2

A tak poza tym, to do nas powinien trafić Rodrigo Hernandez Cascante a nie jakieś wynalazki typu Zubimendi czy Ruben Neves.

3

Wprawdzie we wczorajszym finale ,,Obywatele" nie zagrali jakiegoś wielkiego futbolu, jednak to właśnie Manchester City gra na dzisiaj najlepszą, najsolidniejszą i najpiękniejszą piłke na świecie i to własnie temu klubowi należy się puchar Ligi Mistrzów, jak psu buda! Bravissimo Pepito! Bravissimo ,,The Cityzens"

3

Vamos ,,Obywatele"!
Vamos ,,Pepito"!
Vamos a ganar!
Kiedy jak nie dzisiaj!

2

@kamyk_23 Bardzo optymistycznie ale oczywiście nie miałbym absolutnie nic przeciwko takiemu rezultatowi. Najważniejsze żeby w końcu Pepito sięgnął po Champions League!

0

Iga! Igunia musisz! Po prostu musisz to dla nas zrobić! Dla wszystkich polaków! Kochamy cię i nigdy cię nie opuścimy, zawsze będziemy cię wspierać!

7

@FCBparasiempre
W roku 1934 na stadiony wkroczyła prawdziwa polityka. Gospodarzem mistrzostw świata były Włochy, gdzie władzę sprawowała faszystowska partia Benito Mussoliniego. Mistrzostwa świata były znakomitą okazja do pokazania światu że od tymi rządami kraj płynie mlekiem i miodem a włoscy piłkarze są najlepsi na świecie. Włosi szczycą się jedną z najbogatszych kultur futbolowych. Darujmy sobie słynne harpastum, gre rzymskich legionów, mającą rzekomo stanowić pierwowzór współczesnego futbolu ale bieganie po rynku w renesansowej Florencji za okrągłym przedmiotem, mogącym od biedy uchodzić za praprzodka piłki – to już jest coś. Tym bardziej że na te gre mówiono calcio. Piłka nożna we Włoszech nosi właśnie taką nazwe. Swój pierwszy mecz międzypaństwowy Włosi rozegrali w niedziele, 15 maja 1910 roku w Mediolanie. Pokonali Francje 6:2. Już wtedy piłkarze mieli na sobie niebieskie koszulki bo taka była barwa dynastii sabaudzkiej. Dlatego reprezentacja Włoch nosi popularną nazwe Squadra Azzura, czyli Błękitna Drużyna. W pierwszej reprezentacji znaleźli się zawodnicy m.in. Interu, Milanu, Torino ale i klubów, których dziś już nie ma. Kiedy w roku 1908 Włoska Federacja Piłkarska wprowadziła zakaz występów cudzoziemców w rozgrywkach, część niezadowolonych działaczy Milanu założyła nowy klub, nadając mu prowokacyjną nazwe Internazionale. Kiedy jednak do władzy doszedł pilnujący wartości narodowe Mussolini, w roku 1928 nakazał zmiane nazwy. Inter stał się Ambrosianą, na cześć patrona Mediolanu – świętego Ambrożego. Do starej nazwy klub powrócił dopiero po wojnie. Kiedy Włosi w roku 1932 otrzymali prawo organizacji turnieju, zadbali aby wszystko było zapięte na ostatni guzik. Mussolini musiał pokazać że państwo, na czele którego stoi, funkcjonuje bez zarzutu. Stadiony były gotowe na czas, komunikacja działała sprawnie. Duce zrobił jednak coś więcej. Na prezydenta Włoskiej Federacji Piłkarskiej wyznaczył generała Giorgio Vaccaro, niezwykle rzutkiego organizatora, dobrze zorientowanego w realiach życia sportowego Włoch. Vaccaro pilnował by piłkarzom i trenerowi Pozzo niczego nie brakowało. Czy wyszedł poza te obowiązki? Dziwnym trafem Włochom na tych mistrzostwach wszystko sprzyjało i nie należy tego tłumaczyć banalnym powiedzeniem o pomagających gospodarzom ścianach. Włosi zaczeli turniej od efektownego zwycięstwa nad USA 7:1! Zaczeło się zgodnie z planem ale następny przeciwnik, Hiszpania, był znacznie lepszy. Miał w bramce legendarnego Ricardo Zamore w polu m.in. Quincocesa i Langare – zawodników znanych w całej Europie. Pierwsi gola strzelili Hiszpanie – Luis Regueiro w 31 m. Wyrównał Ferrari w ostatniej minucie przed przerwą, jak twierdzili Hiszpanie, po faulu na bramkarzu. Pojedynek był niezwykle zacięty i brutalny. Krew się lała i kości pękały. Zamora bronił wszystkie strzały i po tym meczu nawet Włosi przyznali że to geniusz bramki. Pierwszy raz w historii mistrzostw świata doszło do dogrywki, która zresztą też nie wyłoniła zwycięzcy. Następnego dnia, na tym samym boisku we Florencji, Włochy i Hiszpania wyszły więc na boisku raz jeszcze ale już w zupełnie innych składach. Kilku piłkarzy doznało kontuzji, musieli ich zastąpić rezerwowi. W drużynie hiszpańskiej na boisku znalazło się zaledwie czterech zawodników z pierwszego meczu. Zamora zagrać nie mógł. Włosi ponieśli mniejsze straty i wygrali 1:0, po strzale Giuseppe Meazzy. Hiszpanie protestowali, uważając że gol padł niezgodnie z przepisami ale szwajcarski sędzia Mercet w ogóle nie chciał z nimi dyskutować. Obiektywni obserwatorzy czuli niesmak, widząc że arbiter pilnuje interesów gospodarzy. Coś było na rzeczy, skoro po mistrzostwach Szwajcarski Związek Piłki Nożnej usunął Merceta ze swoich szeregów, odbierając mu prawa wychodzenia na boisko w roli sędziego. Pomoc pomocą ale przyznać trzeba że Włosi mieli trudną drogę do finału. Jeden mecz więcej to nie tylko zmęczenie poobijanych zawodników ale i mniej czasu na odpoczynek. Już dwa dni po zwycięstwie nad Hiszpanią Włochów czekał kolejny ciężki pojedynek – z Austrią w Mediolanie. To już nie był Wunderteam ale wciąż jeden z faworytów turnieju. Tym razem gospodarzom pomógł nie tylko sędzia Eklind ale i sprzyjająca pogoda. Deszcz, który spadł przed meczem, zamienił boiska w grzęzawisko, na którym oparta na krótkich podaniach po trawie ,,szkoła wiedeńska” była skazana na porażke. Włosi grali długimi podaniami, omijającymi kałuże i po jednym z nich Guaita zdobył jedynego gola meczu. Pozostawał już tylko finał w Rzymie(10.06.1934), na stadionie Narodowej Partii Faszystowskiej, w obecności Mussoliniego. Naprzeciwko Włochów stanęła reprezentacja Czechosłowacji i to nie byle jaka bo składająca się z 8 graczy Slavii i 3 Sparty Praga, w tamtych czasach jednych z najlepszych klubów na świecie. Bramkarzem Czechosłowacji był legendarny František Planička, w ataku grał Nejedly. W okresie międzywojennym Planička i Ricardo Zamora to ekstraklasa światowa, tuż za nimi Rudi Hiden i Gianpiero Combi. Planička bronił zwykle w grubym wełnianym golfie, łagodzącym upadki. Na piersiach miał czeskiego lwa pokaźnych rozmiarów zaś na kolanach ochraniacze. Rękawiczek nie używał, bronił gołymi rękami. Mimo niewielkiego wzrostu jak na bramkarza(173 cm.) wyłapywał lecące pod poprzeczke piłki. Był niezwykle skoczny, nazywano go ,,Mistrzem robinsonad”. Dożył 92 lat, niemal do końca chodził na mecze. Opowiadał jak było przed wojną a jeszcze w wieku 70 lat bronił w meczach pokazowych! Całe życie był wierny Slavii, dla której rozegrał blisko tysiąc meczów! Mimo wielu atrakcyjnych propozycji, nigdy nie opuścił Pragi. ,,Przed finałem z Włochami sędzia Eklind poprosił mnie i kapitana Włochów Combiego do swojej szatni. Powiedział że mamy grać fair bo jest to finał mistrzostw świata, musimy pokazać że przestrzegamy zasad i się szanujemy. Takie dyrdymały, jakie zwykle mówią sędziowie piłkarzom przed meczem. Z szatni wyszliśmy wszyscy razem. My z Combim do swoich żeby razem wyjść na boisko a Eklind na trybuny. Poszedł prosto do loży Mussoliniego żeby się z nim przywitać. Nie wiem czy sam na to wpadł, czy było to uzgodnione ale wszyscy otrzymali sygnał że sędzia, dla którego Duce jest ważniejszy od piłkarzy, może nie być sprawiedliwy.”- wspominał po latach Planička. Czechosłowacja przekonała się o tym po kwadransie gry. Guaita tak ostro zaatakował pomocnika Krčila że od tej pory Czech nie był w stanie grać. Musiał jednak pozostać na boisku, ponieważ ówczesne regulaminy nie przewidywały zmiany zawodników. Włosi mieli praktycznie przewagę jednego gracza. Mało tego, Attilio Ferraris IV sfaulował napastnika Puca tak brutalnie że powinien zostać wyrzucony z boiska. Sędzia faul odgwizdał, lecz Włocha nie ukarał. Lekarz zajmował się Pucem około 10 minut, więc Czesi mieli w polu już tylko 9 zawodników. Mimo tych strat mecz był bardzo wyrównany. Raz przeważali jedni, raz drudzy, obydwaj bramkarze mieli sporo pracy. Gole nie padały aż do 71 minuty. Kiedy tylko Puc wrócił na boisko, zakończył celnym strzałem akcje Sobotki. Zaskoczeni gospodarze na chwile stanęli. Najpierw pozwolili na strzał Nejedlemu, jednak piłka przeleciała nad poprzeczką. Potem, po jego akcji piłke dostał Sobotka. Obrońcy się zagapili, Combi wybiegł w kierunku napastnika, Czech go wyminął i mając przed sobą pustą bramke, trafił w słupek! Czesi załamali ręce. Kiedy sfaulowany obrońca Čtyroky leżał na ziemi a Eklind nie przerwał gry, Schiavio przejął piłke, podał do Orsiego a ten mocno strzelił pod poprzeczke. W 81 minucie Włosi wyrównali na 1:1. Pierwszy raz o tytule mistrza świata decydowała dogrywka. Pięć minut po jej rozpoczęciu Schiavio strzelił z 12 metrów tak mocno że nawet Planička nie mógł odbić piłki. Włosi wygrali 2:1. Czesi zebrali pochwały. Na dworcu w Pradze witały ich tłumy. W nagrodę piłkarze otrzymywali od osób prywatnych i rozmaitych firm zegarki, ubrania, beczki piwa ,,król obuwia” – Jan Antonin Bata wręczył każdemu grubą kopertę z banknotami. Prasa całej Europy pisała o nich jak o ,,moralnych zwycięzcach”. Nasze ,,Raz, Dwa, Trzy” napisało po finale że Szwed Eklind miał ,,włoskie oczy”. ,,Nie mam żadnych pretensji do włoskich piłkarzy. Oni byli bardzo dobrzy, chociaż grali za ostro ale sędziowania nigdy nie zapomnę…”. Kilka dni po finale w rozmowie z wysłannikiem ,,Przeglądu Sportowego” do Pragi, sekretarz generalny Czechosłowackiej Asocjacji Footbalowej, pełniący jednocześnie podczas mundialu funkcje trenera, Karel Petru, tak określił przyczyny porażki: ,,Było to przede wszystkim skutkiem odrębnego klimatu, dalej, innego jedzenia w czasie prawie dwudziestodniowego pobytu we Włoszech; następnie gospodarze postąpili nie bardzo fair, narzucając do finału na arbitra Szeda Eklinda, mającego na sumieniu zajścia na meczu Włochy-Austria”. Czechosłowakom na pociechę został tytuł króla strzelców Oldricha Nejedlyego. Zdobył 5 goli w 4 meczach. Nie wiadomo jak zakończyły by się mistrzostwa, gdyby nie zabiegi generała Vaccaro. Nie ulega jednak wątpliwości że Włochy miały w latach 30-tych jedną z najlepszą reprezentacji na świecie. Wygrywały mistrzostwa dwa razy z rzędu(1934 i 1938). Na Igrzyskach w Berlinie(1936) Włosi również zdobyli złoty medal. Trzeba jednak pamiętać iż w obydwu finałach mistrzostw świata Włochom wydatnie pomagali sędziowie a to pozostawiło wielki niesmak wśród kibiców. Na koniec składy z finału w Rzymie:

