FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
15
Futbol jakiego nie znaliście:
Komunistyczne władze NRD stworzyły swego rodzaju taśmę produkującą sportowców. W procesie tym nie liczyły się zasady czy przyzwoitość. Ważne było tu i teraz. Sukcesy tylko umacniały przekonanie, że postępowanie to jest właściwe. Co jednak, gdy sportowcy łamali narzucane reguły? Wówczas mogło dojść do tragedii… i doszło. Posłuchajcie historii piłkarza, który opuszczając granice Niemieckiej Republiki Demokratycznej, wydał na siebie wyrok. Był nim Lutz Eigendorf. 5 marca 1983 roku. Lutz, wówczas gracz Eintrachtu Brunszwik, wracał do domu po meczu. W pewnym momencie naprzeciwko jego Alfy Romeo pojawiła się ciężarówka. Pędziła prosto na niego. Jej kierowca dodatkowo go oślepił światłami. Eigendorf chcąc uniknąć czołowego zderzenia zjechał z drogi. Niestety samochód uderzył w drzewo. Dwa dni później sportowiec zmarł w szpitalu. Ktoś mógłby pomyśleć – wypadek jakich wiele. Nie do końca. Eigendorf nie był zwykłym piłkarzem. Kilka lat wcześniej grał w Dynamie Berlin i uchodził za jednego z najbardziej utalentowanych zawodników swojego pokolenia. W 1979 roku wyjechał ze swoją drużyną na spotkanie z 1. FC Kaiserslautern. Nie wiadomo czy już wcześniej to planował, czy działał pod wpływem chwilowego impulsu, ale po wspomnianym meczu odłączył się od ekipy mistrza NRD, wsiadł do taksówki i wrócił do Kaiserslautern. Chciał zostać i grać dla „Die roten Teufel”. Działacze tego klubu przystali na jego propozycję, ale UEFA w związku z ucieczką z ojczystego kraju, nałożyła na niego karę rocznej dyskwalifikacji. Czy po upływie dwunastu miesięcy mógł zacząć normalną grę i życie? Nie. Dynamo Berlin było klubem milicyjnym. Chlubą Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej i jej szefa – Ericha Mielke. Gdy wspomniany jegomość dowiedział się, co zrobił Eigendorf (do tamtej chwili jeden z jego ulubionych graczy) wpadł w szał. W ciągu kilku dni, kilku agentów „Stasi” zostało wysłanych do RFN. Tam śledzili każdy krok „zdrajcy”. Aż do 1983 roku.
Śmierć Lutza nie była przypadkowa. Podejrzenia, że agenci tajnych służb maczali w niej palce okazały się trafne. W 1990 roku otwarto akta Służby Bezpieczeństwa NRD. Spora część dokumentów dotyczących Eigendorfa została co prawda zniszczona ale te które się zachowały dobitnie wskazywały na udział „Stasi” w śmierci futbolisty. Po wielu, wielu latach jeden z byłych agentów otwarcie przyznał, że dostał rozkaz zlikwidowania Lutza. Po jego odmowie poczyniono więc kroki, by w inny sposób zabić „zdrajcę ojczyzny”.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@AssisMoreira
@Adran360
11
Duma Katalonii w historycznym finale:
5 marca 1958 r. na Stamford Bridge w Londynie, FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz finałowy z reprezentacją Londynu w ramach Pucharu Miast Targowych. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2. Gole dla Blaugrany strzelili: Justo Tejada oraz Eulogio Martinez. To był pierwszy w historii finał Barçy europejskich rozgrywek pod egidą UEFA. Do rewanżu doszło 1 maja, o czym nie omieszkam wspomnieć.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@FcPortoFan1999 Jak również Rząsy, Kłosa a przede wszystkim triumfatora Ligi Mistrzów Jerzego Dudka! Najwidoczniej chciał się popisać, to się popisał!
9
(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:
4 marca 1953 r. urodził się Paweł Janas, obrońca, zdobywca 3 miejsca na MŚ 1982. ,,Główkowałem w kierunku naszej bramki, licząc że Józek Młynarczyk w razie czego złapie. Nie zauważyłem że zrobił pare kroków do przodu. Piłka go przelobowała i wpadła. Tak swój żywot dla reprezentacji zakończył Stadion Dziesięciolecia. Mogę chyba mówić, że dzięki mnie”- gorzko żartuje Janas. To był mecz z Finlandią 17 kwietnia 1983 r., który miał odpowiednio nakręcić Polaków w walce o awans do finałów mistrzostw Europy. Najgorsze że po samobóju Janasa Polacy stracili moc, siłę, szybkość, entuzjazm; dosłownie wszystko! Jedyny polski medalista mistrzostw Świata, który później awansował na mundial z Biało-Czerwonymi też w roli selekcjonera, gole strzelał bardzo rzadko a dla narodowej drużyny tylko raz, w towarzyskim meczu z Libią(5:0) w sierpniu 1979. W tamtych czasach środkowi obrońcy nie zapuszczali się z taką odwagą pod bramke rywali. Janas w polskiej lidze uzbierał łącznie 2 gole, oba jeszcze w czasach gry w Widzewie. Głowa zawiodła go tylko w tym niefortunnym meczu z Finlandią. Bardzo możliwe(choć wtedy nikt tego tak nie oceniał) że feralnym swojakiem zamknął nie tylko stadion ale również sobie dostęp do kadry. Następnie było jeszcze spotkanie z ZSRR, towarzyskie 45 minut ze Szwajcarią i na tym koniec. Janas grał wówczas we Francji, lecz wcale mu to nie pomagało w zatarciu złego wrażenia. Wręcz przeciwnie, gdyby występował w naszej ekstraklasie, wszyscy na co dzień widzieliby że jest w wysokiej formie. Nad Sekwaną go cenili ale tylko tam.
