11

Czy wiecie że:

Dokładnie 12 lat temu ,,El Mundo Deportivo” zaprezentowało video z faulami Pepe. ,,Zamknij się Pepe”- grzmiała z okładki gazeta Katalońska. To odpowiedź na słowa Portugalczyka o tym że piłkarze Blaugrany są teatralni w swoich reakcjach. ,,Moglibyśmy zrobić video ze wszystkimi faulami Pepe”- odpowiedział trener Francesc Vilanova. Na spełnienie ,,życzenia” szkoleniowca nie trzeba było długo czekać. Na stronie tytułowej kataloński dziennik umieścił zdjęcia z najbardziej brutalnymi zagraniami Pepe: kopnięcie w plecy Casquero(za które dostał 10 meczów kary), faul na Alvesie w półfinale Ligi Mistrzów, czy agresja wobec kilku zawodników Lyonu w tych samych rozgrywkach. Jednocześnie dziennik pokazał teatralne reakcje Pepe z kilku spotkań: rzekome uderzenie w twarz przez Pique(,,Zachowuj się jak profesjonalista”- zareagował arbiter) czy też starcie z Aritzem Adurizem(Casillas ponaglał kolegę: ,,Wstawaj Pepe, wstawaj!”). Portugalczyk krótko skomentował zdjęcia i video na stronie internetowej gazety: ,,Jeżeli czują się dotknięci, to dlatego że prawda w oczy kole”.


@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

1

@ChampionLW Wiem o tym że do klasyku jest inne podejście ale u nas jakość defensywy pozostawia bardzo wiele do życzenia a i skuteczność bardzo razi...

0

Co się dzieje z naszą Barcunią? Co się dzieje z naszą defensywą? Jules Kunde okiwany na śmierć przez jakiegoś Saragosse! Mało nie przegrany mecz z przedostatnią drużyną w tabeli! Co się dzieje z Barcą w pierwszych połowach meczu a zwłaszcza w pierwszych minutach? Przecież z takim podejściem to my nie wygramy El Clasico...

1

@Lionel_Messi10 Własnie miałem pytać co się dzieje do cholery z Kevinem? Co to za kontuzja i kiedy wraca do gry?

0

@FcPortoFan1999 22? Niedowiary! To jak ona wygrała z Ostapenko i Rybakiną?

0

A któreż to miejsce w rankingu zajmuje ta Samsonowa że gra z Igą prawie jak równy z równym?

1

Iga, Igunia, dajesz czadu kochaniunia!
Czy Iga wróci w końcu na pierwsze miejsce gdy wygra z Samsonową?

8

@FCBparasiempre
Piłka nożna cały czas ewoluuje. W ostatnich latach widać to przede wszystkim przez nowinki techniczne. VAR czy też technologia goal-line wspierają sędziów, aby ograniczyć liczbę błędów. Z czasem zmianie ulegały również przepisy, czego najnowszym przykładem jest wycofanie premiowania bramki strzelonej na wyjeździe. Nie wszyscy pamiętają jednak, że w przeszłości nie było możliwości przeprowadzenia zmian, a sędziowie nie rozdawali kartek. Zapraszam do zestawienia najdziwniejszych zasad futbolu, o których mogliście nie wiedzieć.

Pandemia koronawirusa sparaliżowała również świat piłki. Zdecydowana większość rozgrywek została zawieszona, a po ich wznowieniu zdecydowano się zmodyfikować liczbę przeprowadzanych zmian. Obecnie w zdecydowanej większość rozgrywek trenerzy mogą zmienić pięciu, a nie jak wcześniej trzech zawodników. Ciężko jest więc w to uwierzyć, ale do 1965 r. nie można było przeprowadzić ani jednej zmiany. Co więc jeśli jeden z piłkarzy doznał kontuzji i nie mógł kontynuować gry? Rozwiązanie było proste, poszkodowana drużyna musiała kończyć mecz w dziesiątkę. Trenerzy przygotowania fizycznego mieli więc pełne ręce roboty, aby przygotować perfekcyjnie zawodników pod względem kondycyjnym. Na szczęście później porzucono tę regułę, co wpływa pozytywnie na zdrowie piłkarzy i atrakcyjność widowiska.

Brak kartek:

To wręcz nie do pomyślenia ale aż do 1963 r. sędziowie nie mieli przy sobie żółtych i czerwonych kartek. W tym momencie możemy puścić wodze fantazji i zobaczyć np. Paolo Montero lub Sergio Ramosa, którzy bezkarnie mogliby znęcać się nad rywalami. Na szczęście wprowadzone później kartki ograniczały sytuacje rodem z ulicznego futbolu.





Wróćmy do 1963 r., którego przełomowym momentem był mecz Włochów z Chile, który prowadził arbiter Ken Aston. Po jednym z ostrych fauli sędzia poprosił Giorgio Ferriniego o opuszczenie boiska. Włoch nie znał jednak angielskiego, więc nie mógł dostosować się do poleceń arbitra. Później Aston wpadł na pomysł, aby komunikować z się piłkarzami za pomocą żółtych i czerwonych kartek.

Fair catch– łapanie piłki przez zawodników z pola:

Każdy, kto widział chociaż jeden mecz w życiu, wie doskonale, że największym grzechem w piłce nożnej jest zagranie piłki ręką. Jednak kiedy ta dyscyplina zaczynała dopiero raczkować, piłkarze mogli złapać futbolówkę, odstawić ją na ziemię i kontynuować grę. Przypominać więc mogło to bardziej mecze dzisiejszego futbolu amerykańskiego. Zakaz nastąpił w 1865 r., a do tego momentu nie istniała pozycja bramkarza. Świat piłki pełen jest spryciarzy, którzy dziś z pewnością opanowaliby skuteczny sposób na przechytrzenie rywali poprzez wspomnianą regułę.

Shootouty– dziwne rzuty karne w Ameryce:

Amerykanie zawsze dążyli do tego, aby urozmaicić każdy rodzaj rozrywki, również sport. W latach 70-tych powstała North American Soccer League ale piłka nożna nie zdobywała popularności w USA, przez co zaczęto się zastanawiać, jak uatrakcyjnić mecze. Podjęto więc decyzję, że wszystkie spotkania zakończone remisem musiały być rozstrzygnięte przez dogrywkę lub ostatecznie rzuty karne. Finalnie mecze trwały jeszcze dłużej i stawały się nudniejsze. Kolejny pomysł wyłonienia zwycięzcy został wprowadzony w 1977 r. Piłkarze wykonywali tzw. shootouty, które przypominały rzuty karne z hokeja na lodzie. Atakujący gracz miał piłkę ustawioną 35 jardów od bramki (ok. 32 metrów), a na zdobycie gola miał 5 sekund. Była to więc znana wszystkim sytuacja jeden na jednego z bramkarzem. Do serii shootoutów dochodziło po upływie 90. minuty gry. W praktyce nie wpłynęło to na atrakcyjność widowiska. Wielu piłkarzy nie wytrzymało po prostu presji i nie znajdowało rozwiązania w ciągu zaledwie pięciu sekund. North American Soccer zakończyła swój żywot w 1982 r, co dawało nadzieję na wymarcie również dziwnego sposobu rozstrzygania spotkań. Shootouty powróciły jednak wraz z powstaniem dzisiejszej Major League Soccer w 1995 r. Po czterech latach wymyślne rzuty karne zostały wycofane i nie przyjęły się nigdzie więcej na świecie.

Dwa punkty za zwycięstwo:

Dziś jesteśmy przyzwyczajeni, że mecz piłkarski to walka o trzy punkty. Jeszcze jednak w latach 80-tych za zwycięstwo przyznawano tylko dwa oczka. Remis oznaczał jak dzisiaj po jednym punkcie dla obu drużyn, a za porażkę punktów nie przyznawano. Jak można przeczytać na poniższym tweecie, pierwszym mundialem, na którym przyznawano trzy punkty za zwycięstwo był turniej w USA w 1994 r. Zaledwie dwa punkty wpływały negatywnie na atrakcyjność gry. Wiele drużyn kalkulowało sobie, że nie warto angażować wszystkich sił, skoro różnica między zwycięstwem i remisem wynosiła tylko jedno oczko. Pula za zwycięstwo została zwiększona, aby skutecznie zmotywować piłkarzy do bardziej zaciętej walki.

Złoty i srebrny gol:

FIFA zdecydowała się wprowadzić zasadę ,,Złotego gola” w 1993 r. Zakładała ona, że jeśli drużyna strzeli gola w dogrywce, kończy automatycznie mecz i zostaje zwycięzcą. FIFA miała nadzieje, że zachęci to do bardziej ofensywnej gry, ponieważ piłkarze będą chcieli uniknąć rzutów karnych. Przynosiło to niestety odwrotny skutek a tzw. „nagła śmierć” została utrzymana aż do początku sezonu 2004/2005. Słynnym złotym golem był strzał Davida Trezeguet w finale Euro 2000. Napastnik dał Francuzom tytuł w 104. minucie a w pokonanym polu zostawieni zostali Włosi. Kolejnym pomysłem była tzw. ,,Srebrna Bramka”. Oznaczała, że jeśli drużyna zdobędzie gola w pierwszej części dogrywki, rywale będą mieli czas na odpowiedź tylko do końca tej części gry. To rozwiązanie również nie cieszyło się powodzeniem. Ostatecznie Srebrna Bramka została wycofana wraz z końcem Mistrzostw Europy w Portugalii w 2004 r.

Gol wyjazdowy liczony podwójnie:

Zasada premiowania gola strzelonego na wyjeździe odeszła do lamusa dopiero w poprzednim sezonie. Podczas fazy pucharowej danych rozgrywek bramka strzelona na wyjeździe liczona była podwójnie. To rozwiązanie miało wielu przeciwników. Uważano je za krzywdzące, kiedy po fascynującym dwumeczu nie mogło dojść do dogrywki, ponieważ znaczenie miało miejsce zdobycia decydujących bramek. UEFA zdecydowała się więc na zmiany, co uważa się za bardziej sprawiedliwe rozwiązanie. Swoistym symbolem starej zasady jest bramka Andrea Iniesty w ostatnich minutach rewanżowego półfinału Ligi Mistrzów między Chelsea i Barceloną w 2009 r. Na Camp Nou padł remis 0:0 a w rewanżu ,,The Blues” prowadzili długo 1:0. Remisowe trafienie Hiszpana rozstrzygnęło rywalizację w tamtym bardzo kontrowersyjnym meczu.

Nikt nie ma wątpliwości, że gdyby dziś przywrócić część dawnych zasad, mecze wyglądałyby bardzo dziwnie, o ile w ogóle dałoby się je płynnie rozgrywać.


6

Najdziwniejsze zasady w historii futbolu(wiecie gdzie czytać):

@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

8

Zapomniane legendy futbolu:

8 października 1922 r. urodził się Nils Erik LIEDHOLM, szwedzki pomocnik oraz napastnik. Nazywany „Baronem” uważany jest za jednego z najwybitniejszych europejskich piłkarzy wszechczasów. Karierę rozpoczynał w drużynie swojego rodzinnego miasta, zanim dołączył do Norrkoeping w 1946 roku. Do Włoch przybył w 1949 roku z zamiarem gry w Milanie, drużynie, w której grał przez 12 sezonów, tworząc wraz ze swoimi rodakami Gunnarem Grenem i Gunnarem Nordhalem słynny „Gre-No-Li”. Jako zawodnik i kapitan drużyny Rossoneri rozegrał 394 mecze, w których zdobył 89 goli i zdobył 4 tytuły mistrzowskie. Z reprezentacją Szwecji zdobył złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 1948 r. i zajął drugie miejsce w Pucharze Świata w 1958 r. Po przejściu na emeryturę w 1961 r. rozpoczął karierę trenerską, zasiadając na ławkach rezerwowych AC Milan, Hellas Verony, Monzy, Varese, Fiorentiny oraz AS Romy.


@Symson
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon

12

Feliz cumpleaños panie Sanchez! Z okazji 67 urodzin.

8 października 1956 r. urodził się Jose Vicente Sanchez. Ten środkowy pomocnik rodem z Barcelony debiutował w pierwszej drużynie w 1975 r. i spędził na Camp Nou aż 11 sezonów, rozgrywając w granatowo-bordowej koszulce ponad 300 meczów, będąc kapitanem Blaugrany. Zdobył z Barçą 9 pucharów, w tym mistrzostwo Hiszpanii oraz dwukrotnie Puchar Zdobywców Pucharów.


@Arkon
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

@Barca1922 Dokładnie(!), tak, tak, masz racje. Rzeczywiście to należałoby zrobić na zmodernizowanym Camp Nou. No ale na to trzeba chyba będzie z rok poczekać...

1

Niech nasz kochany Leoś Messi wraca na swoje miejsce, do naszej Barcuni, choćby na ten jeden pożegnalny mecz. Po tym wszystkim jak został potraktowany należy mu się to jak psu buda!

1

@Lionel_Messi10 Ja już 2 lata temu chciałem ażeby Lautaro trafił do ,,naszej" Barcuni ale wówczas Barca była ruiną po Bartomeu...

8

Legendy brazylijskiego futbolu:


7 października 1973 roku urodził się Nelson de Jesús Silva, lepiej znany pod pseudonimem „Dida”, zapisał się w historii reprezentacji Brazylii, zdobywając Puchar Świata, a w Cruzeiro zdobywając Wieczną Chwałę. Musiał wyemigrować ze swojego rodzinnego miasta Irará, aby zadebiutować w Esporte Club Vitória de Bahía, mijając kilka ważnych brazylijskich drużyn piłkarskich, takich jak między innymi Cruzeiro, Corinthians, Internacional de Porto Alegre, aby później przenieść swój talent do europejskiej piłki nożnej święcąc triumfy z AC Milan. Dobre występy zaowocowały jego pierwszym zwycięstwem w Pucharze Świata U-20 w Australii w 1993 roku. Bramkarz szybko stał się legendą. Dzięki świetnemu refleksowi, szybkim nogom i cudownym obronom światło reflektorów padło na trajektorię wspaniałego bramkarza. Z reprezentacją Brazylii wystąpił w 3 Pucharach Świata, wygrywając jeden z nich w Korei-Japonii w 2002 roku. Jeden z jego najlepszych momentów miał miejsce podczas CONMEBOL Copa América 1999, kiedy stworzył zespół gwiazd wraz z Rivaldo, Ronaldo, Cafú, Ronaldinho i innymi wielkimi ikonami. Wśród kilku innych tytułów z Brazylią wyróżniają się dwa Puchary Konfederacji zdobyte w latach 1997 i 2005. Złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie, Stany Zjednoczone, 1996. W kadrze narodowej seniorów rozegrał 92 mecze. Na poziomie klubowym miał kilka chwil chwały związanych z niezapomnianymi występami, takimi jak ten, w którym zdobył Copa Libertadores w koszulce Cruzeiro w 1997 roku, grając w finale przeciwko Sporting de Cristal (PER), będąc jednym z filarów drużyny. Dida wyróżnia się również tym, że jest jednym z niewielu bramkarzy, który wygrał CONMEBOL Libertadores i Ligę Mistrzów UEFA. Jest także zdobywcą Pucharu Zdobywców Pucharów CONMEBOL oraz dwukrotnym mistrzem Superpucharu Europy i Klubowego Pucharu Świata. Po powrocie do Brazylii, grał w Portuguesa, Gremio i ostatecznie zakończył kariere w Internacional de Porto Alegre w 2016 roku.



@Arkon
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

8

Hattrick ,,Jusko” i hattrick ,,Taty”:

7 października 1997 r. Polska pokonuje na wyjeździe Mołdawie 0:3. Selekcjonerski debiut Janusza Wójcika w meczu o punkty i pierwszy hat-trick w reprezentacji od pamiętnego wyczynu Zbigniewa Bońka w meczu z Belgią na España ‘82. Tyle kibice zapamiętali z przedostatniego występu biało-czerwonych w eliminacjach mistrzostw świata we Francji. Na stadionie w Kiszyniowie błysnęła gwiazda Andrzeja Juskowiaka. Jeden z ulubionych piłkarzy „Wójta”, król strzelców igrzysk w Barcelonie, tego dnia jako jedyny trafiał do bramki.

7 października 2000 roku Polska pokonuje Białoruś 3:1 na starym stadionie Widzewa w Łodzi. W czasach już dawno minionych niegrzeczne dziecko mogło spodziewać się kary w postaci klapsa od jednego z rodziców. Najczęściej kimś takim był ojciec. Nie bez kozery przywołujemy w tym miejscu taką sytuację. W spotkaniu Polski z Białorusią w roli wymierzającego lanie przeciwnikowi, ale też ojca zwycięstwa wystąpił bowiem... „Tato”. Pod tym wdzięcznym pseudonimem kryje się Radosław Kałużny. Pomocnik reprezentacji Polski zaliczył świetny mecz. Wymierzył rywalom trzy potężne razy, po których nie byli w stanie się podnieść. Tak świetnego startu, jaki zanotowała nasza drużyna w eliminacjach MŚ 2002, chyba mało kto się spodziewał. Polacy wygrali drugie spotkanie w stosunku 3:1, mieli na koncie sześć 6 punktów i umocnili się na prowadzeniu w tabeli grupy 5. ,, Najlepszy mecz w życiu? Bez przesady. Grałem przeciętnie, tylko skutecznie”- Radosław Kałużny w wywiadzie dla Sport.pl


@Arkon
@kamyk_23
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

11

Koncert dwóch gwiazd na Estadio Camp Nou:

7 października 2012 r. rozegrano El Clasico na Camp Nou w 7 kolejce La Liga zakończone remisem 2:2 po 2 golach Messiego i Cristiano Ronaldo. Piłkarze Jose Mourinho przyjechali na Camp Nou, by zniwelować stratę do Barcelony, która wygrała wszystkie dotychczasowe mecze nowego sezonu. W 23. minucie wyszli na prowadzenie. Cristiano Ronaldo uderzył lewą nogą tak, jakby była to jego ulubiona, prawa. W geście triumfu uciszył kibiców gospodarzy. Niecałe 10 minut później było już 1:1. Barça wyrównała po akcji dla siebie bardzo nietypowej - nieskładnej, szczęśliwej, chaotycznej - którą zakończył Leo Messi. Do przerwy wynik już się nie zmienił. Na początku drugiej połowy w polu karnym Realu miała miejsce jedna z nielicznych kontrowersji tego spotkania. Pepe wyraźnie sfaulował Andresa Iniestę ale sędzia dał Barcelonie tylko rzut rożny. W 61. minucie sędzia już się nie pomylił. Przyznał gospodarzom rzut wolny, który pięknym strzałem na bramkę zamienił Messi. Na odpowiedź Argentyńczyk czekał tylko chwilę. Pięć minut później wyrównał Cristiano Ronaldo. Nikt z dwójki Messi - Ronaldo nie pokusił się o hat-tricka. Najładniejszego i decydującego gola wieczoru mógł strzelić w 88. minucie Martin Montoya, który w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Daniego Alvesa ale trafił w poprzeczkę. To był pierwszy mecz sezonu 2012/13, którego FC Barcelona nie wygrała, lecz Tito Vilanova raczej nie mógł narzekać ponieważ jego drużyna nadal pozostała liderem i zachowała 8 punktów przewagi nad największym rywalem do tytułu.



@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon

9

Grande Espectacolo El Clasico!

7 października 1989 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:1 po dwóch golach Koemana i jednym Salinasa w 6 kolejce Primera Division. Zespół prowadzony przez Johana Cruyffa nie był w dobrym położeniu, ponieważ przegrał trzy z pięciu meczów LaLigi, a w spotkaniu z Realem już w siódmej minucie stracił pierwszego gola. Przyczynił się do tego sam Koeman, który faulował Emilio Butragueño w polu karnym, a jedenastkę na bramkę zamienił Hugo Sánchez. Nie był to dobry początek w El Clásico nowego obrońcy Blaugrany. Koeman wraz z kolegami potrafił jednak pokazać hart ducha i pojedynek ostatecznie zakończył się sukcesem Katalończyków. Już po kilku minutach od pierwszego gola wyrównał Julio Salinas, a w drugiej połowie o losach rywalizacji przesądził sam winowajca przy trafieniu rywali. Holender wykorzystał dwa rzuty karne, dając swojemu zespołowi trzy punkty. 26-letni wówczas zawodnik pokazał, że ma nerwy ze stali, zwłaszcza że drugą jedenastkę musiał powtórzyć po wbiegnięciu w pole karne kilku zawodników. Nie pomylił się jednak i zakończył swoje pierwsze El Clásico z dubletem!



@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

6

Transfer Vitora Roque jest absolutnie niezbędny. Na rynku nie ma wielu jakościowych napastników a ci najlepsi są nie do ruszenia. Z całym szacunkiem dla Roberta Lewandowskiego ale jego czas świetności już przeminął i na pewno lepszy nie będzie, nie wspominając o kontuzjach. Jeśli chcemy zaistnieć w Lidze Mistrzów to trzeba zrobić wszystko żeby Roque trafił do FC Barcelony a konkurencja nie śpi.

8

@FCBparasiempre
6 października 1957 r. urodził się Bruce Grobbelaar. Stara ludowa prawda mówi, że dobry bramkarz powinien być odrobinę szalony. W naszej interpretacji moglibyśmy wyróżnić golkiperów zrównoważonych więc słabych, lekko stukniętych i całkowitych świrów. Osobną kategorię należałoby stworzyć dla Bruce’a Grobbelaara, którego sylwetkę dzisiaj przypominamy. Urodzony w RPA zawodnik to postać co najmniej barwna, nie tylko ze względu na trykoty, które przyodziewał w meczach narodowej reprezentacji Zimbabwe. Cechowały go niepowtarzalny ekscentryzm, zamiłowanie do życia i olbrzymia pewność siebie. To wszystko pozwoliło mu przetrwać trudy pierwszych miesięcy na Anfield. Nim trafił do miasta Beatlesów, grywał w zimbabwejskim Highlanders, południowoafrykańskim Durban City i kanadyjskim Vancouver Whitecaps. Miejsca egzotyczne i prowincjonalne, wobec których jedyną szansą by wypłynąć na szerokie wody, było wypożyczenie do czwartoligowego Crewe Alexandra. Do składu The Railwaymen wkroczył jak po swoje – zachował osiem czystych kont w 24 meczach, a w spotkaniu z York City, choć tylko z karnego, pokonał swojego boiskowego vis-a-vis. Udane występy Zimbabwejczyka, bo sam siebie za takiego uważa, na Gresty Road szybko przykuły uwagę skautów z Liverpoolu. Być może nawet oni sami nie spodziewali się, że pośród półamatorskiej szarzyzny wyłowią taki diament. Urocze lica włodarzy z Merseyside wespół z 250 tys. funtów oczarowały Kanadyjczyków, którzy wciąż posiadali pełne prawa do piłkarza, a transfer został potwierdzony 17 marca 1981 r. Liverpool miał genialny w swojej prostocie plan na rozwój Grobbelaara i, jak to najczęściej bywa, w trybie przyspieszonym tenże prysnął niczym mydlana bańka. Bruce miał zbierać bramkarskie szlify pod okiem Raya Clemence’a – prawdziwego fachmistrza, legendy i ulubieńca The Kop, który w barwach The Reds zdobył wszystko, co się dało i to do kwadratu. Anglik niespodziewanie zdecydował się jednak na transfer do Tottenhamu, pozostawiając młodego padawana samemu sobie. Nietrudno się domyślić, jak to się skończyło. Nie byłoby sprawiedliwie pierwszych meczów Grobbelaara nazwać słabymi, więc skategoryzujmy je jako małą katastrofę. 24-latek tracił mnóstwo bramek, Liverpool zaś jeszcze więcej punktów. W dużej mierze były to strzały, z którymi nikt na tym poziomie nie powinien mieć najmniejszych problemów. Sprawy w swoje ręce wziął ówczesny menedżer, legendarny Bob Paisley. Mimo stanowczej, surowej wręcz postawy, nie tracił wiary w swojego podopiecznego. W grudniu 1981 r. Liverpool zajmował trzynastą lokatę w ligowej tabeli, tracąc do lidera trzynaście punktów. Napiętą sytuację miał poprawić rozgrywany w Boxing Day mecz z Manchesterem City. Jak na ironię, spotkanie zakończyło się łatwym zwycięstwem The Citizens 3:1, w czym dużą zasługę miał, a jakże, Grobbelaar. Po latach przyznał, że rozczarowany Paisley wziął go po meczu na stronę, pytając dyskretnie, jak ocenia swoje pierwsze pół roku na Anfield. Mogło być nieco lepiej to jedyne, co piłkarz dał radę z siebie wydusić. Szef docenił błyskotliwość tego określenia dorzucając, że jeżeli Bruce nie przestanie popełniać idiotycznych błędów, z powrotem wyląduje w czwartej lidze. Niemal 40 lat później trudno jest zweryfikować, jaki wpływ na formę Zimbabwejczyka miała przytoczona rozmowa. Fakty pozostają jednak faktami – Grobbelaar rósł w oczach, a wraz z nim odżyła cała drużyna. Co prawda bramkarz nie wyzbył się nigdy maniery popełniania gaf, ale udało mu się znacznie ograniczyć ich ilość, a zamiast nałogowo tracić cenne punkty, zaczął je ratować. Opadł kurz, a The Reds z nową gwiazdą między słupkami sięgnęli po mistrzowski tytuł dokładając do tego Puchar Ligi. To drugie osiągnięcie nabrało wymiaru symbolicznego, bowiem w bezpośrednim, finałowym pojedynku Bruce okazał się lepszy od Raya Clemence’a. Dawid poniósł Goliata na tarczy.

Lata mijały, a brzydkie kaczątko przeobraziło się w dorodnego łabędzia. W maju 1984 r. żaden fan Liverpoolu nie wyobrażał sobie, by w bramce miał stanąć ktoś inny. Mocna pozycja w drużynie nie mogła jednak uczynić łatwiejszym wyzwania, jakim był rozgrywany w Rzymie finał Pucharu Europy przeciwko miejscowej AS Romie. Najważniejszy mecz sezonu, ba, kariery, włoski przeciwnik grający na własnym podwórku. Bruce zdawał się jednak nic sobie z tego nie robić. Jako pierwsi wyszliśmy do tunelu i zaczęliśmy śpiewać „I don’t know what it is, but I love it” Chrisa Rea’i. Im dłużej zwlekali rywale, tym my byliśmy głośniejsi. Gdy wyszli z szatni, wyglądali na zszokowanych. Graeme Souness szepnął mi do ucha: „Mamy ich!” – opowiadał. Souness miał rację. Mieli. Spotkanie nie należało do najwybitniejszych – może nie rozczarowało, ale o tym, co działo się w podstawowym czasie gry, nie opowiadano przez dekady. Ot, najzwyklejsze, przeciętne 1:1. Historia dopiero miała się napisać, bowiem po raz pierwszy miano klubowego mistrza Europy zależało od powodzenia w konkursie rzutów karnych. Role się obróciły – to bramkarze znaleźli się w świetle jupiterów, a strzelający stali się tłem. Bruce rozgrywał swój własny mecz. Istnym fenomenem było, że bohaterem został bramkarz, który nie obronił ani jednego strzału. Wygrały proste gierki psychologiczne, po mistrzowsku skonfundował napastników. Przed drugą serią próbował przegryźć siatkę, przed kolejnymi w ekstrawagancki sposób wił się na nogach, co po dziś dzień określane jest jako nogi spaghetti. Trudno to opisać, najlepiej obejrzeć samemu. Nogi spaghetti były prototypem Dudek Dance, a bramkarze Liverpoolu już na zawsze zostaną zapamiętani ze swoich zachowań na linii bramkowej. Swoje próby zepsuło dwóch piłkarzy Giallorossich, a Grobbelaar, nie po raz ostatni, znalazł się na ustach wszystkich. Gdy zmierzałem w stronę bramki, Joe Fagan objął mnie i powiedział: „Słuchaj, nikt nie będzie Cię winił, jeżeli nie obronisz karnego. Ja, trenerzy, prezes, dyrektorzy, twoi koledzy i kibice. Nikt”. Te słowa dodały mi otuchy, stres wyparował. Na odchodne rzucił jeszcze: „Postaraj się wybić ich z rytmu”. To właśnie zrobiłem, wybiłem z rytmu dwóch reprezentantów Włoch, Bruno Contiego i Francesco Grazianiego – opowiadał bramkarz. To nie musiał być pierwszy tryumf Grobbelaara w Pucharze Europy. W 1981 r., niespełna trzy miesiące po transferze, Bob Paisley zakomunikował mu, że będzie zmiennikiem Raya Clemence’a w finałowym starciu z Realem Madryt. Bramkarz wprawił swojego zwierzchnika w osłupienie komunikując, że miejsce na ławce bardziej należy się doświadczonemu Steve’owi Ogrizoviciowi. Menedżer wyraził zgodę, warunkiem była jednak rozmowa obu bramkarzy, w której Bruce miał we własnej osobie przekazać instrukcje starszemu koledze. Co miał zrobić, to zrobił. Na własne życzenie pozbawił się najłatwiejszego złotego medalu w karierze i cierpliwie czekał na swoją kolej. Mimo altruistycznej postawy i pogodnego nastawienia do życia, nie zawsze żył w przyjacielskich stosunkach z kolegami z zespołu, o czym na własnej skórze przekonał się Steve McManaman. We wrześniu 1993 r., gdy Grobbelaar powinien raczej służyć radą i doświadczeniem, dał o sobie znać wybuchowy temperament Zimbabwejczyka. Bramkarz dwoił się i troił, by uratować choćby punkt na Goodison Park, jednak był to jeden z tych dni, kiedy drużynie nie wychodziło absolutnie nic. Zmasowane ataki Evertonu jeszcze w pierwszej połowie zostały ukoronowane zdobyciem bramki, co wprawiło Bruce’a w prawdziwą furię. Zaczął wściekle wymachiwać rękoma, po czym rzucił się na będącego w pobliżu McManamana. Młody pomocnik usłyszał parę cierpkich słów o zaangażowaniu całej drużyny i wszystko poszłoby w zapomnienie, gdyby skończyło się na perswazji ustnej. Z powództwa bramkarza doszło jednak do rękoczynów, wywiązała się jedna z najsłynniejszych szarpanin między zawodnikami tej samej ekipy w historii angielskiego futbolu. Nie trwało to długo, ale Anglik raczej nigdy później nie wdawał się w dyskusję z bramkarzem The Reds. Kochał takie smaczki. W pewien deszczowy dzień, kiedy The Reds gromili swojego rywala 5:0, pożyczył od kibica parasol, rozłożył go i stał pod nim do ostatniego gwizdka. W momentach tryumfu paradował w dziwacznych nakryciach głowy, nie rozstawał się z majestatycznym wąsem, w końcu zapuścił mały warkoczyk z tyłu głowy. Pozowanie do zdjęć sprawiało mu radość a uśmiech na jego twarzy nie bladł. Na murawie kradł show. Pole karne było jego królestwem, a piłka własnością. Miał ponadprzeciętny refleks, a co najważniejsze, potrafił sprawić by najprostsza interwencja wyglądała jak cuda na kiju. Jeżeli piłka nożna to widowisko, Grobbelaar rozumiał jej istotę, jak mało kto. The Kop oddało mu serca na długie trzynaście lat. W tym czasie rozegrał 627 spotkań i zdobył trzynaście pucharów – nieźle jak na kogoś, kogo na Anfield mogło, a wręcz nie powinno już być po pół roku.

Czy życie Bruce’a Grobbelaara to sielanka, niekończące się momenty chwały i zabawne wydarzenia? Bynajmniej. W 1994 r. stał się bohaterem afery korupcyjnej, w którą zamieszani byli także Hans Segars i John Fashanu. Ten wstydliwy rozdział był ostatnim we wspólnej historii Grobbelaara i Liverpoolu. Zmiana pokoleniowa nastąpić musiała tak czy siak, a młody David James już zdążył wygryźć weterana z bramki The Reds. Reprezentantowi Zimbabwe, który został oczyszczony z zarzutów, należało się jednak inne, lepsze pożegnanie z Merseyside. Do dziś całą sytuację wspomina niechętnie i traktuje jako swoją osobistą krucjatę. Jak sam uważa, miał za co odpokutować, wszak przyziemna afera korupcyjna ma się nijak do patosu życia i śmierci. Właśnie śmierć podążała z nim ramię w ramię od młodzieńczych lat, gdy po ukończeniu szkoły średniej został zmobilizowany i wcielony do armii. Brał udział w wojnie domowej w Rodezji (dzisiejsze Zimbabwe) i aż za dobrze pamięta widok jego towarzysza broni, który w akcie zemsty i desperacji odcinał uszy wrogim żołnierzom, którzy zabili całą jego rodzinę. Grobbelaar nie pamięta lub nie chce ujawnić, ilu ludzi sam pozbawił życia, przyznaje jednak, że było ich wielu. Przepraszał, ale przeszłości zmienić nie mógł. Brał udział w finale Pucharu Europy na belgijskim Heysel, przed którym życie straciło 39 kibiców Juventusu. Brał udział w półfinałowym meczu FA Cup na Hillsborough, po którym 96 fanów The Reds nigdy nie wróciło do swoich domów. Jakim cudem Bruce poradził sobie z tym wszystkim? Nie było łatwo, ale jak sam przyznał, on po prostu kocha życie – i to doskonale spina klamrą jego historię.

10

9

Tragiczny los byłego piłkarza Barçy:

6 października 1967 r. urodził się Sergi Lopez Segu. Był on drugim z czterech członków familii Lopez, którzy przywdziewali trykot w barwach Blaugrana. Senior rodu Julian Lopez zagrał w FC Barcelonie w zaledwie jednym meczu towarzyskim ale przez krótki czas dzielił szatnie z Kubalą. Najstarszy syn Juliana, Sergi, zaliczył 54 oficjalne mecze w pierwszej drużynie w latach 1987-91 a w 1995 r. w barwach Realu Saragossa wywalczył Puchar Zdobywców Pucharów. Jeden z działaczy Barcelony, Josep Mussons, nazwał go ,,Montserrat Caballe z Mini”(Mini Estadi-stadion Barçy B). W 2006 r. popełnił jednak samobójstwo rzucając się pod pociąg w Granollers. Drugi z braci Lopez Juli, zagrał w jedynie trzech meczach towarzyskich przed sezonem 1995/96 a karierę kończył w Terrasie. Największą karierę z całej rodziny zrobił najmłodszy z braci- Gerard. Był zawodnikiem Barçy przez 5 lat a wcześniej w 2000 r. zagrał z Valencią w finale Ligi Mistrzów. W 2013 r. został selekcjonerem reprezentacji Katalonii.



@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

2

@HighestInTheRoom Krótko i na temat! Stara miłość nie rdzewieje!

2

@Emhyr ,,Skurwiony Szopen" to pomyłka i zakała Legii...

16

Wszystkiego najlepszego panie Jurku!

Postacie polskiej piłki nożnej:

Władysław Jerzy Engel urodził się we Włocławku, 6 października 1952 roku. Jest wychowankiem Junaka Włocławek, z którego przeniósł się do Kujawiaka Włocławek. W czasie studiów na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie grał w AZS-AWF Warszawa i Polonii. Karierę piłkarską zakończył w 1975 roku. Karierę trenerską rozpoczynał w klubach warszawskich z niższych lig (m.in. z rezerwami Polonii w lidze okręgowej, z Hutnikiem w trzeciej lidze, czy też z RKS Błonie również w trzeciej lidze). Kolejnym etapem była praca przy reprezentacji Polski - w 1981 roku Engel objął w Kadrze Bank Informacji, zastępując Bernarda Blauta. Kilka miesięcy później powrócił do Hutnika Warszawa, z którym w 1983 roku po raz pierwszy w historii klubu awansował do drugiej ligi. W połowie lat 80' został trenerem pierwszej drużyny Legii. Już w pierwszym sezonie zdobył z nią wicemistrzostwo Polski, kolejne lata nie były już jednak tak udane jak poprzednie. Po zrezygnowaniu z prowadzenia Legii, Engel przeniósł się na Cypr, gdzie trenował tamtejsze drużyny. Kiedy w 1995 roku powrócił do Polski, zajął się biurowymi sprawami. Został najpierw dyrektorem sportowym w Legii, grającej wtedy w Lidze Mistrzów. Potem na takim samym stanowisku pracował w Polonii. W 2000 roku, po części za sprawą Engela Polonia zdobyła potrójną koronę (mistrzostwo Polski, Puchar Ligi i Superpuchar Polski). 1 stycznia 2000 roku to przełomowa data w życiorysie Engela - wtedy to oficjalnie stał się selekcjonerem reprezentacji Polski. Z znanego tylko w wąskim gronie trenera stał się osobą rozpoznawalną w całej Polsce. Eliminacje do mundialu okazały się niezwykle udane i Polska po szesnastu latach ponownie weszła do grona najlepszych drużyn na świecie. Występ w Korei i Japonii już tak udany nie był. Pamiętna porażka z Koreą i blamaż z Portugalią sprawiły, że Polska zakończyła zmagania w fazie grupowej turnieju. Engel pożegnał się z reprezentacją. Do pracy powrócił po rocznej przerwie - najpierw jako dyrektor sportowy, a potem już jako trener. W 2005 został szkoleniowcem "Białej Gwiazdy", a rok później trenował piłkarzy APOEL-u na Cyprze. 31 lipca 2006 został powołany na stanowisko pełnomocnika Prezydium Zarządu ds. Szkolenia. Jest również członkiem Zarządu, Wydziału Szkolenia oraz Rady Trenerów PZPN.



@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon

9

Blaugrana w europejskich pucharach:

6 października 1965 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou FC Utrecht 7:1(!) w I rundzie Pucharu Miast Targowych. Aż 5(!) goli w tym meczu ustrzelił znakomity napastnik Jose Antonio Zaldua. Pozostałe gole strzelili Verges i Pereda.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

0

Udało się(!) w rzutach karnych. Vamos Bosteros, Vamos a ganar! Ponoć lepszym sprzyja szczęście. Teraz kolej na wielki finał.

6

@FCBparasiempre
5 października 1949 r. urodził się Zygmunt Garłowski, pomocnik. ,,Był kochanym bratem, tęsknił za nami. Gdy po urlopie znowu leciał do Australii, mówił że jeszcze tylko 4 lata, byle do emerytury i na stałe wróci do Polski. Wtedy widziałem go ostatni raz. Zmarł nagle. Do Polski wróciły już tylko jego prochy.”- mówi o Zygmuncie Garłowskim jego młodszy brat Ireneusz. Zygmunt to legenda Śląska Wrocław, kapitan i najlepszy strzelec drużyny, która w 1977 roku zdobyła pierwsze mistrzostwo Polski. Mistrzem w drużynie był również Ireneusz – niezły boczny pomocnik lub obrońca ale w cieniu błyszczącego na boisku brata. ,,Wszędzie szliśmy razem bo Zyga o mnie pamiętał. Nie tylko o mnie ale o całej rodzinie. Gdy gdzieś miał się przenieść, przenosiliśmy się wszyscy. Od dziecka zapowiadał się na superpiłkarza, więc ojciec uznawał że trzeba dostosować się do jego piłkarskich planów. Miałem 15 lat i pojechaliśmy do Bytomia bo Zygmunta chciała Polonia, tyle że Górnik Wałbrzych ani myślał go puszczać, więc czekaliśmy tam dobrych kilka tygodni na rozwój wypadków. Potem włączył się ROW i zamieszkaliśmy w Chwałowicach pod Rybnikiem. Musieliśmy wracać do Wałbrzycha bo Zygmuntowi groziła długa karencja.”- wspomina brat Irek. Dopiero 5 lat później Garłowskiego z Górnika Wałbrzych wyciągnął Śląsk Wrocław. ,,Argument służby wojskowej nie wchodził w gre bo brat formalnie był zatrudniony w kopalni na etacie górnika dołowego a tych do wojska nie brali. Trzeba się było zwyczajnie dogadać i gdy Śląsk już dopiął swego, Zygmunt przyjechał po mnie na zgrupowanie Górnika. Powiedział że wszystko załatwione i ja też się przenosze. Zyga był dla mnie piłkarskim wzorem już w naszej rodzinnej Bielawie i w pierwszym klubie, czyli w Bielawiance. Chodziłem na jego mecze jako kibic i też grałem w piłke. Nigdy jednak mu nie dorównałem, nie miałem takiego talentu ”- mówi o 4 lata młodszy brat. Z Bielawy(oczywiście również razem) bracia przenieśli się do pobliskiego Wałbrzycha. W mieście funkcjonowały 2 drugoligowe kluby. O Zygmunta mocno zabiegał Thorez, który za chwile zmienił nazwę na Zagłębie. Gdyby wybrał te oferte, jego kariera pewnie nabrałaby większego rozpędu bo już w następnym sezonie zespół awansował do Ekstraklasy ale… ,,Na Thoreza kategorycznie nie zgadzał się ojciec. Uważał że to mocno ,,czerwony” klub. Samo nazwisko francuskiego komunisty w nazwie było skutecznym straszakiem dla taty, byłego żołnierza Armii Krajowej. Jego synowie nie mogli przecież grać w Thorezie!”- wspomina Ireneusz. Zygmunt trafił więc do sąsiada zza miedzy. W 1968 r. Górnik Wałbrzych zdobył mistrzostwo Polski juniorów. Na turnieju finałowym w Mielcu błyszczał Zygmunt Garłowski. W drużynie gospodarzy grał Grzegorz Lato, w Lechii Gdańsk wschodząca gwiazda trójmiejskiej piłki Zdzisław Puszkarz… Na przenosiny do Śląska duży wpływ miała również głowa rodziny Garłowskich. Wrocławianie akurat awansowali do elity, Górnik spadał do 3 ligi. Mimo że w Śląsku nie brakowało w tamtych czasach bardzo dobrych ofensywnych piłkarzy, jak Sybis, Kwiatkowski i Pawłowski, to Zygmunt nie tylko potrafił dogrywać kolegom piłke ale i sam był niezłym egzekutorem. Do niego należało też wykonywanie rzutów karnych. Przed finałami mistrzostw świata w 1974 r. był w szerokiej kadrze reprezentacji Polski. Kazimierz Górski dał mu szanse w towarzyskim meczu z Grecją ale po zaledwie 45 minutach został ściągnięty i mógł zapomnieć o turnieju. W pierwszej połowie zmarnował świetną okazje strzelecką i podobno w tym momencie selekcjoner uznał że nie potrzebuje go w 22-osobowej ekipie. ,,Zyga był raczej skryty, nie lubił głośno rozstrząsać takich spraw a już na pewno nie w jego stylu było użalanie się nad sobą. Dało się jednak wyczuć że brak powołania go zabolał a czy zadecydowała jedna zepsuta okazja? Jakiś powód musiał być, no i pamiętajmy że oprócz Deyny w środku pola grali Kasperczak, Ćmikiewicz i Maszczyk. Strasznie trudno było wskoczyć do takiej ekipy.”- zaznacza Ireneusz Garłowski. Tyle że jego brat przegrał walkę o miejsce w kadrze bezpośrednio z Romanem Jakóbczakiem. Pomocnik Lecha w tym ostatnim sprawdzianie z Grekami nie zmarnował szansy, strzelił gola. Górskiemu musiało się to spodobać. Zygmunt generalnie nie miał szczęścia do seniorskiej kadry. Nie było go też w drużynie na igrzyskach olimpijskich w Monrealu. Schemat się powtórzył: szansa pokazania się w ostatnim przedturniejowym meczu z Irlandią i zejście z boiska już po 45 minutach z negatywną cenzurką. Za to Śląsk nieustannie liderował! Nie chodzi tylko o mistrzowski sezon ale też o finał Pucharu Polski, kiedy w 1976 golem z rzutu karnego w starciu ze Stalą Mielec przypieczętował zdobycie trofeum, oraz o dobre mecze w europejskich pucharach, łącznie z ćwierćfinałem Pucharu Zdobywców Pucharów. Kapitanem drużyny przestał być po odejściu trenera Żmudy, kiedy zespół przejął Aleksander Papiewski. Nie tylko dla obu Garłowskich najważniejszym trenerem w historii Śląska pozostaje Władysław Zmuda. To on ,,przerobił” Zygmunta na środkowego pomocnika bo najpierw był napastnikiem. ,,W moim Śląsku zajął się organizacją gry ofensywnej. Tworzył w tej strefie bardzo interesujący duet z Janem Erlichem, który z kolei miał więcej zadań defensywnych. To byli świetni gracze. Mundial w Niemczech? Może jednak był za spokojny? Na pewno nie miał charakteru człowieka, który zawsze potrafi bić się o swoje. Nie chcieli go, to się nie napraszał. Troche mu chyba brakowało przebojowości poza boiskiem, charakterystycznej dla kilku innych piłkarzy, którzy zaistnieli w kadrze. W Śląsku nie musiał się przepychać łokciami bo szybko poznaliśmy jego wartość. Ani w szatni, ani poza klubem nie był wodzirejem. Co innego na boisku: tu miał kompletne papiery na kreowanie gry! Dlatego był kapitanem drużyny. Wydaje mi się że z powodu cech osobowościowych i boiskowego znaczenia dla Śląska był tym, kim Deyna dla Legii. Jego największą zaletą była umiejętność szybkiego wyboru najlepszego rozwiązania w danej sytuacji. Do każdej drużyny zawsze uporczywie szukałem tego typu piłkarza, bo to stanowiło bazę do wielu innych działań i cieszyłem się że w Śląsku trafiłem na kogoś takiego. Gdybym nie miał wtedy Zygmunta, zdecydowanie musiałbym szukać innych rozwiązań. Jego nie dałoby się ot tak zastąpić kimś innym, takich piłkarzy nie spotyka się codziennie na ulicy”- podkreśla trener Żmuda. Zygmunt ze Śląskiem rozstał się zimą 1981 r. Miał wówczas 32 lata, więc skorzystał z okazji i wyruszył do Australii, gdzie grał w Polonii Soccer Club. Wybrał się tam z dawnymi kolegami ze Śląska: Zygmuntem Kalinowskim i Henrykiem Sobczykiem oraz Antonim Galasem z Zagłębia Wałbrzych. Brat mieszkał w St. Marys i jak to już wcześniej bywało, załatwił miejsce w drużynie także dla mnie. Dołączyłem do niego razem z Henrykiem Kowalczykiem. Wszyscy graliśmy w Polonii Soccer Club.”- opowiada brat Ireneusz. Bracia wrócili do Polski w 1984 r. Zygmunt zaliczył jeszcze epizod w Polarze Wrocław. Później przez niecały sezon był asystentem Apostela w Śląsku. W 1987 r. Zygmunt Garłowski ponownie poleciał do Australii, tym razem już na stałe. ,,Miał australijski paszport, mógł więc legalnie tam zarabiać. Nieźle mu się wiodło ale mówił że gdy skończy 62 lata i zapracuje na australijską emeryture, to na pewno wróci do Polski.”- wspomina brat Irek. Wiosną 2007 r. przyleciał na krótki urlop do kraju. ,,Nie miałem pojęcia że widzimy się po raz ostatni. Odliczaliśmy te jego lata do emerytury. Pożegnaliśmy się a za chwile miała lecieć do niego żona i nagle przyszła ta tragiczna wiadomość. Skok ciśnienia, wylew! A nigdy nie chorował, nie narzekał.”- kręci z niedowierzaniem głową brat legendarnej gwiazdy Śląska. Prochy Zygmunta Garłowskiego wróciły do Polski. Pogrzeb odbył się 12 lutego 2008 roku na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu.

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(wiecie gdzie czytać):

@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

8

Był sobie trener:

5 października 1997 r. trybuny Camp Nou wygwizdały Luisa Van Gaala. Rzadko zdarza się tak, iż nowy trener dopiero buduje nowy zespół, drużyna wygrywa cztery pierwsze mecze sezonu, w piątym prowadzi już od 6 minuty a trybuny reagują gwizdami. Dwa gole dla gości z Tenerife, przedzielone zmianą idola trybun Ivana de la Peñi, dolały jedynie oliwy do ognia. Rozwścieczeni kibice już w 25 minucie żegnali trenera białymi chusteczkami. Ostatecznie Blaugrana wygrała 3:2, lecz niezadowolenie trybun było słyszalne przez pełne 90 minut. ,,Wiem że zmiana Ivana była niespodziewana ale musiałem to zrobić. Mówiłem mu że musi uważać na Juanele. Poza tym w ofensywie też podawał niecelnie. Ja podejmuje ryzyko w przeciwieństwie do innych trenerów. Gdybyśmy przegrali, również uważałbym że miałem racje”- podsumował swoje decyzje Van Gaal.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?