FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@Stinger_ No to witaj w klubie! Gdyż kochany murzynek Samuel też jest moim ulubionym napastnikiem obok Davida Villi, ale pierwszym był Eto'o...
10
@FCBparasiempre
2 listopada 1928 r. na terenie obecnej Chorwacji urodził się najlepszy bramkarz w… historii futbolu? Był nim Vladimir Beara. Lew Jaszyn, jako jedyny golkiper, ma na swoim koncie Złotą Piłkę. W dodatku otrzymał ją w czasach, w których wybierano naprawdę najlepszego piłkarza na świecie, bez względu na jego medialność. Nikt nie ma wątpliwości, że był arcymistrzem w swoim fachu. Gdy jednak w 1963 roku odbierał statuetkę, z rozbrajającą szczerością wyznał: „Dziękuję za wyróżnienie, ale tu powinien stać Beara. To on jest najlepszym bramkarzem na świecie”. Jakim bramkarzem musiał być zatem Vladimir Beara, że w takich słowach wypowiadał się o nim wielki Jaszyn? Vladimir od małego wykazywał ogromne zamiłowanie do sportu i z wielką przyjemnością uprawiał wiele dyscyplin, zarówno tych drużynowych, jak i indywidualnych. Co ciekawe i mocno niepopularne, patrząc na kariery byłych piłkarzy, najwięcej czasu poświęcał na balet. Tańczył nie tylko podczas zajęć, ale i w trakcie codziennych obowiązków, na przykład podczas pilnowania kóz. Miał 13 lat, gdy jego rodzinny dom został spalony przez chorwackich Ustaszy. Rodzina Beary miała zatem sporo szczęścia, że w ogóle uszła z życiem. Po utracie dorobku przeprowadziła się do Splitu i tam młody tancerz z ogromnym zaciekawieniem przyglądał się treningom Hajduka. Miejska legenda głosi, że podczas jednego z nich rozgrywana była gierka wewnętrzna, podczas której kontuzji doznał jeden z bramkarzy. Musiał zejść z boiska, a wówczas Jozo Matošić, najbardziej szanowany zawodnik drużyny i jej przyszły trener, wskazał palcem na Bearę i powiedział: „Malutki, stań na chwilę na bramce”. Ten wykonał jego polecenie, a nieco później oczarował wszystkich swoją postawą. Nie pełnił roli statysty, popisał się kilkoma interwencjami, za które otrzymał gromkie brawa.Tuż po zajęciach usłyszał: “Wiesz co, przyjdź jutro na trening”. Oczywiście przyszedł i już po kilku dniach było pewne, że zostanie wyśmienitym golkiperem. Umiejętności nabyte podczas lekcji baletu oraz tysięcy godzin uprawiania sportu nie poszły w las, a wręcz przeciwnie – stanowiły dla niego przeolbrzymi handicap. Zdecydowanie przewyższał swoich konkurentów pod względem refleksu, elastyczności, gibkości czy wytrzymałości. Ponadto imponował wszystkim skokiem dosiężnym, godnym najlepszych skoczków narciarskich. Szybko, bo w wieku niespełna 19 lat, zadebiutował w oficjalnym meczu pierwszej drużyny. Beara rozegrał tyle fantastycznych meczów, wybronił tyle zmierzających do jego świątyni piłek, że nie sposób wszystkich zliczyć. Napastnikom rywali często odbierał ochotę do gry. „Moją pewność w bramce, sposób, w jaki byłem w stanie łatwo złapać piłkę i moją technikę oswajania uderzeń zawdzięczam treningom u Barby Luki. Wymyślił proste ćwiczenie, które często wykonywaliśmy. Zmuszał mnie do łapania małej piłki wielkości piłki bejsbolowej. Dzięki temu później znacznie łatwiej było mi złapać piłkę normalnych rozmiarów”. Barba Luka, o którym wspomniał Beara, to jego trener w Hajduku, Luka Kaliterna. W ekipie z nadmorskiego miasta nasz bohater rozegrał 308 spotkań, z czego 136 na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Jugosławii. W tych 136 meczach dał się pokonać zaledwie 139 razy. Jak na te czasy, czyli lata 50. poprzedniego stulecia, jest to fantastyczna statystyka. Miejmy na uwadze, że wówczas padało bardzo dużo goli, a wyniki, które dziś określilibyśmy mianem hokejowych, były w piłce nożnej na porządku dziennym. Jego znakomita postawa walnie przyczyniła się do sukcesów chorwackiej ekipy. Hajduk z Bearą w bramce trzykrotnie sięgał po Mistrzostwo Jugosławii. Czy jednak przez wszystkich ludzi związanych z tym klubem był należycie szanowany? Niestety nie. Jak powiedziałem na wstępie, pochodził z rodziny Serbów zamieszkujących chorwackie tereny. Choć sam w spisie powszechnym uznał się za Chorwata, nie brakowało tych, którzy wypominali mu pochodzenie. Wiadomo, jak napięte stosunki międzyludzkie panowały w byłej Jugosławii. Przecież nawet dziś, pomimo podziału na niepodległe państwa, gdzieniegdzie na Bałkanach wciąż bywa gorąco. A Beara grał tuż po II Wojnie Światowej, więc łatwo sobie wyobrazić, jak świeże były rany po krwawych wspomnieniach. Sam zapewne miał w głowie obraz swojego spalonego domu. Niektórzy, nawet z najbliższego otoczenia Hajduka, mówili na niego z pogardą Vlaj. W maju 1955 roku wystąpił w wygranym 4:0 meczu Jugosławii z Włochami. Po powrocie do kraju został trafiony w twarz kawałkiem węgla wystrzelonym przypadkiem z lokomotywy, przez co wylądował w szpitalu w Sarajewie. Spędził w nim kilkanaście dni, podczas których jego koledzy z Hajduka zgotowali sobie emocje w końcówce sezonu, przegrywając dwa z trzech ostatnich meczów. Beary w szpitalu nikt z klubu ze Splitu wówczas nie odwiedził… Tuż po opuszczeniu szpitalnych murów na własną odpowiedzialność wystąpił w starciu ostatniej kolejki rozgrywek, które Hajduk musiał wygrać, chcąc zapewnić sobie Mistrzostwo Jugosławii. Wygrał 5:1 z FK Radnički. Był to ostatni mecz naszego bohatera w barwach Białych. Na posezonowej ceremonii prezes Marko Markovina podziękował osobiście niemal wszystkim swoim zawodnikom. Niemal wszystkim, bo pominął Bearę. To nie był pierwszy raz, gdy golkiper został przez niego niezauważony. Sam doskonale zdawał sobie sprawę, że jego dyspozycja przyniosła drużynie wiele punktów, więc i jemu należą się podziękowania. Nie wytrzymał i zapytał wprost:
-Dlaczego po raz kolejny mnie ignorujesz?
-Jesteś tylko zwykłym bramkarzem. Takich jak ty mamy tu wielu. Gdybyś nagle przestał grać, nikt by za tobą nie tęsknił.
Beara nie mógł znieść tego upokorzenia. Szybko spakował manatki i dołączył, wbijając jednocześnie szpilkę swoim byłym pracodawcom, do Crvenej zvezdy. Z klubem z Belgradu świętował jeszcze więcej sukcesów niż w Hajduku – cztery mistrzostwa i dwa puchary kraju. Z czerwoną gwiazdą na piersi wystąpił w sumie 174 razy, w tym 83-krotnie w meczach ligowych, a w nich raptem 81 razy nie był w stanie zastopować piłki po strzałach rywali. Na własne żądanie, nigdy nie pojechał jednak z Czerwoną Gwiazdą na mecz do Splitu. Czy wynikało to ze strachu przed podrażnionymi kibicami? Absolutnie nie. Powód jego decyzji podam w dalszej części tekstu. Teraz, w ramach ciekawostki dodam, że w lutym 1958 roku wystąpił w ćwierćfinałowym starciu Pucharu Europy przeciwko Manchesterowi United. Crvena zremisowała z ekipą Matta Busby’ego 3:3, a o tym, że odpadła z rozgrywek zadecydował wynik pierwszego meczu, wygranego przez Anglików 2:1. Dzień po rewanżu w Monachium miała miejsce katastrofa samolotu British European Airways 609, lecącego z Belgradu do Manchesteru z międzylądowaniem w stolicy Bawarii, w wyniku której śmierć poniosły 23 osoby, w tym ośmiu piłkarzy Czerwonych Diabłów. Czy, jak prorokował to Markovina, po Bearze w Hajduku rzeczywiście nikt nie tęsknił? Tęskniono i to bardzo. Bez niego na kolejne krajowe mistrzostwo czekano w Splicie przez 16 lat. Myślę, że nikomu nie trzeba tłumaczyć, że odpowiednie ustawienie muru przed egzekwowaniem przez rywali rzutu wolnego często jest kluczem do zapobiegnięcia utraty bramki. Wielu było takich, którzy z niego rezygnowali, po czym szybko ukrywali twarz w dłoniach, a następnie pokornie wyciągali piłkę z siatki. Beara twierdził, że mur mu przeszkadza, bo w ten sposób koledzy zasłaniają mu piłkę, zatem nakazywał im się rozejść i pilnować w tym czasie zawodników drużyny przeciwnej. Dzięki swojemu nadludzkiemu refleksowi i skoczności mógł sobie na to pozwolić. Nie sprawiało mu różnicy, z jakiej odległości egzekwowany był stały fragment gry. Znakomite występy w klubowych barwach były oczywiście dla Beary przepustką do reprezentacji Jugosławii. Zadebiutował w niej w 1950 roku, a już w trzecim swoim występie oczarował cały piłkarski świat. 