15

Związek Radziecki przechodzi do historii:

10 lipca 1960 r. ZSRR pokonuje po dogrywce Jugosławie 2:1(1:1;1:0) w finale pierwszych mistrzostw Europy(nazywanych jeszcze wówczas Pucharem Narodów Europy). Wyścig po złoto dwóch sportowych potęg ustroju socjalistycznego, niejednokrotnie ze sobą konkurujących. Paryski finał miał być rewanżem ,,Plavich” za porażke przed 4 laty w decydującym meczu podczas igrzysk olimpijskich w Melbourne 1956. Wówczas o jednego gola, strzelonego przez nieobecnego teraz Iljina, lepsi okazali się Rosjanie. Tym razem miało być inaczej a było podobnie. Śliska murawa nie predestynowała do przeprowadzania widowiskowych akcji. Pierwszego gola, tak jak w półfinale z Francją, strzelili Jugosłowianie. Ponownie wynik rywalizacji otworzył Milan Galič. Maslenkin w ostrym starciu z Jerkoviciem walczyli o piłke przy końcowej linii boiska. Gdy obaj stanęli, sądząc że futbolówka opuściła plac gry, ich niezdecydowanie wykorzystał Galič i pokonał Jaszyna. Gol do szatni nie zdeprymował jednak Rosjan. Tuż po przerwie rzucili się do odrabiania strat. Pięć minut po przerwie Bubkin oddaje mocny strzał na bramke przeciwników. Vidinič broni ale tak niefortunnie odbija piłke że ta pada łupem zawodników radzieckich. Metreweli z bliska dopełnia formalności. Wynik remisowy utrzymał się do końca spotkania. Angielski arbiter Ellis zarządził pierwszą w historii dogrywke. Rozstrzygające trafienie padło dopiero na 7 minut przed końcem całego widowiska. Meschi ograł na lewej flance Durkovicia, po czym dośrodkował w pole karne a tam najwyżej do piłki wyskoczył Poniedielnik i umieścił ją w bramce. To był koniec marzeń Jugosłowian o zwycięstwie a zarazem początek wielkiej fety piłkarzy radzieckich. Kapitan zespołu Igor Netto nie krył dumy i zadowolenia odbierając z rąk Pirre’a Delaunaya puchar imienia jego ojca. Coupe Henri Delaunay zasłużenie przypadł Rosjanom. Wschód wykazał wyższość nad Zachodem ale głównie dlatego że Niemcy i Brytyjczycy zlekceważyli kontynentalne rozgrywki.


@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@Arkon
@AssisMoreira

1

@Pawel13sz No nie pierwszy, bo grali tam już kilka razy. Ostatnim meczem, jaki FC Barcelona rozegrała na tym obiekcie było spotkanie w pierwszej rundzie Pucharze Zdobywców Pucharów z AEK Larnaca 12 września 1996 r. zakończone zwycięstwem Barçy 2:0 po dwóch golach Ronaldo.

12

@FCBparasiempre
10 lipca 1946 r. w Zabrzu urodził się Henryk Kasperczak, pomocnik. Dziś wszyscy znają strzelca decydującego gola w meczu z Anglią na Wembley, czyli Domarskiego. Wielu zapomina jednak o inicjatorze tej akcji- Henryku Kasperczaku albo przypomina go z racji sukcesów trenerskich. Tymczasem był to zdecydowanie jeden z najlepszych pomocników w dziejach polskiego futbolu. W meczu z Anglią zademonstrował właśnie swój największy atut, czyli znakomity odbiór piłki. W przeciwieństwie do wielu kolegów unikał jednak częstych zagrań do tyłu; wolał raczej inicjować akcje podaniem do przodu lub w ostateczności do boku. Inna jego słynna asysta miała miejsce już podczas MŚ w RFN. W starciu z Włochami, kończącym zmagania grupowe, Kasperczak wybiegł do dalekiego podania i kątem oka zobaczył Kazimierza Deyne. Jakby linijką odmierzone podanie wzdłuż linii pola karnego idealnie usiadło na nodze ,,Kaki” a ten z pierwszej piłki pokonał Dino Zoffa. ,,Znów proszę państwa Henryk Kasperczak na ustach całej polski”- wołał do mikrofonu rozentuzjazmowany Jan Ciszewski. Znów, bo w tym samym spotkaniu kilkaset sekund wcześniej popisał się znakomitym zagraniem na głowę Szarmacha, które ten zamienił na pierwszego gola. Spotkanie z wicemistrzami świata i Europy kończył więc z dwiema asystami. Jego kolega klubowy i reprezentacyjny Jan Domarski stwierdził po tym spotkaniu: ,,W tym dniu precyzją dogrywania piłek dorównał Gościniakowi”- porównując go do wybitnego rozgrywającego siatkarskiej reprezentacji. Bardzo dobrze wypadł też przeciwko RFN w słynnym ,,meczu na wodzie”. ,,W pamięci zapisał się nam Kasperczak, demonstrując arcymistrzowskie prowadzenie piłki, mimo zaciekłych ataków aż trójki obrońców”- komentowały ,,Nowiny Rzeszowskie”. W całym turnieju Kasperczak był podstawowym wyborem Kazimierza Górskiego. Walecznego, bojowo usposobionego zawodnika trzeba było jednak zmienić na początku drugiej połowy decydującego starcia z Brazylią o 3 miejsce na świecie. Zawodnik Stali Mielec aby zapobiec wyjściu na czystą pozycje Mirandinhy, popełnił faul taktyczny, łapiąc go za koszulke. Wtedy za takie przewinienie groziła maksymalnie żółta kartka. Sędzia bez wahania nałożył na niego właśnie taką kare. Selekcjoner postanowił jednak nie ryzykować i za zawodnika zagrożonego wykluczeniem wprowadził Ćmikiewicza. Takie przewinienia były rzadkie u tego zawodnika. Na polskich boiskach znany był właśnie z dżentelmeńskiej postawy. Podczas turnieju dziennikarzy nurtowało też, czy nie czuje się on pechowcem, grając(przypadkowo) z ,,trzynastką” na plecach. ,,Chyba nie, skoro trenerzy i koledzy uważają, że gram dobrze”- odparł niezrażony. Był jedną z najważniejszych postaci drużyny Górskiego, choć ,,Trener Tysiąclecia” dostrzegł go późno. W szeregach reprezentacji pojawił się dopiero w marcu 1973 r., gdy liczył już sobie prawie 27 lat. W kilka miesięcy przeobraził się jednak w lidera zespołu. ,, W linii środkowej oczywiście najlepiej grał Kasperczak. Piłkarz ten na przestrzeni roku zrobił duże postępy, stał się silnym punktem drużyny”- pisała prasa po spotkaniu towarzyskim z Węgrami przed wyjazdem na MŚ. Do dania mu szansy skłoniła selekcjonera znakomita postawa Kasperczaka we wspinającej się o mistrzostwo Stali Mielec. ,,Kasper” dyrygował drugą linią tej drużyny i szanse wykorzystał, choć rywali w walce o miejsce w kadrze miał arcytrudnych: Ćmikiewicza, Maszczyka czy Guta. Tak się złożyło iż pierwsze spotkanie po medalowym mundialu w lidze było starciem Stali z Legią. Prasa zapowiadało go jako rywalizację dwóch najlepszych linii środkowych w Polsce: Kasperczaka i Laty przeciwko Deynie, Gadosze oraz Ćmikiewiczowi. Zwycięsko wyszli z niego przedstawiciele Podkarpacia. ,,Trzeba nagrodzić gre trójki reprezentantów w składzie Stali: Lato, Kasperczyk i Domarski, która zdecydowanie rozstrzygnęła na swoją korzyść prestiżową rywalizacje z równie renomowanym tercetem gości: Deyna, Gadocha, Ćmikiewicz”- pisały ,,Nowiny Rzeszowskie”. Sam Kasperczak w tym starciu nie dość że wyłączył z gry przeciwników, to jeszcze ustalił wynik meczu strzałem z dystansu. Poza odbiorem to właśnie umiejętność precyzyjnych zagrań z dużej odległości była jego znakiem rozpoznawczym. W tamtym sezonie Kasperczak zdobył wicemistrzostwo Polski. Dwukrotnie zostawał z mielczanami mistrzem kraju. Do tego doszedł też brąz. Dziwnym trafem rodowity zabrzanin nigdy natomiast nie zagrał w klubie z rodzinnego miasta- Górniku. Ze Sparty Zabrze trafił do drugoligowej Stali Mielec. Stąd został ściągnięty przez Legie. Wojskowi jednak go nie docenili i pozostało mu terminowanie w rezerwach. Po powrocie do Mielca został jedną z gwiazd ligi. W 1976 r, zdobył nawet tytuł Piłkarza Roku ,,Pilki Nożnej”(jest jedynym piłkarzem w historii Stali Mielec z tą nagrodą) oraz katowickiego ,,Sportu”. Z reprezentacją poza 3 miejscem na MŚ, zdobyl także wicemistrzostwo oimpijskie w Montrealu. Jego bilans w drużynie narodowej wyniósł 61 meczów i 5 goli. Kariere reprezentacyjną zakończył po MŚ w Argentynie. Tam Jacek Gmoch wpadł na osobliwy pomysł i w decydującym starciu przeciwko Argentynie wystawił go na… środku obrony!, z którą nie miał prawie nic wspólnego. Dwa razy nie upilnował on Mario Kempesa, co sprawiło że Polska przegrała 0:2 i ostatecznie nie awansowała do strefy medalowej. Za to podczas tego mundialu powiększyła mu się rodzina. Jego żona urodziła wtedy syna. Po wyjeździe z Polski grał we Francji w FC Metz. Zrobił największą karierę trenerską z pośród swoich kolegów z drużyny Orłów Górskiego. Z dawnym klubem, gdzie występował jako piłkarz, zdobył Puchar Francji, z HSC Montpellier awansował do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, Wisłe Kraków doprowadził do 1/8 finału Pucharu UEFA, co stanowi największy sukces futbolu klubowego na arenie kontynentalnej w XXI wieku. Prowadził też reprezentacje afrykańskie: Wybrzeża Kości Słoniowej, Tunezji, Maroka i Senegalu. Zdobył srebro i brąz Pucharu Narodów Afryki. Trzykrotnie wywalczył mistrzostwo Polski, był też trenerem roku we Francji w plebiscycie France Football(1990) i Trenerem Roku w Polsce(2002). Jest również pierwszym Polakiem, który uczestniczył w MŚ zarówno jako piłkarz(1974 i 1978), jak i jako trener(1998 z Tunezją).

12

Wszystkiego najlepszego panie Heniu!

Wybitne legendy polskiego futbolu(opis w odpowiedzi na komentarz):


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

9

@FCBparasiempre
Uwaga! To jest utytułowany, lecz dla większości kibiców zapomniany wybitny stoper ale ja już dopilnuje żebyście wszyscy go poznali. Pewnie znacie niewielu piłkarzy, którzy trzy razy z rzędu sięgali po Puchar Europy. Do tego nielicznego grona należy Horst Blankenburg. Ale historia tego niemieckiego zawodnika może dzisiaj zdumiewać także z innego powodu. Choć w piłce klubowej wygrał niemal wszystko, co było możliwe do wygrania, to nigdy nie doczekał się choćby jednego powołania do krajowej reprezentacji! To wprost niebywała historia! Prawdziwy patriota z tego Horsta. W występach dla reprezentacji musiał przeszkodzić mu jego charakter. Jest to trochę przewrotne, bo przecież każdy wie, że Niemcy słyną z dyscypliny. Ale niepokorni piłkarze z „wielką gębą” się trafiali. Przecież pamiętamy doskonale Toniego Schumachera, Lothara Matthaeusa, Stefana Effenberga i innych. Oni jednak mieli szczęście, ponieważ w kadrze Niemiec występowali. Najczęściej z powodzeniem. Blankenburg występował na pozycji libero. Karierę rozpoczynał w Niemczech, ale jako piłkarz na dobre rozwinął się dopiero w Holandii. W swojej ojczyźnie albo kłócił się z trenerami albo przez długi czas dochodził do zdrowia po wypadku samochodowym. Znajdował się w kadrze FC Nürnmberg, kiedy ta drużyna zdobywała tytuł mistrzowski, ale nie zagrał wtedy w lidze ani jednego meczu. W Niemczech po prostu mu się nie układało. I tak już pozostało właściwie do końca kariery. W TSV 1860 Monachium miarka się przebrała. Klub spadł z Bundesligi, a Blankenburg popadł w konflikt z trenerem Hansem Tilkowskim. Niemiecki libero nie zamierzał siedzieć cicho i głośno krytykował błędne decyzje szkoleniowca. Jego buntownicza natura coraz częściej dawała o sobie znać. Rozstanie wydawało się nieuniknione. Na szczęście dla piłkarza, jak z nieba spłynęła znakomita oferta z Holandii. Blankenburg wspominał, że po meczu ligowym z VFR Mannheim, jakiś obcy człowiek poklepał go mocno po ramieniu. To był Bobby Harms, trener od przygotowania fizycznego Ajaksu Amsterdam. Okazało się, że holenderscy skauci obserwowali Niemca już od ponad pół roku. Wpadł im w oko w czasie zwycięskiego spotkania z Borussią Dortmund (3-0). Ajax poszukiwał zawodnika na pozycję libero, po tym jak chęć opuszczenia klubu zgłosił Velibor Vasović, który miał wtedy odejść do PSG, ale ostatecznie musiał zakończyć karierę z powodów zdrowotnych. Transfer do Ajaksu to była chyba najlepsza rzecz, jaka mogła wówczas spotkać Blankenburga. W Amsterdamie trwała budowa zespołu, który niedługo potem całkowicie zdominował futbol na Starym Kontynencie. W tym okresie trenerami tej drużyny byli Rinus Michels oraz Stefan Kovacs. Obaj szkoleniowcy stworzyli z Ajaksu prawdziwą maszynę do wygrywania. W składzie nie brakowało wybitnych zawodników, którzy na trwale zapisali się w historii futbolu i do dzisiaj pozostają w pamięci kibiców. Johan Cruyff, Johan Neeskens, Ruud Krol czy Arie Haan – to tylko kilka nazwisk autorów tamtych sukcesów. Holendrzy grali futbol totalny, nastawiony na ofensywę, z wysoko ustawioną linią obrony. Takie ustawienie bardzo odpowiadało Blankenburgowi, który jako libero był równocześnie pierwszym rozgrywającym zespołu. Niemiec pojął holenderską filozofię futbolu jak mało kto. Kierowana przez niego linia defensywy do perfekcji opanowała umiejętność łapania rywali w pułapki ofsajdowe. Ajax rządził na boisku niepodzielnie – zarówno z przodu, jak i z tyłu. Widowiskowa gra przełożyła się na liczbę trofeów w klubowej gablotce. Trzy Puchary Europy (pod rząd), dwa Superpuchary Europy, Puchar Interkontynentalny, dwa mistrzostwa Holandii oraz dwa Puchary Holandii – pasmo sukcesów tej drużyny na początku lat siedemdziesiątych XX wieku zdawało się nie mieć końca. Ajax nie miał sobie równych a Blankenburg na swojej pozycji należał do najlepszych zawodników na świecie! Lecz mimo to, Helmut Schön, ówczesny selekcjoner reprezentacji Niemiec, regularnie pomijał go przy powołaniach do drużyny narodowej. Jaki był tego powód? Z perspektywy czasu można wymienić co najmniej kilka przyczyn. Schön był bezgranicznie zakochany w Bundeslidze. Zawodnicy, którzy ją opuszczali, musieli liczyć się z tym, że o powołanie do jego kadry będzie znacznie trudniej. Selekcjoner doprowadził tę zasadę niemal do granic absurdu. Podobno ciężko obraził się na innego świetnego piłkarza – Guntera Netzera – kiedy ten zdecydował się na transfer do … Realu Madryt. W reprezentacji Niemiec na pozycji libero występował w tym okresie słynny Franz Beckenbauer. To na pewno również nie ułatwiło Blankenburgowi drogi do kadry.

