1

@lithotripter Tak, tak, po prostu źle w pierwszej chwili cię odczytałem :)

1

@lithotripter No dokładnie! Człowiek nie komputer wszystkiego na raz nie zweryfikuje...

0

Komentarz usunięty przez użytkownika

1

@lithotripter Masz racje! Sama wikipedia donosi że zagrał 214 meczów! Nie pamiętam skąd kopiowałem ten tekst ale najwyraźniej ktoś popełnił błąd przy jego pisaniu a ja tego nie sprawdziłem...

13

Żywe legendy hiszpańskiego futbolu:

20 marca 1984 r. urodził się Fernando Torres, były hiszpański napastnik. Fernando Torres jest wychowankiem Atletico Madryt. Zaczynał w nim grać, kiedy klub był na zapleczu Primera Division. Zadebiutował w 2001 roku, kiedy miał 17 lat i 68 dni, co uczyniło go najmłodszym debiutantem w historii klubu. Tydzień później zdobył swojego pierwszego ligowego gola. W latach 2001-07 rozegrał dla Atletico 82 spotkania, w których zdobył 82 gole. W 2007 roku za 38 milionów euro został kupiony przez Liverpool, w którym był absolutną gwiazdą. W 102 meczach dla ,,The Reds” strzelił 65 goli. Cztery lata później za około 55 milionów euro przeszedł do Chelsea. W Londynie miał jednak duże problemy z regularnym strzelaniem, a nawet stał się pośmiewiskiem wśród kibiców. W ciągu trzech lat uzbierał zaledwie 20 trafień. W 2014 roku pół roku spędził na wypożyczeniu do Milanu ale tam również nie był w optymalnej formie. Dlatego Włosi zdecydowali się go wykupić z Chelsea, ale zaraz po tym został wypożyczony do Atletico Madryt, gdzie ich trener, Diego Simeone wskrzesił snajperskie umiejętności Hiszpana. W Atletico zagrał w finale Ligi Mistrzów w 2016 r. ale przegrał z Realem Madryt. Fernando Torres ma na swoim koncie również ponad 100 meczów w reprezentacji Hiszpanii. W 2008 roku został mistrzem Europy, a dwa lata później mistrzem świata. Podczas Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie znowu sięgnął po złoto a on sam z 5 golami został królem strzelców imprezy.

@Adran360
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_

13

Rekordy ,,La Pulgi”:

20 marca 2012 r. Lionel Mesi ustanowił klubowy rekord goli o stawke w wygranym 5:3 meczu La Liga z Granada FC. Argentyńczyk zdobył wówczas hattricka dzięki czemu najpierw wyrównał a później pobił rekord należący do Cesara Rodrigueza wynoszący 232 gole. Swoją drogą trzeba przyznać iż pochodzący z Leon Cesar, był naprawdę genialnym snajperem. Przypomne tylko iż w czasach Cesara Rodrigueza nie rozgrywano tylu meczów o stawke co dzisiaj i nie było żadnych Superpucharów czy klubowych mistrzostw Świata.

@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

9

Zapomniane El Clasico:

20 marca 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madrid 3:1 w ramach 26 kolejki Primera Division. Gole dla Barçy zdobywali znakomici snajperzy, Sandor Kocsis i Eulogio Martinez oraz Ramon Alberto Villaverde. Honorowego gola dla Królewskich zanotował wielki Alfredo Di Stefano. Tym samym Duma Katalonii zrównała się punktami z Królewskimi i już nie oddała prowadzenia do końca rozgrywek wyprzedzając Real Madrid lepszym bilansem pojedynków bezpośrednich, triumfując po raz 8 w historii mistrzostw Hiszpanii.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

9

Czy wiecie że…

Lech Poznań obchodzi swoje 103. urodziny. Dokładnie 19 marca 1922 roku zarejestrowano klub KS "Lutnia" Dębiec, który zapoczątkował historię współczesnego ,,Kolejorza”. Przez ponad wiek klub napisał wspaniałą historię, sięgając osiem razy po mistrzostwo Polski oraz pięć razy po Puchar Polski.

19 marca 1922 roku - jest to oficjalna data rejestracji Lecha Poznań. Choć tak naprawdę historia Kolejorza sięga 1920 roku, gdy Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży postanowiło założyć klub pod nazwą KS "Lutnia" Dębiec. Obecnie Dębiec jest jedną z dzielnic Poznania, jednak ponad 100 lat temu były to przedmieścia. Przez Lecha Poznań przewinęło się tysiące osób, piłkarzy, dziesiątki trenerów, a przede wszystkim wspomnień. Kolejorz w swojej historii osiem razy sięgał po mistrzostwo Polski, pięć razy po Puchar Polski oraz sześć razy po Superpuchar Polski. Oprócz tego jest trzykrotnym srebrnym medalistą oraz siedmiokrotnym brązowym medalistą MP. Nie zabrakło też wielkich spotkań na arenie międzynarodowej. Pojedynki z Austrią Wiedeń, Manchasterem City, Juventusem czy chociażby te ostatnie z Villarrealem oraz Fiorentiną zapisały się złotymi głoskami w historii klubu.

@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360

0

@Kgorecki2500 Jak mam to rozumieć? Jacy użytkownicy?

8

@FCBparasiempre
Joe Gaetjens
to jeden z bohaterów amerykańskiego filmu pt. „Gra ich życia” z 2005 roku.
Główną postacią jest tam jednak bramkarz Frank Borghi, grany przez Gerarda
Butlera a punktem kulminacyjnym jest właśnie sensacyjny mecz USA-Anglia.
Opuścił on rodzinną wyspę i udał się na studia do odległych Stanów
Zjednoczonych. Został tam wysłany przez rodziców, którzy marzyli tylko o tym,
aby ich syn otrzymał szansę na godne życie. Chłopak połączył edukację z
największą pasją – piłką nożną. Już jako dzieciak zdradzał swój nieprzeciętny
talent. Miłość zaprowadza go na największe piłkarskie stadiony, a on sam stał
się bohaterem. American dream? Szczęśliwe zakończenie? Nie tym razem. Główny
bohater zginął w tajemniczych okolicznościach. Oto opowieść o Joe Gaetjensie.

