FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
Wygląda na to że Duma Katalonii znowóż postanowiła katować wszystkich cules szczęśliwym wygrywaniem po 1:0. Tyle że takie igranie z ogniem prędzej czy później zakończy się przykrą porażką. No a Gavi? Coż, dla mnie to człowiek który pomylił dyscypliny sportowe. Znacznie bliżej mu do wolnoamerykanki niż do futbolu...
0
@dv7wisnia ,,Wsparcia PiS dla Lewandowskiego"? Co to wogóle za jakieś bzdury wypisujesz?
0
Komentarz usunięty przez użytkownika
1
@Lionel_Messi10 No wybacz ale nie każdego stać na takie Premium. Poza tym te ich komentowanie itp. to jest na bardzo niskim poziomie
0
@FcPortoFan1999 Masz na myśli polityke? Przecież polityka była jest i będzie a to nie przeszkodziło im przez tyle lat jednak pokazywać środowe mecze...
1
@takisobiektos Akurat ze względu na Roberta Lewandowskiego to włąśnie pokazywaliby Barcunie...
1
To jest niemal skandal(!) że Ligi Mistrzów a jednocześnie ,,naszej" kochanej Barcuni nie pokazują w telewizji Polskiej...
3
Jeśli się nie myle to Xavi poprowadzi dzisiaj Dume Katalonii w swoim setnym oficjalnym meczu. Do tej pory wygrał bodaj 63 mecze, 17 zremisował i 19 przegrał. Najlepszy bilans wśród trenerów FC Barcelony po stu meczach ma Luis Enrique, który zanotował najwięcej zwycięstw (80), zdobywając cztery tytuły, w tym potrójną koronę, a zespół zdobył 297 goli. Z kolei Pep Guardiola miał na swoim koncie 71 zwycięstw, 242 gole i aż pięć trofeów. Ernesto Valverde zamyka podium z 68 zwycięstwami i 241 golami. Xavi zajmuje czwarte miejsce na tej liście.
0
@kaamil1910 Peszko to w porównaniu z Albańskim mały zapijaczony robaczek...
8
@FCBparasiempre
Przedstawiam wam sylwetkę znakomitego i bodaj najlepszego przedwojennego bramkarza, wybranego w 1933 roku najlepszym piłkarzem w kraju, którego śmiało można określić legendą lwowskich klubów. Pierwszą intrygującą rzeczą w tym zawodniku jest samo imię. Spirydion? Zapewne nie spotkaliście nikogo, kto by się tak nazywał. Urok tego imienia dopełnia nazwisko – Albański. W dodatku jego żona, która była znaną w okolicy śpiewaczką operetkową, także posiadała nietypowe imię – Eustachia. Lwów, który należał do Austro-Węgier, był prawdziwą mieszaniną nacji. Samych Ormian było kilkanaście tysięcy. Pochodzenie popularnego „Romka” czy „Spirytusa” (tak nazywali Albańskiego koledzy) nie było więc całkiem oczywiste. Zapytacie, kim czuł się Spirydion Albański. Oczywiście czuł się Polakiem. Z ciekawości zaglądałem do materiałów lwowskich sprzed wojny i tam było wyjaśnienie, że Spirydion pochodził z grekokatolików, Ormian a może wręcz Mołdawian. – Robert Gawkowski, polski historyk kultury fizycznej i sportu, doktor historii, autor publikacji naukowych. Zacznijmy więc od początku. Albański urodził się 4 października 1907 roku we Lwowie. W piłkę zaczął grać już w czasach szkolnych. Jako osiemnastolatek przeniósł się w 1925 z drużyny wojskowej do Pogoni Lwów. Przez trzy lata nie było dla niego miejsca w pierwszym zespole, więc grywał z konieczności w drużynie rezerw w pomocy i ataku. W Ekstraklasie zadebiutował 6 maja 1928 przeciwko Cracovii. Stosunkowo dosyć późno jak na piłkarza, bo jak łatwo policzyć, miał wtedy 21 lat. ,,Pół meczu grałem w rezerwie, w ataku. Kiedy okazało się, że etatowy bramkarz, Bogusław Lachowicz, nie zjawił się na zbiórce, w przerwie ściągnięto mnie z boiska, na którym grały rezerwy. Trener Karl Fischer nie miał innego wyboru i mnie – debiutanta wysłał na boisko z nr 1 na swetrze, zaś sam zajął miejsce za bramką i niczym sufler podpowiadał mi co w danej sytuacji robić. Robiłem co mogłem, ale już w pierwszej połowie przepuściłem dwukrotnie piłkę do siatki. W drugiej połowie grałem już jak „prawdziwy” bramkarz. Zainicjowałem nawet jedną akcję, po której wypuszczony w uliczkę dr Józef Garbień zdobył gola. Ponieważ nie przepuściłem już żadnej bramki, Pogoń wygrała 3:2.. „– w ten sposób swój debiut opisał Spirydion Albański, fragment książki „Polska Piłka Nożna” Józefa Hałysa. Miejsca między słupkami bramki już nie oddał. Był kolejnym wspaniałym bramkarzem po Emilu Görlitzu. Uprawiał również hokej – w ówczesnych czasach piłkarze zimą często zmieniali się w hokeistów. Jednym z przykładów jest tu zawodnik warszawskiej Polonii, Władysław Szczepaniak. Po wojnie Albański zdobył uprawnienia trenera i sędziego hokejowego. Nieobca była mu również piłka ręczna i koszykówka. Trzy lata później Spirydion stał się numerem jeden w reprezentacji, a jego debiut przypadł rozgrywany 5 lipca 1931 na wyjazdowy mecz z Łotwą. Polska wygrała 5:0, inna sprawa, że piłkarze łotewscy wyraźnie odstawali od naszych zawodników pod względem poziomu piłkarskiego. Pomimo tego trzeba było docenić zachowanie czystego konta przez tego kruczoczarnego chłopaka, który był obdarzony świetnym refleksem, chociaż mówiono o nim „zbyt lekki do walki, w powietrzu niczym piórko”. W dodatku był bardzo bystrym człowiekiem. I znów mamy przerwę w postaci meczu międzynarodowego z Łotwą w Rydze. Piłkarstwo polskie reprezentowała niemal cała „Wisła” uzupełniona Karolem Kossokiem, Albańskim, Szczepaniakiem i mną. Łotysze grali gorzej od nas, ale to nie wyklucza, że właśnie tego pamiętnego dnia, choć na trybunach zebrało się zaledwie 1500 widzów, chcieli wykazać, że nie dzieli ich przepaść od Polski. (…) Nie tylko, że nie udało im się strzelić choćby honorowego gola, ale atak polski zaokrąglił wynik do 5:0. (…) Żegnano nas w Rydze bardzo serdecznie, zasypywano nas komplementami, ale wyczuwało się na każdym kroku, że Łotysze po prostu są przerażeni kolosalną różnicą, jaka dzieli ich umiejętności od naszych piłkarzy. – Jerzy Bułanow, fragment książki „11 Czarnych Koszul – moje wspomnienia”
W reprezentacji rozegrał łącznie 21 spotkań. Jego największym sukcesem był wyjazd na igrzyska olimpijskie, rozgrywane w 1936 w Berlinie. Zagrał we wszystkich czterech spotkaniach turnieju. Po zwycięstwach nad Węgrami i Wielką Brytanią Polska musiała uznać w półfinale wyższość Austrii, przegrywając 1:3. W meczu o trzecie miejsce Spirydion wyprowadził drużynę z opaską kapitana na ramieniu, jednak szczęście nam nie dopisało. Brąz zdobyli Norwegowie wygrywając z nami 3:2, a Polska wracała do domu tylko, albo aż, z czwartym miejscem. Sporo pretensji po tym turnieju skierowanych zostało właśnie ku osobie Albańskiego. Twierdzono, że gdyby bronił jak z Austrią w Warszawie czy Rumunią w Bukareszcie (Stanisław Mielech, niegdyś reprezentacyjny napastnik, powiedział, że Spirydion bronił wtedy bezbłędnie), Polska mogłaby wywieźć nawet złoto. Kolejną cechą tego zawodnika, która zapewne was zaintryguje, jest jego wzrost. Gdybyśmy dzisiaj usłyszeli, że bramkarz ma 176 centymetrów, powiedzielibyśmy śmiało „niski, co on chce zdziałać między słupkami?”. Jest jednak na to proste wyjaśnienie, którego udzielił Robert Gawkowski. Wzrost? 1,76. Niski? Błąd! Dlatego, że średnia wzrostu podwyższyła się o kilkanaście centymetrów. Kiedyś oceniałem jedną z drużyn lwowskich czy krakowskich. Pisano o niej „niezwykle rosła drużyna, przeciętna wzrostu nawet ponad 170”. Niezwykle rosła drużyna i 170 cm? Dzisiaj to liliputy. Wystarczy spojrzeć na statystykę. Napastnik wysoki, 168 cm. Ludzie byli niżsi, bramkarz mający 176 cm był uważany za słusznego wzrostu faceta. Wtedy to był naprawdę wysoki człowiek, ze świetnym refleksem. Spirydion był wierny Pogoni. Od 1936 roku stał się jej kapitanem. W ciągu 11 lat opuścił tylko 5 spotkań! Łącznie rozegrał ich w barwach lwowskiego klubu 234. Był prawdziwym człowiekiem ze stali, kontuzje omijały go szerokim łukiem. Rozegrał nieprzerwanie 174 mecze, co jest drugim najlepszym wynikiem w historii tych rozgrywek (pierwsze miejsce zajmuje Jerzy Jóźwiak z wynikiem 185 gier).
