1

@Marusek Nie chciałbym być wobec ciebie uszczypliwy ale mam wrażenie że zakrótko oglądasz Primera Division a zwłaszcza Betis Sevilla, który na dzień dzisiejszy jest w dobrej formie...

0

@Marusek Rozpierducha powiadasz...? Byłbym bardzo ostrożny z tą rozpierduchą...

8

Hydraulik z Preston:

5 kwietnia 1922 r. urodził się Tom Finney, angielski napastnik. Legenda angielskiej reprezentacji Anglii Billy Wright powiedział kiedyś o nim, że nikt nie jest bardziej godzien noszenia białego trykotu reprezentacji. Bill Shankly zestawił go w jednym szeregu z Alfredo Di Stéfano, Pelé, Stanleyem Matthewsem i Diego Maradoną. O kim mowa? Przedstawiamy ikonę Preston North End Toma Finneya. Finney jak wielu piłkarzy urodzonych tuż po zakończeniu I wojny światowej, zanim zaczął pracować na własną chwałę, musiał pomóc w obronie chwały ojczyzny. W 1942 roku powołany został do Królewskiego Korpusu Pancernego, gdzie walczył w Egipcie z ramienia Montgomery’s Eighth Army. Tam zdarzało mu się grywać w lokalnych turniejach drużyn wojennych. Zawodnikiem jednego z miejscowych zespołów był znany na całym świecie z tytułowej roli w filmie ,,Doktor Żywago” aktor Omar Sharif. W 1946 kariera Finneya ruszyła z kopyta. Zadebiutował on w First Division a także w reprezentacji Anglii. Do 1958 roku rozegrał dla niej aż 76 spotkań i strzelił 30 goli. W tamtych czasach nawet najlepsi angielscy piłkarze nie mogli godnie żyć z pensji w klubie, więc chwytali się innych zajęć. Tom został hydraulikiem i zarabiał czternaście funtów tygodniowo. Z powodu wykonywania tej profesji, kibice w całej Anglii nazywali go ,,Preston Plumber”. Cały zespół Preston North End nazywano natomiast ,,drużyną hydraulika i dziesięciu kropel”, dając do zrozumienia, że koledzy Finneya byli tak naprawdę nic nie znaczącymi dodatkami do niego. Ten znakomity lewoskrzydłowy rzeczywiście nie osiągnął ze swoim klubem zbyt wiele. Dwa razy zajmował drugie miejsce w lidze angielskiej (1953 i 1958) a raz dotarł do finału Pucharu Anglii (1954). Finneyem interesowały się inne kluby, szczególnie włoskie. Do Preston przyjeżdżali przedstawiciele Palermo i Torino. Ci drudzy oferowali Anglikowi dziesięć tysięcy funtów za podpisanie kontraktu, sto funtów tygodniowej pensji, Maserati oraz willę nad jeziorem Como. Finney odmówił, tłumacząc, że na zawsze pozostanie wierny miastu Preston i jego klubowi. W szczytowym okresie kariery, Finney zarabiał dwadzieścia funtów tygodniowo. Nigdy jednak nie zależało mu na pieniądzach. Wiele lat po skończeniu z futbolem, Tom krytykował przepłacanie piłkarzy. Uważał też, że nieliczni zasługują na miliony i takim graczom jak choćby Ryan Giggs pieniędzy nie zazdrości.

Finney był znany jako boiskowy dżentelmen. Na murawie jako jeden z nielicznych zawodników nie przeklinał. Przykładem świecił również jako człowiek. Ze swoją żoną Elsie Noblett wziął ślub zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Przeżył z nią niemal sześćdziesiąt lat. Mieli dwójkę dzieci: Barbarę i Briana. Krytykował piłkarzy, którzy między treningami włóczyli się po nocnych klubach, mieli problemy z używkami i rozbijali drogie samochody. Zdaniem Finneya takie zachowanie przynosiło wstyd nie tylko samym graczom, ale również ich klubom z bogatą historią. On sam wstydu Preston North End nigdy nie przyniósł. Mało tego, stał się najlepszym zawodnikiem w historii tego klubu. Czternaście lat gry, 433 mecze i 187 goli. Klasa. Wspomniany Bill Shankly powiedział kiedyś o gwiazdach lat siedemdziesiątych, że są tak dobre jak Finney, z tym że on ma już prawie sześćdziesiątkę… Toma Finneya szanowali nie tylko kibice i koledzy z boiska, ale i przeciwnicy. W 1951 roku Anglia pokonała Portugalię 5-3 w meczu towarzyskim rozgrywanym na Goodison Park. Obie reprezentacje spotkały się raz jeszcze na bankiecie po meczu. W pewnym momencie wszyscy portugalscy zawodnicy unieśli w górę kieliszki, wstali z miejsc i wznieśli zdrowie ,,mistrza, Pana Finneya”. Szacunek okazany przez rywala to chyba najpiękniejsza chwila w karierze.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@mekston ,,Nic nie może przecież wiecznie trwać"! jak śpiewała nieodżałowana Śp. Anna Szmeterling

2

O! Przychodze od matuli i co widze na flascore? Wróg naczelny Real Madrid poległ na Estadio Santiago Bernabeu(!) a to ci niespodzianka? Czyli jednak nie należy oglądać meczów tych ,,prześcieradeł". Jednak w kontekście ,,naszego" meczu z Realem Betis, dopóki go nie wygramy, należy pamiętać o starym ale jakże jarym przysłowiu: ,,Nie śmiej się dziadku z czyjegoś wypadku. Dziadek się śmiał i to samo miał"...

8

Pewne zwycięstwo już do przerwy:

5 kwietnia 2018 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou FC Seville 3:0 w ramach 30-tej kolejki La Liga. Duma Katalonii bez większych kłopotów ograła FC Sevillę 3:0, ustalając wynik już w pierwszej połowie. Dwa gole strzelił Lionel Messi a jednego(po asyście Argentyńczyka) dołożył Luis Suarez. Starcia Blaugrany z FC Sevillą zawsze obfitowały w wiele goli. Podobnie było w środowy wieczór, kiedy to gospodarze już do przerwy zapewnili sobie korzystny wynik. Błyszczał przede wszystkim Lionel Messi, który najpierw wypracował bramkę Luisowi Suarezowi(piękny, akrobatyczny strzał) a następnie sam dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Gospodarze dominowali a przyjezdni kompletnie nie potrafili odnaleźć się na Camp Nou. Dopiero po przerwie goście zagrali trochę lepiej, ale to i tak nie powstrzymało rozpędzonych gospodarzy przed stwarzaniem okazji. Szansę na skompletowanie hat-tricka miał Messi, ale Sergio Rico poradził sobie z lobem. Druga połowa była wyrównana, ale piłkarze Barçy mieli wszystko pod kontrolą i zasłużenie zanotowali kolejne trzy punkty. Przynajmniej na kilka godzin awansowali też na fotel lidera La Liga.

@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

9

Skromne zwycięstwo w obliczu rewanżu:

5 kwietnia 2016 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Atletico Madryt 2:1. Luis Suarez zdobył dwa gole, zapewniając zwycięstwo 2:1 nad grającym od 35 minuty w dziesiątke Atletico Madryt w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów. Pierwszy gol zdobył zawodnik gości Fernando Torres, który później został wyrzucony z boiska. Po serii szans dla gospodarzy, Luis Suarez wyrównał z bliskiej odległości w 63. minucie, a następnie strzelił zwycięskiego gola głową w 74. minucie, dając obrońcom Ligi Mistrzów przewagę przed rewanżem w przyszłym tygodniu na Vicente Calderon. Pomimo idealnego początku, kiedy Torres w 25. Minucie z podania Koke umieścił piłke między nogami bramkarza Barcelony Marca-Andre ter Stegena, Atletico poniosło siódmą z rzędu porażkę z Barceloną . Podopieczni Diego Simeone stracili dwóch zawodników, gdy przegrali z Katalończykami w La Liga i ponownie zostali ukarani za brak dyscypliny. Torres zobaczył czerwoną kartkę po 2 żółtych kartkach za faule na Neymarze i Sergio Busquetsie w odstępie sześciu minut. Atletico wytrzymywało nieustanną presję, aż do momentu, gdy Suarez z bliskiej odległości obronił niskie podanie Jordiego Alby a Urugwajczyk przypieczętował powrót na boisko, kierując dośrodkowanie Daniego Alvesa obok Jana Oblaka ku uciesze wiernych kibiców Camp Nou.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

10

W drodze ku chwale:

5 kwietnia 2006 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Benfike Lizbona 2:0 w rewanżowym meczu ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W rewanżu dominowała Blaugrana. Wprawdzie w 5 minucie Ronaldinho nie wykorzystał rzutu karnego ale później szybko dał swojej ekipie prowadzenie, którego gospodarze nie wypuścili już do końca. Na 2:0 podwyższył niezawodny Samuel Eto’o i awans do półfinału stał się faktem.

