FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
6
@FCBparasiempre
,,My, Argentyńczycy, jesteśmy gdzieś tutaj – powiedział Diego Maradona, sytuując otwartą dłoń na wysokości klatki piersiowej. Kolumbia jest tutaj – dodał, umieszczając drugą dłoń kilkanaście centymetrów niżej. Taka jest historia i nie powinniśmy jej zmieniać.” ,,Boski” Diego wyraźnie dawał do zrozumienia, że Albicelestes są faworytem starcia, decydującego o losach awansu na Mistrzostwa Świata w 1994 roku. Nie mógł się bardziej pomylić… Przytoczona we wstępie wypowiedź, udzielona przez Maradonę argentyńskiej telewizji na kilka dni przed meczem, nie była tylko czczą przechwałką. Kraj Tanga wtedy, jak i teraz był narodem o wiele bardziej utytułowanym piłkarsko niż ekipa ,,Los Cafeteros”. ,,Albicelestes” dzierżyli dwa ostatnie tytuły mistrzów Ameryki Południowej (łącznie mieli ich 11). Ten drugi padł ich łupem zaledwie trzy miesiące wcześniej. Ojczyzna Pablo Escobara w tamtym momencie nie miała na swoim koncie żadnego takiego sukcesu. Kolumbijczycy zaledwie dwa razy wystąpili na mistrzostwach świata. Kraj Tanga dwa razy sięgał za to po trofeum dla najlepszej reprezentacji globu. Kolumbijczycy zajęli na kontynentalnym czempionacie w 1993 roku najniższy stopień podium. Ulegli wówczas Argentynie w półfinale, po serii rzutów karnych. Tak nieznaczny triumf zespołu prowadzonego przez Alfio Basile mógłby nakazywać Maradonie – który zresztą na wspomnianym Copa America nie zagrał – wstrzemięźliwość. Mógłby, gdyby to nie był Maradona. Zresztą sygnał ostrzegawczy Kolumbijczycy wysłali jego rodakom już trzy tygodnie wcześniej. 15 sierpnia zwyciężyli w pierwszym starciu eliminacyjnym obu ekip w Cali 2:1, kończąc tym samym 33-meczową passę bez porażki w wykonaniu bardziej utytułowanego rywala. W tabeli eliminacyjnej to właśnie Los Cafeteros przewodzili czterozespołowej grupie (strefa południowoamerykańska była wówczas podzielona w czasie kwalifikacji na dwie grupy). Albicelestes plasowali się o jeden punkt za nimi. Dwa punkty za Argentyną znajdował się Paragwaj, a tabelę zamykało Peru, które nie zdołało wywalczyć żadnej zdobyczy. Do zakończenia kwalifikacji pozostała jedna kolejka spotkań. Gospodarze starcia na szczycie potrzebowali do awansu zwycięstwa, gościom wystarczał remis. Drużynę z drugiego miejsca czekał baraż interkontynentalny z Australią. Areną zmagań w czasie starcia z 5 września 1993 roku był stadion El Monumental w Buenos Aires. Obiekt, na którym na co dzień swoje mecze rozgrywa zespół River Plate, miał kontynuować tradycję niepokonanej twierdzy. Wszak do tamtego momentu Albicelestes nigdy nie zaznali goryczy porażki na własnym stadionie w czasie eliminacji do World Cup. Wymądrzający się przed meczem Maradona występował jedynie w roli eksperta telewizyjnego. Nie miał realnego wpływu na losy spotkania, gdyż trener Basile po raz kolejny nie zdecydował się powołać legendarnego gracza do kadry. Diego od niedawna był piłkarzem Newell’s Old Boys, ale co chwila wybuchały wokół niego skandale, a formą kompletnie nie przypominał piłkarza z poprzedniej dekady. Mimo to decyzja selekcjonera o pomijaniu La Pelusy przy powołaniach nie przypadła do gustu sporej części opinii publicznej. Sam mecz tylko pogłębił to niezadowolenie. Początek spotkania nie wskazywał na to, co miało się wydarzyć później. Argentyńczycy ruszyli z animuszem na bramkę strzeżoną przez Oscara Cordobę i zyskali optyczną przewagę. Nie potrafili jednak postawić kropki nad „i”. Później mecz się wyrównał, a niecałe pięć minut przed zakończeniem pierwszej połowy El Monumental ucichło po raz pierwszy. Carlos Valderrama świetnie wypatrzył na prawym skrzydle Freddy’ego Rincona. Ten pognał niepilnowany w kierunku bramki gospodarzy, wyminął strzegącego jej Sergio Goycocheę i umieścił piłkę w siatce. Wizja bezpośredniego awansu na mundial zaczęła się niebezpiecznie oddalać od Argentyńczyków. Nie wiadomo co Alfio Basile powiedział swoim podopiecznym w czasie przerwy, ale nie poskutkowało. Zdecydowanie lepiej na piłkarzy gości wpłynęły słowa Francisco Maturany. Cztery minuty po wznowieniu gry przewaga Kolumbii wynosiła już dwa gole. Rincon posłał długą piłkę w pole karne rywala, którą przejął Faustino Asprilla. Ówczesny napastnik AC Parmy zakręcił Jorge Borellim i nie dał szans Goycochei. Kibice zgromadzeni na Estadio Monumental kręcili głowami z niedowierzaniem.
