FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@LS Co wy wypisujecie wogóle? A idćcie w pi..... z tymi rekinami i co nie tylko
0
@LS Rekin? Jaki znowóż rekin?
0
@Bobert_Kubicki A to mnie zastrzeliłeś(!) gdyż np. flashscore nie wykazuje bezpośrednich pojedynków pomiędzy tymi klubami. Sprawdze to ale później bo teraz nie mam czasu...
12
Premierowe trafienie:
19 września 1998 r. Patrick Kluivert strzela swojego pierwszego gola w barwach Blaugrany w meczu o stawke i to w jakim meczu! Ma to miejsce na Santiago Bernabeu w ligowym El Clasico, zremisowanym przez Barçe 2:2. Kluivert strzelił gola w 12 minucie dobijając piłke niemal do pustej bramki po interwencji bramkarza Ilgnera i wyrównując stan meczu na 1:1.
Spójrzmy:
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
Wracam z roboty i co widze w internecie? Ano widze iż nasza kochana Barcunia po raz pierwszy w historii europejskich pucharów(i z tego co się orientuje to wogóle w całej historii gier Barcy) zagra z Royal Antwerp FC. Jakby nie patrzeć to dziewicze spotkanie tych drużyn i Bóg wie czego się można spodziewać, zwłaszcza po Belgach? Wprawdzie wogóle nie śledze ligi belgijskiej ale jestem mocno zaskoczony że akurat Royal Antwerp został mistrzem Belgii a nie na przykład Anderlecht czy FC Brugge.
Z drugiej strony Blaugrana ma taki potencjał że grzechem byłoby dzisiaj nie wygrać na(już chciałem pisać na Camp Nou) Estadi Olímpic Lluís Companys.
6
@FCBparasiempre
Przez trzydzieści jeden lat zawodowo grał w piłkę nożną. Przez ten długi okres w Anglii wyłaniali się kolejni ligowi mistrzowie, zmieniali się selekcjonerzy reprezentacji, pojawiały się i gasły futbolowe gwiazdy, aż wreszcie nastała era Premier League. On w tym czasie bił kolejne indywidualne rekordy. Peter Shilton zajmuje szczególne miejsce na kartach historii angielskiego futbolu, chociaż przyglądając się jego karierze trudno oprzeć się wrażeniu, że w kategoriach zespołowych powinien wygrać zdecydowanie więcej. Kibice Manchesteru United swego czasu wywieszali na trybunach wielki transparent z napisem: „1966 był dobrym rokiem dla angielskiego futbolu. Urodził się wtedy Eric”. To oczywisty pstryczek w nos fanów Trzech Lwów – to przecież rok zdobycia przez reprezentację Anglii jedynego w jej historii mistrzostwa świata, ale sympatykom Czerwonych Diabłów lepiej kojarzył się z datą narodzin Erica Cantony. 1966 był jedna dla angielskiej piłki bardzo dobrym rokiem i to nie tylko ze względu na wygraną w finale mundialu. Wówczas bowiem profesjonalną karierę rozpoczął Shilton. Urodził się 18 września 1949 roku w Leicester. To właśnie w miejscowym City rozpoczął swoją przygodę z piłką nożną. Początkowo ćwiczył samodzielnie na boisku Lisów, ponieważ treningi z drużyną juniorów mógł rozpocząć dopiero w wieku trzynastu lat. Wtedy też po raz pierwszy w akcji zobaczył go Gordon Banks, podstawowy bramkarz klubu i reprezentacji Anglii. George Davies, pierwszy trener Shiltona, powiedział Banksowi, że ten dzieciak już niedługo wygryzie go ze składy. Słysząc te słowa, doświadczony golkiper zaśmiał się głośno, jednak parę lat później zdecydowanie do śmiechu już mu nie było. Już od dzieciństwa Peter robił wszystko, aby dojść na sam szczyt. Kochał grę na bramce i zawsze analizował swój każdy, nawet najmniejszy błąd. Tak bardzo martwił się o swoje słabe piąstkowanie, że rozwiązania szukał w ruchach bokserów. Po pewnym czasie worek bokserski stał się ważnym przyrządem w czasie jego bramkarskich treningów. Na boisku rozstawiał pachołki w różnych miejscach, aby doskonalić interwencje z każdej pozycji. Siłę poprawiał dzięki skokom na murek, z przyczepionym do pleców workiem kamieni. Z treningu nie schodził, dopóki nie poprawił jakiegoś elementu technicznego. Do tego strasznie wściekał się, gdy jego koledzy z obrony nie grali tak, jak on sam sobie zaplanował. Był tak nastawiony na karierę, że nie podszedł w ogóle do egzaminów na zakończenie szkoły. Gdy przerażona matka zapytała go co zrobi, gdy mu się nie uda, odpowiedział pewnym głosem: ,,Nigdy nawet o tym nie myślałem. po prostu zamierzam odnieść sukces i już.” Talent Shiltona nie podlegał dyskusji, dlatego zadebiutował w pierwszym zespole Lisów pod koniec maja 1966 roku, mając jedynie szesnaście lat. Kilka tygodniu po tym meczu Anglia wywalczyła na własnym podwórku mistrzostwo świata, a w jej bramce stał Banks, który po urlopie wrócił ze złotym medalem do Leicester. Shilton był na tyle pewny swoich umiejętności, że w pewnym momencie postawił klubowi ultimatum – albo będzie numerem jeden, albo odejdzie. Władze zespołu postanowiły zaryzykować i ostatecznie postawić na niego. Banksa sprzedano do Stoke w 1967 roku, tłumacząc mu, że „najlepsze dni ma już prawdopodobnie za sobą”. The Potters wydali na niego 56 tysięcy funtów. Leicester miało więc nowego króla. Wejście do bramki Lisów jako numer jeden Shilton rozpoczął od mocnego uderzenia. I to dosłownie – w październiku 1967 roku… strzelił bramkę w spotkaniu z Southampton. W pewnym momencie wybił daleko zmierzającą ku niemu piłkę, czym tak zaskoczył swojego rywala po drugiej stronie boiska, że zdobył gola, a jego drużyna wygrała ostatecznie 5:1. Drugi sezon nie był z pewnością taki, o jakim Peter marzył. Leicester wygrało zaledwie dziewięć meczów w lidze i spadło z First Division. Mieli szansę, aby łzy otrzeć przez zdobycie Pucharu Anglii – w finale przegrali jednak 0:1 z Manchesterem City. Dziewiętnastoletni wówczas Shilton stał się tamtego dnia jednym z najmłodszych bramkarzy, którzy wystąpili w finale FA Cup. Co ciekawe, bohater tekstu już nigdy nie dotarł do tego etapu krajowego pucharu. Po dwóch latach Lisy wygrały Second Division i wróciły do angielskiej elity. Tam przez kolejne sezony balansowały między łatką ligowego średniaka, a kandydatem do spadku. Shilton wciąż pozostawał bramkarzem numer jeden i z każdym występem zbierał coraz lepsze noty. W międzyczasie Bank, który ciągle bronił barw Stoke, z powodu fatalnego wypadku samochodowego został zmuszony do przedwczesnego zakończenia kariery (utracił wzrok w prawym oku). The Potters w poszukiwaniu jego następcy zgłosili się do sprawdzonego wcześniej miejsca. Przed startem sezonu 1974/75 wyłożyli na Petera 325 tysięcy funtów. Shilton tym samym pobił trzykrotnie rekord transferowy brytyjskiego bramkarza i przebił nawet kwotę, którą Juventus zapłacił za Dino Zoffa. W sumie w koszulce Lisów wystąpił w 286 spotkaniach ligowych.
