14

Bitwa o ,,Highbury”:

Bardzo często mówi się, że styl wyspiarskiej piłki nożnej odznacza się grą siłową. W tamtych czasach jednak mieliśmy do czynienia z gladiatorami muraw. Brutalne mecze im więc nie były straszne. Mecz z 14 listopada 1934 roku jest również określane „prawdziwym meczem o mistrzostwo świata”. Do Londynu przyjechała reprezentacja Włoch, która w 1934 roku wygrała mundial na swoim terenie. Anglicy nie brali udziału w tamtym turnieju, ponieważ w 1928 roku rodzima federacja wystąpiła ze struktur FIFA. Choć był to mecz towarzyski, to brano go jak najbardziej na poważnie. Sam Benito Mussolini obiecał każdemu zawodnikowi, że w przypadku wygranej, otrzymają po 150 funtów oraz samochód, a konkretnie wybrany przez siebie model Alfy Romeo.

Anglicy już na początku spotkania pokazali, że traktują ten mecz towarzyski jak prawdziwy finał. W pierwszej minucie świetną okazję na zdobycie bramki zmarnował Eric Brook, który nie wykorzystał rzutu karnego, sprezentowanego przez Ceresciolego. Włoski piłkarz w dosyć głupi sposób sfaulował w polu karnym Teda Drake’a. Zaledwie 120 sekund później Brook się zrehabilitował i otworzył wynik tego spotkania. Można powiedzieć, że od tego momentu puściły hamulce po obu stronach. W 10. minucie Brook ustrzelił dublet, lecz na tym gospodarze nie poprzestali. Chwilę po wznowieniu gry, boisko musiał opuścić Luis Monti, który po zderzeniu z Drake’iem doznał złamania nogi. Od tej chwili goście grali w osłabieniu (w owym czasie nie wprowadzono jeszcze przepisu dotyczącego zmian). Wykorzystując przewagę, trzecią bramkę wbił na domiar złego…Ted Drake. Włosi nie wytrzymali i rewanżowali się jak tylko można. Najlepiej to obrazuje starcie, po którym Eddie Hapgood musiał opuścić boisko z powodu złamanego nosa. Mało? Niedługo potem opatrywany był Ray Bowden z powodu skręcenia kostki, a Eric Brook opuścił murawę na skutek złamania kości przedramienia. Na drugą połowę Włosi wychodzili więc w przewadze. Bramka strzeżona przez Franka Mossa była ostrzeliwana raz za razem. Włosi szturmowali połowę Anglików, czego efektem były dwa gole Giuseppe Meazzy. O ile sytuacja na boisku trochę się uspokoiła, to nadal dochodziło do starć, choćby między Luigim Bertolinim i Wilfem Coppingiem. Na szczęście Anglików, wynik spotkania do ostatniego gwizdka nie uległ zmianie. Po tej batalii – piłkarzy uznano za bohaterów narodowych i mistrzów świata, a potocznie nazywano ich „Lwami Highbury”. W meczu tym wystąpił także sir Stanley Matthews. Agresja i brutalność, jaka towarzyszyła temu spotkaniu, w efekcie doprowadziła do poważnych rozmów na temat rezygnacji organizowania oficjalnych spotkań międzypaństwowych…



@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

9

Wybitne legendy polskiego futbolu:

14 listopada 1907 r. w Krakowie urodził się Henryk Martyna, obrońca i kapitan Legii Warszawa, 24-krotny reprezentant Polski, członek zespołu, który zajął czwarte miejsce na IO w Berlinie w 1936 r. ,,Miał słynny, oswobadzający wykop oraz bił potężne rzuty karne i wolne. Pamiętam, jak raz na meczu z austriackim Rapidem strzelił wolnego niemal ze środka boiska i trafił w poprzeczkę. Gdzie te czasy?” – wspominał jego grę redaktor Bohdan Tomaszewski. Antałek to mała beczułka przeznaczona do przechowywania wina albo piwa, w potocznym języku oznaczająca po prostu grubasa. Właśnie Antałkiem nazywano Martynę i faktycznie jego sylwetka daleka była od ideałów fitnessu, przy wzroście 167 cm ważył ponad 80 kg. Jednak twardo stał na nogach, grał z wielkim wyczuciem i poświęceniem a rywali straszył swoimi atomowymi strzałami. Przygodę z futbolem zaczynał w krakowskich klubach (Orzeł, Korona), w stolicy Małopolski skończył też szkołę handlową. W 1928 r. rozpoczął służbę wojskową w Warszawie i trafił do Legii, gdzie przeżył najlepsze lata swojej kariery. Dla Wojskowych rozegrał 160 meczów i zdobył 18 goli. Odszedł w 1936 r. i do wybuchu wojny grał w Warszawiance. Był pierwszym strzelcem gola dla reprezentacji w meczu o punkty – 15 października 1933 r. w eliminacjach MŚ pokonał legendarnego bramkarza Františka Pláničkę strzałem z rzutu wolnego (przegraliśmy 1:2). W kadrze debiutował 28 września 1930 r. w towarzyskim meczu ze Szwecją (zwycięstwo 3:0) a przygodę z drużyną narodową zakończył 4 października 1936 r. z Danią (zszedł w 21. minucie w meczu przegranym 1:2). W czasie kampanii wrześniowej walczył w obronie Twierdzy Modlin. Niemcy zwolnili go z obozu jenieckiego w Iławie i wrócił do Warszawy. W rozgrywkach konspiracyjnych w stolicy reprezentował barwy KS Radość. W czasie Powstania Warszawskiego był cywilnym komendantem kamienicy przy ul. Mokotowskiej 52, a po zakończeniu walk trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie. Uciekł stamtąd i resztę życia spędził w Krakowie. Był współwłaścicielem firmy poligraficznej a także kierownikiem sklepu, w czym z pewnością pomogło mu wykształcenie ekonomiczne. W Reprezentacji rozegrał 23 mecze, strzelając 4 gole.


@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon

8

Ku pamięci legend:

14 listopada 1986 r. zmarł Ferdinand Daučik. Pochodził on z Czechosłowacji a do Barcelony przybył w 1950 r. jako trener węgierskich uciekinierów z komunistycznego kraju, których liderem był jego szwagier, Ladislao Kubala. Josep Samitier, wielka legenda Barçy był zachwycony poziomem węgierskiej drużyny i doradził prezydentowi FCB zatrudnienie zarówno Daučika, jak i Kubali. Już w pierwszym sezonie Blaugrana dzięki nowym nabytkom zdobyła mistrzostwo Hiszpanii a w dwóch kolejnych podwójną koronę. W 1954 r. Daučik odszedł z Barcelony i przez ponad 20 lat prowadził kilkanaście klubów, głównie hiszpańskich. W sumie był trenerem przez 30 lat bez przerwy, co jest rzadko spotykane. Jeszcze we wrześniu 1980 r. Daučik w wieku 70 lat był pełen werwy i pomysłów: ,,Jestem co raz bardziej przekonany że moja witalność bierze się z tego iż cały czas jestem aktywny. Do teraz widząc dzieci biegające za piłką przyłączam się do gry. Moja głowa jest pełna pomysłów, które zrewolucjonizują futbol hiszpański. To ostatni cel, który sobie postawiłem. Futbol hiszpański jest chory od ponad 15 lat, konkretnie od porażki na Mistrzostwach Świata w Anglii. Wiem że jestem osobą kontrowersyjną ale gdyby brać pod uwagę matematykę w piłce, to pod względem zwycięstw i trofeów byłbym numerem jeden”- powiedział Daučik w 1980 r.



@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

0

@MateS To prawda, lecz większość w końcu wygrywa a jakoś ,,Niebieskim" to się nie udaje...

0

Co się dzieje z ,,Niebieskimi"? Nowy trener, walczą, walczą, walczą i... nic!

5

@FCBparasiempre
Adam Wolanin, bo o nim mowa, urodził się 13 listopada 1919 roku we Lwowie. Wychowywał się w dzielnicy Łyczaków. W czasach, gdy Lwów znajdował się pod zaborem austro-węgierskim, policjanci często uganiali się za miejscowymi chuliganami z okrzykiem „betyar” na ustach. Było to słowo oznaczające w języku węgierskim „awanturnika”. Określenie to tak przypadło do gustu miejscowym, że w późniejszym czasie sami zaczęli dumnie nazywać siebie „batiarami”. Łyczaków pełen był właśnie takich batiarów, ulicznych bardów czy włóczęgów. W ich towarzystwie dorastał i hartował swój charakter młody Wolanin. W późniejszym czasie zaowocowało to nieugiętą postawą na boisku. Dziennikarze i kibice często określali go mianem „Dziecka Łyczakowa”. Jego nieustępliwość i wola walki była charakterystyczna dla mieszkańców tej dzielnicy. W latach 30. nikt poważny nie wiązał jeszcze swojej przyszłości z futbolem. Piłka nożna stanowiła formę zabawy i rozrywki, ale w żadnym wypadku nie była źródłem utrzymania. Wolanin kształcił się więc na mechanika, by mieć jakikolwiek fach w ręku.

Młody lwowiak, który chciał zostać piłkarzem, stawał przed nie lada trudnym wyborem. Pogoń czy Czarni? W mieście na poważnie liczyły się tylko te dwa kluby. Wolanin wybrał „Pogoniarzy”. Od czasów juniorskich przejawiał ogromny talent. Co prawda nie imponował warunkami fizycznymi i siłą (mierzył 168 cm), ale nadrabiał to boiskowym sprytem i charakterem. Szybko zauważono jego talent strzelecki. Pod bramką przeciwnika wykazywał się intuicją godną najlepszych napastników. Między innymi dzięki jego wspaniałej postawie, juniorzy Pogoni wywalczyli w 1937 roku wicemistrzostwo Polski juniorów. W finale lwowiacy musieli uznać wyższość Wisły Kraków, z którą przegrali 0:1. W barwach „Białej Gwiazdy” zagrali m.in. Jerzy Jurowicz i Mieczysław Gracz, powojenni reprezentanci Polski. Wicemistrzostwo kraju dla młodych „Poganiaczy”, jak pieszczotliwie nazywano drużynę z Kresów, zbiegło się w czasie z problemami ich starszych kolegów. W 1936 roku Pogoń zakończyła rozgrywki ligowe na szóstym miejscu. Następna kampania ligowa rozpoczęła się jeszcze gorzej. W siedmiu pierwszych meczach zespół prowadzony przez trenera Ludwika Szabkiewicza zdobył zaledwie jedną bramkę. W tej sytuacji postanowiono sięgnąć po uzdolnioną młodzież. Do drużyny seniorów promowano: Adama Wolanina, Władysława Bałę, Kazimierza Gamskiego, Piotra Drehera, Stanisława Szmyda, Tadeusza Jedynaka i Eustachego Poticha. Już w następnej kolejce Pogoń pokonała ŁKS 2:1. Wolanin zaś mógł rozwijać swój talent u boku takich piłkarzy jak Michał Matyas, Spirydon Albański czy Alfred Zimmer. Swojego debiutanckiego gola w 1 lidze zdobył w meczu przeciwko Cracovii 17 października 1937 roku. Pogoń zakończyła sezon ponownie na 6 pozycji. W kolejnym roku „niebiesko-czerwoni” uplasowali się w tabeli o jedno miejsce wyżej. Adam Wolanin ustrzelił w tamtej kampanii siedem goli. Rok 1938 to był też czas debiutu polskiej kadry narodowej na piłkarskim Mundialu. W zespole, który pojechał do Francji, zabrakło jednak miejsca dla piłkarzy Pogoni. Co prawda pewny plac w reprezentacji miał Jan Wasiewicz, ale na dziesięć dni przed czempionatem złapał kontuzję i nie znalazł się w ekipie kompletowanej przez Józefa Kałużę. Tym samym piłkarzowi „Poganiaczy” nigdy nie udało się zagrać na najważniejszym piłkarskim turnieju. Tak uważa część historyków futbolu. Czy na pewno jest to prawdą? Do tego jeszcze dojdziemy. W ostatnim sezonie przed wybuchem II Wojny Światowej Adam Wolanin znów wykazywał się dobrą formą strzelecką. Już w meczu inaugurującym rozgrywki ligowe, ustrzelił swojego pierwszego (i jedynego) ligowego hat-tricka. Jego ofiarą padł zespół Garbarni Kraków. Do 1 września 1939 roku zdołał zgromadzić na swoim koncie sześć goli. Agresja Niemiec na Polskę przerwała dobrze zapowiadającą się karierę. Jego bilans ligowy zatrzymał się na liczbie 29 spotkań i 14 goli. Wielu upatrywało w nim następcę wielkiego Ernesta Wilimowskiego. Określano go największym talentem ostatniej dekady. Niestety te przepowiednie nie miały prawa się spełnić. Hitlerowskie czołgi, które rozorały polską ziemię, złamały życie wielu młodym ludziom. Także Wolaninowi.

17 września 1939 roku, gdy Polacy odpierali nazistowską nawałnicę, wbito nam w plecy kolejny sztylet. Na wschodnie tereny przybyła „Armia Czerwona”. Lwów przestał być polski. „Perła Kresów” znalazła się w rękach Sowietów. Rozwiązano wszelkie towarzystwa sportowe. Także Pogoń. Na ich miejsce pozakładano jednak nowe. Lokomotyw, Spartak, Dynamo… Rozpoczęła się sowietyzacja okupowanych terenów. Właśnie w jednym z takich radzieckich przeszczepów, przez jakiś czas piłkę kopał Adam Wolanin. Jego talent przykuł uwagę najeźdźców. Zainteresował się nim Spartak Moskwa. Do stolicy ZSRR udał się wraz z Bolesławem Habowskim. Ten drugi przed wojną grał w Junaku Drohobycz. Zdążył rozegrać dwa mecze w polskiej kadrze. Strzelił nawet gola Łotyszom. Reprezentowanie barw moskiewskiej drużyny nie do końca spodobało się Wolaninowi. Przynajmniej nie w takich okolicznościach. Wkrótce zaciągnął się do armii gen. Andersa. Przeszedł szlak bojowy prowadzący przez Iran, Palestynę i Afrykę. Ostatecznie trafił do Anglii. Zawód mechanika, którego wyuczył się w młodości we Lwowie, przydał mu się podczas żołnierskiej tułaczki. Służył w lotnictwie, lecz parał się nie tylko naprawianiem samolotów. Miał 709 godzin nalotu. Trzykrotnie został odznaczony Krzyżem Walecznych. Grywał w piłkę w drużynach wojskowych. Wystąpił w noworocznym spotkaniu pomiędzy polskimi pilotami a ich kolegami z Royal Air Force. Być może Polacy odczuwali jeszcze skutki sylwestrowej zabawy, gdyż przegrali tę towarzyską potyczkę aż 0:8. Koniec wojny miał słodko-gorzki smak. Co prawda Niemcy zostali pokonani, ale Polska pozostała w łapach komunistów. W dodatku ukochany Lwów Wolanina nie znajdował się już nawet w granicach Rzeczpospolitej. „Perła Kresów” została przywłaszczona przez Stalina. „Dziecko Łyczakowa” nie za bardzo miało gdzie wracać. Jako były żołnierz armii Andersa, w Polsce Ludowej prawdopodobnie padłby ofiarą komunistycznych prześladowań. Postanowił więc zostać na Wyspach Brytyjskich jak wielu innych Polaków. Zdołał awansować do stopnia chorążego. Stacjonował w bazie sił powietrznych w Bury St. Edmund w pobliżu Ipswich. Narzeczona namówiła go, aby spróbował swoich sił w jednym z angielskich zespołów. Zgłosił się na testy do Blackpool. W debiucie strzelił pięć goli rezerwom Morecombe. Dzięki temu dano mu szansę w kolejnych meczach sparingowych. Ostatecznie znalazł się w składzie drużyny rezerw. Być może z czasem przebiłby się do pierwszego zespołu, w którym występował, chociażby Stanley Matthews. Wolał jednak wyjechać do USA, gdzie znajdowała się największa diaspora lwowiaków.

Po drugiej stronie oceanu osiadł w Chicago. Występował w klubach polonijnych. Najpierw w Chicago Maroons, a następnie w AAC Eagles. Ci drudzy grali w lokalnej lidze NSL. Jego talent został dostrzeżony przez amerykańskich działaczy, którzy montowali zespół mający wystąpić na pierwszym powojennym Mundialu w Brazylii. Wolanin jak ulał pasował do drużyny Jankesów. W jej składzie znajdowały się takie osobowości jak: Joe Gaetjens, Haitańczyk, który wystąpił jako reprezentant Stanów Zjednoczonych, nie mając nawet amerykańskiego obywatelstwa. John Macca, Belg walczący podczas wojny w ruchu oporu. Frank Wallace, żołnierz, który przesiedział 15 miesięcy w niemieckim obozie dla jeńców. Sami przyznacie, była to mieszanka osobowości, do której „Dziecko Łyczakowa” pasowało idealnie. Większość zawodników tamtej drużyny to byli jednak piłkarze, których dziś nazwalibyśmy hobby-player. Dość powiedzieć, że Wolanin znalazł się w składzie, ponieważ Ben McLaughlin nie dostał urlopu na turniej a dodatkowo miał w planach wesele. Ta zbieranina, która do Brazylii udawała się w roli dostarczyciela punktów, sprawił jedną z największych niespodzianek w historii piłkarskich Mistrzostw Świata. Za taką uznawane jest zwycięstwo z buńczucznymi Anglikami, po bramce wspomnianego Gaetjensa. Tamten mecz znany jest jako „Cud na trawie”. Historia tej potyczki doczekała się nawet ekranizacji (film nazywa się „Gra ich życia”). Adamowi Wolaninowi niedane jednak było wystąpić w tym wiekopomnym wydarzeniu. Trener William Jeffrey wstawił go do składu na inauguracyjne spotkanie z Hiszpanią. W kronice filmowej z tamtych mistrzostw widać jak Wolanin przed meczem wita się z legendarnym Telmo Zarrą. Jankesi ulegli jednak Hiszpanom 3:1, a Zarra zdobył gola pieczętującego wygraną. Szkocki selekcjoner zapewne uznał, że przed meczem z „Synami Albionu” trzeba zrobić w składzie pewne korekty. Ofiarą tych rewolucji padł Polak. Jak się okazało, posunięcia Jeffreya przyniosły oczekiwany skutek. Jego drużyna zwyciężyła z faworytem całego turnieju. W ostatniej grze przegrali jednak 5:2 z Chile i ostatecznie zajęli ostatnie miejsce w swojej grupie. Wolanin mecz z Latynosami również obejrzał tylko z wysokości trybun.

Po powrocie do USA nadal mieszkał w Chicago. W mieście znanym z przetwórstwa mięsnego Wolanin założył niewielką masarnię. Nadal grywał w „soccer”. Przez jakiś czas trenował również kluby polonijne. W pierwszej reprezentacji Stanów Zjednoczonych już więcej nie zagrał. Wystąpił za to kilkukrotnie w drużynie olimpijskiej. Grał tam z innym lwowiakiem — Ukraińcem Zenonem Snylykiem. W tym czasie w kadrze Kanady grał Ostap Steckiv. Także były mieszkaniec „Perły Kresów”. „Dzieciak Łyczakowa” prowadził również niewielką restaurację. Po zakończeniu przygody z piłką Wolanin często zaglądał do kieliszka. Być może przez utraconą szansę na zrobienie większej kariery? A może z tęsknoty za ukochanym Lwowem? Trudno odgadnąć. Ostatnie lata jego życia to tajemnica. Zerwał kontakt ze znajomymi. Być może przez problem z alkoholem. Wiadomo jedynie, że zmarł w 1987 roku. W 1976 roku został wprowadzony wraz z resztą zespołu z Mundialu w Brazylii do National Soccer Hall of Fame. Ilu takim chłopakom jak on karierę złamała zawierucha wojenna? Jak potoczyłyby się jego dalsze losy? Czy dorównałby talentem Ernestowi Wilimowskiemu? Tego już nigdy się nie dowiemy. Został jedynym graczem Pogoni Lwów, który zagrał na Mundialu. Jednak ten występ to istny chichot losu.

11

Pierwszy Polak na powojennym mundialu:
W 1938 roku reprezentacja Polski zadebiutowała na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Niestety piekło II wojny światowej oraz lata siermiężnej komuny sprawiły, że na kolejny występ biało-czerwonych na mundialu przyszło czekać polskim kibicom 36 lat. Migracja ludów, spowodowana zawieruchą wojenną porozrzucała wielu naszych rodaków po całym świecie. Dzięki temu jeden z obiecujących, przedwojennych talentów polskiej piłki zagrał na światowym czempionacie w 1950 roku. Reprezentował Stany Zjednoczone. Poznajcie jego historię(w odpowiedzi na komentarz).