Albicelestes nie składali broni. Dwa razy groźnie próbował odpowiedzieć Gabriel Batistuta, ale na posterunku stał Cordoba. Chwilę później pojedynek z kolumbijskim golkiperem przegrał Alberto Acosta. Bramka Los Cafeteros była jak zaczarowana. W 72. minucie Rincon pogrążył miejscowych fanów w rozpaczy. Gdy wyprowadził swój zespół na trzybramkowe prowadzenie, stało się jasne, że to gracze trenowani przez Maturanę mogą szykować się do wyjazdu na światowy czempionat. Kolumbijczykom było jednak mało, a gospodarze stracili kompletnie ducha walki. 120 sekund później dublet skompletował również Asprilla, który zabawił się z Goycocheą, lobując źle ustawionego bramkarza miejscowych. Dzieła zniszczenia dopełnił Adolfo Valencia, który wykorzystał kapitalne zagranie w uliczkę Asprilli. Było to również kolejne trafienie, które obciążało konto Sergio Goycochei, źle wychodzącego do piłki. Zdecydowanie nie był to dobry dzień bramkarza River Plate. Po meczu całe Estadio Monumental na stojąco, przez kilka minut, oklaskiwało piłkarzy Los Cafeteros, doceniając ich kunszt. ,,Nie chciałbym nigdy więcej myśleć o tym meczu. To była zbrodnia przeciw naturze. Dzień, w którym chciałem wykopać dziurę w ziemi i własnoręcznie się w niej pochować”- Alfio Basile. Gazeta ,,El Grafico” zamieściła dzień po meczu czarną okładkę z wielkim tytułem ,,Verguenza”(Wstyd). Program telewizyjny ,,Tiempo Nuevo”, w którym omawiano najważniejsze wydarzenia w kraju z ostatniego tygodnia, w całości został poświęcony klęsce w Buenos Aires. Mecz ten porównywano do dwóch innych wielkich porażek argentyńskiego futbolu – przegranej 1:6 z Czechosłowacją w 1958 roku i 0:4 z Holandią w 1974 roku. Obie miały jednak miejsce na mistrzostwach świata. Upokorzenie z rąk Kolumbii stawiało znak zapytania w kontekście udziału Albicelestes na kolejnym mundialu. ,,Niesamowity styl Kolumbii. Uczta dla ich nóg, radość dla naszych oczu i wszystko zmieniający taniec, wykonany do własnoręcznie skomponowanej muzyki”- Eduardo Galeano, urugwajski pisarz i dziennikarz. Selekcjoner Francisco Maturana tak natomiast opowiadał o tamtej drużynie: ,,Zanim objąłem po raz pierwszy kadrę w 1987 roku, nigdy nie mieliśmy wytyczonej własnej drogi. Postanowiliśmy, że nasz styl będzie wyrażał to, czym jest Kolumbia jako kraj. Ludzie potrafiący być szczęśliwymi, potrafiący być marzycielami. Ludzie, którzy łatwo się inspirują”. Rincon, Valderrama czy Asprilla. Ci zawodnicy z pewnością potrafili uosabiać tak pięknie określony przez Maturanę styl gry. Mecz z Argentyną był prawdziwym spektaklem, który ucieleśniał ducha radosnego, latynoskiego futbolu z całym ładunkiem zaklętych w nim pastelowych kolorów. Spektaklu odegranego w końcu przez kogoś innego niż Brazylia lub Argentyna. Niestety kolumbijski futbol miał też drugą twarz, bardziej mroczną. W Bogocie radość ze świętowania awansu na mistrzostwa świata przeistoczyła się w zamieszki, które pochłonęły 80 ofiar. Ostatecznie Argentyńczycy również pojechali na turniej do Stanów Zjednoczonych. Na barażowy dwumecz z Australią Alfio Basile zdecydował się w końcu powołać Diego Maradonę. Albicelestes nie bez problemu wyeliminowali Kangury, remisując na wyjeździe 1:1 i skromnie pokonując przybyszów z Antypodów u siebie 1:0. Na samym turnieju udało im się wyjść z grupy, lecz w 1/8 finału musieli uznać wyższość Rumunii. Cały ich występ został jednak przyćmiony skandalem dopingowym wywołanym przez Maradonę, w którego organizmie wykryto pięć niedozwolonych substancji, co wiązało się z niechlubnym końcem kariery reprezentacyjnej Boskiego Diego. Jeszcze smutniejsze zakończenie miał udział w czempionacie Los Cafeteros, którzy dzięki udanej kampanii eliminacyjnej byli typowani do roli jednego z czarnych koni turnieju. Niespodziewane porażki z Rumunią i Stanami Zjednoczonymi przekreśliły jednak ich szanse na wyjście z grupy. Na osłodę Kolumbijczycy pokonali Szwajcarów. Prawdziwa tragedia nastąpiła jednak już po powrocie piłkarzy do domu, kiedy to nie potrafiący się pogodzić z porażką szalony kibic, zastrzelił Andersa Escobara – strzelca samobójczego gola w starciu z zespołem USA. Absurdy kolumbijskiego futbolu dały o sobie znać po raz kolejny. Niemal dziecięca radość z gry została zastąpioną dziką przemocą. Obie te cechy koegzystowały – jak gdyby nigdy nic – w piłkarskim DNA tego państwa. Zresztą kolorowe ptaki kolumbijskiej piłki, Freddy Rincon i Rene Higuita, również wpisały w swój życiorys związki z rodzimymi kartelami kokainowymi. Zabójstwo Escobara było smutnym finałem dramatu, który rozpoczął się pięknym aktem w postaci wspaniałego triumfu na Estadio Monumental. Na koniec pozostało tylko wspomnienie tamtego wielkiego zwycięstwa, jednego z najwspanialszych w całej historii kolumbijskiego futbolu.
6
,,La Verguenza”:
@Arkon
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
8
@FCBparasiempre
