0

@ShawnC No dobra ale kim on wogóle był? piłkarzem, jakimś trenerem czy działaczem? Przecież nawet brat Xaviego jeśli jest np. stolarzem to jakim prawem pracuje w klubie?

0

@ShawnC Brat Xaviego? A kim on wogóle jest w tym klubie że pełni role zastępcy Xaviego?

0

Zaraz, zaraz ale kim jest ten pan w okularach i z brodą, rzekomo zastępujący Xaviego?

9

Stadion Olimpijski na wzgórzu Montjuïc w Barcelonie. Czy ten obiekt będzie szczęśliwy dla ,,naszej” Barçy w tym sezonie?

Stadion Montjuïc(dzieło barcelończyka Perego Domenecha, syna architekta Lluisa Domenecha) został oficjalnie zainaugurowany w 1929 r. z okazji wystawy światowej Expo. Odbywały się tutaj różne wydarzenia sportowe, na przykład walki bokserskie, zawody lekkoatletyczne a nawet mecze piłki nożnej. Oprócz tego stadion został wyznaczony na siedzibę olimpiady ludowej(rodzaju alternatywnych igrzysk olimpijskich odbywających się równolegle z tymi organizowanymi przez nazistów w Niemczech) która miała się odbyć w Barcelonie między 19 a 26 lipca 1936 roku. Wybuch wojny domowej uniemożliwił jednak przeprowadzenie zawodów. Podczas tej wojny na stadionie nadal odbywały się różne sportowe wydarzenia, jak choćby mecz, który Barça rozegrała 13 grudnia 1936 r. Spotkanie wyznaczono w ramach sportowego festiwalu organizowanego przez Antyfaszystowską Milicję pod hasłem ,,Za Republike i za wolność”. Przeciwnikiem był Espanyol. Zgodnie z umową obu klubów trwało ono 45 minut. W festiwalu udział wzięła także pierwsza drużyna sekcji rugby FC Barcelony. W 1957 roku, w środku dyktatury, na stadionie odbył się finał Pucharu Generalissimusa(tak nazywano rozgrywki pucharowe w latach 1939-1976 zastępujące Puchar Hiszpanii), w którym po raz pierwszy i ostatni zmierzyły się ze sobą FC Barcelona i RCD Espanyol. Mecz, który w loży honorowej oglądał sam Franco, zakończył się zwycięstwem Blaugrany, dzięki golu zdobytemu przez napastnika Sampedro, zazwyczaj zawodnika rezerwowego, który tamtego dnia wyszedł w podstawowym składzie zastępując Justo Tejade. W trakcie następnej dekady obiekt nieużywany zaczął niszczeć. Tak było do czasu aż miasto dostało prawo organizacji igrzysk olimpijskich w 1992 r., co przyczyniło się do odnowienia stadionu. Odrestaurowany obiekt został zainaugurowany w 1989 roku głośnym gwizdkiem króla Hiszpanii z okazji rozpoczęcia Pucharu Interkontynentalnego w lekkiej atletyce. Wreszcie w 2001 roku obiekt dostał nazwe Stadionu Olimpijskiego lluisa Companysa w uznaniu dla przewodniczącego Parlamentu Katalonii, zastrzelonego na wzgórzu Montjuïc w 1940 r.

Ostatnim meczem(pomijając Puchar Gampera), jaki FC Barcelona rozegrała na tym obiekcie było spotkanie w pierwszej rundzie Pucharzu Zdobywców Pucharów z AEK Larnaca 12 września 1996 r. zakończone zwycięstwem Barçy 2:0 po dwóch golach Ronaldo.


@Arkon
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

@Tomo1989 No chyba raczej to każdy kibic Barcuni wie że po dwóch kolejkach.
Nie no jasne, zdaje sobie sprawe że wszystko się jeszcze może zdarzyć, jednak nawet po tych dwóch kolejkach, to jakoś nie wygląda na to żeby ,,Nietoperze" spadły z Primera Division...

0

No prosze jak miło. CF Valencia skazywana przez wielu z nas(nawet ekspertów) na pewny spadek, prowadzi na czele tabeli wraz z Realem Madrid! Futbol jest cudowny, jak go nie kochać?

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

20 sierpnia 1941 r. w Siemianowicach Śląskich urodził się Marian Szeja, złoty medalista olimpijski z igrzysk w Monachium. Był wówczas rezerwowym i początkowo nie dostał nawet medalu. Dzieciństwo spędził w Siemianowicach Śląskich i już od małego marzyła mu się kariera bramkarza. Chciał w ten sposób iść w ślady o kilkanaście lat starszego brata, który zaliczył kilka ligowych występów w barwach chorzowskiego Ruchu. Kiedy Marian miał 10 lat, jego rodzina przeniosła się do Kędzierzyna. Tam młokos zapisał się do miejscowej Unii. Stał się w ten sposób klubowym kolegą swojego brata, który po opuszczeniu Ruchu, zasilił szeregi Unii. Młody Marian szybko zwrócił na siebie uwagę. Wyróżniał się sprawnością i refleksem, przewyższał pracowitością rówieśników. Zimą zakładał łyżwy i grał w hokeja. Nie wyobrażał sobie życia bez sportu. W seniorskim zespole Unii zadebiutował jako 14-latek. Wkrótce na stałe zagościł między słupkami i zaczęli się nim interesować działacze z większych klubów. W 1960 r. trafił do klubu Thorez Wałbrzych, który grał wówczas na trzecim poziomie rozgrywkowym. Zespół szybko awansował do II ligi. Marian grał odważnie, czasem wręcz brawurowo. W jednym z meczów doznał wstrząśnienia mózgu, a przez powtarzające się później różne urazy prawie rok był wyłączony z gry. Wreszcie w 1965 r. udało mu się osiągnąć wysoką formę. W każdym z meczów drużyny należał do najlepszych na boisku, a prasa nie mogła się go nachwalić. Wkrótce zwrócił na siebie uwagę sztabu reprezentacji. Trafił do kadry narodowej i 24 października 1965 r. dostał szansę debiutu w reprezentacji. Polacy rozbili wówczas Finów 7:0 a Szeja był praktycznie bezrobotny. Zupełnie inny obraz miał jego drugi mecz w biało-czerwonych barwach. Polacy na Goodison Park mierzyli się z Anglikami. Podopieczni Alfa Ramsey’a zepchnęli nasz zespół do defensywy i nieustannie ostrzeliwali polską bramkę. Szeja grał jednak znakomicie. Obronił niezliczoną ilość strzałów i tylko raz skapitulował po uderzeniu głową Bobby’ego Moore’a. Nazajutrz prasa informowała, że mecz Anglia – Szeja zakończył się remisem. Później wystąpił jeszcze w meczach z Węgrami, Brazylią i ponownie z Anglią. Zarzucano mu jednak, że w każdym z tych meczów nie był bez winy przy traconych bramkach. Ostatecznie na kilka lat wypadł z kadry.

W 1968 r. świętował z kolegami wywalczenie przepustek do ekstraklasy. W lutym tego samego roku zmieniono nazwę klubu na Zagłębie. Na pierwszoligowych boiskach Marian był podstawowym zawodnikiem klubu. Osiągnął dobrą formę, ale nie omijały go urazy. Do zespołu narodowego wrócił w 1971 r. po porażce 1:3 z RFN w Warszawie. Szeja stanął między słupkami w starciu z amatorami z Hiszpanii, a tydzień później potwierdził swoją wielką klasę, zachowując czyste konto w meczu z RFN w Hamburgu. Nikt już nie podważał jego przydatności w zespole. Kiedy Hubert Kostka po igrzyskach zakończył karierę, Szeja miał nadzieję, że to on stanie się numerem jeden, ale nic z tego. Górski wolał stawiać na Tomaszewskiego, choć trzeba przyznać, że dał Szei kilka szans. Ostatni raz zagrał w reprezentacji 12 sierpnia 1973 r. w przegranym 0:1 meczu z USA. Zastąpił wówczas po przerwie Tomaszewskiego i do końca meczu nie puścił już bramki. ,,Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego trener Górski zrezygnował ze mnie i odstawił od gry. Wcześniej w żadnym meczu go nie zawiodłem” – wspominał po latach z żalem bramkarz. Z Zagłębiem w 1971 r. zajął trzecie miejsce w lidze i sezon później występował w europejskich pucharach. Wiosną 1974 r. wyjechał do Francji. Próbował swoich sił w Metz, a potem przeniósł się do Auxerre, gdzie grał przez kolejne sześć sezonów. Doszedł do finału Pucharu Francji i awansował do Première Division. Po zakończeniu kariery wrócił do Wałbrzycha i dorabiał jako taksówkarz. W dalszym ciągu jednak współpracował z francuskim zespołem, do którego wracał i szkolił bramkarzy w ramach kilkumiesięcznych kontraktów. W Reprezentacja rozegrał 15 meczów, 6 straconych goli.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

10

Debiut ,,El Fenomeno”:

20 sierpnia 1996 r. w barwach Blaugrany debiutuje Luis Nazario de Lima, jeden z najlepszych napastników w dziejach futbolu. Ma to miejsce w półfinale Pucharu Gampera wygranym przez FC Barcelone 2:0 z San Lorenzo del Almagro. Brazylijski Ronaldo wszedł wówczas w drugiej połowie meczu zastępując Juana Antonio Pizziego.



@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

14

Dyktatura wobec FC Barcelony:

Dokładnie 80 lat temu zakończyła się kadencja prezydencka Enrique Piñeyro w FC Barcelonie. Piñeyro został wybrany przez władze reżimu Franco, mimo że nie interesował się sportem i nigdy nie był na żadnym meczu piłkarskim. Niezależnie od poglądów politycznych był bardzo dobrym prezydentem. Za jego kadencji powiększono Camp de Les Corts, zbudowano boisko do koszykówki a klub rozszerzono o sekcje baseballu, piłki ręcznej i kolarstwa. W 1942 r. Duma Katalonii zdobyła pierwsze trofeum od lat a mianowicie Copa del Generalismo ale w tym samym roku musiała się bronić przed spadkiem do drugiej ligi. Wygrała jednak łatwo mecz barażowy z Murcią 5:1. Po sezonie Piñeyro zrezygnował ze stanowiska, mówiąc iż wypełnił swoją misje. Władze nakazały mu jednak powrót na stanowisko. Podał się do dymisji rok później po ,,skandalu na Estadio Chamartain”.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

5

@FCBparasiempre
18 sierpnia 1951 r. w Krakowie urodził się Zbigniew Płaszewski, obrońca. ,,Ciężko jest, czasem bardzo ciężko. Oddycham tylko przeponą, szybko się męczę. Gdy mówię, ledwo mnie słychać. Jednak tak całkiem zamilknąć bym nie chciał. Trzeba żyć ile się da. Nogi też bolą ale zacisnę zęby i idę. Nawet na mecz Wisły Kraków z wnuczkiem czasem się wybiorę”- mówi pan Zbigniew, mistrz Polski z Białą Gwiazdą i jeden z bohaterów zwycięskiego meczu z Holandią z maja 1979 r. Płaszewski od dawna zmaga się ze skutkami raka krtani i w tej walce jest niezłomny. W 2000 r. przeszedł wielogodzinną operacje. Wygrał ale cena była duża. Aby dobrać się do nowotworu, chirurdzy musieli usunąć węzły chłonne i uszkodzić struny głosowe. Od tej pory Płaszewski ma duże problemy z oddychaniem i mówieniem. Po operacji przez kilka tygodni mógł przyjmować pokarm tylko prze rurke. Przez lata musiał się przyzwyczaić do nowego, bardzo trudnego funkcjonowania. Jeżeli w ogóle przyzwyczajenie jest możliwe… Żyje w małym mieszkaniu w Nowej Hucie. Troskliwie opiekowała się nim żona Krystyna ale los zabrał mu również i ją. ,,Zmarła w grudniu 2020 roku. Tyle lat razem, tyle pomocy z jej strony. Też swoje przy mnie przeżyła… Ciężko to wszystko unieść”- szepcze jeszcze cichszym i łamiącym się głosem. Dostaje skromniutką emeryture, trudno z niej wyżyć. Pamiętają o nim w Małopolskim ZPN a Wisła Kraków ufundowała mu karnet i jeśli tylko zdrowie pozwala pojawia się na meczach przy Reymonta. ,,Nogi już nie niosą. Jest problem z biodrami ale próbuje trzymać jakiś kontakt z dawnymi kolegami i na pogrzebach staram się być. Czasem trzymam sztandar bo do tego wyraźna mowa niepotrzebna, za to w taki sposób mogę wyrazić szacunek. Wydaje mi się że gdy będę chodził na pogrzeby to ludzie przyjdą kiedyś na mój”- opowiada pan Zbigniew. Zanim Płaszewski został jedną z legend krakowskiej Wisły, która w 1978 roku pod wodzą młodego trenera Lenczyka zdobyła mistrzostwo Polski a potem dotarła do ćwierćfinału Pucharu Europy, był cenionym piłkarzem Hutnika Kraków. Nowa Huta była jego naturalnym środowiskiem. Na tamtejszych osiedlach, podwórkach i uliczkach uczył się grać w piłke i żył z fantazją krnąbrnego dzieciaka. Odkąd pamięta był niesamowicie szybki. Ścigał się z chłopakami o dwie głowy wyższymi a i tak dotrzymywał im kroku. Widzieli to wuefiści w podstawówce i próbowali popychać w kierunku sportu. Na spartakiadzie młodzieży wygrywał na sprinterskich dystansach. Na boisku też nie dał się nikomu zagonić, choćby niewiadomo co, bo na dodatek był uparty. Zapisał się do Hutnika. Jako nastolatek grał w II lidze i robiło się o nim coraz głośniej. Trafił do reprezentacji olski juniorów. Gdy selekcjonerem pierwszej kadry został Kazimierz Górski, powołał niespełna 20-letniego Płaszewskiego na inauguracyjne zgrupowanie i zupełnie nie przeszkadzało mu że był ledwie drugoligowcem. W kadrze zresztą mógł zagrać już wcześniej, w ostatnim meczu Ryszarda Koncewicza. Dostał powołanie na mecz z Czechosłowacją ale… nie pojechał i nieobecności nie usprawiedliwił, za co został przez PZPN zdyskwalifikowany na miesiąc.