@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon

8

Wybitne legendy polskiego futbolu:

13 listopada 1955 r. w Warszawie urodził się Stanisław Terlecki. Synonim wielkiego pecha w polskim futbolu. Dwukrotnie był bardzo bliski wyjazdu na mistrzostwa świata, jednak na przeszkodzie stawały mu dziwne przypadki. Ostatecznie nie zagrał na tej imprezie, choć w opinii wielu Terlecki był jednym z najlepszych lewoskrzydłowych lat 70-tych i 80-tych na świecie! ,,Brylantowe” – mawiał podobno o jego umiejętnościach sam Gmoch. Zawodnik był pewniakiem w jego drużynie szykowanej do występu na Mistrzostwach Świata. Na drodze stanął mu jednak ligowy występ w barwach ŁKS przeciwko Polonii Bytom. Niespełna miesiąc przed mundialem obrońca rywali Czesław Bryłka popełnił brzydki, perfidny faul, po którym Terlecki doznał kontuzji łąkotki. Wykonał olbrzymią prace aby powrócić do zdrowia w ekspresowym tempie. Stawił się nawet na specjalnych testach zarządzonych przez selekcjonera, przechodził kolejne egzaminy ale kiedy przyszło do wykonania strzału piłka lekarską, musiał odpuścić. Gmoch wprost przyznawał że ten niespodziewany wypadek przewrócił do góry nogami całą jego koncepcje gry opierającą się głównie na Terleckim. Cenił go nawet wyżej niż Gadoche. Uważał że posiada wszystkie zalety tamtego a dodatkowo jest skuteczniejszy. Pomimo braku powołania, przyjechał na lotnisko powitać powracającą z mundialu kadre. Pomagał nawet wynosić bagaże Masztalerowi. Natomiast Bońka i Kukle częstował szampanem. Za drugim razem na drodze stanął mu jego charakter. Inteligentny i błyskotliwy Terlecki z czasem zaczął być coraz bardziej bezkompromisowy. Przekornie stawał okoniem w reakcji na wiele decyzji. Już raz spotkał się z dyskwalifikacją, za… szczekanie na dziennikarzy. Kilka miesięcy później popadł w jeszcze większe tarapaty, gdy razem z Bońkiem i Żmudą protestował przeciwko karze dla Młynarczyka. Całą czwórke ukarano za to dyskwalifikacją. Piłkarze Widzewa ukorzyli się przed PZPN-em i przeprosili. Terlecki pozostał niezłomny w swej decyzji. Przypłacił za to absencją mundialową. Świat nie mógł znów obejrzeć w akcji znakomitego technika…

Po prawdzie długo mu się zbierało na taka dyscyplinarną absencje. Jako potomek magnaterii był chyba jedynym jawnym przeciwnikiem komunizmu wśród piłkarzy. W czasie strajków studenckich nawet samochodem dowoził prowiant protestującym. Jako jeden z nielicznych legitymował się studiami i to nie na AWF-ie ale na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego. Zawsze zresztą podkreślał wage nauki. Kariera klubowa nie przyniosła mu zbyt wielu trofeów. Ani w Gwardii, ani w ŁKS-ie, w którym stał się gwiazdą ligi, nie dane mu było choćby raz stanąć na podium. Raz zagrał w finale Pucharu Polski. Dopiero po powrocie zza granicznych wojaży, już w barwach Legii Warszawa, 2-krotnie został zdobywcą Pucharu Polski. Nigdy zaś nie zdobył mistrzostwa Polski. Pomimo tego niewątpliwie stał się jedną z największych gwiazd Ekstraklasy pod koniec lat 70-tych. Do tej pozycji uprawniał go niesamowity drybling i umiejętności techniczne. Dzięki szybkości i naturalnej kiwce łatwo przedostawał się pod pole karne rywali. Wytrzymałość sprawiała natomiast że można było się spodziewać jego kolejnych rajdów praktycznie w każdej chwili, nawet pod sam koniec meczu. Dla tych popisowych numerów na stadion ŁKS-u ściągały tłumy. Szacuje się iż większość Stanisławów urodzonych w tym mieście pod koniec lat 80-tych zawdzięcza swoje imie właśnie temu piłkarzowi. Jego ściągnięcie klub zawdzięcza włókniarkom, które poskarżyły się Gierkowi że ich mężowie myślą o braku tego piłkarza a nie o pracy. Starszym fanom z miejsca przypominał swojego poprzednika z ofensywy łodzian – Jerzego Sadka. Może Terlecki obdarzony był nieco słabszym wykończeniem niż Sadek, za to miał jeszcze lepszy drybling. Wielu uważało nawet że nie widziało lepszego piłkarza w swoim życiu. W barwach ŁKS-u sięgnął po swoje najważniejsze indywidualne wyróżnienie w karierze – tytuł Odkrycia Roku w Plebiscycie ,,Piłki Nożne”. W reprezentacji w sumie zagrał 29 razy i strzelił 7 goli. Najlepiej wypadł w starciu ze Szwajcarią w 1979, gdy strzelił 2 gole. Po dyskwalifikacji już nigdy nie włożył biało-czerwonej koszulki reprezentacji. Wyjechał do USA, gdzie w New York Cosmos został następcą Pelego. Po powrocie do Polski występował jeszcze w ŁKS-ie, Legii oraz Polonii Warszawa. Później zajął się biznesem. Prowadził też własną szkółke piłkarską. Spisał biografie pt. ,,Pele, Boniek i ja”. Był felietonistą w ,,Superexpresie”. W ostatnim czasie jednak wycofał się ze środowiska piłkarskiego. Stanisław Terlecki zmarł w grudniu 2017 r. po wieloletnich problemach z psychiką i alkoholem.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

1

@FCBparasiempre
Znakomite występy dawały kibicom nadzieje na równie dobry start w kolejnym sezonie. Tym bardziej że zabrzanie byli w świetnej formie. Niestety, ale po interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji marzenia prysły. UEFA chciała oddzielić kraje kapitalistyczne od komunistycznych. Wobec tych planów państwa zza żelaznej kurtyny wycofały się z rozgrywek. Wszystkie oprócz Czechosłowacji. Nasi południowi sąsiedzi dobrze na tym ruchu wyszli, bo właśnie wtedy Slovan Bratysława zwyciężył w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów. To w tych rozgrywkach Górnik, jako zdobywca krajowego pucharu, reprezentował Polskę sezon później. Jeśli nas regularnie czytacie, to z pewnością znacie historię występu zabrzan w tamtym sezonie. Oślizło oczywiście odgrywał jedną z głównych ról. To on właśnie namówił Gorgonia, żeby w rewanżowym meczu z Romą ruszył do przodu i spróbował szczęścia. Opłaciło się. Gorgoń wywalczył rzut karny, który na bramkę zamienił Lubański. Przed trzecim, dodatkowym meczem, niewiele brakowało, a zawodnicy Górnika nie dojechaliby na czas na stadion i przegraliby walkowerem. A wszystko przez sztuczki Helenio Herrery. Omal nie spóźniliśmy się na mecz, choć w mieście byliśmy przecież odpowiednio wcześniej. Wszystko dlatego, że autokar w ogóle nie podjechał po nas pod hotel. Na szczęście polonusi z Francji i Niemiec, którzy przyjechali do nas po autografy, zabrali nas swoimi samochodami! To była ostatnia chwila! Wbiegłem na stadion 20 minut przed pierwszym gwizdkiem, przebierałem się w strój, jadąc już samochodem. Włosi dawno się rozgrzewali. Potem okazało się, że Helenio Herrera, trener Romy, powiedział kierowcy, że ma po nas… nie jechać, bo autokar jest do wyłącznej dyspozycji włoskiej ekipy i ma na nią czekać na parkingu. Tymczasem organizatorzy przygotowali jeden autokar dla obu drużyn – opowiadał Oślizło. Starcie zakończyło się oczywiście remisem. Dziwnym trafem w dogodnej sytuacji dla Górnika zgasło światło. Zabrzanie jako pierwsi objęli prowadzenie, ale Włosi wyrównali po wątpliwym karnym. Wobec braku rozstrzygnięcia nadszedł czas na losowanie. Pierwsze w tym meczu, które decydowało o kolorze strojów, wygrali Włosi. Tym razem jednak szczęście było po naszej stronie. Właściwie nie była to moneta, a żeton – zielony z jednej, czerwony z drugiej strony. Sędzia nie wskazał wówczas, który z nas ma pierwszeństwo wyboru. Szybko się więc wyrwałem i pokazałem na „zieleń”. „Kolor nadziei” – pomyślałem sobie. A poza tym czerwonego to ja bardzo nie lubiłem… Sędzia podrzucił żeton. Te sekundy, kiedy frunął w powietrzu, były straszne. W końcu arbiter pozwolił upaść mu na ziemię. I wtedy zobaczyłem ten mój kolor na wierzchu! Wyrzuciłem w górę ręce z radości – wspominał jeden z najważniejszych momentów w swojej karierze Oślizło. Przed finałem z Manchesterem City koledzy namówili swojego kapitana, żeby poszedł do prezesa i spróbował wynegocjować jakąś dodatkową premię. W odpowiedzi usłyszał, że mają grać i wygrać, a krzywdy im nie zrobią. Do Wiednia pojechały dwa autokary, w których oprócz zawodników, znalazło się też miejsce dla żon, działaczy, dygnitarzy i rozmaitych dyrektorów. Dojechali na miejsce w dniu meczu przed południem. Dostali dwie godziny wolnego na zakupy, ale czynników, które wpłynęły na wynik meczu, było z pewnością więcej. Jeszcze przed upływem kwadransa Anglicy objęli prowadzenie. Drugiego gola zdobyli po błędzie zabrzańskiej obrony. Stefan zagrał do mnie niezbyt precyzyjnie. Z trudem doszedłem do piłki. Chciałem ją od razu podać do Olka, lecz nie uczyniłem tego dokładnie i Lee wyczuł moje intencje. Murawa była śliska, przewróciłem się, a rywal samotnie ruszył na naszą bramkę – wspominał z żalem stoper Górnika. Kiedy do końca pozostawało 20 minut, Oślizło postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Wiele nie ryzykował, a zawsze miał ciągoty ofensywne. Akcja poszła prawą stroną. Banaś posłał płaskie dośrodkowanie w pole karne wprost do kapitana. Byłem odwrócony bokiem do bramki. Przyjąłem prawą nogą, obróciłem się o 180 stopni i uderzyłem lewą, tą słabszą. Nie powiem, że z zamkniętymi oczami, ale jednak bez mierzenia. Piłka dostała jeszcze poślizgu i wpadła do bramki. Czasu na radość nie było, szybko pobiegłem do środka boiska. „Jeszcze 20 minut” – kołatała mi w głowie myśl– opisywał. Anglicy dobrze jednak wiedzieli co robić. Grali na czas. Jak najczęściej starali się wybijać futbolówkę poza boisko, a nie było wtedy ustawionych co pięć metrów chłopców do podawania piłek. Górnik przegrał. Na pomeczowej, wspólnej kolacji mieli jednak okazję napić się szampana z okazałego pucharu.

Na początku lat 70. mimo już dosyć zaawansowanego wieku Oślizło ciągle prezentował bardzo dobrą formę. Jednak jego przygoda z reprezentacją zakończyła się po pechowej porażce z RFN na Stadionie Dziesięciolecia 10 października 1971 r. Polacy przegrali 1:3, a winą za porażkę obarczono Jana Tomaszewskiego i resztę formacji defensywnej, z Oślizłą na czele, choć nikt go palcem nie wskazywał. W Górniku jednak jego pozycja była niepodważalna. Niestety kontuzja, którą odniósł 21 października 1972 r., była początkiem końca jego piłkarskiej kariery. Kwadrans przed końcem meczu z Pogonią doznał urazu w starciu ze skrzydłowym Ryszardem Mańką. Korki przeciwnika przebiły prymitywny ochraniacz i zatrzymały się na kostce. W szatni, po ściągnięciu getrów, zobaczyłem jednak wielką dziurę w nodze, z wystającą kością! Nie była złamana, ale i tak konieczna okazała się wizyta w szpitalu i szycie. A następnego dnia rano koledzy odlatywali do Kijowa na pierwszy mecz PEMK z miejscowym Dynamem. Prezes Wyra poprosił mnie, bym przyjechał pożegnać chłopaków, jako dobry duch drużyny. Ale byłem tak słaby po zabiegu, że nie udało mi się nazajutrz dojechać do klubu i życzyć drużynie „wszystkiego dobrego”. Najwyraźniej właśnie z tego powodu doszło do ochłodzenia naszych stosunków – wspominał obrońca. W Kijowie Górnik przegrał, a w prasie podkreślano, że bardzo był widoczny brak Anczoka i Oślizły. W rewanżu 8 listopada pan Staszek już zagrał, ale drużynie nie udało się odwrócić losów dwumeczu. 12 listopada wyszedł w wyjściowym składzie w meczu z Lechem. Górnik wygrał 3:0. Nikt nie przypuszczał, że to ostatnie ligowe spotkanie legendarnego stopera. Miał już 35 lat, ale ciągle czuł się na siłach, żeby grać. O tym, że nie ma dla niego miejsca w zespole, dowiedział się od krawca. Na początku 1973 r. zabrzanie mieli polecieć na ponadmiesięczne tournée do Meksyku, Gwatemali, Kostaryki i Kolumbii. Tradycyjnie po jednym z treningów piłkarze poszli na przymiarkę garniturów, w których mieli udać się za ocean. Krawiec sprawdzał listę zawodników, ale próżno było na niej szukać nazwiska Oślizły. Wzburzyło mnie to, poszedłem do kierownika, Mariana Olejnika. „Nie ma mnie na liście” – mówię. Bardzo się zmieszał, speszył, wreszcie mówi: „Prezes Wyra polecił, żeby cię już nie zabierać. Że już masz dość tych dachówek na dom w Szczyrku” – przedstawiał sytuację Oślizło. Ostatnie zdanie odnosi się do domku letniskowego, którego budowę pan Staszek powoli kończył. Długie lata zastanawiał się, czy prezes był o tę daczę zazdrosny, czy chodziło o coś innego. Mimo że wielokrotnie się spotykali, to Oślizło nigdy nie zapytał o powody tej decyzji. Kiedy Górnik był w Ameryce, to obrońca trenował razem z drugą drużyną. Pracował nad dojściem do jak najwyższej formy. Chciał jeszcze udowodnić swoją przydatność dla drużyny. Na próżno prezesa do zmiany zdania próbował przekonać trener Jan Kowalski. Swoje niezadowolenia ze sposobu, w jaki potraktowano Oślizłę, wyrażali też zawodnicy na czele z Lubańskim. Nikt nic nie wskórał. 14 kwietnia przy okazji derbowego meczu z Ruchem oficjalnie pożegnano wielkiego obrońcę. To był mój pierwszy tej wiosny mecz, w którym pojawiłem się na stadionie. W garniturze, na trybunach. W przerwie poproszono mnie na bieżnię, podziękowano za lata gry w Górniku. Dostałem telewizor kolorowy. I tyle – opowiadał. Po zakończeniu boiskowej kariery próbował swoich sił jako trener. Prowadził sporo drużyn, z lepszymi, bądź gorszymi rezultatami. Myślał, że będzie to dość łatwa praca – wystarczyło przekazać młodszym to, co samemu najlepiej się potrafiło – ale jednak nie było to takie proste. Zdecydowanie lepiej radził sobie jako piłkarz niż jako szkoleniowiec. Eryk Wyra proponował mu posadę kierownika sekcji, ale Oślizło uniósł się honorem i grzecznie podziękował. Wkrótce potem okazało się, że musi podjąć normalną pracę w górnictwie, bo tylko trenerzy pierwszego zespołu byli z niej zwolnieni. Na szczęście dano mu możliwość wyboru działu, w którym będzie pracował i dzięki temu został inspektorem BHP. Pracując w kopalni, równoległe był szkoleniowcem drużyn młodzieżowych. Kilka razy zmieniał miejsce zatrudnienia, ale zawsze pilnował tego, żeby mieć ciągłość pracy w górnictwie i nie stracić przywileju górniczej emerytury. W 1990 r. został drugim trenerem Górnika u boku swego przyjaciela Jana Kowalskiego. Obaj panowie doprowadzili zabrzański zespół do wicemistrzostwa kraju, a rok później do finału Pucharu Polski. Kiedy w 1995 r. zwolniono Edwarda Lorensa i Waldemara Fornalika ich miejsce zajął właśnie Oślizło. Swój ukochany klub poprowadził jednak tylko w dwóch meczach. Jeden wygrał i jeden przegrał. Przez cały czas był związany z klubem. Najpierw jako rzecznik, później jako doradca prezesa. Jako jedyny z dawnych gwiazd Górnika ma własny gabinet na stadionie. Z zabrzańskim klubem ośmiokrotnie zdobywał tytuł mistrza Polski. Sześciokrotnie wznosił w górę Puchar Polski. Czterokrotnie zwyciężał w plebiscycie Sportu o Złote Buty. W reprezentacji rozegrał 57 spotkań. Strzelił jedną bramkę (ze Szwecją we Wrocławiu w 1966). Wiele razy wyprowadzał kadrę na boisko jako kapitan. Niestety, jak całe pokolenie lat 50. i 60. był niespełniony w reprezentacji. Żeby awansować na wielką imprezę, zawsze czegoś brakowało, zawsze coś stawało na przeszkodzie. Wzór do naśladowania tak na boisku, jak i poza nim. Zawsze oddany i waleczny, ale jednocześnie elegancki i grający fair. Dokładnie taki, jaki powinien być kapitan.

1

@FCBparasiempre
Coraz lepiej zapowiadająca się kariera, młodzieńcza miłość i powołania do juniorskiej reprezentacji sprawiły, że Stanisław zrezygnował ze studiów. Po powrocie z turnieju zaległości na uczelni miał już na tyle duże, że stwierdził, że nie ma sensu tego dłużej ciągnąć. To wtedy podjął definitywną decyzję o zostaniu piłkarzem. Rodzice nie robili mi specjalnych wymówek, gdy zrezygnowałem z Akademii. Ojciec zaczynał odczuwać dumę z moich sukcesów, gdy koledzy pytali go, czy ten Oślizło w reprezentacji juniorskiej to jego syn – wspominał. Na styczniowych konsultacjach był jeszcze zawodnikiem Kolejarza, ale do Budapesztu pojechał już jako zawodnik Górnika Radlin. W 1951 r. klub odniósł największy sukces w swojej historii – zdobył wicemistrzostwo kraju. Kiedy Oślizło do niego dołączał, zespół grał na zapleczu ekstraklasy. Był za silny na drugą ligę i za słaby na pierwszą. Wcześniej działacze snuli plany uczynienia z niego wizytówki górnictwa. Byłem zadowolony z propozycji Górnika z wielu względów. Raz – że mogłem w ten sposób wrócić do rodzinnego domu. Dwa – że przecież niewątpliwie był to sportowy awans. No i trzy – bo do narzeczonej miałem dużo bliżej… Zresztą tak naprawdę to właśnie zdanie jej oraz mojej przyszłej teściowej ostatecznie skłoniło mnie do zmiany klubu. Do obu pań działacze Górnika dotarli wcześniej niż do mnie – opisywał zmianę klubowych barw pan Staszek. Pierwszy raz w nowych barwach zagrał 8 kwietnia 1956 r. Była to trzecia kolejka rozgrywek drugiej ligi. Górnik Radlin wygrał w Bydgoszczy z CWKS-em (dzisiejszym Zawiszą) 1:0. Oślizło miał 18 lat, a grał już pierwszym składzie na bardzo odpowiedzialnej pozycji stopera. W prasie podkreślano, że posiada nieprzeciętny talent, ale musi jeszcze dużo pracować. Zdarzały mu się słabsze występy, choć w większości meczów spisywał się bardzo dobrze. Był ambitny i chciał jak najszybciej nadrabiać braki. Często zostawał po treningach i pracował nad słabszymi elementami swojej gry. Klub chciał poważnie zaistnieć w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale warunki były bardzo skromne. Rolę szatni spełniał dość prymitywny barak. Na środku stał „żeleźniok”, czyli żelazny piec z wychodzącą z niego rurą. Siadaliśmy wokół niego po treningu i suszyliśmy koszulki. Samemu trzeba było zadbać o strój. O buty także. Co prawda dostarczał je klub, ale po każdych zajęciach czy po meczu zabierałem je do domu, samodzielnie czyściłem i wypychałem gazetami, by nie straciły „profilu”. Z kąpielą bywało różnie. Czasami zdarzała się ciepła woda i wtedy chodziło się do łaźni z przyjemnością. Częściej jednak z kranu leciała zimna. Nie narzekałem jednak – mówił Oślizło. To podczas pobytu w Radlinie ustatkował się i wziął ślub. Wcześniej za pierwsze pieniądze, które zaoszczędził, sprawił sobie motocykl Iż. Później udało mu się okazyjnie kupić moskwicza od pewnego przedsiębiorcy z Radlina, który zaproponował mu, że zakup może spłacać w ratach. Niewiele brakowało, a jak większość młodych mężczyzn trafiłby do wojska. Dostał nawet bilet, co wywołało niemałe zamieszanie w klubie. Na szczęście był oficjalnie zatrudniony jako górnik, przez co służba wojskowa go ominęła. W górniczym klubie spędził cztery sezony. Dwukrotnie awansował z nim do ekstraklasy i dwukrotnie z niej spadał. Ten drugi spadek, który zespół zanotował w 1959 r., był ostatnim. 15 listopada Górnik Radlin zremisował w Łodzi z ŁKS-em 1:1 i nigdy więcej na najwyższym szczeblu nie zagrał. Ostatnią bramkę dla klubu na tym poziomie strzelił właśnie Oślizło. Zdawał sobie sprawę, że nadchodzi czas na zmianę otoczenia. Kibice przychodzili na stadion głównie, żeby podziwiać jego grę. Był w bardzo dobrej formie, dziennikarze go chwalili, coraz częściej pojawiały się głosy, że odejdzie z Radlina. Grał w juniorskiej reprezentacji, wiedział, że jeśli chce zaistnieć w dorosłej kadrze i dalej rozwijać, to musi poszukać nowych wyzwań. Swoje kroki skierował do Chorzowa. W Ruchu grali Antoni Nieroba, Eugeniusz Faber czy Kazimierz Polok, których Oślizło dobrze zdążył poznać w kadrze juniorskiej. Liczył, że dzięki pomocy kolegów szybciej zaaklimatyzuje się w nowym miejscu. Poza tym miał w pamięci wspomnienie z wczesnej młodości, kiedy to będąc na licealnej wycieczce, miał okazję oglądać spotkanie Ruchu z Polonią Bytom. Chorzowianie wygrali 7:0, co zrobiło ogromne wrażenie na młodym Staszku. Kiedy jednak zjawił się na Cichej, zastał tam tylko gospodarza obiektu. Ten wskazał mu miejsce, gdzie spotka członka zarządu. Działacz wcale nie kwapił się z podjęciem decyzji i powiedział, żeby Oślizło przyszedł innym razem, kiedy będzie więcej decyzyjnych osób. Zawodnik zraził się w ten sposób do chorzowskiego klubu, a Ruch stracił jednego z najlepszych polskich stoperów w historii.

