6

@FCBparasiempre

Mecze derbowe zawsze niosą za sobą coś więcej, niż rywalizację sportową. Nie inaczej jest w rywalizacji Manchesteru United z Manchesterem City. Dwa kluby z miasta konkurują ze sobą od zawsze a historia walki o władzę przypomina koniunkturę gospodarczą— raz na wozie, raz pod wozem. Pomimo deklarowanej wrogości, ekipy te nie mogą bez siebie istnieć, a kibice wykrzykujący wrogie przyśpiewki wobec oponentów z pewnością muszą pamiętać, że były w historii momenty, gdy jeden klub ratował ten drugi. Oto historia rywalizacji o kolor Manchesteru. Pierwszy nieoficjalny mecz derbowy miał miejsce 12 listopada 1881 roku, kiedy to klub Newton Heath (obecnie Manchester United) gościł drużynę West Gorton (obecnie Manchester City). Spotkanie zakończyło się zwycięstwem The Heathens 3:0. Osiem lat później, 26 lutego 1889 derby Manchesteru rozegrano po raz pierwszy mecz przy sztucznym świetle. Zwycięstwo Newton Heath nad Ardwick (taką nazwę przyjął West Gordon – w 1984 roku klub ostatecznie przemianowano na Manchester City) oglądało wówczas 10 tys. kibiców, a samo spotkanie zostało rozegrane w cieniu tragedii w miejscowej kopalni węgla. Do 1894 roku spotkania pomiędzy tymi zespołami przyjęły formę meczów towarzyskich oraz lokalnych turniejów. W 1892 Newton Heath przystąpił do rozgrywek rozszerzonej Division One, jednak po dwóch sezonach spadł do drugiej ligi. W tym samym roku Ardwick został jednym z dwunastu klubów założycielskich Division Two. 3 listopada 1894 roku po raz pierwszy doszło do spotkania tych drużyn w rozgrywkach ligowych. W obecności 14 tys. kibiców The Heathens upokorzyli gospodarzy na ich obiekcie, zwyciężając 5:2. Cztery bramki w tym spotkaniu zdobył Dick Smith. To jedyny piłkarz, który w derbach Manchesteru ustrzelił „karetę”. W rewanżu, w styczniu 1895 roku, na stadionie Bank Street spotkanie zakończyło się ponownym zwycięstwem Newton Heath. Na pierwszy triumf kibice (wówczas już) City nie musieli długo czekać. W grudniu 1895 wygrali 2:1. Wtedy po raz pierwszy w historii derbowych potyczek został podyktowany rzut karny, który jednak nie został wykorzystany przez The Heathens. Rok później w Boże Narodzenie 1896 roku na stadionie przy Bank Street zjawiło się 18 tys. kibiców. Jeden z redaktorów lokalnej gazety napisał wówczas, że nigdy jeszcze nie widział takiego tłumu i był zachwycony prowadzeniem dopingu przez młodszą część publiczności w pierwszej części spotkania. Sezon 1898/99 Manchester City zakończył na pierwszym miejscu i awansował po raz pierwszy w historii do Division One. Kolejne derby rozegrano cztery lata później. Przed rozpoczęciem sezonu 1902/03 zespół Newton Heath z powodu problemów finansowych przyjął nową nazwę — Manchester United F.C. W Boże Narodzenie 1902 roku, na Bank Street doszło do jedenastych ligowych derbów. Na spotkanie przybyło około 40 tysięcy kibiców i był to rekord frekwencji w spotkaniu pomiędzy tymi zespołami. Mecz zakończył się remisem 1:1, ale emocji nie brakowało. Billy Meredith dwukrotnie uderzył w poprzeczkę, United kończyło mecz w dziesiątkę po tym, jak kontuzji doznał bramkarz Herbert Birchenough. W rewanżu, rozegranym 10 kwietnia 1903 roku, na Hyde Road, United pewnie zwyciężyli 2:0. Przerwało to passę spotkań bez porażki Manchesteru City, która trwała ponad trzy miesiące, ale nie przeszkodziła zespołowi w awansie do Division One. Wiosną 1906 roku Manchester United po raz pierwszy pod nową nazwą awansował do najwyższej ligi angielskiej. Wtedy też ówczesny menadżer United, Ernest Mangnall, ściągnął do zespołu czterech zawodników Manchesteru City (m.in. Billy’ego Mereditha, zamieszanego w próbę przekupstwa jednego z zawodników Aston Villi — więcej o tym zawodniku przeczytacie tutaj). Na początku grudnia 1906 roku, na obiekcie City Hyde Road, w obecności 40 tys. widzów, doszło do pierwszego meczu derbowego w najwyższej klasie rozgrywkowej. Spotkanie to zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 3:0. W rewanżu na Bank Street padł remis 1:1, a w składzie United wystąpili trzej z czterech sprowadzonych do klubu byłych piłkarzy City: Meredith, Turnbull i Burgess. 21 grudnia 1907 w meczu na Bank Street, Sandy Turnbull został usunięty z boiska i był to pierwszy tego typu przypadek w historii derbów. Dwa lata później czerwoni zdobyli pierwsze w historii mistrzostwo kraju, a w 1909 roku także po raz pierwszy sięgnęli po Puchar Anglii. Sezon 1908/09 The Citizens zakończyli na 19. miejscu (przedostatnim) i spadli do Division Two.

Wraz z wybuchem I wojny światowej zawieszono rozgrywki ligowe i pucharowe. Mimo trwających działań zbrojnych sezon 1914/1915 dokończono. Co prawda później nie kontynuowano ogólnokrajowych rozgrywek, ale w zamian utworzono sekcje lokalne. Obydwa kluby z Manchesteru podczas czterech sezonów wzięły udział Lidze hrabstwa Lancashire oraz dodatkowych turniejach towarzyskich. Wprowadzono jednak odrębne przepisy, głównie ze względów bezpieczeństwa, m.in. skrócono mecze do 80 minut bez możliwości przeprowadzenia przerwy, kluby były zmuszone do ograniczenia liczby widzów, a także zmniejszono górny limit płac. W okresie międzywojennym United spadał z pierwszej ligi trzykrotnie, City dwukrotnie. Był to czas, w którym obydwie drużyny się mijały. W 1920 roku spłonęła jedna z trybun stadionu Hyde Road i podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Pierwsze, derbowe spotkanie na nowo utworzonym Maine Road miało miejsce 12 września 1925 – ponad dwa lata po otwarciu. Zanotowano wówczas rekordową frekwencję – 63 tys. widzów. W sezonie 1939/40 rozegrano zaledwie trzy kolejki. Wybuch wojny spowodował przerwanie wszystkich rozgrywek piłkarskich, wielu graczy zostało wezwanych przez brytyjską armię. Podobnie jak podczas I wojny światowej, zorganizowano rozgrywki dla poszczególnych regionów. W pierwszym sezonie podczas wojny obydwa zespoły z Manchesteru przydzielone zostały do Western Regional League, a w latach 1940-1946 do North Regional Section. W wyniku zniszczeń, jakie wywołało zbombardowanie Manchesteru i okolic 20 grudnia 1940 roku, w którym ucierpiał także stadion Old Trafford, Manchester United zmuszony był wynajmować obiekt City – Maine Road do końca sezonu 1948-1949. W 1945 roku menadżerem Manchesteru United został były piłkarz Manchesteru City, Matt Busby, podpisując wówczas pięcioletni kontrakt. Po II wojnie światowej zespół z czerwonej części zmuszony był wciąż rozgrywać swoje mecze w roli gospodarza na stadionie lokalnego rywala – Maine Road, płacąc przy tym czynsz za wynajęcie w wysokości 5000 funtów rocznie + ustalony procent ze sprzedaży biletów. Zniszczony w 1940 roku przez Luftwaffe Old Trafford, został oddany ponownie do użytku w lecie 1949 roku. W sezonie 1946/47 Manchester City zajął pierwsze miejsce w Division Two i powrócił do ekstraklasy. W pierwszym powojennym meczu derbowym padł (do dziś niepobity) rekord frekwencji. 20 września 1947 roku na stadion Maine Road przyszło 78 tys. widzów. 31 sierpnia 1957 roku. Ta data to dla kilku piłkarzy United, zwanymi Dziećmi Busby’ego, był ostatni derbowy pojedynek. Strzelcy bramek – Duncan Edwards i Tommy Taylor oraz Roger Byrne, Eddie Colman, David Pegg, Liam Whelan zginęli w katastrofie lotniczej pod Monachium 6 lutego 1958 roku (Edwards w wyniku odniesionych obrażeń zmarł 15 dni później w szpitalu), wracając z rozegranego dzień wcześniej, ćwierćfinałowego meczu Pucharu Europy z Crveną Zvezdą. W czerwcu 1962 roku były piłkarz The Citizens Denis Law, po rocznym pobycie we włoskim Torino, przeszedł za rekordową wówczas sumę 115 000 funtów do United. 15 maja 1963, w przedostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia, w ramach którego obydwa zespoły walczyły o utrzymanie. Mecz zakończył się remisem, który praktycznie przesądził o spadku City do Division Two. Cztery minuty przed końcem The Citizens prowadzili 1:0, jednak bramkarz gospodarzy Harry Dowd sfaulował w polu karnym Denisa Lawa, a sędzia podyktował rzut karny. Wykorzystał go Albert Quixall. W trakcie meczu doszło do niemiłych incydentów z udziałem piłkarzy. W ostatniej kolejce sezonu 1962/63 Manchester City przegrał na Upton Park z West Hamem 1:6 i spadł do drugiej ligi. Manchester United z kolei pokonał na Old Trafford Leyton Orient 3:1 i zapewnił sobie utrzymanie w ekstraklasie.