W swoim pierwszym sezonie na Victoria Ground, bohater tekstu wraz z kolegami z drużyny długo dzielnie walczyli o ligowe podium, ale musieli uznać wyższość Leeds, Liverpoolu oraz Derby County i ostatecznie zajęli piątą lokatę. Rok później powtórzyli ten wyczyn. Kolejne sezony były już jednak słabsze, aż w końcu projekt Stoke budowany za wielkie pieniądze zaczął się sypać. Gdy klub ogłosił rekordową stratę w wysokości 450 tysięcy funtów, a później do tej kwoty doszedł jeszcze koszt naprawy zawalonej trybuny, pewne było, że drużynę czeka wyprzedaż. Z kolei sprzedaż najlepszych zawodników oznaczała zaciętą walkę o utrzymanie. Ostatecznie Stoke spadło z First Division na koniec sezonu 1976/77. Wiadome było, że Shilton również odejdzie z klubu. Najbardziej zdeterminowany do sprowadzenia go był Brian Clough, który dopiero co awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej z Nottingham Forest. Negocjacje utrudniał jednak fakt, że angielski bramkarz, jako jeden z pierwszych brytyjskich zawodników, miał swojego agenta. Przedstawicieli tego zawodu z kolei nienawidził Clough – na pierwszym spotkaniu do dwóch ludzi reprezentujących Shiltona… rzucał rakietami do squasha. Mimo paru przeszkód, transfer ostatecznie doszedł do skutku miesiąc po starcie ligi, a ,,Forest” przelali na konto Stoke 270 tysięcy funtów. Charyzmatyczny trener uwielbiał Petera. Jim Montgomerry, rezerwowy golkiper Nottingham, żartował nawet, że gdyby Clough nie był żonaty, to po podpisaniu kontraktu najchętniej poślubiłby Shiltona. Trudno się jednak dziwić, że czuł tak wielką sympatię do swojego nowego bramkarza. Gdy Anglik zawitał na City Ground, drużyna miała za sobą już pięć ligowych spotkań, w których straciła sześć bramek. Po jego przybyciu zespół wpuścił już tylko osiemnaście goli do końca sezonu. Efektem tej świetnej gry obronnej było wywalczone mistrzostwo kraju, zaledwie kilkanaście miesięcy po awansie z drugiej ligi! Za swoją postawę Shilton został uznany za Najlepszego Zawodnika Roku, a wyboru tego dokonali jego koledzy z boiska. W tym samym sezonie Nottingham zdobyło Puchar Ligi, jednak Peter nie mógł wystąpić w tych rozgrywkach, ponieważ wcześniej reprezentował w nich barwy Stoke. Rok później, już z Shiltonem między słupkami, powtórzyli wyczyn. Mieli szansę na klasycznego hat-tricka, jednak w trzecim kolejnym finale ulegli Wolverhampton, a jedyna bramka tamtego spotkania padła po błędzie bohatera tekstu, który w wyniku nieporozumienia zderzył się z kolegą z obrony i przepuścił nadlatującą piłkę. To, co zapewniło nieśmiertelność tamtej ekipie ,,Forest”, były dwa zwycięskie finały Pucharu Europy. Pierwszy raz w 1979 roku, a ich przeciwnikiem było szwedzkie Malmo. Tamten mecz Anglicy wygrali 1:0. Rok później identycznym wynikiem pokonali niemieckie HSV. W obu tych spotkaniach od pierwszej do ostatniej minuty wystąpił Shilton. Jak to zwykle w futbolu bywa, miodowe lata drużyny Clougha nie trwały wiecznie. Nottingham w kolejnych latach już nigdy nawet nie zbliżyło się do podobnych wyników, zarówno w kraju, jak i w Europie. Peter borykał się w tamtym czasie również z kłopotami pozasportowymi – rozpoczęły się wówczas jego długoletnie problemy z hazardami, parę razy także został przyłapany na prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu. Wszystko to sprawiło, że w 1982 roku podjął decyzję o zmianie klubu.
W tym miejscu należy przerwać opowieść o jego karierze klubowej i przybliżyć przygodę z kadrą narodową. Zadebiutował w niej w listopadzie 1970 roku, kiedy jeszcze bronił barw Leicester w drugiej klasie rozgrywkowej. Dostał wówczas szansę od Alfa Ramseya, a jego pierwszym przeciwnikiem było NRD. Anglicy tamten pojedynek wygrali 3:1, a pół roku później Shilton wraz z Lisami wrócił do pierwszej ligi. Swój pierwszy mecz o punkty. Przeciwko Szwajcarii (1:1), Peter rozegrał w trakcie eliminacji do Mistrzostw Europy 1972. W tamtym czasie niepodważalnym numerem jeden w bramce Trzech Lwów wciąż był Banks, ale jego dawny znajomy z Leicester w reprezentacyjnej hierarchii zajmował miejsce tuż za nim. Anglikom ostatecznie nie udało się awansować na wspomniane Euro, ale Shilton do końca roku rozegrał jeszcze dwa spotkania w narodowych barwach. Wkrótce po tym doszło do tragicznego wypadku Banksa, który zakończył jego karierę, a przed Peterem otworzyło możliwość wywalczenia miejsca w podstawowym składzie reprezentacji. Bój o bluzę z numerem jeden Shilton stoczyć musiał z Rayem Clemencem, który w tamtym czasie był golkiperem Liverpoolu. Początkowo z tego starcia zwycięsko wyszedł bohater tekstu – w lecie 1973 roku w trzech kolejnych spotkaniach reprezentacji zachował czyste konto (przeciwko Irlandii Północnej, Szkocji i Walii), a chwilę później zaliczył swój dziesiąty mecz w narodowych barwach, w pojedynku z Czechosłowacją. Te mecze oznaczały, że to on stanie między słupkami w kluczowym starciu eliminacyjnym, które Anglia miała rozegrać w Chorzowie z Polską. Tam nic nie szło po myśli zawodników Trzech Lwów, a zwycięsko z tego spotkania wyszli biało-czerwoni (2:0). Ten wynik oznaczał, że podopieczni Alfa Ramseya musieli cztery miesiące później wygrać na Wembley, aby awansować do turnieju. Ten mecz, jak wiadomo, od lat żyje już własną legendą. Gospodarze napierali na polską bramkę przez dziewięćdziesiąt minut, ale fenomenalny tamtego dnia Jan Tomaszewski dał się pokonać tylko raz, na dodatek dopiero z rzutu karnego. Wcześniej to goście wyszli na prowadzenie, za sprawą strzału Jana Domarskiego. Za utratę tego gola wielokrotnie obwiniano Shiltona, który sam później przyznawał, że popełnił błąd – murawa tamtego wieczoru była wyjątkowo śliska, a on niepotrzebnie podjął decyzję o łapaniu piłki. Anglicy co prawda wyrównali już po sześciu minutach i mieli niemal pół godziny na zdobycie zwycięskiego trafienia, ale Tomaszewski, nazywany przez Clougha „klaunem”, tego wieczoru nie musiał wyciągać futbolówki z siatki po raz drugi. Polacy zaliczyli więc swój Cud na Wembley, a zawodnicy Ramseya pożegnali się z szansą na wyjazd na mundial. On sam z kolei został zwolniony i zastąpiony wkrótce przez Dona Reviego. Nowy selekcjoner nie darzył Shiltona szczególnym zaufaniem, na co z pewnością miała wpływ jego feralna interwencja przeciwko Polsce – chociaż jak sam antybohater tamtego zajścia podkreślał w swojej autobiografii, był to jedyny błąd, jaki przytrafił mu się w czasie reprezentacyjnej kariery. Anglii udało się zakwalifikować na Mistrzostwa Świata w 1982 roku, które rozgrywane były w Hiszpanii. Był to ich powrót na mundial po dwunastu latach. Shilton w eliminacjach odgrywał ważną rolę, dzięki czemu mógł chociaż w pewnym procencie nawiązaćw narodowych barwach do sukcesów, jakie odnosił na polu klubowym. Warto jednak zauważyć, że na tej rangi wydarzeniu Peter debiutował… w wieku 32 lat! To musiało być frustrujące dla bramkarza, który pierwsze spotkanie w lidze rozegrał jeszcze jako nastolatek. Anglicy na tym turnieju przeszli pierwszą fazę grupową, jednak w drugiej zajęli drugie miejsce i musieli się pożegnać z mistrzostwami. Shilton bronił we wszystkich spotkaniach. Kolejne eliminacje, tym razem do Euro 1984, nie były już tak udane i kadra Trzech Lwów ponownie nie pojawiła się na wielkiej imprezie. W międzyczasie jednak Peter zaliczył występ numer pięćdziesiąt, a niedługo potem numer siedemdziesiąt w reprezentacyjnej bluzie. Wkrótce także pobił należący do Banksa rekord meczów dla Anglii(73), dobijając w czasie zwycięskich eliminacji na Mistrzostwa Świata 1986 do okrągłych osiemdziesięciu spotkań.
