11

Czy wiemy że:

15 marca 1892 r. narodził się jeden z najpopularniejszych klubów na świecie. Liverpool Football Club mógłby się nigdy nie narodzić, gdyby nie jedna postać. W roku 1892 powstał spór o najem, w efekcie czego Everton opuścił Anfield, a prezes klubu John Houlding został wspólnie z garstką fanów i tylko trzema zawodnikami z pierwszego zespołu. Jednak był zdecydowany tworzyć historię piłki nożnej w mieście. Utworzył więc od podstaw nowy klub, wybrał nazwę Liverpool... i stworzył legendę. Nawet on sam nie mógł przewidzieć jak udany będzie jego plan. Po ponad 120 latach, ,,The Reds” jest jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie, 19-krotni Mistrzowie Kraju, 8-krotni zwycięzcy FA Cup, 9-krotni zwycięzcy Pucharu Ligi, 6-krotni zdobywcy Pucharu Europy i 3-krotni zdobywcy Pucharu UEFA.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

1

@FcPortoFan1999 No dokładnie! Ten obecny format Ligi Mistrzów i nieliczące się podwójnie gole na wyjeździe, to jest dla mnie krótko mówiąc pojebane!

7

Blaugrana w Lidze Mistrzów:

15 marca 1995 r. FC Barcelona przegrała w Paryżu z tamtejszym PSG 2:1 w ćwierćfinale rewanżowego starcia w Lidze Mistrzów i odpadła z rozgrywek. Gole dla PSG zdobyli Rai i Guerin; honorowe trafienie dla Barçy zaliczył Bakero. W pierwszym meczu na Camp Nou padł wynik 1:1. Jak widzimy już wówczas PSG mocno zalazło nam za skóre. Niejako ciekawostką jest fakt iż bramki Barçy strzegł wówczas Carles Busquets(ojciec Sergio).



@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Cruijff i spółka wyeliminowali Aston Ville:

15 marca 1978 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Aston Ville 2:1 w rewanżowym meczu ćwierćfinału Pucharu UEFA. Jako że w pierwszym meczu na Villa Park padł remis 2:2, do półfinału awansowała Duma Katalonii. Gole strzelili: Migueli oraz Asensi.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

1

@Safrani No nie!? Ja sam ją dopiero wczoraj odkryłem na internecie. Fajna to nawet za mało powiedziane. Wprost niesamowita!

11

Ufo nad stadionem we Florencji:

Zabieram was do roku 1954, a konkretnie 27 października, kiedy to Niezidentyfikowany Obiekt Latający przerwał mecz piłki nożnej. Pamiętacie słynną historię, jakoby słuchowisko radiowe ‚Wojna Światów’ H.G. Wellsa, miało wywołać ogólnonarodową panikę wśród obywateli USA, którzy uwierzyli, że spiker podaje w radiu prawdziwy komunikat o inwazji istot pozaziemskich? W rzeczywistości wydarzenia z 30 października 1938 roku sprowadzały się do kilku pojedynczych przypadków łatwowiernych słuchaczy z New Jersey, którzy uwierzyli w desant sił kosmicznych i dopiero w późniejszych latach ta anegdota urosła do rangi legendy i przybrały niebotyczne rozmiary, upiększana przez kolejnych bajarzy. Szesnaście lat później 10 tysięcy osób zebranych na arenie Stadio Artemio Franchi, nie musiało włączać odbiorników radiowych. UFO ukazało się im oczom w pełnej krasie. Fiorentina rozgrywała akurat spotkanie z Pistoiese i kontrolowała mecz, gromiąc rywala 6-2. Piłkarze zapewne myśleli już, czy na kolację zjeść pizze, czy lasagne i lampką, jakiego wina zapić wieczorną strawę, kiedy to ich uwagę przykuło coś, czego absolutnie nikt się nie spodziewał. Umówmy się. Włosi to naród, który uwielbia ubarwiać przeróżne historyjki i skłonni bylibyśmy zbyć opowieść o statku kosmicznym machnięciem ręki, ale jeśli 10000 osób, plus piłkarze, sztab szkoleniowy i chłopcy od podawania piłek twierdzą, że widzieli coś na niebie i nie był to ptak, ani samolot, ani nawet superman… to wiedz, że coś się działo. Nie był to nawet talerz, wyrzucony przez okno przez temperamentną, włoską ragazzę, która chwilę wcześniej dowiedziała się o zdradzie swojego niewiernego chłopaka i ciskała w niego wszystkim, co miała pod ręką. Świadkowie twierdzili, że Niezidentyfikowany Obiekt Latający przypominał kształtem jajko i zawisł na niebie na kilkanaście minut. Mecz oczywiście został przerwany, tłum najpierw wydał z siebie nieartykułowany krzyk, a następnie wgapiał się w dziwaczne zjawisko.



Zresztą UFO zauważyli również inni mieszkańcy Florencji, którzy tego dnia znajdowali się poza stadionem. Carabinieri oraz prasa odebrała tego popołudnia wiele zgłoszeń opowiadających o dziwach, mających miejsce wysoko nad ziemią. Co ciekawe, wizycie latającego dysku, towarzyszył opad mazi przypominającej lepką bawełnę, która pokryła wiele miejsc toskańskiego miasta. Tajemniczy, jajowaty obiekt, mieniący się srebrnym światłem widziano jeszcze przez kilka dni nad różnymi miejscowościami regionu.

„Pamiętam wszystko od A do Z. Gdy rozgrywaliśmy mecz, nagle wszystko się zatrzymało, ponieważ wszyscy zaczęli intensywnie spoglądać w niebo. Gdy tam spojrzałem, ujrzałem coś dziwnego, przypominającego kształtem jajko, było świecące, owalne i poruszało się bardzo, bardzo wolno. Byliśmy zdumieni, ponieważ nigdy wcześniej nie widzieliśmy czegoś podobnego. Odkąd tylko to ujrzeliśmy, byliśmy absolutnie zszokowani.”- Wspominał po latach Arcadio Magnini, który przywdziewał wówczas fioletowe barwy. Chociaż substancja, która spadła na Florencję topiła się w promieniach słońca, to jeden z miejscowych dziennikarzy zdołał zachować jej próbkę, chowając nabraną na patyczek maź do pudełka zapałek. Naukowcy, którzy przebadali skład waciastej substancji, stwierdzili zawartość krzemu, wapnia, magnezu i boru. Pajęczyna, unosząca się w powietrzu, która przybrała jajowaty kształt! To była odpowiedź uczonych, twardo stąpających po Ziemi. Wszak październik jest miesiącem migracji pająków. Sporych rozmiarów pajęcze sieci, dryfujące w powietrzu odbijały światło słoneczne, przez co przywodziły na myśl UFO. Nonsens!– odpowiadają znawcy tematu, zdejmując z głowy swoje foliowe czapeczki i drapiąc się po nich. – To na pewno próba zamydlenia nam oczu, taka sama jak w przypadku komunikatu o balonach meteorologicznych, które spadły nad Roswell. Przyznam szczerze, że samemu ciężko mi się przełyka wytłumaczenie o pajęczych sieciach. Tym bardziej że entuzjaści UFO argumentują, iż wydzielina pajęczaków składa się jedynie z azotu, tlenu, wodoru i wapnia. Dodatkowo podobna maź, miała towarzyszyć pokazaniu się UFO w takich miejscach jak: Irlandia (w 956 roku), Norymberga (1561r.), Oloron (1952 rok) i Selkirk (1980 rok). Co stało się nad Stadio Artemio Franchi? Tego zapewne nigdy się nie dowiemy… Lecz uczestnicy tamtych zdarzeń, są pewni swego. Chociażby gracz Pistoiese Romolo Tuci: ,,W tamtych czasach ludzie lubili rozprawiać o życiu na Marsie czy UFO w Ameryce, a my przeżyliśmy takie doświadczenie, widzieliśmy to konkretnie. Myślę, że to było coś z innej galaktyki. Byliśmy na stadionie i widzieliśmy to”. Wielu fanów Violi uważa, że obcy przybyli na ziemię, by udzielić błogosławieństwa ich klubowi i tchnąć w nich kosmiczną moc. Niespełna dwa lata później, Fiorentina sięgnęła po swoje pierwsze Scudetto.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

8

Żywe legendy argentyńskiego futbolu:

14 marca 1955 r. urodził się Daniel Bertoni, napastnik. Mistrz świata z 1978 r., 3-krotny zdobywca Copa Libertadores oraz zdobywca Pucharu Interkontynentalnego z 1973 r. z CA Independiente. Bertoni jest wychowankiem Quilmes Atlético Club. To w jego barwach zadebiutował w 1971 roku w drugiej lidze argentyńskiej mając zaledwie 16 lat. W 1973 roku Bertoni przeniósł się do innego klubu ze stolicy- Independiente. Od razu zaczął grać w podstawowym składzie i jeszcze w tym samym roku wywalczył Copa Libertadores (wystąpił w obu meczach z Colo Colo Santiago). Niedługo potem zdobył kolejne trofeum – Puchar Interkontynentalny, w którym to Independiente pokonało 1:0 Juventus Turyn. Rok później Bertoni znów wystąpił w finale Pucharu Wyzwolicieli a Independiente tym razem okazało się lepsze od São Paulo FC. W 1975 klub po raz trzeci z rzędu powtórzył ten sukces pokonując Unión Española Santiago. Od tego czasu Bertoni nie osiągał już sukcesów z Independiente na arenie międzynarodowej, lecz na krajowej, gdy w latach 1977 i 1978 wywalczył z nim mistrzostwo fazy Nacional. Latem 1978 Bertoni opuścił ojczyznę i wyjechał do Europy. Jego pierwszym klubem na tym kontynencie była hiszpańska Sevilla FC. Pierwszy sezon miał mniej udany, gdy zdobył tylko 8 goli w lidze a z Sevillą zajął 11. pozycję ale w kolejnym zagrał już dużo lepiej zdobywając 16 goli i zostając najlepszym strzelcem zespołu, który zakończył rozgrywki na 8. miejscu w tabeli.

W 1980 roku Bertoni wyjechał do Włoch. Przez pierwsze 4 sezony grywał we Fiorentinie. W 1982 roku osiągnął z nią wicemistrzostwo Włoch (zdobył 9 goli) ale z czasem tracił miejsce w składzie i w swoich dwóch ostatnich sezonach w klubie z Florencji opuścił prawie 30 ligowych spotkań a w ostatnim (1983/1984) zajął z nim 3. miejsce. W 1984 roku Bertoni przeszedł do SSC Napoli, gdzie w linii ataku grał ze swoim rodakiem, Diego Maradoną, jednak z klubem nie osiągnął większych sukcesów. W sezonie 1986/1987 Daniel grał w Udinese Calcio, w którym zdobył zaledwie jednego gola i spadł z nim do Serie B. Po tamtym sezonie zakończył piłkarską karierę w wieku 32 lat. W reprezentacji Argentyny Bertoni zadebiutował w 1974 roku. W 1978 roku został powołany przez selekcjonera Césara Luisa Menottiego do kadry na Mistrzostwa Świata, których gospodarzem była Argentyna. Tam występował w podstawowym składzie w ataku u boku Mario Kempesa oraz Leopoldo Luque. Już w pierwszym meczu przeciwko Węgrom zdobył zwycięskiego gola, ustalającego wynik meczu na 2:1. Grał we wszystkich meczach, także w finałowym z Holandią, gdy w 116. minucie pokonał Jana Jongbloeda i Argentyna wygrywając 3:1 została mistrzem świata. W 1982 roku Bertoni ponownie znalazł się w kadrze "Albicelestes" na mistrzostwa świata, tym razem był to mundial w Hiszpanii. Tam podobnie jak 4 lata wcześniej był podstawowym zawodnikiem kadry i grał we wszystkich meczach, jednak Argentyna nie obroniła mistrzostwa i odpadła już w drugiej rundzie przegrywając 1:2 z Włochami oraz 1:3 z Brazylią. Podobnie jak na mundialu w Argentynie tak i tu zdobył 2 gole, oba w grupowych meczach: z Węgrami (4:1) oraz Salwadorem (2:0). Po tym turnieju Bertoni zakończył reprezentacyjną karierę. W kadrze przez 8 lat wystąpił łącznie w 31 meczach i zdobył w nich 12 goli.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Symson

9

Wybitne legendy polskiego futbolu:

14 marca 1946 r. urodził się Zygmunt Anczok. Zygmunt Anczok uważany jest za najlepszego lewego obrońcę w historii polskiej piłki nożnej. Karierę piłkarską rozpoczął w 1959 roku w Sparcie Lubliniec, w którym występował do 1963 roku. Następnie przeniósł się do Polonii Bytom, z którym odnosił spore sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Ból głowy związany z obsadą lewej obrony był całkowicie obcy selekcjonerowi reprezentacji Polski na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Dysponowali bowiem w swoich szeregach jednym z najlepszych specjalistów od gry na tej flance defensywy na świecie- Zygmuntem Anczokiem. Potwierdzeniem tej pozycji w międzynarodowym futbolu było powołanie zawodnika grającego wówczas w Polonii Bytom do reprezentacji Europy przez Seppa Herbergera na mecz pożegnalny Lwa Jaszyna rozgrywany w Moskwie przy stu tysiącach widzów. Akurat w tamtym starciu zagrał on na prawej stronie obrony. Zyskał jednak bardzo pozytywne recenzje a dodatkowo zdobył na własność piłke, którą rozegrano spotkanie i zebrał na niej autografy swoich kolegów z boiska. A było od kogo zbierać. U jego boku wystąpili między innymi Bobby Charlton, Gerd Müller, Dragan Dżajič, Christo Bonew czy Giacinto Facchetti. On sam zmienił Jeana Djorkaeffa(ojca przyszłego mistrza świata- Youriego) po przerwie. W tym gronie mistrzów i medalistów najważniejszych imprez Anczok nie był postacią anonimową. O jego sile zdołali się już wcześniej przekonać Garrincha, Pele czy Allan Ball.

,,Anczok w szybkim tempie wyrósł nam na obrońcę klasy doprawdy już międzynarodowej. Nazywanie go ,,polskim Facchettim” jest już uzasadnione. Anczok jest na tą chwile najlepszym naszym piłkarzem”- pisali dziennikarze po meczu reprezentacyjnym z Anglią, gdy stanowił mur nie do przebicia dla dumnych synów Albionu. Wielkie wrażenie robiła jego elegancja, szybkość i wytrzymałość ale przede wszystkim dalekie ofensywne wypady, rzadkie jeszcze wtedy u zawodników na jego pozycji. Sam wziął ten styl od Facchettiego, którego podglądał dzięki… nielegalnie oglądanej czechosłowackiej telewizji. Znakomita wydolność pozwalała mu bez szwanku dla drużyny wracać do swojej formacji, gdzie już z wielką pieczołowitością zajmował się przeciwnikiem. Swoimi występami w kadrze przeciwko Brazylii, Argentynie czy Anglii wywołał tak wielkie wrażenie że już jako 20-latek został pierwszym w historii Piłkarzem Roku w plebiscycie katowickiego ,,Sportu”. Ten elegancki, dystyngowany wręcz obrońca był autorem ,,psikusa” zrobionego sędziemu Padureanu na pomeczowym bankiecie. Rumuński arbiter w starciu z Bułgarią wyraźnie forował rywali. Anczok udał że ostrzy nóż i pokazał sędziemu kilka wyzywających gestów. Podobno ten nieomal wybiegł z sali… Duże sukcesy odnosił także ze swoim klubem na arenie międzynarodowej. W 1965 r. z Polonią Bytom zdobył Puchar Rappana. Brał udział w obu spotkaniach finałowego dwumeczu przeciwko Lokomotiwowi Lipsk. Kilka miesięcy później przyczynił się do sukcesu w rozgrywkach Interligi oraz Pucharu Ameryki, czyli prestiżowych turniejach organizowanych w USA dla europejskich zespołów. Po powrocie do kraju kibice z Bytomia nieśli na rękach cały zespół, od dworca aż do stadionu.

Na pierwsze(i jedyne) mistrzostwo Polski w karierze musiał jednak poczekać do przenosin w szeregi Górnika Zabrze. Złoto udało mu się zdobyć w sezonie 1971/72. Był to zresztą szczęśliwy dla niego rok. Kilka miesięcy po triumfie w lidze odniósł swój największy sukces reprezentacyjny. Razem z zespołem trenowanym przez Kazimierza Górskiego zdobył mistrzostwo Olimpijskie. Anczok czuwał nad lewą stroną w każdym z 7 meczów tego turnieju. Niewiele później musiał jednak zakończyć poważną karierę. Wielokrotne kontuzje kości śródstopia uniemożliwiły mu wyjazd na Mistrzostwa Świata w RFN. W tym samym czasie zagrał po raz ostatni w Ekstraklasie. Swój bilans zamknął na 232 meczach i czterech medalach(złoto, srebro i dwa razy brąz). Zdobył także Puchar Polski z Górnikiem. Na mistrzostwach świata w RFN zastąpił go Adam Musiał. Zrobił to poprawnie, dał bardzo dużo drużynie. Czy gdyby Anczok był zdrowy i utrzymał miejsce w zespole, to osiągnęlibyśmy więcej? Pewnie nie ale przez to, że nie mógł uczestniczyć w mundialu, wielu kibiców o nim zapomina. Zresztą złoci medaliści z Monachium, którzy później nie zagrali na mistrzostwach świata, nie cieszą się taką popularnością jak ekipa z 1974 r. Zupełnie niesłusznie, bo bez takich graczy jak Anczok, Kraska, Ostafiński, Szołtysik czy Marx nie byłoby sukcesu z 1972 r., a co za tym idzie dużo trudniej byłoby o dobry wynik w RFN.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360

0

@FcPortoFan1999 Wiem że znany. Napisałem że nieco zapomniany, choć nie zauważyłem żeby kiedykolwiek ktoś na łamach fcbarca.com o nim wspominał a już raczej nie w dzień jego urodzin.

8

Prawdziwi cules kultywują pamięć o ukochanym klubie:

14 marca 1909 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze spotkanie na stadionie będącym jej własnością o nazwie ,,Camp del Carrer Indústria”, popularnie nazywanym ,,La Escopidora”, czyli spluwaczka (nazwa wzięła się od małego rozmiaru stadionu). Niewiele wcześniej klub z pomocą lokalnego biznesmena zakupił grunty przy ,,Carrer de la Industria”(obecnie ,,Carrer de Paris”). Był to pierwszy w mieście stadion z dwupiętrową trybuną a jego pojemność wynosiła około 6 tysięcy miejsc. Pierwszym rywalem na otwarcie stadionu była FC Catala, z którą Blaugrana zremisowała 2:2 w ramach Mistrzostw Katalonii. Gole dla Barçy strzelali: Roma Forns oraz Anglik Charles Wallace. Właśnie legendarny kataloński napastnik Roma Forns sprowadzony z Irish FC, został pierwszym piłkarzem klubu, który strzelił gola na tym stadionie przy ulicy Industria. 2 stycznia 1916 r. przy okazji meczu Barçy z Athletic Bilbao, pojawiły się pierwsze koniki. Zbijali biznes, sprzedając za 5 peset wejściówki kosztujące normalnie półtorej pesety. Praktyka ta rozwinęła się gdy odpowiedzialny za boisko Manuel Torres zaczął oznaczać karnety, kiedy socios wchodzili na stadion, co spowodowało że nie mogli już rzucać ich za ogrodzenie, tak aby inni kibice mogli ich użyć wchodząc bez płacenia. Kiedy stadion zapełniał się do ostatniego miejsca, tak jak na meczu z Athletikiem, gdy ponad 2 tysiące ludzi nie dostało biletów, wielu z nich, nie mogąc dopchać się na trybuny siadało na murach okalających obiekt. W ten właśnie sposób zrodził się termin ,,Cules”, który od tamtej pory używany jest dla określenia sympatyków FC Barcelony, jako że siedząc na murze, pokazywali tyłki pieszym przechodzącym przyległymi do stadionu ulicami. Na stadionie przy ulicy Industria Barça grała między 1909 a 1922 rokiem, kiedy to klub zamknął obiekt żeby przeprowadzić się na ,,Les Corts”, odpowiadając w ten sposób na zapotrzebowanie na większy obiekt, wynikające z ciągle rosnącej liczby sympatyków. Ostatni mecz na tym stadionie Blaugrana zagrała 30 kwietnia 1922 r. z angielskim Civil Service. Dwa lata później trybuna oraz inne elementy stadionu zostały sprzedane klubowi Gracia FC. Który w 1931 połączył się z CE Europa. W ten sposób stara trybuna ze stadionu została umieszczona na obiekcie przy ulicy Balmes. Popularność, jaką w tamtym okresie cieszył się futbol, przyciągnęła również kobiety i tak oto stadion przy ulicy Industria stał się pierwszym stadionem Barçy, na którym zasiadała znaczna reprezentacja pań. Od tamtego czasu żeńska publiczność jest jednym z najbardziej wiernych sektorów klubu. Poza tym to właśnie na tym obiekcie debiutowała żeńska drużyna FC Barcelony.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

12

Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:

13 marca 1979 r. urodził się Arkadiusz Głowacki. Obok Ibrahimovicia, Buffona czy Diego Forlana, Głowacki był jednym z ostatnich uczestników Mundialu w 2002 r., który 16 lat później nadal występował w najwyższej lidze krajowej. Po sezonie 2017/18 twardy jak skała defensor a zarazem rekordzista Wisły Kraków w liczbie rozegranych spotkań w Ekstraklasie zdecydował się powiedzieć ,,pas”. Od zawsze imponował przede wszystkim twardą, inteligentną i skuteczna grą w defensywie. Zdarzało się jednak iż w decydujących fragmentach zawodziły go nerwy. Szczególnie głosy o słabej odporności psychicznej ,,Głowy” nasiliły się po eliminacjach MŚ 2006 i jego(dość efektownym) samobójczym trafieniu z Anglią. Mawiano że rzadkie są mecze, by nie przytrafiła mu się przynajmniej jedna z trzech rzeczy: samobój, kontuzja lub czerwona kartka. Dziś z perspektywy 14 lat okazało się jak mało trafne były takie żarciki. W kategorii najtrudniejszych rywali wśród obrońców już praktycznie od dekady Głowacki figuruje na pierwszych lokatach. Jego twarda gra, umiejętność rywalizacji bark w bark często skutecznie studziły zapędy ofensywne rywali. Od 2017 r. jest już rekordzistą Wisły Kraków w liczbie występów w Ekstraklasie. Wyprzedził na tej pozycji Władysława Kawule. Zajmuje też 4 miejsce w tabeli wszechczasów pod względem rozegranych starć w najwyższej lidze ze wszystkich piłkarzy. Do podium zabrakło mu 17 meczów. Na 6 miejscu uplasował się zaś w klasyfikacji występów w jednym klubie w Ekstraklasie. Do poprzedzających go Barczaka oraz Brychczego, zabrakło mu odpowiednio: siedmiu i ośmiu spotkań.

Wśród członków TOP-10 Klubu 300 pod tym względem osiągniętych sukcesów ,,Głowa” ustępuje swą kolekcją wyłącznie Szołtysikowi. 6-krotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo Polski, 3 razy był wicemistrzem kraju. Do tego doszły 2 Puchary Polski oraz jeden Puchar Ligi. Indywidualnie zyskał nagrodę dla Obrońcy Sezonu w edycjach 2008/09 i 2013/14. Wystąpił też we wszystkich meczach Wisły w pamiętnej kampanii w Pucharze UEFA zakończonej na ⅛ finału. Po drodze pomógł w wyeliminowaniu między innymi AC Parmy czy Schalke 04. Ponad dwie dekady grał na najwyższym poziomie rozgrywkowym Debiutował w maju 1997 w barwach Lecha Poznań. Później stał się filarem Wisły Kraków. Z wyłączeniem 2 sezonów spędzonych w barwach tureckiego Trabzonsporu nie było od edycji 2000/01 rozgrywek by nie rozegrał przynajmniej 12 meczów! Po abdykacji Łukasza Surmy stał się najstarszym zawodnikiem w Ekstraklasie. Był też ostatnim zawodnikiem, który mógł się pochwalić medalem piłkarskich mistrzostw Polski zdobytym w XX wieku a także golem strzelonym w minionym stuleciu. Podczas konferencji prasowej w maju 2018, gdy ogłaszał swój rozbrat z futbolem, poleciały łzy, tak głównemu bohaterowi, jak i części zgromadzonych dziennikarzy. W reprezentacji Polski wystąpił 29 razy. Jerzy Engel zabrał go na Mundial w 2002 r. W Korei ,,Głowa” wystąpił w starciu z USA, zakończonym wygraną 3:1. Po raz ostatni dał mu szanse gry Franciszek Smuda w towarzyskiej konfrontacji z Węgrami w listopadzie 2011 roku.

@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360

11

Legendy argentyńskiego futbolu:

13 marca 1892 w Buenos Aires urodził się Bleo Pedro Fournol, argentyński piłkarz grający jako prawoskrzydłowy oraz trener. Znany był głównie pod przydomkiem ,,Calomino”. Zasłynął on głównie jako pierwszy w Argentynie wykonawca strzału przewrotką. Grywał na prawym skrzydle z ogromną swobodą, strzelając ostro w pełnym biegu. Wraz z kompanami tryumfował w Copa America 1921, gdzie Argentyna była gospodarzem i wygrała wszystkie 3 spotkania nie tracąc żadnego gola. Calomino jest wychowankiem stołecznego Boca Juniors, w którym zadebiutował w 1911 roku w spotkaniu przeciwko CA Independiente (2:1) w którym zdobył gola. W 1914 roku na krótko przeniósł się do Hispano Argentino i Quilmes, po czym wrócił do macierzystego Boca Juniors, gdzie grał aż do zakończenia kariery w 1924 roku. Łącznie dla ,,Xenezis” rozegrał 222 spotkania, w których zdobył 97 goli. Sześć razy był najlepszym strzelcem Boca: w 1913, 1915, 1916, 1917, 1918 i 1919 roku. Rekord ten pobił dopiero Martín Palermo w 2009 roku. Obecnie Calomino zajmuje dziewiąte miejsce w rankingu najlepszych strzelców w historii klubu.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

8

Wybitne legendy rodzimego futbolu:

13 marca 1932 r. urodził się Edward Szymkowiak. Przez wielu uznawany jest za pierwszego z wielkich polskich bramkarzy w dziejach światowego futbolu. Wiele jego rekordów pobiły dopiero odległe pokolenia, sporo zaś jeszcze czeka na poprawienie… Szymkowiak dla przyszłych następców w tym fachu poprzeczke zawiesił wysoko. Starcia Polonii Bytom z Górnikiem Zabrze miały na przełomie lat 50-tych i 60-tych olbrzymi ładunek emocjonalny. W 1960 r. na boisku spotkali się aktualni mistrzowie oraz wicemistrzowie Polski. Drużyny nie szczędziły sobie ostrej gry. Arbiter Maciarz podyktował łącznie aż 4 rzuty karne. Jedną dla Polonii(wykorzystaną przez Liberde) oraz 3 dla Górnika. Do pierwszej z nich podszedł Ernest Pohl. Sędzia jednak po jego strzale zarządził powtórkę. Tę drugą ,,jedenastke” na gola chciał zamienić Roman Lentner. Trzecia próba padła natomiast udziałem Erwina Wilczka. Po zakończeniu meczu wynik brzmiał jednak… 3:0 dla Polonii Bytom. Wszystkie rzuty karne wybronił bowiem Szymkowiak! Dokonał przy tym zresztą nie lada sztuki. Przy karnym Lentnera rzucił się w przeciwną strone ale zdołał jeszcze wykonać szpagat i wybił piłke nogą. ,,W tym dniu nie było na ,,Szymka” sposobu. Jeszcze kilkakrotnie napastnicy Górnika mieli świetne sytuacje podbramkowe ale polonista łapał wszystkie strzały. Świetnie spisywał się zarówno na linii bramkowej, jak i przedpolu. Szymkowiak był głównym bohaterem meczu, nie tylko dlatego że świetnie bronił swej świątyni ale również i dlatego że zupełnie wyprowadził z równowagi napastników Górnika. Doszło w końcu do tego że stracili oni wszelka nadzieje aby strzelić w tym meczu gola i przy stanie 2:0 zrezygnowali z walki”- tak pisał o nim Katowicki ,,Sport” po tym występie. Rzuty karne w tak ważnych spotkaniach były zresztą jego wielką specjalnością. Znakomicie potrafił wygrywać te wojny psychologiczne nawet z najbardziej renomowanymi przeciwnikami. Kiedyś w spotkaniu reprezentacji wybronił karnego wykonywanego przez jednego z najlepszych piłkarzy Europy w tym czasie- Ferenca Puskasa. Za czołowego bramkarza świata uważał go też kolega po fachu Villiam Schrojf, wicemistrz Świata z kadrą Czechosłowacji z 1962 r. W Ekstraklasie pan Edward był pierwszym zawodnikiem w historii, który rozegrał 20 sezonów na tym szczeblu rozgrywek. Do dziś jego wynik przebił wyłącznie Łukasz Surma. Został też założycielem Klubu 300. Trzechsetny mecz rozegrał w 1965 r. Rekordzistą pod względem występów w elicie pozostał jeszcze przez kolejne 6 lat. Na najwyższym poziomie rozgrywkowym grał w 3 klubach: Ruchu Chorzów, Legii Warszawa oraz Polonii Bytom i w każdym z nich minimum raz zdobył mistrzostwo kraju. Jego wynik pod tym względem pobił dopiero Maciej Szczęsny(mistrzostwo w czterech klubach). Łącznie 5 razy stawał na najwyższym podium rozgrywek krajowych. Tyle samo razy zdobył srebro i dołożył dwa brązowe krążki. Do tego doszły dwa Puchary Polski. Sam 4 razy uznawany był za Piłkarza Roku w Polsce w klasyfikacji katowickiego ,,Sportu” ,,Złote buty”. Wraz ze Staszkiem Oślizłą jest rekordzistą tego zestawienia. Dwukrotnie też znajdował się w TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”.

Znakomicie też pokazał się na arenie międzynarodowej. Z Polonią Bytom w 2 sezonach z rzędu osiągnął finał Pucharu Rappana. Drugi z nich przyniósł mu triumf w finale przeciwko Lokomotivowi Lipsk. W pierwszym spotkaniu tego dwumeczu nie grał z powodu kontuzji i bytomianie przegrali aż 0:3. W drugim(już z nim na bramce) drużyna ewidentnie poczuła się pewniej. Ostatecznie wygrała 5:1! Choć kilkanaście sekund przed końcem rywale mieli na nodze strzał na wage dogrywki ale Szymkowiak znalazł się na posterunku i obronił tę próbe w doskonałym stylu. Nic dziwnego że po spotkaniu reporter ,,Trybuny”, Z. Dutkowski napisał: ,,Na pochwałę najbardziej zasłużyli Liberda, Banaś, Orzechowski i Szymkowiak.” Do dziś jest to jedyne trofeum polskiej drużyny, wywalczone w oficjalnych europejskich całosezonowych rozgrywek klubowych przeprowadzonych pod egidą UEFA. Również w reprezentacji zapisał piekną karte. W dwóch okresach(1962-1963 i 1965-1967) był rekordzistą w liczbie występów w kadrze. Ostatecznie zakończył grę z orłem na piersi z dorobkiem 53 meczów. Wśród jego kolegów po fachu przewyższył go pod tym względem dopiero Jan Tomaszewski. Do dziś oprócz ,,Tomka” wyprzedzili Szymkowiaka jeszcze tylko dwaj golkiperzy znani z XXI wieku: Artur Boruc i Jerzy Dudek. Pozostaje on natomiast jedynym bramkarzem, który dwukrotnie nosił miano olimpijczyka(w 1952 i 1960). Oprócz niego z przedstawicieli innych pozycji taki wyczyn padł udziałem jeszcze tylko Szymanowskiego , Gorgonia, Maszczyka, Laty, Kmiecika i Deyny. W pierwszym podejściu został bohaterem starcia z Danią. ,,Szymkowiak w bramce zdobył sobie uznanie publiczności doskonałymi interwencjami w najcięższych momentach”- odnotował ,,Dziennik Bałtycki”. W obu próbach skończyło się jednak tylko na fazie grupowej. Szymkowiak był także jednym z największych bohaterów meczu przeciwko ZSRR. Doskonałą postawą przyćmił swego konkurenta z drugiej strony boiska, uznawanego za najlepszego golkipera świata- Lwa Jaszyna. ,,Szymek fruwał w powietrzu imponując zwłaszcza w pierwszym kwadransie niezwykle trudnymi interwencjami. Również po przerwie, dzięki wspaniałemu refleksowi, zapobiegł wielokrotnie katastrofie”- pisała ,,Trybuna Ludu”. Wagę jego postawy docenił sam kapitan drużyny i zarazem zdobywca dubletu w tamtym spotkaniu- Gerard Cieślik. Po końcowym gwizdku podbiegł i ucałował z wdzięczności swego bramkarza. ,, Dużo miałem w tym meczu roboty, Śliska piłka nie chciała się kleić do rąk. Zawaliłem bramke bo nie wyczułem intencji strzelca. Myślałem bowiem ze strzał pójdzie w krótki róg a tymczasem stało się odwrotnie. Przy zmianie pozycji do interwencji poplątały mi się ręce i piłka niepotrzebnie wpadła mi do siatki. Myślę że ten błąd podarują mi kibice bo przecież wygraliśmy mecz”- komentował Szymkowiak swą gre. Kariere zakończył w 1969 w wieku 37 lat. Potem trenował drużyny młodzieżowe Polonii Bytom. Zmarł w 1990 roku. Dziś jego imie nosi stadion Polonii. Przed wejściem znajduje się pomnik Szymkowiaka w pozie efektownej robinsonady. Wielu uznaje go nawet dziś za najlepszego bramkarza wszechczasów w Polsce.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Adran360

0

@Mitch_Atleta Zgadza sie no ale sam też nie był święty i dawał często powody do zatargów. Jednak to prawda że był źle traktowany przez zarząd i trenera...

9

Przypadki niepokornego Bułgara:

13 marca 1998 r. Stoiczkow odszedł na dobre. Już 22 lipca 1997 van Gaal na treningu kazał Bułgarowi włożyć koszulke w spodenki, co bardzo nie spodobało się nieposłusznemu napastnikowi. Dwa miesiące później Christo poprosił o transfer, mówiąc że ,,tylko Cruijff uczył go gry w piłke”. Na jednym z treningów Stoiczkow dla żartu założył okulary asystenta trenera ale nie wzbudziło to zachwytu van Gaala. Na przestrzeni sezonu piłkarz wymieniał z Holendrem ,,uprzejmości” aż w końcu poleciał do ojczyzny bez zgody szkoleniowca. Na pożegnalnej konferencji Bułgara nie pojawił się nikt z przedstawicieli klubu. ,,Dziś jego krzesło jest puste a kiedy mnie pozyskał do klubu, siedział w pierwszym rzędzie”- skomentował Bułgar brak prezydenta Nuñeza. Na pytanie jednego z dziennikarzy, czemu wielcy piłkarze Barcelony z reguły opuszczają klub kuchennymi drzwiami, odpowiedział ostro: ,,Tacy piłkarze pozostawiają w cieniu malutkich”, mając oczywiście na myśli prezydenta i trenera.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

0

@Symson Prawdopodobnie czytałem ten artykuł ale już nie pamiętam czy cały? Wówczas byłem skasowany przez redakcje bo zamieszczałem historie Barcy nie tam, gdzie im się podoba i w efekcie zaczeli mnie pouczać, banować aż się na nich wkurwiłem i opierdoliłem ich za to że mają w dupie takie wartości jak historia własnego klubu. Zresztą do dzisiaj niewiele się w tej kwestii zmieniło a w zasadzie nic się nie zmieniło! Redakcja w dalszym ciągu po macoszemu traktuje historie klubu na stronie, którą sami założyli. Wstyd i hańba!
Ps. Gdybym znał język hiszpański to bym tak samo jak Eoren zamieszczał takie wspaniałe artykuły a nawet może i dużo więcej byłoby tego...

0

Przed nami 240 w historii El Derbi Madrileño! Przez te chalierne zachłanne Canały plus nie moge po ludzku obejrzeć takiego widowiska a te strimy, czy jak im tam wcale nie chcą ciągnąć! Ale to może i dobrze, gdyż na ogól prześcieradła przegrywają jak ich nie oglądam. No ciekawe czy ta niepisana reguła sprawdzi się dzisiaj?

8

Wybitne legendy jugosłowiańskiego futbolu:

Josip Skoblar urodził się 12 marca 1941 r. w Privlace w Chorwacji. Swoją karierę rozpoczął w klubie NK Zadar, skąd przeniósł się do OFK Belgrad, gdzie zaczął zdobywać uznanie za swój talent. Josip Skoblar rozpoczął swoją zawodową karierę piłkarską w 1959 roku w OFK Belgrad, gdzie jego wyjątkowa wszechstronność, technika i szybkość sprawiły, że przydzielono mu pozycję lewego skrzydłowego. Pomimo tego, że grał jako skrzydłowy, Skoblar wykazywał się naturalnym talentem do strzelania goli, chociaż gra na skrzydle ograniczała jego potencjał strzelecki. Wczesna kariera obejmowała występy w Crvena Zvezda i Hannover 96, gdzie szybko zrobił wrażenie swoimi umiejętnościami strzeleckimi. Ten solidny fundament przygotował grunt pod jego późniejsze sukcesy, zwłaszcza w Olympique de Marseille. Czas spędzony przez Skoblara w Olympique Marsylia w latach 1966–1974 ugruntował jego status legendy klubu. Zdobył dwa tytuły mistrza francuskiej pierwszej ligi (1970–71, 1971–72), Challenge des Champions w 1971 r. i Coupe de France w 1972 r. Jego umiejętności strzeleckie były w tym okresie bezprecedensowe, gdyż przez trzy kolejne sezony (1970–71, 1971–72, 1972–73) był najlepszym strzelcem ligi. W 2009 roku Skoblar został wprowadzony do Galerii Sław Olympique de Marseille, a w 2010 roku został włączony do „Dream Team” z okazji 110. rocznicy klubu. Był również częścią wszech czasów XI OFK Beograd i NK Rijeka. Po opuszczeniu Marsylii i przyjściu brazylijskich gwiazd Jairzinho i Paulo Césara, Skoblar dołączył w 1974 roku do NK Rijeka, gdzie grał do 1977 roku. W Rijece rozegrał 37 meczów i strzelił 11 bramek w rozgrywkach ligowych i pucharowych. Jego międzynarodowa kariera w Jugosławii przyniosła mu 32 występy i 11 goli. Skoblar był częścią jugosłowiańskiej drużyny na Mistrzostwach Świata FIFA 1962, zajmując czwarte miejsce. Jego międzynarodowa kariera zakończyła się w 1967 roku, tuż przed zakończeniem eliminacji do Euro 1968, a Jugosławia zajęła w turnieju drugie miejsce pod jego nieobecność. Po zakończeniu kariery sportowej Skoblar powrócił do Marsylii w 1977 r. jako menedżer techniczny pod wodzą trenera Ivana Markovicia. Jednak z powodu wewnętrznych konfliktów opuścił klub po jednym sezonie, aby kontynuować karierę menedżerską. Zaczął trenować w NK Orijent w Rijece, gdzie doprowadził klub do ćwierćfinału Pucharu Jugosławii w 1981 roku. Później, w 1983 roku, przejął NK Rijeka, ratując ich przed spadkiem i prowadząc do mocnego czwartego miejsca w lidze. W jego karierze rozegrano pamiętny mecz o Puchar UEFA, w którym Rijeka pokonała Real Madryt 3:1, co zapewniło Skoblarowi status legendy wśród kibiców klubu. Skoblar kontynuował karierę menadżerską w kilku klubach, m.in. w Hajduku Split, z którym zdobył dwa Puchary Jugosławii, oraz w Hamburgerze SV, z którym w 1987 r. stracił Superpuchar Jugosławii. Był także trenerem Čelika Zenicy , który w 1988 roku uchronił drużynę przed spadkiem z ligi. W 2000 roku Skoblar został trenerem reprezentacji Libanu, ale został zwolniony pod koniec tego samego roku, ponieważ nie udało mu się przejść fazy grupowej Pucharu Azji 2000. Wrócił do Marsylii w 2001 r. jako skaut, stanowisko, które piastuje do dziś, tuż przed emeryturą. Przez całą karierę po zakończeniu gry Skoblar pozostał prominentną postacią w świecie piłki nożnej, szanowaną za osiągnięcia w zarządzaniu i w zarządzaniu.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

11

Wybitne postacie włoskiego futbolu:

12 marca 1886 w Turynie urodził się Vittorio Pozzo, włoski piłkarz, trener piłkarski. W czasie swojej kariery piłkarskiej reprezentował barwy szwajcarskiego Grasshoppers Zurych i włoskiego Torino FC. Pozzo po zakończeniu kariery piłkarskiej rozpoczął karierę trenerską. W 1912 roku objął reprezentację Włoch, która występowała na igrzyskach olimpijskich 1912 w Sztokholmie. Następnie w latach 1912-1922 był trenerem Torino FC a także dwukrotnie przez krótki czas prowadził reprezentację Włoch (1921 i 1924), a w latach 1924-1926 był trenerem AC Milan. W 1929 roku ponownie objął reprezentację Włoch, z którą w latach 30-tych święcił największe sukcesy. Zdobył z nią dwukrotnie mistrzostwo świata w 1934 i 1938 roku, a także doprowadził ją do wywalczenia złotego medalu na letnich igrzyskach olimpijskich 1936 w Berlinie. Jest jedynym do tej pory trenerem, który dwukrotnie wygrał mundial oraz wygrał mundial i igrzyska olimpijskie. Był także trenerem reprezentacji w czasie II wojny światowej, a także po jej zakończeniu. Pozzo odszedł po igrzyskach olimpijskich 1948 w Londynie. W 1938 roku, przed finałem Mistrzostw Świata miał odebrać krótki telegram, którego nadawcą był sam Benito Mussolini. Treść? Ledwie trzy słowa, które jednak mówiły wszystko: “zwycięstwo albo śmierć”. Na szczęście nie miał okazji sprawdzić alternatywy dla triumfu. Jego piłkarze ograli Węgrów 4-2, a on przeżył spokojnie jeszcze trzydzieści lat i to w chwale najbardziej utytułowanego trenera w nie tak długiej jeszcze historii piłki. Do teraz pozostaje jedynym trenerem, który dwukrotnie poprowadził swoją reprezentację do zwycięstwa w mundialu, bo Włosi okazali się najlepszą drużyną również w 1934 roku. Ale na tym nie koniec, bo w latach 30. na szyi Pozzo zawisł jeszcze m.in. złoty medal Igrzysk Olimpijskich. Oczywiście konieczna jest adnotacja – trumfy te do dziś budzą niesmak większości historyków futbolu. Nad reprezentacją Włoch – a co za tym idzie, nad trenerską karierą Pozzo również – czuwała wtedy wielka polityczna siła. W 1934 roku powtórzony ćwierćfinał z Hiszpanią udało jej się przebrnąć tylko dlatego, że szwajcarski rozjemca tego spotkania nie uznał przeciwnikom dwóch prawidłowo zdobytych bramek, a nie musimy chyba dodawać, że raczej nie były to zwykłe ludzkie błędy. Cztery lata później problemy pojawiły się już w pierwszym meczu z Norwegią. W 88. minucie, przy stanie 1-1, do siatki trafił Arne Brustad, ale sędziowie z tylko sobie wiadomych przyczyn gola nie uznali. Włosi wygrali po dogrywce i rozpoczęli dalszy marsz po obronę trofeum.

Jednak mimo wszystkich tych kontrowersji, geniusz trenerski Pozzo nie jest poddawany pod większą wątpliwość. To on w obliczu klęski z austriackim “wunderteamem” w meczu towarzyskim rozegranym kilka miesięcy przed mistrzostwami, nie bał się odstawić graczy o uznanej renomie (m.in. Renato Cesariniego czy Umberto Caligarisa) i postawić na piłkarzy mniej znanych, ale będących w lepszej formie. Selekcja była tak ostra, że nadano jest wymowny przydomek “skalpel Pozzo”. To również on jest autorem rewolucyjnej jak na tamte czasy taktyki, którą nazwano “Metodo”. Podczas gdy inni trenerzy stosowali ustawienie 2-3-5, on przerzucił część akcentów na defensywę, wycofując dwóch napastników (2-3-2-3) i powierzając tym piłkarzom zadania obronne. Jak się okazało, dzięki tej korekcie drużyna zasłynęła z wyprowadzania zabójczych kontrataków. Po blisko dwudziestoletniej przygodzie z kadrą Włoch, Pozzo zajął się pracą dziennikarską. Pisał o futbolu dla ,,La Stampy”, relacjonował dla tego tytułu też wielkie turnieje. Doczekał zwycięstwa swojej reprezentacji w rozgrywanych we Włoszech Mistrzostwach Europy w 1968 roku. Zmarł pół roku później.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

10

Dopełnienie formalności:

12 marca 2014 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Manchester City 2:1 w 1/8 Ligi mistrzów. Przed rewanżem angielskie media postanowiły pomóc ekipie ,,The Citizens” wprowadzając zamieszanie do obozu rywala poprzez opublikowanie newsa że City niebawem wykupi z Barçy Messiego za 200 milionów euro ale nikt się tym w Katalonii nie przejął. Blaugrana ponownie wygrała i ponownie na liste strzelców wpisali się Messi(67 minuta) oraz Dani Alves(91 minuta).

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

16

Kolejna wspaniała, marcowa remontada:

12 marca 2013, FC Barcelona dokonała znakomitej remontady pokonując w meczu rewanżowym na Camp Nou, AC Milan 4:0! Gole zdobywali: Messi(5 i 40 minuta), Villa(55 minuta) oraz Alba(92 minuta). W rewanżu Messi włączył tryb królewski i niemal w pojedynke pozbawił Silvio Berlusconiego tak potrzebnego mu w obliczu wyborów parlamentarnych sukcesu a może był to tryb papieski? Dzień później bowiem kardynał Bergoglio został wybrany głową Kościoła katolickiego. Można powiedzieć że Messi przygotował mu grunt. Tak jak Leo zatriumfował nad Milanem, tak Bergoglio pokonał arcybiskupa Mediolanu Angelo Scole.



Takie mecze pamięta się aż po grób, zwłaszcza że szalałem z radości w piwiarni Warka, śpiewając: Ole le, ola la ser der Barça es el mio cena, czy coś w tym rodzaju bo obcych języków nie panimaju!

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

11

Spektakularna remontada:

12 marca 1997 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Atletico Madryt 5:4! w ramach rewanżu ¼ Copa del Rey. Cóż to było za ,,partidazo”! To był legendarny, heroiczny, fantastyczny, wyjątkowy, epicki a nawet brutalny mecz, donosiło ,,El Mundo Deportivo”. To była jedna z większych remontad w historii klubu ponieważ Atletico prowadziło do przerwy aż 3:0. Tuż po przerwie dwukrotnie trafił Ronaldo i straty niemal zostały odrobione, lecz bardzo szybko odpowiedział Pantič strzelając swojego czwartego(!) gola w tym meczu. Napór Blaugrany nie ustępował i kontaktowego gola strzelił Figo a kilka minut później wyrównał Ronaldo. W 82 minucie zwycięskiego gola zdobył Juan Antonio Pizzi doprowadzając cules do ekstazy. Ostatnie minuty meczu zdenerwowany Gaspart spędził w toalecie a na trybunie honorowej zasiadł Van Gaal, który niebawem miał objąć posade trenera po Bobbym Robsonie.

Retrospekcja:



@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

0

@filipo2002 Co to ma niby znaczyć ,,wierzymy w ciebie"?

1

@Mitch_Atleta No ale co to tam mieszać jakąś korporacje do jednej z miłości swego życia czyli w tym wypadku ukochanego klubu....

12

Wyjątkowe postacie FC Barcelony:

12 marca 1938 r. urodził się Manel Vich, spiker na Camp Nou. ,,Bona nit a tothom i benvinguts a l’estadi”(z katalońskiego: ,,Dobry wieczór wszystkim i witam na stadionie”)- tymi słowami Vich rozpoczyna meczowy wieczór na Camp Nou już od 1956 r. przez ponad 50 lat opuścił tylko cztery mecze w związku ze ślubami dzieci oraz operacją. Vich użyczał swojego głosu dobrowolnie, nie pobierając za to żadnych opłat. Ponadto zawsze podkreśla że Estadio Camp de Les Corts był unikalny a Camp Nou brakuje duszy ale idzie się na niego oczekując wielkiego spektaklu. Manel Vich zmarł 29 kwietnia 2016 r. w wieku 78 lat. Był to człowiek kochany przez całe barcelonismo. Pozostawił w sercach culés wspaniałe wspomnienia po sobie.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

0

@FCBparasiempre
Kiedy przed
jednym z meczów dowiedział się, że Héctor Sosa obchodzi w tym dniu urodziny,
powiedział mu, że nie ma prezentu, ale dogra mu dwie bramki. I rzeczywiście
Sosa strzelił dwa gole po wypieszczonych centrach Omara. W czasie jednego z
przedmeczowych zgrupowań uciekł, żeby spotkać się z dziewczyną i wrócił o 6:00
rano całkowicie pijany na kilka godzin przed meczem z Independiente. Kiedy Tita
Mattiusi zobaczyła go w tym stanie, wrzuciła go pod zimny prysznic, ale
niewiele to pomogło, więc powtórzyła tę czynność jeszcze dwukrotnie. Mimo to
kiedy Corbatta się ubierał, ciągle kręciło mu się w głowie i miał problem z
zawiązaniem sznurówek. Kiedy wychodził na boisko, powiedział do Beléna, żeby mu
nie podawał, bo nie widzi piłki. Ale on mnie zignorował. Ciągle dogrywał mi
piłkę, a ja przysięgam, widziałem ją podwójnie, próbowałem ją zatrzymać klatką
piersiową… Zatrzymałem jedną piłkę, a druga, ta prawdziwa, minęła mnie obok. Po
chwili nie wiem jak, założyłem siatkę kryjącemu mnie obrońcy i nagle się
obudziłem i wszystko minęło. Strzeliłem dwie bramki, grałem jak bestia,
wygraliśmy – opowiadał Corbatta po latach. W czasie jego pobytu w General Roca
wybrał się z kolegami do Buenos Aires. Po drodze zatrzymali się, żeby w jednym
z barów obejrzeć mecz Racingu, który grał z Vélez. Kiedy weszli do środka i
kiedy ludzie zorientowali się, że w lokalu zjawił się wielki Corbatta, to nie
przestawaili go witać i przytulać. Wszyscy chcieli go zobaczyć i dotknąć. Corbatta
był zdenerwowany wśród fanów. Poprosił mnie o papierosy i moczył śliną palce,
żeby zwilżyć włosy i założyć ja za ucho. Zawsze miał ten tik. W pewnym momencie
Racing dostał rzut karny, a ludzie zaczęli do niego krzyczeć „Wejdź, Loco!”.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że ten facet był naprawdę świetny – opowiadał
Fernando Bertuzzi. Podobnych historii jest całe mnóstwo. Wszędzie, gdzie się
pojawiał, wzbudzał wielki entuzjazm wśród miłośników futbolu. Każdy, kto
spotkał go na swojej piłkarskiej drodze, wspomina go jako wybitnego gracza.
Wielu zwracało uwagę na jego precyzję i niesamowitą kontrolę nad piłką, którą
porównał kiedyś do kobiety: ,,Jeśli masz kobietę i ją uderzysz, to co się
stanie? Pewnie pomyślisz, że już więcej z tobą nie zostanie… Dlatego zawsze ją
pieściłem, to była moja miłość, jak mógłbym ją uderzyć… Dlatego zawsze miałem
ją przy sobie, robiłem z nią szalone rzeczy, ale nikt nie mógł mi jej zabrać.
Inne rzeczy opuszczały mnie dość łatwo, ale nie piłka.”

Dzisiaj
czasy są zupełnie inne i na alkohol w sporcie już dawno nie ma miejsca.
Świadomość społeczna problemu też jest coraz większa. Coraz więcej jest miejsc,
gdzie można szukać pomocy. Istnieją różnego rodzaju poradnie, grupy wsparcia
czy wspólnoty AA. Kiedy Corbatta zmagał się z nałogiem, to wszystko dopiero
przebijało się do świadomości zwykłych ludzi. Podobnych do Corbatty było wielu
piłkarzy. Zastanawiające jest też to, że wśród zawodników, którzy popadli w
alkoholizm tak wielu było skrzydłowymi. Mieli ogromny talent i często
pochodzili ze społecznych nizin. Gra w piłkę pozwalała im poznać inny, nie
zawsze lepszy świat. Często osamotnieni nie do końca radzili sobie z presją
otoczenia. Szukali pocieszenia w alkoholu i stopniowo popadali w uzależnienie.
Kiedy otoczenie starało się im pomóc, to niestety często bywało już za późno.
Choć z drugiej strony przecież na trzeźwość nigdy nie jest za późno. Jest ona
jednak dużym darem i nie każdemu jest dane jej dostąpić ale warto próbować.

0

@FCBparasiempre
,,Był moim
idolem. Kiedy przyjechał do Neuquén i pojawił się w cukierni, porozmawialiśmy i
zaczął przychodzić prawie codziennie. Został na obiad, ale ponieważ nie miał
peso, nie miał z czego zapłacić, więc zaprosiłem go do domu”– opowiadał Biondi.
Corbatta szybko stał się atrakcją cukierni. Klienci coraz częściej zaczynali
odwiedzać lokal, podchodzili do stolika, przy którym siedział Omar i robili
sobie z nim zdjęcia, a piłkarz opowiadał o swoich największych wyczynach. Co
wieczór podawano mu jakiś drobny posiłek, potem wypijał kilka kieliszków wina i
czekał do czwartej nad ranem, kiedy Biondi zamykał lokal i odwoził go swoim fiatem
600 na farmę. Biondi kibicował Independiente de Neuquén, który był jednym z
najsilniejszych klubów w okolicy. Próbował namawiać Omara, żeby się tam
przeniósł, a kiedy zbliżał się mecz pomiędzy Independiente a Colonią,
powiedział koledze w żartach, że jeśli strzeli im bramkę, to nie ma po co do
niego wracać. Colonia była zespołem, który dopiero trzeci sezon rywalizował w
lokalnej lidze, a Independiente zmierzało po mistrzostwo. Wystarczyło tylko, że
wygrają w pojedynku z Colonią. Piłka nożna to jednak sport, w którym ten
malutki często potrafi pokonać tego wielkiego. I tak też było tym razem. Mieliśmy
rzut rożny i Corbatta poszedł go wykonać. Uderzył jak bogowie i strzelił gola
olimpijskiego [tak w Ameryce Południowej określa się bezpośrednie trafienie z
rzutu rożnego – przyp. red.]. Pokonaliśmy ich, a oni chcieli się pozabijać –
mówił Vortisch. Wieczorem następnego dnia Corbatta jak zwykle pojawił się przed
cukiernią, ale nie wszedł do środka. Czekał po drugiej stronie ulicy i nie był
pewny, czy może wejść, ale Biondi go zauważył i wyszedł go przywitać. ,,Śmiałem
się do rozpuku i kiedy do niego podszedłem, to się wyściskaliśmy. „To było
ciasteczko grubasku. Gdybym zagrał piłkę prosto w ręce bramkarza, to nawet by
nie zauważył” – powiedział mi. Facet był naprawdę dobry”– wspominał Biondi. Corbatta
był lokalną gwiazdą i mimo że w meczach na tym poziomie często trzeszczały
kości, to on cieszył się specjalnymi względami. Grał z opuszczonymi getrami,
bez ochraniaczy, ale nie obawiał się kontuzji, bo dla rywali gra z kimś takim,
jak Corbatta była najwspanialszą rzeczą, jaka mogła ich spotkać w czasie
przygody z piłką. Obojętnie czy był akurat w El Ciervo, czy w jakimś innym
lokalu, to zawsze znajdował kogoś, kto postawił mu drinka czy jedzenie.
Przebywanie między ludźmi pozwalało mu choć na chwilę zapomnieć o jego
osobistych problemach. Najbardziej przeżywał fakt, że nie ma kontaktu z
dziećmi. Dopóki przebywał wśród znajomych, to o tym nie myślał, ale kiedy kładł
się na łóżko na farmie Torresów, to wszystkie koszmary wracały ze zdwojoną
siłą. Osamotniony coraz bardziej pogrążał się w swoim osobistym piekle, a cały
świat rozpadał mu się na kawałki. To wszystko męczyło go tak bardzo, że coraz
częściej kończył, wymiotując w łazience. Kiedy pracownik Torresa wchodził do
pokoju, żeby posprzątać i posłać łóżko, już na wejściu ogarniały go mdłości. W
końcu Torres stwierdził, że nie może dłużej trzymać go w klubie, co wiązało się
też z koniecznością opuszczenia farmy. Od tego czasu zaczęła się prawdziwa
tułaczka Corbatty po małych lokalnych klubach. Po odejściu z Colonia
Confluencia poznał Pedro Prospittiego, który miał za sobą występy w San Lorenzo
i Independiente. Był uzależniony od hazardu i alkoholu i podobnie jak Corbatta
uwielbiał nocne życie. Prospitti przenosił się akurat do rodzinnego miasta
Allen położonego około 20 kilometrów od General Roca, gdzie miał grać w klubie
Unión Progresista. Omar wybrał się tam razem z nim i występował w zespole przez
półtora miesiąca. Polubili się z Prospittim i często razem się upijali,
rozmawiając o piłce i życiu w Kolumbii, które obojgu z nich się podobało. Nigdzie
jednak Corbatta nie zabawił dłużej, niż przez parę miesięcy. Kiedy grał w
Independiente w Río Colorado, musiał razem z kolegami dorabiać przy pracach
murarskich. Z kolei, kiedy przebywał w Villa Regina, został zatrudniony w
miejskim kabarecie, gdzie miał przyciągać klientów. Zbliżał się już do
czterdziestki, więc wystarczyło, że ktoś zapewnił mu dach na głową i ciepły
posiłek, a Omar był gotowy, żeby tam grać i tak mijały mu kolejne miesiące. Niestety
coraz bardziej się przy tym staczał, aż w końcu wylądował na ulicy. Na początku
1975 r. był już bezdomnym, ale szczęśliwie odnalazło go wówczas trzech
pracowników plantacji owoców. Zabrali go do położonego 400 kilometrów na
południe od Buenos Aires miasta Benito Juárez. Tam znalazł zatrudnienie w
klubie Defensores de Mariano Moreno, który zapewnił mu też mały pokoik, w
którym mieściło się tylko łóżko. Corbatta nie miał niczego, był bez pieniędzy i
dokumentów, nie potrafił gotować, a jeśli nie chodził głodny, to tylko dzięki
swojemu sąsiadowi, którym był Tulio Fauret pracujący wówczas w zarządzie klubu.
Wkrótce potem zamieszkał razem z Tulio, który pomógł mu wyrobić nowe dokumenty
i zameldował pod swoim adresem, gdzie mieszkał razem z bratem i ojcem. Z Tulio
bardzo się zżył i kiedy opuszczał Benito Juárez, robił to z wielkim żalem. W
sierpniu 1976 r. pojawił się w magazynie El Gráfico razem z bramkarzem José
Perico Pérezem, któremu strzelał karnego na boisku Racingu. To był jego
pierwszy powrót do byłego klubu. Znowu mógł założyć biało-błękitną koszulkę i
zobaczyć się z Titą Mattiusi, która była opiekowała się młodymi graczami,
którzy mieszkali na stadionie. Spotkał się też z Pedro Dellachą, który był
trenerem drużyny i z Juanem Carlosem Giménezem, który szkolił zespoły rezerw.
Po wojskowym zamachu stanu w marcu 1976 r. wiele w Argentynie się zmieniło.
Zmiany nie ominęły też Racingu. W wyniku zmian na kierowniczych stanowiskach w
klubie pojawił się Horacio Rodríguez Larreta. Ten sam, który gościł Omara w
swojej willi kilkanaście lat wcześniej. Po objęciu rządów w klubie w 1977 r.
kiedy tylko dowiedział się, gdzie Corbatta przebywa, postanowił ściągnąć go do
Racingu. Omar miał pomagać Giménezowi w pracy z rezerwami. Wrócił do klubu
niemal po piętnastu latach i zamieszkał w pokoju bardzo podobnym do tego, który
zajmował jako 19-latek. W 1979 r. stanowisko trenera w klubie objął Omar
Sívori, dla którego Corbatta był bardzo bliską osobą. Uważał go nawet za
najlepszego piłkarza znakomitej argentyńskiej reprezentacji z 1957 r. Sívori
chciał wykorzystać niesamowitą precyzję strzałów Corbatty do szkolenia
bramkarzy. W pierwszych dniach pracy Sívoriego w klubie faktycznie Corbattę
widziano na boisku treningowym z bramkarzami. Niestety nie trwało to długo, bo
bardzo szybko okazało się, że Omar, zamiast pomagać w szkoleniu, odsypiał swoje
nocne wycieczki. Z kolei w porze popołudniowych zajęć, Corbatta wychodził już
na miasto. Dzień zwykle zaczynał od szklaneczki wina, a potem kolejnej. Kiedy
kładł się na łóżku w swoim pokoiku i patrzył na puste ściany, nie potrafił tego
znieść i wolał wyjść. Najczęściej można go było spotkać w barze Paraguayo. Miałem
restaurację w Avellaneda, a naprzeciwko był bar. Ilekroć wyglądałem przez okno,
widziałem Corbattę siedzącego i pijącego wino, aż zasnął. Potem prosiłem
szwagra, żeby wsadził go do samochodu i odzwiózł go do Tity – wspominał były
kolega z reprezentacji Walter Jiménez. Zwykle przebywał wśród bliskich
znajomych, których traktował jak rodzinę. Kiedy jakiś dziennikarz prosił go o
chwilę rozmowy, towarzysze doradzali mu, że powinien brać pieniądze za wywiad,
ale Corbatta w ogóle nie przywiązywał do nich wagi. Dzielił się tym, co miał,
bo tak nauczyła go matka.

Pieniądze
zostały stworzone, żeby przychodzić i odchodzić, a nie po to, żeby je mieć. Ze
złotem czy bez złota umierasz tak samo. Na tamten świat nie możesz zabrać
pieniędzy. Nauczyłem się tego sam, nie nauczyli mnie tego w szkole, bo
chodziłem tylko do drugiej klasy. Wszyscy jesteśmy tacy sami, tacy sami na tym
świecie, ale też bardzo równi na tamtym – mówił. Cieszył się, że może mieszkać
na stadionie i że tak wielu ludzi go rozpoznaje. Oprócz swoich towarzyszy z
baru miał też bardzo dobry kontakt z młodymi chłopakami, którzy grali dla
Racingu i tak, jak on, mieszkali na stadionie. To były jednak ciężkie czasy dla
klubu i warunki mieszkaniowe nie były rewelacyjne. Spał w dzień i wychodził w
nocy, więc w ciągu tygodnia mieliśmy z nim niewielki kontakt. Widywaliśmy go
zwłaszcza w weekendy. Miał złote serce. Był rewelacyjnym facetem w bardzo
dobrym nastroju. Nie miał praktycznie niczego, ale tym, co miał, zawsze potrafił
się dzielić. Był człowiekiem o bardzo dobrych uczuciach. Jeśli miałeś jakiś
problem, to Loco zawsze był przy tobie, martwił się i doradzał – wspominał José
Luis Clavero, który jako junior mieszkał tuż obok Corbatty. Sam Corbatta też
bardzo ciepło wypowiadał się o Clavero, który często się nim opiekował, kiedy
był chory. Od czasu do czasu, kiedy widział juniorów trenujących na bocznym
boisku, to podchodził do nich i udzielał wskazówek, jak powinni uderzać karne.
Niestety ciągle pogrążał się w nałogu i żadne namowy ze strony znajomych nie
były w stanie tego zmienić. Bywało, że po swoich nocnych wyjściach wracał w
takim stanie, że nie potrafił dojść do swojego pokoju i zasypiał na stole do
masażu w szatni gości, obok której miał swoje lokum. W latach osiemdziesiątych
Corbatta coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Narzekał na bóle w prawej nodze,
która mu puchła. Nie przestawał jednak pić, bo, jak sam mówił, wszędzie, gdzie
się pojawiał, częstowano go alkoholem. Potrafił znikać na kilka dni, a kiedy
wracał na stadion, mówił, że zatrzymał się u przyjaciela. Czasami nie było go
trochę dłużej, a jego młodsi koledzy z klubu dowiadywali się potem, że trafił
do szpitala. Pewnego razu, kiedy Clavero wszedł do pokoju Omara, zobaczył go
leżącego zakrwawionego na łóżku. Okazało się, że potrącił go samochód, więc
szybko przewieziono go do szpitala. Wizyty w szpitalach wkrótce stały się coraz
częstsze. W lutym 1983 r. został znaleziony przez przechodniów w ciężkim
stanie, kiedy leżał na ulicy. Trafił do szpitala Fiorito, gdzie po
przeprowadzonych badaniach okazało się, że oprócz marskości wątroby
spowodowanej alkoholizmem miał też muszycę. Jest to infekcja wywoływana przez
larwy muchówek żywiące się tkanką gospodarza. Zdołał wyzdrowieć, ale rok
później po raz kolejny trafił do szpitala. Ciągle sprawiała mu problemy jego
prawa noga, która wiele razy była atakowana przez wrzody. Po kolejnej wizycie
na szpitalnym oddziale w 1988 r. żartował nawet, że zastanawia się nad zakupem
szpitalnego łóżka. To wtedy dowiedział się o zwycięstwie Racingu w Supercopa
Sudamericana, co bardzo go ucieszyło. Wyglądał jednak coraz słabiej i wydawało
się, że coraz mniej jest w nim chęci do życia. Rzadko widywałem kogoś tak
opuszczonego. Chciałem z nim porozmawiać, ale znalazłem człowieka pustego, bez
sił, bardzo brudnego i bez chęci do życia – mówił gazecie Crónica jeden z
pracowników szpitala. W końcu zaopiekowały się nim jego siostry, które
postanowiły ściągnąć go do La Plata. Przez kilka miesięcy mieszkał na przemian
u jednej i u drugiej, do czego zmusiły go niemal siłą. Stan jego zdrowia był
jednak coraz gorszy i pod koniec 1991 r. trafił do polikliniki San Martín. Tam
miał czekać na operację, która miała przedłużyć mu życie, ale wyniszczony
organizm w końcu się poddał. Corbatta zmarł w czwartek 5 grudnia 1991 r. o
godzinie 7:30. Po jego śmierci pojawiły się pogłoski, że miał mieć amputowaną
prawą nogę, ale to nieprawda. Noga faktycznie była w kiepskim stanie i wdało
się zakażenie, ale wyniszczał go też rak gardła, spowodowany przez wiele lat
palenia tytoniu i nadużywania alkoholu. W akcie zgonu jako przyczynę śmierci
wskazano nieurazowe zatrzymanie krążenia i oddechu.

Nazajutrz
prasa pisała o nim jako o architekcie piłki nożnej i niezrównanym magiku. Wielu
fanów chciało go pożegnać, a Racing zaoferował udostępnienie swoich obiektów do
ceremonii pogrzebowej. Rodzina wybrała jednak kameralny pogrzeb. Pochowany
został w piątek na cmentarzu w La Plata w najtańszej trumnie. Gazeta Crónica
zwracała uwagę, że w jego ostatniej drodze towarzyszyło mu tylko dziewięć osób.
Nie było nikogo z klubów, w których grał, żadnego przedstawiciela federacji i
co grosza zabrakło też jego kolegów z boiska. Jedyną osobą spoza rodziny był
Pedro Prospitti. Corbatta nikogo nie obwiniał za swoje problemy. Tylko kilka
razy odnosił się do swoich nieudanych małżeństw, ale przez lata utarło się, że
stał się ofiarą chcących go wykorzystać ludzi. Jednak na każdym etapie swojego
życia spotykał osoby, które chciały dla niego dobrze. Jego druga żona usilnie
próbowała wyrwać go ze szpon nałogu, Sívori chciał mu dać zajęcie, żeby znowu
czuł się ważny, wiele osób próbowało przemówić mu do rozsądku, wielu też
chciało, żeby nauczył się pisać. To alkohol go zrujnował, wielu też korzystało
z jego hojności. Żaden z klubów nie potrafił wymóc na nim odpowiedniej
dyscypliny i to już od najmłodszych lat. Corbatta w czasach swojej największej
świetności, kiedy grał na prawym skrzydle, ciągle uciekał przed rywalami. Jego
życie poza boiskiem to też ciągła ucieczka. Uciekał z La Plata, uciekał z
Avellaneda, uciekał z Dock Sud, uciekał z Buenos Aires, uciekał z Kolumbii.
Kiedy tylko mógł, to uciekał jak najdalej od swoich problemów. Problemy jednak,
zamiast znikać, mnożyły się. Nigdzie nie znalazłem informacji o podejmowanych
próbach leczenia. Być może gdyby zdecydował się na leczenie w ośrodku
zamkniętym, mając silne oparcie w rodzinie, to udałoby mu się wyjść na prostą. Żeby
nie kończyć w takim smutnym nastroju, myślę, że warto przytoczyć kilka anegdot
z Corbattą w roli głównej. Często swoim znakomitym dryblingiem wyprowadzał
przeciwników z równowagi. W meczu z Urugwajem tak kręcił obrońcą Pepe Sasíą, że
ten, kiedy go sfaulował i powalił na ziemię, uderzył go w twarz, wybijając mu
przedniego zęba. Innym razem w meczu z Independiente urugwajski obrońca Alcides
Silveira tak bardzo dawał mu się we znaki swoją ostrą grą, że Corbatta w pewnym
momencie schował się za kordon służb porządkowych otaczających boisko.

0

@FCBparasiempre
,,Corbatta,
kiedy przybył, był bardzo zniszczony, ale zaczął grać i zajął moje miejsce”–
wspominał Norberto Berlatto. Trener Miranda dobrze jednak zdawał sobie sprawę
ze słabości Corbatty i poprosił Berlatto, żeby zawsze był gotowy do gry, bo nie
wiadomo było, kiedy Omar zgłosi niedyspozycję. Czasami grał całą połowę, a
innym razem już po pół godziny nie był w stanie dalej grać i konieczna była
zmiana. Pierwszy raz w błękitno-białej koszulce nowego klubu zagrał w miniturnieju,
który zorganizowano z okazji przybycia nowych graczy. W niedzielę 16 maja 1971
r. ulice General Roca się wyludniły i wszyscy udali się na stadion. W imprezie
oprócz Tiro Federal wzięły też udział zespoły Italia Unida, Círculo Italiano i
Pacífico. Tiro najpierw wygrało z Pacífico 3:0, a potem w finale rozbiło 5:1
Italię Unida, która wcześniej 1:0 pokonała Círculo Italiano. Corbatta bramki co
prawda nie zdobył, ale swoją grą wzbudził zachwyt kibiców i miejscowej prasy. Corbatta,
fundamentalny element zespołu. Wielkie otwarcie. Zawsze bez krycia. Grał i
tworzył grę. Kiedy uderzał, to jego strzały były jak pół gola, a kiedy chciał
wejść z głębi, to robił to od ręki. Do tego wszystkiego dołożył dwa lub trzy
genialne zagrania, które uświetniły ten znakomity występ – pisano po meczu na
łamach kroniki Río Negro. Ciągle jednak brakowało oficjalnego potwierdzenia, że
cała trójka dołączy do klubu. Piłkarze oczekiwali regularnej pensji, a także
premii i nagród dla siebie. Bez tego nie zamierzali zostać w General Roca.
Prezes Himerio Martínez nie mógł im jednak tego zapewnić. Jedyne, co mógł
zaoferować to zakwaterowanie, wyżywienie i kilka diet. Żeby przekonać ich do
pozostania, zaproponował im normalną pracę. Musieli tylko się zdecydować, co
chcieliby robić. Mieli do wyboru pracę na dworcu kolejowym, gdzie liczyliby
skrzynki jabłek przygotowywane do transportu, mogli też jako cywile wykonywać
prace biurowe na komisariacie albo pracować jako kasjerzy w banku. Zawodnicy
stwierdzili jednak, że jeśli mają pracować, to wolą wrócić do Buenos Aires.
Wtedy Martínez wymyślił, że w trójkę mogą prowadzić sklep obuwniczy, gdzie
głównym magnesem dla klientów miał być oczywiście Corbatta, ale ten pomysł też
szybko upadł. Wreszcie prezes zaprosił ich do swojego biura, żeby podjęli
ostateczną decyzję. Rosciglione i Zagari poszli tam sami, bo Corbatta wyjaśnił
im, że nie może im towarzyszyć, ponieważ musiał zjeść przygotowanego dla niego
indyka na farmie. Kiedy obaj stanęli przed prezesem, ten zapytał, czemu
wreszcie się nie zgodzą zostać, tak, jak Omar, który podjął już decyzję. To
dlatego Corbatta nie poszedł z nimi – już wcześniej dogadał się z prezesem.
Rosciglione i Zagari jeszcze tej samej nocy udali się na dworzec, żeby wrócić
do stolicy. Omar ich odprowadził, a na pytanie dlaczego chce zostać,
odpowiedział, że oni obaj mają przecież rodziny, a on sam praktycznie nie ma do
czego wracać. Tito Federal było amatorskim zespołem, choć zdyscyplinowany i
bardzo ambitny trener Jorge Miranda próbował narzucić zawodnikom nieco bardziej
profesjonalny rygor. Dbał o przygotowanie fizyczne i dietę piłkarzy, a także
bardzo dużą wagę przywiązywał do meczowej taktyki. Drużyna trenowała jednak
tylko dwa razy w tygodniu, wieczorami, kiedy większość zawodników skończyła
swój dzień pracy, więc szkoleniowcowi ciężko było wykrzesać maksimum z
piłkarzy. Corbatta na treningach się nie przemęczał. Trochę pobiegał i pograł z
kolegami, a potem ruszał w swój rajd po miejscowych barach i knajpach. W
klubach grywały lokalne zespoły, a na parkietach królowały tango, milonga,
bolero, cumbia i rock’n’roll. Omara jednak najczęściej można było spotkać przy
barze, gdzie raczył znajomych swoimi opowieściami. Obojętnie czy odwiedzał
akurat cukiernię, kawiarnię czy kręgielnię, to zawsze znajdował się ktoś, z kim
mógł porozmawiać o piłce i kto zapraszał go na jedzenie czy drinka. Miranda
starał się pilnować swoich graczy i często incognito przechadzał się po barach,
a kiedy spotkał jakiegoś swojego zawodnika, natychmiast odsyłał go do domu.
Pomagało mu w tym dwóch niepijących napastników Carlo Carosanti i Cacho
Montoto, którzy szczególną uwagę mieli zwracać na Corbattę. Kiedy któryś z nich
spotykał Omara, to odwoził go do pensjonatu Coriny Navarro. Nie zawsze było to
proste, bo czasami piłkarz się upierał, żeby jeszcze chwilę zostać. Koledzy
jednak pozostawali niewzruszeni i zabierali kolegę do domu. Miranda kontrolował
Corbattę nawet w pensjonacie. Często pilnował go wieczorami, próbując nie spać,
ale Omar nawet wtedy potrafił się wymknąć. Czekał, aż trener zaśnie lub samochód,
który go odstawił, odjedzie i wtedy ponownie wychodził. Trener próbował go
przekonać do zmiany zachowania. Uświadamiał go, że musi być bardziej
odpowiedzialny, jeśli chce dalej grać w drużynie. Jednak uzależniony Corbatta
nawet jeśli wiedział, że robi źle, nie był w stanie przeciwstawić się nałogowi.
Mecze w General Roca często obfitowały w brutalne starcie i przepychanki.
Podczas towarzyskiego meczu z San Martín de Cipolletti sędzia wyrzucił z boiska
jednego z zawodników tej drużyny, ale ten nie miał zamiaru opuszczać murawy. W
końcu musiała pomóc mu policja. Zaczęły się przepychanki, a kiedy jeden z
graczy Tiro został powalony na ziemię, rozpoczęła się regularna bijatyka.
Równocześnie walka wywiązała się też między kibicami. Nie był to odosobniony przypadek
i nieraz zdarzało się, że najbardziej krewcy piłkarze kończyli mecz w
policyjnym areszcie. Dla Omara takie zachowania były czymś niespotykanym, ale
zawsze starał się trzymać z dala od tych bijatyk.

,,To była
najlepsza rzecz na świecie, nie można było zobaczyć go wśród walczących”– mówił
kolega Corbatty z zespołu Ángel Travecino. We wrześniu 1971 r. wzmianki prasowe
o występach Omara były już coraz rzadsze. Jego pozycja w zespole zmalała, a
odpuszczanie treningów, które przecież nie były jakoś wielce wyczerpujące,
stało się u niego czymś powszednim. Coraz rzadziej też pojawiał się na boisku,
a jego gra pozostawiał coraz więcej do życzenia. Gdy grał, sprawiał wrażene
zagubionego wśród rywali i kolegów z zespołu. Jego nocne wycieczki pozostawiały
w jego organizmie kolejne ślady, których nie sposób było ukryć przed trenerem.
W końcu jego brak zdyscyplinowania spowodował, że Miranda stracił cierpliwość.
Był zmęczony ciągłym pilnowaniem piłkarza, zarówno w nocy, jak i przed meczami,
na które czasem potrafił się spóźniać. 5 października poinformowano, że decyzją
trenera Corbatta został odsunięty od drużyny. Trzy dni później gazeta Rio Negro
poinformowała, że Omar został ostatecznie zwolniony z klubu, a jako przyczynę
tej decyzji podano niewłaściwe postępowanie. Wyrzucenie z Tiro Federal
oznaczało też, że klub przestał płacić za jego zakwaterowanie. Corbatta jednak
nie znalazł się na bruku. Był tak dobrym człowiekiem, że pozwoliłam mu zostać
przez jakiś czas, dopóki nie znajdzie innego miejsca do życia – mówiła po
latach Corina Navarro. Była ona jedną z niewielu osób, które Omar darzył
naprawdę dużym szacunkiem. Według Alejandro Walla była dla niego niemal jak
matka. Sama również starała się na niego wpłynąć i kiedy widziała go pijanego
już przed południem czy rano, to nie przebierała w słowach. Raz, po jednym z
takich spięć Corbatta, żeby jej nie denerwować, zatrzymał się u znajomego i
został tam przez parę dni, dopóki nie doszedł do siebie. Corina, żeby utrzymać
dzieci, przygotowywała dla gości domowe posiłki, a także sok jabłkowy i sos
pomidorowy. Z winorośli rosnącej w ogrodzie robiła wino muskatowe. W ugniataniu
winogron i rozlewaniu napoju pomagały jej dzieci, które ciągle były jeszcze
małe. Najstarszy z nich – Beto – był kelnerem w barze, gdzie Corbatta nie musiał
płacić za jedzenie. Dzięki temu obaj panowie stworzyli opartą na zaufaniu
relację. Omar spędzał też czas z innymi dziećmi Coriny. Stał się niemal
członkiem jej rodziny. Kiedy ona gotowała gulasz z makaronem, Corbatta
opiekował się najmłodszą córką Gabrielą. Zmieniał jej pieluchy, kołysał do snu
na krześle i przygotowywał wodę do kąpieli. Pomagał też w innych pracach
domowych. Robił zakupy, mył podłogi, ale dobrze czuł się też w kuchni, gdzie
obierał ziemniaki, kroił cebulę i siekał paprykę na kolację. W weekendy czasem
spędzali czas na grillowaniu nad jeziorem Pellegrini w Cinco Saltos, gdzie w
cieplejsze dni zażywali też kąpieli. Kiedyś musieliśmy obciąć parę spodni z
jagnięcej skóry, bo nie miał kąpielówek. Był wspaniałym partnerem, bardzo go
kochałam – wspominała Corina. Szukając nowego klubu, Corbatta pomyślał o
zespole Argentinos del Norte. Kiedy pierwszy raz grał przeciwko tej drużynie,
to rywale przez cały mecz go obrażali, kopali i popychali. Po każdym meczu
spotykali się we własnym gronie, czasem też z rodzinami, żeby wspólnie się
najeść i wypić drinka. Omar pewnego razu poszedł się z nimi spotkać. Wyszedł do
niego jeden z zawodników Raúl Villar, który był przekonany, że Corbatta chce
wyrównać stare rachunki. Jednak Omar powiedział mu, że się za nimi stęsknił i
że są łajdakami, więc powinien grać razem z nimi. Villar zaprosił go do środka
i razem z innymi piłkarzami do późna rozmawiali. Argentinos del Norte było
klubem biedniejszej części miasta. Trenowali na pustej parceli parę przecznic
od obiektu Tiro Federal. Mieli tylko trzy małe reflektory do oświetlenia
boiska, ale drugim, głównym źródłem światła było oświetlenie z terenu lokalnego
rywala. Tak więc, kiedy Tiro Federal kończyło trening, to Argentinos del Norte
też musiało, bo robiło się potem zbyt ciemno. Corbatta ciągle mieszkał w
pensjonacie Coriny, ale nie zawsze wracał na noc. Często do późna grywał z
kolegami w bilard, albo odwiedzał dom Oscara Corradiniego – jednego z
największych piłkarzy z tego regionu. Corbatta potrafił zasnąć na stole
bilardowym przy bufecie. Mój zmarły ojciec codziennie dawał mu pieniądze na
jedzenie i prosił, żeby nie myślał o piciu. Czasem się zastanawiam, czy
traktowaliśmy go tak, jak na to zasługiwał. Był przecież legendą – mówił po
latach wyraźnie poruszony Villar. Ci, którzy pamiętają pobyt Corbatty w General
Roca, zauważają, że był bardzo przyjacielski i otwarty. Każdy chciał choć
trochę poprzebywać w jego towarzystwie, ale nie zawsze wychodziło to Omarowi na
dobre. Rodolfo Meñica, który grał w zespole Italia Unida wspominał, że Corbatta
często ich odwiedzał w przygotowanych przez klub pokojach, mimo że byli
przecież boiskowymi rywalami. Godzinami potrafił wtedy rozmawiać o futbolu. Nie
mówił o swoim życiu osobistym, małżeństwach, dzieciach czy przepuszczonych
pieniądzach. Nigdy też nie komentował polityki, nie rozmawiał o muzyce czy
kinie, nie oglądał telewizji ani radia. Od czasu do czasu mówił o kobietach
albo dzielił się ogólnymi życiowymi refleksjami, ale jedyną rzeczą, o której
mógł rozmawiać cały czas, była piłka nożna.

Kiedy
pewnego razu rozmawialiśmy z zawodnikami Rangers de Talca, chilijskiej drużyny,
która przyjechała na mecz towarzyski, Corbatta zaczął opowiadać o swoim golu
przeciwko Chile w 1957 r., kiedy dryblował kolejnych rywali. Chłopaki patrzyli
na niego, jakby był jakimś wariatem, który fantazjuje. Dopóki im go nie
przedstawiłem. „To Oreste Omar Corbatta” – powiedziałem im. Nie mogli w to
uwierzyć – wspominał z uśmiechem Meñica. W lutym 1972 r. ze stanowiska trenera
Tiro Federal ustąpił Jorge Miranda, a władze klubu postanowiły, że zastąpi go
Raimundo Orsi, który parę miesięcy wcześniej świętował 70. urodziny. W 1928 r.
był ważną częścią argentyńskiej reprezentacji na igrzyskach w Amsterdamie, a w
1934 r. razem z włoską drużyną narodową został mistrzem świata. Jako trener
dużą wagę przywiązywał do dyscypliny, ale zgodził się na powrót Corbatty do
zespołu. Kierownictwo Tiro miało nadzieję, że dwie postacie z tak bogatą
przeszłością pomogą w odbudowie drużyny. Obaj panowie nie wytrzymali jednak ze
sobą nawet miesiąca. Życie Corbatty w General Roca był ciągłą walką z wolnym
czasem. Z braku innych zajęć często wędrował od jednego baru do drugiego.
Dobrze czuł się w biedniejszych częściach miasta, gdzie miał nawet mieć
dziewczynę, która go odwiedzała. Znajomi wspominali też, że chodził po ulicach
bardzo lekko ubrany, mimo że na dworze było zimno. Zadbali więc o niego i
podarowali mu ciepłą kurtkę, w której przechodził całą zimę, a także inne
części garderoby. Nie potrzebował też dużo, żeby się upić, bo bywało, że
wystarczały mu dwie szklanki wina. Jeden z jego znajomych Fernando Bertuzzi
wspominał, że kiedy jedli posiłek w kantynie, to jeden z pracowników zapytał
go, czy ten, który jest z nim, to ten sławny Corbatta. Kiedy Bertuzzi
potwierdził, że to on, pewien mężczyzna zapytał, czy może do nich przyjść i się
przywitać. Okazało się, że był on właścicielem lokalu i przyniósł ze sobą
butelkę szampana. Po chwili inny mężczyzna, który siedział przy sąsiednim
stoliku, postawił drugą butelkę i tego samego wieczora zaprosił Corbattę i jego
znajomych do siebie na grilla. Z imprezy wrócili dopiero po trzech dniach. Po
rozstaniu z Tiro Federal z Omarem skontaktował się Juan Agapito Torres. Był on
prezesem klubu Colonia Confluencia i chciał, żeby Corbatta dołączył do zespołu.
Jako emerytowany nauczyciel pracował w dziale sportowym gazety Sur Argentino i
razem z żoną mieszkał na farmie w Neuquén, około 50 kilometrów na zachód od
General Roca. Starsza małżeństwo na farmie uprawiało drzewa migdałowe, jabłonie
i orzechy włoskie, a Omar miał mieć do dyspozycji mały pokoik i zapewnione
wyżywienie. Od wejścia trzeba było przejść około sześciuset metrów do domu,
obok którego stał garaż, a za nim mały pokoik z dwoma łóżkami i łazienką.
Mieszkałem tam z Corbattą przez pięć miesięcy – opowiadał Juan Carlos Vortisch,
były zawodnik Colonia Confluencia. Trenerem zespołu był znany w okolicy Ariste
Omar Mendoza. Każdy z graczy oczywiście pracował, a futbol był dla nich tylko
dodatkiem. Trenowali wieczorami trzy razy w tygodniu przy słabym świetle. W
meczach Corbatta ograniczał się do dogrywania piłek partnerom z zespołu. Héctor
Zuñigą był najlepszym strzelcem w 1972 r., a ja zająłem drugie miejsce w
klasyfikacji. To wszystko dzięki pomocy Corbatty, który zawsze wystawiał nam
piłkę z przodu. Nie biegał, ale potrafił fenomenalnie dograć piłkę – wspominał
Vortisch.

Mimo że
mieszkali razem, to nie spędzali ze sobą zbyt wiele czasu. Vortisch, jako że
pracował, musiał wstawać przed świtem, kiedy Corbatta jeszcze spał. W pracy
spędzał cały dzień, więc widywali się głównie na treningach. Omar, który nie
pracował, wstawał po południu, jadł przygotowany dla niego posiłek i wracał do
pokoju. Jednak jeszcze przed zachodem słońca opuszczał farmę i szedł dwa
kilometry do centrum miasta. Tam zwykle odwiedzał położoną przy Avenida
Argentina cukiernię El Ciervo, gdzie zaprzyjaźnił się z Juanem Biondim, który
był kierownikiem lokalu.

0

@FCBparasiempre
Trener
Fonnegra również pilnował, żeby jego podopieczni zbyt często nie pojawiali się
w barach. Oszczędności w klubie spowodowały, że przed meczami u siebie
zawodnicy nie zbierali się już razem w hotelu, ale spali w swoich domach.
Spotykali się w dniu meczu i po wspólnym posiłku udawali się na stadion.
Szkoleniowiec, żeby mieć pewność, że zawodnicy poprzedni wieczór spędzają
grzecznie, dzwonił do nich i sprawdzał w ten sposób, czy są w domu. Początkowo
dzwonił o 21:00, ale po pół godziny niektórzy i tak wychodzili na miasto. W
końcu więc zaczął dzwonić o 23:00, kiedy już było zbyt późno na wyjście. Ale i
na to piłkarze znaleźli sposób. Prosili wtedy żony albo matki, żeby
powiedziały, że ci już śpią, a trener nie chcąc ich budzić, wierzył w te
zapewnienia. Canocho Echeverry powiedział mi dużo później, że tak robili, ale
to był mój jedyny sposób na utrzymanie ich pod kontrolą, nie miałem innego
wyjścia – mówił po latach trener Fonnegra. Dodatkowo w każdy wtorek po
poniedziałkowym wolnym zbierał zawodników na środku boiska i jeśli któryś z
piłkarzy podpadł przed meczem lub spóźnił się na trening, musiał zapłacić karę.
Trzeba ją było uregulować przed końcem tygodnia, a pieniądze były przeznaczane
na mięso, które miało później trafić na grill. Pierwszy swój sezon po powrocie
Corbatta z kolegami zakończyli w środku tabeli. Jak na klub borykający się ze
sporymi kłopotami finansowymi, wynik ten był całkiem niezły. W 1969 r. trener
Fonnegra ustąpił ze stanowiska i zastąpił go Hector Molina. To właśnie z Moliną
w roli trenera Corbatta zaliczył jeden ze swoich najbardziej spektakularnych
występów w Kolumbii. 25 maja 1969 r. w Ibagué DIM rozbiło Deportes Tolima aż
8:3. Jak pisał Wall, Corbatta tym meczem zbudował swoje wielkie dzieło sztuki w
Kolumbii i to ten występ jest pierwszym skojarzeniem z grą Omara w DIM. Powiedział
mi, że nie chce biegać i grać na jako „ósemka”. Ale w końcu go przekonałem i
się przełamał. Potem przyszedł do hotelu, żeby ze mną porozmawiać, a ja mu
powiedziałem „Widziałeś, jakie to łatwe?”. Dzięki temu przekonałem go, żeby
dalej grał na tej pozycji. Ale budowa ciała już mu nie pomagała. Nie nadawał
się już wtedy, żeby grać jako „ósemka” ani „siódemka” – wspominał Molina. Niestety
wkrótce później zespół zaczął grać coraz słabiej. Nie potrafił wygrywać ani na
swoim terenie, ani tym bardziej na wyjeździe. Najbardziej bolesna była porażka
0:6 z Deportes Quindío. Wkrótce potem Molina musiał pożegnać się z posadą, a
Alfonso Arriola za wszelką cenę próbował z powrotem ściągnąć Fonnegrę. Oliwy do
ognia dolał syn prezesa – Mauricio, który pomagał w rozwiązaniu problemów
finansowych i który jako głównego winowajcę słabej postawy drużyny wskazał
Omara. ,,Rak zespołu nazywa się Orestes Omar Corbatta”– powiedział Mauricio
dziennikarzom. Dodatkowo zapewnił dziennikarzy, że piłkarz zostanie zwolniony z
klubu. Corbatta dowiedział się o tym od żony, która przeczytała o tym w prasie.
Wściekły na takie potraktowanie Omar udał się do biura Arrioli i zaczął się z
nim wykłócać. Razem z nim była też Silvia, która również nie przebierała w
słowach. Krzyki i obelgi były tak głośne, że całe towarzystwo trzeba było
rozdzielać, żeby nie skończyło się na rękoczynach. ,,To był skandal, na który
instytucja taka jak DIM nie zasługuje”– oburzano się na łamach ,,El Colombiano.”
Arriola zagroził, że albo on odejdzie, albo Corbatta. Dla Omara był to
ostateczny koniec pobytu w Medellín. Opuścił drużynę pod koniec sierpnia 1969
r. Kilkanaście miesięcy później klub popadł w jeszcze większe kłopoty i wkrótce
przestał być własnością rodziny Arriola. Losy Corbatty po powrocie z Kolumbii
nie są do końca jasne. Najprawdopodobniej początkowo razem z Silvią i dziećmi
zamieszkał u teściów. Później mieli przenieść się do domu w Ramos Mejía w
zachodniej części metropolii Buenos Aires. Według siostry Silvii – July –
mieszkanie to miał wynająć im ich ojciec Julio César. Inną wersję przedstawił
Albino Bemposta – były prezes klubu San Telmo, w którym później występował
Corbatta. Według niego Omar po powrocie był w bliskich kontaktach z seminarium
metropolitarnym w Villa Devoto. Tym samym, które odwiedzał swego czasu na
zaproszenie ojca Mugicy. Możliwe też, że tam pomieszkiwał.

Corbatta po
przyjeździe z Kolumbii nie miał nic. Znalazł pomoc w seminarium, gdzie w zamian
za posiłki uczył młodzież gry w piłkę. Zmagał się jednak z problemami, na które
w seminarium nie było miejsca. Zaprzyjaźniony ksiądz zapytał mnie, czy nie
mógłbym mu pomóc. San Telmo grało wówczas w Primera B, a ja był prezydentem
klubu. Musiałem najpierw porozmawiać z trenerem, który grał z nim razem w
Racingu. Był nim Alberto Rastelli. „Posłuchaj” – powiedział Rastelli – „jeśli
zagra jeden procent tego, co pokazywał za moich czasów, to niech przychodzi”.
Powiedziałem więc potem księdzu, żeby przywiózł go do San Telmo – opowiadał
Albino Bemposta. Księdzem, który prosił o pomoc dla Omara, był José Barbich z
parafii San Rafael, która też znajdowała się w Villa Devoto. Ten sam ksiądz
przy okazji debiutu Corbatty w nowym zespole mówił w rozmowie z prasą, że zna
go od małego i po powrocie z Kolumbii zaproponował mu kierowanie młodzieżowym
zespołem parafialnym. Możliwe więc, że zamiast w seminarium, Corbatta
pomieszkiwał u niego na parafii i to tam pomagał w szkoleniu młodych adeptów
futbolu. Warto jeszcze wspomnieć, że ksiądz Barbich był bliskim przyjacielem
kardynała Jorge Bergoglio oraz że to on udzielał ślubie Diego Maradonie i
Claudii Villafañe. O ile prześledzenie losów Corbatty od czasu powrotu z Kolumbii
do debiutu w nowym zespole jest już dzisiaj raczej niemożliwe, o tyle wiemy na
pewno, że w barwach San Telmo po raz pierwszy zaprezentował się 28 marca 1970
r. Jeśli zwykle na mecze przychodziło około tysiąca kibiców, to tego dnia
przyszło pięć tysięcy. Przyszli zobaczyć swojego idola, który wrócił. Nie tylko
miłośnicy San Telmo chcieli go oglądać. Przyszli nawet fani All Boys
[występujący wówczas na tym samym poziomie rozgrywkowym klub z Buenos Aires –
przyp. red.] – wspominał Bemposta. Ówczesny prezydent klubu zapewniał też, że
to on wynajął Omarowi mieszkanie w Ramos Mejía. Klub swoją siedzibę miał w Isla
Maciel w dzielnicy Dock Sud, czyli w tej samej okolicy, gdzie Corbatta przez
jakiś czas pomieszkiwał u ciotki na początku swojej przygody z Racingiem. Razem
z mamą poszliśmy go zobaczyć, kiedy debiutował. Byliśmy na trybunach podczas
tego wydarzenia. Świetnie grał w San Telmo – opowiadał Jorge Brianes, syn
kuzynki Omara Margarity. Dzielnicę Ramos Mejía dzieli od Isla Maciel około 25
kilometrów. Corbatta, żeby dostać się na trening, korzystał z komunikacji
miejskiej, co oznaczało kilka przesiadek po drodze. Razem z nim jednak tę samą
trasę zwykle pokonywał napastnik Carlos Pandolfi. Po drodze dużo rozmawialiśmy.
Mówiłem mu, że przeczytałem o nim wszystko i że był idolem mojego brata. Ciągle
jednak powtarzał mi, że popełnił dużo błędów. Mówił, że kiedy grał w Boca
czasami za dużo pił i się upijał. (…) Ale miał wielkie serce. Dzięki niemu
zdobyłem wiele bramek – mówił po latach Pandolfi. W wywiadach Corbatta
podkreślał, że jest bardzo wdzięczny, że dostał szansę w San Telmo. Narzekał,
że w Racingu nie znalazł pomocy i zwracał uwagę, że w jego nowym klubie
potraktowano go tak, jakby spędził tam wiele lat. Pensja, jaką otrzymywał, nie
była jednak zbyt wysoka i przez pewien czas dorabiał jako stróż w
hipermarkecie. Duża odległość pomiędzy mieszkaniem a stadionem sprawiała, że
nie zawsze brał udział w treningach. Zdarzało się też, że po zajęciach nie
wracał do domu, ale udawał się do dzielnicy La Boca, gdzie szukał pocieszenia w
alkoholu. W wywiadach zapowiadał, że na boisku będzie dawał z siebie wszystko i
że stać go na co najmniej dwa lata gry na wysokim poziomie. Niestety jego
lekceważący stosunek do treningów i brak dyscypliny spowodowały, że po paru
miesiącach coraz mniej nadawał się do gry. Poprosiłem go, żeby dobrze zakończył
rok. Ale on nie słuchał. Rastelli się wściekł i powiedział mi, że nie mamy
więcej co na niego liczyć – wspominał Bemposta. Po raz ostatni w barwach San
Telmo zagrał w grudniowym meczu z Ferro Carril Oeste. Ferro wygrało 2:0 i
awansowało do ekstraklasy. Po latach Corbatta wspomniał, że w trakcie przerwy
niektórzy z liderów San Telmo poprosili resztę, żeby nieco odpuścić, co bardzo
go wówczas zniesmaczyło. Prezes Bemposta jednak stanowczo temu zaprzeczał.
Corbatta przez dziewięć miesięcy gry w San Telmo strzelił dla klubu dziesięć
bramek. Siedem z nich padło po wykorzystanych przez niego rzutach karnych. Po
powrocie z Kolumbii Corbatta rozstał się też z żoną. Brak konkretnych
informacji, kiedy to dokładnie nastąpiło, ale według July było to właśnie w
czasie gry w San Telmo. Myślę, że zmusiła ich do tego sytuacja ekonomiczna.
Tata kurczowo trzymał się picia i wierzył, że z mamą i dziadkami będzie nam
lepiej. Jednak nigdy nie przestali się kochać. Mama zawsze to powtarzała. Nie
było dla niej nikogo lepszego niż tata. Zawsze go kochała – mówiła Iliana.

Po rozstaniu
z Omarem Silvia próbowała na nowo ułożyć sobie życie i związała się z innym
mężczyzną. W 1971 r. przeprowadzili się do Chascomús, gdzie Corbatta stawiał
pierwsze kroki w poważnej piłce. W połowie lat siedemdziesiątych Silvia wybrała
się do Buenos Aires i spotkała z Omarem. Przygotowała byłemu mężowi ubranie i
pieniądze i umówili się rano na śniadanie w hotelu Los Vascos. Mimo wczesnej
godziny Corbatta dzień zaczął od lampki wina, Silvia nie miała już nawet siły
się na niego złościć. To było jedno z ich ostatnich spotkań. Niestety z dziećmi
Omar nie miał już później praktycznie żadnego kontaktu. Iliana wspominała, że
kiedyś razem z matką i bratem pojechali do Buenos Aires, żeby załatwić jakieś
urzędowe sprawy. Spotkała wtedy ojca, ale nie chciała się z nim przywitać.
Ciągle miała do niego żal. Nigdy więcej go nie zobaczyła. Silvia utrzymywała
potem kontakt z Titą Mattiusi, która później opiekowała się Omarem i pytała ją,
jak sobie radzi jej mąż. Corbatta z kolei prosił Titę o przygotowanie kartek
świątecznych dla dzieci i napisanie im, że je kocha. Kiedy w telewizji
rozmawiali o tacie, albo gdy był jakiś reportaż, to mama zawsze robiła głośniej.
Mama i mój brat go uwielbiali. Siadali i wiedzieli, kim jest tata – wspominała
Iliana. Sama była zła na ojca i miała do niego żal. Gdy Wall zapytał ją, jak
długo ta złość w niej siedziała, Iliana odparła: ,,Dopóki nie zostałam matką.
Ale było już wtedy za późno. Jeszcze żył, kiedy Kimei, moja pierwsza córka,
urodziła się w kwietniu 1991 r. Chciałabym móc mu powiedzieć: „Spójrz, to Twoja
wnuczka”. Bardzo chciałabym z nim porozmawiać. Jednak tak się nie stało, bo nie
wiedziałam, jak mnie przyjmie. Miałam mętlik w głowie”– opowiadała z żalem
Iliana. Pięć miesięcy po swoim ostatnim meczu w barwach San Telmo Corbatta
rozpoczął kolejny etap swojej piłkarskiej przygody. Pewnego majowego wieczoru
1971 r. zjawił się na stacji Retiro i wsiadł do autobusu firmy El Valle, który
zabrał go ponad tysiąc kilometrów na południowy zachód od Buenos Aires. Celem
podróży było położone w północnej Patagonii miasto General Roca, gdzie miał
zostać zawodnikiem klubu Tiro Federal. Klubowi działacze od czasu do czasu odwiedzali
Buenos Aires, gdzie szukali wzmocnień zespołu. Najczęściej ich celem byli już
doświadczeni, odstawieni na boczny tor gracze, którzy jednak ciągle mogliby
wnieść sporo do drużyny. Poza nimi rozglądano się też za młodymi chłopakami,
którym nie poszczęściło się w zespołach z czołówki. Corbatta nie zaliczał się
raczej ani do jednej, ani do drugiej grupy piłkarzy. Mimo to, kiedy trener
Jorge Miranda dowiedział się, że Omar jest bez klubu, zapragnął mieć go w
swojej ekipie. To jednak nie było takie proste, bo najpierw trzeba było
ustalić, gdzie Corbatta obecnie przebywa. Zadanie to powierzono Raúlowi
Moralesowi, który jako były dziennikarz miał spore znajomości w stołecznym
regionie. Nie szukał jednak tylko Omara, ale rozglądał się za innymi wzmocnieniami.
Pierwszym piłkarzem, którego udało mu się znaleźć był napastnik Eduardo
Rosciglione, który jako 29-latek grał dla drużyny z sąsiedztwa. Razem z nim
Morales udał się kilka przecznic dalej, do sklepu obuwniczego, gdzie
Rosciglione przedstawił mu José Zagariego, 25-letniego obrońcę, który grał w
Deportivo Español. Dopiero później udało im się dotrzeć do Corbatty. Morales
twierdził, że znalazł go na stadionie Racingu, gdzie miał mieszkać, ale
Rosciglione zdecydowanie temu zaprzeczył. Według niego Omara znaleźli w
dzielnicy Mataderos na rogu ulic Murguiondo i Avenida del Trabajo (która
dzisiaj nosi imię Evy Perón), gdzie w barze na stacji benzynowej grał w karty i
raczył się winem. Corbatta nie odrywając się od gry, wysłuchał propozycji i
zapytał o pieniądze. Morales nie był w stanie podać konkretnej kwoty, ale
zapewnił go, że klub opłaci mu podróż, wyżywienie i zakwaterowanie na miejscu.
Omar się wahał i odparł, że jeśli nie będzie pieniędzy, to nigdzie się nie
wybiera. Wtedy spróbował przekonać go Rosciglione, który bardzo liczył na jego
towarzystwo w czasie podróży. Loco, chodźmy na kilka dni, zobaczmy, jak to
wygląda, a jeśli nam się to nie spodoba, to przynajmniej będziemy mieć dobre
wakacje – przekonywał Rosciglione. To wystarczyło. Corbatta stwierdził, że w
sumie nie ma niczego do stracenia i dwa dni później on, Morales, Zagari i
Rosciglione wyruszyli do General Roca. Położone w prowincji Río Negro miasto
General Roca znajdowało się na peryferiach wielkiego futbolu. Piłkarskie życie
kraju koncentrowało się wokół Buenos Aires, a jeśli jakaś klasowa drużyna
trafiła w te strony, to przeważnie podczas przedsezonowych przygotowań.
Kierownictwo klubu było bardzo podekscytowane, że udało im się sprowadzić
gracza z tak dużym nazwiskiem. Liczyli, że Corbatta stanie się lokalną gwiazdą,
przyciągnie na stadion więcej kibiców i zwróci uwagę krajowej prasy na ten
region. Dla miejscowych piłkarz stał się namiastką wielkiego futbolowego
świata. Mimo że nie mieli telewizji, to doskonale wiedzieli, kim jest Omar i
wielu znało jego historię. Kiedy dowiedzieli się, że Corbatta przybył do
miasta, to niemal oszaleli ze szczęścia i nie mogli w to uwierzyć. Corbatta
zamieszkał w pensjonacie, który prowadziła Corina Navarro. Była ona wdową i po
śmierci męża na tyłach domu zbudowała kilka pokoi do wynajęcia, co miało
zapewnić utrzymanie jej i ósemce jej dzieci. Pierwszą rzeczą, jaką trzeba było
zapewnić Omarowi, były piłkarskie buty, bo tradycyjnie już swoich nie posiadał.
Jego prezentacja w nowej drużynie odbyła się w siedzibie klubu przy ulicy
Tucumán. Corbatta wyjaśniał, że ustalił z trenerem Mirandą, że nie będzie grał
na skrzydle, ale w środku. Powiedział też, że oprócz gry na boisku będzie
pomagał w szkoleniu. Dodatkowo opowiadał o najlepszych latach kariery,
występach w reprezentacji i znakomitym turnieju w Limie.

0

@FCBparasiempre
Był to kolejny
z pozoru drobny incydent na coraz dłuższej liście występków Corbatty. Trener
tolerował jego zachowanie, ale do czasu. Rok 1966 zakończyli na drugim miejscu
w tabeli, a to oznaczało, że w kolejnym czekają ich występy w Copa
Libertadores. Hormazábal chciał jak najlepiej przygotować zespół do rozgrywek,
ale nie widział już w nim miejsca dla Omara. Poinformował Arriolę o swojej
decyzji, a prezes znalazł się w trudnej sytuacji. Nie chciał wybierać pomiędzy
piłkarzem, którego tu sprowadził, a trenerem, którego darzył szacunkiem. Zwrócił
się o pomoc do Leonardo Nieto, którego w mieście nazywano konsulem. Jego dwiema
największymi pasjami była piłka nożna i tango. Każdy Argentyńczyk mógł w razie
kłopotów liczyć na jego pomoc. Zaprosił całą trójkę wraz z żonami do siebie na
obiad, co miało załagodzić spór. Hormazábal zjawił się pierwszy i już zaczynali
jeść, gdy do drzwi zadzwonił Corbatta. Kiedy Omar dowiedział się, że trener też
jest na obiedzie, chciał odejść, ale Nieto przekonał go, żeby został. Podczas
posiłku obaj panowie nie rozmawiali o futbolu, ale jak później szli do salonu
na kawę, to było już widać, że trener wybaczył zawodnikowi, a Corbatta puścił
urazę w niepamięć. Szczęśliwy Arriola zapewnił jeszcze szkoleniowca, że jeśli
Omar znowu podpadnie, to osobiście zajmie się jego zwolnieniem. Rozgrywana w
1967 r. edycja Copa Libertadores była dopiero drugą, w której do udziału
zostali dopuszczeni także wicemistrzowie krajów. Deportivo Independiente
Medellín trafiło do dość silnej grupy. Oprócz mistrza Kolumbii, czyli Club
Independiente Santa Fe, ich rywalami były ekipy z Boliwii – Club Bolívar (mistrz) i 31 de Octubre La Paz
(wicemistrz) oraz z Argentyny – River Plate (wicemistrz kraju i finalista
sprzed roku) i Racing Club. Dla Corbatty mecze ze swoim byłym klubem były
szczególnym przeżyciem. Rywalizację zaczęli od wyjazdowej porażki 0:2 z Santa
Fe. Pod koniec marca i na początku kwietnia do Medellín przyjechać miały obie
argentyńskie ekipy. Pierwsze starcie zaplanowano 26 marca z Racingiem. Mistrz
Argentyny był oczywiście zdecydowanym faworytem. Trenerem zespołu był wówczas
Juan José Pizzuti, a jego podopieczni byli prawdziwą maszynką do wygrywania i
swoją grą budzili podziw całego kontynentu. Corbatta miał mieszane uczucie
przed starciem ze swoimi byłymi kolegami, ale miał nadzieję na dobry występ.
Liczył też, że fani i koledzy z zespołu o nim nie zapomnieli i ciepło go
przywitają. Nie przeliczył się, bo Pizzuti zaraz po przybyciu do Medellín
pierwsze, co zrobił, to zapytał o Omara. Sam mecz przebiegał zgodnie z
oczekiwaniami. Goście mieli przewagę i dość spokojnie wygrali 2:0 po golach
Humberto Maschio i Norberto Raffo. DIM przegrało, ale kolumbijska prasa
zauważała, że Racing wcale tak nie dominował na boisku, jak prognozowano przed
spotkaniem. Ale… Czy to był Racing? To nie był ten Racing, o którym tak dużo
się mówi. To był mistrz Argentyny? Tak. Tak wygląda „rewolucja” w futbolu w
jego ojczyźnie. Wczorajsze spotkanie było niczym więcej niż potyczką – pisano
dzień po meczu w El Colombiano. Dla Corbatty ten pojedynek był szczególny nie
tylko z powodu spotkania z dawnymi kolegami. To w starciu z Racingiem nie
wykorzystał jednego z kilku rzutów karnych w karierze, kiedy w końcówce meczu
jego strzał obronił Agustín Cejas. Bramkarz wyszedł do przodu, powiedziałem o
tym sędziemu, ale mnie zignorował. Nie wiem, co się ze mną stało… Możliwe, że
zjadły mnie nerwy. Uderzyłem tak samo, jak zawsze, mocno tuż przy słupku, ale
Cejas wyszedł. Co za nieszczęście. Nie rozumiem. Jak to się stało? Jak nie
strzeliłem karnego? – mówił po meczu dziennikarzom. Dla Racingu wyprawa do
Kolumbii była pełna wrażeń nie tylko sportowych. W drodze powrotnej niewiele
brakowało, żeby samolot, którym lecieli z Medellín do Bogoty, się rozbił, ale
szczęśliwie pilotowi udało się zapanować nad sytuacją i wyprostować maszynę.
Dziesięć dni po wizycie Racingu z DIM mierzyło się River Plate. W tym starciu
gospodarze również postawili dość twarde warunki i minimalnie przegrali z
zeszłorocznymi finalistami 0:1 po bramce Oscara Mása. Piłkarze tymi występami
wstydu raczej nie przynieśli i kibice mieli nadzieję, że równie dobrze
zaprezentują się w meczach rewanżowych. Niestety w Argentynie gospodarze nie
pozostawili złudzeń gościom z Kolumbii, kto lepiej opanował futbolowe
rzemiosło. 18 kwietnia DIM przegrało z Racingiem 2:5, a dwa dni później ulegli
River Plate 2:6.

Dla Corabtty
najważniejsze było jednak to, co wydarzyło się pomiędzy tymi spotkaniami. Po
meczu z Racingiem trener Hormazábal pozwolił argentyńskim piłkarzom na
opuszczenie hotelu, ale zaznaczył jednocześnie, że mają wrócić wieczorem w
przeddzień meczu z River Plate. Wrócili wszyscy oprócz Corbatty. Omar w hotelu
pojawił się dopiero następnego dnia. Nikt nie wiedział, co się z nim działo w
tym czasie, ale jasne stało się, że Corbatta znowu dał się ponieść nocnemu
życiu. Kiedy Arriola wszedł do jego pokoju, zastał piłkarza pijanego, a pod
łóżkiem walały się jeszcze puste butelki po piwie. Prezes klubu spełnił
obietnicę złożoną trenerowi i natychmiast odsunął Omara od zespołu. Wyrzucił go
też z hotelu, w którym zatrzymała się drużyna, ale nie odesłał do Kolumbii,
tylko zostawił na miejscu. Corbatta razem z żoną i dziećmi został w Buenos
Aires i zatrzymał się w domu teściów.

W
kolumbijskiej prasie zawrzało. Gazeta El Colombiano wytykała praktycznie całkowity
brak dyscypliny w zespole. Zwracano też uwagę, że Corbatta nie był jedynym,
który podpał w Buenos Aires. Również inni argentyńscy gracze raczyli się wtedy
winem, a dodatkowo wielu z nich miało też słabość do palenia. Hormazábal miał
rzekomo spoliczkować Corbattę, kiedy zobaczył, w jakim jest stanie, ale później
temu zaprzeczał. Pojawiały się wewnętrzne spory w zespole. Kolumbijczycy
skarżyli się, że Argentyńczycy cieszą się większymi przywilejami. Sprawa nie
ucichła po powrocie do kraju. W Boliwii DIM tylko zremisowało 1:1 z Bolívarem i
wygrali 2:1 z 31 de Octubre. Na dodatek wyniki Santa Fe również nie powalały na
kolana – trzy porażki i jeden remis. Magazyn Vea Deportes pisał o katastrofie
kolumbijskiego futbolu. O niepowodzenia kolumbijskich klubów zaczęto oskarżać
zagranicznych zawodników, którzy nie zawsze grali z pełnym zaangażowaniem i
często zabierali miejsce młodym Kolumbijczykom. W DIM występowało wówczas
więcej Argentyńczyków niż Kolumbijczyków. W prasie zaczęła się kampania na
rzecz rodzimych zawodników, w którą wkrótce zaangażowały się też władze, czego
efektem było wkrótce wprowadzenie limitu dla obcokrajowców. Od tej pory w
zespole musiało występować przynajmniej siedmiu graczy z Kolumbii. Rozbrat
Corbatty z Medellín nie był jednak ostateczny, gdyż wrócił do DIM w lutym 1968
r. Nie ma jednak zbyt wielu informacji o tym, co robił przed powrotem do
Kolumbii. Latem 1968 r. udzielił wywiadu magazynowi Vea Deportes, w którym
twierdził, że grał przez ten czas w klubie Comunicaciones, którego siedziba
znajdowała się tylko dwadzieścia minut drogi od domu jego teściów. Zespół ten
występował na trzecim poziomie rozgrywkowym, a jego szkoleniowcem był wówczas
bliski znajomy Omara Ángel Perucca. Był on byłym zawodnikiem Newell’s, a w
latach czterdziestych był ważnym elementem argentyńskiej reprezentacji. Nie ma
jednak żadnych zapisków, które potwierdzałyby, że Corbatta rzeczywiście
występował w Comunicaciones. Według Alejandro Walla najbardziej prawdopodobnym
wydaje się, że Omar mógł po prostu tylko trenować z tą drużyną do czasu, aż
jego sytuacja się nie wyjaśni. Corbatta miał też podjąć próbę powrotu do
Racingu, ale również tutaj brak jest konkretnych szczegółów. Chciałem zostać w
Argentynie, żeby grać, ale wygląda na to, że 30-latek jest już tu zbyt stary. U
mnie wszystko jest w porządku. Trochę mi smutno, że ludzie tutaj tak dużo mówią
o tym, że 30-latkowie są już za starzy. Ale tu w Argentynie bardzo się w tej
ocenie wszyscy mylą. Prawda jest taka, że jako piłkarz byłem… Naprawdę nie
potrafię siebie zdefiniować… Mogę powiedzieć, że z tego co wiem, to… wszyscy
mówią, że jako prawy skrzydłowy byłem niesamowity… Tak mówią ludzie, ale sam
nie wiem, jak będzie – mówił w wywiadzie udzielonym na lotnisku tuż przed
wylotem do Kolumbii. Do Kolumbii wrócił w lutym. Ciągle był popularny w
Medellín i kibice coraz głośniej zaczynali domagać się jego powrotu do zespołu.
W końcu Arriola ugiął się pod wywieraną przez sympatyków klubu presją i w
styczniu 1968 r. zaproponował Omarowi powrót do klubu. ,,Wszyscy gracze chcą,
żeby wrócił”– mówił Arriola na łamach El Colombiano. DIM było już wówczas innym
klubem. Słabe wyniki w Copa Libertadores spowodowały spore problemy finansowe i
realne stało się widmo bankructwa. Bardzo duże koszty wiązały się z meczami
wyjazdowymi zespołu podczas Copa Libertadores. W składzie było dziewięciu
Argentyńczyków i każdy z nich zabierał ze sobą rodzinę. W efekcie klub więcej
pieniędzy wydawał na zakwaterowanie niż na transport zespołu. Nowym trenerem
drużyny został Kolumbijczyk Rodrigo Fonnegra. Był on odpowiedzialny nie tylko
za wybór składu i opracowanie taktyki, ale do jego zadań należało też
przygotowanie fizyczne zespołu. Łączenie tych funkcji było pierwszym z wielu
elementów planu oszczędnościowego wprowadzonego w klubie. Tym, który zasugerował,
żeby ponownie sięgnąć po Corbattę, był Argentyńczyk Héctor Chichí Molina. ,,Wiedziałem,
że to zły pomysł. Jednak zespół potrzebował idola, a on właśnie takim idolem
był”– mówił Molina. Powrót Corbatty nie tylko złagodził nastroje wśród kibiców,
ale pomógł też zwiększyć wpływy z biletów. O tym, jak ważny dla sympatyków
klubu był Corbatta, przekonano się już w dniu jego powrotu, kiedy na lotnisku
wyczekiwała go spora grupa kibiców. Spodziewane większe dochody z biletów nie
rozwiązały jednak wszystkich kłopotów finansowych klubu, który miał nawet
problem z wypłacaniem pensji. Została więc utworzona spółdzielnia wśród
piłkarzy, która miała odpowiednio rozdzielać zyski. 42 procent dochodów zatrzymywali
zawodnicy, a reszta przeznaczona była na reklamę, pensje szeregowych
pracowników klubu i spłatę zadłużenia. Corbatta zgodził się na takie warunki i
zapowiedział, że z kolegami zarobią nawet więcej pieniędzy niż wcześniej, bo
jeśli nie będą wygrywać, to nie będą też mieli co jeść. Nieco zdziwiona jego
powrotem była kolumbijska prasa. El Colombiano miało wątpliwości, czy zawodnik
rzeczywiście zmienił swoje podejście, ale jeśli tak, to według gazety powinien
zostać w klubie przyjęty z wszelkimi honorami. Sam Corbatta w wywiadzie,
którego udzielił Vea Deportes, zapewniał, że to, co złe zostawił już za sobą.

,,Wracam z
czystą i podniesioną głową, żeby odpowiedzieć za moje słowa i czyny z
przeszłości, ale w duchu chcę zapomnieć o minionych czasach. To jest początek
nowego etapu”– mówił piłkarz. Fonnegra wiedział o problemach Omara, ale zdawał
sobie też sprawę, że Corbatta ciągle potrafi grać na wysokim poziomie. W
rozmowie z prezesem zasugerował, że Hormazábal być może nie potrafił
odpowiednio dotrzeć do Omara i że on sam ma na to inny pomysł. Corbatta, który
trochę przybrał na wadze, miał grać w środku, do czego ostatecznie udało się go
przekonać i był bardzo podekscytowany przed pierwszym meczem po powrocie, w
którym przeciwnikiem DIM był zespół Deportes Tolima. W tych okolicznościach
Argentyńczyk lśnił na boisku. Przy swojej nadwadze stale był w ruchu i
pokazywał tak charakterystyczną dla siebie kontrolę nad piłką – pisano po jego
powrocie na łamach Vea Deportes. Corbatta z żoną i dziećmi znowu zamieszkał w
dzielnicy Calasanz, ale w nieco innej okolicy niż poprzednio. Wiedli spokojne
życie, Silvia nie nawiązywała bliższych relacji z żonami innych piłkarzy, a
Omar większość czasu spędzał w domu. Zaprzyjaźnił się też z sąsiadem o imieniu
Guillermo, z którym często popijali razem piwo. Nydia – żona Guillermo –
przygotowywała im sancocho, czyli tradycyjną kolumbijską zupę z kurczakiem,
kukurydzą i ziemniakami, która była przysmakiem Omara. Silvia była piękna,
miała piękne ciało. Omar był wyjątkową osobą, bardzo dobrą. Byli bardzo swojscy
i dobrze się dogadywali, nigdy nie traktowali się źle. Naprawdę się kochali.
Omar i Silvia nigdy nie traktowali się źle i nigdy nie byli wplątani w żadne
skandale. Nie mieli luksusów. Nie mieli samochodu. Czasami przyjeżdżał tu
klubowy autobus – wspominała po latach swoich dawnych sąsiadów Nydia. W
Medellín nigdy nie opływali w luksusy, ale problemy finansowe klubu sprawiły,
że musieli żyć skromniej niż wcześniej. Wielu piłkarzy szukało jakiś
dodatkowych zajęć poza futbolem, żeby zwyczajnie sobie dorobić. Rodolfo Ávila i
Edgardo López otworzyli restaurację, Perfecto Rodríguez i Héctor Molina
założyli sklep sportowy, a Ramón García z Germánem Acerosem sklep obuwniczy. Z
kolei Corbatta, który nie umiał czytać i pisać, zaczął sprzedawać książki. W
ten biznes wkręcił go Molina, który początkowo sam się tym zajmował. Jego
kolega zajmował kierownicze stanowisko w wydawnictwie Plaza & Janés i
zapewniał towar, a Molina miał się zająć wynajęciem biura i znalezieniem
sprzedawców. Po jakimś czasie wpadł na pomysł, że dzięki swojej popularności w
tej roli dobrze sprawdziłby się Corbatta. Z każdej sprzedanej książki
otrzymywał dziesięć procent, a sprzedawał ich całkiem sporo. Wielu klientów
przychodziło głównie ze względu na niego, chcąc też przy okazji zrobić sobie
razem z nim zdjęcie. W pracy nie przeszkadzał mu fakt, że sam nigdy żadnej
książki nie przeczytał, bo zawsze obok był inny sprzedawca, który mógł udzielić
bardziej szczegółowych informacji na temat konkretnej pozycji. Corbatta miał tylko
ładnie wyglądać i być miłym dla ludzi. Praca pozwoliła mu nieco podreperować
domowy budżet, ale nie trwało to zbyt długo. Omar nie chciał mieć zbyt dużo
zobowiązań poza piłką, a dodatkowo źle się czuł na spotkaniach z innymi
sprzedawcami, gdzie wręczano mu długopis i notatnik, żeby mógł notować to, co
było na nich omawiane. Znowu bardzo dobrze prezentował się na treningach.
Często urozmaicał je sobie i kolegom różnymi konkursami czy popisami. Lubił
wieszać ręczniki na poprzeczce i potem trafiać w nie futbolówką. Swoimi
umiejętnościami przyciągał na treningi nie tylko fanów DIM, ale zdarzało się
też, że chętnie podziwiali go kibice Atlético Nacional. Darzyli go dużym
szacunkiem i cieszyli się, że piłkarz tej klasy gra w Medellín. Widok Corbatty
w barze Atlenal, który był miejscem spotkań fanów Atlético, nikogo wówczas nie
dziwił. Jednak do barów Corbatta nie zaglądał zbyt często, bo żona ciągle go
kontrolowała. To ona rządziła w domu pieniędzmi i pilnowała, żeby mąż nie
przesiadywał zbyt długo poza domem. Wolała go mieć pod kontrolą, nawet
pijanego, ale w domu niż na mieście. W oczach kolegów Omara z zespołu była
bardzo zaborczą kobietą, a niektórzy zarzekali się nawet, że uprawiała czary,
żeby kontrolować męża. Doświadczyłem tego pewnego popołudnia, kiedy graliśmy w
bilard. Byliśmy razem z Gallego i Santamaríą, a Omar zaczął się niepokoić i
chciał wracać. „Poczekaj stary, skończymy grać” – powiedzieliśmy mu. Ale to do
niego nie docierało i w końcu wyszedł. Mówiono, że Silvia zapaliła papierosa i
wypuszczając dym, powiedziała „za pół godziny mam go w domu”. To go
prześladowało – opowiadał Alfonso Jaramillo.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?