Derby Manchesteru na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nie cieszyły się dobrą sławą. W grudniu 1970 roku George Best podczas wślizgu złamał nogę Glynowi Pardoe. Rok później w meczu na Maine Road, w którym padł wynik 3:3, Francis Lee oskarżył Besta o symulowanie i aktorstwo. W pierwszym spotkaniu sezonu 1973/74 Lou Macari i Mike Doyle otrzymali czerwone kartki, jednak nie godząc się z opinią sędziego, nie chcieli opuścić placu gry. Dopiero po interwencji arbitra i kolegów z zespołu, obydwaj udali się do szatni. W tym samym sezonie, w ostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia na Old Trafford. Czerwone Diabły, którym widmo degradacji zaglądało w oczy, musiały ten mecz wygrać, by mieć jeszcze szansę na utrzymanie. Po 80 minutach spotkania na tablicy było 0:0. Wtedy to Francis Lee podał do Denisa Lawa (dwukrotnego mistrza Anglii, zdobywcy Pucharu Anglii oraz zdobywcy Pucharu Europy z United), a ten piętką skierował piłkę do bramki United. Piłkarze City gratulowali mu gola, jednak ten zdawał sobie sprawę, że pogrążył swój były klub. Po zdobytej bramce natychmiast został zmieniony, a boisko opuszczał ze spuszczoną głową. Tuż przed końcem meczu na boisko wtargnęli kibice United, spotkanie przerwano. Matematyka jednak udowodniła, że gol ten był bez znaczenia, ponieważ nawet w przypadku wygranej, Manchester United spadłby z ligi. Denis Law po meczu przyznał, że nigdy w karierze nie czuł się tak przygnębiony. Ten dzień zapisał się w kalendarzu sympatyków Manchesteru City jako „dzień, w którym Denis Law wysłał United do II ligi”. W sezonie 1974/75 Czerwone Diabły zajęły pierwsze miejsce w Division Two.W 1983 roku na Maine Road Manchester City potrzebował przynajmniej remisu w meczu z Luton Town, by pozostać w Division One. Mecz ten wygrali goście po bramce legendarnego Radomira Anticia. W niedzielę, 26 października 1986, po raz pierwszy przeprowadzono telewizyjną transmisję na żywo z meczu derbowego. Kibice na stadionie i przed telewizorami byli świadkami remisu 1:1. 23 września 1989 Manchester City, jako beniaminek, pokonał na Maine Road rywala zza miedzy aż 5:1. Po trzech minutach od rozpoczęcia spotkania na murawę wtargnęli kibice, a sędzia zmuszony był przerwać mecz i nakazał piłkarzom obydwu drużyn zejście do szatni. Dopiero po 10 minutach i interwencji policji, gra została wznowiona. W sezonie 1990/91 obydwa kluby zajęły wysokie miejsca w tabeli (City piąte, United szóste), lecz żaden nie był wtedy zaliczany do faworytów. W październiku na Maine Road padł wynik 3:3, a na początku maja na Old Trafford Manchester United wygrał 1:0 po bramce siedemnastoletniego wówczas Ryana Giggsa, dla którego był to pierwszy gol w karierze. W pierwszych derbach sezonu 1992/93, czyli zaraz po utworzeniu Premier League, Manchester United pokonał City 2:1. Było to debiutanckie spotkanie dla Érica Cantony. 7 listopada 1993 roku, na Maine Road, United pokonało City 3:2, mimo iż do przerwy było 2:0 dla The Citizens. Po dwie bramki w tym spotkaniu zdobyli Niall Quinni i Éric Cantona. W listopadzie 1994 roku na Old Trafford United zdeklasowało rywala 5:0, a hat-trickiem popisał się Andriej Kanczelskis, który parę sezonów później przeszedł do Manchesteru City. W sezonie 1995/96 miały miejsce ostatnie mecze derbowe w tamtej dekadzie. Spowodowane było to spadkiem City do niższej ligi. W połowie października 1995 roku bramka dwudziestoletniego wówczas Paula Scholesa wystarczyła do wygranej. Na początku kwietnia na Maine Road Czerwone Diabły wygrały ponownie. Tym razem 3:2. W latach 1996-2000 Manchester City występował w Division One oraz w Division Two. W tym czasie Czerwone Diabły zdobyły trzy tytuły mistrza kraju, jeden Puchar Anglii i triumfowali w Lidze Mistrzów. W ostatniej kolejce sezonu 1999/2000 drugiej ligi Manchester City po zwycięstwie nad Blackburn Rovers na Ewood Park świętował powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Od razu jednak spadli do drugiej ligi, mając zbyt słaby skład.

6

@FCBparasiempre
Przełom XX i XXI wieku w historii piłki nożnej naznaczony był istnieniem znakomitych duetów napastników. To właśnie wtedy w pierwszej linii brylowały takie pary jak Yorke–Cole, Raul–Morientes, Elber–Jancker, a kibicom trudno było sobie wyobrazić inne ustawienie drużyny niż te, preferujące grę z dwójką atakujących. Jednymi z symboli tego okresu byli również Andrij Szewczenko i Serhij Rebrow, którzy w latach 1997-1999 byli prawdziwym postrachem bramkarzy w całej Europie. Jednak na pytanie o skojarzenia z Dynamo Kijów z końcówki lat 90-tych zazwyczaj usłyszymy nazwisko byłej legendy Milanu, co deprecjonuje dokonania byłego trenera Dynama, którego wielu ludzi w tamtym czasie uznawało za piłkarza lepszego. Serhija Rebrowa trudno nie uznać za człowieka paradoksów. Był wychowankiem Szachtara Donieck, aby później stać się jedną z największych legend głównego rywala – Dynama. Z jednej strony był w stanie uchodzić za jednego z najlepszych napastników w Europie, by zaledwie dwa lata później zostać okrzyknięty największym niewypałem transferowym w historii Tottenhamu. Po nieudanym dwuletnim okresie gry dla West Ham i Fenerbahçe potrafił wrócić do rodzimej ligi i rozegrać sezon życia w wieku 32(!) lat. Był piłkarzem za wielkim na Ukrainę, jednak za małym na Anglię. Dostatecznie chimerycznym, by zawojować Ligę Mistrzów, i za mało regularnym, żeby pociągnąć wózek w Fenerbahçe. Stabilizację formy uzyskał dopiero po przekroczeniu trzydziestki, i to właśnie wtedy połączenie jego talentu i zdobytego już doświadczenia pozwoliło mu być jednym z filarów reprezentacji Ukrainy na Mistrzostwach Świata w 2006 roku oraz Rubina Kazań, z którym w 2008 roku zdobył pierwsze w historii klubu mistrzostwo Rosji. Serhij Rebrow urodził się 3 czerwca 1974 roku w miejscowości Horliwka w obwodzie donieckim. Mimo że wschodnia część Ukrainy była tą najlepiej uprzemysłowioną, a okolice Doniecka jednymi z najlepiej dokapitalizowanych w całym Związku Radzieckim, w tym blisko 300-tysięcznym mieście nie żyło się spokojnie. Młody Serhij postanowił więc swoje życie związać z piłką, a że talent miał ogromny, już w wieku 16 lat załapał się do szkółki lokalnego giganta – Szachtara, o czym marzyła większość młodych chłopców urodzonych na wschodniej Ukrainie. Rok później miał już za sobą debiut w pierwszej drużynie – jeszcze w czasach, w których istniała liga ZSRR. Za otrzymaną szansę odwdzięczył się dwoma golami w siedmiu spotkaniach, jednak było to tylko preludium do jego popisów z sezonu 1991-1992, kiedy to został trzecim strzelcem nowo powstałej ligi ukraińskiej, przyciągając uwagę o wiele bogatszego i utytułowanego w tamtym czasie Dynama. Ostatecznie do zespołu z Kijowa trafił przed sezonem 1992-1993 i z miejsca stał się jego czołowym zawodnikiem. W ciągu ośmiu sezonów gry w stolicy Ukrainy zdobył 139 bramek, zostając w sezonie 1996/97 królem strzelców ligi ukraińskiej. Dodatkowo trzykrotnie (1996, 1998 i 1999) był wybierany najlepszym piłkarzem całej Premier Lihi, a dwukrotnie (1996, 1998) piłkarzem roku na Ukrainie. Swojej marki nie wyrobił sobie jednak występami w rodzimej lidze, a grą w Europie. Owszem, już w połowie lat 90. na Starym Kontynencie wiedziano o tym, że po ukraińskich boiskach biega utalentowany napastnik, jednak szerszej publiczności Rebrow pokazał się dopiero w sezonie 1997/98. Był to początek wielkiej drużyny, prowadzonej przez Walerija Łobanowskiego, która swoimi sukcesami miała nawiązać do legendarnej już drużyny Dynama z lat 1985-87.

Po zdobyciu mistrzostwa Ukrainy w sezonie 1996/97 (jednego z dziewięciu z rzędu), zespół otrzymał szansę gry w Lidze Mistrzów i trafił do grupy z Barceloną, Newcastle United i PSV Eindhoven. Uznawano, że Ukraińców rzeczywiście stać na awans do ćwierćfinału, jednak nikt się nie spodziewał, że będą w stanie powalczyć o pierwsze miejsce w grupie. Jak się jednak okazało, nie dość, że Dynamo szybko zagwarantowało sobie awans, to jeszcze w dwumeczu dokonało prawdziwej rzezi Barcelony, ogrywając ją u siebie 4:0 i na wyjeździe 3:0. To właśnie wtedy zabłysnął duet Szewczenko – Rebrow, i o ile ten pierwszy skradł show w dwumeczu z Katalończykami, o tyle Rebrow strzelał bramkę w pięciu z sześciu spotkań fazy grupowej, stając się głównym architektem sukcesu Ukraińców. W ćwierćfinale mocniejszy okazał się Juventus, jednak Rebrow ponownie wpisał się na listę strzelców, ugruntowując swoją pozycję jako jednego z najlepszych napastników ówczesnej Europy. Sezon 1997/98 był jedynie zapowiedzią marszu, jakiego Dynamo miało dokonać w sezonie następnym. Szewczenko z Rebrowem osiągnęli wówczas kulminacyjny moment swojej współpracy i razem doprowadzili zespół z Kijowa do półfinału Ligi Mistrzów, nie dając po drodze szans m.in. Realowi Madryt. Tam okazali się minimalnie słabsi od Bayernu, jednak Rebrow ponownie błyszczał, strzelając w całych rozgrywkach 4 bramki i ratując zespół przed odpadnięciem już w fazie grupowej bramką na Highbury przeciwko Arsenalowi w 90. minucie spotkania. Rok później Dynamo nie osiągnęło już tak wielkiego sukcesu i odpadło w drugiej fazie grupowej (odpowiednik dzisiejszej 1/8 finału), po zaciętych bojach z Bayernem, Realem i Rosenborgiem. Mimo tego Rebrow zdążył ustrzelić w całych rozgrywkach aż 8 bramek, będąc jednym z ich najskuteczniejszych piłkarzy. Ukraiński napastnik osiągnął wtedy swój szczyt i znajdował się na liście zainteresowań połowy klubów w Europie. Rebrow ostatecznie wybrał północny Londyn i White Hart Lane, skuszony przez ówczesnego trenera „Kogutów” George’a Grahama. Piłkarz, tuż po przyjściu do Tottenhamu, zapowiadał: ,,Jest jasnym, że przyszedłem do klubu, aby wygrać ligę angielską i zagrać w Lidze Mistrzów. Jeżeli klub nie miałby takich planów, nie przyszedłbym tutaj. Działacze są bardzo ambitni.” I rzeczywiście, ówczesnemu zespołowi z White Hart Lane trudno było odmówić ambicji, jednak piłkarz kompletnie nie udźwignął presji, jaka na nim spoczywała. Mimo że pierwszy sezon miał niezły i zdobył 12 bramek, to gra długą piłką, jaką preferował Graham, kompletnie mu nie odpowiadała. Poza tym Rebrow narzekał na brak odpowiedniego partnera w pierwszej linii (na pewno takowym nie był Andy Booth). Co więcej, po sezonie Graham musiał odejść, a w jego miejsce przyszedł Glen Hoodle, którego traktowano tam jak mesjasza. Angielski trener z miejsca odstawił Rebrowa na boczny tor, robiąc z niego kozła ofiarnego nieudanego sezonu. Ukraiński napastnik rozegrał w drugim sezonie zaledwie 30 spotkań, w większości wchodząc na ostatnie minuty. Na White Hart Lane nie było już więc dla niego miejsca, więc próbował szczęścia na wypożyczeniach, najpierw w Fenerbahçe, a następnie w West Hamie, nie zostawiając jednak po sobie najlepszego wrażenia. Wrócił więc na Ukrainę do Dynama, czyli tam gdzie był uwielbiany i czuł się najlepiej. Rebrow wyraźnie odżył i został nawet wybrany najlepszym zawodnikiem sezonu w głosowaniu piłkarzy i menedżerów, co zaowocowało jego wyjazdem na mistrzostwa świata i całkiem niezłą postawą w barwach Ukrainy (strzelił bramkę Arabii Saudyjskiej). W 2008 roku odszedł do Rubina Kazań, mimo że prezydent klubu, Hrihorij Surkis, chciał z nim rozpocząć rozmowy na temat przedłużenia kontraktu. Rebrow na zakończenie kariery zdążył jeszcze przyczynić się do zdobycia tytułu mistrza Rosji przez zespół z Kazania, po czym w 2009 roku zakończył karierę. Zadecydowałem, że czas powiedzieć sobie koniec i zająć się czym innym. Zawsze chciałem wrócić na stare śmieci i teraz nadarzyła się ku temu okazja – tłumaczył swoją decyzję 35-letni wówczas Ukrainiec.