Gdy więc Antoni Piechniczek montował ekipe na mundial w Meksyku, najpierw w eliminacjach a potem w ostatnich miesiącach przed turniejem, akurat tego medalisty z poprzednich mistrzostw nie brał pod uwagę. ,,Mógłbym się z tym łatwo pogodzić, w końcu byłem już po trzydziestce, tyle że ja wciąż trzymałem poziom na miare kadry. Mój problem polegał na tym, że ani selekcjoner, ani nikt z jego sztabu nie pofatygował się do Francji by zobaczyć, co sobą prezentuje, pogadać na mój temat z trenerem Guy Roux”- tłumaczył się Janas. Był przecież filarem defensywy Auxerre, które liczyło się w Ligue 1. W sezonie 1983/84 było trzecie, w następnym czwarte i w tym bezpośrednio przed mundialem- siódme. W Polsce jednak na nikim nie robiło to wrażenia. ,, Kilka lat temu Piechniczek wysłał mi pocztą swoją biografie. Otworzyłem a tam odręcznie napisana dedykacja z przeprosinami że mnie wtedy nie powołał do Meksyku. Nie ma co przepraszać, czasu nie cofniemy”- macha ręką Janas. Po latach sam na mistrzostwa Świata w Niemczech nie powołał filarów reprezentacji a mianowicie Jerzego Dudka i Tomasza Frankowskiego. Upiera się że to co innego, bo wtedy byli w kiepskiej formie. Sprawdzał ich w meczach towarzyskich i mieli szanse się wykazać… ,,Ja takiej szansy nie dostałem, choć byłem uznawany za jednego z czołowych obrońców w lidze francuskiej! Można to zweryfikować nawet dzisiaj”- argumentuje Janas.
Nie było go też w ekipie na Igrzyska Olimpijskie w Montrealu. ,,Wytypowano mnie do grupki zawodników, która ma być w pogotowiu, gdyby ktoś wypadł z kadry. Polecieliśmy nawet do Korei Północnej z młodzieżówką U-23 żeby w sparingach utrzymać rytm meczowy. I na tej wycieczce się skończyło bo z drużyny Kazimierza Górskiego jednak jakoś nikt nie chciał wypaść”- wspomina Janas. Z kolei w Legii został dłużej niż wymagał tego czas zasadniczej służby wojskowej. ,,Po 2 latach byłem gotów wrócić do Widzewa, jednak prezes Sobolewski sam mnie prosił, bym tego nie robił. Gdybym wrócił Legia wyrównałaby sobie tę strate powołując innego młodego widzewiaka”- zaznacza. W Legii przygotowywał się do turnieju życia. Przeszedł szlak bojowy z drużyną Piechniczka zaakcentowany dwoma bezcennymi zwycięstwami nad NRD(1:0 w Chorzowie, 3:2 w Lipsku) w kwalifikacjach. Występ na Mundialu w Hiszpanii dał mi sportowe spełnienie, które obejmuje całą karierę. Medal mistrzostw Świata, i to w sytuacji, w której zagrałem we wszystkich meczach, sprawia że już zawsze będę mówił o tym z największa satysfakcją”- zapewnia Janas. Po powrocie do Polski jeszcze półtora sezonu spędził w Legii. ,,Dałem się namówić Jurkowi Engelowi, który wtedy prowadził drużynę”- przypomina. Ostatni mecz zagrał jednak u Andrzeja Strejlała. W finale Pucharu Polski z Lechem Poznań boisko opuścił już w 5 minucie z powodu kontuzji. Zastąpił go młody Marek Jóźwiak, który w kolejnych sezonach miał być nowym filarem defensywy Legii. Natomiast Janas został wtedy przy Łazienkowskiej jako uczący się trener, który już 7 lat później poprowadził drużynę do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360
0
@Recha_0684 Wniosek z tego że na TVP naszą Barcunie zobaczymy dopiero w finale, oczywiście jeśli do niego dojdzie...
10
Wybitne legendy rodzimego futbolu:
4 marca 1943 r. w Radzyminie urodził się Janusz Żmijewski, znakomity napastnik, który swoim dryblingiem czarował na boisku. Przygodę z piłką zaczynał w OKS Otwock. Kiedy miał 17 lat zwrócił na siebie uwagę działaczy Legii. Macierzysty klub dostał wówczas za niego komplet piłkarskich strojów i kilkanaście par butów. Żmijewski trafił do zespołu juniorów, gdzie sumiennie trenował pod okiem Wacława Kuchara. Wkrótce dostał powołanie na centralne zgrupowanie kadry juniorów i razem z kadrą juniorów pojechał na turniej UEFA do Portugalii, gdzie Polska zajęła drugie miejsce. Po powrocie do kraju trener Górski włączył go do pierwszej drużyny. 23 kwietnia 1961 r. zadebiutował na ligowych boiskach w spotkaniu z Zawiszą Bydgoszcz (2:2). W drugiej części sezonu coraz częściej pojawiał się na boisku, a 3 września w meczu z Lechem strzelił swoje dwie pierwsze bramki. Szybko stał się ważnym elementem zespołu i coraz bardziej imponował skutecznością. Kwestią czasu było powołanie do reprezentacji. Pierwszy raz w biało-czerwonych barwach Żmijewski zagrał 1 listopada 1965 r. w przegranym 1:6 meczu z Włochami. Debiutu więc pewnie nie wspomniał zbyt miło. Dwa lata później dostał drugą szansę. W eliminacjach mistrzostw Europy dał prawdziwy popis swoich umiejętności w meczu z Belgią na stadionie Heysel. Jako pierwszy Polak w historii ustrzelił wówczas hat-tricka, a obecni na meczu uczestnicy kursu trenerskiego z Afryki nagrywali mecz, a potem pokazywali go w swoich krajach, stawiając Żmijewskiego jako wzór skrzydłowego.
