FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
Nie oglądam regularnie tenisa bo poza futbolem bardzo niewiele mam na to czasu. Akurat teraz włączyłem telewizor(bo akurat mam Eurosport) i oglądam mecz French Open pomiędzy Alcarazem a Cobollim. Szczerze mówiąc po raz pierwszy widze jak gra Alcaraz i musze stwierdzic iż jestem pod wielkim wrażeniem. Czy Alcaraz będzie takim swoistym następcą Nadala? Wydaje się że ma na to ,,papiery"...
7
@FCBparasiempre
29 maja 1968 r. Manchester United pokonał Benfike 4:1 w finale Pucharu Mistrzów Klubowych. Manchester z Charltonem i Bestem, Benfika z Eusebio i Coluną a to wszystko na Wembley, dwa lata po finale mistrzostw świata. Czegóż trzeba więcej do szczęścia? Ten finał spowodował rzadko spotykane wewnętrzne rozdarcie wśród kibiców. Coś takiego, co w roku 2011 przeżywali przy okazji dwumeczu FC Barcelony z Realem Madryt. Komu kibicować? W Manchesterze grało dwóch mistrzów świata- Charlton i Stiles. Pierwszy stanowił wzór piłkarza i dżentelmena. Drugi był niezwykle skuteczny ale postawa fair play(przynajmniej na boisku) była mu obca. Benfika miała aż 6 uczestników meczu półfinałowego z Anglią podczas MŚ, też na stadionie Wembley: Colunę, Gracę, Aguasa, Eusebio, Torresa i Simõesa, czyli całą przednią formację. Ofensywna, pełna radości gra Portugalczyków na mistrzostwach przysporzyła im na całym świecie miliony sympatyków a Eusebio stał się europejskim odpowiednikiem Pelego. Było jednak coś, co sprawiało że miliony innych ludzi życzyło tego dnia zwycięstwa Manchesterowi- współczucie i solidarność. 10 lat wcześniej w katastrofie lotniczej zgineła niemal cała drużyna United. Anglia pogrążyła się w żałobie a miliony ludzi na całym świecie uruchomiły pokłady empatii. To był pierwszy angielski klub, który wystartował w rozgrywkach o Puchar Mistrzów, w sezonie 1956/57. Rok wcześniej Chelsea odmówiła, nie widząc przyszłości przed tą rywalizacją. UEFA szukała chętnych na jej miejsce i ostatecznie padło na… Gwardie Warszawa. Teraz United rozpoczął w stylu, który musiał zwrócić uwagę całej Europy. Nie mogło być inaczej, skoro na Old Trafford pokonał Anderlecht Bruksela 10:0! Kapitan Belgów Jef Mermans zdobył się po tym meczu tylko na jedną refleksję: ,,Manchester powinien grać jako reprezentacja Anglii. Miałby lepsze wyniki niż ta prawdziwa”. Borussia Dortmund i Athletic Bilbao też przegrały i dopiero w półfinale Anglików wyeliminował Real. W następnym sezonie Manchester ponownie wygrał lige, w pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów pokonał Dukle Praga a w ćwierćfinale wyeliminował Crvene Zvezde. Miał szanse na stawienie czoła nawet Realowi, z lepszym skutkiem niż przed rokiem. Wtedy jednak wydarzyła się ta katastrofa lotnicza. Manchester powstał w 1878 r., pod obecna nazwą znany jest od roku 1902 a przez całe dziesięciolecia był na futbolowej mapie Anglii małym punktem. Wszystko zmieniło się po wojnie. Zimą 1945 r. menadżerem klubu został 36-letni Szkot Matt Busby, dobry gracz ligowy Manchesteru City i Liverpoolu. Jego ojciec zginął trafiony przez niemieckiego snajpera w bitwie nad Sommą, kiedy Matt miał 7 lat. Wychowywała go matka, przywiązana do tradycji katolickich, przekonana że uczciwa praca jest sensem życia. Syn był wierny tym samym zasadom. Kiedy zaproponowano mu stanowisko menadżera w Liverpoolu, mówiąc co ma robić i kogo słuchać, odrzucił oferte. Trudno powiedzieć że w Manchesterze tylko na to czekano bo Busby w roku 1945 to był tylko instruktor futbolu w armii i eks-piłkarz. To że na Old Trafford zaakceptowano jego warunki, można nazwać jednym z tych szczęśliwych zrządzeń losu, które trudno logicznie wytłumaczyć. Busby wywalczył sobie prawa, jakich nikt inny w Anglii(z menadżerem kadry Winterbottomem włącznie) nie miał. Mógł piłkarzy kupować i sprzedawać, trenować, dobierać współpracowników, wybierać skład na mecz. To wszystko, co dziś jest oczywiste, wtedy naruszało istniejący porządek, w którym działacze mieli głos decydujący, nawet w sprawach szkoleniowych. Mając wolną ręke w sprawach transferów, Busby zaczął sprowadzać na Old Trafford młodych chłopców, na których zwrócili uwagę jego skauci. Średnia wieku zawodników, którzy w barwach Manchesteru zdobyli w roku 1956 tytuł mistrza, wynosiła 22 lata. Rok później sukces powtórzyli i zagrali w finale Pucharu Anglii. Nic dziwnego iż nazywano ich ,,Dziećmi Busby’ego”. To były niezwykłe talenty. Bobby Charlton miał 15 lat, kiedy po debiucie w szkolnej reprezentacji Anglii umowy z nim chciało podpisać 18 klubów. Manchester United był pierwszy. Duncan Edwards miał lat 16, kiedy debiutował w pierwszej lidze i 18 w dniu pierwszego meczu w reprezentacji. Był najmłodszym debiutantem drużyny narodowej Anglii w XX wieku. Po meczu Anglia-RFN na Wembley w roku 1956 niemieccy dziennikarze nadali mu przydomek ,,Boom-Boom”. Edwards przyjął piłke przed swoim polem karnym, przebiegł z nią pół boiska, kładąc po drodze trzech przeciwników i kopnął z 30 metrów tak mocno że bramkarz Herkenrath wpadł z piłką do bramki. Edwards miał wtedy 20 lat i był największą nadzieją futbolu angielskiego. 5 marca 1958 r. w Belgradzie Manchester już po 17 minutach prowadził z Crveną Zvezdą 3:0. Violet strzelił jednego gola, 20-letni Charlton 2 gole w ciągu 120 sekund i od tej pory Manchester się bawił. Serbowie to wykorzystali, wyrównali na 3:3 ale do półfinału awansowali Anglicy i wówczas zdarzyła się ta tragiczna katastrofa w Monachium, w której śmierć poniosło 23 osoby. Duncan Edwards zmarł po 15 dniach. Matt Busby spędził w szpitalu 71 dni. Dwa razy ksiądz udzielał mu ostatniego namaszczenia. Przeżył i wrócił na ławke trenerską. Na fali współczucia Manchester stał się jednym z najbardziej lubianych klubów świata. Nic dziwnego że próby odbudowania tamtej tragicznej drużyny przez Busby’ego śledzone były przez kilka lat z wyjątkowym zainteresowaniem; uda mu się czy nie? Znajdzie następcę Edwardsa czy jest to niemożliwe/ Znalazł dwóch piłkarzy wyjątkowych: Szkota Denisa Lawa i Irlandczyka George’a Besta. Law przyszedł latem 1962, Busby wykupił go z A Torino za 125 tys. funtów, co było wówczas rekordem transferu na Wyspach Brytyjskich. Law był jednym z najlepszych napastników świata i rzecz jasna, jednym z najskuteczniejszych strzelców MU: 236 goli w 393 meczach. Law nazywany był przez kibiców Manchesteru ,,Królem”.