Spójrzmy na chwile:



@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

1

@NeroTFP1 No i wszystko jasne i w temacie! Czyli mam trafne przeczucia że PZPN na czele z Cezarym Kuleszą raczej nie kiwną palcem w tej sprawie a dla mnie to będzie równoznaczne z hańbą takiego związku. Krótko mówiąc, mnie jako Polakowi jest wstyd przyznać się do takich władz PZPN...

Dzięki śliczne za konkretne wyjaśnienia i gorąco pozdrawiam :)

0

@NeroTFP1 No dobrze ale co ma wspólnego ta sprawa pomiędzy Gowarzewskim a PZPN-m do tej, którą napisałem? Bo nie bardzo rozumiem?

0

@FcPortoFan1999 Jeśli dla obecnego PZPN-u niemożliwe nie istnieje, to niech się skutecznie zajmą tą nie cierpiąca zwłoki sprawą...!

0

Nie wiem kolego @NeroTFP1 czy już o tym słyszałeś: https://www.fcbarca.com/la-rambla/dyskusja-15480305#comment-15480305 bo jestem ciekaw co o tym sądzisz? No i co sądzisz o mojej opinii?

10

Duma Katalonii w Pucharze Króla:


Dokładnie 100 lat temu FC Barcelona na legendarnym ,,Camp de Les Corts” rozgromiła Stadium Zaragoza(późniejszy Real Saragossa) aż 8:0(!) w ostatnim meczu grupowej fazy Copa del Rey i awansowała do półfinału. Jeśli się nie mylę było to najwyższe zwycięstwo z tą drużyną w Pucharze Króla. Gole strzelali: Patricio Arnau(4), Vincenc Piera(2) oraz Josep Samitier(2). Natomiast w półfinale Blaugrana bardzo męczyła się z Atletico Madryt i potrzebny był trzeci dodatkowy mecz z ,,Rojiblancos” ale o tym wspomnę w rocznice tego meczu dodatkowego a mianowicie 3 maja.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@APTAPT Tak się składa że te 4 wygrane ligi z rzędu, to przynajmniej dwie z nich to był fart stulecia! Cruijff był w czepku urodzony. Powiadasz że lubisz czytać o La Liga z lat 80-90, gdyż była nieprzewidywalna i ciekawa. To ja ci powiem że w okresie międzywojennym była jeszcze ciekawsza bo tam rządzili Baskowie, zwłaszcza Athletic Bilbao. Co prawda Real Madrid też bodaj dwukrotnie zdobywał majstra ale to ,,Los Leones" brylowali w Hiszpanii, gdyż byli jeszcze najlepsi w Copa del Rey. Wogóle historia futbolu jest bardzo ciekawa, no i bardzo ważna. Gdyby nie ta historia, to nie byloby o czym rozmawiać i czym się pasjonować...

9

Mało przekonywujące zwycięstwo Blaugrany:


4 kwietnia 2018 r. po dwóch samobójczych golach FC Barcelona pokonała 4:1 AS Romę w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów. "Wczoraj CR7, dziś Messi" - podgrzewał tytuł na pierwszej stronie katalońskiego dziennika "Mundo Deportivo", nawiązując do wtorkowego zwycięstwa Realu z Juventusem (3:0) i dwóch bramek Cristiano Ronaldo. "Barcelona chce wypracować przewagę na Camp Nou, które jest niezdobytą twierdzą w Lidze Mistrzów" - można było przeczytać we wprowadzeniu do tekstu. Stadion Barcelony, choć pozostał niezdobytą twierdzą, to środowy mecz wyglądał zupełnie inaczej, niż można się było tego spodziewać. Przede wszystkim dlatego, że goście ani myśleli stawiać autobus we własnym polu karnym. Podjęli rękawice, a przy odrobinie szczęścia mogli wywieźć z Katalonii korzystniejszy wynik. Mieli jednak pecha, choć może to nieodpowiednie słowo. Porażka po dwóch samobójczych bramkach właśnie to sugeruje, jednak nie wynikały one z niefrasobliwości rzymskich obrońców, co z presji piłkarzy Barçy. Przy golu na 1:0 dla gospodarzy Daniele De Rossi próbował przeciąć w polu karnym podanie Andresa Iniesty do Messiego, ale w efekcie pokonał własnego bramkarza. Później Konstantinos Manolas próbował na raty przeszkodzić Samuelowi Umtitiemu, który fetując bramkę pocałował klubowy herb i ukłonił się kibicom. Zupełnie jakby chciał zapewnić, że pogłoski o jego odejściu z Barcelony, to tylko medialne spekulacje. Trzecia bramka to zasługa wciąż szukającego swojej pierwszej od ponad roku bramki w Lidze Mistrzów Luisa Suareza. Po technicznym strzale Urugwajczyka bramkarz Romy wybił piłkę wprost pod nogi stojącego w polu karnym Gerarda Pique a ten wpakował futbolówkę do pustej bramki. Kontaktowy gol Edina Džeko pozwalał gościom mieć nadzieję, że jeszcze nie wszystko jest stracone ale w końcówce dobił ich Luis Suarez.


@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

1

Jeśli PZPN na czele z Cezarym Kuleszą nie kiwną palcem w tej oto sprawie: https://dziennikzachodni.pl/grob-ernesta-wilimowskiego-powinien-byc-na-slasku-dzis-moze-zniknac-z-cmentarza-w-niemczech-jest-akcja-kibicow-a-ja-pytam-gdzie-pzpn/ar/c1p2-27435651 to dla mnie osobiście będzie to największy wstyd i hańba w historii PZPN!

11

@FCBparasiempre
Bohaterem
poniższego tekstu jest zawodnik, o którym Silvio Marzolini, najlepszy
argentyński zawodnik Mistrzostw Świata 1966, powiedział: „W historii piłki
nożnej było trzech naprawdę wielkich zawodników: Pele, Maradona i Messi ale
tylko jeden prawdziwy skurwysyn – Sanfilippo”. Czym fenomenalny Jose Sanfilippo
zasłużył sobie na miano największego piłkarskiego skurwysyna w historii? Nazwisko
Sanfilippo nie jest znane szerszemu gronu piłkarskich kibiców w Europie.
Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest fakt,
że przyszedł na świat 4 maja 1935 roku, zatem już od dawna nie był aktywnym
zawodnikiem, gdy Argentyna świętowała największe sukcesy, czyli oczywiście
Mistrzostwo Świata w 1978 i 1986 roku. Poza tym jego kariera przypada na czasy,
w których transfery międzykontynentalne były rzadkością, zatem grywał jedynie w
klubach z Argentyny, Urugwaju oraz Brazylii. Wywodzi się z biednej, ale bardzo
pracowitej rodziny. Od dziecka był wielkim kibicem San Lorenzo. Jak w wielu
podobnych przypadkach, marzył, że kiedyś zostanie piłkarzem tego klubu, dzięki
czemu wyrwie swoich bliskich z ubóstwa. Codziennie budził się i zasypiał z tą
myślą. W międzyczasie nie próżnował. Nie mógł sobie pozwolić na piłkę z
prawdziwego zdarzenia, zatem zlepił ją z plastiku oraz gumy i bardzo rzadko się
z nią rozstawał. Z uwagi na niezbyt imponujący wzrost nosił pseudonim El Nene,
czyli dzieciak. Z seniorami z San Lorenzo trenował już w wieku 16 lat, a swój
pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później. Bardzo szybko
doczekał się debiutu oraz dziewiczych trafień w pierwszym zespole, jednak
prawdziwe możliwości zaprezentował w 1955 roku, strzelając dla swojego
ukochanego klubu 15 goli. To wtedy został ulubieńcem kibiców, którzy doceniali
jego kunszt i niezwykłą łatwość w odnajdywaniu się w polu karnym oraz prawdziwą
miłość do barw. Jego znakomita technika użytkowa, walory motoryczne i
wytrzymałościowe nie wzięły się oczywiście znikąd. Od początku swojej przygody
z piłką rozumiał to, czym w jego czasach mało kto się przejmował. Można śmiało
powiedzieć, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę, bo bardzo szybko odkrył, że
aby być doskonałym piłkarzem, nie wystarczy tylko i wyłącznie dobrze panować
nad futbolówką. Zdawał sobie sprawę z faktu, że kariera zawodnicza jest
niezwykle krótka, zatem postanowił wycisnąć z niej maksimum. Trenował więcej
niż inni, dbał o długość oraz jakość snu i nie miał problemu z tym, by kolegów
z drużyny publicznie nazywać kłamcami i pijakami, bo dają się porwać nocnym
pokusom, a później na treningach nieudolnie ukrywają ich konsekwencje.
Prowadził się według reguł, o których mówi także dzisiaj, będąc staruszkiem
przed 90-tką. Młodym zawodnikom podpowiada: „Po pierwsze, dyscyplina. Po
drugie, odpowiedni odpoczynek i regeneracja. Po trzecie, wartościowe jedzenie.
Po czwarte uporządkowane życie seksualne. Nie chodzi o to, żeby mieć wszystko,
chcieć tego i nie stawiać granic. Ty wybierasz: albo sport, albo kurwy”. Podczas
zajęć najwięcej wymagał oczywiście od siebie, jednak szczerze nienawidził
pozorantów. Mocno się denerwował, gdy ktoś obok nie przykładał się do pracy. W
tym aspekcie był pierwowzorem Zlatana Ibrahimovicia, o którego sposobach
motywacji zapewne niejednokrotnie słyszeliście. W rozmowie przeprowadzonej
przez Jonathana Wilsona na potrzeby książki „Aniołowie o brudnych twarzach.
Piłkarska historia Argentyny”, Sanfilippo powiedział: „Jeśli masz wypoczęte
ciało i dobrze się odżywiasz, podczas treningu jesteś jak nowo narodzony. Jeśli
masz zdrową wątrobę, to masz energię na boisku. Jeśli brakuje ci dyscypliny,
niczego nie osiągniesz”. Do treningów wymyślił pewną popularną do dzisiaj
maszynę, zwaną, oczywiście w nawiązaniu do jego nazwiska, Sanfigolem. Jest to
powierzchnia o wymiarach piłkarskiej bramki, zazwyczaj w formie płaskiej ściany
lub kraty, na której umieszcza się lub po prostu rysuje kwadraty o boku
długości 80 cm. Celem ćwiczeń jest oczywiście takie kopnięcie piłki, by trafić
w wyznaczone prostokąty. Sanfilippo słusznie stwierdził, że z perspektywy
napastnika najbardziej efektywnymi częściami bramki są jej dolne rogi, zatem
kwadraty najczęściej ustawiał tuż przy słupkach na wysokości ziemi. Nazywał je
mysimi dziurami. Zauważył, że bramkarze mają większe problemy z obroną piłek
posłanych w te obszary swych świątyni niż nawet z tymi celowanymi w okienka.
Zazwyczaj trenował z piłką będącą w ruchu, bo doskonale wiedział, że sytuacje
boiskowe praktycznie nie wymagają od zawodników strzału z martwej piłki.
Uderzenia, a co za tym idzie skuteczność, opanował niemal do perfekcji, co
później przekładało się na jego imponujące statystyki.

„Jeśli nie
umiesz strzelać obiema nogami i słabo główkujesz, pozbawiasz się 70% szans na
zdobycie bramki”. Chciał potajemnie
odpowiadać za taktykę, uważał, że zna się na piłce tak jak nikt inny. Nie
starał się oszukiwać samego siebie, zdawał sobie sprawę ze swoich
niedoskonałości. Z uwagi na mizerny wzrost – zaledwie 163 cm – miał marne
szanse w pojedynkach powietrznych z rosłymi obrońcami. Choć po strzałach głową
strzelił niejednego gola, to wręcz wymuszał na swoich kolegach, by zagrywali mu
piłki tylko i wyłącznie po ziemi. Ponadto bardzo rzadko wchodził w dryblingi.
Pamiętajmy, że grał w czasach, w których kartki nie obowiązywały, przez co piłkarscy
wirtuozi nie mieli lekkiego życia przy boiskowych brutalach, a tych wówczas nie
brakowało. Argentyńczyk uważał ponadto, i przy dłuższym zastanowieniu nie
sposób nie przyznać mu racji, że dryblingi są przede wszystkim dla tych, którzy
w momencie otrzymania piłki nie mają pojęcia co z nią zrobić, przez co muszą
wchodzić w pojedynki jeden na jeden. „Moim interesem było strzelanie goli.
Jeszcze przed otrzymaniem piłki miałem w głowie co najmniej dwa rozwiązania, co
z nią później zrobić. Zawsze wybierałem najlepsze”. Sanfilippo prowadził San
Lorenzo do Mistrzostwa Argentyny w 1959 roku, a w latach 1958-1961 zdobył aż
119 ligowych goli i cztery razy z rzędu sięgnął po koronę króla strzelców
krajowych rozgrywek. Jego rekord po obecne czasy nie został poprawiony. Po
takich sukcesach klub, którego kibicem jest m.in. papież Franciszek, stawał się
dla wyborowego strzelca zbyt ciasny. Ponadto dość mocno skonfliktował się z
działaczami. W sezonie 1962 miał olbrzymią szansę na zostanie piąty raz z kolei
najlepszym ligowym snajperem, jednak na dwie kolejki przed końcem zmagań został
zawieszony i odstawiony od składu. Wersja klubowych włodarzy? El Nene
publicznie narzekał na organizację klubu. Wersja zawodnika? „Przed sezonem
ustaliliśmy, że jeśli znów okażę się najlepszym strzelcem w całych rozgrywkach,
klub wypłaci mi pokaźną premię finansową. Jak zawsze szedłem jak burza, choć po
piętach skutecznie deptał mi Luis Artime. Działacze, chcąc wykręcić się ze
złożonej obietnicy, postanowili mnie zawiesić. Przez to Artime ostatecznie
okazał się ode mnie lepszy o dwa trafienia”. Kibice stanęli po stronie swojego
największego idola, a nieporozumienia na linii zawodnik – klub skrzętnie
wykorzystała Boca Juniors, wykupując napastnika za rekordowe na te czasy 25
milionów pesos. Dla panujących Mistrzów Argentyny celem numer jeden w sezonie
1963 był triumf w Copa Libertadores. Triumfalny marsz został zastopowany
dopiero w finale, gdzie w dwumeczu nie dali rady najlepszej wówczas drużynie na
świecie, Santosowi, któremu przewodził sam Pele. Sanfilippo zdobył w
rozgrywkach 7 bramek, co pozwoliło mu przywdziać koronę króla strzelców. Gdy
wydawało się, że szybko zadomowił się w ekipie z La Bombonery, nieoczekiwanie
nastał jego koniec. Na przełomie marca i kwietnia 1964 roku rozegrany został
towarzyski i niezwykle dziwaczny turniej Copa Jorge Newbery. Dziwaczny, bo
udział w nim wzięło zaledwie sześć drużyn, a finalnie tylko jedna – San Lorenzo
– rozegrała komplet 5 meczów. Reszta od jednego do czterech. Pod koniec marca
doszło do starcia San Lorenzo – Boca Juniors. Raczej nie trzeba nikomu
tłumaczyć, jakie znaczenie miało ono dla Sanfilippo. Tymczasem trener
Aristóbulo Deambrossi pozostawił swojego napastnika na ławce rezerwowych.
Ówczesne przepisy mówiły, że w trakcie gry można dokonać tylko jednej zmiany, w
dodatku jedynie w pierwszej połowie i tylko w przypadku kontuzji któregoś
zawodników. Tę bardzo łatwo można było zasymulować, więc Sanfilippo był pewny,
że przed upływem pierwszych 45 minut zostanie wprowadzony na murawę przy
aplauzie uwielbiających go kibiców, dla których miał status piłkarskiego boga.
W okolicach 40. minuty starcia trener nakazał mu się rozgrzewać, co dla
zawodnika oznaczało wyraźny sygnał potwierdzający ten scenariusz. Tymczasem El
Nene wcale nie doczekał się zmiany, co na stadionie wywołało potężną salwę
gwizdów. Gdy sędzia zaprosił zawodników na przerwę, Sanfilippo ruszył do
Deambrossiego z uzasadnionymi pretensjami:

-Dlaczego mi
to zrobiłeś?

-Bo trenerzy
mogą robić wszystko to, na co tylko mają ochotę.

Krewki
Argentyńczyk nie wytrzymał i na oczach zgromadzonej publiczności wymierzył
szkoleniowcowi cios prosto w szczękę, po czym dodał: „Będziesz mógł pochwalić
się swoim wnukom, że uderzył cię wielki Jose Sanfilippo”. Był tak
rozwścieczony, że niewykluczone, że ktoś jeszcze zaliczyłby KO po spotkaniu z
jego pięścią. Został jednak w pokojowy sposób poskromiony przez dwóch byłych
kolegów z San Lorenzo i odprowadzony do szatni. Konsekwencja takiego zachowania
mogła być tylko jedna – nazajutrz został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Z
Buenos Aires przedostał przez La Platę się do Montevideo i zasilił tamtejszy
Nacional. W Urugwaju również imponował swoją zabójczą skutecznością. W 21
występach zdobył aż 25 bramek. Ta stosunkowo krótka, aczkolwiek bardzo
intensywna przygoda narobiła mu wielu wrogów w postaci towarzyszy z szatni oraz
samych pracodawców. Na obczyźnie z równie wielką łatwością przychodziło mu
krytykowanie zawodników swojej ekipy oraz podważanie decyzji organizacyjnych
działaczy. Piłkarsko był jednak tak dobry, że fani go uwielbiali. Gdy w 1964
roku doznał paskudnego złamania nogi, które na ponad 12 miesięcy wykluczyło go
z gry, przypuszczano, że jego kariera została zakończona. Tymczasem już w
pierwszym meczu po powrocie na boisko popisał się hat-trickiem. Niewiele później
popadł w otwarty i publiczny konflikt z prezesem Nacionalu. Eduardo Pons
Echeverry ukarał zawodnika pokaźną karą finansową za to, że ten bezwzględnie
wykorzystuje każdą okazję do skrytykowania sposobu zarządzania i funkcjonowania
klubu. W odpowiedzi Sanfilippo wysłał do wszystkich urugwajskich gazet
sportowych list, w którym opisał kulisy, jego zdaniem, nieudolnej pracy
zarządu. Panowie przez kilka tygodni, m.in. właśnie na łamach pracy, obrzucali
się błotem, a ta medialna przepychanka trwała do momentu aż Echeverry
zastosował wobec napastnika karne obniżenie pensji. Po tym wszystkim El Nene
wrócił do ojczyzny, by reprezentować barwy Banfield, a później wyjechał do
Brazylii, gdzie przywdziewał koszulki Bangu oraz EC Bahia. Na ostatni sezon w
karierze zrobił wielki come back do swojego domu, do San Lorenzo. Z piłkarskiej
sceny zszedł tuż po wywalczeniu drugiego w swoim dorobku tytułu Mistrza
Argentyny. Sanfilippo był oczywiście stale powoływany do reprezentacji.
Wystąpił m.in. na Mundialach w 1958 i 1962 roku. Były to dwa pierwsze globalne
turnieje Albicelestes po zakończeniu II Wojny Światowej i oba zakończyły się
niepowodzeniami. Co ważne, dla argentyńskich kibiców były to niespodziewane
niepowodzenia, bowiem stojący na czele kraju w latach 1946-1955 Juan Peron
wykorzystywał piłkę nożną w celu propagowania swoich idei, więc każde
zwycięstwo drużyny narodowej było hucznie ogłaszanym wydarzeniem, a porażki
zamiatane pod dywan. I to jest też powód dlaczego zabrakło jej na Mundialach w
1950 i 1954 roku. Brak wywalczenia czołowych lokat dałby przecież ludziom
odpowiedź, czy ich zespół rzeczywiście nie ma sobie równych. Po obaleniu
prezydenta kadra wyjechała na czempionaty, a te były dla niej swoistym
zderzeniem ze ścianą. Występ w 1958 roku wciąż jest określany w Argentynie
mianem „szwedzkiej katastrofy”. Zawodnicy z Ameryki Południowej przegrali
najpierw z Republiką Federalną Niemiec 1:3, później pokonali Irlandię Północną
2:1, by w starciu, którego stawką był awans do fazy pucharowej polec 1:6 z
Czechosłowacją. El Nene w Szwecji nawet nie powąchał murawy, a po powrocie do
ojczyzny udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Za klęskę na Mistrzostwach
odpowiada trener Guillermo Stábile. Niczego nas nie nauczył, nie potrafi
zarządzać grupą. Mnie nie wystawiał, bo jest cholernym zazdrośnikiem. Nie chce,
bym miał w reprezentacji więcej goli od niego”.

Cztery lata
później w Chile było tylko nieco lepiej. Argentyńczycy w grupie wygrali 1:0 z
Bułgarią, przegrali 1:3 z Anglią i zremisowali bezbramkowo z Węgrami. Na tej fazie
znów zakończyli jednak swój udział w turnieju. W meczu przeciwko Synom Albionu
El Nene wpisał się na listę strzelców. Znacznie lepiej Argentyńczykom poszło na
Copa America w 1957 roku. Sięgnęli po złoto. Sanfilippo pełnił na tym turnieju
funkcję rezerwowego, rozegrał 172 minuty i strzelił jednego gola. Dwa lata
później, z sześcioma trafieniami na koncie, został najlepszym strzelcem
południowoamerykańskich rozgrywek, a jego ekipa wywalczyła wicemistrzostwo
kontynentu. W ramach ciekawostki dodam, że w 1959 roku odbyły się dwa turnieje
Copa America. W marcu w Argentynie wygrali gospodarze, w grudniu w Ekwadorze
triumfował Urugwaj. Nasz bohater wziął udział w drugim nich. Na najwyższym poziomie ligowym utrzymał
się niemal przez 20 lat, co było niespotykane w jego czasach. Absolutnym
kluczem do tej długowieczności było dbanie o zdrowie i regenerację, o czym
wspomniałem kilka minut temu. Z 217 trafieniami wciąż jest najskuteczniejszym
zawodnikiem w historii San Lorenzo. W narodowych barwach zaliczył 29 występów,
w których 21 razy wpisał się na listę strzelców. Póki co tylko on i Leo Messi
legitymują się hat-trickiem strzelonym przeciwko Brazylii. Wcześniej, w
kontekście wymagania od swoich kolegów, porównałem go do Ibahimovicia. Szwed
może mu jednak czyścić buty jeśli chodzi o arogancję i egocentryzm. A sami
przyznacie, że to wielki wyczyn. Sanfilippo nie gryzie się w język, gdy
opowiada, że był fenomenem swoich czasów. Bez żadnych hamulców stwierdził: „Ze
wszystkich trenerów, dla których grałem, żaden niczego mnie nie nauczył”. Po
jednym ze zwycięstw San Lorenzo kibice zgromadzili się pod jego domem, by na
jego cześć śpiewać pochwalne przyśpiewki. Sanfilippo wyszedł na balkon, uniósł
ręce do góry i krzyknął w ich kierunku: „Dobrze, już dobrze! Wracajcie do domu
odpocząć, bo jutro musicie iść do pracy”. Niedługo po zawieszeniu butów na
kołku zajął się trenerką. Przejął stery w Deportivo Español. Jego charakter i
impulsywność szybko dały o sobie znać. Podczas jednego z meczów tak mocno
zirytowały go decyzje sędziego, że nie wytrzymał i znów wcielił się w rolę
boksera. W kolejnych latach bardzo często zapraszano go do programów
telewizyjnych, by używał swojego ciętego języka przy ocenie piłkarskich
wydarzeń. Jose Sanfilippo jest w Argentynie wspominany tak, jak w Polsce Gerard
Cieślik czy Ernest Pohl. Jako wybitny zawodnik, niepodważalna legenda jednego
klubu, która nie miała szans na wielki sukces z reprezentacją. Oczywiście ktoś
mógłby mi teraz zarzucić, że El Nene ma przecież na koncie mistrzostwo i
wicemistrzostwo Ameryki Południowej. Weźmy jednak pod uwagę, że w jego czasach
Albicelestes mieli monopol na wygrywanie lub co najmniej zajmowanie czołowych
miejsc w rozgrywkach Copa America. Poza tym w całej historii żadna inna ekipa
nie zajmowała miejsca na podium częściej niż Argentyńczycy, więc nie ma co się
dziwić, że prawdziwymi piłkarskimi bohaterami są jedynie ci, którzy przywieźli
złoto z Mistrzostw Świata. No i oczywiście Leo Messi. Charakter, zażartość i
nieustępliwość Sanfilippo z jednej strony przysporzyły mu masę wrogów, ale z
drugiej można się zastanawiać, czy bez nich byłby w stanie osiągnąć to, co
osiągnął. I nie oszukujmy się, jako fani piłki nożnej kochamy przecież
zawodników wyrazistych, mających coś do powiedzenia, wręcz bezczelnych, a tych
którzy jednocześnie czarują lub wykręcają okazałe statystyki na boisku, wręcz
uwielbiamy. Właśnie dlatego warto znać historię argentyńskiego bohatera a jeśli
już się ją pozna, nie sposób o niej zapomnieć.

11

15

Niemoc w skuteczności z rzutów rożnych:

4 kwietnia 1993 r. FC Barcelona strzeliła gola po rzucie rożnym w wygranym 3:0 meczu z CD Logroñes. I co z tego zapytacie?. Otóż zdobywanie goli po dośrodkowaniach z kornerów za trenera Cruijffa przychodziło Blaugranie niezwykle ciężko. Właśnie 4 kwietnia Katalończycy strzelili takiego gola po główce Bakero. Na kolejną taką okazje przyszło czekać… 20 miesięcy! Autorem gola w meczu Ligi Mistrzów był… ponownie Bakero. Ekipa Cruijffa potrzebowała w tamtym czasie średnio 162 rzuty rożne czyli mniej więcej 26 spotkań aby pokonać bramkarza rywali po bezpośrednim dośrodkowaniu.

@Stinger_
@siwykrb
@Ogorinho1974
@Safrani
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

12

Stoiczkow nie awansował ale pokazał wysoką klase:

5 kwietnia 1989 r. FC Barcelona pokonała CSKA Sofia 4:2 w pierwszym półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Podobnie jak w potyczkach z Lechem Poznań najpierw emocje przeżywała scena Camp Nou wygrała Barça ale na ustach wszystkich obserwatorów znalazło się nazwisko Stoiczkowa, autora dwóch goli dla Bułgarów. Dwubramkowa zaliczka wydawała się Katalończykom wystarczająca, jednak na wszelki wypadek woleli wspomagać się... statystyką. Otóż występując po raz czwarty w półfinałach Pucharu Europy Zdobywców Pucharów nigdy nie schodzili z boiska pokonani. W meczach z FC Kõeln, Beveren, Tottenhamem i CSKA odnieśli pięć zwycięstw i dwukrotnie remisowali. Dlaczegóż więc passa miałaby się skończyć(?) tym bardziej że w pucharowych zmaganiach przed laty Duma Katalonii pozbawiała już złudzeń bułgarskie jedenastki: CSKA, Levskiego i Trakiję Płowdiv. Przewidywania faworytów spełniły się co do joty. Najpierw Lineker odebrał piłkę Dmitrowowi w połowie boiska i w szarży na bramkę Wałowa już nikt nie zdołał go powstrzymać. Po przerwie Stoiczkow ożywił na moment nadzieje bułgarskie ale definitywnie przeciął je Amor. Kapitalny dwumecz Stoiczkowa zapewnił mu niebawem bajeczny kontrakt z katalońskim klubem. Niebieskie, ze względu na żądanie telewizji stroje Blaugrany okazały się dla gości szczęśliwe. ,, Graliśmy swój Football, mogliśmy strzelić jeszcze parę goli"- obwieścił Cruijff po meczu.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_

10

Copa w rytmie samby:

3 kwietnia 1949 r. w Rio de Janeiro Brazylia rozgromiła Ekwador 9:1(7:1)(!) w meczu rozpoczynającym 21. edycje Copa America. Do tej edycji nie przystąpiła Argentyna, bez reszty zaprzątnięta myślą jak sklecić możliwie silne składy w krajowych rozgrywkach ligowych. Urugwajczycy wciąż sparaliżowani strajkiem najlepszych zawodowców, w ostatniej chwili wysłali do Brazylii ,,ekipe ratunkową”, złożoną z piłkarzy drugiego rzutu. W tych okolicznościach ,,Canarinhos” wydawali się faworytem niepodważalnym i stuprocentowym. Puchar Ameryki miał właściwie stanowić przygrywke i rodzaj poligonu doświadczalnego dla finałów MŚ 1950, przyznanym właśnie Brazylii. Wszystko też podporządkowano temu celowi strategicznemu. Brazylia w trakcie mijającej właśnie dekady tylekroć upokarzana przez Argentyne i Urugwaj, otrząsała się z dawnych kompleksów, odzyskując pewność siebie i uzasadnione poczucie własnej wartości. Szykowała się do wielkich zadań i wyjątkowych przeznaczeń. Zmianie tego nastawienia sprzyjała polityka prezydenta Getulio Vargasa, uderzająca w tony patetycznie patriotyczne. Dobitnie oddawało ów nastrój hasło ,,Brazylia brazylijska!”. Znalazło to również przełożenie na gruncie sportowym. Przez całe 10-lecia liga brazylijska była ,,Mekką” zawodowców, zwłaszcza argentyńskich i urugwajskich. Każdy klub mógł mieć ich nawet pięciu! Wreszcie w 1949 rygory zostały skrajnie zaostrzone; w całej Brazylii mogło jednocześnie grać najwyżej 5 zawodników cudzoziemskich. Gospodarze turnieju szli od początku jak burza, dosłownie zmiatając z drogi wszelkie przeszkody. Na rozgrzewke rozgromili Ekwador 9:1 i tratowali następnych przeciwników, nie okazując im żadnych względów, należnych gościom. Kolejno padały jak ścięte: Boliwia 1:10!, Chile 1:2, Kolumbia 0:5, Peru 1:7, Urugwaj 1:5… Aż tu raptem na drodze rozpędzonego brazylijskiego tornada znalazł się maleńki, skromny Paragwaj. 50-tysięczna ,,torcida” zapełniająca trybuny Vasco da Gama, dyszała żądzą krwi. Kolejna ofiara miała zostać metodycznie poćwiartowana, rozdarta na strzępy i połknięta żywcem.

Obstawiano zakłady czy ,,Guarani” dostaną 6, 7 czy może 8 goli w plecy. Początek meczu zdawał się potwierdzać te oczekiwania. Prawa strona brazylijskiego napadu, Tesourinha-Zizinho, wymieniała podania z zamkniętymi oczami. Na przedpolu bramki Paragwajskiej rozpętał się huragan, lecz ten huragan nie złamał paragwajskiej palmy, co najwyżej przygiął ją do ziemi. Guarani ustępujący rywalom technicznie, nie wdawali się w misterne kombinacje i nie pozostawiali zagrożonych kolegów bez pomocy. Walczyli z bezgranicznym poświęceniem o każdy centymetr murawy i o każdą sekundę czasu. Cudów zręczności dokonywał kapitalny bramkarz Garcia, który bronił tak rewelacyjnie że już w przerwie meczu działacze Flamengo wiedzieli że za wszelką cene muszą go wykupić z Cerro Porteño, co w istocie niebawem się stało. Do dzisiaj Sinforiano Garcia uchodzi za bezsprzecznie najlepszego golkipera w dziejach ,,Flu”. Obrona paragwajska dowodzona przez Alberta Gonzaleza grała pewnie, twardo i bezwzględnie. W środku pola zapore nie do przebicia stworzyli Manuel Gavilan i Pedro Nardelii, który wkrótce zrobił furore w Boca Juniors czy Peñarol. Asem atutowym w ataku był błyskotliwy, fantastyczny przebojowiec o kąśliwym strzale, 22-letni Duilio Jorge Benitez z Nacional Asuncion. Jego niepowszedni talent eksplodował właśnie na tym turnieju. Działacze Boca Juniors, wykładając 200 tysięcy pesos zadbali aby z Rio nie wracał już do Asuncion, tylko jechał do Buenos Aires. Jednak Benitezowi najwidoczniej przypadł do gustu klimat brazylijskiej metropolii; dołączył szybko do swojego rodaka Garcii. Doskonale też spisywali się pozostali napastnicy Guarani, w razie potrzeby w pocie czoła wspomagający obronę i czyhający na szanse błyskawicznych wypadów. Szybkością imponował Cesar Lopez Fretes, strzałami z najtrudniejszych pozycji Enrique Casimiro Avalos zaś wszechstronnością Dionisio Arce. Golom Avalosa i Beniteza, gospodarze przeciwstawili tylko jeden gol, jaki strzelił Tesourinha i oto zdrętwiała z trwogi widownia Vasco da Gama musiała przyjąć do wiadomości że jej idole przegrali ten pozornie ,,spacerowy” mecz. Ponieważ obie drużyny miały po 12 punktów, 3 dni później doszło do dodatkowego rozstrzygającego meczu. Jednak ów czynnik miał natychmiastowe następstwa nieco innego typu.

Postawa Paragwajczyków wywarła takie wrażenie że wielkie kuby z Rio momentalnie zapałały pożądaniem do skromnych(i co nie bez znaczenia-tanich) piłkarzy maleńkiego kraju. Już niebawem w ślady Beniteza i Garcii poszedł stoper Modesto Bria ściągnięty do Flamengo, podczas gdy napastnik Egidio Landolfi zasilił Botafogo. Zresztą na całym kontynencie zapanowała swoista moda na futbolistów z Asuncion. Tymczasem Canarinhos wzmocnili skład, chimerycznego Octavuio zastępując Ademirem i od pierwszej sekundy natarli z dziką furią. Dzielni Guarani w poprzedni zwycięski mecz włożyli tyle energii iż nie byli w stanie zregenerować nadwątlonych sił. Pod niektórymi piłkarzami dosłownie uginały się nogi. Tym razem brazylijski sztorm zatopił paragwajską łupinke. Zemsta była straszna bo aż 7:0! Sam Ademir popisał się hattrickiem, co stanowiło zapowiedź jego strzeleckich osiągnięć podczas MŚ 1950. Poligon doświadczalny zdał w oczach ekspertów egzamin. Ostatecznie, mimo przejściowych kłopotów z Paragwajem, Brazylia po kilkudziesięciu latach zdobyła Puchar Ameryki. Pokazała gre ofensywną, radosną i pełną rozmachu. W 8 meczach strzeliła aż 46 goli(!) co dało niewiarygodną przeciętną 5,75 na mecz! Brazylijczyk Jair da Rosa Pinto został z 9 golami pierwszym ,,arthilero” turnieju. Przetestowani zostali pozytywnie przyszli ,,mundialiści”. Przygotowania były dopięte na przedostatni guzik. Jednakże wnikliwi analitycy, bardziej sceptyczni i skłonni do dzielenia włosa na czworo, nie podzielali tych zachwytów. Zapamiętali dobrze bezradność brazylijskich wirtuozów w obliczu twardej obrony w pierwszym meczu z Paragwajem i zadali sobie pytanie: A co będzie jeśli ,,Canarinhos” natrafią na jeszcze twardszą? Ten właśnie problem szczególnie dogłębnie postanowiono przestudiować rok później w Urugwaju…

@Adran360
@AssisMoreira
@Comentateiro
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

12

Narodziny Boca:

Dokładnie 120 lat temu pięciu włoskich imigrantów zebrało się w Plaza Solís, położonym w samym sercu ,,La Boca”, portowej dzielnicy Buenos Aires. Esteban Baglietto, Alfredo Scarpatti, Santiago Sana, oraz bracia Juan i Teodoro Farenga założyli klub Boca Juniors, 32-krotny mistrz Argentyny i 6-krotny zdobywca Copa Libertadores. Nazwę Boca Juniors można tłumaczyć jako „młodzież z Boca”. ,,La Boca” to jedna z 47 dzielnic Buenos Aires, natomiast słowo „Juniors” zostało dodane celem zwiększenia prestiżu oraz nadania nazwie angielskiego brzmienia (to głównie brytyjscy marynarze, budowniczy kolei i robotnicy jako pierwsi przywieźli piłkę nożną do Ameryki Południowej).

Pozdrawiam wszystkich sympatyków ,,Bosteros”.

@Stinger_
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

10

Porażka z Jugosławią nie pozbawiła polskiej reprezentacji awansować na mundial jako debiutant:

3 kwietnia 1938 roku biało-czerwoni zmierzyli się w Belgradzie z reprezentacją Jugosławii. Gospodarze postawili przyjezdnym trudne warunki w walce o awans na mundial, ale polscy piłkarze pokazali charakter. Droga na pierwsze mistrzostwa świata w wykonaniu kadry Polski, czyli francuski mundial w 1938 roku, była wyjątkowo krótka. Los (a właściwie FIFA) zestawił biało-czerwonych z Jugosławią, a o tym, kto pojedzie na turniej, miał zadecydować dwumecz. Pierwotnie jednak Polska miała mieć zupełnie innych rywali - były nimi Irlandia i Norwegia. Ostatecznie przy zielonym stoliku zdecydowano jednak, że wobec braku Hiszpanii wśród walczących o awans drużyn (nie została dopuszczona w związku z wojną domową) powstaną trzy grupy, w których będą po dwa zespoły. Pod uwagę brano kryterium geograficzne i biało-czerwoni zostali zestawieni z piłkarzami z Bałkanów. Podopieczni legendarnego Józefa Kałuży rozstrzygnęli losy tej rywalizacji właściwie już w pierwszym spotkaniu, do którego doszło 10 października 1937 roku. Na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie, w obecności 30 tysięcy kibiców, biało-czerwoni dosłownie rozbili rywali w pył. Po końcowym gwizdku było 4:0 dla gospodarzy, dwa gole zdobył Leonard Piątek, a dzieła zniszczenia dokończyli Jerzy Wostal i Ernest Wilimowski. Sytuacja przed rewanżem była wymarzona, jednak spotkanie w Belgradzie nie było spacerkiem. Mogło być to pewne zaskoczenie, ponieważ w poprzednim roku lepsi byli zawodnicy z Bałkanów, którzy zwyciężyli aż... 9:3, do przerwy prowadząc na własnym boisku 5:0. Co prawda Polacy grali wtedy bez zawieszonego Ernesta Wilimowskiego, ale wynik mógł dawać do myślenia i nie napawać optymizmem przed decydującym starciem. Zwłaszcza że Jugosłowianie chwilę wcześniej przegrali minimalnie (4:5) z Czechosłowacją.

Jugosłowianie szybko ruszyli na Polaków, starali się zdominować mecz, wiedząc, że potrzebują tu okazałego zwycięstwa. Mieli za sobą ponad 20 tysięcy kibiców, którzy byli bojowo nastawieni na ten mecz, podróżujący całą dobę pociągiem goście mieli prawo być zdeprymowani. Jednak udało im się stanąć na wysokości zadania, niewiele robiąc sobie z gorącej atmosfery. Biało-czerwoni skupili się na obronie, kilka razy postraszyli rywali, ale prasa w Jugosławii żaliła się na to, że w tym spotkaniu ich ulubieńcom towarzyszył ogromny pech. Nie potrafili zamienić swoich sytuacji na gole, a w bramce świetnie spisywał się Adolf Krzyk. Polacy, choć nie zagrali pięknie, osiągnęli swoje - zdołali uzyskać wynik, który dał im awans i zapisał się w historii. Przegrana 0:1 tym razem okazała się być zwycięstwem.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Pierwsze w historii ligowe derby Warszawy:

3 kwietnia 1927 r. Warszawianka pokonała Legie 4:1(0:0). Mecz dostarczył widzom wiele emocji i przyniósł nieoczekiwane zwycięstwo Warszawiance. W tym spotkaniu to Legia uchodziła za faworyta więc rozmiary jej porażki zadziwiły tym bardziej że Warszawianka, jak podał sprawozdawca ,,Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, grała chaotycznie i bez planu. Legia przegrała mimo wielkiej przewagi. Przez cały czas pierwszej połowy Legia miała dużą przewagę, po przerwie ten sam obraz gry. Na dodatek przez 80 minut Warszawianka grała w 10-tke a ostatnie 10 minut nawet w 9-tke! Mało tego, pierwszy gol w tym meczu(57 minuta) padł bezpośrednio z rzutu rożnego(!) a więc zapisał się w historii polskiej ligi jako pierwsze tego typu trafienie. Autorem tego gola był napastnik Warszawianki Jan Luxenburg.

Oraz pierwsze w historii ligowe derby Krakowa:

3 kwietnia 1927 r. Jutrzenka Kraków poległa na własnym boisku z Wisłą Kraków 0:4(0:2). Pierwsze krakowskie derby przyniosły umiarkowane emocje ze względu na wyraźną przewagę Wisły, w której zadebiutowali pozyskany z BBSV bramkarz Emil Folga oraz pomocnik Bronisław Makowski z Cracovii. Dużym wzmocnieniem był też powrót Balcera, który przebywał w Poznaniu. Komentatorzy, zaznaczając różnice klas obu drużyn, podkreślali ambitną gre Jutrzenki. Drużyna ta została wzmocniona Grünbergiem wcześniej występującym w ŻKS Amatorzy. W trakcie meczu doszło do pierwszej zmiany w historii Polskiej Ligi Piłki Nożnej. Jeszcze przed pierwszym golem kulejącego bramkarza Jutrzenki Mellera zastąpił Elsner. Na słowa uznania zasłużył też łódzki sędzia Dancygier.

@Stinger_
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360

9

Absolutna premiera Polskiej Ligi Piłki Nożnej:

W niedziele 3 kwietnia 1927 r. odbyła się premierowa kolejka rozgrywek Polskiej Ligi Piłki Nożnej. Na inauguracje rozegrano siedem spotkań(w tym aż pięć derbowych). Przez kilkadziesiąt lat nikt nie próbował ustalić, który zawodnik był strzelcem pierwszego gola w ekstraklasie. Informacja na ten temat została opublikowana dopiero w roku 2000 na kartach książki ,,O tytuł mistrza Polski”, wydanej w ramach serii ,,Encyklopedia Piłkarska Fuji”. Przedstawiono tam analizę, z której wynikało że pierwszy mecz rozpoczął się w Łodzi o godz. 15.00 na boisku przy ul. Wodnej(a nie na placu Hallera, jak początkowo twierdziła jedna z publikacji). Był to mecz Klub Turystów Łódź – ŁKS Łódź 0:2. W czasie jego trwania pierwszego gola zdobył Jan Durka w 22 minucie meczu. W Łodzi 2 października 2012 r. odsłonięto nawet tablice upamiętniającą rozegranie przed 85 laty pierwszego meczu ligowego i zdobycie pierwszego gola w historii ekstraklasy. Tymczasem sprawa owego pierwszeństwa wcale nie była oczywista. Po dokładnej analizie można było dojść do wniosku że napis na pamiątkowej tablicy należałoby zmienić. Na kartach dwóch książek przedstawione zostały bowiem argumenty sugerujące historyczną pomyłke, która niesłusznie uczyniła z Durki zdobywcę pierwszego gola. Analiza prasowa wskazuje bowiem że również o 15.00 rozpoczęło się spotkanie w Toruniu, w którym miejscowy TKS pokonał Polonię Warszawa 4:3. Potwierdza to przedmeczowa zapowiedź zamieszczona w ,,Słowie Pomorskim”. Już w 6 minucie toruńskiego pojedynku gola zdobył Paweł Gumowski. Ten fakt w sposób oczywisty zaprzecza twierdzeniu, jakoby pierwszego gola w ekstraklasie mógł zdobyć Durka. Warto podkreślić że po obu historycznych boiskach nie ma już dziś nawet śladu. Co ciekawe, Łódź jako gospodarz jednego z premierowych meczów zapisała się w historii ekstraklasy rekordowym osiągnięciem, choć zupełnie innego rodzaju. To właśnie tam oglądano prawdopodobnie najmłodszego uczestnika zmagań inauguracyjnej kolejki. Bramkarz Klubu Turystów Alfred Lass w chwili swego debiutu miał zaledwie 17 lat i 10 dni.

Do miana gospodarza pierwszego meczu mógłby kandydować także trzeci mecz, choć trudno jednoznacznie ocenić, o której godzinie rozpoczęły się rozgrywki w Katowicach. W zapowiedziach przedmeczowych zarówno katowicka ,,Polonia”, jak i krakowski ,,Ilustrowany Kurier Codzienny” podały informacje, adresowaną zapewne do potencjalnych widzów, że mecz 1.FC - Ruch rozpocznie się o godzinie 15.00. Tymczasem w pomeczowej relacji ,,Przegląd Sportowy” napisał że: ,,O godzinie 16 na boisku stanęły obie drużyny”. Jako najbardziej wiarygodną należy przyjąć zapowiedzi zamieszczone w niemieckojęzycznych dziennikach ,,Kattowitzer Zeitung” oraz ,,Der Oberschlesische Kurier”, ponieważ były to gazety opisujące najbardziej szczegółowo sprawy związane z klubem 1.FC Katowice, gospodarzem tego meczu. Przyjmujemy jako ostateczną tą właśnie wersje, choć trudno wyzbyć się w tym względzie wszelkich rozterek. Z całą pewnością można jednak stwierdzić że właśnie piłkarze z Katowic, po zwycięstwie z Ruchem aż 7:0, zostali pierwszym liderem rozgrywek ekstraklasy. Napastnik 1.FC Karol Kossok był natomiast pierwszym ,,ligowcem”, który zdobył cztery gole w jednym meczu. W premierowej kolejce ekstraklasy nie zabrakło także innych osobliwości. Sędziowie podyktowali aż 7 rzutów karnych, z których wykorzystano 3. Kilku zawodników opuściło plac gry z powodu kontuzji ale tylko jednego zastąpił gracz rezerwowy, bowiem możliwe zmiany obejmowały wyłącznie bramkarzy. Z kolei kibice w Warszawie oglądali gola zdobytego bezpośrednio z rzutu rożnego autorstwa Jana Luxenburga, zawodnika Warszawianki. W derbach Lwowa Pogoń wygrała z Hasmoneą aż 7:1! Jednak z powodu udziału w meczu dwóch nieuprawnionych zawodników, występujących, co ciekawe, w składach obu rywali, wynik meczu został anulowany. Najbardziej ucierpiał na tym strzelec pierwszego klasycznego hattricka w historii ligi Wacław Kuchar, gdyż w zaistniałej sytuacji derby Lwowa trzeba było powtórzyć w późniejszym terminie, gdzie dość niespodziewanie Hasmonea wygrała powtórzone spotkanie 2:1 i tylko ten drugi wynik zapisano w ligowych tabelach. W związku z tym formalnym strzelcem pierwszego w historii klasycznego hattricka okazał się zawodnik łódzkiego Klubu Turystów Karol Bersch a dokonał tego w 2 kolejce ligowej w wygranym meczu z Wisłą Kraków 5:1.

@Adran360
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_

13

Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:

3 kwietnia 2012 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou AC Milan 3:1(2:1) po dwóch golach Messiego i jednym Iniesty oraz po honorowym trafieniu Nocerino, w ramach rewanżowego meczu ćwierćfinałowego Ligi Mistrzów. W rewanżu Blaugrana pierwsze dwa gole strzeliła z rzutów karnych, przy czym drugi rzut karny podyktowany za ciągnięcie Busquetsa za koszulke przez Neste był bardzo kontrowersyjny. Ibrahimovič i inni członkowie ekipy Milanu pieklili się po meczu oskarżając Kuipersa o stronniczość i mówili że teraz rozumieją Mourinho i jego żale na temat sędziowania na Camp Nou. W takiej atmosferze Barça po raz piąty z rzędu awansowała do półfinału Ligi Mistrzów.

Składy:

FC Barcelona: Valdes - Alves, Mascherano, Pique (Adriano, 75.), Puyol, Xavi (63.), Iniesta, Busquets, Fabregas (Keita, 78.), Messi, Cuenca

AC Milan: Abbiati; Abate, Mexès, Nesta, Antonini; Nocerino, Ambrosini, Seedorf (Aquilani, min.60); Boateng (Pato, min.69) [Maxi López, min.83]; Robinho, Ibrahimovič



@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

10

Cules pamiętają!

Feliz cumpleaños panie Salvador! Z okazji 84-tych urodzin.

3 kwietnia 1941 r. w L’Arboç urodził się Salvador Sadurni, legendarny bramkarz. Salvador Sadurni charakteryzował się potężną sylwetką i był ubrany niemal zawsze na czarno. Obok Ramalletsa i Zubizarrety prawdopodobnie największa legenda jaka stała w bramce FC Barcelony. Jako jedyny z tej trójki był wychowankiem Dumy Katalonii i nigdy jej nie opuścił (nie licząc rocznego wypożyczenia do Mataró). Jego idolem był Ramallets, który dał mu szansę, a do jego rozwoju przyczynił się również ówczesny trener Barçy- Ladislao Kubala. Dzisiaj wspomina, że był on „najważniejszym trenerem w jego karierze”. Jako jeden z niewielu stosował specjalne treningi dla golkiperów. Sadurní trzykrotnie zdobył Trofeo Zamora ale miał również szansę na czwarte trofeum, lecz jego trener, Olsen, zdecydował się nie wystawić go w ostatnim spotkaniu. By zdobyć nagrodę zawodnik musiał rozegrać przynajmniej 22 mecze w sezonie. Po przyjściu Cruyffa, Sadurní zdobył z Barceloną jedyne mistrzostwo Hiszpanii. Miało to miejsce w sezonie 1973/74 i co ciekawe bramkarz opuścił pamiętne zwycięstwo 5:0 na Bernabéu z powodu kontuzji. Ostatni sezon spędzony w Barcie był najgorszy w całej karierze. Tak oto go wspomina: ,,trener Weisweiler nie chciał nawet o mnie słuchać i dał mi szansę jedynie pod koniec sezonu, gdy graliśmy w różnych wsiach. Tak źle to zniosłem, że nie chciałem już nic słyszeć o piłce nożnej’’. Salvador Sadurni rozegrał dla Dumy Katalonii 500 spotkań w tym 247 w La Liga. 1 września 1976 r. odbył się pożegnalny mecz Sadurniego, Rife oraz Torresa na Camp Nou przeciwko Stade Rennes wygrany 2:0.

Dziękujemy serdecznie za oddanie i wierność FC Barcelonie.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb

0

@Fantastyczny Chłopiec W takim razie niejako trzymam cie za słowo :)

8

Byłem bardzo zaskoczony wygraną na Metropolitano z Atletico w La Liga. Przegrywaliśmy tam już 0:2 a wygraliśmy 2:4! To był naprawde wielki wyczyn ale dzisiaj też trzeba wygrać. Czy nam się uda to powtórzyć drugi raz z rzędu? No nie zaryzykowałbym takiego twierdzenia. Ponoć nic dwa razy się nie zdarza....?

15

Król futbolowej obłudy:

Cesarz. Ten pseudonim jest doskonale znany w futbolu. Nosił go słynny Franz Beckenbauer. Dziś przedstawimy historię innego „Kaisera”. Chodzi o Cesarza, którego śmiało można nazwać królem piłkarskiej obłudy – Carlosa Henrique Raposo. Ów ,,Kaiser” może uchodzić za kogoś w rodzaju futbolowego Nikodema Dyzmy, choć czasem może się wydawać, że Dyzma jest przy nim tylko płotką. Zanim przybliżymy bliżej jego sylwetkę, spójrzmy na jego metrykę. Wygląda ona obiecująco. Wynika z niej, że Carlos Henrique Kaiser był piłkarzem takich klubów jak Botafogo, Fluminense, Flamengo, Vasco da Gama, grał też w Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Argentynie oraz we francuskim Ajaccio. Wygląda to więc solidnie ale jeśli przyjrzymy się głębiej samym statystykom, to dojdziemy do wniosku, że użycie słowa „grał” jest dużym nadużyciem. Carlos Henrique był w tych klubach, ale w żadnym z nich nie rozegrał ani jednego spotkania. Początkowo Raposo rzeczywiście przejawiał spory talent. W wieku juniorskim kopał piłkę na tyle dobrze, że zwróciły na niego uwagę znaczące brazylijskie kluby. Z czasem okazało się, że seniorski futbol to zupełnie co innego niż młodzieńcza zabawa w piłkę nożną. Zabawa – to słowo klucz w przypadku tego piłkarza. Młokos pod względem piłkarskim przestał się rozwijać, ale już w młodym wieku uzależnił się on od gwiazdorskiego trybu życia. Zaczął on więc szukać różnych metod, żeby utrzymać się na powierzchni. I w tym momencie zaczyna się przedstawienie. Pierwszym jego elementem jest przydomek piłkarza – Kaiser. To nic, że nasz bohater był napastnikiem, a słynny „Cesarz” Beckenbauer obrońcą. Ten majestatyczny przydomek pasował jak ulał, bo kojarzył się z wielką postacią ze świata futbolu. Kto nie chciałby mieć w swoich szeregach brazylijskiego „Kaisera”? Przecież to marketingowy majstersztyk! Dalej miało jednak być już znacznie trudniej. Sam przydomek przecież nie zapewni mu godnego kontraktu, ale znajomości mogą przynieść wiele korzyści. Raposo zaprzyjaźnił się z czołowymi brazylijskimi piłkarzami jak Romario, Edmundo, Branco, Renato Gaucho czy Ricardo Rocha. Kiedy jeden z nich zmieniał klub, proponował też, by działacze zwrócili uwagę na utalentowanego napastnika.

W ten sposób „Kaiser” był zapraszany na testy, najczęściej trzymiesięczne. Na początku tłumaczył, że nie jest w pełni formy i musi się odbudować fizycznie i dlatego potrzebuje nieco więcej czasu niż trzy miesiące. Potem kiedy już rzekomo się przygotował, wychodził na boisko i przy pierwszym kontakcie z piłką padał na ziemię jak rażony piorunem. Kontuzja! Raposo grał w czasach, kiedy medycyna nie była jeszcze tak rozwinięta, żeby sprawdzić, czy kontuzja jest rzeczywista, czy może jest tylko wymysłem piłkarza na uniknięcie odpowiedzialności, tak więc czas mijał, „Kaiser” pobierał pensję, a na boisku nie było po nim śladu. Na takiego piłkarza z porcelany patrzy się krzywo, ale Carlos Henrique był niezwykle ceniony przez działaczy kolejnych klubów. Z czego to wynika? Będąc w Botafogo piłkarz bardzo często posługiwał się telefonem komórkowym. Warto wspomnieć, że w tych czasach mało kto miał taki telefon, więc samo posiadanie takiego gadżetu było nie lada gratką. Raposo wciąż odbierał telefony i rozmawiał z kimś po angielsku, tłumacząc, że dzwonią do niego agenci zagranicznych klubów, które są gotowe zrobić wszystko by mieć go w swoich szeregach. Skoro wszyscy się o niego biją, to trzeba mu zaoferować nowy kontrakt! Sielanka trwała do czasu, kiedy jeden z członków sztabu szkoleniowego podsłuchał rozmowę i zdał sobie sprawę z faktu, że Raposo ni w ząb nie zna języka angielskiego. Postanowił więc sprawdzić, jak to jest z jego telefonem i kiedy piłkarz był pod prysznicem, szkoleniowiec sprawdził tajemniczą komórkę, która okazała się być… zabawką. Jak bardzo przebiegły musiał być „Kaiser”, żeby przez tyle lat pozorować wysokie umiejętności piłkarskie? Odpowiedzią niech będzie historia z Bangu. Będąc w tym klubie i oczywiście lecząc kontuzję, piłkarz zasiadł na ławce rezerwowych. Początkowo był zapewniany, że i tak nie zagra, ale kiedy wynik był niekorzystny trener postanowił wyciągnąć asa z rękawa i wprowadzić go na boisko. Raposo podniósł się z wielką werwą i zamiast się rozgrzewać podbiegł do kibiców drużyny przeciwnej, wdrapał się na siatkę i obrzucał ich inwektywami. Doszło nawet do rękoczynów! Sędzia nie zastanawiał się długo i pokazał piłkarzowi czerwoną kartkę zanim ten postawił stopę na murawie. Sam piłkarz tłumaczył się następująco: ,,Zanim cokolwiek powiecie, posłuchajcie mnie przez chwilę. Bóg dał mi ojca, którego straciłem, ale potem dał mi kolejnego (chodzi o prezydenta Bangu, Castora de Andrade). Nigdy nie pozwolę żeby ktokolwiek mówił, że mój ojciec jest złodziejem a fani posunęli się do takiego czynu. Musiałem interweniować.” Prezes de Andrade natychmiast zaoferował mu nowy kontrakt. Wszystko, co do tej pory napisaliśmy, jest mocno niewiarygodne, ale to jeszcze nie koniec. Legendy o Raposo dotarły w końcu do Europy i piłkarz otrzymał ofertę z Gazalec Ajaccio. We Francji odbiło się to szerokim echem, bo w końcu do klubu przybywał brazylijski napastnik, który grał u boku Romario czy Edmundo. Zorganizowano wielką fetę, która miała poprzedzać mecz sparingowy. „Kaiser” został przedstawiony kibicom, ci przyjęli go z wielką radością, szczególnie kiedy ten zaczął wybijać piłki w trybuny. W tamtych czasach fani mogli zatrzymać piłki jako pamiątki, więc Raposo wybijał i wybijał, aż w końcu piłek zabrakło. Skończyło się na tym, że sparing się nie odbył, a trener zaaplikował swoim podopiecznym trening biegowy. „Kaiser” pozostał w Ajaccio przez kilka kolejnych sezonów. Zagrał około 20 spotkań, wchodząc na boisko z ławki rezerwowych. Potem wrócił do Brazylii i zakończył swoją niezwykle bogatą karierę. Po kilku latach opowiedział o wszystkim brazylijskim mediom. Mówił, że od zawsze chciał być piłkarzem, ale nie chciał grać w piłkę i udało mu się to. Jego historię można traktować jak magiczną sztuczkę słynnego iluzjonisty, można też uważać go za oszusta, który przechytrzył wszystkich i zapewnił sobie godne zarobki oraz rozrywkowy tryb życia. Jednak czy idąc na występ iluzjonisty nie chcemy zobaczyć magicznych sztuczek? A czy oszust nie nabiera tylko tych, którzy dają się nabrać?

@Stinger_
@Safrani
@siwykrb
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?