22 listopada 1950 roku był najmłodszym zawodnikiem, który wybiegł na murawę stadionu Highbury na mecz Anglia – Jugosławia. Zdecydowanym faworytem tej potyczki byli oczywiście Synowie Albionu, którzy do tej pory na własnej ziemi zawsze wygrywali z ekipami z kontynentalnej części Europy. Niemal 61,5 tys. kibiców zgromadzonych na obiekcie Arsenalu było zatem świadkami historycznego spotkania, bowiem ich ulubieńcy zaledwie zremisowali 2:2. Największe wrażenie na nich, na dziennikarzach i samych brytyjskich piłkarzach, zrobił Vladimir Beara. Bez niego ekipa Jugosławii zapewne wracałaby do domu z bagażem kilku goli. Posłuchajcie fragmentów relacji Mike’a Payne’a: „Kibiców ogarnęło fałszywe poczucie bezpieczeństwa, gdy po 35 minutach Anglia powadziła przekonująco 2:0. Bramkarz Jugosławii, Beara, niegdyś tancerz baletowy, wkrótce pokazał swoją zwinność. Po stracie gola w 41. minucie na 2:1, Anglia desperacko próbowała potwierdzić swoją wyższość w pierwszej połowie i gdyby nie występ Beary w bramce, to by to zrobiła. Trzy razy w ciągu trzech minut fruwał w bramce po uderzeniach Wilfa Manniona oraz główce Johnny’ego Hancocksa. Próby ataków w drugiej części meczu też nie przynosiły skutków. Na pół godziny przed końcowym gwizdkiem drużyna Anglii zanikła. Zainspirowana postawą Beary Jugosławia nagle przejęła inicjatywę. W 78. minucie ostatecznie doprowadziła do zasłużonego wyrównania. Pod koniec spotkania na jej bramkę znów sunęły ataki angielskich zawodników, którzy jednak udawali się pod pole karne przeciwnika tylko po to, by podziwiać kolejne fantastyczne interwencje najlepszego piłkarza tego spotkania”. W brytyjskich gazetach można było doszukać się wielu podobnie brzmiących relacji. Beara zrobił wrażenie na absolutnie wszystkich oglądających jego show, podczas którego w bramce dokonywał nadludzkich rzeczy. Obronił trzynaście strzałów określonych mianem groźnych oraz sześć takich, po których piłka nieuchronnie zmierzała do siatki. Napotkała jednak na swojej drodze golkipera nie z tej planety. Z uwagi na tak niebywały występ nadano mu nawet pseudonim Vladimir the Great, czyli Włodzimierz Wielki. Beara był uczestnikiem trzech Mundiali. Co prawda w 1950 roku musiał pogodzić się z rolą zmiennika bardziej doświadczonego Srdana Mrkušicia i mecze oglądał z perspektywy ławki rezerwowych, jednak cztery i osiem lat później miał już status niepodważalnej gwiazdy swojej ekipy. Największy sukces w narodowych barwach świętował na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1952 roku. Jugosławia dotarła do finału, w którym musiała uznać wyższość Złotej Jedenastki reprezentacji Węgier, przegrywając 0:2. Po latach Beara, zapytany o najwspanialsze wspomnienie ze swojej kariery, wskazał właśnie na ten mecz. Przy stanie 0:0 obronił rzut karny wykonywany przez wielkiego Ferenca Puskasa. A przecież Galopujący Major nie zwykł marnować jedenastek…
„Do piłki podszedł Węgier. Przez głowę przeszła mi tylko jedna myśl – to koniec. Ferenc popatrzył w mój lewy róg, ja wychyliłem się w tę stronę, po czym bez zastanowienia rzuciłem się w prawy. Dotknąłem piłki dłonią, co wystarczyło. Obroniłem karnego samego Puskasa!”- wspominał Beara. Inne starcie przeciwko Węgrom, przegrane przez Jugosławię 2:4, rozegrane 11 października 1959 roku, było ostatnim meczem Beary w kadrze narodowej. Nie zrezygnowano wówczas z niego ze względów sportowych. Główną rolę odegrała polityka. Bramkarz skorzystał z możliwości wyjazdu do klubu zagranicznego, czym zamknął sobie drogę do kadry. Wyjechał do Niemiec, gdzie w ciągu pięciu lat reprezentował barwy Alemannii Aachen, Viktorii Koeln oraz Freiburgera FC. Jego reprezentacyjny licznik zatrzymał się na 59 występach. Jego życie po życiu, jak często mówi się o czasach po zakończeniu przez zawodników piłkarskiej kariery, również kręciło się wokół piłki. Został trenerem i pracował w klubach w Niemczech, Holandii, Austrii i oczywiście Jugosławii. W latach 1973-75 pełnił funkcję szkoleniowca reprezentacji Kamerunu. Później na stałe osiadł w Splicie, mieście, które z całego serca uwielbiał, a które na to uczucie odpowiadało z jednej strony miłością, a z drugiej nienawiścią. Miłością, bo pamiętano, jakie cuda przed laty wyprawiał w bramce Hajduka. Nienawiścią, gdy wypominano mu serbskie pochodzenie oraz fakt zamienienia Hajduka na Crvenę Zvezdę. „Hajduk to moja największa miłość, miłość, która, jak każda prawdziwa i szczera, ma wiele pięknych, ale i mniej pięknych chwil. Miłość, która przyspiesza bicie serca, ale także zaciska się boleśnie w skurczu”- podsumował Beara. To właśnie ze względu na miłość do Hajduka, zawsze odmawiał gry przeciwko niemu. Będąc nawet po pięćdziesiątce, przychodził na treningi swojego ukochanego klubu i zakładał się z bramkarzami o to, że obroni więcej rzutów karnych niż oni. Rzadko przegrywał. Podczas wojny na Bałkanach w latach 90-tych poprzedniego stulecia, znów doświadczył tego, co kilkadziesiąt lat wcześniej. Ponownie w wyniku zbrojnych działań spłonął jego dom. Z pomocą przyszli kibice Hajduka. Zorganizowali zbiórkę, a następnie odbudowali budynek. W wywiadach o czasach minionych często ubolewał nad tym, jak bardzo zmieniła się piłka: „Mój czas był czasem romantycznej piłki nożnej. Czasem dryblingu i atrakcyjnych bramek. Taktyka wciąż nie jadła piłki nożnej. To styl gry na mundialu w 1962 roku, a następnie w Anglii w 1966 roku zapoczątkował nową erę w piłce nożnej. Teraz piłka nie jest już najważniejszą rzeczą w grze”. Na krótko przed śmiercią przebył kilka udarów. Zmarł w nocy z 10 na 11 sierpnia 2014 roku w wieku niespełna 86 lat. Jego pogrzeb, a raczej miejsce pochówku, wywołało niemały skandal. Beara, wedle życzenia swojej żony Jadranki, spoczywa na cmentarzu katolickim Lovrinac w Splicie. Problem w tym, że były bramkarz był zagorzałym i praktykującym wyznawcą prawosławia. Często pielgrzymował do prawosławnych świątyń, a gdy na rok przed swoją śmiercią otrzymał od jednego z arcykapłanów dyptyk, stwierdził, że to najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek został mu podarowany. Po ceremonii pogrzebowej pojawiły się głosy, że jego ciało powinno zostać przeniesione na cmentarz prawosławny. Dyskusję zakończyły słowa prawosławnego arcykapłana Slavoljuba Knezevicia: „Pewne jest, że Vladimir chciałby zostać pochowany zgodnie ze swoimi zwyczajami. Ale teraz nie ma sensu przeszukiwać jego kości. Ważne, aby po prostu spoczywał w pokoju”.
9
Czy był bramkarz dorównujący, bądź nawet przewyższający potędze Lwa Jaszyna? Otóż był i każdy szanujący się kibic powinien go znać. Wszystkiego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz:
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
10
,,La Pulga” rozpoczął strzelanie w Champions League:
2 listopada 2005 r. Lionel Messi strzelił debiutanckiego gola w Lidze Mistrzów. Miało to miejsce na Camp Nou w 4 kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów w wygranym meczu z Panathinaikosem 5:0. Argentyńczyk podwyższył wynik meczu na 3:0 w 34 minucie. Jednocześnie w tym samym meczu Samuel Eto’o zanotował pierwszego hattricka w Lidze Mistrzów w barwach Dumy Katalonii.
Popatrzmy:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
8
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
2 listopada 1994 . FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Manchester United 4:0 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Był to ostatni wielki wieczór ,,Dream Teamu” w europejskich pucharach. Blaugrana rozbiła mistrza Anglii 4:0 a dla Stoiczkowa drugi gol w meczu był jego setnym trafieniem w barwach Blaugrany. W składzie Barçy zagrał niespodziewanie Jordi Cruijff, którego chwalił na trybunach obecny Johan Neeskens: ,,Nie uważam żeby Jordi grał tyko dlatego że jest synem trenera. Brakuje mu siły ale ma świetną wizje gry, którą zademonstrował przy pierwszym golu”. Na trybunach zasiadło ponad 114 tys. kibiców a w loży VIP zabrakło miejsca między innymi dla… Hagiego, pomocnika Blaugrany, który nie grał w tym spotkaniu. ,,Gdybym wiedział że tak będzie, obejrzał bym mecz w telewizji”- dodał zdenerwowany rumuński pomocnik.