Włochy: Gianpiero Combi (c) – Eraldo Monzeglio, Luigi Allemandi - Attilio Ferraris, Luis Monti, Luigi Bertolini - Enrique Guaita, Giuseppe Meazza, Angelo Schiavio, Giovanni Ferrari, Raimundo Orsi

Czechosłowacja: František Plánička (c) – Ladislav Ženíšek, Josef Čtyřoký - Josef Košťálek, Štefan Čambal, Rudolf Krčil - František Junek, František Svoboda, Jiří Sobotka, Oldřich Nejedlý, Antonín Puč

6

13

Prawdziwi cules nigdy nie zapominają!

Geniusze futbolu:

10 czerwca 1927 r. w Budapeszcie urodził się Laszlo Kubala Stecs, Węgierski napastnik, wielka legenda FC Barcelony. Hiszpański odpowiednik jego imienia to Ladislao, natomiast Polski- Włodzisław. Jego matka miała polsko-węgiersko-słowackie korzenie a ojciec należał do mniejszości słowackiej na Węgrzech. Po rozpoczęciu kariery w budapesztańskim Ferencvarosi, przeniósł się do Czechosłowacji w celu uniknięcia służby wojskowej i rozegrał jeden sezon w Slovanie Bratysława. Tam poznał i poślubił Annę Viole Daučik, córkę trenera reprezentacji Czechosłowacji Ferdinanda Daučika. W 1948 r. powrócił na Węgry i grał kilka miesięcy w Vasas Budapeszt. W styczniu 1948 r. uciekł przed komunistami i trafił do Włoch, gdzie zaliczył epizod w drużynie Pro Patria. Podobno miał zgodzić się na udział w towarzyskim meczu z Benfiką w Lizbonie w barwach najsilniejszego wówczas we Włoszech(a być może i na całym świecie) AC Torino, lecz w ostatniej chwili zrezygnował ze względu na chorobę syna. Wszyscy piłkarze Torino wracający z Lizbony zgineli 4 maja 1949 r. w katastrofie lotniczej. W 1950 r. Kubala wszedł w skład drużyny uchodźców z Europy Środkowo-Wschodniej prowadzonej przez Daučika i przybył do Hiszpanii na serie spotkań towarzyskich. Poczas jednego z nich zauważyli go skauci Realu Madryt oraz Josep Samitier, wyszukujący talenty dla Blaugrany. Real zaoferował Węgrowi kontrakt, lecz Samitier przekonał go do związania się z Barça. 15 czerwca 1950 r. Kubala stał się zawodnikiem FC Barcelony a Ferdinand Daučik objął posade trenera. Węgierski Związek Piłki Nożnej złożył w międzyczasie zażalenie do FIFA ze względu na bezprawną ich zdaniem ucieczkę Kubali a światowa ferderacja ukarało go rocznym wykluczeniem, przez które nie zagrał w Primera Division aż do 1951 r. Wystąpił jednak w rozgrywkach Copa del Generalismo, które Barça wygrała głównie dzięki niemu. W swoim pierwszym sezonie w La Liga strzelił 26 goli w 19 meczach, w tym siedem(co jest rekordem klubu w La Liga) ze Sportingiem Gijon i pięć z Celtą Vigo. Tak zaczęła się jego wspaniała kariera w Dumie Katalonii, której pomógł zdobyć 14 pucharów. To był geniusz, jego występy chciały oglądać tłumy i z czasem stadion Les Corts stał się za mały, więc to właśnie osoba Kubali stała się inspiracją dla budowy Camp Nou, stąd też jego pomnik stoi od 2009 r. przed stadionem. Przez 10 lat gry w Blaugranie Kubala rozegrał 329 spotkań strzelając 270 goli. Na stulecie klubu Ladislao Kubala został wybrany najlepszym piłkarzem w historii FC Barcelony.

Cześć i chwała legendom Barçy!



@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

12

Zapomniane legendy FC Barcelony:

10 czerwca 1912 r. urodził się Enrique Fernandez Viola. Pochodzący z Urugwaju trener FC Barcelony w latach 1947-50 jest jedynym obok Radomira Anticia szkoleniowcem, który prowadził zarówno Barçe, jak i Real i jedynym, który z obiema drużynami sięgał po mistrzostwo Hiszpanii. W latach 1935-36 Viola był napastnikiem Blaugrany i dla klubu w 41 meczach zdobył 23 gole; sięgając w tym czasie dwukrotnie po mistrzostwo Katalonii.


@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@DaPidejpi
@patataj

4

@FCBparasiempre

Gilmar, Djalma Santos, Nilton Santos, Didi, Zito, Vava, Zagallo. Tuż przed rozpoczęciem Mistrzostw Świata w 1958 roku Brazylia miała kim straszyć swoich przeciwników. Trener Vicente Feola dokooptował do składu na turniej, pod presją mediów i kibiców, dwóch zawodników, którzy dla świata byli wówczas anonimowi. Jak bardzo Pele i Garrincha, bo o nich mowa, zmienili historię futbolu? Zgodnie z obietnicą FIFA z lipca 1950 roku, organizację Mundialu 1958 powierzono Szwecji. Chęć udziału w turnieju wyraziło 55 krajów. Większość z nich podzielono na trzyzespołowe, kontynentalne grupy. Polska została skojarzona z Finlandią i ZSRR. Finowie przegrali wszystkie mecze, stając się, zgodnie z przewidywaniami, outsiderami tabeli. Biało-Czerwoni przegrali pierwszy mecz z Rosjanami 0:3, a rewanż na Stadionie Śląskim doczekał się miana legendy. 100 tys. osób obserwowało, jak po dwóch bramkach Gerarda Cieślika Polacy zwyciężyli 2:1. W związku z taką samą liczbą punktów, konieczny był dodatkowy mecz barażowy na neutralnym terenie. W Lipsku Sowieci zwyciężyli 2:0 i to “Wielki Brat” wywalczył awans na Mistrzostwa Świata. Ciekawy przypadek z eliminacji dotyczy reprezentacji Izraela. Izraelczycy mieli pierwotnie przejść cztery etapy kwalifikacji. W każdym z nich trafiali na kraje muzułmańskie, kolejno Turcję, Indonezję, Egipt i Sudan. Żaden z nich nie chciał rozgrywać meczu na terenie swojego oponenta, zatem wszyscy solidarnie oddali dwumecze walkowerem. Cztery starcia, cztery walkowery – czy taka sytuacja zapewniła Izraelowi udział w czempionacie? Myśląc logicznie, powinna zapewnić. Ale nie zapewniła. FIFA stwierdziła, że bez grania w eliminacjach udział w turnieju przysługuje jedynie gospodarzom (Szwecja) i aktualnemu Mistrzowi Świata (Republika Federalna Niemiec), zatem postanowiła, że Izrael zmierzy się z jedną z drużyn, która zajęła drugie miejsce w swojej grupie w eliminacjach europejskich. Wylosowano Walię. Wyspiarze wygrali dwa mecze w rozmiarze 2:0 i to oni pojechali do Skandynawii. Swoją drogą, jeden jedyny raz w historii zdarzyło się, by awans wywalczyły aż cztery drużyny z Wysp Brytyjskich – Anglia, Walia, Szkocja i Irlandia Północna. W turnieju, rozegranym w dniach 8-29 czerwca 1958 roku, wzięło udział 16 drużyn: Szwecja, RFN, Anglia, Francja, Węgry, Czechosłowacja, Walia, Austria, ZSRR, Jugosławia, Irlandia Północna, Szkocja, Argentyna, Brazylia, Paragwaj i Meksyk. Zostały podzielone na cztery grupy. W grupie A mierzyły się Argentyna, Irlandia Północna, Czechosłowacja i RFN. Grupa B skojarzyła ze sobą Jugosławię, Francję, Paragwaj i Szkocję. Grupa C: Meksyk, Szwecja, Walia i Węgry. Najciekawiej zapowiadały się pojedynki w grupie D, w której zameldowały się ekipy Anglii, Austrii, Brazylii i ZSRR. W szwedzkim czempionacie wprowadzono kilka innowacji. Po raz pierwszy ułożono finałową drabinkę, dzięki czemu nie było konieczności losowania par w fazie pucharowej. Wielką popularnością cieszył się konkurs na oficjalną piłkę. Organizatorzy doczekali się aż 103 zgłoszeń. Ostatecznie wygrał model “Gunnar Gren”, nazwany tak na cześć znakomitego szwedzkiego pomocnika. Ponadto po raz pierwszy mecze były transmitowane na żywo w telewizji. Co prawda tylko na terenie Szwecji, inne kraje nadal musiały podziwiać wyczyny piłkarzy jedynie z odtworzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że był to bardzo duży krok w kierunku komercjalizacji i popularyzacji najpiękniejszej dyscypliny sportu na świecie. Jednym z głównych faworytów do sięgnięcia po Złotą Nike była Brazylia. Canarinhos bardzo poważnie podeszli do turnieju. Na kilka miesięcy przed jego rozpoczęciem krajowy rząd postanowił przekazać na reprezentację potężną działkę pieniędzy. W związku z tym piłkarze z kraju kawy mieli zapewnione najlepsze warunki przygotowawcze.