Kiedy w 1968 r. do Polski przyjechali wirtuozi z Brazylii i w meczu na Stadionie Dziesięciolecia wygrali z nami 6:3, to właśnie Żmijewski strzelił chyba najładniejszą bramkę w tamtym spotkaniu. Wszedł w pole karne z piłką przy nodze i mijając trzech obrońców, pokonał brazylijskiego bramkarza. W 1970 r. przed wylotem na rewanżowy mecz półfinału Pucharu Europy z Feyenoordem podczas kontroli na Okęciu znaleziono przy Władysławie Grotyńskim i przy Żmijewskim dolary. O zdarzeniu poinformowano generała Zygmunta Huszczę, który poręczył za zawodników i ostatecznie mogli wylecieć z kraju. Po powrocie Żmijewskiego zdyskwalifikowano i oddano pod kuratelę koła Związku Młodzieży Socjalistycznej przy klubie. Przewodniczącym koła był Andrzej Badeński, który był przyjacielem Żmijewskiego. Resocjalizacja polegała na zwiedzaniu stołecznych knajp i graniu w pokera. W czasie jednej z nocnych gier piłkarz wygrał nawet od znanej aktorki volkswagena garbusa. Kiedy Legia zwróciła się z zapytaniem, czy Żmijewski zrozumiał swój błąd i czy można mu zaufać, Badeński za niego poręczył i piłkarz mógł zagrać w meczu ze Standardem Liège. Kiedy pojawił się na boisku, wzbudził wielki aplauz publiczności, a w 20. minucie strzelił bramkę, podwyższając na 2:0 i Legia nie dała już sobie wydrzeć zwycięstwa, awansując do ćwierćfinału.
Z warszawskim klubem był związany przez 11 sezonów. Rozegrał dla Wojskowych 236 meczów w lidze i strzelił 60 goli. Dwukrotnie zdobył mistrzostwo (1969 i 1970) i dwukrotnie Puchar Polski (1964 i 1966). W 1972 r. opuścił Warszawę i przeniósł się do Ruchu. Potem zaliczył jeszcze dwa sezony w Avii Świdnik i również dwa w barwach warszawskiej Polonii. Oprócz tego występował jeszcze w Pogoni Siedlce i Elektroniku Piaseczno, aż w końcu w 1978 r. wyjechał do Kanady. Tam aż do połowy lat 90-tych występował w klubach polonijnych. Z reprezentacją pożegnał się 9 listopada 1969 r. w wygranym 3:0 meczu z Bułgarią w Warszawie. W Reprezentacji rozegrał 15 meczów, strzelając 7 goli.
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@Recha_0684 Mecz Bayernu z Bayerem też pokazują na Canal Plus ekstra. Poza tym mam wrażenie że Canal Plus każdy mecz Barcy pokazuje na swojej antenie, tak jakby na złość publicznej tv...
0
@mkord Nasz mecz z Benfiką będzie miał bardzo dużą oglądalność? A czasem mecz PSG z Liverpoolem nie większą? Biorąc jeszcze pod uwage że będzie na publicznej tv?
0
Pierwszym wyborem i hitem środowych meczów Ligi Mistrzów w Canal + jest spotkanie PSG z Liverpoolem. Nie rozumiem więc dlaczego ten Canal + nie pozwala publicznej telewizji na transmisje zdecydowanie mniej atrakcyjnego meczu Benfiki z naszą Barcunią?
2
@MesQueUnClub96 Evaristo de Macedo! Prosze sobie poczytać @DonAndrzejos
10
Wybitne legendy futbolu:
4 marca 1951 r. urodził się Kenny Dalglish, 3-krotny zdobywca Pucharu Europy Mistrzów Klubowych-1978,1981,1984(z FC Liverpool); Zdobywca Superpucharu Europy-1977(z Liverpoolem) oraz 6-krotny Mistrz Anglii-1979,1980,1982,1983,1984,1986.
Kenny Dalglish to przez wielu określany jako najlepszy gracz w historii Liverpoolu. Kenny bowiem w każdym meczu pokazywał wspaniałą grę i był postrzegany jako szczególny zawodnik w zespole. „Jego geniusz nie pokazuje tylko jego własnych zdolności, ale także pozwala stworzyć świetną grę całej drużyny” – powiedział o nim Bob Paisley, trener, który przeprowadził transfer Dalgisha w sierpniu 1977 roku. Gdy Kevin Keegan przenosił się z Liverpoolu do Hamburga za 500 000 funtów wcześniej zakupiony zawodnik, Dalglish postrzegany był jako zmiennik za tego właśnie zawodnika. Liczono, że poprowadzi on klub do nowych sukcesów. Król Kenny szybko stał się bohaterem zespołu. Późniejsza współpraca z Ianem Rushem stworzyła prawdopodobnie najpiękniejszy duet w historii angielskiej piłki. Kapitalna wręcz gra Dalglisha połączona z twórczym stylem Rusha dała efekt, jaki mogą stworzyć tylko prawdziwe piłkarskie legendy. W 1978 roku zdobył on bramkę w rozgrywkach Pucharu Europy. Gol ten, strzelony przeciwko Bruges na Wembley był jednym z podstawowych przykładów tego, jak może on zatrzymać przeciwników, a w końcu zadać śmiertelny cios. Wraz z Rayem Clemence, Alanem Hansenem, Graeme Sounessem i Billy Liddellem został laureatem jednego z najwyższych brytyjskich odznaczeń – MBE. Pewne jest, że jeżeli Dalglish miałby na swoim koncie tylko grę dla Liverpoolu już byłby bohaterem na Anfield. Jednak sukcesy zdobyte z klubem na pozycji menadżera gwarantują mu bezsprzeczny status legendy. Po ośmiu wspaniałych latach gry na Anfield, w 1985 roku otrzymał propozycję zostania pierwszym graczem i zarządzającym jednocześnie.