Jego bilans był znakomity – 204 bramki w 577 spotkaniach i miano jednego z najbardziej utytułowanych ukraińskich piłkarzy. W dodatku jest drugim najskuteczniejszym strzelcem w historii ukraińskiej ligi (pierwszym jest Maksim Szackich – wyprzedził Rebrowa o bramkę) i Dynama Kijów (po Olegu Błochinie).

Po zakończeniu kariery został trenerem młodzieży w Dynamie, po czym w 2014 roku otrzymał szansę poprowadzenia zespołu po Olehu Błochinie. Już niespełna po miesiącu pracy zdobył Puchar Ukrainy, a w sezonie 2014/2015 przełamał hegemonię Szachtara Donieck, zdobywając mistrzostwo i Superpuchar. Jego trenerskim autorytetem jest oczywiście Walerij Łobanowski i Rebrow wiele razy podkreślał, jak wiele zdążył się nauczyć od swojego mistrza. Dostrzega on jednak również różnicę w sposobie prowadzenia drużyny przez niego i Łobanowskiego: ,,Z Walerijem mieliśmy więcej treningów bez piłki, natomiast obecnie skupiam się głównie na operowaniu nią. Łobanowski rozumiał, że braki techniczne niektórych zawodników musiał nadrabiać ich inteligencją boiskową. Jak do tej pory Rebrow wydaje się pojętnym uczniem. W końcu jego Dynamo poczyniło zauważalne postępy w porównaniu do zespołu Błochina. Zespół zdołał nawet awansować do 1/8 finału Ligi Mistrzów i mimo słabego występu przeciwko Manchesterowi City trudno uznać tegoroczną przygodę Ukraińców w Europie za nieudaną.” Ukrainiec wywołuje w Londynie mieszane uczucia nie tylko z powodu swojego słabego okresu gry w Tottenhamie. W 2008 roku w jednym z wywiadów zapytany o transfer Romana Pawliuczenki do „Spurs” mówił: ,,Nie mogłem wyjść sam na spacer w okolicach White Hart Lane, bo w tej dzielnicy mieszka mnóstwo Murzynów i naturalnie przez to przestępczość jest większa niż w jakimkolwiek innym miejscu w Londynie. Nie polecam więc Romanowi samotnych spacerów.” Reakcja w Anglii była rzecz jasna natychmiastowa i bardzo ostra. Rebrowa oskarżono o rasizm, a on sam musiał się gęsto tłumaczyć z tej niefortunnej wypowiedzi. Niewątpliwie utrwaliło to nie najlepszą opinię o Ukraińcu wśród angielskich kibiców. Czy Rebrow mógł osiągnąć więcej? Wydaje się, że tak. Był on raczej piłkarzem bardziej technicznym i dokonany przez niego wybór Tottenhamu w 2000 roku można uznać za niefortunny. Kto wie, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby zamiast Wysp Brytyjskich, wybrał na przykład Półwysep Apeniński bądź Iberyjski? Tego już się nie dowiemy, jednak nie ulega wątpliwości, że należy on do panteonu największych sław piłki nożnej urodzonych w Europie Wschodniej.

3

Niecodzienny, wręcz hokejowy wynik w polskiej lidze:

Do meczu z Garbarnią Kraków(3.06.1934) żadne zawody piłkarskie Ruchu Hajduki Wielkie nie oglądały takich tłumów publiczności jakie właśnie zebrały się na meczu Ruch-Garbarnia. Ponad 12.000 widzów zjechało się na emocjonujące zawody do Hajduk. Nic dziwnego. Stawka meczu była wysoka albowiem zwycięzca zapewnił sobie prowadzenie w lidze a że obie ekipy znajdowały się wówczas w najlepszej może formie ze wszystkich zespołów ligowych, zrozumiałe jest że mecz ten wywołał tak wielkie zainteresowanie. ,,Nawet występy mistrza Austrji Admiry, w Katowicach i w Król Hucie nie zgromadziły w obu dniach więcej niż 2 tys. osób”- takimi słowami tygodnik ,,Raz, Dwa, Trzy” rozpoczął relacje z meczu, który bez wątpienia elektryzował całą piłkarską publiczność w kraju. Niebiescy wystąpili w swoim najsilniejszym składzie: Ploch-Wadas, Katzy-Zorzycki, Badura, Dziwisz-Urban, Giemza, Peterek, Wilimowski, Wodarz. Relacje prasowe są zgodne iż początek meczu należał do Garbarni, która miała okazje do zdobycia gola. Po jednej z interwencji Plocha, który trudną piłke wybił na róg, gra się wyrównała a po chwili Ruch przejął inicjatywę. W 16 minucie gola zdobył Giemza po rogu bitym przez Urbana. W 20 minucie drugiego gola strzelił Wilimowski a w 29 minucie Peterek trzeciego. Taki też wynik utrzymał się do przerwy. Po wznowieniu gry w 47 minucie Peterek zdobył kolejnego gola. Wydawało się że wynik meczu jest rozstrzygnięty, lecz krakowscy gracze rzucili się do ataku i w 51 minucie zdobyli pierwszego a w 57 drugiego gola. Gracze Garbarni uzyskali wyraźną przewagę i kiedy wydawało się że kolejne gole dla gości to kwestia czasu, w 67 minucie Peterek został sfaulowany w polu karnym. Rzut karny egzekwował sam poszkodowany, który zdobył piątego gola dla Ruchu. Gra się zaostrzyła, co spowodowało iż Dziwisz i Pazurek zostali wyrzuceni z boiska. Po chwili szóstego gola zdobył Wilimowski, lecz i Garbarnia odpowiedziała trafieniem. W 89 minucie gola dla Ruchu ponownie zdobył Peterek po świetnym podaniu Giemsy, jednakże minute później Garbarnia strzeliła czwartego gola. Wynik 7:4 do częstych nie należał, co podkreślała prasa a i liczba łącznie strzelonych jedenastu goli była nie lada atrakcją dla zebranej publiczności. Oczywiście gazety podkreślały świetną dyspozycje napadu Ruchu, co rzecz jasna dziwić nie może, jednakże część zwróciła uwagę na słaby punkt, którym był bramkarz hajduczan- Ploch, który dał sobie wbić aż 4 gole.


@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@patataj

9

Prezentacja Neymara na Camp Nou(dokładnie 10 lat temu):

Niezwykle utalentowany Brazylijczyk był w kręgu zainteresowań niemal wszystkich największych europejskich klubów, lecz Barça ubiegła konkurencje i(jeśli wierzyć spekulacjom) już wiele miesięcy wcześniej praktycznie zapewniła sobie transfer wychowanka FC Santos. Ostateczna suma transferu nie jest znana do dziś z powodu wielu niejasnych zapisów kontraktowych i faktu iż prawa do karty zawodniczej Neymara rościło sobie poza jego drużyną kilka innych podmiotów.



@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

0

Co ten nasz Hubert Hurkacz odwalił? Przegrał z jakimś wieśniakiem z gór po meczu ciągnącym się jak flaki z olejem. W dodatku przez niego nie mogłem zasnąć do północy. Całe szczęście że dzisiaj sobota i mogłem sobie pospać do ósmej.

5

@FCBparasiempre
Nikt inny nie ekscytuje się tak bardzo młodymi graczami, wchodzącymi w świat dorosłego sportu, jak Amerykanie. Otoczka, roztaczana nad samą ceremonią draftu (procedurą wyboru zawodników z uniwersytetów czy szkół średnich do lig zawodowych, takich jak NBA, NHL, MLB, NFL, MLS) i gigantyczne zainteresowanie nastoletnimi (przyszłymi) gwiazdami ze strony mediów są za Oceanem na porządku dziennym. Ponad dziesięć lat temu Stany Zjednoczone „żyły” wejściem LeBrona Jamesa do NBA, zaś w ubiegłym roku podobne emocje towarzyszyły debiutowi w tej samej lidze Joela Embiida, nowej nadziei basketu. W kraju, gdzie rządzi koszykówka, baseball, hokej na lodzie czy futbol amerykański, piłka nożna znalazła się na podobnym poziomie zainteresowania tylko raz – w 2004 roku, kiedy swoje pierwsze kroki w Major League Soccer stawiał Freddy Adu, z miejsca ochrzczony złotym dzieckiem futbolu (tego z okrągłą piłką). Na świat przyszedł 2 czerwca 1989 roku jako Fredua Koateng Adu. Już po nazwisku można poznać afrykańskie korzenie. Urodził się w Ghanie w miejscowości Tema na południu kraju. Miasto zamieszkałe przez przeszło 150 tys. ludzi, słynące głównie z rybołówstwa, znajduje się w Zatoce Beninu nad samym Oceanem Atlantyckim. To tam Freddy spędził swoje wczesne dzieciństwo, od szóstego roku życia nieustannie grając w piłkę – wielokrotnie z chłopcami starszymi od niego o kilka lat. Jak sam Adu wspomina: ,,Nie było dnia, kiedy nie grałem. Nic więcej poza kopaniem futbolówki i nauką się nie liczyło”. W tym czasie jego rodzice, matka Emelia i ojciec Maxwell, prowadzili lokalny sklep spożywczy. Po ośmiu latach spędzonych w ojczyźnie, Państwo Adu otrzymali Zieloną Kartę w loterii wizowej, zorganizowanej przez ambasadę USA w Ghanie i wraz z dwójką synów (Freddy ma brata o takim samym imieniu – Fredua, zdrobniale Fro) przeprowadzili się do Stanów Zjednoczonych. Zamieszkali na wschodnim wybrzeżu, w miejscowości Potomac w stanie Maryland, niedaleko Waszyngtonu. Rodzinne szczęście nie trwało jednak długo. Ojciec Freddy’ego zostawił żonę i dzieci. W marcu 2004 roku, a więc siedem lat po opuszczeniu Afryki, w wywiadzie dla telewizji CBS Adu przyznał, iż od tamtej pory nie widział się z nim oraz że samemu ojcu najwidoczniej nie zależy na kontakcie z dziećmi. Aby związać koniec z końcem i zapewnić byt sobie oraz swoim synom, Emelia Adu pracowała na dwa etaty, wstając do pracy skoro świt, a wracając z niej późnym wieczorem. Sam Freddy wielokrotnie podkreślał później, jak wielką rolę w jego karierze i wychowaniu odegrała mama. To ona odrzuciła opiewającą na 750 tys. euro ofertę z Interu po międzynarodowym turnieju do lat 14 we Włoszech, gdzie jej pociecha (w wieku niespełna jedenastu lat) została gwiazdą i najbardziej wartościowym graczem. Uważała, że syn nie jest na sprzedaż, a kolejna przeprowadzka w zupełnie inne pod względem kulturowym miejsce nie byłaby korzystna dla rodziny, w tym Freddy’ego. Zadbała również o jego wykształcenie, motywując syna do wytężonej nauki. To się opłaciło – dzięki świetnym ocenom z wszystkich przedmiotów (i działaniom Amerykańskiej Federacji Piłki Nożnej), ukończył przyspieszony program nauczania w szkole średniej w wieku 15 lat, trzy lata przed czasem. Po podpisaniu swojego pierwszego kontraktu w MLS, w ramach podziękowania, Freddy kupił matce dom, w którym mieszkał razem z nią aż do chwili zmiany klubu. Pierwszy kontakt Adu ze zorganizowanym futbolem miał miejsce w 1998 roku na lokalnym turnieju stanowym w Potomac. Wówczas Freddy po raz pierwszy zachwycił swoją grą wszystkich obserwatorów. Ówczesny szkoleniowiec tutejszej drużyny Potomac Cougars, Arnold Tarzy, później bliski przyjaciel rodziny, był pod ogromnym wrażeniem umiejętności dzieciaka z Ghany. To, co zobaczyłem, wydawało się nierealne. Prowadzone przeze mnie drużyny nie zwykły przegrywać. Aż do momentu, kiedy zmierzyliśmy się z zespołem Freddy’ego. Wygrali 2:1, on strzelił obie bramki. Nikt nie znalazł na niego recepty. W nocy po tym meczu nie mogłem spać. Miałem w głowie tylko tego chłopaka. Wiedziałem, że muszę go odtąd śledzić. Tarzy szybko dopiął swego. Po niespełna dwóch dniach od tamtego spotkania, Adu został zawodnikiem Cougars, a w zamian otrzymał m.in. możliwość nauki w The Heights, prywatnej szkole dla chłopców w Potomac bez konieczności płacenia za czesne (tak dla siebie, jak i swojego brata).