Ponadto do pracy w kadrze zaangażowanego prywatnych lekarzy, dentystów, a nawet psychologa. W związku z faktem, że większość zawodników wywodziła się ze skrajnej biedy, przywołani fachowcy mieli ręce pełne roboty. Najwięcej do powiedzenia chciał mieć psycholog, Joao Carvalhaes. Jeszcze w trakcie selekcji dokonał na zawodnikach wiele badań psychologicznych. Dzięki uzyskanym wynikom zaczął namawiać trenera Vicente Feolę do tego, by ze zgrupowania wyrzucił dwóch gagatków, których wyniki “stanu umysłu” były wręcz katastrofalne. Jednego nazwał dzieckiem, a drugiego człowiekiem niedorozwiniętym. Pierwszym był 17-letni Pele, a drugim gwiazda Botafogo, 24-letni Garrincha. Feola również nie był zagorzałym zwolennikiem tych dwóch zawodników. Doskonale zdawał sobie sprawę, że obaj mają pstro w głowie i lubią sprawiać kłopoty wychowawcze. Ich obecność w drużynie narodowej była podyktowana olbrzymią presją mediów i społeczeństwa. Pele, mimo młodego wieku i koguciej budowie ciała, grał bez strachu, na wielkim luzie i prezentował niespotykaną wcześniej w Brazylii skuteczność. Garrincha był jeszcze większym fenomenem. Kiedy wychodził na rozgrzewkę wśród publiczności, przed którą prezentował się po raz pierwszy, wzbudzał salwę śmiechu. Wszystko przez specyficzną budowę ciała i sposób poruszania się. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że największy magik w historii piłki nożnej nie zrobiłby dzisiaj kariery, bo w młodym wieku zostałby pozbawiony nadziei przez lekarzy. Garrincha miał bowiem krzywy kręgosłup, lewą nogę krótszą od prawej, a w zestawie obie tworzyły swoisty żagiel na wietrze – lewa była wygięta na zewnątrz, a prawa do wewnątrz. Manuel Francisco dos Santos, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko Garrinchy, urodził się i wychował w Pau Grande. Malownicza miejscowość była ziemskim rajem dla zawodnika. Gdy był mały, uwielbiał łowić ryby i polować na strzyżyki. To właśnie dzięki tym małym ptaszkom zyskał swój przydomek. Nie brał życia zbyt poważnie. Nie interesowało go zainteresowanie wyrażane jego osobą przez największe kluby w Brazylii. Wolał swoje Pau Grande, do którego stale wracał po wypłynięciu na szerokie wody. Kiedy w 1950 roku cały kraj rozpoczynał płacz podczas przegranego finału z Urugwajem na Maracanie, on na spokojnie łowił ryby. Nigdy nie dbał o pieniądze, co często wykorzystywali klubowi prezesi. Od zawsze był uczulony na pracę, a jego ulubionymi zajęciami było uganianie się na przemian za kobietami i za piłką. W jednym i drugim nie miał sobie równych. Byłe kochanki zachwalały jego łóżkowe umiejętności i 25-centymetrowy sprzęt, którym dysponował. Jeszcze większym magikiem był jednak na boisku. Chwała Bogu, że akurat tę zdolność mógł podziwiać cały świat. Dysproporcje w budowie ciała przeobraził w swoją tajną broń. Dzięki niespotykanej koordynacji ruchowej mało który przeciwnik był w stanie przewidzieć, jak zwód akurat wymyśli Garrincha. A dryblerem był niezwykłym. Uwielbiał holować piłkę, kiwać zawodników, zakładać im siatki. Sprawiało mu to większą przyjemność niż samo strzelanie goli. Tuż przed Mundialem 1958 reprezentacja Brazylii rozegrała sparingowe starcie z włoską Fiorentiną. Mane przedryblował obrońców, wyszedł sam na sam, okiwał bramkarza kładąc go “na tyłku” i mając przed sobą pustą bramkę… zatrzymał się, pozwolił golkiperowi wstać, wymanewrował go raz jeszcze i wszedł z piłką do jego świątyni. Feola, inni trenerzy i koledzy z drużyny z początku nienawidzili u niego samolubnej gry. Do czasu… Mundial 1958 zainaugurowało starcie Szwecji i Meksyku, pewnie wygrane przez gospodarzy 3:0. Szwedom trzeba oddać, że podczas całego turnieju prezentowali się znakomicie. Faza grupowa wyklarowała kilku pretendentów do wygrania mistrzostw. Wśród nich, obok Brazylii i Francji, byli właśnie Skandynawowie. Awans z grupy A wywalczyły drużyny RFN i Irlandii Północnej, z grupy B Francja i Jugosławia, a z grupy C Szwecja i Walia, której do promocji wystarczyły zaledwie trzy remisy. Najciekawiej było w grupie D, uznanej za grupę śmierci. Garrincha i Pele od początku turnieju ugrzęźli na ławce. Bez nich Canarinhos pokonali Austrię 3:0 i bezbramkowo zremisowali z Anglią, prezentując bardzo zachowawczą grę.