5 września 1951 r. urodził się znakomity niemiecki środkowy obrońca Paul Breitner, Mistrz Świata-1974;Wicemistrz Świata-1982;Zdobywca Pucharu Mistrzów-1974(z Bayern Monachium) oraz 5-krotny Mistrz RFN(z Bayern Monachium). Paula Breitnera odkrył i wymyślił trener Udo Lattek z Bayernu Monachium. Uznał on na początku lat 70-tych że dzięki kudłatemu 18-latkowi będzie mógł zrewolucjonizować piłkę nożną a przynajmniej drużynę Bayernu. Wpadł na ten pomysł zanim jeszcze Holendrzy zaczeli grać tzw. futbol totalny, gdzie wszyscy zawodnicy atakowali i wszyscy się bronili. Lattek stwierdził że kończy się tradycyjny podział na obrońców, pomocników i napastników. Kto chce wygrywać musi stworzyć uniwersalnych zawodników. Takim nowoczesnym obrońcą miał być Breitner. W zależności od okoliczności powinien bronić własnej bramki albo atakować bramkę przeciwnika. Nastolatek nadawał się do tego świetnie bo był szybki i odporny na zmęczenie. Mógł przez 90 minut kursować nie tylko wszerz ale i wzdłuż boiska. Paul zaczął grać w piłkę jako sześciolatek w swoim rodzinnym miasteczku Kolbermoor w południowej Bawarii. Jego ojciec zapisał go do drużyny ESV i to właśnie tam wypatrzył go Lattek szukający talentów do młodzieżowej reprezentacji Niemiec Zachodnich. Gdy w 1969 został trenerem Bayernu-drużyny z europejskimi ambicjami-od razu ściągnął do niej dwa największe skarby młodzieżówki: napastnika Uli Hoeneßa i obrońcę Paula Breitnera, którzy wkrótce stali się podporą nie tylko Bayernu ale również reprezentacji. Dla Paula przejście do Monachium wcale nie było prostą decyzją. Przed podpisaniem pierwszego w swoim życiu profesjonalnego kontraktu musiał wybierać między rozpoczętymi studiami a karierą piłkarską. Rzucił ostatecznie studia i poświęcił się piłce. ,,Czułem że to jest właśnie moje powołanie’’-wspominał po latach. Ale gdy przerwał naukę upomniała się po niego armia i groziło mu wcielenie do wojska lecz Breitner uciekł z domu i przez 11 dni ukrywał się przed żandarmerią w piwnicy z węglem! Gdy okazało się że może się wylegitymować kontraktem piłkarskim sprawa rozeszła się po kościach. Już w pierwszym swoim sezonie w Bayernie stał się jednym z podstawowych graczy obok Franza Beckenbauera, Gerda Müllera i bramkarza Seppa Maiera. Łatwo go było rozpoznać na boisku bo jego znakiem firmowym stała się fryzura afro(stąd przydomek afro Paul) i broda a la Rumcajs(zgolił ją dopiero przed mistrzostwami España 1982 w ramach kampanii reklamowej jednego z koncernów. Poza boiskiem też zwracał na siebie uwagę. Dziennikarze nazywali go Czerwonym Paulem a jego radykalne lewackie poglądy przysparzały mu wiele kłopotów. Breitner lubił się kreować na rewolucyjnego intelektualistę i nie ukrywał swojej miłości do przewodniczącego Mao Zedonga. Był oddanym czytelnikiem jego ,,Czerwonej książeczki’’. Miał 20 lat i odnosił z Bayernem sukces za sukcesem. Zaraz po przyjściu zdobył z drużyną Puchar Niemiec w 1971 r., a potem trzy razy z rzędu mistrzostwo RFN i Puchar Europy. Gdy Helmut Schön zaczął kompletować drużynę na mistrzostwa świata, które w 1974 r. odbywały się w RFN, Breitner mimo młodego wieku był pewniakiem na pozycji stopera. Już w pierwszym meczu z Chile pokazał że nie jest zwykłym obrońcą i nie będzie tylko murował własnej bramki. Po kilku rajdach pod bramkę Vallejosa okazało się że będzie też groźnym napastnikiem. To właśnie Paul strzelił jedynego gola w spotkaniu, który zdecydował o zwycięstwie Niemców w meczu otwarcia. 23 –letni obrońca został uznany(obok Beckenbauera) za objawienie mistrzostw! Swój najlepszy mecz rozegrał w finale z zespołem Holandii. Od początku gra nie układała się po myśli Niemców. W drugiej minucie stracili pierwszego gola ale za to wyrównującego stan meczu strzelił właśnie Breitner, który dość nieoczekiwanie po odgwizdaniu przez sędziego jedenastki podszedł do piłki i bez problemu pokonał holenderskiego bramkarza Jongloeda.
Ostatecznie RFN pokonało Holandię 2:1 zdobywając Mistrzostwo Świata! Na tym zakończyła się na kilka lat reprezentacyjna kariera Paula Breitnera. Po mistrzostwach bowiem stał się jednym z najbardziej zagorzałych krytyków zespołu i terenera Schöna oraz jego następcy Juppa Derwalla. Z tym drugim przeprosił się dopiero przed mistrzostwami España 1982, powracając do drużyny narodowej po siedmioletniej przerwie. RFN ponownie zagrała w finale Mundialu tym razem z Włochami. Ze świetną drużyną włoską, która była objawieniem mistrzostw nie mieli żadnych szans przegrywając do 83 minuty 3:0. Wtedy Breitner strzelił swojego ostatniego gola dla reprezentacji narodowej. Był to również ostatni(48) występ w drużynie narodowej. Paul Breitner wspólnie z Vavą, Pele, Zidanem oraz Mbape są jedynymi piłkarzami którzy zdobywali gole w dwóch finałach Mundialu! Rezygnując z gry w reprezentacji Paul postawił na klubową piłkę. Po mistrzostwach w RFN Real Madryt kupił go za gigantyczną sumę 3 mln marek. Gdy dziennikarze zapytali go czy nie żal mu opuszczać Bayernu, któremu tyle zawdzięcza, odpowiedział bez ogródek: ,,W tym gównianym klubie nie można było nawet świętować zwycięstw”. W Realu gdzie trener Miljanič przesunął go z obrony do pomocy wytrzymał 3 lata. Mówił że doskwierała mu tęsknota za domem. Z powrotem miał jednak kłopoty ponieważ żaden niemiecki klub nie chciał zapłacić Realowi 1,6 mln marek odstępnego. Najpierw wrócił więc do Eintrachtu Braunchweig ale po roku przeniósł się do Monachium. Breitner był w latach 70-tych niekwestionowaną gwiazdą Bayernu tworząc z młodziutkim Rummenigge wyjątkowo bramkostrzelny duet. W 1983 roku Paul zakończył karierę piłkarską. Miał wtedy 32 lata a za sobą 285 występów w Bundeslidze i 93 strzelone gole. Po przejściu na piłkarską emeryturę stał się niemieckim odpowiednikiem Jana Tomaszewskiego(kolejnych selekcjonerów reprezentacji narodowej nazywał grabarzami niemieckiej piłki nożnej).