Panował na boisku ale i poza nim. Rudy wiecznie uśmiechnięty Szkot, czasami grywał na kacu. Obrońcy omijali go z daleka bo można się było przewrócić od jego oddechu a kiedy już zaryzykowali, to mijał ich z piłka jak gdyby nigdy nic. Finał z Benfika Law oglądał z łóżka w szpitalu, gdzie leczył kontuzje. Następnego dnia przyjechał do niego Busby z pucharem, mówiąc że to także jego trofeum. Law wzruszył się a kiedy trener wyszedł, sięgnął po butelkę, schowaną pod poduszką żeby napić się z radości. Umówiona ekipa BBC odjechała ze szpitala z kwitkiem. Piłkarz nie był w stanie wydusić z siebie słowa. George Best pod pewnymi względami pasował do Lawa idealnie. W Manchesterze pojawił się wczesną jesienią 1963 r. Tej pary w lidze prawie nikt nie mógł zatrzymać. Parę lat później Pele powiedział: ,,George Best był najlepszym piłkarzem na świecie” a przecież to Brazylijczyk cieszył się taką opinią. Best też był ,,Brazylijczykiem”, chociaż urodzonym w Belfaście, niedaleko doków, gdzie budowano Titanica. Jaki inny brytyjski piłkarz mógł się równać z Bestem pod względem talentu? Dryblował jak Brazylijczyk, strzelał jak Anglik, przewidywał jak racjonalny Niemiec ale miał wyobraźnie chłopca z podwórkowej gry, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Best został kimś w rodzaju pierwszego celebryty. Na Wyspach stał się w połowie lat 60-tych tak popularny jak Lennon i McCartney. Nosił fryzure w stylu Johna, jego znakiem firmowym stała się wypuszczona na spodenki koszulka z numerem 7 lub 11. Kiedy Manchester grał w Lizbonie, Best nie mógł wyjść z hotelu bo pod drzwiami mdlały oczekujące go nastolatki. To wtedy dziennikarz portugalski nazwał go ,,El Beatle” ale mówiono tez na niego ,,Piaty Beatle” a nawet ,,James Bond futbolu”, ponieważ miał wszystko, co chciał: pieniądze, najpiękniejsze dziewczyny, szybkie samochody, wyjątkową popularność i niewyobrażalne powodzenie. W jedenastce Manchesteru, która 29 maja 1968 r. wybiegła na Wembley przeciw Benfice, znalazło się 2 piłkarzy uratowanych z katastrofy w Monachium: Bobby Charlton i Bill Foulkes. Matt Busby zajmował miejsce na ławce trenerskiej. Nowa generacja ,,Dzieci Busby’ego” biegała po boisku. Czwórka napastników to niemal dosłownie dzieci. John Aston miał 21 lat, Best 22, David Sadler 22 a Brian kidd obchodził tego dnia 19-te urodziny. Dyrygowali nimi: Bobby Charlton(31) i Noby Stiles(26). Bramkarzem był 24-letni Alex Stepney a nad bezpieczeństwem czuwali rutynowani obrońcy: Shay Brennan(31), Bill Foulkes(36), Pat Crerand(29) i Tony Dunne(29). Po drugiej stronie boiska Eusebio i inni sławni portugalscy gracze, doświadczeni w bojach pucharowych i na mistrzostwach świata. Pilkarze Manchesteru byli ubrani na niebiesko a Benfiki na biało. Na trybunach prawie sto tysięcy ludzi. Pierwszy gol padł dopiero w 53 minucie. Strzelił go głową Bobby Charlton z podania Sadlera. Na 11 minut przed końcem wyrównał Jaime Graça, po zagraniu głową najwyższego na boisku Jose Torresa. Mecz był przepiękny(Eusebio trafił w poprzeczke i bił brawo Stepneyowi, który wygrał z nim pojedynek w 87 minucie) ale prawdziwe emocje czekały na widzów dopiero w dogrywce. Po wyrównanym meczu, który nie zapowiadał wyraźnego zwycięstwa którejś ze stron, przez Wembley przeszedł huragan. W ciągu 7 minut Anglicy strzelili 3 gole. Zaczął Best, wykorzystując błąd obrońcy. W polu karnym bramkarz Henrique nie miał z nim szans. Dwie minuty później, po rzucie rożnym, Kidd dwukrotnie strzelał głową. Pierwszy strzał bramkarz odbił ale na głowę Anglika, który nie zmarnował szansy. Portugalczycy już się nie podnieśli. Po kolejnych 5 minutach Kidd przeprowadził akcje prawym skrzydłem, podał na środek, skąd Charlton strzelił czwartego gola. To był jeden z najpiękniejszych meczów, jakie kiedykolwiek rozegrano. Razem z ładunkiem emocjonalnym – wspomnieniami tragedii z przed 10 lat stał się niezapomnianym przeżyciem i zapoczątkował niemalże kult Manchesteru na całym świecie. Matt Busby zmarł w 1994 r. Z jednej strony Old Trafford, nad wejściem do klubowego sklepu znajduje się pomnik Mata Busby’ego, Z drugiej strony ulicy Matt Busby Way w roku 2008 umieszczono drugi pomnik. Swojego trenera pozdrawia tzw. Święta Trójca: Bobby Charlton, Denis Law i Geogre Best. Odsłonięto go w 40-tą rocznice zdobycia Pucharu Mistrzów po raz pierwszy i kilka dni po wygraniu Ligi Mistrzów. Historia toczy się dalej.
10
Dzieci Busby’ego:
@Rastafarnianin
@Symson
@AssisMoreira
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
7
@FCBparasiempre
29 maja 1985 r. w Brukseli, Juventus pokonał FC Liverpool 1:0. Na finał rozgrywek o Puchar Mistrzów czekało w całej Europie wiele milionów ludzi ale po ataku kibiców angielskich i śmierć 39 osób mecz przestał się liczyć. Czegoś podobnego nie było od 1982 r., kiedy w Moskwie zgineło aż 340 osób! Przyczyny dramatów często się powtarzały. Przejścia były zbyt wąskie albo zamknięte, policja chcąc rozpędzić tłum atakujący sędziów lub piłkarzy, używała gazów łzawiących, co powodowało panike. Ludzie tratowali się albo dusili się w tłumie. W maju 1985, zaledwie 2 tygodnie przed Heysel, doszło do jednej z największych tragedii na Wyspach Brytyjskich. Finał Pucharu Mistrzów w 1985 nie zapowiadał żadnego dramatu. Oczekiwano wyłącznie przeżyć sportowych, ponieważ spotykały się 2 drużyny o niezwykłych tradycjach, dokonaniach, pełne gwiazd znanych na całym świecie. Liverpool bronił pucharu zdobytego rok wcześniej w zakończonym rzutami karnymi meczu z AS Roma. Juventus był właścicielem wywalczonego w tym samym czasie Pucharu Zdobywców Pucharów. Miał w drużynie 4 mistrzów świata oraz Platiniego i Bońka. To wszystko gwarantowało wspaniałe widowisko. Tyle że mecz ten nie powinien się odbyć. Wielu kibiców z obydwu krajów przybywało do Belgii już pod wpływem alkoholu. W południe na kilka godzin przed meczem, na Brukselskim Grand Place bawiło się zgodnie około 2 tysięcy Anglików i Włochów. Kolejne tysiące zajmowały restauracje, bary i ogródki na sąsiadujących z rynkiem ulicach. Wszyscy koncentrowali się na piciu, skandowaniu haseł i wymachiwaniu klubowymi flagami. Cały Grand Place pokrywało szklo z potłuczonych butelek. Wielu Anglików leżało nieprzytomnych na chodniku przy barze. Temperatura wzrastała. Wczesnym popołudniem na konferencji z udziałem szefów Liverpoolu, Adidas przedstawił wzór koszulek, w jakich Anglicy pierwszy raz mieli zagrać wieczorem. Obok Atomium pod stadionem kolejna konferencja. Stadion podzielony był standardowo. Całą trybune za bramką po prawej stronie zajmowali kibice włoscy. Po przeciwnej stronie znajdowali się Anglicy i Włosi, przedzieleni wąski pasem przeznaczonym dla kibiców belgijskich, którzy jednak szybko z tamtąd uciekli. Właśnie ta trybuna oznaczona literami X, Y i Z, stała się sceną dramatu. Obydwie trybuny za bramkami miały miejsce wyłącznie stojące. Iskrą stały się butelki, kamienie i petardy, rzucane z angielskiego sektora X na włoski – Z. Początek finału wyznaczono na godzinę 20.15. Kiedy o 18.15 na boisko wyszły dwie drużyny trampkarzy, mało kto patrzył na ich mecz. Oni grali a sytuacja na trybunach stawała się coraz bardziej dramatyczna. Wszyscy na to patrzyli, żadne służby porządkowe nie interweniowały. Burmistrz Brukseli mówił że do pracy przy meczu zaangażowano około tysiąca policjantów. 240 z nich znajdowało się na stadionie, chociaż prawde mówiąc nie rzucali się w oczy. Kiedy sytuacja całkiem wymknęła się spod kontroli, policjanci docierali na stadion czym tylko się dało, odpowiadając na zamieszczony w telewizji apel. Najgorsze nastąpiło między 19.00 a 19.30. Po rzucaniu butelkami itp. Doszło do pierwszej szarży Anglików na Włochów, z sektora X na Z. Była co prawda jeszcze odpierana przez nielicznych policjantów ale napastnicy zdobyli nowy oręż – metalowe pręty, wyrwane z płotu oddzielającego sektory. Po chwili przerwy atak powtórzono. Tym razem ubrani na czerwono Anglicy przebiegli się po belgijskim sektorze buforowym, jakby nie istniał. Nie Belgowie a Włosi byli celem ataku. Kibice Juventusu czegoś takiego się nie spodziewali, zresztą i tak stali na straconej pozycji. Nie mieli gdzie uciekać. Najwyżej kilkanaście metrów wzdłuż, dalej już była tylko ściana. Gromadzili się na samym rogu kończącej się trybuny, gdzie mur był najniższy i dawał nadzieje na zeskoczenie z wysokości 2, 3 metrów na bieżnie. W kierunku wejść uciekać nie mogli bo wciąż nowi kibice nieświadomi sytuacji wchodzili na trybune. Rozjuszeni, pijani Anglicy gonili swoje ofiary aż do skutku. W czasie, kiedy Włosi znajdujący się na końcu skłębionej masy uciekających otrzymali ciosy prętami, pięściami, drewnianymi częściami ławek, kastetami i nożami, pierwsi zostali przyparci do muru. Ten nie wytrzymał pod ciężarem kilkuset osób i runął na bieżnie. Kilkunastu kibiców poniosło śmierć przygniecionych cementem, cegłami, zbrojonymi prętami lub stratowanych przez uciekających rodaków, którzy dopiero teraz wylali się na bieżnie. Biegli po ciałach ludzi, obok których jeszcze przed chwilą stali. Inni zostali na trybunie ryzykując życie. Kiedy setki ludzi wtargnęły na bieżnie i boisko, które trampkarze opuścili po skończonym meczu, wielu innych na stadionie nie miało świadomości, co tak naprawdę się stało.