Wynik ten trzeba bez wątpienia podziwiać, tym bardziej, iż w tamtych czasach piłka była czysto amatorska, choć nie do końca. Piłkarze mogli liczyć na drobne opłaty w postaci deputatów – a to 50 zł, a to zegarek czy żywność. Drużyna, która wygrała mecz, jadła obiad za darmo. Zresztą oprócz doznania urazu zawodnik zawsze mógł się rozchorować, nie dojechać czy po prostu nie dostać zwolnienia z pracy na mecz. Zanim nastał czas wojny, swój ostatni mecz Pogoń Lwów grała na Konwiktorskiej, 20 sierpnia 1939. Lwowiacy przegrali wtedy 1:2. ,,Pierwsza część tego mało emocjonującego spotkania mija bezbramkowo. Wspomnieć trzeba o pięknym strzale Kazimierowicza w poprzeczkę oraz wyróżnić nawrot formy u Albańskiego, broniącego skutecznie.” – Przegląd Sportowy Nr 67, 21 sierpnia 1939
Zespół Pogoni uznawano za jeden z najlepszych w tamtych latach. Lubiany przez wszystkich „Romek” nie wygrał jednak ani razu z nim mistrzostwa. Trzykrotnie święcił tytuł wicemistrza kraju. Przybył do klubu już po fenomenalnym okresie, gdy to w latach 1922-1925 Pogoń czterokrotnie zdobywała mistrzostwo Polski. Gdyby odbyły się rozgrywki z 1924 roku, przerwane przez igrzyska olimpijskie, zapewne miałaby pięć tytułów z rzędu! Już w tydzień po powrocie z Warszawy rozpętała się wojna. Potem nastąpił okres okupacji radzieckiej, który jednak nie doświadczył zawodników aż tak bardzo, jak mogło by się wydawać. Jak większość piłkarzy ze Lwowa, Spirydion grał w Dynamie czy Spartaku Lwów. Do grona tych zawodników zaliczał się późniejszy najlepszy trener XX wieku Kazimierz Górski. W 1940 Albański grał, mając już 33 lata, co było dość rzadkim przypadkiem. W owych czasach piłkarze o wiele wcześniej kończyli karierę, niż dziś. Dziś uważa się, że trzydzieści parę lat to najlepszy okres dla bramkarza. Jednak w tamtych czasach 35 urodziny oznaczały już schyłek kariery. Co pisał o nim Kazimierz Górski? Kiedy Kazimierz zaczynał swoją przygodę z piłką, to Spirydion zaczynał być już sławny. Podobno we Lwowie każdy chciał być Spirydionem Albańskim. Nawet ci, którzy grali jako napastnicy– Robert Gawkowski.
Po wojnie, jak większość lwowiaków „Spirytus”, przeniósł się na ziemie zachodnie. Najpierw do Rzeszowa, gdzie rozegrał kilka spotkań w barwach tamtejszej Resovii, a potem do Katowic, gdzie został na stałe. Po wojnie pracował w Instytucie Górnictwa. Próbował również swoich sił jako trener piłkarski. Początkowo był asystentem Ryszarda Koncewicza w Ruchu Chorzów jako „instruktor”, czyli formalnie drugi trener. W tym okresie świętował zdobycie pierwszego mistrzostwa w swojej karierze szkoleniowca. Był to sezon, w którym tytuł mistrza Polski otrzymywał, na wzór radziecki, nie mistrz ligi, a zdobywca Pucharu Polski, a w nim to Ruch Chorzów okazał się lepszym od Wisły Kraków. Warunki przedmeczowe nie były sprzyjające. W jednej z gazet Spirydion wypowiedział się na ten temat tak: ,,Warszawa przyjęła nas niezbyt gościnnie, ulokowano zawodników w brudnych, zapuszczonych pomieszczeniach.” Pomimo przeciwności, jakie postawiła im Sekcja Piłki Nożnej GKKF, która miała zająć się kwaterunkiem graczy, Ruch wygrał swój mecz 2:0 po bramkach Henryka Alszera i Jana Przecherki. Później „Spirytus” obejmował lokalne kluby typu Pogoń Katowice, Unia Strzemieszyce czy Zagłębianka Dąbrowa Górnicza. Na początku lat pięćdziesiątych był także sędzią na poziomie II ligi. Znamiennym dla czasów PRL było łatwe zapominanie o przedwojennych sportowcach. W tym okresie więcej pisano o sportowcach radzieckich czy czechosłowackich niż o polskich. W większości książek, które nawiązują do tamtych czasów, Albański figuruje jedynie jako jeszcze jedno nazwisko. Spirydion zmarł w 1992 roku w wieku 84 lat. Dziewięć miesięcy później odeszła jego żona Eustachia. 22 lata temu bramkarz Spirydion Albański został pochowany na cmentarzu przy ulicy Francuskiej w Katowicach ale dziś zdaje się, już nikt o tym nie pamięta a przecież to jedna z najciekawszych postaci naszego futbolu. Lwowiak, wychowanek tamtejszej Pogoni, 18 razy zagrał w reprezentacji Polski, wystąpił na olimpiadzie w Berlinie. Obdarzony świetnym refleksem był trochę zbyt szczupły (jak pisze encyklopedia FUJI, trzykrotnie stawał przed komisją poborową i trzykrotnie był zwalniany z powodu niedowagi. Był nawet okres, kiedy ważył mniej niż 50 kg!). Na Śląsk przyjechał z jednym kuferkiem w 1945 roku i został tu już do końca życia. Przez rok bronił w katowickiej Pogoni. Potem został trenerem. – Paweł Czado, dziennikarz Gazety Wyborczej Katowice, wydanie z 06.07.2002.
Przez wiele lat grób Albańskich był zaniedbany – nikt się nim nie opiekował. Postanowili to zmienić członkowie Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Katowicach i Zabrzu. Z pomocą przyszedł Zbigniew Boniek i wiele innych osób. Po renowacji grobu, przy okazji turnieju Ernesta Pohla, młodzi piłkarze reaktywowanej w 2009 roku Pogoni Lwów złożyli kwiaty i proporczyk na grobie Spirydiona. Piękny gest. Bo przecież o takich sportowcach jak on nie można zapomnieć.
6
Zapomniane legendy polskiego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):
@Sensible
@Arkon
@patataj
@Kessie
@Pawel13sz
@KrychaFCB
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@AssisMoreira
1
@Kessie Ale o co tutaj chodzi? bo ni czorta nie rozumiem, poza tym brakuje tutaj FC Kopenhagi
8
Nieco zapomniane legendy futbolu:
4 października 1955 r. urodził się Jorge Alberto Francisco Valdano Castellanos, były argentyńsko-hiszpański piłkarz i trener, administrator Realu Madryt. Był krępym napastnikiem (188 cm) obdarzonym dużymi umiejętnościami technicznymi. Przybył do Hiszpanii bez większego hałasu i powoli zrobił dla siebie miejsce wśród najlepszych. Real Madryt był ostatnim etapem jego kariery jako piłkarza i pierwszym jako trener i działacz klubowy. Historia Valdano to historia Madridista. W wieku 16 lat Jorge dołączył do młodzieżowych drużyn Newell's Old Boys w rodzinnej Argentynie i zadebiutował w pierwszej drużynie, gdy miał 18 lat. Zdominował grę w powietrzu, ale wyróżniał się także mobilnością i wykorzystaniem obu nóg. Jego umiejętności wzbudziły zainteresowanie menedżerem Deportivo Alavés, legendarnym kapitanem Madrytu José María Zárraga, który podpisał z nim kontrakt w 1975 roku. Jego dobre występy w czterech sezonach z klubem z Vitorii otworzyły drzwi Saragossy a stamtąd podpisał kontrakt z Realem Madryt w 1984 roku. Valdano udowodnił, że jest odpowiednim partnerem dla „Quinta del Buitre”, która właśnie awansowała do pierwszego zespołu. Z ,,Los Blancos” zdobył cztery tytuły, w tym jedyne dwa tytuły Pucharu UEFA w klubowej sali trofeów.