7
Wybitne legendy futbolu:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
12
Gdyby nie pan Kazimierz Górski i Zygfryd Szołtysik…
5 września 1972 r. Polska pokonała ZSRR 2:1 na igrzyskach olimpijskich w meczu, który w praktyce decydował o wejściu do finału imprezy. Sportowe zwycięstwa nad wielkim bratem ze Wschodu zawsze miały dla nas wyjątkowe znaczenie. To smakowało dość gorzko, bo zdarzyło się w cieniu tragedii. W dniu meczu z ZSRR w wiosce olimpijskiej doszło do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło siedemnastu ludzi. Piłkarze mimo to wyszli na murawę i stoczyli pełen dramaturgii, niesamowity bój. Mecz z ZSRR był z gatunku „dla ludzi o mocnych nerwach”. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1 (gola strzelił młodziutki Oleg Błochin) i wyglądaliśmy na boisku słabo. Po pauzie nie było wcale lepiej i kto wie, czy udałoby się w tym spotkaniu cokolwiek ugrać, gdyby nie nos trenerski Kazimierza Górskiego. W 70. minucie wprowadził na boisko Zygfryda Szołtysika, który tchnął w naszych nowego ducha. W efekcie w 79. minucie Kazimierz Deyna wyrównał z rzutu karnego, a na trzy minuty przed końcem właśnie Szołtysik, kapitalnym strzałem w „okienko”, dał nam upragnione zwycięstwo.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
19
Panie i Panowie, szanowni cules, dokładnie 50 lat temu(5 września 1973 r.) w barwach Blaugrany zadebiutował wielki człowiek i wielki sportowiec a mianowicie Śp. Johannes Hendrikus Cruijff. Miało to miejsce w towarzyskim meczu z Cercle Brugge, w którym to FC Barcelona zwyciężyła 6:0 a hattrickiem w tym meczu popisał się nie kto inny jak sam ,,Boski” Johan.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
16
Fenomenalny debiut, fenomenalnego napastnika:
Dokładnie 30 lat temu Romario da Souza Faria dokonał iście spektakularnego wyczynu. Otóż w swoim debiucie w La Liga w barwach FC Barcelony strzelił hattricka na Camp Nou przeciwko Realowi Sociedad. Jako jedyny w tym meczu zdobywał gole w 15, 65 oraz 88 minucie meczu.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
11
Pożegnalne spotkanie wybitnej legendy FCB:
5 września 1989 r. odbył się pożegnalny mecz jednej z największych legend Dumy Katalonii a mianowicie Migueliego Bernardo Bianquettiego. Ten urodzony w 1951 r. wychowanek FC Cadiz trafił na Camp Nou w 1973 r. i choć w swoim pierwszym sezonie w barwach Blaugrany rozegrał zaledwie jedno spotkanie pozostał w klubie przez 15 lat i wystąpił w aż 549 meczach, w tym 391 razy w La Liga, co stanowiło przez lata klubowe rekordy pobite dopiero przez Xaviego. W ramach benefisu popularnego ,,Tarzana” FC Barcelona zagrała z reprezentacją Bułgarii. W składzie Dumy Katalonii wystąpili trenerzy- Cruijff i Rexach a Johan strzelił nawet gola. Jedynego gola dla Bułgarów strzelił Stoiczkow, który dopiero rok później trafił do składu Barçy. ,,Nie ma takich pieniędzy na które zamieniłbym miłość tej publiki”- stwierdził wzruszony Migueli.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
9
Prawdziwi cules kultywują pamięć o legendach:
Równo 70 lat temu zmarł Szkot George Pattullo. Był pierwszym, zapomnianym już dzisiaj superstrzelcem FC Barcelony. Do składu trafił podobno przypadkiem. Podczas treningowej gierki Barçy z drugą drużyną brakowało zawodników i zaproponowano mu grę. Strzelił gola już w oficjalnym debiucie i w sumie w 23 meczach zdobył niesamowitą liczbę 43 goli! W maju 1911 r. po zaledwie jednym sezonie postanowił wrócić do Szkocji. Rok później działacze Blaugrany próbowali namówić go do powrotu na półfinał Pucharu Pirenejów. Po kilku dniach bez odpowiedzi przyszła do klubu wiadomość z Londynu z krótką odpowiedzią: ,,Będę w piątek”. Okazało się później że piłkarz bał się iż telegram przejmie pracownik poczty Green, były zawodnik… Espanyolu. Pattullo strzelił oczywiście w finale 2 gole i wywalczył decydującego karnego na 3:2 w dogrywce. Co ciekawe Szkot sam zapłacił za hotel bo stwierdził że na zawsze zostanie amatorem. W 1928 r. wrócił ponownie do stolicy Katalonii i symbolicznie rozpoczął mecz z Oviedo. Publiczność zgotowała mu owacje, pamiętając jego dokonania sprzed lat.
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
2
@Arkon Również ogromna szkoda że wpadł w narkotyki. Psychicznie był dzieckiem, czytałem o nim, to mój idol z dzieciństwa...
Wielki mały człowiek
8
@FCBparasiempre
Tak się jakoś złożyło że najbardziej widowiskowe pomysły miewali Francuzi i to im przypisuje się ich autorstwo. Jules Rimet doprowadził kiedyś do mistrzostw świata. W latach 50-tych spełniły się najpierw sny Gabriela Hanota i latem 1955 r. ruszył klubowy Puchar Europy a nieco później Henry Delaunay sprawił że narodziły się mistrzostwa Europy. W każdym razie gdy 16 grudnia 1954 r. na łamach ,,L’Equipe” ukazał się artykuł Hanota: ,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”, kości zostały rzucone. Odmienił się los europejskiej piłki. Najpierw puchar krajowych mistrzów a potem rozgrywki zdobywców klubowych pucharów i turniej UEFA, wcześniej zwany Pucharem Miast Targowych, stały się najbardziej popularnymi imprezami na kontynencie i nawet mistrzostwa Europy nie zagroziły tej popularności. Rozgrywki klubowe odniosły niebywały sukces sportowy, propagandowy, finansowy. Powstaje pytanie jak to się stało że pojedynki klubów przyćmiły inne formy futbolowej rywalizacji. Inicjatorzy tych rozgrywek po prostu spostrzegli iż towarzyskie mecze międzypaństwowe, różne okazjonalne turnieje międzynarodowe i mecze pokazowe nie mobilizują już w dostatecznym stopniu ani zawodników, ani kibiców. Słabnie zainteresowanie pojedynkami ,,bez stawki” Co więcej, w połowie lat 50-tych Europa była głęboko podzielona w następstwie zimnej wojny. Kontakty sportowe między Zachodem a Wschodem istniały ale w szczątkowej formie. Należało wymyślić taką formę rozgrywek, która by wciągnęła wszystkie kraje do konkurencji. W efekcie miało to wpłynąć na wzmożone zainteresowanie krajowych federacji, zawodników i kibiców i szybko się okazało że wpłynęło. Pomysł chwycił. Rozgrywki pucharowe przede wszystkim podniosły rangę i znaczenie wielkich klubów. Otrzymały one szanse sprawdzenia się na międzynarodowym forum i skorzystały z tej szansy. Choć idea wyszła od Francuzów, pierwsi ,,odcieli od niej kupony” Hiszpanie. Właśnie w pierwszych edycjach PEMK madrycki Real zbudował swą potęgę. Dziś pod kątem tych rozgrywek komponuje się drużyny i kupuje głośnych graczy. Trzeba powiedzieć że system rywalizacji był też dobrze wykoncypowany. Kolejne rundy wzmagały emocje. Duża częstotliwość pojedynków sprawiła że zaczęto mówić o ,,pucharowej karuzeli” a częstotliwość to także liczba widzów na trybunach. W ciągu kilku lat zainteresowanie wzrosło niesamowicie. Miało to