FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Człowiek orkiestra:
Żył niespełna 46 lat a dokonał rzeczy, które nieprzerwanie towarzyszą Polakom od prawie stulecia. Członek Zarządu PZPN, redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego”, selekcjoner reprezentacji Polski, przewodniczący Wydziału Spraw Sędziowskich, pomysłodawca rozgrywek ligowych. II Rzeczpospolita miała szczęście do wybitnych piłkarskich działaczy. Jednym z najlepszych na to dowodów był… tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Zapomniane legendy futbolu:
25 października 1945 r. w Las Lomitas urodził się Francisco Sa, znakomity argentyński środkowy obrońca, 6-krotny zdobywca Copa Libertadores oraz 2-krotny zdobywca Pucharu Interkontynentalnego. Francisco Sá rozpoczął karierę w prowincjonalnym klubie Central Goya w 1965. W 1968 został zawodnikiem pierwszoligowego Huracánu Corrientes. Stamtąd trafił do River Plate Buenos Aires. W River Plate Francisco nie mógł się przebić do składu i na początku 1971 przeszedł do Independiente Avellaneda w 1971 roku. Z Independiente zdobył mistrzostwo Argentyny w 1971, czterokrotnie Copa Libertadores w 1972, 1973, 1974 i 1975 oraz Puchar Interkontynentalny w 1973. Francisco poza drugim meczem w 1972 wystąpił we wszystkich meczach finałowych Copa Libertadores. W latach 1976-1981 występował w innym słynnym klubie z Buenos Aires - Boca Juniors. Z Boca trzykrotnie zdobył mistrzostwo Argentyny: Metropolitano 1976, Nacional 1977 i Metropolitano 1981. Na arenie międzynarodowej zdobył z Boca Copa Libertadores w 1977 i 1978 oraz Puchar Interkontynentalny w 1977. Francisco Sá wystąpił w pierwszym meczu finałowym w 1977, obu meczach finałowych w 1978 oraz w pierwszym meczu o Puchar Interkontynentalny w 1977. Ostatnim klubem w jego karierze była Gimnasia y Esgrima Jujuy w 1982. Ogółem w latach 1968-1982 rozegrał w lidze argentyńskiej 361 spotkań, w których strzelił 7 goli. W reprezentacji Argentyny Francisco Sa zadebiutował 9 września 1973 w wygranym 4-0 meczu eliminacji MŚ 1974 z Boliwią. Rok później został powołany na Mistrzostwa Świata. Na Mundialu w RFN Sá wystąpił w pięciu meczach z: Polską, Włochami, Haiti, Holandią i Brazylii. Ogółem w barwach Albicelestes wystąpił 15 razy.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Kessie
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
8
Rekordy FC Barcelony:
25 października 1959 r. FC Barcelona odniosła najwyższe zwycięstwo w Primera Division na wyjeździe. ,,Wczoraj na wyjeździe Blaugrana pokonała UD Las Palmas 0:8. Barça pozostaje faworytem rozgrywek po zdobyciu pewnych 2 punktów. Wyspiarze byli łatwym przeciwnikiem ale dla kolejnych drużyn nie będzie już tak łatwo”- tak dziennikarze opisywali najwyższe zwycięstwo na wyjeździe w historii klubu. Osłabione brakiem 3 ważnych graczy UD Las Palmas już w 46 minucie przegrywało 0:7 ale FC Barcelona zaczęła grać spokojniej, mając w pamięci kolejne spotkanie 3 dni później. W 2010 r. Blaugrana powtórzyła ten wynik w Almerii. W 1959 r. hattricka w meczu z Las Palmas strzelił Luis Suarez a 51 lat później tego samego wyczynu dokonał Lionel Messi.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
6
@FCBparasiempre
24 październik 2010. Niby zwykła data. Zwyczajny dzień. Niestety dla kibiców jednego klubu życie podzieliło się na „przed i po”. Chodzi o fanów Feyenoordu, którzy właśnie 24 października zostali upokorzeni przez jednego z największych rywali – PSV Eindhoven. Od tej pory każdy fan rotterdamczyków czuł, że na jego kibicowskim obliczu jest podobna blizna, jak ta na twarzy Francka Ribery’ego. Od tego momentu w sercu każdego kibica tego klubu gdzieś z tyłu głowy tliło się wspomnienie – przegraliśmy z PSV 0:10! Początek meczu nie zwiastował późniejszego horroru. Pierwszy gol padł w 24 minucie po strzale z dystansu Jonathana Reisa. Jeszcze przed przerwą PSV podwyższył wynik spotkania na 2:0, choć tym razem na listę strzelców wpisał się piłkarz Feyenoordu, Bruno Martins Indi. Młody Holender usiłować wybić piłkę zmierzającą w kierunku bramki, lecz zamiast uratować sytuacje tylko pogrążył swoją drużynę, strzelając bramkę samobójczą. Warto odnotować, że przy drugim golu podopieczni Mario Beena grali już w dziesiątkę po drugiej żółtej i w efekcie czerwonej kartce dla Kevina Leerdama. Być może właśnie to wykluczenie było katalizatorem późniejszych wydarzeń. Nic nie wskazywało jednak na tak wielki kataklizm. Wynik 0:2 do przerwy ujmy na honorze nie przynosił, jednak w drugiej połowie sytuacja rozwinęła się w sposób, jakiego w najczarniejszych snach nie przewidywali kibice gości. Zaczęło się dwie minuty po wznowieniu gry. Najpierw główką z bliskiej odległości do siatki trafił Jonathan Reis – bum! 3:0. Chwilę później bliźniaczy strzał Toivonena – bum! 4:0. Gospodarze złapali wiatr w żagle i nie mieli litości dla przeciwnika. Jeremain Lens w 55. minucie podwyższa wynik meczu na 5:0, to już była katastrofa. PSV po prostu nie mógł przestać strzelać, piłkarze wpadli w jakiś dziwny trans i niedługo później Reis trafił na 6:0. Potem jeszcze trafiał Dzudzsak – bum! 7:0. Engelar – bum! 8:0. Ponownie Dzudzsak, tym razem z rzutu karnego – bum! 9:0. I na koniec Jeremain Lens – bum! 10:0. Takim wynikiem zakończyło się to spotkanie. W tym przypadku słowa Tomasza Wróbla, który mówił, że czuje się jak dziwka po ganbangu, pewnie nawet w połowie nie oddają samopoczucia rotterdamczyków, którzy najchętniej zapadliby się po ziemię. Angielski portal goal.com za najsłabszego piłkarza uznał golkipera Feyenoordu, Roba van Dijka, ale ten też w kilku sytuacjach uratował zespół przed utratą bramki. Prawda jest taka, że ten wynik nie był jakimś wypadkiem przy pracy, rotterdamczycy zagrali tak słabo, że dwucyfrówka była naturalnym odzwierciedleniem sytuacji na boisku. Bramkarz bronił, co powinien i nic ponadto, defensywa zostawiała zbyt dużo miejsca, zupełnie nie mieli poczucia przestrzeni. Pomoc również rozpierzchła się na wszystkie strony boiska i zupełnie nie wspierała formacji defensywnej. Atak? Może i był, przy porażce 0:10 nie ma to większego znaczenia. Podsumowując, żadna formacja ze sobą nie współpracowała, nie współpracowali też członkowie poszczególnych bloków a w takim przypadku nie są potrzebne błędy indywidualne, bramki przychodzą same, co można było zaobserwować podczas meczu Brazylia – Niemcy, czy Meksyk – Chile. Po prostu jednej drużynie zaczęło wychodzić wszystko, a druga szybko się załamała i zaczęła prezentować zlepek indywidualności.
Do tamtego momentu najwyższą porażką Feyenoordu była przegrana z Ajaksem Amsterdam 2:8 w 1983 roku. Trener Mario Been wpisał się więc na stałe do historii klubu, który w 1970 roku wygrał Puchar Mistrzów. Szkoleniowiec natychmiast oddał się do dyspozycji zarządu, ale co ciekawe, zarząd wciąż mu ufał.
,,Wstydzę się naszego występu w meczu z PSV. Oddałem się po tym spotkaniu do dyspozycji zarządu. Piłkarze są totalnie rozgoryczeni i jeszcze nie zdołali zareagować na to co się stało. Spodziewam się, że wypowiedzą się dopiero w poniedziałek. Jeśli znajdzie się choć jeden zawodnik, który nie wierzy w powodzenie mojej misji – rzucam ręcznik… To czarna strona w historii Feyenoordu. To co się tu stało nie tylko rani mnie jako szkoleniowca ale także jako fana Feyenoordu” – mówił na pomeczowej konferencji trener rotterdamczyków Mario Been.
,,Jestem dumny, szczególnie ze stylu jaki zaprezentowaliśmy w drugiej połowie. Graliśmy jedenastu na dziesięciu, ale mimo tego zachowaliśmy dyscyplinę i utrzymaliśmy wysokie tempo. Kiedy tak długo utrzymujesz się przy piłce miejsce do rozgrywania akcji znajduje się automatycznie. W poprzednich spotkaniach, kiedy przewodziliśmy w tabeli Eredivisie, trochę się rozluźniliśmy, ale teraz mieliśmy w sobie niesamowity pęd do osiągnięcia wysokiego zwycięstwa” – tłumaczył Fred Rutten, trener PSV Eindhoven. Co na to Leo Beenhakker, w tamtym czasie dyrektor sportowy Feyenoordu? – ,,Chcemy zatrzymać naszego trenera, Mario Beena, wciąż go popieramy i wierzymy w jego umiejętności trenerskie” – uspokajał były selekcjoner reprezentacji Polski. Czy słusznie? Been dokończył sezon ale później dostał wilczy bilet. Najważniejsze jednak, że nikt nie stwierdził, że porażka 0:10 oznacza koniec świata, że piłkarzy trzeba zwolnić, trenera wyrzucić a stadion zaorać. Feyenoord konsekwentnie dążył do realizacji swojego planu i po zupełnie nieudanym sezonie wrócił do czołówki Eredivisie. Jedyne, co się zmieniło, to jedna blizna więcej ale w futbolu to chyba coś normalnego…
4
Katastrofa!
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
6
@FCBparasiempre
24 października 1942 r. urodził się Zygfryd Szołtysik, pomocnik/napastnik. Gdyby nie jego wejście na boisko w meczu z ZSRR na igrzyskach w 1972 r., dzisiaj pewnie mówili by o nim tylko wierni kibice Górnika Zabrze. ,,Powiedzmy sobie szczerze, mistrzami olimpijskimi wtedy byśmy nie zostali, no a kto by się przejmował trzecią czy czwartą drużyną turnieju. Czasem trzeba mieć szczęście”- zwraca uwagę Szołtysik. Polska przegrywała w Augsburgu z radziecką ekipą 0:1 a potrzebowaliśmy wygranej żeby zachować realne szanse na awans do finału olimpijskiego turnieju. Do końca meczu było niewiele ponad 20 minut. Na boisku pojawił się Szołtysik. Błyskotliwy i niepozorny pomocnik Górnika dał niesamowity impuls. Najpierw z rzutu karnego wyrównał Deyna. Nerwowo wyczekiwaliśmy jeszcze zwycięskiego gola i wreszcie nadeszła 89 minuta meczu… Lewym skrzydłem przedarł się Robert Gadocha. Jak magnes przyciągnął do siebie dwóch rywali, więc przed radziecką bramką zrobiło się więcej miejsca. Dośrodkował gdzieś w okolice linii pola karnego bo tam był Lubański. Kapitan biegł odwrócony od bramki. Mógł wykonać nagły zwrot, zaskoczyć zwodem i pchać się w szesnastke. Tyle że tuż przed nosem miał Szołtysika. W Górniku od lat rozumieli się w ciemno; żartowano że są jak stare dobre małżeństwo. Dlatego Lubański podjął najlepszą decyzje, wystarczył trwający ułamek sekundy porozumiewawczy gest z kolegą. Zostawił mu zagrywaną od Gadochy piłke, ledwie ją musnął, jakby chciał na niej tylko postawić swoją firmową pieczątke. ,,Zyga” wiedział że w gre wchodzi tylko jedna możliwość: błyskawiczny strzał na bramke. Kropnął z prawej nogi. Jewhen Rudakow był bez szans. ,,Teraz to możemy sobie ze szczegółami tę akcje opisywać ale wtedy niewiele widziałem. Tylko jak piłka zatrzepotała w siatce. Dopiero później zobaczyłem zapis video i przeanalizowałem wszystkie detale. Każdy wie że miałem nie zagrać bo do zmiany był wyznaczony Andrzej Jarosik. Tylko że on odmówił wejścia na boisko. Czy ze strachu? Proszę nie żartować. Niby czego miał się bać? Dobrze widziałem całą sytuacje. Wkurzony był że nie ma go w podstawowym składzie i w tej złości burknął że teraz to nie będzie grał. Nie było czasu na dyskusje. Kazimierz Górski szybko rzucił w moim kierunku: ,,Zyga, rozbieraj się, ty wchodzisz”- relacjonował Szołtysik. Jego nazwisko natychmiast znalazło się na ustach całej polski bo nic tak nie mogło smakować, jak zwycięstwo nad Sowietami! Już po turnieju trener Górski w studiu telewizyjnym zdawkowo opowiedział Janowi Ciszewskiemu o kulisach planowanej zmiany w 69 minucie meczu: ,,Jarosik był nieprzygotowany do wejścia, był w jakiejś niedyspozycji, więc moja następna decyzja: Szołtysik”. Selekcjoner w publicznym wystąpieniu zachował się jak wytrawny dyplomata, lecz Jarosik w jego drużynie już nigdy nie zagrał. Skoro napastnik Zagłębia Sosnowiec był wtedy zdaniem selekcjonera ,,w jakiejś niedyspozycji”, należy koniecznie zaznaczyć że i powszechnie lubiany ,,Zyga” miał swoje problemy. ,,Bolał mnie mięsień łydki, pamiątka po poprzednim meczu z Danią ale jak trzeba grać, to trzeba. W końcu po to siedziałem na ławce żeby w razie czego pomóc. Boli, nie boli, musisz wejść. Nie miałem pojęcia że za chwile przeżyje najważniejsze minuty w reprezentacyjnej karierze. Miałem już 30 lat, zastanawiałem się co dalej z piłką a tu nagle wydarzyło się coś, z czym już na zawsze będę się kojarzył kibicom Biało-Czerwonych. Troche jak Jan Domarski, który strzelił gola na Wembley”- opowiada pan Zygfryd. Dalszego ciągu nie było. Miesiąc po igrzyskach Szołtysik po raz ostatni zagrał w reprezentacji w towarzyskim meczu z Czechosłowacją. Do kadry na mistrzostwa świata w RFN się nie załapał a przecież mógł liczyć że wskoczy do niej właśnie jako dżoker, tak jak ze Związkiem Radzieckim. ,,Wiecie że jakoś nigdy nie zapytałem Górskiego, czemu nie zabrał mnie do kadry na mistrzostwa? Może niepotrzebnie głośno mówiłem Blautowi że chce już wyjechać za granice żeby jeszcze trochę zarobić? Do Górskiego to dotarło i mógł uznać że nie ma sensu dalej na mnie stawiać a ja cały czas trzymałem forme. Po mundialu wyjechałem grać do Francji, jednak po roku wróciłem i dalej zasuwałem w Górniku. Wiedziałem że mając 33 lata, nie ma już co myśleć o kadrze narodowej ale liczący się wtedy w PZPN, związany już wcześniej z Górnikiem działacz Henryk Loska podpowiadał komu trzeba żeby mnie powołać. Nic z tego nie wyszło., lecz jestem pewien że znowu byłem blisko reprezentacji”- podsumowuje Szołtysik. W Zabrzu grał aż do sensacyjnego spadku drużyny w 1978 r. Po krótkiej przygodzie z kanadujskim Toronto Falcons wrócił na Śląsk i przeniósł się do 3-ligowego Górnika Knurów, z którym awansował do drugiej ligi. Właśnie w Knurowie zakończył karierę w wieku 42 lat! ,,Troche nie daje mi spokoju że odszedłem z Górnika Zabrze w takim momencie. Miałem 36 lat, uznałem że czas się rozstać. W Górniku pojawiali się coraz młodsi, szło nowe pokolenie”- wspominał ,,Zyga”. Dzisiaj pamiętamy o jego reprezentacyjnej przeszłości oraz o wielkich europejskich wyczynach z zabrzańskim Górnikiem, w którym zagrał aż 46 pucharowych meczów na przestrzeni 14 lat. Nie każdy jednak wie że zanim został wielkim mistrzem z Górnikiem i kadrą, był mistrzem w Zrywie Chorzów. W 1960 i 1961 r. jego zespół nie miał sobie równych w kraju. ,,Wielka w tym zasługa trenera Murgota, który umiał powybierać najlepszych uczniów z chorzowskich i okolicznych szkół. Bo to był kochani szkolny klub, żaden Ruch Chorzów czy Górnik Zabrze. Nie stało za nami takie zaplecze, nie mieliśmy takiej bazy a jednak to my byliśmy najlepsi”- podkreśla z dumą Szołtysik. Grał wówczas w jednej drużynie z Antonim Piechniczkiem, Janem Banasiem czy Józefem Jandulą. Za drugim razem juniorski finał na Stadionie Śląskim odbył się bezpośrednio przed pamiętnym pierwszym w historii meczem Górnika w Pucharze Europy z Tottenham Hotspur(4:2). Zanim zabrzanie rozprawili się z Anglikami, Zryw rozgromił Górnika Wałbrzych 10:1! Szołtysik był też jednym z ,,Portugalczyków”, czyli członkiem reprezentacji Polski U-19, która właśnie w Portugalii w 1961 r. zdobyła tytuł wicemistrza Europy. W drodze do finału mierzyli się z Francją(4:1), Austria(3:0; gol Szołtysika), Grecją(2:2) i RFN(2:1). Dopiero w decydującym o tytule meczu przegrali z Portugalią(0:4). Faktem jednak jest że Szołtysik i jego koledzy zdobyli pierwszy medal w historii polskiej piłki w jakichkolwiek mistrzowskich rozgrywkach. Najpierw musiał przejść ostrą selekcje. ,,Gdy zacząłem coraz lepiej grać w Zrywie, dostałem powołanie do reprezentacji Polski juniorów ale do drugiej drużyny. Mieliśmy sparing z Cracovią i musiałem autobusem dostać się z domu do Krakowa. Przyjechałem w ostatniej chwili, piłkarze już wychodzili na boisko. Trener Stiasny zawołał żebym migiem się przebierał bo mam grać. Zdążyłem wbiec na murawe tuż przed pierwszym gwizdkiem i spisałem się dobrze bo zacząłem grać w pierwszej reprezentacji juniorów. Potem były kolejne sparingi, z coraz mocniejszymi drużynami i wreszcie powołanie na mistrzostwa Europy. Gdybym wtedy w Krakowie pojawił się jeszcze kilka minut później, może nic by z tej mojej gry w kadrze nie było? Zdaje się że już wspominałem wam że czasami trzeba mieć szczęście”- uśmiecha się mieszkający od ponad 30 lat w Niemczech ,,Zyga”.
6
(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:
Grał kiedyś taki ,,polski Messi”, dzisiaj składamy mu urodzinowe życzenia. O kim mowa(?) tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
7
Copa Mitropa:
24 października 1937 r. Lazio Rzym przegrało na Stadio Olimpico z Ferencvarosi Torna Club 4:5 w drugim meczu finałowym Pucharu Mitropa. To spotkanie przeszło do historii futbolu. Otóż w tym meczu zanotowano dwa hattricki! Pierwszego z nich ustrzelił legendarny Silvio Piola, grający wówczas dla Lazio. Drugiego ustrzelił równie legendarny Gyorge Sarosi, ikona Ferencvarosi. W pierwszym meczu w Budapeszcie Węgrzy również wygrali(4:2) i również po hattricku Sarosiego! Tak więc po puchar sięgnęli po raz drugi w historii rozgrywek piłkarze z nad Dunaju a bohaterem tego turnieju był nie kto inny jak Gyorge Sarosi. Przypominam wszystkim iż Copa Mitropa był w mniejszej części poprzednikiem Pucharu Europy Mistrzów Klubowych.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
@FCBparasiempre
23 października 1957 r. urodził się Adam Nawałka, pomocnik oraz trener. Z taką datą urodzenia ciężko pomyśleć o innej drodze niż piłkarskie boisko. Tego dnia urodziny świętują także Pele, Deyna czy Bulzacki. Były selekcjoner reprezentacji Polski w przeciwieństwie do tego tercetu, nie zdobył medalu Mistrzostw Świata. U schyłku tej dekady był jednak jednym z najlepszych środkowych pomocników w Europie, choć ledwie przekroczył wtedy 20 rok życia. Kiedy Gmoch jechał na mundial w 1978, wróżono mu co najmniej powtórke wyczynu reprezentacji Kazimierza Górskiego. Nowy selekcjoner miał do dyspozycji prawie wszystkich(poza Gadochą) bohaterów niemieckich zmagań: Deyne, Late, Szarmacha, Tomaszewskiego, Gorgonia, Kasperczaka, do tego powracającego po kontuzji Lubańskiego a także zastęp młodych zdolnych piłkarzy na czele z Bońkiem, Iwanem i właśnie Nawałką. Ten ostatni okazał się najmocniejszym ogniwem w talii Gmocha. ,,Wierzę w zwycięstwo. Pracowaliśmy solidnie i praca ta powinna przynieść owoce. Jeśli idzie o Brazylijczyków to myśle że diabeł nie jest taki straszny jak go malują.”- mówił Nawałka przed decydującym starciem z Canarinhos. W składzie ,,All Stars” po tym turnieju umieściła go amerykańska agencja prasowa Associated Press. Elegancki, bardzo pracowity, sumienny i waleczny zawodnik podbił argentyńskie boiska. Po jednym z meczów mundialu austriacka agencja prasowa napisała o nim że wprost szalał w drugiej linii. Przede wszystkim jednak grał bardzo zespołowo. Nie silił się na strzały, za to znakomicie obsługiwał podaniami swoich kolegów z drużyny. Dla Polaków zachwyt nad grą Nawałki nie był niczym dziwnym. Na pół roku przed mundialem uznany został Odkryciem Roku 1977 według ,,Piłki Nożnej”. Taką pozycje dała mu świetna gra w kadrze narodowej, gdy w debiucie przeciwko Węgrom strzelił wyrównującego gola a także nie zawiódł w decydujących starciach z Danią i Portugalią. W tym drugim meczu otrzymał zadanie wyłączenia z gry najgroźniejszego zawodnika przeciwników – Joao Resende Alcesa. Nawałka został jego osobistym opiekunem. ,,Alves to bardzo dobry piłkarz, jednak nawet najlepszy kiedy ma swojego opiekuna, niewiele może zdziałać. Cieszę się że wypełniłem powierzone mi zadanie, choć przyznaje że było ono ciężkie. Alves to uciążliwy rywal, nienagannie wyszkolony technicznie.”- opisywał środkowy pomocnik. Dzięki temu Nawałka mógł świętować awans z drużyną narodową na argentyński mundial, gdzie został prawdziwą gwiazdą. Także w drużynie klubowej przeżywał w tym czasie swe najlepsze chwile. Jako młodziutki lider drugiej linii poprowadził w 1978 Białą Gwiazde do pierwszego mistrzowskiego tytułu od 28 lat. Miał nawet swój udział w golu decydującym o mistrzowskim tytule. Po solowym rajdzie wymanewrował całą obrone Arki Gdynia. Z okolic linii pola karnego mocno przymierzył, lecz piłka trafiła o wewnętrzną część poprzeczki, spadła na ziemie i wyszła poza linięDla pewności dobił ją jeszcze czatujący w pobliżu Kmiecik. Ostatecznie to jemu zaliczono trafienie, które dało mu korone króla strzelców. Prawdopodobnie jednak już strzał Nawałki przekroczył linię bramkowa. Kilka miesięcy potem w ćwierćfinale Pucharu Europy przeciwko Mamö FF to on wyrównał stan spotkania, sprytnie umieszczając piłke pomiędzy rosłymi obrońcami rywala. ,,Zagraliśmy ,,swoją” piłke, opartą przede wszystkim na technice a na twardą gre rywala odpowiedzieliśmy tym samym i okazało się że nie jesteśmy gorsi.”- tak mówił. Wisła wygrała ten mecz ale w rewanżu przegrała 4:1 i odpadła. Ćwierćfinał jednak pozostał jego największym sukcesem na kontynentalnej arenie oraz największym sukcesem w europejskich pucharach Nawałki. Wcześiej wraz z kolegami wyeliminował Club Brugge i Zbrojovke Brno. ,,Byłem graczem dynamicznym, walczącym, w związku z czym często faulowałem ale zawsze, nawet w najbardziej dramatycznych momentach usiłowałem zachować spokój.”- mówił sam o sobie. Miał wszelkie predyspozycje by w przyszłości poprowadzić Wisłe Kraków jeszcze wyżej a samemu ugruntować pozycje czołowego rozgrywającego Europy. Na drodze stanęła mu jednak poważna kontuzja. W sezonach 1980/81 i 1981/82 a więc bezpośrednio przed mundialem w Hiszpanii – rozegrał łącznie tylko 11 spotkań. Uraz akurat tego zawodnika był sporym zaskoczeniem bo Nawałka słynął chyba z najbardziej sportowego trybu życia wśród wszystkich ligowców. Stronił od alkoholu, dużą wage przykładał do odnowy biologicznej a na zgrupowania zabierał ze sobą nawet… sokowirówkę! W Ekstraklasie pozostał wierny barwom Wisły. Białą Gwiazde opuścił w 1985 i wyjechał do USA, gdzie grał Eagle Yonkers New York. Został po latach członkiem Jedenastki Stulecia Wisły. Po powrocie do kraju zajął się trenowaniem. Z Wisłą wywalczył mistrzostwo Polski w 2002 r., wicemistrzostwo rok wcześniej oraz Puchar Ligi. W Ekstraklasie prowadził też Zagłębie Lubin. Najdłużej pracował jednak w Górniku Zabrze. Do lata 2018 r. piastował stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski. Jest jedynym trenerem w historii, który wprowadził ją zarówno na ME, jak i MŚ. Został też trzecim Polakiem, po Pawle Janasie i Henryku Kasperczaku, z udziałem w mundialu w roli piłkarza oraz szkoleniowca. Nie ma natomiast nikogo innego kto uczestniczył w MŚ jako piłkarz i jako trener oraz w ME w jednej z tych ról. Po odpadnięciu z grupy na mundialu w Rosji został zwolniony. Jako selekcjoner i trener Ekstraklasowy zasłynął z rozlicznych przesądów. Okazuje się jednak że skłonność do nich przejawiał już w czasach kariery piłkarskiej. ,,Kiedy sędzia ustawiał piłke na 11 metrze przed rzutem karnym Deyny zamknąłem oczy. Bałem się że niewykorzystamy tej szansy. Trudno sobie wyobrazić, jak olbrzymie napięcie towarzyszy grze odbywającej się w nieustannym wrzasku czterdziestotysięcznej widowni.”- opowiadał po meczu z Argentyną. Tym razem jednak zaklęcia nic nie pomogły bo ,,Kaka” zmarnował te okazje.
7
Żywe legendy polskiego futbolu:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
9
@FCBparasiempre
23 października 1951 roku w Łodzi urodził się Mirosław Bulzacki, środkowy obrońca. O słynnym „zwycięskim remisie na Wembley” powiedziano i napisano już chyba wszystko. Za największych bohaterów tamtego spotkania uważa się strzelca gola, Jana Domarskiego, któremu piłka „przyszła, naszła, zeszła i weszła”, oraz znakomicie broniącego tego dnia Jana Tomaszewskiego. Nieco rzadziej wspomina się o młodym obrońcy, który nie pozwolił angielskim napastnikom na zbyt wiele i który kilkukrotnie ratował naszą drużynę przed utratą bramki. Mirosław Bulzacki – bo o nim mowa – w dniu tego legendarnego meczu miał niecałe 22 lata. Występ na Wembley był jego trzynastym w biało-czerwonych barwach. ,,To był ten dzień, w którym przestałem być przesądnym człowiekiem. Mecz z Anglią na Wembley był moim 13. spotkaniem w kadrze, więc ludzie mówili, żeby uważać, bo pech i tak dalej a ja się denerwowałem przez to jeszcze bardziej”– wspominał po latach. Nerwy nie spętały jednak nóg Bulzackiemu. Pewności siebie mógł dodawać mu fakt, że doskonale znał się i dobrze współpracował z Janem Tomaszewskim. Obaj byli wówczas zawodnikami Łódzkiego Klubu Sportowego. Podczas samego spotkania jako obrońca często asekurował lubiącego wychodzić na przedpole „Tomka”. Na kilka minut przed końcem meczu „Funio” (taki pseudonim nosił defensor ŁKS-u) uratował skórę klubowemu koledze i całej reprezentacji, wślizgiem wybijając piłkę zmierzającą do bramki. ,,Tamtą sytuację pamiętam do dziś. Był ostry strzał po ziemi a ja jakimś cudem, wślizgiem w ostatniej chwili zdołałem ją wybić sprzed linii bramkowej”– opowiadał. Dla miłośników nietypowych statystyk warto dodać w tym miejscu, że był on też ostatnim zawodnikiem, który dotknął piłkę w tym spotkaniu. Skąd w ogóle ten szerzej nieznany w piłkarskim świecie zawodnik wziął się w polskiej reprezentacji? Mirosław Bulzacki urodził się 23 października 1951 roku w Łodzi. W tym mieście ukończył technikum samochodowe. Zanim to się jednak stało, już od dawna był zawodnikiem ŁKS-u. Początki jego kariery przypadły na lata, w których ŁKS grał akurat w II lidze (1968-1971). Bulzacki był już wówczas reprezentantem Polski juniorów, ale wciąż czekał na debiut w ligowym meczu. Nie otrzymał takiej szansy ani od trenera Leszka Jezierskiego (prowadził zespół w sezonie 1968/69), ani podczas krótkiej (runda jesienna sezonu 1969/1970) kadencji węgierskiego trenera Laszlo Hariego. Dopiero trener Józef Walczak, który objął łódzką drużynę po odejściu Węgra, postanowił nieco przewietrzyć szatnię i odważniej postawić na młodych graczy. W zespole oprócz Bulzackiego pojawili się m.in. Włodzimierz Białek, Grzegorz Ostalczyk, Jan Mszyca czy Mirosław Smolarek, kuzyn Włodzimierza, późniejszej legendy sąsiadów zza miedzy – Widzewa. Na awans przyszło jednak czekać ŁKS-owi do roku 1971 r. Bulzacki znajdował się w kadrze zespołu, ale trener Walczak nie był do niego do końca przekonany. W meczach decydujących o awansie wolał na środku obrony postawić na doświadczonych Szadkowskiego i Chodakowskiego. Nie inaczej było po awansie do I ligi. W lutym 1972 roku ełkaesiacy wyjechali na zgrupowanie do Kirgizji i Kazachstanu. Po powrocie z tej nieco egzotycznej eskapady szkoleniowiec łodzian mówił o Bulzackim, że poza warunkami fizycznymi nie ma żadnych piłkarskich zalet. Wychowanek klubu został odsunięty od pierwszej drużyny. Do pierwszego składu wrócił w maju 1972 roku. Po kilku miesiącach w klubie nie było już trenera Walczaka. Jego miejsce zajął Paweł Kowalski, a tajemniczo brzmiącą posadę trenera-koordynatora objął, nie kto inny, jak ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski Kazimierz Górski. Kto wie, czy nie była to najważniejsza znajomość w piłkarskiej karierze Bulzackiego. Młody defensor na stałe zagościł w podstawowej jedenastce ŁKS-u. Wyróżniał się spokojem, wyczuciem tempa przeciwników i pewnością w kierowaniu kolegami z obrony. Dobrą postawę w lidze trener Górski nagrodził powołaniem do reprezentacji. Bulzacki zadebiutował w towarzyskim meczu z Jugosławią zakończonym remisem 2:2 i szybko stał się podstawowym graczem kadry. Wystąpił m.in. w wygranym 2:0 meczu z Anglią w Chorzowie i rozegranym raptem tydzień przed decydującym meczem na Wembley, towarzyskim spotkaniu z Holandią. W tym drugim miał za zadanie kryć samego Johana Cryuffa. Starcie zakończyło się remisem 1:1, a „Boski Johan” został wyłączony z gry. Mimo dobrych występów Bulzackiego w koszulce z białym orłem (wtedy bez korony) na piersi, prasa przed 17 października 1973 roku miała dużo wątpliwości czy to właśnie on, powinien wyjść w podstawowym składzie na Anglię. ,,Do gry przeciwko anglikom predysponują go wyśmienite warunki fizyczne i przysłowiowy angielski spokój. Jest ponadto twardy, umiejący ostro, ale nie faul, walczyć o piłkę. Co nie oznacza wcale, że uważam go za doskonałego piłkarza na pozycji środkowego obrońcy ale lepszego od niego, obok Gorgonia, nie mamy na krajowym rynku piłkarskim”– tłumaczył swoją decyzję trener Górski.
Po meczu nie trzeba było już nikomu wyjaśniać, że była to dobra decyzja. Bulzacki zewsząd zbierał pochwały. Tygodnik „Piłka Nożna” na koniec 1973 roku po raz pierwszy zorganizował plebiscyt, w którym wybierał piłkarza i odkrycie roku. W pierwszej kategorii triumfował Kazimierz Deyna, a w drugiej właśnie Mirosław Bulzacki. Mogło się wówczas wydawać, że na mistrzostwach świata „Funio” będzie podstawowym graczem reprezentacji. Chyba nawet sam zawodnik nie spodziewał się, że po turnieju będzie miał tak ambiwalentne uczucia. Z jednej strony – reprezentacja odniosła historyczny sukces i zajęła trzecie miejsce na mundialu (nagradzane w tamtych czasach srebrnym medalem), a z drugiej – sam Bulzacki nie zagrał ani minuty na całych mistrzostwach. Nie, nie był kontuzjowany. Nie podpadł też trenerowi Górskiemu żadnym niewłaściwym zachowaniem. Miejsce na środku obrony obok Jerzego Gorgonia zajął Władysław Żmuda – zaledwie 20-letni gracz Gwardii Warszawa, wybrany później najlepszym młodym zawodnikiem turnieju. ,,Dzień przed pierwszym meczem trener ogłosił skład i ja byłem na ławce. zawsze mówił dzień przed meczem, żeby nie paraliżować zawodników. Ja miałem być rezerwowym, gotowym do wejścia w każdej chwili. Czy było mi przykro? tak, zdecydowanie. Czy mam żal? nie, nie mam. Kilku chłopaków z Wembley straciło miejsce. Ja, Janek Domarski, który strzelił wtedy bramkę, Leszek Ćmikiewicz. Trener Górski miał świetne wyczucie, był obiektywny i sprawiedliwy. Nie mogliśmy mieć żalu, że kogoś forsuje na siłę”– mówił piłkarz o tamtej sytuacji Markowi Wawrzynowskiemu. Przygoda Bulzackiego z reprezentacją zakończyła się na dobre w 1975 roku po meczu z Holandią przegranym na wyjeździe 0:3. Jak sam zaznaczył w jednym z wywiadów, pożegnanie z kadrą było po części jego decyzją. Więcej czasu niż na grę, poświęcał w tamtym czasie na naukę. Studiował na Wydziale Trenerskim Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie., którą ukończył w 1979 roku. W ŁKS-ie grał aż do 1983 roku. Dla kibiców z alei Unii 2 pozostaje jedną z legend klubu. Po odejściu z klubu rok pograł w Starcie Łódź po czym, w wieku 33 lat, wyjechał za granicę. Trafił do amatorskiego klubu VfL Herzlake w czwartej lidze niemieckiej, a następnie do TV Wehingen 1891. W Niemczech spędził w sumie siedem lat, wyłączając kilkumiesięczny epizod w sezonie 1987/1988, gdy grał w Dozamecie Nowa Sól. Na początku lat 90. znów zamieszkał w Polsce. Wielkiej kariery trenerskiej nie udało mu się zrobić. Trenował juniorów i seniorów w klubie z Wehingen, a w Polsce Pogoń Zduńską Wolę i Unię Skierniewice. Nieźle radził sobie jako szkoleniowiec juniorów ŁKS-u i Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łodzi. Z jego pozasportowych aktywności warto wspomnieć o przygodzie Bulzackiego z polityką. W 2009 roku startował z ramienia Platformy Obywatelskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Mandatu europosła jednak nie uzyskał. Ze światem piłkarskim całkowicie się nie rozstał – często występuje w roli eksperta i proszony jest o opinie na tematy piłkarskie. Przez wiele lat występował też w drużynie oldboyów „Orłów Górskiego”. Chociaż w karierze Mirosława Bulzackiego zabrakło występów na mistrzostwa świata lub sukcesów klubowych, z całą pewnością był jednym z lepszych środkowych obrońców w historii polskiego futbolu.
9
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
@FCBparasiempre
23 października 1947 r. w Starogardzie Gdańskim urodził się Kazimierz Deyna, Mistrz Olimpijski z 1972 r., Król strzelców Olimpiady z 1972 r., Wicemistrz Olimpijski z 1976 r., zdobywca 3 miejsca na Mistrzostwach Świata-1974 oraz trzeci piłkarz Mundialu w RFN(1974). Przez wielu jest uważany za najlepszego piłkarza w historii polskiej piłki nożnej ale i on doświadczył w swej karierze przemiany w oczach kibiców z bohatera w antybohatera. Poza boiskiem radził sobie gorzej niż na boisku. Pierwszy mecz w polskiej ekstraklasie Kazimierz Deyna rozegrał w 1966 r. w koszulce ŁKS, do którego trafił z rodzinnego Starogardu. W spotkaniu z Górnikiem Zabrze grał bez kompleksów, kilka jego podań kibice przyjęli z uznaniem ale bramki nie zdobył. Nazajutrz w miejscowej prasie można było przeczytać iż 19-latek jest jednak bez wątpienia świetnym nabytkiem zasłużonego klubu. Radość kibiców z włókniarskiego miasta trwała jednak bardzo krótko. Po Deynę zgłosiło się Ludowe Wojsko Polskie a ściślej Legia Warszawa(Centralny Wojskowy Klub Sportowy), w której w tamtych czasach i jeszcze długo potem najzdolniejsi młodzi zawodnicy odbywali zasadniczą służbę wojskową. Oczywiście to była czysta fikcja gdyż w rzeczywistości rekruci szybko zrzucali mundury, pod warunkiem oczywiście że w ogóle mieli okazję je założyć. Z Deyną wiąże się zresztą przezabawna historia. Po ,,odbyciu służby’’ powinien wrócić do Łodzi ale w Legii ktoś wpadł na pomysł-mianowicie przeniesiono piłkarza do marynarki wojennej gdzie służba trwała 3 lata. Morza wprawdzie Kazio nie oglądał ale szybko wypłynął na szerokie wody. Druga połowa lat 60-tych i początek 70-tych to były czasy wielkiej Legii, która w europejskich pucharach grała jak równy z równym z najlepszymi na kontynencie. Deyna(który oficjalnie dosłużył się stopnia porucznika) szybko stał się ulubieńcem kibiców Legii, zwłaszcza tych najbardziej fanatycznych, zajmujących wschodnią trybunę zwaną żyletą. Włodzimierz Lubański podobnie jak Deyna urodzony w 1947 był trochę z innego świata: Ślązak był lepiej wykształcony, elokwentny i elegancki a Kaziu był swojakiem, jednym z nich, kiedy zatem śpiewali: ,,Kazimierz Deyna naszym przyjacielem jest’’, wyrażali najszczersze uczucia. Polski sport miał wówczas niemało wybitnych indywidualności ale stolica uwielbiała ,,Kakę’’ i nikt inny nie mógł się z nim równać. W 1968 r. Deyna zadebiutował w reprezentacji lecz pomimo że Polska pokonała Turcję aż 8:0 to gola nie zdobył. Wkrótce miało się to zmienić. Kiedy parę lat później kontuzja wyeliminowała na dłużej z gry Lubańskiego, Deyna wysunął się na pierwszy plan i nie było to bynajmniej chwilowe zastępstwo co potwierdził w wielu meczach decydujących o największych sukcesach reprezentacji. Tak było na turnieju olimpijskim w Monachium a zwłaszcza 2 lata później podczas mistrzostw świata, na których Polska zajęła 3 miejsce a w rozmaitych ankietach Kazimierza umieszczono w trójce największych piłkarzy Europy obok Beckenbauera i Cruyffa. Ten drugi po latach wspominał: ,,Jeśli Holandia miała kłopoty w meczach z Polską to przede wszystkim dlatego że grał u was Deyna. On potrafił kilkoma genialnymi podaniami pchnąć do przodu nie tylko swoją drużynę ale i futbol’’. Najwspanialsze mecze Kazia? Było ich trochę. Starsi kibice nigdy nie zapomną finału olimpijskiego z Węgrami w 1972 r. oraz występów na boiskach RFN w czasie mundialu w 1974 r. Do legendy przeszedł jego niesamowicie mocny strzał na bramkę w meczu z Włochami, po którym ponoć pękł piłkarzowi but. Ale i niezliczone mecze ligowe, w których czarował techniką, bezbłędnie podawał, strzelał te swoje ,,rogale’’ nadając piłce rotację, która myliła najlepszych bramkarzy. Ostatnim ważnym rozdziałem w karierze Deyny był występ na MŚ w Argentynie w 1978 r. Niektórzy uważali że drużyna jest jeszcze lepsza niż w RFN i może nawet zdobyć złoty medal. Ale ów turniej mieli wygrać gospodarze-junta wojskowa rządząca Argentyną potrzebowała propagandowego sukcesu i dopieła swego. Mieli też niezłą drużynę, z którą Polacy musieli się spotkać w grupie eliminacyjnej. Mario Kempes wprost szalał na boisku w Rosario. Już w 15 minucie Polacy przegrywali 0:1 ale nie zamierzali się poddawać. W 38 minucie strzał polskiego zawodnika argentyński obrońca zatrzymał ręką. Sędzia nie mógł nie podyktować jedenastki. Historia tego rzutu karnego zasługuje na odrębne studium- z elementami psychologii, z wątkiem sensacyjnym a kto wie i czy nie ustawieniem samego meczu!
Wybór egzekutora tego karnego był oczywisty: Kazimierz Deyna rozgrywał swój setny mecz w reprezentacji(wedle ówczesnych kryteriów bo później jednak kilka spotkań mu odjęto). Cała Polska wstrzymała oddech. Potrzebowała wówczas sukcesu nie mniej niż Argentyna(już po pierwszym zremisowanym bezbramkowo meczu z RFN najwyższe władze partyjno-państwowe wysłały depeszę gratulacyjną do trenera Gmocha). Do strzelania karnego gotowy był co prawda 22-letni debiutujący na wielkiej imprezie przebojowy piłkarz łódzkiego Widzewa Zbigniew Boniek ale Deyna mu nie ustąpił zapominając iż występ jubileuszowy to dodatkowe emocje, które często bardziej rozpraszają niż mobilizują. Ustawił piłkę, strzelił celnie lecz nie zbyt mocno i bramkarz Fillol bez większych problemów obronił. Jęk zawodu słychać było od Bałtyku po szczyty Tatr. Czy gdyby Kazio trafił w okienko losy meczu potoczyły by się inaczej? Tego już nigdy się nie dowiemy. W każdym razie niezawodny Kempes strzelił na 2:0 co stawiało reprezentację Polski w trudnej sytuacji-czekał ją bowiem kolejny mecz tym razem z Brazylią. Ale rodacy nie mogli wybaczyć Deynie. W historii strzelania tej jedenastki mieści się bowiem również mały lecz bolesny rozdział o ludzkiej niewdzięczności. Był bohater, który nagle stał się antybohaterem. Wkrótce pojawiły się plotki sugerujące iż Deyna celowo nie wykorzystał karnego, ponieważ został przekupiony przez gospodarzy. Każda bzdura wymyślona wówczas mogła trafić do rozgoryczonych kibiców. (W sprawie rozliczeń finansowych było coś na rzeczy ale bynajmniej nie z powodu Kazimierza; przez lata mówiło się o pewnych machlojkach działaczy).
Reprezentacyjna kariera Deyny dobiegła końca. Miał 31 lat-dzisiaj powiedzielibyśmy dopiero ale wówczas to było aż. W nagrodę za zasługi dla polskiego futbolu piłkarz dostał zgodę na wyjazd zagraniczny. Wybrał Manchester City czyli najgorzej jak mógł. On, świetny technik, finezyjny artysta futbolu, robiący z piłka cuda trafił do ligi angielskiej, w której preferowało się grę siłową i schematyczną. Ale transfer i tak był w kraju ogromnym wydarzeniem; telewizja polska transmitowała nawet spotkanie(Manchester grał z Ipswich) a sprawozdawca po każdym podaniu Kazia wpadał w zachwyt. Niestety był to debiut zaledwie poprawny. Później nie było lepiej. Piłkarz pobył w Manchesterze do stycznia 1981 r.; nie znał języka, nie mógł dogadać się z kolegami z drużyny a co najgorsze-trener nie bardzo wiedział jakie zadania powierzyć na boisku przybyszowi z dalekiej Polski. Teraz w życiorysie Deyny nastąpił kolejny punkt zwrotny i to z wielkim wykrzyknikiem-piłkarz przeniósł się bowiem za ocean by podpisać kontrakt z San Diego Sockers. W wielu filmach o wielkich sportowcach zakończenie bywa smutne i tak też było w przypadku naszego Kazimierza. Grał w tamtejszej marnej lidze, zarabiał nieźle, wkrótce miało się jednak okazać iż nieuczciwy menedżer wyczyścił jego konto(ponoć około 1 mln dolarów). Pojawiły się liczne kłopoty także rodzinne. Ponoć nosił się z zamiarem powrotu do kraju. Próbował szkolić młodzież. Zginął wieczorem 1 września 1989 r. na prostej drodze, wpadając na prawidłowo zaparkowaną na poboczu ciężarówkę. We krwi odkryto alkohol. W bagażniku policjanci znaleźli 22 piłki. Na pogrzeb nie przyjechał nikt z Polski. Warszawscy kibice ciągle pamiętają: chcą postawić Kazimierzowi Deynie pomnik. Zaś na stronie internetowej można przeczytać wpisy wyrażające zachwyty tych, którzy nigdy na żywo Deyny nie widzieli: ,, Genialny, cudowny, jedyny, niepowtarzalny, magiczny, wspaniały, najlepszy……’’.
6
Wybitne legendy polskiego futbolu:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
9
Z historii Barçy:
23 października 1971 r. otwarto Palau Blaugrana. Przez prawie 75 lat historii Barcelonie brakowało hali sportowej z prawdziwego zdarzenia. Wreszcie w 1971 r. wybudowano wielofunkcyjny obiekt, który mógł służyć różnym sekcjom klubu. Prezydent Agustin Montal w swoim przemówieniu przypomniał całą historię FC Barcelony, otwarcie dwóch słynnych stadionów piłkarskich(Camp de Les Corts i Camp Nou) i obiecał że hala będzie służyła wszystkim socios. Już pierwszego dnia, krótko po otwarciu, odbyły się spotkania żeńskiej siatkówki i pierwszoligowy mecz piłki ręcznej.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
7
@FCBparasiempre23 października 1940 r. w Tres Coracoes urodził się Edson Arantes de Nascimento, dobrze znany wszystkim jako Pele, m.in. 3-krotny mistrz świata. Jeden z najsłynniejszych brazylijskich piłkarzy. Powszechnie uważany przez ekspertów piłki nożnej, byłych graczy oraz fanów za najlepszego piłkarza wszechczasów. Jest synem znanego piłkarza krajowej drużyny Fluminense, Joao Ramosa do Nascimento, znanego również jako Dondinho. Pseudonim „Pele” nadano mu w czasach szkolnych na cześć jego ulubionego gracza, bramkarza drużyny Vasco da Gama, o przydomku Bile. Pele dorastał w biedzie, dorabiał jako pucybut oraz jako pracownik herbaciarni. Jego talent piłkarski został zauważony przez Waldemara de Brito, byłego reprezentanta Brazylii, który zatrudnił Pelego w drużynie Santos FC. Po roku gry w juniorach, został włączony do drużyny seniorskiej. Pierwszy mecz w reprezentacji Brazylii rozegrał 7 lipca 1957.Brazylia przegrała z Argentyną 1:2 a jedynego gola dla Canarinhos strzelił właśnie Pele, zostając najmłodszym zawodnikiem, który strzelił bramkę dla reprezentacji własnego kraju. Miał wtedy zaledwie 16 lat i 9 miesięcy. W 1958 roku , mimo swego młodego wieku, zadebiutował na Mistrzostwach Świata, dzięki czemu stał się najmłodszym zawodnikiem, jaki kiedykolwiek wystąpił w turnieju tej rangi. Jego gra podczas mundialu wprawiła w zachwyt znawców, komentatorów i kibiców piłkarskich. Strzelił 6 goli i w dużej mierze dzięki niemu Brazylia sięgnęła po tytuł mistrzowski. Następne 2 turnieje rangi Mistrzostw Świata były dla niego nieudane, lecz w 1970 roku po raz kolejny sięgnął z reprezentacją po złote medale. Pele postanowił zakończyć karierę w 1974 roku, a jego pożegnalny mecz oglądały tłumy (przypuszczalnie ponad 200 tysięcy ludzi). Po pewnym czasie postanowił wrócić do piłki nożnej, grając dla drużyny New York Cosmos, a jego ostatni oficjalny mecz miał miejsce 1 października 1977 roku.Był to mecz pomiędzy dwoma brazylijskimi zespołami, w których Pele spędził większość kariery klubowej - Santos i Cosmos. W każdej z drużyn rozegrał po jednej połowie tego meczu. Po zakończeniu przygody z piłką nożną był dyrektorem sportowym piłkarskiej drużyny Santosu udzielał się również jako komentator sportowy. W 1995 został wybrany na ministra sportu w Brazylii oraz ambasadora Dobrej Woli UNESCO. Promował wiele firm, np. PepsiCo., czy MasterCard. Wystąpił, jako jeden z aktorów, w filmie "Ucieczka do zwycięstwa".
W 1999 roku został uznany najlepszym sportowcem XX wieku, a w 2006 roku, został wybrany do rozlosowania grup Mistrzostw Świata w Niemczech w 2006 roku. Pele rozegrał dla reprezentacji Brazylii 91 spotkań, w których strzelił 77 bramek. Reprezentacyjny debiut nastąpił 7 lipca 1957 roku, podczas meczu Brazylia - Argentyna, a jego ostatni występ w narodowych barwach to potyczka z Jugosławią 18 lipca 1971 roku. Z reprezentacją Brazylii odniósł 66 zwycięstw, 14 razy remisował, a 11 razy poniósł porażkę. Brazylijczyk wpisywał się na listę strzelców w 51 meczach, 7-krotnie popisując się hat-trickami. Brał udział w 4 edycjach Mistrzostw Świata, w latach 1958-1970 (w Szwecji, Anglii, Chile oraz Meksyku). Tylko raz brał udział w Copa America, zdobywając koronę króla strzelców po zdobyciu 8 goli w 6 spotkaniach. Pele grał również w 23 meczach reprezentacji uznanych za nieoficjalne, strzelając w nich 18 goli. Pele przez większość swojej kariery (18 lat) grał w brazylijskim klubie Santos. W barwach tego klubu zadebiutował 7 września 1956 roku, strzelając jednego z goli w wygranym meczu z Corinthians (7-1), a jego ostatni występ w Santosie to zwycięstwo nad Ponte Preta (2-0) 2 października 1974 roku. Z tym zespołem zdobył, między innymi: Copa Libertadores (2 razy) oraz Mistrzostwo Brazylii (10 razy).W latach 1975-1977 grał w zespole New York Cosmos, z którym zdobył Mistrzostwo ligi północnoamerykańskiej. Dzięki 12 golom zdobytych w Mistrzostwach Świata znajduje się na 5 miejscu na liście najskuteczniejszych strzelców tego turnieju, jest również jedynym piłkarzem, który z reprezentacją swojego kraju sięgał trzykrotnie po Mistrzostwo Świata. W 1367 oficjalnych meczach strzelił 1281 goli!
7
Wybitne legendy futbolu:
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
6
@FCBparasiempre
Był to Vic Buckingham. Co miał wspólnego z Ajaksem? Dwukrotnie krótko prowadził ekipę z Amsterdamu. Ważniejszym jest chyba jednak fakt, że w trakcie swojego pierwszego pobytu w Holandii odkrył pewnego utalentowanego 12-latka, Johana Cruijffa. Drugi epizod z Joden zaowocował debiutem w pierwszym zespole 17-letniego wówczas geniusza. Legenda głosi, że wpływ Anglika na życie i karierę Cruijffa był tak wielki, że został ojcem chrzestnym jednego z dzieci El Flaco (to bez cienia wątpliwości nieprawda a szkoda, bo byłby to fantastyczny smaczek). Całość piłkarskiej kariery Buckinghama związana była z Tottenhamem – jedynym klubem, którego barwy reprezentował w rozgrywkach Football League. Wziął udział w 204 spotkaniach Spurs na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych. Co ciekawe, Tottenham grał w tamtym czasie na poziomie ówczesnej drugiej ligi, przez co Anglik nigdy nie zaznał gry w najwyższej klasie rozgrywkowej. W gruncie rzeczy najcenniejszym fragmentem tej części jego biografii jest prawdopodobnie sama jej końcówka, kiedy to zetknął się z Arthurem Rowe’em i jego przełomową filozofią push and run (polegającą w uproszczeniu na szybkim podaniu do partnera, obiegnięciu kryjącego zawodnika rywala i otrzymaniu podania zwrotnego już za obrońcą. Taka gra dała Kogutom pierwszy w historii tytuł mistrza Anglii w 1951 roku; Vic zakończył karierę piłkarską w 1949). Buckinghama pamięta się lepiej z ławki trenerskiej niż z boiska, ale dzisiaj postać ta wydaje się być niemal całkowicie zapomniana. Vic Buckingham trenował wiele drużyn w Anglii, Holandii, Hiszpanii czy Grecji. Pierwszy pobyt w Ajaksie przypada na lata 1959-1961. Przed przeprowadzką do Holandii trenował West Bromwich Albion. W tym czasie The Baggies należeli do Wielkiej Piątki angielskiej piłki. To było jak na tamte czasy naprawdę niezwykłe, że Buckingham wybrał właśnie Ajax. Oczywiście, trenerzy już wcześniej opuszczali Anglię na rzecz drugiej strony Kanału, ale były to zazwyczaj nazwiska, które nie miały akurat zbyt wiele wspólnego z wyspiarską czołówką. W moim odczuciu pokazuje to, jak bohater artykułu wyprzedzał swoją epokę, jak bardzo chciał grać krótkimi podaniami, skupiać się na posiadaniu futbolówki. To było oczywiście niemal całkowicie sprzeczne z tym, jak postrzegało się wtedy piłkę w Anglii. Pierwsza kadencja Buckinghama w Amsterdamie to mistrzostwo oraz puchar Holandii. Anglik bagatelizował jednak swoje osiągnięcia, większość zasług przypisując swojemu poprzednikowi, rodakowi Jackowi Reynoldsowi. W swojej skromności powiedział podobno: ,,Piłkarze Ajaksu, których tutaj zastałem podstawy mieli już opanowane. Wszystko, co musiałem zrobić, to nauczyć ich dłuższego utrzymywania się przy piłce”. Sam Buckingham może i bagatelizował swój wpływ na rozwój drużyny, która miała potem zdominować piłkarską Europę, ale wielu ekspertów to właśnie jego wskazuje jako ojca chrzestnego futbolu totalnego.
W roku 1961 po Buckinghama zgłosiło się Sheffield Wednesday i Anglik wrócił do swojej ojczyzny. Udało mu się trzy razy z rzędu zająć w lidze szóste miejsce. Nieźle jak na klub, który poprzednią dekadę spędził na ciągłych spadkach do Division 2 i awansach do najwyższej klasy rozgrywkowej. Vic Buckingham poprowadził też drużynę do ćwierćfinału Pucharu Miast Targowych, w którym po porażce 3-4 w dwumeczu, Sowy odpadły z Barceloną. To właśnie ta konfrontacja miała zwrócić uwagę Blaugrany na bohatera tego tekstu – Anglik miał zaimponować włodarzom ekipy z Katalonii stylem gry jego podopiecznych i znaleźć się na liście potencjalnych przyszłych trenerów hiszpańskiego giganta. Czas Buckinghama w Sheffield dobiegł końca w kwietniu 1964 roku wskutek skandalu łapówkarsko-bukmacherskiego, który zdemolował tego roku dużą część angielskiej piłki. Dwóch podopiecznych urodzonego w Greenwich szkoleniowca wraz z jednym byłym zawodnikiem The Owls było zamieszanych w cały skandal. Chociaż nigdy nawet nie zasugerowano, że Buckingham mógłby mieć z aferą cokolwiek wspólnego, zarząd klubu wyszedł z założenia, że jeżeli trener byłby dla swoich piłkarzy bardziej surowy, do skandalu by nie doszło. I tak, pomimo nie schodzenia poniżej szóstego miejsca w lidze, Anglik stracił pracę. Lato 1964 roku przyniosło powrót do Amsterdamu. Niestety, ale tym razem sukcesy były zdecydowanie mniejsze. Zastał starzejący się skład zawodników, którzy tylko tracili na jakości i zmuszony był skorzystać w bardzo dużej mierze z młodzieży, w tym ze wspomnianego już Cruijffa. Wyniki były słabe, a wizja walki o utrzymanie sprawiła, że już w styczniu następnego roku ustalono, że najlepiej będzie jeżeli Buckingham obejmie wolną posadę w Fulham. Jego następcą został Rinus Michels i raptem cztery lata później Ajax grał w pierwszym z wielu w tamtych latach finałów europejskich pucharów. Powrót do Holandii może i nie był bezdyskusyjnym sukcesem, ale, jak już wcześniej wspomniano, zdaniem wielu Anglik położył fundament pod ekipę, która miała później totalnie zdominować europejski futbol. Po trzech latach w Fulham i roku w Grecji Buckingham został nieoczekiwanie zatrudniony w FC Barcelonie, która faktycznie zapamiętała go sobie z potyczki w Pucharze Miast Targowych. Drużynę objął pod koniec 1969, kiedy Barça znajdowała się raptem cztery punkty nad strefą spadkową. Poprowadził zespół do czwartego miejsca, a następny sezon zakończył w lidze zaraz za Valencią, którą udało się zresztą pokonać w finale Copa del Generalísimo. Do opuszczenia swojej posady po raptem półtora roku zmusiła go operacja spowodowana nawracającymi problemami z plecami. Co ciekawe, ponownie jego następcą został Rinus Michels. Buckingham miał też pośredni wpływ na przeprowadzkę Cruijffa do FC Barcelony w 1973 – Anglik był jednym z najważniejszych zwolenników zakończonej sukcesem kampanii na rzecz zniesienia zakazu kontraktowania zagranicznych piłkarzy przez hiszpańskie kluby.
Przed odejściem na zasłużoną emeryturę w 1980, Buckingham trenował jeszcze Sevillę oraz Olympiakos i Rodos. Zmarł w 1995 roku. W dużej mierze zapomniany w swojej ojczyźnie. Bardzo ciepło wspominają go jednak kibice Ajaksu i Barcelony. Vic Buckingham. Wspaniały trener, który pod wieloma względami wyprzedzał swoje czasy. Postać tę najlepiej podsumowują chyba jego własne słowa z 1993 roku, które znaleźć można w książce Davida Winnera ,,Brilliant Orange”: ,,Futbol oparty na posiadaniu piłki to jest to, nie kick and rush. Granie długich piłek jest zbyt ryzykowne. W zdecydowanej większości przypadków dużo lepsze efekty dają wyuczone umiejętności, nastawienie. Jeżeli masz piłkę – trzymaj ją. Przeciwnik nie będzie w stanie zdobyć bramki”.
8
Twórca futbolu totalnego:
Wiele źródeł podaje, że był kiedyś szanowany angielski trener, którego przedmeczowa rozmowa z prowadzonymi przez niego piłkarzami FC Barcelony składała się ze słów „jebać Betis” oraz precyzyjnie wymierzonego kopniaka w tablicę z taktyką, po której ta przeleciała przez całą szatnię (Alex Ferguson u swego szczytu byłby dumny). Kim był ten trener? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
12
Feliz cumpleaños panie Andoni!
23 października 1961 r. urodził się hiszpański bramkarz Andoni Zubizarreta. Wychowywał się w Aretxabaleta w prowincji Gipuzkoa. Sportową karierę rozpoczął w 1977 roku w lokalnej drużynie UD Aretxabaleta. W sezonie 1979-80 grał już w CD Alaves ( gdzie występował m.in. z Jorge Valdano). Po rocznych występach w Alaves wypożyczono go do Athletic Bilbao B. Tam został zauważony przez swojego idola - José Angela Iribara. Zaczęto go przygotowywać na następcę tego wielkiego bramkarza. Od następnego sezonu ( 1981-82) był już pierwszym bramkarzem Athletic, drużyny prowadzonej wówczas przez Javiera Clemente. Zadebiutował w przegranym 0-2 spotkaniu z Atletico Madryt 19.09.1981r.; pierwszego gola strzelił mu Miguel Angel Ruiz. W trakcie swego pobytu w Bilbao opuścił tylko 1 ze 169 spotkań ligowych - z powodu strajku piłkarzy w sezonie 1984-85. Jako zawodnik tego klubu zadebiutował też w pierwszej reprezentacji. Debiut miał miejsce 23.01.1985r. przeciwko Finlandii. Zubizarreta w drugiej połowie spotkania zastąpił Arconadę. Latem 1986r. opuścił Bilbao i został zawodnikiem FC Barcelony. Transfer, którego dokonano na wniosek trenera Therry'ego Venables'a, był rekordowym w ówczesnych czasach - za piłkarza zapłacono 1,600,000 funtów. Andoni nie spotkał się w Barcelonie z entuzjastycznym przyjęciem przez kibiców. Stało się tak dlatego, że miał w drużynie ze stolicy Katalonii zastąpić legendarnego Urrutiego, uwielbianego przez fanów. W czasie oficjalnej prezentacji nowej drużyny kibice powitali Zubiego transparentami z napisem "Do domu". Mimo to, w pierwszym sezonie w barwach nowego klubu Zubizarreta zdobył trofeum najlepszego bramkarza ligi! W 44 spotkaniach puścił 29 goli. Z czasem zyskał przychylność fanów Barcy szczególnie, gdy wraz z przybyciem trenera Johana Cruyffa, nadszedł okres największych sukcesów. Po przegranym w maju 1994r. finale Ligi Mistrzów Zubizarreta musiał opuścić Barcelonę. Zdecydował o tym trener Cruyff, który od pewnego czasu pozostawał w konflikcie z bramkarzem. Oficjalna wersja mówiła o chęci odmłodzenia drużyny, nieoficjalna o tym, że Johan chciał obsadzić w bramce Barcy swojego zięcia Jesusa Angoya. Mimo ofert z klubów zagranicznych, Zubizarreta pozostał w Hiszpanii i podpisał kontrakt z Valencią.
W pierwszym sezonie gry w tym klubie rozegrał m.in. 500-tny mecz ligowy. Valencia nie zdobyła w tym czasie żadnego trofeum, przegrała finał Pucharu Króla w 1995r., była wicemistrzem Hiszpanii w sezonie 1995/96, dotarła do ćwierćfinału Pucharu UEFA w sezonie 1996/97. W tym klubie Andoni zakończył ligową karierę, mając na koncie 622 meczów i 625 puszczonych bramek. Ostatnie spotkanie rozegrał 14 maja 1998r; Valencia przegrała 2-3 z Tenerife a ostatniego gola strzelił Zubiemu Jokanović z rzutu karnego.
W reprezentacji Hiszpanii Zubizarreta też bił rekordy występów. Między debiutem w 1985r a ostatnim meczem przeciwko Bułgarii 24.06.1998r, rozegrał 126 spotkań (we wszystkich, poza debiutem występował od pierwszej minuty). Trenerami drużyny narodowej byli w tym czasie Miguel Munoz, Luis Suarez, Vicente Miera i Javier Clemente, który stawiał na Andoniego nawet w ostatnich, najtrudniejszych latach jego kariery, gdy najlepszą formę Zubi miał już za sobą. Rozegrał 16 spotkań w finałach Mistrzostw Świata (Meksyk'86, Italia'90, USA'94, Francja'98), brał też udział w Mistrzostwach Europy we Francji w 84r.( ma z tych mistrzostw srebrny medal, ale był tam rezerwowym i nie zagrał ani minuty), w Niemczech w 88r i w Anglii w 96r. Jako jego walory wymieniano zawsze rozwagę i solidność, umiejętność gry jeden na jeden, dobre ustawienie, blokowanie piłki, umiejętność kierowania grą obrony. Do słabości zaliczano przede wszystkim grę nogami, błędy w grze w powietrzu i brak specjalnych zdolności do bronienia rzutów karnych. Na plus zaliczano zawsze jego wielką osobowość i charyzmę, które zapewniały mu szacunek i uznanie kolegów z drużyny i trenerów. Był kapitanem we wszystkich drużynach, w których występował jak również w reprezentacji kraju. Pełnił też funkcję przewodniczącego związku zawodowego piłkarzy hiszpańskich. W całej swojej karierze, tylko dwa razy w meczu ligowym, raz w spotkaniu pucharowym i raz w meczu reprezentacji został ukarany czerwona kartką.
Po zakończeniu sportowej kariery zamieszkał w Barcelonie i zaczął pracę dla hiszpańskiej federacji piłkarskiej jako pośrednik w relacjach miedzy zawodnikami a federacją i prasą. Zajmował się też drużynami młodzieżowymi i reprezentacją olimpijską. Pełnił funkcję ambasadora hiszpańskiej federacji w czasie, gdy kraj ten ubiegał się o organizację Mistrzostw Europy w 2004r. Był członkiem Narodowej Komisji Do Walki z Dopingiem, razem z Emilio Butragueno pełnił też funkcję rządowego delegata do spraw promocji Stadionu Olimpijskiego w Sewilli. Udzielał się jako komentator piłkarski: najpierw w radiu, później komentując mecze Ligi Mistrzów dla TVE. Razem z Jorge Valdano i innymi sportowcami działa w grupie "Make a Team"- firmie doradczej, będącej częścią prestiżowej grupy Ernest& Young. Zajmuje się ona promocją sportu i doradztwem ekonomicznym w tej dziedzinie. Od lipca 2001r do listopada 2004r. Andoni Zubizarreta pełnił funkcję dyrektora sportowego w swoim dawnym klubie Athletic Bilbao. Jest też członkiem komisji UEFA ds. sportu dziecięcego.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
No jakoś udało nam się wycisnąć te 3 punkty na Athletic Bilbao tylko w jakich okolicznościach? No właśnie, kim jest do cholery ten Mark Guiu? Człowiek nigdy go na oczy nie widział, ba! ja nawet o nim nie słyszałem o on wchodzi i ot tak strzela sobie gola...!
4
Tytuł artykułu jak najbardziej zobowiązuje do wykonania zadania. To wbrew pozorom będzie trudne zadanie do wykonania i to wcale nie tylko z powodu przerwy na reprezentacje. Jeśli Xavi nie poprawi zdecydowanie gry defensywnej i skuteczności zespołu, to ,,Królewscy" nie tylko nie dadzą się pokonać w Klasyku ale również uciekną nam zdecydowanie w tabeli i zrobi się duży problem...
1
@Mixtape Wynik okej ale z tym... ,,rekinem"? to jest jakaś dziecinada, pomijając fakt że całkowicie nie dzierże tego piłkarza. Troche się poprawił od czasu transferu, strzeli jednego gola na kilka meczów i... to wszystko!
1
@Comentateiro Też, też ale to temat rzeka, może przy innej okazji...
9
Wybitna Legia:
Dokładnie 37 lat temu Legia Warszawa rozegrała być może najlepsze 20 minut w historii swoich występów w pucharach, dzięki czemu odniosła zwycięstwo nad jedną z europejskich potęg, Interem Mediolan. To była jedna z czterech konfrontacji obu klubów w ciągu dziesięciu miesięcy. 22 października 1986 roku w 59. minucie meczu jedni przecierali oczy ze zdumienia, inni nie dowierzali szczęściu, bo na tablicy wyświetlił się wynik 3:1. Dla Legii – wynik marzeń. Nigdy wcześniej (i nigdy potem) warszawska drużyna nie pokonała tak utytułowanego rywala.
Legia Warszawa – Inter Mediolan 3:2 (1:1)
0:1 – Alessandro Altobelli (17), 1:1 – Witold Sikorski (41), 2:1 – Dariusz Dziekanowski (58), 3:1 – Jan Karaś (60), 3:2 – Ricardo Ferri (77)
Legia: Jacek Kazimierski – Dariusz Kubicki, Andrzej Sikorski, Krzysztof Gawara, Dariusz Wdowczyk (84. Krzysztof Iwanicki) – Jarosław Araszkiewicz, Zbigniew Kaczmarek, Jan Karaś, Witold Sikorski – Tomasz Arceusz, Dariusz Dziekanowski. Trener: Jerzy ENGEL
Inter: Walter Zenga – Giuseppe Baresi, Daniel Passarella ARG, Ricardo Ferri, Giuseppe Bergomi – Andrea Mandorlini, Marco Tardelli, Gianfranco Mateolli (73. Fabio Calcattera), Adriano Piraccini – Alessandro Altobelli, Karl-Heinz Rummenigge GER (58. Oliviero Garlini). Trener: Giovanni TRAPATTONI
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
0
@tristan87 Z jakiego powodu?
A no już wiem,wiem, chodzi o opady deszczu ale chyba jednak zagrają...?
0
Co prawda nie przepadam za naszą Ekstraklasą i co prawda Widzew przegrał 3 ostatnie mecze z Niebieskimi ale generalnie będzie to mecz przyjaźni i ja wcale nie będę się wściekał gdy ,,mój" Widzew przegra ponownie, gdyż Ruch darze ogromną sympatią(podobnie jak i Lecha Poznań) i to się już nigdy nie zmieni...
10
Wielki Widzew:
22 października 1980 r. Widzew Łódź pokonał 3:1 Juventus Turyn! Pierwszy mecz Widzew Łódź – Juventus Turyn w ramach 1/16 Pucharu UEFA został rozegrany na stadionie ŁKS-u, w obecności ponad 40 tys. Widzów (nadkomplet). Mecz wywołał olbrzymie zainteresowanie, bo Juventus był (i jest) jednym z najpopularniejszych klubów na świecie a w jego składzie występowało wtedy kilku reprezentantów Włoch (m.in: Dino Zoff, Claudio Gentile, Gaetano Scirea, Marco Tardeli, Antonio Cabrini, Franko Causio-niespełna dwa lata później jako już zawodnik Udinese został piłkarskim mistrzem Świata z drużyną Włoch, Roberto Bettega, Irlandczyk Liam Brady a na trenerskiej ławce siedział słynny Giovanni Trapattoni), natomiast Widzew w rundzie poprzedzającej wyeliminował Manchester United a w rodzimej lidze liderował.
Zamówienia na bilety sięgały ok. 60 tys. (to samo było przed późniejszymi meczami z Juventusem i Liverpoolem w 1983 r.) co dobitnie podkreśla rangę tego wydarzenia w Łodzi i Polsce. Z ekipą Juve przyjechało ponad 30 sprawozdawców i komentatorów a relacje w TVP oglądały miliony Polaków. Już na 2,3 godziny przed meczem trybuny były zapełnione a komunikacja miejska miała problemy z wypełnieniem swojej powinności. Pierwsza połowa to był super spektakl piłkarski. Stroną atakującą byli Włosi a mimo tego to Widzew dyktował warunki gry. Prowadząc rozsądne i przemyślane kontry doprowadził do sytuacji, w której na dogodnej pozycji do strzelenia bramki znalazł się stoper Andrzej Grębosz i wykorzystał ją. Stracona bramka podrażniła Juventus a wprowadzony do gry R. Bettega uzyskał wyrównanie strzelając w 43 min. tzw. „gola do szatni”. Druga połowa pokazała, że Juventus był zadowolony z remisu, natomiast Widzew dążył do zwycięstwa. Wspaniała dyspozycja Z. Bońka i Z. Rozborskiego, którzy inicjowali szybkie akcje przyniosła efekt i goście utracili dwie bramki po strzałach – w 69 min. M. Pięta i 79 min. W. Smolarka. Trener Juventusu był po meczu zaskoczony przegraną 1:3 (1:1), bo nie spodziewał się tak wysokiej porażki i widać było, że stracił trochę pewności siebie, natomiast z umiarkowanym optymizmem podchodził do rewanżu trener Widzewa J. Machciński. Szalikowcy Widzewa siedzieli na tym meczu pod zegarem, a ich liczebność to ok. 600-700 osób. Na tym spotkaniu doping całego stadionu był fantastyczny. Piłkarze grali szybko, akcje zmieniały się jak w kalejdoskopie i przez 90 min. trzymały wszystkich w napięciu. Po każdej strzelonej bramce przez Widzew aplauz sięgał zenitu a ludzie skakali z radości jeden na drugiego. Dla takich chwil warto kibicować, bo zostają one w pamięci do końca życia. Na tym meczu nie dochodziło jeszcze do jakichś spięć z kibicami ŁKS-u i to również warto podkreślić.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
8
Najstarsze i najwspanialsze turnieje świata:
22 października 1922 r. Brazylia pokonuje w Rio de Janeiro Paragwaj 3:1 w meczu dodatkowym decydującym o tryumfie w turnieju 6 edycji Copa America i tym samym sięga po raz drugi w historii po to trofeum. Pierwotnie turniej ten miał się odbyć w Chile, jednak Brazylia poprosiła o możliwość organizacji, chcąc uczcić w ten sposób setną rocznicę niepodległości. Po raz pierwszy w historii Copa America do turnieju przystąpiło 5 reprezentacji. Ostatecznie Brazylia, Paragwaj i Urugwaj zgromadziły po 5 punktów a Argentyna jeden mniej. W efekcie zaszła konieczność rozegrania dodatkowego meczu. Jego uczestników wyznaczono po długiej i gorączkowej naradzie wszystkich sędziów. Ponieważ dorobek pierwszych trzech zespołów był identyczny, wprowadzono następujące kryteria pomocnicze: ponieważ tylko Brazylia nie przegrała z nikim, zasługuje na wyróżnienie; Paragwaj wygrał z Urugwajem, co daje mu moralny tytuł do zmierzenia się z Brazylią. Uzasadnienie to wzbudziło ogromne kontrowersje. Urugwajczycy przyjęli je jako wyjątkowo perfidny spisek. Jednak klamka zapadła. 20 tysięcy widzów było świadkami tryumfu swoich ulubieńców. Paragwajczycy tanio skóry nie sprzedali, jednak techniczna wyższość ,,canarinhos” wyraźnie zaznaczyła się z biegiem czasu co poskutkowało zwycięstwem 3:1 po golach Neco i dwóch Formigi. Paragwaj natomiast zasłużenie zyskał miano rewelacji turnieju. ,,Guarani” grali z rozmachem i szybko. Ich ambicja i twardość stały się przysłowiowe. Natomiast królem strzelców został nieoczekiwanie Argentyńczyk Julio Francia, lewoskrzydłowy Newell’s Old Boys, który zdobył 4 gole.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
1
@Warty Jak najbardziej, bez dwóch zdań!