W przeciągu 5 lat został trenerem roku trzy razy i dwa razy poprowadził Liverpool do sukcesu w Pucharze Anglii. Przez następne kilka lat regularnie zdobywał wraz z drużyną jeszcze inne wspaniałe trofea. Dalglish doprowadził również do transferów wielu wspaniałych graczy, włączając do nich Johna Barnesa, Petera Beardleya czy młodego Jamiego Redknappa. Jednym z jego sukcesów w samej drużynie było doprowadzenie do piłkarskiego rozwoju wspaniałego gracza Alana Hansena i ustanowienia go kapitanem zespołu. Alan odwdzięczył się za wiarę Dalglisha w jego talent i pokazywał jedne z najpiękniejszych wystąpień w historii Anfield Road. Mówiąc o transferach w tamtym okresie warto wspomnieć zakup przez Dalglisha Johna Aldidge. Zastąpił on bowiem legendę Liverpoolu Iana Rusha, podobnie, jak Dalglish kiedyś zastępował Keegana. Wstrząsające wydarzenia na Hillsborough 15 kwietnia 1989 roku były jednocześnie końcem Dalglisha w Liverpoolu jak i w końcu z piłką nożną. Dalglish próbował znaleźć jakieś inne rozwiązanie z tej sytuacji, jednak owe wydarzenia przerastały tego wrażliwego człowieka. Dlatego też w 1991 roku zrezygnował ze stanowiska trenera twierdząc że napięcie i smutek po tragedii Hillsborough są ponad jego możliwości. Skutek odejścia można porównać tylko z opuszczeniem klubu przez Billa Shanklly’ego. Niewielu wówczas dyskutowało na temat samych powodów tego odejścia, głównie bowiem panowało przerażenie, że jeden z najlepszych okresów w historii klubu właśnie się kończył. Dla zawodników Dalglish był osobą, która zaraziła ich pasją i radością gry w piłkę. Coś takiego można było przeżyć jeszcze tylko za czasów Billa Shankly’ego. Jego kierownicze sukcesy udowodniły że jego kariera na Anfield nie była żadnym przypadkiem. W swojej karierze był także trenerem klubu Newcastle United. Jako kierownik spędził również stosunkowo krótki okres w Celticu. Obecnie odpoczywa od futbolu będąc na piłkarskiej emeryturze.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
14
O krok od spadku:
4 marca 1934 r. FC Barcelona zakończyła rozgrywki ligowe na… 9 pozycji z 10 zespołów w tabeli(z ligi spadała jedna drużyna). Na najgorszy sezon w historii złożyło się kilka czynników. Jednym z nich była rozpoczęta sezon wcześniej przebudowa składu. Ponadto plaga kontuzji i kryzys instytucjonalny, który skończył się dymisją prezydenta Joana Comy. Barça w tamtym sezonie przegrała wszystkie mecze wyjazdowe a wygrała osiem u siebie, tracąc jedynie 2 punkty w meczu z Realem Madryt. Co ciekawe od trzeciego miejsca w tabeli Blaugrane dzieliło zaledwie 3 punkty, co świadczyło o bardzo wyrównanej walce.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
3
Taki zawodnik może w dalszym ciągu generować wokół siebie zamieszanie i afery, nie wspominając już o namnażających się kontuzjach. Jakość piłkarska też u niego mocno spadła, tak więc jestem całkowicie przeciwny takiemu transferowi.
8
@FCBparasiempre
Zico przyszedł na świat w 1953 roku a był wychowywany przez portugalskiego piekarza Jose, który kibicował Flamengo. Ale najwięcej zawdzięcza chyba przenikliwości... radiowca. Bez niego chłopak, który jest już mężczyzną w słusznym wieku, mógłby nie zostać wielkim piłkarzem. Gdy Zico miał trzynaście lat, zainteresował się nim Celso Garcia, reporter z radia, który(jak się okazało) otworzył mu drzwi do Flamengo. Tam zaczął testy. W dorosłej drużynie też szybko poszło. Dowód? W wieku 18 lat miał 22 mecze i strzelił 20 goli(!) a nie grał bynajmniej w środku ataku. Nie było mu jednak łatwo na początku w walce z rywalami. Niektórzy ironicznie nazywali go nawet... kurczakiem (por. ,,galinho”, zdrobnienie od ,,galo”), bo był po prostu wątły. Dostał ksywę "Galinho de Quintino", dlatego że Quintino Bocaiuva to dzielnica Rio, w której się wychował. Jeśli chodzi o sukcesy z Flamengo, to długo można wymieniać. Cztery tytuły mistrzowskie w kraju, siedem triumfów w mistrzostwach stanu Rio. Po kilka razy w tych rozgrywkach zdobywał koronę króla strzelców. Mało? No to przypomnijmy, że triumfował jeszcze w Copa Libertadores (a to była pierwsza wiktoria Flamengo w Copa). Później było jeszcze zwycięstwo w Pucharze Interkontynentalnym. Pewne 3:0 z Liverpoolem. A dorobek reprezentacyjny to 72 mecze i 52 gole. Neymar, Pele, Ronaldo, Romario są co prawda lepsi, ale to żadna ujma. To nawet przywilej być wymienianym w takim towarzystwie. Było ich trzech, a każdy zasłużył się na tyle, że do dziś są wspominane ich występy. Zico, Gabriel Barbosa i Adriano to bohaterowie Flamengo, którzy zapewniali tej drużynie splendor. Łączą ich nie tylko sukcesy. Chodzi też o symbolikę. Gracze określani kolejno jako Król, Książę i Cesarz wkładali w różnych okresach koszulki z numerami 9 i 10. Z nimi wiąże się uznanie i pewien mit. Skupmy się jednak na Zico. Dość szybko zaczął oswajać się z tą "dychą", bo już w szkółce piłkarskiej w 1968 roku. A nr 9 miał na koszulce od 1971. To wtedy przebił się do pierwszej drużyny. Mecz przeciwko Vasco da Gama w ,,Taca Guanabara” 29 lipca 1971 był jego debiutem. Dodajmy, że zakończony wygraną 2:1. Ta "dziesiątka" na plecach to, szczególnie w Ameryce Południowej, coś zgoła kultowego. Dlatego nie może zaskakiwać, że ten, który uchodzi za największego idola w historii Flamengo, wrócił do "dychy" w 1974 roku, bo wtedy jego pozycja była już naprawdę mocna.