oczywiście swoje skutki. Puchary zaczęły ,,zabezpieczać” pieniądze. Kluby odnoszące sukcesy stawały się coraz bogatsze. Mistrzowie krajów stawali się futbolową ,,wizytówką narodową”. Hierarchie klubowe zaczęły więc ważyć na hierarchiach narodowych. Już nie tylko wyniki reprezentacji stawały się istotne, tym bardziej że sławne drużyny klubowe prezentowały coraz wyższy poziom gry. Dzięki zgraniu zawodników i dzięki temu że mogły korzystać z graczy z innych kontynentów. Ba! Doszło do tego iż reprezentacje krajowe zaczęto budować ,,na bazie” klubów, które odnosiły w pucharach sukcesy. Karykaturalną formę przybrało to w przypadku Dynama Kijów. Zwłaszcza ranga PEMK rosła z roku na rok i znamienny jest przykład z roku 1983, kiedy to w finale HSV Hamburg po golu Maghata wygrał z Juventusem a mecz potraktowano w Niemczech jako rewanż za porażkę z Włochami w hiszpańskim mundialu. To świadczy najlepiej o znaczeniu, jakie przypisuje się klubowej rywalizacji. Nie jest przesadne stwierdzenie że rozgrywki te otworzyły nowe perspektywy przed piłka europejską. Stworzyły nowe fundamenty jej siły. Futbol w kilka lat po wojnie zagrożony w swej popularności zdobył władzę nad milionami. Mecze klubowe powodowały wygaśnięcie normalnego życia, wyludnienie miast. Zrodziły rytuały regularnego tele-kibicowania. Rozgrywki te, mając swoje istotne znaczenie sportowe, wprowadziły więc do naszego życie także nowe obyczaje. Wpisały się w świadomość ,,piłkarskiej środy”, kiedy króluje futbol. Niebywałe ale tak się właśnie stało! Z perspektywy lat widać wyraźnie jak silne było dążenie do stworzenia nowych form rozgrywek, rozszerzenia rywalizacji poza krajowe mistrzostwa czy pucharowe turnieje, w których bierze udział ograniczona i często dość przypadkowa grupa konkurentów. 16 grudnia 1954 r. na łamach wpływowej paryskiej ,,L’Equipe” , gazety wówczas o największym znaczeniu w sportowym światku Starego Kontynentu, ukazał się artykuł, w którym redakcja wykorzystując martwy sezon pragnie wywołać atrakcyjną dyskusje. ,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”- tyle w tytule a pod tekstem podpisany jest redaktor Jacques Ryswick.
Sam pomysł nie do końca był przemyślany bowiem zaproszenia do grona 16 uczestników miałyby być wyłącznie subiektywną oceną organizatorów. Nie mówi się nic o kryteriach wyboru uczestników, ani o obowiązkowym udziale mistrzów. Z punktu widzenia paryskiego komentatora, według bardzo subiektywnych kryteriów, ocenia się wartość europejskiego futbolu klubowego. Autor proponuje swoiste ,,klubowe mistrzostwa Europy” z udziałem kilkunastu zespołów a wśród nich: Stade Reims, Anderlech Bruksela, Grasshoppers Zurich, 1.FC Kaiserslautern, Real Madryt, Partizan Belgrad, Rapid Wiedeń, AC Milan, Volverhampton Wanderers, Honved Budapeszt oraz Dynamo Moskwa. To kryterium ,,mistrzostwa” wcale nie będzie zresztą długo najważniejsze, bodaj dopiero wiosną 1965 a więc w 10 lat po narodzinach idei, komitet organizacyjny wprowadzi obowiązek posiadania tytułu przez uczestników rywalizacji i to tytułu uzyskanego w ostatnich zakończonych rozgrywkach. Ten pomysł musiał narodzić się w czasie, gdy niemal w tym samym momencie nastąpiło działanie różnorodnych bodźców. Od politycznych uwarunkowań poczynając, bowiem okres ,,zimnej wojny” dzielącej Europe i świat ,,żelazną kurtyną”, męczył już nie tylko społeczeństwa ale i polityków, a z obu stron pojawiały się znaki otwarcia się na świat bez podziałów albo ukrycie ogromnych różnic politycznych pozornym współdziałaniem na niwie sportowej. W sporcie otwierała się epoka telewizji. Rodził się boom turystyczny. Europa a nawet świat bez granic, to hasło, które sięgało i do sportu. Specjalne pociągi piłkarskie, początkowo w jednym kraju, potem już międzynarodowe, przenosiły kibiców na atrakcyjne widowiska i zapewniały powrót. Było także wreszcie realizowane w praktyce organizowanie się Europy we własnej organizacji piłkarskiej, czemu długo przeciwstawiał się Jules Rimet, francuski prezydent FIFA ale też działacz czuły na swe wpływy i nie dopuszczający konkurencji na własnym europejskim podwórku. W tej sytuacji nie wystarczyły już krajowe rozgrywki, stadiony kurczyły się, ograniczając możliwości rozwoju, hamowały dopływ kapitału do przedsiębiorstw zwanych klubami piłkarskimi. Wiadomo że trzeba było grać częściej, coraz atrakcyjniejsze mecze aby przyciągnąć większą liczbę publiczności na trybuny. Zagraniczny rywal w grze o wszystko, czyli o awans do następnej rundy, miał być panaceum na spełnienie marzeń piłkarskiego swiata. W 1954 powstała UEFA, która zajęła się tworzeniem podstaw organizacyjnych i z wielkim trudem forsowała pomysł mistrzowskich rozgrywek dla reprezentacji narodowych. Tak się jednak dziwnie stało że pomysł ,,mistrzostw klubowych”, prywatna zrazu idea paryskiego dziennika, uzyskała zgode i oficjalny placet UEFA już na pierwszym kongresie w dniach 2 i 3 marca 1955 r. w Wiedniu. Myślę że działacze UEFA nie do końca zdawali sobie sprawę ze znaczenia klubowej rywalizacji o ,,mistrzostwo” kontynentalne a mając na głowie dziesiątki innych problemów, wśród których mecze narodowych drużyn ciągle miały jeszcze wyższą range, postawili na sprawę ich zdaniem łatwiejszą. Cztery miesiące po wiedeńskim kongresie wybrano komitet organizacyjny klubowych pucharów Europy(pucharów, ponieważ przeczuwano ze będzie ich więcej niż tylko turniej mistrzów). Piątka działaczy, mając pełnomocnictwa od Komitetu Wykonawczego UEFA, 18 lipca 1955 r. opracowała zasady rywalizacji i rozpoczęła praktyczną działalność. Siedem tygodni później rozegrano pierwszy mecz. Postanowiono zaprosić 16 zespołów a wśród nich londyńską Chelsea. Niestety władze angielskiej ligi nie wyraziły na to zgody i stąd w gronie premierowej edycji uczestników znalazła się polska drużyna. Zaproszono imiennie warszawską Gwardie choć ta nigdy nie była posiadaczem mistrzowskiego tytułu! Wyznaczono regulamin, który nie narzucał konkretnych terminów spotkań ale czas wyłonienia awansującej z każdej pary drużyny. Dopiero w 1966 r. ustalono sztywne ,,pucharowe” terminy dla wszystkich ekip. Znakomicie uprościło to rywalizacje a likwidacja tak zwanych ,,dodatkowych” trzecich spotkań(przy równym bilansie dwóch pierwszych) uczyniła rywalizację w każdej parze i w każdym meczu istną grą o wszystko. Potrzeba było jednak lat doświadczeń aby drobne na pozór innowacje(jak ,,podwójne” gole na wyjeździe czy konkurs rzutów karnych) uprościły system rozgrywek. Na początku sporom o terminy nie było końca a zmagania poprzez skomplikowany, rozciągnięty w czasie przebieg, nieco tonowały emocje. Jednak nie narzekajmy, pucharowe szaleństwo opanowało kibiców w całej Europie z siłą, jakiej Monsieur Hanot doprawdy nie mógł się spodziewać!