Z takim zawodnikiem z tyłu Schön mógł przecież spać spokojnie. Choć są i tacy, którzy twierdzą, że Blankenburg bił na głowę nawet samego Beckenbauera. Mało tego, dowodem na tę odważną tezę ma być fantastyczne zwycięstwo Ajaxu nad Bayernem w ćwierćfinale Pucharu Europy w 1973 roku. Holenderska drużyna w pierwszym spotkaniu zagrała wtedy koncertowo i rozbiła Niemców 4-0! To był koszmar Seppa Maiera, Gerda Mullera i … samego Beckenbauera. Blankenburg miał osobistą satysfakcję, bo nikt nie miał wątpliwości, kto wypadł lepiej w pojedynku dwóch niemieckich libero. Ale nawet ten mecz nie przekonał Schöna. Właśnie wtedy zaczęto głośno mówić o konflikcie selekcjonera z Blankenburgiem. W 1973 roku libero Ajaksu został wybrany do symbolicznej drużyny składającej się z najlepszych europejskich piłkarzy. Co ciekawe, trenerem tej drużyny był… Helmut Schön. Podczas jednego z pokazowych meczów tego zespołu, Blankenburg miał usłyszeć od selekcjonera, że otrzyma szansę występu w narodowej reprezentacji. Tak się jednak nigdy nie stało. ,,Może byłem dla trenera niewygodny, bo zawsze mówiłem to co myślę. Nie ukrywam tego co siedzi w mojej głowie” – przyznał Blankenburg w jednym z wywiadów. Wiele wskazuje na to, że jego słowa są prawdziwe. Schön zawsze wpajał swoim zawodnikom, że musi cechować ich przede wszystkim pokora. Zresztą kilka lat później sam miał przyznać w rozmowie z dziennikarzem, że zwyczajnie nie lubił Blankenburga. Po wspaniałych pięciu latach w Ajaksie niemiecki libero powrócił do swojej ojczyzny. Choć z HSV wygrał jeszcze Puchar Zdobywców Pucharów i Puchar Niemiec, to jednak najlepsze lata miał już za sobą. Z czasem stał się zbyt słaby na Bundesligę i wyjechał do Szwajcarii, a później do Stanów Zjednoczonych. Karierę zakończył w niższej, regionalnej lidze niemieckiej w klubie – Hummelsbutteler SV. Niektórzy mówią, że Blankenburg czuł się bardziej Holendrem niż Niemcem. Przed Mundialem w 1974 roku Johan Cruyff miał nawet poprosić swojego kolegę, by wystąpił w zespole „pomarańczowych”. Jeśli tylko wyraziłby zgodę, formalności bardzo szybko zostałyby dopięte. Ale Blankenburg powiedział „nie”. Cały czas liczył po cichu na powołanie od Schöna… Nie uległ pokusie gry na Mistrzostwach Świata, choć tak naprawdę miał do tego pełne prawo. Holendrzy zawsze traktowali go jak swojego rodaka. Podobnie było też w 2000 roku, kiedy Blankenburg został zaproszony na uroczyste obchody stulecia Ajaksu. Świętowano z wielką pompą, oddając cześć najlepszym piłkarzom w historii klubu. ,,W Amsterdamie nigdy nie zapomnimy co zrobiłeś dla naszego klubu”– głosił transparent specjalnie przygotowany dla legendarnego niemieckiego zawodnika. Mało tego, w pobliżu starego stadionu Ajaksu znajduje się 11 mostów i każdy z nich został nazwany imieniem jednego z graczy, którzy w latach siedemdziesiątych dokonywali historycznych sukcesów. Nie brakuje tam też mostu Blankenburga. Dzisiaj bohater tej opowieści mieszka w Hamburgu. Podobno sporo czasu spędza na polu golfowym razem ze swoimi przyjaciółmi z boiska: Uwe Seelerem, Willym Schulzem i Manfredem Kaltzem. Choć jego kariera opływała w sukcesy, to podkreśla, że nie jest z niej w pełni zadowolony. Blankenburg należał jeszcze do tej grupy piłkarzy, dla których występ w koszulce narodowej reprezentacji znaczy więcej niż niejedno klubowe trofeum…

Któryś z użytkowników swego czasu przeprowadzał ranking najlepszych piłkarzy w historii futbolu na poszczególnych pozycjach i ewidentnie pominął Horsta Blankenburga(nawet w kandydaturze), co dla mnie jest niemal skandalem!


9

Panie i Panowie, entuzjaści futbolu, śpieszę przypomnieć iż dzisiaj swoje 76 urodziny obchodzi bodaj najlepszy środkowy obrońca w dziejach futbolu a mianowicie Horst Blankenburg. A któż to taki, zapytacie? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w odpowiedzi na mój komentarz.

@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

9

Argentina Campeon po raz 15-ty w historii!

Dokładnie 2 lata temu Argentyna triumfuje w Copa America, mistrzostwach Ameryki Południowej. W finale Lionel Messi i spółka pokonali ekipę Brazylii 1:0. Jedynego gola meczu zdobył w 22. minucie Angel Di Maria. Dla Lionela Messiego, jednego z najlepszych piłkarzy świata, to pierwsze w karierze trofeum zdobyte z reprezentacją Argentyny. Napastnik został uznany najlepszym zawodnikiem Copa America 2021, ponadto razem z Kolumbijczykiem Luisem Diazem sięgnął po tytuł króla strzelców imprezy: obaj zdobyli po cztery gole a Argentyńczyk zanotował dodatkowo pięć asyst. W finale Copa America Messi nie wpisał się jednak na listę strzelców. Jedyną(i zwycięską) bramkę meczu zdobył Angel Di Maria, który w 22. minucie otrzymał precyzyjne podanie od Rodrigo De Paula i przelobował bramkarza Edersona. W 88. minucie Messi miał szansę przypieczętować sukces, ale potknął się w sytuacji sam na sam z Edersonem, próbując minąć go dryblingiem. Kilka minut później słynny Argentyńczyk cieszył się z pierwszego trofeum zdobytego z drużyną narodową (nie licząc złotego medalu igrzysk w Pekinie w 2008 roku, wywalczonego z reprezentacją olimpijską). Poprzednie cztery finały wielkich turniejów z jego udziałem były dla "Albicelestes" przegrane: mistrzostwa świata 2014 oraz Copa America 2007, 2015 i 2016. Argentyńczycy sięgnęli po tytuł mistrzów Ameryki Południowej po raz piętnasty w historii, wyrównując rekord Urugwaju. Długo jednak czekali na nowe trofeum: poprzednio triumfowali w Copa America w 1993 roku. Broniący trofeum Brazylijczycy ponieśli natomiast pierwszą porażkę od trzech lat, gdy w ćwierćfinale mistrzostw świata w Rosji przegrali z Belgią 1:2. Po raz pierwszy również nie wygrali Copa America jako gospodarze a wystąpili w tej roli po raz szósty. Gwiazdor ekipy "Canarinhos" Neymar schodził z boiska ze łzami w oczach. W jego kolekcji wciąż nie ma trofeum Copa America. Składy historycznego triumfu:

Brazylia: Ederson – Danilo, Marquinhos, Thiago Silva, Renan Lodi (76. Emerson) – Casemiro, Fred (46. Roberto Firmino), Lucas Paqueta (76. Gabigol) – Richarlison, Neymar, Everton Cebolinha (63. Vinicius Junior).

Argentyna: Emanuel Martinez – Gonzalo Montiel, Cristian Romero (79. German Pezzella), Nicolas Otamendi, Marcos Acuna – Angel Di Maria (79. Exequiel Palacios), Rodrigo De Paul, Leandro Paredes (54. Guido Rodriguez), Giovani Lo Celso (63. Nicolas Tagliafico) – Lionel Messi, Lautaro Martinez (79. Nicolas Gonzalez).


@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@Arkon
@AssisMoreira

0

Mimo iż nie widzieliśmy jak gra Luis Suarez, to trzeba wiedzieć(z relacji żyjących jeszcze naocznych świadków) że był to piłkarz bardzo dobry, w tamtych czasach zdecydowanie najlepszy Hiszpański zawodnik przez okres kilku lat, co świadczy choćby zdobycie przez niego Złotej Piłki. W pamięci wszystkich cules pozostanie absolutnie jednym z najwybitniejszych postaci barcelonismo. Cześć i chwała legendom Barcy! Spoczywaj w pokoju legendo...

0

@LucasW123 Kim jest ten Romeu? Gdzie grał i jak grał?

2

@FCBparasiempre
Rzymianin reprezentował barwy West Hamu do 2003 roku. W ostatnim sezonie spędzonym przez niego na Upton Park, Młoty zleciały z Premier League. Cieżko jednak winić za taki stan rzeczy Paolo, który przez znaczną część kampanii był odsunięty od składu przez menadżera Glena Roadera. Po sezonie przeniósł się na rok do Charlton Athletic, z którym wykręcił siódme miejsce w lidze. Najlepsze dla The Addicks od 50 lat. W sierpniu 2004 roku postanowił wrócić do ukochanego Lazio. Chciał pomóc macierzystemu klubowi, który pogrążył się w kłopotach finansowych. Kilka lat spędzonych na Wyspach Brytyjskich pozwoliło mu zaistnieć i pozostać w świadomości kibiców na lata. ,,Ten kraj ożywił moją karierę. Wprowadził mnie w nowy rodzaj piłki nożnej. To był styl gry, który prawdopodobnie nosiłem w sobie przez całą piłkarską karierę. Serie A nie potrafiło go ze mnie wydobyć. We Włoszech czułem się inny. Tutaj mogę być sobą”- Tak mówił jeszcze w czasie pobytu w Anglii. Trudno mu nie przyznać racji. Premier League stanowiła wówczas azyl dla wszelkiej maści piłkarskich banitów, a on wspaniale się odnalazł jako aktor tego brawurowego show. W Lazio spędził po powrocie dwa sezony. Był ważną postacią zespołu, ale jego gra została przyćmiona przez pozaboiskowe wybryki. Przytoczony wcześniej salut, wykonany po spotkaniu z Romą to nie był jedyny taki występek byłego piłkarza West Hamu. Wyprostowana prawa ręka Di Canio była przez niego traktowana jak niewinna cieszynka. Prowokował w ten sposób jeszcze kilkukrotnie. Chociażby w meczach z Torino i Livorno, którego kibice słyną ze skrajnie lewicowych poglądów. Dla radykałów z trybun stał się idolem, dla klubowego zarządu zbędnym balastem. Właściciel biancocelestich, pan Claudio Lotitto postanowił zaoszczędzić sobie kolejnych skaz na wizerunku klubu i w 2006 roku zakończył tę kłopotliwą współpracę. Ostatecznie Paolo zakończył karierę dwa lata później, w międzyczasie kopiąc piłkę w trzecioligowym Cisco Roma. ,,Fascynuje mnie Mussolini. Myślę, że był głęboko niezrozumiałą jednostką. Oszukiwał ludzi. Jego czyny były często podłe ale wszystko to było motywowane wyższym celem. Był osobą opartą na zasadach.

Mimo to zwrócił się przeciwko swojemu poczuciu dobru i zła. Naraził na szwank swoją etykę”- Tak Di Canio pisał jeszcze w 2001 roku w swojej autobiografii. Kolejną pożywkę mediom dał w 2010 roku, kiedy wziął udział w pogrzebie Paolo Signorellego. Neofaszysty z ugrupowania Zbrojne Komórki Rewolucyjne, które było odpowiedzialne za zamach bombowy na dworzec w Bolonii, w którym życie straciło 85 osób. Rzesza ludzi pożegnała wówczas Signorellego, prezentując nad jego trumną rzymski salut.

CELA FAIT DES DÉCENNIES QUE CE CLUB EST GANGRENÉ PAR LE RACISME PRIMAIRE ENVERS UNE CULTURE DIFFÉRENTE..

PAOLO DI CANIO « CONNU POUR SES SYMPATHIES REVENDIQUÉES POUR LES IDÉES DE MUSSOLINI ET SES SALUTS FASCISTES ET NAZIS »

RAREMENT CONDAMNÉ C’EST AFFREUX #LAZIOOM #TEAMOM HTTPS://T.CO/RIE2GOPZAK PIC.TWITTER.COM/4FBXDBYBLJ — La Casa Del OM (@LaCasaDelOM) October 21, 2021

Pracę jako ekspert w telewizji Sky stracił za to przez zdjęcie, na którym widać było zdobiący jego ramię tatuaż. Uwiecznione na skórze słowo Dux to łaciński odpowiednik przydomka Benito Mussoliniego – Duce (wódz). ,,To wciąż było lato, dlatego nosiłem koszulkę polo. Robiliśmy wówczas krótkie video, i to zdjęcie było jego częścią. Gdybym ubrał wówczas garnitur, ta sprawa mogłaby nigdy nie wyniknąć. Takie życie. Co się stało? Moja duma została zraniona. Czułem się jak trędowaty. Ten tatuaż zrobiłem w Bolonii w 2000 roku. Grałem wtedy w Anglii, ale we Włoszech leczyłem kontuzję. Dla mnie Mussolini przedstawiał ideały odpowiedniego społeczeństwa, z zasadami, których każdy przestrzegał. Trzech moich braci głosowało na ugrupowania lewicowe. Phil Spencer mój angielski agent jest praktykującym żydem. Chodziłem nie raz do baru prowadzonego przez jego syna. Nie mam w sobie rasizmu”- Tak tłumaczył tamten incident.

Zanim Włoch zaczął pracować jako ekspert telewizyjny, marzył o karierze trenerskiej. Ukończył nawet w tym celu słynną szkołę Coverciano. Jako pierwsze, szansę zaprezentowania swojego talentu w roli menadżera, dało mu angielskie czwartoligowe Swindon Town. Tam pokazał się z niezłej strony, m.in. eliminując w FA Cup Wigan Athletic, grające wówczas w Premier League. Dzięki dobrym wynikom uzyskiwanym z ekipą The Robins pracę zaproponował mu Sunderland, również znajdujący się wówczas na najwyższym angielskim szczeblu rozgrywkowym. Jego zatrudnienie wzbudziło jednak niemałe kontrowersje. Oczywiście wszystko przez radykalne poglądy polityczne wychowanka Lazio. Ze stanowiska wiceprezesa Sunderlandu ustąpił David Miliband, który należał do Partii Pracy. Związek Zawodowy Górników postanowił natomiast symbolicznie zabrać ze Stadium of Light, które jest zbudowane na terenie byłej kopalni, swój sztandar jako akt sprzeciwu wobec nowego menadżera i jego niewygodnych poglądów. Rzymianin poprowadził Sunderland ostatecznie zaledwie w 13 meczach, zanim został zwolniony. Dużą cegiełkę dołożyli do tego podopieczni Włocha, którzy poskarżyli się zarządowi na nadmierne dokręcanie śruby przez menadżera. Więcej okazji do podjęcia pracy w roli szkoleniowca Di Canio nie otrzymał. Wiele wskazuje na to, że zła reputacja ciągnąca się za wychowankiem Lazio zamknęła mu wiele drzwi, a kluby nie chciały ryzykować zatrudnienia trenera z kłopotliwym życiorysem i poglądami. A co po latach sam Di Canio miał do powiedzenia na temat ideologii, którą się fascynował? ,,Czy w dalszym ciągu jestem faszystą? Nie jest tajemnicą, że zawsze mówiłem to, co myślę ale jeśli spytasz mnie o rasizm, antysemityzm czy popieranie Hitlera, to te rzeczy przyprawiają mnie o ciarki na plecach. Mogę zatem przyznać, że kiedyś byłem faszystą. Co się tyczy zaś Mussoliniego, miał kilka dobrych pomysłów, ale poparcie Hitlera doprowadziło do jego końca”. Di Canio nigdy nie było dane zagrać w narodowych barwach. Po raz kolejny trudno tutaj nie brać pod uwagę tego, że na przeszkodzie stanął trudny charakter Paolo. Gdy prezentował najwyższą formę, reprezentację Italii prowadził Giovanni Trapattoni, z którym Rzymianin pozostawał w konflikcie od czasu ich wspólnej pracy w Juventusie. Wcześniej Cesare Maldini ignorował przy powołaniach zawodników grających w Premier League, gdyż uważał, że Serie A zwyczajnie jest lepszą ligą. A czy piłkarskie CV Di Canio mogło wyglądać bardziej okazale? Oczywiście. Gdyby tylko włoski napastnik nie odrzucił oferty przejścia do Manchesteru United, którą otrzymał od sir Alexa Fergusona, kiedy znajdował się w najwyższej formie, grając dla West Hamu. Paolo twierdzi, że zrobił to, gdyż chciał być lojalny wobec klubu w którym mógł odbudować swoją karierę. Fergie w swojej autobiografii podaje bardziej prozaiczny powód – brak porozumienia w kwestii zarobków. Jaka jest prawda? Cóż, jaka by nie była, nie ulega wątpliwości, że chociaż możemy wymienić setki graczy, którzy byli lepsi pod względem umiejętności piłkarskich od Di Canio i mieli o wiele bardziej imponujące CV, to ilość wrażeń i niebanalnych historii, jakich dostarczał kibicom wychowanek Lazio, była tak olbrzymia, że moglibyśmy nią obdzielić tuzin graczy. A właśnie takich zawodników wspomina się latami!

9

@FCBparasiempre

Faszystowskie sympatie, pobicie arbitra, kłótnie z trenerami i kontrowersyjne wypowiedzi, ale także piękne gole, profesjonalne podejście do treningu i słynny gest fair play. Historia futbolu nie zna, wielu bardziej polaryzujących piłkarzy niż Paolo Di Canio. Przypomnijmy sobie wspólnie historię najlepszego Włocha, który nigdy nie przywdział reprezentacyjnego trykotu. I pomyśleć, że powyższy wstęp dotyczy chłopaka, który w dzieciństwie tak namiętnie obżerał się słodyczami, że koledzy z podwórka przezywali go kulą smalcu(palloca). Jeśli do tego dodamy fakt, że Paolo musiał nosić buty ortopedyczne i moczył w nocy łóżko, to nasze zdziwienie stanie się jeszcze większe. Traumatyczne doświadczenia z pierwszych lat życia Di Canio posłużyły jednak za proces, przypominający hartowanie stali. Młokos zacisnął zęby i wziął się za siebie. Wyszczuplał, nabrał tężyzny fizycznej i ukształtował tym samym swój niebanalny charakter. Często wybierał kręte ścieżki, krocząc pewnie przez życie. Bo jak inaczej nazwać kibicowanie Lazio, gdy mieszka się w dzielnicy zdominowanej przez fanów AS Romy? Zakazana miłość do Biancocelestich szybko przerodziła się w fanatyzm, okraszony dołączeniem do grupy kibicowskiej o nazwie Irriducibili. Najbardziej radykalnego odłamu stołecznych fanów. Wyjazdy na mecze, bójki i fascynacja ideologią faszystowską – która odcisnęła w przyszłości nieusuwalne piętno na jego karierze – stały się dla niego chlebem powszednim. Być może młody Paolo skończyłby jako członek rzymskiego półświatka, gdyby nie fakt, że tak samo jak kibicowskie życie kręciła go sama gra w piłkę. W dodatku jej kopanie wychodziło mu na tyle zgrabnie, że przebijał się przez kolejne szczeble kariery juniorskiej. Oczywiście w barwach ukochanego Lazio. W drużynie seniorów zagrał po raz pierwszy, mając 20 lat. Wówczas Biancocelesti tułali się po Serie B. Niebawem wrócili jednak na najwyższy szczebel rozgrywkowy, a Di Canio wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Gdy został bohaterem Stadio Olimpico, strzelając zwycięskiego gola w Derby della Capitale, zapowiadało się na to, że fani Lazio zyskali nowego, długoletniego idola, który wychowywał się wśród nich. Splot wielu niefortunnych wydarzeń sprawił jednak, że Paolo wkrótce opuścił rodzinny Rzym na długie lata. Pierwszym przystankiem w czasie włoskiej pielgrzymki Di Canio był Turyn. W ekipie Juventusu Paolo spędził trzy lata. Mając jednak za rywali do gry w pierwszym składzie takie tuzy piłkarstwa jak: Gianluca Vialli, Roberto Baggio czy Pierluigi Casiraghi, młody buntownik z Rzymu miał problem z tym, by na stałe przekonać do siebie trenerów. W dodatku szkoleniowcy starali się przekwalifikować go, a to na skrzydłowego, a to na podwieszonego napastnika, co nie sprzyjało jego stabilizacji w zespole. Przygodę Di Canio z Juve zakończyła kłótnia napastnika z Giovannim Trapattonim, w której czasie niemal doszło do rękoczynów. Trudny charakter rzymianina objawił się po raz kolejny, gdy ten dołączył do innego giganta Serie A. Poprzez Neapol i roczną grę w miejscowym Napoli, Paolo zawędrował do Mediolonu, by reprezentować barwy Rossonerich. W Milanie doszło do powtórki z rozrywki. Tym razem jednak Carlo Ancelotti i Di Canio musieli być rozdzielani przez resztę drużyny. Takie występki wychowanka Lazio spowodowały, że na stałe przylgnęła do niego łatka zawodnika o wybuchowym charakterze, trudnego do prowadzenia. W Italii nie mógł już liczyć na angaż w żadnym poważnym klubie. Rzymski banita musiał opuścić już nie tylko Wieczne Miasto, ale też cały półwysep Apeniński. Zbliżał się do trzydziestki i wydawało się, że świat piłki zapamięta go jedynie jako kłótliwy, niespełniony talent. Latem 1997 roku Di Canio parafował umowę z Celtikiem. Rok spędzony na Parkhead był dla niego pod względem piłkarskim bardzo udany. Zagrał w barwach The Bhoys 37 razy i zdołał ustrzelić 15 goli, a Stowarzyszenie Piłkarzy uznało go za zawodnika sezonu w lidze szkockiej. Niestety wraz z wysoką formą nie poszła w parze zmiana sfery mentalnej włoskiego buntownika. Inaczej mówiąc– Di Canio pozostał sobą.

W meczu z Hearts dostał czerwoną kartkę, gdy zaczął przepychać się z graczami rywala, chcąc zabrać piłkę na środek boiska po celnie wykonanym rzucie karnym. Natomiast w czasie Old Firm Derby spiął się z piłkarzem Rangersów Ianem Fergusonem tak, że po końcowym gwizdku arbitra koledzy z zespołu musieli go trzymać siłą, by nie narobił głupot. Mimo to Włoch i tak został wezwany do pokoju arbitrów, gdzie obejrzał drugą żółtą kartkę. Gdy w przerwie pomiędzy sezonami klubowi włodarze nie zgodzili się na żądanie Paolo, który domagał się podwyżki, wychowanek Lazio postanowił wytłumaczyć kolegom z zespołu i sztabowi szkoleniowemu, dlaczego od dekady nie potrafią zdetronizować Rangersów. ,,Wiecznie przegrywamy z Rangersami, bo jesteście gówniani! Dajecie gówniane podania i jesteście gównianymi piłkarzami. To wszystko jest gówno warte!” Te słowa musiały podziałać mobilizująco na resztę ekipy The Bhoys, gdyż rok później odzyskali mistrzowski tytuł. Oczywiście już bez Di Canio w składzie. Rzymianina zastąpiono Henrikiem Larssonem, który niebawem wyrósł na największą gwiazdę zespołu i idola trybun, w związku z czym po Włochu raczej nikt na Celtic Park nie płakał. Wychowanek Lazio postanowił pozostać w Wielkiej Brytanii. Zamienił jednak Szkocję na Anglię i podpisał kontrakt z Sheffield Wednesday. W barwach The Owls znów zaliczył dobry debiutancki sezon, strzelając 12 goli w rozgrywkach Premier League. A później? Wszystko po staremu. Protokół o kryptonimie- „rozkochać w sobie kibiców i zburzyć pomnik” – został odpalony po raz kolejny. Di Canio następną kampanię ligową również zaczął z przytupem, zdobywając trzy gole w sześciu pierwszych spotkaniach sezonu. Aż nadszedł feralny mecz z Arsenalem… Gdy w czasie spotkania doszło do scysji pomiędzy Patrickiem Vieirą i Wimem Jonkiem, pierwszy na odsiecz Holendrowi ruszył oczywiście Di Canio. Odepchnął Francuza, a chwilę później wziął się za łby z innym Kanonierem – Martinem Keownem. Gdy arbiter Paul Alcock ukarał obydwóch piłkarzy czerwonymi kartonikami, Paolo postanowił wyrazić swoje niezadowolenie z tej decyzji… odpychając sędziego i powodując jego upadek. Oczywiście tak idiotyczne zachowanie Włocha musiało się skończyć poważnymi konsekwencjami. 11-meczowa dyskwalifikacja i 10 tysięcy funtów kary to jedno. Działacze z Sheffield postanowili jednak, że Di Canio już więcej w barwach The Owls nie zagra. Paolo zostawił za sobą spaloną ziemię w kolejnym klubie i wydawało się, że już nikt więcej nie zaryzykuje zakontraktowania gracza, który bardziej niż regularne strzelanie goli, gwarantował permanentne kłopoty dyscyplinarne. I wtedy pojawił się Harry Redknapp. Cały na biało. A przynajmniej tak mógł go widzieć sam Di Canio, gdyż fani prowadzonego przez doświadczonego Anglika West Hamu, wymownie pukali się w czoło. Wszak menadżer Młotów wydał półtora miliona funtów na 31-letniego gościa, który zdawał się być tykającą bombą. Jak mawiał klasyk – a na co to komu? Sam Di Canio posypał głowę popiołem i przeprosił za ostatni incydent – Popełniłem duży błąd i przepraszam za to. West Ham dał mi szansę i jestem bardzo szczęśliwy – Te słowa włoski napastnik wypowiedział na pierwszej konferencji prasowej w nowym klubie. Redknapp dodawał – Wiem, że podpisując kontrakt z Di Canio wiele ryzykuję, ale on potrafi robić z piłką rzeczy, o których zwykli ludzie mogą tylko pomarzyć. Pomimo tego, że wychowanek Lazio nie byłby sobą, gdyby nie przysporzył nowemu menadżerowi masy problemów, to Redkanpp tej decyzji nigdy nie pożałował. Kultowa koszulka Młotów z reklamą Dr. Martensa i logiem firmy FILA, jako sponsora technicznego klubu oraz pełna pasji i determinacji, wiecznie wkurzona twarz Di Canio mogłyby służyć za symbol Premier League przełomu wieków. Szczególnie reklama wspomnianej, legendarnej firmy obuwniczej, produkującej popularne glany, tak ukochane przez subkulturę skinheads, dopełnia tutaj tę mieszankę wybuchową, gdy weźmiemy pod uwagę ciągotki ideologiczne buntownika z Rzymu. Wszystko to jednak nie miałoby znaczenia, gdyby włoski napastnik nie potrafił się odnaleźć na Upton Park. On jednak wykorzystał daną mu przez Redknappa szansę na maksa, stając się czołową postacią Premier League przełomu wieków. 16 ligowych goli strzelonych w 30 meczach. Pierwszy pełny sezon Paolo w barwach West Hamu był zarazem jego najlepszym w karierze. Wizytówką tamtej kampanii stał się przepiękny gol, strzelony przez Di Canio nożycami w meczu przeciwko Wimbledonowi. Bramka ta regularnie znajduje się w przeróżnych zestawieniach, klasyfikujących najpiękniejsze trafienia w historii ligi angielskiej.

Znany z ciągłego przysparzania kłopotów Włoch, pokazał w czasie pobytu w Londynie, że jeśli chce, to może pełnić także rolę wzoru dla młodych piłkarzy. Rzymianin zasuwał na treningach za dwóch i prowadził ascetyczny styl życia. Zdrowo się odżywiał, nie pił alkoholu i odbywał dodatkowe, indywidualne jednostki treningowe. Zarazem tego samego wymagał od innych kolegów z zespołu. Oczywiście żelazny reżim ćwiczeń niekoniecznie był wpisany w kodeks zasad starych angielskich boiskowych weteranów. ,,Hej, szefie! (pieklił się) K**wa! rozgrzewamy się, powinniśmy się rozciągać, a Neil Ruddock opowiada o ruchaniu i piciu zeszłej nocy. Czy to w porządku? Nie, to nie w porządku! a Johnny Moncur rechocze, zamiast się skupić na treningu. O co tu k**wa chodzi?”- Tak Harry Redknapp wspominał w swojej autobiografii jeden z pierwszych treningów Paolo na Upton Park i zniesmaczenie Włocha postawą swoich nowych kolegów. Możemy podejrzewać, że profesjonalizm, jakim Di Canio odznaczał się w czasie treningów, odcisnął piętno na grupie utalentowanych młodych graczy, którzy otaczali go wówczas w ekipie ze stolicy Anglii. Wśród nich byli Frank Lampard, Rio Ferdinand, Joe Cole i Michael Carrick. Postacie, które kilka lat później stanowiły filary reprezentacji Trzech Lwów. Oczywiście Paolo nie stał się aniołkiem i nadal potrafił dać upust swoim emocjom w stylu przywodzącym na myśl rozzłoszczonego byka. Jak wtedy, gdy zdemolował szatnię w przerwie meczu Pucharu Ligi, po tym, jak bramkarz Shaka Hislop zwrócił mu uwagę, że nie ustawił muru przy rzucie wolnym, po którym Młoty straciły gola. Najlepszym przykładem jego częstej huśtawki nastrojów był jednak mecz przeciwko Bradford, rozegrany w lutym 2000 roku. Wówczas to Di Canio sfrustrowany postawą sędziego – który jego zdaniem pozwalał na zbyt ostrą grę wobec niego – zasygnalizował w pewnym momencie Redknappowi, że chce, by menadżer ściągnął go z boiska, po czym usiadł obrażony za linią boczną. Bradford prowadziło wówczas 4-2, a w czasie szopki odstawianej przez Włocha, obiło dodatkowo słupek bramki The Hammers. W tym momencie sprawy w swoje ręce biorą kibice, zgromadzeni na Upton Park. Cały stadion na melodię piosenki “La donna è mobile”, zaczyna skandować imię i nazwisko swojego krnąbrnego idola. Di Canio wraca na boisko. Chwilę później Joe Cole jest faulowany w polu karnym, a arbiter w końcu wskazuje na jedenasty metr. Piłkę na wapnie chce ustawić Frank Lampard, ale włoski napastnik postanawia kolejny raz tego wieczora skraść show. Bezceremonialnie wyrywa piłkę z rąk młokosowi i samemu wymierza sprawiedliwość. Kilka minut później jest już remis po golu Cole’a. Siedem minut przed końce meczu Di Canio asystuje do Lamparda, a ten daje wygraną gospodarzom. Buntownik z Rzymu pisze kolejny niesamowity scenariusz. Zresztą jeśli wpiszecie w przeglądarkę internetową nazwisko Di Canio, wujek google wyświetli wam na dwóch pierwszych miejscach dwie skrajnie różne podpowiedzi. Dwie sytuacje, z których Di Canio zasłynął najbardziej, a które dobitnie pokazują z jak niejednoznaczną postacią mamy do czynienia. Pierwsza? Grudzień 2000 roku i mecz West Hamu z Evertonem. Di Canio dostaje dobre dośrodkowanie. Ma przed sobą pustą bramkę, ale zauważa, że bramkarz Paul Gerrard leży kontuzjowany poza polem karnym. Łapie piłkę w dłonie, nakazuje przerwać akcję i udzielić pomocy golkiperowi rywala. Dostaje za ten gest nagrodę Fifa Fair Play. Druga sytuacja? Chyba jeszcze bardziej znana, gdyż związana jest z tytułowym piętnem faszysty. Paolo zasłużył na nie kilkoma wydarzeniami, o których napiszę później, ale ta najbardziej znana miała miejsce w styczniu 2005 roku, już po powrocie napastnika do macierzystego Lazio. Di Canio znów strzelił gola w zwycięskich dla Biancocelestich Derbach Rzymu, ale nie to było tego wieczora najważniejsze. Już po spotkaniu świat obiegły zdjęcia Paolo, który świętował wygraną na murawie Stadio Olimpico, pozdrawiając trybunę najzagorzalszych fanów poprzez rzymski salut. Starzy znajomi z Irriducibili pogrążyli się w ekstazie. Reszta świata patrzyła na to zszokowana i zniesmaczona. Dwa wydarzenia, dwie różne postawy. Di Canio jako krzewiciel najpiękniejszych idei sportu. Di Canio w geście przywodzącym na myśl najczarniejsze rozdziały nowożytnej historii.

13

Wspominamy ,,nasze” żywe legendy:

9 lipca 2003 r. Duma Katalonii zaprezentowała nowego zakontraktowanego piłkarza, którym był Rafael Marquez. Urodzony w 1979 r. meksykański środkowy obrońca i defensywny pomocnik nie bez powodu otrzymał od rodaków pseudonim ,,Cesarz”. Kariere rozpoczął w Atlasie Guadalajara, lecz już w 1999 r. trafił do AS Monaco. Po 4 latach w Księstwie przeniósł się na Camp Nou. ,,Będę wzorował się na Puyolu” – przekonywał Meksykanin. Bardzo szybko został łącznikiem pomiędzy formacjami: defensywną i pomocy a z czasem idealnym partnerem Puyola, z którym stworzył zapore nie do przejścia w drodze po podwójną koronę w sezonie 2005/2006. Miał też swój wkład w grę drużyny ,,sześciu pucharów” z 2009 r., choć nie wystąpił w żadnym z finałów w tamtym roku. Spory wpływ na spadek jego formy miały kontuzje. W końcu w 2010 r. odszedł z Blaugrany do New York Red Bulls. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 242 mecze strzelając 13 goli, w tym także kilka z rzutów wolnych. W mojej subiektywnej opinii Rafael Marquez jest trzecim(po Puyolu i Pique) najlepszym defensorem Barçy XXI wieku.


@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

12

Debiut wybitnej legendy FC Barcelony:

9 lipca 1939 r. w towarzyskim spotkaniu z Deportivo Alaves, przegranym przez Barçe 2:4, zadebiutował legendarny, genialny napastnik Cesar Rodriguez, strzelając jednocześnie jednego z goli w tym debiucie.


@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@Arkon

9

Historia Klasyków:

7 lipca 1912 r. w Brazylii odbył się pierwszy piłkarski Klasyk Fla – Flu; Fluminense pokonało Flamengo 3:2. Był to mecz brutalny i pełen nagłych zwrotów akcji, które wielu kibiców o mały włos nie przyprawiły o zawał serca. Loża honorowa tonęła w kwiatach, owocach i piórach a zasiedli w niej najznamienitsi kawalerowie i damy. Po każdym golu panowie rzucali na boisko swoje słomiane kapelusze, panie upuszczały wachlarze i mdlały z powodu gorąca i zbyt ciasnych gorsetów. Drużyna Flamengo powstała na krótko przed tym pamiętnym meczem, w wyniku rozłamu, do jakiego doszło w klubie Fluminense. Rozstanie odbyło się w gorącej i wrogiej atmosferze. Szybko okazało się że ojciec powinien był w kołysce zadusić pyskatego syna ale było już na to za późno. Fluiminense wyhodowało na własnej piersi hydre, swoje przekleństwo. Od tamtej pory opuszczony ojciec i zbuntowany syn szczerze się nienawidzą. Każdy klasyk w wykonaniu tych dwóch zespołów jest kolejną bitwą w niekończącej się wojnie. Oba kluby kochają to samo miasto Rio de Janeiro – leniwe, grzeszne, które ospale daje się wielbić i czerpie rozrywkę z tego że nie ulega żadnemu z nich. Ojciec i syn walczą o kochanke prowadzącą z nimi własną gre. O nią się biją a ona pojawia się na kolejnych pojedynkach odświętnie wystrojona.


@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Arkon

10

Legendarny snajper FC Barcelony:

7 lipca 1935 r. znakomity kataloński napastnik Josep Escola strzelił w wygranym meczu FC Barcelony z Real Union Club de Irun(11:1) 9 goli! Był to ostatni towarzyski mecz sezonu 1934/35. Wartym podkreślenia jest fakt iż Escola strzelił wszystkie gole w zaledwie 60 minut. Escola był rewelacyjnym napastnikiem jednak pamiętajmy iż był to tylko mecz towarzyski.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

7

@FCBparasiempre
6 lipca 1991 r. rozpoczęła się 35-ta w historii edycja Copa America. Po raz kolejny gospodarzem imprezy było Chile. Tym razem były to pierwsze rozgrywki transmitowane przez satelitę na cały świat. Telewizyjny przekaz docierał także do Polski. Brazylijska firma Traffic wykupiła prawa do transmisji za 1,7 miliona dolarów. Turniej zorganizowano w kilku miastach. Uczestników podzielona na 2 grupy. W pierwszej zmierzyły się Argentyna, Chile, Paragwaj, Peru i Wenezuela; w drugiej Brazylia, Urugwaj, Kolumbia, Ekwador i Boliwia. Utrzymano też w mocy regulamin sprzed 2 lat, wedle którego po dwie najlepsze drużyny tworzyły pule finałową. Argentyna była zdecydowanym faworytem nie tylko pierwszej grupy ale i całych mistrzostw. Głodna sukcesu(ostatni raz tytuł zdobyła w roku… 1959!) przywiozła do Chile niezwykle silną, doskonale przygotowaną ekipe, którą trenował nowy trener Alfio Basile. Musiał on obyć się bez ,,boskiego” Diego, bowiem wiele zdawało się wówczas wskazywać iż kapryśny Diego na finałach MŚ’90 zakończył przygodę z wielką piłką. W bramce stał bohater sprzed roku, jeden z trzech ludzi, oprócz Maradony i Caniggi, którym dosyć bezbarwna Argentyna zawdzięczała wicemistrzostwo świata. To 27-letni Sergio Goycochea, niezrównany obrońca rzutów karnych, człowiek o sprężystości i refleksie pantery. Na środku obrony niczym latarnia morska trwał od lat godny następca Passarelli, kapitan drużyny Oscar Rugeri. W reprezentacji rozegrał 95 meczów, strzelając bodaj 7 goli. Zdobył mistrzostwo świata 1986 i wicemistrzostwo 1990 oraz Copa America 1991 i 1993. Niezwykle silna, wyrazista osobowość, mocny psychicznie, idealny kapitan i lider zespołu. Obrońca zdecydowany, twardy, sprawny, szybki i nieustannie wspierający atak. Wyżej od niego skakał tylko niezrównany Passarella. W życiu prywatnym cichy, skromny, bez reszty oddany rodzinie a na boisku jego wybuchowy temperament eksplodował niczym gejzer. W pomocy wybijał się zwłaszcza wysoki, jasny szatyn, 22-letni Dario Franco, pracowity, wydajny fizycznie, bardzo pożyteczny dla zespołu i skuteczny w destrukcji. Świetne warunki sprawiały że równie ochoczo włączał się do akcji zaczepnych a głową strzelał silnie i precyzyjnie. Zadania typowo ofensywne spełniał Diego Simeone. Ten utalentowany młodzian to syn Carmelo Simeone, w latach 50-tych i 60-tych doskonałego prawego obrońcy Velez, Boca i reprezentacji. Jednak młody Diego dziedzicząc w prostej linii futbolową tradycje, skalą zdolności chyba przerósł ojca. Znakomity technik i strzelec, zwrotny, szybki, momentami nadużywał dryblingu, zapominając o czekających na podanie partnerach. Kiedy zdołał poskromić wybujały egoizm, jego wielkie umiejętności grały na korzyść drużyny. To był typ piłkarza zdolny jedną niekonwencjonalną akcją przesądzić losy meczu. Dosyć nieoczekiwanie wielką rewelacją i odkryciem tego turnieju okazał się dokoptowany niemal w ostatniej chwili Leonardo Rodriguez. 20-letni chłopak miał jedną ceche na wage złota, otóż potrafił zmylić czujność obrońców, błyskawicznie przyspieszyć i w pełnym biegu posłać centre tak dokładną że obsłużonemu w ten sposób partnerowi wystarczyło przyłożyć do piłki noge lub głowe. Jego mierzone dośrodkowania bardzo często otwierały drogę do bramki. Rzecz jasna na tym nie kończyły się walory Rodrigeuza. Umiał mądrze rozegrać piłke w środku pola, zmienić rytm gry a uderzenie posiadał ,,wymowne”. Na chilijskich stadionach rozgrywał życiowe partie. W ataku Basile dysponował duetem, o jakim może tylko pomarzyć każdy trener. Atuty chyżonogiego Caniggi znane już były całemu światu. Teraz u jego boku pojawił się młodzian równie przystojny, o włosach niewiele krótszych a był nim Gabriel Batistuta. Harmonijnie zbudowany, bardzo sprawny i szybki, wszystkie dodatkowe zdolności podporządkował temu, co stanowi kwintesencje futbolu: zdobywanie goli. Technike strzału doprowadził do absolutnej perfekcji, bez różnicy czy uderzał lewą czy tez prawą nogą, z wolnego, karnego bądź też w pełnym biegu. Mocno trzymający się w ,,siodle” potrafił dopiąć swego, nawet mając na karku napierających na niego obrońców. Podczas turnieju Gabriel trafił z dyspozycją strzelecką w sam punkt i z 6 golami został goleadorem imprezy. Z takimi asami atutowymi trener Basile mógł sobie pozwolić na wszystko. W mniej ważnych meczach dowolnie eksperymentował ze składem. Albicelestes szli niepowstrzymanie od zwycięstwa do zwycięstwa. Grając na ,,ćwierć gwizdka” rozprawiła się 3:0 z Wenezuelą, w twardym boju pokonała 1:0 bardzo tym razem mocne Chile, rozgromiła Paragwaj 4:1 i w rezerwowym składzie nie dała szans Peru(3:2). O drugie premiowane miejsce gospodarze zmagali się z Paragwajem, prowadzonym przez znakomitego ongiś piłkarza, zdobywcę Copa America w 1979, Carlosa Kiee. Teoretycznie zgromadził on całkiem niezłych zawodników na czele z legendarnym Jose Luisem Chilavertem. Mimo to zgranie zespołu szwankowało, obrona interweniowało nerwowo, no i kondycyjnie ,,Guarani” nie wytrzymali trudów imprezy. Wysoka porażka z Chile(0:4) wyrzuciła ich za burte. Jeszcze słabiej zaprezentowało się Peru, grające futbol jak zwykle miły dla oka ale mało zdecydowany a zwłaszcza w obronie niefrasobliwy. Gospodarze turnieju ulegli tylko rewelacyjnej Argentynie, pokonując pozostałych przeciwników. Grali ostro, z ogromną determinacją ale też pokazali naprawdę dobrą, widowiskowa piłke. W ataku szalał postrach wszystkich obrońców na obu kontynentach Ivan Zamorano. Ten napastnik zasmakował już występów w Copa America 1987 ale był wówczas tylko skromnym rezerwowym. Rozgrywka w drugiej grupie była bardziej emocjonująca i obfitowała w nie lada dramaty. Wydawało się że obrońca tytułu Brazylia, poradzi sobie łatwo, lecz ekipie Roberto Falcão szło jak po grudzie. Ledwo wymęczyła zwycięstwo z odważną Boliwią, z najwyższym trudem zremisowała z zawsze niewygodnym Urugwajem i gładko(0:2) przegrała z Kolumbią, ku zdumieniu obserwatorów ustępując jej także pod względem techniki. Do nie dawna było to w ogóle nie do pomyślenia! I oto jej losy zawisły na włosku. Dopiero desperacka szarża z kompletnie wyzbytym respektu Ekwadorem zapewniła Brazylijczykom awans. Nie pokazali oni niczego nadzwyczajnego. Komuś, kto przyglądał się szarpaninie, w jaką wikłali się Taffarel, Branco, Mazinho, Marcio Santos, Mauro Silva czy rai, do głowy by nie przyszło iż widzi w akcji przyszłych mistrzów świata. No może najwyżej Mauro Silva pokazał przebłyski wielkiego talentu. Lansowany na ,,drugiego Falcão” Neto zawiódł na całej linii. W ataku najgroźniejszy był grubonogi João Paulo, puszczający się w samotne długie rajdy. Jego pięknie zapowiadającą się karierę we włoskim Bari przekreśliło złamanie nogi. Do ostatniej chwili Brazylii zagrażał Urugwaj, chociaż ten niczym nadzwyczajnym nie zachwycił. Z kolei Kolumbie prowadził tym razem nie trener Maturana, lecz Luis Garcia. Miał wszelako ułatwione zadanie bowiem ,,odziedziczył” aż 10 zawodników występujących w Copa America przed dwoma laty. U boku Higuity, perei, Escobara, Alvareza, Valderramy i de avili pojawili się właściwie dwaj nowi nader obiecujący zawodnicy. Czarnoskóry Freddy Rincon oraz młodziutki, ledwie 19-letni Ivan Valenciano. Ma się rozumieć iż gra Kolumbijczyków obracała się wokół alfy i omegi zespołu, czyli Carlosa Valderramy, rozdzielającego piłki z matematyczną dokładnością. Wpadka z Urugwajem nie zmieniała faktu że to właśnie Kolumbia była najlepszym teamem rugiej grupy i ona też, wraz z Brazylią przeszła do puli finałowej dzięki korzystniejszej różnicy bramkowej, bowiem wszystkie 3 drużyny zebrały po 5 punktów. Jeszcze słowo należy się ambitnym jedenastkom Ekwadoru i Boliwii, grającym naprawdę lepszy futbol niż wskazywałyby na to miejsca w ostatecznej punktacji. Twarda Boliwia tyle wysiłku włożyła w zaszczytne remisy z Urugwajem i Kolumbią że świeższy na finiszu Ekwador rozłożył ją 4:0. Tak oto uformowała się finałowa czwórka: Argentyna, Brazylia, Chile i Kolumbia. Teraz już każdy musiał grać z każdym. Widownie Estadio Nacional rozgrzał szczególnie pasjonujący mecz dwóch kolosów- trzykrotnego mistrza świata z dwukrotnym. Bohaterem tego dramatycznego spotkania był skromny Dario Franco. Dwukrotnie po idealnych centrach Rodrigueza skakał wyżej od Ricardo czy Santosa i dwukrotnie piłka lądowała obok bezradnego Taffarela. Wprawdzie Branco w typowy dla siebie sposób huknął z rzutu wolnego z odległości ponad 35 metrów ale przypomniał o sobie najlepszy snajper turnieju Batistuta i było 3:1. João Paulo tylko zmniejszył rozmiary porażki(3:2). Brazylia przegrała po zażartej walce; sędzia z Paragwaju wyrzucił z boiska Caniggie i Enrique oraz Mazinho, Marcio Santosa i Carece! Ale wreszcie zagrała w stylu chociaż cokolwiek przypominającym dawnych ,,Canarinhos’ i to był pozytywny przełom, chociaż przyszedł trochę zbyt późno. Podopieczni Falcão złapali drugi oddech i bez nadmiernych problemów uporali się zarówno z Chile, jak i z Kolumbią. Rozkręcili się Branco, Luis Enrique i niezwykle dynamiczny obrońca Cafu, zaś Renato Gaucho z Botafogo zamaszystymi zwodami wprost ośmieszał obrońców przeciwnika. Jednak argentyńska maszyna też nie zwalniała obrotów. Minimalnie tylko zacieła się w bezbramkowym meczu z gospodarzami, którzy dosłownie gryźli trawe Estadio Nacional, co zresztą przypłacili ogromnym ubytkiem sił ale już z Kolumbią ,,Albicelestes” udowodnili że nie mają godnych siebie rywali. Podczas rzęsistego deszczu, na grząskiej rozmytej murawie, taplając się w wodzie i błocie, pokazali futbol piękny i skuteczny. Kolumbijczycy nie chcieli pozostać dłużni. I oto na koniec imprezy, obie drużyny zafundowały 50-tysięcznej publiczności oraz milionom telewidzów wspaniałe widowisko. Valderrama popisywał się techniką zgoła baśniową; odebranie mu piłki graniczyło z nieprawdopodobieństwem. Szczwany lis Basile zalecił więc swoim graczom przemyślana taktykę. Kolumbijskiemu wodzirejowi pozostawiono ograniczoną swobode, obstawiając za to jego partnerów i przechwytując kierowane do nich podania. ,,Żółto-niebiescy” grali elegancki, estetyczny futbol, co skłoniło któregoś z obserwatorów do uwagi: ,,Tak właśnie grali Brazylijczycy ale to było 30 lat temu…”. Argentyńczycy paradoksalnie rzadziej utrzymywali się przy piłce, lecz nigdy nie stracili kontroli nad sytuacją. W razie potrzeby przyspieszali i błyskawiczna wymiana podań, jeden przerzut do Caniggi czy Batistuty momentalnie stwarzały zagrożenie pod bramka Higuity. Zderzyły się dwa style: subtelny, miękki, lekko archaiczny i pragmatyczny, nowoczesny, choć też nie pozbawiony nieco surowej urody. 2:1 dla Argentyny nie pozostawiało złudzeń, ,,co jest grane” we współczesnym futbolu. Team Basilego zademonstrował taką klase że komentatorzy szeptali o narodzinach wielkiego zespołu, który właśnie wyruszył na podbój świata i któremu, podobnie jak w 1978 i 1986, nikt nie stawi czoła. Tak więc Argentyna o jeden punkt nad Brazylią triumfuje po raz 13-sty w historii Copa America.




7

Argentina! Argentina Campeones!(czytajcie kochani w odpowiedzi na mój komentarz):

@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

1

@FcPortoFan1999 No, gratuluje poczucia humoru. Na dzień dzisiejszy naszą reprezentacje należałoby wysłać na białe niedźwiedzie...

13

Pierwszy triumf nad Canarinhos:

Polska pokonała na mistrzostwach świata Brazylie 1:0! 6 lipca 1974 reprezentacje Polski i Brazylii wybiegły na Olympiastadion (Stadion Olimpijski) w Monachium, gdzie na oczach ponad 70 tysięcy widzów miały zagrać o honorowe, trzecie miejsce w turnieju. Polacy przystępowali do tego spotkania kilka dni po przegranym 0:1 meczu z RFN, który ze względu na fatalne warunki atmosferyczne przeszedł do historii jako “Mecz na wodzie”. Eksperci długo zastanawiali się jeszcze po tym spotkaniu jaki mógłby być rezultat, gdyby mecz odbył się w normalnych warunkach, bowiem Polaków jako rewelację turnieju uznawano za jedną z nielicznych drużyn, które były w stanie pokonać reprezentację RFN. Stało się jednak inaczej, lecz nasi reprezentanci wciąż walczyli o historyczny i wyjątkowy sukces. Spotkanie z Brazylią odbywało się w godzinach popołudniowych i w skrajnym upale. Uczestnicy tamtego meczu wspominają, że warunki były iście tropikalne a temperatura znacznie przekraczała 30 stopni Celsjusza. Brazylijczycy przystępowali do spotkania mimo wszystko w roli faworytów i liczyli na stosunkowo szybkie rozprawienie się z reprezentacją Polski, lecz ta mimo trudów turnieju oraz panującego upału, stawiała przeciwnikowi twarde warunki, zwłaszcza w środkowej strefie boiska. Efekt był taki, że mimo optycznej przewagi “Canarinhos”, w trakcie pierwszej połowy spotkania obie drużyny stwarzały sobie porównywalnie groźne sytuacje, lecz nie zbliżyły się specjalnie do otworzenia wyniku. Groźniejsze sytuacje przyniosła druga połowa, w której do głosu coraz bardziej dochodzili Brazylijczycy, lecz w bramce doskonale spisywał się Jan Tomaszewski, broniąc choćby groźne uderzenie Valdomiro, po tym jak ten urwał się prawym skrzydłem i uderzał niebezpiecznie z ostrego kąta. W 71 minucie spotkania Henryk Kasperczak musiał ratować się faulem taktycznym, długo przytrzymując próbującego urwać się na naszą bramkę Mirandinhę. Za to przewinienie otrzymał żółtą kartkę, a trener Górski obawiając się wykluczenia swojego podopiecznego z boiska szybko dokonał zmiany. Kilka minut później wydarzyła się najważniejsza sytuacja tego spotkania, gdy Zygmunt Maszczyk przejął piłkę i doskonałym podaniem uruchomił Grzegorza Lato. Ten ruszył z własnej połowy i nie decydując się na uruchomienie łapanego przez brazylijską defensywę na spalonego Zdzisława Kapki, sam wypuścił sobie piłkę na dobieg i ubiegł obrońcę, umieszczając futbolówkę w siatce strzałem po długim słupku, obok bezradnego Leao. W kolejnych minutach Polacy dbali o defensywę i kontrowali, lecz Lato przegrał dwie kolejne sytuacje sam na sam z brazylijskim golkiperem. Ostatecznie Polska wygrała tamto spotkanie 1:0 i została trzecią drużyną świata, zdobywając za ten triumf srebrne medale, bowiem dla wicemistrzów świata przypadały wtedy medale pozłacane.


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

9

Wotum nieufności wobec Laporty:

6 lipca 2008 r. odbyło się referendum dotyczące odwołania Joana Laporty. Jego inicjatorem był Oriol Giralt, jeden z socio klubu. 60,6 % socios było za dymisja Laporty ale wniosek o wotum nieufności musiał przejść większością 2/3 głosów i tym samym upadł. Laporta zdecydował się na pozostanie w klubie. W 1998 r. obecny prezydent znajdował się po drugiej stronie barykady i pragnął odwołać ówczesne władze. ,,Nuñez powinien zrezygnować w imie demokracji”- mówił wówczas Laporta, gdy wniosku nie poparła wymagana większość socios.


@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@Arkon

7

Wybitne legendy Dumy Katalonii:

6 lipca 1920 r. w Leon urodził się genialny napastnik Cesar Rodriguez Alvarez. Piłkarz momentami niedoceniany ale z ogromnym talentem i z pewnością jeden z najlepszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek występowali w FC Barcelonie. Cesar w barwach Blaugrany zaliczył 433 występy, strzelając 294 gole. W samej tylko La Liga Cesar uzbierał 190 goli, co jest drugim wynikiem w historii Blaugrany po Lionelu Messim. W roku 1939 Cesar Rodriguez przeszedł z małego klubiku Frente Leon do wielkiej FC Barcelony, by tam podwyższać swe umiejętności. W chwili przekroczenia budynków klubowych, młody Hiszpan z pewnością nie zdawał sobie sprawy że to właśnie tutaj spędzi najlepsze chwile życia. Jego debiut w drużynie nieco się opóźnił, za sprawą obowiązków wobec armii. Mimo że oficjalnie był zawodnikiem Barçy, grał na wypożyczeniu w Granada CF, gdzie w 1941 pomógł małemu klubowi w awansie do Primera Division a rok później oficjalnie zadebiutował w La Liga w barwach FCB. Już w trakcie pierwszego sezonu młodzian pokazał się z bardzo dobrej strony. W meczu z CD Castellon(7:3) udało mu się aż 6-krotnie(!) pokonać bramkarza rywali. Ostatecznie zakończył ligowe zmagania na drugiej pozycji w tabeli strzelców La Liga a jego najlepszy okres właśnie nadchodził… Po powrocie w 1942 r., Cesar musiał czekać aż 3 lata aby zatriumfować z Blaugraną w Primera Division. Dopiero rok 1945 dał jemu i drużynie upragnione mistrzostwo. Rok później doprowadził katalońską jedenastke do finału Copa del Generalismo, w którym strzelił 2 gole Realowi Sociedad, dając swojej ekipie ostateczne zwycięstwo. Kolejny sezon był przełomowy; właśnie wtedy, wraz z Basorą, Kubalą, Manchonem i Moreno, stworzył zabójczą linie ataku, która zapewniła klubowi aż 5(!) tytułów w ciągu zaledwie jednego sezonu 1951/52. Mimo tak doborowego towarzystwa, Cesar nadal świecił własnym blaskiem, strzelając gola w doliczonym czasie finału Copa del Generalismo z Valencią, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:2 dla Katalończyków. Udało mu się także zdobyć jedynego gola w finale z OGG Nice w Copa Latina.

Niestety, wszystko co piękne szybko się kończy. Cesar musiał w końcu opuścić Dume Katalonii, gdyż nikt nie mógł mu tam zapewnić miejsca w podstawowym składzie a taki snajper nie może przecież przesiadywać na ławce rezerwowych. Po dwóch drobnych epizodach w mało znaczących klubikach, przeszedł do Elche CF i tam również osiągał sukcesy. Najpierw jako gracz a później jako grający trener poprowadził swój zespół z 4 ligi aż do samej Primera Division! Spędził tam jeszcze sezon prowadząc już jako normalny trener, lecz nie zawojował La Ligi. W ciągu 7 lat Cesarowi udało się zaliczyć niezbyt imponującą ilość występów w reprezentacji Hiszpanii. Między 1945 a 1952 rokiem 12 razy wystąpił w kadrze ,,La Roja”. Należy jednak pamiętać iż w tamtych czasach reprezentacje europejskie nie rozgrywały tylu meczów co dzisiaj. Jednak za to Rodriguez może się pochwalić powołaniem na mistrzostwa świata rozgrywane w Brazylii w 1950 r. Po pierwszych doświadczeniach w roli trenera, Cesar przejął zespół Realu Saragossa i ponownie osiągnął wspaniałe rezultaty, jak na możliwości klubu. W dwóch kolejnych sezonach był odpowiednio czwarty i piąty. Udało mu się także dojść do finału Copa del Generalismo, gdzie został pokonany przez swoją ukochaną Barçe. Niezłe wyniki i styl, w jakim grała Saragossa zwróciły uwagę działaczy Katalończyków na Cesara. W krótkim czasie powierzono mu drużynę, w której odniósł wiele sukcesów, lecz tym razem nie poszło mu tak dobrze i po 85 meczach dano mu do zrozumienia iż powinien odejść. Cesar Rodriguez jako piłkarz zdobył z Blaugraną 5 mistrzostw Hiszpanii, raz udało mu się zgarnąć nagrodę ,,Pichichi”(w 1949, 28 goli), dwukrotnie wygrał Copa del Generalismo oraz triumfował w wielu mniej prestiżowych turniejach. Z pewnością można o nim powiedzieć że był człowiekiem sukcesu i pozostanie w pamięci cules jako jeden z najwybitniejszych napastników Dumy Katalonii.



@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

2

@FCBparasiempre

Starzejący się Włoch zdołał jednak jeszcze skraść show młodszym kolegom, gdy pokonał bramkarza Norwich City przepięknym uderzeniem piętą po wrzutce z rzutu rożnego. Zachwycony Ranieri tak skomentował tamtego gola: ,,Gianfranco próbuje różnych rzeczy, ponieważ jest czarodziejem, a czarodziej musi próbować”. Gdy wydawało się, że Zola stanie się dla The Blues kulą u nogi, w swoim ostatnim sezonie w niebieskich barwach przeżył prawdziwy renesans formy. We wszystkich rozgrywkach zdobył aż szesnaście goli (najwięcej w historii swoich występów na Stamford Bridge), został najlepszym strzelcem drużyny i jej ponownie zająć czwartą lokatę w Premier League. Swoje ostatnie trafienie dla angielskiego klubu zaliczył w wielkanocny poniedziałek w 2003 roku, gdy w swoim stylu efektownie przelobował bramkarza Evertonu. Trzydzieści siedem lat na karku nie przeszkodziło mu w przedryblowaniu czterech zawodników Liverpoolu podczas swojego ostatniego występu dla Chelsea – po końcowym gwizdku zebrał owację na stojąco od kibiców obu zespołów. Choć klub nigdy oficjalnie nie zastrzegł numeru dwadzieścia pięć, to żaden piłkarz nie odważył się go założyć po włoskim magiku. Na zakończenie kariery postanowił wrócić do kraju swojego pochodzenia. Zola odszedł z Londynu na swoich zasadach. ,,Jeżeli mam wskazać kogoś, kto najbardziej mnie zainspirował, to byłby to Gianfranco Zola. Przyszedłem do Chelsea jako cichy i nieśmiały chłopak. Zola wziął mnie pod swoje skrzydła. Miał trzydzieści pięć lat i renomę światowej klasy piłkarza, a ja byłem zafascynowany tym, jak trenował, jak ćwiczył te swoje rzuty wolne i jak schodził z treningu jako ostatni. Był dżentelmenem, zarówno na boisku, jak i poza nim, a ja myślałem sobie, że chciałbym być taki jak on, jeżeli kiedykolwiek uda mi się zbliżyć do takiego poziomu”– Frank Lampard. Powrócił na Sardynię, aby swoimi umiejętnościami wspomóc Cagliari, które występowało wówczas w Serie B. Gianfranco zdawał się być jak wino – im starszy, tym lepszy. Jego czternaście ligowych trafień pozwoliło klubowi awansować do Serie A. Włoski napastnik postanowił tym samym przedłużyć kontrakt i rozegrać w najwyższej klasie rozgrywkowej swój ostatni sezon w karierze. Z kibicami Cagliari pożegnał się w równie efektownym stylu, co z fanami Chelsea – jego zespół co prawda poległ w starciu z Juventusem, ale on sam na otarcie łez zdobył w nim dwa gole. Kilka tygodni po tym pojedynku zawiesił buty na kołku. Do dziś zajmuje szóste miejsce w klasyfikacji zawodników, którzy zdobyli najwięcej bramek z rzutów wolnych w historii Serie A – był autorem aż dwudziestu takich trafień. Zola w 2003 roku został wybrany przez sympatyków The Blues na najlepszego piłkarza w historii klubu. W całej Anglii jest jednym z symboli wielkich przemian, jakie Premier League przeszła w latach 90. Uwielbiał go Maradona, a wielu innych znakomitych graczy nie szczędziło mu słów pochwały. Mimo to, nigdy nie zaistniał na dobre w reprezentacji Włoch. Zadebiutował mając dwadzieścia pięć lat, w starciu z 1991 roku przeciwko Norwegii. Znalazł się w kadrze Italii na mundial 1994 i wszedł na boisko w trakcie meczu z Nigerią, ale został wyrzucony z boiska po zaledwie dwunastu minutach. Włosi na tamtym turnieju doszli do finału, gdzie po rzutach karnych ulegli Brazylii. Zola jednak nie pojawił się już na murawie po powrocie z zawieszenia. Na mistrzostwach Europy dwa lata później rozegrał wszystkie trzy spotkania grupowe i zaliczył asystę w pierwszym z nich, ale niestety w ostatnim przestrzelił rzut karny, przez co Italia nie przeszła do kolejnej rundy. Jego ostatnim meczem w kadrze było starcie z Anglikami w 1997 roku. Zrezygnował z dalszej gry, kiedy Cesare Maldini postanowił nie powoływać go na mecze eliminacyjne do Mistrzostw Świata 1998. Trzydzieści pięć meczów i dziesięć goli to zdecydowanie zbyt słabe statystyki, jak na gracza takiego formatu. Wydaje się, że w kraju, który wychował tylu znakomitych ofensywnych zawodników, Gianfranco Zola nie ma aż takiego statusu, na jaki zasługuje. Dla Premier League, a zwłaszcza dla Chelsea, jest postacią kultową, kimś, kto wprowadził ten klub, i całą ligę zresztą, w nowy piłkarski wiek. Trudno spodziewać się, by jakiś włoski piłkarz był w stanie przebić jego legendę na Wyspach Brytyjskich. ,,Dałem fanom Chelsea to, czego chcieli, dałem im marzenie. Oni z kolei również dali mi to, o czym marzyłem”.