Później wszystko w życiu Freddy’ego działo się błyskawicznie: przyspieszone ukończenie szkoły, wspomniany wyjazd z kadrą USA U-14 na turniej do Włoch (w wieku dziesięciu lat) i zdobycie statuetki MVP, a następnie propozycja z Interu. Z jednej strony budził ogromne zainteresowanie swoją osobą, z drugiej każdy kolejny jego sukces i spektakularny występ spotykał się z głosami niezadowolonych rodziców jego boiskowych „rywali”, którzy poddawali w wątpliwość wiek Adu. Nie mogli znieść faktu, że ich pociechy nie potrafią dorównać temu dzieciakowi z Afryki. Stąd Freddy często musiał zmagać się z obelgami i przezwiskami ze strony kibiców drużyny przeciwnej, tak oryginalnych jak np. „Freddy Krueger” (postać z serii horrorów Koszmar z ulicy Wiązów). Zdarzało się również, iż Adu był na boisku permanentnie faulowany i kopany, co miało go zmusić do wcześniejszego opuszczenia boiska. Jednak mimo młodego wieku, potrafił wytrzymać psychicznie i fizycznie wszelakie przeciwności, bo – jak podkreślają jego trenerzy z tamtych lat – od małego przejawiał ducha walki, chęć współzawodnictwa, rywalizacji, chciał być najlepszy we wszystkim, co robi. Co ciekawe, wobec przybierających na sile oskarżeń o sfałszowanie aktu urodzenia, Sport Illustrated wysłał do Ghany swojego dziennikarza, by w szpitalu, w którym urodził się Freddy, przeprowadził śledztwo badające jego faktyczny wiek. Nie znaleziono jednak żadnych dowodów działających na niekorzyść Adu. Sam piłkarz tak komentował plotki dotyczące jego wieku: ,,Te zarzuty towarzyszą mi, od kiedy tylko zacząłem grać w piłkę. To boli, bo ludzie starają się wmówić mi, że moja rodzina kłamie, że oszukuje odnośnie mojego wieku. Dlaczego miałbym to robić? Od zawsze grałem przeciwko starszym od siebie. Powtarzam więc: po co miałbym to robić? Wszystkie dokumenty poświadczające mój wiek mam w domu”. Kolejny przełomowy moment dla jego kariery nastąpił w styczniu 2002 roku, kiedy to John Ellinger, ówczesny szkoleniowiec kadry USA do lat 17, zaprosił Freddy’ego do wzięcia udziału w programie szkoleniowym, zorganizowanym przez Amerykańską Federację w Bradenton na Florydzie. Adu przystał na propozycję, zgodę na wyjazd do internatu wyraziła Emelia, i tym sposobem nastolatek spędził blisko dwa lata, podnosząc swoje umiejętności pod okiem najlepszych szkoleniowców w kraju oraz poprzez mecze z profesjonalnymi ekipami z NASL (drugi poziom rozgrywkowy w USA). W tym okresie wystąpił także w Mistrzostwach Świata U17 w Finlandii w sierpniu 2003 roku (mając zaledwie 14 lat), gdzie zdobył w sumie cztery bramki (hat-trick z Koreą Południową i gol przeciwko Sierra Leone), a w grudniu zagrał na mundialu do lat 20. Poza turniejami rangi mistrzowskiej, rok 2003 przyniósł Freddy’emu dwa sukcesy innego rodzaju. Najpierw w maju, niespełna miesiąc przed swoimi czternastymi urodzinami, podpisał spektakularny kontrakt z Nike na kwotę, bagatela, 1 mln dolarów. Kolejną umową reklamową związał się z Pepsi. W listopadzie zaś D.C. United pozyskało od Dallas Burn prawa do wyboru z numerem pierwszym w drafcie 2004 i stało się jasne, że Adu będzie grał dla klubu z Waszyngtonu. Oficjalnie graczem D.C. został 16 stycznia 2004 roku, a czteroletni kontrakt gwarantował mu 500 tys. dolarów rocznie, co w tamtych czasach czyniło go najlepiej zarabiającym piłkarzem w MLS. Rozpoczęła się prawdziwa Adumania, potęgowana nową kampanią reklamową Pepsi z udziałem nastolatka i legendy światowej piłki, Pelego. Sama reklama nie jest warta większej uwagi, natomiast zestawienie 14-latka wchodzącego w dorosłą piłkę z zawodnikiem, który w swojej karierze zdobył wszystko, co miał do zdobycia, natychmiast wywołało lawinę porównań. Zresztą sam Pele, poza udzieleniem kilku cennych rad młodemu graczowi (Nie graj z opuszczoną głową, ciesz się piłką, bądź uważny, bo odtąd wszyscy będą patrzyć ci na ręce), nieświadomie nałożył na Adu dodatkową presję, porównując go do Mozarta: ,,On jest jak ten kompozytor. Mozart zaczynał tworzyć w wieku pięciu lat. Jeśli jesteś dobry, jesteś dobry – po prostu. Wiek nie ma tutaj znaczenia. Bóg obdarzył Freddy’ego darem do grania w piłkę. Jeśli będzie odpowiednio przygotowany mentalnie i fizycznie, nikt go nie zatrzyma”. Z każdym miesiącem i każdą wypowiedzią różnorakich autorytetów czy ekspertów na temat Adu, ciężar, który piłkarz musiał dźwigać na swoich barkach był coraz trudniejszy do utrzymania i opanowania. Media za Oceanem prześcigały się w doniesieniach na jego temat. Pojawiał się on na okładkach pism, a nawet wystąpił w telewizyjnym show znanego komika i prezentera, Davida Lettermana, zasiadając na kanapie m.in. obok gwiazdy kina, Aleca Baldwina. Krótko mówiąc – Adu miał stać się twarzą amerykańskiej piłki nożnej, MLS, tak jak twarzą NBA był (i jest) Michael Jordan.

Najlepiej oczekiwania wobec Freddy’ego zobrazował jeden z założycieli Nike, Phil Knight, krótko po podpisaniu umowy sponsorskiej z zawodnikiem: ,,Michael Jordan, Tiger Woods czy LeBron James zrobili wiele, by zapisać się na kartach historii amerykańskiego sportu. Freddy ma potencjał, by po raz pierwszy wnieść do publicznej świadomości. Tutaj, w Stanach Zjednoczonych, piłka nożna nie jest częścią kultury. Do tego celu potrzebuje swojego superbohatera i myślę, że on absolutnie może nim być. Presja jest duża, ale ten dzieciak ma potencjał, by sobie z nią poradzić i to osiągnąć”. Czas debiutu nieuchronnie się zbliżał, a wśród fanów napięcie z nim związane nie malało. Ludzie z niecierpliwością wyczekiwali 3 kwietnia, kiedy D.C. na swoim stadionie miało zainaugurować sezon spotkaniem z San Jose Earthquakes. Tego dnia na trybunach pojawiło się dokładnie 24 603 widzów – niemal 10 tys. więcej, niż wynosiła średnia z poprzedniego sezonu. W kolejnych dwóch miesiącach od pierwszego występu Freddy’ego w Waszyngtonie odnotowano dwudziestoprocentowy wzrost frekwencji w porównaniu z minionym rokiem. Co więcej, na wyjazdowe mecze D.C. United przychodziło średnio po 10 tys. więcej niż na pozostałe spotkania ligowe. To zjawisko nazwano w Stanach nie inaczej jak Freddy Effect. Przeciwko San Jose Adu nie pojawił się w wyjściowej jedenastce. Swoją szansę otrzymał w 61. minucie, meldując się na murawie przy akompaniamencie braw i wrzasków. Po raz pierwszy do siatki trafił w trzeciej kolejce z New York Metrostars, zaś w podstawowym składzie zadebiutował znów przeciwko Earthquakes w piątej serii spotkań. Łącznie w swoim pierwszym sezonie rozegrał 30 spotkań, w których zdobył pięć goli. Z biegiem czasu coraz więcej rzeczy odciągało uwagę nastolatka od futbolu. Jak mówił w wywiadzie dla gol24.pl w marcu ubiegłego roku Piotr Nowak, trener Freddy’ego z czasów D.C. United, na każdym kroku piłkarzowi towarzyszyła jego „świta”, znajomi, doradcy i ludzie dbający o wizerunek. Otoczenie Adu nie pozwalało mu w pełni koncentrować się na piłce. W każdym hotelu, w którym meldowała się drużyna podczas meczów wyjazdowych, na zawodnika czekały setki nastolatek, traktujących go niczym ulubionego piosenkarza, „pełnoprawnego” celebrytę. Aby uniknąć szumu i przepychanek, zespół często musiał wchodzić do hotelu bocznym wejściem, a sam Freddy zostawał zameldowany pod zmienionym nazwiskiem. Dodatkowo w maju 2005 roku, niespełna 16-letni gracz zaczął spotykać się z rok od siebie młodszą piosenkarką JoJo, mieszkającą wówczas w New Jersey. Wyjazdy towarzyskie rozpraszały jego uwagę i spychały na dalszy plan karierę piłkarską. Także na linii zawodnik-trener dochodziło do spięć. W jednej z późniejszych rozmów dla amerykańskiej telewizji, Freddy wspomina, że w D.C. został ograniczony, nie mógł zaprezentować pełni swojego potencjału przez założenia taktyczne, zamknięcie w określone ramy. To zdusiło w nim kreatywność, umiejętność wychodzenia poza schematy. Narzekał, iż w swojej grze kieruje się instynktem, wybiera rozwiązania intuicyjnie, podczas gdy Nowak „zmuszał go do myślenia przed każdym zagraniem”. Z kolei we wspomnianym wywiadzie polski szkoleniowiec wspomina sytuację, gdy Adu przyszedł do jego asystenta z prośbą, by wystawiać go na pozycji numer „10”. Spotkał się z odmową, na co zareagował prośbą o transfer do Realu Salt Lake City. I w grudniu 2006 trafił do Utah. W Utah spędził raptem pół roku, gdyż po udanych MŚ do lat 20, w których doprowadził USA do ćwierćfinału rozgrywek, strzelając po drodze hat-tricka w meczu z reprezentacją Polski, trafił do Benfiki. Niestety, Europa szybko zweryfikowała Adu i sprowadziła na ziemię. Tutaj pewnego miejsca w składzie nie mieli ci, którzy najwięcej zarabiali, a ci, którzy byli najlepsi. W Portugalii, mimo łatki talentu, nie miał statusu gwiazdy jak u siebie w kraju. Został sprowadzony nie do zespołu juniorskiego, gdzie mógłby nadrabiać ewentualne (a raczej dość oczywiste) niedostatki piłkarskie. Przyszedł z myślą o grze w pierwszym zespole, na co nie był gotowy – i mentalnie, i taktycznie, i pod względem umiejętności. Rzucono go na bardzo głęboką wodę. Po roku Benfica wysłała go na wypożyczenie do Monaco, gdzie również grał mało. Jego sytuacji nie poprawiły kolejne wypożyczenia do Belenenses, Arisu czy Rizesporu.

