FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
A to ci gagatek!
24 lipca 1990 r. niejaki Luis Milla wykupił się z FC Barcelony pieniędzmi otrzymanymi z Realu Madryt. W sezonie 1988/89 Milla awansował do pierwszej drużyny Barçy, od razu stając się ważnym graczem. Był liderem środka pola i otrzymał powołanie do reprezentacji Hiszpanii. W drugim sezonie nadal grał w pierwszym składzie ale w połowie sezonu zaczął się domagać podwyżki i awansu na najwyższy szczebel drabinki płacowej. Cruijff był temu przeciwny i uważał że Milla musi jeszcze potwierdzić swoją przydatność do zespołu. Kulminacją konfliktu był finał Pucharu Króla przeciwko Realowi Madryt, na który Milla nie został nawet powołany. Zwycięstwo z Królewskimi 2:0 spowodowało iż Cruijff zyskał jeszcze mocniejszą pozycje w klubie. Blaugrana, tak jak zapowiadał trener, zaproponowała Milli podwyżke, lecz nie taką jaką oczekiwał piłkarz. W efekcie 24 lipca Hiszpan wykupił swój kontrakt i przeszedł do Realu Madryt a prezydent Gaspart życzył mu wszystkiego najlepszego w życiu prywatnym i wszystkiego najgorszego w karierze piłkarskiej. Johan Cruijff nie przejął się zbytnio stratą jednego piłkarza i oświadczył że bez problemu może ,,wyprodukować nowego Mille”. Na miejsce zwolnione przez pomocnika awansował do pierwszej drużyny…Josepa Guardiole. Natomiast Milla przez pierwsze 4 sezony w Realu grał mało, głównie przez poważną kontuzje w pierwszym sezonie. Później niespodziewanie stał się ważną postacią w drużynie i zdobył z Królewskimi 2 tytuły mistrza Hiszpanii. Jak się później okazało Cruijff nie rzucał słów na wiatr i rzeczywiście ,,wyprodukował nowego Mille”, którym był wychowanek La Masii- Josep Guardiola.
@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Sensible
9
Zapomniane legendy FC Barcelony:
24 lipca 1930 r. urodził się Eduardo Manchon Molina, hiszpański piłkarz grający jako napastnik. Choć z natury był lewonożnym zawodnikiem, to radził sobie równie dobrze na prawym skrzydle operując prawą nogą. W latach 1950-1957 strzelił 88 goli w 201 meczach dla Blaugrany i był to najbardziej udany okres w jego karierze. Należał do legendarnej drużyny „Five Cups-Barça”, która w 1952 roku zdobyła wszystkie pięć możliwych trofeów. W klubie dwukrotnie wygrał La Liga, cztery razy Puchar Hiszpanii, dwukrotnie Copa Eva Duarte, Trofeo Martini & Rossi oraz Copa Latina. Manchon, pochodził z ubogiej rodziny z Murcji, a dołączył do Barcelony w wieku 16 lat. Po raz pierwszy grał w katalońskim klubie SD España Industrial, który był wówczas rezerwowym zespołem Barcelony. W piątej rundzie La Liga sezonu 1950/51, Manchon zadebiutował w lidze w pierwszym zespole przeciwko Walencji, a także strzelił pierwszego gola dla klubu. Wraz z Laszlo Kubalą, Cesarem i Estanislau Basorą stworzyli jeden z najmocniejszych ataków w historii klubu. W sezonie 1951–52 klubowi udało się zdobyć wszystkie pięć trofeów. Po pobycie w Barcelonie grał jeszcze w Granada CF w sezonie 1957–58, a później w Deportivo de La Coruña, Club Atletic Iberia i CE LHospitalet.
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
12
Czy wiemy(pamiętamy) że:
Dokładnie rok temu Robert Lewandowski zadebiutował w barwach FC Barcelony. Debiut przypadł na towarzyskie El Clasico na Allegiant Stadium w Las Vegas w ramach Soccer Champions Tour. Mecz zakończył się zwycięstwem Blaugrany 1:0 po golu Raphinii w 27 minucie. Robert zagrał tylko pierwszą połowe meczu.
@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
0
@Sulimo Ale ja nie napisałem że najbardziej utytułowany, tylko najlepszy pod po każdym względem na dzień dzisiejszy...
6
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
23 lipca 1940 r. urodził się Alfred Olek, pomocnik. ,,Żeby Olek był bożyszczem wszystkich Polek”– śpiewali Skaldowie. Jeden z najmniej docenianych piłkarzy Górnika z jego złotych czasów. Przygodę z piłką zaczynał podobnie jak jego kolega Roman Lentner w klubie Czarni Chropaczów. Zaczynał jako 15-latek i to w tym zespole wchodził w wiek seniorski. Dopiero kiedy miał 24 lata przeniósł się do GKS Świętochłowice, a po roku trafił do Górnika. ,,Po pierwszych treningach pukaliśmy się wszyscy w czoło. Kto takiego faceta jak Alfred Olek ściągnął do górnika? po co? ale potem wszystko się zmieniło, Alfred „urósł” i stał się ważną postacią naszej drużyny”– wspominał Stanisław Oślizło. Dużo czasu poświęcił mu trener Géza Kalocsay, który godzinami trenował z Olkiem rajdy wzdłuż linii bocznej boiska i dośrodkowania. Technicznie był, delikatnie mówiąc, dość surowy, ale nadrabiał to pracowitością. Był wrogiem alkoholu i papierosów, a o jego wydolności krążyły legendy. W pucharowym meczu z Djurgårdens reporter Sportu zachwycał się, że Olek był dosłownie wszędzie. Zygfryd Szołtysik wspominał, że Alfred biegał jak nakręcony, a jak miał kogoś wyłączyć z gry, robił to doskonale. Grał tam, gdzie trener go ustawił i robił to znakomicie. Miał „żelazne płuca” i był niesamowicie waleczny i ambitny. W Zabrzu spędził sześć sezonów. Trzykrotnie zdobywał mistrzostwo Polski (1967, 1971, 1972) i czterokrotnie puchar Polski (1968, 1969, 1970, 1971. Tylko raz dostał szansę w reprezentacji. Trener Koncewicz wpuścił go na boisko w drugiej połowie wygranego 2:1 meczu z Irlandią w Poznaniu 6 maja 1970 r. Z Górnika odszedł do szkockiego Hamilton FC. Po dwóch latach wrócił do kraju i grał jeszcze dla Concordii Knurów a karierę kończył w LZS Gierałtowice. Z tymi dwoma zespołami pracował także jako szkoleniowiec. Na emeryturze trenował młodzież w Victorii Pilchowice, a czasami, kiedy nie miał kto zagrać, sam pojawiał się na murawie. Zawsze bardzo dbał o boisko. Spędzał na nim mnóstwo czasu, równiutko kosząc trawę.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@AssisMoreira
@Arkon
0
@Odcinkowy Oby jak najszybciej przejął kadre Polski bo to zdecydowanie najlepszy i najinteligentniejszy trener w naszym kraju.
0
@Kamil689 No to rzeczywiście dobre pytanie. Nie mam zielonego pojęcia o jego programie i zawodnikach. Wówczas kompletnie nie interesowały mnie takie rzeczy, zwłaszcza że jeszcze nie zakochałem się w Barcuni...
9
Prezydenci FCB:
23 lipca 2000 r. Joan Gaspart wygrał wybory prezydenckie w FC Barcelonie. W ten sposób skończyła się era Josepa Lluisa Nuñeza, który opuścił fotel prezydenta aż po 22 latach rządów. Jego następcą został dotychczasowy wiceprezydent i jednocześnie najbliższy współpracownik. Gaspart uzyskał 25 181 tys. głosów na 45 888 oddanych(uprawnionych do głosowania było nieco ponad 93 tys. socios) i nieznacznie wyprzedził swojego kontrkandydata Lluisa Bassata.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
6
@FCBparasiempre
22 lipca 1960 r. urodził się Andrzej Pałasz, napastnik. ,,Ten mecz ciągle rozgrywam w głowie i pewnie będę go grał do końca życia”- mówi o przegranym starciu Polaków z Włochami w półfinale España ’82 Andrzej Pałasz, były napastnik Biało-Czerwonych i Górnika Zabrze. 8 lipca 1982 r. w półfinale mundialu na Camp Nou do przerwy Polacy przegrywali 0:1 po golu Paulo Rossiego. Naszym gra się nie kleiła, potrzebny był impuls z ławki. Piechniczek postanowił zdjąć pomocnika Ciołka i wstawić napastnika Pałasza. To już była gra na całość, wszystko albo nic. ,,Wiedziałem czego się ode mnie oczekuje. Mówiąc krótko: zmiany wyniku. Ogromna odpowiedzialność a przecież trzy poprzednie mecze przesiedziałem na ławce. Nie, nie czułem się usztywniony. W każdej chwili byłem gotów rzucić się na tych Włochów. Głowę miałem wypchaną pomysłami. Za bardzo jednak chciałem pomóc, zmienić, naprawić. Decydowały niuanse: tu zabrakło centymetrów, tam ułamka sekundy. Zbyt często nie dochodziłem do piłki i zbyt często ją traciłem. Człowiek wyrywał się do przodu, paliło mu się pod nogami, no ale nie wychodziło. Im bardziej zbliżałem się do bramki, tym większe podejmowałem ryzyko i niewłaściwe decyzje. Włosi ustawili w obronie tę swoją przeklętą zapore i tylko się od niej odbijałem. Mundial zaczeli słabo, ledwo wyślizgneli się z grupy ale potem rozwinęli skrzydła. Byli bardzo mocni, nie umieliśmy dobrać się im do skóry. Gdybym zrobił bramkową akcje albo sam strzelil gola, który odwraca losy meczu, chyba bym cholera zwariował! Ależ by to było szaleństwo! Tak, zgadzam się że moja piłkarska historia wyglądała by wtedy zupełnie inaczej. Mieliśmy finał na wyciagnięcie ręki… Jednak równie mocno doceniam fakt że mogłem w takim meczu zagrać. Przypomniałem sobie wtedy jak ganiałem za piłka po podwórkach. Jak uparcie chodziłem na treningi żeby zostać porządnym piłkarzem i nagle na stadionie w Barcelonie grałem w półfinale mistrzostw świata! Rozpierała mnie duma”- opowiada pan Andrzej. Słusznie czuje się wyróżniony. W końcu w dziejach naszej piłki jest tylko 13 reprezentantów Polski, którzy zagrali w półfinale mundialu i on należy do tej grupy. Magicznych chwil w piłkarskim życiu miał więcej. Na przykład jako 19-latek zetknął się z Diego Maradoną. Młodzi Polacy grali w mistrzostwach świata U-20 w Japonii i zajeli 4 miejsce. Argentyna została mistrzem świata a jej asem był Boski Diego. Wtedy jeszcze nie miał takiego przydomku, lecz już uchodził za gigantyczny talent. Rok wcześniej nie było go w kadrze na argentyński mundial, choć wielu uważało to za błąd. W Japonii czarował grą. W fazie grupowej Argentyna pokonała Polske 4:1. Najpierw strzelił Maradona, podwyższył Calderon, inny późniejszy wicemistrz świata z 1990 r. Na 2:1 do siatki trafił… Pałasz. W tamtych czasach do Polski docierały skąpe informacje na temat młodych latynoskich piłkarzy. Nie wiedziałem, jakim graczem naprawdę jest Maradona. Poznawałem go w czasie meczu.”- wspomina Pałasz. W Japonii Pałasz strzelił 5 goli i był trzecim strzelcem turnieju za Ramonem Diazem i Maradoną. ,,W ćwierćfinale po serii rzutów karnych wyeliminowaliśmy Hiszpanie, jednak ja swój strzał zmarnowałem. Potem w półfinale przegraliśmy z Ruskimi 0:1. Ech te moje pierońskie półfinały…”- ciężko wzdycha nasz bohater. W meczu o 3 miejsce Pałasz zdobył gola a po dogrywce Polacy zremisowali 1:1 z Urugwajem i znowu były karne. ,,Tym razem już nie chciałem podchodzić do piłki. Niewiele to pomogło bo i tak przegraliśmy. Szkoda, medal przeszedł nam koło nosa. W sumie była to fantastyczna przygoda. Wiecie co w tamtych czasach oznaczała dla nas, młodych chłopaków z Polski wyprawa na turniej do Japonii? Fujiyama, Tokio, szybka kolej… Wszystko było jak z bajki!”- wspomina były reprezentant. Z ,,japońskiej” kadry niewielu polskich piłkarzy wskoczyło w dorosłej piłce na mundialowi poziom: Kazimierski, Skrobowski, Buncol, no i Pałasz. Do tej wielkiej piłki ruszył z Zabrza; tam się wychował i nauczył grać. ,,Miałem 17 lat. Przychodziłem do pierwszej drużyny i nawet nie wiedziałem czym właściwie jest kontrakt. Człowiek był przywiązany do klubu i robił wszystko aby w nim zaistnieć. Urodziłem się w domu a nie w szpitalu i zawsze żartuje że po otwarciu oczu najpierw zobaczyłem stadion Górnika. Od razu już wiedziałem gdzie w końcu wyląduje. Bez piłki nie mogłem żyć, klub był moim drugim domem, jeśli nie pierwszym, bo spędzałem tam naprawdę mnóstwo czasu.”- opowiada pan Andrzej. Trafił do drużyny, która razem z nim rosła w nową siłe. Pałasz był coraz starszy a Górnik coraz lepszy. W połowie lat 80-tych zdominował lige. ,,To była naturalna kolej rzeczy. Mysle że gdyby poskładać Górnika z ostatnich 7-8 lat, z Milikiem, Mączyńskim, Kądziorem, Kurzawą, to może znowu byłby mistrzem polski. Natomiast za moich czasów coraz mocniejszy Górnik cały czas się konsolidował. Nie tracił nikogo znaczącego i jeszcze był wzmacniany.”- wyjaśnia Pałasz. Jednak żeby nastała nowa, złota era Górnika, najpierw trzeba było wrócić do ekstraklasy po niespodziewanym spadku w 1978 r. Tam hartował się Pałasz. Gdy był nastolatkiem mówiło się o nim że być może jest talentem na miare Lubańskiego. ,,Ja tego nie wymyśliłem ale to był czas, kiedy istniała potrzeba wykreowania nowych bohaterów z Roosevelta. Takie porównania są przyjemne ale też niebezpieczne. Ktoś chciał żebym był jak Lubański a po mistrzostwach w Japonii żebym grał jak Maradona. Poprzeczka szła dramatycznie wysoko a ja mogłem się tylko zastanawiać, jak to wszystko udźwignąć. Tak naprawdę od dziecka byłem zapatrzony w Szołtysika i ciężko pracowałem żeby coś osiągnąć. Widziałem że jest duża konkurencja na prawej stronie, to uparłem się że naucze się grać lewą nogą. Trenowałem do znudzenia, do zmęczenia aż wreszcie się nauczyłem.”- wspomina pan Andrzej. W 1985 r. brylujący na krajowych boiskach Górnik w pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów trafił na słynny Bayern Monachium. Nadzieje na dobry wynik wśród zabrzańskich kibiców były przesadzone. ,,Nie mieliśmy międzynarodowego doświadczenia w takich meczach. W momentach, które decydują o wyniku, niestety to wychodziło. Strzeliłem co prawda gola na Stadionie Śląskim ale przegraliśmy 1:2. W Monachium mogliśmy to jeszcze odwrócić. Prowadziliśmy 1:0 ale skończyło się na 1:4. W rewanżu nie zagrałem, miałem naderwany mięsień dwugłowy. Niby był cień szansy na występ ale nie chciałem ryzykować ciężkiej kontuzji. Wtedy się nie zdecydowałem. Szkoda że później w lidze tureckiej, kiedy doznałem urazu stopy, postąpiłem odwrotnie. Popełniłem poważny błąd, bo za szybko wróciłem do gry. W piłce trzeba biegać a ja czasem nie potrafiłem chodzić. Chciałem pomóc kolegom, wziąłem środki znieczulające i to już był dla mnie w zasadzie koniec. Powinienem był się wyleczyć a nie pchać do grania.”- wspomina Pałasz. W Górniku 4 z rzędu mistrzowskiego tytułu już nie zdobył, bowiem wyjechał do Niemiec. Został piłkarzem Hannoveru 96, który akurat awansował do elity. W wyjazdowym meczu z Borussią Mönchengladbach(2:1) w końcówce meczu zdobył gola na wage zwycięstwa. ,,No pewnie że ją pamiętam. Jedynego gola w Bundeslidze się nie zapomina. Lewandowski będzie miał trochę większy problem z zapamiętaniem wszystkich swoich goli.”- śmieje się pan Andrzej. W następnym sezonie Hannover zajął ostatnie miejsce a Pałasz odszedł z klubu. ,,Dla mnie prawo Bosmana przyszło o 10 lat za późno. Cały czas byłem tylko wypożyczany z Górnika a kluby nie dogadały się w sprawie kolejnego kontraktu. Poszedłem na wypożyczenie do tureckiego Bursasporu. Miałem dopiero 29 lat.”- zaznacza nasz bohater. Niezaleczona kontuzja stopy przekreśliła dalszą karierę Pałasza. Wrócił do Niemiec, gdzie do dziś mieszka w Neuss niedaleko Düsseldorfu. Chociaż od dawna ma podwójne obywatelstwo i w Niemczech używa nazwiska Andreas Pallasch, jest zadeklarowanym kibicem Biało-Czerwonych oraz Górnika. Nie może być inaczej, to w końcu polski półfinalista mundialu i chłopak z Zabrza…
6
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
11
Diego Armando Maradona, argentyński „Bóg” futbolu:
22 czerwca 1986 roku w meczu Argentyna-Anglia padły dwa najsłynniejsze gole w historii piłkarskich mistrzostw świata. Pierwszy strzelony ręką, drugi po rajdzie rozpoczętym jeszcze na własnej połowie boiska. Oba strzelił Diego Maradona, przez wielu uważany za najlepszego piłkarza w dziejach. Mistrzostwo świata i dwa gole strzelone w ćwierćfinale przeciwko Anglii, znienawidzonej w Argentynie po wojnie o Falklandy (1982 rok), sprawiły, że Diego Maradona stał się w ojczyźnie prawdziwym bohaterem, nie tylko dla fanów piłki nożnej. Być może był największym idolem całej Ameryki Południowej w XX wieku a podziwiano i uwielbiano go również w Europie. Grał w FC Barcelonie, SSC Napoli i FC Sevilli. Największe sukcesy odniósł w Neapolu, którego barwy reprezentował w latach 1984-1991. W tym okresie dwukrotnie wygrał mistrzostwo Włoch a w 1989 roku zdobył Puchar UEFA (obecnie Liga Europy UEFA). Były to największe zwycięstwa w historii klubu ze stolicy Kampanii. Turysta odwiedzający dziś położone u stóp Wezuwiusza miasto, na wizerunek Argentyńczyka natknie się niemal na każdym kroku: Diego Maradona obecny jest na pamiątkowych kubkach, koszulkach, magnesach, plakatach w witrynach sklepowych i na muralach.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
10
Tragiczny los wybitnej legendy Blaugrany:
22 lipca 1979 r. zmarł w tragicznych okolicznościach Sandor Kocsis, wybitny Węgierski napastnik. W 1958 r. wraz z reprezentacyjnym kolegą Zoltanem Cziborem, zostali namówieni przez ich rodaka Kubale do zasilenia szeregów FC Barcelony. Gdy przestał grać w piłke życie go nie oszczędzało. Amputowano mu noge, zmarła mu żona a po tym jak dowiedział się że ma raka, wyskoczył z okna szpitala i poniósł śmierć na miejscu. Szerzej o genialnym napastniku napiszę przy okazji jego urodzin(21 wrzesień).
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
4
@FCBparasiempre
Brazylijczycy to pięciokrotni Mistrzowie Świata w piłce nożnej. Jednak na początku ubiegłego wieku, „Canarinhos” nie znaczyli zbyt wiele na piłkarskiej mapie świata. W Ameryce Południowej to ich sąsiedzi z Argentyny rozdawali karty. „Albicelestes” wygrali pierwszą edycję Copa America w 1910 roku. Dość powiedzieć, że w Brazylii, nie istniały wówczas jeszcze ogólnokrajowe struktury piłkarskie. Dopiero 21 lipca 1914 roku, drużyna złożona z graczy z Sao Paulo i Rio de Janeiro, odniosła swoje pierwsze, wielkie zwycięstwo. W pokonanym polu zostawiła … trzecioligowców z angielskiego Exeter City. Ale po kolei…
Charles Miller był synem szkockiego inżyniera. Urodził się w 1874 roku w Sao Paulo. Jego ojciec, John, przybył w XIX wieku do „Kraju Kawy”, by budować tam linie kolejowe. Dziesięć lat później, wysłał swojego syna do ojczyzny, by ten zdobył odpowiednie wykształcenie. W Wielkiej Brytanii mały Charles poznał zasady gry w piłkę nożną. Grywał też w krykieta, ale to futbol od początku stał się jego wielką miłością. W 1894 roku zakończył edukację w szkole w Southampton i wrócił do rodziców. Razem z ojcem zaczął rozwijać brazylijską kolej. Z Anglii przywiózł jednak ze sobą coś, co dla miejscowych stało się w późniejszym czasie ważniejsze od kolejnych mil torów kolejowych. W walizce Charlesa znajdowały się: dwie piłki, pompka, strój piłkarski i książeczka z regułami gry w futbol. Rok później zorganizował mecz pomiędzy Brytyjczykami z kolei i Brazylijczykami z kompanii gazowej. Miller i jego zespół wygrali 4:2. W międzyczasie przyłożył też rękę do powstania Sao Paulo Athletic Club oraz Liga Paulista de Foot-Ball, pierwszej ligi piłkarskiej w Brazylii. Zresztą Miller i jego SPAC wygrywali tę ligę trzykrotnie, a sam Charles był pierwszym królem strzelców tych rozgrywek. 31 lipca 1906 roku, Brazylia rozegrała swój pierwszy międzynarodowy mecz. Przeciwnikiem Latynosów byli gracze All-White South Africa Team. Przybysze z Afryki wygrali gładko 6-0. W składzie miejscowych znajdował się Charles Miller. Problem w tym, że „Canarinhos” wystąpili w tym meczu mocno osłabieni. W ich składzie znajdowali się jedynie gracze ze stanu Sao Paulo. I to nie wszyscy, bo Paulistas byli podzieleni na wiele rywalizujących ze sobą federacji, które nie potrafiły dojść do porozumienia. Przez kilka lat rozegrano wiele meczów, w których Brazylię reprezentowali jedynie gracze podlegający pod dany związek, pojedyncze kluby piłkarskie lub obcokrajowcy mieszkający w Brazylii. Tarcia pomiędzy działaczami z Sao Paulo wykorzystali związkowcy z Rio de Janeiro. Po raz kolejny sprawdziło się przysłowie: „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. Liga Metropolitana de Sports Athleticos, pod przewodnictwem Alvaro Zamitha, ogłosiła 8 czerwca 1914 roku, utworzenie Federacao Brasileira de Sports. Był to najwyższy organ odpowiedzialny za brazylijski sport, w tym za powoływanie piłkarzy do reprezentacji w piłce nożnej. Nie doszłoby do pierwszego meczu reprezentacji Brazylii, gdyby nie… federacja argentyńska. To działacze z „Kraju Tanga” wpadli na pomysł, by zaprosić do siebie klub z Anglii. Wyspiarze uchodzili wówczas za futbolową potęgę i wizyta zespołu z Wielkiej Brytanii to był dla Latynosów wielki zaszczyt. Angielscy notable przystali na zaproszenie. Następnie wybrali trzecioligowe Exeter City, by reprezentowało ich kraj, podczas tej południowoamerykańskiej eskapady. 18 maja 1914 roku, „The Grecians” (przydomek piłkarzy z Exeter) wyruszyli z portu w Southampton w osiemnastodniowy rejs. Na pokładzie statku „SS Andes”, piłkarze z hrabstwa Devon, grali w tenisa, by utrzymać formę fizyczną. Już sam początek pobytu Anglików na obcym kontynencie, obfitował w przygody (niekoniecznie piłkarskie). Chłopcy z Exeter, zaraz po dopłynięciu do portu w Santosie, postanowili wziąć orzeźwiającą kąpiel w Oceanie. Pech chciał, że skorzystali z plaży, na której kąpiele były zakazane. W związku z tym cała drużyna trafiła do aresztu, oskarżona o nieobyczajne zachowanie. Interwencja angielskiego dyplomaty i wyrozumiałość brazylijskich stróżów prawa sprawiła, że przybysze z Europy uniknęli odesłania do domu. Exeter City mogło spokojnie udać się do Argentyny, gdzie drużyna rozegrała osiem spotkań towarzyskich. W czasie tournée angielscy trzecioligowcy przeżyli kolejne przygody. Podczas jednego ze spotkań towarzyskich, działacz rywali groził sędziemu bronią, gdy ten odgwizdał karnego dla Exeter. Innym zaś razem, konny policjant, ochraniający spotkanie, stracił panowanie nad swoim wierzchowcem i zwierzę wbiegło na murawę, przerywając atak Anglików. Pobyt „The Grecians” w sąsiednim kraju, postanowili wykorzystać działacze z Brazylii. Poprosili więc Anglików, by wydłużyli swoje tournée i w drodze powrotnej zatrzymali się jeszcze w „Kraju Kawy”. Goście z Europy mieli początkowo zagrać zarówno w Sao Paulo, jak i Rio. Wizy udało się jednak wydłużyć tylko na tyle, by czasu starczyło na wizytę w ówczesnej stolicy kraju. Z tego powodu, postanowiono utworzyć łączony zespół, składający się zarówno z najlepszych Paulistas, jak i Cariocas. Proces tworzenia zespołu narodowego nazwano „Selecao”, co w języku portugalskim oznacza „selekcję”. Nazwa ta stała się też pierwszym przydomkiem reprezentacji Brazylii. Wizyta Exeter City w Rio to był pierwszy raz, gdy profesjonalny zespół zagościł na brazylijskiej ziemi. Dla miejscowych mecz z mitycznymi Anglikami, był wielkim wydarzeniem, nawet jeśli miał to być pojedynek z trzecioligowcami. Potraktowali tę potyczkę bardzo poważnie. Zanim jednak podano danie główne, „The Grecians” zagrali dwa mecze na przystawkę. Najpierw pokonali drużynę złożoną z miejscowych Anglików 3-0, a następnie zespół złożony z Brazylijczyków ze stanu Rio 5-3. 21 lipca nadszedł czas na próbę generalną, która miała zweryfikować potencjał piłkarski największego kraju Ameryki Południowej. Spotkanie odbyło się na „Estadio das Laranjeiras”, które na co dzień było areną zmagań dla piłkarzy Fluminense. Chociaż stadion miał pojemność na około 6000 miejsc, tego dnia zmieściło się na nim blisko 10000 widzów. Największą gwiazdą Reprezentacji Brazylii był Arthur Friedenreich. Tego syna niemieckiego imigranta i brazylijskiej praczki, nazywano „mulatem o zielonych oczach”. Uchodził za największy piłkarski talent ówczesnej Brazylii. Opinię publiczną raził jednak … kolor jego skóry. „Rasowy mieszaniec” nie pasował do archetypu brazylijskiego bohatera narodowego. Przynajmniej tak uważały miejscowe elity. Piłką posługiwał się jednak tak wspaniale, że grzechem byłoby zabronić mu gry w zespole narodowym. Został więc pierwszym mulatem w reprezentacji Brazylii. Legendy mówią, że przed wyjściem na murawę, musiał pudrować twarz i nakładać tony brylantyny na swoje nieujarzmione włosy, by nie drażnić publiczności swoją afrykańską urodą. Friedenreichowi w ataku partnerował Oswaldo Gomes. Gwiazda miejscowego Fluminense, na którego stadionie doszło do tej wiekopomnej potyczki. To właśnie on napoczął Exeter City i tym samym zdobył pierwszą bramkę w historii reprezentacji Brazylii. W tym momencie trybuny wybuchły szałem radości. Mężczyźni podrzucali do góry swoje kapelusze, a kobiety machały białymi chustkami. Na 2:0 podwyższył Osman, gracz klubu America. Toporny, angielski, trzecioligowy futbol nie miał szans w starciu z gibkimi Brazylijczykami, którzy poruszali się po murawie, jakby tańczyli sambę. Swoją złość, piłkarze „The Grecians” wyładowali na Friedenreichu. Brazylijski gwiazdor stracił w czasie tego meczu dwa zęby. Trenerzy ręcznikami próbowali zatamować krwotok. Ucierpiał również kapitan zespołu – Rubens Salles – który zakończył mecz z kontuzją żeber. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni, rozentuzjazmowany tłum porwał swoich piłkarzy na barki, a lokalna prasa ogłosiła ich bohaterami narodowymi. Exeter City zostało pokonane przez Brazylijczyków 2:0. Anglicy niepocieszeni wrócili do kraju. Kilka tygodni później, wielu z nich musiało wyruszyć na front i walczyć po stronie państw Ententy w czasie I Wojny Światowej. Wielu młodych ludzi już nigdy nie powróciło z okopów do rodzinnego domu. Więcej szczęścia miał Dick Pym, jeden z uczestników południowoamerykańskiej wyprawy. Nie dość, że udało mu się przeżyć piekło wojny, to w 1923 roku, już w barwach Bolton Wanderers, zwyciężył w Pucharze Anglii. Z Pymem wiąże się zresztą pewna anegdota. Podobno przed powrotem do domu, zakupił w Brazylii papugę. Ptak przeżył na Wyspach Brytyjskich wiele lat, gdy w końcu umarł, pochowano go w pobliżu bramki, na stadionie Exeter.
Mecz z Exeter City uznawany jest za pierwsze spotkanie rozegrane przez reprezentację Brazylii. Dał on początek wielkiej, piłkarskiej potędze, jaką znamy dziś. Pokazał, że zarówno gracze z Sao Paulo, jak i Rio, mogą zagrać wspólnie, ponad związkowymi podziałami. Dwa miesiące później, odbyło się pierwsze oficjalne spotkanie „Selecao”. Ich przeciwnikiem była Argentyna. Brazylijczycy przegrali 3:0, po dwóch bramkach Izaguirre i jednej Molfino. Jednakże Friedenreich i jego koledzy, czynili szybkie postępy. Pięć lat później, Brazylia była już mistrzem kontynentu. Na Copa America 1919, w decydującym batalii pokonała Urugwaj. Potrzebne do tego były trzy spotkania z „Urusami”. W drugiej dogrywce meczu barażowego (spotkanie potrwało 150 minut, dwa wcześniejsze spotkania nie wyłoniły zwycięzcy), dziewiczy tytuł zapewnił „Selecao” Friedenreich, który wspólnie z kolegą z drużyny, Neco, został najlepszym strzelcem tamtego turnieju. Według niektórych źródeł „Mulat o zielonych oczach” zdobył przez całą swoją karierę 1329 goli, czyli o ponad 40 więcej niż Pele. Wyliczenia te opierają się głównie na notatkach, które w czasie kariery piłkarza, prowadził jego ojciec oraz ówcześni dziennikarze. Stowarzyszenie Historyków i Statystyków Futbolu uznaje mu oficjalnie 354 gole w 323 meczach, co daje kapitalną średnią 1,11 trafienia na mecz. Dziewięciokrotnie był najlepszym strzelcem rozgrywek stanowych. Copa America wygrywał z kolegami dwukrotnie. W kadrze zagrał 15 razy i strzelił 8 goli. Był też symbolem przełamywania barier rasowych. Dowodem na to, że „kolorowy” chłopak także może zostać brazylijskim bohaterem. Wówczas nie było to tak oczywiste. Chociaż społeczeństwo w „Kraju Kawy” było różnorodne, niczym fauna i flora Amazonii, istniały silne podziały rasowe. Piłka nożna okazała się doskonałym narzędziem do burzenia tych ścian. W 2014 roku Exeter City wyszło z inicjatywą, by dla upamiętnienia tamtego wydarzenia znów zagrać mecz. Oczywiście ciężko byłoby, żeby „The Grecians” zmierzyli się z pierwszą reprezentacją „Canarinhos”. Na pomysł przystało jednak Fluminense, na którego obiekcie zostało rozegrane historyczne spotkanie. „Flu” pokryli większość kosztów związanych z logistyką. W Brazylii zmierzyły się zespoły U-23 obu klubów. Na trybunach pojawiła się delegacja fanów z Europy. Mecz rozpoczęto oryginalną piłką z 1914 roku. Padł bezbramkowy remis. Któż mógł się spodziewać, że ten niepozorny klubik z hrabstwa Devon, który nigdy w swojej historii nie zagrał wyżej, niż na trzecim szczeblu rozgrywkowym, odegra tak ważną rolę w historii najbardziej utytułowanej reprezentacji na świecie? Jest to kolejny przykład na to, jak piękne i romantyczne historie potrafi pisać futbol.
Skład reprezentacji Brazylii w meczu z Exeter: Marcos de Mendonca – Pindaro, Nery, Sylvio Lagreca, Rubens Salles, Rolando, Abelardo, Oswaldo Gomes, Arthur Friedenreich, Osman, Formiga
Trener: Sylvio Lagreca
6
Narodziny „Seleção”(tą frapującą historie przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz):
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Arkon
0
@BordowyPtak Akurat takiej informacji na dzień dzisiejszy nie posiadam. W okresie letnim mam bardzo mało czasu na szperanie takich informacji. Jeśli kiedyś się dowiem to postaram się zamieścić taką informacje.
10
Pamięć o takim człowieku nigdy nie powinna przeminąć:
21 lipca 1898 r. urodził się Josep Sunyol Carriga. Był on osobą bardzo cenioną w FC Barcelonie. Pracę w klubie zaczął już w 1928 r., gdy rządził popierający monarchie prezydent Arcadi Balaguer. Sunyol mimo lewicowych poglądów potrafił jednak znaleźć z nim wspólny język. Poza pracą w Dumie Katalonii wydawał tygodnik ,,La Rambla”, którego hasłem było ,,sport i życie miasta”. 27 lipca 1935 r. wybrano go prezydentem, ponieważ socios docenili poprawę sytuacji ekonomicznej klubu, do której Sunyol wyraźnie się przyczynił. Za jego kadencji Blaugrana zdobyła mistrzostwo Katalonii oraz przegrała słynny finał Pucharu Hiszpanii, w którym wspaniały mecz rozegrał ówczesny bramkarz Realu Madryt Ricardo Zamora. Niestety Josep Sunyol nie dożył sędziwego wieku, bowiem został zamordowany przez armię narodową generała Franco, o czym napiszę 6 sierpnia.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
0
@TheNekro94 Suarez? Luis Alberto Suarez w Interze Miami? Jeśli się nie myle to on gra w Gremio Porto Alegre...
6
Czy wiemy że:
20 lipca 1885 r. Angielska Federacja Piłkarska zalegalizowała zawodowstwo. Trwająca kilka lat debata zaowocowała w 1885 roku legalizacją zawodowstwa w piłce nożnej. Kluby, które do tej pory płaciły zawodnikom „pod stołem”, w końcu mogły w zgodzie z przepisami Football Association zatrudniać piłkarzy i nagradzać ich występy na boisku. Piłkarscy działacze szybko zdali sobie sprawę, że kilka meczów Pucharu Anglii, parę regionalnych turniejów i spotkania towarzyskie nie są wystarczająco dochodowe. Potrzebne było stałe i pewne źródło przychodów. Tak narodziła się Football League.
16
Radosne wspomnienia:
20 lipca 2004 r. Lionel Messi strzelił swojego pierwszego gola w seniorskiej drużynie Blaugrany. Miało to miejsce w 74 minucie towarzyskiego meczu z CF Palamos na Camp Municipal Palamos, wygranego przez Barçe 6:0. Messi pojawił się na boisku od początku drugiej połowy a gola strzelił na 4:0.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
17
Smutne wspomnienia:
Dokładnie 10 lat temu miał odbyć się mecz Barçy, do którego nie doszło. Tego dnia na PGE Arenie w Gdańsku zagrać miały ze sobą mecz towarzyski Lechia Gdańsk z FC Barceloną. Jednak dzień wcześniej na Camp Nou odbyła się konferencja prasowa, na której poinformowano iż ,,Tito” Vilanova ma nawrót choroby nowotworowej i Blaugrana jest zmuszona odwołać swój przyjazd. Ostatecznie po kilkudniowych negocjacjach termin meczu został przesunięty o 10 dni. Trener Barçy zrezygnował z prowadzenia drużyny i udał się na kolejne leczenie. Niestety 25 kwietnia 2014 r. przegrał walke z chorobą.
@Sensible
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
6
Legendy FC Barcelony większe i mniejsze:
19 lipca 1967 r. urodził się Carles Busquets. Ojciec Sergio w 1987 r. zadebiutował w FC Barcelonie B a od 1990 został włączony do kadry pierwszej drużyny jako zmiennik Andoniego Zubizarrety. W latach 1994-96 miał okazje grać jako pierwszy bramkarz, lecz jego umiejętności nie były imponujące. W 1999 r. odszedł do Lleidy, gdzie zakończył karierę. Ogółem dla Blaugrany rozegrał 117 spotkań i wpuścił 116 goli.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
9
Wybitne legendy futbolu:
18 lipca 1892 r. urodził się legendarny Brazylijski napastnik Artur Friedenreich. Przez Brazylijczyków nazywany ,,Fried’’ a przez Argentyńczyków ,,Tigre’’ czyli tygrys. To był pierwszy piłkarz na świecie, który strzelił w swojej karierze ponad 1000 goli! Rozegrał ponad 1200 spotkań i strzelał średnio jednego gola na mecz! Takich zawodników w historii futbolu było zaledwie kilku m.i.n. Pele czy Wilimowski. Artur Friedenreich był rasy mieszanej, jego ojciec to emigrant z Niemiec a matka to brazylijka; był postawny, szczupły o mleczno-czekoladowej cerze i szokująco kontrastujących z nią zielonych oczach. Zaczął kopać w piłkę w klubie Germania, skupiającym sportowców pochodzenia niemieckiego a później przywdziewał koszulki w różnych barwach. Niezwykle sprawny i zwinny, cnoty świetnego technika i przebiegłego stratega łączył z przymiotami urodzonego snajpera. Aż 9-krotnie był królem strzelców stanu São Paulo: w drużynie Mackenzie w 1912, w stanie Ypiranga w 1914 i 1917, w Paulistano w 1918,1919,1921,1927,1928,1929. W reprezentacji grającej wówczas bardzo rzadko wystąpił 22 razy strzelając w niej 10 goli. Łącznie w swej trwającej 26 lat! przebogatej karierze zakończonej przez 43 letniego weterana we Flamengo Rio de Janeiro w roku 1935 uzyskał nieprawdopodobny bilans 1329 goli! ,,Fried’’ pierwsza tej miary gwiazda brazylijskiej piłki, wielki poprzednik Leonidasa, Zizinho czy Pelego miał jednak jedną poważną wadę. Był mulatem ponad wszelką wątpliwość mimo swych szmaragdowych oczu. Zaś w tamtych czasach była to nie lada przeszkoda. Cóż tu dużo mówić! W arystokratycznym sporcie modelowanym przez styl panujący zwłaszcza w klubie Fluminense, obowiązywały kryteria rasistowskie. Murzyni a nawet mulaci zaliczali się do drugiej kategorii obywatelskiej. W reprezentacji występowali wyłącznie zawodnicy o białym kolorze skóry. Możemy sobie tylko wyobrazić ile upokorzeń musiał znieść Artur i jakie wewnętrzne zmagania z samym sobą stoczyć, zanim zdecydował się na krok groteskowy, żałosny i zarazem tragiczny. Otóż wypomadował sobie twarz nakładając nań grubą warstwę ryżowego pudru! Dopiero tak wybielony niczym nieszczęsny ,,Murzynek Bambo’’ zaryzykował pokazanie się wytwornej publiczności stadionu Laranjeiras. Jest w tym przypadku do głębi coś smutnego i zawstydzającego. Właściwie dopiero w latach 30-tych kryteria rasowe odeszły tam, gdzie ich miejsce czyli na śmietnik haniebnych przesądów, zaś wspaniali atleci o czekoladowej karnacji-Domingos, Leonidas i legion innych- stali się dumą i chlubą Brazylii.