Talent Oślizły zaczynał dostrzegać inny wielki klub ze Śląska – zabrzański Górnik. W Zabrzu świętowano właśnie drugi w historii tytuł mistrzowski, miasto było dużo liczniejsze od Radlina i miało też większy stadion. Działało tutaj aż osiem kopalń, więc o zaplecze finansowe klubu nie trzeba się było martwić. Młody obrońca nie mógł chyba lepiej trafić. Pierwszy raz wystąpił w nowych barwach 29 listopada 1959 r. w towarzyskim meczu z opolską Odrą. Był jeszcze wtedy graczem klubu z Radlina. Parę dni później w Zabrzu zaproponowano mu wyjazd z drużyną na zachodnioeuropejskie tournée. W jego dotychczasowym miejscu pracy nie robiono mu problemów i udzielono zgody na wyjazd. Na ten wyjazd pojechałem jako prawy obrońca. Szukano bowiem w Zabrzu następcy dla szykującego się do zakończenia przygody z piłką Antka Franosza. Pozycja stopera należała do reprezentanta, Stefana Florenskiego. Ale i tak dobrze mi się w tej nowej roli grało. Zdecydowałem więc, że moim klubem będzie właśnie Górnik Zabrze – wspominał. Zmiana barw klubowych nie była tak prosta. Transfery między klubami były wówczas niezbyt częste, oczywiście nie licząc tych piłkarzy, którzy odbywali służbę wojskową w Legii. W Radlinie zakładano, że w kolejnym sezonie klub wróci do ekstraklasy, a tak klasowy gracz, jakim był już wtedy Oślizło, miał odegrać w tym powrocie jedną z głównych ról. Staszek próbował interweniować u Andrzeja Kropaczka – prezesa klubu i dyrektora kopalni w jednej osobie – ale bez skutku. Na dodatek jeszcze go zawieszono. Wobec silnych finansowych argumentów z Zabrza prezes w końcu ustąpił. Oślizło kosztował niebotyczne wtedy 100 tys. złotych. Jemu samemu za transfer zapłacono 25 tys., czyli równowartość 10 górniczych pensji. Jak się miało później okazać, piłkarz był zdecydowanie wart wydanych pieniędzy. Ale w Radlinie straszyli mnie Zabrzem. „Nie idź tam, Stadiek. Rozpijesz się, tam przecież same pijaki!”, mówili. Ale ja się nie bałem. Nie piłem, nie paliłem i zawsze słuchałem trenerów. Wiedziałem, że przecież nikt na siłę wódki do gardła nie będzie mi wlewał – wspominał w książce Pawła Czado. Oślizło musiał z marszu wkomponować się w drużynę. Miał grać na prawej stronie, ale po kontuzji, jakiej doznał Florenski w Rzymie, udanie zastąpił go na pozycji stopera. Sezon zakończył z zespołem dopiero na trzecim miejscu. Sam przyznaje, że nie było to wejście smoka, ale najlepsze miało nadejść. W zabrzańskim klubie szybko stał się jednym z liderów. Mimo młodego wieku wkrótce wybrano go na kapitana zespołu. A warto pamiętać, że w drużynie było wielu znakomitych, bardziej doświadczonych graczy. W tajnym głosowaniu zdecydowano jednak, że najbardziej godnym noszenia kapitańskiej opaski jest właśnie Oślizło. Już w drugim sezonie zwyciężył w plebiscycie Sportu i zdobył swoje pierwsze Złote buty. Górnik w tamtym sezonie przegrał tylko dwa spotkania, zaliczając fantastyczną passę 22 meczów bez porażki. W cuglach wygrali mistrzostwo. Pierwsze z ośmiu, jakie stało się udziałem pana Stanisława. Zawsze grał twardo i nieustępliwie, będąc przy tym jednocześnie dżentelmenem. Kiedy do klubu przyszedł młodziutki Włodzimierz Lubański, to właśnie Oślizło otoczyć miał go opieką. Podczas tournée w USA czy na pierwszych zgrupowaniach byli razem w pokoju. Sztab wiedział, że przy ułożonym i spokojnym Staszku, młodemu Włodkowi nie grozi nic złego. Przyjęli mnie znakomicie. Staszek Oślizło, kapitan drużyny, opiekował się mną jak ojciec. W Górniku potrafiono wprowadzać młodych piłkarzy do zespołu, co wcale nie jest sprawą prostą – wspominał swój początek w klubie Lubański. Relacje prasowe z czasów jego gry są pełne pochwał pod jego adresem. Sporadycznie jedynie zdarzały mu się słabsze spotkania. Najczęściej w Sporcie można było przeczytać, że na uwagę zasługuje znakomita postawa stopera Oślizły. Wspaniale grał głową. Dzięki uprawianej w młodości siatkówce dysponował bardzo mocnym odbiciem. ,,Stasiek to wyjątkowa postać. Tworzyliśmy parę stoperów, która w tym czasie miała największy skok dosiężny. Być może wynikało to z faktu, że Stasiek wcześniej trenował siatkówkę, grał w koszykówkę. Ja miałem 71 centymetrów, Stasiek – 72 centymetry”– opowiadał Jacek Gmoch, z którym Oślizło przez lata grał w reprezentacji. Cieszył się opinią eleganckiego i uprzejmego zawodnika. Miał jednak w swojej karierze kilka incydentów dyscyplinarnych. Jednym z nich było zdarzenie z Warszawy, sprzed meczu z Gwardią. Dzień przed spotkaniem Górnik przyjechał do stolicy późnym wieczorem. Zawodnicy zjedli kolację i część wyszła przed hotelową restaurację. Czekali przed autokarem, aż zjawi się reszta ekipy. Nagle zjawił się patrol milicji, który nakazał zawodnikom się rozejść i nie robić zbiegowiska. Tłumaczenia, że są piłkarzami i czekają na kolegów, na nic się zdały. Emocje zaczęły narastać, pojawiła się też policyjna suka. Nagle Oślizło, który żywo dyskutował z milicjantami, poczuł, że ktoś próbuje założyć mu kajdanki. Chciał się wyrwać, ale na niewiele się to zdało i wpakowano go do samochodu. W tym samym czasie z hotelu wyskoczył Karol Kapciński, który zazwyczaj był rezerwowym. Bez namysłu uderzył jednego z mundurowych w twarz i zniknął w ciemnościach. W raporcie milicjanci jako winnego tego zajścia wskazali Oślizłę. Efekt? ,,Dostałem pod pachę koc i wpakowali mnie do celi. Siedziały w niej już w typki o bardzo nieciekawym wyglądzie. Pietra miałem sporego, gdy ich zobaczyłem. Grzecznie oddałem im koc, po czym skuliłem się gdzieś w kącie i usiłowałem zdrzemnąć”– wspominał noc w areszcie pan Staszek.

Na nogi postawiono najważniejszych działaczy Górnika, dygnitarzy partyjnych w Zabrzu, aż w końcu sprawa oparła się o prezesa PZPN Wiesława Ociepkę, który był jednocześnie członkiem KC PZPR. Oślizłę wypuszczono rano o 10:00, dopiero po okazaniu, w którym rozpoznał go jeden z milicjantów. Kiedy zawodnicy wychodzili na mecz, funkcjonariusze uważnie przyglądali się każdemu piłkarzowi Górnika, szukając Kapcińskiego. Ten jednak nie został nawet wpisany do protokołu i czekał w hotelu. Dzięki zabiegom na różnych szczeblach całą sytuację udało się załagodzić, ale dla zawodnika nie był to koniec problemów. „Wie pan, pobity funkcjonariusz musiał zmienić pracę…” – stróże prawa dawali mi wyraźnie do zrozumienia, że jakiś „prezent” dla pokrzywdzonego pozwoli ją wyciszyć. Po takiej sugestii wróciłem do Zabrza, wziąłem z klubu cały kupon gabardyny – materiały na galowy mundur górniczy – i pojechałem z nim ponownie do stolicy. Pokręcili nosem… „Święta się zbliżają, coś by się przydało pod choinkę” – usłyszałem. Nie było wyjścia; podjąłem – niemałe – pieniądze z książeczki PKO, wsadziłem w kopertę i zawiozłem do Warszawy. Dopiero wtedy ostatecznie zamknięto dochodzenie – wspominał. Dominacja Górnika w lidze nie każdemu się podobała. Czasami zdarzało się, że sędziowie bardziej sprzyjali przeciwnikom. Pojawiały się też rozmaite propozycje odpuszczenia meczu, ale nikt nigdy nie proponował pieniędzy za przegraną czy remis. Miała też miejsce sytuacja, w której wyniku Oślizło został zawieszony. Górnik grał z GKS-em Katowice. Przegrywali już 0:2, ale w końcu do siatki trafił Alozjy Deja, a potem do remisu doprowadził Hubert Skowronek. Ta druga bramka nie została jednak uznana przez sędziego. Bogdan Hirsch dopatrzył się pozycji spalonej, jak i faulu Erwina Wilczka. Zaczęły się protesty. Zostałem czynnie znieważony. Uderzył mnie zawodnik Górnika, Florenski. Wcześniej byłem atakowany przez Oślizłę i Wilczka. Obaj trzymali jednak ręce przy sobie – żalił się mediom arbiter. Dla Hirscha było to pierwsze spotkanie prowadzone na tym szczeblu. Wcześniej piętnastokrotnie sędziował na drugoligowych boiskach. Mecz został przerwany, według zabrzan niesłusznie. Oślizło, który był kapitanem, złożył oficjalny protest z powodu naruszenia przepisów gry i domagał się odnotowania tego w protokole. ,,Sędzia nie uznał nam prawidłowo – moim zdaniem – zdobytej braki. Chłopcy otoczyli go, gestykulując dość gwałtownie. Mówią, że Włodek Lubański położył arbitrowi rękę na ramieniu, że nim „potrząsnął”. Ja tego nie wiem – byłem pod własną bramką. Z tym większą konsternacją przyjąłem decyzję arbitra, który wskazał na tunel, przerywając mecz”– przedstawiał swoją wersję Oślizło. Kilka dni później przyszły do klubu wezwania na Wydział Dyscypliny. Ośliźle zarzucono obrazę słowną sędziego, a Florenskiemu czynne znieważenie arbitra. Kapitan Górnika przypuszcza, że koniecznie chciano kogoś ukarać i padło na najstarszych. Ich kariery zbliżały się już powoli do końca, a zawieszenie takiego zawodnika jak choćby Lubański, byłoby znaczącym osłabieniem dla reprezentacji. Na posiedzeniu, kiedy kazano nam z „Florkiem” siąść przed wysokim gremium, poczułem się jak na ławie oskarżonych w sądzie. Odczytano protokół pana Hrischa. „Oj, panie Stanisławie, nigdy bym nie przypuszczał, że tak zrównoważony człowiek może się uciec do takich zachowań” – usłyszałem komentarz zza stołu, przy którym siedzieli członkowie wydziału. „Pan wierzy w to, że ja mógłbym postąpić tak, jak to opisał sędzia?” – zapytałem przewodniczącego. „Ale ja, niestety, muszę respektować to, co jest napisane” – nie odpowiedział mi wprost na moje pytanie. Wtedy już wiedziałem, że jestem na straconej pozycji – opowiadał stoper. Ostateczne Kostka, Oślizło i Wilczek otrzymali karę sześciu miesięcy dyskwalifikacji w zawieszeniu na rok. Oślizło został dodatkowo pozbawiony funkcji kapitana na dwa lata. Florenskiego zdyskwalifikowano na okres dwóch lat, co oznaczało dla niego praktycznie koniec kariery. Piłkarze wiedzieli, że to niesprawiedliwe, żaden jednak nie zaprotestował. Wszyscy chcieli chronić Lubańskiego. Brał udział w wielu pucharowych bojach Górnika. Pierwsze ich występy bywały pechowe, o czym szerzej przeczytacie w naszej książce. Dopiero pod wodzą Gezy Kalocsaya udało im się bardziej zaistnieć w rozgrywkach. W 1967 r. wiosną spotkali się z Manchesterem United, prowadzonym przez Matta Busby’ego. W Anglii Polacy przegrali, ale u siebie postawili Anglikom bardzo trudne warunki i wygrali 1:0. Gola strzelił Lubański, a asystę przy tym trafieniu zanotował Oślizło. Nie wystarczyło to jednak do awansu i zabrzanie pożegnali się z rozgrywkami.

7

@FCBparasiempre
Swoje 86 urodziny obchodzi dzisiaj nestor polskiego futbolu Stanisław Oślizło. W latach 60-tych XX wieku zabrzański Górnik przeżywał swoje złote lata. W kraju mało kto mógł się z nimi równać. Klub godnie reprezentował Polskę na arenie międzynarodowej. Kapitanem i opoką defensywy tamtej drużyny był zawsze elegancki Stanisław Oślizło. W barwach klubowych i reprezentacyjnych grał przeciwko wielu znakomitym piłkarzom tamtej epoki. Raymond Kopaszewski, Bobby Charlton, George Best, Josef Masopust, Gundi Asparuchow, Gianni Rivera, Walery Łobanowski czy Garrincha. To tylko niektórzy z nich. Dennis Law proponował mu wymianę koszulek, a Pele z uznaniem klepał po plecach. Jest jedynym strzelcem gola dla polskiego klubu w finale europejskiego pucharu. Na początku 1960 r. polska kadra szykowała się do występu na igrzyskach olimpijskich w Rzymie. W gronie powołanych na zgrupowanie selekcyjne piłkarzy był też Stanisław Oślizło. Młody stoper Górnika Radlin był w trakcie przenosin do Zabrza. Na ligowych boiskach wyróżniał się na tyle, że sztab postanowił dać mu szansę na styczniowym zgrupowaniu. Prouff samodzielnie prowadził zabawy biegowe po górach, w śniegu. Pewnego dnia odmroził sobie uszy i nos. Zasuwaliśmy wtedy bardzo mocno, ciężko pracowaliśmy – zwłaszcza w dwójkę, z Jasiem Kowalskim. Wylaliśmy litry potu, w przeciwieństwie do części starszych piłkarzy w tej drużynie. Czasami chowali się gdzieś za drzewami, czekając na powrót reszty ekipy z wyznaczonej przez trenera pętli biegowej – wspominał swoje pierwsze zetknięcie z dorosłą kadrą. Na obozie pokazał się z dobrej strony. Szkoleniowcy zauważali, że jest coraz poważniejszym konkurentem dla Romana Korynta. Dziennikarze widzieli w nim spory talent, ale młody zawodnik wciąż miał jeszcze sporo do poprawy. Zaliczył kilka przymiarek olimpijskiego garnituru, ale do Rzymu nie pojechał. Szkoda, bo jak się później okazało, z obrońcami mieliśmy tam spore problemy. Na pocieszenie zostały mu mecze młodzieżówki i powołania do kadry B na spotkania z Węgrami i Bułgarami. Recenzje prasowe nie były najlepsze i niektórzy wątpili nawet, czy Oślizło będzie w stanie zająć miejsce Korynta. Wkrótce jednak dostał swoją szansę w seniorskiej reprezentacji. 21 maja 1961 r. graliśmy na Stadionie Śląskim z drużyną ZSRR. Kibice pamiętali znakomite zwycięstwo sprzed czterech lat, ale nastroje były raczej ostrożne. W końcu trzeci mecz w Lipsku wygrali rywale i to oni pojechali na szwedzkie finały. W maju 1959 r. zostaliśmy też upokorzeni na Łużnikach, gdzie przegraliśmy aż 1:7. Na dodatek radziecka drużyna rok wcześniej zwyciężyła w pierwszym turnieju o mistrzostwo Europy. Zapowiadał się więc ciężki mecz. Nazwiska Łobanowskiego, Netto czy Jaszyna budziły u debiutującego obrońcy szacunek, ale jak sam przyznawał i tremę. Sport pisał, że dla stopera zabrskiego będzie to pierwszy wielki egzamin. Oślizło dobrze prezentował się w lidze. Chwalono jego grę głową, nieustępliwość i zachowanie się przy stałych fragmentach. Przed spotkaniem z ZSRR świetnie zaprezentował się w nieoficjalnym meczu z kadrą Bułgarii, gdzie wymiatał, co się dało. Przy okazji towarzyskich starć Górnika z kijowskim Dynamem miał okazję grać przeciwko Łobanowskiemu, który strzelił wtedy dwie bramki. Polak wyciągnął wnioski z tej lekcji. Nasi reprezentanci nieoczekiwanie wygrali 1:0 po bramce Ernesta Pohla. Oślizło rozegrał bardzo dobre zawody. W pierwszej połowie przeprowadził odważną akcję, którą zakończył ostrym strzałem na bramkę Jaszyna. Takie rajdy obrońców należały wtedy do rzadkości. Znakomicie spisywał się w grze powietrznej i wygrywał wszystkie pojedynki główkowe. Gratulujemy Ośliźle doskonałej postawy. Grał uważnie, dokładnie, energicznie, a strzał, jaki oddał w I połowie, był jedynym wartościowym strzałem naszej drużyny w tym czasie. Oślizło zdobył sobie miejsce w reprezentacji i mamy nadzieję, że będzie robił dalsze postępy – pisano w katowickim Sporcie. Spotkanie z ZSRR było elementem przygotowań do dwumeczu z Jugosławią, z którą rywalizowaliśmy w eliminacjach do mistrzostw świata w Chile. Niestety porażka 1:2 na wyjeździe i remis 1:1 u siebie sprawiły, że do Ameryki Południowej polecieli piłkarze z Bałkanów, którzy zajęli tam czwarte miejsce.

Stanisław Oślizło urodził się 13 listopada 1937 r. w Jedłowniku, który w czasie okupacji został włączony w granice Wodzisławia Śląskiego. Był trzecim dzieckiem w rodzinie, siostra Helena była starsza o dziewięć lat, a brat Alfons o cztery. W dwudziestopięciohektarowym gospodarstwie, które prowadzili jego rodzice, uprawiano zboże, ale także tytoń, buraki i rzepak. Ich dom był największy w okolicy, w czasie wojny w kilku zaanektowanych pokojach działał sztab jednej z niemieckich dywizji. Mały Staszek od małego przyzwyczajał się do widoku żołnierzy w mundurach.