Na początku 1987 roku zdiagnozowano u niego zapalenie wątroby typu B, co doprowadziło do jego wycofania się z futbolu pod koniec tego samego sezonu. Do tego czasu utrzymywał dobrą średnią strzelonych bramek z Realem Madryt (40 bramek w 80 meczach La Liga). Rok wcześniej został również Mistrzem Świata z Argentyną. Skutki tej choroby i surowość leczenia były nie do pogodzenia z zawodowym sportem. Po przejściu na emeryturę nadal był związany z klubem. Najpierw trenował drużynę Under-19, a po poprowadzeniu skromnej Teneryfy do europejskich rozgrywek objął w 1994 roku dowództwo nad pierwszą drużyną. Valdano spełnił swój cel, jakim było zbudowanie zwycięskiej drużyny nastawionej na ataki z własną tożsamością. Drużyna znakomicie zdobyła tytuł La Liga w sezonie 1994/95. W tamtym sezonie zadebiutował Raúl w wieku 17 lat. Po zakończeniu kariery trenerskiej przeszedł do administracji, gdzie zajmował stanowiska Dyrektora Generalnego ds. Sportu Realu Madryt a później Dyrektora Generalnego Prezydencji.
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@MesQueUnClub96
@Kessie
@Arkon
10
To było partidazo!
4 października 2008 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Atletico Madryt 6:1 w ramach 6 kolejki La Liga. W pierwszym sezonie pracy Guardioli nie warto było spóźniać się na żaden z meczów, czego najlepszym przykładem jest potyczka z Atletico. Futbol Barçy był totalny, gole strzelali nie tylko napastnicy ale również i obrońcy(przykładem Marquez, który strzelił gola w 3 minucie tego meczu). Widzowie, którzy weszli na stadion, bądź włączyli odbiorniki w 10 minucie meczu nie zobaczyli 3 goli gospodarzy i pierwszego gola Messiego z rzutu wolnego w karierze, w dodatku nietypowego, gdyż zdobytego w momencie gdy bramkarz gości ustawiał mur. Opuszczenie pierwszej połowy meczu odbierało właściwie sens oglądania drugiej, ponieważ Blaugrana zrezygnowała po przerwie z przygniatającego pressingu. FC Barcelona z reguły pilnowała już wysokiego prowadzenia, podając w nieskończoność piłke, której przeciwnik nie był w stanie przejąć i dobijała rywali kolejnymi golami.
Miło wspomnieć:
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
6
@FCBparasiempre
Z szarych ulicy Malmö wylewa się apatyczna breja stagnacji i beznadziei. Przez morze odrętwienia przedziera się on – były kapitan poważnie uszkodzonego okrętu. Jeszcze kilka tygodni wcześniej miał obrać kurs do portu o nazwie chwała, jednak niespokojne wody okazały się zbyt trudne do przedarcia dla wyraźnie nieprzygotowanej załogi. Nawet on – legendarny kapitan z licencją na wygrywanie z najcięższym żywiołem – nie zdołał pociągnąć załogi do walki. Już więcej nie będzie miał okazji. Abdykował, zostawiając w rękach młodszych zadanie budowy nowego okrętu, tym razem pozbawionego jego doświadczenia i umiejętności. W naturze nic nie ginie, gdy jedna historia dobiega końca, rodzi się miejsce dla startu nowej. Tym hasłem upadły kapitan próbuje rozbudzić nadzieję, niczym latarnia, która rozświetla czerń, dając energię zagubionej załodze statku. Sposób, w jaki Zlatan Ibrahimović pożegnał się z reprezentacją Szwecji, chwycił za serca kibiców całego świata. Trzeba przyznać, że w doskonały sposób podsumowuje i określa on osobę szwedzkiego napastnika. Wyjątkowość to tylko jedno z określeń, które jako pierwsze rzuca się do głowy osoby oglądającej nową reklamę Volvo. Tutaj nie ma miejsca na przypadek. Każdy takt spotu reklamowego jest przemyślany i podkreśla emocje. Taki jest też sam zawodnik – pewny siebie, pyszny i dumny, świadomy swoich nieprzeciętnych umiejętności – na emocjach gra od zawsze. Wie, że na nieudanych mistrzostwach oczekiwano od niego więcej. Jednak to nie kibice wywierali na nim największą presję – to on sam stawiał sobie kolejne cele, dążył do perfekcji, sam od siebie wymagał, często więcej niż fani. Możliwe, że to właśnie dlatego doszedł tam, gdzie inni piłkarze Szwecji nie sięgają wzrokiem. Zlatan Ibrahimović urodził się 3 października 1981 roku w Malmö, jednak jego korzenie sięgają dużo dalej niż Szwecja. Ojciec to Bośniak wyznania muzułmańskiego, matka jest katoliczką pochodzącą z Chorwacji. Ich drogi skrzyżowały się właśnie w skandynawskim królestwie, jednak ich związek z byłą Jugosławią jest aż nadto widoczny. Matka nigdy nie nauczyła się dobrze mówić po szwedzku. Zlatan Ibrahimović był drugim dzieckiem Šefika Ibrahimovića i Jurki Gravić. Oprócz jedynej rodzonej siostry Saneli Szwed ma jeszcze brata przyrodniego od strony ojca, oraz dwie siostry i brata od strony matki. Przyszła legenda szwedzkiej piłki dorastała na przedmieściach Malmö – Rosengard, prawdziwej bombie etnicznej, której większość stanowią osoby nie będące rodowitymi Szwedami. ,,Szwedzki styl? Nie. Jugosławiański styl? Oczywiście, że nie. To styl Zlatana”– tak Ibrahimović miał określić pochodzenie swoich piłkarskich umiejętności. Sam piłkarz w swojej biografii wraca do czasów młodości, a jednym z ciekawszych historii związanych z tamtym okresem jest… kradzież rowerów. Gdy miał 6 lat ukradziono jego dwukołowiec. W odwecie Zlatan zaczął podkradać rowery innych. Nie miał przy tym skrupułów. Jego ofiarą padł nawet jednoślad asystenta trenera. Trzeba przyznać, że już od najmłodszych lat przyszły napastnik reprezentacji miał ogromny tupet. Na szczęście przywłaszczanie cudzych rowerów nie było jedyną pasją Zlatana. W wieku 6 lat dostał on swoją pierwszą parę butów sportowych i zaczął treningi w FC Rosengard (ówcześnie Malmö BI). Zanim podpisał profesjonalny kontrakt z Malmö FF, grywał również z FBK Balkan. Niewiele zabrakło, by w wieku 15 lat porzucił grę w piłkę kosztem pracy w lokalnych dokach, jednak to właśnie kontrakt z Malmö FF ostatecznie przekonał go do pozostania na boisku.
Decyzja o powierzeniu swojego życia piłce nożnej była strzałem w dziesiątkę, bo Zlatan szybko udowodnił, że jest piłkarzem wyjątkowym. Przekonał o tym nie tylko sam siebie, ale również środowisko. Już za czasów jego gry w Malmö FF poważne zainteresowanie zawodnikiem przejawiał Arsène Wenger, który chciał ściągnąć napastnika do Arsenalu. Zamiast tego piłkarz obrał kurs na Holandię, gdzie trafił za 8,7 mln euro. Długo tam nie zabawił, gdyż już po 3 latach, w 2004 roku, przeniósł się do Juventusu za kwotę niemal dwukrotnie wyższą. Za sprawą transferu do Włoch stał zresztą nowy agent Zlatana, Carmine Raiola. Do tej pory za interesy napastnika odpowiadał Anders Carlsson, lecz piłkarz nie był zadowolony z tej współpracy. Agent co prawda załatwił Szwedowi kontrakt w Holandii, ale jego warunki szybko okazały się dla napastnika wręcz obraźliwe, gdyż zarabiał on blisko 4-krotnie mniej od reszty szatni (za realizację transferu odpowiadał Hasse Borg). Kością niezgody stało się ostatecznie odmienne stanowisko agenta i piłkarza w sprawie kolejnego kierunku transferowego. Ibrahimović chciał trafić do Romy, a Carlsson proponował… Southampton. To dla pewnego siebie Szweda było nie do pomyślenia. W takich okolicznościach pojawił się Raiola, który uwiódł Zlatana swoją pewnością siebie i nonszalancją. Przyszły agent piłkarza nawet nie próbował go do siebie przekonać, atakował jego przepych i nie imponowała mu strzelecka skuteczność Zlatana.
