0

@Nicko Jakiej kontuzji? bo nie pamiętam żeby w meczu Barcy złapał kontuzje

0

Z jakie powodu Jules Kounde nie może zagrać od początku w El Clasico? Przecież nie jest kontuzjowany?

0

@difranco Ile??? 1000 zł??? To ile ty użytkowniku zarabiasz!? 10 tysięcy za miesiąc? a może więcej?
Mnie nie stać żeby 100 zł postawić, ba! nawet 50 zł!
A ponoć tak narzekają co niektórzy na życie w Polsce...

7

Grande Espectacolo El Clasico!

28 października 2018 r. FC Barcelona pokonała Real Madryt 5:1(!) na Camp Nou w ramach 10 kolejki La Liga i umocniła się na pozycji lidera z siedmiopunktową przewagą nad Królewskimi. Klasyku bez udziału Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo nie było od dawna. Mecz nie zawiódł. Podopieczni Ernesto Valverde zdominowali Real Madryt i wygrali aż 5:1(2:0). Pod nieobecność Argentyńczyka rolę lidera znakomicie odegrał Luis Suarez. Bohaterem meczu a zarazem i jego antybohaterem został Luis Suarez. Wielka forma Urugwajczyka. Napastnik Barcelony miał wprawdzie w tym meczu kilka nieudanych zagrań, ale przez większość czasu był piłkarzem totalnym. Strzelał, podawał, tworzył sytuacje kolegom i wykorzystywał własne. Skompletował hat-tricka i niemal w pojedynkę rozmontował defensywę Realu. Tak, antybohaterem tego spotkania także był napastnik Barcelony. Powodem brutalny faul w drugiej połowie na Nacho Fernandezie. Sędzia ukarał go wprawdzie za to żółtą kartką, ale powtórki jasno pokazały, że Suarez powinien był zobaczyć czerwień.

Oto jak padały gole:

1:0 (11’) – świetnie poprowadzili kontrę gospodarze. Najpierw znakomicie na lewe skrzydło podał Ivan Rakitić. Jordi Alba wbiegł w pole karne, podał do Philippe Coutinho, a ten pewnym uderzeniem nie dał szans Thibautowi Courtois.

2:0 (30’) – sędzia po zastosowaniu systemu VAR podyktował rzut karny dla Barcelony po faulu Raphaela Varane’a na Luisie Suarezie. Urugwajczyk sam wykonał stały fragment gry i precyzyjnym, mierzonym strzałem w dolny róg bramki pokonał Courtois.

2:1 (50’) – dobry kontratak Realu Madryt. Isco dośrodkowywał w pole karne, piłka minęła jednak kilku zawodników, aby wreszcie trafić do Marcelo. Brazylijczyk zabawił się w polu karnym, ale wreszcie strzelił prawą nogą i pokonał Marca-Andre ter Stegena.

3:1 (75') – Suarez wykończył kolejną akcję Barcelony. Urugwajczyk pięknie uderzył głową po podaniu Sergiego Roberto. Courtois próbował sięgnąć piłki, ale nie dał rady. Piękne trafienie napastnika gospodarzy.

4:1 (83') – kolejna kontra Barcelony. W efekcie sam na sam z bramkarzem Realu znalazł się Suarez, lekko podciął piłkę i znowu oszukał Courtois.

5:1 (87') – wprowadzony chwilę wcześniej na boisko Arturo Vidal pokonał Courtois i strzelił ostatniego w tym meczu gola dla Barcelony.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

2

@Warty Dokładnie! A więc musisz przeczytać!

2

@Warty O prosze! No to witaj w klubie bo mój obok Maradony i Messiego również ukochany :) Strach pomyśleć co by było gdyby nie urodził się taki lekkim kaleką...
A tak przy okazji, czytałeś ,,Samotna gwiazda" o Garrinchy oczywiście? Jak nie to koniecznie przeczytaj!

6

@FCBparasiempre
Dokładnie 90 lat temu urodził się Manoel Francisco dos Santos, genialny skrzydłowy i napastnik; 2-krotny mistrz świata, król strzelców MŚ 1962 i najlepszy piłkarz MŚ 1962. Garrincha to zdaniem większość fachowców jeden z najwybitniejszych piłkarzy wszechczasów, dorównujący umiejętnościom i talentem takim piłkarzom jak Maradona czy Pele. Garrincha często wdawał się w drybling w czym był mistrzem. Dryblował i robił szybkie i niespodziewane zwody, często tylko dla samej frajdy. Był niski i posiadał silne nogi co pozwalało mu na niesamowitą zwrotność na boisku. Potrafił też uderzyć bardzo precyzyjnie z dystansu. Jednak z powodu problemów z prowadzeniem się nigdy nie osiągną sławy i pozycji takiej, na jaką faktycznie zasługiwał. To właśnie Garrincha zapoczątkował gest fair play, polegający na wybiciu piłki na aut w momencie, gdy któryś z zawodników przeciwnej drużyny leży na boisku lub jest kontuzjowany. Brazylia grając w składzie z Garrinchą i Pele, nigdy nie przegrała! Jego pseudonim oznacza „Śpiewający Ptak”, był też nazywany Mane Garrincha. Garrincha przyszedł na świat w miejscowości Pau Grande, w dystrykcie Mage i stanie Rio de Janeiro. Jego ojciec był alkoholikiem, Garrincha niestety odziedziczył skłonność do alkoholu po ojcu.

Genialny Brazylijczyk wcale nie miał predyspozycji do zostania wysokiej klasy piłkarzem; miał wadę kręgosłupa, jedną nogę krótszą i wygiętą do wewnątrz w kolanie, chorował również na polio(Choroba Hainego-Medina). O dziwo wcale mu to nie przeszkadzało w płynnym i sprawnym poruszaniu się po boisku. Niektórzy nawet twierdzą, że dziwne powykrzywiane nogi stały się to jego atutem i pomagały w dryblingach i oszukiwaniu przeciwników. Mimo, że Garrincha uwielbiał grać i miał wielki talent to nie od razu to dostrzeżono. Pierwszym klubem w którym zaczął grywać jako nastolatek był; Pau Grande Sports Club. Następnie trafił do Botafogo Rio de Janerio, z którym się związał mając 20 lat. Już w pierwszych meczach pokazał swoje niezwykłe umiejętności driblingu i trzymania piłki przy nodze. W debiucie w pierwszym składzie drużyny Botofago ustrzelił hat tricka! Jednak minęło trochę czasu zanim dostrzeżono w nim przydatność do reprezentacji Brazylii. Pierwsze mecz w barwach Canarinhos rozegrał w 1955 r. W 1957 roku wraz z drużyną Botafogo zdobył mistrzostwo stanowe. Tego roku także zabłysną w reprezentacji, jednak wielu niepokoiło nonszalanckie zachowanie Garrinczy, który często bawił się z obrońcami drużyny przeciwnej, mijając ich, a następnie czekał aż wrócą i ponownie dryblował. Został powołany do szerokiej kadry na Mistrzostwa Świata w 1958 r. odbywające się w Szwecji. Jednak nie wystąpił w dwóch pierwszych meczach z obawy trenera, że może się zachowywać nieodpowiedzialnie w bardzo ważnych meczach. Wystąpił za to w meczy trzecim z ZSSR, w którym grał główne skrzypce. Pierwsze minuty były tak miażdżące w wykonaniu Brazylii, w której w składzie był także niespełna 18 letni Pele, że niektórzy nazywają je najlepszymi trzema minutami w historii piłki nożnej. Brazylia zdobyła gola już w drugiej minucie, a w pierwszej po rajdzie Garrinchy był słupek, a potem poprzeczka Pelego. Ostatecznie Canarinhos wygrali 2:0. Następnie pokonali Walię, a jeden z zawodników Walijskich, Mel Hopkins opisał Brazylijczyka jako zjawiskowego i magicznego piłkarza. W półfinale Brazylia pokonała Francję 5:2. Identyczny wynik padł w finale w meczu ze Szwecją. I mimo, że to młodziutki Pele był największą gwiazdą Mistrzostw to Garrincha znalazł się w pierwszej „11” mistrzostw. Garrincha zaczął nadużywać alkoholu, od którego i tak nigdy nie stronił. Wdawał się w liczne romanse. Po mistrzostwach sporo przytył i daleki był od prowadzenia sportowego życia. Zastał nawet odsunięty od kadry. Ale powrócił i zagrał na kolejnych Mistrzostwach Świata w 1962 r., odbywających się w Chile. To właśnie ten mundial sprawił, że Garrinchę zaczęto nazywać najlepszym piłkarzu świata. Z powodu kontuzji Pelego w trakcie mistrzostw, stał się numerem jeden w reprezentacji i największą gwiazdą mistrzostw. Brylował na skrzydle wypracowując sytuacje bramkowe kolegom i jak również sam strzelał bramki. W ćwierćfinale z Anglią zdobył dwa gole w wygranym meczu 3:1, a w półfinałowym spotkaniu z Chile również dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, a mecz zakończył się wynikiem 4:2. W meczy finałowym Cnarinhos pokonali Czechosłowację 3:1, a Garrincha grał w nim mimo gorączki. Genialny Brazylijczyk został królem strzelców(4 gole) i został wybrany Piłkarzem Mistrzostw, a ludzie półżartem zadawali sobie pytania z jakiej on jest planety. Po mistrzostwach, genialny Brazylijczyk poprowadził swój klub do zwycięstwa w Campeonato Carioca(jedne z najbardziej prestiżowych rozgrywek w Brazylii), pokonując w finale Flamengo. W sumie Garrincha przez 12 lat gry dla Botafogo zdobył trzy razy Campeonato Carioca, wystąpił w 581 meczach strzelając 232 goli. Jest tym samym dla klubu z Rio de Janerio co Pele dla Santosu.Do reprezentacji Brazylii powrócił dopiero w 1965 r. , poza problemami z samym sobą, Garrincha borykał się z kontuzją kolana. Jednak pojechał na już swoje trzecie z rzędu Mistrzostwa Świata, tym razem odbywające się w Anglii. Garrincha już nie zachwycał tak jak dawniej, a dla reprezentacji Brazylii były to jedne z najgorszych mistrzostw w historii. Mimo dobrego początku i wygranej 2:0 z Bułgarią, kolejne dwa mecze przegrali, kolejno z Włochami i Portugalią. W meczu z Portugalią Garrincha nie wystąpił. Do słabszej postawy Brazylii przyczyniła się także kontuzja Pelego(który był brutalnie faulowany przez piłkarzy przeciwnych drużyn), który nie wystąpił w drugim meczu, a w trzecim biegał utykając. Spadek formy Garrinchy poskutkował przejściem do nowego klubu – FC Corinthians Paulista. Długo tam nie zabawił, rozegrał tam tylko 4 mecze i w 1967 r. powrócił do Rio de Janerio podpisując kontrakt z miejscowym Portuguesa Carioca. Nie zagrał tam ani razu. W 1968 r. trafił do kolumbijskiego Atletico Junior, rozgrywając tam tylko jeden mecz. W tym samym roku powrócił do ojczyzny, a dokładnie do Flamengo. Do 1969 roku wystąpił w czterech meczach bez większych sukcesów i rozstał się z klubową piłką. Jeszcze raz spróbował swoich sił w 1972 r. kiedy jako 39-latek rozegrał 8 spotkań w barwach Atlético Clube Olaria. W 1973 r. za zasługi dla brazylijskiej piłki, Garrinchy zorganizowano mecz pożegnalny. Na słynnym stadionie Maracana w Rio de Janeiro mecz obejrzało 130000 widzów!!! A gdy schodził z boiska został owacyjnie pożegnany przez tłumy. Dla reprezentacji Brazylii zagrał 50 razy strzelając 12 bramek. Garrincha był lekkoduchem zarówno na boisku jak i poza nim. Niczym się nie przejmował i korzystał z życia, co nie zawsze przynosiło pozytywne skutki. Uczestniczył w kilku wypadkach, z czego w jednym z nich zginęła jego teściowa. Był uzależniony od alkoholu i tabaki. Zdecydowanie alkohol zabrał mu sporo zdrowia i sprawił, że stał się wrakiem psychiczny i fizycznym. Spłodził osiem córek z swoją żoną i miłością z dzieciństwa Nair Marques, druga żoną była piosenkarka Nair Marques, z która również się rozwiódł. Miał też liczne potomstwo z kochankami i przypadkowymi kobietami. Po zakończeniu kariery piłkarskiej stopniowo i powoli się staczał na dno borykając się z problemami finansowymi i zdrowotnymi, …zapomniany przez świat. Zmarł w wieku 49 lat w Rio de Janerio na skutek śpiączki alkoholowej. Na jego pogrzeb przybyło tysiące fanów. Ma własny pomnik przy stadionie Maracana a na jego nagrobku widnieje napis: "Tutaj odpoczywa w pokoju ten, który był Pociechą dla Ludzi – Mané Garrincha”. Jego nazwiskiem nazwano również stadion w Brasilii-stolicy Brazylii.


6

1

@MesQueUnClub96 Ale cóż ty tu kolego masz na myśli?

7

Historia pisana Blaugraną:

28 października 1987 r. FC Barcelona dokończyła mecz z Atletico Madryt. Pojedynek na Camp Nou w pierwotnym terminie(3 październik) został przerwany przy stanie 1:1 z powodu ulewnego deszczu. Po ponad 3 tygodniach dokończono mecz i w ciągu 20 minut działo się więcej , niż przez poprzednie 70. Jedynego gola strzeliło Atletico, co wywołało protest piłkarzy Barçy domagających się odgwizdania spalonego. ,,Gardził nami na boisku a rzut wolny przelał czare goryczy. Atletico nie chciało ustawienia muru i wykonało szybko niecelny strzał. Arbiter zarządził powtórke i powiedział nam że gdyby padł gol, to uznał by bramke”- żalił się Gerardo. Sędzia odpowiedział natychmiast: ,,Nie chciałem tego mówić ale teraz nie mam wyboru. Alexanco kłamie. Barcelona jest, gdzie jest przez swoją gre. Drużyna, która przez 20 minut nie stwarza żadnej okazji, nie może zrzucać winy na arbitra. Nie przyjechaliśmy tutaj uzbrojeni w pistolety, to gracze Barçy wywoływali cały czas konflikty”.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

0

Przed nami El Clasico po raz 297 w historii a w Primera Division po raz 187. Niestety w La Liga ustępujemy nieco naszemu rywalowi(77 zwycięstw Realu przy 74 FC Barcelony oraz jednego gola mniej dla Barçy) więc wypadałoby dzisiaj poprawić tę statystykę i wyjść na prowadzenie w tabeli. Czy to się uda? Bóg raczy wiedzieć? No i jeszcze jedno, jeśli się nie myle to będzie pierwsze w historii El Clasico na Estadi Olímpic Lluís Companys! Dla kogo przyniesie szczęście?

8

Grande Espectacolo El Clasico!

Dokładnie 10 lat temu FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 2:1 w ramach 10 kolejki La Liga i umocniła się na prowadzeniu w tabeli. Do wygranej nad Królewskimi nie potrzeba było nawet kunsztu Messiego. Tym razem bowiem ze świetnej strony pokazali się inni gracze. Gerardo Martino ustawił Barcę zgodnie z oczekiwaniami. Największy znak zapytania mieliśmy przy jednym miejscu w linii ataku i ostatecznie zamiast Pedro Rodrigueza czy Alexisa Sancheza szansę od pierwszego gwizdka otrzymał Cesc Fabregas. Prawdziwą rewolucję mieliśmy za to w zespole Realu Madryt. Chyba nikt nie był w stanie przewidzieć podstawowej jedenastki Królewskich. Carlo Ancelotti zamienił system z 4-2-3-1 na 4-3-3. Dodatkowo rolę defensywnego pomocnika odgrywał nominalny obrońca - Sergio Ramos, a na szpicy w miejscu Karima Benzemy pojawił się Gareth Bale. Taktyka włoskiego szkoleniowca zdecydowanie nie sprawdziła się w pierwszej połowie. Zbyt wielu pomocników było ustawionych defensywnie, przez co Victor Valdes praktycznie pozostawał bezrobotny. Dodatkowo bardzo skutecznie kryty był Cristiano Ronaldo, a Gareth Bale po kontuzjach wciąż nie jest piłkarzem, który jeszcze nie tak dawno fantastycznie prezentował się w Premier Legue. Tymczasem Barca grała swoje i defensywną skałę Realu rozkruszyła w 19. minucie. Ostatnio krytykowany Andres Iniesta wypuścił lewą stroną pola karnego Neymara, który bardzo sprytnie po rykoszecie umieścił piłkę w siatce tuż przy długim słupku. Co ciekawe, niewidoczny nie był tylko gwiazdor Realu Madryt, ale również FC Barcelony. Lionel Messi grał wyraźnie za linią napadu, nie ruszał wraz z atakami i ciągle szukał wolnego miejsca, ale głównie przed polem karnym. Po zmianie stron Królewscy wyszli już ofensywniej ustawieni z myślą o wyrównaniu. Widowisko od razu nabrało rumieńców, a Królewscy byli bardzo bliscy zdobycia upragnionego gola. Ataki większą liczbą piłkarzy sprawiły, że defensywa Barcy już nie radziła sobie tak idealnie z przykryciem przyjezdnych gwiazd i o swoim kunszcie przypomniał Valdes, dla którego było to prawdopodobnie ostatnie El Clasico na Camp Nou. Golkiper reprezentacji Hiszpanii świetnie bronił uderzenia Sami Khediry i Ronaldo. Dodatkowo miał wiele szczęścia przy atomowym strzale Benzemy z dystansu, po którym zatrzęsła się cała poprzeczka, a swoje "trzy grosze" dorzucił sędzia Undiano Mallenco, który przymknął oko na starcie Javiera Mascherano i Ronaldo w polu karnym Barcy. Jeśli należał się Królewskim karny, to Argentyńczyk powinien wylecieć z boiska. Zamiast tego 9 minut po wejściu na boisko kapitalnym lobem popisał się Alexis Sanchez, który otrzymał podanie od Neymara. Gości stać było jedynie na honorowe trafienie w doliczonym czasie gry Jese Rodrigueza. W poprzednich pięciu El Clasico Barca ani razu nie wygrywała. Wszystko za sprawą Jose Mourinho, którego serii nie przedłużył Carlo Ancelotti. Włoch przegrał spotkanie pod względem taktycznym - w pierwszej połowie jego ekipa nie istniała, Bale musi jeszcze poczekać na swoją szansę, a przez pełne 90 minut na boisku zabrakło niezwykle aktywnych Isco czy Alvaro Moraty. Były trener AC Milan czy PSG zdecydowanie przekombinował z ustawieniem jedenastki a mina zdziwionego Ramosa przed pierwszym gwizdkiem idealnie to potwierdziła.




@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon

7

Niechlubne wspomnienia:

27 października 2004 r. FC Barcelona przegrała w pierwszej rundzie Pucharu Hiszpanii z trzecioligowym UDA Gramanet 0:1 po dogrywce. W 2003 r. Blaugrana potrzebowała gola Ronaldinho żeby wyeliminować tego samego przeciwnika z Pucharu Króla. Rok później nie miała już tyle szczęścia. Po golu w dogrywce swojego wychowanka Oscara Ollesa poniosła kolejną w Copa del Rey porażke z nisko notowanym rywalem(w 2001 z Figueres i w 2002 z Noveldą). W ataku grał wówczas młodziutki Messi, który po meczu ,,czuł złość z powodu porażki” i narzekał że ,,gospodarze zamknęli się na swojej połowie”. Tamten sezon był pierwszym od kiedy pokochałem Blaugrane, jednak o tym meczu i że grał w nim Messi nie miałem żadnego pojęcia. Do prasy miałem wówczas nieco ograniczony dostęp, w telewizorze miałem tylko jedynke, dwójke i Polsat, a o internecie to mogłem co najwyżej pomarzyć. Jedyne wyniki Barçy znałem z telegazety plus wybrany mecz przez publiczną tv w Lidze Mistrzów.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

1

@DonCarletto To jest karygodne(!) porównywać jakiegoś Wiedżmina do legend ukochanego klubu...

6

Nie taki diabeł straszny:

26 października 1988 r. FC Barcelona sensacyjnie zremisowała 1:1 z Lechem Poznań na Camp Nou w pierwszym meczu 1/8 Pucharu Zdobywców Pucharów. Katalończycy zagrali najgorsze spotkanie w sezonie, w dodatku obrońca Aloisio został po meczu wygwizdany. Bogusław Pachelski już na początku meczu zmarnował sytuacje sam na sam z Zubizarretą, natomiast Blaugrana objęła prowadzenie po kontrowersyjnym rzucie karnym, będącym efektem zagrania ręką Łukasika. W drugiej połowie gospodarze rzadko zagrażali bramce Lecha a po jednej z kontr do wyrównania doprowadził Pachelski. Dziennikarze chwalili dobre przygotowanie fizyczne Lecha i świetną gre bramkarza Jankowskiego. Ja tylko przypomnę że był to debiutancki sezon w roli szkoleniowca Ś.P. Johana Cruijffa.


@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Arkon

0

@DonCarletto A jak mam to rozumieć co napisałeś? Gdyż jakoś nie do końca to po polsku?

8

Zapomniane El Clasico:

26 października 1958 roku FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 4:0 w ramach 7 kolejki Primera Division, czym umocniła się na prowadzeniu w tabeli wyprzedzając o jeden punkt właśnie Królewskich. Hattrickiem w tym Klasyku popisał się wyśmienity brazylijski napastnik Evaristo de Macedo a czwartego gola zdobył Justo Tejada. Obie ekipy kończyły mecz w dziesiątke ponieważ sędzia wyrzucił z boiska Zoltana Czibora oraz Jose Emilo Santamarie. Warto pamiętać że Blaugrane prowadził wówczas legendarny Helenio Herrera.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

0

@Ptasior Zaraz, zaraz kolego. Owszem, ciągłe życie historią do niczego nas nie zaprowadzi. Tylko pisanie że jesteśmy drużyna jak każda inna to czysta bzdura! Czyli co? wygrywając dwa czy trzy poprzednie Klasyki pod wodzą Xaviego będąc mistrzem Hiszpanii, oznaczają że FC Barcelona jest na takim samym poziomie i jak to ująłeś ,,jest taką sama drużyną jak każda inna" jak Szachtar, Royal Antwerp czy nawet Legia Warszawa? Całkowita bzdura! Blaugrana jest na zdecydowanie wyższym poziomie i trzeba od niej wymagać znacznie więcej w konfrontacji z takimi przeciwnikami. To oczywiste że nie stać nas na wygrywanie europejskich pucharów, no ale na litość Boską(!) żeby mistrz Hiszpanii męczył się tak niemiłosiernie z tak beznadziejnym(w porównaniu do lat poprzednich) na dzień dzisiejszy Szachtarem...?

0

@Ptasior Raptem Guiu i Casado, cała reszta jest ograna lub doświadczona. Nie zapominaj że Szachtar prezentuje dzisiaj poziom naszej Polskiej pierwszej ligi. Dzisiejszy mecz Barca powinna wygrać gładko minimum 4:0 bez straty gola. Nasza defensywa nawet z Kounde jest w słabej formie. Oczywiście to się zapewne zmieni na lepsze jak wrócą kontuzjowani zawodnicy ale i przeciwnicy będą o niebo a nawet dwa nieba lepsi...

0

@Culer9002 Tylko po co?

0

@Ptasior Mam wrażenie że jesteś niepoprawnym optymistą

0

Co się dzieje z naszą kochaną Barcunią? Owszem mecz wygrany ale z jakim przeciwnikiem? Przecież Szachtar na chwile obecną to prezentuje poziom o dwie półki niżej i nie da się tego usprawiedliwić kontuzjami kilku zawodników. Ja wiem że do El Clasico jest inne podejście ale nasza jakość zwłaszcza w defensywie nie daje żadnych nadziei na zwycięstwo w Klasyku. Jeśli wygramy ten Klasyk to trzeba będzie to po traktować w kategorii jakiegoś cudu? ponoć cuda się zdarzają...

9

Legia w europejskich pucharach:

25 października 1972 roku piłkarze Legii zremisowali ze słynnym AC Milan w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów 1:1. Spotkanie z Włochami odbyło się na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, a gola dla Wojskowych strzelił Kazimierz Deyna. 50 tysięcy warszawskich kibiców, a także bramkarz rywali, oklaskiwało jedną z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejszą bramkę „Kaki” w całej jego karierze. W meczu rewanżowym na San Siro legioniści ulegli rywalom 1:2. „W swojej historii piłkarze Legii na boisku stadionu przy ulicy Łazienkowskiej rozegrali niezliczoną liczbę wspaniałych spotkań. Wówczas, ten jeden raz zarządzono inaczej i kiedy los przydzielił piłkarzom Legii słynny klub, 'wysokie czynniki partyjne', nie znające w ogóle ducha sportu ustaliły, że mecz Legia – AC Milan w dniu 25 października 1972 roku zostanie rozegrany na Stadionie Dziesięciolecia. Piłkarze i działacze niechętnie zgodzili się na propozycję władz, ale w ówczesnej Polsce nie znosiły one sprzeciwu i jeśli coś postanowiono, to nikt nie miał prawa tego negować” – czytamy w tekście Wiktora Bołby na historycznych stronach ,,Naszej Legii”. Paradoksalnie rozegranie spotkania na warszawskim gigancie nie gwarantowało odpowiedniej frekwencji, gdyż stutysięcznik nie był wyposażony w sztuczne oświetlenie. Do ostatniej chwili nie była więc znana pora rozpoczęcia zawodów. Ostatecznie zdecydowano, że mecz rozpocznie się o godzinie 14. Największym wydarzeniem z meczu z AC Milan(oprócz wyniku) była bez wątpienia piękna bramka, jaką zdobył w 78. minucie Kazimierz Deyna ustalając wynik spotkania na 1:1. Ten gol, był jednym z piękniejszych, jeśli nie najpiękniejszym strzelonym przez Kazimierza Deynę podczas gry w klubie z Łazienkowskiej. Owację na stojąco zgotowali mu nie tylko kibice na stadionie, ale także piłkarze AC Milan, którzy z niedowierzaniem kręcili głowami po golu „Kaki”. „W środę, 25 października 1972 roku, mimo niezbyt dogodnej pory dnia, na Stadionie Dziesięciolecia zebrało się 50 tysięcy widzów, co na tym obiekcie nie było liczbą imponującą. Z Włoch za swoimi pupilami przybyła do Warszawy 40-osobowa grupa żywo reagujących fanów. Wszyscy oczekiwali dobrego widowiska sportowego w wydaniu cieszącego się światową sławą AC Milan i jego 'cudownego dziecka' Gianni Rivery. Gdy wreszcie wybiła godzina 'zero', oba zespoły pojawiły się na placu gry. Lesław Ćmikiewicz miał za zadanie wyłączyć z gry Riverę, natomiast Andrzej Zygmunt Pierino Pratiego. Reszta legionistów otrzymała polecenie krótkiego krycia na całym boisku wszystkich piłkarzy AC Milan i forsowania ataku od pierwszej do ostatniej minuty meczu. Tak oto w telegraficznym skrócie należy przedstawić założenia taktyczne ustalone na przedmeczowej odprawie przez trenera Legii Lucjana Brychczego.

Odpowiednio ustawieni przez szkoleniowca legioniści zdecydowanie ruszyli na utytułowanego rywala, dlatego emocji nie brakowało już od pierwszych minut spotkania. Piłkarze Legii, których gra rzadko satysfakcjonowała kibiców w ligowych meczach, tym razem wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że Legia w europejskich pucharach potrafi stworzyć emocjonujące widowiska. (...) Akcje Wojskowych mogły się podobać. Były szybkie, zdecydowane i co ważniejsze, urozmaicone. Zwłaszcza zagrania demonstrowane przez Kazimierza Deynę, Lesława Ćmikiewicza i lewoskrzydłowego Roberta Gadochę, sprawiały rywalom sporo kłopotów. Kilkakrotnie poważnie zagroził bramce gości Stefan Białas, jednak w decydujących momentach nie potrafił zachować zimnej krwi. (...) Piękno gry w piłkę nożną i jej powodzenie polega na zdobywaniu bramek. Gol, to cel tej gry – to spełnienie pragnień nie tylko piłkarzy, lecz także tysięcy kibiców. (...) Gdyby pośród wszystkich strzelców goli na Stadionie Dziesięciolecia prowadzono klasyfikację na zdobywcę najpiękniejszego, zdecydowanym jej liderem byłby zdobywca wyrównującej bramki z AC Milan Kazimierz Deyna. On sam w swoich wspomnieniach 'Droga do medalu' – drukowanych na łamach 'Przeglądu Sportowego' w odcinku zatytułowanym 'Mój najpiękniejszy gol' – tak opisywał sytuację z meczu z Milanem: 'Piotrek Mowlik rzucił w moim kierunku piłkę. Od razu puściłem ją sobie na 'for' i popędziłem co sił do przodu. Kiedy dochodziłem do linii środkowej boiska czułem, że mój 'anioł stróż' Benetti jest tuż za mną. Rozejrzałem się w biegu komu by podać i zauważyłem idącego po lewym skrzydle Białasa. Skierowałem natychmiast przed niego długie, chyba czterdziestometrowe podanie i pobiegłem w stronę bramki przeciwnika, nie tracąc z oka tego, co dzieje się z piłką. Stefan, mając duży rozpęd, wyprzedził będącego na jego drodze Rosato, opanował piłkę i trochę podciągnął. Krzyknąłem wtedy – dawaj! Białas zobaczył mnie i bardzo mocno scentrował – płasko, trochę do tyłu. Piłka szła bardzo szybko i ja byłem w pełnym biegu. W wyobraźni widziałem miejsce, w którym moja prawa stopa spotka się z piłką. Nie zwalniając biegu rąbnąłem prostym podbiciem... Trafiłem wprost idealnie i wydawało mi się, że piłka ginie mi z oczu, lecąc w kierunku bramki. Pamiętam tylko chwilę lęku, czy nie pójdzie trochę za wysoko, ale nie, otarła się o poprzeczkę, aż się spłaszczyła i już była w sieci! Mam jeszcze w oczach obraz Belliego, próbującego wyciągnąć ręce do piłki, ale zdołał je podnieść tylko do wysokości piersi – na tyle właśnie, żeby zacząć bić... brawo. To dla piłkarza chyba największy dowód uznania, kiedy pokonany bramkarz nagradza strzelca oklaskami' - tyle Kazimierz Deyna. O jego strzale w samych superlatywach rozpisywały się także wszystkie dzienniki włoskie” – czytamy w jednym z archiwalnych numerów NL.

Gole: Deyna (78) – Golin (74)

LEGIA: Mowlik – Stachurski, Z. Blaut, Zygmunt, Trzaskowski – Ćmikiewicz, Deyna, Pieszko – Nowak, Białas, Gadocha

AC MILAN: Belli – Anquilletti, Schnellinger, Rosati (80' Zignoli), Sabadini - Biasiolo, Rivera, Benetti - Bigon, Prati, Magherini (60' Golin)



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

3

@FCBparasiempre
Ignacy Rosenstock urodził się 25 października 1889 r. w Bochni i już jako bardzo młody człowiek odznaczył się wielkimi czynami dla formującego się ruchu piłkarskiego na polskiej ziemi. Na początku swojej działalności szczególnie bliskie były mu sprawy sędziowskie, stąd jeszcze przed wybuchem I wojny światowej był jednym z twórców Kolegium Sędziów na terenie Galicji. Jak się potem okazało, to tylko wstęp do pracy i osiągnięć, dzięki którym nawet dziś Rosenstocka trzeba nazywać jedną z osób, która wywarła największy wpływ na to, jak ostatecznie rozwinęła się w naszym kraju piłka nożna. Gdy już w niepodległym państwie w grudniu 1919 roku powstawał Polski Związek Piłki Nożnej, znów w dokumentach pojawiło się nazwisko działacza urodzonego w Bochni. Rosenstock, dzięki temu, że znalazł się w Zarządzie PZPN i jednocześnie został Przewodniczącym Wydziału Spraw Sędziowskich, stał się jedną z najważniejszych postaci w ówcześnie rodzącym się na nowo polskim futbolu. W ówczesnej strukturze PZPN występowały trzy wydziały – oprócz Spraw Sędziowskich także Wydział Gier oraz Wydział Zgłoszeń i Kar. Rosenstock wydziałem odpowiedzialnym za uczciwość w futbolu kierował do 14 lutego 1921 roku, jednak w tamtych czasach jego praca nie wiązała się tylko z siedzeniem za biurkiem. To właśnie on utworzył od podstaw pierwsze regulaminy sędziowskie w bardzo trudnych czasach. Trzeba pamiętać, że z uwagi na ograniczoną kadrę szkoleniową czy sędziowską dochodziło do takich sytuacji, gdy arbitrem spotkania był na przykład prezes Poznańskiego Związku Okręgowego Piłki Nożnej. Sam Rosenstock już po tym, jak przestał szefować Wydziałem Spraw Sędziowskich, prowadził mecze finałowe w pierwszych mistrzostwach Polski w 1921 roku. Wówczas arbitrzy podróżowali na mecze pociągiem (drugą klasą) i za to należał im się zwrot kosztów. Otrzymywali również z tytułu sędziowania wynagrodzenie, które dla meczów klasy A wynosiło 2000 Marek Polskich a klasy B 1000 Mp. Rosenstock, oprócz działalności w kierownictwie PZPN, bardzo intensywnie działał na terenie samego okręgu krakowskiego. Już w 1919 roku współtworzył Krakowskie Kolegium Sędziów Piłki Nożnej, którym zresztą kierował przez trzy kolejne lata. Gdy w lutym 1920 roku formował się Krakowski Okręgowy Związek Piłki Nożnej, Rosenstock również i tutaj znalazł się w Zarządzie. KOZPN był najsilniej rozwiniętym związkiem w kraju; wiadomo, że pod koniec 1920 roku w tym okręgu już siedemnaście klubów miało zatwierdzony statut. Oprócz członka Zarządu w KOZPN Ignacy Rosenstock pełnił również funkcję przewodniczącego Wydziału Gier i okręgowego selekcjonera, czyli kapitana związkowego. W tym czasie Kraków jako siedziba PZPN stanowił kuźnię kadr działaczy i organizatorów życia piłkarskiego w Polsce. To z Krakowa wywodzili się członkowie kolejnych Zarządów PZPN, a tylko do 1921 roku funkcje członkowskie ścisłego kierownictwa w PZPN piastowało aż dwudziestu jeden krakowskich działaczy.

Nic dziwnego, że to właśnie w Krakowie pojawił się pomysł na utworzenie sportowego pisma mającego opisywać wydarzenia sportowe w Polsce ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej. Wśród sześciu pomysłodawców tego projektu znalazł się Rosenstock i to on został redaktorem naczelnym czasopisma, które po raz pierwszy ukazało się 21 maja 1921 roku i do dziś jest najpopularniejszym pismem związanym z polskim sportem. Chodzi oczywiście o „Przegląd Sportowy”, o którym Rosenstock w momencie założenia pewnie nie myślał, że stanie się kultowy i zyska tak ogromną popularność w kolejnych dekadach. Dziś niektórzy zarzucają zbyt zażyłe relacje dziennikarzom „PS” z PZPN i z tej perspektywy sytuacja sprzed prawie stu lat wydaje się nie do pomyślenia. Otóż „Przegląd Sportowy” od pierwszego numeru oficjalnie był organem KOZPN, a dwa miesiące później całego PZPN. Nie miało to jednak wpływu na pojawiające się teksty, które nie były w żaden sposób stronnicze. Mieliśmy bowiem do czynienia z innymi czasami, w których dzięki czasopismu związki piłkarskie mogły ogłaszać swoje komunikaty, relacje z meczów i w jakiś sposób coraz bardziej popularyzować piłkę nożną. Rosenstock co prawda nie był redaktorem naczelnym zbyt długo; pełnił tę funkcję pół roku, ale szczególnie wsławił się jednym tekstem – jak się potem okazało, stanowił on podwalinę pod utworzenie sześć lat później rozgrywek ligowych z prawdziwego zdarzenia. W nr. 20, który ukazał się 1 października, znalazł się artykuł pod tytułem „Nowy projekt rozgrywek o mistrzostwo Polski w piłce nożnej”. Naczelny w tekście przedstawił rewolucyjny wówczas projekt zmian: ,,Pozostawiając okręgi w takich granicach terytorialnych, w jakich obecnie się znajdują i dawszy rozegrać na wiosnę r. 1922 główne mistrzostwa okręgowe jak dotychczas, wyeliminować możnaby po ukończeniu tych mistrzostw w lecie r. 1922 część klubów najlepszych każdego okręgu (a to zależnie od ilości klubów klasy pierwszej) i stworzyć w ten sposób n.p. 10 najlepszych klubów polski, mających rozgrywać na jesień r. 1922 mistrzostwo na wzór angielskiej ligi i to w jesieni r. 1922 pierwszą, zaś wiosną r. 1923 drugą serię mistrzostw polski. Ten rodzaj rozgrywek pozostałby później stałym i na dalsze lata.” Projekt był bardzo trudny do zrealizowania i jak się potem okazało, trzeba było czekać na rozgrywki ligowe jeszcze kilka dobrych sezonów. Nie ulega jednak wątpliwości, że całą dyskusję o przestawieniu coraz bardziej archaicznego systemu na nowoczesną ligę zapoczątkował właśnie Ignacy Rosenstock, po raz kolejny będąc częścią zjawiska, które będzie doskonale służyć przez wiele kolejnych lat aż do obecnych czasów. Najsilniejszym może argumentem za wprowadzeniem ogólnopaństwowej ligi jest niesprawiedliwość obecnego systemu. Wiadomo bowiem, że każdy okręg daje do rozgrywek o mistrzostwo Polski swojego mistrza. I faktem jest, że poziom gry niektórych mistrzów klasy A na poziomie gry przeciętnych klubów klasy B innego okręgu. Jest to krzywdząca niesprawiedliwość wobec czołowych klubów, która prawdopodobnie skłoniła cały szereg towarzystw do wysunięcia projektu zmiany obecnego systemu mistrzostw – pisał w innym miejscu Ignacy Rosenstock. Gdy mówi się o selekcjonerze reprezentacji Polski, który w swojej przygodzie z kadrą był niepokonany, pewnie wiele osób wskaże na Krzysztofa Pawlaka, prowadzącego drużynę narodową po Antonim Piechniczku w jednym meczu w 1997 roku przeciwko w Gruzji. Dzięki zwycięstwu 4:1 Pawlak pod względem czysto statystycznym posiada bilans lepszy niż Kazimierz Górski czy wspomniany Piechniczek. Oczywiście należy na to spoglądać z przymrużeniem oka, ale Pawlak nie był pierwszy. Dużo wcześniej dokonał tego Ignacy Rosenstock, który wsławił się prowadzeniem reprezentacji w pierwszym wygranym meczu w Polsce. Trochę stało się to przypadkowo, bo kapitanem związkowym PZPN był Adam Obrubański, ale pod jego nieobecność spowodowaną pobytem w Paryżu pierwszym selekcjonerem na jedno spotkanie został kapitan związkowy KOZPN – nie kto inny, jak właśnie Rosenstock. Wszystko działo się 29 czerwca 1924 roku przy około sześciotysięcznej publiczności na stadionie ŁKS-u Łódź, gdzie w towarzyskim spotkaniu Polacy pokonali Turcję 2:0 po bramkach Mieczysława Balcera i Henryka Reymana. Był to niezwykły mecz również z powodu składu polskiej drużyny, w którym nie znalazł się żaden z zawodników Pogoni Lwów i Cracovii! Pierwsze zwycięstwo w kraju, po raz pierwszy również reprezentacja nie straciła ani jednej bramki w meczu międzypaństwowym i to wszystko pod wodzą selekcjonera zatrudnionego tylko awaryjnie.

Później Ignacy Rosenstock może nie był już na świeczniku zainteresowania polskiej piłki, ale również cały czas działał dla dobra sportu. Po tym, jak „Przegląd Sportowy” przeniósł siedzibę do Warszawy, został jego krakowskim korespondentem a w ostatnich latach swojego życia związany był z Garbarnią Kraków. Garbarnią, która w czasie, gdy Rosenstock pełnił funkcję członka zarządu klubu, zdobyła w 1931 roku swój jedyny tytuł mistrza Polski w historii. Z Garbarnią związany był do 1935 roku; to właśnie w tamtym roku po nieudanej operacji ślepej kiszki Rosenstock zmarł w wieku zaledwie 46 lat. Mimo dość krótkiego życia spuścizna po krakowskim działaczu jest ogromna. Z jego pracy sędziowskiej, jako działacza oraz dziennikarza korzystały kolejne pokolenia, może nawet bez wiedzy, że podwaliny pod to wszystko podłożył pochodzący z żydowskiej rodziny Rosenstock. To właśnie pierwszy redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego” wyprzedził swoją epokę, tworząc nowatorską koncepcję utworzenia pierwszej i drugiej ligi, w pełni zrealizowanej dopiero czternaście lat po jego śmierci. Dziś, oglądając polską ligę i czytając „Przegląd Sportowy”, warto czasami pomyśleć, że w bardzo dużym stopniu zawdzięczamy to wszystko pomysłom, które narodziły się w głowie Ignacego Rosenstocka.

10

Człowiek orkiestra:

Żył niespełna 46 lat a dokonał rzeczy, które nieprzerwanie towarzyszą Polakom od prawie stulecia. Członek Zarządu PZPN, redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego”, selekcjoner reprezentacji Polski, przewodniczący Wydziału Spraw Sędziowskich, pomysłodawca rozgrywek ligowych. II Rzeczpospolita miała szczęście do wybitnych piłkarskich działaczy. Jednym z najlepszych na to dowodów był… tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

8

Zapomniane legendy futbolu:

25 października 1945 r. w Las Lomitas urodził się Francisco Sa, znakomity argentyński środkowy obrońca, 6-krotny zdobywca Copa Libertadores oraz 2-krotny zdobywca Pucharu Interkontynentalnego. Francisco Sá rozpoczął karierę w prowincjonalnym klubie Central Goya w 1965. W 1968 został zawodnikiem pierwszoligowego Huracánu Corrientes. Stamtąd trafił do River Plate Buenos Aires. W River Plate Francisco nie mógł się przebić do składu i na początku 1971 przeszedł do Independiente Avellaneda w 1971 roku. Z Independiente zdobył mistrzostwo Argentyny w 1971, czterokrotnie Copa Libertadores w 1972, 1973, 1974 i 1975 oraz Puchar Interkontynentalny w 1973. Francisco poza drugim meczem w 1972 wystąpił we wszystkich meczach finałowych Copa Libertadores. W latach 1976-1981 występował w innym słynnym klubie z Buenos Aires - Boca Juniors. Z Boca trzykrotnie zdobył mistrzostwo Argentyny: Metropolitano 1976, Nacional 1977 i Metropolitano 1981. Na arenie międzynarodowej zdobył z Boca Copa Libertadores w 1977 i 1978 oraz Puchar Interkontynentalny w 1977. Francisco Sá wystąpił w pierwszym meczu finałowym w 1977, obu meczach finałowych w 1978 oraz w pierwszym meczu o Puchar Interkontynentalny w 1977. Ostatnim klubem w jego karierze była Gimnasia y Esgrima Jujuy w 1982. Ogółem w latach 1968-1982 rozegrał w lidze argentyńskiej 361 spotkań, w których strzelił 7 goli. W reprezentacji Argentyny Francisco Sa zadebiutował 9 września 1973 w wygranym 4-0 meczu eliminacji MŚ 1974 z Boliwią. Rok później został powołany na Mistrzostwa Świata. Na Mundialu w RFN Sá wystąpił w pięciu meczach z: Polską, Włochami, Haiti, Holandią i Brazylii. Ogółem w barwach Albicelestes wystąpił 15 razy.


@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Kessie
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

8

Rekordy FC Barcelony:

25 października 1959 r. FC Barcelona odniosła najwyższe zwycięstwo w Primera Division na wyjeździe. ,,Wczoraj na wyjeździe Blaugrana pokonała UD Las Palmas 0:8. Barça pozostaje faworytem rozgrywek po zdobyciu pewnych 2 punktów. Wyspiarze byli łatwym przeciwnikiem ale dla kolejnych drużyn nie będzie już tak łatwo”- tak dziennikarze opisywali najwyższe zwycięstwo na wyjeździe w historii klubu. Osłabione brakiem 3 ważnych graczy UD Las Palmas już w 46 minucie przegrywało 0:7 ale FC Barcelona zaczęła grać spokojniej, mając w pamięci kolejne spotkanie 3 dni później. W 2010 r. Blaugrana powtórzyła ten wynik w Almerii. W 1959 r. hattricka w meczu z Las Palmas strzelił Luis Suarez a 51 lat później tego samego wyczynu dokonał Lionel Messi.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

6

@FCBparasiempre
24 październik 2010. Niby zwykła data. Zwyczajny dzień. Niestety dla kibiców jednego klubu życie podzieliło się na „przed i po”. Chodzi o fanów Feyenoordu, którzy właśnie 24 października zostali upokorzeni przez jednego z największych rywali – PSV Eindhoven. Od tej pory każdy fan rotterdamczyków czuł, że na jego kibicowskim obliczu jest podobna blizna, jak ta na twarzy Francka Ribery’ego. Od tego momentu w sercu każdego kibica tego klubu gdzieś z tyłu głowy tliło się wspomnienie – przegraliśmy z PSV 0:10! Początek meczu nie zwiastował późniejszego horroru. Pierwszy gol padł w 24 minucie po strzale z dystansu Jonathana Reisa. Jeszcze przed przerwą PSV podwyższył wynik spotkania na 2:0, choć tym razem na listę strzelców wpisał się piłkarz Feyenoordu, Bruno Martins Indi. Młody Holender usiłować wybić piłkę zmierzającą w kierunku bramki, lecz zamiast uratować sytuacje tylko pogrążył swoją drużynę, strzelając bramkę samobójczą. Warto odnotować, że przy drugim golu podopieczni Mario Beena grali już w dziesiątkę po drugiej żółtej i w efekcie czerwonej kartce dla Kevina Leerdama. Być może właśnie to wykluczenie było katalizatorem późniejszych wydarzeń. Nic nie wskazywało jednak na tak wielki kataklizm. Wynik 0:2 do przerwy ujmy na honorze nie przynosił, jednak w drugiej połowie sytuacja rozwinęła się w sposób, jakiego w najczarniejszych snach nie przewidywali kibice gości. Zaczęło się dwie minuty po wznowieniu gry. Najpierw główką z bliskiej odległości do siatki trafił Jonathan Reis – bum! 3:0. Chwilę później bliźniaczy strzał Toivonena – bum! 4:0. Gospodarze złapali wiatr w żagle i nie mieli litości dla przeciwnika. Jeremain Lens w 55. minucie podwyższa wynik meczu na 5:0, to już była katastrofa. PSV po prostu nie mógł przestać strzelać, piłkarze wpadli w jakiś dziwny trans i niedługo później Reis trafił na 6:0. Potem jeszcze trafiał Dzudzsak – bum! 7:0. Engelar – bum! 8:0. Ponownie Dzudzsak, tym razem z rzutu karnego – bum! 9:0. I na koniec Jeremain Lens – bum! 10:0. Takim wynikiem zakończyło się to spotkanie. W tym przypadku słowa Tomasza Wróbla, który mówił, że czuje się jak dziwka po ganbangu, pewnie nawet w połowie nie oddają samopoczucia rotterdamczyków, którzy najchętniej zapadliby się po ziemię. Angielski portal goal.com za najsłabszego piłkarza uznał golkipera Feyenoordu, Roba van Dijka, ale ten też w kilku sytuacjach uratował zespół przed utratą bramki. Prawda jest taka, że ten wynik nie był jakimś wypadkiem przy pracy, rotterdamczycy zagrali tak słabo, że dwucyfrówka była naturalnym odzwierciedleniem sytuacji na boisku. Bramkarz bronił, co powinien i nic ponadto, defensywa zostawiała zbyt dużo miejsca, zupełnie nie mieli poczucia przestrzeni. Pomoc również rozpierzchła się na wszystkie strony boiska i zupełnie nie wspierała formacji defensywnej. Atak? Może i był, przy porażce 0:10 nie ma to większego znaczenia. Podsumowując, żadna formacja ze sobą nie współpracowała, nie współpracowali też członkowie poszczególnych bloków a w takim przypadku nie są potrzebne błędy indywidualne, bramki przychodzą same, co można było zaobserwować podczas meczu Brazylia – Niemcy, czy Meksyk – Chile. Po prostu jednej drużynie zaczęło wychodzić wszystko, a druga szybko się załamała i zaczęła prezentować zlepek indywidualności.

Do tamtego momentu najwyższą porażką Feyenoordu była przegrana z Ajaksem Amsterdam 2:8 w 1983 roku. Trener Mario Been wpisał się więc na stałe do historii klubu, który w 1970 roku wygrał Puchar Mistrzów. Szkoleniowiec natychmiast oddał się do dyspozycji zarządu, ale co ciekawe, zarząd wciąż mu ufał.

,,Wstydzę się naszego występu w meczu z PSV. Oddałem się po tym spotkaniu do dyspozycji zarządu. Piłkarze są totalnie rozgoryczeni i jeszcze nie zdołali zareagować na to co się stało. Spodziewam się, że wypowiedzą się dopiero w poniedziałek. Jeśli znajdzie się choć jeden zawodnik, który nie wierzy w powodzenie mojej misji – rzucam ręcznik… To czarna strona w historii Feyenoordu. To co się tu stało nie tylko rani mnie jako szkoleniowca ale także jako fana Feyenoordu” – mówił na pomeczowej konferencji trener rotterdamczyków Mario Been.

,,Jestem dumny, szczególnie ze stylu jaki zaprezentowaliśmy w drugiej połowie. Graliśmy jedenastu na dziesięciu, ale mimo tego zachowaliśmy dyscyplinę i utrzymaliśmy wysokie tempo. Kiedy tak długo utrzymujesz się przy piłce miejsce do rozgrywania akcji znajduje się automatycznie. W poprzednich spotkaniach, kiedy przewodziliśmy w tabeli Eredivisie, trochę się rozluźniliśmy, ale teraz mieliśmy w sobie niesamowity pęd do osiągnięcia wysokiego zwycięstwa” – tłumaczył Fred Rutten, trener PSV Eindhoven. Co na to Leo Beenhakker, w tamtym czasie dyrektor sportowy Feyenoordu? – ,,Chcemy zatrzymać naszego trenera, Mario Beena, wciąż go popieramy i wierzymy w jego umiejętności trenerskie” – uspokajał były selekcjoner reprezentacji Polski. Czy słusznie? Been dokończył sezon ale później dostał wilczy bilet. Najważniejsze jednak, że nikt nie stwierdził, że porażka 0:10 oznacza koniec świata, że piłkarzy trzeba zwolnić, trenera wyrzucić a stadion zaorać. Feyenoord konsekwentnie dążył do realizacji swojego planu i po zupełnie nieudanym sezonie wrócił do czołówki Eredivisie. Jedyne, co się zmieniło, to jedna blizna więcej ale w futbolu to chyba coś normalnego…

6

@FCBparasiempre
24 października 1942 r. urodził się Zygfryd Szołtysik, pomocnik/napastnik. Gdyby nie jego wejście na boisko w meczu z ZSRR na igrzyskach w 1972 r., dzisiaj pewnie mówili by o nim tylko wierni kibice Górnika Zabrze. ,,Powiedzmy sobie szczerze, mistrzami olimpijskimi wtedy byśmy nie zostali, no a kto by się przejmował trzecią czy czwartą drużyną turnieju. Czasem trzeba mieć szczęście”- zwraca uwagę Szołtysik. Polska przegrywała w Augsburgu z radziecką ekipą 0:1 a potrzebowaliśmy wygranej żeby zachować realne szanse na awans do finału olimpijskiego turnieju. Do końca meczu było niewiele ponad 20 minut. Na boisku pojawił się Szołtysik. Błyskotliwy i niepozorny pomocnik Górnika dał niesamowity impuls. Najpierw z rzutu karnego wyrównał Deyna. Nerwowo wyczekiwaliśmy jeszcze zwycięskiego gola i wreszcie nadeszła 89 minuta meczu… Lewym skrzydłem przedarł się Robert Gadocha. Jak magnes przyciągnął do siebie dwóch rywali, więc przed radziecką bramką zrobiło się więcej miejsca. Dośrodkował gdzieś w okolice linii pola karnego bo tam był Lubański. Kapitan biegł odwrócony od bramki. Mógł wykonać nagły zwrot, zaskoczyć zwodem i pchać się w szesnastke. Tyle że tuż przed nosem miał Szołtysika. W Górniku od lat rozumieli się w ciemno; żartowano że są jak stare dobre małżeństwo. Dlatego Lubański podjął najlepszą decyzje, wystarczył trwający ułamek sekundy porozumiewawczy gest z kolegą. Zostawił mu zagrywaną od Gadochy piłke, ledwie ją musnął, jakby chciał na niej tylko postawić swoją firmową pieczątke. ,,Zyga” wiedział że w gre wchodzi tylko jedna możliwość: błyskawiczny strzał na bramke. Kropnął z prawej nogi. Jewhen Rudakow był bez szans. ,,Teraz to możemy sobie ze szczegółami tę akcje opisywać ale wtedy niewiele widziałem. Tylko jak piłka zatrzepotała w siatce. Dopiero później zobaczyłem zapis video i przeanalizowałem wszystkie detale. Każdy wie że miałem nie zagrać bo do zmiany był wyznaczony Andrzej Jarosik. Tylko że on odmówił wejścia na boisko. Czy ze strachu? Proszę nie żartować. Niby czego miał się bać? Dobrze widziałem całą sytuacje. Wkurzony był że nie ma go w podstawowym składzie i w tej złości burknął że teraz to nie będzie grał. Nie było czasu na dyskusje. Kazimierz Górski szybko rzucił w moim kierunku: ,,Zyga, rozbieraj się, ty wchodzisz”- relacjonował Szołtysik. Jego nazwisko natychmiast znalazło się na ustach całej polski bo nic tak nie mogło smakować, jak zwycięstwo nad Sowietami! Już po turnieju trener Górski w studiu telewizyjnym zdawkowo opowiedział Janowi Ciszewskiemu o kulisach planowanej zmiany w 69 minucie meczu: ,,Jarosik był nieprzygotowany do wejścia, był w jakiejś niedyspozycji, więc moja następna decyzja: Szołtysik”. Selekcjoner w publicznym wystąpieniu zachował się jak wytrawny dyplomata, lecz Jarosik w jego drużynie już nigdy nie zagrał. Skoro napastnik Zagłębia Sosnowiec był wtedy zdaniem selekcjonera ,,w jakiejś niedyspozycji”, należy koniecznie zaznaczyć że i powszechnie lubiany ,,Zyga” miał swoje problemy. ,,Bolał mnie mięsień łydki, pamiątka po poprzednim meczu z Danią ale jak trzeba grać, to trzeba. W końcu po to siedziałem na ławce żeby w razie czego pomóc. Boli, nie boli, musisz wejść. Nie miałem pojęcia że za chwile przeżyje najważniejsze minuty w reprezentacyjnej karierze. Miałem już 30 lat, zastanawiałem się co dalej z piłką a tu nagle wydarzyło się coś, z czym już na zawsze będę się kojarzył kibicom Biało-Czerwonych. Troche jak Jan Domarski, który strzelił gola na Wembley”- opowiada pan Zygfryd. Dalszego ciągu nie było. Miesiąc po igrzyskach Szołtysik po raz ostatni zagrał w reprezentacji w towarzyskim meczu z Czechosłowacją. Do kadry na mistrzostwa świata w RFN się nie załapał a przecież mógł liczyć że wskoczy do niej właśnie jako dżoker, tak jak ze Związkiem Radzieckim. ,,Wiecie że jakoś nigdy nie zapytałem Górskiego, czemu nie zabrał mnie do kadry na mistrzostwa? Może niepotrzebnie głośno mówiłem Blautowi że chce już wyjechać za granice żeby jeszcze trochę zarobić? Do Górskiego to dotarło i mógł uznać że nie ma sensu dalej na mnie stawiać a ja cały czas trzymałem forme. Po mundialu wyjechałem grać do Francji, jednak po roku wróciłem i dalej zasuwałem w Górniku. Wiedziałem że mając 33 lata, nie ma już co myśleć o kadrze narodowej ale liczący się wtedy w PZPN, związany już wcześniej z Górnikiem działacz Henryk Loska podpowiadał komu trzeba żeby mnie powołać. Nic z tego nie wyszło., lecz jestem pewien że znowu byłem blisko reprezentacji”- podsumowuje Szołtysik. W Zabrzu grał aż do sensacyjnego spadku drużyny w 1978 r. Po krótkiej przygodzie z kanadujskim Toronto Falcons wrócił na Śląsk i przeniósł się do 3-ligowego Górnika Knurów, z którym awansował do drugiej ligi. Właśnie w Knurowie zakończył karierę w wieku 42 lat! ,,Troche nie daje mi spokoju że odszedłem z Górnika Zabrze w takim momencie. Miałem 36 lat, uznałem że czas się rozstać. W Górniku pojawiali się coraz młodsi, szło nowe pokolenie”- wspominał ,,Zyga”. Dzisiaj pamiętamy o jego reprezentacyjnej przeszłości oraz o wielkich europejskich wyczynach z zabrzańskim Górnikiem, w którym zagrał aż 46 pucharowych meczów na przestrzeni 14 lat. Nie każdy jednak wie że zanim został wielkim mistrzem z Górnikiem i kadrą, był mistrzem w Zrywie Chorzów. W 1960 i 1961 r. jego zespół nie miał sobie równych w kraju. ,,Wielka w tym zasługa trenera Murgota, który umiał powybierać najlepszych uczniów z chorzowskich i okolicznych szkół. Bo to był kochani szkolny klub, żaden Ruch Chorzów czy Górnik Zabrze. Nie stało za nami takie zaplecze, nie mieliśmy takiej bazy a jednak to my byliśmy najlepsi”- podkreśla z dumą Szołtysik. Grał wówczas w jednej drużynie z Antonim Piechniczkiem, Janem Banasiem czy Józefem Jandulą. Za drugim razem juniorski finał na Stadionie Śląskim odbył się bezpośrednio przed pamiętnym pierwszym w historii meczem Górnika w Pucharze Europy z Tottenham Hotspur(4:2). Zanim zabrzanie rozprawili się z Anglikami, Zryw rozgromił Górnika Wałbrzych 10:1! Szołtysik był też jednym z ,,Portugalczyków”, czyli członkiem reprezentacji Polski U-19, która właśnie w Portugalii w 1961 r. zdobyła tytuł wicemistrza Europy. W drodze do finału mierzyli się z Francją(4:1), Austria(3:0; gol Szołtysika), Grecją(2:2) i RFN(2:1). Dopiero w decydującym o tytule meczu przegrali z Portugalią(0:4). Faktem jednak jest że Szołtysik i jego koledzy zdobyli pierwszy medal w historii polskiej piłki w jakichkolwiek mistrzowskich rozgrywkach. Najpierw musiał przejść ostrą selekcje. ,,Gdy zacząłem coraz lepiej grać w Zrywie, dostałem powołanie do reprezentacji Polski juniorów ale do drugiej drużyny. Mieliśmy sparing z Cracovią i musiałem autobusem dostać się z domu do Krakowa. Przyjechałem w ostatniej chwili, piłkarze już wychodzili na boisko. Trener Stiasny zawołał żebym migiem się przebierał bo mam grać. Zdążyłem wbiec na murawe tuż przed pierwszym gwizdkiem i spisałem się dobrze bo zacząłem grać w pierwszej reprezentacji juniorów. Potem były kolejne sparingi, z coraz mocniejszymi drużynami i wreszcie powołanie na mistrzostwa Europy. Gdybym wtedy w Krakowie pojawił się jeszcze kilka minut później, może nic by z tej mojej gry w kadrze nie było? Zdaje się że już wspominałem wam że czasami trzeba mieć szczęście”- uśmiecha się mieszkający od ponad 30 lat w Niemczech ,,Zyga”.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?