FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@MarioVeB! Wątpie...
0
Oglądałem wczoraj mecz Holandii z Francją, no i na tych drugich nie ma mocnych. Jeśli Francuzi nie wygrają mistrzostw europy to bedzie niespodzianka. Argentyna i Francja to najlepsze drużyny na świecie i to nie przypadek że spotkały się w finale mistrzostw świata. Poza tym trzeba się modlić żeby Kylian Mbape nigdy nie trafił do Realu Madrid, gdyż ,,my" nie mamy takiego piłkarza żeby się mu przeciwstawić. A ten cały Czawi Simons to co on robi tam w Holandii? On powinien grać dla naszej Barcuni a przynajniej dla Hiszpanii
7
@FCBparasiempre
13 października 1955 roku w maleńkim Zelowie urodził się Krzysztof Surlit. Jego rzuty wolne wprawiały w osłupienie publiczność oraz bramkarzy drużyn przeciwnych. Stałe fragmenty i strzały z dystansu to była jego specjalność. Strzelał bramki największym zespołom z europejskiej czołówki, z Manchesterem United i Juventusem na czele. Niedoceniany symbol Widzewa, który po odejściu jego największych gwiazd – Zbigniewa Bońka i Władysława Żmudy – przyczynił się do jednego z największych sukcesów w historii polskiej klubowej piłki nożnej. Swój żywot zakończył tam, gdzie czuł się najlepiej – na boisku. Poznajcie historię (nie)zapomnianego Krzysztofa Surlita. Mieszkający niewiele ponad 50 km od Łodzi młody zawodnik pierwsze piłkarskie kroki stawiał w miejscowym Włókniarzu. Do Widzewa trafił jeszcze przed ukończeniem 18. roku życia. Być może transfer ten nie doszedłby do skutku, gdyby nie fakt, iż w tym samym czasie do klubu mieszczącego się przy alei Piłsudskiego trafił z Legii starszy brat Krzysztofa Surlita, Wiesław. W roku 1973 zaczął pisać swoją piękną historię, która jest nieodłącznie związana z łódzkim zespołem. Piłkarz ten stanowił symbol słynnego „widzewskiego charakteru”. Hasło, dziś powtarzane chyba nad wyraz, dawniej znaczyło wiele. Wola walki, agresja, gra do upadłego – te wszystkie cechy odzwierciedlały jego grę. Na co dzień był raczej spokojnym człowiekiem, ale na boisku pozostawiał całe swoje serce. Słysząc o atomowych strzałach, mamy przed oczami takich piłkarzy, jak Ronald Koeman czy Roberto Carlos. Pod tym względem Krzysztof Surlit nie miał się jednak czego wstydzić i w niczym nie ustępował wyżej wymienionym gwiazdom. Stałe fragmenty wykonywał z nieprawdopodobną siłą oraz precyzją. Posyłane przez niego piłki nabierały niebywałej rotacji i leciały niczym pociski. Nieważne, czy strzelał z trzydziestu czy czterdziestu metrów. Bramkarzom, którym dane było posmakować jego piekielnych strzałów, wielokrotnie wyginały się ręce lub odparzały dłonie. Józef Młynarczyk, czyli drugi w historii Polak mogący pochwalić się zdobyciem Pucharu Mistrzów, wspominał, że stracił przytomność na jednym z treningów, gdy futbolówka uderzona przez Krzysztofa trafiła go w głowę. Siłę miał nie tylko w nogach, ale i w rękach. Przekonał się o tym pewnego razu jego kolega z zespołu – Zdzisław Rozborski, kiedy po jednym z powitalnych uścisków dłoni, wylądował na pogotowiu z pękniętym palcem. Styl Widzewa odpowiadał charakterowi samego zawodnika. Był to bardzo kompatybilny zestaw. Pierwsze problemy pojawiły się wraz z zawiadomieniem o obowiązku odbycia służby wojskowej. Klub z alei Piłsudskiego za wszelką cenę chciał zatrzymać swojego utalentowanego gracza, dlatego postanowił oddać go na jakiś czas do Startu Łódź. Cały plan spalił jednak na panewce, a piłkarz trafił ostatecznie do Zawiszy Bydgoszcz. Do swojego Widzewa powrócił w roku 1977 i grał tam aż do pamiętnego sezonu 1982/1983, jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego w historii klubowej polskiej piłki nożnej. Koniec lat 70. i początek 80. to bez wątpienia złoty okres w historii Widzewa. Klub, który dziś przeżywa wielki kryzys, świecił wtedy pełnym blaskiem. Kiedy Legia dotarła do półfinału Pucharu Mistrzów w sezonie 1969/1970, „Widzewiacy” zwyciężali w rozgrywkach okręgowych. Dwa lata później awansowali do drugiej ligi, do pierwszej – w roku 1975. Któż spodziewał się wówczas, iż to właśnie oni będą na ustach całej piłkarskiej Polski, a nie odwieczny rywal ze stolicy? Krzysztof Surlit nie strzelał zbyt wielu goli, ale zazwyczaj były to bramki kluczowe. Tak było chociażby w sezonie 1980/1981, gdy Widzew w 1/32 Pucharu UEFA sensacyjnie wyeliminował słynny Manchester United. Decydujące okazało się pierwsze spotkanie – RTS zremisował na Old Trafford 1:1. Gola na wagę awansu zdobył już w 6. minucie Surlit. Nie trzeba chyba dodawać, że bezpośrednio z rzutu wolnego… Rewanż zakończył się bezbramkowym remisem i to Łodzianie przeszli dalej. Swoją przygodę zakończyli w 1/8, kiedy musieli uznać wyższość angielskiego Ipswich Town. Największą sławę przyniosły mu jednak trafienia przeciwko Juventosowi. Sezon 1982/1983 na stałe zapisał się na kartach historii polskiego futbolu. Bez względu na sympatie klubowe, cała Polska kibicowała Widzewowi, który szedł jak burza i eliminował coraz mocniejszych rywali. W 1/16 piłkarze z alei Piłsudskiego poskromili Rapid Wiedeń. Nie pomógł nawet rzut karny strzelony po firmowym uderzeniu Antonina Panenki. W ćwierćfinale polskiemu zespołowi przyszło mierzyć się z naszpikowanym gwiazdami Liverpoolem. Ian Rush, Kenny Dalglish czy Bruce Grobbelaar, który przed Jerzym Dudkiem jako pierwszy zaczarował swoim tańcem przeciwników w finale Pucharu Mistrzów (stanie się to dopiero w 1984 roku). To tylko niektóre z wielkich nazwisk tamtej drużyny. „Widzewski charakter” pokazał wówczas swoją siłę jak nigdy dotąd. Zacięty bój, pełen emocji dwumecz i walka do samego końca dały Widzewowi przepustkę do półfinału. Tam czekał na nich Juventus Turyn. Zawodnikiem Starej Damy był już wtedy Zbigniew Boniek. Podopieczni Władysława Żmudy (nie mylić z byłym piłkarzem Widzewa, słynnym reprezentantem Polski) przegrali w Turynie 0:2. W drugim spotkaniu zremisowali 2:2 i, będąc o krok od wielkiego finału, pożegnali się z turniejem. Dwa gole strzelił wówczas Krzysztof Surlit; i to nie byle komu, bo samemu Dino Zoffowi. Widzewiacy mieli nadzieję na ostateczne zwycięstwo do samego końca, gdyż wygrywali 2:1. W końcówce jednak Michel Platini pewnie wykonał rzut karny podyktowany za faul na… Zbigniewie Bońku. Włosi zrewanżowali się tym samym za porażkę sprzed dwóch lat, kiedy to konkurs rzutów karnych zadecydował o tym, iż Widzew wyeliminował Juventus w 1/16 Pucharu UEFA. Niewątpliwie dwa gole z Juve umocniły nieco zapomnianą dziś legendę Krzysztofa Surlita. Ciekawa wobec tego wydaje się historia, którą można przeczytać w książce „Wielki Widzew”. Stefan Szczepłek jako jeden z niewielu dziennikarzy nie wystawił mu pochlebnej recenzji po tym spotkaniu. Napisał: „paradoksem jest, że gole zdobył jeden ze słabszych graczy”. Bohater tego artykułu po przeczytaniu tekstu podobno długo wpatrywał się w podsuniętą kartkę, a po głębszym zastanowieniu miał powiedzieć do kolegów: „on to wpier…”. W latach 90., czyli wiele lat po tym wydarzeniu, jego kolega z boiska, Tadeusz Świątek, zapytał o finał całej sprawy. Krzysztof wyciągnął tę samą kartkę, którą tamtego dnia wsunął to portfela, i rzekł: „Jeszcze go nie spotkałem, ale jak spotkam, to ją wpier…”. Stefan Szczepłek pytany o tę sytuację wspominał, że spotkali się potem kilka razy, ale nie wracali do tematu. W koszulce Widzewa wystąpił łącznie 176 razy i strzelił 30 bramek. Przyczynił się do zdobycia dwóch tytułów mistrza Polski w 1981 i 1982 roku. Jego gole z Manchesterem United i Juventusem Turyn po dziś dzień z nostalgią są wspominane przez wiernych kibiców łódzkiego klubu. Nigdy nie dane mu było wystąpić w dorosłej reprezentacji, choć niewiele brakowało, by pojechał na mistrzostwa świata do Argentyny w 1978 roku. Znalazł się w szerokiej czterdziestoosobowej kadrze, ale na mundial ostatecznie nie został powołany. W dorobku ma jedynie 8 występów w drużynie U-21. Krzysztof Surlit był prawdziwym twardzielem z krwi i kości. Do spotkań podchodził bardzo emocjonalnie. Po zawieszeniu butów na kołku próbował swoich sił jako trener i sędzia piłkarski. W latach 1999-2001 był nawet II trenerem swojego ukochanego Widzewa. 23 września 2007 roku wystąpił w pokazowym spotkaniu Gwiazd Polskiej Piłki Nożnej z Oldbojami Pogoni w Szczecinie. Jak później się okazało, był to ostatni mecz w jego życiu. Krzysztof Surlit zasłabł nagle podczas tego widowiska. Został przewieziony do szpitala, ale próby reanimacji nie powiodły się. Spoczywa na katolickiej części cmentarza na Zarzewiu w Łodzi.
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu, zwłaszcza ,,WIELKIEGO WIDZEWA”:
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Kessie
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
8
Zapomniane legendy polskiego pochodzenia:
13 października 1931 r. urodził się Raymond Kopaszewski, pomocnik, 3-krotny Zdobywca Pucharu Mistrzów pod rząd(1957,1958,1959 z Realem Madryt) ; Zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’ za rok 1958 oraz Najlepszy piłkarz Mistrzostw Świata w Szwecji(1958). Raymond Kopa Kopaszewski, czyli ,,Napoleon Futbolu” to chyba jedyny polski akcencik w Realu Madryt. Jak wiadomo nie grał on jednak dla reprezentacji Polski tylko dla Francji i siebie uważa bardziej za Francuza. Jego rodzice byli polskimi emigrantami, którzy przenieśli się do Francji(ojciec pracował w górnictwie) ze względu na trudną sytuację ekonomiczną w Polsce po odzyskaniu niepodległości. A szkoda bo niewątpliwie Kopa mógł być najlepszym piłkarzem w historii polskiej piłki. Jeśli chodzi o obecne czasy porównywać go można tylko z Zidanem... Piłką zaczął interesować się już w wieku 6 lat a klubem z którym w wieku 10 lat zaczął swoją wielką przygodę z futbolem był US Noeux-Les Mines. W rodzinie niestety nie przelewało się i 14-letni Raymond zaczął pracować w kopalni. Trzy lata spędził pracując w ciemnościach 600 metrów pod ziemią. Popołudniami jednak mimo zmęczenia nie rozstawał się z piłką, była to jedyna szansa na wyrwanie się z kopalni i z miasta. I tak został piłkarzem drugoligowego SCO d'Angers, gdzie grał dwa lata. Tam poznał swoją przyszłą żonę Christiane, której brat był zawodnikiem d'Angers od zawsze. Kopa swoją grą szybko zainteresował większe kluby i w 1951 roku za 1 800 000 franków został zawodnikiem Stade de Reims, zwolennikiem tego transferu był trener Reims Albert Batteux, który wypatrzył Raymonda podczas towarzyskiego meczu. Marzenia zaczęły się spełniać.
Na początku publiczność domagała się od niego tego, z czego słynął w drugiej lidze - dryblingów. I Kopa spełniał te zachcianki. Dopiero, gdy Batteux powiedział mu, że zacznie grać dla drużyny albo wylatuje z drużyny przestał i tak narodził się jeden z największych dyrygentów piłkarskich w historii. Stade de Reims szybko zaczęło dominować we Francji. W 1953 i 1955 roku Kopaszewski mógł dopisać do swojego konta pierwsze sukcesy - mistrzostwo Francji. Mało tego, w 1953 r. w Latin Cup, pucharze, który w owych czasach cieszył się sporym prestiżem, pokonali w finale AC Milan 3:0 a mistrzostwo z 1955 było przepustką do odbywających się pierwszy raz w historii rozgrywek o Puchar Mistrzów. Francuzi doszli do finału, gdzie spotkali oczywiście... Real Madryt. Bernabeu już od jakiegoś czasu przyglądał się Kopie i było bardzo prawdopodobne, iż ten wyląduje niedługo w Madrycie. Póki co miał do rozegrania mecz, a przystąpił do niego z bolącą kostką. I mimo, że starał się jak mógł nie zapobiegł porażce Reims 3:2. A od następnego sezonu na mecze zakładał już biała koszulkę. Nie można powiedzieć, aby francuski klub nie wyszedł na swoje - za transfer otrzymał 52 miliony franków. Za te pieniądze Reims sprowadził do siebie znaną trójkę: Fontaine, Vincent, Piantoni. Hiszpańscy fani szybko zaczęli mówić na niego Kopitta'. W Madrycie został skrzydłowym i w tej roli sprawdził się znakomicie. W dużym stopniu przyczynił się do sukcesów Królewskich, w tym dwóch mistrzostw Hiszpanii: 1957 i 1958 i trzech Pucharów Mistrzów: 1957, 1958 i 1959. I po trzech latach gry w Realu Madryt zdecydował się wrócić do Reims, być może dlatego, iż w Madrycie oprócz niego o grze decydowały takie gwiazdy jak Gento, Di Stefano i Puskas. Właśnie ten ostatni stał się idolem Francuza w Królewskich. Bernabeu próbował zatrzymać go w Madrycie - zaproponował pięcioletni kontrakt z podwojoną gażą. Jednak nie przekonał Kopy. Lecz trzy lata wystarczyły by stać się jasnym punktem w gwiazdozbiorze Królewskich. Zagrał w białych barwach 79 razy w La Liga strzelając 24 bramki i 22 mecze w Pucharze Mistrzów zaliczając 6 trafień. A w Reims znów powstała wspaniała ekipa: Kopa, Fontaine, Vincent, Jonquet, Penverne... W 1960 roku potwierdzili dominację we Francji, by powtórzyć sukces w 1962. Powoli jednak jego kariera dobiegała końca i w 1967 zawiesił buty na kołku. Jednak mówiąc o Kopie nie można zapominać o dokonaniach reprezentacyjnych. Zadebiutował 5 października 1952 roku meczem z RFN wygranym 3:1. Uczestniczył w nieudanych dla Francuzów Mistrzostwach Świata w 1954 roku. Rok później rozegrał świetne spotkanie w Madrycie z Hiszpanią wygrane 2:1 przez gości. Prawdopodobnie właśnie od tego momentu Bernabeu zapragnął mieć go u siebie. Wreszcie Mistrzostwa Świata 1958 roku. Tam Francuzów, którzy grali w składzie: Abbes - Kaebel, Jonquet[k], Lerond - Penverne, Marcel - Wiśniewski, Fontaine, Kopa, Piantoni, Vincent, zatrzymuje dopiero w półfinale Brazylia z takimi tuzami jak Didi, Pele, czy Garrincha. Francuzi grali w zasadzie w 10, gdyż od 35 minuty kontuzjowany Jonquet tylko spacerował po boisku, a zmian wtedy nie było. Na pocieszenie Francuzi pokonują w Göteborgu ówczesnego mistrza świata RFN 6:3 i zajmują 3 miejsce. Fenomenalnie grającego Kope okrzyknięto najlepszym piłkarzem World Cup! W ogromnej mierze dzięki jego grze Just Fontaine zostaje królem strzelców mistrzostw z rekordowym wynikiem 13 goli. Oprócz tego Raymond został nagrodzony Złotą Piłką za rok 1958. Ostatni raz trykot ,,Les Bleus” założył 11 listopada 1962 roku mając na koncie 45 występów i 18 goli. Jakiś czas temu przypomniał się Polsce, kiedy to w wieku 68 lat był gościem honorowym podczas meczu Polska - Francja na Saint Denis. O dziwo Polacy zaprezentowali wtedy dobry futbol i przegrali tylko 1:0('88 Zidane) i otrzymali pochwały za grę od Napoleona futbolu. Kopa został tak nazwany ze względy na swój geniusz i warunki fizyczne. W czasie piłkarskiej kariery mierzył tylko 169 centymetrów i ważył 68 kilogramów. W grudniu 2002 uczestniczył w obchodach stulecia Realu Madryt.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Po prostu El Clasico:
13 października 1999 r. na Camp Nou rozegrane zostało ligowe El Clasico, które zakończyło się wynikiem 2:2. To był najlepszy Klasyk z Realem od lat. W meczu nie brakowało goli, sytuacji strzeleckich i kontrowersji. Zawieszony trener Realu John Toshack zasiadł na trybunach. Goście wyszli aż czterema napastnikami. Już w pierwszej połowie Sergi powinien był być usunięty z boiska po wybiciu piłki ręką z linii bramkowej po strzale Geremiego, najlepszego gracza Realu w tym meczu. Zamiast tego Van Gaal zmienił Sergiego(zresztą bardzo niezadowolonego z tej decyzji) na Puyola. W drugiej połowie dzięki świetnej grze Figo, Blaugrana wyszła na prowadzenie 2:1 ale krótko po tym w 55 minucie za obrażanie sędziego został usunięty z boiska Kluivert. Tuż przed końcem spotkania wyrównał Raul Gonzalez(drugi gol w meczu), który palcem przyłożonym do ust uciszył Capm Nou. Był to pierwszy remis tych drużyn na Camp Nou po sześciu zwycięstwach Barçy z rzędu bez straty gola. Zainteresowanie meczem było ogromne, klub zainstalował 30 dodatkowych krzesełek w loży honorowej.
Przypomnijmy:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
5
Wybitne postacie Dumy Katalonii, o których żaden cule nie powinien zapominać:
13 października 1872 r. w Hottingen urodził się Walter Gustaw Wilde, szwajcarski elektryk ale przede wszystkim pierwszy w historii prezydent FC Barcelony! Wild był jedną z dwunastu osób na spotkaniu, na którym powstał klub, które odbyło się w gimnazjum Solé 29 listopada 1899 roku. Pochodzący z zamożnej szwajcarskiej rodziny był najstarszym z pierwotnych członków klubu a jego koledzy jednogłośnie mianowali go prezesem. Wild był bardzo wszechstronnym dżentelmenem, który pojawił się również w dziesięciu meczach FC Barcelony, w tym w pierwszym z drużyną kolonii angielskiej. Jednak na zawsze będzie najbardziej zapamiętany z tego co zrobił jako prezydent. Wild zezwolił na wykorzystanie swojego mieszkania w Carrer Princesa na posiedzenia zarządu i prowadził nieustanny spór dyplomatyczny z FC Català, który był najstarszym klubem piłkarskim w Barcelonie. Jednym z najważniejszych osiągnięć Wilda jako prezydenta był sposób, w jaki udało mu się zdobyć dla Barçy swój pierwszy stadion bez konieczności dzielenia się nim z FC Català, przy Hotelu Casanovas. Walter Wild był trzykrotnie ponownie wybierany na prezydenta między 13 grudnia 1899 a 27 grudnia 1900, ale został zmuszony do rezygnacji 25 kwietnia 1901, ponieważ musiał wyjechać do Anglii, będąc prezesem FC Barcelona przez 513 dni. Tego samego dnia, w którym złożył rezygnację, został mianowany członkiem honorowym w uznaniu za wszystko, co zrobił dla klubu. Wild bardzo rzadko śledził późniejszy rozwój klubu a prawie pół wieku później, kiedy był gościem honorowym Złotej Rocznicy FC Barcelony, był zdumiony, widząc, jak urósł klub, którym przewodniczył ponad 50 lat wcześniej.
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
9
Najstarsze i najwspanialsze turnieje świata:
12 października 1924 r. meczem Paragwaj-Argentyna w Montevideo, rozpoczęła się 8 edycja Copa America. Pierwotnie turniej miał się odbyć w Paragwaju, gdyż wcześniej przyjęto zasade rotacyjną. Okazało się jednak że impreza tej rangi przerasta organizacyjne możliwości Asuncion i w efekcie turniej przeniesiono do Urugwaju. Startowały 4 ekipy, z których tylko Chile pogodziło się z rolą chłopca do bicia. Pozostałe trzy toczyły zażarte, wyrównane boje. Argentyński futbol był wówczas pogrążony w organizacyjnym chaosie, który podobnie jak w Urugwaju przybrał postać Wielkiej Schizmy(Asociasion Argentina kontra Asociasion Amateur), lecz przebiegał o wiele drastyczniej. Tak dalece że wielkie kluby zrzeszone w konkurencyjnej lidze zbojkotowały reprezentację. Sklecono ją więc z zawodników stołecznych Boca Juniors i Huracan oraz klubów prowincjonalnych. W tej sytuacji ciężar gry spoczywał na wypróbowanej już, żelaznej defensywie Boca(m.in. genialny bramkarz Tesoriere) i sprawdzonym także wcześniej doskonałym środkowym napastniku z Cordoby, Gabino Sosa. Natomiast Urugwaj, świeżo upieczony mistrz Olimpijski(co traktowano wówczas jako mistrz Świata) przystąpił do ostatniego meczu turnieju(de facto finału) z Argentyną w niemal identycznym ,,olimpijskim” składzie. Mecz zakończył się rezultatem 0:0 co dało pierwsze miejsce w grupie Urugwajowi, który tryumfował po raz piąty w historii.
Również 12 października tyle że 2 lata później(1926) mecz Chile-Boliwia w Santiago, zakończony zwycięstwem gospodarzy 7:1 zainaugurował 10 edycje Copa America. Po raz pierwszy w turnieju uczestniczyła Boliwia, która nawet nie mogła marzyć o najskromniejszym remisiku tracąc aż 24 gole! Niewiele lepiej zaprezentował się Paragwaj osłabiony brakiem świetnego Rivasa. Gospodarze wznieśli się na szczyty swoich możliwości szaloną ambicją nadrabiając pewne niedostatki techniczne. T ofiarność przyniosła zaszczytny remis 1:1 z Argentyną, lecz na Urugwaj już nie wystarczyła. Argentyna przywiozła do Santiago na ogół piłkarzy już dobrze znanych. Co raz któryś wyróżniał się bajeczną techniką i precyzją strzałów, jak choćby legendarny Gabino Sosa, zwany ,,Payador de la Redonda”. Payador to taki śpiewający gaucho, poetycki trubador argentyńskiej pampy. Zaś redonda, dosłownie ,,okrągła” to nic innego jak piłka. U boku Sosy pojawił się kapitalnie grający głową napastnik Roberto Cherro z Boca Juniors. Jednak nawet tak wybitni gracze nie byli w stanie sprostać drużynie ,,Celestes”, która wreszcie przestała upajać się wspomnieniami olimpijskiego tryumfu i po prosto ostro zabrała się do roboty. W efekcie Urugwaj w decydującym meczu pokonał Argentynę 2:0 i do wawrzynu olimpijskiego dorzucił laur kontynentalny. Królem strzelców został natomiast Chilijczyk David Arellano z 7 golami, jednak najlepszym piłkarzem turnieju został wybrany legendarny Jose Leandro Andrade. Warto również wspomnieć iż równie legendarny Hector Scarone strzelił aż 5(!) goli w jednym meczu(Urugwaj-Boliwia 6:0).
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Arkon
@AssisMoreira
0
@FcPortoFan1999 Jeśli dzisiaj nie wygramy przynajmniej 1:0 z ,,kelnerami", to PZPN absolutnie powinien wycofać reprezentacje z rozgrywek eliminacji do Euro 2024. Takie jest moje skromne zdanie...
7
@FCBparasiempre
Pan Roman był dobrze zapowiadającym się bokserem. Wrodzona duma sprawiła, że po pewnym turnieju rzucił rękawice w kąt i zajął się na poważnie piłką nożną. Jego kariera to seria wzlotów i upadków. Przez nieudane spotkanie z Węgrami nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie. W meczu przeciwko Hiszpanii zaprezentował się na tyle dobrze, że podobno zainteresował się nim Real Madryt. Jedna przesłana wiadomość sprawiła, że został odsunięty od kadry na dziesięć lat. Poznajcie historię Romana Korynta, swego czasu, najlepszego obrońcy w naszym kraju. Tylko najlepsi z najlepszych zyskują status legendy za życia. Roman Korynt był dla Lechii tym, kim Gerard Cieślik dla Ruchu i Lucjan Brychczy dla Legii. Być może najwierniejsi sympatycy wymienionych zespołów popukają się w czoło na takie stwierdzenie, lecz były polski obrońca to ktoś naprawdę wyjątkowy. Jeszcze nie tak dawno, kiedy Roman Korynt pojawiał się na stadionie w Gdańsku, ludzie wstawali z miejsc. To mówi samo za siebie. Roman Korynt przyszedł na świat 12 października 1929 roku w Tczewie. Kiedy miał kilka miesięcy, jego rodzice postanowili przeprowadzić się do Gdyni. Co ciekawe, to właśnie w tym mieście mieszka do dziś, chociaż jego nazwisko niezaprzeczalnie jest kojarzone z Gdańskiem. Już jako kilkunastoletni chłopiec musiał pomóc rodzinie, dorabiając jako pomocnik kowala. Ośmiogodzinna harówka przy użyciu dziesięciokilogramowego młota. I tak dzień w dzień. Ciężka praca od najmłodszych lat zahartowała jego ciało i wpłynęła na osobowość przyszłego nieustępliwego obrońcy. Pan Roman podczas jednego z wywiadów udzielonego dla portalu „Łączy nas piłka” podsumował to w ten sposób: ,,Jako nastolatek nabiłem muskuły. Po czterech miesiącach przyszło wyzwolenie, Niemcy poszli, a muskuły zostały”. Zainteresowanie sportem sprawiło, że po zakończeniu wojny zaczął treningi w miejscowym Gromie. W gdyńskim klubie uprawiał zarówno piłkę nożną jak i boks. Z początku wydawało się, że to właśnie pięściarstwo jest jego przeznaczeniem. Korynt zdradzał nieprzeciętny talent. Dwukrotnie został mistrzem Wybrzeża juniorów. W książce Pana Stefana Szczepłka „Moja historia futbolu” możemy przeczytać o tym, iż do treningów zachęcał go legendarny Feliks Stamm – podoficer Wojska Polskiego i wychowawca wielu przyszłych mistrzów boksu – Jerzego Kuleja, czy Zbigniewa Pietrzykowskiego. Korynt był również sparingpartnerem „Bombardiera z Wybrzeża”, pierwszego powojennego medalisty olimpijskiego – Aleksego Antkiewicza. Jedna sytuacja sprawiła, że przyszły reprezentant Polski porzucił marzenia o pięściarstwie. Podczas pewnego turnieju został zwyczajnie oszukany przez sędziów, którym zależało na zwycięstwie boksera Gwardii. Korynt, wyraźnie lepszy od swojego przeciwnika, postanowił unieść się dumą i raz na zawsze zakończyć przygodę z boksem. Nie zerwał jednak całkowicie ze sportem. Poświęcił się za to jednej dyscyplinie – piłce nożnej. Wtedy też przeniósł się z Gromu do nieco zapomnianego dziś, najstarszego klubu w Gdańsku – Gedanii. Po dwóch latach przyszło zawiadomienie o obowiązku odbycia służby wojskowej, przez co zawodnik musiał zmienić otoczenie. Początkowo trafił do zwyczajnej jednostki, gdyż nowi koledzy nie znali jego sportowej przeszłości. Z czasem wznowił treningi w drużynie OWKS Lublin, skąd bardzo szybko został dostrzeżony przez CWKS. W barwach Legii zadebiutował 22 lipca 1951 roku w meczu przeciwko Gwardii. Co ciekawe, w tym samym spotkaniu pierwszy mecz w barwach Wojskowych rozegrał Leszek Jezierski, także sprowadzony z Lublina. Niecały rok później, 25 maja 1952 roku, Roman Korynt zadebiutował z orzełkiem na piersi. Towarzyska potyczka przeciwko Rumunii w Bukareszcie zakończyła się minimalną porażką biało-czerwonych 0:1, a zawodnik Legii przebywał na boisku od początku do końca spotkania. Jak sam przyznawał po latach, niewiele pamięta z tego debiutu, zapewne przez stres. Od tamtej chwili czuł jednak niebywałą dumę i obiecał sobie, że będzie trenował jeszcze ciężej. Po odbyciu służby wojskowej, Roman Korynt przeniósł się do Lechii Gdańsk. Grał dla niej nieprzerwanie w latach 1953-1967, walnie przyczyniając się do największych sukcesów w historii klubu. W 1955 roku wraz z gdańskim zespołem dotarł do finału Pucharu Polski, po drodze pokonując krakowską Wisłę, warszawską Gwardię, czy Odrę Opole. W finale piłkarze z Wybrzeża spotkali się z drużyną Legii. Wojskowi, z Szymkowiakiem, Pohlem, czy Brychczym, pewnie wygrali 5:0. Rok później Lechia wywalczyła za to najlepszy rezultat w historii ich występów w najwyższej klasie rozgrywkowej. Gdańszczanie zajęli trzecie miejsce, ustępując jedynie Ruchowi Chorzów i Legii Warszawa. Osobnym rozdziałem w karierze Romana Korynta jest reprezentacja.
Trzy tygodnie po debiutanckim spotkaniu przeciwko Rumunii, nasz bohater miał okazję zagrać drugi raz w biało-czerwonych barwach. Rywal był jednak z dużo wyższej półki. Reprezentacja Węgier, choć trudno to sobie dziś wyobrazić, była prawdziwą piłkarską potęgą. Złota węgierska jedenastka z lat pięćdziesiątych należała do ścisłej światowej czołówki. Statystyki także nie napawały optymizmem przed tym spotkaniem. Dwa ostatnie boje z Węgrami kończyły się dla nas tęgim laniem – 0:6 w 1951 i 2:5 w 1950 roku. Korynt miał bardzo trudne zadanie. Musiał pilnować w tym meczu Kocsisa i Puskasa, czyli jednych z najlepszych piłkarzy tamtego pokolenia na świecie. Młody zawodnik, delikatnie mówiąc, nie poradził sobie z tym zadaniem. Po pierwszej połowie na tablicy świetlnej widniał wynik 0:5 i Korynt został zmieniony. W drugiej odsłonie Węgrzy byli łaskawi i więcej bramek nam nie strzelili. Mecz zakończył się ostatecznie rezultatem 1:5, a Pan Roman czuł się bardzo zawiedziony swoją postawą. Wiedział, że zawiódł i najprawdopodobniej nie pojedzie na Igrzyska Olimpijskie do Helsinek. Na jednej z wycinek dotyczących tego towarzyskiego spotkania z Węgrami, napisał wówczas – „Tracę szansę wyjazdu”. Na kolejne Igrzyska Olimpijskie, w których wzięła udział piłkarska reprezentacja Polski, także nie pojechał, choć z zupełnie innego powodu. W 1960 roku, na kilka miesięcy przed imprezą w Rzymie, Roman Korynt był czołowym obrońcą w naszym kraju. W latach 1959 i 1960 został wybrany najlepszym piłkarzem w plebiscycie katowickiego „Sportu”. Był zatem pewniakiem, jeśli chodzi o miejsce w kadrze. Obok Gerarda Cieślika, wymieniano go jako głównego bohatera niezapomnianego zwycięstwa ze Związkiem Radzieckim w 1957 roku. W meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy przeciwko Hiszpanii, krył samego Alfredo Di Stefano. Spotkanie zakończyło się porażką biało-czerwonych, ale Korynt zaprezentował się na tyle dobrze, że obok Lucjana Brychczego miał znaleźć się w kręgu zainteresowań słynnego Realu Madryt. Co więc poszło nie tak? Podczas pobytu reprezentacji w Niemczech, obrońca poznał mężczyznę mówiącego po polsku. Jegomość opowiadał, że pochodzi z Gdańska. Panowie utrzymali kontakt i pisali do siebie korespondencję. W jednym z listów, tajemniczy nieznajomy zapytał o zarobki piłkarza. Korynt odpisał zgodnie z prawdą, że otrzymuje 300 złotych za wygrany mecz. Kilka dni później informacja ta została przekazana niemieckiej prasie i zrobiła się afera. Zgodnie z panującymi zasadami, w Igrzyskach Olimpijskich mogli brać udział jedynie amatorzy, którzy nie pobierali żadnego wynagrodzenia. Zachodni dziennikarze podgrzewali atmosferę, pisząc, że niemieccy amatorzy grali z polskimi zawodowcami. Dlaczego? Niemcy przegrali z nami w eliminacjach, więc ów jegomość miał nadzieję, że przez tę intrygę zostaniemy zdyskwalifikowani. Piłkarz tłumaczył później przedstawicielom PZPN-u, iż pisząc o pieniądzach, miał na myśli zwrot utraconych zarobków. Wyjaśnienia te przesłano następnie do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który uznał je za wystarczające. Wydawało się, że sprawa rozejdzie się po kościach, a Koryntowi nic nie grozi. Był to jednak początek poważnych problemów. Zawodnik Lechii nie mógł wyjeżdżać z klubem na żadne mecze zagraniczne, a w reprezentacji Polski otrzymał szlaban na…10 lat. Wrodzona ufność do ludzi spowodowała, że najlepszy obrońca w naszym kraju został potraktowany jak zdrajca. Z tego powodu nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie, a jego licznik gier z orzełkiem na piersi zatrzymał się na trzydziestu czterech występach (w tym czterech w roli kapitana). Obrońca był bardzo zdołowany całą sytuacją, ale postanowił, że się nie podda. Motywacja z jaką przystąpił do gry po tym niesprawiedliwym zawieszeniu, korzystnie wpłynęła na defensywę Lechii. Gdańszczanie w dziesięciu kolejnych spotkaniach nie stracili bramki. Zresztą, Pan Roman grał z powodzeniem w klubie z Wybrzeża aż do 1967 roku. Łącznie ma na koncie ponad 200 spotkań w biało-zielonych barwach. Roman Korynt jest żywą legendą Lechii Gdańsk. Kibice pamiętali o nim, zapraszając na mecze. Miał tam swoją lożę. W końcu to jego drugi dom. Prowadził sportowy tryb życia i jak sam przyznawał, nigdy nie pił podczas zgrupowań. Nawet podczas prywatnych spotkań z kolegami był jednym z nielicznych, którzy odmawiali. Wspominał, że pierwszy raz spróbował alkoholu po pamiętnym zwycięstwie odniesionym nad Związkiem Radzieckim. W dniu jego 85.urodzin, Polski Związek Piłki Nożnej przyjął Pana Romana do elitarnego Klubu Wybitnego Reprezentanta, czym niejako złożył ukłon byłemu piłkarzowi i przeprosił za zawieszenie sprzed lat. Formalnie trzeba bowiem rozegrać przynajmniej 80 spotkań w drużynie narodowej, aby znaleźć się w tym gronie. Obok Zdzisława Puszkarza został również wybrany najpopularniejszym piłkarzem 70-lecia Lechii Gdańsk. Uhonorowano go również Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Ma na swoim koncie również tytuł Piłkarza 50-lecia Wybrzeża. Wielkie sukcesy, co trzeba podkreślić, idą w parze z wielką osobowością Pana Romana. Skromność, z jaką opowiadał o swojej karierze i duma, która rozpiera go gdy wspomina występy z orzełkiem na piersi, powinny stanowić przykład dla kolejnych pokoleń.
8
Zapomniane(mam nadzieje że nie przez wszystkich) legendy polskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@patataj
@Sensible
8
Golazo!
12 października 1996 r. Luis Nazario de Lima strzela jednego z dwóch goli w meczu La Liga przeciwko SD Compostela, za to jakiego!? To było najbardziej niesamowite trafienia w karierze popularnego ,,El Gordo”, którego przydomek nie pasował do jego ówczesnej formy fizycznej. Już przy drugim golu popisał się fantastyczną asystą, po której Giovanni musiał tylko przyłożyć noge aby zdobyć gola. Historyczna akcja przy golu na 0:3 zaczeła się w środku pola. Ronaldo pokonał w walce o piłke dwóch piłkarzy Composteli i rozpoczął spektakularny rajd. Napastnik rywali Chiba próbował go zatrzymać kopiąc po nogach i ciągnąc za koszulke. Ronaldo nie dał się wytrącić z rytmu i dalej mijał kolejnych rywali. W sumie przedryblował siedmiu graczy z pola i bramkarza. Zachwycony Bobby Robson aż złapał się za głowe, nie dowierzając że taka akcja jest w ogóle możliwa.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
8
Debiut wielkiej legendy(wypadałoby aby każdy cule o tym wiedział):
12 października 1950 r. w towarzyskim meczu z Osasuną, wygranym przez FC Barcelone 4:0, w barwach Blaugrana debiutuje i strzela gola w debiucie legendarny, genialny Ladislao Kubala.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Czy wiemy że…
Pele jest jedynym piłkarzem, który strzelił hat-tricka w finale nieistniejącego już Pucharu Interkontynentalnego. Król futbolu dokonał tego w dniu 11 października 1962 r. w barwach brazylijskiego Santosu w zwycięskim spotkaniu z Benfiką 5:2(!) i to rozegranym na Estadio da Luz w Lizbonie.
@Arkon
@kamyk_23
@Kessie
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@MesQueUnClub96 Nie no spokojnie, przecież nie zmuszam cię do odpowiedzi na to pytanie. To w końcu twoja prywatna sprawa...
0
@MesQueUnClub96 Oj kolego, to ile ty masz lat?
1
@Messibestplayerintheworld Zgadza się. Chyba cała Polska była pod ogromnym wrażeniem zwycięstwa, gdyż chyba mało kto stawiał na wygraną. Pamiętam jak dziś że zaprosiłem kumpla z miasta na wieś na ten mecz i skakaliśmy z radości jak małe dzieci. Niezapomniane wspomnienia, no i oczywiście jeszcze jednocześnie nagrywałem ten mecz na płytke dvd, wprawdzie w jakości analogowej ale ja się wtedy tym absolutnie nie przejmowałem. Najważniejsze że jest pamiątka do końca życia!
10
Koncert ,,Ebiego”:
11 października 2006 r. Polacy zaczarowali boisko w Chorzowie! Bohaterem został Ebi Smolarek, który strzelił 2 gole i sprawił, że niemożliwe stało się możliwe. Polska wygrała z Portugalią 2:1 i dopisała 3 bardzo cenne punkty w eliminacjach Euro 2008. Zamieszanie pod bramką Ricardo rozpoczęło się od podania Żurawskiego do Rasiaka. Ten stojąc tyłem do bramki odegrał piłkę do Lewandowskiego, który uderzył w kierunku bramki Portugalczyków. Ricardo jednak obronił, ale przy dobitce Smolarka musiał skapitulować. 8 minut później znów Ricardo musiał wyjmować piłke z bramki po strzale Smolarka. Tym razem asystę zaliczył Rasiak. Z pewnością nawet najwięksi fani polskiej reprezentacji oglądali pierwszą połowę meczu z szeroko otwartymi oczami. Pomijając bowiem cenne gole, biało-czerwoni zagrali świetnie. Portugalia była cieniem samej siebie, nie tworzyła w ogóle sytuacji podbramkowych. Polska mogłaby prowadzić wyżej. Po strzale Macieja Żurawskiego piłka odbiła się od Ricardo i trafiła w wewnętrzną część słupka. W drugiej połowie Portugalia wzięła się w garść i zaczęła zagrażać bramce Kowalewskiego. Jednak polscy obrońcy i sam Wojciech Kowalewski bardzo długo spisywali się świetnie. Biało-czerwoni byli czujni i gdy tylko natrafiała się okazja, wyprowadzali groźne kontry. Jednak w doliczonym czasie gry gola Polakom strzelił Nuno Gomes. Mimo to wniosek po meczu jest jeden: Leo Beenhakker nie do poznania odmienił polską reprezentację. Mecz w Chorzowie oglądało 40 tysięcy kibiców.
Polska zagrała w składzie: 1-Wojciech Kowalewski - 4-Paweł Golański, 6-Jacek Bąk, 16- Arkadiusz Radomski, 3-Grzegorz Bronowicki -5-Jakub Błaszczykowski, 18-Mariusz Lewandowski, 14-Radosław Sobolewski, 7-Euzebiusz Smolarek - 9-Maciej Żurawski, 11-Grzegorz Rasiak.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
7
@FCBparasiempre
11 października 1937 r. w Ashington urodził się Robert Charlton angielski pomocnik i napastnik. Mistrz Świata z 1966 r.(Anglia) ; Zdobywca Złotej Piłki France Football w 1966 r. ; Zdobywca Pucharu Europy w 1967 i 1968 (Manchester United) Mistrz Anglii w latach 1957, 1965 i 1967 ; Zdobywca Złotej Piłki za najlepszego piłkarz MŚ w 1966 r. Rekordzista pod względem zdobytych goli dla Manchester United – 249 Najlepszy Piłkarz Angielski XX wieku według IFFHS Członek drużyny wszech czasów według FIFA – 1994
Bobby Charlton był członkiem reprezentacji Anglii, która w 1966 roku zdobyła tytuł Mistrza Świata. To również najlepszy europejski piłkarz 1966 roku. Większość swojej piłkarskiej kariery grał w Manchesterze United na pozycji ofensywnego pomocnika. Był znany z niebywałej skuteczności w sytuacjach podbramkowych oraz potężnych strzałów z dystansu. Jego brat Jack, to były gracz Leeds United, który również występował podczas pamiętnego mundialu w 1966 roku. Charlton zaczął grać w barwach Manchesteru United w 1956 roku. Trzykrotnie, wraz z kolegami z zespołu, zdobywał Mistrzostwo Anglii, raz zdobył Puchar Anglii, a także Mistrzostwo Świata w 1966 roku. Dostał również wiele indywidualnych osiągnięć, między innymi Złotą Piłkę w 1966 roku. Został wybrany do grona 100 najlepszych piłkarzy w historii piłki nożnej oraz drużyny wszechczasów w Mistrzostwach Świata. Rozegrał 106 spotkań w reprezentacji swojego kraju, strzelając 49 goli. 9 lutego 1953 r. uczeń Bedlington Grammar School- Robert Charlton- został zauważony podczas jednego z meczów swej drużyny East Northumberland, przez jednego ze skautów Manchesteru United. Charlton udał się na testy w tym wielkim klubie i pomimo ofert kilku innych zespołów, podpisał kontrakt z Czerwonymi Diabłami. Miał wtedy 15 lat. Został jednym ze sławnych "Busby Babes"- młodych, utalentowanych piłkarzy, którzy pojawili się w Manchesterze dzięki dobrej polityce klubowej. Wypracowywał swoją pozycję w klubie, grając w zespołach młodzieżowych i regularnie strzelając bramki. Swój debiut ligowy zaliczył w październiku 1956 roku, w spotkaniu przeciwko Charlton FC. W pierwszym sezonie swoich występów w barwach United zdobył 12 bramek w 14 spotkaniach. Przyczynił się w ten sposób do zdobycia przez Czerwone Diabły mistrzostwa Anglii. Charlton był bardzo ważnym punktem drużyny, która w kolejnym sezonie, jako pierwszy angielski klub, rywalizowała w Pucharze Europy. Manchester doszedł aż do półfinału, ulegając w nim obrońcom tytułu, Realowi Madryt. Ich reputacja wzrosła jeszcze bardziej w kolejnym sezonie. W bardzo zaciętych spotkaniach ćwierćfinałowych z Red Star Belgrad wykrzesali z siebie wszystko co najlepsze i z dużą pomocą Charltona, który w wyjazdowym meczu dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, awansowali do czołowej czwórki Pucharu Europy. W bardzo dobrych nastrojach wracali samolotem do Anglii, myśląc o kolejnych meczach ligowych.Samolot, którym gracze i sztab szkoleniowy Manchesteru wracali do domu, wylądował w Monachium w celu zatankowania paliwa. Postój w Niemczech odbywał się w pogarszających warunkach pogodowych. Kiedy pasażerowie zostali wezwani do powrotu na pokład maszyny, padający śnieg z marznącym deszczem spowodował oblodzenia pasa startowego. 2 razy odkładano wylot samolotu z lotniska, co wywołało niepokój pasażerów. Zostali oni poinformowani o konieczności ponownego opuszczenia maszyny, dopóki nie zostanie usunięta drobna usterka. Po powrocie na pokład Charlton oraz jego kolega Dennis Viollet zamienili się miejscami z Tommym Taylorem oraz Davidem Peggiem, którzy zdecydowali, że będą bezpieczniejsi w tylnej części samolotu. Podczas kolejnej próby startu samolot przeciął ogrodzenie lotniska, a jego skrzydło uderzyło w dom i razem z częścią ogona oderwało się od reszty maszyny i uderzyły w drzewo, po czym zatrzymały na śniegu. Bobby Charlton, przymocowany pasem w fotelu, wypadł z kabiny. Został zauważony przez bramkarza Manchesteru, Harry'ego Gregga, który wyszedł z katastrofy prawie bez szwanku. Chwycił leżących w śniegu Charltona oraz Violleta i odciągnął z dala od niebezpiecznej strefy, obawiając się kolejnego wybuchu. Pomocnik Manchesteru doznał obrażeń głowy i przez długi czas znajdował się w ciężkim szoku. Siedmiu jego kolegów(w tym Taylor i Pegg, z którymi zamienił się miejscami) zginęło na miejscu, a kilku kolejnych kolejnego dnia w szpitalu. Ostatecznie w katastrofie życie straciły 23 osoby. Początkowo twierdzono, że przyczyną tragedii był lód na skrzydłach samolotu, lecz oficjalna przyczyna, ogłoszona później, to ubłocony pas startowy, uniemożliwiający bezpieczny start.Charlton był pierwszym ocalałym, który opuścił szpital- wrócił do Manchesteru 14 lutego 1958 roku, 8 dni po katastrofie. Drużyna Czerwonych Diabłów musiała być budowana od podstaw i nikt nie wiedział, czy ocalali w wypadku zawodnicy będą w stanie grać na takim samym poziomie jak wcześniej.Niespodziewanie władze Manchesteru zdecydowały się na kontynuowanie sezonu. United odpadli w półfinale Pucharu Europy i spadli na dalsze miejsce w tabeli ligi angielskiej, lecz jakimś cudem udało im się zdobyć drugi z rzędu Puchar Anglii, a sukces ten zbiegł się w czasie z powrotem rannego w katastrofie w Monachium, trenera Matthew Busby'ego. Niedługo potem Bobby Charlton został po raz pierwszy powołany do reprezentacji kraju na mecz ze Szkocją. Tak zaczęła się jego długa, wspaniała przygoda z reprezentacyjną piłką. Już w pierwszym meczu strzelił 2 bramki, udowadniając, że w tak młodym wieku może być ważnym elementem kadry narodowej. Mimo to, będąc w kadrze podczas Mistrzostw Świata w Szwecji w 1958 roku, nie wystąpił na boisku ani minuty. W 1959 roku strzelił hat-tricka w wygranym aż 8-1 meczu z USA, a po raz drugi trzy bramki w jednym meczu międzypaństwowym zdobył w 1961 roku przeciwko Chile. Kolejny sukces z drużyną klubową osiągnął w 1963 roku, kiedy to Manchester United pokonał w finale Pucharu Anglii Leicester City 3-1. Nowa drużyna Manchesteru, zbudowana po monachijskiej katastrofie, zdobyła również 2 tytuły mistrzów Anglii w przeciągu 3 kolejnych lat.W międzyczasie jego kariera reprezentacyjna rozwijała się w bardzo szybkim tempie. Hat-trick w meczu ze Szwajcarią w czerwcu 1963 roku spowodował, że wskaźnik ilości bramek w narodowych barwach zatrzymał się na liczbie 30, dzięki czemu wyrównał rekord Toma Finneya i Nata Lofthouse'a w ilości zdobytych goli w rozgrywkach międzykrajowych. Samodzielnym rekordzistą stał się 4 miesiące później, kiedy to strzelił swą 31 bramkę przeciwko Walii. Właśnie wokół Charltona budowano reprezentację Anglii, która miała rywalizować o najwyższe cele podczas Mistrzostw Świata w 1966 roku w Anglii. Pierwszy mecz w turnieju z reprezentacją Urugwaju Anglicy zremisowali 0-0, jednak już kolejne z Meksykiem, wygrane 2-0 spotkanie to błysk geniuszu Charltona, który strzelił jedną z bramek. Kolejna wygrana z Francją pozwoliła awansować przybyszom z Wysp Brytyjskich do ćwierćfinału. Dwa kolejne spotkanie to ponownie zwycięstwa: 1-0 z Argentyną oraz 2-0 z Portugalią. W tym drugim meczu Charlton strzelił pierwszą bramkę. W finale Anglicy pokonali Niemców 4:2 i zdobyli upragniony tytuł najlepszej drużyny globu. Największe gwiazdy drużyn, które spotkały się w decydującym meczu, czyli Bobby Charlton oraz Franz Beckenbauer zostały skutecznie zneutralizowane i nie wyróżniły się w tym meczu. W kolejnych Mistrzostwa Świata w 1970 roku Anglicy doszli do ćwierćfinału, gdzie przegrali z drużyną RFN. Był to ostatni mecz reprezentacyjny Bobby'ego Charltona, który w 106 występach w kadrze strzelił 49 goli. W latach 70-tych XX wieku Manchester United przestał się liczyć zarówno na arenie krajowej, jak i międzynarodowej. Charlton opuścił Manchester na końcu sezonu 1972/1973, mając na koncie 758 oficjalnych spotkań, w których strzelił 249 bramek. Jest on rekordzistą pod względem strzelonych bramek w barwach Czerwonych Diabłów. Ostatnim meczem, w którym występował, było spotkanie z Chelsea, przed którym otrzymał pamiątkową papierośnicę z rąk prezesa Chelsea. W 1973 roku Bobby Charlton został grającym kierownikiem zespołu Preston North End, zatrudniając na pozycję trenera swego przyjaciela z Manchesteru Nobby Stilesa. Niestety pierwszy sezon w tej roli zakończył w strefie spadkowej i opuścił zespół. Jednakże w tym okresie został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego. W 1975 zdobył 18 bramek w 31 meczach dla drużyny Waterford United. W 1978 roku wystąpił również w jednym meczu drużyny Shrewsbury Town przeciwko reprezentacji Zambii. Następnie został dyrektorem drużyny Wigan Athletic, po czym kilka lat spędził w Republice Południowej Afryki. Założył kilka szkółek piłkarskich w Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy też Australii.
W 1984 roku zaproponowano mu zostanie członkiem rady dyrektorów w Manchesterze United, częściowo ze względu na jego wiedzę o piłce nożnej, a częściowo dlatego, że uznano, że klub potrzebuje słynnej "nazwy" na pokładzie po rezygnacji Sir Matta Busby'ego. Jego obecność w klubie była czynnikiem uspokajającym dla fanów Czerwonych Diabłów, kiedy klub ten, w 2005 roku, został przejęty przez Malcolma Glazera. W 2008 roku, 50 lat po katastrofie w Monachium, Manchester United wygrał Ligę Mistrzów, a Charlton początkowo odmówił przyjęcia medalu zwycięzców, twierdząc, że nie zasługuje na tą nagrodę, gdyż nie uczestniczył w decydujących meczach Pucharu Europy 50 lat wcześniej. W 1994 roku otrzymał tytuł szlachecki, a od 2002 roku jego nazwisko znajduje się w National Hall of Fame, hali poświęconej historii brytyjskiej piłki nożnej. 2 marca 2009 roku został honorowym obywatelem miasta Manchester.
5
Wybitne legendy futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Wybitni snajperzy futbolu:
11 października 1889 r. w Budapeszcie urodził się Imre Schlosser, wybitny węgierski snajper. As Ferencvarosu (169 meczów i 269 goli!) i MTK Budapeszt (125 występów i 141 goli!) uchodził za niezwykle skutecznego snajpera. Swój niebywały instynkt strzelecki potwierdził też w reprezentacji Węgier, w której strzelał średnio 0,87 gola na mecz (68 występów i 59 goli). Schlosser próbował też swoich sił w austriackim Wiener AC, choć tam nie był już aż tak skuteczny (17 gier i sześć goli). Ciekawostką jest fakt, że węgierski napastnik jako pierwszy piłkarz spoza Wielkiej Brytanii został najlepszym snajperem lig europejskich w 1911 roku.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
1
@ArkonSwego czasu w publicznej telewizji oglądałem go w europejskich pucharach i choć nie jestem kibicem Legii(w europejskich pucharach zawsze) to zawsze robił na mnie wrażenie swoim spokojem i opanowaniem. Tak jak napisałeś, świetny piłkarz i człowiek, nic dodać, nic ująć.
9
Prezydenci FC Barcelony:
11 października 1944 r. urodził się Joan Gaspart, 43 w kolejności prezydent FC Barcelony. Swoją funkcje pełnił w latach 2000-2003. Wcześniej przez 22 lata był wiceprezydentem w zarządzie Jospa Lluisa Nuñeza. W 1992 r. obiecał że jeśli Blaugrana wygra finał Pucharu Europy, to wykąpie się w Tamizie i słowa dotrzymał. Przez wiele lat piastowania poważnego stanowiska w klubie dał się poznać jako fanatyczny kibic, który nie przebiera w słowach. Jego prezydentura, mimo pełnego zaangażowania była pasmem klęsk klubu i nieudanych transferów. Przez 3 lata sekcja piłki nożnej FC Barcelony nie zdobyła żadnego trofeum i Gaspart musiał odejść.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:
10 października 1967 r. urodził się Jacek Zieliński, obrońca. Dębica miała szczęście do wielu wybitnych piłkarzy. Stąd pochodził Leszek Pisz; długo grał tu Jerzy Podbrożny. Do czołówki pod względem sławy należy jednak z pewnością Zieliński, przez 7 lat zawodnik miejscowego Iglopolu. ,,Zielek” nie ustępuje dwóm pozostałym pod względem sukcesów klubowych a dodatkowo jako jedyny zagrał na mundialu. Wszyscy trzej spotkali się zresztą potem w Legii i to Zieliński zakotwiczył w niej najdłużej. Stanowił opoke tego klubu. Należał do najlepszych polskich stoperów. W lidze zaś na ogół konkurował ze swym bardzo dobrym przyjacielem a zarazem partnerem z reprezentacji – Tomaszem Łapińskim. Bardzo twardy i skuteczny w swych interwencjach a zarazem obdarzony sporymi umiejętnościami w grze głową. Murem obstawali za nim kolejni trenerzy Legii. ,,Zielek” odpłacał się za to im pomocą w zapisywaniu kolejnych trofeów na koncie. Wraz z Markiem Jóźwiakiem(swoim partnerem z defensywy) i Wojciechem Kowalczykiem są jedynymi piłkarzami, którzy z Legią zdobyli mistrzostwo Polski zarówno w XX, jak i XXI wieku. O ile jednak ,,Berer” oraz ,,Kowal” na długie lata wyemigrowali do innych lig a po kilkusezonowej tułaczce powrócił w progi Łazienkowskiej, to Zieliński przez ponad dekade był filarem tego zespołu. Razem z nim najważniejszy tytuł w polskich rozgrywkach zdobył w sumie 3 razy. Dołozył do tego taką sama liczbe Pucharów Polski. Czterokrotnie był wicemistrzem Polski, 2 razy kończył z Wojskowymi rywalizcje na 3 miejscu. Razem z tym klubem awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Praktycznie zawsze kiedy był zdrowy, miał miejsce w składzie swojego klubu. Od premiery nie było sezonu bez dwucyfrowej liczby meczów w jego wydaniu. Nawet w pożegnalnej edycji, gdy liczył sobie już 37 lat, zagrał ponad 20 razy. Obecnie plasuje się na 20 miejscu pod względem rozegranych meczów w historii Ekstraklasy. W samej Legii wyprzedza go w tej klasyfikacji wyłącznie Brychczy. Na obronie w najwyższej polskiej lidze częściej od niego występowali tylko Bendkowski, Baszczyński i Barczak. W reprezentacji zagrał 60 razy i strzelił jednego gola. Uczestniczył w MŚ w Korei i Japonii, gdzie jako kapitan wystąpił przeciwko USA. Jest on jednym z 10 Polaków, którzy zakładali tę opaske na najważniejszym turnieju świata a zarazem ostatnim przedstawicielem Ekstraklasy w tym gronie. Wcześniej należał do najważniejszych postaci w eliminacjach zwieńczonych sukcesem. Po upadku komuny nie było piłkarza z większą liczbą występów w reprezentacji w reprezentacji Polski jako piłkarz Ekstraklasy. W całej historii pod tym względem ustępuje tylko Lacie, Deynie, Szymanowskiemu, Żmudzie i Kasperczakowi.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
70 lat temu(10 października 1952 r.) urodził się Janusz Sybis. Urodzony w Częstochowie zawodnik zawsze był najmniejszy w klasie. Jako dorosły chłopiec też nie imponował warunkami fizycznymi (164 cm wzrostu i 60 kg). W wieku ośmiu lat przeprowadził się do Wrocławia. Na treningi trampkarzy Śląska Wrocław zaczął chodzić w piątej klasie szkoły podstawowej, ale nawet wtedy mówiono, że jest za mały. Sybis jednak się tym nie przejmował i zawzięcie trenował, czym zaskarbił sobie sympatię ówczesnego trenera grup młodzieżowych Jana Hasa. Szansa na grę w pierwszym zespole przyszła, kiedy Śląsk spadł z ekstraklasy. W II lidze obowiązywał przepis, zgodnie z którym w każdym meczu powinien zagrać przynajmniej jeden junior. W ten sposób mógł grać w jednym zespole z Janem Tomaszewskim. Obaj piłkarze często urządzali sobie zawody, polegające na strzelaniu karnych. Kiedy wygrywał Sybis, to Tomaszewski musiał go znosić „na barana” z boiska, a kiedy wygrywał bramkarz, to Sybis musiał go znosić na plecach z boiska. Sybis szybko zaczął odgrywać kluczową rolę w zespole. W sezonie 1972/73 sięgnął nawet po koronę króla strzelców II ligi, a jego bramki miały ogromny wpływ na awans Śląska do elity. Już w drugim sezonie wśród najlepszych wrocławianie zajęli miejsce się na podium, dzięki czemu zagrali w europejskich pucharach. W 1976 r. zdobył z kolegami Puchar Polski, a rok później okazali się najlepsi w lidze. Nie był to przypadek, bo później jeszcze dwukrotnie zajmowali drugie miejsce na finiszu rozgrywek (1978 i 1982). Po odejściu ze Śląska w 1983 r. został piłkarzem Pittsburgh Spirit, gdzie cieszył się doskonałą reputacją. Tęsknił jednak za Polską i choć mógł zostać za oceanem znacznie dłużej, w 1988 roku wrócił do kraju i do ukochanego Śląska, gdzie zajął się pracą szkoleniową. ,,Cały zespół grał świetnie, ale on wyjątkowo. Jak był już kompletnym i dojrzałym zawodnikiem, posiadał wszystkie cechy piłkarskiej gwiazdy. Stylem gry z tamtych lat przypominał mi Messiego z Barcelony. Ośmieszał rywali”– mówił o nim Aleksander Papiewski, który trenował Sybisa w Śląsku w latach 1977-1979. Dobre występy w lidze nie znalazły zbyt dużego uznania w oczach selekcjonerów. Sybisa zabrakło w Montrealu, w Argentynie i w Hiszpanii. Być może gdyby grał w którymś z „bardziej uprzywilejowanych” klubach, to dostałby szansę. Debiutował w 31 października 1976 r. w wygranym 5:0 meczu z Cyprem. Na kolejną szansę musiał jednak czekać trzy lata. W sumie uzbierał 18 meczów i strzelił 2 gole. Oba w 1980 r. w meczach z Włochami i z Jugosławią. Ostatni raz w narodowych barwach wystąpił w wygranym 4:1 meczu z Kolumbią.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
7
Kluczowe zwycięstwo:
10 października 1981 r. reprezentacja Polski pokonała w Lipsku NRD 2:3 w eliminacjach mistrzostw Świata España 1982. Piękne zwycięstwo nad reprezentacją NRD w Lipsku dało nam wejście na mundial w Hiszpanii rok później. I choć kadra NRD nie była aż tak silna jak zespół zachodniej części Niemiec, to zwycięstwo to budziło szacunek. Zwłaszcza, że gospodarze u siebie meczów raczej nie przegrywali, tymczasem Andrzej Szarmach i szalejący Włodzimierz Smolarek wbili rywalom aż trzy gole! Smaczku temu wynikowi daje również fakt, iż dzięki temu meczowi NRD na mundial nie pojechało, my tak. Dlaczego więc mówiło się że z Niemcami nigdy nie wygraliśmy? Wschodnia część kraju była pod wpływami komunistów tak jak Polska a o porażkach przyjaciół dużo się nie mówiło. Ponadto, jak wspominałem, sama drużyna była słabsza niż ta zza muru berlińskiego, choć nie zmienia to faktu, iż jest to spotkanie zaniedbane historycznie, o którym mało kto pamięta.
Gole: 0:1 Szarmach 2 m., 0:2 Smolarek 5 m., 1:2 Schnuphase 47 m., 1:3 Smolarek 62 m., 2:3 Streich 67 m.
NRD: Hans-Ulrich Graphentin - Konrad Weise, Hans-Jürgen Dörner, Rudiger Schnuphase, Frank Baum, Lothar Kurbjuweit, Jürgen Pommerenke (46. Wolfgang Steinbach), Matthias Liebers, Hans-Jurgen Riediger, Joachim Streich, Martin Trocha
Polska: Józef Młynarczyk - Marek Dziuba (kapitan) (65. Roman Wójcicki), Władysław Żmuda, Paweł Janas, Jan Jałocha Ż, Grzegorz Lato, Waldemar Matysik, Zbigniew Boniek, Stefan Majewski, Andrzej Szarmach (9. Andrzej Iwan), Włodzimierz Smolarek
Trener: Antoni Piechniczek
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
Po pierwszy awans na mundial:
10 października 1937 r. Polska pokonała Jugosławie 4:0. Polacy, aby uzyskać przywilej gry na francuskich mistrzostwach, musieli wyeliminować bardzo poważnego rywala, Jugosławię. Kiedy w eliminacjach do mistrzostw świata 1938 roku we Francji reprezentacja Polski trafiła na Jugosławię, nastroje w naszym obozie nie były najlepsze. Wszyscy doskonale pamiętali lanie, jakie otrzymaliśmy od tego zespołu w trzydziestym szóstym. Warto przypomnieć, że Jugosłowianie wygrali wtedy w Belgradzie z naszą reprezentacją aż 9:3! Trzeba też pamiętać, że oni grali już na turnieju rangi mistrzowskiej w 1930 r. i to z powodzeniem, gdyż odpadli tam przecież dopiero w półfinale po porażce z późniejszym mistrzem z Urugwaju, a w fazie grupowej byli lepsi od wielkich Brazylijczyków, pokonując ich 2:1. A wiadomo, że jeśli jakaś drużyna pokonuje Brazylię na turnieju o mistrzostwo świata, to trzeba ją traktować poważnie, bo nie są to(jak dziś byśmy powiedzieli) ogórki. Okazało się jednak, że te wszystkie obawy były niesłuszne i już pierwszy mecz praktycznie zdecydował o tym, że do Francji pojedzie Polska. Mecz rozegrano 10 października 1937 roku na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie. Spotkanie na żywo oglądało dwadzieścia tysięcy ludzi. Polacy zdecydowanie w tym meczu dominowali i odprawili rywala z wynikiem 4:0, choć „Przegląd Sportowy” relacjonował, że najbardziej sprawiedliwym wynikiem byłoby 6:0. Strzelanie rozpoczął już w drugiej minucie gry Leonard Piątek z AKS Chorzów, ligowego przeciętniaka. Tegoż Piątka śmiało możemy nazwać bohaterem tamtego meczu, ponieważ jeszcze w pierwszej połowie zdobył drugiego gola. Ówczesny wicekról strzelców pierwszej ligi spisał się więc na medal. Bramkę strzelił także jego klubowy kolega Jerzy Wostal a na 4:0 podwyższył niezawodny Ernest Wilimowski z innej chorzowskiej drużyny, Ruchu. Co prawda kwietniowy rewanż w Belgradzie Polacy przegrali 1:0 ale to Białoczerwoni zadebiutowali na mundialu we Francji.
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
12
O tym się pisze, o tym się wspomina:
10 października 1984 r. Johan Cruijff oznajmił: ,,Zostanę sekretarzem technicznym FC Barcelony jak odejdzie Nuñez”. Cruijff w owym czasie powrócił do Barcelony aby rozegrać mecz pożegnalny Quiniego. To samo uczynił, gdy karierę w klubie z Katalonii kończył kilka miesięcy wcześniej Hugo Sotil. Na oba mecze nie został zaproszony Diego Maradona. W pierwszym przypadku zakazał tego Komitet Rozgrywek po wydarzeniach w finałowym meczu Pucharu Króla z Athletic Bilbao. W drugim natomiast przypadku zabroniła tego sama FC Barcelona. ,,To absurdalne że nie chcą aby Maradona zagrał w tak szczególnym meczu. Nie dziwi mnie że dzieją się tu takie rzeczy. Mając do czynienia z ludźmi, którzy rządzą teraz w Barcelonie można oczekiwać wszystkiego. Jaką winę w całej sytuacji ponosi Quini?”- podsumował Cruijff, który zagrał na innej pozycji niż zwykle. ,,Od dawna nie grałem całego spotkania a w wieku 37 lat pozycja libero pozwala na dobrą gre przy mniejszym zmęczeniu”. Na pytanie dotyczące gry Blaugrany pod wodzą Terry’ego Venablesa Holender nie miał wiele do powiedzenia: ,, Wiem że są liderem bez straty punktów. Co do gry, mogę się jedynie wypowiedzieć na podstawie ostatniego meczu. Mówią mi jedynie że gra nie jest spektakularna ale bardzo efektywna”. Najciekawsza była wypowiedź Cruijjfa na temat jego pracy w Barcelonie w przyszłości: ,,Nie jest to mój jedyny cel na poziomie sportowym ale byłoby absurdem gdybym powiedział że o tym nie myślę. Musi jednak minąć jeszcze trochę czasu. Dopóki on(Nuñez) rządzi, nie pojawię się tutaj. Nie jesteśmy wrogami, lecz mamy zgoła różne opinie na temat futbolu. On chce wszystko kontrolować a ja uważam iż zarząd powinien zajmować się tym, co należy do zarządu a nie sprawami czysto sportowymi”.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
9
Żywe legendy argentyńskiego futbolu:
9 października 1962 r. urodził się Jorge Luis Burruchaga. Grał zarówno jako ofensywny pomocnik, jak i napastnik. Zasłynął ze strzelenia zwycięskiego gola w finale Mistrzostw Świata Mexico 1986. Burruchaga zaczął grać w 1980 roku w Arsenalu de Sarandí w ówczesnej drugiej lidze Argentyny. Następnie został kupiony przez Independiente w 1982 roku i zadebiutował w zwycięskim meczu z Estudiantes de La Plata 12 lutego. Był częścią zespołu, który wygrał Metropolitano 1983, Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny w 1984. Następnie został zakontraktowany do francuskiej drużyny Nantes, gdzie grał przez siedem lat. Grał także rok dla Valenciennes, gdzie brał udział w skandalu przekupstwa, w którym mistrz Francji i Europy Olympique de Marseille „kupił” ligowe zwycięstwo 1:0 w Valenciennes 20 maja 1993 roku. Marsylijski pomocnik Jean-Jacques Eydelie i Dyrektor generalny klubu, Jean-Pierre Bernes, zaoferował mu pieniądze za przeprowadzenie meczu, Burruchaga powiedział, że się zgodzi ale potem zmienił zdanie. Został następnie skazany na sześć miesięcy w zawieszeniu, kiedy ogłoszono wyrok 15 maja 1995 r. Wrócił do Argentyny na swój ostatni okres w Independiente, kiedy wygrał Supercopa Sudamericana i Recopa Sudamericana, oba w 1995 roku. Kariere piłkarza zakończył 10 kwietnia 1998 roku w meczu z Vélezem Sársfieldem.
Burruchaga był częścią zespołu, który wygrał Mistrzostwa Świata 1986, strzelając dwa gole, w tym gola, który dał Argentynie zwycięstwo 3-2 z RFN w ostatnim meczu. Brał także udział we wszystkich meczach argentyńskich na Mistrzostwach Świata FIFA 1990 i strzelił jednego gola w turnieju. Strzelił w sumie 13 goli dla Argentyny w 59 meczach w latach 1983-1990. Burruchaga trenował Arsenal de Sarandí od momentu jego przybycia do pierwszej ligi w 2002 roku i udało mu się utrzymać drużynę z dala od dna tabeli. Na sezon 2005-06 podpisał kontrakt z Estudiantes de La Plata. W maju 2006 przeniósł się do Independiente i zrezygnował w kwietniu 2007. Zarządzał również Banfield od 2008 do 2009. 5 maja 2009 roku Burruchaga powrócił do Arsenalu de Sarandí ale zrezygnował w 2010 roku. Od 2011 roku zarządzał Paragwajskim Klubem Libertad. Od 2012 do czerwca 2014 roku zarządzał Atletico Rafaela w argentyńskiej Primera Division. W 2015 roku Burruchaga powrócił do Rafaeli w swoim drugim okresie jako trener. Rok później został trenerem Sarmiento de Junin.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
0
@Eto'o9 R10 Oczywiście że sędziowanie pozostawia wiele do życzenia. Jednak takiemu klubowi jak FC Barcelona nie przystoi tak na stojąco zaczynać meczów i dostawać 2 gole w niecałe pół godziny od najsłabszej drużyny w lidze. To bardzo źle świadczy o ,,naszej" drużynie, bądź trenerze...