Czytając opinie kibiców Flamengo można dowiedzieć się, że Zico, jak to zostało przez nich określone, "stworzył emblematyczną koszulkę z numerem 10 we Flamengo". To on dał klubowi światowy rozgłos. A owa "dziesiątka" stanowiła dla niego dodatkową motywację i inspirowała do rzeczy wielkich. To wymowne, że właśnie z tą "dychą" miał tak istotny wkład w największe osiągnięcia klubu, z którym w dodatku tak bardzo się utożsamiał. To wtedy wygrał Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny w 1981, a nie zapominajmy o tytułach Campeonato Brasileiro. Sława Zico rosła stopniowo, ale stać go było od początku na piękne gesty. Nie popadał w samozadowolenie, twardo stąpał po ziemi i nie cierpiał na megalomanię. Dowód? Gdy na Maracanie miał 6 kwietnia 1979 wystąpić "Król futbolu" w meczu charytatywnym z Atletico Mineiro, to Zico oddał Pelemu "dziesiątkę" Flamengo. A o co grano? Na szczytny cel. Dochód przeznaczono dla dotkniętych przez ulewy w stanie Minas Gerais. Kataklizm był taki, że zginęło 246 osób, a tysiące straciły dach nad głową. Wirtuozów podziwiało 140 tys. Brazylijczyków, a wynik końcowy to 5:1 dla Flamengo. Trzy gole strzelił Zico. Co ciekawe, Pele nie zdobył bramki, choć miał sposobność. Odmówił jednak strzelania z karnego. Wnikliwy badacz dziejów Flamengo, historyk futbolu Mauricio Nevesa przekonuje, że gdy Zico dostał już numer 10, to oddał go na krótko tylko dwa razy: raz Pelemu, a w 1983, gdy grał już w Udinese i wrócił do kraju, by wystąpić w pożegnalnym meczu bramkarza Raula. "Dziesiątkę" dostał Tita, a Zico wystąpił z numerem 11. Zico był często określany jako "biały Pele", co jest bardzo wymowne. To piękna egzemplifikacja jego wielkości. Trzy razy został najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej, a działo się to w latach: 1977, 1981, 1982. W 1983 werdykt "World Soccer" ucieszył go najbardziej, wszak został najlepszym piłkarzem na świecie. Złotej Piłki jednak nie zdobył, bo... nie mógł. Do 1995 dostawali je tylko gracze z Europy. Po mundialu 2014 otwarto na Maracanie muzeum, w którym są pamiątki z mistrzostw świata. Także takie związane z trzema największymi w brazylijskim futbolu, którzy zadziwiali glob przez lata. Trzeba tu zrobić istotne zastrzeżenie: dwaj pierwsi byli niekwestionowanymi artystami, a Zico? On jednak budził wątpliwości estetów i zapamiętałych romantyków. Paweł Gunia, skaut Anderlechtu Bruksela, je rozwiewa. Brazylijczycy najbardziej cenią to, jak zawodnik kopie piłkę. To jest dla nich ważniejsze od... dryblingów. Zico umiał kopnąć ją jak wirtuoz. Nie dziwmy się zatem, że na Maracanie postawiono pomnik legendarnemu piłkarzowi Flamengo. Został tak upamiętniony gol, którego strzelił w 1982 podczas hiszpańskiego mundialu w meczu z Australią. Figura z brązu przedstawiająca Zico jest przy schodach wejściowych.
W 1980 doszło do rewolucji w brazylijskiej piłce. Selekcjonerem został 49-latek z Minas Gerais, który zyskał uznanie jako trener klubowy, prowadząc efektownie grające Atletico Mineiro z Belo Horizonte i Gremio Porto Alegre. Mowa o Tele Santanie. Stawiał na przygotowanie techniczne i granie "swojego futbolu", unikał dostosowywania ustawienia do rywali. Kierował się zasadą: perfekcja w każdym zagraniu i brak taktycznych rygorów. Przedkładał zespół nad indywidualności. Patrzył na poziom wyszkolenia piłkarzy i ich regularność, nie zważając na siłę fizyczną i wybieganie w takim stopniu jak poprzednik Claudio Coutinho. Jednocześnie, mimo że zasadniczy, to na pewno nie był pragmatyczny. Przeciwnie, kochał piękno futbolu. Znakiem rozpoznawczym jego Brazylii była fenomenalna druga linia złożona z Falcao, Cerezo, Zico i Socratesa. Z nią to była zjawiskowa drużyna. Bartłomiej Rabij, ekspert od latynoskiej piłki, pisał w książce "Podcięte skrzydła kanarka. Blaski i cienie brazylijskiego futbolu" tak: "To, co wymyślił Santana na mundialu 1982 było futbolowym cudem. Bo jego drużyna grała wprost cudownie, lekko, bajecznie i przyjemnie dla oka. Między genialną Brazylią z 1970 a drużyną Pepa Guardioli z lat 2008-2012 tylko Brazylia Tele Santany grała równie widowiskowy futbol. Pewnie, że ktoś może dorzucić Holandię, może Ajax z Cruyffem i Keizerem, może Milan Sacchiego, ale pisząc wprost: Brazylia grała na początku lat 80-tych futbol zjawiskowy". Tamta Brazylia miała dwóch kreatywnych defensywnych pomocników (Cerezo i Falcao), dwóch graczy schodzących na flanki (Eder obsadzał wtedy lewą, a Socrates lubił działać w centralnej strefie boiska). Był też duet napastników, a jako cofnięty grał właśnie Zico. Z kolei na szpicy Serginho Chulapa. Ta drużyna nie miała tylko chyżego środkowego napastnika, była za to grupa "naturalnych" ofensywnych pomocników, brakowało natomiast prawoskrzydłowego i prawego pomocnika. Santana grał va banque i oddawał prawą stronę rywalom. Dopiero później dostrzegł niedoskonałości swojej koncepcji. Brazylia do dziś z trudem wspomina klęskę z Urugwajem z 1950, ale to, co działo się w 1982, gdy zespół z Ameryki Południowej odpadł już w drugiej fazie grupowej, także jest zadrą, która wciąż uwiera. To był mecz, w którym pięknej Brazylii z Zico, Falcao, Socratesem wystarczał, by awansować do półfinału remis z Włochami a przegrała 2:3. Rossi strzelił wszystkie gole dla rywali. Po latach Zico i Rossi znaleźli się w galerii sław FIFA wraz z Karlem Heinzem-Rummenigge i Ronaldo. Niemiec to mistrz Europy z 1980 roku i dwukrotny wicemistrz świata, do niedawna prezes Bayernu Monachium, a trafił do galerii dopiero jako czwarty z tego kraju. Wcześniej ten zaszczyt spotkał: Franza Beckenbauera, Gerda Muellera oraz Lothara Matthaeusa. I tak dołączył do Brazylijczyka Pelego, Argentyńczyka Diego Maradony oraz Holendra Johana Cruyffa. Ronaldo był dwa razy mistrzem świata, a Zico zajął tylko trzecie miejsce na mundialu 1978, ale wiele razy był mistrzem Brazylii. Tak tłumaczono ten wybór. A Rossi to mistrz świata z 1982, król strzelców oraz najlepszy zawodnik turnieju. Galeria sław otwarta przez FIFA w 2011 roku ma siedzibę w meksykańskiej miejscowości Pachuca, w której w 1901 roku założono pierwszy w tym kraju piłkarski klub. Znajduje się tam również muzeum futbolu.