Czego nie chciałoby się napisać o tamtym mundialu, to i tak wszystko rozbija się o ćwierćfinałowe starcie Anglików z Argentyną. Tamten pojedynek miał podtekst zarówno sportowy, jak i polityczny. Na czele ekipy z Ameryki Południowej kroczył oczywiście Diego Armando Maradona, który po pierwszych spotkaniach był zdecydowanie najjaśniejszą postacią turnieju. Obrońcom Trzech Lwów długo jednak udawało się skutecznie powstrzymywać jego ataki. W końcu jednak Maradona znalazł sposób na zdobycie gola i jak wiadomo, nie był on zgodny z zasadami fair play. Argentyńczyk wyszedł w powietrze do dośrodkowania, walcząc o piłkę z Shiltonem, i skierował ją do bramki swoją ręką. Sędziowie tamtego spotkania nie dopatrzyli się wówczas przewinienia i trafienie zostało uznane, co zszokowało angielską ekipę. Maradona opowiadał później, że gola strzeliła „Ręka Boga”. Co ciekawe, sam Diego ledwie pół godziny po tym meczu miał się przyznać, że przy bramce pomagał sobie dłonią, przynajmniej tak twierdzi Terry Butcher, który spotkał się z nim w czasie kontroli antydopingowej. Z kolei Shilton przyznał kilka lat temu, że nigdy nie wybaczy Argentyńczykowi tamtego zagrania: ,,Minęły 32 lata i miał naprawdę wiele okazji, aby przeprosić, ale nigdy tego nie zrobił. Podejrzewam zresztą, że już tego nie uczyni. Uważam, że futbol powinien łączyć ludzi a jego zachowanie przeczy tej idei. Po tamtej „ręce boga” nigdy nie chciałem się z nim już spotkać, ponieważ byłem zdania, że powinien za nią przeprosić. Nigdy nie uścisnąłbym jego dłoni.” Niedługo po tamtym trafieniu Maradona dołożył drugie, które było już całkowicie zgodne z zasadami i uznawane jest za jedno z najpiękniejszych w historii piłki nożnej. Diego dostał piłkę na swojej połowie a następnie minął jak tyczki pół angielskiego składu, położył na ziemię Shiltona i wpakował ją do pustej bramki. Argentyna wygrała ten ćwierćfinał a kilkanaście dni później sięgnęła po Puchar Świata. Anglia znów wróciła do domu przed czasem. Mimo tego mało przyjemnego doświadczenia, Peter kontynuował grę dla reprezentacji. Przeszedł z nią udanie przez eliminacje do Mistrzostw Europy 1988, ale na samym turnieju Anglicy wypadli bardzo słabo, zajmując ostatnie miejsce w grupie. Zdecydowanie lepiej poszło im na kolejnym mundialu, rozgrywanym w 1990 roku we Włoszech. Tam zaszli aż do półfinału, gdzie jednak przegrali po rzutach karnych z RFN. Ostatecznie nie mogli cieszyć się nawet z medalu, ponieważ przegrali mecz o trzecie miejsce z gospodarzami turnieju. Shilton zaliczył wówczas mecz numer 125 dla narodowej kadry. Jak się później okazało, był to jego ostatni występ dla kraju. Do dziś pozostaje pod tym względem rekordzistą i raczej trudno będzie komukolwiek przebić kiedyś ten wyczyn. Zanim jednak zakończył reprezentacyjną karierę, z powodzeniem przez lata grał dla różnych klubów. Cofnijmy się znów do 1982 roku, wówczas, po odejściu z Nottingham, zasilił szeregi Southampton. W żadnej drużynie nie dane mu już jednak było nawiązać do sukcesów z wcześniejszą ekipą Clougha (może poza wicemistrzostwem kraju w barwach Świętych w sezonie 1983/84). Przez pięć lat rozegrał dla Southmapton 188 meczów, aby na kolejne pięć sezonów przenieść się do Derby County, gdzie wystąpił w zbliżonej liczbie spotkań. Powoli zbliżał się wówczas do czterdziestych urodzin, a mimo to wciąż był pierwszym wyborem do bramki. Kolejnym etapem jego kariery było Plymouth Argyle. Tam przez trzy lata był grającym trenerem – to po części wyjaśnia, dlaczego, będąc już grubo po czterdziestce, rozegrał tam trzydzieści cztery mecze ligowe. Z tamtym miejscem związana jest również jedna z lepszych anegdot dotyczących Shiltona. Plymouth pod jego wodzą zaciekle walczyło o utrzymanie w Second Division w sezonie 1994/95 (wówczas był to już trzeci poziom rozgrywek – dwa lata wcześniej powstała dzisiejsza Premier League). Peterowi bardzo zależało, aby dodać wiary swoim zawodnikom i natchnąć ich do skutecznego wydostania się z dna tabeli. W jednej z przemów wykrzyknął do nich, że powstaną niczym „flaming z popiołów”. Po chwili niezręcznej ciszy ktoś przytomny zauważył, że słowem, którego trener chciał użyć, był raczej „feniks”. Shilton, dwukrotny zdobywca Pucharu Europy i rekordowy reprezentant kraju, zrozumiał, że w jego mowie nie wszystko potoczyło się tak, jak to sobie zaplanował. Swoją wpadkę skomentował krótko: ,,Wiedziałem, że zaczynało się na literę „f”.” Mimo wspaniałych intencji, nie udało mi się utrzymać w lidze swojego klubu. Po degradacji Peter uznał, że najwyższy czas… na powrót na boisko. W 1995 roku, mając czterdzieści pięć lat, zasilił szeregi Wimbledonu. Przez następny rok przechodził jeszcze do trzech klubów, ale w sumie przez ten czas rozegrał tylko jeden mecz. Jego licznik ligowych gier zatrzymał się na 996, co nie dawało mu spokoju. Postanowił, że dobije do okrągłego tysiąca. Z takim zamiarem dołączył w listopadzie 1996 roku do grającego na czwartym szczeblu rozgrywkowym Leyton Orient. Jego tysięczne spotkanie przypadło na 22 grudnia i transmitowało je na żywo telewizja Sky Sports. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Shilton otrzymał od władz ligi specjalne wydanie Księgi Rekordów Guinnessa. Po tym wydarzeniu dołożył jeszcze pięć meczów, zanim ostatecznie zakończył karierę w wieku czterdziestu siedmiu lat. Jak łatwo się domyślić, do dziś dzierży ten rekord. W zawodowym futbolu Peter utrzymywał się przez trzydzieści jeden lat, zaliczając aż 849 występów w angielskiej ekstraklasie. Śmiało można powiedzieć, że rzucenie w pewnym momencie szkolnej edukacji wyszło mu na dobre.