Ostatecznie w sierpniu 2011 roku, po wygaśnięciu kontraktu z Orłami, Freddy wrócił do Stanów Zjednoczonych, parafując umowę z Philadelphią Union. Dwa miesiące wcześniej po raz ostatni jak dotąd zagrał w barwach narodowych. Zanotował zresztą asystę w finale Gold Cup przeciwko Meksykowi. W Philadelphii występował przez półtora roku, skąd w marcu 2013 trafił w ramach wypożyczenia do brazylijskiej Bahii. Niespełna osiem miesięcy spędzonych w Kraju Kawy przełożyło się na 115 minut na boisku. Po powrocie z Brazylii został wolnym agentem. Nowy klub znalazł dopiero w lipcu 2014, a była nim… serbska Jagodina. Sam piłkarz mówił, iż zdecydował się wrócić do Europy przez pryzmat swoich marzeń. Chciał jeszcze kiedyś poczuć smak Ligi Mistrzów i myślał, że łatwiej będzie mu się odbudować i wypromować nawet w słabszych klubach europejskich niż w MLS, które jego zdaniem nie jest poważane przez szkoleniowców ze Starego Kontynentu. Skończyło się fiaskiem. Bałkańska przygoda Freddy’ego dobiegła końca po niespełna pół roku i 13 rozegranych minutach w krajowym pucharze. Stamtąd wylądował w jeszcze bardziej zaskakującym miejscu – fińskiej ekstraklasie. Zasilił szeregi zespołu Kuopion Palloseura. Tam przynajmniej zadebiutował w lidze ale sześć występów (w tym jeden pucharowy) i 321 rozegranych minut nie dało efektu w postaci choćby jednej bramki bądź asysty. W połowie 2015 roku powrócił do USA po raz drugi. Zaangażowała go Tampa Bay Rowdies (zespół z zaplecza MLS), gdzie trenerem był znany mu z kadry U-20 Thomas Rongen. Niestety, szkoleniowiec, u którego błyszczał ma MŚ do lat 20 w 2007 roku, końcem sierpnia opuścił stanowisko. Adu w klubie wytrwał do stycznia 2017. Od tego czasu pozostaje bez pracy. Na przełomie stycznia i lutego Freddy przechodził testy w Portland Timbers. Po dwóch tygodniach zespół z zachodniego wybrzeża USA zrezygnował z piłkarza. Spore zamieszanie wywołały informacje polskich mediów z początku marca, z których wynikało, że Amerykanin może przyjechać na okres próbny do Nowego Sącza, a następnie – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – podpisze kontakt z Sandecją. Sensacyjnym doniesieniom nie zaprzeczał ani prezes klubu, Andrzej Danek, ani były piłkarz, a obecnie Pełnomocnik Zarządu ds. Sportowych, Arkadiusz Aleksander. Natomiast zaskoczony tymi doniesieniami był szkoleniowiec Biało-Czarnych, Radosław Mroczkowski, którego zdaniem temat Adu nie istniał. Jak było naprawdę, być może nigdy się nie dowiemy. W każdym razie Freddy’ego w Nowym Sączu nie ma. A na dobrą sprawę nie ma tematu Amerykanina nigdzie. W wieku 28 lat świat futbolu go odrzucił, odstawił na bocznicę. Najmłodszy gracz z profesjonalnym kontraktem w historii lig zawodowych w Stanach Zjednoczonych, najmłodszy debiutant w historii MLS, najmłodszy strzelec gola w historii MLS, najmłodszy debiutant w historii reprezentacji USA… To wszystko największe osiągnięcia w karierze Adu. Z pewnością nie w taki sposób Freddy chciałby zostać zapamiętanym. Zamiast sukcesów klubowych, tytułów z reprezentacją, indywidualnych wyróżnień czy rekordów strzeleckich otrzymujemy raczej statystyczne ciekawostki i flashbacki z początków jego kariery. Niespełnionej kariery. Amerykanin bierze jednak odpowiedzialność za niepowodzenia na swoje barki, choć jednocześnie przyznaje, że wcześniej opinia publiczna położyła na nich zbyt duży, niepotrzebny ciężar. Nie zamierzam kłamać, to boli. Mam 26 lat (wywiad przeprowadzony początkiem 2016 roku). Przeżyłem w swojej karierze wiele dobrych i złych momentów. Niestety, nie byłem i nie jestem w stanie kontrolować wszystkiego, co mówią ludzie. To nie był mój wybór ani moja decyzja, by być porównywanym do Pelego kiedy przychodziłem do MLS. (…) Biorę na siebie wszystko, co przeszedłem i wszystko, co zaszkodziło mojej karierze, ponieważ nie przeznaczyłem na pewne kwestie wystarczająco dużo czasu. (…) Kiedy myślę nad przeszłością, nad kilkoma minionymi latami, dochodzę do wniosku, że zmarnowałem najlepsze lata mojej kariery, ponieważ zbyt mało czasu poświęciłem sportowi.

Dwa lata wcześniej Adu doszedł do podobnych wniosków, snując refleksje nad przebiegiem swojej sportowej kariery. Zarzucał sobie brak świadomości tego, co powinno cechować prawdziwego sportowca i jakimi kryteriami powinien się on kierować. Nie ustalił hierarchii ważności spraw związanych ze swoim życiem w taki sposób, by wszystko podporządkować piłce i systematycznemu rozwojowi. Jako 14, 15, 16-latek jesteś bardzo młody, niedojrzały i dajesz się trochę na tym złapać, na tej swojej niedojrzałości… Być może nie trenowałem tak ciężko, jak powinienem. I ta poczucie sprawia mi ból. Z perspektywy czasu wie również, że decyzja o przejściu na zawodowstwo w wieku niespełna piętnastu lat była błędem, ale postąpił tak z myślą o rodzinie. Nie miał przy sobie ojca, a matka pracowała całymi dniami, by ona i jej dzieci mieli za co żyć. Kiedy pojawiły się oferty kontraktowe, nie mógł ich odrzucić. Zrobił to bardziej dla bliskich, niż dla samego siebie. Historia niepowodzeń Freddy’ego rozpoczęła się więc w USA, natomiast porażki w Europie stanowiły jedynie ich konsekwencje. Zbyt wczesne wejście w dorosłą piłkę, pieniądze, reklamy, wywiady, gigantyczna presja społeczna, podejście do futbolu, brak możliwości spokojnego rozwoju… wszystko to przyczyniło się do tego, że Adu jest obecnie w takim, a nie innym miejscu swojej kariery. Prawdopodobnie znacznie łatwiej miałby obecnie, kiedy piłka nożna w Stanach znajduje się na zupełnie innym poziomie. Powstały profesjonalne, świetnie zarządzane akademie, rozwinęła się infrastruktura, większa jest także wiedza szkoleniowców, a sama liga przyciąga uznanych graczy z Europy, od których młodzi mogą uczyć się bezpośrednio na treningach. Konkluzję całego wywodu może stanowić krótka, acz bardzo trafna wypowiedź psychologa sportu, z którym Adu współpracował na niwie reprezentacji młodzieżowych, Trevora Moawada: ,,Myślę, że MLS i generalnie nasz kraj, społeczeństwo, nie było tak naprawdę wówczas gotowe, by zmierzyć się z ciężarem rozwoju talentu Freddy’ego Adu. Dziś jest już na to za późno.”

7

Bitwa o Santiago:

2 czerwca 1962 miała miejsce tzw. "Bitwa o Santiago". W drugiej kolejce fazy grupowej mistrzostw świata w Chile gospodarze zmierzyli się z Włochami w meczu, który przeszedł do historii jako "najbardziej przerażający, obrzydliwy i haniebny pokaz futbolu w historii" i jednocześnie zainspirował wprowadzenie żółtych i czerwonych kartek. To był od początku bardzo brutalny mundial. W meczu otwarcia Muhamed Mujić z Jugosławii złamał nogę Eduarda Dubinskiego z ZSRR. Uraz przyczynił się u niego do rozwinięcia mięsaka, który doprowadził do jego przedwczesnej śmierci siedem lat później. Mujić nie wyleciał nawet z boiska. W sumie przez pierwsze dwa dni turnieju trzech zawodników złamało nogę. ,,Zespoły obawiają się wczesnego powrotu do domu i zapominają, że to tylko gra. Z każdego z czterech stadionów docierają informacje o przemocy, złych manierach i poważnych kontuzjach”– pisał brytyjski "Telegraph". "Express" poszedł dalej: ,,Wszystko wskazuje na to, że turniej przemienia się w krwawą jatkę. Relacje z meczów brzmią jak korespondencje z frontu”. Spotkanie Włochy – Niemcy zostało opisane jako "wojenne manewry". W pierwszej kolejce Włosi zremisowali z Niemcami 0:0. W drugiej nie mogli sobie pozwolić na porażkę, jeśli chcieli zachować szanse na wyjście z grupy. Zadanie mieli jednak niełatwe – grali z gospodarzami, na oczach 66 tysięcy fanatycznych kibiców w stolicy Chile, Santiago. Przed turniejem włoska prasa zaszła im za skórę. W "La Nazione" i "Corriere della Sera" pojawiły się artykuły mocno krytykujące stan przygotowań w kraju, który zaledwie dwa lata wcześniej przeżył największe trzęsienie ziemi w historii ludzkich pomiarów. W jego wyniku zginęły tysiące ludzi, a cztery z ośmiu stadionów stały się niezdalne do użytku. "W Santiago nie działają telefony, taksówki są tak rzadkie jak wierni mężowie a za telegram do Europy płaci się ręką i nogą. Panują tu niedożywienie, analfabetyzm, alkoholizm i bieda, a prostytucja jest na porządku dziennym" – pisali Antonio Ghiredelli i Corrado Pizzinelli. Ich korespondencje tak rozwścieczyły Chilijczyków, że dziennikarze musieli ratować się ucieczką z kraju. Jeden z argentyńskich reporterów został wzięty za Włocha i dotkliwie pobity. Nawet takie tło nie tłumaczy jednak boiskowych wydarzeń. ,,Mecz, który za chwilę państwo zobaczą, najgłupszy, najbardziej przerażający, obrzydliwy i haniebny pokaz piłki nożnej, być może w całej historii tej gry” – mówił brytyjski komentator BBC David Coleman we wstępie do swojej relacji.