@Arkon
@AssisMoreira
@Comentateiro
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
0
@FCBparasiempre
Nieco inaczej do krytyki trenera podchodził Jan Tomaszewski, który miał żal do selekcjonera, że nie stanął po ich stronie. ,,Do tej pory Górski mówił zawsze „my”. Tym razem powiedział to „oni”. Na tych Igrzyskach wszyscy trenerzy bronili swoich zawodników, nawet tych, co zajmowali odległe miejsca. A my przecież walczyliśmy o medal i wtedy kiedy nas zaatakował, jeszcze go nie przegraliśmy”– żalił się reprezentacyjny bramkarz. Dwa dni po spotkaniu z Kubą mieliśmy grać z Nigerią. Afrykanie jednak się wycofali, więc piłkarze mieli dwa dni więcej odpoczynku, a trenerzy dwa dni więcej na analizy i dyskusje. Spotkanie z Iranem miało już inny przebieg niż mecz z Kubą. Wcześniej wygrali oni 1:0 z Kubą, więc żeby awansować do ćwierćfinałów, musieliśmy ten pojedynek rozstrzygnąć na swoją korzyść. Początek jednak tego nie zwiastował. Już w 6 minucie rywale wyszli na prowadzenie po błędzie Tomaszewskiego i bramce Ali Parwina. Do końca pierwszej części gry wynik nie uległ zmianie. Trzecia drużyna świata przegrywała z Iranem. Górski w szatni tym razem wykazał się stoickim spokojem i zwrócił się do podopiecznych: ,,Może to i lepiej, jeśli zakończymy karierę, zamiast się dłużej męczyć”. Grzegorz Lato odpowiedział, że naprawdę się starają i bardzo chcą wygrać. Reszta drużyny potwierdzała te słowa, ale jednocześnie sprawiali wrażenie przygnębionych i zawstydzonych. Wreszcie zabrał też głos kapitan Kazimierz Deyna: ,,Panowie, daję wam i sobie też, kwadrans czasu na odwrócenie wyniku. Czy wy sobie możecie wyobrazić porażkę z Iranem? Na drugą odsłonę zawodnicy wyszli odmienieni. Dodatkowo mógł podziałać na nich fakt, że w przerwie odbyła się dekoracja zwycięzców pięcioboju nowoczesnego. Złoto zdobył Janusz Pyciak-Peciak, a piłkarze mieli przyjemność wysłuchania naszego hymnu. Już trzy minuty po wznowieniu gry wyrównaliśmy po golu Szarmacha. Minęły kolejne trzy minuty i Deyna wyprowadził nas na prowadzenie. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Wydawało się, że worek z bramkami się rozwiązał, ale na kolejne trafienie musieliśmy poczekać do 75 minuty. Sytuacja była opanowana i wystarczyło dowieźć wynik do końca meczu. Ale Iran wcale nie miał zamiaru się poddawać. Na jedenaście minut przed końcem kolejny błąd Tomaszewskiego wykorzystał Hassan Rowshan. Zaczęła się nerwowa końcówka. ,,Przez te jedenaście minut napędzili nam stracha. Nerwówka straszna, bo oni nie mieli przecież nic do stracenia. Parli do przodu, a my wybijaliśmy piłkę na oślep, byle dalej od bramki. Nie spodziewaliśmy się, że mogą stawić taki opór! Fizycznie wyglądali przy nas jak dzieci. Byli niscy, drobni i delikatnie zbudowani, ale szybcy jak wiatr i skoczni jak kangury. Niektórzy przeskakiwali nawet Gorgonia! Najprzytomniej zachowywał się chyba Deyna. W tej końcówce to on potrafił przytrzymać piłkę i trochę to wszystko uspokoić”– opowiadał Szarmach. Trener nie był jednak zadowolony z gry naszych reprezentantów. Nie mógł być. Nie omieszkał poinformować o tym zawodników. Nie wskazał kozła ofiarnego, nikogo nie wytykał palcem, tylko skrytykował wszystkich równo. Dopiero kiedy wszystko na spokojnie przemyślał i przeanalizował, przychodził i przedstawiał wnioski zawodnikom. Każde jego słowo było jak ciężki nokaut. Wiedzieliśmy, że żarty się skończyły”– wspominał Szarmach. W ćwierćfinale naszym rywalem była Korea Północna. Azjatów prowadził bohater mistrzostw świata z 1966 r. Pak Doo Ik. To on strzelił zwycięską bramkę w pamiętnym meczu z Włochami, czym Koreańczycy zapewnili sobie awans z grupy. Tym razem na boisku nie mógł się pojawić i z ławki musiał patrzeć na bezradność swoich piłkarzy. Męskie rozmowy przeprowadzone przez naszego selekcjonera przyniosły wreszcie oczekiwany skutek i wygraliśmy 5:0. Prowadzenie objęliśmy już w 13 minucie. Graliśmy szybciej i dokładniej niż w poprzednich meczach. Większą wagę przykładali też do uważnego krycia rywali. Nie był to jeszcze występ na miarę oczekiwań, ale na tle niewymagającego rywala nasza gra wyglądał przyzwoicie. Przypomnieliśmy sobie wreszcie o grze skrzydłami. Odblokował się Grzegorz Lato. Król strzelców ostatniego mundialu zdobyciem bramki z Koreą zakończył serię jedenastu występów w narodowych barwach bez strzelonego gola. Pierwsze trafienie w reprezentacji zaliczył Antoni Szymanowski. Wysokie zwycięstwo nie przysłoniło jednak niedostatków. Ciągle brakowało trzeciego szybkiego napastnika. Sporo ożywienia w nasze szeregi wprowadzili rezerwowi. Zwłaszcza Roman Ogaza, dla którego był to jedyny występ na igrzyskach, popisał kilkoma udanymi zagraniami.
,,Trener stawiał na Szarmacha i Latę i trudno mu się dziwić. Od początku wiedziałem, że jadę do Kanady bardziej na wycieczkę niż do gry. Ale przecież wystąpiłem w meczu z Koreą… Był to bardzo przyjemny okres. Zostałem znakomicie przyjęty przez reprezentantów, było tam dużo chłopców ze Śląska, bardzo miła atmosfera”– wspominał występ na igrzyskach w rozmowie z Leszkiem Orłowskim dla Piłki Nożnej Plus w kwietniu 1998 r. W półfinale stanęła naprzeciw nam reprezentacja Brazylii. Ta sama, którą w trakcie okresu przygotowawczego pokonaliśmy w Chorzowie 3:0. Mecz rozgrywaliśmy w Toronto, a połowę z ponad 20 tys. kibiców stanowiła miejscowa Polonia. Obie drużyny znały się dobrze z czerwcowego spotkania, więc o żadnym zaskoczeniu z którejś ze stron, nie mogło być mowy. Od początku oba zespoły grały bardzo uważnie w obronie, starając się nie popełniać kosztownych błędów. Stawka spotkania była wszak wysoko, zwycięzca miał już zagwarantowany medal olimpijski. To był nasz czwarty mecz w turnieju. Wszyscy pamiętali, że w czwartych spotkaniach zarówno w monachijskim turnieju, jak i na mundialu, mieliśmy spadek formy. Tym razem te obawy nie znalazły potwierdzenia w boiskowej postawie, choć do przerwy utrzymywał się wynik 0:0. Kilka minut po przerwie na prowadzenie wyprowadził nas niezawodny Andrzej Szarmach. Od tego momentu gra się ożywiła, a nasi napastnicy coraz częściej zaczęli gościć w polu karnym rywali. Odważniej grali też boczni obrońcy, którzy często włączali się do akcji ofensywnych. Canarinhos jednak nie dawali za wygraną i starli się doprowadzić do wyrównania. Na osiem minut przed końcowym gwizdkiem po raz drugi do siatki przeciwników trafił Szarmach i stało się jasne, że to biało-czerwoni zagrają o złoto. ,,To nie była drużyna gwiazd, ale amatorów, takich prawdziwych, nie udawanych, jak my. Nie było jednak między nami wielkiej różnicy. Brazylijczycy grali ambitnie i solidnie, ale przegrali. Częściowo przeze mnie, bo znowu trafiłem dwa razy”– opisywał strzelec obu bramek w tym spotkaniu. W starciu o złoty medal Igrzysk XXI Olimpiady naszym przeciwnikiem była drużyna NRD. Nasi zachodni sąsiedzi w drodze do finału w pokonanym polu zostawili Hiszpanię z młodym Luisem Arconadą, Francję z będącym u progu wielkiej kariery Michelem Platinim czy ekipę ZSRR z Ołehem Błochinem w składzie. Rywali mieli więc odrobinę solidniejszych niż Polacy. Mecz został zaplanowany na 21 lipca, na godzinę 21:30. Dzień wcześniej bohaterami olimpijskich zmagań zostali polscy siatkarze, którzy po fenomenalnym meczu pokonali ZSRR i zdobyli złote medale. W dniu finału kolejne złote krążki do polskich zdobyczy dorzucili rewelacyjny Jacek Wszoła w skoku wzwyż i Jerzy Rybicki w boksie. Zawodnicy różnych dyscyplin dopingowali siebie nawzajem i przeżywali swoje występy. Nie inaczej było z piłkarzami. ,,Prawdę powiedziawszy, znacznie mocniej przeżyliśmy występy mieszkających obok nas siatkarzy. Grali rewelacyjnie, a dla nich olimpiada jest wykładnikiem, kto jest najlepszy na świecie. To, co prezentowali, to była fantazja. Chodziliśmy wspierać ich dopingiem. Także niesłychanie przeżywałem udany występ Jacka Wszoły na skoczni wzwyż. W porównaniu z Monachium sprzed czterech lat bardziej interesowaliśmy się innymi, niż sobą”– wspominał Grzegorz Lato w książce Macieja Polkowskiego „Lato”. Po tych dokonaniach polskich sportowców kibice oczekiwali kolejnego złota. Kiedy cztery lata wcześniej Polacy zameldowali się w olimpijskim finale, wydawało się to wręcz nieprawdopodobne. W Montrealu po wcześniejszych sukcesach nie było już takich emocji. Wielu twierdziło, że skoro weszliśmy już do finału, to spokojnie go wygramy. Niestety przed pierwszy gwizdkiem nie wszystko przebiegało tak, jak powinno. Do sztabu dotarła informacja, że mecz ma zacząć się kilka godzin wcześniej. Kadra więc pojechała na stadion, zawodnicy przebrali się i wyszli na rozgrzewkę.
,,A tu zamiast Niemców widzimy puste trybuny, zryte boisko i poustawiane przeszkody do zawodów hipicznych. Okazało się, że dzień wcześniej w tym miejscu odbywał się konkurs w ujeżdżaniu i panował ogromny bałagan. (…) Po jakimś czasie na murawę wjechała ciężarówka z pisakiem. Raz dwa zasypano wszystkie dziury, a potem te miejsca pomalowano zieloną farbą, żeby boisko dobrze wyglądało w telewizji”– wspominał Andrzej Szarmach.