Pierwszy mecz PEMK rozegrano 4 września 1955 r. w Lizbonie, na Estadio Nacional. Miejscowy Sporting Clube de Portugal podejmował FK Partizan Belgrad, remisując 3:3 wobec około 30 tysięcy widzów. Sędziował Francuz Edouard Harzic a kapitańskie powitanie było dziełem Manuela Passosa i Stjepana Bobka. Pierwszy historyczny gol był dziełem João Martinsa w 14 minucie. Z kolei pierwszy mecz(trzy dni później) wygrał MTK Budapeszt pokonując na własnym stadionie Anderlecht Bruksela aż 6:3 a jednocześnie w tym meczu zanotowano premierowy hattrick, którego autorem był Węgierski napastnik Peter Palotas. Po tym pierwszym spotkaniu następne potoczyły się jak lawina, przekraczając w 35 edycji w sezonie 1989/90 liczbę 2 tysięcy. Kto nie docenia znaczenia tych gier dla rozwoju futbolu, dla wzrostu popularności tego sportu, nie zrozumie nic. Niemal wszystko co dobre ale i złe, wiązało się z klubową rywalizacją pucharową. To ona obok ligi i krajowych rozgrywek, stanowi o sile tego sportu. Dodajmy że na tyle atrakcyjną aby z czasem rozszerzyć się na turniej krajowych zdobywców pucharów oraz rywalizację zespołów miast targowych, przekształconych w rozgrywki o UEFA Cup. Wróćmy teraz do polskiego debiutanta w PEMK. Jak już wspomniałem przeciwnikiem warszawskiej Gwardii miał być mistrz Anglii Chelsea, która to zrezygnowała jednak ze startu, podając za przyczynę brak wolnych terminów. Tak naprawdę wyspiarze bali się kolejnej kompromitacji na arenie międzynarodowej a wycofanie wymogły władze angielskiej ligi. Tym samym pozostało wolne miejsce a Szwedzki Djurgardens Sztokholm musiał poczekać na nowego rywala. Władze UEFA proponowały Szwedom przeciwnika z Bułgarii, Rumunii bądź… Polski i właśnie ten ostatni kraj Skandynawowie wybrali. Dużo niejasności było także z nominacją naszego przedstawiciela. W Polsce grano wtedy systemem wiosna-jesień i mistrza za rok 1955 mieliśmy poznać dopiero w listopadzie. Logiczne zatem wypadało zgłosić do pierwszej rundy mistrza z poprzedniego roku – Polonię Bytom. Ta jednak spisywała się słabo w obecnym sezonie, więc aparatczykowiec z sekcji piłki nożnej Głownego Komitetu Kultury Fizycznej(ówczesny PZPN) postanowił zgłosić prowadzącą w tabeli ekstraklasy Gwardie Warszawa. Wówczas był to milicyjny klub, zatem stało za nim poparcie ważnego resortu. O milicyjnych wpływach przekonaliśmy się już podczas pierwszego meczu Gwardii, gdy do Sztokholmu zabrano Mariana Norkowskiego, słynącego z mocnego strzału napastnika… Polonii Bydgoszcz(kolejny klub z pionu gwardyjskiego). Dziś taki szwindel nie mógłby przejść ale Szwedzi zorientowali się dopiero po pierwszym meczu i oczywiście zaprotestowali a Norkowskiemu pozostał w biografii mecz w europejskich pucharach. W Sztokholmie wszystko było dla nas pierwsze. Premierowe spotkanie w pucharach, w dodatku w świetle jupiterów, pierwszy obroniony rzut karny(Stefaniszyn wspaniałą paradą wybił piłke zmierzającą w prawy dolny róg bramki). Co ciekawe, pechowy strzelec Parling, podbiegł do polskiego golkipera i pogratulował mu pięknej interwencji. Ostatecznie mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Trenerem Gwardii był wtedy Edward Brzozowski ale z racji swoich przekonań, nie był on lubiany przez władzę ludową, która… nie pozwoliła mu wyjechać z drużyną na mecz do Szwecji. Dlatego opiekę nad zespołem na to jedno spotkanie przejął Tadeusz Foryś. W rewanżu na ławce zasiadł już Brzozowski ale swojego debiutu w europejskich pucharach nie zaliczył do udanych. Na stadionie Wojska Polskiego 25 tysięcy widzów oglądało popisowy występ Szwedów, którzy już do przerwy strzelili ,,warszawskim harpaganom” cztery gole. Trzy z nich Erikson- pierwszy piłkarz, który zaaplikował polskiemu klubowi hattricka. Wynik(4:1 dla gości) ustalono już w pierwszych 29 minutach. Odnotujmy historycznego zdobywcę gola dla naszej drużyny Krzysztofa Baszkiewicza. Popularny ,,Baśka” miał smykałkę do tego rodzaju trafień bo był też autorem premierowej bramki Gwardii w Ekstraklasie. Dziś to zapomniana postać a szkoda, gdyż Baszkiewicz słynął z niekonwencjonalnych strzałów, zaś jego specjalnością były gole zdobywane bezpośrednio z rzutu rożnego, jak choćby dwie strzelone bydgoskiej Polonii w kwietniu 1956 r. Wprawdzie żadnemu polskiemu klubowi nie udało się tryumfować w jakimkolwiek europejskim pucharze, jednak batalie Ruchu Chorzów, Legii Warszawa, Widzewa Łódź a zwłaszcza Górnika Zabrze, który jako jedyny polski zespół zagrał w finale europejskiego pucharu, będą zawsze z dumą wspominane przez polskich kibiców i przez całe środowisko polskiego futbolu.