Mundial w Chile nie był pokazywany na żywo w Europie. Skomentowane relacje były wysyłane za Ocean samolotem. Dopiero cztery lata później MŚ w Anglii transmitowano na żywo do wielu innych krajów. Początkowo do prowadzenia spotkania wyznaczono sędziego z Hiszpanii. Po proteście Włochów zmieniono go na doświadczonego Anglika, Kena Astona. Sędziował on jednak stronniczo. Nie dostrzegał fauli i prowokacji gospodarzy, nie zauważył nawet, gdy Leonel Sanchez (syn zawodowego boksera) lewym sierpowym złamał nos kapitana Italii, Humberto Maschio. Obwiniał później za to niedoświadczonych sędziów liniowych. Tymczasem już po czterech minutach Aston wyrzucił z boiska pierwszego z Włochów, Giorgio Ferriniego. Ten odmówił zejścia. Musiała interweniować uzbrojona policja. Od tego momentu na boisku zapanowała już zupełna samowolka. Mnożyły się niewiarygodnie brutalne ataki, choć po latach obie drużyny twierdziły, że one się tylko broniły. W drugiej połowie z boiska wyleciał Mario David. Grający w dziewiątkę Włosi nie byli w stanie utrzymać bezbramkowego remisu. Przegrali 0:2 po golach Jaime Ramireza w 73. i Jorge Toro w 87. minucie. Komentujący spotkanie Coleman był w szoku, że zostało dokończone. Sędzia Aston naciągnął w nim ścięgno Achillesa i nie poprowadził już żadnego meczu ani na tym, ani na kolejnych mundialach. Zasiadł za to w Komisji Sędziowskiej FIFA i był głównym szefem arbitrów na MŚ 1966, 1970 i 1974. Był pomysłodawcą wprowadzenia żółtych i czerwonych kartek (pierwszy raz pojawiły się na mundialu w Meksyku 1970). Być może przekonało go do tego wspomnienie z Santiago... ,,Spodziewałem się trudnego meczu, ale nie aż takiego... Przyszło mi do głowy, by go przerwać, ale obawiałem się, co wówczas stałoby się z włoskimi zawodnikami. Wiedziałem tylko, że nie doliczę do tego nawet minuty!”– wspominał. W trzeciej kolejce RFN wygrało z Chile 2:0, co dla Włochów oznaczało pożegnanie z turniejem. Niechęć chilijsko-włoska jeszcze wzrosła. Jeden z lokalnych działaczy oskarżył Azzurrich o grę pod wpływem narkotyków. Rywale nazwali gospodarzy kanibalami, a w Rzymie wysłano wojsko do ochrony chilijskiego konsulatu. Chile doszło do półfinału, w którym przegrało z późniejszym triumfatorem, Brazylią. Trzecie miejsce to najlepszy wynik w historii tego kraju. Cały turniej do końca obfitował jednak w agresywne faule i boiskowe bijatyki. Zresztą, zdrowie zawodników nie było priorytetem dla FIFA jeszcze przez długie lata. Za to przemowa komentatora BBC przeszła do historii. Coleman kończył: ,,Nacje te spotkały się po raz pierwszy i miejmy nadzieję, że ostatni. Jeśli mistrzostwa świata przetrwają w obecnej formie, to należy coś zrobić z drużynami grającymi w ten sposób. Powinny one być natychmiast usuwane z rywalizacji”.

@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@Mixtape
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@patataj

5

Zapomniane legendy światowego futbolu:

2 czerwca 1904 r. w Pradze urodził się František Plánička, legendarny czeski bramkarz. Jest jedną z największych legend czechosłowackiego futbolu i uchodzi za jednego z najlepszych bramkarzy w historii futbolu. Graczem Slavii Praga był w latach 1923-1938, pełnił funkcję kapitana zespołu. Wielokrotnie był mistrzem Czechosłowacji(1925, 1929, 1930, 1931, 1933, 1934, 1935, 1937) a w 1938 triumfował także w prestiżowym Pucharze Mitropa. W barwach Slavii rozegrał 969 meczów. Bronił w golfie, którego gruba wełna łagodziła upadki. Często wychodził na boisko w czapce z daszkiem ażeby wyglądać na wyższego. Miał bowiem niewiele ponad 170 cm wzrostu ale był bardzo skoczny. W reprezentacji Czechosłowacji zagrał 73 razy. Debiutował 17 stycznia 1926 r. w meczu z reprezentacją Włoch a ostatni raz zagrał w 1938 roku. Wielokrotny kapitan, w tej roli poprowadził Czechosłowację do wicemistrzostwa świata w 1934. Cztery lata później w meczu z Brazylią na mundialu we Francjii doznał kontuzji i był to jego ostatni reprezentacyjny występ. Wielokrotnie nagradzany, w 1985 został uhonorowany nagrodą fair play UNESCO.



@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

5

Feliz cumpleanos Sergio!
Swoje 35 urodziny obchodzi dziś Sergio Aguero, jeden z najbardziej znanych argentyńskich napastników ostatnich lat. Dziękujemy ci Sergio za te nieliczne chwile radości w koszulce Blaugrany.

7

Debiuty FCB:

2 czerwca 1952 r. FC Barcelona po raz pierwszy w swojej historii rozegrała mecz z Manchesterem City. Był to mecz towarzyski wygrany przez Barçe 5:1. Jednocześnie w tym meczu zadebiutował legendarny lewy obrońca Sigfrid Gracia, strzelając jednego z goli. Wówczas ,,The Citizens” nie byli tak silną ekipą jak dziś a do tego w Blaugranie ,,szalał” Kubala więc nie można się dziwić takiemu wynikowi.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

10

Rekordy Barçy:

Dokładnie 10 lat temu FC Barcelona pokonuje Malage CF 4:0 w ostatniej kolejce ligowej i zdobywa 100 punktów w jednym sezonie Primera Division, wyrównując rekord ustanowiony sezon wcześniej przez Real Madrid. Bilans podopiecznych Ś.p. Tito Vilanovy to 32 zwycięstwa, 4 remisy i tylko 2 porażki. Natomiast bilans goli wyniósł 115:40.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Mixtape
@Monix10
@DaPidejpi
@patataj

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

1 czerwca 1903 r. w Katowicach urodził się Emil Görlitz, polski bramkarz pochodzenia niemieckiego o pseudonimie Schlosser, wychowanek Preußen 05 Kattowitz (pięciokrotny mistrz Górnego Śląska). Jako pierwszy niemiecki Ślązak dostał powołanie do reprezentacji Polski, w której zadebiutował 18 maja 1924 r. w przegranym 1:5 meczu ze Szwecją. W sumie zagrał osiem razy dla Polski, z kadrą pożegnał się 2 października 1925 r. w wygranym 2:1 meczu z Turcją. Był rezerwowym bramkarzem na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 r. Lata 1924-1925 spędził w mistrzowskiej Pogoni Lwów i razem z Józefem Słoneckim stał się pierwszym polskim zawodowym futbolistą – trener Pogoniarzy Austriak Karl Fischer namówił obydwu na wyjazd do włoskiego Triestu. Przygoda z zawodowstwem okazała się niewypałem, więc na sezon 1927 Emil Görlitz wrócił do rodzinnych Katowic. 1. FC Katowice (kontynuator tradycji Preußen 05 Kattowitz) w pierwszym sezonie ligowym w 1927 r. prawie został mistrzem Polski a o braku tytułu przesądziła porażka w meczu z Wisłą Kraków u siebie (Gӧrlitz był wtedy kapitanem swojej drużyny). Zapisał się w kronikach jako pierwszy bramkarz w historii ligi, który strzelił gola z rzutu karnego. Zespół z Katowic w kolejnych sezonach spisywał się coraz gorzej, więc Emil w 1934 r. zdecydował się na wyjazd do Niemiec. Po wybuchu II wojny światowej wrócił do Katowic i został pracownikiem huty Ferrum. Nadejście Armii Czerwonej oznaczało dla niego zesłanie do obozu w Kłodzku, gdzie jednak ze względu na znajomość języka ukraińskiego (efekt dwuletniego pobytu w Pogoni Lwów) i przeszłość w reprezentacji Polski był traktowany bardzo przyzwoicie. Został zwolniony i trafił do Zgorzelca, skąd wspólnie z żoną wyjechał do Niemiec. Zmarł w wieku 84 lat, kilkakrotnie wracał do Katowic, gdzie wciąż mieszkała część jego rodziny.



@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@Rastafarnianin
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@patataj
@Sensible

5

Przełomowa debata w Teatrze Nou, zwanym również ,,Teatro Nuevo”:

Kochani cules, równiutko 100 lat temu, na krótko przed 25-tą rocznicą powstania FC Barcelony w Teatrze Nou zorganizowano zgromadzenie ogólne klubu. Zebrani w audytorium socios oczekiwali dymisji całego zarządu. Żeby zapełnić pustke, zaprezentowano cztery kandydatury; jedną z nich był Joan Gamper i to on okazał się zwycięzcą. W ten sposób założyciel klubu rozpoczął sprawowanie nowego mandatu na czele FC Barcelony w trakcie jednego z najbardziej delikatnych momentów w jego historii, z racji przechodzenia na profesjonalne uprawianie futbolu. Tak więc w Teatrze Nou odbyło się jedno z najważniejszych zgromadzeń w historii Barçy. Profesjonalizacja futbolu spowodowała iż sport ten stał się o wiele bardziej widowiskowy i efektowny ale przyczyniła się również do pojawienia się pierwszych niesnasek między klubami i piłkarzami. Rywalizacja o zawodników stała się chlebem powszednim. Gamper rozczarowany tym że Samitier domagał się podwyżki pensji, był świadomy że klub potrzebuje pieniędzy ażeby skompletować silną drużynę a jednocześnie obserwował jak futbol oddalał się od swej pierwotnej, radosnej natury. Finansowe wymagania charyzmatycznego piłkarza przyczynią się(kilka lat później) do jego odejścia do Realu Madryt.



@Monix10
@Symson
@Pawel13sz
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@patataj

0

@escarabajo No wiesz, rywalizacja do lat 17-tu a rywalizacja do lat 20-tu,to jednak jest różnica. W mistrzostwach do lat 20-tu istnieje już ściśle określona taktyka i dyscyplina. Przecież Argentyna posiada znacznie wyższą kulture jakości futbolu niż Nigeria, więc tym bardziej szokuje ta porażka i to na terytorium Argentyny!

12

Czy wiecie że…

1 czerwca 2006 r. otwarto Ciutat Esportiva Joan Gamper. Ten kompleks sportowy FC Barcelony położony jest w miejscowości Sant Joan Despi, 4,5 kilometra od Camp Nou i zajmuje powierzchnie 136,839 m2. Kosztująca niemal 80 milionów euro baza treningowa składa się między innymi z pięciu pełnometrażowych boisk ale także z hali sportowej i sal treningowych. Regularne zajęcia odbywają tutaj członkowie wszystkich sekcji sportowych Blaugrany. W 2011 r. na terenie centrum utworzono nową La Masie czyli budynek, w którym mieszkają zebrani z całego świata piłkarze juniorskich drużyn FC Barcelony.


@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

1

@FcPortoFan1999 Ha, ha, ha, ha Ale żeś mnie rozbawił teraz tym komentarzem...

0

Ja nie wiem, ja po prostu tego nie pojmuje! Jak można przegrać z Nigerią a zwłaszcza z Arabią Saudyjską? Przecież to jest w końcu Argentyna do jasnej cholery(!) a nie jakaś Mołdawia czy San Marino...

6

@FCBparasiempre
Często mówi się, że gospodarz mistrzostw świata powinien grać w turnieju możliwie jak najdłużej. Chodzi oczywiście o utrzymanie odpowiedniej frekwencji na stadionach i zainteresowania imprezą w kraju. Nie od dziś też wiadomo, że gospodarzom pomagają ściany. I nie chodzi tu tylko o doping własnych kibiców. Wielu z nas pamięta skandaliczne sędziowanie na mistrzostwach w 2002 r. Zastrzeżenia do pracy arbitrów można było mieć już jednak znacznie wcześniej. Jednym z pierwszych meczów, w których pan w czerni wyraźnie sprzyjał gospodarzom, było starcie Włochy – Hiszpania w 1934 r. Turniej organizowany w 1934 r. był pierwszą wielką sportową imprezą, w którą tak wyraźnie wkroczyła polityka. Rządzący Włochami Benito Mussolini chciał za wszelką cenę pokazać Włochy jako kraj mlekiem i miodem płynący. Kiedy w 1932 r. przyznano im organizację, duce powołał specjalną rządową komisję, która miała kontrolować przebieg przygotowań. Stadiony były gotowe na czas, a komunikacja działała bez zarzutu. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik, a świat miał się przekonać, że włoscy piłkarze są najlepsi na świecie. Prezydentem Włoskiej Federacji Piłkarskiej Mussolini mianował generała Giorgio Vaccaro. Był on niezwykle żywym i rzutkim organizatorem i doskonale orientował się w realiach sportowego życia Włoch. Pilnował, żeby zawodnikom i trenerowi Vittorio Pozzo niczego nie brakowało. Mussolini przed mistrzostwami powiedział Vaccaro, że włoska reprezentacja musi wygrać. Kiedy usłyszał w odpowiedzi, że piłkarze zrobią wszystko, co ich w mocy, rzucił w stronę rozmówcy, że to jest rozkaz. Liczyło się dla niego tylko zwycięstwo i to za wszelką cenę. Pierwszy mecz Włosi grali ze Stanami Zjednoczonymi. Duce kupił bilet tak samo, jak wszyscy inni miłośnicy piłki. Pozdrowił ich, a oni odpowiedzieli owacjami. Amerykanie mimo dojścia do półfinału na mistrzostwach w Urugwaju, nie byli wówczas zbyt silnym rywalem dla Squadra Azzura. Wzmocniona kilkoma oriundi drużyna Włoch, nie miała żadnych kłopotów z gośćmi zza oceanu i zdeklasowała ich, wygrywając aż 7:1. W ćwierćfinale starli się jednak z dużo bardziej wymagającym przeciwnikiem. Na ich drodze stanęli walecznie Hiszpanie. Podobnie jak dla Włochów, również dla piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego był to pierwszy występ na mistrzostwach świata. W swoim premierowym występie spotkali się z wirtuozami z Brazylii. Przybysze z Ameryki Południowej dotarli do Włoch statkiem. W trakcie podróży musieli stosować się do pewnych zasad. Nie wolno im było mieszać się z pasażerami pierwszej klasy i nie mogli trenować. Z tego względu część zawodników po piętnastodniowym rejsie miała problem z odzyskaniem właściwej formy fizycznej. Wymęczeni podróżą, mało ruchliwi i źle przygotowani Brazylijczycy nie byli w stanie przeciwstawić się dobrze zorganizowanym Hiszpanom i przegrali 1:3. Hiszpanie zaczynali coraz więcej znaczyć w światowym futbolu. W 1929 r. jako pierwsza drużyna z kontynentu pokonali dumnych Anglików. Rok później zwyciężyli w Bolonii z Włochami 3:2, a w eliminacjach do turnieju rozbili w dwumeczu Portugalię 11:1. Zwycięstwem nad Brazylią potwierdzili swoje duże ambicje. Poza bramkarzem nie mieli w składzie wielkich, międzynarodowych gwiazd. Nadrabiali to jednak zgraniem i zaangażowaniem. Obronę tworzyła para stoperów madryckiego Realu Jacinto Quincoces i Ciriaco Errasti. W środku pola piłki rozdzielali dwaj wybitni zawodnicy Athletic Club José Muguerza i Leonardo Cilaurren, których uzupełniał Federico Fede Sáiz z Deportivo Alavés. Na środku ataku brylował Isidro Lángara – jeden z najlepszych piłkarzy w historii Realu Oviedo. W zdobywaniu bramek wspierali go Luis Regueiro z Realu Madryt i trójka piłkarzy Athletic Club – Ramón de la Fuente Leal, José Iraragorri i Guillermo Gorostiza. Największą gwiazdą zespołu był jednak stojący między słupkami Ricardo Zamora – obok Plánički najlepszy wówczas bramkarz na świecie. Mając zawodnika takiego formatu za sobą, cała defensywa mogła grać dużo pewniej i spokojniej. Nad wszystkim miał czuwać trener Amadeo García de Salazar. Wcześniej prowadził zespół w zaledwie trzech meczach, ale za to wszystkie trzy były zwycięskie.

Włosi od czasu porażki z Hiszpanami w 1930 r. rozegrali 23 mecze i przegrali tylko trzy – dwukrotnie z Austrią i raz z Czechosłowacją. W pokonanym polu potrafili zostawić takie ekipy jak Węgry, Szwajcaria, Francja czy Niemcy. Za sukces należy też uznać remis z Anglią na własnym terenie. Dysponowali naprawdę wspaniałą drużyną i przez wielu fachowców byli uważani za głównych faworytów turnieju. W bramce grał Gianpiero Combi, który przez całą swoją karierę związany był z Juventusem. W defensywie występował duet Eraldo Monzeglio (Bologna) i Luigi Allemandi (Ambrosiana-Inter). W pomocy grali Mario Pizziolo (Fiorentina) i Armando Castellazzi (Ambrosiana-Inter), ale prawdziwą gwiazdą i liderem tej formacji był niezapomniany Luis Monti, który cztery lata wcześniej przed finałem Argentyna – Urugwaj miał otrzymywać wiadomości z pogróżkami. Był pierwszym z oriundich, których włoskie korzenie wykorzystano, żeby włączyć ich do kadry. Oprócz niego w Ameryce Południowej urodzili się grający na skrzydłach Enrique Guaita i Raimundo Orsi, który w 1928 r. zdobył z argentyńską reprezentacją srebrne medale w Amsterdamie. Środek ataku był zarezerwowany dla kolejnego wybitnego zawodnika. Był nim Angelo Schiavio, który przez całą karierę reprezentował Bolognę i do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem tego klubu. Obok niego występował Giovanni Ferrari z Juventusu i chyba największa gwiazda włoskiego calcio przed wojną – Giuseppe Meazza, który pod względem skuteczności w barwach narodowych, ustępuje tylko Silvio Pioli. Z ławki zespołem dyrygował charyzmatyczny Vittorio Pozzo. 31 maja o godzinie 15:00 belgijski sędzia Louis Baert dał sygnał do rozpoczęcia meczu. 30 tysięcy kibiców zgromadzonych na Stadio Giovanni Berta, który dziś nosi imię Artemio Franchi, oczekiwało kolejnego spokojnego zwycięstwa swoich pupili. Do Hiszpanii docierały relacje radiowe. Tam takiego optymizmu, jak wśród Włochów już nie było. Wierzono, że sukces jest możliwy, ale zdawano sobie sprawę z umiejętności rywali. Zgodnie z oczekiwaniami gospodarze od pierwszych minut ruszyli do ataku. Raz za razem na bramkę Zamory sunęły ataki włoskiej ofensywy. Hiszpanie sprawiali wrażenie jakby trochę onieśmielonych wielkością przeciwnika. Nie zdecydowali się na wymianę ciosów. Woleli się cofnąć pod własną bramkę i skupić się na defensywie. Amadeo García de Salazar doskonale zdawał sobie sprawę z atutów, jakie posiada zespół prowadzony przez Vittorio Pozzo. Grano systemem pucharowym, gdzie przegrywający odpadał. Jedna stracona bramka mogła więc oznaczać przegraną i pożegnanie z turniejem. Nie było więc miejsca na najmniejszy nawet błąd. Włosi miażdżyli rywali, wydawało się, że gole są kwestią czasu, ale mijały minuty, a wynik nie ulegał zmianie. Znakomite zawody rozgrywał Jacinto Quincoces, który doskonale dyrygował formacją obronną Hiszpanów. Cudów dokonywał Ricardo Zamora. Strzeżona przez niego bramka wydawała się zaczarowana. Zawodnicy Squadra Azzura oddali kilkanaście strzałów na bramkę rywali, mieli aż szesnaście rzutów rożnych, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Prowadząc nieustanne ataki, zostawiali też coraz więcej miejsca Hiszpanom, którzy wyprowadzili kilka groźnych kontrataków. Jeden z nich, przeprowadzony w 31. minucie, przyniósł im nieoczekiwane prowadzenie. Lider formacji ofensywnej Hiszpanów– Isidro Lángara cały czas był pieczołowicie pilnowany przez Włochów. Wiedzieli o jego nietuzinkowych umiejętnościach, które potwierdził, strzelając pięć bramek Portugalii. Kiedy mijało pół godziny od rozpoczęcia gry, kolejny faul na hiszpańskim napastniku, zakończył się podyktowaniem przez sędziego rzutu wolnego. Odległość do bramki Combiego wynosiła 25 metrów. Sam poszkodowany, odczuwając skutki przewinienia rywala, nie zdecydował się pójść w pole karne, tylko sam wolał podawać piłkę kolegom. Castellati, który go pilnował, wrócił więc pod swoją bramkę, asekurując bramkarza. Nie zrozumiał się jednak do końca z Combim i kiedy Monzeglio przegrał walkę o górną piłkę z Luisem Regueiro, ten mógł spokojnie strzelić obok zdezorientowanego włoskiego golkipera. Szok i niedowierzanie na trybunach. 1:0 dla Hiszpanii. Pojedynek stawał się coraz bardziej zacięty. Gospodarze z jeszcze większą pasją i zaangażowaniem ruszyli do przodu. Hiszpanie coraz rzadziej przekraczali linię środkową boiska. Coraz bardziej skupiali się na utrzymaniu korzystnego rezultatu, ale do końca zostawała jeszcze godzina gry. Oba zespoły powoli zaczynały odczuwać trudy pojedynku. Gra się zaostrzyła. Z porozcinanych nóg lała się krew. Nie zawsze trafiano w piłkę, a uderzenie w kostkę czy łydkę solidnym, ciężkim piłkarskim butem musiało pozostawić ślad.