Wbrew zarządzeniom w domu rozmawialiśmy po polsku. Ale już pod koniec wojny, kiedy dorosłem do szkoły, musiałem posługiwać się niemieckim – wspominał w swojej biografii. Wojna zaczęła się, kiedy miał niespełna dwa latka, więc tragicznych wydarzeń nie mógł pamiętać. Zupełnie inaczej było w 1945 r., kiedy nadchodziła Armia Czerwona. Okolice Wodzisławia stały się areną zażartych walk. Niemcy długo się bronili, ale w końcu zostali wyparci. Nadeszło wyzwolenie. Podobnie jak Edward Szymkowiak – jego kolega z kadry – Oślizło nie ma dobrych wspomnień związanych z Sowietami. Mieliśmy służącą, bardzo ładną dziewczynę. Ruscy chcieli ją zgwałcić. Ojciec – potężny facet – postawił się sołdatom. Ci postawili go pod ścianą w piwnicy, wsadzili mu lufę pepeszy w brzuch. Wystarczyło pociągnąć za spust. Brat pobiegł z płaczem do jakiegoś majora czy kapitana, ściągnął go do piwnicy i w ten sposób uratował życie tacie – relacjonował. Sowieci rabowali, co tylko się dało. Rodzina Oślizły głęboko w sianie schowała motocykl, ale żołnierze wygrzebali go i zabrali. Po tym, jak zabrano też dwa konie, chcieli ocalić pozostałe zwierzęta i zabandażowali im nogi. Liczyli, że jak Rosjanie zobaczą opatrunek, uznają zwierzę za chore i je zostawią. Mylili się. Opatrzone konie i krowy zabijali na miejscu, na mięso. Wydawało się, że wraz z końcem wojny, skończą się problemy i prześladowania, ale nic z tych rzeczy. Kiedy ojciec sprzeciwił się programowi kolektywizacji rolnictwa, stał się wrogiem klasowym. Wraz z kilkoma kolegami marzył o powrocie „dawnej Polski”, ale ich tajne spotkania szybko zostały namierzone. Zostali aresztowani, a dom Oślizłów wielokrotnie w nocy nachodzili funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Nic nie znaleziono, ale ojcu Staszka wytoczono proces. Żeby opłacić adwokatów, matka musiała sprzedać ciężarówkę, którą w obejściu zostawili Niemcy. Na nic to się jednak zdało. Jakub Oślizło został skazany na karę śmierci. Szczęśliwie dzięki amnestii zamieniono mu ją na dożywocie. Potem skrócono do 25 lat więzienia, a w wyniku kolejnych złagodzeń kary wyszedł po siedmiu. W tym czasie pracował w kamieniołomach. Musiałem uzyskać zgodę od dyrektora mojej szkoły, żeby mama mogła mnie zabrać na widzenie z ojcem do Strzelec Opolskich. To było bardzo ciężkie więzienie, a przecież tata nikogo nie zabił, nikogo nie skrzywdził. (…) A na roli trzeba było ciężko pracować, nie można było tego zaniedbać. Razem z bratem pomagaliśmy mamie – wspominał na łamach książki „Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach”. Władza ludowa na każde kułacze gospodarstwo nakładała normy. Przychodził urzędnik i określał, ile trzeba było oddać tytoniu, buraków, rzepaku czy ziemniaków. Nikogo nie obchodziło czy ziemia nadaję się pod konkretną uprawę ani to, że rodzina została bez ojca. Normę trzeba było wyrobić. Dopiero kiedy kupili ciągnik, już po wyjściu ojca na wolność, zrobiło się trochę lżej. O piłce nożnej, czy sporcie w ogóle nie było jednak czasu myśleć. Jako dziecko Oślizło co niedzielę chodził do kościoła. Był ministrantem. Kiedy w 1949 r. rozpoczęła się budowa nowej świątyni, nastoletni Staszek aktywnie brał w niej udział. Proboszcz parafii Ewald Kasperczyk bardzo dbał o młodzież. Interesował się tym, jak młodzi radzą sobie w nauce, chciał, żeby dzieciaki „wyszły na ludzi”. To on namówił Staszka, żeby poszedł do liceum, to dzięki niemu Oślizło pobierał lekcje gry na fortepianie. I choć muzykiem nie został, to znajomość nut przydała mu się podczas tournée Górnika po USA i w trakcie złotych godów Krystyny i Henryka Losków, gdzie umiejętności gry na dwie ręce zazdrościł mu Ryszard Rynkowski. W liceum pochodzenie społeczne nie ułatwiało mu szkolnego życia, a łatka syna kułaka długo się za nim ciągnęła. Wspominał, że bardzo lubił geografię, bo była dziedziną wiedzy, która trzymała się z dala od polityki. To właśnie w liceum poznał swoją przyszłą żonę. W 1955 r. zdał swój egzamin dojrzałości. Jak to zawsze ze mną bywało, jeśli już się do czegoś brałem, traktowałem to bardzo poważnie. Dlatego na kilka tygodni przed maturą, wraz z kilkoma kolegami wynajęliśmy pokój w Wodzisławiu. Tam wspólnie przygotowywaliśmy się do tego najważniejszego w dotychczasowym życiu szkolnym momentu – opowiadał. W liceum po raz pierwszy zetknął się ze sportem wyczynowym. Dzięki pracy na roli był bardzo silny i sprawny. Chętnie włączył się w budowę szkolnego boiska, gdzie później grał z kolegami w siatkówkę. Tę dyscyplinę ćwiczył nawet przez kilka miesięcy w Jastrzębiu i niewiele brakowało, a zostałby siatkarzem. Poza tym znakomicie radził sobie w lekkoatletyce. Do dzisiaj jego wyniki na 100 metrów, w skoku w dal, w pchnięciu kulą i rzucie granatem są rekordami szkoły. Przez kilka miesięcy trenował gimnastykę pod okiem braci Gaców z Radlina, którzy byli wtedy trenerami kadry olimpijskiej i wychowywali kilku olimpijczyków. W Ośliźle dostrzegali spory talent, ale w życiu młodego chłopaka właśnie wtedy pojawiła się piłka nożna.

Do przełomu lat 40. i 50. w Jedłowniku działał miejscowy LZS. Po jego likwidacji na nieużywane przez klub boisko przychodzili moi rówieśnicy, którzy mieli mniej zajęć domowych. Wielokrotnie, idąc za pługiem, słyszałem dobiegające z niego okrzyki „gol”, „strzelaj” i inne. Krótko mówiąc – odgłosy rozgrywanych tam meczów. Żal mi był, że mnie tam nie ma. Ale wola ojca była ważniejsza od przyjemności… – wspominał. Kiedy uczęszczał do liceum miał styczność z organizacją Służba Polsce. Tę paramilitarną organizację utworzono w lutym 1948 r. i miała służyć przysposobieniu zawodowemu, wychowaniu fizycznemu i przysposobieniu wojskowemu młodzieży. Latem Oślizło z kolegami regularnie jeździli do miejscowości Łobez w województwie szczecińskim. Miejscowy PGR borykał się z problemem braku rąk do pracy, więc młodzi pomagali przy żniwach, czy opróżniali chlewy z obornika. Pewnej niedzieli zostali wyzwani przez chłopaków z miejscowego LZS-u na mecz. Przyjęli propozycję, wszak kilku kolegów Staszka grało już w wodzisławskim Kolejarzu. Przybysze ze Śląska nie dali szans gospodarzom i pewnie wygrali. Oślizło trafił do składu trochę z przypadku, bo brakowało kilku do pełnej jedenastki. Zagrał jednak na tyle dobrze, że paru kolegów dostrzegło w nim talent. Kiedy przed jednym ze spotkań ligi juniorów brakowało Kolejarzowi zawodnika, to właśnie Staszka starano się namówić na grę.



„Staszek, przyjdź na trening” – usłyszałem od mojego serdecznego przyjaciela, Gienka Szulca. Pomagał mi czasami w nauce, a kiedy trzeba było, dawał przed lekcjami odpisać zadanie, którego nie zdążyłem odrobić w domu. Poza tym był kapitanem tamtej drużyny. Jak mogłem mu odmówić?! – wspomina początek swojej przygody z piłką Oślizło. Był wtedy w klasie maturalnej, więc nauki miał sporo. W domu pracy też było pod dostatkiem. Z tego względu rodzice niezbyt przychylnie patrzyli na nową pasję Staszka. Treningi pochłaniały sporo czasu, a przecież trzeba jeszcze było na nie jakoś dotrzeć i wrócić do domu. Na stadion miał trzy kilometry. Kiedy się spieszył, to często wracał truchtem, przez co wydatnie poprawiał swoją i tak dobrą kondycję. Z nią akurat nigdy nie miałem problemów. Za to byłem kompletnie „surowy” jeśli chodzi o wyszkolenie. U progu tej przygody z futbolem dawały o sobie znać ogromne braki techniczne – przyznawał. Podobnie jak jego późniejsi koledzy z Górnika – Jerzy Gorgoń i Zygmunt Anczok – zaczynał jako napastnik. O tym, że zagrał na obronie, zadecydował tak jak u wyżej wymienionych, przypadek. Kiedy kontuzję złapał nasz stoper, przesunięto mnie na środek defensywy. To był oczywiście tylko szczęśliwy traf, ale okazał się strzałem w dziesiątkę! – opowiadał. Grając w Kolejarzu, miał okazję wystąpić w spotkaniu sparingowym przeciwko kadrze juniorów Śląska. Dla chłopaków z Wodzisławia gra z takim rywalem była sporym wyróżnieniem, a także okazją do pokazania się trenerom. To wtedy po raz pierwszy na meczu syna zjawił się Jakub Oślizło. Reprezentację Śląska prowadził wówczas Ewald Cebula, którego uwagę zwróciła dobra dyspozycja młodego stopera. Oślizło zaprezentował się na tyle dobrze, że na kolejne konsultacje młodzieżowej kadry Śląska został już zaproszony. Kiedy zdał maturę, przyszła kolej na wybór uczelni. Początkowo Oślizło złożył papiery na Wyższej Szkole Rolniczej w Krakowie. Miał nadzieję, że będzie mógł jednocześnie rozpocząć treningi w Wiśle. Jednak kiedy pojawił się przy Reymonta, nikt się nim specjalnie nie przejął. Zraził się do grodu Kraka i swoje kroki skierował do Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Katowicach. To tam właśnie rozpoczął życie na własny rachunek. Po cichu cieszył się, że wreszcie mógł się oderwać od ciężkiej pracy w gospodarstwie. Tuż obok budynków uczelni było boisko Kolejarza Katowice. To tam miał kontynuować swoją przygodę z piłką. Rozpoczęcie studiów wiązało się oczywiście ze zmianą barw klubowych. W Kolejarzu z Wodzisławia problemów z moim odejściem nie robili, więc zostałem zawodnikiem Kolejarza z Katowic. Tu już na codzienne dojazdy z rodzinnego domu było za daleko. Wraz z bramkarzem katowickiej drużyny, Gajdą, miałem do dyspozycji pokój w okolicach ówczesnego dworca kolejowego. 55 lat później wciąż doskonale pamiętam ten budynek, stojący wciąż na swym miejscu. Miejsce do najcichszych nie należało. Pociągi jeździły „po sąsiedzku”, stukały i gwizdały co parę minut. Człowiek jednak, wracając z treningów, na nic już nie zważał. Spaliśmy jak zabici, i to często nawet przy otwartych oknach! Poza tym byłem naprawdę szczęśliwy, że wyrwałem się z tego „wiejskiego kieratu” w Jedłowniku – wspominał Oślizło swoje początki w Katowicach. Grając w Katowicach, często jeździł do Radlina. Poznana w liceum dziewczyna była już narzeczoną. Oślizło podróżował tam pociągiem, ale na radliński dworzec nie dojeżdżał. Kiedy pociąg mocno zwalniał na zakręcie, wyskakiwał kilka kilometrów przed stacją. Stamtąd miał jakieś 100 m do domu swojej sympatii. Prezes klubu pan Wrona załatwił nawet swojemu zawodnikowi bilet na pierwszą klasę. W 1955 katowiczanie wywalczyli awans do III ligi śląskiej i zagrali w niej w kolejnym sezonie. Dobre występy młodych zawodników, a zwłaszcza jednego, nie pozostawały bez echa. Umiejętności i talent Staszka dostrzegł młody obiecujący trener Kazimierz Górski. Krótko po świętach Bożego Narodzenia Oślizło pojechał na konsultacje kadry juniorów do Szklarskiej Poręby. Zaprezentował się tam na tyle dobrze, że powołano go również na marcowe zgrupowanie, na którym juniorzy przygotowywali się do wyjazdu na turniej juniorów UEFA do Budapesztu. Prasa wyróżniała go po każdym z trzech meczów – z Austrią (3:2), Rumunią (0:1) i Jugosławią (1:1). Polacy zajęli w grupie drugie miejsce. Co ciekawe, na turnieju rozgrywano tylko fazę grupową. Nie było półfinałów, żeby zapobiegać nadmiernej konkurencji.

5

8

Z historii Blaugrany:

13 listopada 1950 r. socios zagłosowali za zakupem terenów pod Camp Nou. Architekci ocenili iż stary stadion Camp de Les Corts da się powiększyć jedynie o 8 tys. miejsc przy jednoczesnym obniżeniu komfortu oglądania spotkań. Władze Barcelony zarządziły więc czterodniowe głosowanie, w którym socios mieli zadecydować o ewentualnym pozyskaniu ziemi pod budowę przyszłego stadionu na 100 tys. osób. Na ponad 30 tys. socios, głosowało 7967, w tym aż 7835 opowiedziało się za zakupem terenów za 10 mln peset.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

0

O! Widze że redakcja ukradła mój tytuł artykułu, który nie tak dawno przytaczałem...

2

@FCBparasiempre
Statystyki (stan przed meczem 6.03.2022):

Do tej pory drużyny z Manchesteru zmierzyły się ze sobą 186 razy, z czego:

77 wygrał Manchester United

53 razy padł remis

56 razy wygrał Manchester City

Bilans bramek to 265:253 na korzyść Manchesteru United.

Analizując statystyki, należy wyróżnić rekordy. Zacznijmy od tych drużynowych:

Najwyższe wygrane – aż 4-krotnie mecze derbowe kończyły się różnicą 5-bramek.

United 1–6 City (1926);

United 0–5 City (1955);

United 5–0 City (1994);

United 1–6 City (2011);

Największą frekwencją cieszył się mecz z 16 kwietnia 2011 roku. W ramach półfinału Pucharu Anglii na Wembley zebrało się 86549 kibiców. Poniżej prezentujemy uśrednione frekwencje:

Mecze, w których gospodarzem było City: 46500 (najwyższa 71364);

Mecze, w których gospodarzem było United: 54500 (najwyższa 75790);

Mecze na neutralnym terenie: 57000 (najwyższa 86549);

Najskuteczniejsi piłkarze w meczach derbowych:

Wayne Rooney (UTD)- 11;

Joe Hayes (MCI) – 10;

Francis Lee (MCI) – 10;

Bobby Charlton (UTD – 9

Sergio Agüero (MCI) – 9;

Colin Bell (MCI) – 8;

Eric Cantona (UTD) – 8;

Brian Kidd (UTD / MCI) – 8 (5/3);

Joe Spence (UTD) – 8;

Paul Scholes (UTD) – 7;

Dennis Viollet (UTD) – 7;

United w meczach derbowych było prowadzone przez 19 różnych menadżerów, a City przez 35.

Stosunek goli samobójczych to 8 (United) do 4 (City);

W meczach derbowych 23 krotnie padały bramki z rzutów karnych. 15 z nich wykonywało United. Ostatni raz United strzeliło gola z karnego 7 marca 2021 roku (Bruno Fernandes). City swój ostatni rzut karny wykorzystało w 19 stycznia 1910 roku (Tevez)

Aż 39 różnych piłkarzy występowało w obu klubach w swojej karierze. Więcej na ten temat pisaliśmy w tym miejscu. Dziś ten rekord zostanie prawdopodobnie ustalony na nowo za sprawą Sancho.

Były 4 przypadki, gdy menadżer jednej drużyny był wcześniej związany z drugą. Ernest Mangnall prowadził oba kluby, Matt Busby grał dla City, a trenował United, a Steve Coppell oraz Mark Hughes po karierach piłkarskich w barwach Czerwonych Diabłów zostali trenerami Citizens.

Dziś derby Manchesteru to nie tylko wojna o miasto, ale przede wszystkim wojna o Anglię. Aspiracje obu klubów już dawno wykraczają poza lokalną dominację, a utrata punktów w bezpośrednim starciu może rzutować na tym, kto ostatecznie wzniesie puchar mistrza Anglii. Rywalizacja znów się wyrównała, chociaż to City ma przewagę. Znane porzekadło mówi, że „derby rządzą się własnymi prawami”. Trudno, patrząc na przebieg spotkań pomiędzy City a United, nie zgodzić się z tym powiedzeniem. Losy obu drużyn, ich historia, ludzie, którzy w większym bądź mniejszym stopniu związani są z tymi klubami, tworzą niesamowitą aurę, która sprawia, że starcia między Obywatelami a Czerwonymi Diabłami wywołują ciarki na plecach kibiców nie tylko w Anglii, ale na całym świecie. Na sam koniec bardzo ciekawa anegdota: Kilka lat temu kibic Manchesteru United zgodził się oddać swojemu bratu ratujące życie komórki pod warunkiem, że brat przestanie kibicować wrogiej drużynie – Manchesterowi City. Emerytowany doradca Martin Warburton (50 lat) poprosił swojego brata Paula (59 lat) o podpisanie żartobliwego kontraktu, w którym zobowiązuje się dołączyć do grona kibiców Manchesteru United. Paul, który potrzebował przeszczepu, aby zwalczyć przewlekłą białaczkę limfatyczną B-komórkową, podszedł do zmiany drużyny w sposób filozoficzny. „Miałem prawdziwe szczęście, że komórki Martina były zgodne. Często się zdarza, że mając siedmioro bądź ośmioro rodzeństwa, nie można znaleźć pasujących komórek” – powiedział. Martin przyznał, że wykorzystał tę okazję z premedytacją, by jego brat przestał kibicować Manchesterowi City. „Ten kontrakt wprawdzie był żartem, ale on i tak go podpisał” – zakończył Martin.

7

@FCBparasiempre
Mecze derbowe zawsze niosą za sobą coś więcej, niż rywalizację sportową. Nie inaczej jest w rywalizacji Manchesteru United z Manchesterem City. Dwa kluby z miasta konkurują ze sobą od zawsze, a historia walki o władzę przypomina koniunkturę gospodarczą — raz na wozie, raz pod wozem. Pomimo deklarowanej wrogości, ekipy te nie mogą bez siebie istnieć, a kibice wykrzykujący wrogie przyśpiewki wobec oponentów z pewnością muszą pamiętać, że były w historii momenty, gdy jeden klub ratował ten drugi. Oto historia rywalizacji o kolor Manchesteru. Pierwszy nieoficjalny mecz derbowy miał miejsce 12 listopada 1881 roku, kiedy to klub Newton Heath (obecnie Manchester United) gościł drużynę West Gorton (obecnie Manchester City). Spotkanie zakończyło się zwycięstwem The Heathens 3:0. Osiem lat później, 26 lutego 1889 derby Manchesteru rozegrano po raz pierwszy mecz przy sztucznym świetle. Zwycięstwo Newton Heath nad Ardwick (taką nazwę przyjął West Gordon – w 1984 roku klub ostatecznie przemianowano na Manchester City) oglądało wówczas 10 tys. kibiców, a samo spotkanie zostało rozegrane w cieniu tragedii w miejscowej kopalni węgla. Do 1894 roku spotkania pomiędzy tymi zespołami przyjęły formę meczów towarzyskich oraz lokalnych turniejów. W 1892 Newton Heath przystąpił do rozgrywek rozszerzonej Division One, jednak po dwóch sezonach spadł do drugiej ligi. W tym samym roku Ardwick został jednym z dwunastu klubów założycielskich Division Two. 3 listopada 1894 roku po raz pierwszy doszło do spotkania tych drużyn w rozgrywkach ligowych. W obecności 14 tys. kibiców The Heathens upokorzyli gospodarzy na ich obiekcie, zwyciężając 5:2. Cztery bramki w tym spotkaniu zdobył Dick Smith. To jedyny piłkarz, który w derbach Manchesteru ustrzelił „karetę”. W rewanżu, w styczniu 1895 roku, na stadionie Bank Street spotkanie zakończyło się ponownym zwycięstwem Newton Heath. Na pierwszy triumf kibice (wówczas już) City nie musieli długo czekać. W grudniu 1895 wygrali 2:1. Wtedy po raz pierwszy w historii derbowych potyczek został podyktowany rzut karny, który jednak nie został wykorzystany przez The Heathens. Rok później w Boże Narodzenie 1896 roku na stadionie przy Bank Street zjawiło się 18 tys. kibiców. Jeden z redaktorów lokalnej gazety napisał wówczas, że nigdy jeszcze nie widział takiego tłumu i był zachwycony prowadzeniem dopingu przez młodszą część publiczności w pierwszej części spotkania. Sezon 1898/99 Manchester City zakończył na pierwszym miejscu i awansował po raz pierwszy w historii do Division One. Kolejne derby rozegrano cztery lata później. Przed rozpoczęciem sezonu 1902/03 zespół Newton Heath z powodu problemów finansowych przyjął nową nazwę — Manchester United F.C. W Boże Narodzenie 1902 roku, na Bank Street doszło do jedenastych ligowych derbów. Na spotkanie przybyło około 40 tysięcy kibiców i był to rekord frekwencji w spotkaniu pomiędzy tymi zespołami. Mecz zakończył się remisem 1:1, ale emocji nie brakowało. Billy Meredith dwukrotnie uderzył w poprzeczkę, United kończyło mecz w dziesiątkę po tym, jak kontuzji doznał bramkarz Herbert Birchenough. W rewanżu, rozegranym 10 kwietnia 1903 roku, na Hyde Road, United pewnie zwyciężyli 2:0. Przerwało to passę spotkań bez porażki Manchesteru City, która trwała ponad trzy miesiące, ale nie przeszkodziła zespołowi w awansie do Division One. Wiosną 1906 roku Manchester United po raz pierwszy pod nową nazwą awansował do najwyższej ligi angielskiej. Wtedy też ówczesny menadżer United, Ernest Mangnall, ściągnął do zespołu czterech zawodników Manchesteru City (m.in. Billy’ego Mereditha, zamieszanego w próbę przekupstwa jednego z zawodników Aston Villi — więcej o tym zawodniku przeczytacie tutaj). Na początku grudnia 1906 roku, na obiekcie City Hyde Road, w obecności 40 tys. widzów, doszło do pierwszego meczu derbowego w najwyższej klasie rozgrywkowej. Spotkanie to zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 3:0. W rewanżu na Bank Street padł remis 1:1, a w składzie United wystąpili trzej z czterech sprowadzonych do klubu byłych piłkarzy City: Meredith, Turnbull i Burgess. 21 grudnia 1907 w meczu na Bank Street, Sandy Turnbull został usunięty z boiska i był to pierwszy tego typu przypadek w historii derbów. Dwa lata później czerwoni zdobyli pierwsze w historii mistrzostwo kraju, a w 1909 roku także po raz pierwszy sięgnęli po Puchar Anglii. Sezon 1908/09 The Citizens zakończyli na 19. miejscu (przedostatnim) i spadli do Division Two. Wraz z wybuchem I wojny światowej zawieszono rozgrywki ligowe i pucharowe. Mimo trwających działań zbrojnych sezon 1914/1915 dokończono. Co prawda później nie kontynuowano ogólnokrajowych rozgrywek, ale w zamian utworzono sekcje lokalne. Obydwa kluby z Manchesteru podczas czterech sezonów wzięły udział Lidze hrabstwa Lancashire oraz dodatkowych turniejach towarzyskich. Wprowadzono jednak odrębne przepisy, głównie ze względów bezpieczeństwa, m.in. skrócono mecze do 80 minut bez możliwości przeprowadzenia przerwy, kluby były zmuszone do ograniczenia liczby widzów, a także zmniejszono górny limit płac. W okresie międzywojennym United spadał z pierwszej ligi trzykrotnie, City dwukrotnie. Był to czas, w którym obydwie drużyny się mijały. W 1920 roku spłonęła jedna z trybun stadionu Hyde Road i podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Pierwsze, derbowe spotkanie na nowo utworzonym Maine Road miało miejsce 12 września 1925 – ponad dwa lata po otwarciu. Zanotowano wówczas rekordową frekwencję – 63 tys. widzów. W sezonie 1939/40 rozegrano zaledwie trzy kolejki. Wybuch wojny spowodował przerwanie wszystkich rozgrywek piłkarskich, wielu graczy zostało wezwanych przez brytyjską armię. Podobnie jak podczas I wojny światowej, zorganizowano rozgrywki dla poszczególnych regionów. W pierwszym sezonie podczas wojny obydwa zespoły z Manchesteru przydzielone zostały do Western Regional League, a w latach 1940-1946 do North Regional Section. W wyniku zniszczeń, jakie wywołało zbombardowanie Manchesteru i okolic 20 grudnia 1940 roku, w którym ucierpiał także stadion Old Trafford, Manchester United zmuszony był wynajmować obiekt City – Maine Road do końca sezonu 1948-1949. Łącznie w 73 meczach, rozegranych w roli gospodarza na Maine Road, zremisowaliśmy 17 meczów, a przegraliśmy 3. Strzeliliśmy 193 bramki i straciliśmy 70, osiągając przy tym rekordowy po dziś dzień wynik 10:0 w europejskich pucharach.