5
Bramkarz, który bił rekordy:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
9
@FCBparasiempre
18 września 1925 r. urodził się Ludwik Rozenbaum, znany szerzej jako Ludwik Wacław Sobolewski. Żołnierz-patriota działający w Armii Krajowej czy pracownik bezpieki? Sylwetka Ludwika Sobolewskiego pełna jest mglistych faktów i domysłów. Jedno jest pewne: bez niego Widzew Łódź nie byłby taki sam. Niestety, z sylwetką wielkiego prezesa Widzewa są pewne, nazwijmy to trudności historyczne, co zauważył również dziennikarz „Gazety Trybunalskiej” Paweł Reising. Próżno szukać informacji dokumentujących jego działalność w szeregach partyzantki Armii Krajowej. Nie istnieją choćby najmniejsze wspominki w dostępnych spisach żołnierzy. W książce „Wielki Widzew” autorstwa Marka Wawrzynowskiego możemy dowiedzieć się, że osoby Sobolewskiego nie pamięta choćby Władysław „Huragan” Pietrzyk. Zaznacza on równocześnie, że „nie jest oczywiście powiedziane, że nie należał, bo przecież w sumie przez oddział przewinęło się około 150 osób, wielu z nich kojarzono tylko po pseudonimach”. Informacje odnośnie przynależności Ludwika Sobolewskiego do Armii Krajowej potwierdza Józef Kowalczyk, wiceprezes ,,Kombudu’’ i człowiek z jego najbliższego otoczenia. Mówi on: ,,Ludwik był w informacji wojskowej w strukturach KBW, to prawda. Działali na terenie Ukrainy, walczyli z bandami UPA w ramach akcji ,,Wisła” ale usunięto go stamtąd właśnie za przeszłość związaną z AK. Wiem o tym bo służył z bratem mojej matki, który miał podobną sytuacje i za ,,Politykowanie” dostał 5 lat więzienia”. Wedle Kowalczyka posługiwał się on pseudonimem „Gołąbek”.
W pozycji „Wielki Widzew” możemy również zapoznać się z wypowiedzią Krzysztofa Kirpszy (wiceprezesa i przyjaciela Sobolewskiego): ,,Spędziliśmy z nim ogrom wolnego czasu ale wiedzieliśmy tylko, że wychował się w biedzie w dzielnicy żydowskiej, zdaje się na Woli w Warszawie i jako dziecko hodował gołębie i jeszcze że startował z sukcesami w młodzieżowych mistrzostwach Polski w szachach, zresztą znakomicie grał”. Według danych zawartych w Biuletynie Informacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej – (sygnatura akt IPN BU 0902/757 t. 1-2 (765/W) nazwisko „Sobolewski” nie jest jego prawdziwym. Ludwik Wacław z domu nazywał się Rozenbaum/Rosenbaum, znany dokładniej jako Lutek Rozenbaum w okresie przedwojennym. W czasie okupacji używał nazwiska Sobolewski. W ankiecie personalnej sam podał, że funkcjonował pod pseudonimem „Gołąb”, miał służyć w oddziałach AL – „Henryka”, „Stacha” oraz „Dona”. Kontrola przeprowadzona wobec jego osoby wykazała, że służył w szeregach Armii Krajowej od 1944 roku w grupie „Wichra” właśnie w powiecie piotrowskim. Wedle zawartych informacji w 1947 roku brał udział w Grupie Operacyjnej „Wisła”. Biografia Sobolewskiego jest owiana mgłą historii, choćby z tego powodu, że główny bohater unikał rozmów na ten temat. Taki sposób „bycia” miał za cel ochronę swojej osoby, jak i rodziny przed działaniami wywiadowczymi okupanta. Szczęśliwie dla siebie udało mu się ujść cało z działań partyzanckich.
Po tym etapie swojego życia znalazł się w Państwowym Przedsiębiorstwie Imprez Sportowych a następnie przeniósł się do Łodzi z powodów prywatnych. Po 1945 roku kontynuował również swoją edukację kończąc szkołę średnią oraz trwające dwa lata studium organizacji i zarządzania. . W połowie 1952 roku, ukończył Szkołę Oficerską Wojska Polskiego ze stopniem kapitana. W świat sportu wkroczył w 1968 roku, jako kierownik sekcji piłki nożnej Szkolnego Klubu Sportowego „Start Łódź”. Dwa lata później trafił w szeregi RTS-u Widzew, gdzie pełnił funkcję kierownika sekcji, zastępcy prezesa klubu, a od 1977 roku został prezesem. Funkcję tę sprawował do 1987 roku z przerwami. Następnie musiał uciekać z Polski z powodu działań politycznych, jak i również coraz większej inwigilacji w strukturach sportowych po 1985 roku. Do kraju wrócił dopiero po zmianach ustrojowych i obaleniu komunizmu. W łódzkim Widzewie ponownie objął stery w 1992 roku i w czasie dwunastu miesięcy sprawowania funkcji prezesa udało mu się powołać Spółkę Akcyjną „SPN Widzew S.A.”, ostatni raz w prezesowskim fotelu usiadł w 1998 roku, co można ten czas określić epizodem. Sobolewski swoimi działaniami, choćby jako szef firmy budowlanej pokazał swoją niesamowitą zdolność do zarządzania i budowania kapitału. Praktycznie z niczego, na łódzkiej ziemi stworzył drużynę mierzącą w najwyższe cele. Dzięki Ludwikowi Sobolewskiemu, Widzew zaznaczył również swoją obecność na arenie międzynarodowej, gdzie toczył boje jak równy z równym, eliminując przede wszystkim Liverpool czy silną Borussię M’Gladbach. To właśnie dzięki Ludwikowi Sobolewskiemu powstał „Wielki Widzew”. Ostatnie lata ówczesnego wizjonera polskiej piłki były kolejną walką o życie, tym razem przeciwnikiem był nowotwór. Tej bitwy Sobolewski nie był w stanie wygrać. Zmarł 11 listopada 2008 roku, w dniu szczególnym dla narodu polskiego, dodatkowo naznaczony dla kibiców i historii Widzewa Łódź. Za jego największy sukces organizacyjny uznaje się uratowanie klubu w momencie ogromnych kłopotów finansowych. Mowa tutaj o działaniach w trakcie tworzenia się spółki, gdzie zespół nie został przekazany na rzecz nowego podmiotu, a „wypożyczony”. Taki ruch pozwalał na założenie nowego podmiotu, który przejął w całości drużynę. Majstersztyk polegał na tym, że zachowano miejsce na poziomie rozgrywkowym przed transformacją. Ludwik Sobolewski w okresie panującego komunizmu, czerpiąc przykład z działania zachodnich klubów, dokonywał cudów. Wielu zauważa jedno, odszedł z tego świata w pewnym sensie zapomniany a doceniony dopiero po odejściu z tego świata.