10

@FCBparasiempre

,,Napoli nie musi szukać nikogo, kto miałby mnie zastąpić. Mają przecież Zolę!”– powiedział na odchodne Diego Armando Maradona, gdy pakował ostatnią walizkę przed odejściem ze stolicy Kampanii. Czy można jakiemuś zawodnikowi wystawić lepszą laurkę? Słowa warto popierać czynami a Gianfranco Zola nie miał problemów z przemawianiem na boisku, był bowiem prawdziwym piłkarskim czarodziejem. To nie mógł być przypadek, że Zola urodził się w roku 1966 – roku, w którym Anglicy, dumni ojcowie gry znanej jako piłka nożna, zdobyli swoje pierwsze – i jak dotąd – jedyne mistrzostwo świata. Gianfranco przyszedł na świat 5 lipca, niemal w przededniu rozpoczęcia się mundialu na brytyjskiej ziemi, niecały miesiąc przed historycznym finałem. Nikt raczej nie przypuszczał wówczas, że jego los skrzyżuje go z angielskim futbolem jeszcze trzydzieści lat później. Urodził się w Olienie, malutkiej miejscowości na Sardynii. Pierwszy profesjonalny kontrakt, mając osiemnaście lat, podpisał z klubem Nuorese. Niedługo po tym przeniósł się do S.E.F Torres 1903, drużyny mającej swoją siedzibę w Sassari, mieście znanym z posiadania pokaźnej kolekcji sztuki. Miejscowi na pewno byli pod wrażeniem piłkarskiego rzemiosła, jakie co tydzień, przez trzy lata, w barwach ich zespołu prezentował młody Zola. Przygoda Gianfranco z futbolem nie jest kolejną historią z tych, w której główny bohater od początku zachwycał i wszyscy wróżyli mu zawrotną karierę w tej dziedzinie. W wieku dwudziestu trzech lat wciąż występował na poziomie Serie C1, czyli trzecioligowym. Do wielkiej piłki wprowadził go Luciano Moggi, działacz związany z Napoli, który dostrzegł go na jednym z meczów w 1989 roku. Zola oczarował go na tyle, że ten wkrótce przekonał klub do wyłożenia na niego dwóch milionów lirów i Włoch jeszcze tego samego roku zadebiutował w barwach Gli Azzurri. W ten sposób Gianfranco przeszedł drogę z bycia zawodnikiem kompletnie anonimowym do stania się klubowym kolegą samego Diego Armando Maradony. Powiedzieć, że w tamtym czasie Napoli było jednym z najlepszych klubów we Włoszech, to nic nie powiedzieć. Zola trafił na złoty okres w dziejach klubu ze stolicy Kampanii, który został zapoczątkowany w 1984 roku, wraz z transferem pewnego Argentyńczyka o bujnej czuprynie. Dwa lata po jego przyjściu neapolitańczycy sięgnęli po pierwsze w swojej historii mistrzostwo kraju, wyprzedzając w tabeli Juventus o trzy punkty. Po chwili dodali do tego również triumf w Coppa Italia. Przez kolejne dwa sezony musieli zadowolić się tytułami wicemistrzowskimi, ale za to zasmakowali europejskiej chwały – w maju 1989 roku w finałowym dwumeczu pokonali niemiecki VfB Stuttgart (5:4), co pozwoliło im podnieść Puchar UEFA. Z transferu Zoli niezwykle ucieszył się sam Maradona, choć początkowo nie miało to nic wspólnego z jego walorami piłkarskimi. Boski Diego śmiał się, że „w końcu do klubu trafił ktoś niższy ode mnie”, a te słowa były początkiem wspaniałej argentyńsko-włoskiej przyjaźni. Wkrótce wspólnie zostawali po treningach, aby przez blisko dwie godziny ćwiczyć stałe fragmenty gry i uderzenie słabszą nogą. Gianfranco wspominał kiedyś: ,,Wszystkiego nauczyłem się od Diego. Podpatrywałem go, kiedy ćwiczył i uczyłem się podkręcać piłkę z rzutów wolnych tak jak on”. Mimo że w swoim debiutanckim sezonie w barwach Napoli Zola zdobył tylko dwie bramki, to przynajmniej jedna z nich miała ogromne znaczenie w wyścigu o scudetto. Premierowe trafienie zaliczył w starciu z Atalantą, ale to ważniejsze padło w pojedynku z Genoą – był to gol strzelony w doliczonym czasie gry, który dał jego drużynie zwycięstwo, dzięki któremu neapolitańczycy zachowali dwupunktową przewagę w tabeli nad Milanem, ich najgroźniejszym kandydatem w walce o mistrzostwo kraju. Strzelanie bramek nie było jednak głównym zadaniem Zoli. Na boisku miał przede wszystkim kreować sytuacje, a fenomenalna dwójka napastników – Maradona oraz Brazylijczyk Careca – miała zająć się resztą. Ta para sezon 1989/90 zakończyła w sumie z dwudziestoma sześcioma trafieniami, a Napoli – z drugim w historii tytułem mistrza kraju. Gli Azzurri ponownie zdobyli mistrzostwo, wyprzedzając głównego rywala o dwa punkty – tym razem był nim wspomniany wcześniej Milan, który z kolei w swoich szeregach miał króla strzelców rozgrywek, Marco van Bastena. Zola zdobył więc swój pierwszy krajowy tytuł w karierze… i zarazem ostatni. Napoli natomiast, po ograniu kilka miesięcy później Juventusu w starciu o Superpuchar Włoch, na swoje następne trofeum czekać będzie musiało aż dwadzieścia dwa lata! Koniec złotego okresu neapolitańczyków nastąpił niespodziewanie bardzo szybko. Obrona mistrzowskiej korony była zupełnie nieudana – zespół z Kampanii zajął dopiero siódme miejsce w ligowej tabeli. Z europejskich rozgrywek z kolei wyeliminował ich Spartak Moskwa. Jednak to nie sportowe wyniki były największym problemem Napoli. Po jednym z meczów Maradona oblał test antydopingowy i, znajdując się już od dłuższego czasu pod ostrzałem z powodu podejrzeń o zażywanie narkotyków, został zawieszony na piętnaście miesięcy. Niedługo po tym Argentyńczyk opuścił w niesławie słoneczną Italię. Zanim odszedł z klubu, zdążył namaścić Zolę jako swojego następcę w Neapolu.

Ucieczka Maradony i przyjście Claudio Ranieriego na ławkę trenerską oznaczało dla klubu rozpoczęcie nowego rozdziału. Teraz to Zola miał zostać najjaśniejszą gwiazdą neapolitańczyków, a na dowód tego odziedziczył po El Diego koszulkę z numerem 10. Po latach Gianfranco wspominał jednak, jak w jednym spotkaniu Argentyńczyk zaproponował mu podmianę strojów: ,,Graliśmy z Pisą w pucharze Włoch i kazał mi przywdziać numer 10, sam natomiast wziął dla siebie numer 9. To była najwspanialsza rzecz, jaką mogłem sobie wymarzyć – Maradona pozwalający mi grać ze swoim numerem na plecach. Wyobraźcie sobie moją pewność siebie w tamtym momencie, ale przede wszystkim – moje zdziwienie”. Pierwszy sezon w nowej erze Napoli Zola zakończył z trzynastoma golami we wszystkich rozgrywkach. Drużyna natomiast uplasowała się na czwartym miejscu w ligowej tabeli, co zagwarantowało jej udział w Pucharze UEFA. Wydawało się, że istnieje w tym klubie życie bez Maradony. Jakże było to złudne myślenie – kolejny sezon Gli Azzuri skończyli na jedenastej pozycji, a w okresie świątecznym do oczy zaglądało im widmo spadku. Sezon 1992/93 był niemal odbiciem lustrzanym – zarówno dla Zoli, który ponownie zdobył w lidze dwanaście bramek (i tyle samo asyst!), jak i dla drużyny, zajmującej mało chwalebne, jedenaste miejsce. Do problemów sportowych, Napoli dołożyło problemy finansowe. Zadłużenia zmusiły działaczy ze Stadio San Paolo do sprzedaży swoich najważniejszych zawodników. Na pierwszy ogień poszli Careca i Zola, a rok później odejść musieli również Daniel Fonesca oraz Ciro Ferrara – kapitan i żywa legenda klubu. Na efekty przymusowej wyprzedaży nie trzeba było długo czekać. W 1998 roku neapolitańczycy zostali zdegradowani i przez kolejne lata mogli tylko spoglądać, jak na trofeach w gablocie osiada kurz. Gdy w 1993 roku Zola opuszczał Neapol, cena za jego umiejętności wynosiła trzynaście milionów lirów. Taką kwotę postanowiła wyłożyć na niego Parma, która kila tygodni wcześniej zakończyła sezon ligowy na trzecim miejscu i miała mocarstwowe ambicje. Transfer Gianfranco był dopiero początkiem. Jego debiutancki sezon w żółto-niebieskich barwach był fantastyczny. Trener Nevio Scala ustawiał go jako drugiego napastnika, nie mniej utalentowanego Faustino Asprilli. Już wcześniej Zola dał się poznać jako świetny kreator, ale w Parmie stał się również strzelcem wyborowym. Osiemnaście trafień ligowych dało mu miano najlepszego snajpera w zespole, a całej drużynie – piąte miejsce w tabeli (z zaledwie dziewięciopunktową stratą do mistrza!) i awans do Pucharu UEFA. Rozczarowaniem na pewno natomiast była nieudana próba obrony złotego medalu Pucharu Zdobywców Pucharu – w finale Włosi musieli uznać wyższość londyńskiego Arsenalu. Parma stawała się klubem, z którym każdy w Serie A musi się liczyć, a magiczny Gianfranco wyrastał na czołowego zawodnika rozgrywek. Trudno powiedzieć, by sprostał wyzwaniu, jakim było wejście w buty Maradony w Neapolu (zadanie, przyznajmy, przewyższające chyba każdego piłkarza na świecie), ale nie sposób nie dostrzec pewnych podobieństw w ich stylu gry. Zbliżony wzrost i nisko osadzony ciężar ciała, które ich charakteryzowały, były ich błogosławieństwem. Zwinność, szybkość, ogromny wachlarz zwodów, kreatywność, a do tego fenomenalna wizja gry i umiejętność wykonywania nietuzinkowych podań – Zola naprawdę miał wiele z Maradony. W trakcie swojej kariery stał się znany również ze swoich podkręcanych strzałów z rzutów wolnych. Włoch nie żartował, gdy mówił, że wszystkiego nauczył się od Boskiego Diego. Kolejny rok pobytu Zoli na stadionie Ennio Tardini był, podobnie jak w Neapolu, jeszcze bardziej udany. Z dwudziestoma ośmioma golami znów został najlepszym strzelcem w drużynie, a jego gole pomogły Parmie zająć trzecie miejsce w ligowej tabeli, przegrywając wicemistrzostwo z Lazio przez gorszy stosunek bramek. Scudetto powędrowało do Turynu a gdyby tego było mało, Juventus pokonał żółto-niebieskich również w finale Coppa Italia. Niepowodzenia na krajowym podwórku podopieczni Scali chcieli sobie odbić na arenie europejskiej. „Zemsta to potrawa, która najlepiej smakuje, kiedy jest zimna”, pomyśleli sobie zawodnicy Parmy, i w finałowym dwumeczu Pucharu UEFA pokonali… Juventus. Dokonali tego dzięki skromnemu zwycięstwu u siebie i remisie w Turynie.

Przed startem kolejnego sezonu kadra została wzmocniona takimi transferami jak: Hristo Stoiczkow, Fabio Cannavaro, Filippo Inzaghi oraz Gianluigi Buffon. Oczekiwania względem ostatnich rozgrywek były jeszcze większe, ale sezon 1995/96 należy uznać za mało udany – przegrany mecz o Superpuchar Włoch, wczesne odpadnięcie z Coppa Italia, porażka w ćwierćfinałach Pucharu UEFA i zaledwie szóste miejsce w Serie A to wynik, który nie uratował pozycji trenera. Scali został zastąpiony przez trzydziestosiedmioletniego Carlo Ancelottiego. Dla Zoli tamten sezon pod względem statystyk indywidualnych miał słodko-gorzki smak – znów został najlepszym strzelcem drużyny, ale na koncie miał tylko dwanaście bramek. Zmiana szkoleniowca zawsze oznacza nowe porządki w klubie. Wydawało się, że pozycja Gianfranco w drużynie jest niepodważalna, ale Ancelotti miał wobec niego inne plany. Transfery dwóch napastników – Hernana Crespo oraz Enrico Chiesy – sprawiły, że Zola stracił miejsce w pierwszej linii. Pochodzący z Reggiolo trener preferował ustawienie 4-4-2, w którym wystawiał byłego zawodnika Napoli na lewej stronie pomocy. Bohater tekstu nie potrafił odnaleźć się w nowej roli, czego efektem było zdobycie zaledwie dwóch bramek w sezonie. Ancelotti coraz częściej nazywał go elementem niepasującym do jego układanki, a Zola frustrował się swoim nędznym statusem w drużynie i słabą grą. Obie strony musiały znaleźć sposób na wyjście z tego impasu. Pomoc nadeszła z dość nieoczekiwanego kierunku – po włoskiego czarodzieja zgłosiła się londyńska Chelsea. Początek lat 90. był dla angielskiego futbolu okresem ogromnych przemian. W 1992 roku zapadła decyzja o utworzeniu Premier League, która miała wznieść brytyjską piłkę nożną na niewidziany wcześniej poziom, pod każdym względem – sportowym, finansowym i telewizyjnym. „Niech to będzie kurewsko dobre” – mówił Dave Hill ze Sky Sports, gdy stacja postanowiła wyłożyć grube miliony na transmisję spotkań. Właściciele klubów szybko zdali sobie sprawę, że najlepsze widowiska są w stanie zapewnić im zagraniczni piłkarze. Gdy Eric Cantona zasilał szeregi Manchesteru United w 1992 roku, w ciągu pięciu lat swojego pobytu w klubie zapewnił mu cztery tytuły mistrzowskie. Francuz był nie tylko fantastycznym zawodnikiem, ale był przede wszystkim… inny. Jego elegancja, świetna technika, dostojne ruchy i charakterystycznie postawiony kołnierzyk sprawiały, że nie można było oderwać od niego wzroku. Wkrótce każdy angielski klub zapragnął mieć swojego Cantonę w składzie. Rewolucję przechodziła cała liga, a Chelsea chciała za tymi nią nadążyć. Pierwszym ruchem w kierunku zmiany piłkarskiego wizerunku drużyny było zastąpienie na ławce trenerskiej Glenna Hoddle’a przez Ruuda Gullita, który został grającym szkoleniowcem. CV Gullita-zawodnika musiało robić wrażenie – przede wszystkim był członkiem wielkiego Milanu, trzykrotnego mistrza Włoch i dwukrotnego zdobywcy Pucharu Mistrzów. W Londynie Holender najpierw wprowadzał wielkie zmiany jako piłkarz – pokazał oniemiałym Anglikom, że w Premier League można uprawiać techniczny futbol – a potem to samo, już za sprawą swoich podopiecznych, starał się przekazać jak menedżer. Z tego powodu na Stamford Bridge, w ciągu kilkunastu tygodni, zameldował się francuski obrońca Frank Leboeuf, a oprócz niego – prawdziwy włoski zaciąg. Gianluca Vialli, Roberto Di Matteo i, wreszcie, Gianfranco Zola to zawodnicy, którzy na stałe zapisali się na kartach historii Chelsea. Zola trafił do kompletnie nowego piłkarskiego świata. Choć Premier League powoli próbowała zerwać z łatką topornego, brutalnego futbolu, to wciąż na Wyspach grało się zupełnie inaczej niż na Starym Kontynencie. Pochodzący z Sardynii zawodnik widział w tym jednak okazję na pokazanie pełni swoich możliwości. Był po prostu zbyt ruchliwy i błyskotliwy dla ociężałych brytyjskich defensorów: ,,Na początku naprawdę pomogło mi to, że gdy przyszedłem z Serie A, w której kryje się ściślej, w Anglii grano w tak otwarty sposób”.