Po zakończeniu kariery piłkarskiej Zico nie próżnował. Jeśli chodzi o najciekawszy punkt w jego życiorysie, to można wskazać wizytę w siedzibie Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej (FIFA) w Zurychu, która miała miejsce w 2015. Wtedy zapewniał, że poważnie rozważa włączenie się do walki o stanowisko prezydenta tej organizacji. Starając się przekonać do siebie prominentów z FIFA, dodawał, że "ma wystarczająco dużo wiedzy, by zaproponować zmiany, które "uzdrowią atmosferę wokół organizacji". Deklarował też, że zamierza wprowadzić zmiany, które zostaną przez wszystkich przyjęte z aprobatą. Podkreślał, że zrobił karierę na boisku i poza nim, więc futbol nie ma dla niego żadnych tajemnic. Dobrze wie, jakie rozwiązania są niezbędne. Tłumaczył, że na jego korzyść działa to, iż nigdy nie był związany z żadną frakcją FIFA, że jest kimś z zewnątrz, kto nigdy nie miał udziału w wątpliwych projektach. A kibice znają go tylko jako piłkarza i trenera, więc nie myślą o nim jako o działaczu, bo nigdy nim nie był. Gdy składał tę pamiętną wizytę w siedzibie FIFA i przedstawiał plan działań, to spotkał się z ówczesnym prezesem Seppem Blatterem. Ten Brazylijczyk był twardy i stanowczy, zdobył się na ostrą krytykę systemu wyborów szefa FIFA wskazując, że każdy kandydat musi mieć poparcie minimum pięciu federacji narodowych. Przy okazji Zico zdradził, że nie zdobył na razie poparcia ani jednego (także Brazylii), ale liczył, że do terminu zgłaszania kandydatur uda mu się to zrobić. Wiemy dobrze, co z tego wyszło. Wtedy był już trenerem Indian Club Goa i, jak sam mówił, nie miał za dużo czasu na wojaże po świecie i zdobywanie poparcia. Może to dobrze dla niego, bo mimo dobrych chęci pewnie miałby niewielkie szanse, by oczyścić skorumpowaną organizację. Był taki czas, gdy we Flamengo kwestionowano niezwykły rekord Leo Messiego. Przypomnijmy, o co dokładnie chodziło w tej sprawie. Historyk Bruno Lucena zaskoczył wszystkich w 2012 twierdząc, że Zico strzelił najwięcej goli w jednym roku, czyli 1979. Był jeszcze grudzień, więc Leo dołożył jeszcze dwa trafienia zamykając temat, ale ustalenia tego historyka są ciekawe. Tym bardziej, że wielu twierdziło, iż Messi gonił za rekordem Gerda Muellera. Niemiecki napastnik strzelił 85 goli w ciągu roku (1972), czyli mniej niż Zico. Co więcej, Brazylijczyk stracił część sezonu przez kontuzję. Lucena utrzymuje więc, że gdyby grał przez cały rok, to przekroczyłby granicę stu goli! Tak czy inaczej Zico to jeden z piłkarzy wszech czasów. Będąc pomocnikiem zdobył 647 bramek w rozgrywkach klubowych i ponad 50 dla reprezentacji Brazylii. Zico postanowił z kolegami podczas pandemii zachęcić rodaków do współpracy i przekazywania pieniędzy na pomoc dla przeludnionych faweli. Z inicjatywy Paulo Roberto dziewiętnastu byłych piłkarzy nagrało specjalny film, by przekonać rodaków do darowizn. Falcao przypomniał, że reprezentacja Brazylii z 1982 roku była znana z kreatywności i jedności, więc apelował o podobne działania w pandemii, by pomóc krajowi. ,,Biały Pele” został legendą Flamengo i reprezentacji Brazylii, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nie jest doceniany w takim stopniu, na jaki zasłużył. Grał w piłkę z rozwagą, ale też finezją. Po zakończeniu kariery nie zatracił się w nałogach, umie nadal trzeźwo myśleć. Jest już ostatnim z wielkiej trójki. Odeszli Pele i Garrincha.
9
Wyjątkowe legendy futbolu:
Dokładnie 72 lata kończy dziś Arthur Antunes Coimbra. O wspaniałej brazylijskiej legendzie przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
11
Wybitne legendy węgierskiego futbolu:
3 marca 1922 roku w Budapeszcie urodził się Nandor HIDEGKUTI (właściwie Nandor Kaltenbrunner). Był jedną z gwiazd złotej węgierskiej jedenastki - drużyny, która na początku lat 50. XX wieku zapoczątkowała nową erę w futbolu. Niepokonanej przez cztery lata, ogółem w 32 kolejnych meczach! Do legendy przeszły zwycięstwa Węgier nad Anglią - 6-3 w Londynie jesienią 1953 roku i 7-1 w Budapeszcie kilka miesięcy później. Hidegkuti to mistrz olimpijski z Helsinek (1952), wicemistrz świata (1954), wybitny strzelec i genialny drybler. Pytany o najlepszych piłkarzy, których spotkał na boisku, odpowiadał: bramkarz - Gyula Grosics, obrońca - Djalma Santos, pomocnik - Jozsef Bozsik, napastnik - Ferenc Puskas. Jesienią 1953 roku futbolowy świat wstrzymał oddech - Węgrzy upokorzyli na Wembley niepokonanych u siebie Anglików, trzy z sześciu goli strzelił Nandor Hidegkuti. Dwadzieścia lat później bohater niezwykłego meczu został trenerem Stali Rzeszów. I poniósł klęskę. Był jedną z gwiazd Aranycsapat - złotej węgierskiej jedenastki, prawdopodobnie najlepszej piłkarskiej drużyny XX wieku. A już na pewno najlepszej spośród tych, które nie zdobyły mistrzostwa świata. W bramce stał Gyula Grosics, w obronie grali Gyula Lorant, Jeno Buzanszky i Mihaly Lantos, w pomocy - Jozsef Bozsik i Jozsef Zakarias, w ataku Sandor Kocsis, Laszlo Budai, Nandor Hidegkuti, Zoltan Czibor i najsłynniejszy z nich Ferenc Puskas. Kres zjawiskowej drużyny nastąpił w 1956 roku, po tym, jak sowieckie czołgi zdławiły budapeszteńską rewolucję. Ale Węgrzy mieli już za sobą jeden dramat - dwa lata wcześniej przegrali w finale mistrzostw świata z Niemcami. W meczu, który przeszedł do historii pod nazwą "Cudu w Bernie". Dla rządzących krajem komunistów, wykorzystujących istnienie złotej jedenastki do celów propagandowych, to był cios. Piłkarze wracali do domów chyłkiem, pod osłoną nocy. Sugerowano, że sprzedali mecz za kilka mercedesów. Bramkarza Grosicsa oskarżono o zdradę i szpiegostwo. Do dziś żyje jeszcze tylko on i Buzanszky, który nie tak dawno odwiedził Warszawę. Hidegkuti dorastał w ubogiej dzielnicy Budapesztu, ale pochodził z arystokratycznej rodziny i naprawdę nazywał się Kaltenbrunner. Komuniści zmieniali jednak zawodnikom nazwiska na bardziej węgierskie. ,,Trener Gustav Sebes nazywał się Scharenpeck i miał pochodzenie żydowskie. Puskas to Purczeld, Lorant - Lipovics, Budai - Bednarik, Lantos – Lendenmayer”- przypomina Stefan Szczepłek, dziennikarz "Rzeczpospolitej", który w "Mojej historii futbolu" opisuje jak Sebes zagrał na nosie ideologom broniącym socjalistycznej ojczyzny przed burżuazją. Polecił nakręcenie propagandowego filmu, na którym matka Hidegkutiego przedstawiona jest jako przodownica pracy w cegielni. Mało kto jednak wie, że Hidegkuti posiadał wyraźny polski rodowód. O jego śmierci, 14 lutego 2002 roku, poinformowały wszystkie najważniejsze media sportowe świata a poważne brytyjskie gazety wydrukowały obszerne wspomnienia.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
15
El Clasico w cieniu skandalu:
3 marca 2001 r. Real Madryt zremisował w 25 kolejce La Liga z FC Barcelona na Bernabeu 2:2. Jednak ten klasyk powinien był zakończyć się wygraną Blaugrany. Dlaczego tak się nie stało? Otóż sędzia Losantus Omar anulował prawidłowo strzelonego gola w ostatniej minucie przez Rivaldo. Asystent głównego zasygnalizował pozycję spaloną trzech piłkarzy Barçy, choć żaden z nich nie brał udziału w grze a piłka uderzona przez Brazylijczyka odbiła się od nogi Ivana Helguery. Ani hiszpański obrońca, ani Iker Casillas nie protestowali, zupełnie nie spodziewając się iż gol nie zostanie uznany. Rivaldo stracił tym samym hattricka, gdyż wcześniej dwukrotnie odpowiadał na trafienia Raula Gonzaleza. Królewscy utrzymali 9 punktów przewagi nad Dumą Katalonii, która w efekcie straciła szanse na mistrzostwo Hiszpanii. Po meczu El Mundo Deportivo grzmiało ,,Kradzież stulecia”. No cóż, nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz ,,niezależni” sędziowie robią nas w c***a.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
1
@Sinirsey Nie wydaje mi sie...
10
Wszystkiego najlepszego ,,Murzynie”. Zdrowia, szczęścia i słodyczy cała Polska tobie życzy! Wiecie kto ma ksywke ,,Murzyn”? Większość kibiców Widzewa zapewne wie a przynajmniej powinna. Dzisiaj 69 lat kończy Zbigniew Boniek, postać, której nie musze chyba nikomu przedstawiać. Jednak jaki miał charakterek były prezes PZPN, to nie każdy sobie z tego zdaje sprawę. Otóż ,,Murzyn” swego czasu(jako piłkarz) grając w Widzewie, z kilkoma kolegami sprzedał mecz, w którym grał po raz pierwszy(i bodaj ostatni) jako…. środkowy obrońca! W przerwie meczu, pomocnik Widzewa, Ś.p. Krzysztof Surlit omal nie zatłukł Bońka na śmierć! Zdarzenie to miało miejsce w meczu z Pogonią Szczecin w kwietniu 1978 r. w 27 kolejce ekstraklasy(ówczesnej pierwszej ligi). Jeśli ktoś nie dowierza to odsyłam zainteresowanych do książki ,,Wielki Widzew”-rozdział VI.
@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@FcPortoFan1999 No w finale to tylko Górnik Zabrze zagrał...
0
@FcPortoFan1999 No właśnie po meczu z Liverpoolem zagrali w półfinale z Juventusem!
0
@FcPortoFan1999 No ba!!! Wówczas wygrałby z każdym!
11
Epokowe mecze w historii polskiego futbolu:
2 marca 1983 r. Widzew Łódź pokonał FC Liverpool 2:0 na stadionie ŁKS-u w ćwierćfinale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Są takie mecze, które zapewniają miejsce w historii. Dla Widzewa właśnie takim spotkaniem było to z 2 marca 1983 roku. Już awans do ćwierćfinału Pucharu Europy zespołu prowadzonego przez Władysława Żmudę był największym osiągnięciem w historii klubu. W nagrodę Włodzimierz Smolarek i spółka dostali szansę sprawdzenia swoich umiejętności na tle najlepszej drużyny Europy, bo za taką uznawany był wówczas naszpikowany gwiazdami europejskiej piłki Liverpool. ,,The Reds” triumfowali w tych rozgrywkach trzykrotnie w poprzednich sześciu sezonach, a w tym czasie po puchar sięgały tylko angielskie kluby. Dlatego przed dwumeczem żaden z ekspertów nie dawał Widzewowi najmniejszych szans na końcowy sukces. Zainteresowanie starciem na stadionie ŁKS-u było ogromne. Kibice wypełnili nie tylko trybuny. Co odważniejsi wspinali się na maszty oświetleniowe, inni zajmowali miejsca na hałdach śniegu odgarniętego z płyty boiska. Wszyscy chcieli na żywo zobaczyć nie tylko wielkiego rywala, ale także wielką sensację z udziałem mistrzów Polski. Z całą pewnością nie zawiedli się. Wiadomo było że tamten sezon to pożegnanie Boba Paisleya, ówczesnego trenera Liverpoolu. Wszystko było ekscytujące. Po losowaniu była więc radość i podniecenie, lecz teraz tylko obawa przed kompromitacją. W dodatku na 5 dni przed meczem piłkarzy Widzewa zaatakowała epidemia grypy.