Decydującym meczem w kontekście awansu do fazy pucharowej było starcie z ZSRR. Na kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem do Feoli udała się rada drużyny, prosząc, by wystawił w składzie Pelego i Garrinchę. W tym samym czasie Carvalhaes wykonał na zawodnikach kolejne psychotesty. Pozytywnie zdało go tylko dwóch zawodników – Nilton Santos i, co zaskakujące, Pele. Najgorszy wynik osiągnął, a jakże, Mane. Kiedy został poproszony o narysowanie pierwszej rzeczy, która przychodzi mu na myśl, nabazgrał coś na kształt okręgu i kilku wychodzących z niego kresek. Psycholog zapytał: ,,Mane, mam rozumieć, że to słońce? Nie. Głowa Quarentinhy (kolega z Botafogo)”. Carvalhaes stanowczo odradzał Feoli wystawienie Garrinchy. Ten jednak wziął odpowiedzialność na swoje barki i odpowiedział: “Może i masz rację w kwestii psychiki Garrinchy, ale rzecz w tym, że nie znasz się na piłce nożnej”. Po wszystkim odsunął Carvalhaesa od drużyny aż do zakończenia mistrzostw. Garrincha i Pele wybiegli w podstawowej jedenastce. Mane nie znał brazylijskiego hymnu, podczas jego grania stał pogarbiony i wyraźnie znudzony. Zwracał na siebie uwagę publiczności. Feola chciał od samego początku pokazać, kto będzie dzielił i rządził na boisku, więc nakazał Didiemu, by pierwszą piłkę zagrał na skrzydło do Garrinchy. Tak się stało. Piłkarz z Pau Grande już w swoim dziewiczym kontakcie z futbolówką rozkochał w sobie kibiców zgromadzonych na trybunach. W ciągu pierwszych pięciu minut przez sowieckie pole karne przeszła prawdziwa nawałnica. Jej efektem był gol Vavy. Ten sam zawodnik ustalił rezultat w drugiej połowie. Zwycięstwo 2:0 dało Brazylijczykom pierwsze miejsce w grupie i awans do ćwierćfinału, gdzie czekała na nich Walia. Dzięki dość niespodziewanemu remisowi Anglii z Austrią, w grze pozostali Rosjanie. Po triumfie nad Sowietami prasa zachwycała się tylko jednym zawodnikiem, czarodziejem Garrinchą. Pisano, że zawodnik Botafogo “w pojedynkę rozwaliłby reprezentację Anglii”. Mecz 1/4 finału z Walią był słabszy w wykonaniu Canarinhos. Wielu trenerów jest zdania, że najtrudniejszym starciem na turnieju zawsze jest czwarty mecz. Potwierdziło się to na przykładzie drużyny Feoli. Mane stale miał przy sobie trzech opiekunów, nie opuszczających go nawet na krok, przez co ciężko było mu w pełni rozwinąć skrzydła. Bohaterem starcia został Pele, strzelec jedynego gola. W dniu starcia miał zaledwie 17 lat i 239 dni. Do dziś jest najmłodszym strzelcem bramki w finałach Mistrzostw Świata. Patrząc na dyspozycję poszczególnych zespołów, półfinał między Francją a Brazylią zapowiadał się wręcz fenomenalnie. Ułożeni Francuzi, do których dzień przed meczem przyjechały żony i partnerki, kontra nieokiełznani Brazylijczycy, którzy podczas mistrzostw żyli w seksualnym raju, uciekając z hotelu w ramiona bardzo wyzwolonych i chętnych na wszystko i o każdej porze Szwedek. Przede wszystkim była to jednak konfrontacja najlepszych zawodników na świecie. Z jednej strony Raymond Kopa i Just Fontaine, z drugiej Pele i Garrincha. Ci drudzy nie pozostawili żadnych złudzeń. Co prawda pierwsza połowa nie wskazywała końcowego, zdecydowanego triumfu, ale drugie 45 minut rozwiało wszelkie wątpliwości. Canarinhos więcej akcji przeprowadzali stroną Garrinchy, a ten szalał w najlepsze. Kryjący do Andre Lerond po latach odtworzył sobie zapis meczu na video i widząc, jak ośmieszał go Mane, szczerze stwierdził: “Wiedziałem, że było źle, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jaki to był obciach”. Mimo wszystko Garrinchę w półfinałowym starciu przyćmił Pele, zdobywca klasycznego hat-tricka. Młokos liczący 17 lat i 244 dni został najmłodszym w historii strzelcem trzech bramek w jednym mundialowym meczu. Brazylia zwyciężyła 5:2. Finałowym przeciwnikiem piłkarzy Feoli byli Szwedzi, którzy w poprzedniej rundzie pokonali RFN 3:1. Zanim doszło do decydującego starcia, Francja ograła Niemców 6:3 w meczu o trzecie miejsce. Cztery bramki zdobył Just Fontaine. W całym turnieju uzbierał aż 13 trafień, co jest wyczynem niedoścignionym i ciężko będzie go kiedykolwiek poprawić. Przed wielkim finałem pojawił się problem. Stroje Szwecji i Brazylii były niemal bliźniacze, przez co konieczne było losowanie, która z drużyn może wystąpić w swoich standardowych, żółtych (kanarkowych) trykotach. Losowanie było łaskawe dla gospodarzy. Canarinhos mieli więc trzy opcje– koszulki białe, zielone albo niebieskie. Białe kojarzyły się z niczym innym jak z haniebną porażką na Maracanie w 1950 roku, więc automatycznie odpadły. Ostatecznie wybrano niebieskie. Z dwóch powodów. Niebieski był kolorem szat Matki Bożej z Aparecidy, patronki całego kraju, której powierzono opiekę nad piłkarzami podczas Mistrzostw Świata. Ponadto zauważono, że w poprzednich pięciu mistrzowskich edycjach aż cztery razy triumfatorem był zespół, grający finał właśnie w niebieskich koszulkach (po dwa razy Urugwaj i Włochy).

W Rio de Janeiro i innych miastach kraju powoli odczuwano nadchodzący sukces. Feola nie chciał powtórki z 1950 roku, zatem zabronił swoim zawodnikom rozmawiać z kimkolwiek przed decydującym starciem. Gdy na konferencji prasowej zobaczył setki mikrofonów, nakazał je powyłączać. Nie chciał szumu. Nie zapowiadał sukcesu, wypowiadał się rozważnie, z respektem i lekką obawą przed przeciwnikiem i wspierającą go publicznością. Przed każdym spotkaniem obowiązkowym rytuałem brazylijskich zawodników było wypicie narodowego dobra, kawy. Kawy oryginalnej, przywiezionych przez zespół ze swojego kraju w olbrzymich ilościach. W finale z początku bardziej pobudzeni byli jednak Szwedzi. Za sprawą Liedholma wyszli na prowadzenie już w czwartej minucie. Pięć minut później wyrównał niezawodny Didi. Ten sam zawodnik wyprowadził swoich kolegów na prowadzenie na nieco kwadrans przed końcem pierwszej części spotkania. W szatni zawodnicy znów posilili się kawą i w drugiej odsłonie odegrali kolejny koncert. Dwie bramki Pelego, najmłodszego w historii Mistrza Świata (17 lat i 249 dni), i jedna Zagallo były efektem zdecydowanej, ofensywnej, radosnej gry Canarinhos, napędzanej rajdami Garrinchy. Ostateczny wynik odzwierciedlał różnicę między dwoma zespołami – 5:2. Po końcowym gwizdku niemal cała zwycięska ekipa zalała się łzami szczęścia. Niemal cała, bo niewzruszony pozostał jedynie Garrincha. Dla niego zwycięstwo w finale Mundialu smakowało mniej więcej tak, jak zwycięstwo na podwórku w Pau Grande. Podczas koronacji Mistrzów Świata, zgodnie z tradycją, puchar Julesa Rimeta trafił w ręce kapitana, Belliniego. Zawodnik uniósł statuetkę wysoko ponad głowę, dając przykład kolejnym pokoleniom zawodników, którzy w podobny sposób świętują zdobycie ważnego pucharu lub mistrzostwa. Brazylia oszalała na punkcie swoich zawodników. Oszalał również cały świat. Każdy, kto śledził przebieg Mistrzostw Świata, był zauroczony Pelem i Garrinchą. Nelson Rodrigues pisał o tym drugim: “Jest uważany za idiotę, ale na Mistrzostwach Świata pokazał, że to my jesteśmy idiotami. Myślimy, racjonalizujemy. Przy cudownej szybkości jego reakcji jesteśmy nierobami, ociężałymi hipopotamami”. Pele i Garrincha stali się najcenniejszym dobrem narodowym Brazylii. Z całego świata otrzymywali setki listów z prośbą o autografy, europejskie ekipy zapraszały Botafogo i Santos na tournee, a kobiety mdlały na ich widok, z czego zawodnicy skrzętnie korzystali. Ich wartość była do tego stopnia niepodważalna, że otrzymali zakaz podróżowania jednym samolotem. Dalsza historia pokazała, że gdy w reprezentacji występowali w duecie, Canarinhos nie przegrali meczu. Na całym świecie to Pele po dziś dzień jest uznawany za najlepszego piłkarza w historii, jednak większość Brazylijczyków w tym rankingu znacznie wyżej stawia Garrinchę. Mane porywał tłumy, często w pojedynkę rozstrzygał losy spotkań. W narodowych barwach wystąpił 50 razy. Wówczas Brazylia przegrała tylko jedno spotkanie. Kiedy? Tego dowiecie się przy innej okazji.

5

Szwecja, Pele, Garrincha, Fontaine i inni, czyli Mundial 1958(wiecie gdzie czytać):

@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj

1

@Pawel13sz Pytasz kto lepszy? Generalnie na równi ich stawiam. Jeśli natomiast musiałbym wybierać jednego to wybrałbym Maradone i nie dlatego że jest on moim idolem z dzieciństwa, on po prostu potrafił wygrać mistrzostwo świata niemal w pojedynke! Miał to coś, miał tą charyzme wielkiego przywódcy. Gdyby nie jego słabości, mógłby zostać nawet dwukrotnym mistrzem świata...

7

No kto by pomyślał?

8 czerwca 1991 Real Madryt zrobił FC Barcelonie mistrzowski szpaler na Santiago Bernabeu. Miało to miejsce w ostatniej kolejce sezonu 1990/91. To był pierwszy przypadek w historii, gdy Blaugrana przyjeżdżała do Madrytu na mecz z Realem będąc już mistrzem Hiszpanii. Barça była już zwycięzcą La Ligi od miesiąca i w każdym z czterech ostatnich spotkań rywale oklaskiwali jej graczy, gdy ci wbiegali z szatni na boisko. Nie ominęło to także Realu, który na pocieszenie wygrał tamto starcie 1:0 po golu Aldany. Prezydent ,,Królewskich” Ramon Mendoza, po meczu wypowiedział się dyplomatycznie ale jednocześnie w sposób ironiczny: ,,Jak możemy nie klaskać drużynie, która wyprzedza o 11 punktów mistrza Hiszpanii z ostatnich 5 lat ”.


@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@DaPidejpi
@patataj
@MesQueUnClub96

12

Feliz cumpleaños panie Javier!

Javier Mascherano kończy dzisiaj 39 lat. Dziękujemy za wielkie oddanie i poświęcenie ,,naszemu” klubowi. Bywaj zdrów ,,nasza” legendo.


@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

8

Lionel Messi skopiował ,,wyczyn” Diego Maradony:

9 czerwca 2007 r. Lionel Messi w meczu La Liga z Espanyolem strzelił gola ręką. Niecałe dwa miesiące po strzeleniu gola żywcem przypominającego słynny rajd Maradony z meczu Argentyna-Anglia na Mundialu w Meksyku, Messi skopiował drugiego gola strzelonego przez wielkiego rodaka w tamtym spotkaniu. Blaugrana toczyła korespondencyjny pojedynek o mistrzostwo z Realem Madryt i potrzebowała zwycięstwa w derbach aby pozostać liderem tabeli. Goście wyszli na prowadzenie w 30 minucie ale krótko przed przerwą Messi po dośrodkowaniu Zambrotty trącił piłke ręką obok bramkarza Kameniego. W drugiej połowie Leo wyprowadził Barçe na prowadzenie ale w ostatniej minucie spotkania wyrównał Raul Tamudo i tym samym odebrał Dumie Katalonii niemal pewne mistrzostwo. Jak się okazało ,,małe oszustwo” nie popłaca.





@Monix10
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Symson
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

7

Bobek niczym Peyroteo:


8 czerwca 1947 r. genialny Jugosłowiański napastnik Stjepan Bobek strzelił 9 goli(!) w jednym, wygranym przez Partizan 10:1 meczu ligi jugosłowiańskiej przeciwko 14. Oktobar. Mecz rozgrywany był w miejscowości Nisz.





@AssisMoreira
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj

5

@FCBparasiempre
Legendami nie zawsze zostają piłkarze, którzy zdobywają liczne trofea, strzelają setki bramek i regularnie trafiają na pierwsze strony gazet. Tacy piłkarze są jednak wyjątkami, bo żeby jeden z nich mógł osiągnąć miano wybitnego, tysiące innych będzie musiało pogodzić się z rolą drugoplanową. Czasem jednak ci drugoplanowi aktorzy też przechodzą do historii. Najlepszym przykładem jest Meksykanin Antonio Carbajal. Urodzony 7 czerwca 1929 r. w stołecznym Mexico City Carbajal już za młodu wyróżniał się skocznością i zwinnością, a więc od zawsze był idealnym kandydatem na bramkarza. Wzrost (180 cm) może i nie był jego atutem, ale przecież w tamtych czasach warunki fizyczne nie były najważniejsze. Zresztą, w Meksyku chyba nigdy nie zwracano większej uwagi na wzrost bramkarzy, o czym świadczy wielka kariera Jorge Camposa. Sam zainteresowany szybko zauważył, że Bóg obdarzył go pewnym talentem, którego nie może zakopać, tylko musi rozwijać. Szybko porzucił więc naukę i skupił się na treningach. Jego ojciec nie potrafił mu tego wybaczyć i nawet kiedy później Antonio grał na mundialu, nie odezwał się do syna nawet słowem. Być może takie podejście jeszcze bardziej motywowało młodego bramkarza, który nie zamierzał się poddawać. Obrał kierunek, w jakim zamierzał podążać i nawet odsunięcie się ojca nie wpłynęło na zmianę kursu. W 1948 roku Carbajal zaczął zbierać pierwsze żniwa swojej determinacji. Młody golkiper znalazł się w kadrze na igrzyska olimpijskie w Londynie, lecz jego rola ograniczyła się do trwania na posterunku, jakim była ławka rezerwowych. Trzeba zaznaczyć, że olimpijska przygoda nie trwała zbyt długo. Już w pierwszym meczu „El Tri” przegrali 3:5 z Koreą Południową i turniej się dla nich zakończył. Dla naszego bohatera był to jednak początek wspaniałej przygody, bo udział w igrzyskach zbiegł się z ofertą z Club Espana. W tym klubie młodzian bronił zaledwie przez dwa lata, ale to wystarczyło, żeby wypracować sobie świetną reputację. Sława Carbajala szybko zaczęła wychodzić poza granice Meksyku i nie było w tym nic dziwnego, że trener reprezentacji Meksyku(Vial) znalazł dla niego miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 1950 roku. Zanosiło się, że Carbajal będzie rezerwowym, ale w ostatniej chwili pretendenta do miejsca między słupkami „El Tri” dopadła kontuzja. W ten sposób jedna z najbardziej odpowiedzialnych ról w drużynie przypadła 21-letniemu debiutantowi. 24 czerwiec 1950 roku – to wtedy zaczęła się tworzyć ta piękna historia. Na stadionie w Rio de Janeiro naprzeciwko siebie stanęły reprezentacje Brazylii(gospodarza turnieju) i Meksyku. Mecz poprzedziła uroczystość otwarcia, a na pierwszy gwizdek sędziego czekało 80 tysięcy zakochanych po uszy w futbolu fanów „Canarinhos”. Jak w tym wszystkim odnajdował się Carbajal, żółtodziób, który dopiero rozpoczynał swoją przygodę z futbolem? Ciężar presji musiał być ogromny, szczególnie dla bramkarza. To tak jakby stać między słupkami ze słoniem na plecach, nie dość, że ciężar ogromny, to jeszcze trzeba uważać, żeby nie potknąć się o trąbę. No i Carbajal się nie potknął, choć puścił cztery bramki, a jego zespół nie odpowiedział żadną. Mało tego, w meczu z Jugosławią znów cztery razy wyjmował piłkę z siatki, a Szwajcarzy dwukrotnie znaleźli sposób na przechytrzenie stróża świątyni „El Tri”. Mimo dziesięciu bramek straconych nikt nie miał pretensji do bramkarza, nie zarzucano mu, że brakło mu doświadczenia, nie wytykano mu błędów, choć takie też się przydarzyły, jego dokonania przyjęto z umiarkowanym optymizmem. Melodia przyszłości? Tak zapewne myśleli wtedy kibice. Występ na mundialu przyniósł zainteresowanie ze strony silniejszych klubów. Club Leon, który zgłosił się po Carbajala, miał nieco wyższe notowania niż Club Espana, więc transfer można było potraktować jako sportowy awans. Inna rzecz, że był to transfer wymuszony, bo poprzedni pracodawca Carbajala wycofał się z rozgrywek, ponieważ jego władze nie mogły znaleźć wspólnego języka z działaczami federacji. No cóż, w tamtych czasach takie rzeczy jak poplątane języki decydowały o upadkach czołowych klubów. Antonio już w drugim sezonie zdobył mistrzostwo kraju z Leon, jednocześnie nie oddając miejsca między słupkami w reprezentacji kraju. Z powodzeniem bronił w meczach towarzyskich oraz w spotkaniach eliminacyjnych do mistrzostw świata w 1954 roku. Warto zauważyć, że Carbajal w tych eliminacjach tylko raz przepuścił piłkę do siatki (Tej sztuki dokonał Amerykanin Looby w meczu wygranym przez Meksykanów 3:1). Wydawało się, że nasz dzisiejszy bohater ma pewne miejsce w składzie na mundialu, że trener Vial nie widzi drużyny bez niego i może tak było.

Ostatecznie jednak Vial nie pojechał na mundial, zastąpił go Lopez Herranz, który widział w bramce bardziej doświadczonego Motę. Już po pierwszym meczu (0:5 z Brazylią) tymczasowy szkoleniowiec zmienił zdanie i w pojedynku z Francją postawił na Carbajala. Ten puścił dwie bramki, ale Meksykanie wyrównali, ale na dwie minuty przed końcem meczu Raymond Kopa celnym strzałem z rzutu karnego pogrzebał marzenia kibiców „El Tri” na korzystny wynik. Powrót do ligowej rzeczywistości okazał się dość przyjemny. W 1956 roku Leon sięgnął po mistrzostwo kraju, rok później przegrał w finale play-off, by w roku, w którym odbywały się kolejne mistrzostwa świata znów sięgnąć po koronę. Nie było więc wątpliwości, że bramki na mundialu musi strzec golkiper najlepszej meksykańskiej drużyny. Na turnieju w Szwecji Carbajal przeżył pewne deja vu. Mecz Meksyku znów poprzedziła uroczystość otwarcia, na trybunach znów ogromne tłumy, tylko rywal nieco inny, choć wcale nie łatwiejszy. Szwecja w owym czasie mogła poszczycić się takimi asami jak Niels Liedholm czy Kurt Hamrin. Jeszcze jedną różnicą był fakt, że tym razem to pełniący funkcję kapitana Carbajal wyprowadzał swoich kolegów na boisko. To jednak niewiele zmieniło, Szwedzi wygrali 3:0, a Meksyk znów musiał liczyć się z pożegnaniem z turniejem już w fazie grupowej. Remis w meczu z Walią nic nie zmienił, bo w ostatnim spotkaniu miejsce w szeregu Latynosom wskazali Węgrzy, pewnie wygrywając 4:0. W ten sposób Meksyk odpadał z turnieju finałowego w fazie grupowej po raz trzeci z rzędu. Kolejne czterolecie nie było już tak udane, jak poprzednie. W latach 1958 – 1962 Club Leon nie zdobył żadnego trofeum. Meksykowi w kwalifikacjach do kolejnego mundialu też się nie wiodło najlepiej, bowiem porażka 0:1 z Kostaryką i bezbramkowy remis z Antylami Holenderskimi można rozpatrywać w kategorii blamażu. Ostatecznie „El Tri” zakwalifikowali się do barażu, w którym rywalem miał być Paragwaj. To właśnie te mecze sprawiły, że historia, którą czytacie, zasługuje na miano legendy. Pierwszy mecz Meksykanie wygrali 1:0, w drugim nie padły bramki. Carbajal zachował więc czyste konto i można powiedzieć, że wybronił sobie czwarty udział w mistrzostwach świata. Przed nim nikt nie dokonał takiej sztuki. Tym razem Meksyk pojechał na mundial z poważnym postanowieniem – wyjść z grupy albo przynajmniej wygrać choć jedno spotkanie. Te plany szybko zweryfikował los, który przydzielił im Hiszpanię, Czechosłowację i, o zgrozo, Brazylię. Potomkowie Inków i Azteków przegrali pierwsze spotkanie z Brazylią 0:2, w drugim ulegli Hiszpanom 0:1, a w trzecim… Czechosłowacy zaskoczyli Carbajala już po 20 sekundach, kiedy to Masek wpakował piłkę do siatki. Potem jednak coś wstąpiło w piłkarzy „El Tri” i po golach Diaza, Del’Aguili i Hernandeza wygrali oni 3:1! Wagę tego zwycięstwa podnosi fakt, że Czechosłowacja została wicemistrzem świata, przegrywając w finale z… Brazylią. Po tym turnieju powoli następował zmierzch kariery Carbajala. Wciąż bezapelacyjnie królował on między słupkami Club Leon, ale w reprezentacji zdarzało się to bardzo rzadko. W 1966 roku Antonio zapowiadał zakończenie swojej niezwykle bogatej kariery, chyba już nawet nie liczył, że selekcjoner reprezentacji kraju powoła go na kolejny turniej. W końcu miał już 37 lat, a w Meksyku grali znacznie młodsi i nie mniej utalentowani bramkarze niż on. Jednak w tym miejscu nasz bohater się pomylił. Trener Trellez Campos być może chciał oddać mu hołd, zabierając go na piąty mundial z kolei, choć tym razem tylko w formie rezerwowego. Los znów był wyjątkowo złośliwy, przydzielając Meksykanom Urugwajczyków, Francuzów i Anglików. W meczu z Francją następca Carbajala, Calderon, spisał się bardzo dobrze, przepuszczając jedno uderzenie Haussera, dzięki czemu mecz zakończył się remisem. W drugim spotkaniu poszło mu już nieco gorzej. Po trafieniach Charltona i Hunta Anglia pokonała Meksykanów 2:0, jednocześnie grzebiąc ich marzenia o wyjściu z grupy. To jednak było pretekstem, by w ostatnim spotkaniu z Urugwajem Trellez wystawił w bramce Carbajala! Antonio nie zmarnował szansy, zagrał bardzo dobrze i nie dał się pokonać urugwajskim snajperom. To była wspaniała okazja, żeby pożegnać się z boiskiem i 37-latek postanowił z niej skorzystać. Mecz z Urugwajem był ostatnim w jego profesjonalnej karierze piłkarskiej.

Przez te wszystkie lata nasz dzisiejszy bohater pozostawał piłkarzem Clubu Leon (po odejściu z Clubu Espana, który zrezygnował z udziału w rozgrywkach ligowych). W koszulce tego klubu rozegrał 364 spotkania, zdobywając wszelkie możliwe trofea. Przywiązanie do barw klubowych musi budzić szacunek. Może i Carbajal nie był piłkarzem wybitnym, ale jego charakter, determinacja i długowieczność sprawia, że uważa się go za wybitną postać. Teraz sami powiedzcie, czy historia futbolu musi być pisana wyłącznie przez wybitnych piłkarzy. Antonio Carbajal dokonał rzeczy niezwykłej, uczestniczył w pięciu kolejnych mundialach. Wiele lat później dorówna mu Lothar Matthaus, ale przecież dla Niemców udział na mistrzostwach świata jest czymś normalnym, natomiast dla Meksyku niekoniecznie, szczególnie w tamtych czasach. Fakt, że za czasów Carbajala „El tri” ani razu nie wyszli z grupy, wcale nie umniejsza jego zasług. Zupełnie jak w filmie „Jestem Legendą”– nie ważne, że ci się nie udało, próbowałeś, następcy skorzystają z Twoich doświadczeń i zrobią to dobrze.

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Club Leon

2x mistrzostwo Meksyku (1952, 1956)

1x Puchar Meksyku (1958)

1x Superpuchar Meksyku (1956)


6

Wybitne legendy futbolu:

7 czerwca 1970 r. urodził się Marcos Evangelista de Moraes znany jako Cafu, brazylijski prawy obrońca. 2-krotny Mistrz Świata-1994 i 2002 ; Wicemistrz Świata z 1998 ; 2-krotny Zdobywca Copa America-1997 i 1999 ; 2-krotny Zdobywca Copa Libertadores-1992 i 1993(z FC São Paulo) ; Zdobywca Ligi Mistrzów-2007(AC Milan) ; Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów 1995(z Real Saragossa) ; Zdobywca Superpucharu Europy-2003 i 2007(AC Milan) oraz Zdobywca Klubowego Mistrzostwa Świata-2007(AC Milan). Zawodową karierę zaczął w 1988 roku w São Paulo FC. Na początku swojej przygody z piłką pełnił rolę rezerwowego, jednak zbiegiem czasu wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce. W 1991 roku zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł. W dwóch kolejnych sezonach triumfował w rozgrywkach Copa Libertadores i Recopa Sudamericana. W 1994 roku został wybrany najlepszym piłkarzem roku w Ameryce Południowej. W barwach São Paulo rozegrał 115 spotkań i strzelił 7 goli. W tym samym roku Cafu postanowił zmienić klub. Został piłkarzem Juventude, lecz po krótkiej przygodzie z tym klubem trafił do hiszpańskiego Realu Saragossa, gdzie sięgnął jedynie po Puchar Zdobywców Pucharów. W 1995 roku Brazylijczyk odszedł do Palmeiras São Paulo. W nowej drużynie nie pograł zbyt długo ponieważ dwa lata później trafił do AS Romy. Na swój pierwszy sukces w ekipie "Giallorossich" musiał czekać do 2000 roku, kiedy to Roma sięgnęła po mistrzostwo kraju. W barwach tego klubu rozegrał 163 spotkania.

W 2003 roku podpisał kontrakt z AC Milanem. Swój pierwszy mecz w barwach "czerwono-czarnych" rozegrał 3 sierpnia tego samego roku w zremisowanym 1:1 meczu z Juventusem. W debiutanckim sezonie w ekipie z San Siro zdobył drugi mistrzowski tytuł, sięgnął po Superpuchar Włoch oraz Superpuchar Europy. W 2005 roku po raz pierwszy zagrał w finale Ligi Mistrzów lecz wówczas Milan przegrał po rzutach karnych z Liverpoolem. W kolejnym sezonie świętował zdobycie aż trzech pucharów - Ligi Mistrzów, Superpucharu Europy i Klubowego Mistrzostwa Świata. 16 maja 2008 roku zapowiedział iż po sezonie zakończy piłkarską karierę. W reprezentacji Brazylii zadebiutował 12 września 1990 roku w przegranym 3:0 meczu z Hiszpanią. W 1994 roku po raz pierwszy wystąpił na mundialu, pełniąc rolę rezerwowego a Brazylijczycy po raz czwarty w historii zdobyli Mistrzostwo Świata. W 1997 roku wygrał w rozgrywkach Copa America oraz Pucharze Konfederacji. Rok później Cafu otrzymał powołanie na kolejne MŚ, jednak tym razem ekipa "Canarinhos" przegrała w finale z reprezentacją Francji 3:0. Brazylijski obrońca wystąpił także na Mistrzostwach Świata 2002 roku zdobywając Puchar Świata oraz na nieudanych Mistrzostwach Świata 2006 roku. Na tych dwóch ostatnich turniejach Cafu był podstawowym piłkarzem swojego zespołu. W drużynie narodowej wystąpił łącznie w 142 spotkaniach i strzelił 5 bramek. Po mundialu 2006 wychowanek São Paulo FC zakończył reprezentacyjną karierę. Dla drużyny narodowej rozegrał łącznie 142 spotkania i strzelił pięć goli. Jest rekordzistą kraju pod względem największej ilości występów w reprezentacji Brazylii i jednym z najlepszych prawych obrońców w dziejach futbolu.



@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Mixtape
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj

8

Jedyne zwycięstwo i jedyny gol na Mundialu ,,Mexico 1986”:

7 czerwca 1986 r. Polska pokonała Portugalie 1:0. ,,No wreszcie, proszę państwa! Tyle nas to nerwów kosztowało, tak długo czekaliśmy na tę upragnioną bramkę! Wzruszyłem się, ale myślę, że państwo też w polskich domach. No wreszcie, wreszcie. Brawo panie Włodzimierzu, brawo Polacy!”– krzyczał szczęśliwy Dariusz Szpakowski, który relacjonował ten mecz ze stadionu Estadio Universitario w Monterrey. W pierwszym meczu fazy grupowej biało-czerwoni tylko bezbramkowo zremisowali z Marokiem. Jak się później okazało, gol Smolarka z Portugalią pozwolił im wyjść z grupy z trzeciego miejsca. ,,To był mecz o wszystko. Liczyliśmy się, że pierwsze miejsce zajmą Anglicy, a my powalczymy o drugie z Portugalią”– wspominał Dariusz Dziekanowski, który asystował przy tym trafieniu. ,,Znakomicie się zachował. Przyjął piłkę, zagrał po ziemi na dalszy słupek. Co ciekawe, Włodek miał być już zmieniony przez Andrzeja Zgutczyńskiego, ale nie było przerwy w grze i sędzia nie mógł zezwolić na przeprowadzenie zmiany”– zdradził Dziekanowski. Ostatecznie Zgutczyński zmienił go siedem minut później. Na koniec fazy grupowej Anglia pokonała Polskę 3:0 po hat-tricku Gary'ego Linekera, a w 1/8 finału Brazylia rozbiła drużynę Antoniego Piechniczka 4:0. Na kolejny występ w mundialu musieliśmy czekać aż do 2002 roku.


@kamyk_23
@Pawel13sz
@Mixtape
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj

8

Wybitne legendy futbolu:

7 czerwca 1930 r. urodził się Hilderaldo Bellini, wybitny brazylijski środkowy obrońca, 2-krotny Mistrz Świata(1958 i 1962). Pierwszy Brazylijczyk, który podniósł Puchar Świata jako kapitan zwycięskiej drużyny z 1958 roku. Bellini prowadził drużynę, w skład której wchodzili tacy gracze jak Garrincha, Mario Zagallo i 17-letni Pele. Brazylijczycy pokonali w finale gospodarzy Szwecję 5:2 i zdobyli pierwszy z rekordowych pięciu tytułów mistrza świata. Bellini był częścią drużyny, która cztery lata później wzniosła trofeum w Chile, chociaż ani razu nie grał w tym turnieju. Ostatni ze swoich 51 występów rozegrał na mundialu w Anglii w 1966 roku. Po pobycie w młodzieżowej drużynie swojego rodzinnego klubu Itapirense, zasłynął w Vasco da Gama, gdzie przebywał przez dziewięć lat. Grywał też w Sao Paulo i Atletico Paranaense. Najlepiej zapamiętano go z kultowego sposobu, w jaki podniósł trofeum Julesa Rimeta wysoko nad głową dwiema rękami a kolejni brazylijscy kapitanowie powtarzali ten gest.