7
Twórca WIELKIEGO WIDZEWA:
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
11
Debiut żywej legendy w europejskich pucharach:
18 września 1991 r. Josep Guardiola debiutuje w europejskich pucharach wygranym meczem 3:0 z Hansą Rostock na Camp Nou w pierwszym meczu pierwszej rundy Pucharu Mistrzów. Ówczesny trener Blaugrany Johan Cruijff pozwolił Pepowi rozegrać pełne 90 minut. Gole z Hansą zdobyli: Michael Laudrup(2) oraz Jon Andoni Goikoetxea.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
0
@MadafakinGuy Przepraszam ale nie piszcie mi po ,,chińsku" bo ja nic z tego nie rozumiem. Po drugie jesteśmy Polakami i to jest polska strona internetowa
1
@FCBMati10Zgadza się. A to że był ,,u nas" tylko jeden sezon, to jest to ,,zasługa" tylko i wyłącznie prezydenta Nuñeza...
1
@escarabajo Dziękuje ale taka muzyka to kompletnie mi nie pasuje. A co do Luisa Nazario de Limy, to wielki szacunek dla gościa. Gdyby nie kontuzje zdobyłby tyle samo trofeów co Messi a kto wie czy nie więcej?
9
Feliz cumpleaños panie Luisie!
Dzisiaj swoje 47 urodziny obchodzi Luis Nazario de Lima, jeden z najlepszych napastników w historii futbolu. Kariere zaczynał w Cruzeiro Belo Horizonte, skąd już w 1994 r. trafił do PSV Eindhoven. W Holandii zrobił furore będąc królem strzelców już w debiutanckim sezonie(30 goli!). W kolejnym roku rozgrywek borykał się z kontuzją kolana, lecz i tak zdobył 19 goli w 21 meczach. Już wtedy był na celowniku największych drużyn Europy i ostatecznie trafił do FC Barcelony. Na Camp Nou stał się największą gwiazdą zespołu a do niewiarygodnej statystyki 47 goli w 49 meczach(z czego 34 w La Liga) nie zbliżył się ani grający wcześniej Romario, ani występujący później Rivaldo oraz Ronaldinho. Te liczby poprawił dopiero Lionel Messi. Młody Ronaldo przypominał zresztą pod wieloma względami Argentyńczyka, dysponując bajeczną techniką, fenomenalnym przyspieszeniem i niezwykłym instynktem strzeleckim. Niestety nie miał szczęścia do agentów, którzy mieszali w głowie młodej gwieździe chcąc zarobić jak najwięcej pieniędzy na jego transferach. Prezydent FC Barcelony był już dogadany na wieloletni kontrakt z objawieniem światowego futbolu, lecz w ostatniej chwili rozmowy zerwano i zaledwie po jednym sezonie Ronaldo opuścił Katalonię na rzecz Interu Mediolan za rekordową wówczas sume 27 milionów dolarów. Pod koniec 1997 r. Brazylijczyk otrzymał ,,Złotą Piłke France Football”, lecz zaledwie po roku gry na San Siro zaczęły się jego permanentne problemy ze zdrowiem, przede wszystkim z kolanami. Doszło do tego że w sezonie 2000/2001 nie rozegrał ani jednego meczu a przez 5 lat w Interze nie uzbierał nawet 100 występów. Wrócił jednak w wielkim stylu do czołówki piłkarzy świata na Mundialu w Korei i Japonii 2002, gdzie został mistrzem Świata i królem strzelców turnieju, co zaowocowało transferem do Realu Madryt. W barwach ,,Królewskich” ponownie zdobył korone króla strzelców La Liga, lecz jego kolana wytrzymały gre na najwyższym poziomie tylko przez 3 sezony. W styczniu 2007 r. w wieku 30 lat trafił do Milanu, lecz był już wtedy cieniem samego siebie. W 2009 r. przeniósł się do brazylijskiego Corinthians, gdzie po 2 latach zakończył karierę.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
@HypeR Następny filozof będzie mnie poprawiał! Mam w dupie te wasze poprawki i tyle!
1
Przyszłem z raboty i co widze? A no teraz widze że nasz wróg naczelny wygrał z Baskami 2:1! a przecież Donostia prowadziła już 2:0. A niech to gęś kopnie tych czmutów z Madrytu
8
To wszystko dzięki Ludwikowi Sobolewskiemu:
17 września 1980 r. Widzew Łódź zremisował na wyjeździe z Manchesterem United 1:1 w ramach 1/32 Pucharu UEFA. Do sezonu 1980-81 zespół przystąpił poważnie wzmocniony, przede wszystkim w tyłach. Z Odry Opole przybył bramkarz Józef Młynarczyk, ze Śląska Wrocław stoper Władysław Żmuda. To wszystko zaowocowało dwoma pierwszymi w historii Widzewa Łódź tytułami mistrza Polski w 1981 i 1982, ale najpierw był start w Pucharze UEFA. Na Old Trafford, kultowym stadionie w Manchesterze, podopieczni Jacka Machcińskiego wyszli bez najmniejszych kompleksów. Kiedy Sammy McIlroy, reprezentant Irlandii Północnej, już na samym początku w 5 min. uzyskał prowadzenie dla gospodarzy, Krzysztof Surlit jeszcze szybciej, bo już w 6 min. wyrównał. „Wypalił” z rzutu wolnego niczym z armaty tak, że po meczu Dave Sexton, opiekun MU, powiedział tylko: ,,Stadiony świata!” Potem trwał zacięty bój, ale żadna ze stron nie potrafiła zadać decydującego trafienia.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
7
@FCBparasiempre
Dziś piłkarze zarabiają miliony. Obce są im trudności dnia codziennego. Dawniej sportowcy martwili się, jak pogodzić ciężką pracę w fabryce z graniem w piłkę. Teraz niemałym problemem jest wybór nowego (zazwyczaj kolejnego) samochodu. W poprzednim stuleciu nierzadko piłkarze nie tylko pracowali, trenowali, ale sięgali po broń. Wielu z nich walkę o wolność kraju przypłaciło życiem. Poznajcie historię, w której brzmi jedno wspólne słowo – Katyń. Katyń – słowo, które do dziś wzbudza mnóstwo emocji. Przez wiele lat starano się ten niechlubny fakt historyczny skutecznie wymazać ze świadomości. Działania rodaków w niełatwych czasach poprzedniego systemu pozwoliły jednak, by prawda o tej zbrodni ujrzała światło dzienne. Dziś to my nosimy brzemię odpowiedzialności, aby pamięć o zamordowanych przetrwała. Współczesne dane mówią o tym, iż spośród niespełna 22 tysięcy zabitych Polaków, udokumentowanych jest ponad 260 osób powiązanych ze światem sportu. Wśród nich – Adam Kogut i Adam Obrubański. Poznajcie tragiczną historię piłkarzy, których łączy więcej niż myślicie.
Adam Kogut
Adam Kogut przyszedł na świat w 1895 roku w Krakowie. Właśnie z tym miastem był związany przez większość sportowej kariery. Nazwisko doskonale odzwierciedlało jego charakter, który często przysparzał mu problemów na boisku. Niezwykle waleczny i zadziorny zawodnik nie znosił kompromisów. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał w miejscowym Robotniczym Klubie Sportowym, następnie w Polonii i Krakusie. W wieku 19 lat wstąpił w szeregi Cracovii, gdzie grał głównie w rezerwach. Wybuch I wojny światowej zahamował jego przygodę z drużyną Pasów. Pewnym jest, że w latach 1914-1918 wystąpił w dwóch meczach. Być może rozegranych spotkań było więcej, ale ze względu na brak danych są to jedynie domysły. Kogut w okresie wojennym sprawował za to funkcję kierownika i zawodnika 5. Pułku Piechoty Legionów. W 1917 roku walczył na froncie włoskim pod sztandarem armii austriackiej, do której został wcielony wraz z innymi żołnierzami Legionów. Wracając, został pojmany i uwięziony w celi w Stanisławowie, gdzie przebywał do czerwca 1919 roku. Po odzyskaniu wolności wstąpił w szeregi Wojska Polskiego. Wznowił również karierę piłkarską. Cracovię zamienił jednak na Wisłę, choć tylko na jeden sezon. Co ciekawe, w tym samym czasie barw Białej Gwiazdy bronił Adam Obrubański – drugi bohater tego artykułu. Nikt wówczas nie spodziewał się, że ich losy skrzyżują się raz jeszcze, w zupełnie innych okolicznościach niż boisko piłkarskie. 22 czerwca 1919 roku Kogut wystąpił w barwach Wisły przeciwko Pogoni Lwów. Podopieczni legendarnego Henryka Reymana wygrali z lwowskim zespołem aż 5-1. Warto w tym miejscu nadmienić, iż ukraińska dziś drużyna niedawno przypomniała o sobie polskim kibicom piłkarskim. Wystąpiła bowiem w pokazowym meczu z Łódzkim Klubem Sportowym. Spotkanie zostało zorganizowane z okazji otwarcia nowego stadionu ŁKS-u – klubu, który przyczynił się do powstania Ligi Polskiej w 1927 roku i w którego barwach grał także Adam Obrubański. Niespełna miesiąc po meczu we Lwowie, Adam Kogut zagrał przeciwko „swojej” Cracovii. Obecność na boisku zaznaczył cudownym trafieniem z rzutu wolnego. Strzelił również bramkę w kolejnym spotkaniu z Pogonią Lwów, zremisowanym 5:5. Cracovia, Wisła, ŁKS i Pogoń Lwów to zespoły bardzo ważne w historii polskiej międzywojennej piłki nożnej. Do wybuchu II wojny światowej, drużyny te zdobyły wiele tytułów mistrzowskich lub zajmowały miejsca w pierwszej trójce. Pomimo dobrej postawy, przygoda Koguta z Wisłą nie trwała długo. W listopadzie zarząd Białej Gwiazdy podjął decyzję o wykluczeniu zawodnika z zespołu. Powód? Niesportowe zachowanie, niegodne zawodnika klubu, o którego decyzjach decydowali wówczas m.in. dumni żołnierze Wojska Polskiego. Piłkarz wyruszył do Warszawy, gdzie został wysłany na kurs sportowy. Następnie powrócił do Cracovii, w której pozostał do 1923 roku. Jeżeli wierzyć ówczesnym statystykom – strzelił w tym okresie 75 bramek w 73 meczach. Takiego wyniku nie powstydziłby się żaden napastnik, a wynik Koguta jest tym bardziej imponujący, iż grał przede wszystkim w pomocy. Podczas drugiego, bardziej udanego podejścia w „Pasach”, zawodnik dał się poznać także z innej strony. Zadziornym „kogutem” był także na boisku, co pomagało mu na pewno w zdobywaniu goli, jak również bardzo często sprawiało problemy. 7 lipca 1921 roku zagrał w tzw. reprezentacji Krakowa przeciwko węgierskiemu zespołowi Ujpesti. Polacy ulegli 1-3, a krakowianin (wraz z Henrykiem Reymanem) został wyrzucony z boiska za głośne protesty przeciw pracy sędziego. Mecz bowiem był bardzo brutalny i zawodnik nie mógł pogodzić się z biernością arbitra wobec agresji węgierskich piłkarzy. Rok później wystąpił w reprezentacji Polski przeciwko Szwecji. Był to jego jedyny występ w biało-czerwonych barwach. Gola nie zdobył, ale brał udział w pierwszym oficjalnym historycznym zwycięstwie piłkarskiej reprezentacji Polski. W listopadzie 1922 roku Adam Kogut ponownie przypomniał kibicom o swoim krnąbrnym charakterze. Podczas towarzyskiego spotkania Cracovii z Wawelem, piłkarz został wyrzucony z boiska za znieważenie sędziego. Był to jeden z najgłośniejszych skandali w polskim futbolu przed wybuchem II wojny światowej. Za nazwanie arbitra „ślepym” piłkarza czekała półroczna dyskwalifikacja. Karierę piłkarską utrudniła w dodatku kontuzja – złamanie obojczyka. Zawodnik jednak nie załamał się i rozwijał w tym czasie w innych dziedzinach – zdał maturę (co ciekawe – w ŻEŃSKIM Seminarium Nauczycielskim w Krakowie) i awansował do stopnia kapitana. Od 1923 roku, tj. od momentu zakończenia okresu dyskwalifikacji, jego życie przypominało tułaczkę. Reprezentował barwy różnych klubów – m.in. Polonię Przemyśl, Czarnych Radom, czy II zespół krakowskiej Wisły. Stałe miejsce zamieszkania utrudniały obowiązki związane z życiem żołnierza. W latach trzydziestych ślad piłkarskiej kariery Koguta się urywa. Nie ma żadnych wiarygodnych źródeł potwierdzających jego aktywność sportową.
Adam Obrubański
Utożsamianie Adama Obrubańskiego jedynie z karierą piłkarską, byłoby karygodnym zaniedbaniem. Urodzony trzy lata wcześniej od swojego imiennika Koguta, przyszedł na świat na terenie obwodu tarnopolskiego. Był niezwykle wszechstronnym człowiekiem. Jego zdolności wykraczały daleko poza sferę sportową. W 1932 roku uzyskał tytuł doktora praw, będąc jednocześnie absolwentem prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmował się także dziennikarstwem – pisał dla bardzo popularnego wówczas „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Jak można przeczytać na stronie „Historia Wisły”, był to jedyny polski tytuł okresu międzywojennego, który znajdował się w ciągłej sprzedaży i jego dostępność przekraczała 2000 miejsc w Europie. Pełnił także rolę redaktora naczelnego sportowego tygodnika „Raz Dwa Trzy”. Można określić go również „Gallem Anonimem” krakowskiej Wisły. Dzięki jego kronikom do dziś zachowało się mnóstwo informacji dotyczących początków Białej Gwiazdy. Przygodę z futbolem rozpoczął w 1908 roku w barwach AZS Kraków. Pomimo młodego wieku był nie tylko zawodnikiem, ale również klubowym działaczem. Mając 18 lat wraz ze znajomymi założył drużynę akademicką, którą zlikwidowano w 1912 roku ze względów wychowawczych. Był to jedyny przypadek w historii polskiej piłki nożnej, by z takiego powodu rozwiązać zespół. Obrubański tłumaczył wówczas, że był rozczarowany odejściem od idei czystego sportu, której tak był wierny. Decyzja ta, na pewno niełatwa, świadczy o jego prawości i dojrzałości. W 1914 rozpoczął swoją przygodę z Wisłą Kraków, z którą był związany przez większość piłkarskiej kariery. Można pokusić się o stwierdzenie, że gdyby nie życie żołnierza, które zmuszało go do wyjazdów, w Krakowie zostałby od początku do końca. Właśnie przez obowiązki wojskowe trafił w 1920 roku do ŁKS-u. W Łodzi również dał się poznać z jak najlepszej strony – był kapitanem, grającym trenerem i współautorem triumfu w rozgrywkach Łódzkiego Okręgu. Adam Obrubański był prawdziwym człowiekiem orkiestrą. Jako pierwszy Polak sędziował mecz rangi międzynarodowej (Węgry-Austria w Budapeszcie). Ceniono go przede wszystkim za bezstronność podczas prowadzenia spotkań. Świadczyć może o tym mecz o finał Mistrzostw Polski z 1921 roku. Jego ukochana Wisła przegrała wówczas z największym rywalem – Cracovią, aż 0-5. Obrubański nie zrobił jednak nic, co mogłoby sugerować o faworyzowaniu Białej Gwiazdy. W latach 1924-1925 znajdował się na oficjalnej liście arbitrów FIFA. W tym samym roku pełnił też funkcję samodzielnego kapitana związkowego, czyli stricte – selekcjonera reprezentacji Polski. Rolę tę sprawował jedynie przez cztery spotkania – trzy z nich przegrał, jedno wygrał. Po zakończeniu kariery zawodniczej wstąpił w struktury kierownicze sekcji piłkarskiej Wisły Kraków w 1929 roku. Ciekawe jest to, iż nie była to jedyna sekcja spośród gier zespołowych, którą kierował. Jego rola sprowadzała się m.in. do szukania talentów, choć zakres jego zasług względem krakowskiego zespołu, wykracza daleko poza nałożone obowiązki. Był także jednym ze współtwórców sukcesu z 1927 roku, kiedy to Biała Gwiazda zdobyła pierwsze w historii mistrzostwo. Wyczyn ten powtórzono rok później. Obrubański mógł czuć się podwójnie spełniony, gdyż w dużej mierze dzięki jego inicjatywie utworzono w tymże wspomnianym sezonie oficjalną polską ligę piłkarską, powstałą na wzór tych europejskich. Przeciwni temu projektowi byli m.in. włodarze Cracovii, którzy na znak protestu, wycofali się z pierwszych historycznych rozgrywek. Adam Obrubański walczył o jak najlepsze warunki dla rozwoju krakowskiego sportu, przez co nierzadko popadał w konflikty z PZPN-em, którego włodarzy posądzał o protekcję na rzecz Warszawy. Działał również w Polskim Komitecie Olimpijskim. Był prezesem Związku Dziennikarzy Sportowych w Krakowie i wiceprezesem Związku Dziennikarzy Polskich w Rzeczypospolitej Polskiej. Kiedy nie działał na rzecz polskiego futbolu, służył polskiej armii jako zawodowy oficer, następnie kapitan rezerw, dowódca plutonu i członek kontrwywiadu.
Katyń
Adama Koguta i Adama Obrubańskiego łączy znacznie więcej niż imię i czasy, w których przyszło im żyć. Ich drogi są łudząco podobne zarówno w sferze sportowej, jak i wojskowej. Obaj związani piłkarsko z Krakowem. Wcieleni do austriackiej armii, następnie weszli w szeregi Wojska Polskiego. Brali udział w słynnej kampanii wrześniowej. Przez jeden sezon grali wspólnie w barwach Białej Gwiazdy, choć Kogut zdecydowanie bardziej związany był z Cracovią, Obrubański zaś – z Wisłą. Wydaje się jednak, że umrzeć powinni właśnie tam, gdzie dla dobra kraju i polskiego sportu sił poświęcili najwięcej – w Krakowie. Los chciał jednak inaczej. Spotkali się ponownie w miejscu, które na zawsze pozostanie najbardziej tajemniczym i najtragiczniejszym w naszej historii. Była to ich ostatnia podróż. W obu przypadkach nie są znane okoliczności, w jakich zostali wzięci do sowieckiej niewoli. Wiadomym jest jednak, że zanim zostali zamordowani w lasku katyńskim, byli przetrzymywani w Kozielsku jako jeńcy wojenni. W 2007 roku podczas uroczystości upamiętniających zbrodnię katyńską zostali pośmiertnie odznaczeni przez prezydenta RP, odpowiednio – Obrubański stopniem kapitana, Kogut – stopniem majora.
Adam Obrubański i Adam Kogut to postaci wyjątkowe. Bohaterowie, żołnierze, patrioci i prawdziwi sportowcy. Ich dokonania świadczą najlepiej o tym, jakimi wspaniałymi ludźmi byli. Przedstawione historie są zaledwie dwiema spośród niemal 22 tysięcy istnień, które swój żywot zakończyły w wyniku bestialskiego mordu sowieckiej armii. Rok 1940, sumiennie tuszowany, był, jest i będzie jednym z najczarniejszych w historii Polski. Nie możemy nigdy o tym zapomnieć. Właśnie ze względu na takich ludzi jak Obrubański i Kogut, którzy byli kimś znacznie więcej, niż dobrymi piłkarzami. Mam nadzieję, że udało mi się Was do tego przekonać – by pielęgnować naszą historię. Taki był cel. My jesteśmy im to winni…
5
O pewnym brzasku w katyńskim lasku, strzelali do nas Sowieci…(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
7
,,La Pulga” przybywa do Europy by zachwycać świat:
W wieku 13 lat Messi jest już znaczącą postacią juniorskiego futbolu. Dwa lata wcześniej Fabian Basualdo, były obrońca Newell’s i River Plate, przez kilka miesięcy reprezentował Leo, starając się jak najlepiej kierować jego karierą do momentu aż rodzina Messi zdała sobie sprawę że nie ma potrzeby posiadania kogoś u boku tak młodego chłopca. Jednak pewnego dnia 2000 roku przy ulicy Estado de Israel 525, pojawiają się Martin Montero i Fabian Soldini z Marki, spółki z siedzibą w Rosario, zajmującą się kupowaniem i sprzedawaniem piłkarzy. Ludzie, o których Jorge, ojciec Lionela, nie chce rozmawiać, ponieważ w rozwoju całej historii nie pomogli jego synowi a wręcz przeciwnie… Montero i Soldini mimo wszystko chcą reprezentować Lionela. Są przekonani że chłopak może mieć błyskotliwą przyszłość w każdym wielkim klubie, zarówno we Włoszech, jak i w Hiszpanii. Zapewniają iż mają kontakty i ważne przyjaźnie. Rodzina Messi nie zawierza jednak łatwo tym słowom. Dopóki mały nie dostanie się na testy w Europie, nikt nie będzie zajmował się jego interesami. Jedyne co trzeba było sprawdzić, to czy te przyjaźnie i kontakty nie były tylko wymysłem. Nie były! Montero i Soldini dzwonią w sierpniu 2000 roku do Barcelony, do jednego ze swoich wspólników, Horacio Gaggioliego. Horacio pochodzi z Rosario ale od lat 60-tych mieszka na stałe w Barcelonie i współpracuje z Josepem Marią Minguellą, agentem piłkarskim, doradcą w sprawie transferów ówczesnego prezydenta Joana Gasparta i przyszłym kandydatem w wyborach, które ostatecznie na fotel prezydenta zaprowadzą Joana Laporte. ,,Widziałem domowe video chłopaka, Horacio, Martin i Fabian zapewnili mnie że warto się nim zainteresować, tak więc porozmawiałem z FC Barceloną i zadzwoniłem do Rexacha, który jest moim dobrym przyjacielem”- wspominał Minguella. Opowiadał mi o bardzo dobrym chłopcu, podobnym do Maradony. Sądziłem że chodziło o jakiegoś 18- albo 19-latka. Kiedy powiedzieli mi o jego wieku, byłem zaskoczony. To musiał być superfenomen aby mógł nas zainteresować. W polityce klubowej nie mieściło się sprowadzanie dzieci spoza Katalonii, nie mówiąc już o zawodniku spoza Unii Europejskiej. Zapewnili mnie jednak że nie było drugiego, takiego jak on. Zdecydowaliśmy się zatem ściągnąć go do Barcelony żeby potrenował przez kilka tygodni, dzięki czemu trenerzy ze szkółki będą mieli okazje by spokojnie go obejrzeć. To było najlepsze rozwiązanie. Lepiej żeby przyjechał do Hiszpanii z rodziną, wtedy, kiedy będzie im pasować, niż byśmy my mieli zaplanować podróż do Argentyny. Mógłby pojawić się jakiś problem, na przykład chłopiec byłby chory albo akurat w tym tygodniu nie mógł by grać… Nasza wizyta byłaby bezużyteczna”- wspominał ówczesny dyrektor sportowy Carles Rexach.
W ten sposób w niedziele 17 września 2000 r. Messi przybywa do Barcelony w towarzystwie swego ojca i Fabiana Soldiniego. Na lotnisku ,,El Prat” czeka na nich Horacio Gaggioli, który zabiera ich do hotelu Plaza na Plaza de Espanya u stóp Montjuïc. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, jeśli w Barcelonie jest dla niego miejsce, tutaj będzie jego nowy dom. Mieszkanie, pieniądze, miejsce pracy dla ojca i być może nawet drużyna dla starszego brata Rodrigo. Wydaje się czymś dziwnym by cała rodzina powierzyła swoje szczęście w ręce 13-latka. Początek testów zaplanowano na 18 września po południu. Lionel z otwartymi ustami podziwia klubowe obiekty. Później wchodzi do szatni by się przebrać i przyłącza się do juniorskich zespołów. Przez tydzień trenuje i rozgrywa mecz z rówieśnikami. Jego ojciec, jak zwykł to czynić na boiskach Rosario, w ciszy obserwuje go z trybun a Leo żeby nie zawieść swojego ojca strzela 5 goli plus ten, który zostaje anulowany, w jednym tylko meczu. Papa obiecał że kupi mu dres, jeśli zdoła strzelić 6 goli. Ostatecznie musiał spełnić swoją obietnice. Argentyński chłopiec spisuje się dobrze. Jednak decyzje o jego przyszłości musi podjąć Rexach, który znajduje się w Australii na igrzyskach olimpijskich. Z tego powodu pobyt Leo w Barcelonie przedłuża się aż do jego powrotu, przewidzianego na 2 października. Sprawa jest otwarta i należy jak najszybciej ją rozwiązać, tak więc 3 października o 5 po południu na boisku numer 3 Miniestadi zorganizowany zostaje mecz między drużyną Cadetes i Juveniles z pierwszego roku. ,,Charly” chce sprawdzić, jak radzi sobie z dziećmi starszymi od siebie. ,,Wracałem z obiadu i na stadion dotarłem z pięciominutowym opóźnieniem. Oba zespoły już grały – opowiada Rexach. – Musiałem przejść odcinek w kształcie litery U żeby dotrzeć na ławke, na której znajdowali się trenerzy. Spóźniłem się siedem czy osiem minut. Kiedy usiadłem, już zadecydowałem. Quimentowi Rife i Minguelli powiedziałem: ,,Musimy go mieć. Natychmiast”. Co zobaczyłem? Bardzo małego chłopca ale bardzo odmiennego, grającego niezwykle swobodnie, zwinnego, szybkiego, bardzo technicznego, który transportował piłke z największą prędkością, zdolnego przedryblować każdego kogo miał naprzeciwko. Umiejętności, które dziś wszyscy znamy, są lepiej widoczne w wieku lat 13-tu. Są piłkarze, którzy potrzebują drużyny żeby się wybijać, on nie. Jeśli ktoś mi mówi że to ja byłem odkrywcą Messiego, zawsze mu powtarzam: gdyby tamtędy przechadzał się Marsjanin, też zdałby sobie sprawę że był bardzo wyjątkowy”. Gotowe, szef powiedział ,,tak”! Dwa dni później Leo i jego ojciec szczęśliwi wracają do Argentyny. ,,Charly” Rexach za pośrednictwem osoby trzeciej obiecał im że wkrótce zostaną wezwani z powrotem aby sformalizować umowę.
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
0
@LS Wszystko ok. tylko żebyśmy się tak bardzo nie zachłysneli, gdyż powtarzam: to był tylko Betis i to wyjątkowo słaby Betis...
8
Wybitne postacie FC Barcelony:
17 września 1886 r. urodził się Otto Helmut Gmelin, niemiecki kupiec, działacz i sędzia sportowy oraz tenisista. Przede wszystkim Gmelin był prezydentem FC Barcelony przez ponad rok(do listopada 1910). Za rządów Gmelina Blaugrana zdobyła pierwszy w dziejach Puchar Króla Hiszpanii i mistrzostwo Katalonii. Duma Katalonii wygrała również wtedy pierwszy raz w historii mecz z profesjonalną angielską drużyną Corinthians Cardiff(4:1). Otto starał się również odejść od futbolu czysto towarzyskiego pomiędzy kibicami. Jednocześnie dążył do powstania grup stałych fanów, którzy chcieliby oglądać każdy mecz swojej drużyny. Po zakończeniu kadencji wszedł do zarządu i oddał stery Joanowi Gamperowi. W tym samym czasie stał się członkiem hiszpańskiego stowarzyszenia arbitrów.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
0
@LS Po pierwsze to cholernie chciało mi się spać i dlatego odpisuje teraz. Po drugie jestem pod ogromnym wrażeniem gry całego(podkreślam całego!) zespołu. Takiego spektaklu nie grali chyba nawet od czasów Guardioli. Po trzecie w dalszym ciągu nie przekonuje mnie Ferran Torres. Owszem strzelił ładnego gola z rzutu wolnego i zaraz będą go porównywać z tego powodu z Messim, jednak poza tym wolnym to właściwie niczym się nie wyróżnił, poza strzałami w trybuny! Wreszcie po czwarte, to był tylko Betis i to jakiś bardzo słaby Betis porównując go z przed roku czy dwóch. Owszem jest w swojej najlepszej formie ale zobaczymy jaki z niego kozak w Lidze Mistrzów, zwłaszcza przeciwko FC Porto...
23
Pamiętamy!
17 września 1968 r. urodził się Francesc(Tito) Vilanova, doskonale znany wszystkim cules były piłkarz i trener. Ponad 8 lat temu po długiej walce z nowotworem ślinianki odszedł Tito Vilanova. Kataloński trener jest wciąż obecny w pamięci i sercach socios i cules FC Barcelony na cały świecie.
@Arkon
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
0
@LS No coż, każdy na tej stronie ma swoje zdanie, ja mam odmienne od twojego, póki co...
0
@LS Oglądałem wszystkie(!) co masz na myśli? Tego patałacha Ferrana Torresa? Weź mnie nie wkurwiaj z tym pierdołą!
0
@LS Czego nie oglądałem?
0
@LeonadisPL Trzymam cię za słowo. Podsumujemy po meczu...
0
@FcPortoFan1999 Ja nic z tego nie rozumiem ale dobra, nieważne
0
Ferran Torres w wyjściowym składzie? To zwiastuje kłopoty w tym meczu a w najgorszym razie porażke...