Spiker apelował o spokój i powrót na swoje miejsca ale niektórzy już swoich miejsc nie mieli. Na ławkach prasowych nikt nie pomyślał że efekt szarży może być tak tragiczny. W tłumie przy zawalonej ścianie niewiele można było zobaczyć. Dopiero widok coraz większej liczby sanitariuszy z noszami, wycie syren karetek i śmigłowce nad stadionem uświadomiły wszystkim że stało się coś strasznego. Na stadionie panował chaos. Przez megafony wzywano do zachowania spokoju, na tablicy świetlnej pojawił się przygotowany wcześniej napis: ,,Organizatorzy serdecznie witają przybyłych kibiców futbolu”. Policjanci belgijscy wprawni w rozpędzaniu demonstracji związkowców, teraz byli bezradni. W takiej sytuacji nigdy się nie znaleźli. Przyglądali się pierwszym iskrom przyszłego ognia, który groził pożarem, z czego musiał sobie zdawać rację każdy, kto choć raz widział awantury wywołane przez kibiców. Patrzyli co z tego wyniknie a kiedy Anglicy ruszyli, policjanci uciekali razem z Włochami. Wprowadzenie większej liczby funkcjonariuszy i służb porządkowych niewiele dało. Kiedy ożywiła się trybuna M, N i O – to po drugiej stronie boiska, zajmowana tylko przez Włochów grupki kibiców wybiegły na bieżnie żeby pograć tam w piłke i bić się, policjanci stanęli jak słupy. Uzbrojeni w pałki, tarcze z pleksiglasu, hełmy, nie mogli dać sobie rady z młodymi chłopakami w trampkach i drzewcami po sztandarach w ręku. Wtedy wjechała konnica. Jechali kłusem wzdłuż trybuny nie robiąc na nikim wrażenia. Potem jeszcze dwudziestu ale nawet nie próbowali usunąć kibiców z boiska i bieżni, nie rozpoczęli żadnej akcji, która mogłaby przywrócić porządek. Czekali na rozkazy ale rozkazów nie było. Oficer dowodzący akcją znajdował się poza stadionem. Minister spraw wewnętrznych siedział spokojnie w domu przed telewizorem, patrzył co się dzieje a w tym czasie w jego gabinecie trwały narady. Na postawione zarzuty odpowiedział że organizacja była bez zarzutów i nie chciano prowokować kibiców demonstracją policyjnej siły. To był szok cywilizacyjny dla kraju, w którym żyło się spokojnie i bezpiecznie. Belgowie, którzy nie doświadczyli okropności wojny w takim stopniu jak wiele innych europejskich krajów, nie wyobrażali sobie że może ich spotkać coś takiego. Nie byli na to przygotowani. Nie był też na to przygotowany stadion. Prezydent Liverpoolu sir John Smith powiedział: ,,Stadion Heysel nie nadaje się do takich meczów. Kibice mogli bez poważniejszych problemów dostać się na trybuny bez biletów a potem poruszać się względnie swobodnie po całym obiekcie. To niedopuszczalne”. Wtórował mu prezydent Juventusu Giampiero Boniperti: ,,Gdybym wiedział że Belgia nie da sobie rady z organizacją, byłbym za przeniesieniem meczu do Związku Radzieckiego. Tam od razu dano by sobie rade z bandytami”. Przed godziną 20-tą wiadomo było że mecz nie rozpocznie się zgodnie z planem, czyli o 20.15. ale prawdopodobnie nikt wtedy nie wiedział czy w ogóle się odbędzie. Działacze Komitetu Wykonawczego UEFA byli podzieleni. Zresztą oni nawet nie mieli miejsca, w którym mogliby spokojnie na ten temat podyskutować. W powszechnym chaosie Włosi często w szoku uciekali z zagrożonych miejsc, szukając schronienia na trybunie honorowej i prasowej, które były najbezpieczniejszymi okolicami na stadionie. ,,Już wtedy wiedzieliśmy, co się wydarzyło. Siedzieliśmy w szatni i czekaliśmy na decyzje. Wielu z tych, którzy ponieśli śmierć lub zostali ranni było znanych było znanych piłkarzom Juventusu. Nie chciało się nam grać w takiej sytuacji ale nie mieliśmy wyjścia”.- opowiadał Boniek. UEFA uznała że odwołanie meczu mogłoby spowodować jeszcze większą tragedie. Postanowiono więc zagrać dla bandytów żeby ich nie drażnić. Niemiecka telewizja ZDF w tym momencie przerwała transmisje. O godzinie 20.30 do walczących z policją kibiców na trybunie M, N i O wyszli piłkarze Juventusu. Najpierw mistrzowie świata Tardelii i Cabrini, potem Brio i Favero. Wszyscy prosili swoich kibiców o zaprzestanie walk i zachowanie spokoju. Kapitan Juve Gaetano Schirea zwracał się do włoskich kibiców za pośrednictwem megafonów. Z taki samym apelem do przybyszów z Anglii wystąpił kapitan Liverpoolu Phil Neal. Służby medyczne cały czas udzielały wtedy pomocy poszkodowanym. W loży dziennikarskiej jeden z Włochów, który się tam schronił dostał ataku serca. Jego przyjaciel próbował go reanimować. Zaalarmowani lekarze przybyli niemal natychmiast. Po kilku minutach reanimacji zabrali go do szpitala. O godzinie 21.30 grupa młodych Włochów z trybun M, N, O wniosła na bieżnie transparent z napisem: ,,Red Animals” – Czerwone Zwierzęta, nawiązując do koloru koszulek Liverpoolu. Cała widownia zaczęła bić brawo. Długo to nie trwało. Policja zabrała im transparent i to była jej jedyna udana akcja owego wieczoru. W tym czasie na boisko wyszły obydwie drużyny. Liverpool równo, karnie, jak zwykle. Juventus w nieładzie, jak na rozgrzewke. Piłkarze z wyjątkiem obydwu bramkarzy(Tacconiego i Grobbelara) nie przywitali się jak to jest w zwyczaju. Mecz rozpoczął się z opóźnieniem jednej godziny i 28 minut. Piłkarze spędzili więc w swoich szatniach około 3 godzin. Liverpool miał pecha. Środkowy obrońca Mark Lawrenson już w 3 minucie doznał kontuzji barku i musiał zejść z boiska. Płlkarze obydwu drużyn grali czysto, jak gdyby się bali iż ostrzejszy atak może stać się powodem kolejnych rozruchów na trybunach. Żadna ze stron nie osiągnęła wyraźnej przewagi. W 57 minucie, po jednej z akcji piłkarze Liverpoolu nie zdążyli wrócić pod swoja bramke. Odzyskaną piłke Platini kopnął daleko do przodu gdzie czekał Boniek. Polak wbiegł między 2 obrońców, wyprzedził ich, uderzył piłke głową i kiedy zbliżal się do pola karnego został przewrócony przez Gary’ego Gillespiego. Faul był ewidentny, tyle że Szkot popełnił go przed linią pola karnego. Szwajcarski sędzia znajdował się zbyt daleko od tej sytuacji, źle ją ocenił, przyznając Juventusowi rzut karny. Platini wykorzystał jedenastke dając swojej drużynie prowadzenie. Na kwadrans przed końcem jedna z akcji Liverpoolu zakończyła się ostrym atakiem Favera na Whelanie w narożniku pola karnego. Pół stadionu zerwało się na nogi, widząc faul Włocha a to oznaczało rzut karny i szanse na wyrównanie ale sędzia faulu nie dostrzegł i Juventus wygrał 1:0.
Plotki o zakulisowych decyzjach UEFA, pragnącej zadośćuczynić Włochom i ukarać Anglików, same pchały się na usta i łamy prasy. Berno oczywiście je zdementowało ale jak interpretować decyzje dobrego zwykle sędziego, który dyktuje dla Włochów jedenastke za faul poza polem karnym i nie przyznaje jej Liverpoolowi za atak niezgodny z przepisami w obrębie ,,szesnastki”? Prezydent UEFA, Jacques Georges, wręczył Juventusowi Puchar Mistrzów w szatni. Żadnej gali nie było. Włosi wybiegli z trofeum pod trybune M, N i O, demonstrując je swoim kibicom. W tym samym czasie, po drugiej stronie stadionu za trybuną X, Y, Z, ostatnie karetki zabierały tragicznie zmarłych. Konsekwencje tragedii na Heysel dotknęły wiele osób. Angielska federacja piłkarska wycofała kluby angielskie z rozgrywek europejskich. Kara spotkała 16 klubów. UEFA zawiesiła je na 5 lat(Liverpool na 6) i rozpoczęła kampanie na rzecz bezpieczeństwa na stadionach. Premier Margaret Thacher wydała wojne stadionowym chuliganom. Bramkarz Liverpoolu Grobbelaar powiedział: ,,Nie chce mi się bronić piłek lecących na bramke, skoro mam tym sprawiać przyjemność takim kibicom, jak ci, którzy wywołali awantury w Brukseli. 14-tu z pośród 24 zatrzymanych, po 4 latach śledztwa i procesów zostało skazanych w Brukseli na kary do trzech lat więzienia i grzywny. Sekretarz generalny UEFA, Hans Bangerter i sekretarz generalny federacji belgijskiej Albert Roosens otrzymali kary więzienia w zawieszeniu. UEFA została zobowiązana do wypłacenia odszkodowań rodzinom ofiar. Rząd angielski przeznaczył na ten sam cel ponad ćwierć miliona funtów. Stadion Heysel został przebudowany, nosi teraz imię belgijskiego Króla Baudouina. W miejscu gdzie zginęło najwięcej Włochów, znajduje się tablica pamiątkowa. Kiedy w roku 2005 Liverpool wylosował w Lidze Mistrzów Juventus, kibice na trybunie kop stadionu Anfield Road, , najsłynniejszej w Anglii ułożyli z biało-czerwonych kartek wielki napis ,,Amicizia” – Przyjaźń. Na stadionie Anfield odsłonięto też tablice pamiątkową ku czci poległych Włochów, podobną do tej, jaka znajduje się na Heysel. ,,You’ll Never Walk Alone”… Śmierć na Heysel poniosło 38 Włochów i jeden Belg. Najstarsza ofiara, Barbara Lusci miała 58 lat, najmłodszą był 11-letni Andrea Casula.
5
Dramat na Heysel(wiecie gdzie czytać):
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@DaPidejpi
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
29 maja 1962 r. urodził się Marek Koniarek, napastnik. W latach 1986–1987 reprezentant Polski w piłce nożnej. Zdobywca Pucharu Polski w sezonie 1985/1986 z GKS Katowice, król strzelców pierwszej ligi piłkarskiej w sezonie 1995/1996 i mistrz Polski w sezonie 1996/1997 z Widzewem Łódź. Członek Klubu 100, klasyfikacji uwzględniającej piłkarzy, którzy strzelili co najmniej sto goli w polskiej najwyższej klasie rozgrywkowej. Z dorobkiem 65 goli najlepszy strzelec w historii Widzewa Łódź. Swoją piłkarską karierę rozpoczął w Siemianowiczance Siemianowice Śląskie, gdzie grał przez dwa i pół sezonu od 1980 r. do jesieni 1982 r. Wiosną 1983 r. trafił do Szombierek Bytom, gdzie rozegrał 21 spotkań, strzelając 3 gole. W sezonie 1984/1985 przeszedł do GKS Katowice, gdzie grał do jesieni 1988 r., zdobywając Puchar Krajowy w sezonie 1985/1986. W GKS rozegrał 106 spotkań, strzelając 29 bramek. Następnie przeszedł do występującego w lidze niemieckiej Rot-Weiss Essen, rozgrywając w nim 37 spotkań, strzelając 4 bramki w sezonach 1988/1989-1990/1991. Jesienią 1991 r. grał w Zagłębiu Sosnowiec, gdzie rozegrał 13 meczów i zdobył 4 bramki. Wiosną tego samego sezonu (1991-1992) trafił do Widzewa Łódź, gdzie przez dwa sezony (do jesieni 1993 r.) zagrał w 68 spotkaniach i zdobył 35 goli. Z Widzewa, Koniarek przeniósł się do ligi austriackiej, gdzie najpierw reprezentował Wiener SC, rozgrywając przez rundę wiosenną 16 spotkań i strzelając 8 bramek, a w sezonie 1994/1995 związał się z VSE St. Pölten, dla którego zdobył 8 bramek. W sezonie 1995/1996 powrócił do Widzewa Łódź, z którym odniósł największe sukcesy w swej karierze. W sezonie 1995/1996 zdobył wraz z Widzewem mistrzostwo Polski i został królem strzelców z dorobkiem 29 goli(4. wynik w historii polskiej ekstraklasy). Łącznie przez dwa sezony rozegrał w barwach Widzewa 38 meczów i zdobył 30 goli (łącznie 65 goli dla tego klubu, najlepszy strzelec w dziejach Widzewa). W sezonie 1996-1997 powrócił do ligi austriackiej, gdzie trafił do SK Vorwärts Steyr. Jesienią 1997 r. przeszedł do Wisły Kraków, w której zagrał w 12 meczach, nie strzelając żadnej bramki. Z Wisły przeszedł do GKS Katowice wiosną 1998 r. W tym sezonie zagrał w 13 spotkaniach i zdobył 3 gole. W sezonie 1998-1999 zakończył karierę zawodniczą. Łącznie w polskiej lidze rozegrał 271 spotkań i zdobył 104 gole. W reprezentacji Polski wystąpił w dwóch spotkaniach, strzelając jednego gola.
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
Jeśli to będzie Dembele(w co jednak wątpie) to wszystkim zainteresowanym Barcunią stawiam piwo, ba! nawet dwa!
3
Dembele, Ferran Torres, Eric Garcia i Sergi Roberto: największe zakały FC Barcelony!
Xavi opamiętaj się i pozbądź się w końcu tego szrotu!
5
No i prosze! Sympatyczny Ansu Fati robi szoł na Camp Noł!
Kochamy cię wspaniały murzynku i nikomu nie oddamy!
2
No to z pewnością będzie ostatnia niedziela dla Busqueta i Alby a dla kogo jeszcze? To się okaże. Najważniejsze aby dzisiaj nie narobić kolejnego wstydu, jak to miało miejsce na Estadio Jose Zorrilla. To w żaden sposób nie przystoi mistrzowi przegrywać na własnym stadionie, nie mając już innych meczów na arenie międzypaństwowej...
6
Legendy hiszpańskiego futbolu:
Agustín Gaínza urodził się 22 maja 1922 roku w Basauri(Kraj Basków). Gaínza całą swoją karierę grał w Athletic Club de Bilbao, do którego dołączył w sezonie 1939-1940. Wraz z Iriondo, Venancio, Zarrą i Panizo stworzył jedną z najbardziej legendarnych formacji w hiszpańskim futbolu. Jeden z najlepszych lewoskrzydłowych w historii hiszpańskiego futbolu. W sezonie 46/47 w meczu pucharowym zdobył 8(!) goli przeciwko Celcie. Zdobył dwa tytuły mistrzowskie (1943 i 1956) oraz siedem pucharów Hiszpanii(1943, 1944, 1945, 1950, 1955, 1956 i 1958). W reprezentacji Hiszpanii rozegrał 33 mecze i strzelił 10 goli. Brał udział w mistrzostwach świata w 1950 roku. Agustín Gaínza zmarł 6 stycznia 1995 roku w Basauri.
@AssisMoreira
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Mixtape
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
0
@FcPortoFan1999 Dokładnie!
1
@FcPortoFan1999 W latach 20-tych to jeszcze nie mieliśmy silnej reprezentacji i od Węgrów dostawaliśmy porządne wciry! Dopiero w latach 30-tych, zwłaszcza pod koniec mogliśmy wygrywać właściwie z każdymi...
1
@Pawlak1992 Zdecydowanie Kylian Mbappe. Idealnie pasowałby do La Liga. Natomiast Haaland w La Liga to byłby taki słoń w składzie porcelany.
10
Szanowni sympatycy futbolu, dziś mija dokładnie 101 lat od pierwszego gola i pierwszego zwycięstwa reprezentacji Polski w historii jej występów. 28 maja 1922 r. Polska pokonuje Szwecję w Sztokholmie 1:2. "W 27. minucie Leon Sperling kończy bieg centrą. Einar Hemming nie atakowany przez nikogo daje niepotrzebnie piłce klapsa ręką: karny. Komu powierzyć tę ważną funkcję? Jedynym graczem, który w swej drużynie bije z dobrym skutkiem jedenastki, był Józef Klotz, jemu też oddaje kapitan z całym zaufaniem wykonanie rzutu, od którego skuteczności tak wiele zawisło. Klotz z całym spokojem, bez rozpędu pakuje piłkę w lewy róg pod poprzeczkę. Bramkarz ani drgnął" - w ten sposób w "Przeglądzie Sportowym" opisano historyczne trafienie dla Biało-Czerwonych. Meczem ze Szwedami Klotz kończył swoją krótką reprezentacyjną karierę- to był jego zaledwie drugi mecz z orzełkiem na piersi, jednak ilu piłkarzy oddałoby dziesiątki meczów za to jedno, historyczne trafienie. Piłkarzowi nieistniejącej już Jutrzenki Kraków nie zadrżała noga i pewnym strzałem pokonał Fritiofa Rudena. Na nieco ponad kwadrans przed końcem towarzyskiej potyczki drugą bramkę dołożył Józef Garbień z Pogoni Lwów i premierowa wygrana Biało-Czerwonych stała się faktem.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
9
Niezapomniany triumf w Lidze Mistrzów:
28 maja 2011 roku FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Ponownie wyższość Blaugrany musiał uznać Manchester United. To był jeszcze lepszy występ Barçy niż w Rzymie dwa lata wcześniej. Duma Katalonii wyszła na prowadzenie po golu Pedro a wyrównujące trafienie Rooneya było jedynym celnym strzałem Manchesteru w całym meczu. W drugiej połowie ,,Czerwone Diabły” zostały zepchnięte na własną połowe w efekcie czego gole Messiego oraz Vili przesądziły o wygranej drużyny Pepa Guardioli. Po meczu Puyol przekazał opaskę kapitańską Abidalowi i Francuz, który dwa miesiące wcześniej przeszedł operacje usunięcia guza wątroby, wzniósł puchar jako pierwszy. Na konferencji prasowej z klasą zachował się sir Alex Ferguson, który stwierdził iż FC Barcelona to najlepszy zespół, z jakim kiedykolwiek się mierzył i zasłużenie zdobyła to trofeum. Historyczne składy obu drużyn:
Barcelona: Víctor Valdés - Dani Alves (88, Carles Puyol), Gerard Piqué, Javier Mascherano, Éric Abidal - Xavi, Sergio Busquets, Andrés Iniesta - Pedro (90, Ibrahim Afellay), Lionel Messi - David Villa (86, Seydou Keïta)
Manchester United: Edwin van der Sar - Fábio (69, Nani), Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Antonio Valencia, Michael Carrick (77, Paul Scholes), Ryan Giggs, Wayne Rooney, Park Ji-sung - Javier Hernández.
Spójrzmy raz jeszcze:
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
9
Po raz pierwszy z ojcami futbolu:
28 maja 1910 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z profesjonalnym zespołem z Wysp Brytyjskich. Spotkanie rozgrywane było na boisku przy Placa d'Armes a przeciwnikiem był słynny walijski Cardiff Corinthians AFC. Tamten mecz był zarazem pierwszą wizytą zawodowej drużyny brytyjskiej w mieście. Barça wygrała ten mecz 4:1 po golach braci Comamala i jednym Perisa. Z uwagi na rozmiary placu do gry otoczonego polami, bez żadnego ogrodzenia, które wyznaczałoby jego granice, Blaugrana jako gospodarz spotkania przygotowała aż 7 piłek żeby nie zatrzymywać gry w razie gdyby jedna z nich wyleciała poza teren boiska. Na Plaça d’Armes już wcześniej odbywały się inne rozgrywki piłkarskie, międzyinnymi mecze dwóch pierwszych edycji turnieju o Medal Federacji, znanego także jako Medal Ratusza. W pierwszej edycji oprócz Blaugrany udział wzięło 8 innych drużyn z Barcelony: FC Catala, Irish FC, Iberia FC, FC Internacional , Catalonia FC, Club Espanyol oraz Club Universitari i Hispania Athletic Club, które wycofały się z turnieju jeszcze przed jego zakończeniem. Triumfatorem została Barça, która uzyskała o 10 punktów więcej niż drugi najwyżej sklasyfikowany zespół, jej wielki rywal w tamtym okresie, czyli FC Catala. Niedługo potem, biorąc pod uwagę wewnętrzne problemy klubu z jakimi borykała się Barça, zarząd postanowił przenieść działalność klubową na teren przy ulicy Muntaner.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
@Azi Ligi Mistrzów? Co ty pleciesz?
0
@P33ck Jaki znowuż film?
0
O! Karim Benzema nie gra? Czyżby odpuścił pogoń za Robertem Lewandowskim w klasyfikacji Rafaela Aranzadiego?
4
@FCBparasiempre
Pamiętacie piłkarza, który w 1991 roku zatrzymał Legię w PEZP? Warszawianie grali wówczas w półfinale, a ich marzenia niemal w pojedynkę pogrzebał lewoskrzydłowy Manchesteru United, Lee Sharpe. Mówiono, że będzie on wielką gwiazdą brytyjskiego futbolu, a okazało się, że zrobił podobną jak Wojciech Kowalczyk, który w tym meczu stał po przeciwnej stronie barykady. Co się stało z Sharpem? Historia Sharpe’a jest doskonałym przykładem, jak łatwo można roztrwonić talent. Lee był diamentem, który został odnaleziony przez emerytowanego skauta „Czerwonych Diabłów” w Torquay. Po krótkiej obserwacji szybko zaalarmował on asystenta menedżera, Archiego Knoxa, który przyjechał, zobaczył i już nie chciał wyjeżdżać bez piłkarza. Oczywiście dopiął swego. Dzień po meczu, który obejrzał, spotkał się z Sharpem i porozumiał się w sprawie jego przeprowadzki na Old Trafford. To był czerwiec 1988 roku, nasz bohater miał zaledwie 17 lat i stanął przed szansą zrobienia wielkiej kariery, mógł zostać gwiazdą. Tyle że taką szansę otrzymuje setki młodych chłopców, a potem świat słyszy o dwóch, może trzech z nich. Na Old Trafford niektórzy czekają na debiut latami, a i tak się nie doczekują. Sharpe nie czekał, pierwszy występ w koszulce „Czerwonych Diabłów” zanotował 21 września 1988 roku. Mecz z Newcastle był co prawda potyczką towarzyską, choć stawką był prestiżowy puchar Mercantile Centenary Credit Trophy, zorganizowany na cześć setnej rocznicy Football League. „Czerwone diabły” wygrały to spotkanie 2:0. Trzy dni później Lee zagrał w meczu przeciwko ekipie West Hamu, który zakończył się identycznym wynikiem. Nasz dzisiejszy bohater miał prawo nazywać się pełnoprawnym ligowcem już w wieku 17 lat, bo do końca sezonu wystąpił w 22 spotkaniach. Wygryzł ze składu Jespera Olsena, który wyraźnie nie spełniał oczekiwań. Kto się spodziewał, że jego talent eksploduje tak szybko? Tak się to zaczęło. A później? Później były już błyskotliwe dryblingi, perfekcyjne dośrodkowania i efektowne bramki. Polskim kibicom dał się poznać w meczu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91. Lewoskrzydłowy grał pierwsze skrzypce w spotkaniu w Warszawie, gdzie United wygrało 3:1, oraz strzelił gola w meczu na Old Trafford, które zakończyło się remisem 1:1. Manchester United ostatecznie zwyciężył w tych rozgrywkach, pokonując w finale Barcelonę 2:1. W Anglii kibice najmilej wspominają mecz z Arsenalem, w którym Lee popisał się efektownym hat-trickiem. To był mecz Pucharu Ligi w 1990 roku, spotkanie zakończyło się wynikiem 6:2, a Sharpe dał koncert, jakiego nie powstydziliby się najlepsi piłkarze świata. A przecież miał dopiero 19 lat. Kolejne sezony mijały lekko, łatwo i przyjemnie. Lee grał w pierwszym składzie, strzelał dużo bramek, ale gdzieś w szatni czekała na niego jego klątwa. Nazywała się Ryan Giggs i miała później zapisać piękną kartę w historii United. Walijczyk szybko pokazał, że jest równie dynamiczny, ma nie gorsze dośrodkowanie od rywala do gry w pierwszym składzie i dysponuje jeszcze lepszym dryblingiem. Może i nie dałby rady wygryźć ogranego już przecież w lidze Sharpe’a, ale ten prowadził się jak gwiazda rocka. Lee był bardzo popularny, uwielbiały go fanki, które jeśli tylko chciały, mogły go spotkać w nocnym klubie. Uwielbiały go też media, bo odróżniał się od reszty piłkarzy lekkością bytu. Na trening raczej nie przychodził nieświeży, bo Alex Ferguson natychmiast wyrzuciłby go na zbity pysk, ale widocznie jego styl życia nie pozwolił mu rozwinąć wielkiego talentu, jaki bez wątpienia posiadał. Zanim odszedł z Manchesteru, coś tam grywał na prawym skrzydle, czasem był ustawiany w środku pola, ale nigdzie nie był tak dobry, jak na lewej pomocy. Odszedł więc bez żalu w 1996 roku, a jego kolejnym przystankiem było Leeds. Jego karta zawodnicza kosztowała 4,5 miliona funtów. W Leeds przyklejono mu etykietę człowiek – kontuzja. Lee zagrał parę spotkań i co chwilę doznawał jakiegoś urazu. Wypożyczano go do innych klubów, żeby mógł się odbudować, lecz przygoda z włoską Sampdorią zakończyła się totalnym fiaskiem. Lepiej mu poszło w Bradford, które było tak oczarowane jego talentem, że zdecydowało się go wykupić. Szybko się okazało, że nie było to najlepsze posunięcie ze strony klubu i Sharpe znów musiał godzić się na wypożyczenie, by w ogóle powąchać murawę.
Sharpe lubił zaskakiwać. W 2003 roku zaskoczył wszystkich, w tym chyba nawet samego siebie, decydując się na wyjazd do Islandii. Nowym miejscem pracy upadłej gwiazdy miał być Grindavik, ale przygoda z tym klubem zakończyła się po siedmiu meczach. Skoro nawet tam już był za słaby, to musiał zakończyć karierę, lecz zanim to zrobił kopnął jeszcze parę razy piłkę w amatorskim Garforth. Po zakończeniu kariery Sharpe wcale nie zniknął z pierwszych stron gazet, czy ze szklanego ekranu. Jednak z piłką miał już niewiele wspólnego. Pojawił się co prawda w ESPN jako komentator, ale nie trwało to długo. Więcej czasu poświęcił na występy w reality show. Wziął udział w programie Celebrity Wrestling, nagrywanym dla stacji ITV, potem pokazywał się w Celebrity Love Island, czymś na wzór Big Brothera. Nie zabrakło go też w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie” czy w brytyjskiej operze mydlanej. Stał się celebrytą. Media już w czasie kariery piłkarskiej robiły z niego na siłę postać medialną. W drugiej połowie lat 90-tych popularne stało się określenie „Spice boys”, nazywano tak znanych i przystojnych piłkarzy, którzy błyszczeli na boisku i poza nim. Taki stereotyp wymyśliły właśnie media, zresztą trzeba przyznać, że grupa namaszczona przez media była wyjątkowo barwna, Robbie Fowler, Jamie Redknapp, Jason McAteer, Michael Owen, Jamie Carragher czy Steve McManaman i nie chodzi tu wcale o hulaszczy tryb życia, ale o sam wizerunek. Niektórzy, jak Owen, poradzili sobie z takim rodzajem popularności, Lee być może nie miał tyle szczęścia. A może miał? Trudno powiedzieć czy „Sharpey” tylko odcinał kupony od dawnej sławy, czy taki scenariusz był tym, czego od życia oczekiwał. W końcu dla niego najważniejsza zawsze była dobra zabawa. Może i utopił talent, ale zrobił to, bo tak chciał. Co tam boiskowa sława, którą trzeba osiągnąć, wylewając hektolitry potu na treningach – to nie było dla niego najważniejsze. Telewizja pozwoliła mu utrzymać sławę bez konieczności robienia czegokolwiek. Po prostu był sobą, a skoro telewidzowie chcieli go oglądać, to on z chęcią z tego korzystał. Chciał być gwiazdą i gwiazdą został, a że na nieco innej płaszczyźnie niż początkowo oczekiwał? W tym momencie Lee mógłby zapytać: who cares?
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Manchester United
1x mistrzostwo Anglii (1993, 1994, 1996)
1x Superpuchar UEFA (1992)
1x Puchar Zdobywców Pucharów (1991)
3x Puchar Anglii (1990, 1994, 1996)
1x Puchar Ligi Angielskiej (1992)
1x Superpuchar Anglii (1995)
Osiągnięcia indywidualne:
Odkrycie roku Premier League (1991)
Młody Zawodnik Roku PFA (1991)
4
,,Spiceboy” z Manchesteru:
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@patataj
6
@FCBparasiempre
27 maja 1965 r. Inter Mediolan pokonuje Benfike Lisbona 1:0 na San Siro w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. ,,Catenaccio” to włoski termin, będący na całym świecie synonimem gry obronnej. W połowie lat 60-tych Inter pokazał że z opinią murarzy futbolu można zdobywać najcenniejsze puchary. W kręgach niechętnych calcio powtarza się taką oto dykteryjke: Kiedy włoscy piłkarze wychodzą na boisko trener mówi im: Na razie jest 0:0. Grajcie tak żeby tego nie stracić. To nie jest wcale takie głupie. Już jedna z pierwszych zasad angielskiej piłki nożnej mówiła: bezpieczeństwo przede wszystkim. Wielu teoretyków futbolu jest zdania że budowa drużyny powinna się zaczynać od obrońców. Jak jednak połączyć bezpieczeństwo w obronie ze skutecznością w ataku? Pierwszy dokonał tego AC Milan pod włoskim trenerem Nereo Rocco. To on uchodzi za twórce sposobu gry, nazywanego catenaccio, co dosłownie oznacza ,,rygiel”. W roku 1963 Milan został pierwszym włoskim klubem, który zdobył Puchar Mistrzów. Na Wembley pokonał Benfike, dla której to był trzeci finał w ciągu 3 sezonów ale pierwszy przegrany. Czy można jednak zarzucić Włochom że myśleli głównie o obronie? Skoro przegrywali po pierwszej połowie 0:1, po golu Eusebio, musieli zaatakować by odrobić strate i zrobili to. Legendarny Jose Altafini strzelił 2 gole a Milan wygrał 2:1. Catenaccio nie było więc rodzajem gry, w której najcenniejsi są zawodnicy potrafiący wybijać piłke jak najdalej od swojej bramki. Wszystko miało tam sens, o czym przekonał następny zdobywca Pucharu Mistrzów- Inter Mediolan. O ile Rocco zasady catenaccio określił, to trener Interu Helenio Herrera twórczo je rozwinął. W połowie lat 60-tych większość drużyn grała już systemem 4-2-4 lub 4-3-3, dzięki którym Brazylia zdobyła dwukrotnie tytuł mistrza świata. Obrońców ustawiano tutaj w jednaj linii i łatwo ich było minąć prostopadłym podaniem. Szybcy napastnicy mieli więc pole do popisu. Herrera dokonał jednego prostego zabiegu, który zmienił na kilkanaście lat taktykę. Dwaj środkowi obrońcy, grający do tej pory obok siebie, zostali ustawieni jeden za drugim. Ten bardziej wysunięty do przodu miał za zadanie rozbijanie ataków, a ten z tyłu naprawiał jego ewentualne błędy, dlatego nazywano go wymiataczem. W Interze rolę wymiatacza spełniał Armando Picchi. Tym, który za zadanie miał rozbijać akcje, był forstoper, czyli w tym przypadku Aristide Guarneri. Natomiast określenie libero oznaczało zawodnika wolnego, czyli takiego, który nie miał obowiązku pilnowania jakiegokolwiek przeciwnika. Wymiatacz piłke odbierał i albo ja wybijał albo podawał do najbliższego partnera. Libero po odbiorze rozpoczynał akcje, przekraczając niejednokrotnie nawet połowę boiska. Wzorcem libero dla całego świata był Beckenbauer. Druga istotna cecha catenaccio to ofensywna gra bocznych obrońców. Giacinto Facchetti wywiązywał się z tej roli wyjątkowo. Wysoki, skuteczny i szybki, z pozycji lewego obrońcy strzelił dla Interu 74 gole! Stał się jego legendą, po latach powierzono mu nawet godność prezydenta klubu. Niezwykle sympatyczna postać, wielokrotny reprezentant Włoch, kapitan w meczu finałowym o mistrzostwo świata z Brazylią w roku 1970. Numer 3, z jakim grał w Interze, został w tym klubie zastrzeżony. Inter wygrywał obydwa finały Pucharu Mistrzów w niemal niezmienionym składzie. W sezonie 1963/64 nie przegrał żadnego z 8 meczów a w finale pokonał Real Madryt 3:1. Droga do finału w następnym sezonie nie była tak efektowna ale zakończyła się zwycięstwem nad Benfiką. Włosi pokonali więc dwie do niedawna najlepsze drużyny w Europie a potem zdobywali Puchar Interkontynentalny, wygrywając dwukrotnie z Independiente Buenos Aires. U źródeł sukcesów mediolańczyków leżały 3 elementy, wszystkie jednakowo ważne: catenaccio, wybitni zawodnicy i wyjątkowy trener.
Wszyscy piłkarze z linii obrony grali w reprezentacji. Ofensywny pomocnik Mazzola uważany był za jednego z najlepszych w Europie. To syn legendarnego gracza AC Torino- Valentina, który w roku 1949, wraz z całą drużyną, zginął w katastrofie lotniczej. Na lewym skrzydle grał Mario Corso, pierwszy znany zawodnik, który biegał po boisku z opuszczonymi getrami, co natychmiast małpowały tysiące młodych piłkarzy w całej Europie. Prawoskrzydłowym był znakomity Brazylijczyk Jair da Costa, zaś na środku ataku grał Hiszpan Joaquin Peiro. Jednak najlepszą opinią cieszył się inny Hiszpan, Luis Suarez. Przez 7 sezonów grał w FC Barcelonie, która w znacznym stopniu dzięki niemu wywalczyła w roku 1960 swoje pierwsze międzynarodowe trofeum a mianowicie Puchar Miast Targowych. W tym samym roku Suarezowi przyznano Złotą Piłke dla najlepszego zawodnika Europy. Trenerem Katalończyków był wówczas Helenio Herrera, który jednak natychmiast po tym sukcesie opuścił Barcelone, nie mogąc znaleźć wspólnego języka z największą gwiazdą, Ladislao Kubalą, takim samym indywidualistą jak trener. Nie zrobił by tego, gdyby nie miał zapewnionej innej pracy. Prezydentem Interu i jego właścicielem był Angelo Moratti. Ambitny biznesmen, czerpiący zyski z handlu ropą chciał mieć najlepszy klub w Europie i sprowadził Herrere do Mediolanu, płacąc mu rocznie 50 tysięcy dolarów, czyli najwyższą gażę trenerską na świecie. Wcześniej, w ciągu 5 sezonów Inter prowadziło 13 różnych trenerów. Ostatni tytuł mistrzowski przed zatrudnieniem Herrery Inter zdobył w roku 1954. Herrera zaczął prace od namówienia Suareza na przeprowadzkę, kusząc go wysoką pensją. Kusił skutecznie, Moratti zapłacił za tego piłkarza 200 tys. dolarów, bijąc światowy rekord transferu ale warto było. Powstał zespół, jakiego we Włoszech nie widziano. Drugi ze zwycięskich finałów, z Benfiką na swoim stadionie, nie zapadł w pamięć jako piękne widowisko. Toczył się w strugach deszczy i padł tylko jeden gol, strzelony przez Jaira. Jedyna niecodzienna sytuacja związana była z kontuzją bramkarza Benfiki, Costy Pereiry. Ponieważ nie można było wprowadzić rezerwowego z ławki, miejsce Costy Perery zajął środkowy obrońca Germano. Wielki, łysy, z wąsami- tak wtedy piłkarze nie wyglądali, więc Germana znała cała Europa. Był świetnym stoperem a jako bramkarz prze prawie pół godziny nie przepuścił ani jednego strzału. W drugim z kolei zwycięstwie Interu było coś z symbolu. Oto w Mediolanie zbudowano jedenastke, nie szczędząc pieniędzy, wykorzystując nowy system gry i metody trenerskie, dla jednych kontrowersyjne, dla innych normalne, bo skuteczne. Radość ze zwycięstwa była tym większa że trzon drużyny stanowili Włosi. W Serie A mogło wtedy grać tylko 2 cudzoziemców. Herrera to jeden z najlepszych ale i najbardziej ekscentrycznych trenerów. Patrząc dziś na Jose Mourinho, można z dużym prawdopodobieństwem uznać że studiował on życiorys Herrery i jego metody aby rozwinąć je w innym świecie. Być może był on nawet pierwszym trenerem, o którym mówiło się więcej niż o jego piłkarzach. Sam zresztą bardzo dbał, by było o nim głośno, podkreślał na każdym kroku że jest najlepszym trenerem świata. Dopiero na łożu śmierci zdobył się na szczerość: ,,Nawet jeśli nie byłem najlepszym trenerem planety, to robiłem wszystko aby nim zostać.”- miał podobno powiedzieć. Pięć lat po ostatnim pucharowym sukcesie Interu magia Herrery jeszcze działała. Nazywano go zresztą ,,Czarodziejem” lub ,,Magiem”. Kiedy jako trener AS Romy przyjechał do Katowic na mecz z Górnikiem Zabrze, nikt się nie zastanawiał nad składem Romy. Powszechnie uważano że skoro prowadzi ją Herrera, to już połowa sukcesu Romy. Było w tym zresztą sporo racji. Helenio Herrera uważany jest nie tylko za twórce catenaccio ale i prekursora pewnych obyczajów oraz zjawisk związanych z piłką nożną. On pierwszy nazwał kibiców Interu 12-tym zawodnikiem i zwrócił się do nich z apelem o zorganizowany doping. Wzbudził wśród nich poczucie wartości ale nie przewidział iż spotka się to z reakcją kibiców innych klubów, zapoczątkuje powstawanie grup ultras, szowinistów a w konsekwencji wojny pomiędzy kibicami. Piłkarze Interu poddani zostali systemowi kontroli a nawet, jak powiedzielibyśmy dziś- monitoringu. Kawalerowie mieszkali w klubowym ośrodku Appiano Gentile, gdzie mieli wszystko poza swobodą. ,,Czuliśmy się jak w obozie ale po zwycięstwach wiedzieliśmy że to ma sens i nikt nie protestował.”- mówił Mazzola. Wszystkim piłkarzom trener wydał zakaz picia i palenia. Musieli przestrzegać diety, o co miały dbać ich żony, zmuszone do gotowania zgodnie z instrukcjami klubowych lekarzy i dietetyków. Każdy gram nadwagi wiązał się z karą finansową a to uderzało nie tylko w piłkarza ale i budżet jego rodziny. Żonom musiało to przemawiać do wyobraźni. Helenio Herrere można uznać za prekursora wojny psychologicznej w futbolu. Wmawiał swoim graczom że są najlepsi, poniżał przeciwników, ubliżał sędziom, których obarczał winą za swoje porażki. Kłócił się ze wszystkimi, koncentrując uwagę na sobie aby piłkarze Interu mogli w spokoju przygotowywać się do meczu. Ukarał zawodnika, który w wywiadzie powiedział dziennikarzowi: ,,Jedziemy do Rzymu na mecz z Romą”. Ponieważ zdaniem trenera, powinien użyć sformułowania zwycięzcy: ,,Ruszamy na Rzym rozbić w puch Rome!”. Herrera tworzył wokół siebie aurę tajemniczości, więc nawet fakty z jego życiorysu nie są do końca pewne. Ostatnie lata swojego życia Herrera spędzał w swojej XIV-wiecznej willi w Wenecji. Zmarł na serce w roku 1997. Trumne owiniętą we flagi FC Barcelony i Interu umieszczono na gondoli, jak na lawecie. Przepłyneła w honorowej asyście gondolierów i piłkarzy przez Canal Grande na wyspę San Michele. Helenio Herrera spoczął na tamtejszym cmentarzu, obok Igora Strawińskiego i Sergiusza Diagilewa, również niezłych artystów. Na koniec jeszcze składy obydwu drużyn z tego finału:
Inter: Sarti, Burgnich, Facchetti, Bedin, Guarneri, Picchi, Jair, Mazzola, Peirò, Suarez, Corso
Benfica: Costa Pereira, Cavem, Cruz, Germano, Neto, Coluna, Josè Augusto, Torres, Eusebio, Simoes
4
Wielki czarodziej:
@Rastafarnianin
@AssisMoreira
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
No i po co ten nasz Robert Lewandowski zdradził tą Borussie? Miałby tam jak u pana Boga za piecem i nie byłoby problemu ze strzelaniem rzutów karnych.
0
Borussio. co ty robisz?
0
@MesQueUnClub96 W takim razie Vamos Borussia!
1
Kochani kibice, co się liczy w Bundeslidze w przypadku równej ilości punktów: pojedynki bezpośrednie, czy też różnica goli?
6
Wybitne legendy polskiego futbolu:
27 maja 1940 r. urodził się Hubert Kostka. Lata 60-te słynęły z barwnych pseudonimów. Jeden z nich nadany został świetnemu bramkarzowi- Hubertowi Kostce. Na poważnego, sumiennego z natury golkipera koledzy mawiali ,,Farorz”, co znaczy w gwarze śląskiej ,,proboszcz”. Rzeczywiście, wiele razy okazał się on mężem opatrznościowym Górnika Zabrze oraz reprezentacji Polski. Grę w lidze łączył ze studiami na kierunku górniczym na Politechnice Śląskiej. W dodatku należał do ścisłej czołówki żaków na swoim roku. Zresztą długo wydawało się że to właśnie raczej z inżynierią aniżeli z piłką nożną zwiąże swą przyszłość. Koledzy zaciągnęli go jednak już w czasie studiów na trening raciborskiej Unii, która szukała bramkarza do gry w 2 lidze. Kostka spodobał się trenerom a wkrótce ściągnął go do siebie wielki Górnik. Tak jak w nauce, tak i w lidze należał do najlepszych na swojej pozycji. Czołówke tworzył z Edwardem Szymkowiakiem oraz… swym kolegą klubowym- Janem Gomolą. Często w duecie byli powoływani do reprezentacji Polski. Bywało nawet tak, że jeden grał w lidze, zaś drugi w kadrze. Najważniejsze mecze w dziejach Górnika przypadły jednak w udziale Kostce. To on bronił jako jedyny polski golkiper w historii, w finale Pucharu Zdobywców Pucharów a także w całej kampanii wiodącej do decydującego starcia rozgrywek. Z zabrzanami uczestniczył również w ćwierćfinałach PZP i PEMK. Właśnie w tych ostatnich rozgrywkach w edycji 1967/68, obronił rzut karny wykonywany przez Dynamo Kijów. Żaden inny bramkarz nie miał takich osiągnięć w polskich klubach. Nikt z przedstawicieli tej pozycji nie zdołał go też przebić w liczbie mistrzostw Polski; aż 8 razy sięgnął po to trofeum w barwach Górnika oraz 6 razy zdobył Puchar Polski.
W reprezentacji Polski ,,Farorz” rozegrał w sumie 32 mecze, w których stracił 38 goli. Długie lata pełnił role rezerwowego dla Szymkowiaka. Dopiero od eliminacji ME w 1968 został pierwszym wyborem szkoleniowców. Wydawało się że utracił to miano z początkiem kadencji Kazimierza Górskiego. Trener wszech czasów wolał stawiać na początku swej kadencji na Grotyńskiego, Gomolę, Tomaszewskiego czy Szeje. Kiedy jednak przyszły decydujące mecze o wejście do Igrzysk Olimpijskich w 1972, znów miedzy słupkami biało-czerwonych pojawił się pan Hubert i tej pozycji nie oddał podczas samego turnieju. Bronił we wszystkich 7 meczach na tej imprezie, przepuszczając ledwie 5 strzałów przeciwników. ,,Nie ważne z kim gramy, najważniejsze to wygrać. Zarówno dla mnie, jak i dla kilku piłkarzy starszych już wiekiem jest to ostatnia szansa osiągnięcia wyniku na poziomie światowym. Dlatego też uczynimy wszystko aby taki wynik zdobyć. Naszym młodszym kolegom na ambicji też nie zbywa. Po prostu rzucimy wszystko na jedną karte”- uzasadniał Kostka. Efektem takiej postawy było mistrzostwo olimpijskie. Po wejściu na olimpijskie podium buńczuczność ustąpiła miejsca wzruszeniu: ,,Wspaniałym przeżyciem jest turniej olimpijski, uroczysta dekoracja, hymn narodowy dla zwycięzców. Popłakałem się na podium, chociaż nie jedno w czasie mojej kariery przeżyłem. Nawet na MŚ gratulacji nie składają tak wybitni działacze światowego sportu, jak Przewodniczący MKOL i prezes FIFA. Spotkał nas wielki zaszczyt”- relacjonował ,,Trybunie Ludu” pan Hubert. Sam w finale popisał się między innymi fenomenalną interwencją po strzale głową Antala Dunaia. W Ekstraklasie zakończył gre w 1974 r. Jego bilans na tym szczeblu rozgrywkowym zamknął się na 222 meczach. Potem jako szkoleniowiec przygotowywał bramkarzy reprezentacji przed MŚ 1974(Jan Tomaszewski przyznaje że to głównie Kostce zawdzięcza swą forme podczas tego mundialu), 1978 i 1982. Samodzielnie doprowadził zaś Szombierki Bytom oraz dwukrotnie Górnika Zabrze do mistrzostwa Polski. Trzy razy został Trenerem Roku w Polsce.
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
2
@Sysia11 Żeteż te chalierne poruskie jutuby tylko się ostały!
No ale najważniejszy przecudowny gol Romero!
Dzięki śliczne za wideo :)