Przypomnijmy:
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
9
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
1 listopada 1929 r. meczem Paragwaj-Urugwaj(3:0) rozpoczęła się 12-ta edycja Copa America. Turniej odbywał się na trzech obiektach argentyńskiej stolicy Buenos Aires. Dobiegała końca ,,Wielka Schizma”, futbol amatorski niemal z dnia na dzień stawał się fikcją. Piłka nożna powoli zaczynała dojrzewać do pełni zawodowstwa. Opromieniony olimpijskim złotem z 1928 r. Urugwaj przywiózł wprawdzie aż ośmiu bohaterów z Amsterdamu i wyśmienitego lewego pomocnika Alvaro Gestido z Peñarol, lecz myślami był już gdzie indziej. Przecież za rok właśnie w Montevideo miały odbyć się pierwsze w historii mistrzostwa świata i cały wysiłek ,,Celestes” ukierunkowany był wyłącznie na te mistrzostwa. Z takim nastawieniem ,,urusi” gładko ulegli nie tylko gospodarzom ale nawet pozbawionemu cienia respektu Paragwajowi. Klęska 0:3 była dotkliwa. W meczu tym paragwajski pomocnik Echeverry unieruchomił pare Petrone-Cea, natomiast napastnik Aurelio Gonzalez był nie do powstrzymania przez obronę, akurat w tym meczu osłabioną brakiem wielkiego Nasazziego. Gonzalez z 5 golami został królem strzelców turnieju. Na tymże turnieju po raz ostatni w Copa America wystąpił ,,Czarny cud” czyli niezrównany Jose Leandro Andrade. Czekał go za to już niebawem, bo za rok tytuł mistrza świata. W takiej sytuacji nikt nie był w stanie powstrzymać impetu gospodarzy. Paragwaj i Peru odprawili z kwitkiem różnicą 3 goli. Urugwaj natomiast stawiał opór raczej tylko dla zasady i w efekcie przegrał 2:0 po golach Manuela Ferreyry, którego wybrano najlepszym piłkarzem turnieju, oraz Mario Evaristo. Bez względu na okoliczności pokonanie dwukrotnych mistrzów olimpijskich miało swoją wymowę. Opinia publiczna widziała w ,,Albicelestes” stuprocentowych faworytów do miana najlepszej drużyny już nie tylko kontynentu ale i świata. W rzeczy samej, wszystko zdawało się potwierdzać owe przewidywania.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
9
Wybitne postacie polskiego futbolu:
134 lata temu urodził się Józef Lustgarten, piłkarz i działacz Cracovii. Urzędnik i radca prawny, dr praw po studiach w Krakowie i Wiedniu. Przez wielu błędnie uważany za założyciela Cracovii - w istocie nie był nim, bo do klubu dołączył dopiero we wrześniu 1906. Z pewnością natomiast był i jest jednym z symboli Cracovii. To właśnie on był pomysłodawcą nazwy Cracovia, jaką na jesieni 1906 obrał Akademicki Klub Footballistów. Wieloletni bramkarz drużyny, choć grał w niej także jako napastnik i pomocnik. W klubie był kierownikiem drużyny, sekretarzem i wiceprezesem, działał także w KOZPN i PZPN. Był sędzią międzynarodowym. Syn Wilhelma, kupca z Krakowa. Był Żydem i Polakiem zarazem, początkowo określał się jako osoba wyznania mojżeszowego i narodowości żydowskiej, później stanowczo deklarował wyznanie mojżeszowe i narodowość polską. Żołnierz Legionów Polskich. W 1915 powrócił z frontu do Krakowa. Miasto było wówczas opustoszałe - niemal wszyscy mieszkańcy zostali ewakuowani gdy pod koniec 1914 wojska rosyjskie dotarły do przedmieść. Zorganizował z powrotem drużynę piłkarską, doprowadził do odbudowy zniszczonych przez wojsko obiektów sportowych i do rozegrania spotkań z wojskową drużyną Twierdzy Kraków. Został odznaczony Medalem Niepodległości oraz Złotym Krzyżem Zasługi za działalność na polu sportu. W 1939 został aresztowany we Lwowie przez NKWD. Zesłany do stalinowskich łagrów spędził w nich 17 lat życia, do Polski powrócił dopiero w 1956.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Kessie
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
12
Ku pamięci zmarłych:
1 listopada 2014 r. zmarł Gustau Biosca, ostatni ocalały z legendarnej drużyny „ Pięciu Pucharów ”, która wyznaczyła epokę w historii FC Barcelony . Biosca, który był asystentem Ladislao Kubali w hiszpańskiej drużynie lat siedemdziesiątych, zmarł 1 listopada w wieku 86 lat. Urodzony 29 lutego 1928 w L'Hospitalet de Llobregat, trenował w niższych kategoriach Barcelony, zanim przeszedł do pierwszej drużyny, gdzie grał od sezonu 1950-51 do 1957-58, będąc niekwestionowanym liderem i kapitanem. Pomimo tego, że był twardym obrońcą o dużej sile fizycznej, charakteryzowała go znakomita technika użytkowa, co było rzadkością w ówczesnych liniach defensywnych. Był kluczowym graczem Barçy „Pięciu Pucharów” sezonu 1951-52, w skład którego wchodzili Ramallets, Martín, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo, Bosch, Basora, César Rodriguez, Kubala, Vila i Manchón. W tej legendarnej jedenastce był jednym z najbardziej medialnych i popularnych graczy, głównie ze względu na swoją otwartą i żartobliwą naturę. Kontuzja w Atocha przerwała mu karierę i musiał przejść na emeryturę w 1958 roku, w wieku 30 lat, po rozegraniu 187 meczów w koszulce Blaugrana, z którą wygrał 2 mistrzostwa Hiszpanii, 4 puchary Hiszpanii, Puchar Łaciński, Puchar Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
14
Rekordy ,,La Pulgi”:
1 listopada 2011 r. Lionel Messi strzelił w barwach Blaugrany swojego dwusetnego gola. FC Barcelona po wyjazdowym zwycięstwie nad Viktorią Pilzno 0:4 zapewniła sobie awans do 1/8 Ligi Mistrzów. Leo Messi strzelił w tym meczu 15-tego hattricka w karierze przekraczając tym samym liczbę 200 goli dla Dumy Katalonii. Również dla trenera Guardioli był to jubileuszowy mecz(numer 200) na ławce pierwszego zespołu. To nie wszystko ponieważ Valdes nie puścił gola w tym meczu i pobił rekord długości czasu bez puszczonej bramki w historii klubu. W dodatku na boisku jednocześnie pojawili się Pique, Messi i Fabregas, co nie zdarzyło się od 2002 r., kiedy razem grali w drużynie kadetów.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
10
Giovanni kopiuje gest Kozakiewicza w El Clasico:
1 listopada 1997 r. Giovanni Silva de Oliveira, wykonał na Santiago Bernabeu tzw. ,,gest Kozakiewicza”. FC Barcelona w 1997 r. pokonała Real Madryt na Santiago Bernabeu(2:3) dopiero po raz drugi w ciągu 14 lat i uzyskała nad Królewskimi siedmiopunktową przewagę w tabeli ligowej. Wynik tym razem jednak zszedł na drugi plan ponieważ Giovanni po decydującym golu na 2:3 wykonał trzykrotnie ,,gest Kozakiewicza” w kierunku kibiców Realu Madryt. Tak oto Brazylijczyk opisywał tą sytuacje: ,,Nie było moją intencją urażenie kogokolwiek. Był to spontaniczny gest. Nie wierzę że mogą mnie za to ukarać, zwłaszcza że od razu przeprosiłem za swoje zachowanie. Czy ktoś ukarze Fernando Hierro za brutalną gre i uderzenie mnie pięścią?”. Komitet Rozgrywek złożony z trzech zdeklarowanych kibiców Realu nie był jednak pobłażliwy i zawodnik musiał pauzować w dwóch kolejnych spotkaniach. Dlaczego nas to nie dziwi…
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
8
Zapomniane legendy Blaugrany:
1 listopada 1906 r. urodził się Ramon Llorens Pujadas, zapomniany i niedoceniany bramkarz FC Barcelony. Popularny ,,Ramonet”, jak nazywali go koledzy, trafił do Barçy w bardzo młodym wieku. W pierwszej drużynie grał w latach 1926-29, do czasu gdy znakomity Węgier Plattko i Aragończyk Josep Nogues odsunęli go na ławke rezerwowych. Mimo wszystko pozostał w klubie aż do 1936 roku i w barwach blaugrana rozegrał łącznie 142 mecze. Po zakończeniu kariery został członkiem sztabu szkoleniowego klubu. W nowej roli wyróżniał się tym iż odkrywał młode talenty, takie jak środkowy obrońca Gustau Biosca czy też kapitalny lewoskrzydłowy Eduardo Manchon. W 1950 r. Pujadas trenował nawet pierwszą drużynę Barçy, zastępując na ławce trenerskiej Urugwajczyka Enrique Fernandeza Violę.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@Arkon ,,Połączenie elegancji i skuteczności"- pięknie to napisałeś. Ja jednak jak bym miał wybrać najlepszą 9-tke w dziejach to postawiłbym na Luisa Nario de Lime a na drugim miejscu Van Bastena exequo z Kocsisem.
6
@FCBparasiempre
31 października 1964 r. w Utrecht urodził się Marco Van Basten, holenderski napastnik. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał jako dziecko(a później nastolatek) w miejscowych klubach – EDO Utrecht oraz UW Utrecht. Jako siedemnastolatek, został dostrzeżony przez wysłanników słynnego Ajaksu Amsterdam, by w rok później zadebiutować w jego pierwszym zespole. Debiutancki występ młodego Marco uznać można za naprawdę udany – w pojedynku z NEC Nijmegen van Basten zdobył gola. Gola, który wróżył wspaniałą i obfitą w sukcesy karierę... W roku 1983 van Basten, jako niespełna dziewiętnastolatek zadebiutował w seniorskiej reprezentacji swojego kraju. Co prawda w pojedynku z Islandią (wygranym przez Holendrów 3:0) nie zdobył żadnej bramki, ale patrząc na jego znakomitą postawę można było spodziewać się, iż będzie to piłkarz wybitny, który jeszcze nie raz przysłuży się zarówno reprezentacji narodowej, jak i każdemu klubowi, którego barwy będzie reprezentował... Van Bastenowi śmiało można nadać przydomek „maszynka do zdobywania goli”. Zawodnik ten nie miał sobie równych. W barwach Ajaksu zdobył 128 bramek w 133 meczach, czterokrotnie zostając królem strzelców. Trzykrotnie osiągał Mistrzostwo oraz dwukrotnie Puchar Holandii. Przed pożegnaniem się z drużyną Ajaksu zdobył niezwykle cenną - bo przesądzającą o zwycięstwie – bramkę w pojedynku z Lokomotive Lipsk. Tym sposobem wspaniała kariera van Bastena w zespole z Amsterdamu została przypieczętowana zdobyciem Pucharu Zdobywców Pucharów. W roku 1987 Marco zmienił barwy klubowe. Kuszony wieloma propozycjami z największych europejskich zespołów przeszedł do wielkiego AC Milan za jedyne 800 tysięcy dolarów. W barwach Rossonerich zdobył wszystko, co było do zdobycia. Trzy Mistrzostwa Włoch, trzy Superpuchary Włoch, dwa Puchary Mistrzów, dwa Superpuchary Europy, dwa Puchary Interkontynentalne. Ponadto zdobył dwa tytuły króla strzelców Serie A, trzykrotnie ogłoszony został Najlepszym Piłkarzem Europy i raz Najlepszym Piłkarzem Świata. W lidze włoskiej rozegrał 147 meczów i zdobył 90 goli. Tym samym na stałe zapisał się w historii jednego z największych włoskich zespołów. Kariera reprezentacyjna van Bastena również obfitowała w sukcesy. W reprezentacji Holandii Marco rozegrał 58 spotkań, zdobywając 24 gole. W roku 1988 walnie przyczynił się do zdobycia przez Pomarańczowych Mistrzostwa Europy. Mimo iż był świeżo po wyleczeniu kontuzji potrafił zdobyć kilka fenomenalnych bramek, gwarantujących mu tytuł najlepszego strzelca oraz najlepszego zawodnika mistrzostw. Start van Bastena i całej reprezentacji Holandii na Mundialu w 1990 roku uznać można za naprawdę nieudany. Pomarańczowi grali słabo, dochodząc jedynie do 1/8 finału, gdzie odnieśli porażkę z drużyną Niemiec 1:2. Marco nie zdobył w tym turnieju ani jednego gola, dlatego też na rozegrane dwa lata później Mistrzostwa Europy jechał z wielkimi nadziejami. Holendrzy byli świetnie dysponowani i niezwykle zmotywowani na obronę tytułu. Jednak udało im się dojść jedynie do półfinału, gdzie w rzutach karnych odnieśli sensacyjną porażkę z niedocenianą drużyną Danii. Dla samego van Bastena fakt ten był o tyle przykry, iż to jedenastka nie strzelona właśnie przez niego, zadecydowała o przegranej reprezentacji Oranje. Rok 1992, choć przyniósł van Bastenowi sukcesy klubowe, okazał się jednym z najczarniejszych w jego karierze. Ba! uznać go można za „początek końca”. Większość czasu Marco poświęcał na zabiegi, operacje i rehabilitacje. Po długiej rekonwalescencji wrócił na boisko na trzy spotkania. Ostatnim meczem w jego karierze był przegrany 1:0 finał Pucharu Europy przeciwko Olympique Marsylia. Z reprezentacją narodową z kolei, Marco pożegnał się w październiku 1992 roku w zremisowanym 2:2 meczu przeciwko Polsce. Nigdy więcej nie zobaczyliśmy już go na boisku... 17 sierpnia 1995 po długiej walce z kontuzją podjął ostateczną decyzję o zakończeniu kariery. Był młody, waleczny i utalentowany – mógł osiągnąć jeszcze wiele, mógł stać się legendą na miarę największych. Gdyby nie problemy zdrowotne być może jeszcze przez kilka lat moglibyśmy oglądać go w akcji. Moglibyśmy dalej zachwycać się jego niezwykłymi umiejętnościami. Moglibyśmy, jednak nie było nam to dane. Teraz pozostaje nam tylko ściskanie kciuków za sukcesy trenerskie wielkiego Marco van Bastena...