W Hutniku grał zdecydowanie za długo a przecież bardzo konkretne propozycje z ekstraklasy były już wtedy, kiedy docenił go selekcjoner Koncewicz. Pan Zbigniew przyznawał iż od jakiegoś czasu ludzie z Górnika Zabrze nagabywali go aby zmienił barwy klubowe. ,,Byli też w Krakowie, lecz dopiero ostatnim razem zastali mnie w domu i zdołali namówić abym pojechał porozmawiać z odpowiedzialnymi działaczami klubu w Zabrzu. Zgodziłem się wreszcie ale postawiłem warunek aby tego samego dnia odwieźli mnie do Krakowa”- mówił na łamach ,,Echa Krakowa”. Płaszewski zwierzył się dziennikarzowi że oferte odrzucił. Wyjaśnił że z powodów rodzinnych i dlatego że już rozpoczął nauke w technikum hutniczym. Wskazał na jeszcze jeden powód: ,,Nie chciałem sprawić psikusa kolegom z drużyny i klubowi, który mnie wychował, w chwili, kiedy mamy szanse na awans do ekstraklasy”. Wyznał że mniej więcej w tym samym czasie pojawili się u niego w domu z kontraktową ofertą także emisariusze Zagłębia Sosnowiec. ,,Tato pozbył się ich jednak dość szybko”- uspokoił krakowskich kibiców dziewiętnastolatek. Hutnikowi do elity awansować się nie udało ale rok później Płaszewski został wybrany na najlepszego piłkarza ziemi krakowskiej. W 1974 r. Biało-Czerwoni cieszyli się z mundialowego medalu a Płaszewski nie był już nawet drugoligowcem bo Hutnik został zdegradowany. Na oku miała go Legia. Dwudziestotrzylatek ciągle podlegał obowiązkowi odbycia służby wojskowej ale krakowska Wisła nie pokpiła sprawy. Uchroniła go przed powołaniem do armii. Prze pewien czas nawet przetrzymywała w ukryciu poza domem, byle tylko wysłannicy Legii nie zdołali go może i siłą przechwycić. Znowu tracił czas ale uzbroił się w cierpliwość i wreszcie zagrał w ekstraklasie. W Wiśle zadebiutował w listopadzie 1975 roku w wyjazdowym starciu z GKS Tychy, wtedy jeszcze w pomocy bo dopiero później dał się poznać jako czołowy polski boczny obrońca. Ponownie zauważył go Kazimierz Górski i pozwolił wystąpić w towarzyskim meczu z Grecją w maju 1976 ale na igrzyska olimpijskie do Montrealu nie zabrał. Potem na radarach miał go Jacek Gmoch. Dał mu zagrać 45 minut w meczu towarzyskim ze Szwecją w listopadzie 1977 ale i on pominął wiślaka przy ustalaniu kadry na mundial w Argentynie. Najbardziej docenił go selekcjoner Ryszard Kulesza. Zagrał w jednym z najbardziej spektakularnych występów Biało-Czerwonych w historii. 2 maja 1979 r. Polska na Stadionie Śląskim pokonała 2:0 Holandię, wicemistrzów świata dwóch ostatnich mundiali. Stawką były punkty w kwalifikacjach do mistrzostw Europy. Płaszewski biegał na lewej obronie. ,,To najpiękniejsze wspomnienie z mojej kariery. Wielki stadion, pełne trybuny, hymn tak odśpiewany że aż mrowiło po plecach… No i przede wszystkim niesamowite zwycięstwo. Miałem już 28 lat. Kto by pomyślał że doczekam takiej chwili?”- mówił wzruszony.

Półtora roku później kadra w tamtym kształcie przestała istnieć. Wszystko przez tak zwaną afere na Okęciu, kiedy trzech piłkarzy łódzkich klubów stanęło murem za Józefem Młynarczykiem, którego selekcjoner nie chciał wpuścić na pokład samolotu, gdyż był wyraźnie nie trzeźwy. Dla piłkarzy posypały się dyskwalifikacje a ze stanowiskiem musiał się też pożegnać Kulesza. Płaszewskiego nie było wtedy w kadrze ale cóż za ironia losu, raptem 2 miesiące później na tym samym lotnisku miał swoją, bliźniaczo podobną ,,afere na Okęciu”. Tak ją opisało ,,Echo Krakowa”: ,, Piłkarska drużyna Wisły udała się samolotem do Jugosławii na przedsezonowe zgrupowanie. Ponieważ odlot samolotu opóźnił się o 2 godziny, piłkarze czas dzielący ich od chwili startu spędzili w restauracji na Okęciu. Gdy nadszedł moment odprawy przedlotowej, obsługa lotniska stwierdziła iż dwaj zawodnicy: Zbigniew Płaszewski i Kazimierz Gazda z uwagi na stan wskazujący na nadużycie alkoholu, nie mogą zostać wpuszczeni na pokład samolotu. Ekipa krakowska odleciała więc bez tej dwójki”. Wisła surowo ukarała winowajców. Mocniej oberwał Płaszewski bo uznano że ujął się za pijanym kolegą, deklarując że jeżeli nie leci Gazda to on również nie zamierza. W efekcie byłemu reprezentantowi Polski zasądzono ośmiomiesięczny bezwzględny zakaz gry w piłke. Publiczne napiętnowanie blisko 30-letniego piłkarza miało swoją wage. ,,To był klub milicyjny. Zrobili z tej historii pokazówke i uznano że najlepiej uderzyć w Płaszewskiego. Byłem kozłem ofiarnym. Mówiłem to już wtedy a po tylu latach mogę tylko powtórzyć bo taka jest prawda”- opowiada nasz bohater. Był zniszczony przez kontuzje, no i łatka ,,aferzysty z Okęcia” też swoje robiła. Pograł jeszcze amatorsko w Austrii ale przede wszystkim ciężko pracował fizycznie. Chwytał się różnych zajęć, dopóki zdrowie pozwalało bo później zaczęła się już tylko heroiczna walka z chorobami. ,,Mam nadziej że jeszcze są kibice, którzy mnie pamiętają. Coś w tej piłce jednak zrobiłem, trochę pograłem. Czasem, gdy jest mi już bardzo trudno, przynajmniej mam co wspominać…”

3

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
Wczoraj miał urodziny ale dopiero dzisiaj wpadła mi w ręce jego bardzo ciekawa biografia, czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz.

@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

8

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

19 sierpnia 1938 r. w Chorzowie urodził się Roman Bazan. Wychowanek AKS-u Chorzów, skąd w wieku 15 lat przeniósł się do Startu. W 1958 r. został graczem Zagłębia Sosnowiec. Początkowo występował jako napastnik, ale później przekwalifikowano go na środkowego obrońcę. Kiedy kontuzję odniósł jeden ze stoperów zespołu, to trener stwierdził, że w ataku sobie jakoś poradzą, ale na obronę nie ma kogo dać. Wybór pasł na Bazana. Mimo że był przeciętnego wzrostu, to poradził sobie bardzo dobrze i już tak zostało. Po jednym sezonie przeszedł do Śląska Wrocław, ale po dwóch latach wrócił nad Brynicę. W sosnowieckim klubie występował przez kolejne 13 lat. W sumie reprezentował jego barwy w 305 ligowych spotkaniach, co jest rekordem do dzisiaj. W Sosnowcu stał się królem klubowej defensywy i prawdziwym liderem zespołu. Spokój, jaki zapewniał w tyłach, pozwolił zawodnikom osiągać znaczące sukcesy w latach 60. Zagłębie z Bazanem w składzie dwukrotnie sięgnęło po Puchar Polski (1962 i 1963) oraz trzykrotnie finiszowało w lidze na drugim miejscu (1964, 1967 i 1972). W 1964 r. klub zaproszono do wzięcia udziału w rozgrywkach amerykańskiej Interligi. Polacy spisali się znakomicie i zdecydowanie wygrali swoją grupę. W finale nie dali szans Werderowi Brema i wygrali całe rozgrywki. Zwycięzca zyskiwał prawo gry o Puchar Ameryki z Duklą Praga, ale Czesi okazali się wówczas zbyt wymagającym rywalem. W reprezentacji Bazan rozegrał 21 meczów i strzelił dwie gole, oba w wygranym 9:0 meczu z Norwegią w Szczecinie. Po odejściu z Zagłębia w 1973 r. próbował swoich sił przez jeden sezon w amatorskim Racingu Calais we Francji. Wkrótce jednak wrócił do Sosnowca, gdzie cieszył się z tego, że w spokoju może sobie przyjść na stadion i oglądać mecze ukochanej drużyny. W Reprezentacji rozegrał 21 meczów, strzelając 2 gole.



@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

11

Kalendarium futbolu w Hiszpanii:

19 sierpnia 1988 r. hiszpańska federacja piłkarska zwiększyła limit obcokrajowców do trzech piłkarzy. W latach 1953-73 zespoły hiszpańskie nie mogły zatrudniać piłkarzy z innych krajów. Limit właściwie nie obowiązywał w Realu Madryt, który nie napotykał problemów przy przyznawaniu hiszpańskiego obywatelstwa graczom z zagranicy. W 1973 r. oficjalnie zezwolono na zatrudnienie dwóch obcokrajowców więc Blagrana pozyskała Cruijffa i Sotila, którzy pozwolili Dumie Katalonii zdobyć pierwsze mistrzostwo Hiszpanii po długiej przerwie. W 1988 r. zwiększono limit do 3 graczy z poza Hiszpanii i wraz z przyjściem na ławke trenerską Cruijffa pozyskano Danny’ego Mullera z Ajaxu. Holenderskiego szkoleniowca krytykowano za tę decyzje, mówiąc że zatrudnił rodaka tylko dlatego że był narzeczonym jego córki. Trener rezerw Lluis Pujol musiał wystawiać Mullera kosztem Tito Vilanovy a gdy wyraził sprzeciw został wyrzucony z klubu. W 1989 r. gdy związek Chantall Cruijff i Mullera się rozpadł pomocnik musiał odejść z powodu ,,słabej gry”. Na początku lat 90-tych kluby hiszpańskie mogły już zatrudniać czterech obcokrajowców ale tylko trzech mogło znajdować się na boisku jednocześnie w danym spotkaniu. Powodowało to sytuację że Romario, Stoiczkow, Koeman albo Laudrup musieli siedzieć na ławce rezerwowej i z reguły rezerwowy zmieniał innego obcokrajowca, co było zgodne z przepisami.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

@Firestone A co to za cholerstwo te twiterze? Co to za czortowina? Niech idzie precz ta chińszczyzna!

3

@FCBparasiempre
Tytuł idealnie oddaje przebieg kariery tego człowieka. Chciał zostać piłkarzem – po prostu to zrobił. Dostał okazję wyjazdu do Francji i gry w tamtejszej lidze – po prostu to zrobił. Przeciwnicy zostawili mu skrawek miejsca na zdobycie gola – po prostu to robił. Nie starał się za wszelką cenę przejść do historii i nigdy nie było to jego celem – ale to zrobił. W sposób najlepszy z możliwych. Jeśli nie wiecie, kim był Just Fontaine, to najwyższa pora tę wiedzę uzyskać. Jeśli wiecie, ale kojarzycie go tylko dzięki (niesamowitemu) występowi na mistrzostwach świata w roku 1958, to idealny moment, by się dokształcić. Mało jest bowiem graczy z tak barwną karierą, której sprowadzanie, do jednego tylko występu na mundialu, mimo że fantastycznego, jest po prostu niesprawiedliwe. Francuz, wychowany w Maroku, który do historii przeszedł w Szwecji. I stał się znany na całym świecie. Urodził się 18 sierpnia w Marrakeszu, jednym z największych miast Maroka, gdy to było jeszcze protektoratem francuskim. Było to w roku 1933. Czwarty z siedmiorga rodzeństwa. Mały (jako dorosły mężczyzna mierzył 173 centymetry, jednak długo nie mógł „wyjść” poza 160), ale przeznaczony do największych celów. Jego matka z pochodzenia była Hiszpanką, co miało się okazać ważne w pewnym momencie jego kariery. Jego ojciec osiadł w Maroku po odbyciu służby wojskowej i pokochał ten kraj na tyle, że nie chciał wracać do Francji, skąd pochodził. Zamiast niego, miał to zrobić sam Just. Ojciec był zresztą ważną osobą na sportowej drodze Fontaine’a. Co prawda chciał on, by syn trenował koszykówkę bądź lekkoatletykę (planował dla niego też studia medyczne), ale zachęcał go do uprawiania sportu. Sam pracował w przemyśle tytoniowym – głównie chodziło o tabakę – ale wcześniej trenował rugby i właśnie piłkę nożną. Został zresztą sędzią. Nie wiadomo, czy to dzięki niemu światowa piłka nożna „otrzymała” kolejną legendę, ale z pewnością miał na to jakiś wpływ. Afrykański futbol preferował wtedy indywidualności. Zresztą w tym względzie do dziś się wiele nie zmieniło. Nie inaczej było w Maroku. Fontaine ze swoją wizją gry, jej „czuciem”, które posiadał już od małego, idealnie się do tego nadawał. Obunożny i obdarzony znakomitą precyzją strzału. Technikę posiadał od zawsze, szybko więc zabłysnął. W tamtych czasach idolem marokańskich dzieci był Larbi Ben Barek. Też indywidualista, obdarzony przydomkiem „Czarna Perła” na długo przed Eusebio czy Pele. Kto mógł przypuszczać, że Fontaine nie tylko pójdzie w jego ślady, ale zajdzie znacznie dalej? Pierwszy przystanek w zawodowej karierze – USM Casablanca. Do stolicy Maroka pojechał się uczyć. Szybko jednak okazało się, że to, w pierwszej kolejności, nie nauka, a sportowy talent przyniesie mu sławę. Wybór klubu okazał się trafiony. Zresztą, grał w nim też wspomniany Ben Barek. Podążanie tropami idola marokańskiej młodzieży zawiodło go do pierwszego składu. Tam grał w latach 1950-1953. Statystyki goli i występów różnią się zależnie od źródła. Wszystkie zgadzają się co do jednego: średnia bramek przewyższała jedną na mecz. To jednak nie fenomenalna skuteczność, choć z pewnością miało to jakieś znaczenie, zawiodła Fontaine’a do kolejnego klubu, a mecz… przegrany 0-3. W Boże Narodzenie 1952 roku stawił się w Marsylii, by, w barwach reprezentacji Maroka, zagrać przeciwko Francji B. Wynik już znacie. Mimo porażki, młody wówczas zawodnik zaprezentował się tak dobrze, że włodarze OGC Nice zdecydowali się na niego postawić. Just poszedł w ślady idola marokańskich dzieci. Jechał do Francji. Po prostu to zrobił. Fontaine miał oczywiście obywatelstwo francuskie, więc tamtejsza liga była dla niego najbardziej naturalnym z kierunków. Zresztą, miał jej już nigdy nie opuścić. Choć dostawał ku temu okazje. Zakończmy jednak wyprzedzanie faktów. 20-letni wówczas piłkarz dopiero co przybył do Nicei, gdzie musiał wywalczyć sobie miejsce w składzie i potwierdzić swoje umiejętności. Z jednego Fontaine z pewnością mógł być zadowolony od początku. Zespół z Prowansji zapewnił mu bowiem dobre warunki… finansowe. Jego pensja była na tyle wysoka, że jej część mógł odsyłać do domu.