Związek z Raiolą okazał się doskonałym wyborem. Obrotny agent szybko przetransferował swojego nowego podopiecznego do Juventusu. Nawet otwarty konflikt z Rafaelem van der Vaartem i wyraźna chęć sprzedaży piłkarza przez Ajax nie zaniżyła wartości zawodnika. Trzeba przyznać jednak, że Zlatan bardzo ułatwiał pracę swojemu agentowi, odpłacając kolejne transfery rosnącą formą. To właśnie za sprawą skuteczności strzeleckiej piłkarz zaczął zwracać uwagę największych – w tym Realu Madryt, który podobno w 2005 roku chciał zapłacić za piłkarza blisko 70 milionów euro. Zamiast tego napastnik został w Juventusie. Dopiero afera Calciopoli i karna degradacja drużyny do Serie B przyniosła kolejny transfer – tym razem do Interu, za kwotę 24 milionów euro. To jednak był przedsmak wartości, do jakiej wywindowany został Zlatan. W 2009 roku ówczesny prezydent Barcelony – Joan Laporta – postanowił sięgnąć głęboko do portfela, oferując za Zlatana 66 milionów euro. Hiszpańska przygoda nie trwała długo – skonfliktowany z drużyną i trenerem piłkarz wrócił do Włoch, uzupełniając skład AC Milan za 24 miliony euro, a po dwóch sezonach wyruszył do Francji. 20-milionowy transfer do PSG sprawił, że łączna kwota transferów za Zlatana wyniosła ponad 180 milionów euro. Tym samym napastnik stał się najdroższym piłkarzem na świecie, biorąc pod uwagę łączną kwotę transferów. Ale przecież wartość piłkarza to nie tylko kwoty transferów, ale również wynegocjowana pensja i kontrakty marketingowe. Można odnieść wrażenie, że Zlatan Ibrahimović wyciąga ze swojej kariery maksimum. Jego medialność idzie w parze z osobowością. Zlatan wraz z agentem obracają w złoto nie tylko sukcesy, ale również porażki. W końcu trudny charakter Szweda powinien odstraszać kluby. Tymczasem jego bójki w szatniach i na treningach czy konflikty z sędziami oraz trenerami wydawały się tylko napędzać kolejne transfery, nawet pomimo tego, że z klubami zwykle rozstawał się w złej atmosferze. Z Guardiolą podobno nie zamienił ani słowa przez pół roku. Nie odpowiadała mu drugoplanowa rola w drużynie. Nie potrafił grać w cieniu Messiego, podobnie jak nie potrafił uznać van der Vaarta jako lidera szatni Ajaxu. Oczywiście konfliktów było więcej. W Juventusie starł się z Jonathanem Zebiną, a w Milanie z Oguchim Onyewu (efektem bijatyki było złamane żebro Zlatana). Spierał się również z dziennikarzami. Do legendy przeszła jego reakcja na pytanie dziennikarki o jego orientację seksualną (niedługo po publikacji tendencyjnego zdjęcia z Gerardem Pique). Ibrahimović odpowiedział: ,,Przyjedź do mnie do domu maleńka i weź ze sobą siostrę, to się przekonasz czy jestem gejem”. Zlatan Ibrahimović nigdy nie zwątpił w swoją wielkość. Jego pewność siebie jest aż nadto widoczna i często stawia w wątpliwość rzeczywistą postawę zawodnika a zręczną grę na emocjach. W końcu nie sposób na poważnie brać określenia siebie mianem boskości w odpowiedzi na pytanie dziennikarza, czy Szwecja awansuje w barażach do mundialu w Brazylii: ,,To wie tylko Bóg… Właśnie z nim rozmawiasz”. Ta wypowiedź nie jest zresztą wyjątkiem. Zlatan buduje wokół siebie atmosferę kultu. Bawi się dziennikarzami i używa ich jako narzędzia. Stąd też czasami ciężko ocenić, czy jego wywiady to skrupulatna gra, czy spontaniczne odpowiedzi osoby, która zamknęła się w zamku zbudowanym na swojej wielkości. Niezależnie od tego trzeba przyznać, że nawet te pozornie nietrafione i buńczuczne odpowiedzi śledzi się z wypiekami. One idealnie uzupełniają się z tym, co Zlatan robi najlepiej – grą w piłkę. W końcu niewielu sportowców może pochwalić się tak równą, wysoką formą przez całą karierę. Ale przecież to nie zawrotna skuteczność strzelecka nakręca fenomen Ibrahimovića. Robią to zagrania szaleńcze, ekwilibrystyczne, wizjonerskie. Któżby inny odważył się strzelać przewrotką, będąc około 25 metrów od bramki? Za ten strzał otrzymał nagrodę Puskása w 2013 roku, jednak dorobił się również kilku nominacji we wcześniejszych i późniejszych latach. Jego trafienia są takie jak on – wyjątkowe i fenomenalne, ciężkie do jednoznacznej definicji. Zlatan Ibrahimović strzela z każdej pozycji, potrafi grać fizycznie i technicznie. Wydaje się popisywać swoim piłkarskim kunsztem, podobnie jak popisuje się elokwencją w wywiadach, naturalnie dążąc do bycia w centrum uwagi. Ta uwaga towarzyszy mu zresztą od początków kariery. Technikę udowadniał wielokrotnie, jak chociażby wtedy, gdy na treningu żonglował przeżutą gumą do żucia, by ostatecznie podbić ją i ponownie chwycić do ust, albo gdy na Euro 2004 strzelił bramkę wpisującą jego nazwisko na pierwsze strony gazet. Nie sposób opisać setek trafień, które prześcigają się w swojej wyjątkowości. Nawet próby stworzenia kompilacji kończą się w momencie, gdy w 10 minutowym filmie trzeba upchnąć te, które swoim urokiem przewyższają pozostałe. Mimo to wielu próbuje, czego efektem mogą być, chociażby takie produkcje jak ta poniżej:
Pisanie o Zlatanie w konwencji Retro jest trudne i nieuczciwe wobec samego zawodnika. On nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Jego wybitny atletyzm pozwoli mu jeszcze na długie granie na poziomie najwyższym (do jakiego aspiruje wrócić Manchester United), a także na poziomie niższym piłkarsko, ale nierealnie wysokim finansowo (Chiny wydają się naturalnym celem na koniec kariery Szweda). Z pewnością Ibrahimović ma jeszcze wiele do zaoferowania. Udowadniać nic nie musi, zrobił to już wielokrotnie, wznosząc się na kolejne szczyty sportowego kunsztu. Przy omawianiu Zlatana pojawia się pewien dysonans w ocenie jego wielkości. Z jednej strony mówimy o sportowcu, który od 2005 roku zdobywa bez przerwy (z jednym wyjątkiem w 2006 roku) nagrodę piłkarza roku w Szwecji. Rodacy nawet nie próbują podważyć jego wielkości, przyznając mu równie często tytuł sportowca roku w kraju. Ale piłkarz wychodzi dużo dalej niż poza granice Półwyspu Skandynawskiego. Gablota różnych pucharów i wyróżnień mogłaby wyposażyć sporej wielkości muzeum. Z każdym klubem, w którym występował, zdobywał trofeum krajowe, był wielokrotnie tytułowany zawodnikiem sezonu, a statuetek gracza meczu nie doliczą się nawet najsprawniejsi statystycy. Doceniała go zarówno UEFA, jak i FIFA w swoich corocznych rankingach. Nawet pomimo fatalnego dla Szwecji turnieju Euro 2012, zakończonego na ostatnim miejscu w grupie, Zlatan zdołał się wedrzeć do jedenastki turnieju. Mimo to Ibrahimović nie jest stawiany na równi z Pele, Maradoną, Ronaldo (tym brazylijskim), Messim czy Ronaldo (tym portugalskim). Do Złotej Piłki został nominowany zaledwie raz, w 2013 roku. Pomimo wielokrotnego udowodnienia swojej wielkości i znaczenia dla drużyn, w których występował, Zlatan Ibrahimović wydaje się przeklęty przez swój fenomen. Przekleństwo to pozwala mu przełamywać kolejne piłkarskie bariery, ale jednocześnie nie pozwala wskoczyć na szczyt, który jest dedykowany dla piłkarskich legend formatu światowego. I to jest w jego sylwetce najdziwniejsze, najtrudniejsze do pojęcia. Sprzeczności, które towarzyszą Zlatanowi, są wyjątkowe tak jak on sam. W końcu mówimy o sportowcu, który swoją jakością wyrasta ponad innych, a który nigdy nie przebił się w świadomościach środowiska przeciętnych kibiców jako równy królom futbolu. Smutne jest, że wielu deprecjonuje jego fenomen. Szwed wydaje się jednak nie aspirować do wejścia na piłkarski Olimp. On w swojej opinii jest ponad nim. Nie szuka udowodnienia swojej wielkości – jest jej świadomy, dlatego też niczym Bóg co jakiś czas daje zwykłym śmiertelnikom pokaz swojej siły. I nawet teraz, gdy opuszcza reprezentację Szwecji, pozbawiając ja pierwiastka swojej boskości, robi to z boskim przepychem, oferując mszę w postaci marketingowego spotu zmontowanego przez Volvo. Jest to zresztą reklama szyta na miarę Zlatana – nieprzeciętna jak on sam. Mimo to nie pozbawia jej nadziei – dając płomień w postaci nowej historii, którą ma symbolizować jego koszulka dumnie powiewająca na ogrodzeniu Zlatan Court.
PS. To oczywiście niejedyne z reklam i kampanii marketingowych z udziałem Zlatana. Większość była realizowana z dużym rozmachem. Piłkarz zresztą jest świadomy swojego marketingowego potencjału, czego dowodzi zarejestrowanie marki „Zlatan” jako znaku towarowego, czy zwołanie konferencji prasowej pod pretekstem informacji ogłoszenia transferu do Manchesteru United, a w rzeczywistości zaprezentowania nowej linii odzieżowej. Zlatan Ibrahimović Zlatan Ibrahimović
Sukcesy
AFC Ajax
2 x mistrzostwo Holandii (2002, 2004)
1 x Puchar Holandii (2002)
1 x Superpuchar Holandii (2002)
Juventus FC
2 x mistrzostwo Włoch (2005, 2006)
Inter Mediolan
3 x mistrzostwo Włoch (2007, 2008, 2009)
2 x Superpuchar Włoch (2006, 2008)
1 x król strzelców Serie A (2009)
FC Barcelona
1 x mistrzostwo Hiszpanii (2010)
2 x Superpuchar Hiszpanii (2009, 2010)
1 x Superpuchar Europy (2009)
1 x klubowe mistrzostwo świata (2009)
AC Milan
2 x mistrzostwo Włoch (2011, 2022)
1 x Superpuchar Włoch (2011)
1 x król strzelców Serie A (2012)
Paris Saint-Germain
4 x mistrzostwo Francji (2013, 2014, 2015, 2016)
2 x Puchar Francji (2015, 2016)
3 x Puchar Ligi Francuskiej (2014, 2015, 2016)
3 x Superpuchar Francji (2013, 2014, 2015)
3 x król strzelców Ligue 1 (2013, 2014, 2016)
Manchester United
1 x Puchar Ligi Europy UEFA (2017)
1 x Puchar Ligi Angielskiej (2017)
1 x Tarcza Wspólnoty (2016)
Szwecja
2 x awans do mistrzostw świata (2002, 2006)
4 x awans do mistrzostw Europy (2004, 2008, 2012, 2014)
4
Złodziej rowerów:
@Sensible
@Arkon
@patataj
@AssisMoreira
@Pawel13sz
@Kessie
@Ogorinho1974
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
0
@Emhyr No ale to akurat nie trzeba mieć 50 lat żeby stwierdzić że stare kompilacje to są z lat 50-tych, 60-tych a nie 2000-cznych...
6
Fantastyczny napastnik z fantastycznym rekordem Polski:
Teodor Peterek był wybitnym zawodnikiem i trwale zapisał się na kartach historii piłki nożnej. Na boisku radził sobie najlepiej jako środkowy napastnik. Przez 74 lata nikt nie odebrał mu tytułu rekordzisty świata w liczbie kolejnych ligowych spotkań z golem na koncie. W okresie 03.10.1937 – 11.09.1938, w szesnastu meczach z rzędu(!) posyłał piłkę do siatki przeciwników. Ten niebywały rekord pobił dopiero w 2013 roku Lionel Messi, który zdobywał gole w 21 kolejnych starciach sezonu 2012/13. Kolejni gracze, w tej klasyfikacji (Henryk Herbstreit z ŁKS-u Łódź i Marek Koniarek z Widzewa Łódź zaliczyli „zaledwie” 10. takich spotkań).
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
0
@Emhyr ,,Stare"? Stare to są kompilacje z Puskasem, Di Stefano, Cruyffem czy Pele! Twoje to są młodziutkie...
6
@FCBparasiempre
3 października 1950 r. w Gdańsku urodził się Andrzej Szarmach, napastnik. ,,Zawsze drugi. Całe życie ciągle drugi. Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, czułem się jak drugi”. Czy jest lepszy cytat do opisu kariery Szarmacha? Ciągła pogoń za złotem a mimo to ciężko mówić o jakimś niespełnieniu. W końcu mowa o 2-krotnym medaliście MŚ i wicemistrzu olimpijsku. W Górniku Zabrze przyszło mu zastąpić kontuzjowanego Lubańskiego i w nim następcę słynnego napastnika dostrzegł też selekcjoner reprezentacji Polski. Trzema golami strzelonymi w towarzyskich starciach z Haiti ostatecznie przekonał Kazimierza Górskiego do nominacji mundialowej. Niewiele jednak zabrakło by trener został zmuszony do radzenia sobie bez niego. W ostatnim kwietniowym meczu ligowym Szarmach doznał poważnej kontuzji kostki i musiał zejść z boiska. Nie pojawił się już na boisku aż do mundialu. Wcześniej też mierzył się z innymi urazem i stracił prawie całą wiosne, strzelając w niej tylko jednego gola. Mimo to w Niemczech Górski z szerokiego grona napastników postawił właśnie na niego, choć wcześniej zdawało się że przegrywa rywalizacje z Domarskim. W towarzyskich starciach przewyższał jednak swych konkurentów. ,,W roli środkowego napastnika najlepiej spisał się Szarmach. Już przed paroma dniami w meczu krakowskim wykazał on dużą dojrzałość piłkarską.”- pisał ,,Dziennik Polski” po sparingu kadry z Malagą. Szarmach na mundialu stał się jedną z największych gwiazd. Strzelił gola po pięknej podcince z Argentyną, w starciu z Haiti stał się drugim polskim piłkarzem w historii mundiali z hat-trickiem na koncie(po Erneście Wilimowskim) a na zakończenie fazy grupowej pokonał bramkarza Włochów po świetnym strzale głową nad bezradnie interweniującym Dino Zoffem. Mógł nawet powiększyć swój dorobek bo z Argentyńczykami zaliczył słupek. Dodatkowo wywalczył karnego na wage zwycięstwa z Jugosławią. Z dorobkiem 5 goli przewodził klasyfikacji strzelców MŚ jeszcze na tym etapie rozgrywek. Dopiero na finiszu wyprzedził go Grzegorz Lato. Wpływ na to miała kontuzja, jaka odniósł w starciu z Jugosławią. Przez stłuczenie mięśnia nie mógł wystąpić z RFN. Temu Górski przypisywał jedyną porażke poniesioną na tym turnieju. Ostatecznie Szarmachowi pozostał tytuł wicekróla strzelców. Drużynowo wywalczył zaś srebro, przyznawane za 3. Miejsce na świecie. ,,Zrobiliśmy dużo ale mogliśmy zajść jeszcze wyżej – mówił sam po powrocie. Agencja UPI dała go jako rezerwowego w najlepszej jedenastce turnieju. Podobnie ustawił go News of the World. Podczas MŚ cieszył się olbrzymią sympatią widzów i nie wiadomo co bardziej pociągało trybuny – wąsik, szybkie i celne strzały czy też autentyczny wdzięk piłkarski tego zawodnika?”- zastanawiał się ,,Dziennik Polski”. T o właśnie wtedy narodziło się słynne powiedzenie że ,,Szarmach wsadza głowe tam, gdzie inni boją się wsadzać noge”. Jak w starciu z Haitańczykami, gdy jego czupryna dwukrotnie znalazła się między bezradnie interweniującymi defensorami z Karaibów. Jego największym atutem była jednak skuteczność. Miłośnik statystyki komputerowej Jacek Gmoch mierzył kiedyś za pomocą nowoczesnych technologii kontakty z piłką swoich zawodników podczas meczu. Wynik Szarmacha był prawie nieprawdopodobny. Środkowy napastnik przez 90 minut nie zanotował nawet dwucyfrowej liczby w tej klasyfikacji. Nie przeszkodziło mu to strzelić w tym meczu 2 goli… Przyzwyczajony przez większość meczu Szarmach, gdy tylko piłka znajdowała się w polu karnym, stanowił ogromne zagrożenie. Wykorzystywał większość nadarzających mu się sytuacji w meczu. Od linii 16 metra piłka niemal sama go szukała. Stąd wiele razy wychodził ,,sam na sam” z bramkarzami, co prawie z automatu oznaczało gola… Łącznie strzelił w ciągu 8 lat gry na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce aż 109 goli. Średnio daje to nieco ponad 12 goli na sezon. Przez ten czas tylko raz jego dorobek spadł poniżej dwucyfrówki w rozgrywkach. Przy 207 rozegranych meczach daje to przeciętnie 0,53 gola na mecz. Dwukrotnie był wicekrólem strzelców. Pozostaje też, a jakże, drugim najlepszym strzelcem w historii występów Stali Mielec w Ekstraklasie. Tylko on oraz Tomasz Frankowski w całej historii rozgrywek strzelili co najmniej po 45 goli w lidze dla więcej niż jednego klubu. Szarmach strzelał je dla dwóch czołowych ekip Ekstraklasy lat 70-tych – Górnika Zabrze oraz Stali Mielec. Gra w żadnym z nich nie dała mu jednak tytułu mistrza Polski! Do obu tych drużyn trafiał w sezonie następującym po zdobyciu złota. Z Górnikiem najdalej doszedł do srebra, ze Stalą Mielec do brązu. Z tą drugą drużyną mierzył się też w słynnych bojach z Realem Madryt w Pucharze Mistrzów. Swoja jedyną korone króla strzelców(poza 2 ligą) wywalczył na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu. Tu jednak z kolei drugie miejsce przyplątało się do niego w rankingu