14

Collina skrzywdził całe barcelonizmo:

Dokładnie 20 lat temu FC Barcelona przegrała na Stamford Bridge z Chelsea FC 4:2 w rewanżowym spotkaniu ⅛ Ligi Mistrzów. Barça broniła wówczas jednobramkowej zaliczki z pierwszego meczu, lecz rewanż zaczął się fatalnie. Do 17 minuty gospodarze strzelili aż 3 gole i totalnie rozbili drużynę Rijkaarda. Bodaj przy pierwszym golu dla Chelsea, banalny błąd popełnił Xavi, tracąc piłke w środku pola. W 26 minucie ręką w polu karnym zagrał gracz ,,The Blues” i karnego wykorzystał Ronaldinho. W 38 minucie ponownie ,,Ronnie” strzelił gola i to jakiego!? To była magia… Wynik 3:2 dawał oczywiście Blaugranie awans do ćwierćfinału, jednak pomimo kilku dogodnych szans Barçy, to Chelsea w 76 minucie ze stałego fragmentu gry strzeliła gola i awansowała dalej. Jednak ten gol na 4:2 nie powinien być uznany ponieważ Victor Valdes był przytrzymywany przez Ricardo Carvalho, lecz Pierluigi Collina uznał gola, czym rozsierdził nie tylko mnie ale i wszystkich cules! Pamiętam jak nagrywałem ten mecz(pierwszy na Camp Nou również) na płyte wielonagrywalną, mając nadzieje na wspaniałą pamiątke zwłaszcza po golu Ronniego. Ależ byłem wkurwiony jeszcze na drugi dzień. Pamiętam jak dziś że z rana nie miałem ochoty na żadne śniadanie, zupełnie na nic. Ba! Mało nie rozjebałem szafek w kuchni waląc w nie pięścią! Nie dziwcie się, to był mój pierwszy sezon miłości do Barçuni…

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Niedoceniane i zapomniane legendy futbolu:

7 marca 1895 r. urodził się Manoel Nunes zwany Neco. Przygodę z piłką rozpoczął w 1911 roku w trzeciej drużynie klubu Corinthians Paulista. Do pierwszego zespołu przeszedł w 1913 roku. Rok później z 12 golami został królem strzelców pierwszej ligi stanu São Paulo. Jednocześnie razem z Corinthiansem pierwszy raz w swej karierze zdobył mistrzostwo stanu São Paulo. W 1915, gdy Corinthians nie brał udziału w oficjalnych rozgrywkach, gdyż z powodu politycznych zawirowań był bliski bankructwa, Neco w meczach oficjalnych grał w barwach klubu Mackenzie São Paulo, a w barwach Corinthiansu grał tylko w meczach nieoficjalnych. W 1916 po raz drugi sięgnął ze swym klubem po tytuł stanowego mistrza. Jako piłkarz klubu Corinthians Paulista wziął udział w turnieju Copa América 1917, gdzie Brazylia zajęła trzecie miejsce. Neco zagrał we wszystkich trzech meczach: z Argentyną, Urugwajem i Chile. Wciąż jako gracz Corinthians wziął udział w turnieju Copa América 1919, gdzie Brazylia triumfowała. Neco zagrał we wszystkich czterech meczach: z Chile (zdobył 2 gole), Argentyną, Urugwajem(również 2 gole) i w decydującym o mistrzowskim tytule barażu z Urugwajem. Neco był bohaterem pierwszego spotkania z zespołem Urusów, kiedy to goście prowadzili już 2:0. Jego 2 gole dały remis, który pozwolił Brazylii poszukać szansy na mistrzostwo w barażu. Łącznie zdobył 4 gole i razem z Friedenreichem podzielił tytuł króla strzelców turnieju. Po raz ostatni w mistrzostwach kontynentu wziął udział podczas turnieju Copa América 1922, gdzie Brazylia po raz drugi zdobyła mistrzostwo Ameryki Południowej. Neco zagrał we wszystkich pięciu meczach zdobywając jednego gola w decydującym o mistrzowskim tytule boju z Paragwajem. Zdobycie 2 goli wystarczyło, by Neco został wicekrólem strzelców. Neco zaliczany jest do najwybitniejszych piłkarzy klubu Corinthians, w którym w ciągu 17 lat rozegrał 315 meczów i zdobył 239 goli (w tym w lidze 296 meczów i 235 goli). W latach 1917-1922 rozegrał w reprezentacji Brazylii 15 meczów i zdobył 8 goli. Po zakończeniu kariery piłkarskiej w 1930 kontynuował pracę trenerską w klubie Corinthians, z którym w 1937 zdobył kolejne mistrzostwo stanowe. Znany był jako odważny i przebojowy drybler. Charakteryzował się przy tym bardzo wybuchowym charakterem – gdy był trenerem klubu Corinthians zawieszony został na 18 meczów za uderzenie sędziego. Jest jedynym piłkarzem brazylijskim, któremu wystawiono pomnik – jego statua znajduje się w mieście São Paulo w parku São Jorge.

@Adran360
@AssisMoreira
@Comentateiro
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Argentina Campeon!

7 marca 1959 r. Argentyna rozgromiła Chile 6:1(4:1) na Estadio Monumental w Buenos Aires. Ten mecz zainaugurował 26. edycje Copa America. Miejscem zmagań o Puchar Ameryki po raz siódmy było Buenos Aires, historyczna kolebka tej imprezy. Monumentalny stadion otworzył podwoje dla 85 tys. widzów, po cichu marzących o wielkim rewanżu za doznanie rok wcześniej upokorzenia. Gospodarze chcąc zmazać palące wspomnienie szwedzkiej ,,Verguenza” czyli hańby i wstydu, kompletnie zmienili zespół. Załamany druzgocącą, nie zawsze sprawiedliwą krytyką odszedł legendarny Guillermo Stabile, pod wodzą którego Albicelestes 6-krotnie(!) zdobywali Copa America. Stworzono szkoleniowy tercet: Victorio Spinetto, Jose della Torre i Jose Barreiro, wspomagany przez grono wytrawnych specjalistów. Ostatecznie szefem trenerskiego triumwiratu został Spinetto, świetny środkowy pomocnik Velez Sarsfield i Independiente, którego nieszczęściem był nadmiar znakomitości na tej pozycji, toteż mimo niewątpliwej klasy w reprezentacji grywał nie często. Obdarzony wybuchowym temperamentem bywał nawet wyrzucany z boiska, lecz miał też niezwykły autorytet i moralną charyzmę, czyniąc zeń postać, jakich niewiele zna historia argentyńskiego futbolu. Po raz pierwszy w dziejach zorganizował on długie zgrupowanie w górach nie opodal Mendozy. Klimatyczne warunki sprzyjały ładowaniu akumulatorów, czym zajmował się wybitny fachman w tym zakresie, nasz rodak z pochodzenia, Adolfo Mogilewski, który pomagał jeszcze Stabilemu w 1955 roku. Zmusił on argentyńskich indywidualistów do ciężkiej pracy a co ważniejsze, metodycznej pracy, niezwykle przy tym urozmaiconej. Oprócz zajęć typowo futbolowych, piłkarze grali w kosza, siatkówkę oraz dużo pływali. Mogilewski starannie dbał o diete i higieniczny tryb życia. Ze starego składu pozostali tylko genialny drybler Corbatta, rutynowany obrońca Lombardo i równie doświadczony pomocnik Mouriño. Szkielet drużyny tworzyli zawodnicy mistrza kraju Racingu: bramkarz Negri, obrońca Murua oraz napastnicy Corbatta, Pizzuti, Manfredini, Sosa, i Belen. Cennym uzupełnieniem był masywny i twardy niegdyś Dellacha, stoper Bernardo Griffa, pracowity pomocnik polskiego pochodzenia Ladislao Cup oraz drobny, zwinny łącznik Calla z Boca Juniors. Na zmiany wchodzili też nieokiełznany drybler Guenzatti i mający zadatki na groźnego strzelca Juan Jose Rodriguez z Boca Juniors. Ton grze nadawali ,,akademicy” z Racingu. Z kolei szybki obrońca Boca Juniors, Juan Carlos Murua zasłynął dżentelmeńskim gestem, kiedy dostrzegłszy kątem oka wijącego się z bólu Paragwajczyka, wybił piłke na aut. Wzbudziło to aplauz trybun, nie wiedzących przecież, iż identycznym gestem w Brazylii popisał się nieco wcześniej legendarny Garrincha. Gwoli ścisłości Argentyna wygrała z Paragwajem 3:1. Nie było w ekipie Albicelestes(oprócz Corbatty) gwiazd godnych stanąć w jednym rzędzie obok minionych sław tej miary co Moreno, Pedernera czy Sivori. Jednak był to właśnie zespół w pełnym słowa znaczeniu zwarty, silny psychicznie, zmobilizowany, doskonale wybiegany i przygotowany fizycznie do trudów długiego turnieju. Tymi walorami Argentyńczycy górowali nad rywalami, z opromienioną mistrzowskim złotem Brazylią włącznie. Atmosfera w drużynie była wspaniała. Krótko przed meczem z Urugwajem cała ekipa zebrana w szatni dodawała sobie ducha chóralnym śpiewem przy akompaniamencie akordeonu.

Z kolei Canarinhos przywieźli do Buenos Aires niemal w komplecie ,,szwedzkich” bohaterów sprzed roku. Zabrakło tylko Vavy, którego jednak udanie zastąpił Valentim z Botafogo, strzelec hattricka w wygranym meczu z Urugwajem. Obie drużyny miały zadawnione porachunki, które postanowiły ,,uregulować” właśnie przy tej okazji. Rozpoczeło się od kilku względnie niewinnych incydentów, które rychło przekształciły się w regularną bijatykę. Stopniowo dołączali do niej rezerwowi, trenerzy i personel pomocniczy. Słynny łysy masażysta Brazylijski Americo, swój zawodowy kunszt wypróbował osobiście na Williamie Martinezie, powalonym przezeń na murawę i cudem uratowanym od uduszenia. Wreszcie do akcji musiały wkroczyć dodatkowe siły argentyńskiej policji. Dopiero po pół godzinie jako tako opanowano sytuację i mecz potoczył się dalej, jak gdyby nigdy nic, chociaż już tylko z udziałem 18 zawodników, bowiem pozostałych czterech sędzia usunął z boiska. Trzeba przyznać że(pomijając ten skandaliczny epizod) mistrzowie świata potwierdzili swą klase. Garrincha rywalizował z Corbattą o miano najlepszego dryblera kontynentu. Didi po profesorsku kierował grą, zaś sam Pele udowodnił wszem i wobec że istotnie jest futbolowym fenomenem. Strzelił jednego gola z Peru, dwa z Chile, jednego z Boliwią, popisał się hattrickiem w meczu z Paragwajem oraz jednego gola w decydującym meczu z Argentyną. Te 8 goli dało mu(w jedynym występie w Copa America) tytuł ,,goleadora”. Jednak nawet jego kapitalne popisy nie zapewniły Brazylii prymatu na kontynencie. Punkt stracony z Peru kosztował ją akurat tyle, by dać się minimalnie wyprzedzić gospodarzom, nad którymi w bezpośrednim pojedynku górowali techniką, lekkością i swobodą. W innych ekipach pojawiło się paru interesujących zawodników. Do elity powrócił Paragwaj. Talentem błysnął obrońca Juan Vicente Lazcano a także strzelec hattricka w meczu z Boliwią, malutki, krągły Cayetano Re, którego snajperskie predylekcje postanowili wykorzystać trenerzy FC Barcelony. W Chile dobrze zaprezentowali się przyszli bohaterowie MŚ 1962, przytomny stoper Raul Sanchez i ofensywny pomocnik o potężnym strzale z dystansu, Eladio Rojas. Ich walory wystarczyły do pokonania 1:0 Urugwaju, dziwnie apatycznego i ospałego. Być może Celestes byli już myślami przy turnieju ,,extraordinario”, który za kilka miesięcy miał się odbyć w Ekwadorze. Tak czy owak sprawili wielki zawód, chociaż we wspomnianym meczu z Brazylią objawili wybitne zdolności pięściarskie. Przeżycia te przypłacił utratą zdrowia i krańcowym załamaniem trener a przede wszystkim mistrz świata z 1930 Hector Castro. Nieźle wypadło za to Peru, którego linia napadu grała efektownie i z polotem. Oprócz znanych już asów jak Gomez Sanchez, Terry czy Seminario, powszechne uznanie wzbudzili dwaj kolejni piłkarze a mianowicie Miguel Angel Loayza oraz Juan Joya. Tak więc w 1959 roku Brazylia zachowała honor ale to Argentyna obroniła tytuł mistrzów Ameryki, remisując w ostatnim meczu z Canarinhos 1:1 po golach Pizzutiego i Pelego.

@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

8

Polskie kluby w europejskich pucharach:

7 marca 1979 r. Wisła Kraków pokonała Malmö FF 2:1 w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Europy. W 1979 roku Wisła miała wspaniałą drużynę, złożoną głównie z wychowanków. Adam Nawałka, Andrzej Iwan, Zdzisław Kapka, Henryk Maculewicz, Kazimierz Kmiecik, Marek Wróbel czy Marek Motyka – te nazwiska co dwa tygodnie przyciągały na stadion Białej Gwiazdy kilkunastotysięczną widownię a gdy nadchodziły mecze w Europie – na stadionie pojawiało się ponad trzydzieści tysięcy osób. Drużyna Oresta Lenczyka w pierwszej rundzie pokonała Brugge KV, a w drugiej – dzięki większej liczbie bramek zdobytych na wyjeździe – odprawiła z kwikiem Zbrojovkę Brno. To nie były czasy, gdy polski klub musiał przedzierać się przez skomplikowany system kwalifikacji, by dotrzeć choćby do fazy grupowej. Po odprawieniu Belgów i Czechów Wisła znalazła się w gronie ośmiu najlepszych drużyn w Europie. W marcu 1979 roku drodze krakowian do półfinału stanęli mistrzowie Szwecji, Malmö FF. W pierwszym meczu w Krakowie wiślacy wygrali 2:1. W rewanżu długo utrzymywał się wynik bezbramkowy, a gdy w 58. minucie Kazimierz Kmiecik wyprowadził Białą Gwiazdę na prowadzenie, przed radioodbiornikami w Krakowie rozpoczęło się święto. Półfinał był na wyciągnięcie ręki. W końcówce jednak obrona wiślaków rozpadła się jak stary samochód. W ciągu 25 minut krakowianie stracili cztery gole i musieli się pożegnać z marzeniami o finale. ,,To nie Malmö wygrało. To Wisła przegrała” – skonstatował smutno Lenczyk.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Campeonato Sudamericano de Selecciones:

7 marca 1957 r. Urugwaj pokonał Ekwador 5:2(2:2) na Estadio Nacional w Limie. To był mecz otwarcia 25 edycji Copa America. Większość historyków futbolu starszej daty skłania się ku opinii iż prawdziwą chwałę rozgrywkom Copa America, porównywalną pod względem poziomu i atrakcji ze ,,złotą dekadą” lat 40-tych przywrócił dopiero turniej w Limie. Po pierwsze była to pierwsza w dziejach piłki latynoamerykańskiej impreza filmowana tak obszernie że zapis na taśmie pozwala istotnie wyrobić sobie niezłe wyobrażenie o tym, co się działo na murawie Estadio Nacional. Po drugie, nigdy jeszcze frekwencja nie dopisała w takim stopniu. Wystarczy powiedzieć iż żaden z meczów nie zgromadził mniej niż 40 tys. widzów a przeciętna wahała się w granicach 50 tysięcy! Po trzecie, po różnych doświadczeniach organizatorzy zapewnili kompletną obsade sędziowską z Europy. Tradycja zapraszania arbitrów europejskich miała w Ameryce swoje uzasadnienie. Miejscowi sędziowie niejednokrotnie nie potrafili sobie poradzić z niesfornymi piłkarzami, często też kwestionowano ich kompetencje i bezstronność. Po czwarte turniej w Limie stał się symboliczną sztafetą pokoleń. Po raz ostatni o Copa America walczyły żywe legendy, najwybitniejsi przedstawiciele pokoleń, właśnie schodzących z areny: Brazylijczyk Zizinho, Argentyńczyk Nestor Rossi, Kolumbijczyk Efrain Sanchez, Peruwiańczyk Valeriano Lopez czy też Chilijczyk Jorge Robledo. Ponieważ natura nie znosi próżni, na firmanencie wschodziły nowe gwiazdy o równie olśniewającym blasku: Sivori, Corbatta, Maschio, Angelillo, Garrincha, Pepe, Evaristo, Santamaria, Goncalvez, Sasia, Gamboa czy Benitez z Peru. Po piąte, mistrzostwa stały na dawno nie oglądanym poziomie.

Każdy mecz był wydarzeniem i stanowił niezapomniane widowisko. Aż cztery drużyny reprezentowały zbliżoną najwyższą klase, tocząc niezwykle wyrównane, dramatyczne boje. Obyło się bez skandali, dramaty sportowe nie okazały się tragediami jak w Chile w 1955. Dominował nastrój wielkiego święta, futbolowej fiesty, radosnej i otwartej. Wobec tak nastawionej publiczności sami piłkarze dokładali starań aby wypaść jak najefektowniej i nie zawieść oczekiwań. Toteż grali fair, pięknie, ofensywnie, demonstrując wysoki kunszt techniczny. Wreszcie po szóste, turniej wyłonił mistrza nad mistrzami. Argentyna wprawiła w zachwyt najwybredniejszych nawet koneserów. Od czasów Moreno, Mendeza, Pedernery i Loustau nikt nie grał z taką swobodą, lekkością i finezją a zarazem tak mądrze i skutecznie. Legendarny Stabile osiągnął ze swoją drużyną w Limie same szczyty futbolowej maestrii. To była ekipa jaka trafia się raz na kilka dziesięcioleci. Stabile pozostawił w składzie trzech, czterech wypróbowanych wcześniej zawodników. Dellacha i Vairo w obronie, na lewym skrzydle Cruz w ostatniej chwili zastąpił zeszłoroczną rewelacje, Antonio Garabala, no i wreszcie legendarnego Omara Sivoriego, który właśnie w Limie objawił pełna skalę swego już nie talentu ale wręcz piłkarskiego geniuszu. Już w samym turnieju oczarowali natomiast nowicjusze: genialny Nestor Rossi, Corbatta, Maschio, Angelillo i Maschio. Nestor Rossi w trakcie meczu z Brazylią toczył zacięte pojedynki z niezwykle zręcznym Didim, który raz udanie założył Rossiemu ,,siatke”. Kiedy po kilkunastu minutach Didi powtórzył ten numer, Nestor donośnie ryknął na osłupiałego Brazylijczyka: ,,Raz to jeszcze mogę zrozumieć ale żeby w jednym meczu Rossiemu zrobić dwa ,,tunele” to już naprawdę za dużo, to skandal!”. Podczas turnieju w Limie Argentyna szła jak burza, dosłownie zmiatając kolejnych przeciwników. Dopiero w ostatnim meczu z gospodarzami, kiedy już wszystko było przesądzone, pofolgowała sobie i grając na ćwierć gwizdka dała Peruwiańczykom satysfakcje honorowego zwycięstwa.



@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360
@Arkon

10

Rekord ,,La Pulgi”:

7 marca 2012 r. Lionel Messi ustanowił rekord Ligi Mistrzów. Podczas meczu rozgrywanego na Camp Nou z Bayerem Leverkusen(wygranym 7:1), Leo strzelił aż 5 goli! Pozostałe 2 gole strzelił Christian Tello. Jednak 2,5 roku później rekord ten wyrównał były zawodnik Szachtara Luiz Adriano, który 5 goli wbił przeciwko Bate Borysów. Wprawdzie nie oglądałem meczu na żywo ale na pamiątke nagrałem go później na płytke z powtórki bodaj na TVP Sport.

Przypomnijmy sobie:



@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

1

@Adran360 Własnie miałem pytać na forum dlaczego w Inter Miami nie gra ostatnio Messi. Już myślałem że będzie się rozstawał z zespołem i będzie przechodzil z powrotem do naszej Barcuni!

13

W końcu przyszła ,,kryska na Matyska”:

7 marca 2006 r. FC Barcelona zremisowała 1:1 na Camp Nou w rewanżowym meczu 1/8 Ligi Mistrzów z Chelsea FC i awansowała do ćwierćfinału. W rewanżu podopieczni Rijkaarda nastawili się na długie utrzymywanie się przy piłce a publika na zapraszanie Mourinho do teatru. Goście z Anglii byli z każdą minutą coraz bardziej bezsilni i wściekli patrząc jak Ronaldinho w samej tylko pierwszej wykonuje 5 celnych zagrań piętą a w 79 minucie dostali gola też po magicznej akcji Brazylijczyka. Wyrównać zaś zdołali dopiero w 90 minucie za sprawą Terry’ego. Barça rozegrała ten mecz jak wybitny torreador walke z bykiem. Niestety Messi zerwał mięsień dwugłowy uda, choć była to dla niego dobroczynna kontuzja, gdyż w trakcie rehabilitacji zmienił fatalną mięsno-słodyczową diete i potem już nie powrócił na szczęście do złych nawyków.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

11

Feliz cumpleaños panie Ronaldzie!

Swoje 26 urodziny obchodzi dzisiaj Ronald Federico Araújo da Silva, dobrze nam znany urugwajski obrońca ,,naszej” FC Barcelony. Kariere rozpoczynał w rodzinnym Huracanie Rivera. Do Barçy B trafił latem 2018 r. z CA Boston River. W pierwszej drużynie Blaugrany zadebiutował towarzyskim meczem z Vissel Kobe 27 lipca 2019 r.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

Boże wszechmogący! Jak tak można prezentować taki futbol na arenie międzynarodowej jak Legia!?

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

6 marca 1942 r. urodził się Marian Kielec, napastnik. Odległość między Kimpulungiem , leżącym dziś w Rumunii a Szczecinem, to blisko półtora tysiąca kilometrów. Najszybsze połączenie samochodowe między tymi miejscowościami zabiera obecnie osiemnaście godzin a cóż dopiero 7 dekad temu. Całe szczęście jednak że tę trasę zdecydowali się przebyć(nie do końca z własnej woli) rodzice Mariana Kielca. Tej decyzji Pogoń może zawdzięczać jednego z najlepszych napastników w swojej historii. On sam zaś zawdzięczał swoim rodzinnym stronom… połowę przydomka. Na wzór Eusebio nazywano go ,,Czarną perłą z Wielgowa”. Autorów tego pseudonimu uprawniał do nazywania go w ten sposób styl gry Kielca, jego skuteczność ale też śniada cera odziedziczona po matce- rodowitej Rumunce. Kielec zanotował jeden z najbardziej spektakularnych początków w historii ligi. W 1959 roku miał ukończone zaledwie 17 lat. W tym czasie na przestrzeni 2 miesięcy zanotował: debiut, pierwszego gola oraz premierowego hattricka w Ekstraklasie! Podczas tego ostatniego wyczynu liczył sobie 17 lat i 93 dni. Do dziś nie znalazł się nikt młodszy, kto potrafiłby powtórzyć to dokonanie. Był to pierwszy hattrick Pogoni w historii występów na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Skuteczność utrzymywał również w kolejnych sezonach. W pierwszej w historii edycji rozgrywanej systemem jesień-wiosna, przypadającej na lata 1961/62, udało mu się nawet zostać królem strzelców z wynikiem 18 goli. To on zaczął korowód zwycięzców klasyfikacji strzeleckiej w barwach Portowców.

Biorąc pod uwagę niezwykle silną konkurencje(Eugeniusza Fabera, Jana Liberde, Erwina Wilczka, Józefa Gałeczke, Eugeniusza Lercha czy wreszcie Ernesta Pohla) był to wynik imponujący. Kielec w swoim królewskim sezonie zdobył aż 18 z 31 goli Portowców(58 %!). Trafił jednak na czas, gdy jego klub wlekł się w drugiej połowie stawki ligowców. W tym okresie tylko dwa razy udało się Portowcom zanotować miejsca w TOP-6. Gdy został królem strzelców jego zespół został sklasyfikowany dopiero na 11 miejscu. Wcześniej tylko Nastula w 1929 roku ze wszystkich królów strzelców grał w tak nisko notowanej drużynie w tabeli. Może z powodu niezbyt dużej siły Pogoni wziął się niezbyt duży udział Kielca w reprezentacyjnych potyczkach lat 60-tych. W 1962 r. został pierwszym piłkarzem Portowców w kadrze Polski. W przerwie meczu z Marokiem zmienił go Wilczek i na tym skończyła się jego przygoda z kadrą. Kariere zakończył w wieku 28 lat, ponieważ… uniósł się honorem. Postanowił bowiem że kiedy pierwszy raz zostanie posadzony na ławce rezerwowych, to zamiast zmieniać klub, zerwie z boiskiem. Gdyby nie to, pewnie zostałby członkiem Klubu 100. Zabrakło mu ledwie 20 goli. Po 8 latach przerwy wrócił na krótko do drużyny. Rozegrał w niej jeden mecz w 1979 roku. Do dziś jest najlepszym strzelcem Pogoni w meczach ligowych. W samej Ekstraklasie zajmuje drugie miejsce wśród piłkarzy Portowców za swoim zięciem Leszkiem Wolskim. Stracił do niego tylko 8 goli. Na stałe mieszka w Kanadzie, regularnie jednak odwiedza Szczecin.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@JaneKOS No to nie wykluczone że właśnie o nim usłyszałem w tymże transmitowanym meczu, gdyż od września 2004 zaczołem oglądać wszystkie transmitowane przez TVP mecze Blaugrany. Tyle że pewnie nie przywiązywałem do tego faktu większej uwagi...

9

Ostatni polski półfinał:

6 marca 1991 r. Legia Warszawa pokonała Sampdorie Genua 1:0 w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Zdecydowanym faworytem pucharowego dwumeczu była Sampdoria. Klub z Genui był wówczas potęgą w futbolu włoskim i nie tylko. W 1990 r. sięgnął po Puchar Zdobywców Pucharów i miał chrapkę na obronę tego trofeum. Mało kto przypuszczał, że zespół z Warszawy może im w tym przeszkodzić. Zwłaszcza, że Sampdoria notowała najlepszy sezon w rozgrywkach ligowych, zwieńczony mistrzostwem Włoch (jak dotąd jedynym w historii klubu). O jej sile stanowili tak znakomici piłkarze jak: Gianluca Vialli, Roberto Mancini, Aleksiej Michajliczenko, Toninho Cerezo, Pietro Vierchowod czy Gianluca Pagliuca. ,,Nie było na nas żadnej presji. Jak trafiasz na lidera Serie A i późniejszego mistrza Włoch, to nawet jak przegrasz, nic się nie dzieje. Właściciel Legii Jerzy Wojtysiak rzucił, że za przejście Sampdorii dostaniemy po 10 tysięcy dolarów na głowę. Pewnie myślał, że nie damy rady. Ale daliśmy i musiał wypłacić. I wypłacił. Po losowaniu rywale byli pewni awansu. Ich drużyna była naszpikowana reprezentantami Włoch.

Trener zespołu z Genui nie wystawił w pierwszym meczu od początku najlepszych graczy. Na murawie pojawili się dopiero wtedy, gdy okazało się, że nie pójdzie im jednak tak łatwo. My nie rozmawialiśmy o tym, czy damy radę. Po prostu mieliśmy dać radę”- opowiadał ówczesny napastnik Legii Jacek Cyzio, wychowanek Górnika Libiąż. W pierwszym meczu ćwierćfinałowym drużyna z Warszawy wygrała przy Łazienkowskiej 1-0, dzięki trafieniu Dariusza Czykiera. ,,Dzień przed tym spotkaniem rewanżowym włoska telewizja podała zestaw półfinalistów. W tym gronie nie było Legii. Byli przekonani, że nas ograją. Podziałało to na nas jeszcze bardziej mobilizująco. W kadrze mieliśmy czternastu zawodników mogących podjąć walkę z europejskimi klubami. Dziś w zespołach jest po 25 piłkarzy, a słyszę, że ci nie mogą grać co trzy dni, bo muszą odpocząć. To jakaś farsa. Ja lepiej się czułem grając co trzy dni, niż co tydzień”- wspominał w rozmowie z „Przełomem" Jacek Cyzio. W pojedynku w Genui padł remis 2-2 i to legioniści awansowali do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Tam musieli uznać wyższość Manchesteru United, prowadzonego przez sir Alexa Fergusona. Anglicy sięgnęli potem po trofeum, pokonując w finale… FC Barcelone 2-1.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360
@Arkon

1

@Mitch_Atleta Jakoś rok czy 2 lata później o nim usłyszałem, przy okazji mistrzostw świata do lat... bodaj 20-tu?

13

Super ciekawostka:

6 marca 2004 r. Lionel Messi zadebiutował w FC Barcelona B. Rezerwy wygrały z Mataro 1:0 a 16-letni Messi pokazał się z bardzo dobrej strony. W ciągu pół roku ,,La Pulga” ustanowił nietypowy rekord, grając w sześciu różnych drużynach Barçy: Juvenil B, Juvenil A, nie istniejącej obecnie Barcelonie C, Barcelonie B i pierwszej drużynie. Ja osobiście w 2004 nie miałem pojęcia o istnieniu Messiego. Polska TV to raczej w owym roku o nim nie wspominała a o internecie to ja co najwyżej mogłem pomarzyć.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

0

@Nightraider No akurat wiem że Wojtek jest w znakomitej dyspozycji. Ale jak wyglądała druga linia i atak?

0

Jak tam nasza Barcunia zaprezentowała się na ,,Estadio da Luz"? Nie mogłem oglądać, gdyż ten cholerny strumyk wogóle mi nie ciągnął(!) i byłem zmuszony oglądać mecz PSG z Liverpoolem. Mieliśmy szczęście czy też byliśmy po prostu zdecydowanie lepsi?

1

@Barcafan2020 Bardzo dziękuje za pochwałe komentarza ale tak szczerze:
Po pierwsze to nie jest mój autorski tekst.
Po drugie wogóle nie interesuje mnie ta śmieszna redakcujna złota piłka, najzwyczajniej w świecie mam ją w dupie!
Dla mnie najważniejszą wartością jest tutaj zamieszczanie historii Barcy i wogóle futbolu. Bez tej historii nie byłoby tutaj nas...

0

@addept Z jakim Matsem w bramce? Przecież pisze wyraźnie że w bramce Szczęsny!

2

@FCBparasiempre
Ruch wygrał ostatecznie 2:1, ale styl pozostawiał wiele do życzenia. Bula cieszył się, że mają już ten mecz za sobą, a kapitan Duńczyków Jim Stuerne spodziewał się, że chorzowianie wygrają w wyższym stosunku. Niebiescy jednak nie potrafili znaleźć sposobu na dobrze zorganizowaną defensywę rywali. Oczekiwałem, że moi chłopcy będą przechodzić kryzys już w meczu przeciwko Legii. Nie ma chyba przecież zespołu, który byłby w stanie rozegrać serię ciężkich spotkań w tak krótkim czasie. Prawdę mówiąc, nie było kiedy trenować, a nawet chyba nie można powiedzieć, że mieliśmy czas na przeprowadzenie prawidłowego procesu odnowy. To wszystko musiało wreszcie dać znać o sobie. I całe szczęście, że mimo tak niesprzyjających warunków udało nam się przejść Hvidovre. Najważniejszy jest przecież ostateczny rezultat i jestem zadowolony, że drużyna wygrała, chociaż uważam, że zaprezentował się bardzo słabo – usprawiedliwiał swoich zawodników Vičan. Kolejnym przeciwnikiem Niebieskich byli ich starzy znajomi znad Bosforu, czyli Fenerbahçe. Prowadzący Turków Brazylijczyk Didi solidnie przygotował swoich podopiecznych. W pierwszym meczu w Chorzowie goście zagrali bardzo solidnie i ku zdziwieniu zarówno piłkarzy, jak i kibiców po pierwszych 45 minutach Ruch przegrywał 0:1. W przerwie Vičan solidnie potrząsnął swoimi zawodnikami i tuż po wznowieniu wyrównał Józef Kopicera. Ruch poszedł za ciosem i nadal atakował. Dwukrotnie w słupek trafił Marx, który w 61. minucie w solowej akcji minął trzech rywali i podał do nadbiegającego Benigiera. Napastnik pięknym strzałem głową podwyższył na 2:1, ale więcej bramek już nie padło. Trener po meczu mówił o pechu jego drużyny. Trzeba przyznać, że miał trochę racji, bo Turcy dwukrotnie wybijali piłkę z linii bramkowej. Trudno było się jednak oprzeć wrażeniu, że chorzowianie trochę zlekceważyli rywali. Grali zbyt statycznie. Liczyli, że Turcy skupią się na obronie, ale goście zagrali bez kompleksów i sprawili Ruchowi sporo problemów. Był to mecz podobny trochę do poprzedniego pucharowego spotkania – z Hvidovre. (…) Wydaje się, że do obu tych spotkań Ruch przystąpił bez należytej koncentracji psychicznej. Żaden z ostatnich przeciwników chorzowian nie ma zbyt dużej marki na piłkarskim rynku. Efekt? Spora nonszalancja Niebieskich, za dużo gry „na luzie”, zbyt wiele pojedynków indywidualnych i dryblingów. Słowem – lekceważenie przeciwnika – wytykał błędy chorzowian Stefan Szczepłek na łamach Piłki Nożnej. Na usprawiedliwienie chorzowskiego zespołu można dodać, że przed meczem aż pięciu podstawowych zawodników narzekało na urazy. Ruch był zespołem co najmniej o klasę lepszym od Fenerbahçe, ale na gorącym terenie w Turcji rewanż wcale nie musiał być formalnością. Do Stambułu Polacy wylecieli czarterem rano dzień przed meczem. Zabrali ze sobą oczywiście parę towarów na handel. Już przed meczem pozbyliśmy się wszystkich kryształów. Było ich tyle, że jeden pokój hotelowy był nimi zapełniony. Przyszedł jakiś facet i powiedział, że kupuje wszystkie. Nieważne było czy kryształ był mały, czy duży, za każdą sztukę płacił po dziesięć dolarów – opowiadał Jan Benigier. Przed wyjazdem na stadion zawodnicy zebrali się w jednym z pokojów i powiedzieli sobie, że muszą zagrać całkiem inaczej niż w Chorzowie. Od pierwszych minut ruszyli do ataku i jak najszybciej chcieli rozstrzygnąć mecz.

50 tys. kibiców zgromadzonych na trybunach robiło taki tumult, że chorzowianie mieli problem, żeby się nawzajem słyszeć. Trybuny były blisko murawy i tureccy fani dali się we znaki polskiemu bramkarzowi, w którego rzucali mandarynkami. Benigier wspomniał, że Czaja zdołał uzbierać kilka kilogramów tych owoców. Ataki Ruchu przyniosły skutek już po nieco ponad kwadransie gry. Podobnie jak w Chorzowie pierwszą bramkę dla drużyny zdobył Kopicera, którego świetnym podaniem obsłużył Bula. Na trzy minuty przed końcem pierwszej połowy na 2:0 podwyższył Benigier i Niebiescy skupili się na utrzymaniu korzystnego wyniku. Zespół zagrał bardzo mądrze pod względem taktycznym i wszystko funkcjonowało tak, jak powinno. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie i Ruch jako trzeci polski klub po Górniku i Legii zameldował się w ósemce najlepszych drużyn na kontynencie. Zarówno w polskiej, jak i w tureckiej prasie podkreślano dojrzałość i klasę chorzowskiego zespołu. Kiedy nazajutrz po meczu piłkarze udali się na miejski bazar, żeby zrobić małe zakupy przed powrotem do kraju, ich klasę docenili również miejscowi kibice. Tureccy handlarze przyjęli nas owacyjnie. Jak bohaterów narodowych. Mimo że ich zespół przez nas odpadł z rozgrywek Pucharu Europy. Witano nas, gratulowano, zapraszano do siebie… Kupiliśmy, co mieliśmy w planach kupić. Poszliśmy do hotelu i po obiedzie samolot, który mieliśmy tylko dla siebie, odwiózł nas do Katowic. Wszyscy byli zadowoleni, a my czekaliśmy na następnego rywala – wspominał Benigier. Po rundzie jesiennej piłkarze tradycyjnie odpoczywali w Lądku-Zdroju, gdzie zażywali kąpieli borowinowych. Zabiegi miały pomóc w szybszej regeneracji organizmów przed wznowieniem rozgrywek na wiosnę. Vičan wiedział jednak, że oprócz odnowy biologicznej bardzo ważny jest rytm meczowy. Dlatego też w styczniu zabrał swoich piłkarzy na tournée po Ameryce Południowej. 26 stycznia przez Warszawę i Frankfurt udali się do Quito, a oprócz Ekwadoru mieli jeszcze odwiedzić Argentynę i Brazylię. Wyniki podczas wyprawy schodziły na drugi plan. Najważniejsze były możliwość gry na trawie i osiągnięcie odpowiedniej formy. Niestety w spotkaniu z mistrzem Argentyny Newell’s Old Boys kontuzji doznał Joachim Marx. Po silnym strzale z 25 metrów poczuł ból w prawym udzie i naciągnął mięsień. Trzy dni przed wylotem za ocean rozlosowano ćwierćfinałowe pary Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Ruch nie trafił najlepiej, bo jego rywalem miało być francuskie Saint-Étienne, które zaliczało się wówczas do ścisłej europejskiej czołówki. Francuzi nie zamierzali jednak lekceważyć polskiego zespołu. Ze względu na pobyt Ruchu w Ameryce Południowej trener ani kierownictwo francuskiej ekipy nie mogło podglądać polskiego zespołu osobiście. Przed spotkaniem chorzowian z SC Internacional wysłali oni jednak swoich przedstawicieli, żeby ci nagrali mecz. Kiedy Vičan się o tym dowiedział, postanowił zmienić przedmeczowe założenia. Nakazał swoim zawodnikom grać wolno, słabo i mało efektywnie. Ruch przegrał 2:3, a Francuzi mieli prawdziwy mętlik w głowie. Również Polacy chcieli się dowiedzieć jak najwięcej o swoich rywalach. W roli tajnego wysłannika sprawdził się grający w Lens były piłkarz chorzowian Eugeniusz Faber. Podglądał grę Saint-Étienne i zdawał relacje sztabowi Ruchu, a jego tajne depesze były kolportowane w katowickim Sporcie. Mecz z Francuzami rozpoczął się 5 marca o godzinie 17:00. Komplet 40 tys. zgromadzonych na stadionie kibiców nie mógł się już doczekać pierwszego poważnego pojedynku swoich podopiecznych po zimowej przerwie. ,,To, co zdarzyło się w meczu, przeszło najśmielsze oczekiwania wszystkich fanów futbolu. Niebiescy zagrali na rzadko spotykanej adrenalinie, stłamsili rywali, tak samo, jak robili to w meczach ligowych. Wszystko w jak najlepszym szwajcarskim zegarku, który zatrzymał swój czas na 64. minucie meczu. Wcześniej, po świetnym podaniu Chojnackiego, do pustej bramki strzelił Maszczyk. Ruch ciągle atakował. Benigier strzałem z 16 metrów podwyższył na 2:0, a w 46. minucie po faulu na Benigierze bramkę z karnego strzelił Bula” – opisywał tamto spotkanie Grzegorz Joszko w „Niebieskich majstrach”. Niestety tak korzystnego wyniku nie udało się utrzymać do końca. W 64. minucie Ruch stracił dość przypadkową bramkę po uderzeniu Jeana-Michela Larqué. Dzięki temu trafieniu rywale złapali oddech i przeszli do ofensywy. Ich ataki przyniosły skutek na kilka minut przed końcem, kiedy to wynik na 3:2 ustalił Yves Triantafilos.

W szatni o mało co byśmy się popłakali. Ryszard Trzcionka ówczesny minister i prezes przyszedł do szatni i nas pocieszał. Przecież wygraliście, mówił, ale my doskonale wiedzieliśmy, że takiego meczu, jak rozegraliśmy przed chwilą, nie można było wygrać tylko 3:2. Powinno być 4:0 albo 5:0. I wtedy można jechać do Francji i awansować do półfinału – opowiadał o pomeczowych nastrojach Jan Benigier. Trudno się dziwić zawodnikiem, że byli tak przygnębieni. Zagrali znakomite spotkanie i losy dwumeczu mogli rozstrzygnąć już w Chorzowie. Doskonale zdawano sobie sprawę, że w rewanżu to Francuzi będą faworytem. W prasie pisano o straconej szansie, ale pojawiły się też łagodniejsze komentarze. Antoni Piontek na łamach Piłki Nożnej zauważał, że jedna bramka przewagi to co prawda niewiele, ale goście nie pokazali niczego szczególnego i w drugim meczu Ruch wcale nie jest bez szans. Dziennikarz zwracał też uwagę, że chorzowski zespół od początku narzucił niesamowite tempo i jak najszybciej chciał przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Po godzinie gry jednak zawodnicy coraz bardziej zaczęli opadać z sił. Za jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy Piontek uznał dość wyczerpujące południowoamerykańskie tournée. Duże odległości i sporo meczów w dość krótkim czasie, na dodatek w różnych warunkach klimatycznych, zostawiły swój ślad. W podobnym tonie na łamach Przeglądu Sportowego wypowiadał się po latach Piotr Drzewiecki, który przy stanie 3:1 nie wykorzystał sytuacji sam na sam. ,,Tydzień przed pierwszym meczem wróciliśmy z długiego tournée po Ameryce Południowej. Vičan nie bacząc na długą rozłąkę z rodzinami – powinien wtedy zarządzić zgrupowanie. Nie zrobił tego. Trenowaliśmy co prawda codziennie, ale wracaliśmy do domów po zajęciach. Różnie się to kończyło. Kawalerowie mieli swoje ścieżki, żonaci – własne obowiązki… Efekt był taki, że choć po godzinie gry rzeczywiście było 3:0 dla nas, w końcówce opadliśmy z sił. Choć swoje okazje – nawet po pierwszej bramce Francuzów – jeszcze mieliśmy. Ja, Jasiu Benigier… Dostałem piłkę w „szesnastce”, za słabo uderzyłem. A można było wygrać 4:1” – wspominał Drzewiecki. W rozgrywanym dwa tygodnie później rewanżu Francuzi nie zagrali wcale lepiej niż w Chorzowie. Na własnym, wypełnionym do ostatniego miejsca stadionie zaprezentowali futbol szybki, sprytny i chytry, ale zupełnie pozbawiony myśli taktycznej i elastyczności w grze. Mimo to już w 2. minucie potrafili wyjść na prowadzenie. Po rzucie wolnym, który wykonywał Larque, piłkę głową z pola karnego wybił Ostafiński. Futbolówka jednak trafiła pod nogi Gérarda Janviona, który przez nikogo nieatakowany miał czas, żeby odpowiednio przymierzyć i precyzyjnym strzałem w prawy róg bramki pokonał zaskoczonego Czaję. Nie był to wymarzony początek, a wiele do życzenia pozostawiała gra całego bloku defensywnego na czele z Ostafińskim. Beznadziejna gra obrony i rażąca różnica w szybkości na korzyść gospodarzy, przyczyniły się także do tego, że w teamie chorzowian prawie nie istniała linia pomocy. Maszczyk grał głęboko cofnięty. W efekcie nie miał kto organizować kontrataków a obronie i tak niewiele to pomogło, jako że można wypełnić jedną lukę, ale nie kilka i to jednocześnie. Jeśli dodać, że Kopicera musiał bezustannie dublować Drzewieckiego, a Bon i Bula daleko odbiegali od swego normalnego standardu, wówczas zobaczymy, jak wielka pustka istniała w środku pola – relacjonował w Piłce Nożnej Antoni Piontek. Gościom nie pomagało też ciężkie i błotniste boisko, ale przecież warunki oba zespoły miały takie same. W obronie na pochwały zasłużył tylko Wyrobek, a w ataku robił, co mógł Marx.

Jednak jego indywidualne próby były raczej skazane na niepowodzenie. Na domiar złego odnowił mu się uraz uda i w 64. minucie musiał opuścić boisko. Zastąpił go Benigier, który jednak też w pełni nie mógł rozwinąć skrzydeł. Jak się okazało po meczu, wcześniej zachorował na żółtaczkę i przy wzmożonym wysiłki fizycznym choroba dała w końcu o sobie znać. Po starciu z Francuzami pauzował przez pół roku, zanim w pełni powrócił do zdrowia. Czas płynął, a chorzowianie nie potrafili znaleźć recepty na Francuzów. Benigier wspominał, że mieli przeciwko sobie także sędziego, który ponoć robił wszystko, żeby nie dopuścić ich do pola karnego rywali. ,,Zatrzymywali nasze akcje w zarodku. Mieliśmy problemy z przejściem połowy boiska. I to nie dlatego, że byliśmy nieudolni. Byliśmy faulowani. Zatrzymywani przez Francuzów, a sędzia swoimi decyzjami uniemożliwiał nam stworzenie czegokolwiek sensownego” – mówił napastnik. Jednak od 70. minuty Ruch coraz odważniej dochodził do głosu i wydawać się mogło, że remis jest na wyciągnięcie ręki. Nadzieje jednak ostatecznie zostały rozwiane w 81. minucie. Po tym, jak dwóch chorzowskich obrońców wzięło w kleszcze Triantafilosa, węgierski sędzia Sándor Petri wskazał na jedenasty metr. Hervé Revelli ustawił piłkę i chwilę później Czaja wyciągał futbolówkę z siatki. Wynik 2:0 utrzymał się do końca i to Francuzi cieszyli się z awansu. Patrząc na to, jak różnie zaprezentował się Ruch u siebie i na wyjeździe, trudno nie zgodzić się z redaktorem Piontkiem, który meczową relację zatytułował ,,To nie ten Ruch”. ,,Nie wykorzystaliśmy wielkiej szansy. Drużyna Saint-Étienne była w środę do pokonania. O końcowym rezultacie i awansie Saint-Étienne zadecydowała gorsza postawa Ruchu w meczu rewanżowym, jak i rezultat pierwszego meczu w Chorzowie”– oceniał po meczu trener Vičan. Porażka w ćwierćfinale Pucharu Mistrzów nie wpłynęła jednak na ligową formę chorzowian. Zdarzyło im się co prawda kilka porażek, ale ich przewaga nad resztą stawki była tak duża (w maju wynosiła dziesięć punktów nad mielecką Stalą), że drugi z rzędu mistrzowski tytuł ani przez moment nie był zagrożony. Kolejny sezon daleki był jednak od oczekiwań. Jesienią nie sprostali w kolejnej pucharowej kampanii PSV Eindhoven (1:3 u siebie i 0:4 na wyjeździe), a z Pucharem Polski pożegnali się już przy pierwszej przeszkodzie (0:1 z Odrą Opole). Ligę mimo liderowania po rundzie jesiennej ostatecznie zakończyli na rozczarowującym czwartym miejscu. Vičan z klubem pożegnał się jeszcze maju i to w dość niejasnych okolicznościach. Od tego czasu nie było w klubie trenera z taką wizją, a dwa ćwierćfinały europejskich pucharów do dzisiaj wspomina się w Chorzowie z rozrzewnieniem. Nie byłoby ich, gdyby nie praca Słowaka. ,,Michal Vičan bez cienia wątpliwości był najlepszym trenerem w całej historii Ruchu Chorzów. To był prawdziwy król. Jedyny i niepowtarzalny” – czytamy w „Niebieskich majstrach”.

3

@FCBparasiempre
Początek grudnia był dość mroźny, więc oprócz dobrego wejścia w mecz i narzucenia swojego stylu, kluczowym elementem był też właściwy dobór obuwia. Na oblodzonym boisku trudno grać w zwykłych butach. Polscy piłkarze, którzy zwykle z zazdrością patrzyli na sprzęt, jakim dysponowali rywale, tym razem okazali się sprytniejsi. Przed meczem zgłosili się do klubowego szewca i poprosili o przygotowanie butów ze skórzanymi wkrętami. Te wkręty skórzane charakteryzowały się tym, że po kilku minutach biegania w takiej zmarzlinie skóra się ściera z kołków, a gwoździe nabijane zostają. Można było wtedy uzyskać doskonałą przyczepność. Jedynym problemem byli sędziowie. Wychodziliśmy na boisko w butach na kołkach metalowych. Sędziowie sprawdzili. Było ok. Dopuścili nas do gry. Ruch zgodnie ze swoim zwyczajem wybiegał na koło i dopiero potem się ustawiał, pozdrawiając kibiców. Po pozdrowieniu kibiców była króciutka rozgrzewka, no i my w tym czasie pozmienialiśmy buty. Przez pierwsze minuty Honvéd był dla nas partnerem do gry, ale za chwilę myśmy grali, a oni się ślizgali – opowiadał w swojej biografii Jan Benigier. Honvéd przyjechał do Chorzowa głównie po to, by bronić dwubramkowej zaliczki. Jednak nie od dzisiaj wiadomo, że 2:0 to bardzo niebezpieczny wynik. Wyjście na boisko z defensywnym nastawieniem nie sprawdziło się w przypadku Węgrów najlepiej. Równorzędnym rywalem dla chorzowian byli tylko przez pierwsze pół godziny gry. Trzeba jednak odnotować, że po strzale głową Mihálya Kozmy piłka trafiła w poprzeczkę. Pierwszy szyki obronne Madziarów złamał Józef Bon w 34. minucie silnym uderzeniem z 18 metrów. Do końca pierwszej odsłony wynik nie uległ zmianie i do szatni Ruch schodził przy jednobramkowym prowadzeniu. Przerwę zawodnicy spędzili głównie na szykowaniu obuwia. Trzeba było od nowa kombinować, przekręcać kołki a przecież za dużo butów nie mieliśmy, kołków też nie za wiele. Niektórzy mieli pół metalowe, pół skórzane – mówił Benigier. W drugiej połowie worek z bramkami pierwszy rozwiązał rozgrywający znakomity mecz Józef Kopicera. Później trafiali jeszcze Marx i Bula, a w 72. pięknym uderzeniem bezpośrednio z rzutu rożnego wynik na 5:0 ustalił Kopicera. W rozmowie z Dariuszem Leśnikowskim dla Przeglądu Sportowego zawodnik wspominał, że przy drugim jego dośrodkowaniu z rzutu rożnego bramkę zapisano Joachimowi Marxowi, ale ten później zarzekał się, że piłki wcale wówczas nie dotknął. Ruch zdeklasował Honvéd i utarł nosa szkoleniowcowi rywali. Oni byli pewni, że przejdą. Na mecz w Chorzowie przylecieli sobie czarterem, a następnie zażądali szampana i kawioru. Zemściliśmy się i zamiast tamtych rzeczy, dostali tylko wodę i sandwiche – wspominał Marx. Benigier z kolei podkreślał, że dzięki odpowiedniemu obuwiu mieli zupełnie inny komfort psychiczny. Wtedy wiesz, że się zatrzymasz, obrócisz, wykonasz to, co zamierzasz. Największy komplement powiedział nam trener Vičan, który stwierdził, że wierzył w nasze zwycięstwo, ale że awansujemy, to już nie bardzo. Tymczasem udowodniliśmy mu, że mamy charakter – opowiadał napastnik. Swoją grą chorzowianie wzbudzili uznanie nie tylko wśród 10 tys. zgromadzonych na trybunach kibiców. Ich klasę doceniano również na łamach prasy. Kibice zgotowali piłkarzom długotrwałą owację, dziękując im w ten sposób za wspaniały pokaz nowoczesnego futbolu, poparty wyjątkową skutecznością. Jeśli wziąć pod uwagę współczynnik trudności, stworzony przez anormalne warunki gry, to widzowie byli świadkami wspaniałego widowiska piłkarskiego – pisano w Sporcie. Wyeliminowanie Węgrów oznaczało, że po raz pierwszy w historii polski klub znalazł się w gronie ośmiu najlepszych drużyn Pucharu UEFA. Jak dotąd najdalej w tych rozgrywkach dotarła warszawska Legia – 1/8 finału w sezonie 1968/69. Po przeprowadzonym 17 stycznia losowaniu okazało się, że rywalem chorzowian w walce o ćwierćfinał będzie Feyenoord.

Holendrzy w drugiej rundzie odprawili warszawską Gwardię, więc spotkanie z polskim futbolem nie było dla nich niczym nowym. Inna sprawa, że Ruch prezentował dużo wyższy poziom niż zespół z Warszawy. Po świąteczno-noworocznym odpoczynku piłkarze wznowili treningi już 3 stycznia. Z dnia na dzień Vičan aplikował swoim zawodnikom coraz większe obciążenia. Był zdania, że zespół niczego tak naprawdę jeszcze nie wygrał i po latach nikt nie pamięta drugich czy trzecich miejsc. Nie chciał niczego zostawiać przypadkowi i dbał o najmniejsze szczegóły z odnową biologiczną i załatwianiem spraw pozasportowych włącznie. Jeszcze przed losowaniem trener podkreślał, że dużo będzie zależało od przebiegu przygotowań. W rozgrywkach pucharowych nawet z teoretycznie słabszym przeciwnikiem trzeba grać dobrze. Będę bardziej zadowolony, jeśli nasze przygotowania przebiegać będą bez zakłóceń i kontuzji. Wówczas będzie można myśleć o awansie do półfinału – mówił słowacki szkoleniowiec. W ramach przygotowań do wznowienia sezonu planował wybrać się z drużyną na zgrupowanie do Jugosławii, ale wyjazd ten ostatecznie nie doszedł do skutku. Zamiast nad Adriatyk Ruch udał się do RFN, gdzie rozegrał sparingi z Fortuną Düsseldorf i Stuttgarter Kickers. W kraju chorzowianie rozegrali mecz kontrolne z Piastem Gliwice i AKS Niwka. Pierwszy raz na boiska w oficjalnym meczu wrócili 27 lutego w wygranym łatwo 5:0 spotkaniu z Uranią Ruda Śląska w Pucharze Polski. Mecz z Feyenoordem zaplanowano na godzinę 17:00 w środę 6 marca. Rozgrywki ligowe miały ruszyć w weekend, więc starcie z Holendrami było pierwszym poważnym testem dla chorzowian. I to od razu takim, w którym miejsca na błędy było bardzo mało. Do meczu piłkarze w spokoju przygotowywali się w Kamieniu. Vičan nie mógł jednak skorzystać ze wszystkich zawodników. Józef Bon był zawieszony, a Joachim Marx ciągle odczuwał skutki urazu, którego doznał w meczu z Uranią i jego występ nie był pewny. Ostatecznie jednak napastnik zdążył się wykurować i wybiegł na boisko w pierwszej jedenastce. 30 tys. kibiców było świadkami znakomitego początku w wykonaniu Ruchu. Przed pierwsze pół godziny mieli ogromną przewagę. Na bramkę Holendrów sunął atak za atakiem, ale między słupami świetnie spisywał się Eddy Treytel. Chorzowscy napastnicy trzykrotnie dochodzili do sytuacji sam na sam, ale nie byli w stanie ich wykorzystać. Nie wykorzystano żadnej, gdyż zawodnikom w rażący sposób dokuczał brak obycia meczowego. Po zimowej przerwie nie mają opanowanych odruchów, które na polu karnym przeciwnika decydują o powodzeniu akcji, brakuje tak potrzebnej precyzji w strzałach. Zagraniczne tournée nie zniwelowało mankamentów – oceniał po meczu Antoni Piontek na łamach Piłki Nożnej. Holendrzy przede wszystkim skupiali się na zamurowaniu dostępu do własnej bramki i rozbijaniu ataków Polaków. Świetnie się ustawiali i grali z żelazną konsekwencją. Ruch nie był w stanie narzucić im swojego stylu gry i z ciężko wypracowanej przewagi niewiele tak naprawdę wynikało. Bez przesady można użyć sformułowania, że jest to „antyfutbol” i to w najbardziej wysublimowanej formie – pisał o grze Feyenoordu Piontek w Piłce Nożnej. Cierpliwa gra gości została nagrodzona w 77. minucie spotkania. Wtedy to świeżo wprowadzony na boisko Lex Schoenmaker płaskim strzałem z bliskiej odległości pokonał Piotra Czaję. ,,Ruch stanął przed ciężką próbą, ale szczęśliwie udało się wyrównać tuż przed końcowym gwizdkiem. Strzelcem gola był najlepszy tego dnia w drużynie Niebieskich Zygmunt Maszczyk. Na chorzowian podziałało to jak zimny prysznic, ale przecież w tym momencie nie zrezygnowali jeszcze z walki. Przypuścili desperacki szturm uwieńczony powodzeniem w 90. minucie gry. Bula sprytnie wyegzekwował rzut wolny. Marx przedłużył podanie do Maszczyka, który z kilku metrów dopełnił formalności. Na zwycięską bramkę zabrakło już czasu” – pisano o reakcji na straconego gola w prasie.

Po meczu sporo zarzutów płynęło w stronę sędziego Kennetha Burnsa z Anglii, który miał faworyzować zespół gości. Niektórym nie podobały się jego pomeczowe wypowiedzi. Obie drużyny walczyły fair, zresztą rzadko dochodziło do twardych, bezpośrednich starć. Zespół Feyenoordu sprawiał wrażenie znacznie bardziej dojrzałego i sądzę, że Polacy byli bezsilni, nie mogli dokonać niczego więcej – mówił po końcowym gwizdku angielski arbiter. Vičan, który rzadko wypowiadał się na temat pracy sędziów, tym razem zarzucał Burnsowi, że przekroczył chyba zasady obiektywizmu i zasugerował, że mógł być zafascynowany sławą Feyenoordu. Przyczyn remisu doszukiwał się jednak w tym, że Ruch dopiero wracał do gry po przerwie zimowej, a rywale ciągle byli w rytmie meczowym. W konfrontacji z tak silnym przeciwnikiem należało się spodziewać, że wyjdą na wierzch wszystkie mankamenty zespołu, które nierzadko dawały o sobie znać, nawet w okresie szczytowej formy Niebieskich. A cóż dopiero w sytuacji, kiedy my dopiero sposobimy się do trudów sezonu, a Holendrzy, toczący bez przerwy ligowe potyczki, są niemal u szczytu formy, obyciem meczowym wyraźnie przewyższają naszych piłkarzy – oceniał słowacki trener. Przed rewanżem w dużo lepszej sytuacji byli piłkarze Feyenoordu. Ruch przed wyjazdem do Rotterdamu rozegrał dwa spotkania – jedno w lidze z Polonią Bytom (0:0) i w pucharze z Garbarnią Kraków (3:0). 17 marca miał być jeszcze rozegrany mecz z Zagłębiem Sosnowiec, ale zdecydowano się go przełożyć i wszystko podporządkować rewanżowemu starciu z Holendrami. Przygotowania jednak nie przebiegały bez zakłóceń. W meczu z Garbarnią urazów doznali Bula i Wasilewski (choć obaj zdołali wyleczyć się do meczu). Fatalną informacją była też kontuzja Benigiera, który nie mógł lecieć z drużyną do Rotterdamu. Jego miejsce w składzie zajął Stefan Herisz. Po krótkim zgrupowaniu zespół wyczarterowanym samolotem udał się do Holandii. Na De Kuip początkowo role nieco się odwróciły. Zmuszeni do ataku pozycyjnego gospodarze nie potrafili przebić się formacje obronne chorzowian. Piłkarze Ruchu zagrali niezwykle dojrzale i z dużym spokojem. Tym razem to ich cierpliwość została wynagrodzona i to całkiem szybko. Już w 19. minucie Joachim Marx otrzymał podanie z drugiej linii, przebiegł kilkanaście metrów i uderzył na bramkę Treytela. Piłka odbiła się po drodze od Joopa van Daele i myląc bramkarza, wpadła do siatki. Do przerwy mimo usilnych starań Holendrów wynik nie uległ już zmianie. Sytuacja zmieniła się dziesięć minut po wznowieniu gry. Wtedy to w polu karnym wślizgiem interweniował Marian Ostafiński. Prowadzący spotkanie Franz Wöhrer z Austrii uznał, że Theo de Jong był faulowany i wskazał na jedenasty metr. Lex Schoenmaker zamienił karnego na gola i wszystko zaczęło się od początku. Po meczu nie brakowało opinii, że arbiter pospieszył się z decyzją o podyktowaniu jedenastki. Trener Holendrów Wiel Coerver przyznał, że karny był problematyczny, a występujący wówczas w holenderskim SC Telstar były gracz Szombierek Jerzy Wilim wprost twierdził, że sędzia skrzywdził chorzowian. Dla mnie rzut karny był prezentem sędziego, ale jestem przekonany, że prędzej czy później podyktowałby on jedenastkę. Arbiter brał wyraźnie stronę Feyenoordu – mówił na łamach prasy Polak. Stracony gol podciął skrzydła Polakom, ale dzielenie stawiali opór Holendrom. W zespole Feyenoordu występowali m.in. Wim Rijsbergen, Wim Jansen, Willem van Hanegem i Theo de Jong, którzy kilka miesięcy później zagrają w finale mistrzostw świata. Żaden z nich jednak nie znalazł sposobu na chorzowską obronę i żeby wyłonić zwycięzcę, potrzebna była dogrywka. Biednych zawsze biją. Najgorzej arbiter nie sędziował, aż doszło do dogrywki. Chodziło o to, że padał deszcz i przed rozpoczęciem doliczonego czasu gry myśmy zostali na boisku, a piłkarze holenderscy zeszli do szatni i wrócili za jakieś 20 minut przebrani w suche stroje. I ruszyli na nas, jakby każdy z nich połknął pół butli tlenu – wspominał po latach Piotr Czaja. Nadzieje Polaków na wygraną prysnęły już w pierwszych minutach dogrywki. Po celnym uderzaniu głową de Jonga zrobiło się 2:1 dla gospodarzy. To wyraźnie odebrało wiarę bardzo zmęczonym zawodnikom Ruchu. Widząc zrezygnowanie w szeregach chorzowian, Holendrzy zaatakowali raz jeszcze i w 94. minucie Schoenmaker trafił na 3:1 i ustalił wynik meczu.

Mimo porażki Ruch schodził z boiska przy oklaskach holenderskiej publiczności, która doceniła postawę Polaków. Pochwały płynęły też ze strony holenderskich mediów. Gazeta De Telegraf meczową relację zatytułowała Piekło niepewności. Feyenoord przeszedł piekło niepewności. Wiedzieliśmy, że Ruch może okazać się bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem, ale dojrzałość, jaką zademonstrował, zaskoczyła 47-tysięczną widownię – pisano. Holenderska drużyna po wyeliminowaniu w półfinale VfB Stuttgart zameldowała się w finale. Tam okazali się lepsi od Tottenhamu i do zdobytego w 1970 r. Pucharu Mistrzów dołożyli drugie europejskie trofeum. Lex Schoenmaker, który Ruchowi wbił trzy gole, okazał się najskuteczniejszym strzelcem rozgrywek. Nie wszyscy byli przekonani, że Holendrzy w spotkaniu z Niebieckim do końca grali fair. Jestem święcie przekonany, że przed tą dogrywką Holendrzy czegoś się naćpali. Naprawdę! Widział pan kiedyś, żeby po 90 minutach drużyna zeszła do szatni i siedziała tam 10 minut? A myśmy tyle czekali w Rotterdamie na rywali! Nie wiem co oni wtedy w tej szatni dostali, ale w dogrywce ruszyli na nas jak huragan. Najlepsze zaś jest to, że żaden z naszych działaczy nie próbował interweniować, gdy Feyenoord zniknął w tej szatni. Choć przecież – zgodnie z przepisami – jest to niedozwolone. Takich niestety Ruch miał w owym czasie działaczy – wspominał Marian Ostafiński na łamach Sportu. Porażka z Feyenoordem nie przeszkodziła Ruchowi w zrealizowaniu celów na krajowym podwórku. Jeszcze przed wyjazdem reprezentacji na mistrzostwa i zawieszaniem ligi zapewnili sobie mistrzostwo, remisując 15 maja bezbramkowo z Zagłębiem Sosnowiec. Do ostatnich trzech kolejek rozgrywanych na przełomie lipca i sierpnia mogli więc podejść na luzie. Swój krajowy prymat potwierdzili również w Pucharze Polski. 11 sierpnia pokonali dzięki dwóm bramkom Marksa warszawską Gwardię i jako trzeci klub w historii Ruch sięgnął po krajowy dublet. W pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów rywalem Ruchu był duński zespół Hvidovre IF. Wszyscy łącznie z dziennikarzami i kibicami spodziewali się łatwej przeprawy i jeszcze przed pierwszym gwizdkiem widzieli Ruch w kolejnym etapie rozgrywek. Mistrz Dani zajmował ostatnie miejsce w tabeli, ale w pierwszym meczu w Kopenhadze postawili bardzo twarde warunki. W lidze Ruch znowu grał bardzo dobrze. Przed wyjazdem do Danii rozbił Lecha 5:0 i jedną niewiadomą było to, ile bramek chorzowscy napastnicy wbiją Duńczykom. Nie wbili żadnej. Vičan nie mógł być zadowolony ani z wyniku, ani z gry. Zarzucał swoim podopiecznym zbytnią pewność siebie i brak koncentracji. W pierwszej połowie gra toczyła się w bardzo wolnym tempie. Duńczycy po utracie piłki cofali się całą drużyną na własne pole karne. Tworzyli jakby żywy mur w odległości 16 metrów od bramki. Można powiedzieć, że grali systemem 1+10. Nam nic nie wychodziło. Gra się zupełnie nie kleiła. Po przerwie przyspieszyliśmy. Było kilka okazji do zdobycia gola. Niestety, strzały były nieprecyzyjne, a dwukrotnie duńskiego bramkarza wyręczył słupek i poprzeczka. Nie był to nasz najlepszy występ. Ale w rewanżu – moim zdaniem – nie powinno być kłopotów z wywalczeniem awansu. Zawodnicy Hvidovre to przeciętni piłkarze, nieposiadający w swych szeregach większej indywidualności. Nie można im jedynie odmówić ambicji i poświęcenia w grze – tłumaczył po powrocie do kraju Zygmunt Maszczyk na łamach Piłki Nożnej. Wbrew oczekiwaniom rewanż nie był jednak formalnością. W lidze Ruch miał za sobą serię meczów z trudnymi rywalami i w spotkaniu z Duńczykami widać było, że brakuje im świeżości. Na pierwszą bramkę kibice musieli poczekać do 34. minuty. Wtedy to Bronisław Bula zdenerwowany nieporadnością swoich kolegów postanowił sam spróbować szczęścia w indywidualnej akcji i uderzeniem z 20 metrów dał Niebieskim prowadzenie. Wydawało się, że zdobyta bramka pozwoli uspokoić nieco grę i kontrować przebieg spotkania. Jednak Duńczycy, którzy dotąd skupiali się na defensywie, zaczęli coraz groźniej kontratakować. Po zmianie stron w 55. minucie wykorzystali moment dekoncentracji chorzowian i po strzale Birgera Pedersena doprowadzili do wyrównania. Na szczęście jednak Ruch miał w swoich szeregach Bulę, który jako jedyny stanął w tym meczu na wysokości zadania. Był wszędzie. Rozgrywał, podawał i wprowadzał sporo zamieszania w szeregach rywali. W kapitalnym stylu wprowadził piłkę na pole karne Hvidovre, zamarkował podanie w prawą stronę i wykorzystując dezorientację obrony przeciwnika, w charakterystyczny dla siebie sposób plasowanym starzałem zdobył drugą bramką – pisał w meczowej relacji Stefan Riedel.

9

@FCBparasiempre
Lata 70-te to piękny czas dla polskiego futbolu. Reprezentacja grała jak równy z równym z najlepszymi ekipami na świecie. Zdobyliśmy złote medale na igrzyskach w Monachium i srebrne na mistrzostwach świata w RFN. Potrafiliśmy zdeklasować w Chorzowie Holendrów, a polscy piłkarze wzbudzali respekt i zyskali sobie szacunek w całym piłkarskim świecie. Nieco w cieniu sukcesów drużyny Kazimierza Górskiego kolejne złote rozdziały do swojej bogatej historii dopisywał chorzowski Ruch. To właśnie zespół z Chorzowa był tym, który w 1968 r. przerwał wspaniałą serię Górnika Zabrze i zakończył pięcioletni okres dominacji lokalnego rywala w lidze. Później do głosu doszła też warszawska Legia ale Ruch wcale nie odstawał. W 1970 r. klub obchodził 50-tą rocznicę powstania. Jubileusz ten uświetniło zdobycie przez drużynę Tadeusz Forysia tytułów wicemistrzowskich. Jednak kiedy w następnym sezonie stało się jasne, że mistrzostwa nie uda się zdobyć, to trener ustąpił ze stanowiska jeszcze przed końcem rozgrywek. Działacze postanowili powierzyć zespół fachowcowi z zagranicy. Nie bez wpływu na tę decyzję były sukcesy, jakie Legia odnosiła pod wodzą Jaroslava Vejvody, a Górnik pod batutą Gézy Kalocsaya. Włodarze oddali drużynę w ręce Słowaka Michala Vičana. Nie był to jednak pierwszy lepszy Słowak, lecz wielkiej klasy fachowiec. Miał za sobą występy w reprezentacji Czechosłowacji i był jednym z najbardziej znanych graczy Slovana Bratysława. To właśnie jako trener Slovana zdobył uznanie w Europie. W 1969 r. jego zespół jako pierwszy zza żelaznej kurtyny triumfował w europejskich rozgrywkach. 21 maja w finale Pucharu Zdobywców Pucharów na St. Jakob-Stadion w Bazylei pokonali 3:2 Barcelonę. Słowak zaprowadził w klubie nowe porządki. Dzięki swoim znajomościom załatwił piłkarzom sprzęt najlepszej jakości od Pumy. Nie było też problemów ze znalezieniem klasowych sparingpartnerów. Od samego początku stawiał na bardzo ciężkie treningi i chciał wypracować u swoich podopiecznych automatyzmy, żeby nic ich nie mogło zaskoczyć na boisku. Mieliśmy tylko biegać. Sto metrów, dwieście metrów, trzysta metrów. Ciężko było, a Vičan tylko popędzał: „szybciej, szybciej”. Potem wracaliśmy do ośrodka, wykąpaliśmy się i zjedliśmy śniadanie. Zaraz potem trener zrobił odprawę i wyjaśnił, jaka jest jego idea pracy – wspominał początki obozu treningowego w Trzyńcu Antoni Piechniczek. Przez dwa tygodnie fundował swoim zawodnikom poranne biegowe treningi interwałowe, a popołudniami intensywne zajęcie z piłkami. Niektórzy, zwłaszcza starsi zawodnicy mieli problemy, żeby wytrzymać takie obciążenia. Szybko jednak okazało się, że jego metody są skuteczne i zdobył u swoich piłkarzy bardzo duży autorytet. Może trochę się go nawet bali, ale jednocześnie szanowali, a sam trener też zyskiwał przy bliższym poznaniu. Dla niego nie istniało coś takiego jak życie rodzinne, tylko futbol. Był strasznie wymagającym, ale jednocześnie uczuciowym człowiekiem. Jak byliśmy na wyjeździe, to chodził po wszystkich pokojach i z każdym rozmawiał, ale był też bardzo wymagający. Jego treningi, które wprowadził były na ten czas rewelacyjne – wspominał Joachim Marx. Pierwszy sezon chorzowian w lidze pod wodzą Słowaka nie był imponujący. Ruch rozgrywki zakończył na czwartym miejscu, co stanowiło mały krok naprzód w porównaniu z poprzednią kampanią. W samym zespole nie doszło do żadnych rewolucyjnych zmian. Trener oceniał przydatność zawodników, których miał do dyspozycji w walce o odzyskanie tytułu. Niektórzy starsi piłkarze, tacy jak Antoni Nieroba czy Antoni Piechniczek przymierzali się powoli do zakończenia kariery i spróbowania swoich sił w roli szkoleniowców. Czwarta pozycja to było jednak za mało dla ambitnego Słowaka, więc w klubie musiało pojawić się kilku nowych graczy. Wiosną 1972 r. w zespole zadebiutowali przychodzący z Piasta Gliwice Józef Kopicera i Józef Bon, którego sprowadzono z Hutnika Kraków.

Po zakończeniu sezonu w Chorzowie zameldowali się kolejni nowi zawodnicy. Konrad Bajgier z bytomskiej Polonii zajął miejsce Jana Rudnowa na prawej obronie, a kończącego karierę Antoniego Nierobę miał zastąpić Marian Ostafiński, który zdecydował się opuścić Stal Rzeszów po tym, jak ta spadła do II ligi. Kolejnym wzmocnieniem był Jan Benigier, który przyszedł z bydgoskiej Zawiszy, a także Janusz Żmijewski. Ten ostatni jednak nie zrobił w Chorzowie wielkiej kariery. Zbliżał się już do końca kariery, a przy swoim trybie życia i zamiłowaniu do zabawy u trenera Vičana zwyczajnie nie był w stanie na dobre zaistnieć. Jesienią Ruch stanął przed szansą zaprezentowania się w europejskich pucharach. Po wylosowaniu w pierwszej rundzie tureckiego Fenerbahçe nastroje w klubie były optymistyczne i wszyscy spodziewali się łatwej przeprawy. Turecki futbol ciągle był jeszcze wówczas na peryferiach wielkiej, europejskiej piłki. Po łatwej wygranej 3:0 w Chorzowie przyszedł czas na rewanż w Stambule, gdzie Turcy chcieli pokazać się z jak najlepszej strony przed swoimi fanatycznymi kibicami. Polaków jednak bardziej chyba wtedy interesowała możliwość zarobienia na sprzedaży zabranych z kraju kryształów i przegrali 0:1. W drugiej rundzie trafili na Dynamo Drezno. Porażka 0:1 na własnym boisku znacząco ograniczyła szanse na awans. Zespół z NRD miał w swoich szeregach kilku reprezentantów i postawił chorzowianom bardzo twarde warunki. W Dreźnie Dynamo pewnie wygrało 3:0 i Ruch mógł skupić się na lidze. Pierwszy raz w moim życiu spotkałem się z obrońcą, który mnie tak pilnował, że miał pianę w ustach. I to nie jest przenośnia. Teraz po latach myślę, że coś brali. To nie było normalne – wspominał mecz z Niemcami Jan Benigier. Falstart w europejskich pucharach był cenną lekcją, której owoce Ruch miał zebrać w kolejnym sezonie. Po odpadnięciu z Pucharu UEFA bardzo dobrze prezentowali się w lidze. Rundę jesienną zakończyli na drugim miejscu w tabeli i tylko stosunkiem bramek ustępowali lokalnemu rywalowi z Zabrza. Zimą drużyna wyjechała na tournée do Ameryki Południowej, ale wiosną w lidze prezentowała się nieco słabiej. Przez moment wypadli nawet poza czołową piątkę. Pojawiły się zarzuty, że treningi Vičana są dla zawodników zbyt obciążające.

Ruch zawsze grał słabiej wiosną niż jesienią. Przyczyną nie są ani ciężkie ćwiczenia, ani wyjazd do Ameryki. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Ci sami piłkarze za rok będą zbierali wyłącznie pochwały – odpowiadał na krytykę słowacki szkoleniowiec. Czas miał pokazać, że Vičan okaże się dobrym prorokiem. Sezon 1972/73 Ruch Chorzów zakończył na drugim miejscu. O sile drużyny, która miała jesienią bardzo dobrze zaprezentować się w Europie, stanowiła trójka złotych medalistów olimpijskich z Monachium, czyli Marian Ostafiński, Zygmunt Maszczyk i Joachim Marx. Oprócz nich jednak w zespole nie brakowało innych utalentowanych piłkarzy. Partnerem twardo i dobrze grającego głową Mariana Ostafińskiego na środku defensywy był Jerzy Wyrobek, który mimo skromnych warunków fizycznych znakomicie potrafił się ustawiać i imponował orientacją na boisku. Na bokach obrony grali wspomniany już wyżej Konrad Bajgier, który miał za sobą występy z Polonią Bytom w amerykańskiej Interlidze i dobrze spisywał się również w ofensywie oraz szybki i zwrotny Piotr Drzewiecki, który całą swoją karierę spędził w Ruchu, ale któremu kontuzje uniemożliwiły pełne wykorzystanie talentu. Między słupkami niepodważalną pozycję miał ocierający się o występy w reprezentacji Piotr Czaja. W drugiej linii obok znakomitego, zawsze dającego z siebie sto procent Zygmunta Maszczyka, występował często Józef Bon. Obaj świetnie się uzupełniali. Bon oprócz szybkości budził podziw nieustępliwością i zaangażowaniem. Za kreowanie akcji odpowiedzialny był Bronisław Bula. Ten filigranowy, obdarzony cudowną techniką i zmysłem do gry kombinacyjnej piłkarz był jednym z filarów zespołu. Świetnie spisywał się w roli reżysera gry, a trener Górski przy wyborze rozgrywającego miał nie lada orzech do zgryzienia, ale ostatecznie jednak wybrał Deynę. Przez brak sukcesów z reprezentacją Bula jest dzisiaj trochę niedoceniany poza Chorzowem, choć przez lata udowadniał, że piłkarzem jest naprawdę wybitnym. Kolejnym ważnym ogniwem zespołu był Józef Kopicera. Z powodzeniem występował zarówno w ataku, jak i w drugiej linii. Miał fenomenalnie ułożoną lewą nogę, a jego dośrodkowania z rzutów różnych zawsze były bardzo groźne. Kilka razy udało mu się nawet zdobyć bramki bezpośrednio z kornerów. W ataku błyszczał bardzo szybki i obdarzony świetnym instynktem strzeleckim Joachim Marx. Najczęściej partnerował mu równie szybki Jan Benigier, a pierwszym zmiennikiem obu napastników był utalentowany Stefan Herisz. Nowy sezon podopieczni trenera Vičana zaczęli bardzo dobrze. W pierwszych pięciu kolejkach ligowych strzelili rywalom aż 16 bramek. Cztery razy wygrali i raz zremisowali. Ich rywalem w pierwszej rundzie Pucharu UEFA był niemiecki zespół Wuppertaler SV. W szeregach rywali próżno było szukać wielkich nazwisk, ale czwarte miejsce na finiszu Bundesligi w poprzednim sezonie musiało budzić respekt. Z szacunkiem do rywali podchodzili także piłkarze. Trudno było wówczas o jakieś wartościowe informacje o przeciwniku, więc nie wiadomo było, czego można się spodziewać po Niemcach. Zwłaszcza że niemiecka piłka była wówczas w ścisłej europejskiej czołówce. Polski futbol jednak wcale nie był gorszy. W Chorzowie Ruch zagrał bez kompleksów i pewnie wygrał 4:1. Wynik już w 8. minucie otworzył Bula, a tuż po przerwie Marx podwyższył na 2:0. Na niespełna 20 minut przed końcem kontaktowego gola zdobył z rzutu karnego Jürgen Kohle, ale już chwilę później trzecią bramkę dla Ruchu zdobył świeżo wprowadzony na boisko Herisz. Wynik w 79. minucie ustalił Maszczyk. ,,Komplet widzów (40 tysięcy) na stadionie Ruchu obserwował gładkie zwycięstwo lidera polskiej ekstraklasy nad zachodnioniemiecką drużyną. W drużynie gospodarzy grali jak z nut Marx, Bula, Wyrobek i Ostafiński” – pisano w prasie po spotkaniu.

Również trener Vičan, zazwyczaj powściągliwy w pochwałach, chwalił występ Marksa i Buli. Rewanż wydawał się formalnością. Trzybramkowa zaliczka sprawiła, że chorzowianie udali się do RFN w dobrych nastrojach, ale jednocześnie nie zamierzali lekceważyć rywali. Zrobiono nam wycieczkę przed meczem. Powozili nas i zaproponowali, tylko nie wiem, kto to był z ich strony, abyśmy im dali wygrać. Przekonując nas, że mamy premię za przejście do następnej rundy, a nie za wygranie tego konkretnego meczu. Oni natomiast wiedzieli, że na stadion przyjdzie masa ludzi i ich wygrana z polskim zespołem robi im niesamowicie dobrą robotę, jeśli chodzi o tzw. wizerunek – wspominał Benigier. Piłkarze jednak nie mieli zamiaru godzić się na żadne układy. Od początku więc ruszyli do ataku i starali się kontrolować mecz. W 8. minucie na listę strzelców wpisał się Benigier i wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Jednak w 32. minucie niemiecki zespół zdołał wyrównać i rozpoczęło się strzelanie na całego. Do przerwy padły jeszcze trzy bramki i do szatni Ruch schodził, prowadząc 3:2. Krótko po przerwie zrobiło się 3:3, a gdyby Czaja nie obronił karnego w 58. minucie, mogłoby zrobić się nerwowo. Kiedy Bula strzelił na 4:3, stało się już raczej jasne, że to Ruch przejdzie dalej. Niemcy jednak grali do końca i zdołali wbić jeszcze dwie bramki. Ostatecznie wygrali 5:4, a kibice z pewnością na długo zapamiętali to widowisko. Najszczęśliwsi byli kibice. Zobaczyli dziewięć wspaniałych bramek. Mimo że odpadli, cieszyli się niesamowicie. Wiedzieliśmy, że zrobiliśmy dobry krok w kierunku budowy bardzo mocnego Ruchu Chorzów – opowiadał Benigier. W drugiej rundzie los sprawił, że rywalem chorzowskiego zespołu znowu będą Niemcy. Tym razem trafili na trzykrotnych mistrzów Oberligi NRD drużynę Carl-Zeiss Jena, która w poprzednim sezonie ukończyła rozgrywki na drugiej pozycji. W składzie miała kilku reprezentantów kraju, a w Chorzowie wszyscy dobrze pamiętali porażkę z drezdeńskim Dynamem sprzed roku. Dodatkowo pod znakiem zapytania stał występ Maszczyka i Marksa. Obaj mieli początkowo jechać z reprezentacją do Londynu, gdzie ważyły się losy eliminacji do mistrzostw świata, ale w ligowym spotkaniu z warszawską Gwardią doznali urazów, przez które musieli pauzować kilkanaście dni. W ubiegłym tygodniu obu chorych piłkarzy wizytował lekarz PZPN. Maszczykowi dwukrotnie już ściągano wodę z kolana, mimo to wysięk stale się powtarza. Marx nadal chodzi w bucie gipsowym i dopiero w najbliższych dniach ma zapaść decyzja, kiedy będzie mógł wznowić zajęcia – pisał na łamach Piłki Nożnej Janusz Jeleń. Ostatecznie jednak obaj piłkarze zdołali się wyleczyć i 24 października w pierwszym składzie wybiegli na boisko. Mimo przewagi własnego boiska Ruch dał się zepchnąć do defensywy. Pierwsze pół godziny gry przebiegało pod dyktando gości i to oni byli bliżej strzelenia bramki. Świetnie jednak spisywali się Ostafiński i Wyrobek, który w pewnym momencie uratował zespół, wybijając piłkę z pustej bramki. Dobre zawody rozgrywał też Czaja, który popisał się kilkoma klasowymi interwencjami. Przełamanie nadeszło w końcu w 38. minucie, kiedy Benigier dał Ruchowi prowadzenie. Gospodarze w sposób nietuzinkowy wyegzekwowali rzut wolny. Marx zagrał sprytnie do tyłu. Bula oddał mocny strzał i wypuszczoną przez bramkarza piłkę posłał Benigier nieuchronnie do siatki – pisano o pierwszej bramce. Po zmianie stron chorzowianie poszli za ciosem i już nie pozwolili rywalom na zbyt wiele. W 64. minucie po strzale Kopicery było już 2:0, a wynik na dziesięć minut przed końcem ustalił Bula. Na stadionie zgromadziło się 30 tys. kibiców, którzy z uznaniem oklaskiwali grę swoich ulubieńców. Ruch pewnym zwycięstwem potwierdził swoje wysokie aspiracje, ale żeby przypieczętować awans, trzeba jeszcze było osiągnąć korzystny wynik w rewanżu. W Jenie tym razem obyło się bez strzeleckiego festiwalu. Jedynym, na co stać było gospodarzy była bramka strzelona przez Bernda Branscha. Ruch co prawda przegrał 0:1, ale najważniejszy był awans do najlepszej szesnastki.

Już po dziesięciu minutach wiedziałem, że nie odrobimy strat z Chorzowa. Wasi piłkarze zniechęcili moich zawodników do gry, ponadto kadrowicze, a to Bransch, Kurbjuweit, Weise, Ducke, Vogel i Stein odczuwali jeszcze skutki sobotniego meczu w Tiranie i nie zagrali na swoim normalnym poziomie – tłumaczył po meczu trener Hans-Joachim Meyer na łamach Trybuny Robotniczej. W kolejnej rundzie Ruch trafił na Honvéd Budapeszt. Węgierski futbol w ciągu ostatnich lat dość sporo stracił na znaczeniu w Europie. Jednak fakt, że reprezentacja zdołała się zakwalifikować do finałów Euro ’72, sprawiał, że nie wolno było Węgrów lekceważyć. Ruch był jesienią w znakomitej formie. Pewnie liderował ligowej stawce i zanotował tylko jedną porażkę (1:3 z Szombierkami). Do Budapesztu zespół jechał w dobrych nastrojach dzięki ligowej serii trzech zwycięstw z rzędu. Na miejscu jednak polscy napastnicy razili nieskutecznością, dzięki czemu Węgrzy po dwóch trafienia László Pusztaia pewnie wygrali 2:0. Jan Benigier dodatkowo po latach narzekał na bardzo mocne żółte światło, które bardzo przeszkadzało jemu i jego kolegom. Chorzowianie jednak zaprezentowali się z na tyle dobrej strony, że belgijski sędzia Vital Loraux prognozował, że jeśli w rewanżu zagrają beż nerwów, to powinni wygrać dość spokojnie. Spokoju próżno było szukać po meczu w wypowiedziach trenera Vičana. Niestety bez ataku nie da się dziś grać nowoczesnego futbolu. Nie wykorzystaliśmy 4-5 pewnych pozycji. Nie wyróżniam w swoim zespole nikogo. W polu graliśmy nieźle, ale niestety nieskutecznie – oceniał szkoleniowiec. Lepszej gry po wicemistrzach Polski spodziewali się też Węgrzy. Prasa zauważała, że chorzowianie oddali sporo strzałów, ale w większości niecelnych. Rozczarowany postawą Ruchu był trener József Mészáros. Myślałem, że Ruch zaprezentuje się lepiej. Takie też było nastawienie moich zawodników, którzy przed spotkaniem z Polakami czuli duży respekt. Potem okazało się, że przy bardziej skutecznej grze mogliśmy wygrać 3:0 lub jeszcze wyżej. Choć wiem, że Ruch nie zagrał dziś najlepiej, to jednak sądzę, że po rewanżowym spotkaniu w Chorzowie, właśnie my awansujemy do finałowej ósemki – mówił węgierski szkoleniowiec. Rewanż miał się odbyć 12 grudnia. Cztery dni wcześniej Ruch bezbramkowo zremisował na wyjeździe z Legią i z przewagą trzech punktów nad Stalą Mielec został mistrzem jesieni. Nastroje przed spotkaniem z Honvédem były raczej stonowane. Wierzono, że chorzowski zespół stać na odrobienie strat, ale jednocześnie zauważano, że nie będzie to takie łatwe. Przede wszystkim narzucić swój sposób gry. Zmusić Węgrów do przyjęcia gry szybkiej, połączonej z częstymi zmianami pozycji. A więc atak non stop. Obrona Honvédu nie robi wrażenia trwałego monolitu. Następnie niezbędne jest wyłączenie z gry Kocsisa. I trzecie, bardzo istotne: zwiększyć skuteczność strzałową. Powrót Joachima Marksa jest w tym względzie dużym wzmocnieniem. Reasumując – zadanie trudne, lecz realne – radził na łamach Piłki Nożnej Mieczysław Szymkowiak. Trzy dni przed meczem Vičan zebrał swoich zawodników w znanym ośrodku w Kamieniu koło Rybnika. Tam w spokoju chciał przygotować ich do decydującego pojedynku z Węgrami.

15

Futbol jakiego nie znaliście:

Komunistyczne władze NRD stworzyły swego rodzaju taśmę produkującą sportowców. W procesie tym nie liczyły się zasady czy przyzwoitość. Ważne było tu i teraz. Sukcesy tylko umacniały przekonanie, że postępowanie to jest właściwe. Co jednak, gdy sportowcy łamali narzucane reguły? Wówczas mogło dojść do tragedii… i doszło. Posłuchajcie historii piłkarza, który opuszczając granice Niemieckiej Republiki Demokratycznej, wydał na siebie wyrok. Był nim Lutz Eigendorf. 5 marca 1983 roku. Lutz, wówczas gracz Eintrachtu Brunszwik, wracał do domu po meczu. W pewnym momencie naprzeciwko jego Alfy Romeo pojawiła się ciężarówka. Pędziła prosto na niego. Jej kierowca dodatkowo go oślepił światłami. Eigendorf chcąc uniknąć czołowego zderzenia zjechał z drogi. Niestety samochód uderzył w drzewo. Dwa dni później sportowiec zmarł w szpitalu. Ktoś mógłby pomyśleć – wypadek jakich wiele. Nie do końca. Eigendorf nie był zwykłym piłkarzem. Kilka lat wcześniej grał w Dynamie Berlin i uchodził za jednego z najbardziej utalentowanych zawodników swojego pokolenia. W 1979 roku wyjechał ze swoją drużyną na spotkanie z 1. FC Kaiserslautern. Nie wiadomo czy już wcześniej to planował, czy działał pod wpływem chwilowego impulsu, ale po wspomnianym meczu odłączył się od ekipy mistrza NRD, wsiadł do taksówki i wrócił do Kaiserslautern. Chciał zostać i grać dla „Die roten Teufel”. Działacze tego klubu przystali na jego propozycję, ale UEFA w związku z ucieczką z ojczystego kraju, nałożyła na niego karę rocznej dyskwalifikacji. Czy po upływie dwunastu miesięcy mógł zacząć normalną grę i życie? Nie. Dynamo Berlin było klubem milicyjnym. Chlubą Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej i jej szefa – Ericha Mielke. Gdy wspomniany jegomość dowiedział się, co zrobił Eigendorf (do tamtej chwili jeden z jego ulubionych graczy) wpadł w szał. W ciągu kilku dni, kilku agentów „Stasi” zostało wysłanych do RFN. Tam śledzili każdy krok „zdrajcy”. Aż do 1983 roku.

Śmierć Lutza nie była przypadkowa. Podejrzenia, że agenci tajnych służb maczali w niej palce okazały się trafne. W 1990 roku otwarto akta Służby Bezpieczeństwa NRD. Spora część dokumentów dotyczących Eigendorfa została co prawda zniszczona ale te które się zachowały dobitnie wskazywały na udział „Stasi” w śmierci futbolisty. Po wielu, wielu latach jeden z byłych agentów otwarcie przyznał, że dostał rozkaz zlikwidowania Lutza. Po jego odmowie poczyniono więc kroki, by w inny sposób zabić „zdrajcę ojczyzny”.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@AssisMoreira
@Adran360

11

Duma Katalonii w historycznym finale:

5 marca 1958 r. na Stamford Bridge w Londynie, FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz finałowy z reprezentacją Londynu w ramach Pucharu Miast Targowych. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2. Gole dla Blaugrany strzelili: Justo Tejada oraz Eulogio Martinez. To był pierwszy w historii finał Barçy europejskich rozgrywek pod egidą UEFA. Do rewanżu doszło 1 maja, o czym nie omieszkam wspomnieć.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

0

@FcPortoFan1999 Jak również Rząsy, Kłosa a przede wszystkim triumfatora Ligi Mistrzów Jerzego Dudka! Najwidoczniej chciał się popisać, to się popisał!

9

(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:

4 marca 1953 r. urodził się Paweł Janas, obrońca, zdobywca 3 miejsca na MŚ 1982. ,,Główkowałem w kierunku naszej bramki, licząc że Józek Młynarczyk w razie czego złapie. Nie zauważyłem że zrobił pare kroków do przodu. Piłka go przelobowała i wpadła. Tak swój żywot dla reprezentacji zakończył Stadion Dziesięciolecia. Mogę chyba mówić, że dzięki mnie”- gorzko żartuje Janas. To był mecz z Finlandią 17 kwietnia 1983 r., który miał odpowiednio nakręcić Polaków w walce o awans do finałów mistrzostw Europy. Najgorsze że po samobóju Janasa Polacy stracili moc, siłę, szybkość, entuzjazm; dosłownie wszystko! Jedyny polski medalista mistrzostw Świata, który później awansował na mundial z Biało-Czerwonymi też w roli selekcjonera, gole strzelał bardzo rzadko a dla narodowej drużyny tylko raz, w towarzyskim meczu z Libią(5:0) w sierpniu 1979. W tamtych czasach środkowi obrońcy nie zapuszczali się z taką odwagą pod bramke rywali. Janas w polskiej lidze uzbierał łącznie 2 gole, oba jeszcze w czasach gry w Widzewie. Głowa zawiodła go tylko w tym niefortunnym meczu z Finlandią. Bardzo możliwe(choć wtedy nikt tego tak nie oceniał) że feralnym swojakiem zamknął nie tylko stadion ale również sobie dostęp do kadry. Następnie było jeszcze spotkanie z ZSRR, towarzyskie 45 minut ze Szwajcarią i na tym koniec. Janas grał wówczas we Francji, lecz wcale mu to nie pomagało w zatarciu złego wrażenia. Wręcz przeciwnie, gdyby występował w naszej ekstraklasie, wszyscy na co dzień widzieliby że jest w wysokiej formie. Nad Sekwaną go cenili ale tylko tam.

Gdy więc Antoni Piechniczek montował ekipe na mundial w Meksyku, najpierw w eliminacjach a potem w ostatnich miesiącach przed turniejem, akurat tego medalisty z poprzednich mistrzostw nie brał pod uwagę. ,,Mógłbym się z tym łatwo pogodzić, w końcu byłem już po trzydziestce, tyle że ja wciąż trzymałem poziom na miare kadry. Mój problem polegał na tym, że ani selekcjoner, ani nikt z jego sztabu nie pofatygował się do Francji by zobaczyć, co sobą prezentuje, pogadać na mój temat z trenerem Guy Roux”- tłumaczył się Janas. Był przecież filarem defensywy Auxerre, które liczyło się w Ligue 1. W sezonie 1983/84 było trzecie, w następnym czwarte i w tym bezpośrednio przed mundialem- siódme. W Polsce jednak na nikim nie robiło to wrażenia. ,, Kilka lat temu Piechniczek wysłał mi pocztą swoją biografie. Otworzyłem a tam odręcznie napisana dedykacja z przeprosinami że mnie wtedy nie powołał do Meksyku. Nie ma co przepraszać, czasu nie cofniemy”- macha ręką Janas. Po latach sam na mistrzostwa Świata w Niemczech nie powołał filarów reprezentacji a mianowicie Jerzego Dudka i Tomasza Frankowskiego. Upiera się że to co innego, bo wtedy byli w kiepskiej formie. Sprawdzał ich w meczach towarzyskich i mieli szanse się wykazać… ,,Ja takiej szansy nie dostałem, choć byłem uznawany za jednego z czołowych obrońców w lidze francuskiej! Można to zweryfikować nawet dzisiaj”- argumentuje Janas.

Nie było go też w ekipie na Igrzyska Olimpijskie w Montrealu. ,,Wytypowano mnie do grupki zawodników, która ma być w pogotowiu, gdyby ktoś wypadł z kadry. Polecieliśmy nawet do Korei Północnej z młodzieżówką U-23 żeby w sparingach utrzymać rytm meczowy. I na tej wycieczce się skończyło bo z drużyny Kazimierza Górskiego jednak jakoś nikt nie chciał wypaść”- wspomina Janas. Z kolei w Legii został dłużej niż wymagał tego czas zasadniczej służby wojskowej. ,,Po 2 latach byłem gotów wrócić do Widzewa, jednak prezes Sobolewski sam mnie prosił, bym tego nie robił. Gdybym wrócił Legia wyrównałaby sobie tę strate powołując innego młodego widzewiaka”- zaznacza. W Legii przygotowywał się do turnieju życia. Przeszedł szlak bojowy z drużyną Piechniczka zaakcentowany dwoma bezcennymi zwycięstwami nad NRD(1:0 w Chorzowie, 3:2 w Lipsku) w kwalifikacjach. Występ na Mundialu w Hiszpanii dał mi sportowe spełnienie, które obejmuje całą karierę. Medal mistrzostw Świata, i to w sytuacji, w której zagrałem we wszystkich meczach, sprawia że już zawsze będę mówił o tym z największa satysfakcją”- zapewnia Janas. Po powrocie do Polski jeszcze półtora sezonu spędził w Legii. ,,Dałem się namówić Jurkowi Engelowi, który wtedy prowadził drużynę”- przypomina. Ostatni mecz zagrał jednak u Andrzeja Strejlała. W finale Pucharu Polski z Lechem Poznań boisko opuścił już w 5 minucie z powodu kontuzji. Zastąpił go młody Marek Jóźwiak, który w kolejnych sezonach miał być nowym filarem defensywy Legii. Natomiast Janas został wtedy przy Łazienkowskiej jako uczący się trener, który już 7 lat później poprowadził drużynę do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360

0

@Recha_0684 Wniosek z tego że na TVP naszą Barcunie zobaczymy dopiero w finale, oczywiście jeśli do niego dojdzie...

10

Wybitne legendy rodzimego futbolu:

4 marca 1943 r. w Radzyminie urodził się Janusz Żmijewski, znakomity napastnik, który swoim dryblingiem czarował na boisku. Przygodę z piłką zaczynał w OKS Otwock. Kiedy miał 17 lat zwrócił na siebie uwagę działaczy Legii. Macierzysty klub dostał wówczas za niego komplet piłkarskich strojów i kilkanaście par butów. Żmijewski trafił do zespołu juniorów, gdzie sumiennie trenował pod okiem Wacława Kuchara. Wkrótce dostał powołanie na centralne zgrupowanie kadry juniorów i razem z kadrą juniorów pojechał na turniej UEFA do Portugalii, gdzie Polska zajęła drugie miejsce. Po powrocie do kraju trener Górski włączył go do pierwszej drużyny. 23 kwietnia 1961 r. zadebiutował na ligowych boiskach w spotkaniu z Zawiszą Bydgoszcz (2:2). W drugiej części sezonu coraz częściej pojawiał się na boisku, a 3 września w meczu z Lechem strzelił swoje dwie pierwsze bramki. Szybko stał się ważnym elementem zespołu i coraz bardziej imponował skutecznością. Kwestią czasu było powołanie do reprezentacji. Pierwszy raz w biało-czerwonych barwach Żmijewski zagrał 1 listopada 1965 r. w przegranym 1:6 meczu z Włochami. Debiutu więc pewnie nie wspomniał zbyt miło. Dwa lata później dostał drugą szansę. W eliminacjach mistrzostw Europy dał prawdziwy popis swoich umiejętności w meczu z Belgią na stadionie Heysel. Jako pierwszy Polak w historii ustrzelił wówczas hat-tricka, a obecni na meczu uczestnicy kursu trenerskiego z Afryki nagrywali mecz, a potem pokazywali go w swoich krajach, stawiając Żmijewskiego jako wzór skrzydłowego.

Kiedy w 1968 r. do Polski przyjechali wirtuozi z Brazylii i w meczu na Stadionie Dziesięciolecia wygrali z nami 6:3, to właśnie Żmijewski strzelił chyba najładniejszą bramkę w tamtym spotkaniu. Wszedł w pole karne z piłką przy nodze i mijając trzech obrońców, pokonał brazylijskiego bramkarza. W 1970 r. przed wylotem na rewanżowy mecz półfinału Pucharu Europy z Feyenoordem podczas kontroli na Okęciu znaleziono przy Władysławie Grotyńskim i przy Żmijewskim dolary. O zdarzeniu poinformowano generała Zygmunta Huszczę, który poręczył za zawodników i ostatecznie mogli wylecieć z kraju. Po powrocie Żmijewskiego zdyskwalifikowano i oddano pod kuratelę koła Związku Młodzieży Socjalistycznej przy klubie. Przewodniczącym koła był Andrzej Badeński, który był przyjacielem Żmijewskiego. Resocjalizacja polegała na zwiedzaniu stołecznych knajp i graniu w pokera. W czasie jednej z nocnych gier piłkarz wygrał nawet od znanej aktorki volkswagena garbusa. Kiedy Legia zwróciła się z zapytaniem, czy Żmijewski zrozumiał swój błąd i czy można mu zaufać, Badeński za niego poręczył i piłkarz mógł zagrać w meczu ze Standardem Liège. Kiedy pojawił się na boisku, wzbudził wielki aplauz publiczności, a w 20. minucie strzelił bramkę, podwyższając na 2:0 i Legia nie dała już sobie wydrzeć zwycięstwa, awansując do ćwierćfinału.

Z warszawskim klubem był związany przez 11 sezonów. Rozegrał dla Wojskowych 236 meczów w lidze i strzelił 60 goli. Dwukrotnie zdobył mistrzostwo (1969 i 1970) i dwukrotnie Puchar Polski (1964 i 1966). W 1972 r. opuścił Warszawę i przeniósł się do Ruchu. Potem zaliczył jeszcze dwa sezony w Avii Świdnik i również dwa w barwach warszawskiej Polonii. Oprócz tego występował jeszcze w Pogoni Siedlce i Elektroniku Piaseczno, aż w końcu w 1978 r. wyjechał do Kanady. Tam aż do połowy lat 90-tych występował w klubach polonijnych. Z reprezentacją pożegnał się 9 listopada 1969 r. w wygranym 3:0 meczu z Bułgarią w Warszawie. W Reprezentacji rozegrał 15 meczów, strzelając 7 goli.

@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

0

@Recha_0684 Mecz Bayernu z Bayerem też pokazują na Canal Plus ekstra. Poza tym mam wrażenie że Canal Plus każdy mecz Barcy pokazuje na swojej antenie, tak jakby na złość publicznej tv...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?