Jak się, stosunkowo szybko, okazało, pierwsza jedenastka tylko na niego czekała. Wskoczył do niej niemal z miejsca i stał się bardzo ważnym punktem zespołu. Angielski trener, Bill Berry, wykazał się zresztą dużym „wyczuciem” sytuacji. Nie tylko zaufał młodemu Francuzowi, ale też przydzielił mu idealnego opiekuna, mającego mu pomóc w aklimatyzacji, ale też od którego Fontaine mógł się wiele nauczyć. Był nim doświadczony Luis Carniglia, który za kilka lat(już jako trener) miał święcić sukcesy z Realem Madryt. Przybył do klubu w tym samym sezonie, co Just, ale dla niego był to powrót na stare śmieci. W Nicei grał bowiem też w sezonie 1951/52. W swoim pierwszym sezonie Fontaine ustrzelił 17 bramek w lidze, co w klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników, dawało mu piątej miejsce, razem z Julienem Stopyrą i Josephem Uljakim. Ten drugi był zresztą jego klubowym kolegą. Ważniejsze były jednak inne rozgrywki, pucharowe, w których podopieczni Berry’ego tryumfowali po raz drugi w swojej karierze, powtarzając tym samym sukces sprzed dwóch lat (wtedy zdobyli podwójną koronę). Pierwsze trofeum w pierwszym sezonie w Europie. Niezły początek. W tym miejscu należy na chwilę przerwać opowiadanie o klubie. W grudniu 1953 roku Fontaine zaliczył bowiem swój debiut w narodowych barwach. Francja wygrała wtedy 8-0 z Luksemburgiem, grając w składzie złożonym z… 11 debiutantów. Nasz bohater trafił trzykrotnie, ale to nie wystarczyło, by na stałe zaaklimatyzować się w kadrze i na następny występ musiał trochę poczekać. Wróćmy do klubu: w kolejnym sezonie Nicea, po raz drugi z rzędu, uplasowała się w środku tabeli. Zważywszy na brak sukcesów w innych rozgrywkach oznaczało to rozstanie z dotychczasowym szkoleniowcem, którego miejsce zajął… Luis Carniglia. Mr Dynamite (jeden z pseudonimów Fontaine’a) i jego koledzy wystrzelili. Trzecie mistrzostwo kraju w historii klubu stało się faktem. Gwarantowało ono udział w nowych rozgrywkach, które wkrótce miały zawładnąć Europą – Pucharze Mistrzów. Just zdecydował się jednak na inny krok. Ryzykowny, bo zespół, do którego przechodził, zajął dopiero dziesiąte miejsce w tabeli. Ale jak to on – po prostu to zrobił. W tym miejscu muszę się przyznać do małej manipulacji faktami. Stade de Reims faktycznie skończyło ligowy sezon dopiero na dziesiątej pozycji, ale w tym samym roku dotarło do finału… Pucharu Mistrzów, w którym uległo Realowi Madryt. Oznacza to oczywiście, że rok wcześniej zostało mistrzem Francji. Gdzie więc to ryzyko, skoro Fontaine przechodził do klubu z takim potencjałem? To proste: miał on zastąpić w tym klubie człowieka, który jeszcze wiele razy pojawi się w tym opowiadaniu. Raymonda Kopę. I wiecie co? Zrobił to w sposób fenomenalny. Co prawda sezon 1956/57 Reims skończyło na trzecim miejscu w tabeli, ale Fontaine ze swojej postawy mógł być jak najbardziej zadowolony. Trzydzieści bramek w lidze nie dawało tytułu króla strzelców, ale było wynikiem więcej niż zadowalającym. Wciąż jednak nie wystarczało, by znaleźć uznanie w oczach selekcjonera reprezentacji. W roku 1956 zagrał w niej raz. Rok później zanotował tyle samo występów. A wielkimi krokami zbliżały się mistrzostwa. Wszystko odmieniła kolejna kampania. 34 bramki w lidze (11 więcej niż drugi w klasyfikacji strzelców Fernand de Vlaeminck), jeden z trzech goli Reims w finale krajowego pucharu i podwójna korona dla jego klubu. To był sezon Justa Fontaine’a, obok którego Paul Nicolas, selekcjoner kadry narodowej, nie mógł przejść obojętnie. Okazało się jednak, że napastnikowi Stade de Reims sprzyja też fortuna, co wykorzystał do perfekcji. Jak to on – po prostu… sami wiecie co. Przed mistrzostwami świata, dzięki którym miał przejść do historii, Fontaine miał na koncie pięć meczów w kadrze. Dwa z nich w ramach przygotowań do turnieju – z Hiszpanią (2:2, jeden gol Justa) i Szwajcarią (0:0). Wciąż nie mógł być, mimo fantastycznej postawy w lidze, całkowicie pewny miejsca w składzie. Futbol jest jednak okrutny dla jednych, a drugim jego bogowie, z niewiadomych powodów, sprzyjają. Wśród tych drugich był w roku 1958 właśnie Just Fontaine. Francuzi mieli w tamtym czasie fantastycznych zawodników z przodu. Poczynając od Kopy, przez Vincenta, Wiśniewskiego, Piantoniego, Blaira, aż do Cisowskiego. Swoją drogą trzech z nich było polskiego pochodzenia. Nieprzypadkowo też wymieniłem ich w tej kolejności. Ostatni z nich, fantastyczny snajper, trzykrotny król strzelców francuskiej ligi, doznał kontuzji jeszcze przed mundialem. Oddajmy tu głos Fontaine’owi (z wywiadu dla polsatsport.pl): ,,Grałem tylko dlatego, że Tadeusz Cisowski, doznał bardzo poważnej kontuzji. ,,Thadee” był geniuszem. Pamiętam, jak w 1956 siedziałem na ławce a on strzelił belgom pięć goli. Patrzyłem z otwartymi ustami. Co za instynkt, co za precyzja. No niestety, tak to w futbolu bywa”.

Zwolniło się jedno miejsce. Wciąż jednak do pięcioosobowej linii ataku snajper Reims był wyborem numer… sześć. No i znów – nieszczęście kolegi okazało się być jego szczęściem. Rene Bliard, zresztą klubowy partner Justa, wypadł z mistrzostw przez uraz odniesiony w sparingu. Fontaine miał zagrać. Francuzi zjawili się w Szwecji jako jedna z reprezentacji, której nie przepowiadano wielkich sukcesów. Cztery lata wcześniej swój udział w mistrzostwach świata zakończyli jeszcze w fazie grupowej. Mimo tych, niezbyt optymistycznych, przewidywań, warunki do treningów dostali wręcz idealne. Szwedzkie krajobrazy ich zachwyciły. Sam Fontaine wspominał, że niedaleko ich „obozu” było jezioro, gdzie chodzili łowić ryby przez osiem dni z rzędu, aż… podszedł do nich policjant i powiedział, że to zabronione. Inną sprawą, o której lubił opowiadać nasz bohater, był problem z pokojem. Dzielił go bowiem z Kopą, który preferował „hiszpański model życia” – późno spać, późno wstać. Just odwrotnie. Mimo wszystko jakoś się dogadali. Nie tylko w tym przypadku. Kto wie, czy nie był to najlepszy duet w historii piłki nożnej. Linia ataku francuzów była pięcioosobowa w składzie: Vincent, Wisniewski, Piantoni, Kopa, Fontaine; ale to dwaj ostatni zgarnęli najwięcej laurów. Zasłużenie. W ciągu całego turnieju Kopaszewski aż pięciokrotnie asystował przy trafieniach kolegi. Just odwdzięczył się dwoma kluczowymi podaniami i oddanymi karnymi, gdy mógł śrubować swój rekord. Przejdźmy jednak do właściwej części mistrzostw – meczów. Francuzi wyszli z grupy z trzema zwycięstwami na koncie, a w ćwierćfinale roznieśli Irlandię Północną aż 4-0. Wtedy przyszła jedyna porażka w turnieju. Z późniejszymi tryumfatorami, Brazylią, z boskim Garrinchą i młodym, zaledwie 17-letnim Pele, w składzie. Walczyli, to trzeba im przyznać. Fontaine strzelił bramkę na 1-1. Szans pozbawiła ich kontuzja Roberta Jonqueta. Nie było wtedy możliwości robienia zmian, a Brazylia znakomicie to wykorzystała, ostatecznie wygrywając 5-2 (swoją drogą spotkanie to jest, w całości, do znalezienia w Internecie). Przed meczem o trzecie miejsce było wiadomym, że Fontaine musi zdobyć trzy bramki, by pobić rekord Kocsisa (11 goli) sprzed czterech lat. Rywal – nie byle jaki, Niemcy Zachodnie, obrońcy tytuły. Wynik? 6-3. Gole Justo? Cztery. Tak się stworzyła historia. 13 trafień to rekord sam w sobie, ale przy okazji Fontaine ustrzelił(dosłownie i w przenośni) kilka innych, niezłych wyników. Wymieńmy tu choćby: dwa hat-tricki na jednych mistrzostwach, bramkę w każdym meczu turnieju czy fakt, że strzelał prawą i lewą nogą, a także głową (mimo swojego stosunkowo niskiego wzrostu miał fenomenalny wyskok, często żartował, że „skacze tak wysoko, że gdy ląduje, to we włosach ma śnieg”) . A to wszystko osiągnął… w pożyczonych butach! Jego bowiem rozleciały się przed turniejem. Jak sam mówił: ,,Mieliśmy tylko dwie pary butów w tamtym czasie i zero sponsorów. Znalazłem się w Szwecji z niczym. Szczęśliwie, Stephan Bruey, jeden z rezerwowych napastników, miał taki sam rozmiar stopy i pożyczył mi je. Sześć meczów i trzynaście goli później oddałem je. Lubię myśleć, że niektóre moje gole były zainspirowane dwoma duszami w jednych butach”. Co ciekawe, za te mistrzostwa dostał Złotego i Platynowego Buta, ale żadnego z nich nie w roku 1958. Nagród dla najlepszych strzelców wtedy nie przewidziano. Złotego oddał mu Gary Lineker, który uznał, że to Fontaine’owi należy się najbardziej taka nagroda. Platynowego wręczono Chińczykowi (pseudonim od kształtu oczu) przed zeszłorocznym mundialem. Wreszcie się doczekał. Inna sprawa to ta, że nie znalazł się w XI mistrzostw świata, mimo że głosowało na niego najwięcej osób. Problem w tym, że głosy rozdzieliły się między dwie pozycje, więc Just… nie znalazł się na żadnej z nich. Takie czasy. Najciekawszym z wyróżnień obdarowali go jednak sami gospodarze. Szwedzi wręczyli mu bowiem… karabin, jako uznanie dla jego strzeleckich umiejętności. Jak przyznał sam Fontaine, uważał to za fantastyczny i bardzo pomysłowy gest. Karabin wciąż ma. 5. października 1958 roku we Francji rozpoczął się nowy okres – piątej Republiki. W tym samym czasie Just Fontaine grał swój szósty sezon we francuskiej pierwszej lidze. Trzeci w Stade Reims. Jest to warte podkreślenia, bowiem tuż po mistrzostwach zainteresowany był nim nawet Real Madryt. Otrzymał zresztą oferty ze strony hiszpańskich klubów, m.in. Barcelony czy Valencii, które widziały w nim nie tylko talent, ale (po matce) hiszpańskie korzenie i znajomość języka. Ostatecznie propozycje transferu na Półwysep Iberyjski odrzucił, podobnie jak tą z… Tuluzy. Tamtejszy klub chciał skorzystać na tym, że z tego miasta pochodziła żona zawodnika. Nie udało się. Czy była to dobra decyzja? Można dyskutować. Reims w sezonie 1958/59 nie osiągnęło nic wielkiego w lidze i krajowym pucharze. Po raz drugi dotarło za to do finału Pucharu Mistrzów i… po raz drugi uległo Realowi Madryt. Królewscy wygrali 2-0 za sprawą bramek Mateosa i Di Stéfano. Fontaine spisywał się jednak bardzo dobrze i ze swej postawy w turnieju mógł być bardzo zadowolony. Zresztą nie tylko z niej. Po mundialu został jednym z pierwszych (o ile nie pierwszym w ogóle) piłkarzy, którzy swoją twarzą reklamowali jakikolwiek produkt. Plakaty z podobizną Justa pojawiły się we francuskich miastach. Na szczęście, nie zmieniło to jego charakteru. Pozostał tym samym człowiekiem, jakim był wcześniej. Przekonali się o tym choćby ci, którzy zajrzeli do nocnych klubów, w których często bywał i… występował na scenie. Śpiewając. Głos miał, według relacji świadków, bardzo przyjemny, a językowe umiejętności pozwalały mu wybierać z szerokiego repertuaru. Człowiek orkiestra.