6
Wybitne legendy futbolu(czytać w odpowiedzi na komentarz):
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
6
@FCBparasiempre
Fritz Walter to postać w światowym futbolu ikoniczna. Dorastał w czasach międzywojennych. Został zmuszony przerwać swoją karierę piłkarską przez obowiązkowe wstąpienie do Wehrmachtu. Marzył, żeby cudem przetrwać karne zesłanie do Rumunii, gdzie potem miał trafić na daleką Syberię. Jego wytrwałość i talent do gry w piłkę pozwoliły mu znieść najtrudniejsze chwile w latach czterdziestych, a potem sięgnąć ze swoją reprezentacją po mistrzostwo świata. Dzisiaj przypominamy jego sylwetkę. Walter urodził się 31 października 1920 roku w Kaiserslautern. Z tym miastem był związany do końca swojego życia. W drużynie 1. FC Kaiserslautern zaczął trenować, mając osiem lat. Na początku grywał na pozycji bocznego obrońcy. Długo tam jednak nie zagościł, a trenerzy widzieli go bardziej w roli ofensywnego pomocnika. Walter był diamentem niemieckiego futbolu. Szybko się rozwijał i w wieku siedemnastu lat zadebiutował w zespole pierwszej drużyny. W 1940 roku po raz pierwszy zagrał w narodowych barwach. Wówczas reprezentacja III Rzeszy pokonała Rumunię 9:3, a Fritz zdołał strzelić trzy bramki. Kiedy wybuchła II wojna światowa, Walter został powołany do wojska. Jako żołnierz niemieckiej piechoty wyruszył do Francji. Dzięki tryumfom państw Osi na froncie Niemiec nie musiał walczyć i nastawiać głowy na polu bitwy. Piłkarze byli bardzo szanowani i lepiej traktowani od przeciętnych żołnierzy. Podczas wojny niemieccy zawodnicy nie zapomnieli jak grać w piłkę. Trener kadry Sepp Herberger organizował na początku lat czterdziestych dużo meczów kontrolnych. Między 1940 a 1942 rokiem rozegrano takich spotkań około trzydziestu! Po wojnie Walter został schwytany przez wojska amerykańskie i przekazany oddziałom sowieckim. Przetransportowały go one do rumuńskiego obozu w Maramures, skąd finalnie miał trafić na Syberię. Fritzowi udało się uniknąć zsyłki, gdyż zachorował na ciężką chorobę malarię. Był bardzo osłabiony i miał wysoką gorączkę. Podczas choroby grywał w piłkę ze słowackimi i węgierskimi strażnikami, którzy zafascynowali się jego umiejętnościami technicznymi. Pamiętali go ze wcześniejszych lat jako zawodnika reprezentacji Niemiec i bardzo Fritza polubili. Strażnicy zaprowadzili Waltera i jego brata Ludwiga do Sowieckiego komendanta. Tłumaczyli mu, że Walterowie są Austriakami, a nie Niemcami, prosząc go o wypuszczenie ich z obozu. Prośby ich zostały wysłuchane i bracia wrócili na zachód Europy. W 1945 roku Walter ponownie grał dla 1. FC Kaiserslautern. Sześć lat później po raz pierwszy wygrał z „Czerwonymi Diabłami” mistrzostwo Niemiec. Po dobrym sezonie dostał ofertę od Atletico Madryt. „Rojiblancos” proponowali Fritzowi 500 tysięcy marek, dwuletni kontrakt, samochód oraz dorzucali do tego opłacony czynsz za mieszkanie. Niemiec nie był jednak zainteresowany grą w stolicy Hiszpanii, zostając wiernym swojemu ukochanemu klubowi. W 1953 roku Walter po raz drugi sięgnął po tytuł mistrza kraju. Znakomita gra w lidze, została zauważona przez trenera kadry narodowej Herbergera. Fritz na zbliżające się mistrzostwa świata dostał opaskę kapitana i miał poprowadzić reprezentację „Die Mannschaft” do końcowego zwycięstwa. Mundial rozgrywany w 1954 roku w Szwajcarii stał się turniejem historycznym. Po raz pierwszy transmitowała go telewizja. Były to nieliczne spotkania, ale kibice w końcu mogli je oglądnąć, nie będąc na stadionie. Na inaugurację grupy B, RFN wysoko wygrało z Turcją 4:1. W drugim meczu Niemcy mierzyli się z faworytami mistrzostw Węgrami. „Madziarze” byli uznawani za drużynę nie do pokonania. Nie przegrali spotkania od czterech lat, a gwiazdy takie jak Puskas, Kocsis czy Hidegkuti budzili szacunek u każdego przeciwnika. Węgrzy zwyciężyli 8:3, pokazując światu, że pewnie zmierzają po złoty medal. Warto jednak pamiętać, że trener Herberger wystawił przeciwko „Madziarzom” mocno rezerwowy skład, oszczędzając swój zespół na następne starcia. W kolejnych fazach turnieju Niemcy znacznie poprawili swój styl gry. Zaczęli demolować swoich przeciwników. Wygrali odpowiednio z Turcją, Jugosławią i Austrią, a Walter zaliczył w tych meczach łącznie trzy trafienia. RFN awansowało do finału i po raz drugi musieli się zmierzyć z drużyną „złotej jedenastki”. Mecz finałowy mundialu był tytułowany jako „Cud w Bernie”. W dniu spotkania padał bardzo obfity deszcz, który utrudniał warunki gry. Taką pogodę eksperci nazywali „pogoda Fritza Waltera”, gdyż Niemiec czuł się wtedy wybornie. Walter, grając w aurze deszczowej, pokazywał swoje największe walory i często prowadził swoje drużyny do zwycięstw. Niektórzy tłumaczyli ten fakt tym, że pomocnik 1. FC Kaiserslautern po przejściu malarii miał problemy z trenowaniem przy pełnym słońcu. Węgrzy przystępowali do tego pojedynku bardzo pewni siebie. Starcie finałowe zaczęli najlepiej, jak mogli. Już po 9 minutach prowadzili 2:0. W kolejnych fragmentach meczu „Madziarze” mieli wiele sytuacji do podwyższenia wyniku, lecz byli bardzo nie skuteczni. Niemcy po pierwszych naporach przeciwników zaczęli dochodzić do głosu i do przerwy zdołali wyrównać. Bramki dla RFN-u strzelili Maxa Morlock i Helmut Rahn, któremu asystował Walter.
Podopieczni Herbergera przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść w 84 minucie. Wynik ustalił Rahn, zdobywając swoją drugą bramkę w finale. Gola na 3:3 zdobył co prawda Puskas, ale sędzia uznał, że w tej akcji Węgier był na pozycji spalonej. Do dzisiejszego dnia trwają spory, czy decyzja ta była prawidłowa, a sami Węgrzy podobno mają nagrania, które dowodzą, że bramka została zdobyta zgodnie z przepisami gry. Wynik jednak nie uległ już zmianie i Niemcy po raz pierwszy zostali mistrzami świata, sprawiając olbrzymią sensację. Warto także dodać, że Fritz i Ottmar Walterowie byli pierwszymi braćmi, którzy wygrali mundial. Po powrocie do domu piłkarze niemieccy mogli się poczuć jak bohaterowie narodowi. 100 tysięcy ludzi powitało ich z owacją na stojąco na monachijskim placu. Zawodnicy stali się gwiazdami. Głównymi architektami zwycięstwa byli trener Sepp Herberger, kapitan Fritz Walter, strzelec dwóch goli w decydującym meczu Helmut Rahm oraz świetnie broniący Toni Turek. W RFN odżyły nadzieje na lepszą przyszłości. Turniej w Szwajcarii był przede wszystkim wygraną polityczną. Niemcy skompromitowali się podczas wojny, a teraz znowu poczuli się kimś. Niestety po latach badania wykazały, że zawodnicy RFN-u byli na dopingu. Przed meczem o złoto Niemcy zażyli metamfetaminę. Podobną substancję także podawano żołnierzom podczas drugiej wojny światowej. Miała ona powodować zmniejszenie uczucie zmęczenia i większą koncentrację w kryzysowych momentach. Zresztą po mundialu w Szwajcarii większość zawodników zachorowała na żółtaczkę, co dowodziło o zażywanych przez nich niedozwolonych środkach. Cztery lata później Fritz Walter znowu pojechał na mistrzostwa świata. Tym razem były one rozgrywane w Szwecji. W meczu półfinałowym Niemcy grali z gospodarzami turnieju. W 75 minucie Walter doznał poważnego urazu, który zakończył jego karierę w narodowych barwach. Mecz w Goteborgu ze Szwecją był rozgrywany dla Niemców w bardzo nieprzyjaznych warunkach. Stadion Ullevi media naszych zachodnich sąsiadów ochrzcili nazwą „domu wariatów”. Kibice miejscowi ich wyzywali, Szwedzi grali brutalnie, a sędzia prowadził zawody w sposób stronniczy. Wyrzucił z murawy gracza RFN-u Ericha Juskowiaka. Niemcy zaczęli snuć teorię spiskową, że arbiter z Węgier został przekupiony. Uważali, że chce on pomścić swoich rodaków, którzy sensacyjnie przegrali w Bernie. Niemcy ostatecznie uległy Szwedom 1:3, a w kolejnym meczu o brąz musieli uznać wyższość Francuzów. Walter w kadrze rozegrał 61 spotkań, w których strzelił 33 gole. W 1958 roku Walter otrzymał tytuł honorowego kapitana reprezentacji Niemiec. Do dzisiejszego dnia oprócz niego, tego zaszczytu dostąpiło pięciu zawodników „Die Mannschaft”: Seeler, Beckenbauer, Matthaeus, Klinsmann oraz Lahm. Dla drużyny 1. FC Kaiserslautern Walter rozegrał ostatni mecz w 1959 roku. Wystąpił w 384 meczach, notując aż 327 trafień. Herberger proponował Walterowi, żeby ten zagrał jeszcze na MŚ w Chile w 1962 roku. Niemiec jednak nie grał od trzech lat w piłkę i odmówił szkoleniowcowi. Walter zmarł 17 czerwca 2002 roku. Na jego cześć stadion w Kaiserslautern nosi jego nazwę. To pokazuje, jak bardzo jest szanowany w swojej ojczyźnie i rodzinnym mieście. Jest postacią, która poprzez swój talent piłkarski, tytaniczną pracę, upór w dążeniu do celu i odrobinę szczęścia został mistrzem świata, a może przede wszystkim uratował swoje życie.
„Najważniejszy mecz mojego życia to ten, który rozegrałem ze strażnikami w obozie jenieckim”.
5
Od jeńca do mistrza świata:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
10
Powspominajmy:
Równo 50 lat temu w Barcelonie odbył się I Światowy Dzień Piłki na Camp Nou. Z okazji tej imprezy odbył się mecz Europa kontra Ameryka, w którym oprócz gwiazd Barçy( Cruijff czy też Sotil) zagrało kilku świetnych piłkarzy z całego świata, takich jak Eusebio, Cubillas, czy Rivelino. Najlepiej na boisku rozumieli się Cruijff z Eusebio. Z podania Holendra ,,Czarna Pantera z Mozambiku” strzeliła pięknego gola głową. Mecz zakończył się wynikiem 4:4 a w karnych zwyciężyli gracze z Ameryki. Kubala, ówczesny trener reprezentacji Hiszpanii i selekcjoner drużyny Europy, żalił się iż część graczy nie pojawiła się w Barcelonie a z niektórymi zawodnikami przywitał się dopiero kilka godzin przed spotkaniem. Nic w tym dziwnego, gdyż Węgier do każdego meczu podchodził bardzo poważnie. Najsłabszym elementem piłkarskiego święta była mała liczba widzów na trybunach a mianowicie jakieś 20 do 25 tysięcy.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Ta wspaniała Copa!
30 października 1927 r. Argentyna pokonuje Boliwie 7:1 na Estadio Nacional w Limie. To był mecz inaugurujący 11-tą edycję Copa America. Po raz pierwszy w historii organizację turnieju powierzono Peru. Warunki klimatyczne Limy oraz odległość dzieląca stolicę tej andyjskiej republiki od metropolii nadatlantyckich, przysparzały dodatkowych problemów organizacyjnych. Przed turniejem ekipa Argentyny ćwiczyła intensywnie elementy kondycyjno-atletyczne na obiektach Boca Juniors po kierownictwem profesora Jose Lago Millana, specjalisty od kondycji fizycznej. Wtedy to narodziło się pojęcie ,,preparador fisico”, od tej pory nieodstępnego towarzysza wszystkich poważnych trenerów. Peru potraktowało impreze niezwykle prestiżowo, jako niewątpliwy awans do elity kontynentalnej. W ceremonii otwarcia uczestniczył prezydent państwa, dr. Augusto Leguia. Gospodarze dopiero raczkowali w wielkiej piłce, ba! Ich mecz z Urugwajem(1 listopada 1927) był w ogóle debiutem na arenie międzynarodowej. Toteż obu głównym faworytom ulegli różnicą 4 goli a z Boliwią wymęczyli pierwsze w dziejach zwycięstwo 3:2.
Jak zwykle wszystko miało się rozstrzygnąć pomiędzy Argentyną a Urugwajem. Albicelestes przywieźli do Limy dwóch przyszłych mistrzów Świata, jednak w 1934 r. ci wybitni piłkarze grali dla reprezentacji Włoch. Mowa tu o pomocniku Luisie Montim z San Lorenzo oraz napastniku Raymundo Orsim z Independiente B.A. Oprócz tej pary i znanego już wówczas napastnika Seaone, który został wybrany najlepszym piłkarzem tunieju, Argentyna pokazała cały zastęp piłkarzy wielkiego formatu. Argentyńskiej armadzie obrońca tytułu(Urugwaj) przedstawił wypróbowaną olimpijską gwardie(Andrade, Hector Scarone, Petrone) i kolejnych pretendentów do sławy, spośród których obrońca Tejera oraz napastnicy Arremon i Roberto Figueroa potwierdzili owe aspiracje. Swoje pozycje umacniali Lorenzo Fernandez i napastnik Hector Castro. Urugwaj w meczu z Argentyną grał doskonale, stworzył fascynujące widowisko. ,,Mag” Hector Scarone dał popis swej iście czarnoksięskiej magii. ,,Urusi” jednak przegrali to spotkanie z jednego powodu. Otóż z powodu kontuzji nie mógł wystąpić ich żelazny kapitan, wielka legenda- Jose Nasazzi. Okazało się że ,,Marszałka” nie są w stanie zastąpić nawet najzdolniejsi generałowie. W efekcie Argentyna pokonała Urugwaj 3:2 w przedostatnim meczu turnieju i sięgnęła po raz trzeci po puchar Ameryki Południowej. Co prawda w ostatnim meczu turnieju Argentyna grała jeszcze z Peru, jednak pewnie wygrała aż 5:1 więc dodatkowy mecz z Urugwajem nie był już potrzebny. W trakcie tych mistrzostw wydarzył się pewien incydent, który przeszedł do historii jako ,,gol de la diplomacia”. Chodzi o gola dyplomatycznego ambasadora USA w Limie, Poixdaxtera. Poproszono go o symboliczne kopnięcie piłki czyli kick-off. Pan ambasador w meloniku uśmiechnął się promiennie, ukłonił grzecznie i kopnął piłke do Nolo Ferreiry. Ten nie namyślając się wiele ruszył z nią do przodu, przekazał do Maglio, ten do Seaone. Futbolówka wróciła do Ferreiry, który spokojnie wjechał z nią do peruwiańskiej bramki. Stadion zamarł w osłupieniu. Obrońcy gospodarzy przyglądali się całej akcji, nawet nie myśląc o interwencji. Refleks wykazał tylko amerykański dyplomata. W swoich lakierkach przytrzymując ręką melonik, wpadł na boisko i po krótkiej rozmowie urugwajski sędzia Cariboni… anulował gola. Od tamtej chwili kick-off zachował wyłącznie symboliczny wymiar; po uroczystym kopnięciu piłka wracała do zawodników, którzy dopiero wówczas inicjowali(już między sobą) prawdziwą akcje.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
@Lionel_Messi10 Dopiero? coś za daleka ta pozycja...
0
@Lionel_Messi10 A to już jest transmisja? na jakim programie?
0
@FcPortoFan1999Ha,ha, ha. No masz racje, obecnie to gęsi i zbłąkane owce...
9
Polacy nie gęsi…
Dokładnie 30 lat temu Atletico Madryt rozgrywało spotkanie z FC Barceloną na Vicente Calderon a bohaterem owego meczu został… Roman Kosecki! Romario w tym meczu rozegrał jedno z najlepszych spotkań w Blaugranie, lecz to nie on został bohaterem. Po jego 3 golach Katalończycy prowadzili pewnie na Vicente Calderon a wynik mógł być nawet większy gdyby uderzenie lobem Romario nie trafiło w poprzeczke. W drugiej połowie najlepszy na boisku był już tylko Polak- Roman Kosecki, który strzelił 2 gole, w tym drugi dający remis. W 83 minucie Pirri z Atletico dostał czerwoną kartkę, lecz mimo to w 88 minucie Kosecki wyprowadził kolejną kontre, którą celnym strzałem zakończył Caminero. Dzięki temu gospodarze wygrali tamten wspaniały mecz 4:3! Nie zapominajmy że wówczas Kosecki dokonał tej sztuki grając przeciwko ,,Dream Team” Johana Cruijffa!
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
9
Panie i panowie, gdyby żył, świętowalibyśmy dzisiaj jego urodziny. Geniusz futbolu, którego wszyscy znamy a przynajmniej powinniśmy znać.
30 października 1960 r. w Lanus urodził się Diego Armando Maradona. Geniusz futbolu jakich niewielu, stawiany na równi z Pele! Jako piłkarz posiadał przydomki "El Diez" ("Dziesiątka") i "Pelusa" ("Puszek"). W internetowej sądzie na oficjalnej stronie FIFA, gdzie należało wskazać najlepszego piłkarza XX wieku uzyskał 53% głosów. W podobnym głosowaniu członków Komisji Futbolowej FIFA i prenumeratorów FIFA Magazine uzyskał trzecie miejsce.
Przygodę z futbolem Maradona rozpoczął w wieku 10 lat, gdy zapisał się do szkółki Los Cebollitas. Debiut w profesjonalnym futbolu datuje się na1976, gdy został piłkarzem Argentinos Juniors. W tym zespole rozegrał 167 spotkań, w których strzelił 115 goli. Kolejnym klubem był CA Boca Juniors (1981-1982), w barwach którego wystąpił w 40 spotkaniach i strzelił 28 goli. W latach 1979, 1980 i 1981 zdobywał tytuł króla strzelców Primera División Argentina, z osiągiem odpowiednio 27, 25 i 40 goli. Pierwszym zagranicznym klubem piłkarza była FC Barcelona. Grając w tym zespole Maradona zdobył Puchar Króla, Puchar Ligi Hiszpańskiej oraz Superpuchar Hiszpanii. Popadł jednak w konflikt z prezesem klubu Josepem Lluisem Núñezem, dodatkowo odniósł groźną kontuzję w starciu z Andonim Goikoetxeą. To wszystko zadecydowało o przeprowadzce do Włoch. Maradona przeszedł do włoskiego Napoli. W Neapolu został przywitany przez 75 tysięcy kibiców, co stanowiło niepobity rekord do 2009 roku. Pierwsze trofeum zdobył po trzech latach gry dla klubu i było to od razu Mistrzostwo Włoch. Kolejnymi zdobyczami były: puchar i superpuchar Włoch, a także kolejne scudetto. W 1989 roku Napoli zdobyło Puchar UEFA. Maradona stał się ikoną klubu. Dla Napoli zagrał 258 meczów i strzelił 115 bramek. Kolejnym klubem była hiszpańska Sevilla FC. Tutaj nie zanotował sukcesów. Głośny stał się konflikt z wiceprezesem Jose Marią del Nido i innymi członkami władz, dlatego spędził w nim ledwie sezon, po czym powrócił do Ojczyzny. Z zespołem Newell's Old Boys, zajął ostatnie, 20. miejsce w argentyńskiej ekstraklasie. W tym samym czasie FIFA nałożyła na Maradonę 15-miesięczną dyskwalifikację, za stosowanie niedozwolonych środków dopingujących. Piłkarz powrócił do piłki nożnej w 1995, podpisał wówczas ostatni w karierze kontrakt – z klubem Boca Juniors. Kłopoty ze zdrowiem i narkotykami nie przeszkodziły mu w zdobyciu tytułu wicemistrza Argentyny w 1998. Swój ostatni oficjalny mecz Maradona rozegrał 25 października 1997 roku, przeciwnikiem było River Plate, a drużyna Maradony wygrała 2:1. Piłkarz wystąpił w pierwszej połowie spotkania. 30 października 1997 oficjalnie ogłosił zakończenie kariery sportowej. Debiut Maradony w reprezentacji Argentyny miał miejsce 27 lutego 1977 na La Bombonerze, w wygranym meczu z Węgrami (5:1).
Pierwszy poważny sukces reprezentacyjny osiągnął zdobywając w 1979 tytuł Mistrza Świata Juniorów. W finale jego drużyna pokonała ZSRR 3:1. Zajął ponadto drugie miejsce w klasyfikacji strzelców. W 1982 po raz pierwszy pojechał na turniej Mistrzostw Świata Seniorów. Argentyna odpadła w drugiej rundzie, a Maradona w ostatnim meczu został wyrzucony z boiska. Następne mistrzostwa w 1986 roku w Meksyku, drużyna Maradony wygrała, a on był zdecydowanie największą gwiazdą turnieju. W ćwierćfinale z Anglią Maradona strzelił dwa gole. Każdy wyjątkowy. Pierwszego ręką, natomiast drugiego po rajdzie przez niemal całe boisko i minięciu sześciu reprezentantów Anglii. Odnosząc się do pierwszego gola stwierdził, że pomogła mu ręka Boga. W przepięknym finale Argentyna pokonała reprezentację RFN 3:2. Cztery lata później na turnieju we Włoszech Maradona był kapitanem reprezentacji. Kierowana przez niego drużyna dotarła do finału, pokonując po drodze m.in. Brazylię, Jugosławię i Włochy. W finale przegrała jednak z drużyną RFN 0:1. Jedyny gol został zdobyty z karnego w ostatnich minutach spotkania. Przeprowadzony w marcu 1991 test antydopingowy wykrył w organizmie Maradony niedozwolone środki. Kolejny mundial, w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku to był koniec reprezentacyjnej kariery Maradony. Rozegrał na nim co prawda świetne mecze przede wszystkim z Grecją, jednak wykluczenie po kolejnym w karierze pozytywnym teście antydopingowym było ciosem dla całego zespołu, z którego już się nie podniósł. Ostatnim meczem w reprezentacyjnej karierze było spotkanie z 25 czerwca 1994 roku z Nigerią, wygrane 2:1. W 2000 roku Maradona wydał swoją autobiografię, którą zatytułował "El Diego". Napisał ją we współpracy z Danielem Arcuccim i Ernesto Cherquisem Bialo. W książce opisał swoje dzieciństwo, karierę piłkarską, a także umieścił listę stu, według niego, najlepszych piłkarzy świata. Książka ukazała się także w Polsce pięć lat później. W 2004 roku, z okazji stulecia FIFA, Maradona oraz Brazylijczyk Pelé, zostali wybrani najwybitniejszymi zawodnikami wszechczasów.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
@FCBparasiempre
29 października 1970 r. urodził się Edwin van der Sar. Miał dwadzieścia pięć lat, kiedy z Ajaksem Amsterdam sięgnął po najważniejsze trofeum w klubowych rozgrywkach, czyli po Puchar Mistrzów. Zapewne sam wówczas nie spodziewał się, że po raz drugi taki sukces osiągnie dopiero na niedługo przed czterdziestymi urodzinami. Oto historia Edwina Van der Sara, który od sir Aleksa Fergusona otrzymał w Manchesterze United drugie piłkarskie życie. Dziś Holender jest żywą bramkarską legendą i jednym z najlepszych golkiperów XXI wieku, którego śmiało można wymieniać jednym tchem obok takich zawodników, jak Olivier Kahn czy Gianluigi Buffon. Jednak wcale nie musiało tak być – kiedy z Buffonem przegrał rywalizację o miejsce między słupkami w Juventusie, odszedł do przeciętnego Fulham, gdzie przez wielką piłkę został zapomniany. Z otchłani wyciągnął go dopiero Ferguson, a Van der Sar odwdzięczył się szkockiemu szkoleniowcowi w najlepszy z możliwych sposobów. Urodził się w 1970 roku w miasteczku Voorhout, a swoje pierwsze futbolowe kroki stawiał w miejscowym klubie Foreholte, z którego przeniósł się do VV Noordwijk. Swoimi występami zwrócił uwagę samego Louisa Van Gaala, od 1988 roku związanego z Ajaksem Amsterdam (początkowo jako asystent trenera, później już jako menedżer pierwszego zespołu). W ten sposób, w wieku dwudziestu lat, dołączył do najbardziej znanego holenderskiego klubu, z którym pod koniec XX wieku odnosił pasmo samych sukcesów. Cztery tytuły mistrzowskie, trzy krajowe puchary i trzy Superpuchary Holandii (znane także jako Tarcza Johana Cruffya) – to trofea zdobyte w tamtym okresie tylko na rodzimym podwórku, a do tego doszły przecież rozgrywki europejskie. Najważniejszy z nich – Puchar Mistrzów – Van der Sar podniósł 24 maja 1995 roku. Podopieczni Van Gaala byli sprawcami jednej z największych sensacji w historii Ligi Mistrzów, pokonując w finale wielki AC Milan prowadzony przez Fabio Capello, naszpikowany takimi gwiazdami jak Franco Baresi, Paolo Maldini czy Marcel Desailly. W tamtym czasie całemu światu zaprezentowali się m.in. Clarence Seedorf, Danny Blind, Edgar Davids i bracia de Boer. Długo wydawało się, że do wyłonienia zwycięzcy w tym spotkaniu potrzebna będzie dogrywka, jednak wprowadzony w drugiej połowie 19-letni Patrick Kluivert zdobył dla Holendrów bramkę na wagę złota pięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry. Młody zespół Ajaksu zatriumfował, a między słupkami cały mecz rozegrał Van der Sar, popisując się bardzo dobrymi interwencjami przy dwóch strzałach Marco Simeone. Amsterdamczycy chcieli udowodnić, że sukces z 1995 roku nie był dziełem przypadku i dwanaście miesięcy później ponownie znaleźli się w finale Ligi Mistrzów. Tym razem zmierzyli się z Marcello Lippim i jego Juventusem Turyn, gdzie w ataku biegali Alessandro Del Piero oraz Gianluca Vialli. Po dziewięćdziesięciu minutach zmaganiach na tablicy świetlnej widniał wynik 1:1 (bramki Litmanena oraz Ravanellego), a w dogrywce również nie poznaliśmy zwycięzcy. W konkursie rzutów karnych po stronie Ajaksu spudłowali Davids i Sonny Silooy, natomiast Włosi strzelali bezbłędnie. Tytułu nie udało się obronić i puchar pojechał do stolicy Piemontu. Van der Sar nie popisał się żadną skuteczną interwencją w serii ,,jedenastek’’. Mimo że Edwin pojechał z kadrą narodową na mistrzostwa świata w 1994 roku do Stanów Zjednoczonych, to na debiut w dorosłej reprezentacji musiał czekać jeszcze dwanaście miesięcy. Swój pierwszy mecz w barwach Oranje rozegrał przeciwko Białorusi, niedługo po pokonaniu Milanu w Champions League. Udało mu się pojechać z kadrą Holandii na trzy kolejne ważne piłkarskie imprezy, ale… na każdej z nich odpadali po porażkach w rzutach karnych! Euro 1996 – pokonani przez Francuzów w ćwierćfinale, mundial 1998 – w półfinale lepsi okazali się Brazylijczycy, Euro 2000 – w półfinale zwyciężyli Włosi po słynnej podcince Francesco Tottiego. Trudno powiedzieć, co musiał czuć Van der Sar, który w ciągu trzech przegranych konkursów na trzynaście uderzeń obronił… tylko jedno, w wykonaniu Paolo Maldiniego. Niepowodzenia w drużynie narodowej wynagradzał sobie jednak w piłce klubowej. W 1999 roku został wykupiony przez Juventus za około pięć milionów funtów. Z Amsterdamu odchodził jako czterokrotny zdobywca nagrody dla Bramkarza Roku w Holandii (na przestrzeni lat 1994-1997; co ciekawe, bezpośrednio po bohaterze artykułu w tym plebiscycie dwa razy triumfował… Jerzy Dudek!). Jeszcze przed transferem do Turynu jego usługami zainteresowany był sir Alex Ferguson, który już wówczas szukał następcy dla odchodzącego z Manchesteru United Petera Schmeichela. W tamtym momencie swojej kariery Edwin wybrał jednak słoneczne Włochy, zamiast deszczowej Anglii.