Polacy siedzieli dwie godziny w szatni bez żadnych informacji. Nie wiedzieli, co się dzieje, o której w końcu zaczyna się spotkanie. Chodzili z kąta w kąt i nie wiedzieli co ze sobą robić. O koncentracji, która w tak ważnym meczu jest niezbędna, można było zapomnieć. Na domiar złego krótko po tym, jak wyszli w końcu na rozgrzewkę, niedyspozycję zgłosił Jerzy Gorgoń, który tłumaczył się bólem krzyża. Polska reprezentacja rozkręcała się z meczu na mecz, ale przez cały ten bałagan przed pierwszym gwizdkiem byli rozbici i rozkojarzeni. Mieli pretensje do działaczy, że nikt nic nie wiedział. Niemcy nie pomylili godziny rozpoczęcia spotkania. Przyjechali punktualnie i chcieli się zrewanżować za porażkę sprzed czterech lat. Byli pewni siebie i wiedzieli, co mają robić, żeby wygrać. ,,Tamtego deszczowego dnia, gdy rozpoczynał się finał, spostrzegłem duże zdenerwowanie w polskim zespole. Mieliśmy więc przewagę psychiczną, a to w futbolu może zadecydować o przewadze fizycznej. Oczywiście filmowaliśmy Polaków wiele razy, sam byłem na spotkaniu z Brazylią w Chorzowie, a moi wysłannicy oglądali inne gry polskiej drużyny. Uważam, że jest ona lepsze niż poziom waszych występów na igrzyskach”– mówił później trener drużyny NRD Georg Buschner. Kibice zgromadzeni na trybunach Stadionu Olimpijskiego w Montrealu był świadkiem prawdziwej lekcji futbolu, jakiej udzielili nam Niemcy. Narzucili niesamowite tempo gry, a w naszą obronę wchodzili jak w masło. Nie minął jeszcze kwadrans, a rozkojarzeni Polacy przegrywali już 0:2., po bramkach Hartmuta Schade i Martina Hoffmanna. Zastępujący Gorgonia Henryk Wieczorek nie był przygotowany psychicznie do tak ważnego meczu, nie zdążył nawet zmienić butów i początkowo musiał grać w lankach, w których nie czuł się zbyt pewnie. Stracone bramki najbardziej chyba obciążają Tomaszewskiego. Bohater z Wembley był bez formy i kompletnie stracił pewność siebie. Wkrótce po stracie drugiego gola poprosił o zmianę. ,,Twierdził, że boli go brzuch, ale wydaje mi się, że mógł się wystraszyć, spalić psychicznie. Często tak robił, gdy sytuacja wymykała mu się spod kontroli”– opowiadał Szarmach. Na boisku zastąpił go Piotr Mowlik. Polacy otrząsnęli się z szoku i wzięli się do pracy. Sprawialiśmy coraz więcej kłopotów niemieckiej obronie, ale fantastycznie dysponowany był Jürgen Croy. Do przerwy jednak wynik nie uległ zmianie. W drugiej połowie Polacy zdołali strzelić kontaktowego gola. Na pół godziny przed końcem po dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłkę do bramki skierował Grzegorz Lato. Odżyły nadzieje kibiców i wydawało się, że wyrównanie jest kwestią minut. Polacy przeważali, ale nie byli w stanie strzelić drugiej bramki. Szarmach wspominał, że ani w głowach, ani w nogach nie było nic. Nic nie był w stanie poradzić na to Kazimierz Górski. Miał jeszcze jedną zmianę, ale nie zdecydował się jej wykorzystać. Na kilka minut przed końcem nasze szanse ostatecznie pogrzebał Reinhard Hafner, który ustalił wynik meczu na 3:1. NRD pokonało nas naszą własną bronią – świetnie grali skrzydłami i wyprowadzali bardzo groźne kontry. Trener Górski zapytany, czy widział szansę na zwycięstwo, odpowiedział: ,,Tak. Gdyby powtórzono mecz następnego dnia, jestem przekonany, że nasza drużyna, w formie, w jakiej była, rozstrzygnęłaby pojedynek na własną korzyść. Czy w tym powtórzonym spotkaniu zmieniłbym taktykę? Nie. Nie zawiodły bowiem założenia taktyczne, lecz ich realizacja. Zawiodła dyscyplina taktyczna wykonywanych zadań szczególnie w grze defensywnej. W takim meczu i z takim przeciwnikiem można popełnić jeden błąd, stracić jedną bramkę, bo to jest jeszcze możliwe do odrobienia. Jednak nie więcej. Przeciwnik potrafi grać i był dobrze przygotowany do pojedynku. Zniwelowanie różnic dwóch bramek(jak się okazało) było niemożliwe”. Grzegorz Lato, który przedłużył swoją bramką nasze nadzieje na doprowadzenie do wyrównania, twierdzi, że zawodnikom zabrakło motywacji i ambicji. Nie dali z siebie wszystkiego. ,,Prawie wszyscy przed meczem byli już z powrotem w domach, bo mieli zapewniony srebrny medal i była pełnia szczęścia. Muszę powiedzieć, że do niektórych kolegów mam żal, pretensję, że mając szansę po raz drugi wywalczyć mistrzostwo olimpijskie, uznali – a, srebrny medal, to i tak coś, i wystarczy. No, tak nie może być w sporcie. Dopóki istnieje szansa sięgnięcia po złoty medal czy pierwsze miejsce w czymkolwiek to – trudno – trzeba do końca grać i o to walczyć. Nawet przegrywając 0:2, mogliśmy spokojnie zremisować. A przy remisie może być różnie. Powiem dosadnie: niektórzy stchórzyli!”– wypowiadał się na łamach książki Macieja Polkowskiego.
Srebrny medal w porównaniu ze złotem siatkarzy wypadł blado. W kraju odebrano go jako porażkę, na kadrę spadła krytyka. Pisano, że piłkarze się do niczego nie nadają, że są wypaleni i trzeba dać szansę młodemu pokoleniu. Patrząc jednak na formę reprezentacji w okresie poprzedzającym igrzyska, to drugie miejsce na igrzyskach można odczytywać jako sukces. Choć trzeba uczciwie powiedzieć, że pierwszym silnym rywalem, z jakim przyszło nam się zmierzyć, była dopiero reprezentacją NRD. Być może gdyby do Kanady Górski zabrał młodych, utalentowanych zawodników, kosztem starych wyjadaczy, wynik byłby inny. Ale to tylko wróżenie z fusów. W swoich wspomnieniach przyznał, że po igrzyskach żałował, że nie odszedł po mundialu w RFN. Sam dostrzegał błędy, jakie popełnił w prowadzeniu drużyny. ,,To ja przede wszystkim zawiodłem, jako opiekun i wychowawca. Wolałem nie ryzykować, tasując i rozdając te same „karty”. Zawodnicy wyczuwali moją niepewności, była im w jakimś stopniu na rękę, stali się wygodni, wyrachowani. To był drugi powód naszej wspólnej porażki. Ale pierwszy tkwił we mnie. Po prostu się wypaliłem, przeżyłem swoje dni, a mimo to pozostawałem nadal na stanowisku szefa reprezentacji. O dwa lata za długo”– winił się na łamach książki „pół wieku z piłką”. Po powrocie do Polski na Okęciu nie witały ich tłumy. Pojawiła się tylko garstka kibiców, krewni i kilku dziennikarzy. Dodatkowo na piłkarzy czekała bardzo niemiła niespodzianka. ,,Na lotnisku Okęcie nas, było nie było, srebrnych medalistów, potraktowano jak przemytników. Jakbyśmy Bóg wie co przywozili. Był cyrk. Wzięto na rewizję osobistą co drugiego, bo ktoś, gdzieś „podkablował”, że przewozimy jakieś towary. Okazało się to wierutną bzdurą. Za srebrny medal dostaliśmy po niecałe osiemset dolarów, plus kieszonkowe i każdy coś tam sobie kupił, dla żony, dla dzieci, znajomych. A nas potraktowano jak bandę rzezimieszków przewożących narkotyki, czy nie wiadomo co”– opisywał powrót do kraju Grzegorz Lato. Jeszcze przed wylotem do Montrealu stało się jasne, że trener Górski opuści reprezentację. Wiedział, jaka jest atmosfera wokół kadry i jego osoby. Wiedział, że jego przeciwnicy mają cudowne recepty na uzdrowienie naszej narodowej drużyny. 9 sierpnia na łamach katowickiego Sportu ukazało się jego oświadczenie: ,,Pragnę oddać pałeczkę młodemu szkoleniowcowi. Po ostatnich perypetiach ze zdrowiem nie czuję się już na siłach do prowadzenia dalszej pracy z naszą kadrą. Stąd decyzja – żegnam reprezentację”. Opiekę nad kadrą przekazał Jackowi Gmochowi. Był przekonany, że trafia w dobre ręce. Zdania nie zmienił po mundialu w Argentynie, choć po odejściu Gmocha z reprezentacji nie łączyły ich przyjazne relacje. Twórca banku informacji wielokrotnie krytycznie wypowiadał się na jego temat, ale pan Kazimierz nie miał mu tego za złe i życzył mu jak najlepiej. Król strzelców turnieju w Montrealu Andrzej Szarmach właśnie w osobie Jacka Gmocha upatruje przyczyn rezygnacji Górskiego. ,,Kazio wielu ludziom zawadzał. Nie był partyjny, a w kadrze kilku chłopaków pisało raporty Służbie Bezpieczeństwa. Jeden z nich sam się przyznał i bardzo go za tę odwagę cenię. Reszta, mimo że kablowała na potęgę, siedzi cicho do tej pory. Gmoch był w partii i miał tam swoich ludzi. Czekał, żeby zająć miejsce Górskiego i się doczekał”– oceniał Szarmach w swojej biografii. Odejście trenera Górskiego zakończyło pewną epokę w dziejach naszego piłkarstwa. Trzykrotnie wprowadził naszą reprezentacją na duże turnieje i za każdym razem wracał z medalem. Przez sześć lat pracy z kadrą drużyna pod jego wodzą rozegrała 73 spotkania. Odniosła w nich 45 zwycięstw. 12 razy padał remis, a 16 razy schodziła z boiska pokonana. Nadchodził nowy czas. Czas Jacka Gmocha i jego filozofii prowadzenia kadry. Zbliżały się eliminacje do mistrzostw świata w Argentynie, a kibice liczyli, że odegramy tam nie mniejszą rolę niż w RFN.
5
@FCBparasiempre
Po zdobyciu złotego medalu na igrzyskach w Monachium i srebrnego na mistrzostwach świata w 1974 r., z polską reprezentacją zaczęto się coraz bardziej liczyć na świecie. Wszyscy uczyli się wymowy nazwisk naszych piłkarzy, a w prasie zagranicznej próżno było szukać tytułów takich, jak przed meczem na Wembley. Pokazaliśmy, że potrafimy grać w piłkę. Kolejnym krokiem po mundialu w RFN miały być mistrzostwa Europy. Niestety eliminacje nie poszły po naszej myśli i musieliśmy obejść się smakiem. Wielkimi krokami zbliżały się jednak igrzyska olimpijskie w Montrealu, gdzie jechaliśmy z ambicjami obrony mistrzowskiego tytułu. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do eliminacji mistrzostw kontynentu. Zaczynały się we wrześniu 1974 r. meczem z Finlandią. Wcześniej, bo w lipcu zorganizowano Turniej XXX-lecia PRL, w którym polska drużyna grała jako reprezentacja Warszawy. Wygraliśmy z Rumunią i wyraźnie przegraliśmy z ZSRR. Te drużyny wystąpiły odpowiednio jako Bukareszt i Moskwa. Skład był oparty na zmiennikach pierwszej reprezentacji i uzupełniony graczami z szerszego zaplecza. We wrześniu grali już jednak bohaterowie z niemieckich boisk. Pojedynek z Finlandią w Helsinkach wygraliśmy, ale gra kadry zaczęła się rozjeżdżać. Trener wspominał, że niekończące się uroczystości, powitania i podziękowania nie pomagały w odpowiedniej koncentracji. Jak zwykle swoje trzy grosze wtrącili działacze. Mimo protestów Górskiego, trzy dni po starciu z Finlandią zaplanowali sparing z NRD, a kolejne trzy dni później sprawdzian z Francją. W ciągu tygodnia zawodnicy zagrali trzy spotkania, zaczęli w Helsinkach, potem zatrzymali się w Warszawie, a kończyli we Wrocławiu. Oba towarzyskie mecze przegraliśmy. We wrześniu na głowy kadrowiczów wylał się kubeł zimnej wody – skądś to znamy prawda? Po przeprowadzeniu paru zmian personalnych wydawało się, że kryzys został zażegnany. Do końca roku już nie przegraliśmy. Górski jednak zastanawiał się nad swoją przyszłością. Miał oferty z polskich klubów, otrzymał też propozycję z berlińskiej Herthy. Oczywiście nie mógł tak po prostu złożyć dymisji i wyjechać. Mieliśmy przecież różowe lata siedemdziesiąte. Zwrócił się do władz z prośbą o wyjazd. Rozmowy z szefującym PZPN Janem Majem i prezesem Polskiej Federacji Sportu Stanisławem Nowosielskim nie przyniosły jednak rezultatu. Do włodarzy nie trafiała argumentacja trenera, że zmiana jest potrzebna zarówno jemu, jak i kadrze. ,,Nie teraz. Wrócimy do tematu po rozgrywkach o mistrzostwo Europy”– jasno postawił sprawę Nowosielski. Trener grzecznie podziękował więc niemieckiemu klubowi i zajął się przygotowaniami do nadchodzących meczów. Na zimowe sparingi do Grecji i Jugosławii pojechał jednak Andrzej Strejlau. Górski musiał zostać w szpitalu z powodu swoich problemów ze stawami. Próbowano nowych rozwiązań i nazwisk, ale sprawdziany nie wypadły najlepiej. Kolejne wyjazdy, tym razem do RFN i Szwajcarii również stały pod znakiem eksperymentów kadrowych. Brakowało w nich Gadochy, który grał już we francuskim Nantes. Kiedy pojawił się w kadrze przed meczem z Włochami, koledzy mu zazdrościli. Sami zastanawiali się, kiedy oni dostaną szansę. Liczyli w głowach, ile mogliby zarobić. Nie wpływało to dobrze na atmosferę. Mecz z Włochami przypominał piłkarskie szachy, obie drużyny zagrały asekurancko. Nastawiliśmy się na grę z kontry, ale Włosi wcale nie mieli ochoty przejąć inicjatywy. Bezbramkowy remis przyjęto z ostrożnym optymizmem. ,,Włosi chętnie oddawali Polakom pole, a Polacy nie kwapili się z przejęciem inicjatywy. Jedna i druga strona najwięcej uwagi poświęciły obronie bramkowego przedpola i nawet kiedy przeszły do natarcia, wciąż miały przede wszystkim na uwadze własną strefę obronną. A przecież nie można iść naprzód z głową odwróconą do tyłu”– relacjonował ,,Kicker”.