@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@patataj

5

Czy to był cud?

7 czerwca 1992 r. FC Barcelona zdobyła drugie z rzędu mistrzostwo Hiszpanii po pierwszym ,,Cudzie na Teneryfie”. Przed ostatnią kolejką Barça traciła punkt do prowadzącego Realu Madryt i wygrana na Camp Nou 2:0 z Athletic Bilbao była tylko połową sukcesu. Wszyscy cules nasłuchiwali wieści z meczu Tenerify z Realem Madryt. Po 30 minutach wydawało się że sensacji być nie może. Real Beenhakera prowadził bowiem z Tenerifą 2:0 a ponadto drużynę z wysp trenował Valdano- były piłkarz ,,Królewskich”. Gol dla gospodarzy w 36 minucie nieco przywrócił nadzieje, które nasiliły się, gdy w 69 minucie obrońca Realu Villaroya otrzymał czerwoną kartke. Osiem minut później Brazylijczyk Rocha strzelił samobójczego gola doprowadzając do remisu i czyniąc Blaugrane wirtualnym liderem. Niespodziewanie już minute później Tenerife wyszło na prowadzenie po tym, jak Sanchis przelobował własnego bramkarza trafiając w poprzeczkę a do bezpańskiej piłki pierwszy dopadł Pier. Przysłowiowy cud stał się faktem. Duma Katalonii została mistrzem, choć wcześniej ani razu w tamtym sezonie nie była na pierwszym miejscu w tabeli.



@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj

4

Brawo Igunia! Jesteś naszą dumą!

0

@LS Nie no, bez przesady. Ja tego wszystkiego nie pamiętam dzień po dniu. Jednak co się wydarzyło danego dnia w historii futbolu, to na to poświęcam i poświęcałem cały swój wolny czas. No i oczywiście każdy dzień mam zapisany na wordzie, a przede wszystkim historie ukochanej Barcuni!

6

@FCBparasiempre
Zdobywca Copa America-1993 3-krotny Zdobywca Ligi Mistrzów-1998 i 2000(z Realem Madryt) oraz 2003(z AC Milan) 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy-1998(z Real Madryt) i 2003(z AC Milan) Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1998(z Realem Madryt)

Fernando Carlos Redondo Neri przyszedł na świat 6 lipca 1969 roku w Buenos Aires. Od dziecka miał tylko jeden cel: zostać profesjonalnym piłkarzem. Jego marzeniem była gra w słynnym Independiente. Tego marzenia, niestety, nigdy nie zrealizował. Trafił do szkółki Teleres Remedios a następnie Argentinos Juniors, tej samej, z której wywodzi się wielki Diego Maradona. W międzyczasie grywał w reprezentacji Argentyny U-17, z którą sięgnął po mistrzostwo kontynentu. Świetne warunki fizyczne (186 cm wzrostu) oraz wielka inteligencja na boisku sprawiły, że Redondo grywał głównie na środku pomocy, coraz częściej pełniąc funkcję pivota. W ojczyźnie piłkarz grał przez pięć lat, by 1990 roku, w wieku 21 lat, trafić do Hiszpanii. Stało się tak za sprawą Jorge Solariego, byłego świetnego piłkarza, a od niemal 40 lat trenera. Związki Redondo z rodziną Solari są bardzo mocne, z tej familii pochodzi także jego żona, nasz bohater jest szwagrem Santiago Solariego, innego znakomitego piłkarza argentyńskiego. Wspomniany Jorge, zostając trenerem Tenerife, postanowił ściągnąć do Europy świetnie zapowiadającego się młodzieńca. Fernando z miejsca stał się ważnym ogniwem drużyny, zaczęło się o nim robić głośno w całej Hiszpanii, był obserwowany przez wysłanników wielu czołowych klubów. Po odejściu Solariego trenerem drużyny z Estadio Heliodoro Rodriguez Lopez został inny Argentyńczyk – Jorge Valdano – niegdyś wybitny piłkarz Realu Madryt. Właśnie dwa sezony pod wodzą „Filozofa” były punktem zwrotnym kariery Redondo. Dwa razy z rzędu Teneryfa odbierała Realowi Madryt tytuł mistrza Hiszpanii, wygrywając odpowiednio 3:2 oraz 2:0. Nie od dziś wiadomo, że mieszkańcy wyspy nie są sympatykami „Królewskich”, znacznie większym szacunkiem darzą Barcelonę. Dzięki tym dwóm wygranym to właśnie „Duma Katalonii” pod wodzą legendarnego Johana Cruyffa mogła się cieszyć z tytułu mistrza Hiszpanii. Chociaż Fernando nie strzelił gola w żadnym z tych spotkań, to jest powszechnie uważany za głównego architekta tego sukcesu. To właśnie z nim na boisku Tenerife osiągnęła największy sukces w historii klubu, uzyskując prawo gry w Pucharze UEFA. W 1994 roku Valdano dostał propozycję powrotu do Madrytu, tym razem w roli trenera. Argentyńczyk się nie wahał. Wracał przecież do swojego piłkarskiego domu. Nie zapomniał jednak o swoim najlepszym piłkarzu, szybko załatwiając transfer naszego bohatera do stołecznego klubu. W klubie z Wysp Kanaryjskich Redondo rozegrał 103 mecze, strzelił osiem goli. W 1994 roku Real Madryt przechodził trudny okres, klub opuszczali wielcy piłkarze z Quinta del Buitre, dwa lata wcześniej odszedł jeden z największych goleadorów w historii – Hugo Sanchez. W dodatku w kraju niepodzielnie panował barceloński „Dream Team”. Z drugiej strony, w 1994 roku w białych barwach zadebiutował Raul Gonzalez a rok później Jose Maria Gutierrez „Guti”. Działacze „Królewskich” nie mieli złudzeń – potrzeba transferów. Wielkim sukcesem prestiżowym był transfer Michaela Laudrupa, wszakże to piłkarz Barcelony, który rok wcześniej miał udział w jednej z największych klęsk Realu w historii. Klasyczna manita w Gran Derbi spędzała sen z powiek kibicom Realu. Jednak sezon 1994/1995 miał być inny, i taki był. Valdano przerwał hiszpańską hegemonię Barcelony a w najważniejszym meczu sezonu po raz kolejny tablica wyników pokazała 5:0, tym razem dla „Los Blancos”. Wróćmy jednak do naszego bohatera. Gdzie jest w tym momencie Fernando? Na boisku oczywiście. Argentyńczyk ma pewne miejsce w składzie, jego inteligencja i kultura sprawiają, że szybko zdobywa sobie autorytet i przyjaźń w mocno przecież zhierarchizowanej szatni Realu. W kolejnych sezonach Redondo gra coraz lepiej, zna go cały świat. W sezonie 1996/1997 „Los Merengues” zdobywają kolejny tytuł mistrzowski, tym razem już pod wodzą Fabio Capello. Real przystąpił do rozgrywek Ligi Mistrzów wyjątkowo zmotywowany. Miał najlepszy skład od wielu lat. Jak się potem okazało, wielkie oczekiwania nie były przesadzone. Real dotarł do finału, gdzie niespodziewanie pokonał Juventus 1:0. Mecz był pojedynkiem dwóch największych środkowych pomocników tamtego okresu. Zinedine Zidane musiał ustąpić Fernando Redondo, który rozgrywał kolejny wielki mecz. Warto teraz przeskoczyć o dwa lata do przodu, do wydarzenia, które zapewniło Redondo nieśmiertelną sławę. Ćwierćfinał Ligi Mistrzów, mecz z obrońcą trofeum, Manchesterem United, mającym najlepszy skład od kilkudziesięciu lat. Real wygrywa 3:2, wspaniały wynik, jednak nie o tym pisała prasa na całym świcie. Pisała o Argentyńczyku, który niemal w pojedynkę wygrał ten mecz. Redondo był wszędzie, odbierał piłkę, rozgrywał, podawał. Robił wszystko. Ukoronowaniem tego niezwykłego widowiska była akcja, po której padł gol na 3:2. Przenieśmy się do Manchesteru. Podanie na lewym skrzydle dostaje nasz bohater. Zrywa się do biegu, obok niego jest trzech rywali, mija ich jednym zagraniem, zagraniem, które przeszło do historii futbolu. Fernando na pełnym biegu posłał piłkę piętą pomiędzy nogami Henninga Berga, dopadł jej przy linii końcowej, stając twarzą w twarz z innym wybitnym graczem, Royem Keanem. Argentyńczyk pewnie posłał idealną piłkę do wbiegającego środkiem Raula, któremu nie pozostało nic innego, tylko wbić piłkę do pustej bramki. Najbardziej znamiennym faktem jest to, że Fernando skupił na sobie uwagę całej obrony United, Raul spokojnie wbiegł w pole karne, jego obecność została zauważona, gdy miał już piłkę przy nodze. O poziomie, jaki prezentował wówczas Redondo bardzo dobrze świadczą słowa Fergusona: ,,Co ten gracz ma w butach? Magnes?” Pamiętajmy, że sir Alex bardzo rzadko decyduje się na komplementy pod adresem piłkarzy innych zespołów.

Real wygrał wówczas Ligę Mistrzów, w pierwszym finale w historii dwóch klubów z tego samego państwa, pokonując Valencią w stosunku 3:0. Kolejne bardzo ważne wydarzenie miało miejsce w czasie dekoracji zwycięzców. Jak wiadomo, puchar w górę wznosi zawsze kapitan, a kapitanem był Redondo. Argentyńczyk zrzekł się tego przywileju na rzecz Manuela Sanchisa, żywej legendy klubu, grającej w nim od niemal 20 lat. Hiszpan wznosił w górę puchar ze łzami w oczach. Iluż współczesnych piłkarzy stać by było na taki gest? Przecież możliwość wzniesienia pucharu Ligi Mistrzów to zaszczyt, którego dostępuje tylko garstka wybrańców. Kibice Realu kochali Fernando a Fernando kochał ich, ale… Ale kilka miesięcy później Argentyńczyka nie było już w klubie. Cios w samo serce Ultras Sur zadał Florentino Perez, pozbywając się piłkarza, który otwarcie popierał jego rywala w walce o fotel prezydenta klubu, Lorenzo Sanza. Tego transferu kibice nigdy nie wybaczyli, Fernando był i nadal jest wielkim madridistą, a wielkich madridistas się tak nie traktuje. Redondo przeszedł do Milanu, gdzie grał przez dwa sezony, chociaż słowo „grał” jest użyte nieco nad wyrost. Argentyńczyk wybiegł na boisko tylko 16 razy. Przez cały okres gry we Włoszech walczył z kontuzjami. Jednym z pierwszych spotkań, w którym zagrał, było wyjazdowe starcie z Realem w ramach Ligi Mistrzów. Fernando został przywitany długimi owacjami na stojąco. W Milanie Redondo po raz kolejny pokazał klasę. Nie zgodził się przyjmować wynagrodzenia. Argumentował to faktem, że jeśli nie gra, to nie ma prawa do pobierania z tego tytułu pieniędzy. Usilnie starał się też zrzec przekazanego mu przez klub mieszkania i samochodu, tu jednak nic nie wskórał.W roku 2004 Fernando Redondo zakończył karierę piłkarską. Miał wtedy 34 lata, gdyby nie niemal permanentna kontuzja kolana, mógłby grać jeszcze przez dwa – trzy sezony. O ile kariera klubowa Fernando było względnie udana, to reprezentacyjna nie była już taka dobra. Jak na piłkarza tego formatu, rozegrał mało spotkań w drużynie „Albicelestes” – 29. Strzelił tylko jedną bramkę. Większość z tych występów przypadała na lata 1992-1994, gdy trenerem Argentyńczyków był Alfio „Coco” Basile, trener – legenda rodzimego futbolu. Wcześniej Fernando nie dostawał zbyt wielu szans na grę, będąc skłóconym z trenerem Carlosem Bilardo. Nasz bohater odmówił wyjazdu na mistrzostwa świata w 1990 roku, argumentując to chęcią dokończenia studiów prawniczych. Inna wersja wydarzeń mówi o braku akceptacji bardzo defensywnego stylu gry reprezentacji. Na mundialu w 1994 roku Redondo był już najważniejszym ogniwem drużyny, jednak kontrowersje związane z pozytywnym wynikiem testu dopingowego Diego Maradony sprawiły, że cały zespół stracił chęć i motywację do gry, odpadając z turnieju po spotkaniu z Rumunami. Jak się okazało, był to ostatni czempionat globu, na którym mieliśmy przyjemność oglądać Redondo. Do Francji nie pojechał, gdyż – jak donoszą media – nie zgodził się na ścięcie swoich długich włosów. Jednak zdrowy rozsądek każe wierzyć trenerowi Passarelli, który przyznał, że odmowa Redondo wiązała się z faktem, że pomocnik nie chciał grać na boku boiska, widząc się tylko w jego centralnej części. Już po zakończeniu kariery Fernando wielokrotnie grywał w meczach charytatywnych i spotkaniach pożegnalnych swoich kolegów z boiska. Regularnie wybierany był do reprezentacji gwiazd światowego futbolu. Grywał z takimi zawodnikami, jak Ruud Gullit, Frank Rijkaard czy Franco Baresi. Mimo uzasadnionej niechęci do Pereza, Redondo zawsze deklarował się jako zagorzały madridista. Niedawno pojawiły się nawet informacje o możliwości objęcia przez niego funkcji dyrektora sportowego, jednak sam zainteresowany zdementował te plotki. Zapewne każdy zna kibicowski zwyczaj obwoływania futbolowych talentów mianem nowego Maradony/Pelego/Beckenbauera etc. Tak samo sprawy mają się z argentyńskimi defensywnymi pomocnikami. Każdy chce być, a jeśli jest wystarczająco dobry, to jest nowym Redondo. W ostatnim czasie najczęściej porównywanym piłkarzem jest Fernando Gago. Presję powiększa fakt, że Gago również grał w Realu Madryt. Obecnie staje się już jednak jasne, że drugiego Redondo z niego nie będzie. Na koniec przychodzi czas na charakterystykę gry naszego bohatera. Zacznijmy od jakże wymownej opinii byłego trenera Realu, Fabio Capello.

„Piłkarz taktycznie idealny” to dobry opis umiejętności Fernando. Od Argentyńczyka rozpoczynała się znakomita większość akcji „Królewskich”. Znakomita większość akcji rywali się na nim kończyła. Królestwem Redondo był środek pola, nie widział się i nie miał zamiaru grać w innych rejonach boiska. Miał on niesamowitą, bardzo rzadką umiejętność kontroli tempa i sposobu przeprowadzania akcji. Umiejętność, którą w dzisiejszym futbolu ma chyba tylko Xavi Hernandez a i tak potrzebuje do tego lepszego dnia. Fernando widział wszystko, piłkę rozprowadzał raczej krótkimi podaniami, często niespodziewanymi i wydawałoby się, że niewykonywalnymi. Dysponował świetną, nienaganną techniką, która przywodzi na myśl wyczyny „Boskiego Zizou”, zero niepotrzebnych ruchów, wszystko obliczone na skuteczność. Jak niemal wszyscy wielcy piłkarze „Los Blancos”, Fernando grał bardzo czysto, był boiskowym dżentelmenem, cieszył się szacunkiem piłkarzy i kibiców Realu, a trzeba pamiętać, że nie każdy w tamtym czasie potrafił wpasować się do składu „Los Merengues”. Na koniec warto zadać sobie pytanie, jak wyglądałaby gra Realu, gdyby sprowadzony w 2001 roku Zidane miał za plecami Redondo? Dwaj królowie środka pola w jednej ekipie…


11

Granice bezczelności:

6 czerwca 1970 r. FC Barcelona została ewidentnie skrzywdzona przez sędziego Gurucete w meczu z Realem Madryt. ,,Guruceta!”- skandują starsi kibice na Camp Nou podczas kontrowersyjnych decyzji arbitra, mając w pamięci wydarzenia z przed ponad 40 lat. W rewanżowym meczu ¼ Copa del Generalismo Barça grała na własnym boisku z Realem Madryt. W pierwszym spotkaniu arbiter uznał gola dla ,,Krolewskich” po kilkumetrowym spalonym(ostatecznie padł wynik 2:0) co jeszcze bardziej podgrzewało atmosferę przed rewanżem. Do sędziowania desygnowano młodego 28-letniego arbitra Emilio Carlosa Gurucetę. Przy stanie 1:0 dla Blaugrany sędzia odgwizdał rzut karny dla Realu mimo że faul nastąpił niemal 2 metry przed polem karnym. Na boisko z trybun poleciały poduszki a także inne przedmioty. Kapitan Barçy Eladio Silvestre został usunięty z boiska za słowa skierowane do Gurucety: ,, Jesteś madridistą, nie masz wstydu”. Dziesięć minut przed końcem kibice nie wytrzymali i wbiegli na boisko, gdzie w brutalny sposób spacyfikowała ich policja. FC Barcelona jako klub dostał maksymalną możliwą kare(90 tys. peset), natomiast sędziego zdyskwalifikowano na pół roku. W pierwszym sezonie Gurucety w La Liga aż cztery kluby zażądały aby nie prowadził spotkań z ich udziałem. W 1985 r. po 15 latach Guruceta ponownie poprowadził mecz Blaugrany(,,Nie chcę skończyć kariery zanim wrócę na Camp Nou”- mawiał Guruceta) w Trofeo de Palma ale tym razem nie podyktował karnego na Schusterze i na dodatek usunął Niemca z boiska. Co ciekawe, najlepsi arbitrzy La Liga otrzymują obecnie coroczne wyróżnienie imienia…..Gurucety! Ma to związek z tragiczną śmiercią słynnego arbitra w wypadku samochodowym w lutym 1987 r.


@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@DaPidejpi

0

O Panie! Wisełka przy Reymonta przegrywa z Puszczą 0:2? Taka legendarna firma począwszy od Józefa Szkolnikowskiego i Henryka Reymana, nie zasługuje na taki los...

0

No prosze i jeszcze ten Clement Lenglet- zakała rodziny, tzn. FC Barcelony!
Że też go ,,nasza" Barcunia jeszcze nie sprzedała? Kolejny darmozjad wiecznie będzie wypożyczany?

11

Feliz cumpleaños panie Albercie!

6 czerwca 1970 r. urodził się Albert Ferrer. Ten prawy obrońca zaczynał karierę w FC Barcelona B, lecz debiut w Primera Division zaliczył w ekipie Teneryfy, do której był wypożyczony w 1990 r. Po powrocie trafił do pierwszego składu Blaugrany i zadomowił się w nim aż na 8 lat, podczas których rozegrał 301 spotkań i strzelił 3 gole. Wraz z Dumą Katalonii pięciokrotnie został mistrzem Hiszpanii(1991, 1992, 1993, 1994, 1998), dwukrotnie zdobył Puchar Króla(1997, 1998) oraz cztery razy wywalczył Superpuchar Hiszpanii(1991, 1992, 1994, 1996). W sezonie 1991/1992 sięgnął po Puchar Europy; w finałowym meczu z Sampdorią zagrał w podstawowym składzie. Ponadto w 1997 roku zdobył Puchar Zdobywców Pucharów a w 1992 i 1997 wywalczył Superpuchar Europy. W 1998 r. odszedł do londyńskiej Chelsea, gdzie po pięciu sezonach zakończył karierę.



@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?