Do przerwy wynik nie uległ zmianie. Chwilę po wznowieniu gry belgijski sędzia odgwizdał rzut wolny dla Włochów. W pole karne zacentrował Mario Pizziolo. Angelo Schiavio, zamiast na piłce, to skoncentrował się na bramkarzu. Zwyczajnie przytrzymał Zamorę, dzięki czemu Giovanni Ferrari mógł wpakować piłkę do bramki. Kiedy futbolówka zatrzepotała w siatce, kibice nie posiadali się ze szczęścia. Początkowo sędzia nie uznał bramki, ale pod naciskiem Włochów zmienił zdanie. Zamora natychmiast podbiegł do arbitra, wyraźnie sugerując mu, że w tej sytuacji był faulowany. Poparli go oczywiście koledzy z drużyny, a do dyskusji włączyli się też Włosi. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Piłkarze się kłócili, a kibice, krzycząc, próbowali wywrzeć presję na Belgu. Ten nie chcąc samotnie podejmować decyzji, wolał skonsultować się ze swoim asystentem. Po chwili wskazał na środek boiska i mecz zaczął się niejako od początku. Hiszpanie wrócili do taktyki z pierwszych minut, która przyniosła im prowadzenie. Włosi nadal nie potrafili znaleźć sposobu na Zamorę. Hiszpan był już mocno poobijany, a mimo to w bramce dokonywał rzeczy niemożliwych. Gospodarze przeważali, ale wynik nie ulegał zmianie. Krótko przed upływem regulaminowego czasu Hiszpanie zdołali przeprowadzić jeszcze jedną szaleńczą akcję, a Ramón de la Fuente Leal pokonał Combiego. Okrzyk radości rozległ się w hiszpańskich domach, ale Baert po raz kolejny podjął kontrowersyjną decyzję. Mimo że Hiszpan minął czterech rywali, uznał, że był na pozycji spalonej i bramka nie została zaliczona. Już po mistrzostwach za nieudolne prowadzenie tego meczu, ukarała go jego własna federacja. Hiszpanie mieli dwóch bohaterów. Pierwszym był Zamora a drugim Quincoces, o którym pisano w samych superlatywach: ,,To niemożliwe by opisać jego waleczność. W meczu z Włochami uratował nas od straty trzech bramek. Nie sądzimy, aby ktokolwiek mógł się z nim równać”– pisano w magazynie Campeones. Po raz drugi w historii mistrzostw świata 90 minut nie przyniosło rozstrzygnięcia. W dogrywce poobijani i wyczerpani piłkarze obu drużyn nie byli w stanie zmienić rezultatu. 120-minutowy dreszczowiec dobiegł końca. Regulamin stanowił wówczas, że w takim przypadku konieczne jest powtórzenie meczu. 24 godziny później walka o półfinał zaczęła się od nowa. Na boisko wybiegły te same drużyny, ale nie takie same. W szeregach Włochów zabrakło czterech piłkarzy – Pizziolo, który złamał nogę, Castellaziego, Schiavio i Ferrariego. Zastąpili ich Attilio Ferraris z Romy, Luigi Bertolini i Felice Borel z Juventusu oraz kolejny z oriundich Attilio Demaría, który na co dzień występował w Ambrosiana-Inter. Hiszpanie ponieśli jeszcze większe straty i musieli wymienić aż siedmiu zawodników. Ciriaco Errastiego zastąpił w obronie Ramón Zabalo z Barcelony, a w środku zamiast Fede zagrał Simón Lecue z Betisu. Z ataku pozostał jedynie strzelec bramki Luis Regueiro. Na skrzydle zamiast Ramóna de la Fuente Leala wystąpił Martí Ventolrà, który na co dzień reprezentował barwy Barcelony, na środku Isidro Lángarę zastąpił Guillermo Campanal z Sevilli, Guillermo Gorostizę zmienił Crisant Bosch z Espanyolu, a zamiast José Iraragorriego zagrał Eduardo González Valiño Chacho, który był zawodnikiem Deportivo de La Coruña. Największym osłabieniem był jednak brak Ricardo Zamory w bramce. Poturbowanego bramkarza zastąpił młody Juan José Nogués z Barcelony. Włosi znowu nie mieli zamiaru przebierać w rodakach. Szwajcarski sędzia René Mercet pozwalał naprawdę na dużo. Na bramkę Hiszpanów sunął atak, za atakiem, ale zastępujący Zamorę Nogués spisywał się znakomicie. Musiał jednak skapitulować wobec bezpardonowych ataków gospodarzy. W 11. minucie rzut rożny wykonywał Orsi, a do piłki wyskoczył znakomity Giuseppe Meazza. Wepchnął głową piłkę do siatki, ale niemal stratował przy tym hiszpańskiego bramkarza. Protesty na nic się zdały. Sędzia bramkę uznał. Nie była to jedyna kontrowersyjna decyzja arbitra. Jeszcze w pierwszej połowie nie podyktował dwóch rzutów karnych dla Hiszpanów, a drugiej odsłonie nie uznał im dwóch bramek. Skoro Włosi mieli po swojej stronie arbitra, to trudno było nawiązać równorzędną walkę, tym bardziej że trzech hiszpańskich graczy odniosło kontuzje. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Do półfinału awansowali gospodarze, gdzie czekała na nich wspaniała drużyna Austrii. To starcie też przejdzie do historii. Hiszpanie z kolei, mając jedną z najlepszych drużyn w turnieju, musieli się z nim pożegnać. Cztery lata później, kiedy Włosi będą bronić mistrzowskiego tytułu, Hiszpania będzie ogarnięta wojną domową. Kolejny raz na mistrzostwach świata zagrają dopiero szesnaście lat później i to tamten występ przez lata będzie ich najlepszym na mundialach, ale to temat na inną opowieść.

0

Panie Hubercie Hurkaczu, pan masz zamiar tak do północy tak się bawić? Kończ pan wreszcie tego seta i wstydu oszczędź!

0

Pawełku, żyjesz!? Gdzież ty się podziewasz? Nie dość że ,,nasza" Argentina w środku tygodnia gra w mistrzostwach świata o 23:00, to jeszcze żadna polska telewizja tego meczu nie transmituje! Pawełku odzywaj się no troszki...

3

Strasznie męczy się ten nasz Hubert z ,,jakimś" Holendrem. W dodatku ta kamera na Eurosporcie jest w jakiś taki sposób ustawiona że ja mało kiedy widze te piłeczke!

9

Pierwszy w historii finał najważniejszego z pucharów:

31 maja 1961 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii zagrała w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Dramatyczny pojedynek z Benfica Lisbona zakończył się porażką 2:3. Już w 20 minucie genialny główkarz Sandor Kocsis wyprowadził Barçe na prowadzenie właśnie strzałem głową. Dziesięć minut później Portugalczycy wyrównali a po dwóch kolejnych minutach wyszli na prowadzenie po fatalnym błędzie Ramalletsa. Bramkarz Barçy tak niefortunnie wybijał piłke podbitą wysoko do góry przez swojego obrońcę że wrzucił ją sobie do bramki. W drugiej połowie wynik podwyższył mocnym strzałem z woleja zza pola karnego znakomity Mario Coluna i Blaugranie na nic się zdało jeszcze piękniejsze trafienie Czibora, który huknął z lewej nogi w samo okienko. W drugiej połowie meczu ataku serca doznał siedzący na trybunach prezydent Benfiki Mauricio Vieira de Brito. Takie nerwy nie mogły dziwić. W całym meczu piłkarze Barçy czterokrotnie trafiali w słupek bądź poprzeczke. Legenda głosi iż ten mecz walnie przyczynił się do zmiany przekroju obramowania bramki z prostokątnego na kolisty. Legenda legendą, jednak trzeba przyznać że jak ktoś ma pecha… to mu w drewnianym kościele spadnie cegła na głowę. Przecież wówczas Barça miała naprawdę silna pake(!) na czele z Luisem Suarezem, Sandorem Kocsisem, Evaristo de Macedo czy choćby wspomnianym Ramalletsem. W 1/8 tych rozgrywek Barça odprawiła z kwitkiem zawsze mocnego(wroga naczelnego) Real Madrid! No cóż, jak wiemy w futbolu trzeba mieć też dużo szczęścia a na stadionie Wankdorf w Bernie ewidentnie go ,,nam” zabrakło.





@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj

11

Zapomniane legendy światowego futbolu:
30 maja 1946 r. urodził się Dragan Džajić. Polska w latach 70-tych miała swojego Kazimierza Deynę, Czechosłowacja nieco wcześniej Josefa Masopusta, ale o nich się dzisiaj doskonale pamięta. Nieco inaczej jest z największą gwiazdą reprezentacji Jugosławii, którą był Dragan Džajić. Ten fantastyczny skrzydłowy przez wiele lat decydował o obliczu Crvenej Zvezdy Belgrad (305 meczów i 113 goli), a przez pewien czas czarował też swoim talentem kibiców francuskiej Bastii (56 gier i 31 goli). Przede wszystkim był jednym z największych asów reprezentacji Jugosławii (85 występów i 23 gole). Do legendy przeszły również jego rzuty wolne. Można nawet znaleźć opinię, według której Džajić miał być najlepszym lewonożnym wykonawcą rzutów wolnych w historii futbolu. ,,Dragan Dżajić to legenda jugosłowiańskiej piłki. Przede wszystkim fenomenalny drybler. Kiedyś BBC zrobiło film, pod tytułem „czarna kobra”, na którym pokazano kilkadziesiąt zwodów Dżajicia w miejscu i w biegu. Był wtedy zupełnie nie do zatrzymania. Gdyby wskazać dziś jakiegoś piłkarza, którzy prezentowałby namiastkę gry przypominającą to, co robił „Dzaja”, to byłby to Arjen Robben. Jego kariera jakoś się rozpłynęła, być może dlatego, że nie było kontynuacji w silnych zagranicznych klubach”– Włodzimierz Szaranowicz.

@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
@kamyk_23
@AssisMoreira

3

Igunia kochana, dajesz ,,czadu" i nie przestajesz!

15

Zapomniane legendy futbolu:
110 lat temu urodził się Geza Kalocsay, węgierski piłkarz grający na pozycji napastnika, reprezentant Czechosłowacji i Węgier, oraz trener(w latach 1966–1969 trener Górnika Zabrze). W Mistrzostwach Świata 1954 był asystentem trenera Gusztáva Sebesa, twórcy Złotej Jedenastki. Géza stale łączył rozwój sportowy z rozwojem intelektualnym. W życiu zadbał o sukcesy zarówno piłkarskie, jak i naukowe. Do tych pierwszych niewątpliwie można zaliczyć udział w Mistrzostwach Świata w 1934 roku w barwach Czechosłowacji (Kalocsay dopiero w 1940 r. zadebiutował w reprezentacji Węgier) a do drugich fakt, że był doktorem prawa. W Zabrzu prowadził piłkarzy twardą ręką, co przynosiło znakomite efekty. W wywiadzie dla katowickiego Sportu Jerzy Gorgoń stwierdził: Kalocsay dawał w kość. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z Górnikiem, po treningu wszyscy szli do szatni a mnie jeszcze gonił kilkanaście kółek i robił dodatkowe zajęcia. Buntowałem się. Mówiłem, że mam niższe od wszystkich stypendium a pracuję za trzech ale miał rację, zrobił ze mnie piłkarza. Zawodnicy ówczesnej ekipy zgodnie stwierdzają, że Węgier jako pierwszy w polskiej lidze przykładał wielką wagę do piłkarskiej taktyki. Ponadto wspominają, że był najbardziej wymagającym trenerem, z jakim kiedykolwiek mieli przyjemność pracować. Pod jego skrzydłami Zabrzanie wywalczyli Mistrzostwo Polski w 1967 roku, jednak kibice pamiętają go przede wszystkim dzięki wspaniałym występom Górnika w europejskich pucharach. To on był architektem drużyny, która w sezonie 1969/70, już pod wodzą Michała Matyasa, awansowała do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, ulegając minimalnie Manchesterowi City 1:2. Dwa lata wcześniej Zabrzanie sprawili niebywałą sensację, pokonując 1:0 drugi z wielkich klubów z Manchesteru. United w tamtym sezonie sięgnęli po Puchar Europy a ich porażka ze Ślązakami w 1/4 finału była jedyną w drodze po triumf (w pierwszym meczu wygrali 2:0 i awansowali do półfinału). Bilans Górnika w europejskich pucharach pod wodzą Kolocsaya jest naprawdę imponujący: 15 meczów, 10 zwycięstw, 2 remisy i 3 porażki, przy bilansie bramkowym 30:16. Ciekawy wątek dotyczy jego zwolnienia. Nie zaważyły o tym ani wyniki sportowe, ani finanse a historie obyczajowe. Kolocsay nigdy nie krył się ze swoimi zapędami do płci pięknej. Jego rozwiązłość nie spodobała się rodzicom dziewczyn, z którymi sypiał, więc donieśli na niego partii. A że wówczas partia miała najwięcej do powiedzenia…



@kamyk_23
@Symson
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz

11

Blaugrana w Pucharze Hiszpanii:

30 maja 1964 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe Espanyol Barcelona 2:4 w rewanżowym ćwierćfinale Copa del Generalisimo i tym samym awansuje do półfinału tych rozgrywek. Gole dla Barçy strzelali wówczas Jose Zaldua(2), Sandor Kocsis oraz Cayetano Re. Co ciekawe w ekipie Espanyolu zagrał Ladislao Kubala, który już powolutku kończył swoją karierę zawodniczą.



@Mixtape
@Monix10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@patataj

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?