Podsumowując to wszystko, trudno stwierdzić, dlaczego bogowie futbolu, tak łaskawi dla Fontaine’a przy okazji mistrzostw świata w roku 1958, niecałe dwa lata później się od niego odwrócili. 20 marca 1960 roku doznał pierwszej kontuzji. Zderzył się z rywalem na boisku i podwójnie złamał lewą piszczel. Kosztowało go to 45 dni spędzonych w szpitalu w Montbéliard i kilka miesięcy przerwy od grania. Wrócił tylko po to, by… doznać kolejnej kontuzji. Choć zgodnie z prawdą powinienem napisać: takiej samej. Tak, złamał tę samą kość, w tej samej nodze. Cztery miesiące spędzone w gipsie. Później przeszedł jeszcze operację kolana i ścięgna Achillesa. Ostatni mecz rozegrał 6 lipca 1962 roku. Miał wtedy niespełna 29 lat i powinien był dopiero co wrócić ze swoich drugich mistrzostw świata. Rzeczywistość okazała się jednak okrutna. Mógłbym tu napisać banalne stwierdzenie, jakich wiele, np. „taki jest sport”. Lepiej jednak, kolejny raz, przytoczyć słowa samego poszkodowanego(z drobnym pomieszaniem faktów, ale nie to jest najważniejsze): ,,Trzy lata po mundialu to ja miałem pecha. Złamałem piszczel i kość strzałkową. Wyrok: koniec kariery… Na karku tylko 27 lat i zero szans na powrót. Trochę się załamałem, ale oprócz żony, na duchu podtrzymywało mnie te 13 goli. Wpisałem się jakoś w ten sport. Zrobiłem, co musiałem. Wkrótce się z tym pogodziłem”. Po zakończeniu kariery piłkarskiej, próbował swoich sił także jako trener. Nie osiągnął tu zbyt wiele, choć był trenerem m.in. PSG. Największym sukcesem było trzecie miejsce, zdobyte z reprezentacją Maroka, w Pucharze Narodów Afryki. Ustanowił też swego rodzaju rekord (choć on sam pewnie niezbyt się z tego cieszy) – został najkrócej urzędującym trenerem reprezentacji Francji w historii. W 1981 roku zakończył także ten etap swojej kariery. Tak po prostu. Zrobił to. Obecność na liście stu najwybitniejszych piłkarzy stworzonej przez Pelego, nagroda dla najlepszego francuskiego piłkarza 50-lecia otrzymana już w XXI wieku (czyli pokonał m.in. Kopę, Platiniego czy Cantonę!), Platynowy But, który dostał w zeszłym roku. To tylko niektóre z nagród i wyróżnień, jakie Fontaine otrzymał już po zakończeniu swej kariery. Mimo 82 lat na karku wciąż otrzymywał(i odpisywał) na listy od fanów. Zwykle były to prośby o autograf, ale nie tylko. Żył w Tuluzie, wraz z żoną. Nie wyróżnia się od innych mieszkańców, choć ustanowił rekord, którego prawdopodobnie nikt nie zdoła pobić w najbliższej przyszłości. Sam, możliwe, że trochę nieskromnie, przyznawał, że „nie widział, po zakończeniu własnej kariery, nikogo podobnego do siebie w futbolu”, czasem dodając, że „pod względem warunków fizycznych i stylu gry, przypominał go Gerd Muller”. Analizując zachowane fragmenty jego wyczynów… trudno się z nim nie zgodzić. To właśnie Just Fontaine, który zmarł 1 marca tego roku. Wielki gracz, którego karierę przedwcześnie zakończyły urazy. Angażujący się w piłkarskie życie nie tylko na boisku. (w 1961 roku założył francuską National Union of Professional Footballers). Znany na całym świecie, ale mimo tego… nieco zapomniany. Błędnie.

9

@FCBparasiempre
18 sierpnia 1961 r. urodził się Czesław Jakołcewicz, obrońca i pomocnik. Grał u trenera Guusa Giddinka w jednej drużynie z Toni Schumacherem. Strzelał gole w pucharach Panathinaikosowi i Olympique Marsylia, zmagał się w porywających meczach z innymi europejskimi potęgami. Dla Jakołcewicza Cedynia, gdzie się urodził, to dobre geny i czas wzrastania do roli solidnego piłkarza ale wszystko co osiągnął naprawdę wartościowego w futbolu, działo się w Lechu Poznań. Wcześniej był cenionym drugoligowcem w Stali Stocznia Szczecin. Jasne było że to się musi skończyć że skoro nie da się awansować z drużyną, trzeba wykonać samodzielny krok do ekstraklasy. Nie można było tracić czasu, miał już 22 lata. ,,Dostałem oferte od Mariana Dziurowicza z GKS Katowice, w zasadzie byłem już zdecydowany. Wtedy jednak do Szczecina przyjechał Teodor Napierała, wieloletni piłkarz Lecha a potem jeden z trenerów. Umiał mnie przekonać że w Lechu będzie mi lepiej, że trener Łazarek widzi we mnie potencjał. Miałem jeszcze przyjechać do Poznania żeby wszystko obejrzeć na miejscu. Drużyna była wtedy na zgrupowaniu ale w klubie został Mirek Okoński, chyba leczył kontuzje i kto wie, może właśnie jego obecność stała się dla mnie ostatecznym argumentem. Grać z tak fantastycznym piłkarzem w jednej drużynie to sama przyjemność a on już przy pierwszym spotkaniu traktował mnie jak swojego. Nie mogłem się wycofać. No i z Poznania będę miał zdecydowanie bliżej do domu niż z Katowic. Tak sobie powiedziałem aby rozwiać już ostatnie wątpliwości”- opowiada wychowanek Czcibora Cedynia. Pojawił się też ważny czynnik, który nęcił a zarazem onieśmielał- Lech był mistrzem Polski, szykował się do gry w Pucharze Europy i do obrony tytułu w kraju. Fantastyczne perspektywy ale jak chłopak wyciągnięty z drugiej ligi miał się wpisywać w te kreślone z rozmachem plany? ,,Uznałem iż pierwszy sezon będzie nauką że przy dobrym układzie dostane trochę minut ale najwięcej pracy i tak będzie mnie czekać na treningach”- opowiada Jakołcewicz. Trener Łazarek miał inny plan. 30 lipca 1983 r. Lech grał w Gdańsku z Lechią zorganizowany pierwszy raz w historii mecz o Superpuchar. Jakołcewicz wystąpił w podstawowym składzie. Przyjemne zaskoczenie zostało przytłumione minimalną porażką po golu straconym na 3 minuty przed końcem meczu. Jeżeli to miał być dla Jakołcewicza test przydatności, to wypadł pozytywnie bo tydzień później, w niedziele o 11.00 na stadionie przy Bułgarskiej wybiegł w podstawowym składzie na otwierającą dla Lecha ligowe rozgrywki konfrontacje z Wisłą Kraków. ,,Zagrałem na środku obrony przy u boku Józka Szewczyka. Na trybunach było 30 tysięcy ludzi. Płyneła od nich dobra energia bo to przecież pierwszy mecz mistrza Polski w nowym sezonie i do tego poważny rywal. Dostałem zlecenie opieki nad Andrzejem Iwanem i to też zrobiło na mnie wrażenie, w końcu chodziło o świetnego napastnika, dwukrotnego uczestnika mundiali”- podkreśla pan Czesław. Tym razem to do Lecha uśmiechnęło się szczęście. W 90 minucie piłke głową do bramki wpakował Józef Adamiec i debiutujący w ekstraklasie(tak samo jak Jakołcewicz) sędzia Michał Listkiewicz wskazał na środek boiska. Początek sezonu układał się obiecująco bo Lech dobrze spisywał się nie tylko w lidze ale 13 września w pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów pokonał w Poznaniu Athletic Bilbao! Skończyło się na 2:0 a powinno być znacznie wyżej bowiem mistrzowie Hiszpanii byli tego dnia wyraźnie słabsi od Polaków. Jakołcewicz zagrał z Lechem wiele świetnych pucharowych meczów: z Liverpoolem, Borussią Mönchengladbach, FC Barceloną, Olympique Marsylia czy Panathinaikosem Ateny ale starcie z ekipą z kraju Basków nawet na tym tle było wyjątkowe. Zdarzył się bowiem występ, po którym jedyna pretensja do Kolejarza polegała na tym że z najlepszą hiszpańską drużyną wygrał tylko 2:0… Jednak w rewanżu stało się coś strasznego. Athletic przejechał się po mistrzu Polski i wygrał 4:0! ,,Mówiąc najkrócej: utuczyli nas przed meczem a potem zjedli”- gorzko żartuje Jakołcewicz. Z tym utuczeniem było wiele prawdy bo gospodarze przez 2 przedmeczowe dni podejmowali lechitow po królewsku. W luksusowym hotelu mieli wszystkiego pod dostatkiem, podsuwano im pod nos smakołyki a oni wszystkiego chętnie próbowali, być może pierwszy raz w życiu. ,,Sympatycznie skończyło się, gdy zeszliśmy z przedmeczowej rozgrzewki. Podczas niej murawa była sucha, nawet twarda, więc założyliśmy ,,lanki”. Tymczasem na kilka minut przed gwizdkiem sędziego gospodarze obficie polali boisko. Nagle zrobiło się niemal grzązko i my, wielkie chłopy, mieliśmy problemy z utrzymaniem równowagi, oczywiście szwankowała zwrotność i start do piłki”- wymienia Jakołcewicz.

Miejscowi zaś byli w swoim żywiole. Kilka dni wcześniej jeden z ulubieńców kibiców Andoni Goikotxea w ligowym meczu z FC Barceloną złamał noge Diego Maradonie. Cała Hiszpania, cały piłkarski świat był oburzony, nazywano go ,,Rzeźnikiem z Bilbao”. Lecz w swoim mieście Goikotxea stał się jeszcze większym bohaterem. ,,Kibice dali mu niesamowite wsparcie, gorące trybuny skandowały ,,Goiko, Goiko!” i on rzeczywiście był znakomity. My już na początku straciliśmy naszego reżysera Miłoszewicza i do tego jeszcze gola, oczywiście po strzale Goikotxei. Byliśmy tym wszystkim oszołomieni. Przyjechaliśmy przetrwać, obronić nie lichą przewagę ale plan szybko runął”- opowiada nasz bohater. Do przerwy Lech przegrywał 0:2, więc stan rywalizacji wrócił do wyjściowego remisu, lecz to tylko pozory. Po zmianie stron Athletic dorzucił następne 2 gole. ,,W drugiej połowie zagonili nas, byliśmy bez szans. Mam wrażenie że gdyby musieli nam strzelić 6 goli, to też by strzelili”- uczciwie przyznaje Jakołcewicz. Ten mecz był tragiczny w skutkach dla Józefa Szewczyka. Stoper Lecha pierwszy raz wtedy głośno powiedział w szatni że miał problemy ze wzrokiem bo ostro żarzące się reflektory sprawiały że nie widział śmigającej w powietrzu piłki. ,,Mówił że źle się czuje. Nikt z nas nie mógł przypuszczać że to koniec kariery i zaczyna się jego heroiczna walka ze śmiertelną chorobą. Od tej pory w ogóle przestał grać ale od czasu do czasu nas jeszcze odwiedzał. Tłumaczył że musi się porządnie wyleczyć, choć nie mówił, co mu dokładnie jest. Potem widywaliśmy go coraz rzadziej. Wyglądał gorzej, mizerniał. Zmarł na raka gałki ocznej. Nie dożył nawet czterdziestki…”- wspomina Jakołcewicz. Przykładne lanie w Bilbao wszystkim doskwierało ale dla Jakołcewicza było też niczym chrzest bojowy i zarazem definitywna przepustka do drużyny. Pokazał że daje rade że przeskok z drugiej ligi do ekstraklasy nastąpił bezboleśnie. Potem okazało się że jest piłkarzem na miare reprezentacji, choć w niej nigdy nie odgrywał jakiejś szczególnej roli. W każdym razie uzbierał 15 meczów. W kraju cieszył się dobrą opinią. Tak dobrą że w 1990 r. zainteresował się nim sam Guus Hiddink. Po tym jak 4 razy z rzędu zdobył z PSV Eindhoven mistrzostwo Holandii, przyjął oferte z Fenerbahche Stambuł. Potrzebował doświadczonego stopera i usłyszał że 29-letni Polak spełnia wymagane kryteria. ,,Była już końcówka jesieni, graliśmy półfinał Pucharu Polski z ŁKS. Do Łodzi wybrał się Hiddink. Wiedziałem że będę obserwowany przez tak zacnego gościa i… wszyscy zagraliśmy słabiutko. Porażka 0:2, bez żadnej dyskusji. ,,No to już pojechałem do Turcji. Dzięki chłopaki!”- rzuciłem smutno w szatni. Jednak za trzy dni zadzwonił telefon ze Stambułu że chcą dopiąć transfer! Życie potrafi zaskoczyć”- kwituje piłkarz. Bardzo szybko wkupił się w łaski fanów. Pierwsze spotkanie i od razu derby z Galatasaray! Jego zespół wprawdzie przegrał 1:2 ale on sam strzelił gola z karnego. Drugi mecz i… derby z Besiktasem! Tym razem remis 1:1 a Polak znowu wśród wyróżniających się piłkarzy. ,,Miałem dobre wejście. Świetnie dogadywałem się z trenerem Hiddinkiem i szybko złapałem kontakt z naszym bramkarzem, którym był oczywiście Toni Schumacher. Gadaliśmy o wszystkim ale był jeden temat, którego nie chciał ruszać: sprawa jego skandalizującej książki ,,Anpfiff”, robiącej wtedy furore wśród czytelników”- przyznaje Jakołcewicz. Podkreślał że nigdy nie grał w klubie tak profesjonalnie zarządzanym jak Fenerbahche a jednak po sezonie odszedł. ,,Zawiedliśmy w lidze, bo jako wcześniejszy wicemistrz zajeliśmy dopiero 5 miejsce. Do tego nie zdobyliśmy Pucharu Turcji. W półfinale przegraliśmy z Ankaragucu(1:3) a ja nie strzeliłem karnego przy stanie 1:1. Jak na ironie bo wcześniej w ligowym meczu z tym samym rywalem i temu samemu bramkarzowi strzeliłem 2 karne. Po nieudanym sezonie była presja na zmiany, której uległem. Zgodziłem się odejść, chociaż mogłem negocjować. Szkoda że nie zostałem w tej Turcji na dłużej. Jakoś za szybko zadowoliłem się tym, co już zagrałem. Trzeba było jeszcze powalczyć bo zawsze warto walczyć do samego końca. Żałuje że wtedy tak nie pomyślałem”- wspomina pan Czesław. Po epizodzie w lidze duńskiej wrócił do Polski by zakończyć karierę w Huraganie Pobiedziska. Czesław Jakołcewicz trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Polski i po razie zdobył Puchar Polski oraz Superpuchar Polski.

8

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):

@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

11

Debiuty żywych legend FC Barcelony:

18 sierpnia 1998 r. Xavi Hernandez zadebiutował w barwach Dumy Katalonii w meczu o stawkę. 18-letni wówczas pomocnik rozegrał pełne 90 minut w pierwszym meczu o Superpuchar Hiszpanii z RCD Mallorca przegranym przez Barçe 2:1. W 16 minucie Xavi otworzył wynik spotkania silnym uderzeniem pod poprzeczke po podaniu Nadala. Zatem debiut ze strzelony golem można uznać za udany.

Również 18 sierpnia, lecz 6 lat później(2004 r.) debiutują w pierwszej drużynie FC Barcelony w towarzyskim meczu z FC Vilafranca, Samuel Eto’o i Anderson Luis de Souza(zwany Deco). Mecz zakończył się zwycięstwem Barçy 6:0 a Eto’o(dwukrotnie) i Deco zdobyli nawet gole w debiucie. To właśnie w tamtym 2004 r. po przybyciu do Barçy Deco a zwłaszcza Eto’o pokochałem Blaugrane bezgranicznie i bezwarunkowo. Doskonale wówczas wiedziałem że jest już w klubie Ronaldinho, który mi się spodobał podczas Mundialu w Korei i Japonii, po czym dołączyła ta dosyć znana już wtedy wspomniana przeze mnie dwójka piłkarzy. Tamtego sierpnia narodziło się głębokie uczucie do Katalońskiej Dumy i trwa nieprzerwanie…


@Arkon
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

15

Biała Gwiazda skromnie ale wygrywa:

17 sierpnia 2011 r. Wisła Kraków pokonuje Apoel Nikozja 1:0. „17 sierpnia 2011 roku o 20:45 rozpoczyna się pierwsze starcie Białej Gwiazdy z APOEL-em. Zawodnicy cypryjskiego klubu pokazują na boisku jakość ale Biała Gwiazda odpowiednio się broni i stara napędzać własne ataki na połowie rywala. Wszystko idzie po myśli trenera Roberta Maaskanta. Wreszcie w 71. minucie Patryk Małecki mija rywala na prawym skrzydle, ścina do środka i mocnym uderzeniem pod poprzeczkę doprowadza 23 tysięcy ludzi na stadionie do ekstazy. Sam w szaleńczym biegu zdejmuje koszulkę i odsłania biały podkoszulek z podobizną Jana Pawła II. Cypryjczycy później nie są w stanie już odpowiedzieć na trafienie Wisły” – tak po latach opisywał tamten wieczór Krzysztof Pulak na łamach „Przeglądu Sportowego”. Oprawa jak z Ligi Mistrzów, rajd „Małego”, papież, wspaniałe zwycięstwo – ten mecz obrósł legendą. Krakowianie nigdy nie byli tak blisko fazy grupowej Champions League. Do bram piłkarskiego raju pozostał jeden krok, który sześć dni później trzeba było zrobić w Nikozji...

Na spotkanie z APOEL-em klub sprzedał komplet biletów. Kibice przed meczem szukali koncentracji w pobliskich barach, natomiast szkoleniowiec mistrzów Polski godzinę przed pierwszym gwizdkiem pojawił się na tarasie przy biurze prasowym. Ubrany w spodnie od garnituru, eleganckie brązowe buty i… sportową koszulkę w skupieniu obserwował, jak zapełniają się trybuny. Dokładnie trzy trybuny, bo czwarta ciągle nie została oddana do użytku.


@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

0

@FCBparasiempre
Cel na te rozgrywki dla Henry’ego i spółki mógł być tylko jeden – wydrzeć machinie Sir Alexa Fergusona ligowy tytuł. Potencjał kadrowy drużyny z północnego Londynu był niesamowity, takie nazwiska jak Gilberto Silva, Sol Campbell, Ashley Cole czy też Dennis Bergkamp to zaledwie kilku z wartych wspomnienia zawodników. I wszyscy ci gracze grali na miarę oczekiwań. Nie sądzę, abym mógł powiedzieć coś szczególnie odkrywczego o tym sezonie. Po zwycięstwie 2:1 nad Leicester City Kanonierzy stali pierwszym zespołem od czasu Preston North End z sezonu 1888/89, który sięgnął po krajowy tytuł, nie przegrywając żadnego spotkania w drodze po to trofeum. Wielka w tym zasługa chłopaka z Les Ulis, który zanotował 30 trafień i sięgnął po kolejną koronę króla strzelców. Trzynaste, a zarazem ostatnie mistrzostwo w historii Arsenalu było piękną puentą pewnego pokolenia, które po 2004 r. zaczęło stopniowo osuwać się ku przeciętności, w jakiej ten klub znajduje się do dziś. Jakkolwiek potoczyły się ligowe losy Kanonierów w kolejnych latach, to na tym polu Henry miał prawo czuć się spełniony. Zupełnie inaczej było w przypadku rozgrywek europejskich, gdzie jego jedynym sukcesem było dotarcie do wspomnianego finału Pucharu UEFA w 2000 r. W Lidze Mistrzów z kolei można było się w przypadku Kanonierów spodziewać solidnego występu na miarę ćwierćfinału, ale nic poza tym. Zmieniło się to wreszcie w 2006 r. Arsenal pewnie wygrał swoją grupę, tracąc punkty jedynie raz w ostatnim spotkaniu ze szwajcarskim Thun. W 1/8 finału czekał już na podopiecznych Wengera poważny test, jakim było starcie z Realem Madryt. Nie przestraszyli się jednak utytułowanego rywala, a dzięki fenomenalnej bramce Henry’ego na Santiago Bernabeu wywalczyli awans. Był to kolejny pokaz kunsztu wychowanka Monaco, który dryblingiem minął trzech obrońców przeciwnika i pewnym strzałem umieścił piłkę w siatce. Zwycięstwo w tym spotkaniu oraz bezbramkowy remis na Highbury zapewniły awans do dalszej fazy rozgrywek.

W drodze do wielkiego finału Arsenal odprawił jeszcze z kwitkiem Juventus i rewelację tamtego sezonu, Villareal. Świetna defensywa, dynamiczni skrzydłowi oraz geniusz w ataku dawały duże szanse na końcowy sukces. Kanonierzy jako pierwszy londyński zespół w historii miał szanse wywalczyć europejskie mistrzostwo. Wystarczyło wygrać z FC Barceloną… Jak dobrze wiemy, ten mecz był definitywnym początkiem upadku Arsenalu i narodzinami wielkiej Barcelony. Mimo że podopieczni Rijkaarda nie mogli liczyć na swoją wschodzącą gwiazdę w postaci Leo Messiego, to zdołali odwrócić losy spotkania i wygrać spotkanie 2:1 po golach Eto’o i Belletiego. Nie był to szczególnie udany mecz w wykonaniu Henry’ego, który nie był w stanie pokonać wyjątkowo dobrze dysponowanego Valdesa. Samo spotkanie dostarczyło mu wyjątkowej frustracji, czemu dobitnie dawał wyraz w pomeczowych wypowiedziach: ,,Byłem kopany na całym boisku. Oczekiwałem, że sędzia wykona swoją pracę. Nie wydaje mi się, by to zrobił”. Potrafił jednak docenić klasę swoich rywali, a w szczególności genialnego zmiennika, który zdołał odwrócić losy spotkania: ,,Ludzie wciąż mówią o Ronaldinho, Eto’o czy Giulym, ale ja ich nie widziałem. Widziałem za to Henrika Larssona. Wszedł i zmienił grę. Zabił ją. Barcelona to drużyna. To nie Eto’o, czy Ronaldinho. W środę różnicę zrobił Larsson. Wszedł i pokazał się kilkoma rajdami, to piłkarz drużynowy. Dwa razy asystował kolegom”. Nie chcę pochylać się szczegółowo nad konsekwencjami tej porażki dla przyszłości Arsenalu. Wystarczy powiedzieć, że skoro mistrzostwo Anglii z 2004 r. było ostatnim wielkim sukcesem Arsenalu, to spotkanie rozegrane dwa lata później była ostatnią szansą na moment chwały dla Wengera, której nigdy już później nie zaznał. Wiarę w inny obrót zdarzeń stracili jego zawodnicy, a w tej kategorii wyróżnił się zwłaszcza Henry. Po frustrującym, pełnym kontuzji sezonie 2006/07 napastnik uznał, że nadszedł czas na zmiany i za 16 milionów funtów przeniósł się do, o ironio, FC Barcelony. Przenosiny legendy francuskiego futbolu do Barcelony były jednym z najsłynniejszych transferów XXI wieku, które zaskoczyły niejednego piłkarza Dumy Katalonii. Szczególne wrażenie zrobiły na Leo Messim, który w rozmowie z L’Equipe opowiedział o swoich relacjach z wychowankiem Monaco: ,,Pierwszego dnia nawet nie odważyłem się spojrzeć mu w twarz. Wiedziałem wszystko o tym, czego dokonał na angielskich boiskach. Miałem jego zdjęcie, a nagle byliśmy w tej samej szatni. To, co czułem, to był pewien rodzaj podziwu. Uwielbiałem go za łatwość, z jaką kończył akcję. Brał piłkę i zmierzał do celu. Jego drybling, ruchy, to wszytko było płynne i naturalne”. Mimo wskazanych przez legendarnego Argentyńczyka atutów Henry musiał ponownie zadowolić się miejscem na skrzydle, gdyż na pozycji numer 9 częściej występował Eto’o czy nawet Messi. Henry nie był już jednak tym młodym graczem z czasów Juventusu, który nie zgadzał się na kompromisy w sprawie swojej gry. Doskonale wiedział, że powoli zbliża się do końca kariery, a Barcelona daje mu okazję na wygranie upragnionej Ligi Mistrzów. Pierwszy sezon w La Liga nie nastrajał jednak optymistycznie. Sezon 2007/08 należy uznać za smutną końcówkę kariery Franka Rijkaarda w Barcelonie. Duma Katalonii zaliczyła bardzo rozczarowujący sezon ligowy, który ukończyła dopiero na trzecim miejscu za Realem Madryt i Villareal. Szansę na choć częściową rehabilitację mógł dać ponowny sukces w Europie, ale piękny strzał wiecznie niedocenianego Paula Scholesa w półfinałowym spotkaniu z Manchesteru United pozbawił podopiecznych Holendra złudzeń. Na tym etapie stało się jasne, że w drużynie wielokrotnego mistrza Hiszpanii potrzebne są zmiany, a pierwszym krokiem ku temu miała być zmiana trenera. Wiele spekulowano na temat potencjalnego następcy Rijkaarda, a zdaniem mediów jednym z kandydatów był José Mourinho, który zaczynał trenerską karierę w Katalonii jako asystent Bobby’ego Robsona i Louisa van Gaala. Prezydent Joan Laporta miał jednak zupełnie inne plany i zdecydował się na zatrudnienie ówczesnego trenera rezerw, Pepa Guardiolę. Szkoleniowiec ten był dobrze znany klubowym fanom, gdyż sam miał okazję nosić koszulkę Barcelony jako członek słynnego Dream Teamu Johana Cruyffa. Nowy trener od razu zabrał się za porządki i niemal z miejsca skreślił fenomenalnego, ale leniwego i problematycznego Ronaldinho. Jest to doskonały przykład na to, jak dyscyplina i posłuszeństwo taktyczne były istotne dla Guardioli. Henry nie raz odczuł to na własnej skórze.

,,Poszedłem na prawe skrzydło by pograć z Messim i mogłem usłyszeć jak się denerwuje, ponieważ nie byłem na swojej stronie. Naprawdę mnie to nie obchodziło. Strzeliłem gola, prowadziliśmy 1:0 ze Sportingiem do przerwy. Niby wszystko fajnie, ale on mnie zdjął. Pomyślałem: „Co zrobiłem źle”?. Był bardzo podobny do Louisa Van Gaala – kiedy Pep miał plan, należało go respektować. Jeśli nie zrobisz tego, o co Cię prosi, będziesz miał ogromne kłopoty”– wspominaŁ Henry. Takie podejście się jednak opłaciło. Duma Katalonii sięgnęła w sezonie 2008/09 po wszystkie możliwe trofea, w tym to najważniejsze, czyli Puchar Ligi Mistrzów. Henry mógł czuć się wreszcie całkowicie spełniony i choć następny sezon był znacznie mniej udany, a zamiana Samuela Eto na Zlatana Ibrahimovicia okazała się fatalnym błędem, to zdecydowanie można ocenić jego pobyt w Katalonii jako bardzo udany. Mimo bycia bohaterem drugiego planu to i kibiców Barcelony potrafił oczarować swoimi umiejętnościami. Szczególnie warta zapamiętania wydaje się jego bramka z El Clásico. Barcelona okazała się jego (prawie) ostatnim klubem w Europie. Po rozegraniu 121 spotkań oraz zanotowaniu 49 goli i 27 asyst opuścił Europę i przeniósł się do New York Red Bulls. Henry podążył zatem śladami wielu zasłużonych piłkarzy, którzy ostatnie chwile swojej kariery postanowił spędzić w Stanach Zjednoczonych. Choć wielu trofeów zdobyć nie zdołał, to też nie zamierzał iść w ślady podstarzałych gwiazd, które nawet przez moment nie starały się potraktować MLS poważnie. W 135 spotkaniach zanotował 52 trafienia i 42 asysty, co po prostu musi budzić uznanie. Kiedy jednak Henry spacerował po Central Parku, to zimą 2012 r. ukochany Arsenal przeżywał swoje problemy. Z powodu wyjazdu Marouane Chamakha i Gervinho na Puchar Narodów Afryki możliwości kadrowe Arsène’a Wengera były dość mocno ograniczone. Klubowa legenda nie mogła pozostać bierna w takiej sytuacji i wróciła do północnego Londynu na półroczne wypożyczenie. Henry do meczowej kadry powrócił na spotkanie z Leeds United w ramach Pucharu Anglii. Arsenalowi kompletnie nie szło w tym spotkaniu i sympatycy Kanonierów coraz bardziej oswajali się z perspektywą dogrywki. W 68. minucie trybuny jednak oszalały. Wówczas Henry wszedł na boisko i zrobił to co umiał najlepiej – strzelił bramkę i zapewnił swojemu klubowi zwycięstwo. Do końca wypożyczenia zdołał zanotować jeszcze dwa trafienia w Premier League, co ostatecznie zatrzymało jego bilans w barwach zespołu z Emirates Stadium na 228 bramkach i 104 asystach w 376 spotkaniach. Te osiągnięcia do dziś utrzymują go na pierwszej pozycji w klasyfikacji strzelców wszechczasów Arsenalu. Do 2014 r. występował jeszcze w Nowym Yorku, gdzie w wieku 37 lat zdecydował się zakończyć karierę. Choć wygrał wszystko na poziomie klubowymi i reprezentacyjnym, to zabrakło mu tego najważniejszego wyróżnienia indywidualnego, czyli Złotej Piłki. Najbliżej tej nagrody znalazł się w 2003 r., ale wówczas większe uznanie w oczach dziennikarzy France Football znalazł Pavel Nedvěd. Na osłodę pozostały mu jednak dwa Złote Buty dla najlepszego strzelca w Europie. Mogło być gorzej. W reprezentacji Francji zadebiutował w październiku 1997 r. podczas spotkania z RPA. Dla nastoletniego napastnika marzenia reprezentacyjne mogły oscylować wokół jednego wydarzenia – mistrzostw świata 1998 w ojczystej Francji. Sprawa nie była prosta, gdyż o miejsce w kadrze walczyło jeszcze dwóch innych młodych napastników – David Trezeguet i Nicolas Anelka. Jeden z nich musiał zostać w domu, a z kręgu zainteresowań selekcjonera Aimé Jacqueta wypadł ostatecznie ten drugi. Henry świetnie rozpoczął fazę grupową, strzelając RPA i Arabii Saudyjskiej trzy gole. Mimo to musiał w fazie pucharowej ustąpić miejsca Stéphane Guivarc’howi, który trakcie całego turnieju nie zdołał wpisać się na listę strzelców, podobnie jak Olivier Giroud 20 lat później. Świetnie jednak spełniał założenia taktyczne w kadrze opartej przede wszystkim na skutecznej defensywie, która po strzeleniu trzech goli Brazylii w wielkim finale pierwszy raz w swojej historii została mistrzem świata. Kolejnym wielkim turniejem w jego karierze było Euro 2000, rozgrywane na boiskach Belgii i Holandii. Nowy selekcjoner Roger Lemerre postrzegał Henry’ego jako skrzydłowego, a w roli napastników preferował Trezeguta i Anelkę. To rozwiązanie taktycznie sprawdziło się przeciwko Danii, gdzie Henry zdobył jedną z bramek w zwycięskim spotkaniu. W drugim meczu przeciwko drużynie Czech Thierry również zdołał wpisać się na listę strzelców. Zaliczył także asystę przy zwycięskiej bramce Youri’ego Djorkaeff’a, a Francja wygrała 2-1 i uzyskała awans do ćwierćfinałów, gdzie poradziła sobie z Hiszpanią.

W półfinale podejmowała Portugalię. Początek spotkania należał do rywali, bo już w 19. minucie prowadzili 1:0 po bramce Nuno Gomes’a. Jednak w 50. minucie Henry zdołał zdobyć bramkę wyrównującą na 1:1. Taki wynik utrzymał się aż do 117. minuty, gdy w polu karnym Portugalii ręką zagrał Abel Xavier, a arbiter wskazał na jedenasty metr. Karnego nie zmarnował go Zinédine Zidane, pakując piłkę do siatki i zdobywając złotego gola. W finale na Francuzów czekali Włosi. Do przerwy utrzymał się bezbramkowy wynik, a w 55. minucie spotkania gola dla Włochów zdobył Marco Delvecchio. Francuzi zdołali jednak wyrównać rzutem na taśmę, gdy w 90. minucie wyrównującą bramkę zdobył Sylvain Wiltord. W 103. minucie złotego gola zdobył David Trezeguet, który dał tym samym Francji drugie w historii mistrzostwo Europy. Ostatnim wielkim turniejem reprezentacyjnym, którego wygrania Henry nie miał jeszcze na koncie, był Puchar Konfederacji. Do czasu. Bramka Thierry’ego w 97. minucie finałowego spotkania z Kamerunem pozwoliła sięgnąć w 2003 r. i po to trofeum. Na tym oczywiście reprezentacyjne występy Thierry’ego się nie zakończyły. W swojej karierze zagrał jeszcze na mistrzostwach świata w 2002, 2006 i 2010 r. oraz na Euro 2004 i 2008. Trójkolorowi nie zdołali jednak nawiązać wówczas do dawnych sukcesów i tylko podczas niemieckiego turnieju zdołali przebić się do strefy medalowej. Bilans Henry’ego w kadrze narodowej zatrzymał się na 124 występach i 51 golach. Podobnie jak w przypadku Arsenalu, jest najlepszym strzelcem w historii reprezentacji. Czy Thierry Henry zasługuje, aby stawiać go w jednym rzędzie z największymi legendami futbolu? Ciężko powiedzieć. W przypadku największych sukcesów swojej karierze (Liga Mistrzów i mistrzostwo świata) nie był kluczową postacią w zespole, ustępując miejsca bardziej przydatnym w określonym momencie zawodnikom. Wykazywał się jednak niesamowitą regularnością, która pozwoliło mu na grę przez ponad 20 lat przy zachowaniu niesamowitych statystyk strzeleckich. Warto o nim pamiętać, zwłaszcza jeśli przyjdzie Wam oglądać obecnie spotkania rozgrywane na Emirates Stadium. Kiedyś to jednak było.

6

@FCBparasiempre
Thierry Henry urodził się 17 sierpnia 1977 r. w Les Ulis, małym miasteczku w okolicach Paryża. Jego rodzice przenieśli się w te strony z Antyli Francuskich, poszukując lepszych warunków do życia. Ojciec przyszłej legendy francuskiego futbolu, Antoine, mocno angażował się w rozwój swojego syna i regularnie zabierał go na spotkania oraz obozy piłkarskie. W ten sposób nastolatek szlifował swoje umiejętności, co zapewniło mu pewne miejsce w młodzieżowych drużynach Les Ulis. Nie spędził tam zbyt wiele czasu, gdyż dość szybko jego talent został dostrzeżony przez Thierry’ego Pretta. Był on poszukiwaczem talentów i pracował dla półprofesjonalnej drużyny z Viry-Chatillon do lat 15. Wspomniany zespół słynął wówczas ze świetnej pracy z młodzieżą, co dość szybko przekonało Antoine do umożliwienia synowi podążania tą ścieżką kariery. Decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę, a młody Thierry zdobył oszałamiające 77 bramek w zaledwie 26 spotkaniach. Warto dodać, że chwilę po dołączeniu do klubu napastnik był bliski porzucenia marzeń o piłkarskiej karierze, a wszystko z powodu smutnego wydarzenia, jakim dla młodego chłopca musiał być rozwód rodziców. Wytrwałość jednak popłaciła i tuż przed czternastymi urodzinami Henry rozpoczął treningi w Akademii Clairefontaine Francuskiej Federacji Piłkarskiej. Było to niezwykłe wyróżnienie, gdyż aby dostąpić tego zaszczytu musiał zostać wybrany spośród 25 chłopców. W tym właśnie miejscu młody Francuz poznał część swoich przyszłych kolegów z kadry narodowej takich jak William Gallas, Louis Saha i Nicolas Anelka. Podobnie jak wspomniani koledzy, Thierry nie musiał długo czekać na zainteresowanie wielkich klubów francuskiej ligi. 16-letni gracz został bowiem dostrzeżony przez AS Monaco. Ówczesny menadżer klubu z księstwa, Arsène Wenger, dość mocno wierzył w talent nastolatka i dał mu szansę już 31 sierpnia 1994 r. w przegranym 0-2 meczu z Nice. W sumie swój pierwszy sezon Henry zamknął trzema bramkami w ośmiu spotkaniach. W kolejnym jednak nie zdołał poczynić spodziewanego progresu. Z perspektywy lat można dojść do wniosku, że duży wpływ mogło na to mieć odejście Wengera. W tym miejscu w zasadzie warto nieco przybliżyć ten fragment kariery legendarnego szkoleniowca Arsenalu. Choć zapewne większość z was kojarzy głównie Francuza z prowadzeniem odwiecznej walki z zamkiem w kurtce podczas spotkań na Emirates, to jednak prowadząc późniejszego finalistę Ligi Mistrzów, zyskał międzynarodową sławę. Mało kto jednak podejrzewał w momencie zatrudnienia „specjalisty od przegrywania” jakim strzałem w dziesiątkę okaże się ta decyzja. Za Wengerem nie stała imponująca kariera piłkarska, a prowadzone przez niego Nancy właśnie zaliczyło spadek z ligi. Byłego obrońcę RC Strasbourg rekomendował jednak Gilbert Gress, jego były trener z czasów kariery piłkarskiej. Ówczesny prezes Monaco chciał w pierwszej kolejności zatrudnić właśnie Gressa, ale ten prowadził w tamtym okresie szwajcarskie Neuchatel Xamax. Wybór zatem mógł być tylko jeden, a były zawodnik Monaco, a później zdobywca mistrzostwa jako trener, Claude Puel, mimo niepokojących sygnałów miał dobre przeczucia względem nowego szkoleniowca: ,,Mieliśmy walczyć o sukcesy w Europie, a Wenger właśnie spuścił Nancy z ligi. Campora [prezes Monaco] coś w nim jednak dostrzegł i my, zawodnicy też. Szybko zdobył więc nasz szacunek. Był wysoki, postawny, to mu pomagało, bo nie musiał podnosić głosu. Jeśli z czegoś szczególnie w trakcie trenerskiej kariery Wenger zdołał zasłynąć, to poza prześmiewczym „TOP 4 jak trofeum”, będą to prawdopodobnie taktyczne innowacje, który w dzisiejszych czasach wydają się czymś oczywistym. We wczesnych latach jego kariery budziły jednak niemałe poruszenie. Dobrym przykładem mogą być 45-minutowe odprawy przed meczem, gdzie menadżer poświęcał swoją uwagę mocnym i słabym stroną rywali. Mówił precyzyjnie przed meczami i podczas przerw. Jasno przekazywał nam, czego oczekuje. Był pierwszym trenerem, z którym pracowałem, przeprowadzającym ćwiczenia w ogromnym stopniu poświęcone taktyce i tak często wykorzystującym zapis wideo – wspomina Puel. Na tym oczywiście zmiany się nie zakończyły. Zmienił jadłospis piłkarzy, nakazując im spożywanie kurczaka zamiast czerwonego mięsa. Podczas posiłków jadał razem z piłkarzami, choć wcześniej sztab szkoleniowy siadał przy osobnym stoliku, a także nie tolerował spóźnień. Gdy jakikolwiek piłkarz podpadł mu w okresie przedświątecznym, tracił w tym okresie wolne. Transferowa polityka Wengera była podobna do tej, z jakiej znany był w czasie prowadzenia Kanonierów. Sprowadzał uznane nazwiska takie jak Patrick Battiston, Glenn Hoddle czy Mark Hateley, którzy wydatnie przyczynili się do zdobycia mistrzostwa Francji. W późniejszych latach regularnie stawiał na młodzież, która odegrała znaczącą rolę w mistrzostwach świata w 1998 r. Poza Henrym byli to m. in. Emmanuel Petit, Lilian Thuram czy też Youri Djorkaeff.

Okres jego panowania to być może najlepszy czas w historii klubu. W tym okresie zespół sięgnął po wspomniane mistrzostwo Francji, krajowy puchar oraz sześciokrotnie zajmował miejsce na ligowym podium. Znalazł się również w sezonie 1991/92 w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, ale jak to niestety bywało w przypadku europejskich bojów Francuza, po trofeum nie udało się sięgnąć. Być może sukcesów byłoby znacznie więcej gdyby nie zmora Francuza w postaci Olympique Marsylia. Klub, który niedługo później musiał zmierzyć się ze skutkami afery korupcyjnej. Z dzisiejszej perspektywy ciężko ocenić, jak wspomniany proceder wpłynął na karierę Wengera w Monaco, ale niewykluczone, że zdołałby wygrać jeszcze więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że jego zespół w sezonie 1993/94 spisywał się fatalnie i zakończył ligowe rozgrywki na rozczarowującym dziewiątym miejscu. W takiej sytuacji musiał podać się do dymisji, a jako nowego pracodawcę wybrał japońskie Nagoya Grampus. Być może ekspresowe odejście mentora nieco opóźniło rozwój młodego Thierry’ego, ale nie było w stanie go całkowicie zastopować. Choć w sezonie 1995/96 zaledwie trzy razy zdołał wpisać się na listę strzelców, to kolejne rozgrywki były już znacznie lepsze zarówno dla niego, jak i dla całego klubu. Zespół z księstwa ponownie sięgnął po krajowy tytuł, a młody napastnik zanotował dziesięć trafień we wszystkich rozgrywkach. Pewne jednak było, że wkrótce po młodego napastnika upomni się jeden z największych klubów świata. Tak też się stało w styczniu 1999 r., kiedy po aktualnego mistrza sięgnął Juventus. Licznik Francuza w Monaco zatrzymał się na 28 trafieniach i dwóch asystach w 139 spotkaniach. Półroczny pobyt w Turynie to jednak najprawdopodobniej jedyna poważniejsza wpadka w karierze legendarnego napastnika. Na klęskę złożyło się wiele czynników, a najważniejszymi z nich były zapewne kwestie taktyczne, jak i niestabilna sytuacja zespołu. W ciągu sześciu miesięcy pracował pod okiem dwóch szkoleniowców o zupełnie odmiennym spojrzeniu na jego pozycję na boisku. O ile Marcelo Lippi postrzegał go jako środkowego napastnika, o tyle zastępujący go Carlo Ancelotti wolał wykorzystywać podopiecznego w roli lewego skrzydłowego. Była to prawdziwa katorga dla Henry’ego, który pragnął więcej swobody na boisku i nie chciał regularnie cofać się do defensywy. Takie podejście było jednak niedopuszczalne ze względu na kwestie taktyczne, jakie preferował przyszły trener Milanu. Współpraca zatem zdawała się nie mieć żadnej przyszłości i nic dziwnego, że zaowocowała jedynie trzema trafieniami w 20 spotkaniach. Konieczny był zatem ekspresowy transfer już najbliższego lata, a następnym przełożonym Francuza okazał się być nie kto inny jak Arsène Wenger, który międzyczasie zdążył opuścić Kraj Kwitnącej Wiśni i osiedlić się w północnym Londynie. Jeden z najważniejszych transferów w historii Arsenalu został potwierdzony 3 sierpnia 1999 r. Okoliczności tego ruchu już od samego początku mogły nastrajać optymistycznie. Mistrz świata zaliczył co prawda kiepskie pół roku w Turynie, lecz można upatrywać przyczyny w niedopasowaniu taktycznym. Tym razem znalazł się pod skrzydłami menadżera, który dał mu zadebiutować w seniorskiej piłce i miał już za sobą pierwsze sukcesy za sterami Kanonierów (m.in. mistrzostwo Anglii). Można było oczekiwać, że wcześniejsze problemy z ustaleniem pozycji na boisku się nie powtórzą. Początki jednak zawsze są trudne i nie inaczej było w tym wypadku. W pierwszych ośmiu spotkaniach w barwach klubu nie zanotował ani jednej bramki, często wyglądając jak przysłowiowy jeździec bez głowy. Wdawał się bowiem często w zbędne dryblingi. Punktem zwrotnym dla jego kariery w Premier League okazało się być spotkanie z Southampton. Wychowanek Monaco wszedł na boisko z ławki rezerwowych, zmieniając Nwankwo Kanu, co okazało się świetną decyzją Wengera. Reprezentant Francji zapewnił swoim trafieniem zwycięstwo nad Świętymi i ewidentnie poczuł się znacznie pewniej w nowym środowisku. Pierwszy sezon zakończył zdobyciem 17 bramek w 31 meczach, lecz ciężko uznać go za szczególnie udany dla klubu z północnego Londynu. Podopieczni Wengera zakończyli sezon aż 18 punktów za potężnym Manchesterem United i ponieśli porażkę w finale Pucharu UEFA. Pogromcą angielskiego zespołu okazało się być Galatasaray z Gheorghe Hagim w składzie. Kolejne rozgrywki oznaczały następne rozczarowania. Arsenal uległ w ćwierćfinale Ligi Mistrzów hiszpańskiej Valencii, a w klasyfikacji ligowej ponownie uplasowali się za Czerwonymi Diabłami. Sezon mogli uratować jeszcze zwycięstwem w FA Cup, ale Michael Owen pozbawił Kanonierów wszelkich złudzeń, strzelając w ostatnich minutach dwie bramki i zapewniając wygraną 2:1 Liverpoolowi.

Dwa pierwsze sezony musiały niebywale frustrować Henry’ego, który marzył o powtórzeniu osiągnięć takich zawodników jak Tony Adams czy Patrick Vieira. Przełamanie przyszło jednak szybciej, niż zapewne sam się spodziewał. Arsenal mając na koncie 26 wygranych, dziewięć remisów i trzy porażki, zakończył sezon 2001/02 na pierwszym miejscu w tabeli, siedem punktów przed Liverpoolem. Sięgnął również po FA Cup, który wyszarpał sąsiedniej Chelsea po trafieniach Ray Parloura i Freddiego Ljungberga. Podopieczni Wengera skompromitowali się jednak za to w Lidze Mistrzów, gdzie awansu do fazy pucharowej pozbawiło ich Deportivo La Coruña i Bayer Leverkusen. Po raz pierwszy w karierze Henry sięgnął po koronę króla strzelców Premier League, zdobywając 24 gole. Świetna gra dostarczała mu trofea drużynowe, indywidualne oraz spore profity finansowe. Zainteresowali się nim bowiem najlepsi producenci odzieży sportowej, tacy jak Nike. Olbrzymie dochody z kontraktów sponsorskich pozwoliły Henry’emu na zaznanie odrobiny luksusu. Za pozyskane środki postawił największy i najdroższy dom, jaki był zamieszkany w Anglii przez jakiegokolwiek piłkarza. Sympatycy ligi angielskiej bez wątpienia są w stanie wymienić duety napastników, którzy na przestrzeni lat rywalizowali o najważniejsze indywidualne trofea w lidze. I tak jak obecnie są to m.in. Harry Kane i Jaimie Vardy, to kibice starszej daty zapewne tuż obok Henry’ego wymieniliby Ruuda van Nistelrooy’a. Przez pięć lat pobytu Holendra w Anglii w rywalizacji o koronę króla strzelców liczyła się w zasadzie tylko ta dwójka. Na nieszczęście wychowanka PSV, zawodnik Arsenalu triumfował aż cztery razy. Ruud bardzo poważnie podchodził do rywalizacji z Henrym, co doskonale pamięta Paul Scholes: ,,Jeśli nie strzelił gola, siedział skwaszony na tyłach autokaru, nawet gdy wygraliśmy mecz. W dodatku, gdy podczas sprawdzania innych wyników okazywało się, że Henry strzelił, Ruud wściekał się jeszcze bardziej. Widział w nim osobistego rywala i stanowczo obstawał przy tym, że na pewno zdobędzie więcej bramek”. Ta rywalizacja dodawała każdemu starciu Czerwonych Diabłów z Kanonierami jeszcze więcej pikanterii. Trudno jednak nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że to Francuz był znacznie bardziej wszechstronnym i efektownym zawodnikiem. O ile reprezentant Holandii często ograniczał się do poruszania wewnątrz pora karnego, o tyle Henry często starał się grać bardziej zespołowo i obsłużyć kolegów dokładnym podaniem, co wielokrotnie podkreślał: ,,Dla mnie najpiękniejszą rzeczą, jaką możesz zrobić w piłce nożnej, jest podanie do kogoś, gdy sam możesz zdobyć gola. Wiesz, że jesteś wystarczająco dobry, aby strzelić bramkę w tej sytuacji, ale oddajesz piłkę komuś innemu. Niesamowity jest widok radości tego człowieka, któremu podarowałeś piłkę. Wiesz, że mogłeś strzelać, on też to wie. Każdy to wie. Wspaniałą rzeczą jest możliwość wspólnej radości”. Słowa te wielokrotnie znajdowały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to właśnie do wychowanka Monaco należy rekord asyst Premier League, który ustanowił w sezonie 2002/03. Ostatnich podań zanotował wówczas 20 (i 24 gole), a do dziś tego osiągnięcia nie udało się pobić nikomu, choć kilku graczy było blisko. Frank Lampard w sezonie 2004/2005 zanotował 18 finalnych podań, a jeszcze bliżej był Mesut Özil, któremu w rozgrywkach 2015/16 zabrakło zaledwie jednej asysty do wyrównania rekordu Henry’ego. Ten pułap zdołał osiągnąć Kevin de Bryune w sezonie 2019/20, ale wyprzedzić bohatera tekstu już nie zdołał. Jeśli wydaje wam się, że najlepszy okres tego zawodnika w Anglii już za nami, to jesteście w błędzie. Dochodzimy bowiem do najsłynniejszego osiągnięcia Wengera w Anglii, czyli sezonu 2003/04, ale po kolei.

11

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

17 sierpnia 1913 r. w Lipinach urodził się Ryszard Piec. Niektórzy piłkarze są praktycznie synonimami swoich klubów. Tak właśnie jest z Ryszardem Piecem i z Naprzodem Lipiny. Związany był z tym klubem przez całą swoją karierę. W Lipinach był jednym z najważniejszych ludzi. Kiedy jechał tramwajem, to motorniczy zatrzymał się tam, gdzie zażyczył sobie Piec. Ze swoim ukochanym klubem zawzięcie walczył o awans do elity, ale za każdym razem pechowo tracili szanse. Najbliżej byli w 1937 r., ale lepsi od nich okazali się zawodnicy Brygady Częstochowa, którzy zresztą i tak potem przegrali rywalizacje z warszawską Polonią i Śmigłym Wilno. Największy sukces Piec odniósł w czasie okupacji. Razem ze swoim klubem, który występował wówczas pod nazwą TuS Lipine, w 1942 r. dotarli do półfinału Pucharu Niemiec. Po drodze odprawili z kwitkiem kluby z Krakowa, Wrocławia, Dęblina i Berlina, ale w pojedynku o finał musieli uznać wyższość TSV 1860 Monachium z Ernestem Wilimowski w składzie. Przegrali 0:6, ale chwalono ich ofiarną i ambitną grę. Na boisku zwracali się do siebie po polsku, co zdecydowanie nie podobało się niemieckim władzom. Mimo że nigdy nie zagrał w pierwszej lidze, to miał mocną pozycję w reprezentacji. Pierwszy raz Józef Kałuża dał mu szansę 18 sierpnia 1935 r. w meczu z Jugosławią (2:3). Od tego czasu stał się jednym z jej podstawowych zawodników. Pierwszą bramkę strzelił w meczu z Belgią 16 lutego 1936 r. Na igrzyskach w Berlinie zagrał w spotkaniach z Węgrami, Wielką Brytanią i z Austrią. Zabrakło go tylko w meczu o brąz z Norwegami. Dwa lata później wystąpił w spotkaniu z Brazylią w Strasburgu. Po tym meczu niedowidział na jedno oko, bo brazylijski obrońca Domingos da Guia w czasie jednego ze starć, wepchnął mu w nie palec. Z orłem na piersi ostatni raz wystąpił w zremisowanym 3:3 meczu z Belgią 27 maja 1939 r. Wielokrotnie miał oferty z innych klubów, ale zawsze pozostawał wierny Lipinom. Grał na pozycji prawoskrzydłowego. Był dość wysoki jak na tę pozycję, ale dzięki swojej szybkości, przebojowości i znakomitemu wyszkoleniu technicznemu śmiało można go określić mianem piłkarza najwyższej klasy. Karierę zakończył w 1951 r. Później mógł zostać szkoleniowcem Górnika Zabrze, ale pod jednym warunkiem. Musiał wstąpić do PZPR. Piec nie miał zamiaru się jednak na to godzić i odmówił. W Lipinach spędził resztę życia. Zmarł w wieku 66 lat na miażdżycę. W Reprezentacji rozegrał 21 meczów, strzelając 3 gole.


@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

14

Oliwa zawsze sprawiedliwa?

17 sierpnia 2011 FC Barcelona wygrała El Clasico w rewanżowym meczu Superpucharu Hiszpanii 3:2 i zdobyła trofeum. Wydarzenia boiskowe zeszły jednak na drugi plan ze względu na sytuacje z samej końcówki drugiej połowy. Marcelo brutalnie sfaulował Fabregasa przy linii autowej i wywiązała się wielka przepychanka pomiędzy niemal wszystkimi piłkarzami i członkami sztabów szkoleniowych. W efekcie czerwone kartki obejrzeli David Villa i Mesut Özil. Jednak najbardziej ordynarne było zachowanie Jose Mourinho, który podszedł do Tito Vilanovy i wsadził mu palec w oko. Tito odepchnął agresora, który ironicznie się uśmiechał a na konferencji prasowej po meczu stwierdził iż nie wie kim jest jakiś ,,Pito Vilanova”. Publiczna hiszpańska telewizja TVE zmanipulowała relację z tych wydarzeń, przedstawiając Vilanove jako prowodyra całego zdarzenia. Po kilku dniach TVE wyemitowała przeprosiny za nierzetelny materiał… o godzinie 3.00 nad ranem!


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

10

Legendy rodzimego futbolu:

16 sierpnia 1974 r. w Białymstoku urodził się Tomasz Frankowski. ,,Franek, Franek, łowca bramek”. To jedna z najpopularniejszych przyśpiewek na polskich stadionach na przełomie XX i XXI wieku. Niski, filigranowy napastnik dysponował jednym z najlepszych nosów strzeleckich w Ekstraklasie w historii. Jako ostatni otarł się o legendarne wyniki skuteczności Ernesta Pohla i Lucjana Brychczego. Według różnych wyliczeń strzelił on 167-169 goli. W zależności od przyjętej interpretacji daje mu to: 4, 3 ex aequo z Cieślikiem lub 3. samodzielne miejsce na liście strzelców wszech czasów Ekstraklasy. Od lat 60-tych nie było więc równego mu snajpera w lidze. Mógł nawet prześcignąć Pohla i Brychczego ale w sumie aż 8 lat kariery spędził na występach zagranicznych. W najwyższej polskiej lidze osiągnął średnia 0,55 gola/mecz. W klubie 100 ostatnim zawodnikiem z lepszym wskaźnikiem od niego był Lubański(0,7). Gdyby został w Polsce przez całą karierę i legitymował się taką skutecznością, to jego dorobek wyniósłby blisko ponad 250 goli! Czterokrotnie zostawał królem strzelców Ekstraklasy. Daje mu to ex aequo pierwsze miejsce na liście zdobywców tego tytułu wszech czasów razem z Kmiecikiem i Lubańskim. Repertuar jego możliwości w polu karnym był nieograniczony. Strzelał prawą, lewą nogą, nawet głową, pomimo niezbyt imponujących warunków fizycznych. Po prostu zawsze z piłką stanowił śmiertelne zagrożenie dla rywali. Jego znakiem rozpoznawczym pozostała jednak tzw. ,,podcinka”, czyli miękkie, niezbyt wysokie i mocne przerzucenie piłki nad wybiegającym bramkarzem. Do dziś komentatorzy telewizyjni w Polsce widząc takie zagrania często mówią: ,,podcinka a’la Frankowski”. Jego popisem był szczególnie sezon 2004/05. W 26 kolejkach osiągnął on wynik aż 25 goli. Ostatnie lepsze średnie pod tym względem były dziełem Teodora Anioły, Gerarda Cieślika i Jana Liberdy pół wieku wcześniej! W całym 2004 r. w Ekstraklasie 30 razy skierował piłke do siatki przeciwników, co jest zdecydowanie najlepszym wynikiem.

Wisła Kraków wyposażona na początku dekady w strzelby w postaci Żurawskiego oraz ,,Franka” była śmiercionośną maszyną. Razem z Białą Gwiazdą na przełomie wieków zdobył 5 razy mistrzostwo Polski! Do tego dochodzą też 3 wicemistrzostwa. W żadnym z sezonów w składzie z tym napastnikiem krakowski zespół nie spadł poniżej drugiego miejsca! Do tego dochodzi też Puchar Ligi oraz 2 Puchary Polski. Pierwszy zawodnik w XXI wieku, który strzelił ponad 100 goli. Po wojażach zagranicznych Frankowski zasilił szeregi Jagiellonii Białystok, klubu ze swojego rodzinnego miasta, gdzie w 1992 r. zadebiutował w Ekstraklasie i strzelił swojego pierwszego gola. Na Podlasiu do swojej kolekcji dołożył kolejny triumf w Pucharze Polski, Superpuchar Polski oraz ostatni z czterech tytułów króla strzelców. Dzięki temu został pierwszym zawodnikiem w XXI wieku, który zdobył go w dwóch różnych zespołach. Jest też najstarszym zwycięzcą tej klasyfikacji w historii. Liczył sobie w tej chwili już prawie 37 lat! Temu lisowi pola karnego nie dość było jednak strzeleckich wyczynów. W kolejnej edycji znów seryjnie trafiał do siatek przeciwników. Ostatecznie z liczbą 15 goli miejsca ustąpił tylko młodszemu o 14 lat Rudnevsowi. Po strzeleniu swojego 168 gola i awansie na 3 miejsce w tabeli strzelców wszech czasów zaprezentował okolicznościowy trykot. Były na nim wypisane wszystkie nazwiska asystentów, którzy pomogli mu zdobyć gole. Na szczycie listy znalazł się oczywiście ,,Żuraw”, długoletni konkurent a zarazem kolega klubowy. Jest jednym z 7 piłkarzy figurujących zarówno w Klubie 100, jaka i w klubie 300. Wśród członków tego drugiego grona, liczbą zdobytych goli ustępuje wyłącznie Brychczemu. Jako drugi zawodnik w historii, po Teodorze Peterku, 20 rocznicę swego debiutu w Ekstraklasie świętował jako nadal aktywny gracz tego poziomu rozgrywkowego! W reprezentacji Polski wszyscy pamiętają Frankowskiego głównie z eliminacji zakończonych awansem do mundialu w 2006 roku. Selekcjoner Paweł Janas przekonywał się do niego opornie. Napastnik Wisły znalazł się w składzie chyba bardziej z powodu presji mediów. Trener wprowadzał go zaś początkowo na zmiany. Mimo to snajperowi nie trzeba było wielu kontaktów z piłką. Pokonał golkiperów 4 z 5 rywali w tych kwalifikacjach. Łącznie aż 7 razy wpisał się na liste strzelców, w tym zawiera się m.in. hat-trick z Azerami oraz przepiękny gol przeciwko Anglii zdobyty z woleja. W europejskiej części kwalifikacji skuteczniejsi od niego byli tylko Koller, Ibrahimović oraz Pauleta. Mimo tego Frankowski nie znalazł się w drużynie powołanej przez Janasa na mundial, co stanowiło jedno z największych zaskoczeń. Selekcjoner jednak nigdy nie zaufał mu w pełni a po wyjeździe z Polski ,,Franek” zatracił skuteczność. Ostatecznie więc nie znalazł się w składzie. Nigdy przez to nie wyjechał na wielką impreze. Ponownie głosy o powołaniu Frankowskiego odzywały się przed Euro 2012. Był wtedy w dobrej formie, w dwóch poprzednich sezonach zdobył blisko 30 goli w lidze. Franciszek Smuda postanowił go jednak zabrać tylko w roli… trenera napastników. Indywidualnie wśród jego nagród znajduje się tytuł Piłkarza Roku 2005 katowickiego ,,Sportu” oraz dwie statuetki od ,,Piłki nożnej”. Jedną wywalczył w roli Odkrycia Roku, drugą dostał jako Osobowość Roku. Kariere wyczynową zakończył w 2013 r. Obecnie mieszka w Białym stoku. Był drugim członkiem Klubu 100, który zdobył tytuł króla strzelców w dwóch różnych drużynach, po Erneście Pohlu.


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

11

Debiuty żywych legend Blaugrany:

16 sierpnia 1997 r. w barwach FC Barcelony zadebiutował Rivaldo Vitor Borba Ferreira. Miało to miejsce w meczu finałowym o Puchar Gampera wygranym przez Barçe rzutami karnymi 6:5(w regulaminowym czasie 2:2) z Sampdorią Genua. Rivaldo wykorzystał wówczas swoją ,,jedenastke” w serii rzutów karnych.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

10

Wspominamy byłych trenerów Blaugrany:

16 sierpnia 1995 r. w wieku 83 lat zmarł Serb Ljubiša Broćić. Ljubiša był trenerem FC Barcelony w sezonie 1960-61. Prowadził zespół zaledwie przez pół roku, lecz odpowiada za sprowadzenie takich legend jak Sadurni czy Fuste. Jego drużyna zaczęła sezon od 6 zwycięstw a w późniejszym okresie między innymi wyeliminowała Real Madryt z Pucharu Europy, lecz seria słabszych występów na przełomie roku poskutkowała zwolnieniem Broćicia w styczniu 1961 r. Jego miejsce zajął dotychczasowy asystent, Enrique Orizaola.


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

11

Zapomniane legendy FC Barcelony ale nie przez prawdziwych cules:

16 sierpnia 1878 r. urodził się Arthur Witty Cotton, znany również jako Don Arturo. To były piłkarz, prezes klubu i biznesmen. Witty grał w składzie FC Barcelony w pierwszym finale Copa del Rey a później był prezesem klubu w latach 1903-1905. Był także odnoszącym sukcesy handlowcem a jego rodzinna firma, Witty Group, działa do dziś. Jest starszym bratem Ernesta Witty'ego. Witty był synem Fredericka Witty, brytyjskiego przedsiębiorcy, który osiadł w Barcelonie. Frederick, który należał do rodziny z Yorkshire, początkowo zamierzał wyemigrować do Argentyny, ale przyjaciele przekonali go do wyjazdu do Hiszpanii. W 1873 założył własną agencję spedycyjną pod nazwą F. Witty, nawiązując następnie kontakty biznesowe między Hiszpanią a Wielką Brytanią. Arthur i jego brat Ernest kształcili się w Merchant Taylors' School w Merseyside, gdzie sport był uważany za główną część rozwoju młodego człowieka. Podczas gdy w Merchant Taylors, Arthur grał jako napastnik w lokalnej drużynie rugby, Waterloo FC. Po powrocie do Barcelony dwaj bracia dołączyli do firmy ojca, która teraz stała się znana jako Witty Sociedad Anónima, Witty SA. Arthur i Ernest wrócili do Hiszpanii z zamiłowaniem do sportu. Bracia Witty, nie mogąc grać w rugby z powodu braku odpowiednich boisk, zaczęli organizować mecze piłki nożnej pomiędzy drużynami firmowymi złożonymi z pracowników. W 1899 Ernest został również członkiem-założycielem Real Club de Tenis Barcelona. Ernest, narodowy mistrz Hiszpanii w tenisie, grał w tenisa między innymi z Joanem Gamperem a kiedy Gamper założył FC Barcelonę w listopadzie 1899 roku, bracia Witty szybko się zaangażowali. Swoją firmę wykorzystali do sprowadzenia z Anglii piłek regulaminowych, gwizdków sędziowskich i siatek. Legenda głosi że bracia Witty sprowadzili również legendarne barwy klubowe- ,,blaugranę”, z oryginalnych kolorów używanych przez drużynę rugby Merchant Taylors. Jednak FC Basel i inne kluby, w których grał Gamper, oraz jego rodzinny kanton Zurych zostały uznane za inspirację powstania barw klubowych. Tak czy inaczej, drużyna hokejowa BaaBarians należąca do Old Merchant Taylors nosi koszulki FC Barcelony jako strój wyjazdowy w hołdzie dla Arthura Witty'ego.

8 grudnia 1899 roku klub rozegrał swój pierwszy oficjalny mecz przeciwko angielskiej selekcji na Velòdrom de la Bonanova, obecnie znanym jako Turó Park. Każda z drużyn liczyła tylko dziesięciu mężczyzn a angielska drużyna faktycznie obejmowała kilku graczy FC Barcelony, wśród nich Arthura Witty'ego. English Select wygrał mecz 1:0, a Arthur Witty strzelił jedynego gola. W Wigilię 1899 r. Arthur Witty zadebiutował w FC Barcelonie w wygranym 3:1 meczu z FC Català. FC Barcelona była jednym z kilku klubów piłkarskich powstałych w tym czasie w mieście i wkrótce było ich wystarczająco dużo, aby zorganizować regularne zawody, jakim był Puchar Macaya. Witty był członkiem drużyny FC Barcelona, która zdobyła swoje pierwsze w historii trofeum, właśnie Copa Macaya w 1902 roku. Grał także w FC Barcelonie w 1902 roku, kiedy zostali zaproszeni do udziału w pierwszym w historii Copa del Rey. Po pokonaniu FC Madrid(późniejszego Realu Madryt) 3: 1 w półfinale, przegrali w finale 2: 1 z Club Bizcaya. Arthur Witty pomógł także klubowi wygrać Copa Barcelona w 1903 roku. W latach 1899-1905 Witty rozegrał 86 spotkań, strzelając 7 goli, głównie jako boczny obrońca Blaugrany. Arthur Witty został prezydentem FC Barcelony 17 września 1903 r., po wcześniejszym zasiadaniu w radzie dyrektorów. Podczas jego prezydentury klub wygrał swój pierwszy Championat de Catalunya z drużyną, w skład której weszli jego brat Ernest Witty oraz Romà Forns. Ten ostatni był jednym z kilku młodych rezerwowych graczy, których Witty wprowadził do zespołu. Do tamtej pory FC Barcelona zdobyła silną rzeszę fanów w mieście a Witty zorganizował klubowi rozgrywanie meczów u siebie na stadionie przy ulicy Muntaner. Arthur Witty zorganizował także pierwszą zagraniczną wycieczkę klubu, która zaowocowała pierwszym meczem z drużyną spoza Hiszpanii. 1 maja 1904 r. FC Barcelona pokonała wówczas Stade Olympien des Étudiants Toulousains 3:2 po golach Steinberga, Lassaleta i Romy Fornsa. Arthur Witty ustąpił ze stanowiska prezydenta w dniu 6 października 1905 r.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

3

Jeżeli to wogóle prawda o czym mówią, to będzie dla mnie najsmutniejsza wiadomość od czasu odejścia Lionela Messiego...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?