W 1945 roku menadżerem Manchesteru United został były piłkarz Manchesteru City, Matt Busby, podpisując wówczas pięcioletni kontrakt. Po II wojnie światowej zespół z czerwonej części zmuszony był wciąż rozgrywać swoje mecze w roli gospodarza na stadionie lokalnego rywala – Maine Road, płacąc przy tym czynsz za wynajęcie w wysokości 5000 funtów rocznie + ustalony procent ze sprzedaży biletów. Zniszczony w 1940 roku przez Luftwaffe Old Trafford, został oddany ponownie do użytku w lecie 1949 roku. W sezonie 1946/47 Manchester City zajął pierwsze miejsce w Division Two i powrócił do ekstraklasy. W pierwszym powojennym meczu derbowym padł (do dziś niepobity) rekord frekwencji. 20 września 1947 roku na stadion Maine Road przyszło 78 tys. widzów. 31 sierpnia 1957 roku. Ta data to dla kilku piłkarzy United, zwanymi Dziećmi Busby’ego, był ostatni derbowy pojedynek. Strzelcy bramek – Duncan Edwards i Tommy Taylor oraz Roger Byrne, Eddie Colman, David Pegg, Liam Whelan zginęli w katastrofie lotniczej pod Monachium 6 lutego 1958 roku (Edwards w wyniku odniesionych obrażeń zmarł 15 dni później w szpitalu), wracając z rozegranego dzień wcześniej, ćwierćfinałowego meczu Pucharu Europy z Crveną Zvezdą. W czerwcu 1962 roku były piłkarz The Citizens Denis Law, po rocznym pobycie we włoskim Torino, przeszedł za rekordową wówczas sumę 115 000 funtów do United. 15 maja 1963, w przedostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia, w ramach którego obydwa zespoły walczyły o utrzymanie. Mecz zakończył się remisem, który praktycznie przesądził o spadku City do Division Two. Cztery minuty przed końcem The Citizens prowadzili 1:0, jednak bramkarz gospodarzy Harry Dowd sfaulował w polu karnym Denisa Lawa, a sędzia podyktował rzut karny. Wykorzystał go Albert Quixall. W trakcie meczu doszło do niemiłych incydentów z udziałem piłkarzy. W ostatniej kolejce sezonu 1962/63 Manchester City przegrał na Upton Park z West Hamem 1:6 i spadł do drugiej ligi. Manchester United z kolei pokonał na Old Trafford Leyton Orient 3:1 i zapewnił sobie utrzymanie w ekstraklasie. Derby Manchesteru na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nie cieszyły się dobrą sławą. W grudniu 1970 roku George Best podczas wślizgu złamał nogę Glynowi Pardoe. Rok później w meczu na Maine Road, w którym padł wynik 3:3, Francis Lee oskarżył Besta o symulowanie i aktorstwo. W pierwszym spotkaniu sezonu 1973/74 Lou Macari i Mike Doyle otrzymali czerwone kartki, jednak nie godząc się z opinią sędziego, nie chcieli opuścić placu gry. Dopiero po interwencji arbitra i kolegów z zespołu, obydwaj udali się do szatni. W tym samym sezonie, w ostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia na Old Trafford. Czerwone Diabły, którym widmo degradacji zaglądało w oczy, musiały ten mecz wygrać, by mieć jeszcze szansę na utrzymanie. Po 80 minutach spotkania na tablicy było 0:0. Wtedy to Francis Lee podał do Denisa Lawa (dwukrotnego mistrza Anglii, zdobywcy Pucharu Anglii oraz zdobywcy Pucharu Europy z United), a ten piętką skierował piłkę do bramki United. Piłkarze City gratulowali mu gola, jednak ten zdawał sobie sprawę, że pogrążył swój były klub. Po zdobytej bramce natychmiast został zmieniony, a boisko opuszczał ze spuszczoną głową. Tuż przed końcem meczu na boisko wtargnęli kibice United, spotkanie przerwano. Matematyka jednak udowodniła, że gol ten był bez znaczenia, ponieważ nawet w przypadku wygranej, Manchester United spadłby z ligi. Denis Law po meczu przyznał, że nigdy w karierze nie czuł się tak przygnębiony. Ten dzień zapisał się w kalendarzu sympatyków Manchesteru City jako „dzień, w którym Denis Law wysłał United do II ligi”. W sezonie 1974/75 Czerwone Diabły zajęły pierwsze miejsce w Division Two.W 1983 roku na Maine Road Manchester City potrzebował przynajmniej remisu w meczu z Luton Town, by pozostać w Division One. Mecz ten wygrali goście po bramce legendarnego Radomira Anticia. W niedzielę, 26 października 1986, po raz pierwszy przeprowadzono telewizyjną transmisję na żywo z meczu derbowego. Kibice na stadionie i przed telewizorami byli świadkami remisu 1:1. 23 września 1989 Manchester City, jako beniaminek, pokonał na Maine Road rywala zza miedzy aż 5:1. Po trzech minutach od rozpoczęcia spotkania na murawę wtargnęli kibice, a sędzia zmuszony był przerwać mecz i nakazał piłkarzom obydwu drużyn zejście do szatni. Dopiero po 10 minutach i interwencji policji, gra została wznowiona. W sezonie 1990/91 obydwa kluby zajęły wysokie miejsca w tabeli (City piąte, United szóste), lecz żaden nie był wtedy zaliczany do faworytów. W październiku na Maine Road padł wynik 3:3, a na początku maja na Old Trafford Manchester United wygrał 1:0 po bramce siedemnastoletniego wówczas Ryana Giggsa, dla którego był to pierwszy gol w karierze. W pierwszych derbach sezonu 1992/93, czyli zaraz po utworzeniu Premier League, Manchester United pokonał City 2:1. Było to debiutanckie spotkanie dla Érica Cantony. 7 listopada 1993 roku, na Maine Road, United pokonało City 3:2, mimo iż do przerwy było 2:0 dla The Citizens. Po dwie bramki w tym spotkaniu zdobyli Niall Quinni i Éric Cantona. W listopadzie 1994 roku na Old Trafford United zdeklasowało rywala 5:0, a hat-trickiem popisał się Andriej Kanczelskis, który parę sezonów później przeszedł do Manchesteru City. W sezonie 1995/96 miały miejsce ostatnie mecze derbowe w tamtej dekadzie. Spowodowane było to spadkiem City do niższej ligi. W połowie października 1995 roku bramka dwudziestoletniego wówczas Paula Scholesa wystarczyła do wygranej. Na początku kwietnia na Maine Road Czerwone Diabły wygrały ponownie. Tym razem 3:2.

W latach 1996-2000 Manchester City występował w Division One oraz w Division Two. W tym czasie Czerwone Diabły zdobyły trzy tytuły mistrza kraju, jeden Puchar Anglii i triumfowali w Lidze Mistrzów. W ostatniej kolejce sezonu 1999/2000 drugiej ligi Manchester City po zwycięstwie nad Blackburn Rovers na Ewood Park świętował powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Od razu jednak spadli do drugiej ligi, mając zbyt słaby skład. Pierwsze derby Manchesteru po powrocie City do Premier League miały miejsce w listopadzie 2000 roku. Na Maine Road Manchester United po bramce Davida Beckhama zwyciężył 1:0. W meczu tym Roy Keane brutalnie sfaulował Alfa-Inge Haalanda i otrzymał czerwoną kartkę. Keane w swojej książce wydanej rok później przyznał, że zrobił to celowo, ponieważ Irlandczyk w 1997 roku walcząc o piłkę z Haalandem (grającym wtedy dla Leeds) doznał groźnej kontuzji, a Norweg oskarżał go o symulowanie. Keane pauzował siedem miesięcy, ale cały czas myślał o Norwegu. Wejście Irlandczyka było brutalne, a kontuzja Haalanda tak groźna, że piłkarz nie wrócił już do pełnej sprawności i był zmuszony zakończyć karierę. City w 2001 roku spadło z ligi, jednak od razu tam wrócili. W listopadzie 2002 roku na Maine Road The Citizens wygrali 3:1, było to zarazem ostatnie spotkanie derbowe na stadionie Maine Road. W sezonie 2002/03 w Manchesterze City występował Peter Schmeichel. Co ciekawe, Duńczyk, broniąc barw obu klubów, nie przegrał ani jednego derbowego spotkania. W kolejnym sezonie na Old Trafford gospodarze wygrali 3:1, natomiast w marcu po raz pierwszy rozegrano mecz derbowy na nowym obiekcie City of Manchester Stadium. Gospodarze pewnie wygrali 4:1. Obiekt ten był szczęśliwy dla Czerwonych Diabłów w maju 2007 roku. Wtedy wygrali 1:0 (po bramce Cristiano Ronaldo) i po tym zwycięstwie świętowali zdobycie mistrzostwa. 6 lutego 2008 przypadała 50. rocznica katastrofy lotniczej pod Monachium, a cztery dni później na Old Trafford przed meczem uczczono minutą ciszy osoby (w większości piłkarzy United), które straciły życie w tej tragedii. Samo spotkanie zakończyło się zwycięstwem City 2:1, pierwszym na terenie lokalnego rywala od 1974 roku. W 2008 roku Manchester City został przejęty przez Abu Dhabi United Group. Szybko stało się jasne, że ambicje nowych właścicieli wykraczają daleko poza uprzykrzenie życia sąsiadom z Old Trafford. Duże transfery i terapia szokowa wykonana na żywym organizmie klubu z City of Manchester Stadium zaczęła przynosić spodziewane efekty. 20 września 2009 roku odbyło się spotkanie, które Sir Alex Ferguson określił mianem „najlepszych derbów w historii”. Manchester United wygrał mecz 4:3, a zwycięskiego gola zdobył Michael Owen w 96. minucie gry. The Citizens zaczęli budować drużynę, godną do walki o najwyższe cele. Kuszeni wysokimi pensjami zawodnicy przechodzili do klubu nawet od bezpośrednich rywali. Tak było z Tevezem, Adebayorem, Nasrim i wieloma innymi.

23 października 2011 po raz pierwszy w historii doszło do meczu derbowego, gdy obydwie drużyny zajmowały pierwsze i drugie miejsce w tabeli. City ośmieszyło gospodarzy 6:1 i to ich najwyższe zwycięstwo w wyjazdowych derbach od 56 lat. Było to prawdziwe upokorzenie i pokaz nowej siły w Premier League. Czerwone Diabły z kolei po raz ostatni straciły na Old Trafford sześć bramek w 1930 roku, ulegli wówczas Huddersfield Town 0:6. Era post-Fergusonowa Sezon 2011/12 był prawdopodobnie jednym z najlepszych w historii w kontekście walki o tytuł. Gdy wydawało się, że Manchester United wypracował przewagę, która pozwoli bezpiecznie dotrwać na szczycie tabeli do końca sezonu, zaczął tracić punkty, co brutalnie wykorzystał lokalny rywal. Manchester City wyrwał mistrzostwo w doliczonym czasie ostatniego meczu sezonu z QPR. Mniej więcej od tego momentu The Citizens przestali być tylko hałaśliwymi sąsiadami, jak ich określił Sir Alex Ferguson, ale poważnym rywalem, który w kolejnych meczach derbowych dominował nad United. Kryzys, który ogarnął Czerwone Diabły po abdykacji Fergusona szedł w parze z dalszym wzrostem ekipy z Etihad. Przyśpiewki „The City is Yours”, czy „City are a joke” straciły na aktualności. Niestety dziś aktualną przyśpiewką(w obie strony) jest „She said no”, która jest wyrazem dezaprobaty wobec napaści seksualnych dokonywanych przez piłkarzy. Dziś to do gry ,,The Citizens” wzdychają młodzi kibice, a gra United bywa ciężka w odbiorze nawet dla zagorzałych fanów Czerwonych Diabłów. Jest to skutkiem wielu składowych. Częste roszady na ławce trenerskiej, brak długofalowej polityki transferowej i idący za tym brak chemii w drużynie sprawiają, że United przestał budzić strach wśród przeciwników. Tymczasem City sezon po sezonie doskonaliły swoją grę, a zakontraktowanie Guardioli na stanowisko menadżera było prawdopodobnie najlepszą decyzją personalną na wyspach od wielu lat. Jednak kluczową decyzją ważącą obecną sytuację obu klubów nie było odejście Fergusona, a zmiany w strukturach zarządczych City i United. W 2012 City zatrudniło Txiki Beguiristaina, czyli dyrektora sportowego wielkiej FC Barcelony. United w tym czasie awansował na dyrektora wykonawczego Eda Woodwarda. Ten doskonale radził sobie jako menadżer ds. marketingu, natomiast nie dorównywał Txikiemu doświadczeniem w budowie pionu sportowego. To się później odbijało na kolejnych transferach, które przestały być mocną stroną United. W czasie gdy Old Trafford wciąż powiększał swoją wartość komercyjną, Citizens postawili na budowę silnej drużyny i pracę u podstaw, czyli stworzenie jednej z najnowocześniejszych akademii piłkarskich na świecie. Na przestrzeni niespełna dekady role w walce o prym wmieście obróciły się niemal o 180 stopni.

5

Dokładnie 142 lat temu odbyły się pierwsze derby…(dla zainteresowanych w odpowiedzi na mój komentarz):

@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
@Symson

0

@Pawlak1992 Akurat te kraje co wymieniłeś to nie miały większej ilości wybitnych piłkarzy co Polska, więc zgoda. Jednak zasadniczo brak Urugwaju i Holandii w twoim pierwszym komentarzu to futbolowy grzech...
Ps. Kojarzysz wogóle Denisa Law'a? Jest zdobywcą Złotej piłki...

4

Wygrać z Deportivo Alaves jest absolutnym obowiązkiem! Remis będzie traktowany jako nieporozumienie. Natomiast porażka będzie tylko i wyłącznie kompromitacją!
Tak więc Vamos po 3 punkty!

9

Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:

12 listopada 1976 r. urodził się Mirosław Szymkowiak, pomocnik. Dwie świetne przygody w europejskich pucharach, kierownicza rola w reprezentacji Polski podczas awansu na mundial w 2006 r., pokaźna kolekcja trofeów, status gwiazdy i… nagły rozbrat z futbolem. Sinusoida Szymkowiaka raczej nie zahaczała o nudę. Był naprawdę świetnym reżyserem gry Wisły Kraków w okresie jej największych sukcesów na początku XXI wieku. Żurawski i Frankowski szaleli w ataku. Kosowski oraz Kalu Uche robili ,,wiatr” na skrzydłach. Szymkowiak w pełni zaś panował nad środkiem pola. To on nadawał tempo akcjom Białej Gwiazdy, aż trudno więc uwierzyć że ten błyskotliwy dyrygent zadebiutował w Ekstraklasie jako… prawy obrońca! Doszło do tego w Olimpii Poznań. Pół roku wcześniej ,,Szymek” skończył zaledwie 16 lat! Wobec kiepskiej sytuacji w tabeli, trener Białek zaryzykował jednak i wpuścił ,,dzieciaka” na boisko do pierwszej minuty. Nadziei nie zawiódł. Wystąpił jeszcze w trzech z czterech ostatnich meczów tej edycji rozgrywek, z czego dwukrotnie już na swojej nominalne pozycji. Nie uratowało to Olimpii przed spadkiem. Pobyt na zapleczu potrwał jednak tylko sezon. Szymkowiak wraz z zespołem z Wielkopolski powrócił do elity. Wkrótce potem ściągnął go Widzew Łódź. Już w debiucie ligowym zdobył dla niego gola. W tym zespole dwukrotnie wywalczył mistrzostwo i raz wicemistrzostwo Polski. Awansował także do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Potem jednak wspominał że przed pierwszym meczem w tych rozgrywkach nabawił się stresu, co przyprawiło go o… poważne problemy żołądkowe. Łatke ,,nerwowego” później musiał długo od siebie odklejać. Ostatecznie udało mu się to chyba już za czasów gry w Wiśle.

Do Białej Gwiazdy trafił pierwszej zimy XXI wieku. Razem z tym zespołem zdobył 4 mistrzostwa, jedno wicemistrzostwo oraz 2 Puchary Polski. Świetnie rozumiał się w tej drużynie zarówno na boisku, jak i prywatnie z Żurawskim, Kosowskim oraz Baszczyńskim. To przekładało się na osiągane wyniki. Razem przeżyli też udaną przygodę w Pucharze UEFA, gdy wyeliminowali Schalke 04 oraz AC Parme i zakończyli zmagania na ⅛ finału po dwumeczu z Lazio Rzym. ,,Szymek” należał do jednych z najważniejszych postaci w tamtej kampanii. Podobnie było w zakończonych awansem eliminacjach mundialu 2006, gdzie stanowił podstawowego gracza w talii Janasa. Na samym turnieju zagrał przeciwko Ekwadorowi i Kostaryce. Była to jedyna duża impreza w jego dorobku. W kadrze wystąpił 33 razy i strzelił 3 gole. Gre w biało-czerwonej koszulce zakończył kilka miesięcy po MŚ. Niedługo po tym poinformował też o całkowitym przerwaniu wyczynowej kariery. W Polsce przyjęto to z niedowierzaniem. Uważano że piłkarz chciał opuścić Trabzonspor, gdzie trafił w 2005 r. Kiedy jednak FIFA rozwiązała jego kontrakt z klubem a on mimo to nie zdecydował się na powrót do Ekstraklasy, stało się jasne że ,,Szymek” nie symulował. Od dłuższego czasu informował bowiem o swoich problemach zdrowotnych. Przez ostatnie miesiące grał regularnie na blokadach. Przerwał gre w wieku niespełna 30 lat. Później amatorsko kopał w oldbojach Wisły i w Prądniczance Kraków. Prowadził też swój biznes związany z branżą fryzjerską. Nikogo to specjalnie nie zdziwiło. Szymkowiak słynął bowiem z dość fantazyjnych fryzur w okresie gry. Ponadto zajmuje się szkoleniem młodzieży w swojej szkółce piłkarskiej.