Haiti jest
najstarszym niepodległym państwem Ameryki Środkowej. W XVIII wieku była to
kolonia francuska a ludność lokalną jawnie wykorzystywano do niewolniczej pracy
na plantacjach kawy i cukru. W 1790 roku wybuchło powstanie, w wyniku którego
po 24 latach ciężkich walk, dawniej zwana Hispaniola uzyskała niepodległość.
Ciekawym jest również fakt, iż w ciągu 100 lat, jeszcze nie tak dawno bujnie
zalesiony kraj, utracił niemal 100% swojego drzewostanu. W stolicy Haiti, w mieście
Port-au-Prince, 19 marca 1924 roku na świat przyszedł Joe Gaetjens. Pochodził
ze stosunkowo zamożnej rodziny. Jego ojciec był Belgiem, a matka pochodziła z
Haiti. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał w miejscowej drużynie Etoile
Haitienne, gdzie już jako nastolatek miał się wyróżniać. Jego znakiem
rozpoznawczym były strzały głową. Kilkanaście lat później dzięki bramce
zdobytej tą częścią ciała na stałe zapisze się w historii futbolu. Etoile to
drużyna, która w latach 40. dwukrotnie triumfowała w krajowych rozgrywkach.
Podobno młody ciemnoskóry zawodnik w wieku juniorskim wystąpił w dorosłej
reprezentacji swojego kraju. Należy jednak pamiętać, iż dzielą nas lata
świetlne od tego, co działo się w piłce nożnej dawniej i dziś. Nie dało się
wyżyć z futbolu, zwłaszcza w tak biednym państwie jak Haiti. Podobnego zdania
byli rodzice Joego, którzy postanowili wysłać syna na studia do Stanów
Zjednoczonych. W 1947 roku Joe Gaetjens rozpoczął naukę na Uniwersytecie
Columbia w Nowym Jorku. Młody i ambitny chłopak z pewnością nie spodziewał się,
że dokładnie 10 lat później w jego rodzinnym kraju dojdzie do gwałtownych
zmian, za które przyjdzie mu zapłacić własnym życiem (nie uprzedzajmy faktów). Joe
nie porzucił jednak marzeń o karierze piłkarskiej. Pracował na zmywaku w
lokalnej restauracji, by jakoś się utrzymać w obcym kraju. Aspekt finansowy nie
był jednak jedynym, dla którego zdecydował się na wybór akurat tej restauracji.
Właściciel lokalu posiadał także drużynę piłkarską – Brookhattan. Nietrudno
zgadnąć, iż Haitańczyk postanowił spróbować swoich sił w tym zespole. Z miejsca
stał się gwiazdą i najlepszym napastnikiem klubu. Nie uszło to uwadze
amerykańskich trenerów, którzy także postanowili dać mu szansę. Należy
pamiętać, iż w tamtych czasach przepisy były dużo bardziej liberalne niż dziś. Piłkarz
został włączony do kadry Stanów Zjednoczonych, choć nie miał nawet
amerykańskiego obywatelstwa. Zgodnie z ówczesnymi przepisami, wystarczyło
złożyć wniosek (bardziej oficjalnie „poczynić starania”) o przyznanie
obywatelstwa, by zawodnik mógł reprezentować dany kraj. Niektóre źródła podają
informację, że Gaetjens nie zrobił nawet i tego. Miał jedynie… obiecać, że
wystąpi o obywatelstwo. Pomijając wszelkie okoliczności, w jakich znalazł się w
reprezentacji USA, faktem jest, że wraz z drużyną narodową poleciał na
mistrzostwa świata do Brazylii. W tym samym roku został również królem
strzelców American Soccer League w barwach Brookhattan. Młody chłopak musiał
oderwać się na kilka tygodni od książek (i naczyń, na których zmywanie zapewne
też miał coraz mniej czasu), by wyruszyć w najpiękniejszą podróż swojego życia.
To już było jak spełnienie marzeń. Nie wiedział jednak, że przejdzie do
historii. Mistrzostwa świata w 1950 roku były pierwszymi po II wojnie
światowej. Najważniejszy piłkarski turniej globu zorganizowano po 12 latach
przerwy. To właśnie od tej edycji oficjalnie Puchar Świata przekształcono w piłkarskie
mistrzostwa świata. Na potrzeby tej imprezy wybudowano najsłynniejszy stadion
piłkarski świata – Maracanę – który w czasach swojej świetności mógł pomieścić
nawet 200 tysięcy(!) kibiców. Niektórzy historycy sprzeczają się i twierdzą, że
jest to liczba przekłamana. Mówi się o nieco ponad 150 tysiącach. Nawet ta
mniejsza liczba i tak robi wrażenie. Organizacja tego przedsięwzięcia niosła ze
sobą pewne trudności. Nie wszystkie państwa były gotowe (lub chętne) na tak
odległą podróż. Już po wywalczeniu awansu, z turnieju wycofały się
reprezentacje Szkocji i Turcji. W sumie w Brazylii wystąpiło 13 drużyn. Jak
powszechnie wiadomo, w decydującym spotkaniu (nie było typowego meczu
finałowego, ale tak się złożyło, że ostatni mecz grupy finałowej decydował o ostatecznym
zwycięstwie) Urugwaj nieoczekiwanie pokonał gospodarzy i zdobył mistrzostwo.
Nie była to jedyna wielka niespodzianka tych mistrzostw. Stany Zjednoczone nie
miały zbyt trudnego zadania, aby znaleźć się w gronie finalistów w 1950 roku.
Jankesi, po zwycięstwie odniesionym nad Kubą, obok Meksyku otrzymali
zaproszenie na udział w turnieju jako przedstawiciele strefy Ameryki Północnej.
Teoretycznie nie dokonali niczego wielkiego. Zajęli ostatnie miejsce w grupie.
Za Hiszpanią, Anglią i Chile. Z jednym zwycięstwem i dwiema porażkami
zakończyli swój udział w turnieju. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby
nie to, że zwyciężyli z Synami Albionu. Anglicy zaczęli zgodnie z planem.
Pokonali 2:0 Chilijczyków i drugi mecz z USA miał być formalnością. Amerykanie
w porównaniu z drużyną angielską wyglądali jak zlepek amatorów. I… rzeczywiście
nimi byli. Kraj z największymi tradycjami piłkarskimi, któremu zawdzięczamy tak
wiele, od przepisów gry po popularyzację piłki nożnej, pierwszy raz postanowił
wystąpić w mistrzostwach świata. W składzie miał takich zawodników jak:Alf
Ramsey (który 16 lat później doprowadzi Anglików jako trener do upragnionego
triumfu), Wilf Mannion z Middlesbrough, czy Stan Mortensen z Blackpool. A
jednak przegrali. Nieważny jest styl gry, gdyż to wynik idzie w świat. Zdanie
to doskonale obrazuje mecz, który dosłownie wstrząsnął piłkarskim światem. W
jednym momencie 15 tysięcy osób zgromadzonych na stadionie w Belo Horizonte
oszalało. Pierwszy i jedyny gol padł w 37. minucie. Bramkę po strzale głową
(nie mogło być inaczej) zdobył jedyny czarnoskóry zawodnik w ekipie USA. Joe
Gaetjens był na ustach wszystkich kibiców.

Pomimo
usilnych prób, Anglikom nie udało się wyrównać. Mogli pluć sobie w brodę, że
nie wystawili do gry pierwszego zdobywcy Złotej Piłki, czarodzieja dryblingu,
Stanleya Matthewsa. Gol przeciwko Synom Albionu dał rozgłos Haitańczykowi w
jego rodzinnym kraju i w Europie. W Stanach Zjednoczonych nie zrobił takiej
furory, gdyż zwyczajnie sport ten nie był na tyle popularny. Wszystkim trudno
było uwierzyć w to sensacyjne zwycięstwo USA. Podobno ludzie zastanawiali się,
czy w druku nie popełniono błędu, a wynik zamiast 0:1 nie powinien brzmieć
10:1… Po zakończeniu edukacji Joe Gaetjens postanowił wrócić w rodzinne strony.
Próbował w międzyczasie kontynuować piłkarską karierę we Francji. Grał w takich
zespołach jak RC Paris i Olimpique Ales, lecz bez większych sukcesów.
Reprezentował także Haiti, a po zawieszeniu butów na kołku, zajął się fachem
trenerskim i prowadzeniem pralni chemicznej. Założył rodzinę i doczekał się
trójki potomstwa. W 1957 roku już po powrocie zawodnika do Haiti, rządy na
wyspie przejął Francois Duvalier. Władzę dyktatorską sprawował dożywotnio (do
1971 roku), był także kluczową postacią kultu religijnego voodoo. Joe Gaetjens
nie interesował się polityką. Jego rodzina jednak aktywnie wspierała
przeciwników dyktatora. Dwóch braci byłego piłkarza uciekło na Dominikanę,
gdzie wraz z innymi przygotowywali plan obalenia Duvaliera. Joe nie zdawał
sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Wywiad śledczy prezydenta spowodował, że
nazwisko Gaetjens znalazło się w kręgu jego zainteresowań. Rankiem, 8 lipca
1964 roku aresztowano bohatera z Maracany. Tu ślad się urywa… Ciała byłego zawodnika reprezentacji Stanów
Zjednoczonych nigdy nie odnaleziono. Po siedmiu latach od aresztowania, bracia
zaginionego podjęli próby rozwikłania sprawy. W akcję zaangażował się m.in.
Clive Toye – człowiek, który sprowadził słynnego Pelego do drużyny New York
Cosmos. Udało się ustalić, że Joe trafił do Fort Dimanche, znanego pod
niechlubną nazwą jako „fort śmierci”. Tam najprawdopodobniej kilka dni później
został rozstrzelany. Śmierć poniósł za to, że jego rodzina brała udział w
spisku przeciwko dyktatorowi. Sam nigdy nie interesował się polityką. Zapewne
myślał, że nie poniesie konsekwencji za działania swoich bliskich. Być może
sądził, że reputacja znanego sportowca w tym pomoże. Prawdy jednak już nigdy
się nie dowiemy…

5

Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:

19 marca 1902 r. urodził się Manuel Seoane. „Chancha” Seoane był jednym z najwybitniejszych piłkarzy argentyńskiej piłki nożnej lat dwudziestych XX wieku. Potężny, złośliwy i utalentowany napastnik, pomimo swojej potężnej budowy fizycznej, stąd też wziął się jego przydomek. W 1921 roku zadebiutował w barwach Independiente w pierwszym meczu turnieju przeciwko Racingowi, który został przerwany z powodu ulewnego deszczu. W kolejnym roku był gwiazdą drużyny Independiente, która wygrała lokalne rozgrywki, strzelając w nich imponującą liczbę 55 goli! Seoane zdobył łącznie dwa tytuły z Independiente, które grało w lidze Asociación Amateur de Football. Independiente zdobyło swoje pierwsze mistrzostwo w 1922 roku, co wywarło wielki wpływ na media, które nadały drużynie przydomek „Los Diablos Rojos” („Czerwone Diabły”) . Nazwa „Diabły” pozostała znakiem rozpoznawczym graczy i kibiców Independiente. Drużynę tę utworzyli legendarni gracze, tacy jak Raimundo Orsi, Zoilo Canavery, Alberto Lalín, Luis Ravaschino i sam Seoane. Seoane zdobył dla klubu 241 goli w 264 występach. Trzykrotnie (1922, 1926 i 1929) był najlepszym strzelcem Primera División w swojej karierze. Z Independiente zdobył także kilka tytułów, w tym mistrzostwo Argentyny w 1922 i 1926 roku. W 1923 roku został wyrzucony z boiska po incydencie z sędzią, co doprowadziło do jego zawieszenia w lidze „Asociación Argentina de Football” i przejścia do klubu El Porvenir , występującego w konkurencyjnej lidze „ Asociación Amateurs de Football ”. W czasie gry w El Porvenir zadebiutował w reprezentacji Argentyny, gdzie grał w ataku z Cesáreo Onzarim. Seoane strzelił 3 gole w swoim debiucie w reprezentacji, w której rozegrał łącznie 19 meczów i zdobył 14 goli w latach 1921-1929. W 1925 roku Seoane dołączył do Boca Juniors w ich udanej trasie po Europie, strzelając 16 z 40 goli dla drużyny. Grał także dla Argentyny w Mistrzostwach Ameryki Południowej w 1925 roku, będąc najskuteczniejszym strzelcem turnieju z 6 golami. Po odbyciu kary zawieszenia powrócił do Independiente w 1926 roku, zdobywając z klubem tytuł w tym samym roku, a także zostając najskuteczniejszym strzelcem z dorobkiem 76 goli. Kontynuował grę w Independiente aż do przejścia na emeryturę w 1933 r. z powodu problemów z nadwagą. 22 sierpnia 1934 r. klub zorganizował mecz na jego cześć i zorganizował zbiórkę na zakup domu dla niego. Seoane grał dla Argentyny w latach 1924–1929, występując na czterech Copa Americas (1924, 1925, 1927 i 1929). Był częścią zwycięskiej drużyny w 1925, 1927 i 1929 roku, a także został najskuteczniejszym strzelcem w 1925 roku z 6 golami.

@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

8

Bardzo szczęśliwy ale jednak ,,zwycięski”remis:

19 marca 1986 r. FC Barcelona zremisowała w rewanżowym spotkaniu w Turynie z Juventusem 1:1 w ramach ćwierćfinału Pucharu Europy. Jak się okazało był to remis zwycięski, bowiem w pierwszym meczu Barça wygrała skromnie 1:0. W rewanżu w pierwszej połowie Juve mogło, a nawet powinno strzelić kilka goli lecz niemiłosiernie pudłował Marco Pacione, w tym między innymi na pustą bramke! W 30 minucie w jednej z nielicznych akcji Blaugrany Victor dośrodkował piłke na drugi słupek do Archibalda. Szkot oddał strzał z ostrego kąta a piłke do własnej bramki wpakował bramkarz Tacconi. Gospodarze doprowadzili do remisu po strzale Platiniego tuż przed przerwą. W drugiej części meczu dało o sobie znać lepsze przygotowanie fizyczne Barçy więc włosi próbowali zaskoczyć rywali strzałami z dystansu jednak nie przyniosło to już żadnego skutku. ,,Szczerze życzę Barcelonie żeby przejęła od nas pałeczke i zdobyła Puchar Europy”- powiedział po meczu trener Juventusu Giovanni Trapattoni. No cóż, jak wiemy nie udało się wówczas zdobyć tego cennego pucharu(porażka ze Steauą) a przecież było tak bardzo blisko…

Wspomnień czar:



@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

14

Legia w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych sezonu 1969/70:

Następną rundą, w której zameldowali się ,,Wojskowi” był ćwierćfinał. Gorący teren, fanatyczni kibice, mistrz Turcji. Na Legię czekało bardzo trudne zadanie, bowiem spotkania z Galatasaray nigdy nie należą do łatwych przepraw. Ani w latach 70-tych XX wieku, ani w XXI wieku. Pierwszy mecz zaplanowano na 4 marca 1970 roku w Stambule. Zanim jednak do niego doszło, Legia miała możliwość odbycia okresu przygotowawczego w Bułgarii (trenowano na terenach innego wojskowego klubu – CSKA Sofia), gdzie zagrali mecze sparingowe z lokalnymi drużynami, między innymi z CSKA. Dodatkowo Legia wybrała się na mini tournée we Francji i Belgii, gdzie również zagrali serię meczów z miejscowymi drużynami, a wszystko po to, by przygotować się do rywalizacji z mistrzem Turcji. Przeciwnicy byli wybierani świadomie – tak, aby przypominać stylem gry Galatasaray. Zanim piłkarze obu zespołów wybiegli na murawę, dali o sobie znać miejscowi fani. Sztuczka z dekoncentrowaniem piłkarzy przeciwnej drużyny, gdy ci są w hotelu, nie jest taka nowa. Właśnie wtedy Turcy korzystali z tego typu „narzędzi” i próbowali zagłuszać spokój oraz wypoczynek Wojskowych. Podczas samego meczu również byli żywiołowi. W charakterystyczny dla siebie sposób, korzystając z petard oraz rac postanowili zgotować Legionistom „piekło”. Czy skutecznie? Nie do końca. Wynik był dobry dla mistrzów Polski – 1:1. Nawałnica gospodarzy nie przyniosła skutku, a groźniejsze sytuacje wypracowywali sobie Wojskowi, aż w końcu w 37. minucie sposób na bramkarza gospodarzy znalazł Lucjan Brychczy. Tuż po przerwie stan meczu wyrównał Ayhan Elmastasoglu i wynik ten – mimo silnego naporu Galatasaray – nie uległ zmianie. Korzystny wynik dla Legii przed rewanżem w Warszawie.

Dwa tygodnie później, 18 marca, Legia mogła czuć się faworytem. Po pierwsze grali u siebie, a po drugie sytuacja w lidze była w miarę spokojna, więc piłkarze grali bez obciążenia zaciętą walką o mistrzostwo Polski. Mimo wszystko presja była całkiem duża i 25 tysięcy osób na Stadionie Wojska Polskiego oczekiwało awansu. W prasie zastanawiano się, czy zawodnicy poradzą sobie z tym ciężarem. W mecz mocno wszedł zespół przyjezdnych, mogłoby się wydawać, że presja krępuje poczynania Legionistów. Jednak problemu takiego nie miał bohater całego dwumeczu Lucjan Brychczy. Dwukrotnie wprowadził trybuny w ekstazę w 11. i 55. minucie. Awans do półfinału stał się faktem i Legia dokonała tego jako pierwsza polska drużyna w historii.

4.03.1970 – Galatasaray SK – Legia Warszawa 1:1 (Elmastasoglu 47m. – Brychczy 37m.)

18.03.1970 – Legia Warszawa – Galatasaray SK 2:0 (Brychczy 11 i 55 minuta)

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360

0

@FcPortoFan1999 No ale Legia Warszawa wcale nie była gorsza wówczas od Górnika, o czym za chwile doniose...

2

@FcPortoFan1999 To prawda. W końcu Górnik nieco ponad miesiąc później, jako jedyny polski klub zagrał w finale europejskiego pucharu a konkretnie Pucharu Zdobywców Pucharów, o czym nie omieszkam wspomnieć, ajakże!

10

(Nie)zapomniany Górnik:

18 marca 1970 r. Górnik Zabrze pokonał Lewskiego Sofia 2:1 w rewanżowym starciu ¼ Pucharu Zdobywców Pucharów. Po uzyskaniu satysfakcjonującego wyniku w Sofii piłkarze Górnika rozpoczęli przygotowania do spotkania rewanżowego. Dzięki zarejestrowanym przez Telewizję Polską fragmentom pierwszego meczu mogli oni dokładnie przeanalizować najważniejsze sytuacje – trzy bramki Lewskiego oraz groźne sytuacje stworzone przez napastników bułgarskich na przedpolu Kostki. Analiza ta miała na celu przede wszystkim poprawienie gry obronnej. Nastroje w drużynie były bojowe, wszyscy piłkarze Górnika zapowiadali, że zrobią wszystko, by wywalczyć przepustkę do grona czterech najlepszych klubowych zespołów w Europie. Piłkarze Lewskiego do Chorzowa udali się samolotem na dwa dni przed meczem. Wcześniej od nich na rewanż udali się kibice. Wyruszyli oni w drogę specjalnym pociągiem już w niedzielę (mecz miał miejsce w środę). Była to pierwsza w historii bułgarskiego futbolu eskapada kibiców na wielki mecz. Już ten fakt świadczy jak wielka była waga tego spotkania. Awans do półfinału PZPE nie przyszedł zabrzanom łatwo. Musieli walczyć rzuciwszy na szalę wszystkie swoje siły i umiejętności. Z dużym wysiłkiem zdobywali każdy metr, a im bliżej znajdowali się bramki Lewskiego – tym trudniej było o piłkę. Bułgarzy wnosili do gry ogromnie dużo ambicji, nieustępliwości i poświęcenia. Trener Czakarow w porównaniu z sofijskim meczem nie tylko wprowadził do zespołu trzech nowych zawodników, ale obrał także zupełnie inną taktykę. Jego zawodnicy grali systemem 1-4-4-2 a w chwilach naporu Górnika ściągali do obrony jeszcze Peszewa, pozostawiając w środku tylko trzech zawodników.

Taka taktyka dość długo okazywała się skuteczną. Co prawda w 7 minucie górnicy zdołali wymanewrować obronę Lewskiego szybką wymianą piłki i Szołtysik precyzyjnym strzałem zdobył bramkę, jednak sędzia dopatrzył się pozycji spalonej. Decyzja ta mocno zdeprymowała i tak już bardzo nerwowych górników. Cóż z tego, że nacierali z furią i nie żałowali ani nóg, ani płuc. Większego pożytku z tego nie było, tym bardziej, że atakowali praktycznie wyłącznie przez środek, gdzie panowało największe zagęszczenie nóg przeciwników. Po upływie ok. 30 minut gry zabrzanie zrozumieli, że rozmokła murawa nie sprzyja zbyt kombinacyjnej grze. Wówczas to zaczęli atakować flankami i pod bramką Lewskiego od razu zrobiło się gorąco. Na przeszkodzie w strzeleniu bramki dwukrotnie stanął Kamenski, a raz poprzeczka po główce Kuchty. Gdy wszyscy myśleli już o przerwie Lubański ruszył w pogoń za straconą zdawało się już piłką, wygrał kolejno pojedynki biegowe z Peszewem, Żeczewem oraz Iwkowem i nie namyślając się wiele strzelił nie do obrony zza linii pola karnego. To był właśnie wielki Włodek Lubański, przez wiele minut niewidoczny, ale umiejący zdobyć się w krytycznym dla swojej drużyny momencie na niebywałą szarżę i odmienić losy spotkania. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie bramka Lubańskiego podniosła na duchu zabrską jedenastkę. Ujawniło się to zaraz po przerwie, kiedy to górnicy stali się na 16 minut całkowitymi dominatorami, pieczętując swoją przewagę golem wypracowanym przez Szołtysika a strzelonym przez Banasia.

Wydawało się, że górnicy nie będą mieli żadnych problemów z odniesieniem zwycięstwa. Stało się jednak inaczej. Zbyt krótkie wybicie piłki przez Oślizłę pozwoliło na strzelenie bramki przez Janko Kiryłowa. Bramki, która znów postawiła znak zapytania nad końcowym wynikiem. Na szczęście podopieczni trenera Matyasa po chwili niepewności wrócili do równowagi i znów zaczęli zagrażać bramce Lewskiego. Znów jednak na przeszkodzie do zdobycia bramki albo stawał Kamenski, albo niezdecydowanie zabrzan, albo poprzeczka. W końcówce trener Lewskiego próbował odmienić jeszcze losy spotkania rzucając wszystkie siły w atak. Manewr ten spalił jednak na panewce. Defensywa Górnika ze spokojnym Oślizłą na czele nie dała się zaskoczyć. Ostatecznie zwycięstwo przypadło drużynie lepszej, która mogła wygrać zdecydowanie wyżej gdyby miała trochę więcej szczęścia. 100 000 widzów na Stadionie Śląskim mogło rozpocząć świętowanie zwycięstwa.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

0

@FcPortoFan1999 No trudno się z tobą nie zgodzić...

8

,,Przyjaciel” FC Barcelony:

18 marca 1900 r. w amsterdamskiej kawiarni ,,Oost-Indie” spotkało się trzech panów - Han Dade, Floris Stempel i Karel Reeser. Wypili po kilka filiżanek kawy, wypalili parę kubańskich cygar i postanowili, że najwyższy czas założyć klub piłkarski. Nazwali go Ajax od imienia bohatera Iliady, władcy Salaminy, rywalizującego z Achillesem o miano najwaleczniejszego.

Ajax nie od razu zdobywał najcenniejsze trofea. Najpierw trzeba było znaleźć odpowiednie miejsce do rozgrywania meczów. Przez osiem lat zanim nastąpiło przejście na stadion ,,Watergraafsmeer”, zespół występował na... zwykłym polu. Zmiana okazała się szczęśliwa, bo już w 1911r. Ajax dostąpił zaszczytu grania z najlepszymi zespołami Holandii, a w 1918r. zdobył pierwsze mistrzostwo kraju pod wodzą angielskiego trenera Jacka Reynoldsa. To jeden z najdłużej piastujących swą funkcję szkoleniowców na świecie - trenerem Ajaxu był przez 33 lata!!! Jego imię nosiła jedna z trybun stadionu De Meer, na którym Ajax rozgrywał mecze przed przeprowadzką na Arenę. W następnym roku amsterdamczycy powtórzyli to osiągnięcie i ... sukcesy się skończyły. Co prawda w latach 30-tych Ajax zdobył pięć razy mistrzostwo kraju, ale na kolejne sukcesy kibice z Amsterdamu musieli czekać kilkanaście lat. Co ciekawe, odrodzenie klubu nastąpiło dopiero wtedy, gdy w Holandii utworzono regularną ligę (od sezonu 1956/57). Już w drugiej połowie lat 60-tych Ajax objął nowy trener. Rinus Michels postanowił zrewolucjonizować ówczesny futbol i wymyślił sobie, że w jego drużynie piłkarze nie będą ściśle przywiązani do swoich pozycji, ale każdy będzie musiał umieć grać tam, gdzie znajdzie się taka potrzeba. Obrońcy nauczyli się atakować, napastnicy bronić, a pomocnicy nie tylko aranżowali akcje zaczepne, ale i przerywali akcje przeciwnika. Wkrótce nazwano to futbolem totalnym, a Michels stał się wynalazcą systemu, który obowiązuje teraz na całym świecie. Nowy system gry tak zaskoczył rywali, że w latach 1966-70 amsterdamczycy aż czterokrotnie wygrywali ligę. Dotarli także do finału Puchru Mistrzów(1969r.) a rok później do finału Pucharu Miast Targowych (późniejszy UEFA). Jednak to była tylko przykrywka do najbardziej efektownego okresu w dziejach klubu. Przypadł on na lata 1971-73, kiedy Holendrzy trzy razy z rzędu zdobyli najcenniejsze trofeum Europy - Puchar Klubowych Mistrzów Europy (obecnie Liga Mistrzów). Ale to tylko pierwszy z tych triumfów był dziełem Michelsa. Po pokonaniu w finale Panathinaikosu Ateny zapowiedział on odejście z Ajaxu i rozpoczął pracę w FC Barcelonie. Wydawało się że wraz z odejściem Michelsa zakończą się sukcesy Ajaxu, gdyż następcą Michaelsa został nikomu nie znany Rumun Stefan Kovacs. Ale z nowym szkoleniowcem Ajax zaliczył dwa kolejne triumfy w Pucharze Mistrzów i wywalczył Puchar Interkontynentalny w 1972r. Po trzecim triumfie w Pucharze Europy(1973) z Ajaxu zaczęli odchodzić twórcy sukcesów - trener Kovacs został selekcjonerem reprezentacji Francji, Cruyff i Neeskens dołączyli do swojego byłego trenera Michelsa w FC Barcelonie, Gerrie Muehren trafił do Betisu Sewilla, jego młodszy brat Arnold do Twente Enschede, Repa sprzedano do Valencii, zaś Arie Haan przeszedł do Anderlechtu Bruksela. Ostatnim zawodnikiem, który opuścił Ajax, był Krol. W 1980r. kupiło go Napoli. Wprawdzie w pierwszej połowie lat 80-tych Ajax aż cztery razy wygrywał mistrzostwo Holandii ale na kolejny triumf w rozgrywkach europejskich kibice ze stadionu ,,De Meer” musieli poczekać do 1987r. gdy klub z Amsterdamu pokonał w finale Puchru Zdobywców Pucharów Lokomotive Lipsk 1:0. W 1991r. wraz z przybyciem Louisa van Gaala zaczął się kolejny złoty okres w historii klubu. Do Ajaxu trafiali młodzi i nieznani, ale szlachetnie utalentowani piłkarze. Wychowani w Ajaxie (bądź sprowadzeni z małych klubików) Bergkamp, bracia de Boer, Overmars, Davids, Kliuvert, Seedorf i wielu innych, którzy w 1995r. zdobyli swój ostatni europejski puchar z drużyną Ajaxu. Ci piłkarze potwierdzili na stadionach całego świata, że holenderski klub słusznie nazywany jest szlifiernią piłkarskich diamentów.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Sekstet2009 Oczywiście że priorytetem zawsze będzie Liga Mistrzów, La Liga i Copa del Rey. W takiej sytuacji w Pucharze Katalonii powinny grać rezerwy plus niższe kategorie wiekowe, jeśli oczywiście pozwala na to regulamin...

9

Żywe leegendy polskiego futbolu:

18 marca 1971 r. urodził się Jerzy Brzęczek. Jako pomocnik reprezentował barwy takich zespołów, jak między innymi Lech Poznań, Górnik Zabrze, Tirol Innsbruck, Maccabi Hajfa czy Sturm Graz. Podczas Letnich Igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku Brzęczek pełnił funkcję kapitana kadry olimpijskiej, z którą wywalczył srebrny medal, czym na stałe zapisał się w historii polskiego futbolu. Wraz z końcem kampanii 2008/2009 zakończył piłkarską karierę i rozpoczął pracę jako asystent trenera Polonii Bytom, gdzie doskonalił swój warsztat, by na początku 2010 roku objąć funkcję pierwszego szkoleniowca Rakowa Częstochowa. W klubie spod Jasnej Góry spędził cztery lata, po czym 17 listopada 2014 roku przejął pieczę nad ekstraklasową drużyną Lechii Gdańsk. W latach 2015-2017 prowadził zespół GKS-u Katowice, z kolei edycję rozgrywek 2017/2018 spędził w Płocku, gdzie wraz z tamtejszą Wisłą zakończył ligowe zmagania na 5. miejscu. W lipcu 2018 roku Jerzy Brzęczek został ogłoszony selekcjonerem reprezentacji Polski, a jego głównym zadaniem było zapewnienie Biało-Czerwonym udział na Euro 2020. 7 września 2018 roku zadebiutował w nowej roli, remisując 1:1 w wyjazdowym meczu z Włochami w ramach Ligi Narodów UEFA. W eliminacjach do europejskiego czempionatu Polacy osiągnęli wyznaczony cel i z dorobkiem 25 punktów zdobytych w 10 meczach awansowali na turniej z pierwszego miejsca w grupie. Łącznie pod wodzą Jerzego Brzęczka kadra rozegrała 24 spotkania, notując w tym czasie 12 zwycięstw, 5 remisów i 7 porażek.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

0

@A4ron Patrząc na same liczby to i owszem, jednak ponoć statystyki nie grają? Gdyby ,,Obywatele" wykorzystali przynajmniej połowe celnych strzałów to bodaj byłaby dogrywka...

9

Duma Katalonii pieczętuje awans do ćwierćfinału LM:

18 marca 2015 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Manchester City 1:0 w ¼ Champions League. Rewanż dla Barçy wcale nie był meczem łatwym, choć ostatecznie udało się odnieść zwycięstwo po jedynym golu strzelonym przez Rakiticia w 31 minucie. ,,The Cityzens” naciskało ale świetnie spisywała się defensywa Blaugrany. Jeden z najlepszych meczów w jej barwach rozegrał Jeremy Mathieu, niezgrabny ale skuteczny Francuz sprowadzony na życzenia Luisa Enrique z Valencii. W defensorze tym ,,Lucho” znalazł człowieka lojalnego i oddanego, nie tylko zresztą w kwestii taktyki. Mathieu stał u boku szkoleniowca we wszystkich konfliktach z zawodnikami, w które nerwowy trener cały czas popadał.



@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

0

@Sekstet2009 Słuchaj no kochaniutki użytkowniku: Puchar Gampera i Audi Cup(rozgrywane 4 mecze) to też są mecze o stawke, co prawda o zdecydowanie mniejszym prestiżu niż mistrzostwa(Puchar Katalonii) ale jednak o stawke(!) a w dodatku na te puchary są specjalnie dobierane(zapraszane) zespoły. Natomiast Puchar Katalonii(mistrzostwa Katalonii) to jest cykliczny turniej rozgrywany od początku XX wieku i w zasadzie uczestniczą w nim wszystkie Katalońskie kluby, więc jest znacznie bardziej prestiżowy od ,,mini" pucharów Gampera i Audi Cup.

9

Blaugrana w czasach kryzysu:

18 marca 1987 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou z Dundee United 1:2 w rewanżowym spotkaniu ¼ Pucharu UEFA. Do 85 minuty Blaugrana prowadziła 1:0 i odrobiła w ten sposób straty z pierwszego meczu na ,,Tannadice Park”. Jednak w samej końcówce Szkoci strzelili 2 gole i niespodziewanie awansowali do półfinału. Na trybunach pojawiły się głosy nawołujące do zwolnienia prezydenta Nuñeza i przywrócenia do składu Schustera. Duma Katalonii do dzisiejszego dnia ma z Dundee United najgorszy bilans spośród wszystkich drużyn, z którymi spotykała się w europejskich pucharach a mianowicie 4 mecze i 4 porażki! Wypada tylko żałować że Szkoci tak cienko przędą w Scottish Premiership, więc chyba nie prędko będzie okazja do rewanżu…?



@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

0

@Sekstet2009 A od kiedy to niby Puchar Katalonii(kiedyś mistrzostwa Katalonii) są meczami towarzyskimi? To są mecze o stawke, więc jak najbardziej oficjalne!

7

@FCBparasiempre
Swego czasu
zachwycał swoją grą w Interze Mediolan. Nigdy jednak nie było mu spieszno do
piedestału, dlatego teraz już jest postacią zapomnianą, odświeżaną poprzez film
z jego kapitalnym rzutem wolnym w meczu z Bologną ale lewej nogi Urugwajczyka
bali się wszyscy. Alvaro Alexander Recoba Rivero, tak brzmi jego pełne
nazwisko. Nie wychowywał się podobnie jak większość południowoamerykańskich
piłkarzy w biednych fawelach, gdzie piłka była jedynym ratunkiem. On wychowywał
się w stolicy Urugwaju, Montevideo. Mieście, w którym mieści się ogromna
większość klubów z tamtejszej elity. On zawsze miał jednak jeden cel – Danubio,
inaczej „Dunaj”, czyli zespół założony w stolicy malutkiego kraju z Ameryki
Południowej przez dwójkę braci bułgarskiego pochodzenia. Klub dużo mniejszy niż
m.in. Nacional jednak bardzo znaczący nie tylko na mapie Urugwaju. W tamtejszym
regionie jest uznawany za prawdziwą wylęgarnię talentów. W czasach juniorskich
reprezentowali jego barwy m.in. Marcelo Zalayeta, Diego Forlan, czy Edinson
Cavani. Ale żaden z nich nie jest tak kochany tam jak Recoba. Chłopak z
dzielnicy ,,De Maronyas”, ściśle powiązanej z Danubio FC, od malutkiego był
zakochany w biało-czarnych barwach i w jego szeregi wstąpił w wieku dziewięciu
lat. A tam szybko zobaczyli, że nie tylko spełnili marzenie wiernego kibica,
ale zyskali niebywały talent. Dla miejscowych fanów jest legendą, bowiem nigdy
nie zapomniał, skąd pochodzi. Jeszcze przed emeryturą wrócił na Estadio
Jardines Del Hipodromo, by cieszyć fanów swoją grą. I to w nim kochano
najbardziej – Dla niego liczyła się tylko czysta gra, jak w piosence „Czysta
Gra”. Od samego początku błyszczał niewiarygodnymi umiejętnościami. Potrafił
wyczyniać cuda lewą nogą, na boisku często zwyczajnie się bawił, bo taki był
jego cel. Grał na pozycji ofensywnego pomocnika, jednak w typowym starym stylu,
jako „wolny elektron”. Bieganie, czy walka wręcz nie była dla niego stworzona.
Gdy w czasach juniorskich strzelał niewiarygodne ilości bramek, wszyscy zaczęli
marzyć o tym, by stał się najlepszym na świecie. Najmniej zainteresowany tym,
był sam Recoba. Nie dlatego, że był leniem. Jego głowę zajmowało tylko granie w
piłkę. Choć nigdy nie ukrywał, że z treningami fizycznymi mu nie po drodze. W
końcu w 1994 roku osiągnął swój cel i dotarł do pierwszej drużyny. Miejscowi
kibice wspominali, że ten młodzian, wtedy 18-letni z marszu wszedł do
pierwszego składu i stał się prawdziwym liderem. Błyszczał już od pierwszych
spotkań i uznawano, że w pojedynkę utrzymał Danubio w najwyższej klasie
rozgrywkowej. Od razu skierował na siebie oczy wszystkich skautów mocniejszych
klubów i nie tylko. Zowiem zaledwie rok po debiucie w seniorskiej piłce Hector
Nunez powołał go do pierwszej reprezentacji, dając zagrać w dwóch meczach towarzyskich.
W debiutanckim meczu z Hiszpanią zmienił Enzo Francescoliego, poniekąd mając od
niego powoli przejmować rolę dyrygenta w ekipie „Los Charruas”. Kolejną szansę
Recoba dostał półtora roku później, jednak zaliczył trzy bramki w dwóch meczach
z Japonią i Chinami. Pewne miejsce zyskał w 1997 roku. Rok wcześniej Danubio
stało się dla niego zbyt małe i skusił się na ofertę Nacionalu, absolutnego
potentata w tamtejszej piłce. W ciągu zaledwie półtora roku strzelił dla tego
klubu 68 bramek w 58 występach. W 1997 roku wystąpił też w trzech meczach na
Copa America, strzelając bramkę Wenezueli. Po tym zapracował sobie na transfer
zagraniczny.

Za 4,5
miliona dolarów przeniósł się do Interu Mediolan. Polecił go tam Sandro
Mazzola, legenda „Nerazzurri”. 31 sierpnia 1997 roku. Nadszedł wielki dzień.
Ruszył kolejny sezon Serie A. Na San Siro przyjechała Brescia z Markiem
Koźmińskim w składzie. W pierwszej jedenastce gospodarzy wybiega debiutujący
Ronaldo. Inter jednak długo męczy się z rywalem. Na dodatek ponad kwadrans
przed końcem asystę Andrei Pirlo wykorzystuje Dario Hubner i wyprowadza
przyjezdnych na prowadzenie. Minutę wcześniej Luigi Simoni wprowadza na boisko
Alvaro Recobę, który zmienia Maurizio Ganza. W 80 minucie Benoit Cauet zagrywa
piłkę do środka pola. Urugwajczyk z „20” na plecach wprowadza futbolówkę w
kierunku bramki przeciwnika i potężnym strzałem z ponad 25 metrów w samo
okienko nie daje szans Giovanniemu Cervone. Debiut wydawałoby się wymarzony,
gdyby jeszcze jego zespół wygrał. Ale to przecież nie był koniec jego popisów.
W 85 minucie zostaje sfaulowany w środku pola. Do piłki podchodzi sam
poszkodowany, a do bramki ma ponad 30 metrów. Mimo debiutu nikt nie miał
wątpliwości, kto powinien uderzać. Recoba potężnie uderza w drugie okienko
bramki Cervone i daje trzy punkty w debiucie swojemu zespołowi, przyćmiewając
debiut wielkiego Ronaldo. Francesco Moriero podkłada kolano i udaje, że czyści
lewego buta Urugwajczyka. Ale w składzie „Nerazzurri” obok Ronaldo jest jeszcze
m.in. Youri Djorkaeff, Diego Simeone, czy Ivan Zamorano. Rok później trafia do
stolicy mody również Roberto Baggio, czy Nicola Ventola. Dla słabego fizycznie
Recoby zwyczajnie brakuje miejsca. Co jakiś czas dostaje okazjonalne szanse
wejścia na boisko. Tak jak w styczniu 1998 roku, gdy po kilku miesiącach bez
gry, zmienia 20 minut przed końcem Francesco Moriero. Inter przegrywa od samego
początku i niemiłosiernie męczy się z Empoli. W 82 minucie sprawy w swoje nogi
bierze więc Recoba i strzałem prawie z połowy boiska doprowadza do remisu. W
całym swoim pierwszym sezonie uzbierał 19 występów, ale łącznie zaledwie 650
minut. Strzelił w tym czasie pięć bramek i zanotował dwie asysty. W
międzyczasie pojechał jednak na Puchar Konfederacji, gdzie rozegrał pięć
spotkań, strzelając bramkę Republice Południowej Afryki. Kadra pod wodzą
Victora Pua zajęła ostatecznie na turnieju czwarte miejsce. W kolejnej kampanii
również nie był w stanie wywalczyć miejsca w składzie i z początkiem nowego
roku wybrał się na półroczne wypożyczenie do Venezii. Tam grał prawdziwe
koncerty. 19 spotkań, 10 bramek i tyle samo asyst, w tym hattrick i asysta w
meczu z Fiorentiną. Mało tego, skarcił też Inter. Gdy ten przyjechał na Stadio
Pierluigi Penzo, Recoba już w pierwszej minucie zaliczył asystę przy golu
Sergio Volpiego. Trzy minuty później podchodzi do piłki ustawionej na 25 metrze
i lewą nogą uderza w poprzeczkę, a następnie futbolówka odbija się od pleców
Sebastiena Freya i wpada do siatki. Ostatecznie „Arancianoverdi” wygrywają 3:1.
Dzięki „El Chino” zespół przestał okupować sam dół ligowej tabeli i nagle z
beniaminka skazywanego na ponowny spadek do Serie B, skończył sezon w połowie
stawki. Po bardzo owocnym pół roku w Wenecji nadszedł czas na powrót do
Mediolanu.

Tam, choć
początek sezonu miał ciężki, kolejnymi bramkami, zyskał zaufanie Marcello
Lippiego. Cały sezon zakończył z 10 bramkami na liczniku i 12 asystami. To
jednak nic w stosunku do następnego sezonu, gdy grał tuż za plecami Christiana
Vieriego. We wszystkich rozgrywkach rozegrał 41 spotkań, strzelił 15 bramek i
dorzucił 11 asyst. W Pucharze UEFA władował też dwie bramki w dwumeczu z Ruchem
Chorzów, w rewanżu mając udział przy wszystkich trzech trafieniach. Przeżywał
piękne chwile, a zakochany w nim był Massimo Moratti, który zaoferował mu
pięcioletni kontrakt z czterema milionami zarobków rocznych. Żaden piłkarz na
świecie nie zarabiał wtedy takich pieniędzy. Problem był jednak w tym, że cała
ekipa z San Siro zawodziła na całej linii. Kibice spodziewali się wielkich
triumfów, a dostawali m.in. odpadnięcie w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów z
Helsingborgiem. Początek sezonu 2001/2002 Recoba spędził jednak na zawieszeniu
za sfałszowanie swoich dokumentów. Oczywiście w taki sposób, by występować w
Serie A jako Włoch. Zapewne w jego lewych papierach maczał palce też sam klub.
Na boisko wrócił na początku grudnia. I na dzień dobry zaliczył dwie asysty w
meczu z Atalantą. Do końca sezonu regularnie grał, a Inter wyłożył się na
ostatniej prostej, tracąc tytuł mistrzowski po porażce z Lazio w ostatniej
kolejce sezonu. Z praktycznie pewnego mistrza kraju, spadł nagle na trzecie
miejsce w tabeli. Sam „El Chino” cieszył się m.in. z awansu na mistrzostwa
świata, gdy w rewanżowym meczu z Australią zaliczył dwie asysty. Sam
Urugwajczyk zgodził się w końcu też na obniżkę pensji, gdy włoski klub
przeżywał kryzys finansowy. W oczach Massimo Morattiego był doskonały, a prezes
patrzył na niego przez różowe okulary. Ale Recoba miał coraz mniej spotkań, w
których ciągnął za uszy swój zespół. Choć miewał momenty, gdy bawił się grą, a wszystkim
opadały „kopary”. Jak w meczu z Lecce, gdy założył „sombrero” w polu karnym i
strzelił bramkę. Wielki miał też sezon 2002/2003. Ale cały Inter wyglądał wtedy
kapitalnie. Zdobył vicemistrzostwo i dotarł do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie
uległ Milanowi „bramkami na wyjeździe”, co brzmi kuriozalnie, bowiem obydwie
ekipy grają na tym samym stadionie. Takie jednak zasady wyrzuciły „Nerazzurri”
za burtę. Sam Urugwajczyk w sezonie strzelił 12 bramek i miał 16 asyst. W
kolejnym sezonie coraz bardziej zaczęły mu jednak doskwierać kłopoty zdrowotne,
przez co stracił sporo spotkań. I tak zaliczył jednak 11 bramek. Później było
coraz gorzej. Wypadał co chwilę, dodatkowo przez pół roku nie był w stanie
wrócić na boisko. Gdy grał, nadal miewał mecze, w których potrafił decydować o
punktach. Mecz z Romą, 3:3 – bramka i dwie asysty, rewanż z Benficą w 1/8
finału LM, wygrana 4:3 i ponownie bramka i dwie asysty „El Chico”. Chievo
Verona – bramka i asysta dały zwycięstwo 2:0. I ten wspaniały mecz na początek
2005 roku, gdy został wpuszczony na boisko na 13 minut przed końcem. Zaliczył
bramkę, asystę, a jego zespół odwrócił wynik z 0:2, na 3:2. W sezonie 2005/2006
wchodził dużo mniej, a nawet jeżeli był w pełni, sił głównie okupował ławkę
rezerwowych. A gdy zdarzało się wychodzić w pierwszym składzie, to często z
opaską kapitańską na ramieniu, przy nieobecnościach Javiera Zanettiego. A i
wtedy zdarzało się wygrywać mecze, m.in. z Lazio, przy dwóch bramkach i asyście
i zwycięstwie 3:1. Inter w końcu zdobył wtedy upragnione Scudetto. Obronił go
zresztą w następnej kampanii, ale z coraz mniejszym udziałem Recoby.

Po tym
sezonie Urugwajczyk odszedł do Torino na wypożyczenie. Tam szkoleniowcem był
Walter Novellino, który miał ponownie go wskrzesić. Za wiele jednak ugrać się
nie udało. Bramka i dwie asysty w Serie A to wynik zdecydowanie odbiegający od
jego normy, nawet w sezonach, gdy większość czasu był kontuzjowany. Jego czas
we Włoszech dobiegł końca. Jeden sezon został jeszcze w Europie, przechodząc do
greckiego Panioniosu, ale i tam furory nie zrobił. W styczniu 2010 roku zdecydował
się powrócić do domu i podpisał kontrakt z Danubio, gdzie w końcu odbudował się
fizycznie i był w stanie zagrać kilkanaście spotkań bez żadnych problemów, choć
jego forma strzelecka uleciała. Kibice jednak i tak go kochali, miał bowiem
mnóstwo lukratywnych ofert, ale zdecydował, że to czas na powrót do domu. W
końcu dla niego, chłopaka stąd liczyła się tylko piłka. Miłości kibiców do
niego nie zmienił nawet powtórny transfer do Nacionalu, gdzie spędził jeszcze
cztery lata, jednak w dwóch ostatnich był już cieniem samego siebie. Zdobył
jednak razem z klubem dwa razy mistrzostwo. Mając 39 lat na karku, zdecydował
się odwiesić buty na kołek. W 2021 roku zdecydował się rozpocząć pracę trenera.
Najpierw był asystentem, a następnie samodzielnie przejął zespół rezerw
Nacionalu. Na jego mecz pożegnalny zebrała się cała świta na czele z Riquelme,
Zanettim i ….. dwoma kolejnymi prezydentami Urugwaju. W swoim kraju nadal jest
wielbiony, o czym wspominał m.in. Luis Suarez, który powtarzał, że Recoba to
jego idol. Technicznie był jednym z najlepszych na świecie, jednak bieganie
zdecydowanie nie należało do jego mocnych stron. Brakowało szybkości, siły,
wytrzymałości, co przełożyło się też na kolejne kontuzje. Cień pada jednak na
jego poczynania w reprezentacji. Kadra sukcesy zaczęła obchodzić, gdy on
odchodził, a dowodził Forlan, Suarez i Cavani. Zagrał w trzech meczach
mistrzostw świata, ale jego ekipa pożegnała się po nich z turniejem w Korei i
Japonii. Na Copa America zagrał tylko w sześciu meczach. Na wygrany turniej w
1995 roku nie pojechał. Podobnie na ten w 1999 roku, gdzie Urugwaj przegrał
dopiero w finale z Brazylią. Podobnie w 2004 roku, gdy jego koledzy zajęli
trzecie miejsce. Zagrał w 1997, gdy Urugwaj poległ już w grupie oraz 10 lat
później, docierając do czwartego miejsca.

8

Wybitne postacie włoskiego futbolu:

17 marca 1939 r. urodził się Giovanni Luciano Giuseppe Trapattoni, były piłkarz i trener. Jako zawodnik z sukcesami grał w latach 60-tych w A.C. Milan, gdzie dwukrotnie zdobywał Puchar Mistrzów i mistrzostwo Włoch. Poza tym zdobył z tym klubem Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Interkontynentalny oraz Puchar Włoch. Giovanni Trapattoni jako piłkarz zapracował na status legendy Milanu. Był też pilnym studentem Nereo Rocco, szkoleniowca, który poprowadził Rossonerich do wielkich sukcesów w latach 60-tych. Nie mogło zatem zaskakiwać, iż „Trap” trenerską karierę również zaczął właśnie na San Siro. Wydawało się to wręcz naturalne. Jednak władze klubu jakoś nie potrafiły udzielić mu pełnego zaufania. Panowało przekonanie, że Milan potrzebuje bardziej doświadczonego szkoleniowca, przy którym Trapattoni powinien się jeszcze trochę podszkolić. Tymczasem Włoch nie chciał dłużej czekać. Przeniósł się więc na ławkę trenerską Juventusu i w ciągu zaledwie dekady wygrał ze „Starą Damą” wszystko. Z taktycznego punktu widzenia Trapattoni ogromnie wpłynął na rozwój futbolu. Spopularyzował system gry zwany ,,zona mista”, oparty na proaktywnej obronie i szybkiej wymianie podań po odzyskaniu piłki. Na swój sposób „Trap” łączył więc to, co najlepsze w tradycyjnym catenaccio, którego sam uczył się od Rocco, a także ,,michelsowskim” futbolu totalnym. W jego Juventusie nie brakowało agresywnych twardzieli pokroju Claudio Gentile czy też wybieganych harpaganów w stylu Antonio Cabriniego, ale najbardziej emblematyczną postacią dla „Starej Damy” byli jednak elegancki libero Gaetano Scirea. W 1983 roku Juve przegrało jednak finał Pucharu Europy z Hamburgerem SV, co skłoniło „Trapa” do taktycznych korekt, w efekcie których turyńczycy dwa lata później zgarnęli najcenniejsze kontynentalne trofeum. Po drodze wygrywając także Puchar UEFA, Puchar Zdobywców Pucharów i szereg mistrzowskich tytułów w Serie A. Absolutna dominacja. Zresztą w oparciu o gwiazdy Juve została również skonstruowana reprezentacja Włoch, która w 1982 roku zwyciężyła na mistrzostwach świata. Przez wiele lat Giovanni Trapattoni mógł uchodzić nawet za najwybitniejszego kolekcjonera międzynarodowych trofeów w piłce klubowej. Zaczął od fenomenalnej kadencji w Juventusie, gdzie zwyciężył kolejno w Pucharze UEFA, Pucharze Zdobywców Pucharów i Pucharze Europy, a pod jego wodzą błyszczeli tacy gracze jak choćby Michel Platini, Gaetano Scirea, Paolo Rossi czy Zbigniew Boniek. Potem był Inter Mediolan i kolejny europejski sukces, tym razem w Pucharze UEFA i na dokładkę powrót do Juventusu, choć generalnie niezbyt udany, to uświetniony kolejną wygraną, raz jeszcze w Pucharze UEFA. Ponadto zdobywał siedem mistrzostw Włoch (1977-78, 1981-82, 1984, 1986, 1989), mistrzostwo Niemiec (1997), mistrzostwo Portugalii (2005), mistrzostwo Austrii (2007), dwa Puchary Włoch (1978/79, 1982/83), Puchar Niemiec (1997/98), Puchar Ligi Niemieckiej (1997), Superpuchar Europy (1984), Puchar Interkontynentalny (1985). Co tu dużo gadać, doskonały dorobek a mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie niespodziewana porażka „Starej Damy” w finale Pucharu Europy w 1983 roku.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

8

@FCBparasiempre
17 marca
1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z
Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu.
,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego
Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny
sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i
niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów
w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i
z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w
młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było
jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie,
może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś
nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy
przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre
Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków.
Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z
Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na
przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im
strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był
początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą
piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać
wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i
pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na
ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina.
Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak
kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali
mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują
i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha,
choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów,
ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał
zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak
najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie
udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”-
zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w
drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał…
szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy
nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat.
Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w
takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to
zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych
fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się
postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na
ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem
że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę
zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to
nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w
Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina
Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił
desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory
przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku
dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie,
no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za
piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go
do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany,
czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś
doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i
że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie
wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały
stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce.
Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie
jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów.
,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza
Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się
zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam
jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem,
wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu
powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w
koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni
ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś.

Sprawy się
komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w
ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na
szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się
rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o
istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza
się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w
Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej
prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał
że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie
się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty
jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie
wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i
cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie
pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą
wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem
gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o
pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej
wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż
ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął
normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W
szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie
robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi
technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije
piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym
biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do
zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”-
zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań
a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby
nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do
niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego
ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek.
Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan.
Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,,
Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw
muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli
kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to
zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu
spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym
żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty
usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już
za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś
będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie,
gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”.
Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten…
Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta
akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem
za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam
się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem-
odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek.
Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy
dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie
strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1, oto
marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem
świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucił mi się na lewą noge. Powinien być
rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem
dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz
chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski:
,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?!
Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na
wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym
człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie
piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,Położe się spać a rano nie mogę się
ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy
fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W
lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy
niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok ale walcze, żyje.
Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z
meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka
grającego wówczas z nr. 4 Edinho…

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?