Zola przyszedł do Chelsea w listopadzie 1996 roku za cztery i pół miliona funtów. Nie mógł przywdziać koszulki ze swoim ulubionym numerem dziesięć, bo ta należała już do Marka Hughesa. Zdecydował się zatem na numer dwadzieścia pięć, który dziś jest kultowy w drużynie The Blues. Włoch szybko pokazał, na co go stać. Gullit wystawiał go na jego ulubionej pozycji, a Gianfranco niemal z dnia nadzień wyrobił sobie opinię specjalisty od rzutów wolnych. Podczas jednego treningu podszedł do rywalizacji w tej kategorii z klubowym kapitanem, Dennisem Wise’em. Założyli się, który więcej razy trafi w zwisającą z poprzeczki bramki getrę. Gdy Zola prowadził już w pewnym momencie 10:1, konkurs został rozstrzygnięty. Dość powiedzieć, że w historii Premier League, tylko David Beckham ma na swoim koncie więcej goli z rzutów wolnych od włoskiego zawodnika. Popisy Zoli na boisku były nie tylko efektowne, ale i efektywne. Debiutancki sezon włoskiego sezonu zapewnił Chelsea piąte miejsce w lidze oraz triumf w Pucharze Anglii. 17 maja 1997 roku The Blues pokonali na Wembley Middlesbrough 2:0, a asystę przy drugiej bramce zanotował bohater tekstu. Było to pierwsze poważne trofeum wywalczone przez ten klub od ponad dwudziestu lat. Zola, choć mierzący zaledwie 168 centymetrów, siał postrach w liniach defensywnych rywalu Chelsea. Był także powodem wielu nieprzespanych nocy największego trenera w dziejach Premier League – sir Aleksa Fergusona. Gdy zaraz po rozpoczęciu jednego z meczów pomiędzy Chelsea a Manchesterem United Włoch przedarł się przez obronę Czerwonych Diabłów i zdobył gola, szkocki menedżer po końcowym gwizdku przyznał: ,,Jest małym sprytnym draniem… lepszym piłkarzem, niż sądziłem”. Ryan Giggs z kolei stwierdził, że Zola był jedynym zawodnikiem, którego Ferguson kazał swoim podopiecznym kryć indywidualnie. Często jednak nawet to nie wystarczyło, aby zatrzymać drużynę Gullita. W Neapolu przybycie Gianfranco przypadło na końcówkę złotego okresu w dziejach klubu, z kolei w Londynie jego transfer taki okres dopiero rozpoczął. W sezonie 1997/98 Chelsea spisywała się równie dobrze, ale kłótnia pomiędzy Gullitem a prezesem Kenem Bates’em sprawiła, że Holender musiał opuścić Stamford Bridge. Jego miejsce zajął… Vialli, który również zaczął pełnić rolę grającego trenera. To już pod wodzą Włocha The Blues tamten sezon zakończyli na czwartym miejscu w lidze i z dwoma trofeami na koncie. Najpierw w marcu, dzięki dwóm trafieniom w dogrywce, londyńczycy pokonali w finale Pucharu Ligi Middlesbrough. W połowie maja jedyny gol Zoli (który z powodu kontuzji wszedł w tamtym meczu dopiero z ławki) zapewnił im triumf w Pucharze Zdobywców Pucharu, gdzie okazali się lepsi od Stuttgartu. Kolejny sezon Chelsea rozpoczęła od zgarnięcia Superpucharu Europy – tym razem w pokonanym polu zostawili sam Real Madryt. Rozgrywki ligowe The Blues zakończyli na trzecim miejscu, co oznaczało, że wystąpią w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Był to zarazem pierwszy sezon, w którym Zola został najlepszym strzelcem drużyny we wszystkich rozgrywkach – wcześniej również zdobywał wiele bramek, ale w Anglii włoski zawodnik ceniony był za to, że nie kierował się na boisku egoizmem i równie często po prostu asystował przy golach kolegów z zespołu. Zola ponownie odegrał kluczową rolę w finale Pucharu Anglii w sezonie 1999/00 – to po jego rzucie wolnym trafienie na wagę zwycięstwa zaliczył Di Matteo. Chelsea, wraz z przyjściem takich piłkarzy jak Didier Deschamps, Mario Melchiot czy George Weah, stawała się coraz bardziej międzynarodowa, ale Gianfranco wciąż odgrywał w niej bardzo ważną rolę. Tarcza Dobroczynności, wywalczona na początku kolejnego sezonu, była ostatnim trofeum, jakie zdobyli wspólnie Zola i Chelsea. Niedługo po tym spotkaniu Vialli pożegnał się z pracą, a jego miejsce na ławce zajął rodak bohatera tekstu, Claudio Ranieri. Kolejne miesiące w klubie mijały pod znakiem sporych zmian kadrowych, ponieważ nowemu menedżerowi zależało na odmłodzeniu składu londyńczyków. Cierpiały na tym starzejące się gwiazdy, które z tygodnia na tydzień dostawały coraz mniej szans na grę. W czerwcu 2001 roku Wise, Leboeuf oraz Gustavo Poyet pożegnali się ze Stamford Bridge, a trzydziestopięcioletni Zola po ich odejściu zdobył jedynie trzy gole w całym sezonie. Czas nie oszczędzał również jego i musiał patrzeć, jak jego miejsce w wyjściowej jedenastce zajmują Islandczyk Eidur Gudjohnsen oraz Jimmy Floyd Hasselbaink.


10

10

,,Celestes” tryumfują po raz 14-ty w historii:

5 lipca 1995 r. Urugwaj pokonał Wenezuele 4:1(2:0) w meczu otwierającym 37 edycje Copa America. Na turniej po raz drugi w historii zaproszono reprezentacje Meksyku i USA. Krytykowano gwiazdy futbolu, które odmówiły gry bo czuły się zmęczone sezonem. W tej grupie znalazł się chilijski snajper, król strzelców Primera Division- Ivan Zamorano. Zabrakło też kilku znakomitych Brazylijczyków- Romario, Bebeto, Cafu czy Marcio Santosa. W dodatku selekcjonerowi Argentyny, Danielowi Passarelli coś odbiło! Nie chciał w składzie Redondo i Caniggi, gdyż oni nie chcieli na jego życzenie… obciąć włosów. Takie czasy bo moda… Ta Copa była historyczna także z powodu regulaminowej nowinki. Od 1 lipca 1995 z woli FIFA można było dokonywać trzech zmian a więc trenerzy ekip uczestniczących w turnieju ochoczo z tego korzystali. W pierwszej rundzie głośniej niż o wyczynach piłkarzy było o zdarzeniu, do którego doszło po meczu Argentyny z Chile. Pobili się w swoim gronie argentyńscy kibice, jedna osoba zgineła. Po pierwszej fazie faworytem pozostawała Brazylia. Gospodarze, Urugwaj, męczyli się wygrywając minimalnie, zaś Canarinhos przeszli przez pierwszą faze nie tracąc ani jednego gola. Brylował napastnik Tulio, który Kolumbii strzelił pięknego gola przewrotką. Jednak do kronik przeszło inne jego trafienie, w znakomitym meczu ćwierćfinałowym z Argentyną: ekipa Pasarelli nie zajęła pierwszego miejsca w grupie bo w meczu z USA wystawił on rezerwowy skład a Tulio strzelił gola ręką, co widzieli wszyscy na stadionie i przed telewizorami, poza arbitrem Alberto Tejadą. Za ślepotę został ukarany dożywotnią dyskwalifikacją. Jednak dzięki temu trafieniu Brazylia wyrównała a potem wygrała w karnych 4:2. Bohaterem został Claudio Tafarel, który obronił dwie ,,jedenastki”, w tym strzelaną przez Diego Simeone. Z 4 ćwierćfinałów aż 3 zostały rozstrzygnięte w rzutach karnych. Przyczyniła się do tego nowinka regulaminowa, ponieważ zrezygnowano z dogrywek. Podobał się weteran Carlos Valderrama, jednak został całkowicie odsunięty w cień przez Enzo Francescoliego. ,,Książę” wypracował obydwa gole dla swojego zespołu i po raz czwarty w karierze osiągnął finał Copa America. Turniej w Urugwaju stał pod znakiem kiepskiej frekwencji. Zawinili organizatorzy, którzy ustalili zbyt wysokie ceny biletów. Wyjątkiem stał się mecz finałowy Urugwaju z Brazylią, który na Estadio Centenario zgromadził 70 tysięcy widzów. Mecz nie porywał, irytowało wolne tempo, za to Tulio ponownie zaliczył niebywałego gola. Piłke podawali sobie w powietrzu tak, że nie spadała na ziemie- Juninho, Edmundo, Zinho, Edmundo i wreszcie klatką piersiową do bramki skierował ją Tulio. Ten z kolei pomylił się w serii rzutów karnych, która rozstrzygnęła o złotym medalu(w regulaminowym czasie było 1:1 a w karnych 5:3 dla Urugwaju). Tak oto po raz 7-my u siebie i 14 w historii Urugwaj triumfuje w Copa America. Trenerem ,,Celestes” był Hector Nunez, niegdyś znakomity zawodnik, uczestniczył w Copa America 1959, kiedy Urugwaj doznał klęski. Najpiękniejszą karte swojej kariery zapisał jako napastnik Valencii CF, z którą 2 razy zwyciężał w Pucharze Miast Targowych. Natomiast królem strzelców został Gabriel Batistuta, powtarzając wyczyn z 1991 r. a w 1993 był wicekrólem. W 3 turniejach zdobył aż 13 goli(!) co jest osiągnięciem niezwykłym.



@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Arkon

2

@Eto'o9 R10 Zgadza się. W zasadzie największy żal do Guardioli to mam za to że miał jakieś niezrozumiałe uprzedzenie do Samuela Eto'o, wówczas jednego z najlepszych środkowych napastników na świecie(notabene mojego najbardziej ulubionego napastnika Barcuni). Guardiola zawsze szukał czegoś idealnego a wiadomo że lepsze jest wrogiem całkiem dobrego. No ale cóż, taki własnie był i jest Pepito...

10

Transferowe niewypały:

5 lipca 2010 r. Dmytro Czyhryński został sprzedany do Szachtara Donieck. Ukraiński środkowy obrońca był niespodziewanym transferowym niewypałem Pepa Guardioli pod koniec okna transferowego w 2009 r., krótko po meczu Superpucharu Europy z Szachtarem, w którym występował właśnie Czyhryński. Młody, mało znany zawodnik kosztował aż 25 milionów euro i zarówno prasa, jak i kibice dziwili się decyzji szkoleniowca, który miał nalegać na ten zakup. Ukrainiec rozegrał jednak tylko 14 spotkań przez cały sezon i pomimo nacisków Guardioli, Sandro Rosell zdecydował się przystać na propozycję odkupienia Czyhryńskiego przez Szachtar za 15 mln. aby wartość zawodnika nie spadła jeszcze bardziej. Co ciekawe po powrocie do Doniecka, Dmytro nie wywalczył sobie miejsca w pierwszym składzie. No cóż, jak widać nasz ,,Pepito” jak każdy z nas ma prawo się pomylić…


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

10

Pożegnalny występ wielkiej legendy Katalońskiej Dumy:

5 lipca 1927 r. FC Barcelona rozegrała towarzyski mecz z kombinowaną drużyną Espanyolu. To był ostatni mecz legendarnego Paulino Alcantary w barwach Dumy Katalonii. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem ,,Espanyolu” 2:1 a honorowe trafienie dla Blaugrany zaliczył znakomity napastnik Josep Sastre.


@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Tridente2015 Ameryki nie odkryłeś mówiąc iż to inny typ gracza. Doskonale zdaje sobie z tego sprawe. Chodziło mi o nowego cracka przynajmniej w połowie tak dobrej jakości jak Ronaldinho czy Eto'o.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?