@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

0

@DaPidejpi Nikt ci nie każe, ignorancie historii...

7

@FCBparasiempre
W dzisiejszych czasach to, że w większości reprezentacji znajdują się piłkarze naturalizowani lub tacy, którzy korzenie mają na drugim końcu świata, jest już właściwie normą. W ostatnich latach piłkarze w pewien sposób związani z Polską reprezentowali na mistrzostwach świata i Europy światowe potęgi – Francję, Niemcy, Anglię, Argentynę czy Brazylię. Obecność takich zawodników w kadrach narodowych to jednak zjawisko niemal tak stare jak sama piłka nożna. Zapraszamy Was do przeczytania historii o jednym z pionierów – pierwszym piłkarzu polskiego pochodzenia, który zagrał na mundialu. Kurytyba to liczące prawie dwa miliony mieszkańców miasto w południowej Brazylii i stolica stanu Parana. Aktualnie w Kurytybie mieszka ok. 400 tys. potomków Polaków, a polska kultura i tradycja wciąż jest tam żywa. Jednym z największych terenów zielonych w mieście jest park Jana Pawła II, w którym znaleźć można m.in. skansen z chatami pierwszych polskich emigrantów czy restaurację, która gościom serwuje barszcz oraz pierogi. W Kurytybie urodził się, chociażby doskonale znany kibicom reprezentacji Polski Thiago Cionek – uczestnik Euro 2016 i MŚ 2018. Historia polskiej emigracji do Kurytyby sięga jednak końca XIX w., gdy polscy rolnicy wyjeżdżający do Ameryki Południowej otrzymywali od rządu Brazylii hektary ziemi za darmo. To właśnie w Kurytybie 12 listopada 1910 roku na świat przyszedł syn Polaka i Niemki– Rodolfo Barteczko, znany również pod pseudonimem Patesko. Gdy futbol na kontynencie południowoamerykańskim jeszcze raczkował, Brazylia była w cieniu dwóch potęg – Argentyny i Urugwaju. Lokalni rywale na zmianę triumfowali w Copa America, natomiast „Canarinhos” odgrywali rolę ubogiego krewnego, tylko dwukrotnie przerywając ten duopol – akurat wtedy, gdy kontynentalne mistrzostwa rozgrywane były w „Kraju Kawy”. Ten układ sił potwierdziły pierwsze Mistrzostwa Świata w 1930 roku. Po porażce w pierwszym meczu z Jugosławią jasne stało się, że druga i ostatnia grupowa potyczka z Boliwią będzie tylko meczem o honor. Brazylijczycy z zazdrością mogli spoglądać na sąsiadów, którzy spotkali się w pierwszym historycznym finale turnieju o Złotą Nike. Przed kolejnym mundialem brazylijski futbol był w trakcie ogromnych zmian – przejścia z amatorstwa na zawodowstwo. Problemy biurokratyczne sprawiły, że Brazylijczycy nie mogli wysłać do Włoch najmocniejszej reprezentacji. Przed MŚ funkcjonowały de facto dwa brazylijskie związki piłki nożnej: stary, który zrzeszał kluby amatorskie i nowy, do którego należało większość najważniejszych zespołów z Rio de Janeiro i Sao Paulo. FIFA do wysłania reprezentacji na turniej zobligowała stary związek, do którego wciąż należało Botafogo. Dwie brazylijskie federacje nie doszły do porozumienia, wskutek czego na włoski mundial wysłano liczącą zaledwie siedemnastu zawodników drużynę. W jej skład wchodziło dziewięciu piłkarzy Botafogo, do których dokooptowano ośmiu profesjonalistów. Wśród tych zawodowców byli między innymi słynny Leonidas czy wspomniany Patesko. Brazylijczyk o polskich korzeniach karierę zaczynał w lokalnym klubie Palestra Italia, w którym szybko zdobył status gwiazdy, a w 1932 roku triumfował w Campeonato Paranaense (mistrzostwa stanu Parana). Rok później reprezentował już barwy urugwajskiego Nacionalu, czołowego wówczas klubu Ameryki Południowej, z którym w 1933 roku został mistrzem kraju. Gdy brazylijska federacja tworzyła ekipę na Mistrzostwa Świata, zdecydował się na powrót do kraju.

W podróż do Europy Brazylijczycy wyruszyli 12 maja 1934 roku. Były to jeszcze czasy, w których piłkarze nie podróżowali drogą powietrzną. Trzynastodniowa podróż na małym statku Biancamano nie należała do najbardziej komfortowych. Brazylijczycy cierpieli z powodu choroby morskiej, a do Europy dotarli dopiero dwa dni przed pierwszym meczem. Na domiar złego już na początku turnieju „Canarinhos” trafili na bardzo mocną reprezentację Hiszpanii z legendarnym bramkarzem Ricardo Zamorą. W tych okolicznościach to Hiszpanie byli faworytem meczu na Stadio Luigi Ferraris w Genui i zgodnie z oczekiwaniami pokonali zmęczonych rywali 3:1, choć nie bez kontrowersji – Brazylii należał się ponoć rzut karny po interwencji hiszpańskiego obrońcy, który ręką zatrzymał strzał Leonidasa. W drużynie Brazylii zagrał oczywiście Rodolfo Barteczko, zostając tym samym – na cztery lata przed debiutem reprezentacji Polski na MŚ – pierwszym piłkarzem polskiego pochodzenia na mundialu. Po Mistrzostwach Świata Patesko trafił do Botafogo, gdzie znalazł swoje miejsce na ziemi. W klubie z Rio de Janeiro ten lewonożny napastnik występował do 1943 roku (z krótką przerwą na grę w Atletico Mineiro i Fluminense), strzelił w tym czasie 102 gole dla klubu i zapracował na status jednej z klubowych legend. Dobra gra w klubie pomogła mu również rozwinąć skrzydła w reprezentacji Brazylii, w której łącznie rozegrał piętnaście oficjalnych meczów i zdobył sześć bramek. W świetnej formie był podczas Copa America w 1937 roku, ale w decydującym o tytule meczu „Canarinhos” przegrali po dogrywce z Argentyną. Mundial w 1938 roku miał być czasem ostatecznej próby dla „Canarinhos”. Tym razem działacze z Rio de Janeiro i Sao Paulo doszli do porozumienia, więc Brazylijczycy jechali do Francji w najmocniejszym możliwym składzie, z błogosławieństwem prezydenta kraju Getulio Vargasa. Nie popełniono też błędów sprzed czterech lat – przed turniejem piłkarze spędzili miesiąc na zgrupowaniu w uzdrowisku Caxambu, a do Francji dotarli na trzy tygodnie przed pierwszym meczem. Nic dziwnego, że oczekiwania kibiców były ogromne, a pierwszy rywal miał być tylko przystawką przed daniem głównym – walką o medale. A jednak Polska nieoczekiwanie postawiła potentatowi z Ameryki Południowej bardzo twarde warunki. W barwach „Canarinhos” błyszczał Leonidas, ale Polacy mieli w swoich szeregach genialnego Ernesta Wilimowskiego, który nie ustępował brazylijskiemu magikowi. Temu meczowi poświęcono już wiele artykułów, więc ograniczmy się do samego wyniku – po jednym z najlepszych spektakli w historii mundiali Brazylijczycy triumfowali po dogrywce 6:5. Ogromna rywalizacja w brazylijskiej kadrze sprawiła, że Patesko akurat w tym meczu nie zagrał. W rezerwie pozostał również na mecz drugiej rundy z wicemistrzem świata sprzed czterech lat, Czechosłowacją. W drużynie naszych południowych sąsiadów główne role odgrywali król strzelców poprzedniego mundialu Oldrich Nejedly i bramkarz Frantisek Planicka, który mecz z Brazylią kończył ze złamaną ręką. Sam mecz był jednym z najbrutalniejszych w historii mundiali, a w piłkarskich kronikach zapisał się jako „bitwa w Bordeaux”. Brazylijczycy kończyli mecz w dziewiątkę, a mimo to udało im się dociągnąć do końca remis 1:1. Regulamin nie przewidywał rzutów karnych, więc dwa dni później zaplanowano powtórkę. Trener Brazylii Ademar Pimenta wymienił praktycznie cały zespół, na czym skorzystał Patesko, który wskoczył do składu. Znowu błyszczał Leonidas, który wprowadził „Canarinhos” do strefy medalowej, ale potem – poturbowany i skrajnie wyczerpany – nie mógł wystąpić w półfinale z Włochami. Mecz odbył się w Boże Ciało, dzięki czemu transmisji radiowej mogły słuchać miliony Brazylijczyków liczących na awans drużyny narodowej do finału. Trzeci morderczy mecz w ciągu pięciu dni – to było jednak zbyt wiele. Brazylijczycy winą za porażkę obwiniali sędziego, ale obiektywni obserwatorzy uznali, że wypoczęci Włosi byli po prostu lepsi od zmęczonych i pozbawionych swojej największej gwiazdy rywali. Na otarcie łez Leonidas i spółka w meczu o 3. miejsce ograli jeszcze Szwedów. Patesko rozegrał trzy mecze (grał w drugim meczu z Czechosłowacją, z Włochami i ze Szwecją), nie strzelił gola i pozostał w cieniu największej gwiazdy drużyny. Mimo że Brazylijczycy wracali do domów „tylko” z brązowymi medali, na ulicach Rio de Janeiro byli owacyjnie witani przez tłumy kibiców. Chociaż niekwestionowaną gwiazdą tej drużyny był właśnie Leonidas, to na przełomie lat 30. i 40. XX wieku Rodolfo Barteczko stworzył w reprezentacji zabójczy duet z Timem. W 13. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI czytamy o nich: ,,Głównym atutem brazylijskiego ataku była jego lewa strona: Tim – Patesco. Znakomicie zgrani, świetni technicznie, wchodzili jak w masło w każdą obronę. ,,Elba de padua lima , prawdziwy arbiter elegancji, był jednym z najwybitniejszych rozgrywających tamtych czasów i mistrzem mierzonych podań. Oczarowana jego finezją prasa argentyńska ochrzciła go mianem . Miał on u boku wysokiego, szczupłego dryblera o jasnych włosach, który jego intencje wyczuwał w okamgnieniu.” Co ciekawe Tim jeszcze raz oglądał, jak Polacy strzelają pięć goli w jednym meczu 44 lata później, gdy prowadzona przez niego na Mundialu Espana ’82 reprezentacja Peru uległa biało-czerwonym 1:5.

W 1942 roku, gdy Europa pogrążona była w wojnie, Patesko zapisał ostatni rozdział swojej reprezentacyjnej kariery. Podczas Copa America strzelił nawet dwa gole w meczu z Chile, ale ostatecznie „Canarinhos” ponownie musieli uznać wyższość Urugwaju i Argentyny. Brazylijczyk z polskimi korzeniami przeszedł do historii jako jeden z najlepszych brazylijskich napastników pierwszej połowy poprzedniego stulecia, brązowy medalista mistrzostw świata i legenda Botafogo. Zmarł 13 marca 1988 roku na gruźlicę w Rio de Janeiro. Historia rodziny Patesko i okoliczności jego narodzin nie są do końca wyjaśnione. W 43. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI „Herosi Złotej Nike” można przeczytać, że Barteczko urodził się w rodzinie polskiego emigranta w Niemczech, a do Kurytyby trafił jako dziecko. W tomie 13. „Copa America” Barteczko nazwany został „owocem polsko-austriackiego związku”. Z tomu 7. „Rocznik 93-94” dowiadujemy się natomiast, że jest on synem polskiego emigranta z Austrii, ale urodził się już w Kurytybie. Większość internetowych źródeł przyjmuje, że Patesko urodził się w Brazylii jako syn polskiego imigranta i Niemki. W tym samym czasie, co reprezentacja Brazylii, swój mecz rozgrywali Niemcy, którzy w składzie również mieli trzech piłkarzy polskiego pochodzenia: Fritza Szepana, Paula Zielinskiego i Stanislausa Kobierskiego.

7

2

@FCBparasiempre
Kolejnym przystankiem w jego przygodzie z piłką była Marsylia. Tam inny majętny człowiek tworzył inny wielki klub. Tapie i jego Olympique odegrali jednak dużo istotniejszą rolę w europejskim futbolu. W 1990 r. klub zdobył mistrzostwo Francji, a Enzo był podstawowym zawodnikiem zespołu. Razem z Chrisem Waddlem grali za plecami Papina. Urugwajczyk dbał o dostarczanie piłek do francuskiego snajpera. W Ligue 1 grało wtedy wielu znakomitych piłkarzy. Pamiętajmy o obowiązujących wówczas limitach dla obcokrajowców. Tym cenniejsze jest więc zdobycie przez niego tytułu najlepszego zagranicznego piłkarza w lidze. Pokonał w tej rywalizacji takich piłkarzy jak: Klaus Allofs, Enzo Scifo, George Weah, Abédi Pelé czy Ramón Díaz, co musi budzić uznanie. Pomógł też drużynie w dotarciu do półfinału Pucharu Mistrzów. Tam musieli uznać wyższość Benfiki. Francescoli nie mógł rozwinąć skrzydeł, bo stał się obiektem brutalnych zagrań Portugalczyków. Praktycznie każdy jego kontakt z piłką kończył się faulem. Wówczas bardziej polowano na nogi, sędziowie pozwalali na więcej. Tylko osiem rozegranych spotkań w najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie. To bilans Urugwajczyka. W Marsylii spędził jednak tylko sezon. To właśnie jego grę starał się podglądać pewien młody chłopak. Ten syn algierskich imigrantów przychodził na treningi Olympique i chciał grać tak, jak Enzo. Sześć lat później obaj panowie zagrają przeciwko sobie, a w 1998 r. ten młody chłopak strzeli dwie bramki w finale mistrzostw świata. Kiedy zobaczyłem jak gra Francescoli, to stał się dla mnie wzorem. Chciałem być taki jak on. Był piłkarzem, którego oglądałem i podziewałem w Marsylii. Był moim idolem, kiedy grałem przeciwko niemu w Juventusie. Enzo jest jak Bóg – mówił Zidane. Postanowił spróbować swoich sił w najsilniejszej wtedy lidze świata.Nie przeszedł do zespołu z topu, ale do drużyny, która miała walczyć o utrzymanie. Jego wybór padł na Cagliari. Zanim jednak przeniósł się na Sardynię, pojechał z reprezentacją na mistrzostwa świata. Kibice ciągle czekali na sukces drużyny narodowej, która dobrze spisywała się na kontynencie, ale do mundiali szczęścia nie miała. Francescoli jako kapitan miał pomóc w przełamaniu tej złej passy. Urugwaj odpadł jednak w 1/8 z gospodarzami turnieju, czyli Włochami. W zespole beniaminka Serie A występował z dwoma kolegami z reprezentacji – Danielem Fonsecą i José Óscarem Herrerą. Wspólnie zapewnili zespołowi utrzymanie. Francescoli był ustawiany nieco głębiej. Nie strzelał już tylu bramek, co wcześniej, ale udowodnił, że dobrze radzi sobie jako rozgrywający. O ile miejsca w dolnych rejonach tabeli były czymś, czego po Sardyńczykach można było się spodziewać, o tyle zajęcie przez nich szóstego miejsca w 1993 r. należało uznać za niespodziankę. Do podium stracili tylko cztery punkty, a zajęta pozycja gwarantowała im udział w Pucharze UEFA. Tam dotarli aż do półfinału. Enzo grał już wtedy gdzie indziej. W ciągu trzech lat spędzonych na Sardynii zaliczył 97 ligowych występów i strzelił 17 bramek. To on zapewniał polot i fantazję i do dziś się o nim w Cagliari pamięta. Śródziemnomorski klimat Sardynii zamienił na górskie powietrze Turynu. Został zawodnikiem Torino. Tamtejsi działacze na własnej skórze przekonali się o umiejętnościach Urugwajczyka 16 maja 1993 r. Wtedy to Francescoli jeszcze w barwach Cagliari rozegrał znakomite spotkanie. Sardyńczycy roznieśli Torino aż 5:0. Enzo dwukrotnie pokonał Marchegianiego i dołożył jedną asystę. Swoimi akcjami ciągle stwarzał zagrożenie pod bramką turyńczyków. Po takim popisie stał się jednym z głównych celów transferowych Torino. W nowej ekipie znowu grał bardziej cofnięty i częściej podawał, niż strzelał. W Pucharze Zdobywców Pucharów wystąpił tylko trzykrotnie i były to jego ostatnie mecze w europejskich pucharach. Grał tutaj tylko przez jeden sezon. W Serie A zajął z klubem ósme miejsce. Kiedy z nowymi kolegami pojawił się na meczu w Cagliari, przywitano go kwiatami i owacjami na stojąco. Z włoskimi i europejskimi boiskami pożegnał się 1 maja 1994 r. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mógł w Europie osiągnąć więcej… Francescoli wrócił do swojego piłkarskiego domu, czyli na Estadio Monumental w Buenos Aires. Nie odcinał kuponów. Przeżywał swoją drugą młodość. Jeszcze w 1994 r. zdołał doprowadzić drużynę do triumfu w Torneo Apertura. River nie przegrało wtedy żadnego meczu. Sam Francescoli z 12 bramkami został królem strzelców. El País umieścił go w południowoamerykańskiej jedenastce marzeń. Tej jedenastki nie opuści przez następne trzy lata. ,,Wśród możliwych do realizacji marzeń, moim zdaniem najważniejszym jest zdobycie Copa Libertadores i będziemy do tego dążyć. Jeśli chodzi o moją emeryturę, to nastąpi to wtedy, kiedy nie będę już w stanie odpowiednio się skoncentrować albo zacznę gorzej znosić podróże, czyli wtedy kiedy nie będę mógł grać na odpowiednim poziomie – mówił w jednym z wywiadów.

W 1995 r. w Copa Libertadores River dotarło do półfinału. Tam jednak musieli uznać wyższość Atlético Nacional z niesamowitym René Higuitą w bramce. Swoje marzenie o triumfie w tych rozgrywkach Francescoli zrealizował rok później. W lidze zespołowi nie wiodło się najlepiej, ale kiedy nadchodził czas gier w Copa Libertadores, piłkarze wznosili się na wyżyny. Fazę grupową przeszli bez porażki. W 1/8 finału mierzyli się ze Sprotingiem Cristal z Peru. W pierwszym meczu przegrali 1:2, ale rewanż na Estadio Monumental rozwiał wszelkie wątpliwości. River wygrało 5:2. Francescoli wpisał się na listę strzelców, ale zrobiło to też dwóch jego uczniów – Ariel Ortega i Hernán Crespo, który jedną z bramek strzelił przewrotką w stylu Enzo. W ćwierćfinale byli lepsi od rywali z krajowego podwórka – San Lorenzo. W półfinale zmierzyli się z Universidad de Chile, gdzie świetne partie rozgrywał Marcelo Salas. Sam jednak nie był w stanie wygrać dwumeczu i po remisie 2:2 w Chile i zwycięstwie 1:0 u siebie w finale zagrali piłkarze znad La Platy. W finale ich przeciwnikiem była América de Cali. Pierwszy mecz ekipa River przegrała 0:1. Zdołali jednak odrobić straty. Niesieni fanatycznym dopingiem kibiców Los Millonarios rozegrali świetny mecz i dzięki dwóm bramkom Crespo mogli cieszyć się z triumfu. Francescoli, który od lat marzył o tym pucharze, mógł wreszcie jako kapitan unieść go w górę. Na stadionie rozpoczęło się wielkie świętowanie. Po moim odejściu dziesięć lat temu nigdy bym nie przypuszczał, że będę mógł wygrać Copa Libertadores po moim powrocie. Kiedy zdałem sobie sprawę, że jesteśmy w stanie wygrać? W Peru, po przegranej z Cristalem. Tamtej nocy byliśmy zdenerwowani i przegraliśmy 1:2. Pomyślałem, że jeśli dziś nas nie pobili, to tylko dlatego, że szczęście jest po naszej stronie. Chciałbym jeszcze coś powiedzieć tym, którzy myślą, że piłkarz z 15-letnim stażem w pierwszej lidze się nie denerwuje: kończyłem finał ze skurczami – nerwy zjadły mi nogi – mówił Francescoli po finale. W 1995 r. znów wygrał Copa América. Urugwajczycy w grupie bez problemów uporali się z Wenezuelą, dzięki bramce Enzo wygrali 1:0 z Paragwajem i zremisowali 1:1 z Meksykiem. W ćwierćfinale 2:1 odprawili Boliwię, a w półfinale 2:0 pokonali Kolumbijczyków. W finale ich przeciwnikiem byli Brazylijczycy. Mistrzowie świata prowadzili po pierwszej połowie 1:0, ale tuż po przerwie wyrównał Bengoechea. Regulaminowy czas nie przyniósł rozstrzygnięcia i po raz pierwszy w historii o tytule miały rozstrzygnąć rzuty karne. Te lepiej wykonywali gospodarze i po dramatycznej walce mogli cieszyć się z w pełni zasłużonego zwycięstwa. To właśnie ten triumf obok zwycięstwa w Copa Libertadores wymienia jako najważniejsze momenty swojej kariery. Grał znakomicie. Znalazł się w jedenastce marzeń turnieju, jako jedyny przedstawiciel zwycięzców. Uznano go też za najlepszego piłkarza imprezy. Do tych nagród dorzucił drugą w karierze nagrodę dla najlepszego gracza Ameryki Południowej. Rzeczywiście przeżywał drugą młodość. W grudniu 1996 r. w Tokio rozgrywano mecz o Puchar Interkontynentalny. River Plate mierzyło się w nim z Juventusem. Naprzeciw Enzo stanął jego wielki fan – Zinédine Zidane. Juve wygrało 1:0, ale dla Francuza ważniejsza od zwycięstwa była możliwość gry przeciwko idolowi z młodości. ,,Spotkanie z nim w finale było snem, pod koniec gry dał mi koszulkę dla mojego syna, a mój syn Enzo spał z nią”– opowiadał Zidane. Francescoli zbliżał się już powoli do końca kariery. Coraz częściej zaczynały dokuczać mu urazy. Mimo to zdołał doprowadzić zespół do jeszcze trzech mistrzowskich tytułów z rzędu – Apertura 1996, Clasura 1997 i Apertura 1997. Niejako na zakończenie swojej kariery dorzucił jeszcze triumf w Supercopa Sudamericana w 1997 r. Nie udało mu się razem z reprezentacją zakwalifikować na turniej do Francji. To nieco przyspieszyło jego decyzję o przejściu na piłkarską emeryturę. Ogłosił ją na początku 1998 r. Chciał w końcu poświęcić się rodzinie i nieco nadrobić czas, którego nie mógł jej poświęcić w trakcie kariery. 1 sierpnia 1999 na Estadio Monumental odbył się specjalny mecz pożegnalny. Wśród widzów znaleźli się prezydenci Argentyny i Urugwaju. Na boisku Enzo wraz z przyjaciółmi z River Plate pokonali 4:0 Peñarol. Przez całą swoją karierę palił po kilka papierosów dziennie. Często żartowano, że na zgrupowaniach w pokoju, który dzielił z Gabrielem Cedrésem, panuje londyński smog. Żeby zapobiegać suchości w ustach zwykle żuł gumę, czego nauczył się jeszcze w Wanderers. Lubi gotować, chętnie gra w golfa i często ogląda telewizję. Wspominał, że niektóre filmy widział 63 razy. Dzisiaj jako menadżer stara się przywrócić blask swojemu ukochanemu klubowi. Na stanowisku trenera zatrudnił Marcelo Gallardo, którego praca zaczyna przynosić efekty i po latach posuchy, River znów jest jednym z czołowych zespołów w kraju.