W majowym meczu z NRD udało nam się zrewanżować za ostatnią porażkę. Dodatkowo pozytywnie zaprezentował się Joachim Marx. Górski zastanawiał się, czy na stałe nie wstawić go do ataku obok Laty i Szarmacha. Latem kadra wybrała się na tournée do USA i Kanady. W kraju podawano w wątpliwość zasadność tego wyjazdu. Forma narodowej drużyny pozostawiała wiele do życzenia. Do tego wyszła na jaw afera pociągowa z Szarmachem i Gorgoniem w rolach głównych. Poza tym Stany Zjednoczone i Kanada nie były wymagającymi przeciwnikami i po spotkaniach z nimi trudno było oceniać naszą aktualną dyspozycję przed jesiennymi decydującymi starciami w eliminacjach. Wygraliśmy wszystkie spotkania. Zarówno oficjalne z USA i dwukrotnie z Kanadą (4:1 i 7:1), jak i z drużynami klubowymi, z których najbardziej chyba musieliśmy się starać w starciach z Universidad Guadalajara. Można pokusić się o stwierdzenie, że taki wyjazd nie był nikomu potrzebny, bo rywale nie zmusili nas do większego wysiłku. Górski jednak miał okazję popróbować różnych wariantów taktycznych, sprawdzić kilka nowych nazwisk. Na początku września zagrano jeszcze kontrolny mecz z Hannoverem, który też wygraliśmy. 10 września oczy wszystkich kibiców skierowane były na Stadion Śląski. Na chorzowskim obiekcie zagraliśmy znakomite spotkanie z Holandią. Cały pojedynek zasługuje na osobny tekst, ale trzeba napisać, że był to jeden z najlepszych meczów, jakie rozegrała kadra Górskiego. Wicemistrzowie świata byli bezradni i przegrali aż 1:4. ,,Mecz w Chorzowie był moim ostatnim wielkim sukcesem w charakterze selekcjonera kadry narodowej. I chociaż miałem jeszcze przed sobą srebrny medal olimpijski, nie waham się tego powtórzyć: 4:1 z Holandią ma prawo stanąć obok zwycięstw z ZSRR i Węgrami na Igrzyskach, z Anglią w Chorzowie, wreszcie z Argentyną, Włochami i Brazylią na mistrzostwach świata. Naprawdę wielki mecz, niezależnie od tego, że „Pomarańczowi” zaprezentowali się w nieco słabszej formie, a błędy ich stoperów ułatwiły nam uzyskanie bramek”– twierdził trener w książce „Pół wieku z piłką”. Od tego momentu było już tylko gorzej. Co prawda z wygraliśmy jeszcze towarzysko z Węgrami, ale już rewanż w Amsterdamie kompletnie nam nie wszedł. Po spotkaniu w Chorzowie wydawać by się mogło, że skoro w takim stylu rozjechaliśmy Holendrów, to eliminacje są już wygrane. Nic bardziej mylnego. Pomarańczowi mimo wysokiej porażki nie stracili szans na awans i przystąpili do rewanżu niesamowicie zmotywowani i zdeterminowani. Polski zespół nie istniał, przegrał wyraźnie 0:3. Być może z Gorgoniem, który ciągle był jeszcze zawieszony, byłoby inaczej, ale przecież futbol to gra zespołowa. Po bezbramkowym remisie z Włochami ostatecznie pogrzebaliśmy swoje szanse na awans. Trzeba przyznać, że odpadliśmy zasłużenie. Atmosfera była kiepska. Nawet chorzowski triumf nie podniósł niskiego morale. ,,Mimo zwycięstwa nad Holandią w Chorzowie nastrój w drużynie się nie poprawił. Serdeczna, pełna szczerości i wzajemnego zaufania atmosfera, która była jednym z istotnych, o ile nie decydującym czynnikiem osiągnięć wpierw na igrzyskach, a potem na mistrzostwach świata, nie powróciła”– wspominał Górski. Rok wcześniej słusznie uważał, że drużyna potrzebuje nowego impulsu, że zawodnicy za bardzo obrośli w piórka. Mylili się ci, którzy myśleli, że kryzys był chwilowy. Jako mistrz olimpijski udział w Montrealu mieliśmy zagwarantowany. Pierwsza połowa olimpijskiego roku była fatalna. W lutym tradycyjnie udano się na zagraniczne zgrupowanie. Tym razem wybór padł na Hiszpanię. Niestety Kazimierz Górski znowu musiał udać się do szpitala i nie mógł nadzorować pracy na obozie. Wcześniej kadrę opuścił Andrzej Strejlau, który jednak wróci na igrzyska, więc na Półwyspie Iberyjskim piłkarzami kierował Ryszard Kulesza. Wieści nie były jednak najlepsze. Warunki były co prawda dobre, ale po zwycięstwach z Betisem i Málagą przyszła kolej na porażkę z drugoligowym wówczas Deportivo La Coruña. Nie nastrajało to optymistycznie przed marcowym spotkaniem z Argentyną. Prowadził ich César Luis Menotti, a w ataku zaczynał błyszczeć Mario Kempes. W składzie mieli kilku świetnych graczy: Jorge Mario Olguin, Alberto Tarantini, Américo Gallego, czy będący jeszcze wtedy rezerwowymi René Houseman i Osvaldo Ardiles. Wszyscy oni dwa lata później zdobędą mistrzostwo świata. W Chorzowie wygrali 2:1. Górski wobec słabszej postawy niektórych podstawowych zawodników szukał nowych nazwisk. W meczu tym zadebiutowali Zbigniew Boniek, Janusz Kupcewicz czy Paweł Janas. Warto jeszcze wspomnieć, że strzelcem bramki dla Polski był Kazimierz Kmiecik – jak podaje Encyklopedia FUJI, był to pierwszy gol zdobyty bezpośrednio z rzutu rożnego i trafienie nr 600 w historii reprezentacji. ,,Niektórzy ze „srebrnej” drużyny uwierzyli w swe niepodważane mistrzostwo, w lidze brylowali, więc po co nadal ciężko pracować, odmawiać sobie nawet drobnych przyjemności? Może byłem zbyt miękki wobec objawów wygodnictwa, nader długo tolerowałem fetowanie trzeciego miejsca, nie biłem na alarm, widząc, jak trwoni się dorobek kilku lat, ograniczając się do delikatnej perswazji”– zastanawiał się Górski w „Pół wieku z piłką”. Po porażce z Argentyną przyszła kolej na spotkania z Francją, Grecją i Szwajcarią. Wszystkie graliśmy na boiskach rywali i wszystkie przegraliśmy, choć każde w innych okolicznościach.
,,O porażce z Francją rozstrzygnęła właściwie samobójcza bramka Wawrowskiego. W Atenach, w momencie największej naszej przewagi strzelano nam jedynego gola. W Szwajcarii, no cóż, zirytowany denerwującym pasmem niepowodzeń wystawiłem eksperymentalny skład z Szymanowskim na środku obrony, Kmiecikiem w drugiej linii, Ćmikiewiczem w ataku, do tego Ogazę u boku rutynowanego Laty. I nic z tego nie wyszło”– opowiadał trener w cytowanej książce. Porażka z Irlandią na stadionie Warty była piątą z rzędu i siódmym meczem z kolei, w którym nie potrafiliśmy wygrać. Do igrzysk pozostawały dwa miesiące. W kraju toczyła się dyskusja nad przyczynami słabej formy kadrowiczów. Od kilku miesięcy z trenerem Górskim współpracował Ryszard Kulesza i to on stał się kozłem ofiarnym. W czerwcu, po zakończeniu zmagań ligowych do pracy z reprezentacją powrócił Andrzej Strejlau. Razem z kadrą pojedzie do Montrealu, a zabraknie miejsca właśnie dla Kuleszy. Ostatnim etapem przygotowań było zgrupowanie w Zakopanem. Czasu, żeby odnaleźć formę i odpowiednią motywację było jednak coraz mniej. ,,Zastanawiałem się jak postąpić, by obronić olimpijskie złoto: oprzeć się na doświadczonych rutyniarzach licząc, że w obliczu najważniejszych zadań wzniosą się ponownie na wyżyny swego kunsztu, czy zaryzykować wystawiając nowych? Przyznaję, że chwilami byłem bezradny, nie znajdując odpowiedzi na nękające mnie pytania. A może zabrakło mi odwagi? Miałem pretensje do zawodników, że nie są już ci sami co w roku 1973 i w pierwszej połowie 1974. A ja też nie byłem ten sam, chwiejny i niezdecydowany, łatwo ulegający nastojom i wpadający bez powodu w złość, spięty i poddenerwowany. Gdzie podziała się moja taka chwalona, niezmącona niczym, pogoda ducha? Uleciała wraz z formą reprezentacji. Do tego wszystkiego doszedł stan zdrowia i nękające mnie ustawicznie bolesne dolegliwości”– analizował szkoleniowiec w swoich wspomnieniach. Obóz przygotowawczy pod Tatrami był ostatnią szansą na odnalezienie właściwej dyspozycji. Zakopane było dla nas szczęśliwym miejscem. To tutaj szlifowaliśmy formę przed mistrzostwami świata i przed igrzyskami w Monachium. Po tym, jak z pracą w kadrze pożegnał się Jacek Gmoch, osobą odpowiedzialną za bank informacji został Bernard Blaut. Treningi były ciężkie, wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że nie może być mowy o taryfie ulgowej. Jeśli chcieli odnieść sukces w Kanadzie, to musieli dawać z siebie wszystko. Po sparingach z Hutnikiem, reprezentacją Popradu i Garbarnią przyszła pora na starcie z Brazylią… amatorską. Polska wreszcie wygrała mecz międzypaństwowy, choć przeciwnik nie był z najwyższej półki. W prasie pisano, że po beczce piołunu wreszcie łyżka miodu. Wygraliśmy 3:0. Spotkaniem z Brazylią zapoczątkowano cykl meczów kontrolnych, które rozgrywaliśmy co dwa dni. Miało to naszych kadrowiczów odpowiednio przygotować do intensywności spotkań na igrzyskach. 2 lipca zaplanowano pojedynek z Vojvodiną Nowy Sad. Podróż do Krakowa, gdzie rozgrywano mecz, zaczęła się pechowo dla Jerzego Gorgonia. Potknął się na schodach, jak wsiadał do autokaru i rozciął sobie palec u nogi, przekreślając szanse na występ w tamtym spotkaniu. Urazy dokuczały też Zygmuntowi Maszczykowi i Wojciechowi Rudemu. Praktycznie każdy na coś narzekał. Całkowicie zdrowi byli jedynie bramkarz Piotr Mowlik i napastnicy Roman Ogaza i Jan Benigier. Ciekawostką jest fakt, że miejsce Janusza Garlickiego zajął nowy lekarz. Był nim Witold Stelowski, który na zgrupowanie przyjechał zraniony kosiarką w swoim przydomowym ogródku. Mecz z jugosłowiańską drużyną zremisowaliśmy 4:4, a Antoni Szymanowski wspomniał, że nie pamięta, kiedy Górski tak źle wyrażał się o zawodnikach. Ostatnim sprawdzianem było starcie z krakowską Wisłą. Wygraliśmy 4:0 i po krótkich wizytach w domach drużyna wyleciała za ocean. Po serii meczów kontrolnych i czasie przepracowanym na zgrupowaniu zaszczytu reprezentowania naszego kraju na igrzyskach dostąpiło 17 zawodników. Byli to: Jerzy Gorgoń, Andrzej Szarmach i Henryk Wieczorek (wszyscy Górnik), Lesław Ćmikiewicz, Kazimierz Deyna i Piotr Mowlik (wszyscy Legia), Jan Benigier i Zygmunt Maszczyk (obaj Ruch), Henryk Kasperczak i Grzegorz Lato (obaj Stal Mielec), Kazimierz Kmiecik i Antoni Szymanowski (obaj Wisła), Roman Ogaza (GKS Tychy), Jan Tomaszewski (ŁKS), Henryk Wawrowski (Pogoń) i Władysław Żmuda (Śląsk). Zbigniew Boniek, który bardzo liczył na występ, znalazł się tylko na liście rezerwowych.