zespołowym. Polacy wyjechali z Kanady ze srebrem po porażce w finale z NRD, co w kraju przyjęto raczej z niedosytem. Szarmach pozostał natomiast bez wywalczonego tytułu drużynowego i nie zdobył go już do końca kariery. Razem z Latą, Kusto i Żmudą stanowi natomiast jedyny kwartet podwójnych medalistów MŚ w historii polskiej piłki. Oprócz srebra zdobytego za 3. Miejsce z drużyną Górskiego w 1974, znaleźli się oni też w zespole Piechniczka 8 lat później. W przypadku Szarmacha trudno żeby było inaczej, skoro swoim golem przyczynił się do wygranej w eliminacjach z NRD w Lipsku 3:2. Na mindialu trener trzymał go jednak w rezerwie. Wpuścił go na zmiane za Andrzeja Iwana w meczu z Kamerunem. Na kolejny występ musiał czekać do starcia o 3. Miejsce z Francją, choć wcześniej prasa głośno domagała się jego udziału w meczu z Włochami, gdy z powodu nadmiaru kartek nie mógł zagrać Boniek. Piechniczek ostatecznie postawił na Pałasza, co jak sam przyznał było jego największym błędem w karierze. Selekcjoner uprzedził się do niego po bardzo słabym występie z Kamerunem. Wtedy wprost powiedział: ,,Szarmach nie jest w formie”. Dość ostro krytykował go też legendarny komentator Jan Ciszewski, twierdząc że napastnik jest zbyt powolny i grzeszy nieskutecznością. W medalowym meczu Szarmach zagrał jednak od początku i zdobył wyrównującego gola po pięknym strzale z dość ostrego kąta. Do historii przeszła chyba jednak scena następująca bezpośrednio po trafieniu. Szarmacha zaczął wyściskiwać Boniek. Napastnik jednak nie okazał żadnej radości, tylko posłał groźne spojrzenie w kierunku selekcjonera… Ciszewski zaś zaniemówił przed mikrofonem z wrażenia po tej akcji. Sam strzelec podkreślał że gol go cieszy ale głównie dlatego że zdobył go w starciu z Francją a był już wówczas piłkarzem klubu z tego kraju. Dokonał tego w swym ostatnim meczu w reprezentacji. Jego dorobek wyniósł 62 mecze i 32 gole. Trafiał więc do siatek rywali średnio w co drugim meczu. Z liczbą 7 goli jest też drugim po Lacie najlepszym strzelcem Polski na MŚ. Tylko tych dwóch piłkarzy w historii biało-czerwonych potrafiło pokonywać bramkarzy rywali na 3 mundialach. Oprócz dwóch medalowych MŚ, uczestniczył też w turnieju tej rangi w 1978, gdzie uzyskał gola na wage wygranej 1:0. ,,Rozłozone ręce Szarmacha, mina zdobywcy po strzeleniu gola i malujący się na ustach okrzyk: To jest to! – to rzeczywiście najradośniejszy i zarazem pozytywny koniec konfrontacji z Peru.”- pisała ,,Trybuna Śląska”. Trener Gmoch w eliminacjach do tego turnieju miał dość specyficzny pomysł na wykorzystanie Szarmacha, stawiając go w drugiej linii, co przy braku dynamiki obniżało jego ocene. Zresztą często pojawiały się glosy że Szarmach już obniżył loty. Być może było to też odium afery z Gorgoniem, gdy wdali się w sprzeczke z obsługą pociągu. Jego odpowiedzią na takie głosy były jednak wybitne mecze, jak w eliminacjach ME z Holandią, w którym strzelił 2 gole. Spotkanie z ówczesnymi wicemistrzami świata uznawane jest za jedno z najlepszych w historii reprezentacji Polski. Po Stali Mielec wyjechał do Francji. Nad Sekwaną dla Auxerre strzelił 91 goli w pierwszej lidze francuskiej, co do dziś jest jednym z najlepszych wyników tego klubu. Dwukrotnie został uznany przez ,,France Football” najlepszym obcokrajowcem ligi francuskiej. Kres kariery piłkarskiej zbiegł się z początkiem pracy trenerskiej. W Ekstraklasie prowadził Zagłębie Lubin. Obecnie zajmuje się działalnością menadżerską. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Sklasyfikowany został na 7.miejscu na liście najlepszych polskich piłkarzy w historii ,,Magazynu Futbol”.
4
Wybitne legendy polskiego futbolu:
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
Dokładnie 110 lat temu w Königshütte(Chorzów) urodził się Leonard Piątek, świetnie wyszkolony technicznie napastnik, który świetnie odnajdywał się w grze kombinacyjnej i imponował silnym strzałem. Swoją przygodę z piłką zaczynał w barwach rodzimego AKS-u, do którego zapisał się jako 13-latek. Debiut w lidze zaliczył 11 kwietnia 1937 r. W derbowym pojedynku z Ruchem strzelił jedną z bramek a jego zespół wygrał 3:1. We wrześniu w ligowym starciu z Wisłą strzelił swojego pierwszego hat-tricka w elicie. W swoim premierowym sezonie w ekstraklasie uzbierał 10 goli, czym znacząco pomógł swojej drużynie, która na finiszu zajęła drugie miejsce w tabeli. Jego strzelecka forma eksplodowała jednak rok później. Wielu zachwycało się wówczas snajperskim popisami Peterka i Wilimowskiego, ale w całych rozgrywkach Piątek obu panom ustąpił tylko o jedną bramkę. Od maja do lipca trafiał w sześciu kolejnych meczach a 2 października w meczu ze Śmigłym Wilno drugi raz w karierze strzelił trzy gole w jednym meczu ligowym. Kolejne dwa hat-tricki ustrzelił w kolejnym sezonie: z Polonią i z Union-Touring. W sumie w lidze strzelił dla AKS-u 41 goli w 43 meczach. W kadrze zadebiutował w meczu z Łotwą 6 września 1936 r. W Rydze grała wówczas de facto druga reprezentacja, ale mecz jest uznawany za w pełni oficjalny. Warto zaznaczyć, że AKS-u nie było wówczas w pierwszej lidze, a mimo to Piątek swoimi umiejętnościami zwrócił uwagę Józefa Kałuży.
Skutecznością imponował nie tylko w klubie, bo już w drugim meczu w biało-czerwonych barwach trafił przeciwko Szwecji, a w kolejnym do kapitulacji zmusił golkipera z Rumunii. W starciu z Jugosławią, z którą walczyliśmy o awans na francuskie mistrzostwa, to właśnie Piątek strzelił dwa pierwsze gole, dzięki czemu polski zespół mógł grać spokojniej i kontrolować przebieg spotkania, zwyciężając ostatecznie 4:0 i przesądzając praktycznie sprawy awansu. Wystąpił w słynnym meczu z Brazylią. W czerwcu 1939 r. strzelił gola w zremisowanym 1:1 meczu ze Szwajcarami, a dwa miesiące później wyprowadził nasz zespół na prowadzenie w ostatnim meczu przed wojną, pewnie wykorzystując rzut karny. Był nominowany do olimpijskiej kadry, która miała nas reprezentować na igrzyskach w Helsinkach w 1940 r. Był piłkarzem bardzo uniwersalnym, można powiedzieć, że już przed wojną prezentował to, co później nazwano futbolem totalnym. W czasie okupacji był ochraniany przez niemieckie władze i cztery lata grał dla zespołu Germania, ale w końcu został wcielony do Wehrmachtu i szybko odniósł rany na polu walki. Do Polski wrócił pod koniec 1945 r. ale doznał w kraju wielu przykrości. Mało kto pamiętał, że to jemu Kałuża w czasie okupacji powiedział, że Ślązacy winni grać, bo będą jeszcze Polsce potrzebni. Po wojnie nie chciano go jego macierzystym klubie, więc karierę kończył w katowickiej Pogoni, gdzie był grającym trenerem i kapitanem. W Reprezentacji rozegrał 17 meczów, strzelając 11 goli.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
9
Rozczarowania Barçy w europejskich pucharach:
Dokładnie 40 lat temu FC Barcelona przegrała na Camp Nou 1:4 z FC Metz w ramach 1/16 Pucharu Zdobywców Pucharów. Barça Terry’ego Venablesa w pierwszym sezonie wszystko robiła efektownie. W La Liga wygrywała wszystkie mecze a w Pucharze Zdobywców Pucharów odpadła z rozgrywek w równie ,,efektowny” sposób. Po zwycięstwie w Metz 2:4 droga do awansu wydawała się otwarta, zwłaszcza że w 33 minucie meczu rewanżowego Blaugrana objęła prowadzenie. W dotychczasowych 4 meczach ligowych Katalończycy dali sobie strzelić tylko jednego gola. W takiej sytuacji strata 4 goli u siebie, potrzebnych przeciętnej francuskiej drużynie do awansu, wydawała się niemożliwa. Barça stosowała w tym meczu taktykę wymuszania spalonych wymyśloną przez Menottiego, polegającą na ustawianiu wysuniętej linii obrony, co Metz wykorzystało dwukrotnie w ciągu 2 minut, jeszcze w pierwszej połowie. W przerwie meczu nawet prezydent Metz nie wierzył w niespodziankę: ,,Sanchez(gracz Barçy, zdobywca samobójczego gola) dał nam prezent ale potrzebujemy jeszcze kilku aby zrekompensować nasze cztery podarunki z pierwszego meczu”. W drugiej połowie kolejne niemal identyczne zagrania za plecy stoperów zakończyły się trzecią i czwartą decydującą bramką dla gości . Wiceprezydent Joan Gaspart nie przebierał w słowach: ,,Proszę mnie nie pytać o naszych zawodników, bo mogę powiedzieć coś obraźliwego. Takie rzeczy dzieją się raz na tysiąc lat!”.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
3
@FCBparasiempre
2 października 1935 r. urodził się Omar Sivori, argentyński pomocnik i napastnik, Zdobywca Copa America-1957 ; Zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’ z 1961 roku oraz 3-krotny Mistrz Włoch. Z Argentyny do Włoch kilka tysięcy kilometrów. Kiedy jednak zajrzeć do kronik "calcio" można dojść do wniosku, że oba kraje dzieli miedza a w dodatku przechodzić można wyłącznie w jedną stronę, z Argentyny do Italii. Orsi, Monti, Libonatti, Demaria, Montuori, Cesarini, Lojacano, Ricagni, Angelillo, Maschio, Martino, Peasaola, Pucirelli czy Scopelli, to tylko nieliczni z najwybitniejszych graczy, którzy przywędrowali z Argentyny na Półwysep Apeniński. Jedni przyjechali do Europy pragnąc znaleźć się w kraju swoich przodków, drugich skusiła wizja solidnych zarobków. I chyba nie będziemy w błędzie twierdząc, iż ten drugi aspekt miał istotniejsze znaczenie, bowiem Argentyńczycy pojawili się również w Hiszpanii (di Stefano) czy Francji. Zbliżonym szlakiem podążył najlepszy piłkarz Europy 1961 roku, Omar Sivori. Urodził się w San Nicolas, kilkunastotysięcznym mieście w prowincji Buenos Aires, nad Paraną. W przeciwieństwie do wielu sławnych piłkarzy, których biografie rozpisano niemal na dni, od czasów chłopięcych począwszy, niewiele wiemy o początkach jego przygody z futbolem. Dopiero jako siedemnastolatka, identyfikuje go nam River Plate, chociaż wedle innych źródeł grę w tym klubie rozpoczął mając dziewiętnaście lat. Zresztą rozbieżności w interpretacji argentyńskiego fragmentu życiorysu Sivoriego, bez liku. Pozostaje wszak niepodważalne, iż w 1955 roku był już gwiazdą River. Miał szczęście doskonalić swój talent u boku takich znakomitości jak Labruna, Loustau czy Nestor Rossi. Ale rychło uczeń przerósł mistrzów. Oto w 1955 i 1956 roku Omar Sivori był najskuteczniejszym zawodnikiem "milionerów". Wprawdzie jego osiągnięcia: 10 i 11 bramek, wyglądają dosyć skromnie przy zdobyczach Labruny, Ferreyry, Moreno, Artime, Masa czy Morete, ale przecież "ważyły swoje". Nieprzeciętny talent zjednał mu uznanie opiekunów reprezentacji, budujących kadrę na mistrzostwa świata w Szwecji. Nazwisko Sivoriego znajdujemy w składzie drużyny narodowej, która triumfowała w XXV Mistrzostwach Ameryki Południowej, rozgrywanych na peruwiańskich boiskach w 1957 roku. Doskonale spisywała się w Peru środkowa trójka napadu: Maschio, Angelillo, Sivori. Jednak nadzieje Argentyńczyków na zmontowanie silnej reprezentacji prysnęły niczym bańka mydlana. Angelillo znalazł się w Interze, Maschio w Bolonii, zaś Sivori - za 180 milionów lirów - w Juventusie! Argentyński Związek Piłkarski (AFA) uznał, że "synowie marnotrawni" niegodni są występów w MŚ. Trener Guillermo Stabile, "król strzelców" I światowego championatu, musiał z nich zrezygnować. Wejście Sivoriego do Juventusu okazało się imponujące. Wraz z Walijczykiem Charlesem stworzył wyśmienity tandem, wspomagany przez Włocha Bonipertiego. W sezonie 1957/58 turyńczycy sięgnęli po prymat z przewagą ośmiu punktów nad Fiorentiną. Charles z 29 golami wygrał rywalizację strzelców, Sivori zajął w tej konkurencji trzecią pozycję z 22 trafieniami. W 1960 i 1961 Juventus znów był najlepszy we Włoszech, a prym w drużynie nadal wiodła trójka: Charles, Sivori i Boniperti, lecz w dorobku bramkowych Argentyńczyk zdecydowanie przodował. Zwyciężył w konkurencji "kanonierów" ligi w 1960 - 27 bramek, w następnym był drugi - 25, zaś w 1963 trzeci - 16. W tym czasie zespołowi, finansowanemu przez koncern "Fiata", dwukrotnie przypadł Puchar Italii. Sivori grał w Juventusie przez osiem sezonów, potem jeszcze cztery - do 1969 - w Napoli. Podczas występów na włoskich stadionach zdążył strzelić 188 goli, co dało mu eksponowaną lokatę wśród najskuteczniejszych zawodników historii "calcio". Swoją grą w turyńskiej armadzie zyskał europejską sławę. Synonim niedoścignionego kunsztu technicznego - pisano - czarował publiczność i fachowców niepowtarzalnym dryblingiem, bajecznym panowaniem nad piłką, instynktem rasowego strzelca. Wielka ruchliwość, iście południowy temperament oraz wyjątkowa zwinność, sprawiły iż przylgnął doń przydomek: "Scioattolo della Juve" (wiewiórka z Juve).
Gdzie indziej charakteryzowano odmienne oblicze piłkarza: " Sivori był przez parę ładnych lat bożyszczem włoskich kibiców, nie tylko ze względu na wysokie umiejętności piłkarskie, lecz również z powodu malowniczego sposobu zachowywania się na boisku. Niemal w każdym meczu popadał w konflikt z sędzią a raz dopuścił nawet do bójki z trenerem drużyny... rywali. Charakter miał ogromnie wybuchowy. Pewien dziennikarz nazwał go aniołem i demonem "calcio". Omar Sivori lubił też popisywać się nieprawdopodobnymi sztuczkami. W czasach występów w Argentynie doprowadził do rozpaczy Chilijczyków. Otrzymawszy piłkę wpadł w istny trans. Minął w niewiarygodnym pląsie szesnastu (!) atakujących go przeciwników i by nie pozostawić wątpliwości, że jest panem sytuacji, uwieńczył "kiwkę" bramką. Ponoć do dziś mówi się o tym trafieniu - "gol Ameryki". Albo trenując w Juventusie przepadał za "przekomarzaniem" się z Charlesem. Kiedyś 20 razy zagrał mu piłkę między nogami co w piłkarski żargonie zowie się "założeniem siatki", innym razem przez godzinę podbijał nogą piłeczkę... ping-pongową, wygrywając zakład z Walijczykiem.Po trzech latach pobytu na Półwyspie Apenińskim, otrzymał obywatelstwo włoskie i mógł kandydować do reprezentacji Italii. Zadebiutował w niej potyczką z Irlandią Północną, 25 kwietnia 1961, strzelając jedną z trzech (3:2) bramek. 15 czerwca, na stadionie Comunale we Florencji gościli Argentyńczycy. Włosi zdeklasowali przybyszów 4:1, a dwoma trafieniami popisał się "oriundi" - Sivori. Ale prawdziwy koncert zaprezentował w eliminacyjnym spotkaniu mistrzostw świata z Izraelem (6:0), czterokrotnie pokonując bramkarza Hodorova. Ciekawe, że partnerował mu w ataku... Angelillo (Roma) a w następnym meczu, w maju 1962 roku z Francją... Maschio (Atalanta). Przyjaciele z reprezentacji Argentyny spotkali się w teamie Italii! "Wiewiórka z Juve" pojechała na MŚ do Chile, ale popisywała się tylko w meczach z RFN (0:0) i Szwajcarią (3:0). Dalszych okazji nie było, ponieważ po przegranej z Chile Włosi zostali wyeliminowani z turnieju. Gra przeciw Szwajcarom - 7 czerwca 1962 roku - stała się zarazem ostatnią, dziewiątą w reprezentacji Włoch. Wcześniej, 26-letni Sivori odniósł ogromny sukces. Oto wychowanek River Plate, zawodnik Juventusu wybrany został piłkarzem numer 1 Starego kontynentu za 1961 rok, w plebiscycie "France Football". Sivori z 46 punktami wyprzedził Luisa Suareza - 40, Anglika Haynesa - 22, Jaszyna - 21, Puskasa - 16, Di Stefano i Seelera po 13. W ogóle przedziwny był to plebiscyt. Eksperci zgłosili nazwiska aż 43 zawodników, skąd Sivoriemu wystarczyła do zwycięstwa skromna ilość punktów. Ani we wcześniejszych, ani późniejszych wydaniach plebiscytów "FF" pierwszeństwo laureata nie wyglądało tak mało przekonujące. Po kilkunastu latach flirtu z "calcio" i europejskim futbolem, Włoch Omar Enrique Sivori, odnalazł w sobie argentyńską duszę i wrócił do ojczystego kraju. Pracował troche jako przedstawiciel "Fiata", ale przecież bardziej pociągała go piłka. Zajął się tedy botą Argentinos Juniros, lecz w klubie nie działał długo. Wzuwało go wyższe cele. Prowadził najpierw młodzieżówkę, a niebawem powierzono mu ster pierwszej reprezentacji, po rezygnacji Pizuttiego. Sivori zabrał się z pasją do wykonywania nowej funkcji. Przyświecało mu ambitne zadanie - stworzenie zespołu, który awansuje do finału MŚ w RFN i odegra w nich niepoślednią rolę. Odmłodził drużynę i aby ją scementować wyruszył na europejsko-azjatyckie tournee. 