Był jednym z najlepszych piłkarzy swoich czasów. Czterokrotnie grał w finałach Copa América i trzykrotnie cieszył się ze zwycięstwa. Warto zauważyć, że tacy piłkarze jak Zico, czy Maradona, których obok Enzo uznaje się za najlepsze „10” lat 80., nie mają na swoim koncie żadnej wygranej w tej imprezie. Francescoli nie miał jednak szczęścia do turniejów o mistrzostwo świata. Być może gdyby miał w drużynie lepszych partnerów, to Urugwaj osiągnąłby więcej w Meksyku czy we Włoszech. Gdyby grał w którymś z wielkich europejskich klubów, z pewnością dziś bardziej byśmy o nim pamiętali. Przez to, że zaliczył ledwie kilka występów w europejskich pucharach, trudno mu było się przebić w świadomości przeciętnego kibica. Fachowcy jednak go doceniają. Wielokrotnie w rozmaitych zestawieniach jest wymieniany jako jeden z najlepszych piłkarzy w historii. Grał pięknie i elegancko. Jeśli ktoś kochał futbol, to musiał pokochać grę i styl Enzo. Tak jak Zizou…

2

@FCBparasiempre
,,Na nieszczęście dla wszystkich wielu wyolbrzymia moje umiejętności, tak więc mam nadzieję, że nikogo nie rozczaruję. Mam ambicję sprostać oczekiwaniom, jakie są przede mną stawiane. Chcę jednak podkreślić, że w River jest wielu graczy najwyższego poziomu, a ja będę tylko kolejnym. Nie uważam siebie za zbawcę River. Jedyne co muszę zrobić w niedzielę, to starać się nie myśleć o tym, że wszystkie oczy będą zwrócone na mnie. To prawda, przyszedłem do jednego z najlepszych klubów na świecie i nie zamierzam dać się zastraszyć”– mówił Enzo po przyjściu do klubu. Zadebiutował w drużynie 24 kwietnia 1983. River podejmował wtedy na własnym boisku w rundzie wstępnej Campeonato Nacional Huracán. Wygrali 1:0, a w rewanżu potwierdzili swoją wyższość, zwyciężając 2:0. Przygodę w rozgrywkach zakończyli jednak dość szybko. Już w ćwierćfinale musieli uznać wyższość Argentios Juniros. Początki Księcia w boskim Bueons nie były różowe. Francescoli miał problemy z odnalezieniem się w sposobie gry. ,,Początki były trudne. Drużynie nie szło najlepiej, mi też. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca na boisku. Dopiero z czasem wszystko zaczęło się układać”– wspominał po latach. Wspominał też toczącą się debatę w telewizji o wysokości jego transferu, kiedy to znany, były już wtedy sędzia Guillermo Nimo powiedział, że tym, który powinien zapłacić za grę dla River, jest sam Francescoli. Kibice nie mieli powodów do zadowolenia. Enzo przychodził jako ten, który miał dać zespołowi nową jakość. Strzelił co prawda kilka bramek, ale na niewiele się to zdało. Drużyna rozczarowywała. Campeonato Metropolitano zakończyła na przedostatnim miejscu w tabeli. Nic dziwnego zatem, że pojawił się pomysł kolejnych przenosin. W 1984 r. po Enzo zgłosiła się kolumbijska América Cali. Francescoli chciał jednak zostać w River i miał ambicję, żeby odnieść tam sukces. Postawił więc zaporowe warunki finansowe i z transferu wyszły nici. Zanim jednak próbowali go kupić Kolumbijczycy, Enzo oczarował wszystkich swoją grą na Copa América. Turniej był rozgrywany w innej formule niż dzisiaj. Rozgrywki toczyły się od sierpnia do listopada, a drużyny rywalizowały w dwóch grupach. Każdy grał z każdym mecz i rewanż – u siebie i na wyjeździe. Zwycięzcy trzech grup i obrońca tytułu spotkali się w półfinałach, które również rozrywano tym samym systemem. O tym, kto zostanie mistrzem, decydował finałowy dwumecz. Francescoli nie grał we wszystkich meczach. Trener Omar Borrás doskonale pamiętał go z drużyn młodzieżowych i ściągnął dopiero na półfinały. Tam przeciwnikiem Urugwaju była solidna reprezentacja Peru, która wcześniej zostawiła w pokonanym polu Kolumbię i Boliwię. Celestes okazali się dla nich jednak za silni. W pierwszym meczu w Limie gospodarze przegrali 0:1. Mieli szansę na remis, ale karnego egzekwowanego przez Navarro obronił Rodriguez. W rewanżu na Estadio Centenario wszyscy spodziewali się łatwego zwycięstwa Urugwaju, ale goście tanio skóry nie sprzedali i udało im się uzyskać remis. Ostatnim przeciwnikiem w drodze do końcowego zwycięstwa była Brazylia. Ta miała wtedy jedną z najlepszych reprezentacji w historii. Takie nazwiska jak Leão, Leandro, Sócrates, Careca czy Roberto Dinamite kojarzy większość kibiców. Pierwszy mecz rozgrywano w Montevideo. Urugwaj pewnie wygrał 2:0, a Francescoli do spółki z Diogo praktycznie pozbawili Brazylię złudzeń. Rewanż rozgrywano na stadionie Fonte Nova w Salvadorze. Na trybunach zgromadziło się prawie 100 tysięcy kibiców. Mimo wsparcia płynącego od publiki, Canarinhos nie byli w stanie rozwinąć skrzydeł. Guttierez bezbłędnie kierował obroną, a Francescoli i Barrios niepodzielnie panowali w środku pola. Gol Jorginho przywrócił co prawda nadzieje kibicom, ale kiedy Aguilera wygrał w 77. minucie pojedynek główkowy z Mozerem i skierował piłkę do siatki, to stało się jasne, że tytuł najlepszej drużyny kontynentu po szesnastu latach wróci do Urugwaju. Dla kibiców, którzy ciągle przeżywali porażki w eliminacjach do dwóch ostatnich mundiali, ten wynik był zapowiedzią lepszych czasów. Enzo był jednym z najlepszych na boisku i uznano go za najbardziej wartościowego gracza turnieju. Pokazał niedowiarkom, że naprawdę potrafi grać w piłkę. Gazety natomiast zastanawiały się, który Francescoli jest prawdziwy – ten, który czaruje w Copa América, czy ten, który ma problemy w River Plate. Kolejny rok przyniósł odpowiedź na pytania gazet. Przed sezonem do klubu wrócił Norberto Alonso i dodatkowo ściągnięto Roque Alfaro. Było jasne, że to między tymi dwoma zawodnikami rozegra się walka o grę na pozycji nr 10. Francescoli z konieczności miał grać na „8”. Początkowo niezbyt dobrze się tam czuł, ale nie miał zamiaru się poddawać. Szło mu coraz lepiej i zaczynał strzelać coraz więcej bramek. Odrodził się. Zaczął powoli pokazywać, na co go stać. Zawsze jednak podkreślał, że to przyjście do klubu Alonso pomogło mu w dojściu do wielkiej formy. Wkrótce zmienił się trener. Odszedł Luis Cubilla, którego tymczasowo zastąpił Don Adolfo Pedernera. To on właśnie zmienił ustawienie drużyny i przesunął Enzo na pozycję „9 i pół”, jak sam Francescoli określał swoją rolę na boisku.

,,Razem z Don Adolfo często spotykaliśmy się w klubowej cukierni i rozmawialiśmy. Pewnego dnia powiedział mi: „Masz wszelkie warunki, żeby grać podwieszony na ostatnich 30 – 40 metrach boiska. Musisz być jednak znacznie bardziej nieprzewidywalny”. Miał rację i dzisiaj jestem mu za to wdzięczny”– opowiadał. Kiedy rozgrywki ligowe już prawie wystartowały, opiekę nad zespołem powierzono Héctorowi Veirze. Nowy trener nazywał go fenomenem. Francescoli urzekał kibiców swoją grą. Znakomicie spisywał się w ataku i w drugiej linii. Potrafił wziąć na siebie ciężar gry i dzięki swoim nieprzeciętnym umiejętnościom przechylić szalę zwycięstwa. Po niemrawym poprzednim sezonie doprowadził River do finału Campeonato Nacional. Tam niestety jednak przegrali z Ferro Carril Oeste. Natomiast w Campeonato Metropolitano finiszowali na czwartym miejscu. River grało coraz lepiej. Enzo wykazał się znakomitą skutecznością. Strzelił w lidze aż 24 bramki i zapewnił sobie tytuł króla strzelców. Dzięki swoim świetnym występom uznany został piłkarzem roku Ameryki Południowej. Rok 1985 przyniósł zmiany w argentyńskim futbolu. Przeprowadzono reformę rozgrywek. Od tej pory zespoły grały systemem jesień – wiosna. W ostatniej edycji Campeonato Nacional River otarli się o udział w finale, ale trochę im zabrakło. W marcu i kwietniu musieli sobie radzić bez jednego ze swoich filarów, bo Enzo był potrzebny w eliminacjach do meksykańskiego mundialu. Jego pozycja w klubie była jednak niepodważalna. Wymieniano go w jednym rzędzie z najlepszymi zawodnikami na świecie. Enzo rozwiązuje ci wiele problemów. Jest absolutnie fenomenalny. Dla mnie jest na najwyższym poziomie, na tym samym co Platini, Rummenigge i Maradona. On robi wszystko, każę mu grać z tyłu, podpowiadam i wiem, że pokiwa głową. Nigdy nie powie: idź, sam zagraj i pokaż – mówił o nim trener Veira. W lipcu ruszyły nowe rozgrywki. Campeonato Metropolitano przekształcono w ligę ogólnokrajową, do której oczywiście mogły awansować kluby spoza Buenos Aires. Dla River Plate miał to być początek nowego, pięknego rozdziału w ich historii. Od początku kroczyli od zwycięstwa do zwycięstwa a Francescoli strzelał i strzelał. Często to właśnie jego bramki przesądzały o zwycięstwach. Był etatowym wykonawcą rzutów karnych. W lidze uzbierał 25 goli i ponownie został najlepszym strzelcem. W całym sezonie River Plate przegrało tylko trzy spotkania. 9 marca 1986 r. Los Millonarios podejmowali u siebie Velez Sarsfield. Odnieśli pewne zwycięstwo, aplikując rywalom trzy bramki, nie tracąc przy tym żadnej. Wynik meczu strzałem z rzutu karnego w samej końcówce ustalił Francescoli. Wraz z końcowym gwizdkiem arbitra stało się jasne, że po kilku latach tytuł wróci na Estadio Monumental. Do końca rozgrywek pozostawało jeszcze pięć kolejek, ale tym zwycięstwem River Plate zapewnili sobie mistrzostwo. Enzo był gwiazdą. Razem z Ruggerim rozegrali najwięcej meczów w lidze – 31. Francescoli, jako pierwszy piłkarz spoza Argentyny, zdobył nagrodę dla piłkarza roku w tym kraju. Jego klasę doceniali też koledzy z drużyny. Enzo był fundamentem drużyny nie tylko z powodu bramek. Był bardzo ważny również dla nas, obrońców. Kiedy przychodził cięższy okres gry i nie było do kogo zagrać, to podawaliśmy do niego i mogliśmy chwilę odetchnąć. On robił resztę – utrzymywał piłkę przez odpowiedni czas, dzięki czemu mogliśmy spokojnie odzyskać siły. Enzo już wtedy był dla nas punktem odniesienia, choć nie miał takiej pozycji jak Alonso czy Gallego. Widziałem, że był bardzo szczęśliwy podczas rozgrywek. Żył w pełni i osiągnął to, co sobie założył – mówił Jorge Gordillo. Na moim pierwszym treningu siedziałem na ławce rezerwowych przy bocznym boisku i patrzyłem na piłkarzy, zadając sobie pytanie: „Jak ten gość może być tak krytykowany, skoro jest tak fenomenalny?”. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, wiedziałem, co o nim mówiono. To było w 1984 r. Od razu zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo jest dobry. Mimo że przyszedłem grać na jego pozycji, traktował mnie szczególnie od pierwszego do ostatniego dnia. Najważniejszą imprezą w 1986 r. były oczywiście mistrzostwa świata. Kibice mieli prawo oczekiwać, że formę prezentowaną w klubie Francescoli przełoży na reprezentację. Pomógł kolegom awansować na mundial po 12 latach przerwy. Trzy lata wcześniej w dobrym stylu wygrali Copa América, a teraz nadeszła pora, żeby potwierdzić klasę wśród 24 najlepszych zespołów na świecie. Zadanie jednak nie był wcale takie proste. Urugwaj trafił do „grupy śmierci”, jak określił ją selekcjoner Omar Borrás. Ich rywalami byli Szkoci, Duńczycy i wicemistrzowie świata Niemcy. To właśnie z Niemcami Urusi zagrali pierwszy mecz. Piłkarze z Ameryki Południowej nie byli faworytami, ale to właśnie oni jako pierwsi strzelili bramkę. Fatalne podanie Lothara Matthäusa do obrońców przejął Antonio Alzamendi. Położył na ziemię Toniego Schumachera i silnym, odbitym od poprzeczki strzałem dał swojemu zespołowi prowadzenie. Niemcy grali jednak do końca. Sześć minut przed końcowym gwizdkiem wyrównał Klaus Allofs. Kibice mogli czuć się rozczarowani, ale remis z Niemcami ujmy nie przynosił. Zupełnie inne nastroje towarzyszyły im po drugim grupowym spotkaniu. Debiutujący na mundialu Duńczycy rozbili Urugwaj aż 6:1. Przy stanie 1:0 z boiska za drugą żółtą kartkę wyleciał Miguel Bossio, ale do końca pierwszej połowy Celestes jakoś się trzymali. Tuż przed przerwą z rzutu karnego na 2:1 strzelił Francescoli i wydawało się, że będą w stanie toczyć wyrównaną walkę. Druga odsłona była jednak koncertem podopiecznych Seppa Piontka. Strzelili cztery gole i nie pozostawili rywalom złudzeń. Preben Elkjær Larsen ustrzelił hat-tricka. Kiedy po latach pytano Enzo, czy wstydzi się jakiegoś występu, wskazywał właśnie to spotkanie. ,,Powinniśmy się zamknąć i przegrać 1:3. Strzeliłem na 1:2 i pobiegłem po piłkę, krzycząc do kolegów: dalej, wyrównajmy! , Straciliśmy piłkę i nawet tego nie zauważyliśmy. Nigdy więcej mi się to nie przydarzyło. Jest to jedyna rzecz, za którą przepraszam wszystkich Urugwajczyków”– wspominał tamten mecz.

Ostatni grupowy pojedynek ze Szkotami zapisał się w kronikach. Już w pierwszej minucie z boiska usunięty został José Batista. Enzo wraz z kolegami nie załamali się i zdołali wywalczyć dający im awans remis. Wielu jednak zarzucało Urugwajowi ostrą i brutalną grę. ,,Urugwaj przynosi wstyd. Nie mają respektu dla godności innych ludzi”– mówił Alex Ferguson. Urugwaj miał zmierzyć się Argentyną, czyli odwiecznym rywalem w 1/8. Starcia tych drużyn zawsze elektryzowały kibiców. Wielu czekało również na rywalizację dwóch wybitnych jednostek – Maradony z Francescolim. W meksykańskiej Puebli faktycznie iskrzyło. Sędzia pokazał aż siedem żółtych kartek. W drugiej połowie nad stadionem przeszła burza i padał ulewny deszcz. Maradona rozgrywał kapitalny mecz, ale na listę strzelców się nie wpisał. Miguel Bossio starał się mu uprzykrzać życie, jak tylko mógł. Po drugiej stronie równie dobre zawody rozgrywał Francescoli. Enzo dwoił się i troił, ale twardzi argentyńscy obrońcy zatrzymywali go wszelkimi możliwymi sposobami. Pojawiają się głosy, że jeśli na meksykańskim turnieju ktoś dorównywał Maradonie, to był to właśnie Francescoli w starciu 1/8 finału. Mecz zakończył się jednak zwycięstwem Albiceleste 1:0 po bramce Pedro Pasculliego i to oni, a nie Urugwaj zagrali w tym pamiętnym ćwierćfinale. Szansa na rehabilitację pojawiła się już rok później. Copa América odbywała się wtedy w Argentynie. Częściowo powrócono do starej formuły. Turniej rozgrywano w jednym kraju, ale Urugwaj jako obrońca tytułu do rywalizacji przystępował dopiero w półfinale. Tam nadarzyła się okazja do rewanżu za ostatnie starcie na mundialu. Na Estadio Monumental spotkały się drużyny mistrzów świata z mistrzami kontynentu. 65 tys. kibiców obserwowało znakomite spotkanie. Zacięte, toczone w ostrym tempie i obfitujące w zagrania najwyższej klasy. Smaczku dodawała oczywiście rywalizacja dwóch największych indywidualności Ameryki Południowej, czyli Maradony i Francesoliego. To właśnie na nich w dużej mierze zwrócone były oczy kibiców. Nieco lepiej wypadł Argentyńczyk, ale Enzo po raz kolejny udowodnił, że wiele mu nie ustępuje. W finale zameldowali się obrońcy tytułu. Bramkę tuż przed przerwą strzelił Antonio Alzamendi i nawet wysiłki młodziutkiego Claudio Caniggi nie zmieniły wyniku Tym razem to Urugwaj przeszedł dalej i miał grać o złoto. Tam spotkali się z Chile, które w półfinale odprawiło coraz silniejszą Kolumbię z Carlosem Valderramą. Rozgrywany 12 lipca finał zgromadził na Estadio Monumental ledwie 35 tys. kibiców. Nie było to jednak widowisko godne finału. Piłkarze grali bardzo ostro i sędzia usunął z boiska aż czterech piłkarzy. Wśród nich znalazł się też Francescoli, który do szatni musiał zejść po niespełna pół godzinie gry. Nie zawsze udawało mu się trzymać nerwy na wodzy. Mimo to przewaga Urugwaju była wyraźna, a Chilijczycy chyba nie wytrzymali psychicznie. Obrońcy tytułu wygrali 1:0 po bramce Bengoechei. Dzięki nieco dziwnemu regulaminowi do końcowego zwycięstwa wystarczyły im ledwie dwa mecze. Turniej w 1987 r. był dla Enzo okazją do powrotu na Estadio Monumental, gdzie cieszył się wielkim szacunkiem. Kiedy w 1986 r. River Plate zdobywał pierwsze w swoje historii Copa Libertadores, Francescoli grał już w Europie. Jeszcze przed meksykańskimi mistrzostwami zdecydował się odejść do Paryża. W stolicy Francji tworzono wtedy drużynę, która miała zdominować krajowe rozgrywki i zaistnieć w Europie. Przedsiębiorca z branży motoryzacyjnej Jean-Luc Lagardère zainwestował duże pieniądze w jeden z najstarszych francuskich klubów – Racing. Głównym sponsorem klubu została motoryzacyjna firma Matra, co zaowocowało zmianą nazwy na Matra Racing. Francescoli dołączył do drużyny, w której obok niego mieli grać: Pascal Olmeta, Thierry Tusseau, Maxime Bossis, Luis Fernández, Rubén Paz czy Pierre Littbarski. Drużyna była jednak silna tylko na papierze. W lidze zajęli dopiero 13. miejsce, choć Francescoli był wyróżniającym się zawodnikiem. Z 14 bramkami uplasował się w czołówce klasyfikacji strzelców. W Paryżu spędził trzy sezony. Za każdym razem był najlepszym strzelcem w drużynie. Najbliżej europejskich pucharów był w 1988, kiedy do miejsca premiowanego grą w Pucharze UEFA zabrakło Racingowi czterech punktów. To wtedy właśnie Francescoli miał okazję zamienić Paryż na Turyn. Juventus chciał go u siebie jako zmiennika dla Platiniego, ale Enzo odrzucił ofertę. Został w Racingu i pomógł drużynie utrzymać się w lidze. Z mocarstwowych planów wyszły nici. Wkrótce Francescoli opuścił klub, a bez niego w składzie Racing spadł z ligi. W swoim ostatnim sezonie w klubie wprowadzał w świat dorosłej piłki młodego Davida Ginolę. Dziś drużyna gra na piątym poziomie rozgrywkowym, a o tym, że pieniądze w piłkę nie grają, nie wiedzą w Paryżu chyba do teraz…