6
Narodziny najwspanialszego pucharu w dziejach futbolu oraz jego premierowy mecz:
@Arkon
@kamyk_23
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
15
Kalendarium Barçy:
4 września 1984 r. Stowarzyszenie Futbolistów Hiszpańskich zbojkotowało rozgrywki Primera Division. Domagało się ono większych praw do podejmowania decyzji dotyczących kształtu ligi hiszpańskiej. Wobec braku porozumienia w kolejny weekend ligowy kluby w większości postanawiają wystawić zespoły amatorskie bądź juniorskie. Barça uważała iż obcokrajowcy tacy jak Schuster czy Archibald powinni zagrać z uwagi na to iż nie należą do żadnej ze stron konfliktu. Trener Venables zdecydował jednak że nie wystawi ich aby nie zaognić sytuacji. W efekcie juniorska drużyna FC Barcelony pokonała Real Saragosse 4:0. Z zawodników, którzy występowali w tym meczu największą karierę zrobił Luis Milla, gracz ,,Dream Teamu” Cruijffa i Realu Madryt. Dla większości graczy był to jednak jedyny mecz w pierwszej drużynie Blaugrany.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
1
@FcPortoFan1999 Wybacz ale nie widze w tym wszystkim logicznego myślenia...
Być może to jest niezbadana kobieca psychika...
0
@FcPortoFan1999 No zgoda, więc dlaczego taka Rybakina, Sabalenka czy właśnie Ostapenko nie wygrywają turniejów, skoro są tak silne psychicznie i fizycznie?
11
Pierwszy gol o punkty ,,El Pelusy”:
4 września 1982 r. Diego Armando Maradona strzela swojego debiutanckiego gola w La Liga w barwach Blaugrany. Ma to miejsce na Estadio Luis Casanova w przegranym meczu z Valencią 2:1. Pierwszego gola w tym meczu w 20 minucie strzelił właśnie Maradona.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
@FcPortoFan1999 Łotyszka była lepsza w każdym aspekcie, więc dlaczego łotyszka nie wygrywa tak jak Iga wielkoszlemowych turniejów i nie lideruje jako pierwsza na świecie w rankingu, tylko może nawet poza pierwszą 10-tką jest?
A po drugie z jakiego powodu Iga nie czuła się komfortowo na korcie? Nie rozumiem tego? Była chora czy jakieś sprawy osobiste?
0
Barcunia Barcunią, ostatnio wygrywa ale szczęśliwie i w nijakim stylu. Jednak dzisiaj raniutko włączam Eurosport żeby zobaczyć naszą kochaną Ige a tu gada po chińsku jakaś brzydka pyzata ruskaja babina i za chwile słysze że to Ostapenko gadała do mikrofonu po chińsku. Koniec końców okazało się że to włąśnie ta Ostapenko pokonała Ige(!) i to jezcze 6:1 w ostatnim secie! Jakim cudem to się mogło stać? No gdyby to było z Sabalenką to nie dziwota ale z jakąś łotyszka? Koniec świata!
0
@betonito No włąśnie! Jakby na złość dla nas cules!
0
,,Dodatkowe 30 minut przypadło akurat na mecz finałowy, jakby umyślnie podnosząc jego dramaturgie. Rozstrzygające trafienie padło dopiero na 7 minut przed końcem całego widowiska. Meschi ograł na lewej flance Durkovicia, po czym dośrodkował na pole karne a tam najwyżej do piłki wyskoczył Poniedielnik i umieścił ją w bramce".
Właśnie pisze sobie taką ala książke. O jaki mecz chodzi? To nie trudne pytanie
0
@mkord No cóż, pożyjemy, zobaczymy kto miał racje...?
0
Z całym szacunkiem dla Roberta Lewandowskiego ale uważam iż to nie on zostanie królem strzelców Primera Division, tylko Jude Belingam z Realu Madrid. Uważam że wszystko co najlepsze jest już niestety za nim, wieku nie da się oszukać. Oczywiście chciałbym się mylić...
8
@FCBparasiempre
Włoska Serie A zna mnóstwo piłkarzy, którzy w swojej karierze słynęli z ostrej gry i sporej liczby zdobywanych kartek. Nikt jednak w tej kwestii nie może równać się z pewnym Urugwajczykiem, który dyrygował obroną Juventusu za czasów Marcello Lippiego. Mowa o Paolo Montero, czyli rekordziście ligi włoskiej pod względem zdobywanych czerwonych kartek. Urodzony w 3 września 1971 r. w Montevideo Paolo Montero od początku pałał miłością do futbolu. Trudno o to nie było, ponieważ pochodził z piłkarskiej rodziny. Jego ojciec, Julio, tak jak później Paolo, był reprezentantem Urugwaju. Nawet miał okazję wystąpić w dwóch turniejach o mistrzostwo świata. Pierwszy miał miejsce w 1970 roku, czyli rok przed urodzeniem późniejszego obrońcy Juventusu. „La Celeste” zajęli wtedy czwarte miejsce, a grający na pozycji defensywnego pomocnika lub obrońcy Montero, zagrał we wszystkich sześciu meczach. Drugi turniej Julio nie był tak udany, ponieważ jego drużyna odpadła już w pierwszej rundzie. Było jasne, że młodszy z Monterów ma w domu wybitny wzór do naśladowania. 41 występów w narodowych barwach czy gra w hiszpańskich klubach. Sam jednak podkreślał, że jego największym idolem był Hugo de Leon, który z kolei dowodził obroną Urugwaju w 1990 roku. Nie było wątpliwości, że bohater tego tekstu będzie grał w piłkę. Mając 19 lat, trafił do pierwszej drużyny stołecznego Peñarolu Montevideo. Tam krok po kroku rozwijał się jako środkowy obrońca, co w 2 lata dało mu łącznie 34 występy w seniorskim zespole. Wydawać by się mogło, że to bardzo mało, lecz Paolo pokazał, że jest gotowy do wyjazdu z kraju. Tak oto mający 179 cm wzrostu Montero opuścił ukochany Urugwaj i trafił do Włoch, gdzie zatrudniła go w 1992 roku Atalanta. W Bergamo z miejsca stał się kluczową postacią formacji defensywnej, którą dowodził jak stary kapitan. Miał on wówczas 21 lat, co pokazało dobitnie, z jakim charakterem mieli Włosi wówczas do czynienia. W pierwszym sezonie Paolo był w stanie zdobyć nawet 2 gole w 27 meczach, by w kolejnym rozegrać o trzy spotkania więcej. Niestety nawet jego postawa nie była w stanie uratować Atalanty, która spadła wtedy do Serie B. Kolejne lata Paolo to udana kampania powrotna do Serie A, w której po raz kolejny udowodnił swoją wartość, a w następnym sezonie męcząc się z kontuzjami, nie był w stanie dać zbyt wiele zespołowi. Najbardziej Montero dał się jednak poznać kibicom z czasów swojej gry w Juventusie. Trafiając tam w 1996 roku miał już status gwiazdy ligi, która ma za zadanie pomóc Juventusowi zyskać status wielkich w Serie A. Ekipa, którą tworzył wówczas Lippi i Moggi, z każdym kolejnym rokiem była coraz mocniejsza, a przyjście Paolo tylko utwierdzało widzów Serie A w tym, że Juventus będzie niezwykle trudny do pokonania. Co prawda w kraju nie było im wówczas łatwo, ponieważ za rywali mieli silne drużyny pokroju Interu, Lazio i Romy. Ambicje w Turynie były jednak olbrzymie. Potwierdzały się one w rozgrywkach europejskich. Trzy finały Ligi Mistrzów z rzędu, w tym jeden zwycięski nad Ajaxem. Mocno w tych sukcesach pomagał oczywiście Montero, ponieważ już w pierwszym roku w Turynie on i zespół wygrali Puchar Europy. Warto nadmienić, że Montero wszystkie puchary, które zdobył w karierze, zawdzięcza właśnie Juventusowi, ponieważ nigdy wcześniej, ani później nie zdobył żadnego trofeum. Juventus z nim stał się potęgą, która wzbudzała przerażenie w oczach przeciwników, ale również i Paolo sam wywoływał strach u napastników – i to nie tylko rywala. Właśnie w Juventusie potrafił podczas gierki treningowej, będąc ośmieszony przez rodaka, Daniela Fonsecę, potraktować go brutalnym wślizgiem, po którym aż musieli oni być rozdzielani przez resztę zespołu. Zresztą nie tylko takimi wybrykami popisywał się Montero. Adam Digby, autor książki „Juventus. Historia w biało – czarnych barwach” przytacza historię, w której Paolo w starciu ze znienawidzonym Interem potrafił uderzyć pięścią Luigiego Di Biagio, po czym został zawieszony. Nawet „Il Capitano” Francesco Totti nie był w stanie uciec od brutalności Montero. Od początku zyskał miano brutala, ale on się tym nie przejmował, ponieważ pokazywał jedynie swoją boiskową odwagę. Swój styl gry przekuł na 16 czerwonych i 27 żółtych kartek.
Paolo Montero po tym, jak spędził 9 lat pełnych sukcesów w Juventusie, postanowił najpierw wrócić bliżej swoich rodzinnych stron. W 2005 roku trafił do argentyńskiego klubu San Lorenzo de Almagro, w którym spędził jeden sezon, by następnie wrócić do ukochanego Peñarolu. Przywitany z wielkim entuzjazmem w swoim mieście postanowił pomóc swojemu ukochanemu klubowi w walce o mistrzostwo kraju, jednak ta sztuka nie udała się mu. Po tym powrocie do Penarolu zakończył karierę, by rozpocząć przygodę jako trener. W tej roli jednak nie szło mu już tak dobrze, jak w karierze piłkarskiej. Zaczął od prowadzenia młodzieżowych zespołów Peñarolu, by w każdym kolejnym zespole być szkoleniowcem przez rok. Były to: Boca Unidos, Colon de Santa Fe, Rosario Central, Sambenedettese, San Lorenzo. Obecnie jest trenerem w młodzieżowym zespole Juventusu.
4
Człowiek czerwony od kartek:
@Arkon
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
0
@MadafakinGuy Dudka to jedno, a drugie to jednego z lepszych napastników Europy czyli Tomasza Frankowskiego...
1
@FcPortoFan1999 No wiem, wiem o tych powołaniach ale już nie chciało mi się o tym rozpisywać! Ten cały Janas jest tak żałosny, nie cierpie gościa...
Ale jeszcze bardziej nie cierpie ,,Szczeny", czyli Jacka Gmocha, to dopiero zarozumiały typek...
10
Zwycięstwo dało awans na mundial:
3 września 2005 r. na Stadionie Śląskim reprezentacja Polski pokonała w el. MŚ 2006, Austrie 3:2, po golach Eusebiusza Smolarka, Kamila Kosowskiego i Macieja Żurawskiego. Ten mecz miał praktycznie przypieczętować wyjazd polskich piłkarzy na niemiecki mundial. Austriacy musieli wygrać, żeby zachować szanse na drugie miejsce w grupie. Po jednostronnej pierwszej połowie nikt nie przypuszczał, że w końcówce emocje sięgną zenitu: poprzeczka, słupek i walka do ostatnich sekund. Mecz ostatecznie zakończył się triumfem biało-czerwonych, którzy wyjątkowo zagrali w nim w biało-czarnych barwach.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
12
,,Złote” igrzyska:
3 września 1972 r. w Ratyzbonie Polska remisuje z Danią 1:1. Na igrzyskach olimpijskich w Monachium Dania była naszym rywalem w drugiej rundzie. To było nasze czwarte spotkanie na turnieju. Zremisowaliśmy 1:1 po dość ciężkim boju. To wtedy zaczęło się mówić o syndromie czwartego meczu, który miał być najsłabszym na długich turniejach. Do starcia z Duńczykami przystępowaliśmy tylko dwa dni po równie trudnym i wyczerpującym pojedynku z NRD. Być może to było przyczyną naszej słabszej postawy. Dania jednak wcale nie była taka słaba, a do tego pierwsze kroki w kadrze stawiał Allan Simonsen, który wkrótce miał stać się gwiazdą europejskiego formatu. Lubański po meczu skarżył się, że nogi miał ciężkie jakby przyczepiono do nich ciężary. Wtórowali mu inni zawodnicy. Postanowiono nasilić zabiegi odnowy biologicznej i zmienić nieco treningi. Pomogło. Remis ten znacząco skomplikował naszą sytuację w grupie. Żeby myśleć o złocie i grze w finale musieliśmy pokonać ZSRR, co ostatecznie się udało, ale o tym innym razem.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
0
@Culer9002 A co to znaczy ,,Nice"?
0
@Katalończyk 99 No tak, ale dla mnie to i tak za późno! Musze o 5 rano wstawać do roboty a nie mam już 20 czy 30 lat żeby nie odczuwać niewyspania...