Kanadyjskie igrzyska były pierwszymi, w których ruch olimpijski tak poważnie mierzył się z bojkotem. Z zawodów wycofało się większość krajów afrykańskich. Był to protest przeciw niewykluczeniu z igrzysk ekipy Nowej Zelandii, której reprezentacja w rugby złamała międzynarodową izolację uprawiającej politykę apartheidu Republiki Południowej Afryki i odbyła tournée po tym kraju. Dla turnieju piłkarskiego oznaczało to brak zespołów z Ghany, Nigerii i Zambii. Było już za późno, żeby dokooptować ewentualnych zastępców i w ten sposób w grupach A, C i D grały tylko trzy drużyny. W wyniku przeprowadzonego 24 maja losowania Polacy znaleźli się w grupie C. Naszymi rywalami miały być Iran, Nigeria i Urugwaj. Pierwsze spotkanie, które było jednocześnie meczem otwarcia, rozgrywaliśmy jednak z Kubą. Skąd się wzięła? Urugwaj już po losowaniu wycofał swój zespół, jego miejsce zaproponowano Argentynie, która odmówiła. Podobnej propozycji nie przyjęła również Kolumbia. Udział w igrzyskach zaproponowano więc Kubańczykom. Mogło się wydawać, że mając w grupie takich rywali jak Iran czy Kuba, wygramy z nimi z zawiązanymi oczami. Okazało się jednak, że w starciu z mistrzami olimpijskimi nasi rywale będą chcieli się pokazać z jak najlepszej strony. Już pierwszy mecz z Kubańczykami przyniósł wielkie rozczarowanie, żeby nie powiedzieć sensację. Zespół, który ostatni raz grał na dużej imprezie w 1938 r., postawił nam bardzo twarde warunki. Wszystkie akcje naszej drużyny kończyły się na bramkarzu Kuby albo na strzałach w aut. Polacy bili głową w mur, dużo było niedokładności i nerwów, mimo że na przedmeczowym treningu wszystko niby wyglądało w porządku. W przerwie Górski z trudem zdołał się opanować i spokojnie zwrócił zawodnikom uwagę, żeby realizowali założenia taktyczne i grali dokładniej i celniej. Zauważył też, że nie widział ani jednej składnej akcji w naszym wykonaniu, mimo że rywal nie był przecież najwyższej klasy. Swoje trzy grosze wtrącił też prezes PZPN: ,,Panowie, miejsce przynajmniej wzgląd na królową angielską, która po uroczystości otwarcia, specjalnie została na meczu, by podziwiać zwycięzców Anglików. Książę małżonek wyraził życzenie uściśnięcia dłoni po zwodach trenerowi i kapitanowi drużyny, jak się obaj Kazie pokażą mu na oczy? Siedzę niedaleko koronowanych głów w loży honorowej, rumieniąc się za was ze wstydu. Jeśli już nie dbacie o moje serce, bliskie zawału, to przynajmniej królowej oszczędźcie tego pożałowania godnego widowiska! – starał się wpłynąć na piłkarzy Jan Maj. W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Cały czas brakowało dokładności. Kiedy wprowadzono na boisko Roberto Pereirę, to nasi zawodnicy mieli jeszcze więcej problemów z rywalami. Świetnie zbudowany, bardzo szybki zawodnik raz po raz wprowadzał zamieszanie w naszych szeregach. Dysponował dobrym uderzeniem i nieźle grał głową. To po faulu Gorgonia na nim podyktowano rzut wolny. Chwilę później piłka zatrzepotała w siatce, ale sędzia nie uznał bramki. Podobno był spalony, choć bezstronni obserwatorzy skłaniali się raczej ku wersji, że gol był zdobyty prawidłowo. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Mieliśmy sporo szczęścia, że właśnie taki wynik widniał na tablicy po końcowym gwizdku. Na konferencji prasowej Górski nazwał swoich podopiecznych profesorami futbolu, którzy wszystko wiedzą najlepiej, niczego nikt nie jest w stanie ich nauczyć i nie muszą nikogo słuchać. Kompromitacja była o krok, a atmosfera wzajemnych pretensji i niedomówień pod znakiem zapytania postawiła nasze dalsze losy w turnieju. Wydawało nam się, że mecz sam się wygra, a medal sam się zawiesi na szyi. Że nic nie trzeba będzie robić, tylko wyjść na boisko i trochę pobiegać. No to Kubańczycy szybko z nas z błędu wyprowadzili. Uprzytomnili nam, że to wcale nie będzie tak lekko, łatwo i przyjemnie. To było ostrzeżenie, którego nie potraktowaliśmy poważnie”– wspominał Andrzej Szarmach w swojej biografii.
5
Reprezentacja Polski na Igrzyskach Olimpijskich:
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
7
@FCBparasiempre
18 lipca 1949 r. w Zabrzu urodził się Jerzy Gorgoń, środkowy obrońca. Mieszanka językowa jakiej używał węgierski trener Górnika Zabrze, Geza Kalocsay, zawsze budziła wielką wesołość. Madziar przeplatał ze sobą język angielski, niemiecki, węgierski i czeski, tworząc niespotykane konstrukcje. Jedną z najśmieszniejszych była wiązanka, którą często rzucał pod adresem swego podstawowego stopera- Jerzego Gorgonia: ,,Ty jesztesz welky elefant. Ty must biegać!”. Bawiła ona jednak głównie zawodników Górnika, bo przeciwnikom nie było już do śmiechu, gdy stawali naprzeciwko potężnego, mierzącego blisko 2 metry środkowego obrońcy, z charakterystycznymi długimi blond włosami. Wtedy pojawiał się raczej strach. W Ekstraklasie był wierny barwom Górnika przez ponad dekade. Trafił tam tuż po ukończeniu 18-tego roku życia. Z miejsca budził ciekawość swoim wzrostem, był prawie 10 cm wyższy od dwóch pozostałych najbardziej okazałych pod względem wzrostu zawodników w składzie Górnika, Jana Gomoli oraz Rainera Kuchty. Gdy zadebiutował w marcu 1968 r., z miejsca stał się jednym z najwyższych zawodników w Ekstraklasie. Z czasem przylgnął do niego pseudonim ,,Wielka Biała Góra”, z racji gabarytów oraz długich blond włosów. O tę gorę potem rozbijali się prawie wszyscy napastnicy. Dobrze zbudowany, twardy a dzięki pracy z Kaloscayem także znakomicie wyszkolony pod względem taktycznym, stanowił jednego z najlepszych obrońców Ekstraklasy w historii. ,,Uważam że był to jeden z lepszych środkowych obrońców w Europie. Warunki fizyczne miał wspaniałe a przy tym był bardzo sprawny i szybki. Wygrywał wiele pojedynków, także biegowych, przede wszystkim głową, ze względu na wzrost. Niektórzy, tak przypuszczam, to zwyczajnie się go bali… i wcale im się nie dziwie bo jak taki olbrzym ruszył i się rozpędził to nie było przeproś…”- opowiadał Kazimierz Górski w swojej książce ,,Pół wieku z piłką”. Nauki wyniesione od partnerów z obrony, Stanisława Oślizły oraz Stefana Florenskiego, sprawiały iż długo był liderem w kraju na swojej pozycji. Dowodziły tego indywidualne wyróżnienia. W 1973 r. wygral punktacje ,,Złotych Butów” katowickiego ,,Sportu”. Sezon później został zaś sklasyfikowany na 15 miejscu w całej Europie w plebiscycie Złotej Piłki! Z obrońców wyżej od niego znaleźli się tylko Beckenbauer, Breitner oraz Vogts, czyli trzej mistrzowie świata. Jurorom mógł dać się zapamiętać nie tylko ze skutecznej gry w obronie ale też dzięki diabelskiej wręcz umiejętności strzelania goli z dystansu. Pokazał go między innymi podczas meczu fazy grupowej przeciwko NRD w turnieju olimpijskim w Monachium. Dwukrotnie z odległości 30 metrów kropnął nie do obrony dla bramkarza przeciwników. Podobnym wyczynem popisał się 2 lata później w starciu przeciwko Haiti na mistrzostwach świata, gdzie przepięknym strzałem z dystansu zaskoczył bramkarza egzotycznych przeciwników. Został tym samym pierwszym polskim obrońcą ze strzelonym golem na mundialu. Do dziś jego wyczyn skopiowali tylko Majewski, Bosacki i Bednarek spośród przedstawicieli tej pozycji. Mało brakowało a podobnie wpisałby się na liste strzelców też przeciwko Argentynie, jednak bramkarz obronił jego strzał z dystansu końcami palców. Bramkostrzelność pokazywał też w lidze, gdzie skończył z 18 golami, co jak na stopera było znakomitym wynikiem. W ostatniej edycji, w której występował, zanotował aż 5 trafień. W układance Kazimierza Górskiego Gorgoń był absolutnie bezcenny. Razem z reprezentacją Polski zdobył złoto i srebro olimpijskie a także srebro mistrzostw świata. We wszystkich tych turniejach opuścił tylko jeden mecz! Przed starciem o 3 miejsce na mundialu w RFN mocno bolała go kostka ale zacisnął zęby i zagrał, skutecznie powstrzymując brazylijskie gwiazdy. Po MŚ francuska agencja prasowa umieściła go w drugiej ,,11” turnieju. Na igrzyskach 2 lata wcześniej uznawano go zaś za drugiego po Deynie największego bohatera Polaków. W eliminacjach MŚ 1974 także był filarem drużyny, zwłaszcza w finiszowych meczach z Walia i Anglią. Po pierwszym z nich selekcjoner rywali uznał go za najlepszego zawodnika w szeregach Polski. Po spotkaniu z synami Albionu zachwycił Alfa Ramseya. Także trener Górski wyróżnił go na konferencji prasowej, przyznając że znakomicie asekurował Jana Tomaszewskiego. Tomaszewski zrewanżował się Gorgoniowi już na mundialu, gdy obronił karnego wykonywanego przez Tappera ze Szwecji, podyktowanego właśnie za faul Gorgonia. Niektórzy uważali że jego konto obciążą gol stracony z RFN. Analizy wykazały jednak w tej sytuacji spalonego. ,,Świadomie puściłem Holzenbeina na spalonego”- twierdził po meczu. Potem pojechał z drużyną Gmocha na mundial do Argentyny. Selekcjoner postanowił z niego zrezygnować przed najważniejszym meczem z gospodarzami. Na obronie zastąpił go nominalny pomocnik, Henryk Kasperczak. Do dziś ta decyzja dla wielu znawców jest szokująca, zwłaszcza że 2 gole w tym meczu zdobył Kempes, za którego upilnowanie odpowiedzialny był następca Gorgonia. Gmoch jednak twierdził że absencja obrońcy wynikała tylko z powodu dyspozycji fizycznej. W kolejnym meczu(z Peru) udowodnił jednak dobrą forme. Trafił nawet do ,,11” tej kolejki. Problem jednak często stanowiła jego dyspozycja psychiczna. Z tego powodu został szybko zmieniony w starciu IO 1972 z ZSRR a 4 lata później w finale turnieju nie wybiegł na boisko, choć był w awizowanym składzie. Selekcjoner Górski uważał fakt że nie wymusił na nim udziału w meczu za jeden ze swoich większych błędów szkoleniowych. Na ogół cichy i spokojny raz wplątał się w olbrzymią afere. Wracając pociągiem z meczu z Francji, wraz z Szarmachem naubliżali obsłudze. Dla Gorgonia skończyło się to półroczną dyskwalifikacją. Z tego powodu nie wziął udziału między innymi w meczu decydującym o awans do ME z Holandią, który kadra gładko przegrała 0:3. Ostatecznie karierę w reprezentacji zakończył z 55 rozegranymi meczami. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Na jego koncie znajduje się finał Pucharu Zdobywców Pucharów. Odznaczył się zwłaszcza w tryptyku półfinałowym z AS Romą. Po jego rajdzie przerwanym faulem, sędzia zarządził rzut karny zamieniony przez Lubańskiego na gola. Brał też udział w kolejnej kampanii zakończonej na ćwierćfinale tych rozgrywek. Po wyjeździe z Górnika Zabrze grał w Sankt Gallen. Po zakończeniu kariery osiadł w Szwajcarii.
8
Wybitne legendy polskiego futbolu:
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
12
,,Pequeña Copa del Mundo”:
18 lipca 1957 r. FC Barcelona zdobyła Mały Puchar Świata. Towarzyski turniej o nazwie ,,Pequeña Copa del Mundo” rozgrywano w Wenezueli w latach 1952-75(z przerwami). Łącznie odbyło się 13 edycji. W szóstej z nich poza Blaugraną wystąpiły: FC Sevilla, Botafogo oraz Club Nacional de Montevideo. Co ciekawe grano systemem mecz i rewanż, dlatego turniej trwał od 29 czerwca do 18 lipca i każda z drużyn rozegrała 6 spotkań. Duma Katalonii nie poniosła żadnej porażki a w decydującym o tryumfie meczu zremisowała z Botafogo 2:2. Gole dla Barçy w tym decydującym starciu zdobyli: Evaristo oraz Villaverde. W ekipie Botafogo zagrał genialny Garrincha, który rok później został mistrzem Świata z reprezentacją Brazylii. On również wpisał się na liste strzelców.
@Sensible
@Rastafarnianin
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@AssisMoreira
@Arkon
13
Canarinhos po raz czwarty:
17 lipca 1994 roku, rozegrany został finał mundialu w USA: Brazylia - Włochy. Finał na stadionie Rose Bowl w Pasadenie pod Los Angeles był brzydki i nudny. Brazylia i Włochy nie stworzyły wielkiego widowiska, a przyczyną był upał, było prawie 40 st. Celsjusza. Mecz rozgrywano o 12:30, gdy słońce było najwyżej. To był dyktat telewizji, by transmisja w Europie przypadała na godziny wieczorne. Po raz pierwszy w historii losy finału zostały rozstrzygnięte w serii rzutów karnych... Więcej dobrych okazji miała Brazylia, w której brylował duet Romario i Bebeto, ale ogólnie pięknej gry było jak na lekarstwo. Po raz pierwszy w historii o tytule najlepszej drużyny świata musiały decydować rzuty karne. Przed ostatnią kolejką Włosi spudłowali dwa razy, Brazylijczycy tylko raz. Wtedy rozegrał się wielki dramat lidera Włochów – Roberto Baggio. Rok wcześniej uznano go najlepszym piłkarzem świata, teraz mimo kontuzji rozgrywał wspaniały turniej. W decydującym momencie kopnął jednak nad poprzeczką. Jego pudło oznaczało, że to Brazylia jest mistrzem świata. ,,Finał poszedł jak poszedł... Gdyby było inaczej pewnie znów zdobyłbym Złotą Piłkę. Po przegranym finale było mi bardzo trudno. Ten smutek pozostał ze mną ale zawsze na boisku cieszyłem się grą” – wspominał po latach. Ze wszystkich tytułów dla Brazylii w tym było jednak najmniej magii. Romário, Bebeto, Dunga, Branco, Cafu, Taffarel, Rai – to były wielkie nazwiska, ale trener Parreira ustawiał zespół zachowawczo, liczyła się skuteczność, a nie piękno gry. Przegrana drużyna Tele Santany z 1982 roku jest pamiętana bardziej niż ta zwycięska z 1994 roku. Chwilę po wygraniu turnieju w USA piłkarze Brazylii zadedykowali zwycięstwo Ayrtonowi Sennie. Trzykrotny mistrz świata Formuły 1 zginął dwa i pół miesiąca wcześniej, 1.maja 1994 w wypadku na torze Imola podczas Grand Prix San Marino. Piłkarze rozłożyli transparent z napisem "Senna… Przyspieszaliśmy razem. Czwarty tytuł jest nasz!". Brazylia została w 1994 roku mistrzem świata po raz czwarty, Senna też walczył w tamtym roku o swój czwarty tytuł.
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Arkon
4
@FCBparasiempre
Cesarstwo Austro-Węgierskie jest o wiele ważniejsze dla historii piłki nożnej, niż się powszechnie uważa. Nie mówię tu o słynnej austriackiej drużynie z mundialu w 1934 roku czy potężnej węgierskiej kadrze Gustava Sebesa ale o promocji tego sportu na samym kontynencie. Pierwsza próba dołączenia do europejskich klubów w rozgrywkach miała miejsce w 1897 roku. John Gramlick, Anglik, współzałożyciel Vienna Cricket and Football Club(lepiej znany jako Cricketer), pochodzący ze stolicy Austrii, uważany jest za głównego mentora Challenge Cup, rywalizacji, w którym każdy uczestniczący kraj Cesarstwa Austro-Węgierskiego mógł wystawić dwie drużyny w turnieju. Tylko Budapeszt, Praga i stolica Wiedeń były reprezentowane w pierwszym turnieju, który wygrał zespół Gramlicka- Vienna Cricketer. Challenge Cup, który trwał do 1911 roku, został przerwany przez tlący się już klimat I wojny światowej. Uzgodniono, że pierwsza drużyna, która trzykrotnie wygra turniej, będzie miała ostateczne posiadanie pucharu, co później zostało uzgodnione między zespołami. Puchar definitywnie przypadł ostatniemu mistrzowi, Wiener Sport- Klubowi Austrii, który w ostatniej edycji pokonał Ferencvaros 3:0. Klub, który najczęściej wygrywał rozgrywki, oprócz Wiener AC, mający na swoim koncie trzy tytuły. Warto wspomnieć o Challenge Cup, ponieważ po długiej recesji i trudnościach, jakie wojna przyniosła kontynentowi, w taki czy inny sposób, piłka nożna nie przestała być grą, będąc nawet ważnym instrumentem w odbudowa poczucia własnej wartości i tożsamości narodowej w okresie powojennym. Innymi słowy, w życiu niektórych młodych ludzi nie pozostało wiele satysfakcji, poza grą w piłkę nożną, albo zapomnienie o bólu i stratach, albo dążenie do kariery sportowej, sektora, który dla rozrywki mas, był w pełnym rozkwicie. W tym czasie najbardziej widoczna piłka nożna uprawiana w Europie rezydowała na wschodzie kontynentu, gdzie już w połowie drugiej dekady lat 20-tych XX wieku zaczęły się profesjonalizować ligi narodowe, co dawałoby możliwość wypłacania pensji sportowcom i menedżerowie, którzy mogliby wtedy całkowicie skupić się na piłce nożnej lub pracować mniej i w mniej ryzykownych zawodach, którzy dzielili swój czas na przygotowania jako sportowcy. Austria, Węgry i Czechosłowacja były jednymi z pierwszych krajów, które przeszły na zawodowstwo, zainteresowanie piłką nożną przyciągnęło już tłumy na stadiony.
17 lipca 1927 roku na spotkaniu pod przewodnictwem Hugo Meisla, prezesa Austriackiej Konfederacji Piłki Nożnej, ustalono zasady nowych krajowych rozgrywek, które miały nosić nazwę Mitropa Cup . Wybrana nazwa była skrótem niemieckiego terminu ,,Mittel Europa”, oznaczającego Europę Środkową. Podobnie jak w rodowym Challenge Cup, każdy z uczestniczących krajów mógł mieć maksymalnie dwie drużyny, były to Węgry, Austria, Czechosłowacja i Jugosławia. Przyjęto system mecz i rewanż, z podróżami w obie strony. Już w 1927 roku po raz pierwszy rozegrano turniej, który wygrała drużyna Sparty Praga. Czechów nazywano Żelazną Spartą lub Sparta de Ferro, co było idealną nazwą dla tej drużyny, która przez wielu uważana była za najlepszą na świecie, w dużej mierze dzięki osiągnięciom w meczach towarzyskich, które miały oficjalny charakter, jak np. kiedy w 1921 roku pokonali Norymbergę z Niemiec 5:2 w towarzyskim meczu, którego celem było wyłonienie najlepszego klubu w Europie. W 1928 roku Węgrzy z Ferencváros zostali koronowani na mistrzów, co jeszcze bardziej zaostrzyło rywalizację w turnieju, który był już publicznym i krytycznym sukcesem. Jak można sobie wyobrazić, rywalizacja między Austrią i Węgrami, które były częścią tego samego imperium, wykroczyła daleko poza boisko, ale pozostała zdrowa, zapewniając turniejowi jeszcze większą popularność. W roku 1929 Włochy zastąpiły Jugosławię jako uczestnika turnieju, cztery włoskie drużyny rywalizowały o dwa miejsca, aby dołączyć do Mitropy, były to Juventus i Ambrosiana (dawna nazwa Interu Mediolan) a w innym meczu Mediolan i Genua, zdobywcy miejsc były Juventus i Genua. Włosi zostali wyeliminowani z łatwością a mistrzem historycznego roku 1929, roku krachu giełdowego w USA, została węgierska drużyna Újpest Football Club. W 1930 roku szwajcarski klub Servette , równolegle z mistrzostwami świata , zaprosił mistrzowskie kraje: Austrię , Węgry, Belgię, Czechosłowację, Niemcy, Włochy, Holandię i Hiszpanię na zawody, które nazwano Pucharem Narodów . Turniej ten jest wymieniany w wielu źródłach jako prawdziwy ojciec Ligi Mistrzów, ale była tylko ta jedna edycja, którą wygrał Ujpest , który pokonując Slavię Praga 3x0, kontynentalnie zadekretował potęgę węgierskiego futbolu. W edycji Mitropy tytuł powróciłby do Austrii, a finał wygrał Sk Rapid Wien z Wiednia. Nie trzeba dodawać, że ta przemiana między Austrią a Węgrami co roku udoskonalała urok zawodów. Na początku lat 30. XX wieku, wkrótce po tym, jak węgierska drużyna zdobyła Puchar Mistrzów, cała uwaga Europy zwróciła się na firmę Mitropa . Edycję z 1931 roku wygrał FirstWiedeń, najstarszy austriacki klub piłkarski, który wyrównał liczbę tytułów pomiędzy dwoma największymi zwycięskimi krajami, Austrią i Węgrami. Wszystko wskazywało na rewanż w 1932 roku , w którym jeden z dwóch krajów zremisuje w liczbie tytułów, ale … Bogowie futbolu chcieli, aby zawody tego roku były najbardziej emblematyczną z edycji Mitropy . Stało się tak, że w półfinale, w meczu Slavii Praga z Juventusem, w ostatnim meczu, w którym Slavia wygrała już pierwsze spotkanie wynikiem 4 x 2, Juventus szybko otworzył wynik dwoma bramkami przewagi, więc , bojąc się zdobyć ostatecznego trzeciego gola,Drużyna Slavii zaczęła opóźniać mecz wielokrotnymi odwrotami, co zirytowało włoskich kibiców, którzy zaczęli rzucać kamieniami w boisko , a jeden z nich kontuzjował legendarną bramkarz Slavii , Plánicką . Drużyna rzuciła się do szatni i pozostała tam do czasu poprawy pogody, co zajęło godziny. Organizacja zawodów uznała postawę opóźniania gry za lekceważącą i ukarała obie drużyny eliminacją z turnieju, co może wydawać się surowe, ale jak na ówczesne standardy było zrozumiałe, dlatego drugiego finalistę uznano za naturalnego mistrza a był to zespół Bolonii, który przeszedł najpierw Wiedeń, ubiegłorocznego mistrza. Więc w końcu mieliśmy mistrza Europy Środkowej rodem z Italii. Ten rok oznaczał oszałamiającą zmianę w sposobie myślenia Europejczyków o piłce nożnej. W latach trzydziestych XX wieku na murawach rozgrywek błyszczały najbardziej emblematyczne nazwiska, takie jak Sindelar, Meazza, Sárosi, Orsi czy legendarny Bican, którego niektórzy statystycy wskazują na najlepszego strzelca w historii futbolu, wyprzedzając m.in. Pele. W 1933 roku, w przededniu nowego Pucharu Świata w eliminacjach, Austria Wiedeń Waltera Nauscha i Sindelara wygrywa zawody. W 1934 roku liczbę przedstawicieli z każdego kraju zwiększono do 4, a Bolonia została mistrzem, ale tym razem regularnie rywalizując w finale. Warto wspomnieć, że Mitropa Cup był bardzo ważny w rozwoju narodowych lig i drużyn narodowych, co uzasadnia strach przed drużyną z Austrii w 1934 roku i później, jak Włochy zdominowały mundial. Nawiasem mówiąc, puchar 1934 został rozstrzygnięty między Włochami a Czechosłowacją. Nawet jeśli wszystko poszło dobrze, jak wiemy z historii, nazizm uniemożliwił przyłączonej do Niemiec Austrii udział w turnieju w 1938 roku i już ponoszącej konsekwencje nadchodzącej wojny, tylko dziesięciu z dwudziestu uczestników wzięło udział w 1939 roku. W roku 1940 puchar został odwołany w związku z oficjalnym rozpoczęciem II wojny światowej, obawiając się, że tłum kibiców na stadionie może przerodzić się w prawdziwą rzeź. Puchar Mitropa miał być ponownie rozegrany dopiero w 1955 roku, jednak świat był już inny, inne były czasy i jego blask nie był już tak intensywny.
Wśród najlepszych strzelców rozgrywek w latach 1927-1940 są nazwiska, które są pierwszą wielką falą gwiazd europejskiego futbolu:
1 - Dr. György Sárosi (Ferencváros TC) – 50 goli i 42 mecze
2 – Giuseppe Meazza (AS Ambrosiana-Inter) – 29 goli i 27 meczów
3 – Géza Toldi (Ferencváros TC) – 29 goli i 42 mecze
4 – Gyula Zsengellér (Újpest FC) - 24 gole i 19 meczów
5 - Matthias Sindelar (FK Austria Wien) - 24 gole i 31 meczów
6 - Oldrich Nejedlý (AC Sparta Praha) - 22 gole i 42 mecze
7 - István Avar (Újpest FC i Rapid Bucure Ti) - 19 goli i 24 występy
8 - Raymond Braine (AC Sparta Praha) - 19 goli i 40 występów
9 - Franz Weselik (SK Rapid Wien) - 17 goli i 22 występy
10 - Josef Bican (SK Rapid Wien, SK Admira Wien i SK Slavia Praha) – 15 goli i 15 meczów
11 – Ferdinand Wesely (SK Rapid Wiedeń) – 15 goli i 25 meczów