8

@FCBparasiempre
12 listopada 1961 r. urodził się Enzo Francescoli, legendarny urugwajski napastnik. Kiedy w 1950 r. Urugwaj zwyciężał na Maracanie Brazylię, mało kto pewnie przypuszczał, że będzie to ich ostatni występ w finałowym starciu. Urugwajczycy świetnie spisali się na turnieju w Szwajcarii, gdzie przegrali w półfinale z Węgrami, czy w Meksyku, gdzie świetne partie rozgrywał Mazurkiewicz. Na arenie klubowej znakomicie prezentował się Peñarol, ale przez lata brakowało jakiegoś spektakularnego sukcesu drużyny narodowej. Na mundiale w Argentynie i Hiszpanii Urugwaj w ogóle się nie zakwalifikował. Nie było też w składzie piłkarzy tej klasy co Scarone, Andrade, Ghiggia, Varela, Hohberg czy Schiaffino. Dopiero na początku lat 80-tych pojawił się zawodnik, który przywrócił kibicom wiarę w możliwości drużyny. Był nim Enzo Francescoli, który ze względu na swoją elegancję w grze i bajeczną technikę otrzymał przydomek ,,Książę”. W lutym 1986 r. reprezentacja Polski wybrała się do Ameryki Południowej na małe tournée. Wizyta za oceanem wieńczyła kilkutygodniowe zgrupowanie we Włoszech. Piechniczek zdawał sobie sprawę z tego, jak pracuje się w klubach i był zdania, że tylko dłuższa, wspólna praca pomoże stworzyć naprawdę silną drużynę. Trzecia drużyna mundialu w Hiszpanii w ramach przygotowań do meksykańskiego turnieju miała po raz pierwszy w historii zmierzyć się z Urugwajem, a także z najlepszymi klubami Argentyny. Z Boca Juniors i Racingiem wygraliśmy po 1:0, a z Urusami zremisowaliśmy 2:2. W pamięci kibiców zapisał się jednak pojedynek z River Plate. ,,Los Millonarios” byli wtedy jednym z czołowych zespołów na kontynencie. Potwierdzili to na koniec roku, kiedy zwyciężyli w Copa Libertadores i w Pucharze Interkontynentalnym, w którym wygrali ze Steauą. W składzie nie brakowało wielkich nazwisk. Américo Gallego zdobył mistrzostwo świata w 1978 r., Oscar Ruggeri i Nery Pumpido dokonają tego później na meksykańskich boiskach. Najjaśniej świeciła jednak gwiazda El Principe. I to właśnie występ, jaki zanotował Francescoli, najbardziej zapadł w pamięć kibicom zarówno nad La Platą, jak i nad Wisłą. Spotkanie stało na wysokim poziomie. W 37. minucie błąd popełnił Jacek Kazimierski i gospodarzy na prowadzenie wyprowadził Norberto Alonso. Do szatni Polacy schodzili z jednobramkową stratą. W 48. minucie wyrównał Dziekanowski strzałem z rzutu wolnego. Na odpowiedź River nie trzeba było długo czekać, bo już kilka minut później stadion w Mar del Plata zatrząsł się w posadach. Francescoli wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Polacy jednak nie rezygnowali. Cztery minuty po bramce Urugwajczyka piłkę po strzale Jana Urbana ręką z linii bramkowej wybił Oscar Ruggeri. Karnego pewnie wykorzystał Dariusz Dziekanowski i znów był remis. W 67. minucie w zamieszaniu podbramkowym Andrzej Zgutczyński dograł do Romana Wójcickiego, a ten z najbliższej odległości umieścił piłkę w siatce. Pięć minut później było już 4:2. Nery Pumpido w sytuacji sam na sam zastopował Krzysztofa Barana i wybił piłkę przed pole karne, ale tam przejął ją Andrzej Buncol i lobem spoza pola karnego podwyższył prowadzenie. Wydawało się, że Polacy rozstrzygną spotkanie na swoją korzyść. Gra się nieco zaostrzyła. Kwadrans przed końcem Francescoli ostro starł się Kazimierzem Przybysiem. Enzo w odwecie uderzył go w twarz, ale sędzia Abel Gnecco z boiska wyrzucił Polaka. Minutę później czerwone kartoniki obejrzeli Andrzej Zgutczyński i Jorge Borelli. Na boisku zrobiło się nieco więcej miejsca, co wkrótce wykorzystali piłkarze River Plate. Do końca pozostawało mniej niż dziesięć minut i wtedy dał o sobie znać geniusz Francesoliego. Po akcji świeżo wprowadzonego na boisko Ramóna Centurióna, Enzo przejął piłkę w polu karnym i nie dał szans Józefowi Wandzikowi, który zmienił w przerwie Kazimierskiego. Gospodarze poczuli krew i przycisnęli. W 87. minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Ramón Centurión doprowadził do wyrównania. Chwilę później Francescoli wprawił kibiców w ekstazę. Sędzia zwlekał z zakończeniem meczu. River Plate egzekwowało rzut wolny. Z prawej strony boiska piłkę w pole karne wrzucił Norberto Alonso. Oscar Ruggeri wygrał pojedynek z polskim obrońcą i dograł do wchodzącego w szesnastkę, niepilnowanego bohatera tekstu. Francescoli przyjął futbolówkę na klatkę piersiową i popisał się fenomenalnym uderzeniem z przewrotki. Wielu uważa, że to najpiękniejsza bramka, jaką kiedykolwiek straciła reprezentacja Polski. W Ameryce Południowej pamięć o niej jest żywa do dziś i jest stawiana jako wzór idealnego uderzenia nożycami, które określa się tam jako chilena. W tym przypadku zdecydowanie trafienie to można określić mianem golazo.

Enzo Francescoli przyszedł na świat 12 listopada 1961 r. w Montevideo. Dorastał w atmosferze uwielbienia dla bohaterów brazylijskiego mundialu z 1950 r. Jako dziecko był świadkiem wielkich sukcesów Peñarolu. Futbol był obecny w jego życiu od najmłodszych lat. Każdą wolną chwilę spędzał na boisku. Już w wieku sześciu lat uganiał się za futbolówką w dziecięcych zespołach Club Cadys Real – klubu, który działał w jego najbliższym sąsiedztwie. Zwykle graliśmy na ulicy. Po południu, po powrocie ze szkoły i drzemce, budowaliśmy jakieś bramki i graliśmy 20 na 20. Nie pamiętam dokładnie, kto wtedy z nami grał, ale byli to chłopcy w różnym wieku. Mój brat już wtedy się wyróżniał, można powiedzieć, że dobrze uderzał piłkę – wspominał Luis Francescoli. W tym samym czasie dołączył do drużyny ze swojej szkoły San Francisco de Salles, która lepiej jest znana jako Maturama i pod taką nazwą funkcjonuje do dzisiaj. Samo określenie pochodzi od nazwy ulicy, gdzie zaczynała swoją działalność. Enzo w krótkim czasie stał się oczywiście jednym z najlepszych zawodników i został prawdziwym liderem drużyny. Pewnej środy poszliśmy do szkoły, ponieważ odbywała się tam ceremonia wręczenia nagród. Enzo nie mógł iść, bo leżał w łóżku z wysoką gorączką. Wszystko wyjaśniliśmy księdzu, człowiekowi o nazwisku Soviski. Zapewnił nas, że nie będzie stwarzał problemów i powiedział, żeby Enzo dbał o siebie. W razie potrzeby mógł nie przychodzić w czwartek czy w piątek, nie byłoby z tym problemu. Najważniejsze jednak, żeby wrócił do soboty, bo wtedy mieli rozegrać jeden z decydujących meczów – wspominał ojciec Enzo. Francescoli miał wtedy dopiero 10 lat, ale już zaczął zwracać na siebie uwagę. Wielu o niego pytało, przepowiadając mu świetlaną przyszłość. Był raczej wątłej postury, ale braki w warunkach fizycznych nadrabiał techniką i przeglądem pola. Jako młody chłopak wylądował na testach w urugwajskim River Plate i w Peñarolu, ale nie został zawodnikiem żadnego z tych klubów. Mówiło się, że to przez jego sylwetkę, ale to nieprawda. W pierwszym z tych zespołów wziął co prawda udział w jednym z treningów, ale drugi już przegapił, bo wolał kontynuować grę z przyjaciółmi. Również w ekipie Los Carboneros nie został na dłużej. Poszedłem do Las Acacias [ośrodek treningowy Peñarolu], gdzie było sześć tysięcy dzieciaków. Całe popołudnie spędziłem na oglądaniu, sam grałem przez 20 minut. Mosquera powiedział „zapiszcie chudego”. Przeszedłem pierwszy etap. Przy wyjściu powiedziałem jednak do mojego staruszka: „Nie wiem, czy mam przyjść tato… Znów miałbym oglądać innych i czekać całe popołudnie… Nie chcę”. I nie poszedłem – wspominał w wywiadzie dla El Gráfico w 2008 r. Francescoli uczęszczał do szkoły salezjańskiej. Był podstawowym zawodnikiem szkolnej drużyny, z którą zdobył pięć razy z rzędu mistrzostwo. Jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach, rówieśników wielokrotnie przewyższał umiejętnościami. Stało się jasne, że musi dołączyć do profesjonalnego klubu z odpowiednim zapleczem, sztabem szkoleniowym i bazą treningową. Wkrótce został zawodnikiem Wanderers. Byłem wtedy w ostatniej klasie w mojej szkole, a mój przyjaciel Gustavo Perdomo grał w rezerwach Wanderers. ,,Grywaliśmy tuż za rogiem. Pewnego dnia graliśmy mecz i zostałem zauważony. Podeszli do mnie Martiarena i Giacoia, których bardzo szanowałem. Zaproponowali mi, żebym dołączył do klubu i kiedy szkoła się skończyła, zgodziłem się. Poza tym byłem tam razem z moim przyjacielem”– mówił o okolicznościach przejścia do Wanderers Enzo. Do Wanderers Enzo dołączył w 1978 r. Początkowo grał w drużynach młodzieżowych. Również tam swoimi umiejętnościami przewyższał kolegów i wyrobił sobie silną pozycję. Trenował w Las Piedras, na przedmieściach Montevideo, gdzie chodził codziennie ze swoją małą torbą. Cieszył się uznaniem do tego stopnia, że często drużyna zaczynała mecz bez niego, a on dołączał na boisko po kilku czy kilkunastu minutach. W soboty musiałem nadrabiać przedmioty w szkole. Ojciec po mnie przyjeżdżał i zabierał na mecz. Nieraz zdarzało się, że dojeżdżaliśmy kilka minut za późno. Wanderers zaczynali wtedy w dziesięciu, bo cieszyłem się uznaniem trenera Martiareny. Wychodziłem z autobusu, przebierałem się i wchodziłem na boisko – wspominał Francescoli. To właśnie w drużynie Wanderers dorobił się przydomku Książę. Określił go tym mianem Aníbal Ciocca, który sam był tak nazywany. Grał w Wanderers na początku lat 30-tych a potem święcił triumfy z Nacionalem. Ciocca był pod wrażeniem elegancji i stylu, jaki prezentował Francescoli na boisku i uznał, że Enzo jest godny odziedziczyć ten przydomek. Gdziekolwiek później nie grał, to właśnie w ten sposób nazywali go kibice.

W zespole seniorskim zadebiutował 9 marca 1980 r. Wanderers grało wtedy na wyjeździe z Defensorem Sporting w ramach Torneo Colombes. Enzo z kolegami pewnie zwyciężyli 5:0, a on sam rozpoczął piękny etap w swojej przygodzie z piłką. Z miejsca stał się podstawowym zawodnikiem. Wystąpił we wszystkich 26 meczach ligowych. Trzykrotnie wpisał się na listę strzelców. Klub największe sukcesy odnosił w latach 30. i 40., potem popadł w ligową przeciętność i niejednokrotnie balansował na krawędzi spadku. Ostatni raz na podium zameldowali się w 1963 r. Rozgrywki z 1980 r. ukończyli jednak na drugim miejscu, ustępując tylko Nacionalowi. Francescoli miał w tym sukcesie niemały udział. Czuł się pewniej i coraz bardziej czarował swoją grą. Szybko pojawiły się porównania do wielkiego Juana Schiaffino i pogłoski o zainteresowaniu River Plate czy Milanu. Forma młodego zawodnika zwróciła uwagę selekcjonera młodzieżowej reprezentacji. Raúl Bentancor zabrał Enzo na mistrzostwa Ameryki Południowej do Ekwadoru. W fazie grupowej Urugwajczycy mierzyli się z Ekwadorem, Boliwią, Paragwajem i Kolumbią. Zajęli pierwsze miejsce w grupie i nie przeszkodziła im nawet porażka z Paragwajem. Francescoli zdobył ważne bramki w starciach z Kolumbią i Ekwadorem i był wyróżniającym się zawodnikiem rozgrywek. W fazie finałowej Urusi byli bezkonkurencyjni. Wygrali wszystkie trzy mecze – 2:1 z Brazylią, 2:1 z Boliwią i na deser rozbili aż 5:1 swoich największych rywali z Argentyny. Do swoich zdobyczy strzeleckich Enzo dorzucił trafienia w starciach z Brazylią i Argentyną i z pięcioma golami na koncie został królem strzelców turnieju. W zgodnej opinii fachowców przyszłość stała przed nim otworem, a na potwierdzenie tych słów uznano go za najlepszego gracza całych rozgrywek. Zwycięstwo w ekwadorskim turnieju otwierało drogę do udziału w młodzieżowych mistrzostwach świata. Te rozgrywano w dalekiej Australii, a Enzo, który rozgrywał kolejny dobry sezon w klubie, miał poprowadzić drużynę do sukcesu. W grupie Celestes mierzyli się z USA, Polską i Katarem. Suncorp Stadium w Brisbane, na którym rozgrywano mecze grupy A, okazał się bardzo szczęśliwy dla Urugwaju. Francescoli z kolegami sprostali oczekiwaniom i wygrali wszystkie trzy mecze. W ćwierćfinale ich przeciwnikiem byli Rumuni. Spotkanie było wyrównane, ale w ostatecznym rozrachunku lepsi okazali się Europejczycy. Wygrali 2:1, a dającą zwycięstwo bramkę strzelili na kilka minut przed końcem meczu. Mimo że Francescoli w żadnym meczu nie wpisał się na listę strzelców, to po raz kolejny zaprezentował się z bardzo dobrej strony i wielu wróżyło mu wielką przyszłość. Rok 1981 zakończył ze swoim klubowym zespołem na trzecim miejscu w ligowej tabeli. Grał w australijskim turnieju, więc opuścił kilka kolejek, ale i tak zdołał strzelić siedem bramek. Kiedy w lutym 1982 r. Urugwaj brał udział w towarzyskim turnieju Nehru Cup, rozgrywanym w Kalkucie, nowy selekcjoner Omar Borrás postanowił sprawdzić wyróżniającego się piłkarza. Francescoli zagrał we wszystkich meczach. W pierwszym, z Jugosławią B, który uważa się za nieoficjalny, strzelił nawet bramkę. Ponownie na listę strzelców wpisał się w starciu z olimpijską reprezentacją Włoch, którą Urugwaj pokonał 3:2. Poza tym w turnieju brały udział zespoły Chin i Korei Południowej, z którymi Urusi zremisowali. Gospodarz, czyli Indie, przegrały z ekipą Enzo 1:3. W finale Urugwaj wygrał pewnie 2:0 z Chinami, a Enzo po raz pierwszy posmakował triumfu z reprezentacją. Turniej oczywiście nie stał na jakimś niebotycznym poziomie, ale dla takiego zawodnika jak Francescoli był dobrą okazją do pokazania swoich umiejętności trenerowi. Na mundialu w Hiszpanii Urugwaju zabrakło, więc kibicom pozostały emocje związane z rozgrywkami na krajowym podwórku. Tym razem Wanderers po dwóch solidnych sezonach nieco rozczarowali. Finiszowali na piątym miejscu, ale paradoksalnie dla Enzo był to najlepszy sezon w klubie. Znowu nie opuścił żadnego spotkania i dziesięciokrotnie pokonywał bramkarzy rywali. Kiedy jednak w kwietniu 1983 r. zespół rozpoczynał zmagania w Copa Libertadores, to Enzo nie było już w drużynie. Przeniósł się na drugi brzeg La Platy, do River Plate. To właśnie w barwach River Plate wszedł na wyższy poziom, a Estadio Monumental stało się jego drugim domem. Zanim jednak został zawodnikiem Los Milionarios, transfer poprzedziły żmudne negocjacje. Zgodę na jego odejście musiało wyrazić zgromadzenie socios, a nie było łatwo ich przekonać. Po raz drugi w 80-letniej historii klubu konieczne było przeprowadzenie dwóch takich zebrań. W końcu jednak Francescoli dostał zgodę na transfer. River miało zapłacić Urugwajczykom 310 tys. dolarów i dodatkowo do Wanderers miało trafić 20 procent zysku z kolejnego transferu. Swoją dolę musiał też dostać Enzo i jego przedstawiciele. Pojawił się problem, bo River nie mógł zapłacić wynegocjowanej kwoty w gotówce. Stanęło na tym, że zapłacono tylko 50 tys., a reszta miała być uregulowana w ratach. Gwarancji miał udzielić Banco di Napoli, a raty miały być finansowane z kolejnych transz za transfer Ramóna Díaza, który rok wcześniej zamienił River na Napoli. W sprawie kontraktu indywidualnego Francescoli bez problemu doszedł do porozumienia z klubem i wreszcie mógł zacząć grać.

7

,,Książę” znad La Platy kończy dziś 62 lata(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):

@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

10

Nieszczęśliwe przypadki ,,La Pulgi”:

12 listopada 2006 r. Messi doznał poważnej kontuzji a mianowicie złamania piątej kości śródstopia w meczu z Realem Saragossa, co oznaczało 3 miesiące przerwy w grze. Był to już drugi tak poważny uraz Argentyńczyka w ciągu roku. Pauzował również w 3 ostatnich miesiącach poprzedniego sezonu z powodu naderwania mięśnia uda i opuścił w ten sposób finał Ligi Mistrzów w 2006 r.


@Sensible
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Pawlak1992 Owszem Polska również miała wybitnych piłkarzy na czele z najlepszym w historii(o czym powinieneś wiedzieć) Wilimowskim tyle że nasi rodacy nie zdobywali ,,Złotych Piłek" a tym bardziej mistrzostw Europy czy Świata więc ta skala wybitności jest zdecydowanie niższa.
poza tym sam napisałeś że reszta krajów ma za mało wybitnych piłkarzy. Owszem taka Irlandia PŁN. czy Bułgaria ma za mało ale już Urugwaj!? Polska nie może się z tym krajem równać w historii i zapewne się już nie zrówna. Ponadto dotyczy to również Holandii...

10

Blaugrana w europejskich pucharach:

12 listopada 1958 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe FC Basel 1:2 w ramach pierwszej rundy 1/8 Pucharu Miast Targowych. Gole dla Barçy zdobyli: rewelacyjny napastnik Evaristo oraz Gensana.


@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?