,,Van der Sar był najlepszym bramkarzem, jakiego kiedykolwiek mieliśmy. Przez dwadzieścia lat utrzymywał się na światowym topie, zaliczył ponad sto występów w kadrze, a rzadko kiedy wiedzieliśmy go popełniającego jakiś błąd. Był diamentem koronie piłki nożnej”– Hans van Breukelen, legendarny holenderski bramkarz. Na Stadio delle Alpi przez dwa sezony był niepodważalnym numerem jeden w bramce. Wszystko zmieniło się wraz z rekordowym transferem Gigi Buffona, który został sprowadzony z Parmy za około trzydzieści dwa miliony funtów. Miejsca między słupkami było zdecydowanie za mało dla dwóch tak dobrych bramkarzy, dlatego w 2001 roku Van der Sar postanowił opuścić Italię. Jego licznik ligowych występów zatrzymał się na sześćdziesięciu sześciu grach, a w historii Juventusu zdołał się zapisać jako pierwszy cudzoziemski golkiper. W ciągu dwóch lat w barwach Starej Damy wygrał tylko Puchar Intertoto (1999 rok). Tym razem Edwin wybrał już angielską Premier League, ale nie trafił do żadnego czołowego klubu. Stał się bohaterem bardzo zaskakującego transferu do Fulham, które wówczas było świeżo upieczonym beniaminkiem w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kosztował londyński klub siedem milionów funtów, a w jego barwach zadebiutował osiemnastego sierpnia 2001 w starciu z… Manchesterem United. Bardziej zaskakujące od transferu Van der Sara do Fulham jest to, że w tym typowym ligowym średniaku spędził aż cztery lata, notując sto dwadzieścia siedem meczów w Premier League. Jego występom cały czas uważnie przyglądał się Ferguson, który w 2005 roku w końcu dopiął swego i sprowadził go na Old Trafford za… dwa miliony funtów. Gdyby wówczas władze Fulham wiedziały, ile dla Manchesteru znaczyć będzie holenderski bramkarz, to zażądałyby za niego kwoty przynajmniej dziesięciokrotnie wyższej. Edwin stał się Czerwonym Diabłem w wieku trzydziestu pięciu lat, a w ostatnim sezonie w barwach Wieśniaków wsławił się tym, że w pojedynku z Aston Villą obronił dwa rzuty karne wykonywane przez Juana Pablo Angela. Nie wiadomo, kto bardziej potrzebował tego transferu. Z jednej strony Van der Sar po latach ligowej szarzyzny mógł znów poczuć smak walki o najwyższe trofea, a z drugiej – Manchester United przeżywał bardzo trudne chwile z kolejnymi nietrafionymi następcami Petera Schmeichela. W buty Wielkiego Duńczyka próbowali wejść m.in. Mark Bosnich, Massimo Taibi, Fabien Barthez, Tim Howard czy Roy Carroll. Jednak każdy z nich w czasie przygody z Czerwonymi Diabłami prędzej czy później zaliczył boiskową wpadkę, która całkowicie skreślała go w oczach Fergusona. Na pewno nie pomagało im również to, że lata przed przyjściem Edwina nie obfitowały w trofea. To nie przypadek, że transfer 35-letniego Holendra na Old Trafford zapoczątkował pasmo sukcesów podopiecznych sir Aleksa Fergusona. Jego pierwszy sezon zakończył się wicemistrzostwem – United musieli uznać wyższość Chelsea prowadzonej przez Jose Mourinho. Kolejna kampania jednak została już okraszona odzyskaniem krajowego tytułu po trzech sezonach, do którego walnie przyczynił się Van der Sar – dwie kolejki przed końcem ligi obronił rzut karny w starciu z Manchesterem City, co pozwoliło Czerwonym Diabłom na świętowanie długo wyczekiwanego sukcesu. Edwin to najlepszy bramkarz, jakiego mieliśmy od czasów Petera Schmeichela. Jest zwycięzcą. Wniósł ze sobą niesamowitą siłę charakteru; naprawdę o siebie dba i bardzo dobrze trenuje. Jego profesjonalizm i oddanie się pracy zapewniły mu długowieczność w tej grze – sir Alex Ferguson Rok 2008 był zdecydowanie najlepszym w jego karierze na Old Trafford. Zawodnikom Fergusona udało się wówczas nie tylko obronić tytuł mistrzowski, lecz także dołożyli do niego triumf w Lidze Mistrzów, której nie wygrali od pamiętnego starcia z Bayernem Monachium w 1999 roku. W deszczową środową noc 21 maja, trzynaście lat po zwycięstwie z Ajaksem, Van der Sar po raz drugi w swojej karierze wzniósł do góry najcenniejszy europejski puchar. Tym razem jednak odegrał o wiele ważniejszą rolę. Po dziewięćdziesięciu minutach zmagań Czerwonych Diabłów z londyńską Chelsea i kolejnych trzydziestu w dogrywce, wynik meczu wciąż nie był rozstrzygnięty (bramki Cristiano Ronaldo oraz Franka Lamparda). Po raz kolejny w karierze holenderskiego bramkarza o jego sukcesie zadecydować miał konkurs rzutów karnych, w których do tej pory zupełnie nie miał szczęścia. Fart sprzyjał mu jednak przed serią „jedenastek” – piłkarze The Blues dwukrotnie obijali obramowanie jego bramki, trafiając w słupek i poprzeczkę.
Długo wydawało się, że to znów nie będzie noc Van der Sara. Piłka po strzałach Lamparda i Ashleya Cole’a dwa razy prześlizgnęła mu się przez mokre rękawice. Kiedy Petr Cech obronił uderzenie Ronaldo, porażka United wyglądała na nieuniknioną. Wtedy decydującego karnego zmarnował John Terry, dzięki czemu Czerwone Diabły dostały kolejną szansę. Szansę, której z rąk Van der Sar już nie wypuścił – został bohaterem czerwonej części Manchesteru, broniąc strzał Nicolasa Anelki. Edwin, mając trzydzieści osiem lat, po raz drugi w karierze został mistrzem Europy. Pół roku później dołożył do tego sukcesu triumf w Klubowych Mistrzostwach Świata. Na Old Trafford zdobył w sumie jedenaście trofeów w ciągu sześciu sezonów. Mierzący prawie dwa metry imponował przede wszystkim grą na przedpolu i spokojem. Na pewno w swoich interwencjach nie był tak efektowny, jak David De Gea, ale był niesamowicie efektywny. Świetnie radził sobie z piłką przy nodze, przez co często był wykorzystywany przy rozgrywaniu piłki od tyłu. Był inspiracją dla samego Manuela Neuera, który w ostatnim czasie na nowo definiuje fach bramkarski. W osobie Van der Sara Manchester otrzymał potężną dawkę doświadczenia i pewności. W sezonie 2008/2009, kiedy Czerwone Diabły kroczyły po trzecie z rzędu mistrzostwo kraju, Edwin zapisał się w historii nie tylko piłki brytyjskiej, lecz także europejskiej. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale od piętnastego listopada do osiemnastego lutego nie wpuścił ani jednego gola w Premier League! Czternaście czystych ligowych kont, czyli 1311 minut (liczone od ostatniego straconego gola w starciu z Arsenalem). Holender skapitulował dopiero czwartego marca po strzale Petera Lovenkrandsa (w poprzednim ligowym spotkaniu, kiedy Manchester stracił bramkę, bronił Tomasz Kuszczak). Ten niesamowity wyczyn Van der Sara jest oczywiście bramkarskim rekordem minut bez wpuszczenia bramki. Niewiele zabrakło mu do zajęcia pierwszego miejsca w tej klasyfikacji na arenie międzynarodowej – do tej pory niedościgniony pozostaje Dany Verlinden, który w barwach Club Brugge nie dał sobie strzelić gola przez szesnaście spotkań (od trzeciego marca do dwudziestego szóstego września 1990 roku). Pozycja wicelidera jest jednak fantastycznym osiągnięciem. Edwin dodatkowo może pochwalić się rekordem czystych kont zachowanych w jednym sezonie Premier League, który dzieli z Peterem Cechem – obaj zagrali na zero z tyłu w dwudziestu jeden meczach. ,,Pierwszym, który wniósł nowe spojrzenie na sztukę bramkarską, był Edwin Van der Sar, który grał bardzo dużo nogami i pozwolił naszej pozycji wejść w nową fazę. Jego styl gry mnie zainspirował”– Manuel Neuer. To nie jedyne indywidualne osiągnięcia, które wyróżniają Van der Sara. Ma za sobą najwięcej występów w reprezentacji Holandii (sto trzydzieści), jest pierwszym zawodnikiem spoza Wielkiej Brytanii, który grał w najwyższej klasie rozgrywkowej po czterdziestych urodzinach, jako pierwszy bramkarz w historii dobrnął do pięćdziesięciu czystych kont w Lidze Mistrzów, a dodatkowo był też drugim najstarszym uczestnikiem finału tych rozgrywek (wyprzedził go tylko Dino Zoff). Jeśli chodzi o same zdobyte trofea, to jest drugim najbardziej utytułowanym bramkarzem w historii, ustępując jedynie Vitorowi Baii z Portugalii. Bez wątpienia zasługuje na miano jednego z najlepszych golkiperów wszech czasów. Karierę piłkarską zakończył 28 maja 2011, parę dni po przegranym finale Champions League przeciwko Barcelonie. Odchodząc z Manchesteru United powiedział: ,,Żałuję tylko, że nasze drogi nie skrzyżowały się wcześniej”. Z piłki nie odszedł jednak na długo. W 2012 roku został ogłoszony jako dyrektor marketingu Ajaksu Amsterdam. Na futbolowej emeryturze stara się działać aktywnie – bierze udział w charytatywnych spotkaniach i meczach towarzyskich, a także próbuje swoich sił w maratonach. W marcu 2016 roku zaliczył niespodziewany powrót na boisko. W wieku czterdziestu pięciu lat stanął w bramce Noordwijk, czyli klubu, w którym się wychował. Występujący obecnie na poziomie amatorskim zespół nie mógł w jednym meczu wystawić swojego podstawowego bramkarza. Zarząd zdecydował się poprosić o pomoc Van der Sara, a ten nie mógł odmówić. Stanął między słupkami, pojedynek z Jodan Boys zakończył się remisem 1:1, a nowy-stary golkiper… obronił rzut karny! Prawdziwy Latający Holender, który jest jak wino – im starszy, tym lepszy.