14 lutego 1973 na stadionie olimpijskim w Monachium doszło do super sensacji. Team Sivoriego zwyciężył mistrzów Europy, zespół RFN - 3:2. "Argentyna będzie mistrzem świata!" - miał podobno powiedzieć po tym spotkaniu. Nadeszły eliminacyjne mecze MŚ z Boliwią i Paragwajem, ale też pojawiły się charakterystyczne kłopoty. Koncepcje Sivoriego nie zjednywały mu sympatyków w Argentyńskim Związku Piłki Nożnej. Działacze AFA nie chcieli przystać na propozycję comiesięcznych zgrupowań kadry. Ponadto jego współpracownicy nie zawsze nadążali za tokiem myślenia szefa. Za Sivorim musiał sie nawet ujmować ówczesny prezydent Argentyny - Juan Peron. Głośnym echem odbyła się scysja Sivoriego z Miguelem Ignomierielo. Otóż przed meczem z Boliwią, wysłano tam wcześniej rezerwy by przekonać się jak zawodnicy zareagują na specyficzne warunki - stolica Boliwii leży na wysokości 3800 metrów nad poziomem morza. Drużynie "duchów" towarzyszył Ignomierielo. Kiedy Sivori przybył do La Paz z zasadniczymi siłami, Ignomierielo oświadczył, że powinni wystąpił jego podopieczni. Ostatecznie w zwycięskim 1:0 uczestniczyło tylko czterech zawodników spośród wybrańców Sivoriego. Sukces z Paragwajem (3:1) przypieczętował awans Argentyńczyków do finałów MŚ. "Zrobiłem co do mnie należało - powiedział "directore tecnico" - moja misja skończona. Rezygnuję." Goryczy Sivoriego dopełniły odejścia najlepszych zawodników stworzonego przezeń zespołu do drużyn europejskich, Carnavaliego, Ayali i Gueriniego do Hiszpanii, Bargasa do Francji, partykularne interesy argentyńskich potentatów klubowych. Uznał, iż przy tych przeciwstawnościach nurtująca go wizja - Puchar Świata dla Argentyny! - nie może się ziścić. Kiedy we Frankfurcie n/Menem odbywało się losowanie MŚ a fortuna skojarzyła w jednej grupie Argentynę, Haiti, Włochy i Polskę, nominację na opiekuna "azul y biano" miał w kieszeni Vladislao Cap.
4
Wybitne legendy futbolu(w odpowiedzi na komentarz):
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
1
@Lionel_Messi10 A co to za czortowina? Bo nie mam zielonego pojęcia? Zresztą jak w obcym języku to i tak nic nie zrozumiem
1
@Lionel_Messi10 No a ten dokument to będzie gdzieś w polskiej telewizji?
4
Pasja milionów:
Panie i Panowie, 2 października 1921 r. na Estadio Sportivo Barracas w Buenos Aires, od meczu Argentyna-Brazylia rozpoczęła się 5 edycja turnieju Copa America. W meczu otwarcia Argentyna pokonała Brazylię 1:0 po golu Libonattiego. Wprawdzie w turnieju zabrakło Chilijczyków, których zatrzymały wewnętrzne konflikty i rozdarcia, lecz w ich miejsce pojawił się nowy uczestnik ,,Copy” a mianowicie Paragwaj. Paragwajczycy wprowadzili wiele ożywienia i świeżej krwi w dotychczasowy układ sił. Powszechny podziw budziła ich niezwykła zaciętość i bezgraniczne poświęcenie. Byli oni bardzo szybcy, sprawni i wytrzymali, potrafili również zaimponować walorami, cechującymi wyższą szkołe piłkarskiej jazdy. Kolejnym uczestnikiem turnieju był jak zawsze silny Urugwaj. Wprawdzie zabrakło w ekipie ,,Celestes” legendarnego Gradina i Hectora Scarone, lecz to nie tłumaczy ich sensacyjnej porażki właśnie z Paragwajem 2:1. Paragwajscy Indianie dosłownie zabiegali ,,urusów”. Tak jak i w poprzednich edycjach Copa America, tak i teraz każdy z zespołów grał z każdym po jednym meczu. Gospodarze nie przegapili życiowej szansy, wygrywając wszystkie 3 spotkania, w tym ostatnie(de facto finałowe) z Urugwajem 1:0, jednocześnie sięgając po pierwsze w historii trofeum Copa America. Argentyna długo i namiętnie napawała się pierwszym w historii tryumfem. Co prawda najlepszym zawodnikiem turnieju wybrano Argentyńskiego bramkarza Tresoriere, to wypada również wspomnieć o jednej z pierwszych w historii ,,Albicelestes” gwiazd a mianowicie o napastniku Julio Libonattim. W tym turnieju był nie do zatrzymania, niczym zaprogramowana maszyna, w każdym meczu strzelając akurat tego decydującego gola, co dało mu tytuł ,,goleadora” turnieju z dorobkiem 3 goli. Nie zapominajmy też, że Libonatti był pierwszym w historii tzw. ,,oriundi”, który wyjechał do Włoch by grać dla słonecznej Italii i AC Torino.
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Był sobie piłkarz….
2 października 1917 r. urodził się João Ramos do Nascimento.
2:00 w nocy. Ktoś Ciebie, drogi czytelniku, budzi gwałtownie i rzuca hasło: Pele. W amoku spowodowanym taką pobudką, pewnie i tak byłbyś w stanie wydusić kilka słów o Brazylijczyku. Kim był João Ramos, zwany potocznie Dondinho? Istnieje cień szansy, że gdzieś błysnął Ci przed oczami, podczas lektury tekstów o legendarnym Pele. Mianowicie był jego ojcem. Jeśli ktoś zastanawia się, po kim ikona brazylijskiej piłki odziedziczyła talent, to już zna odpowiedź. João Ramos był piłkarzem niezwykle uzdolnionym, a co najważniejsze piekielnie skutecznym. Podczas swojej kariery występował w kilku mniejszych klubach, miał też okazję zakładać trykot Atletico Mineiro. Niestety Dondinho nie udało się zaimponować właścicielom klubu. W szeregach ,,Alvinegro” spędził zaledwie dwa lata. W późniejszym okresie grał między innymi dla Sao Lourenco czy pochodzącego z tej samej miejscowości Vasco. Swoją kanonadę strzelecką rozpoczął w 1946 roku, kiedy trafił do Bauru. Począwszy od 1946, do 1952 roku, grając dla tego klubu, zdobył 460 goli w 500 spotkaniach. Niestety jego kariera została przerwana na skutek uszkodzenia więzadeł i nigdy więcej nie wrócił już do piłki. Po częściowym wyleczeniu urazu, został sprzątaczem w lokalnym szpitalu. Wedle wyliczeń, w całej swojej karierze zdobył 893 gole w 775 meczach(!) a podczas jednego z nich popisał się nie lada wyczynem. W ciągu jednego meczu zdobył pięć bramek, niby nic wyjątkowego, gdyby nie to, że wszystkie strzelił głową.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
8
Legendy, nie tylko Widzewa:
2 października 1955 r. w Gdyni urodził się Mirosław Tłokiński, występujący na pozycji napastnika, jak i obrońcy-stopera. Karierę zawodniczą rozpoczął we Flocie Gdynia (1969–1973). W latach 1973–1975 występował w Arce Gdynia. Następnie reprezentował barwy Lechii Gdańsk (w sezonie 1975/1976), Widzewa Łódź (w latach 1976–1983), RC Lens (1983–1985), CS Chênois (1985–1987), Vevey Sports (1987–1988), Stade Rennais FC (1988–1989), FC Onex (1990–1993) i Urania Genève Sport (1993). Największym sukcesem w karierze Tłokińskiego był awans z drużyną Widzewa Łódź do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Klubowych (1982/1983, obecnie Liga Mistrzów UEFA) a także dwukrotne zdobycie z tą drużyną mistrzostwa Polski (1981 i 1982) oraz zdobycie w 1983 roku tytułu króla strzelców polskiej ekstraklasy.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible