FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
Z kart historii FCB:
22 września 1965 r. prezydent FC Barcelony Enric Llaudet ogłosił wyniki głosowania nad nazwą stadionu. Socios w ankiecie mieli do wyboru trzy możliwości. Najwięcej głosów zdobyła opcja ,,Estadio del CF Barcelona”(12434 głosy), druga była nazwa ,,Estadio Barça”(10484) a trzecia ,,Estadio Camp Nou”(8394). Żadna z opcji nie przyjęła się w języku potocznym, kibice woleli nazwę Camp Nou albo Nou Camp. Pierwsza z nich została oficjalnie przyjęta dopiero w 2001 r.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Europejskie trofeum zdobyte po raz trzeci w historii:
21 września 1966 r. FC Barcelona zdobyła Puchar Miast Targowych. To był trzeci tryumf Blaugrany w tych rozgrywkach. W drodze do finału udało się pokonać holenderski Utrecht, belgijki Royal Antwerp, niemiecki Hannover 96, Espanyol Barcelone oraz Chelsea Londyn. W finałowym dwumeczu Duma Katalonii zmierzyła się z Realem Saragossa. 14 września 1966 r. na Camp Nou przeciwnicy wygrali 0:1, lecz w rewanżu Blaugrana odrobiła straty z nawiązką wygrywając 2:4 na Estadio La Romareda. Po 90 minutach Barça prowadziła 2:3 a ze względu na brak przepisu o golach strzelonych na wyjeździe konieczna była dogrywka. W ostatnich sekundach dodatkowej rozgrywki swojego trzeciego gola w tym meczu strzelił nastoletni Lluis Pujol i puchar powędrował w ręce Katalończyków. Saragosse prowadził wówczas słynny Ferdinand Daučik, były trener FC Barcelony.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
Premierowe spotkanie z włoską ekipą:
21 września 1921 r. FC Barcelona rozegrała towarzyskie spotkanie z AC Torino. Był to pierwszy w historii mecz z drużyną z półwyspu Apenińskiego. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Barçy 3:0 a gole zdobyli: Samitier, Sagi Barba i Piera.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
1
@AssisMoreira Po pierwsze nie moge być nocnym markiem więc odpisuje teraz po pracy. Po drugie wiem że była prawidłowa odpowiedź, lecz ja z ręką na sercu nie znając odpowiedzi szczerze napisałem o Claudio Lopezie, Hernanie Crespo i Gabrielu Batistucie. Po trzecie, w życiu bym nie przypuszczał że Jardel(znałem gościa tylko z mediów i nie miałem możliwości oglądania go w akcji) grał w Argentynie? Wreszcie po czwarte, zadałeś nie łatwe pytanie, gdyż dwa pierwsze wersy wskazywały ewidentnie na jakiegoś Argentyńczyka. A tak od siebie to jakiś czas temu prezentowałem tutaj zapomnianego ale genialnego argentyńskiego snajpera Hectora Yazalde, wcale nie gorszego od Jardela.
1
@Lionel_Messi10 O prosze, jak miło posłuchać eksperta futbolu nie tylko latynoamerykańskiego. Z góry dzięki śliczne :)
12
Być cules, to znaczy pamiętać:
21 września 1929 r. urodził się Sandor Kocsis, jeden z najbardziej błyskotliwych zawodników w historii FC Barcelony. Węgier zaliczany jest do najlepszych piłkarzy świata lat 50-tych, był członkiem słynnej reprezentacji, która zdobyła w 1952 r. złoty medal Olimpijski oraz 2 lata później dotarła do finału Mistrzostw Świata, gdzie uległa w finale RFN, po nieudowodnionym wówczas dopingu ze strony niemieckich piłkarzy. Sandor Kocsis znany był przede wszystkim jako ,,Cabeza de Oro’’ co znaczy ,,Złota głowa”. Z pewnością był najlepszym napastnikiem w historii europejskiego futbolu grającym właśnie głową(na świecie dorównywali mu jedynie Passarella i Arsenio Erico). Po za tym był wszechstronnie wyszkolony, posiadał mocny i precyzyjny strzał z obu nóg, wspaniałą kontrolę nad piłką oraz nieprzewidywalny drybling. Wszystko to sprawiało że był prawdziwym koszmarem obrońców. Oprócz tego że zdobywał wiele goli, miał predyspozycje do prowadzenia gry, miał znakomity przegląd sytuacji i dobrze ,,czytał’’ gre. Dżentelmen zarówno na boisku jak i poza nim wzbudzał powszechny szacunek. Przechodząc do Blaugrany miał wówczas 29 lat i kibice oczekiwali powrotu Węgra do dawnej dyspozycji. Nie zawiódł! Wraz z Cziborem i Kubalą stanowili bardzo silny atak. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 194 mecze strzelając 140 goli. Dla Dumy Katalonii zdobył 2 Mistrzostwa Hiszpanii, 2 Puchary Miast Targowych oraz 2 Puchary Króla. W 1966 r. mocno ucierpiał w wypadku samochodowym i po kilku latach amputowano mu obie nogi. Okaleczony i bez sukcesów w roli trenera Hiszpańskich drużyn nie mógł sobie znaleźć miejsca w życiu. Kilka tygodni przed 50-tymi urodzinami popełnił samobójstwo skacząc przez okno z Barcelońskiego szpitala.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@qbuteq O tym samym pomyślałem i właśnie teraz chce zapytać o ten U.S Open użytkownika @Lionel_Messi10
7
@FCBparasiempre
20 września 1957 r. urodził się Henryk Bolesta. Kto wie czy kiedykolwiek Henryk Bolesta zostałby bramkarzem Feyenoordu Rotterdam, gdyby samochodem przez granice chyłkiem nie przetransportował go Włodzimierz Smolarek. Dawny bramkarz Ruchu Chorzów i Widzewa mieszka tam już od ponad 30 lat. Nie miał 18 lat, lecz umiał już tyle że chciał próbować sił w ekstraklasie. Nawet jeżeli na początku musiałby usiąść na ławce. ,,Chciała mnie Stal Mielec. Nawet tam pojechałem i zakwaterowali mnie w hotelu Jubilat tuż przy stadionie. W wolnej chwili wyszedłem na spacer zwiedzić okolice. Zrobiłem parę kroków w jedną, w drugą stronę i za każdym razem to samo: koniec miasta, nie ma nic do oglądania. Młody byłem, potrzebowałem innego miejsca, więc szybko uznałem że tutaj nie chcę grać”- opowiada nasz bohater. Miał też oferty z II ligi ale on czekał na coś lepszego. Nie minęło wiele czasu i przyjechał Ruch Chorzów. ,,Tam w pierwszych dniach również nie czułem się dobrze. Śląska gwara, której nie rozumiałem i w ogóle specyfika Górnego Śląska źle na mnie działały. Tym razem po dwóch tygodniach mówię sobie: wracam do Radomia! Nie poszedłem na dworzec w Chorzowie żeby mnie ktoś z klubu nie przyuważył ale od razu do Katowic. Działacze Ruchu byli jednak bardziej uparci ode mnie. Znowu przyjechali i przekonali żebym im już nie uciekał. Wreszcie w Chorzowie się zaaklimatyzowałem”- wspomina Bolesta. Trenerem Ruchu był wtedy Michal Vičan, jeden z najlepszych szkoleniowców, jacy kiedykolwiek pracowali w polskiej lidze. W 1969 r. poprowadził Slovana Bratysławe do tryumfu w Pucharze Zdobywców Pucharów(w finale pokonał FC Barcelone 3:2). Słowacki szkoleniowiec znał się na robocie ale przy tym miał dość ciężki charakter. Nie patyczkował się z piłkarzami, którzy próbowali być mądrzejsi od niego. ,,Byłem młodzianem i też miałem z nim utarczki bo paliłem papierosy, co on bezwzględnie tępił. Kiedyś lecieliśmy za granice na mecz. Na lotnisku miałem kontrole bagażu i aż ziny pot mnie oblał, gdyż w torbie schowałem 5 paczek Caro. Nie bałem się oczywiście celników bo nic złego nie robiłem, tylko Vičana. Gdyby zobaczył że mam choć jedną paczke, zrobiłby mi awanture. Nawet najważniejsi zawodnicy, już starsi, z dużym dorobkiem, czuli przed nim respekt. Szanowałem starszyznę ale że byłem dość dużym chłopem, nie dawałem wchodzić sobie na głowe a hierarchii oczywiście się podporządkowywałem. Starzy tłumaczyli mi: ,,Jesteś dopiero na początku drogi. Rób co ci mówimy, bądź cierpliwy a w końcu przyjdzie też czas, kiedy ty będziesz na naszym miejscu”. Mieli racje”- wspomina pan Henryk. W dwóch ostatnich meczach sezonu 1974/75 zagrał w podstawowym składzie, został więc pełnoprawnym mistrzem Polski. Wspomina to jednak… jak najgorzej. ,,Tytuł mieliśmy już zapewniony. Piotr Czaja rozchorował się, więc go zastąpiłem. Debiut przypadł na wyjazdowy mecz z Zagłębiem Sosnowiec. Przegraliśmy 1:2, mówi się trudno. Drugie spotkanie graliśmy z Gwardią Warszawa, która broniła się przed spadkiem i musiała wygrać. Podszedłem do sprawy ambitnie. Tymczasem okazało się że ktoś z kimś ustalił że my to przegramy. Pod moją bramką działy się rzeczy kuriozalne. Była centra w pole karne. Nasz obrońca, mniejsza o nazwisko, zamiast główkować, uchylił się i za nim mogłem zareagować, piłka wpadła do siatki i jeszcze ten właśnie obrońca miał do mnie pretensje, czemu nie obroniłem! Mało żeśmy się tam nie pobili a za chwile znowu wyciągałem piłke z siatki. Vičan widział że sytuacja się zaognia i wprowadził za mnie Czaję. Dla mnie, niespełna osiemnastoletniego chłopaka wydarzenia z pierwszej połowy były szokujące. Gdy już zszedłem z boiska aż się popłakałem”- przejmująco opowiada zapomnianą już dzisiaj historie. Natomiast Gwardia, mimo zwycięstwa 4:1 i tak spadła do II ligi bo sąsiedzi z tabeli byli równie sprytni i też powygrywali swoje mecze. To był osobliwy sezon: 6 ostatnich zespołów w tabeli skończyło rozgrywki z identyczną liczbą punktów.
W 1979 r., kiedy Ruch znowu poszedł po mistrzowską korone, Bolesta stał się już podstawowym bramkarzem ale był to dla niego pierwszy sezon w tej roli. W kolejnych też grał z jedynką aż do 1982 r., kiedy do bramki zaczął wchodzić kolejny wielki talent- Józef Wandzik. Po hiszpańskim mundialu Bolesta przeniósł się do Widzewa Łódź. ,,Zanosiło się że Józek Młynarczyk może wyjechać za granice, więc prezes Ludwik Sobolewski chciał się zabezpieczyć i mieć w odwodzie innego doświadczonego już bramkarza. Wybór padł na mnie”- tłumaczy. Gdy jednak jeszcze bez kontraktu zaczął trenować z Widzewem, w łódzkim hotelu Centrum, w którym się zatrzymał, stawiła się mocna delegacja z ŁKS: trener Leszek Jezierski i pomagający mu Jan Tomaszewski. Chcieli żeby związał się z ich klubem. ,,Strasznie się zdziwiłem bo Jezierski był wcześniej moim trenerem w Ruchu i to on wypychał mnie z klubu, dając do zrozumienia że nie będę u niego bronił. No a za chwile byłem mu jednak potrzebny. Nie przyjąłem propozycji ale ktoś z hotelowej obsługi i tak czujnie doniósł prezesowi Widzewa że Bolesta miał ciekawych gości. Nazajutrz zostałem wezwany do gabinetu Sobolewskiego: ,,Bardzo mi zależy żebyś został u nas i mam nadzieje że się dogadamy. Jeżeli jednak uprzesz się że chcesz grać gdzie indziej, na siłę cię nie zatrzymam. Z jednym wyjątkiem: nie wyobrażam sobie żebyś poszedł do ŁKS”. Na szczęście nie miałem takiego zamiaru. Za chwile podpisaliśmy kontrakt”- ujawnia kulisy pan Henryk. Dwa lata był dublerem Młynarczyka a gdy ten w końcu został wytransferowany do francuskiej Bastii, widzewska bramka należała do niego. Szczytowym, a już na pewno najbardziej spektakularnym osiągnięciem Bolesty nie tylko w Widzewie ale pewnie w całej sportowej karierze był występ w finale Pucharu Polski w 1985 r. Jego zespół na stadionie Wojska Polskiego w Warszawie grał z GKS Katowice. Mecz był tak nudny że oglądając go w telewizji, można było zasnąć. Dopiero po bezbramkowych 90 minutach dogrywce popis dał Bolesta. W konkursie jedenastek obronił aż 3 strzały rywali. Po trzeciej, idealnej interwencji sprawa była prosta. Jeśli następny gracz Widzewa trafi do siatki, jego zespół zdobędzie trofeum. Wcześniej swoje próby wykorzystali Roman Wójcicki i Mirosław Myśliński. Do karnego nie podchodził jeszcze Smolarek, chyba najlepszy specjalista w Polsce od takich sytuacji ale nie podszedł i tym razem, gdyż piłke na jedenastym metrze ustawił… bramkarz! Za chwile zdziwienie było jeszcze większe, ponieważ Bolesta pewnie pokonał Franciszka Sputa! ,,Włodek Smolarek był wyznaczony do strzelania w piątej, czyli następnej serii i uznał że jak tak zostało ustalone, nie należy tego zmieniać. Dlaczego ja byłem wyznaczony jako czwarty egzekutor? Bo czułem że dam rade. Potrafiłem bardzo mocno i dość precyzyjnie uderzyć, jak to bramkarz. W takiej sytuacji sama technika strzału ma drugorzędne znaczenie. Ważne żeby wytrzymać ciśnienie a ja nie miałem z tym problemu. Inna sprawa że nigdy wcześniej w oficjalnym meczu nie strzelałem karnego”- przyznaje nasz bohater. W Widzewie Bolesta już na dobre zapuścił korzenie ale w 1989 r. nagle wylądował w Feyenoordzie Rotterdam. ,,Grał tam Smolarek. Został poproszony o pomoc w znalezieniu na szybko zastępcy Joopa Hiele, który doznał kontuzji. Włodek pomyślał o mnie a że akurat Widzew przebywał wtedy na zgrupowaniu w RFN, wsiadł w samochód i przyjechał się spotkać. Długo mnie nie przekonywał. Lojalnie uprzedziłem trenera Bronisława Waligóre że jade do Holandii. Oczywiście nie miałem wizy wyjazdowej, więc musiałem liczyć na Włodka. Przed niemiecko-holenderską granicą na wszelki wypadek kazał położyć mi się na tylnych siedzeniach i bezpiecznie przewiózł przez granice. Oczywiście aby uniknąć zawieszenia, Feyenoord i tak musiał dostać zgode z Polski. Najpierw udało się dogadać tylko na wypożyczenie ale gdy skończył się sezon, podpisałem trzyletni kontrakt”- wyjaśnia Bolesta.
W debiucie w nowej drużynie zagrał przeciwko PSV Eindhoven. ,,Wszystko zmierzało do bezbramkowego remisu, lecz na 3 munuty przed końcem gola strzelił mi Romario i to jeszcze z dużego palca a to najgorsza, bo najszybsza dla bramkarza piłka”- wspomina nasz bohater. Po siedmiu meczach Bolesta usiadł jednak na ławce rezerwowych. ,,Dobrze mi szło, byli ze mnie zadowoleni. Do zdrowia wrócił jednak Hiele, który był rezerwowym w kadrze narodowej. Władze klubu uznały że aby się w niej utrzymał, powinien grać. Uczciwie mi wyjaśniono ze muszą na niego stawiać”- tłumaczy. W następnym sezonie Bolesta został wypożyczony przez Rode Kerkrade. Bronił w niej już do końca kariery. Dorobek Bolesty w reprezentacji Polski zaczyna się i kończy na udziale w meczu towarzyskim z Koreą Północną. Szanse na poważniejsze zaistnienie w kadrze przekreśliła mu kontuzja. ,,Byłem przymierzany do gry w meczu z Grecją w eliminacjach mistrzostw Europy 1988. Dzień wcześniej podczas treningu polecono nam wykonanie salta w tył. Naciągnąłem sobie coś w barku tak mocno że nie mogłem ruszać ręką. O graniu nie było mowy, zastąpił mnie Jacek Kazimierski. Wróciłem do Widzewa i dałem się namówić, bym trzy dni później na blokadzie zagrał w ligowym meczu. Zrobiłem błąd, ponieważ przekreśliło to moje występy w kadrze. Wyszło tak że w reprezentacji nie mogę grać bo kontuzja ale wracam do klubu i nic mnie nie boli. Więcej powołań już nie dostałem”- smutno wspomina bramkarz, który po zakończeniu kariery został w Holandii już na stałe.
4
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
1
@AssisMoreira Bardzo ciekawe pytanie. Jeśli Liga Mistrzów to już Claudio Lopez bądź Hernan Crespo, no chyba że chodzi o Gabriela Batistute?
1
@Luciano99 Dlaczego współczuje? Proste: Z pustego i Salomon nie naleje. My nie mamy wartościowej jedenastki na mistrzostwa. To są głównie karykatury futbolu...
1
@FcPortoFan1999 ,,Wyniki minimum"- dobrze to ująłeś. A co jeśli nie awansuje na Euro(?) co jest bardzo prawdopodobne. Ja osobiście uważam że nawet gdyby jakimś cudem udało się awansować na te mistrzostwa, to i tak w większy czy mniejszy sposób piłkarze by się skompromitowali, tak więc moim skromnym zdaniem lepiej byłoby nie awansować na tą impreze. Kompletnie nie mamy jakości na żadne mistrzostwa, ba! my nie mamy jakości nawet na eliminacje....
0
Ktoś mi mówił że ponoć pan Marek Papszun wypowiadał się że nie ma zamiaru obejmować posady selekcjonera polskiej reprezentacji. Miał racje! To inteligentny człowiek i doskonale sobie zdawał sprawe w jakie bagno by się wpakował!
Współczuje Probieżowi, gdyż obecna kadra nie zasługuje nawet na gre w eliminacjach. Kadre aby cokolwiek osiągneła na turnieju mistrzowskim buduje się przez lata, więc pytanie czy Probież ma aż taki kredyt zaufania od Kuleszy na lata?
5
@FCBparasiempre
Wsiadamy w wehikuł czasu i przenosimy się 65 lat wstecz. Jesteśmy w Sztokholmie, gdzie warszawska Gwardia staje przeciwko miejscowemu Djurgardens. Był to pierwszy występ polskiej drużyny w europejskich pucharach i trzeba przyznać, że wyszedł całkiem przyzwoicie. Przypominamy historię rywalizacji Gwardia Warszawa -Djurgardens Sztokholm. Zanim w ogóle zaczniemy tę opowieść, musimy przypomnieć, dlaczego organizatorzy rozgrywek o Puchar Europejskich Mistrzów Krajowych wysłali zaproszenie Polakom. Początkowo nie było nas na liście 16 krajów, które miały wystąpić w tych rozgrywkach. Dopiero po rezygnacji federacji angielskiej, która nie zgodziła się by ich mistrz, Chelsea, miał grać ze słabszymi zespołami spoza Wysp Brytyjskich. ,,Splendid isolation” pozwoliło polskiej drużynie wystąpić już w pierwszej edycji PEMK. W drugiej kolejności trzeba wyjaśnić, dlaczego to Gwardia reprezentowała Polskę w Pucharze Mistrzów. W końcu warszawianie nie byli mistrzami kraju. Aktualnym zwycięzcą ligi (historia już wtedy pokazywała, że zwycięzca ligi nie zawsze był mistrzem Polski) była Polonia Bytom i to ona powinna z urzędu wystartować w premierowej edycji europejskich pucharów. W kraju nad Wisłą grano wówczas systemem wiosna-jesień i działacze wykazywali dużą obawę o aktualną formę bytomskiej Polonii. Założono więc, że bytomianie będą mogli zagrać w pucharach tylko w przypadku, gdy po rundzie wiosennej będą znajdować się w pierwszej trójce. Mistrzowi ta sztuka się nie udała, więc wydawało się, że w edycji 1955/56 Polska nie będzie miała reprezentanta w Pucharze Mistrzów. MSZ szybko znalazło rozwiązanie tej sytuacji i złożyło organizatorom następującą propozycję: jeżeli zaprosicie do gry czwarty zespół poprzedniego sezonu, Gwardię Warszawę, to władze państwa nie będą robić żadnych problemów. Czasy były, delikatnie mówiąc, trudne. Przed 1955 rokiem w lidze grały takie kluby jak Stal Sosnowiec, CWKS Warszawa, Unia Chorzów, Ogniwo Bytom, Włókniarz Łódź, Kolejarz Poznań czy Gwardia Kraków i dopiero zarządzenie przewodniczącego GKKF z marca pozwoliło na powrót do nazw Zagłębie, Legia, Ruch, Polonia, ŁKS, Lech czy Wisła. Zmiany zaczęły wchodzić w życie dopiero we wrześniu, a jako pierwsza sygnał dała Wisła. W takich warunkach polska wchodziła w rywalizację klubową w europejskich pucharach. Pomimo tych zmian dział propagandy funkcjonował bez zarzutu i jeżeli była choćby najmniejsza możliwość, by promować kluby wojskowe czy milicyjne, to nikt nie wahał się, by z niej skorzystać. Warszawska Gwardia była klubem milicyjnym i poza Legią (CWKS), która mogła mieć każdego polskiego piłkarza, wcielając go do wojska, miała największe wsparcie władzy. Gwardziści mieli też inny atut — po prostu świetnie grali w piłkę. Wiosną 1955 roku wygrali między innymi z Polonią (wcześniej Ogniwo, przemianowane w 1955 roku na Spartę) Bytom i to w stosunku 7:1! W zespole prowadzonym przez Edwarda Brozowskiego grali wówczas tacy piłkarze jak Tomasz Stefaniszyn, Edmund Zientara, Stanisław Hachorek czy Krzysztof Baszkiewicz.
Losowanie zdecydowało, że pierwszym rywalem Gwardii będzie mistrz Szwecji – Djurgardens Sztokholm. W tym klubie grało kilku znakomitych zawodników znanych z gry w reprezentacji Szwecji jak Sigge Parling, Gosta Sandberg czy bramkarz Arne Arvidsson. Najbardziej znany był 24-letni Sven „Tumba” Johansson, ale on zyskał ogromną sławę nie na boiskach piłkarskich, ale na hokejowych lodowiskach. Odpowiedzią na tych zawodników miał być świetny atak z Baszkiewiczem i Hachorkiem na czele, ale jeszcze przed wyjazdem do Sztokholmu okazało się, że z powodu kontuzji Hachorek nie będzie mógł zagrać w tym spotkaniu. Rezolutne władze szybko znalazły rozwiązanie tego problemu i na mecz w Szwecji ściągnęli do Gwardii piłkarza Polonii (wówczas Gwardii) Bydgoszcz — Mariana Norkowskiego, nie zważając na to, czy przepisy dopuszczają tego typu „wypożyczenia”. System wspierał Gwardię, jak mógł, ale to nie znaczy, że na jego wsparcie mogli liczyć wszyscy gwardziści. Niektórzy przecież nie byli tak dalece posłuszni, jak sobie to wyobrażała ówczesna władza. Na przykład Edward Brzozowski, trener Gwardii, który miał na swoim koncie tytuł mistrzowski z warszawską Polonią, był człowiekiem wymagającym wobec siebie i swoich podopiecznych, a także pozostawał bezwzględnie wierny swoim zasadom. Czy ktoś taki mógł reprezentować Polskę za granicą? Władze uznały, że do Szwecji powinien pojechać ktoś bardziej lojalny, więc Brzozowskiemu nie wydano paszportu. I tak trenerem Gwardii w Sztokholmie został Tadeusz Foryś. Mecz w Sztokholmie został rozegrany 20.09.1955 roku przy sztucznym świetle. Szwedzi mieli znacznie lepsze warunki fizyczne, co próbowali wykorzystać, grając górne piłki do swoich napastników. Gwardziści byli szybsi, ale szybko zostali pozbawieni tego atutu, bo już na początku kontuzji doznał Baszkiewicz. W tamtych czasach nie można było dokonywać zmian, więc jeden z najlepszych snajperów w zespole snuł się bez celu po boisku do końca spotkania. Piłkarze Djurgardens mieli wyraźną przewagę i pod koniec pierwszej połowy zdołali wywalczyć rzut karny, lecz Tomasz Stefaniszyn obronił strzał Sigge Parlinga. Debiut okazał się więc udany, a polska prasa pisała nawet, że duński sędzia pomagał Szwedom. Przegląd Sportowy posunął się jeszcze dalej i w relacji z tego spotkania pisał, że polskim zawodnikom przeszkadzał nawet… cień piłki! ,,W meczu sztokholmskim pierwszoplanową rolę odgrywała nie forma jednej lub drugiej drużyny, lecz warunki, w jakich rozegrano to spotkanie. Rozegranie tego meczu przy świetle elektrycznym było poważnym handicapem dla gospodarzy. I w przebiegu spotkania można było znaleźć potwierdzenie tej opinii. Gospodarze czuli się dosłownie jak u siebie w domu, dla nich nie były problemem ani ciężka piłka, ani cień tej piłki. Gwardziści natomiast nie czuli się dobrze na pięknym boisku starego sztokholmskiego stadionu olimpijskiego, rzęsiście oświetlonym reflektorami, umieszczonymi na dachach owalnej budowy. Każde spojrzenie w górę kosztowało zawodnika polskiego utratę panowania nad piłką, a w przyjmowaniu względnie w stopingu często dochodziło do sytuacji, które mogły zdenerwować nie tylko widza, ale i samego zawodnika.” − pisał w Przeglądzie Sportowym Grzegorz Aleksandrowicz. Remis w meczu wyjazdowym można było uznać za korzystny wynik, bo wszyscy się spodziewali, że w rewanżu Gwardia udowodni swoją wyższość, zwłaszcza że do gry miał wrócić Hachorek. Tylko Szwedzkie media były innego zdania. − „Mistrzowska gra Djurgardens przyjdzie wkrótce” − pisał poniedziałkowy Idrootsbladet. Dwa tygodnie później przewidywania dziennikarzy się sprawdziły.
Gwardia przygotowywała się do meczu rewanżowego w Jugosławii. Pojedynki z Vojvodiną Nowy Sad i Crveną Zvezdą Belgrad miały zapewnić lepsze przygotowanie, ale tak naprawdę odniosły odwrotny skutek. „Harpagony” przegrały oba spotkania. Tymczasem Szwedzi byli spokojni, stworzyli najlepsze możliwe warunki, wyczarterowali samolot i zatrzymali się w hotelu Bristol. 12 października spełniły się najczarniejsze sny gwardzistów, którzy grali już bez Norkowskiego, ale mieli na ławce trenerskiej Edwarda Brzozowskiego. Szwedzi już w 5 minucie wyszli na prowadzenie po strzale Erikssona. Kilka chwil później wyrównał Baszkiewicz, ale Eriksson odpowiedział kolejnymi trafieniami w 17, a potem w 22 minucie. Czwartą bramkę jeszcze przed upływem 30 minut strzelił Sandberg, ustalając tym samym wynik spotkania na 4:1. Zastanawiająca jest nota na temat tego spotkania znaleziona w Przeglądzie Sportowym: ,,Nie wiem, gdzie tkwi tajemnica sztokholmskiego sukcesu Gwardii. Jakim cudem wywiozła ona wynik remisowy z pierwszego meczu. Chyba że Djurgarden jest drużyną pokroju naszych zespołów i cierpi na zmienność formy… Na podstawie środowego meczu można stwierdzić, nie znając całej prawdy, iż nasza piłka znajduje się w powijakach. I to jest najbardziej przykre. Nie możemy więc mieć wielkiej pretensji do Gwardii. Wiemy, na co ją stać i wiemy, że w tej chwili przeżywa ona ogromny kryzys. Gdyby miała te walory, którymi rozporządzała na wiosnę, Djurgarden musiałby się mocno napocić, by wygrać.” − pisał w Przeglądzie Sportowym Jerzy Zmarzlik. Co ciekawe, nikt nie miał pretensji do sędziego, nikt nie obwiniał też zawodników, bo przecież może im się zdarzyć słabszy występ. A może po prostu gwardziści mieli prawo do słabszego występu. Gwardia odpadła z europejskich pucharów, a w kolejnej rundzie taki sam los spotkał Djurgardens, który przegrał oba mecze z Hibernian Edynburg. Można się jedynie zastanawiać, co by było, gdyby zamiast Gwardii w Pucharze Mistrzów wystąpiła Polonia Bytom. Trzeba jednak pamiętać, że bytomianie(mistrzowie Polski z 1954 roku) rok później spadli z ligi. Można było jeszcze dać szansę ŁKS-owi Łódź czy Ruchowi Chorzów, które miały tyle samo punktów co Gwardia, a w kolejnym sezonie radziły sobie znacznie lepiej niż bytomianie, ale to tylko gdybanie. Warto natomiast nadmienić, że w roku 1955 narodziła się już nowa potęga— Legia Warszawa.
4
Polscy pionierzy w europejskich pucharach:
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
10
@FCBparasiempre
20 września 1953 r. urodził się Józef Młynarczyk. Przełom lat 70-tych i 80-tych był okresem gorącej rywalizacji dwóch bramkarzy światowego formatu o miejsce w polskiej kadrze. Do tego pojedynku stanęli rutyniarz, bohater z Wembley, medalista MŚ – Jan Tomaszewski oraz nowa gwiazda tej pozycji, obdarzony znakomitym refleksem i dużą odpornością psychiczną – Józef Młynarczyk. Z 16 obecnych województw Polski, tylko lubuskie nie miało nigdy przedstawiciela klubowego na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Tutaj jednak narodził się i dorastał Młynarczyk, jeden z najlepszych polskich golkiperów w historii a pod względem zdobytych nagród, absolutnie bezkonkurencyjny. Przez Astre i Dozamet z rodzinnej Nowej Soli dostał się do Stali Bielsko-Biała, gdzie zetknął się z Piechniczkiem i to spotkanie dało kopa jego karierze. Młody obiecujący szkoleniowiec z dość imponującą karierą piłkarską, przeniósł się do Odry Opole. Już w debiutanckim sezonie na tym poziomie rozgrywkowym zdecydował się ściągnąć swojego dawnego zawodnika z Bielska-Białej a mianowicie Młynarczyka. W pierwszych 3 meczach gdy ,,Młynarz” siedział jeszcze na ławce bilans był katastrofalny: 1 remis, 2 porażki i 9 straconych goli. Wejście dość anonimowego bramkarza odmieniło opolan. W debiucie przeciwko Zagłębiu Sosnowiec zachował czyste konto. Cały sezon zakończył zaś z wybornym rezultatem: 22 straconych goli w 27 meczach. W drużynie z Opola grał przez 4 sezony. Największe sukcesy na krajowym podwórku odniósł jednak w barwach Widzewa Łódź. To on był jego podporą przy najsłynniejszych triumfach. Dwukrotnie sięgnął z nim po mistrzostwo Polski. Do tego doszły 2 tytuły wicemistrzowskie. Jako jeden z 10 bramkarzy strzelił w Ekstraklasie gola(z rzutu karnego). Sam ,,Młynarz” w 1983 r. zdobył tytuł Piłkarza Roku zarówno w plebiscycie ,,Sportu”, jak i ,,Piłki Nożnej”. W obu przypadkach był pierwszym golkiperem z takimi sukcesami na koncie. Jako drugi polski bramkarz po Tomaszewskim zdobył punkty w plebiscycie ,,Zlotej Piłki”(21 miejsce w 1987). Trzy razy(na 6., 7. i 10 miejscu) plasował się w gronie laureatów Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”. W swoim drugim meczu ligowym stanął naprzeciwko Tomaszewskiemu i wkrótce stał się jego następcą w kadrze. Nie dostrzegał go jeszcze Gmoch. Szanse debiutu otrzymał od Ryszarda Kuleszy. Na stałe postawił na niego dopiero Piechniczek. Z tego względu, po zwycięskim meczu 3:2 z NRD, karierę reprezentacyjną zakończył ,,Tomek”. Nie uśmiechała mu się bowiem rola rezerwowego. Młynarczyk w roli następcy dawnego mistrza nie zawiódł. Razem z drużyna narodową sięgnął po srebro za 3. Miejsce na MŚ 1982. Choć tak wiele różniło go z Tomaszewskim, to łączył brak zaufania wyrażany przez kibiców przed ich wyjazdem na medalowe MŚ i tak jak ,,Tomek” w 1974, tak i ,,Młynarz” 8 lat później pokazał się z wybornej strony. ,,Corriere dello Sport” wprost pisało o nim jako o jednym z najlepszych bramkarzy tego mundialu. ,,Ja sam chyba nie zawiodłem, chociaż przed MŚ nie wszyscy ufali w moje umiejętności. Ciesze się że ich miło zaskoczyłem.”- odpowiedział nieco przekornie. Grał też z nią na mundialu 4 lata później, gdzie doszedł do ⅛ finału. Tu jednak nie powtórzył takiej postawy jak w Hiszpanii. Jego konto na pewno obciążała część bramek stracona z Anglią i Brazylią. W kadrze zagrał w sumie 42 razy, 10-krotnie w roli kapitana. Przed MŚ 1982 długo trenował z Piotrem Czają, wyrównując wieloletnie braki techniczne, które mu stale wypominano. Innym orężęm przeciwników była jego postawa poza boiskowa. Młynarczyk może się nie obnosił ale też nie ukrywał że nie stroni od dłuższych posiadówek, często przy kieliszku. Jeszcze z Widzewem awansował do półfinału Pucharu Mistrzów. Później zdobył nawet ten laur ale już w barwach FC Porto. Młynarczyk był uznawany zresztą za jednego z bohaterów finałowej potyczki z Bayernem Monachium. Razem ze ,,Smokami” triumfował w Pucharze Interkontynentalnym, Superpucharze Europy, 2-krotnie został mistrzem Portugalii i raz zwyciężył w Pucharze Portugalii. Między Widzewem a Porto występował jeszcze w S.C. Bastii we Francji. Bez przerwy porównywany z Kostką, Szymkowiakiem czy Tomaszewskim. Boniek optował wyraźnie za Młynarczykiem. ,,Moim zdaniem ,,Młynarz” przewyższa umiejętnościami tamtych bramkarzy. Jego prawdziwą wartość docenimy dopiero wtedy, gdy zabraknie go w polskiej bramce.”- pisał w książce ,,Moi rywale”. Do dziś uznawany jest za jednego z najlepszych bramkarzy w historii Polski. Jako szkoleniowiec golkiperów prowadził swych następców w reprezentacji Polski(m.in. awans na MŚ 2002), reprezentacji Zjednoczonych Emiratów Arabskich, reprezentacjach młodzieżowych Polski, FC Porto, Wiśle Płock, Amice Wronki, Widzewie oraz Lechu Poznań.
9
Panie i Panowie, 70 lat kończy dzisiaj wybitna postać polskiego futbolu:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
9
Feliz cumpleaños panie Henryku! Z okazji 51 urodzin!
20 września 1971 r. urodził się sympatyczny szwedzki napastnik. Na Camp Nou spędził zaledwie 2 lata i nigdy nie wywalczył sobie miejsca w podstawowym składzie, jednak od początku stał się jednym z idoli cules. Po obiecującym początku sezonu 2004/2005 w meczu z Realem Madryt zerwał więzadła krzyżowe w lewym kolanie i wrócił na boisku dopiero pod koniec sezonu. Szwed doznał kontuzji już w pierwszej połowie meczu ale o dziwo dotrwał aż do 72 minuty. Już w przerwie zgłosił że usłyszał chrupnięcie w kolanie więc decyzja o pozostawieniu go na boisku spadła na barki lekarzy. Zarząd klubu zachował się wobec piłkarza fair i przedłużył z nim kontrakt o kolejny rok. W grudniu 2005 r. Larsson postanowił iż z końcem sezonu odchodzi z klubu mimo oferty przedłużenia umowy ze strony zarządu. Swoją decyzje motywował tym że chce wraz z rodziną wrócić do Szwecji i tam zakończyć karierę. Jeszcze przed opuszczeniem Katalonii zagrał w słynnym finale Ligi Mistrzów w Paryżu, gdzie wchodząc z ławki rezerwowych asystował przy dwóch golach Barçy, stając się jednym z bohaterów tego meczu. W kolejnym sezonie tak jak zapowiadał trafił do szwedzkiego Helsinborga ale korzystając z przerwy zimowej na 3 miesiące zasilił do Manchesteru United. Sir Alex Ferguson pragnął przedłużyć pobyt Larssona w Anglii, lecz Szwed kierując się dobrem swojej rodziny wrócił do ojczyzny. Teoretycznie popularny ,,Henka” zakończył karierę z końcem sezonu 2008/09 w zespole Högaborgs BK, w którym debiutował w seniorskiej piłce. Jednak w 2012 r. pojawił się ponownie w barwach tej samej drużyny w czwartej lidze aby zagrać ze swoim synem Jordanem. 26 października 2013 roku w wieku 42 lat pojawił się na boisku jeszcze raz i pomógł uchronić swoją drużynę przed spadkiem do 5 ligi.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@Joe_Pesci No tak, la zabawa ale zdecydowanie masz racje, poczekajmy na topowego rywala, w moim mniemaniu będzie to FC Porto bo Szachtar to już nie to samo co 3, 5 lat temu...
0
Kochani cules, jak tam ,,nasza Barcunia" grała w drugiej połowie?, gdyż nie byłem w stanie oglądać jej. Pierwsza to rewelacja, no ale przeciwnik nie z najwyższej półki, debiutujący w Lidze Mistrzów
8
Drugi sezon w europejskich pucharach:
Pierwszy mecz Widzew Łódź – St. Etienne był rozgrywany 19.09.1979r. w obecności 35 tys. widzów na stadionie ŁKS-u. Była to 1/32 finału Pucharu UEFA a wynik tej konfrontacji to 2:1 (0:1) dla Widzewa. Drużyna francuska była wtedy jedną z najlepszych w Europie a w jej składzie grali reprezentanci Francji, Holandii i Jugosławii. Wszyscy kibice piłkarscy znają nazwiska Michela Platiniego czy reprezentanta Holandii, wicemistrza Świata z 1974r. i 1978r. Johnny Repa a przecież obok nich występowali tacy znani zawodnicy jak Jugosłowiański bramkarz Curković czy Francuzi Lopez, Larios, Santini, Rocheteau i Zimako.
Na ten mecz przyjechało ponad 50-ciu dziennikarzy francuskich a zainteresowanie w Łodzi (i nie tylko) było olbrzymie. Widzew wtedy w lidze spisywał się słabo, ale przeciwko St. Etienne rozegrał kapitalny mecz. Pierwszą bramkę w 37 min. zdobył Platini z rzutu wolnego. Piłka odbiła się od nogi naszego obrońcy i zmyliła Burzyńskiego, któremu nie pozostało nic innego jak wyciągnąć ją z siatki. Do tego momentu gra była wyrównana. Wynik 1:0 dla gości utrzymał się do przerwy mimo prób Widzewiaków jego zmiany. W drugiej połowie Widzew huraganowo atakował a Francuzi bronili się rozpaczliwie. Padły dwie bramki. Po faulu Platiniego w 66 minucie rzut wolny wykonywał Smolarek. Piłka trafiła do Bońka, który po solowej akcji wyrównał. Później, w końcówce meczu, w 81 min po dośrodkowaniu Bońka z rzutu rożnego, Kowenicki strzelił głową zwycięskiego gola na 2:1. Francuzi po stracie tej bramki nie kwapili się już z bardziej energicznymi atakami. Nie chcieli stracić kolejnej bramki i grając zachowawczo „dowieźli” nikłą porażkę do końca meczu. Radość na stadionie była ogromna i co ciekawe została uwieczniona nie tylko w zapisie taśm telewizyjnych, ale również na płycie z piosenką o Widzewie, nagraną przez zespół Klaatu. Zwrotki piosenki przeplatały się raz odgłosami szalejących ze szczęścia trybun i komentarzem spikera telewizyjnego Madeja-seniora po bramce Bońka a innym razem dopingiem całego stadionu Widzew , Widzew , Widzew. Biorąc pod uwagę ogólną liczbę widzów nie było to dużo, ale najważniejsze jest to, że szczególnie w drugiej połowie dopingował cały stadion. Ludzie wierzyli w Widzew i się nie zawiedli, choć widać było, że w rewanżu mogą być duże problemy. Zorganizowanych kibiców ŁKS-u na tym meczu nie było.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
8
@FCBparasiempre
19 września 1951 r. urodził się Kazimierz Kmiecik, napastnik. Jacek Gmoch ciągle żałuje że nie zabrał króla ligowych snajperów na MŚ w 1978 r. Kazimierz mógłby tam zrobić coś dobrego. Na przykład tak jak 2 lata wcześniej strzelić bezpośrednio z rzutu rożnego gola Argentynie. ,,Kazio długo był najlepszym strzelcem w polskiej lidze i powinienem go wziąć do Argentyny w 1978 r. Wstydzę się do dziś iż nie poznałem się na jego talencie. Na mundialu bardzo by nam się przydał. Przeprosiłem Kazia już kilka razy a nawet się zrehabilitowałem, ściągając go do greckiej Larissy. Kmiecik zrobił w niej furore”- tak o napastniku w książce ,,Najlepszy trener na świecie” mówił Jacek Gmoch. Przyznał że snajper krakowskiej Wisły stał się jego selekcjonerskim wyrzutem sumienia. ,,Wszystko prawda. Trener rzeczywiście przyznał się do błędu. Mówił mi o tym już w Grecji. Wypada mi się z nim zgodzić”- z uśmiechem mówił pan Kazimierz. W latach 50-tych specjalistą od goli strzelanych z rzutów rożnych był Baszkiewicz z Gwardii Warszawa. Dwie dekady później podobnym talentem błysnął gwardzista z Krakowa. Jesienią 1974 Kmiecik pokonał w ten sposób Sowińskiego z Szombierek Bytom a 3 lata później Marka Szczecha z Pogoni Szczecin. Oba nietypowe gole okazały się na wage zwycięstw Białej Gwiazdy. Trafić do siatki z narożnika w krajowych rozgrywkach to jeszcze nic. 24 marca 1976 r. Kmiecik strzelił takiego gola na Stadionie Śląskim Argentynie. Tym razem skapitulował Hugo Gatti z Boca Juniors. Po murawie biegali późniejsi mistrzowie świata: Tarantini, Gallego, Housman, Luque, Ardiles, Kempes a na ławce siedział oczywiście trener Cesar Luis Menotti. Ten mecz zasługuje na zapamiętanie także z innego powodu. Był to reprezentacyjny debiut trzech późniejszych medalistów MŚ w Hiszpanii: Pawła Janasa, Janusza Kupcewicza i Zbigniewa Bońka. ,,Po moim golu było 1:0 ale przegraliśmy 1:2 i to trochę mąci mi tamto wspomnienie. Recepta na gole z kornera? Prosta. Kręciłem w stronę bramki, golkiper robił krok do przodu i dostawał za kołnierz”- opisuje Kmiecik. Na rozegranym 2 lata później mundialu w Argentynie Kmiecika nie było i tym razem Polacy nie zdołali Argentyńczykom trafić do siatki(0:2). Nasz bohater nie doszukuje się tu żadnej zależności, wręcz odcina od spekulacji. Jednak to prawda iż miał spektakularne porachunki z gospodarzami mundialowych turniejów, które mogłyby go dodatkowo uskrzydlić.
Przecież już w 1974, w historycznym meczu na wodzie z RFN, gdy przegrywaliśmy 0:1, on w jednym z najważniejszych momentów w dziejach polskiej piłki stanął przed szansą przywrócenia Biało-czerwonym życia. Wprawdzie potrzebowaliśmy wygranej, lecz po stracie gola najpierw musieliśmy wyrównać. Wtedy napastnik Kmiecik na ostatnie minuty zastąpił defensywnego pomocnika Zygmunta Maszczyka i miał tę jedną wyśnioną szanse! Strzelał z 12 metrów, prawie jak rzut karny, na pewno tysiąc razy łatwiej niż z kornera. Na telewizyjnej powtórce, w ujęciu zza bramki, widać jak niektórzy koledzy wyrzucają ręce w góre, już cieszą się z gola. Przedwcześnie. Ten przeklęty Josef Maier obronił! ,,Piłka była śliska, mokra. Uderzyłem jak najlepiej się dało. Już widziałem ją w bramce. Maier odbił czubkami palców…”- wspomina pan Kazimierz. ,,Na mundial w 1982 r. nie miałem już szans jechać. W towarzyskim meczu z Kolumbią(4:1) złamałem kość jarzmową i nigdy nie doszedłem do dawnej formy. Skończyła się reprezentacyjna kariera, choć w lidze nadal strzelałem gole”- kontynuuje Kmiecik. Pierwszym jego zagranicznym klubem było belgijskie Charleroi, jednak piłkarskiego szczęścia tam nie znalazł. Występujący w drugiej lidze zespół grał przeciętnie. Klub miał ogromne kłopoty finansowe. Kmiecik wrócił do Krakowa. Runde pograł w Wiśle i wtedy dostał oferte od Gmocha z Larisy. Odszedł z niej po zdobyciu Pucharu Grecji, już pod komendą trenera Strejlała. ,,Kibice ciągle mnie pamiętają. Wiem bo jeżdże tam czasem na wakacje. Ostatnio rzadziej ale znowu będę chciał ich chciał odwiedzić”- mówi o swoich planach pan Kazimierz. Wtedy zdawało się że powoli trzeba będzie kończyć karierę że po pobycie w Grecji nadszedł dobry czas by dograć sobie jeszcze pare lat w słabszej lidze, jednak Kmiecikowi wciąż było mało. Poszedł do niemieckiej 2. Bundesligi, gdzie co jak co ale zdrowie do zasuwania po boisku od pierwszej do ostatniej minuty trzeba mieć. Tym bardziej że Stuttgarter Kickers był zespołem z dużymi ambicjami. W Niemczech Kmiecik wciąż należał do klasowych napastników. W 1987, mając 36 lat, awansował do finału Pucharu Niemiec! Wcześniej drugoligowcy pokonali Fortune Düsseldorf 3:0 a jednego z goli zdobył Kmiecik. W bezpośredniej walce o trofeum na Stadionie Olimpijkim w Berlinie Zachodnim drugoligowiec na oczach 75 tysięcy widzów zmierzył się z Hamburger SV. ,,W drużynie rywali grał Mirek Okoński, wtedy gwiazda Bundesligi. Ich liderem był jednak reprezentant Niemiec Manfred Kaltz. Szybko objeliśmy prowadzenie ale oni zaraz wyrównali. Mijały minuty i zmierzaliśmy do dogrywki. W 88 minucie po faulu na Mirku z wolnego do siatki trafił Kaltz. Rzuciliśmy się do odrabiania strat i zostaliśmy skarceni jeszcze jednym golem w doliczonym czasie. Wynik 1:3 nie oddaje tego, co się działo na boisku. Bardzo trudno była nam się z tym pogodzić”- wspominał Kmiecik. W następnym sezonie Kickers weszli do 1. Bundesligi! Weteran z Polski miał udział w tym sukcesie ale grał już trochę mniej. Strzelił 3 gole… ,,Po awansie wiedziałem że nie ma sensu tego ciągnąć na siłe, zdrowie już nie pozwalało”- przyznaje pan Kazio. Pograł jeszcze jeden sezon w Offenburger FV(po wojnie piłkarzem tego klubu był legendarny Ernest Wilimowski) i wrócił do Polski. Pechowy finał Pucharu Niemiec to jeszcze nic. Można powiedzieć że Kmiecik w sportowym pechu był doświadczony. Wiosną 1979 przegrał dwumecz z Malmö FF w ćwierćfinale Pucharu Europy. ,,W obu meczach strzelałem gole. W Krakowie dało nam to zwycięstwo 2:1 pięć minut przed ostatnim gwizdkiem. W rewanżu strzeliłem na 1:0, do końca było jeszcze pół godziny i… nagle straciliśmy 4 gole! Nie potrafie tego zrozumieć, nawet dzisiaj”- mówi Kmiecik i udaje mu się ustalić dwa konstruktywne wnioski: ,,Nasz bramkarz Staszek Gonet nie miał swojego dnia, sędziowie też. Szkoda że VAR-u nie było… Kmiecika od lat prześladuje dręczące przeczucie że wiślacy w półfinale ograliby Austrie Wiedeń i w wielkim finale na Olimpiastadion w Monachium zmierzyli by się z Nottingham Forest. Jego piłkarskie życie zresztą pełne jest dziwnych zakrętów i zawijasów. Choćby to że jest ikoną Wisły a przecież najpierw sporo czasu spędził po drugiej stronie Błoń. ,,Pojechałem na kolonie z kolegami, którzy byli z Cracovii. Mieliśmy turniej w hali, nieźle mi szło i Pasy uznały że powinienem zapisać się do klubu. Pograłem w juniorach 2 lata ale widać Wisła była mi pisana”- tłumaczy pan Kazio. W Wiśle debiutował jako 17-latek, cztery razy był królem strzelców Ekstraklasy, zdobył mistrzostwo Polski, miał medal MŚ i dwa medale olimpijskie łącznie z monachijski złotem. To zdecydowanie nie jest kariera piłkarza, który powinien cierpieć na poczucie niedosytu.
6
(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
0
@LS To jest dziecinada jakich mało! Zwłaszcza w przypadku Ferrana Torresa. Nie zamierzam akceptować takich głupot, w dodatku pisanych przez redaktorów poważnego serwisu!
9
Chwile grozy:
19 września 2010 r. niejaki Tomaš Ujfaluši sfaulował Lionela Messiego. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, lecz scena ta wyglądała dramatycznie. W końcówce wygranego 1:2 meczu z Atletico Madryt, Messi ruszył z kontrą na bramke gospodarzy i próbujący zatrzymać go czeski obrońca Atletico nadepnął na kostke Argentyńczyka, przez co jego stopa wygięła się w bardzo nienaturalny sposób. Leo opuścił boisko na noszach. Okolice stawu skokowego natychmiast spuchły i wydawało się że czeka go kilka tygodni a nawet kilka miesięcy absencji. Stał się jednak przysłowiowy cud! Już tydzień później wrócił do treningów i dokładnie 11 dni po koszmarnym urazie zagrał w Kazaniu z Rubinem w meczu Ligi Mistrzów, wchodząc na boisko na ostatnie pół godziny.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
1
@Lionel_Messi10 O niebo lepiej wygląda bez tej brody. Zawsze mnie wkurwiała ta jego broda, jedyne co mnie w nim wkurwiało!
0
@LS Bo pierdolicie jakieś głupoty zamiast napisać imie bądź nazwisko!
0
@Bobert_Kubicki Owszem masz racje! Barca grała z nimi w drugiej rundzie Pucharze Miast Targowych w sezonie 1965/66 i awansowała tylko dzięki zdobytemu jedynego gola na wyjeździe. Ewidentnie tego nie sprawdziłem. Dziwne że na stronach takich jak flashscore nie ma o tym mowy...
0
@LS Co wy wypisujecie wogóle? A idćcie w pi..... z tymi rekinami i co nie tylko
0
@LS Rekin? Jaki znowóż rekin?