Statystyki i osiagnięcia
Osiągnięcia klubowe
Ajax
Eredivisie 4x: 1993–94, 1994–95, 1995–96, 1997–98
KNVB Cup 3x: 1992–93, 1997–98, 1998–99
Superpuchar Holandii: 1993, 1994, 1995
Liga Mistrzów 1x: 1994–95 + 2 miejsce 1995–96
Puchar UEFA 1x: 1991–92
Superpuchar UEFA 1x: 1995
Puchar interkontynentalny 1x: 1995
Juventus
Puchar Intertoto 1x: 1999
Fulham
Puchar Intertoto 1x: 2002
Manchester United
Premier League 4x: 2006–07, 2007–08, 2008–09, 2010–11
Puchar Ligi 2x: 2005–06, 2009–10
Tarcza dobroczynności 3x: 2007, 2008, 2010
Liga Mistrzów 1x: 2007–08 + 2 miejsce 2x: 2008–09, 2010–11
Klubowe mistrzostwo świata 1x: 2008
Osiągnięcia indywidualne
Bramkarz roku w Holandii 4x:1994, 1995, 1996, 1997
Brmkarz roku w Europie 2x: 1995, 2009
Drużyna roku ESM 2x: 1995–96, 2008–09
Gracz roku w Ajaxie 1x: 1997–98
Złota rękawica Holandii 1x: 1998
Gracz roku w Fulham 1x: 2004
Drużyna roku Premier League 3x: 2006–07, 2008–09, 2010–11
Drużyna sezonu Ligi Mistrzów 1x: 2008
Złota rękawica Premier League 1x: 2008–09
5
Żywe legendy futbolu:
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
0
@FcPortoFan1999 No i bardzo ładnie, tak trzymać!
1
@Prorokk Zgadza się, jednak ,,to se newrati" już...
12
@FCBparasiempre
29 października 1973 r. urodził się Robert Pires, rewelacyjny skrzydłowy, odznaczający się świetną wizją gry, której nie powstydziliby się najlepsi rozgrywający świata. Oprócz znakomitych inklinacji do gry kombinacyjnej wyróżniał się instynktem strzeleckim najwyższej klasy snajpera. Jego bramki zawsze były piękne oraz starannie dopieszczone. „Przed kontuzjami był najlepszym piłkarzem na świecie na swojej pozycji. Wystarczyło oddać mu piłkę, a on robił resztę.” – zwykł mawiać na temat Roberta Piresa zasłużony menedżer Arsenalu, Arsene Wenger. Aby rozjaśnić nieco więcej faktów z piłkarskiego życia francuskiego skrzydłowego, zanurzmy się w jego historii. Niemal każdy młody chłopak, kopiąc futbolówkę na podwórku, żyje marzeniami o grze w piłkę na profesjonalnym poziomie, reprezentując swój kraj i zdobywając trofea. Nie inaczej było w przypadku młodego Roberta. Jednak nie był on taki sam jak inni chłopcy. Miał trudniej. Mimo tego, że urodził się we Francji, słabo radził sobie z językiem, jego mama bowiem była Hiszpanką, a ojciec – Portugalczykiem. A tego powodu w domu nie posługiwano się francuskim. Jednak pasja do piłki nożnej, którą zaszczepił w Robercie jego ojciec, oraz talent do gry pokonały przeciwności losu, gdyż w wieku 15 lat opuścił szkołę i zaczął realizować własne marzenia, rozpoczynając karierę w Stade Reims, a później przenosząc się do akademii FC Metz. Kariera Piresa rozwijała się w naturalny sposób. Powoli, krok za krokiem, dawał znaki, że jest gotowy do gry w pierwszej drużynie z północno–wschodniej Francji. Przełomowym momentem w karierze Roberta był rok 1996. Mając wówczas 23 lata, ugruntował swoją pozycję w klubie, strzelając, jak na lewoskrzydłowego, imponującą liczbę bramek, bo aż 22 w samej lidze, na przestrzeni dwóch sezonów. Forma młodego Francuza zaowocowała debiutem w reprezentacji i coraz większym zainteresowaniem ze strony silniejszych i bogatszych klubów, co w końcu przekuło się w transfer do Olympique Marsylia. Tam nie czuł się jednak dobrze. Nie mógł się zaaklimatyzować, mimo tego, że został w kraju. Grał sporo, ale już nie aż tak efektywnie, jak miało to w FC Metz. Koniec końców, po dwóch latach gry w klubie znad Lazurowego Wybrzeża, poleciał na Wyspy Brytyjskie. by tam stać się legendą Arsenalu. Sześć milionów funtów wystarczyło, aby skusić właścicieli Marsylii do sprzedania Francuza. Przyszły numer 7 Arsenalu stanął w obliczu dużego wyzwania, ponieważ zmiana ligi zawsze niesie ze sobą ryzyko, a dodatkowo przybył na Highbury, aby zastąpić Marc Overmarsa, który odszedł do hiszpańskiej Barcelony za ogromną kwotę trzydziestu dziewięciu milionów euro.
Jednak wszystko zdawało być się łatwiejsze, ze względu na to, że nowym trenerem Roberta został jego rodak – Arsene Wenger. Mimo wszystko kibice z dużym dystansem patrzyli na nowy nabytek, który nie omieszkał skrytykować stylu gry, jaki jest prezentowany w Anglii. Francuz zamknął jednak usta fanom cudownym golem zdobytym przeciwko Lazio w Lidze Mistrzów. Potem mogło być już tylko lepiej!
Pires jest jednym z niewielu piłkarzy, którzy mogą być dumni zarówno ze swoich osiągnięć w klubie, jak i w reprezentacji. Grając w barwach narodowych, zaliczył 79 meczów i 14 goli. Jednak najważniejszymi osiągnięciami w karierze Roberta są dwa złote medale wywalczone w MŚ we Francji w 1998 roku oraz ME w Belgii i Holandii w 2000. Były to dwie świetne imprezy dla Trójkolorowych, gdzie pierwsze skrzypce dla grali wówczas tacy piłkarze jak Zinedine Zidane, Thierry Henry, Emmanuel Petit czy Laurent Blanc. Jednak niemałą zasługę w obu tych sukcesach odegrał główny bohater dzisiejszego tekstu – Robert Pires, aczkolwiek z pewnych, sympatycznych dla niego przyczyn, to turniej z 2000 roku zapamięta bardziej. Asystował przy złotym golu Davida Trezegueta w finale z Włochami, który dał tytuł Trójkolorowym. W 2005 roku został odsunięty od kadry Francji. Wówczas trenerem Les Bleus był Raymond Domenech, który… darł koty z większą częścią reprezentacji. W tym kręgu znajdowali się tacy piłkarze jak: Franck Ribery, Henry czy Nicolas Anelka. Pires czuł się w Arsenalu jak ryba w wodzie. Szalał po skrzydle rozumiejąc się bez słów z Patrickiem Vieirą, Thierrym Henrym czy Denisem Bergkampem. Czysta siła ognia z przodu londyńczyków zagwarantowała Kanonierom mistrzostwo w sezonie 2001/2002 oraz 2003/2004, który chyba najbardziej zapadł w pamięć każdemu kibicowi piłki nożnej. Wówczas drużyna prowadzona przez Wengera nie przegrała żadnego meczu w sezonie i została ochrzczona przydomkiem „The Invincibles” – Niepokonani. Niemałą zasługę w tym pozytywnym zamieszaniu miał Pires, który strzelał dużo, bardzo dużo – dokładnie 19 bramek w sezonie. Po sześciu latach gry w koszulce Arsenalu Robert zmienił otoczenia. Po pewnym czasie zdecydował się udzielić wywiadu dla News of the World, w którym przyznał, co naprawdę stało u podstaw przenosin do Villarreal CF. Ostatnim meczem Roberta w barwach Kanonierów był ten w finale Ligi Mistrzów z Barceloną, w którym musiał opuścić boisko po kilkunastu minutach gry, ponieważ ówczesny bramkarz londyńczyków, Jens Lehmann, ujrzał czerwoną kartkę. „W finale Ligi Mistrzów zagrałem wówczas tylko 18 minut. Wenger zabił wtedy moją chęć do dalszego reprezentowania Arsenalu. Dlatego przeniosłem się do Villarrealu” – powiedział – „Graliśmy wtedy w Paryżu, na meczu była cała moja rodzina i przyjaciele. Decyzja trenera naprawdę zabolała” Po przygodzie w Villareal i rocznym powrocie na Wyspy i występowania w koszulce Aston Villi, nadeszła oczekiwana przerwa. Jednak mimo wszystko 38-letni wówczas Francuz nie powiedział ostatniego słowa. Po trzech latach okazało się, że wciąż drzemie w nim chęć do gry w piłkę i zarobienia niemałych pieniędzy. Ostatnim klubem w jego bogatej karierze okazał się być… indyjski FC Goa. Po zakończeniu sezonu 2014/2015 odczekał jeszcze kilka miesięcy i 25 lutego 2016 roku za pośrednictwem Twittera ogłosił zakończenie kariery, dodając przy tym wymowne zdjęcia z podpisem „Thank you” – Dziękuję.
7
Żywe legendy francuskiego futbolu:
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
@Symson
8
Nieco zapomniane postacie futbolu:
29 października 1947 r. urodził się Henry Michel. Grał na pozycji pomocnika w drużynie FC Nantes i w latach 1967–1980 zaliczył 58 występów w reprezentacji. Trzykrotny zdobywca tytułu mistrza Francji. Przejął olimpijską kadrę Francji w 1982 roku, prowadząc ją do złotego medalu w Los Angeles w 1984 roku, gdzie w finale pokonali Brazylię. Następnie Michel przejął francuską drużynę składającą się z Michela Platiniego, która właśnie zdobyła Mistrzostwa Europy pod wodzą Michela Hidalgo. Pod rządami Michela Francja dotarła do półfinału Mistrzostw Świata w 1986 roku, gdzie przegrała 2:0 z Niemcami Zachodnimi. Czas Michela u steru drużyny dobiegł nieszczęśliwego końca, gdy jego drużynie nie udało się zakwalifikować do Euro 1988, a następnie zremisował 1:1 ze skromnym Cyprem w eliminacjach do Mistrzostw Świata w 1990 roku. Po pobycie we Francji Michel przez krótki czas był trenerem Paris Saint-Germain na początku lat 90., zanim poprowadził wiele afrykańskich drużyn, po czym pojechał na trzy kolejne Puchary Świata z Kamerunem (1994), Marokiem (1998) i Wybrzeże Kości Słoniowej (2006). Był jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy francuskiego futbolu. Zmarł 24 kwietnia 2018 r.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon