklepie stacjonarnym oryginalną koszulke reprezentacji Argentyny(najlepiej z ubiegłorocznego Mundialu)?
8
@FCBparasiempre
3 maja 1947 r. urodził się Lesław Ćmikiewicz. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał jako trzynastolatek w Lotniku Wrocław ale po pięciu latach przeniósł się do Śląska Wrocław. Występował w nim w latach 1965-1970. W sumie rozegrał z nim 76 meczów i strzelił cztery gole. Był bardzo wszechstronnym zawodnikiem. Początkowo grał jako obrońca, ale później został przesunięty do linii pomocy. Najwyższy poziom piłkarski osiągnął w latach gry w Legii Warszawa, do której trafił w wieku 23 lat, i spędził dziewięć kolejnych. Co ciekawe, jego transfer nie był związany z powołaniem do wojska, jak miało to miejsce w wielu innych przypadkach tamtych lat. Ćmikiewicz był cywilem i nigdy nie został zawodowym żołnierzem. To z Legią świętował największe sukcesy klubowe. Dwukrotnie stawał na podium mistrzostw Polski (srebro w 1971 r. i brąz w 1972 r,), dwa razy zdobył też Puchar Polski (w latach 1973 i 1980). Po mistrzostwach świata w 1974 r. kusił go Górnik Zabrze, który oferował lukratywne jak na tamte czasy warunki. Ćmikiewicz nie zdecydował się jednak na zmianę klubu i pozostał w stolicy. Czuł się tam dobrze, a i koledzy darzyli go dużą sympatią. W 1971 r. Ćmikiewicz dotarł z Legią do ćwierćfinału Pucharu Europy, gdzie zagrał w dwumeczu przeciw Atletico Madryt ze słynnym Luisem Aragonesem. Warszawski zespół stoczył zacięty bój, ale odpadł po porażce 0:1 na wyjeździe i… zwycięstwie w rewanżu na swoim stadionie 2:1. Ćmikiewicz jako defensywny pomocnik grał w tym okresie w środku pola obok Kazimierza Deyny, a ich współpraca układała się znakomicie. W Legii Ćmikiewicz pełnił też funkcję kapitana drużyny, a odszedł z niej jesienią 1979 r. po niemal dekadzie gry. Następnie występował w amerykańskich klubach New York Arrow(1980) i Chicago Horizon(1980-1981). Łącznie w latach 1965-1979 w Ekstraklasie rozegrał dla Śląska Wrocław i Legii Warszawa 306 meczów, strzelając 18 goli. Lesław Ćmikiewicz może pochwalić się bardzo dużym dorobkiem w reprezentacji Polski. W latach 1970/1979 rozegrał w niej 57 meczów, a w 2014 r. został włączony do Klubu Wybitnego Reprezentanta. Lata występów Ćmikiewicza w reprezentacji pokryły się z okresem gry w Legii Warszawa. W koszulce z białym orłem na piersi zadebiutował za kadencji Ryszarda Koncewicza w 1970 r., choć akurat wtedy był jeszcze piłkarzem Śląska Wrocław. Zagrał w przegranym 0:2 towarzyskim meczu z Węgrami w Budapeszcie. Najwyższą formę prezentował w czasach, gdy kadrę przejął legendarny szkoleniowiec Kazimierz Górski. W 1972 r. Ćmikiewicz pojechał na igrzyska olimpijskie do Monachium i zagrał w sześciu meczach, włącznie z finałem z Węgrami, zakończonym wygraną Polaków 2:1 i zdobyciem złotego medalu olimpijskiego. Jak się później okazało, ten spektakularny sukces stał się tylko preludium do kolejnych wyczynów Biało-Czerwonych. Ćmikiewicz miał wtedy 25 lat, a już imponował wszechstronnością – mógł występować zarówno jako obrońca, jak i defensywny pomocnik. W 1973 r. Ćmikiewicz był ważną postacią drużyny, która wywalczyła awans na mistrzostwa świata w RFN. W rewanżowym meczu z Walią w Chorzowie Polska wygrała 3:0 po golach Roberta Gadochy, Grzegorza Laty i Jana Domarskiego, ale to Ćmikiewicz był cichym bohaterem tego spotkania. Jako defensywny pomocnik zostawił na boisku dużo zdrowia i wykonał kawał „czarnej roboty”. W ocenie Kazimierza Górskiego był człowiekiem od zadań specjalnych, świetnie asekurował kolegów z linii obrony. Jego zadania były mało widowiskowe, ale bardzo doceniane przez trenerów. Umiał skutecznie przerywać akcje rywala i przetrzymać piłkę, dając kolegom czas na ustawienie szyków obronnych. Ćmikiewicza rozegrał też w pełnym wymiarze czasowym oba mecze z Anglią – zarówno ten zwycięski z Chorzowa (2:0), jak i owiany sławą mecz na Wembley (1:1), gdzie wspomógł obrońców w walce z licznymi atakami Brytyjczyków. Następnie pomocnik Legii uczestniczył w finałach mistrzostw świata w RFN, gdzie drużyna Kazimierza Górskiego wywalczyła trzecie miejsce. Na mundialu zaczynał spotkania na ławce rezerwowych, ale trener aż sześć razy zdecydował się wpuścić go na boisko jako zmiennika. W tym okresie większe uznanie w oczach Górskiego miał Zygmunt Maszczyk. Dwa lata później Ćmikiewicz do kolekcji medalowej dołożył kolejny krążek – za wicemistrzostwo olimpijskie w Montrealu, gdzie rozegrał trzy mecze. Ostatni raz w reprezentacji Polski wystąpił w 1980 r. w spotkaniu eliminacji mistrzostw Europy z NRD, przegranym 1:2. W 1981 r. Ćmikiewicz rozpoczął karierę trenerską, którą zakończył 25 lat później. Zaczynał jako asystent trenera Legii Warszawa Kazimierza Górskiego, a później prowadził m.in. takie kluby jak Motor Lublin, Stal Rzeszów, Górnik Zabrze, Pogoń Szczecin czy Gwardię Warszawa. Pełnił też rolę asystenta trenera w Amice Wronki oraz Cracovii. Jest jedynym zawodnikiem z drużyny „Orłów Górskiego”, który miał okazję poprowadzić reprezentację Polski. W latach 1989-1993 pełnił rolę asystenta selekcjonera Andrzeja Strejlaua a po jego dymisji samodzielnie poprowadził naszą drużynę narodową w trzech spotkaniach. Jego następcą został Henryk Apostel. W latach 1999-2001 Ćmikiewicz był selekcjonerem reprezentacji Polski U-21. W 2001 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 2011 r. Złotą Odznaką Polskiego Związku Piłki Nożnej.
7
Legendy polskiego futbolu:
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@kamyk_23
6
Wybitne legendy polskiego futbolu:
Jedyny piłkarz w polskiej historii, który wystąpił w dwóch finałach igrzysk. Przez pełne 90 minut. Zygmunt Maszczyk zawsze był w cieniu najjaśniejszych polskich gwiazd. 51 lat temu, 10 września, zdobył pierwszy polski złoty medal olimpijski w piłce nożnej. Zygmunt Maszczyk urodził się 3 maja 1945 roku w Siemianowicach Śląskich. W piłkę zaczął grać w szkole podstawowej. Został zauważony przez trenerów lokalnej Siemianowiczanki. Występował w klubie od 10. do 17. roku życia. W 1960 roku mistrzem Polski został Ruch Chorzów. W następnych latach nie wiodło mu się najlepiej. Zaczęto poszukiwania nowych piłkarzy. Trzy lata później sprowadzono na ulicę Cichą Maszczyka. „W drużynie niebieskich zaczynał w ataku, u boku Eugeniusza Fabera. Szybko jednak znalazł miejsce w drugiej linii, choć często grywał też jako obrońca, a podczas ligowego meczu z Górnikiem przez całe trzy minuty stał w bramce, zastępując kontuzjowanego bramkarza. Zawsze jednak walczył przez 90 minut o każdy metr boiska, dzięki temu zaś pełnym blaskiem mogły świecić gwiazdy Bronisława Buli w Ruchu czy Kazimierza Deyny w reprezentacji” czytamy o nim w monografii klubu z Chorzowa, autorstwa Andrzeja Gowarzewskiego i Joachima Waloszka. W Ruchu grał przez czternaście lat. W barwach klubu z ulicy Cichej strzelił 41 goli w ponad 300 występach. Zdobył trzy mistrzostwa i jeden Puchar Polski. Jego postawa na boisku nie uszła uwadze trenera Tysiąclecia Kazimierza Górskiego. ,,Gdy pierwszy raz spotkałem go na zgrupowaniu, nie miałem wątpliwości, że trafiłem na piłkarza dużego formatu, choć inni byli na pierwszym planie” - mówił Jerzy Kraska w wywiadzie Antoniego Bugajskiego w Przeglądzie Sportowym.
Maszczyk został powołany na Igrzyska Olimpijskie w Monachium w 1972 roku. Polska reprezentacja pojechała do Niemiec po naukę. Wywalczyliśmy najlepszy wynik w historii. Tak się zaczął złoty okres w polskiej piłce nożnej. W fazie grupowej wygraliśmy wszystkie trzy mecze. Drugą fazę rozpoczęliśmy od remisu z Danią 1:1. Pokonaliśmy ZSRR oraz Maroko. 10 września 1972 roku, 48 lat temu odbył się historyczny finał z Węgrami. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:1. W drugiej swoim talentem błysnął Kazimierz Deyna, strzelając dwie bramki w 47. i 66. minucie. Przy drugim golu bardzo duży udział miał Maszczyk. Zacentrował w pole karne. Lubański lekko zbił piłkę głową do Deyny, a ten wykończył całą akcję. Mecz zakończył się zwycięstwem 2:1. Zdobyliśmy jedyny złoty medal olimpijski dla Polski w piłki nożnej. W 1976 roku pojechaliśmy już jako faworyt na igrzyska do Montrealu. W eliminacjach zremisowaliśmy jeden mecz z Kubą. Resztę wygraliśmy. W finale zmierzyliśmy się z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Bramkarz Jan Tomaszewski na początku meczu popełnił dwa kardynalne błędy. Nasz przeciwnik już po 14 minutach prowadził 0:2. W 59. minucie kontaktowego gola zdobył Grzegorz Lato. Niestety, NRD w 84. podwyższyło na 1:3. Tak zakończył się mecz. Wywalczyliśmy srebrny medal. Na obu olimpiadach wystąpiło tylko 7 piłkarzy. Są oni jedynymi sportowcami posiadającymi medale złote i srebrne w sportach zespołowych, w całej historii występów Polaków na igrzyskach. Tylko jeden z nich, Zygmunt Maszczyk, zagrał w obu tych finałach przez pełne 90 minut. Kazimierz Deyna w meczu finałowym z Węgrami, w Monachium, zszedł w 77. minucie. W Montrealu zagrał cały mecz. Jerzy Gorgoń i Lesław Ćmikiewicz rozegrali całe spotkanie z Węgrami. Nie pojawili się na boisku w finale igrzysk w Ameryce Północnej. Antoni Szymanowski, Kazimierz Kmiecik oraz Grzegorz Lato wystąpili tylko w meczu z NRD w Kanadzie. Pomiędzy obu tymi olimpiadami Zygmunt Maszczyk wystąpił w polskiej reprezentacji na mistrzostwach świata w Niemczech. W meczu o trzecie miejsce z Brazylią także grał przez 90 minut. We wszystkich meczach na obu igrzyskach oraz na mundialu opuścił tylko jeden mecz w grupie w 1972 roku z NRD.
@kamyk_23
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
7
Duma Katalonii w Pucharze Mistrzów:
3 maja 1961 r. Barça po raz pierwszy w historii awansowała do finału Pucharu Mistrzów. Stało się to dzięki zwycięstwu w trzecim, dodatkowym spotkaniu z HSV Hamburg. Po zwycięskich dwumeczach z Koninklijke Lierse, Realem Madryt oraz Hradec Kralove na drodze do finału w Bernie stanęli mistrzowie Niemiec. Blaugrana wygrała w pierwszym spotkaniu u siebie 1:0 po golu Evaristo ale w rewanżu przegrywała 0:2 i dopiero trafienie Sandora Kocsisa w ostatniej minucie doprowadziło do wyrównania stanu rywalizacji. W tamtych czasach nie obowiązywała zasada iż gole na wyjeździe liczą się podwójnie. O awansie miał rozstrzygnąć dodatkowy pojedynek na Brukselskim Heysel(brak rozstrzygnięcia mógł skutkować rzutem monetą). Jednak Duma Katalonii wygrała 1:0 po golu Evaristo i awansowała do finału, w którym przegrała niestety ze słynną Benficą 2:3.
@Monix10
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
10
Blaugrana w Copa del Rey:
3 maja 1925 r. FC Barcelona pokonała w Saragossie Atletico Madryt 2:1 w ramach półfinału Pucharu Króla. To był trzeci dodatkowy mecz, który wyłonił finaliste Copa del Rey. Barça miała troche szczęścia ponieważ w pierwszym meczu wygrała tylko 3:2 a w rewanżu przegrała 2:1, jednak wówczas nie brano pod uwagę goli strzelonych na wyjeździe i w efekcie doszło do trzeciego starcia. Gole dla Blaugrany strzelili Arnau oraz Sagi Barba.
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
8
Panie i Panowie, 81 lat kończy dziś Antoni Piechniczek! Panie Antoni, zdrowia szczęścia i słodyczy cała sportowa Polska panu życzy.
"Brałem dwa razy udział w mistrzostwach świata, byłem na igrzyskach olimpijskich z reprezentacją Tunezji, pracowałem na trzech kontynentach. To była fantastyczna przygoda” – powiedział były trener polskich piłkarzy Antoni Piechniczek. Piechniczek dwukrotnie wprowadził polską reprezentację do mundialu a w 1982 w Hiszpanii zajął z nią trzecie miejsce. „Gdybym powiedział, że nie mam satysfakcji, byłoby to bluźnierstwo. Zjeździłem świat, pięć razy grałem w eliminacjach MŚ. Czego można żądać więcej?”– dodał Piechniczek, który pracował też z reprezentacjami Tunezji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przyznał, że podobnie jak polscy piłkarze, wiedział, czym dla kibiców( także w sensie pozasportowym) były sukcesy kadry w latach 80-tych. „Kiedy jechaliśmy na MŚ w Hiszpanii, wiedząc w jakim stanie wyjeżdżamy z kraju (trwał stan wojenny), chcieliśmy kibicom, a także, jeśli tak można powiedzieć – narodowi – zafundować fantastyczny serial, składający się z siedmiu meczów. By to zrealizować, trzeba było się dostać do strefy medalowej. I to się nam udało. Satysfakcję mam olbrzymią”- stwierdził Piechniczek, który biało-czerwonych poprowadził w sumie w 11 spotkaniach podczas finałów MŚ. „Tym nie może się(jak na razie) poszczycić żaden polski trener”- podkreślił Piechniczek, który po zakończeniu pracy trenera był m.in. wiceprezesem PZPN. W latach 2007-2011 zasiadał w Senacie RP. Łącznie pod jego kierunkiem biało-czerwoni rozegrali 74 spotkania, 26 wygrywając, 21 remisując i 27 przegrywając. Od wielu lat mieszka w Wiśle.
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
Po meczu ,,naszej" Barcuni, zdecydowanie humor poprawili mi Xuri Urdin. Ślicznie zagrali na Estadio Anoeta. 2:0 to najmniejszy wymiar kary dla tych dziadów! Piękna to była noc...
8
Czy wiecie że...
2 maja 1920 r. w pięknym włoskim mieście Viareggio nad morzem Tyrreńskim trwał mecz pomiędzy miejscową drużyną a ich największym rywalem z Lukki – Lucchese. Na trybunach zaczęły się niesnaski pomiędzy kibicami obu drużyn, więc sprowadzono dodatkowe siły policyjne. W zamieszaniu jeden z karabinierów zastrzelił sędziego liniowego(i jednocześnie fana Viareggio) – Augusta Morgantiego. Mieszkańcy Viareggio wpadli w szał. Ustanowiono naprędce drużyny „Czerwonych Gwardii”, które obległy siedzibę karabinierów. Ogłoszono powstanie i ustanowienie tzw. Republiki Viareggio. Bojówki rozpowszechniały informacje, że to początek rewolucji. Po trzech dniach, kiedy w porcie zacumował wysłany przez władze włoskie okręt wojenny, rebelianci zostali zmuszeni do ustąpienia. Dowódców osądzono i skazano. August Morganti to pierwsza śmiertelna ofiara rozgrywek piłkarskich we Włoszech. Ale miejsce narodzin chaosu we włoskiej piłce nożnej stało się później miejscem, gdzie ustanowiono jej porządek. Sześć lat później napisano tam Carta di Viareggio – akt prawny reformujący włoskie rozgrywki piłkarskie i nadający im status profesjonalny. Połączono m.in. istniejące do tej pory dwie odrębne ligi, północną i południową, w Massima Serie. Był to pierwszy krok w kierunku utworzenia Serie A.
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@AssisMoreira
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
2
Klasycznie wymęczone 1:0 i to z przeciwnikiem grającym w dziesiątke. W końcu w tym sezonie to żadna nowość, tradycji staje się zadość. Z taką jakością kadry to Barcunia może sobie w Primera Division igrać z ogniem i ze szczęściem wygrać mistrzostwo. Jednak na wygranie Ligi Europy nie mamy większych szans, o Lidze Mistrzów nie wspominając. No chyba że ta jakość zdecydowanie się poprawi, na czele z Messim. No ale pożyjemy, zobaczymy...
0
@MesQueUnClub96 Trzymam cie za słowo :)
1
Wygrać z Osasuną to ,,nasz" absolutny obowiązek. Remis będzie nie mile widziany, choć już dawno przywykłem do grania Barcuni w kratke. O porażce nawet nie chce wspominać...
8
@FCBparasiempre
Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy czy Copa America. Bez wątpienia to turnieje, które możemy uznać za świetne okno wystawowe dla piłkarzy, o których świat wcześniej nie słyszał, bądź słyszał, ale swoją grą w klubie nie zasługiwali na stawianie ich na piedestale. Historia zna wiele gwiazd jednego turnieju, które wystrzeliły z formą w trakcie reprezentacyjnego czempionatu. W nagrodę zazwyczaj zapracowali sobie na transfer do poważniejszego klubu, po czym brutalnie zderzali się z rzeczywistością. Bohater niniejszego artykułu być może w wielkim klubie nie grał, ale jego historia idealnie wpisuje się w definicję „gwiazdy jednego turnieju”. Amado Guevara. Nie, nie mylcie ze słynną argentyńską legendą lewicowych bojówek, Che Guevarą. Zbieżność nazwisk jest tu również zupełnie przypadkowa. I mimo, że Honduranin sławą nie może się równać z legendarnym już rewolucjonistą, to w lipcu 2001 roku był na ustach całego futbolowego świata. To właśnie ten środkowy pomocnik stał na czele reprezentacji Hondurasu, która siała popłoch na Copa America i osiągnęła największy sukces w historii tamtejszego futbolu, zajmując ostatecznie trzecie miejsce… Urodzony w 1976 roku Guevara już od początku był uznawany za wielki talent. Wystarczy wspomnieć, że w wieku 19 błyszczał w lidze honduraskiej i po dwóch sezonach gry miał na koncie 25 bramek i to pomimo faktu, że grał na pozycji pivota. Wtedy również zyskał przydomek „El Lobo” (z hiszp. wilk), gdyż od początku swojej kariery przejawiał cechy prawdziwego przywódcy. Już jako lider swojej drużyny, pojechał w 1995 roku na mistrzostwa świata U-20 do Kataru, gdzie pomimo trzech porażek Hondurasu i bilansu bramkowego 5-14, Guevara okazał się jednym z objawień całej imprezy. Strzelał bramki Portugalii i Argentynie, czym zwrócił na siebie uwagę scoutów z Europy. Transfer był więc tylko kwestią czasu… Ostatecznie wylądował w Realu Valladolid, w którym na swojej drodze spotkał… Rafę Beniteza, który rozpoczynał właśnie swoją trenerską karierę. Guevara zdążył rozegrać w zespole jednak zaledwie 8 spotkań, Beniteza zwolniono po 23 kolejkach, a młody reprezentant Hondurasu wrócił z podkulonym ogonem do ojczyzny. Przez cztery lata występował w drużynie Motagui Tegucigalpa, ugruntowując swoją pozycję najlepszego piłkarza w kraju. Były to jednak czasy, kiedy jego awanturniczy charakter nie dawał o sobie jeszcze tak znać, a on sam koncentrował się tylko na piłce. W 2000 roku wylądował w bogatszej i bardziej medialnej lidze w Meksyku. Został piłkarzem Toros Neza, klubu, który największe sukcesy święcił w latach 1995-1997. Od trzech lat próbowano więc powrócić do czasów świetności, a przed Guevarą zatrudniono tam nawet słynnego Brazylijczyka Bebeto, z którym ostatecznie nasz bohater się minął. Zespół spisywał się tragicznie, spadł z ligi, a po dwóch sezonach został rozwiązany. Mimo wszystko „El Lobo” zdążył tam strzeli 7 goli w 26 spotkaniach i w nagrodę przeniósł się w czerwcu do CD Zacatepec. Z perspektywy czasu trudno nie uznać tego ruchu za pochopny. Miesiąc później Guevara rozegrał turniej życia w Kolumbii (o czym będzie za chwilę) i mógł przebierać w ofertach z silnych klubów europejskich. Nie mam wątpliwości, że piłkarz z taką wizją gry, umiejętnościami technicznymi i świetnie bitymi stałymi fragmentami gry, poradziłby sobie w jednej z pięciu czołowych europejskich lig. Na usprawiedliwienie jego decyzji można jednak powiedzieć, że zapewne nie mógł się spodziewać, że za miesiąc będzie na ustach wszystkich… W 2001 roku w Kolumbii miał się odbyć turniej Copa America. Co ciekawe, Hondurasu miało w ogóle nie być na imprezie, a same rozgrywki jeszcze na tydzień przed ich rozpoczęciem miały być przeniesione do Wenezueli bądź przesunięte na następny rok. Wynikało to z napiętej sytuacji politycznej w kraju i kryzysu władzy, jaki wtedy panował. Futbol był prawdopodobnie ostatnią rzeczą, o jakiej myśleli ludzie, wychodząc na ulice i protestując przeciwko rządzącym. Pomimo tego, rząd ostatecznie zagwarantował wzmożone środki bezpieczeństwa i turniej mógł się odbyć. Argentyńczykom to jednak nie wystarczało i zrezygnowali z uczestnictwa mistrzostwach kontynentu(mimo, że byli murowanymi faworytami). Zastąpić ich miała Kanada, która rok wcześniej zdobyła Gold Cup, jednakże ta reprezentacja również zrezygnowała z udziału w turnieju. Zwrócono się więc w kierunku Hondurasu, który praktycznie prosto z samolotu przystąpił do pierwszego starcia z Kostaryką. Od razy na myśl może przychodzi casus Duńczyków, prowadzonym przez Richarda Moellera Nielsena i ich występu na mistrzostwach Europy z 1992 roku… No cóż, trudno nie znaleźć podobieństwa. Przecież „Los Catrachos”, jak nazywana reprezentacja Hondurasu była uznawana raczej za chłopca do bicia i pierwsze spotkanie z Kostaryką zakończyło się porażką 0:1, która raczej potwierdzała przed turniejowe przewidywania. Jak się miało jednak okazać, przedwcześnie… O wszystkim miało więc decydować drugie spotkanie, w którymi rywalami miała być drużyna Boliwii.
Amado Guevara już wcześniej uznawany był za największą gwiazdę reprezentacji, w wieku 25 lat nosząc opaskę kapitańską. W pierwszym spotkaniu nie zabłysnął i nie potrafił powstrzymać dobrze funkcjonującej drugiej linii Kostarykańczyków. Jednak już mecz z Boliwią był jego prawdziwym koncertem. W 53. minucie znakomicie przyjął piłkę przed polem karnym rywali, po czym świetnym strzałem w lewy róg bramki wyprowadził na prowadzenie swoją reprezentację. Jednak prawdziwym majstersztykiem była drugi gol, gdy pokonał on bramkarza rywali uderzeniem z prawie 40. metrów. Faktem jest, że stało się to przy dość istotnej pomocy bramkarza, który najpierw niepewnie wybił piłkę, a później niefortunnie interweniował. Prawdą jest jednak, że za przytomność umysłu, jaką zachował Guevara w tej sytuacji, należą mu się największa brawa. Lider zespołu obudził się w najbardziej odpowiednim momencie, a zespół otrząsł się już po zawirowaniach z początku turnieju. W kolejnym spotkaniu z Urugwajem Honduras znowu zaskoczył i po świetnej dwójkowej akcji Saul Martinez-Guevara, ten drugi wykończył ją plasowanym strzałem w sytuacji sam na sam. Pewnym cieniem na wygranej kładzie się zaangażowanie Urugwaju, które w tym spotkaniu było dyskusyjne. Tajemnicą poliszynela jest bowiem fakt, że odpuścili ten mecz, aby nie trafić w ćwierćfinale na Brazylię. Ostatecznie więc to Guevara i spółka mieli stanąć na drodze ekipy Luisa Felipe Scolariego, która w trakcie turnieju nie prezentowała się jednak najlepiej, co potwierdziło spotkanie z Hondurasem. Pierwsza połowa odbywała się całkowicie pod dyktando zespołu z Ameryki Środkowej, a znakomicie prezentowała się trójka Guevara-Martinez-Julio Cesar Leon, którzy napędzali kolejne ataki na bramkę strzeżoną przez Marcosa. Co więcej, druga połowa nie przyniosła zmiany rażącej zmiany scenariusza i to Honduras nadal prezentował się lepiej, co udokumentowali w końcu bramką Saula Martineza. Efekt? Huraganowe ataki Brazylijczyków, które „Los Catrachos” jednak przetrwali, zadając ostateczny cios w czwartej minucie doliczonego czasu gry, kiedy po cudownym otwierającym podaniu Amado Guevary, reprezentanci Hondurasu ruszyli z kontrą, zakończoną drugą bramką Martineza. Świat osłupiał, a cud stał się faktem. Wielka machina Scolariego, mająca w składzie takie nazwiska jak Juninho Paulista, Denilson, Roque Junior i Jardel ugięła się pod naporem maleńkiego Hondurasu. Piękny sen Guevary trwał dalej, a on sam solidnie pracował na miano najlepszego piłkarza turnieju. Półfinał z Kolumbią był już jednak meczem bez historii i gospodarze pewnie pokonali rewelację turnieju 2:0, co sprawiło, że w meczu o trzecie miejsce mieli się zmierzyć z Urugwajem, który tym razem nie zamierzał jednak odpuszczać meczu. Ostatecznie padł remis 2:2, Honduras wygrał po karnych, a asystę przy jednej z bramek zaliczył (a jakże) Guevara, o którym już wtedy mówiono w kontekście zdobycia nagrody MVP Copa America. I rzeczywiście ją otrzymał. Po turnieju Guevarze wiodło się różnie. Transfer do Zacapetec nie był najlepszą decyzją Guevary i spędził tam tylko sezon, po czym rozpoczął swoistą tułaczkę po klubach (Deportivo Saprissa i Matagua), którą zakończył dopiero w czerwcu 2003 roku, podpisując kontrakt z zespołem Metrostars z Nowego Jorku (późniejszy Red Bull). Z perspektywy czasu, okres w Metrostars można uznać za najbardziej ustabilizowany w jego karierze, w trakcie którego rzeczywiście pokazywał pełnię swoich możliwości. Wszak wystarczy wspomnieć, że już w pierwszym sezonie zaliczył 3 bramki i 10 asyst, a w drugim został uznany MVP całych rozgrywek (!). Guevara ugruntował więc swoją pozycję jako jednego z najlepszych i najbardziej widowiskowych piłkarzy MLS w ciągu kilku następnych lat. W tym momencie po raz pierwszy dał znać o sobie jego temperament i w 2006 roku pojawił się konflikt… Piłkarz nie dostał zgody na treningi ze swoim rodzimy klubem z Motagui. Guevara nic sobie jednak z zakazu nie robił i rozegrał w zespole nawet kilka towarzyskich spotkań, czym wywołał wściekłość u działaczy zespołu z Nowego Jorku. Doszło do otwartego konfliktu między zawodnikiem a prezydentem klubu Alexi Lalasem, który był gotów nawet zrezygnować z usług zawodnika, jednak zarząd uznał, że piłkarz musi zostać w zespole.
W 2007 roku do zespołu wrócił jednak legendarny amerykański piłkarz, Claudio Reyna i jasnym się stało, że Guevara nie jest już w klubie potrzebny. Rozpoczął więc kilkuletnią tułaczkę (drugą już w swoim życiu) po klubach z MLS i Ameryki Środkowej. Po drodze zaliczał m.in. Chivas, Toronto FC i ponownie zespół z Motagui, karierę kończąc w swoim rodzimym klubie. Copa America w Kolumbii była niewątpliwie popisowym turniejem Amado Guevary. Możecie więc się zastanawiać, dlaczego po takim turnieju nie wylądował w Europie. Fakt, miał już podpisany kontrakt z Zacapetec, ale przecież liczby miał tam niezłe(8 goli), tak samo jak w kolejnym klubie (Deportivo Saprissa – 9 goli w 19 spotkaniach). Co więc stanęło na jego drodze do wielkiej klubowej kariery? Niewłaściwy menadżer, umiejscawiający piłkarza w klubach, których fundamentem były chwilowe zachcianki lokalnego biznesu(Toros Neza, CD Zacapetec)? A może awanturniczy charakter samego zawodnika, który potrafił zdzielić łokciem rywala w trakcie meczu? Ostatecznie można domniemywać, że sam piłkarz obawiał się rywalizacji w Europie i wolał utrzymywać status lokalnej gwiazdy w Ameryce Środkowej i MLS, bojąc się prawdziwej weryfikacji na Starym Kontynencie. Jedno jest jednak pewne. Był to zdecydowanie najlepszy piłkarz w historii Hondurasu i człowiek, który zabrał na wycieczkę do krainy marzeń cały swój naród w lipcu 2001 roku. To sprawia, że status legendy niewątpliwie się mu należy, a on na stałe zapisał się w historii fanów latynoskiego futbolu, jako przykład romantycznej historii piłkarskiego pucybuta, który, choć na chwilę skradł serca piłkarskim fanom i stanął na futbolowym panteonie.
7
Piłkarz jednego turnieju(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
10
Mecze, które wstrząsnęły światem:
2 maja 1962 r. Benfika Lizbona pokonała Real Madryt 5:3. Ten mecz uchodził przez lata za najlepszy w historii finałów Pucharu Mistrzów. Było w nim to wszystko, co decyduje o atrakcyjności widowiska: zwroty akcji, gole, gwiazdy i niezwykła atmosfera stadionu w Amsterdamie. Niemniej ważny był fakt iż finał rozgrywek o Puchar Mistrzów pierwszy raz transmitowały stacje telewizyjne w całej Europie. Wśród nich Telewizja Polska i wszystkie kraje socjalistyczne zgrupowane w Interwizji. Zobaczyliśmy wreszcie na własne oczy to, o czym dotychczas tylko słyszeliśmy. Real wciąż był wielki, chociaż znalazł się ktoś, kto zakończył serie jego 5 pucharowych zwycięstw. W dodatku była to drużyna z Katalonii. W sezonie 1960/61 Real rozpoczynał rozgrywki od drugiej rundy, wylosował Barçe i został wyeliminowany. Z punktu widzenia Europy to była sensacja ale nie w Hiszpanii. Atak Blaugrany: Kubala, Kocsis, Evaristo, Luis Suarez i Czibor był porównywalny z napadem Realu. Zbudowany 3 lata wcześniej Camp Nou świadczył o wielkich aspiracjach klubu. O awansie Barçy zadecydował jeden gol(2:2 w Madrycie i 2:1 w Barcelonie). Emocje związane ze starciami Realu i Dumy Katalonii nie są niczym nowym. Zmieniają się tylko piłkarze. Katalończycy dotarli wówczas do finału, w którym nieoczekiwanie ulegli teoretycznie słabszej Benfice 2:3.
Kiedy więc w następnym sezonie w finale Benfica spotkała się z Realem, powszechnie uznano że wszystko wróciło do normy. W Realu wciąż świeciły największe gwiazdy: Di Stefano, Puskas, Santamaria, Gento, del Sol a trenował go nadal Miguel Muñoz. Benfica wystawiła jedenastke bardzo podobną do tej zwycięskiej sprzed roku, z wyjątkiem jednej zmiany w pomocy i dwóch w napadzie. Na skrzydle zagrał 19-letni Antonio Simoes, który rok wcześniej zdobył mistrzostwo Europy juniorów. Portugalia pokonała wtedy w finale Polske. Drugim nowym napastnikiem był 20-letni Eusebio. Finał w Amsterdamie rozpoczął się po myśli Realu. W 17 minucie di Stefano zobaczył iż obrońcy Benfiki ustawili się w jednej linii blisko połowy boiska a Puskas stoi prawie równo z nimi. Podał więc mu prostopadłą piłke, Węgier przejął ją jeszcze w kole środkowym i biegł sam na bramke Costy Pereiry. Ludzie na stadionie wstali a w domach przed telewizorami również. Puskas ścigany przez obrońców pokonał około 40 metrów, podbił sobie jeszcze piłke udem żeby lepiej ułożyć ją do strzału i kopnął z odległości około 13 metrów lewą nogą w lewy dolny róg. Pięć minut później Węgier otrzymał piłke na środku boiska, około 25 metrów od bramki. Nikogo przy nim nie było, więc znowu kropnął lewą nogą. Piłka odbiła się jeszcze od murawy i wpadła ponownie w ten sam róg bramki. Real prowadził więc 2:0. Jednak Benfica nie rezygnowała i 2 minuty później zdobyła pierwszego gola. Z rzutu wolnego Eusebio trafił w słupek a odbitą piłke kopnął do bramki Aguas. Na 2:2 wyrównał Cavem strzałem w okienko zza pola karnego. Jeszcze przed przerwą Puskas znowu dał prowadzenie Realowi. Tym razem strzelił z linii pola karnego, oczywiście lewą nogą. Na przerwę w lepszych humorach schodzili Hiszpanie. Trener Benfiki, Bela Gutmann nie wyglądał jednak na zmartwionego, Miał podobno powiedzieć swoim zawodnikom: ,,Nie przejmujcie się. Teraz ich mamy. Oni już oddychają rękawami. Jeśli ruszycie na nich od pierwszej minuty to już się nie pozbierają”. Gutmann wiedział co mówi. Di Stefano miał już 36 lat, Puskas 35, środkowy obrońca Santamaria 33 a skrzydłowy Gento 29 lat. Pięć minut po przerwie główny rozgrywający Benfiki, Mario Coluna trafił do bramki niemal z tego samego miejsca co Puskas przy drugim golu. Trener miał racje, Hiszpanie nie nadążali za przeciwnikami i zaczeli się gubić. Eusebio miał teraz swoje pięć minut. Najpierw wykorzystał rzut karny, potem rzut wolny i w 60 minucie było po meczu, mimo że przez ostatnich 20 minut nikt się nie oszczędzał.
Eusebio stał się symbolem tego zwycięstwa. Grał znakomicie, był młody, szybki i wspaniale budowany. Stał się pierwszym piłkarzem z Afryki, który robił prawdziwą światową karierę. Dwa lata po 1960 roku jego pojawienie się na futbolowych salonach nabierało dodatkowego znaczenia. Tym bardziej że w zespole Benfiki wystąpiło 4 piłkarzy pochodzących z krajów afrykańskich. Eusebio, Coluna i bramkarz Pereira byli Mozambijczykami a napastnik Aguas i rezerwowy Santana to Angolańczycy. Dziś obecność afrykańskich zawodników w najlepszych europejskich klubach jest normą, wtedy to było coś nowego. Benfika najprawdopodobniej nie zdobywałaby przez 2 lata z rzędu Pucharu Mistrzów, gdyby nie miał wyjątkowego trenera, Węgra Beli Gutmanna. Tuż po drugim z rzędu zwycięstwie Benfiki w europejskich pucharach Gutmann wyjechał z Lizbony. W nagrodę za zdobycie Pucharu Mistrzów otrzymał w Benfice premię o 4 tys. dolarów mniejszą niż za mistrzostwo Portugalii a ponieważ umiał liczyć, ruszył dalej w świat. Pracy nie musiał szukać; przestrzegał zasady że trzeci rok w pracy trenera bywa najgorszy i trzeba uciekać z klubu po dwóch, zwłaszcza kiedy się osiągneło sukces. Prowadził więc w swojej 40-letniej karierze ponad 20 różnych klubów. Kłótnie z prezesami stanowiły jego hobby. Milan zwolnił go w trakcie sezonu, mimo iż drużyna zajmowała pierwsze miejsce w lidze. Zdobywał tytuły mistrza Węgier, Portugalii, Urugwaju i stanu São Paulo. Kiedy Benfika wygrywała z Realem w Amsterdamie, Bela Gutmann miał 62 lata.
@Symson
@Sensible
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
1
,,Jak trwoga to do Boga" a przysłowiowym Bogiem jest tylko Messi!
6
Finał dwóch ,,Stanów”:
Dla Wielkiej Brytanii rok 1953 jest szczególny nie tylko ze względu na początek panowania królowej Elzbiety II. 2 maja 1953 r. odbył się na Wembley finał rozgrywek o Puchar Anglii Blackpoll – Bolton Wanderers, zwany potocznie ,,Finałem Matthewsa” albo ,,Finałem dwóch Stanów”. Pierwszy to Stan Matthews, drugi to Stan Mortensen i na tym meczu dokładnie na miesiąc przed koronacją, była już przyszła królowa Elzbieta. Nie opuszczała swojej loży, kiedy książe Filip i premier Churchill witali się na boisku z piłkarzami, przedstawianymi przez kapitanów drużyn. Anglia zapomniała o blamażu z mistrzostw świata w Brazylii. Miała 3 lata żeby wrócić do równowagi a taki finał jak ten bardzo jej w tym pomógł. Został okrzyknięty najlepszym finałem FA, jaki kiedykolwiek rozegrano, mimo że nie brały w nim udziału najlepsze drużyny ligi. Blackpool kończył rozgrywki na 7 miejscu a Bolton na 14-tym. Na Wembley przyszło 100 tysięcy ludzi. Już w 2 minucie prowadzenie dla Boltonu zdobył napastnik Nat Lofthouse. Strzelił z 30 metrów tak mocno że bramkarz Blackpool nie mógł jej utrzymać w rękach. To nie był dla niego dobry dzień. Jeszcze mecz się dobrze nie zaczął, jeszcze nie wszyscy usiedli na swoich miejscach a już Bolton prowadził 1:0. Blackpool wyrównał w 35 minucie po strzale Mortensena ale 4 minuty później kapitan Bolton kapitan Willie Moir strzelił drugiego gola a 10 minut po przerwie jeszcze jednego gola strzelił Eric Bell i Bolton prowadził już 3:1.Do końca finału pozostawało niewiele ponad pół godziny.
Kiedy spytano Matthewsa jak się wtedy czuł, piłkarz opowiedział: ,,Na pewno nie jak znokautowany bokser. Wszyscy wiedzieliśmy iż niezależnie od wyniku najlepiej gramy w ostatnich 20 minutach meczu. Nie pozostawało nam nic innego, jak jeszcze raz się o tym przekonać”. No i wtedy się zaczęło. To był jeden z tych meczów, które umocniły legendę Matthewsa jako ,,Czarodzieja dryblingu”. Matthews szalał na prawym skrzydle, mijał po kilku przeciwników i dośrodkowywał. Miał ułatwione zadanie, ponieważ grający po jego stronie obrońca Eric Bell już na początku meczu doznał kontuzji ale musiał pozostać na boisku bo przepisy gry nie uwzględniały zmian. Mimo to kuśtykając, strzelił trzeciego gola dla Bolton. Zostałby bohaterem, gdyby nie końcowy wynik. Największy wpływ na wynik mieli dwaj piłkarze. Dwie akcje Matthewsa, w których ogrywał niemiłosiernie lewego obrońcę Ralpha Banksa, zakończył celnymi strzałami Mortensen a trzecią – Bill Perry. Dwa ostatnie gole padły w 89 i 90 minucie a więc skończyło się 4:3 dla Blackpool. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się aby Puchar Anglii zdobył zespół, który przegrywał dwoma golami. Pierwszy raz w finale FA Cup na Wembley jeden zawodnik strzelił 3 gole. Pierwszy i ostatni. Stan Mortensen przeszedł do historii. Dlaczego więc mecz nazwano ,,Finałem Matthewsa”? Ponieważ zawodnik, który był motorem większości akcji, miał 38 lat. Zatem było więcej niż pewne że ostatni raz występuje w finale i wszyscy(poza kibicami Boltonu) życzyli mu zwycięstwa. Tym bardziej że Blackpool z Matthewsem i Mortensenem trzeci raz w ciągu 6 lat grał w finale Pucharu Anglii a dwa wcześniejsze mecze przegrał. Matthews był pierwszą angielską gwiazdą futbolu, którą można było zobaczyć w telewizji i jedną z trzech największych w powojennej Wielkiej Brytanii, obok dżokeja Gordona Richardsa i gracza krykieta Lena Huttona. Richards otrzymał tytuł szlachecki w roku koronacji Elżbiety II, Hutton w 1956 a Stanley Matthews w 1965, jako pierwszy piłkarz.
Stanley był zawodowym piłkarzem przez 33 lata! Pobił wszelkie rekordy zawodowej aktywności. Pierwszy mecz w lidze rozegrał w roku 1932 w barwach Stoke City, mając zaledwie 17 lat. Był najmłodszym zawodowcem w Anglii; ostatni natomiast w 1965, w tym samym klubie, 5 dni po 50 urodzinach. Wystąpił w 701 meczach ligowych. W reprezentacji Anglii debiutował w roku 1934 i od razu strzelił gola. Po raz ostatni włożył angielską koszulke 23 lata później, w 1957 przeciw Danii w Kopenhadze. Miał wtedy ukończone 42 lata. Był najstarszym uczestnikiem mundialowych turniejów w Brazylii i Szwajcarii. W roku 1947 został pierwszym laureatem plebiscytu dziennikarzy piszących o futbolu na Piłkarza Roku. Drugi raz przyznano mu ten tytuł 15 lat później. Stanley Matthews został też pierwszym laureatem plebiscytu magazynu ,,France Football” dla najlepszego zawodnika Europy, najbardziej prestiżowego, w którym nagrodą jest Złota Piłka. Matthews wygrał ja w roku 1956, wyprzedzając Di Stefano, Raymonda Kope i Puskasa. Angielski bramkarz Gordon Banks powiedział że Matthews jest najbardziej klasycznym symbolem futbolu angielskiego; człowiekiem, który nie tylko czarował niezwykłymi umiejętnościami ale i stanowił wzór sportowej postawy. Nigdy nie został nie tylko wyrzucony z boiska ale nawet upomniany przez sędziego. UNESCO przyznało mu nagrodę Fair Play. Dla całego świata był symbolem długowieczności. Finał Pucharu Anglii w roku 1953 wprawił kibiców w dobry nastrój. To był futbol na najwyższym poziomie i nikt już nie pamiętał o amerykańskiej katastrofie z mundialu.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@dreed93 Każdy dobry trener się ceni, tak było i będzie. Natomiast dług Rakowa to już nie jego sprawa...
0
@Ogorinho1974 Oj nie bardzo sie z tobę zgodze. Zagłebie Lubin jakieś 10 czy 15 lat temu było zdecydowanie słabsze od Rakowa. przynajmniej ja to tak widze...
8
Pamiętamy!
2 maja 1981 r. Polska pokonała na stadionie Śląskim NRD 1:0 po golu Andrzeja Buncola. 2 maja współczesnym kibicom kojarzy się z Dniem Flagi i wielkim finałem Pucharu Polski, ale w peerelowskiej rzeczywistości był zwyczajnym dniem jakich wiele. Z tym, że następował tuż po hucznie obchodzonym przez władze Święcie Pracy i poprzedzał honorowane tylko przez opozycję Święto Konstytucji. W takim oto politycznym potrzasku, w czasie solidarnościowej rewolucji i kilka miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego, 2 maja 1981 roku odbyło się kluczowe spotkanie biało-czerwonych w eliminacjach hiszpańskiego mundialu. W roli selekcjonera w meczu o punkty zadebiutował Antoni Piechniczek. Rok później z małym okładem miał już na szyi medal mistrzostw świata... Andrzeja Buncola dla reprezentacji odkrył Ryszard Kulesza, ale to dopiero Antoni Piechniczek dał niewysokiemu pomocnikowi chorzowskiego Ruchu pełny kredyt zaufania. „Żywe srebro”, jak o Buncolu pisali wówczas dziennikarze ze względu na jego niezwykłą ruchliwość, energiczność i aktywność, nie jeden raz w tym meczu przeniknęło szyki niemieckiej defensywy. Efektem był gol na wagę dwóch punktów. Dużo gorzej spisała się gwiazda drużyny naszych zachodnich sąsiadów. Joachim Streich, brązowy medalista igrzysk w Monachium i najskuteczniejszy w historii piłkarz NRD, spisywał się tak słabo, że po godzinie gry trener zdjął go z boiska.
Oto zwycięski skład:
Polska: Jan Tomaszewski – Paweł Janas, Władysław Żmuda, Marek Dziuba, Jan Jałocha, Janusz Kupcewicz, Andrzej Buncol, Grzegorz Lato, Andrzej Iwan (80. Piotr Skrobowski), Andrzej Szarmach, Włodzimierz Smolarek.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
1
Raków Częstochowa mistrzem jest i basta! Taki inteligentny trener jak Marek Papszun to powinien być przynajmniej trenerem reprezentacji Polski...
7
Pamiętajmy!
2 maja 1979 r. Polska pokonała Holandie na ,,Śląskim” 2:0 w eliminacjach do mistrzostw Europy. Nie pomogły Johany, zwiędły tulipany"– śpiewali kibice na Stadionie Śląskim, gdy Zbigniew Boniek i Włodzimierz Mazur strzelali gole, a Polska pokonywała wielką Holandię, ówczesnych wicemistrzów świata. Niecałe cztery lata wcześniej reprezentacja Polski rozegrała prawdopodobnie najlepszy mecz w historii. 10 września 1975 roku na Stadion Śląski zawitali wicemistrzowie świata Holendrzy i... dostali prawdziwą lekcję futbolu od biało-czerwonych, którzy wygrali 4:1. Także i tym razem Oranje przyjechali do Chorzowa w roli drugiej drużyny na świecie i... kolejny raz musieli uznać wyższość Polaków. Skończyło się wynikiem 2:0. Co ciekawe, Holandia trzeci raz gościła w słynnym „Kotle czarownic” i poniosła trzecią porażkę.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
1
Komentarz usunięty przez użytkownika
0
@Rysiu pomocnikiem też ale głównie napastnikiem.
9
Grande Espectacolo el Clasico!
2 maja 2009 r. FC Barcelona rozgromiła na Santiago Bernabeu Real Madrid 2:6(!) w ramach 34 kolejki Primera Division. Tydzień wcześniej podopieczni Guardioli zremisowali 2:2 z CF Valencią i gdy w 14 minucie starcia w Madrycie Gonzalo Higuain wyprowadził ,,Królewskich” na prowadzenie, realizator transmisji pokazał wirtualną tabele z zaledwie jednopunktową stratą Realu na 4 kolejki przed końcem. Już po czterech minutach padł jednak gol wyrównujący autorstwa Henry’ego a przed przerwą Barça prowadziła już różnicą dwóch goli. Najpierw po rzucie wolnym skuteczną główką popisał się Carles Puyol a następnie Ikerowi Casillasowi nie dał szans Lionel Messi. Drugą połowe ponownie dobrze zaczął Real za sprawą gola Sergio Ramosa, lecz Blaugrana ponownie zdobyła 3 gole(Henry’ego, Messiego i Pique) i odniosła historyczne zwycięstwo w ,,jaskini lwa”, praktycznie zapewniając sobie odzyskanie po 3 latach mistrzostwa Hiszpanii. Wynik mógł być jeszcze bardziej okazały, lecz sędzia w końcówce nie podyktował karnego po faulu na Inieście, chcąc najwyraźniej oszczędzić gospodarzy. ,,Barça zademonstrowała na Bernabeu różnice pomiędzy tymi dwoma drużynami”- podsumowało ,,El Mundo Deportivo”. Ja osobiście byłem w szoku, ale takim radosnym szoku, gdy na drugi dzień rano zobaczyłem wynik w telegazecie. Do internetu miałem wówczas bardzo ograniczony dostęp. Co prawda miałem Cyfrowy Polsat ale prawa do La Liga miał wtedy Canal+ ale za to Polsat Sport prezentował powtórki, więc byłem wniebowzięty bo przy okazji nagrałem powtórke tego spektakularnego wyczynu na płyte dvd. Pamiątka bezcenna a komentował Mateusz Borek.
Składy epokowego triumfu:
Real Madryt: Iker Casillas; Sergio Ramos (Van der Vaart, m.71), Cannavaro, Metzelder, Heinze; 'Lass' Diarra, Gago, Marcelo (Huntelaar, m.59), Robben (Javi García, m.78); Higuaín, Raúl.
FC Barcelona: Víctor Valdés; Dani Alves, Piqué, Puyol, Abidal; Touré (Busquets, m.84), Xavi, Iniesta (Bojan, m.84); Messi, Henry (Keita, m.60), Eto'o.
Grande partidazo:
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
2
@Lionel_Messi10 O, dzięki śliczne :) Mam nadzieje że mecze nie będą o północy naszego czasu, bądź później bo rano musze wstać do roboty. No chyba że w piatek czy sobote. W każdym razie:
Vamos Barca i Vamos Argentina, vamos a ganar! Na zawsze, czyli parasiempre!