Pojawiły się plotki że piłkarze symulują żeby uprzedzić ewentualny atak prasy po wysokiej porażce. ,,Nie było żadnego symulowania. Kilku podstawowych zawodników, sześciu, może siedmiu naprawdę było poważnie chorych”- wspominał Tadeusz Świątek. We wtorek dzień przed meczem piłkarze spotkali się z trenerem na stadionie ŁKS i odbyli trening. Żmuda przywiózł ze sobą sporo materiału do przemyśleń. Zawodnicy mieli do niego duże zaufanie. Odprawa taktyczna była w przypadku tego mistrza analizy znacznie ważniejsza niż w innych klubach. Żmuda bardziej niż większość szkoleniowców wierzył w sprawczą siłę rozgryzania przeciwnika. Działacze Widzewa nazywali go nawet ,,Profesorem Tutką”. ,,Miał niezwykłą umiejętność rozpracowywania rywali. Potrafił wyjątkowo celnie opisać słabe i mocne strony. Był znakomity taktycznie. Przedstawiał zawodnika ze szczegółami, jakie ruchy najczęściej wykonuje, w którą stronę się obraca i można było na tym polegać”- opisywał Mirosław Myśliński. Szkoleniowiec Widzewa został ugoszczony przez rywali, obejrzał i nagrał mecz wyjazdowy Liverpoolu z Manchesterem U. ,,Z powrotem jechałem autokarem klubowym z Liverpoolem, rozmawiałem z trenerem Paisleyem. Pytałem go o różne rzeczy a on nawet nie zapytał o pogode w Łodzi. Byli tacy pewni siebie! Asystent Paisleya był wcześniej w Łodzi ale obserwował Widzew zaledwie 10 minut i jak mówią Widzewiacy zapytał gdzie w okolicy można napić się piwa”- opowiadał Władysław Żmuda. ,,To była fantastyczna drużyna. Kenny Dalglish, Ian Rush… Wiedzieliśmy że same umiejętności nie wystarczą, że są lepszymi piłkarzami”- przyznawał Krzysztof Kamiński. Piłkarze Widzewa na grząskim i lekko zmrożonym boisku na pewno zaskoczyli rywali atakiem od pierwszych minut. Jeszcze w pierwszej połowie bliscy zdobycia gola byli Grębosz i Tłokiński. Jednak to Liverpool był bliższy celu, jeśli za taki uznać wywiezienie z Łodzi choćby punktu.
W pierwszej połowie Ronnie Whelan strzelił nawet gola ale Jugosławiański sędzia odgwizdał spalonego. Po przerwie strzelił Tłokiński, który zgodnie ze wskazówkami Żmudy trzymał się blisko Grobbelaara. Bramkarz z Zimbabwe wypuścił piłke z rąk po dośrodkowaniu Grębosza i Tłokiński z 10 metrów wbił ją do pustej bramki. Natomiast Wiesław Wraga, malutki skrzydłowy, ten sam, który tak fantastycznie wszedł do zespołu w rundzie jesiennej, teraz zaczynał mecz na ławce rezerwowych. Na boisku pojawił się w 70 minucie w miejsce Filipczaka a 10 minut później po dośrodkowaniu Grębosza strzelił głową z 16-tu metrów. Właśnie on, piłkarz, który mierzył zaledwie 167 cm., najniższy na boisku! Młynarczyk zachował czyste konto. Był to kolejny fantastyczny mecz tego bramkarza. ,,Myślę że Józek był wtedy najlepszym na swojej pozycji na świecie. Oczywiście nasza prasa pisała że Dasajew jest najlepszy ale to była bzdura. W tym meczu idealnie pokazał się na tle Grobbelaara. Ten również uchodził za znakomitego bramkarza ale jednak Józek był klase wyżej”- mówił Tadeusz Świątek. Ostatecznie Widzew z dwubramkową przewagą z pierwszego meczu nie mógł być niczego pewnym w rewanżu a tym bardziej nie był faworytem na Anfield Road.
Pozdrowienia dla wszystkich ,,czerwonoarmistów”!
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
11
Duma Katalonii w Pucharze Mistrzów:
2 marca 1960 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Volverhampton Wanderers aż 2:5 w ramach ćwierćfinału Pucharu Mistrzów Klubowych i awansowała do półfinału. 4 gole(!) z rzędu w tym meczu strzelił genialny napastnik Sandor Kocsis a piątą dołożył Villaverde. Niestety w półfinale Barça opadła po dwumeczu z Realem Madryt. Wówczas w ekipie Królewskich prym wiódł Alfredo di Stefano, który swego czasu podpisał przecież kontrakt z Blaugraną lecz ówczesna ,,suwerenna” federacja hiszpańskiego futbolu zrobiła swoje. To jednak już historia na oddzielny artykuł(komentarz).
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
10
Dramatyczne przeżycia ze szczęśliwym zakończeniem:
2 marca 1981 r. Enrique Castro Gonzalez(napastnik Barçy zwany Quini) został porwany przez trzech zamaskowanych mężczyzn. Po meczu z Alicante, w którym Quini strzelił 2 gole, został on uprowadzony przez trzech sprawców. W czasie gdy jego los był nieznany, Blaugrana zdobyła tylko jeden punkt i przegrała 3 mecze, tracąc szanse na mistrzostwo La Liga. Po 23 dniach Quini został uwolniony a FC Barcelona zajęła dopiero 5 miejsce w La Liga. Czyja to była sprawka i w jakim celu to chyba nie trudno się domyśleć? Jednak ,,białasom” i tak nie udało się zdobyć mistrzostwa. Tym razem ,,oliwa okazała się sprawiedliwa”…
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
10
Grande Espectacolo El Clasico:
2 marca 1952 r. FC Barcelona pokonała na ,,Camp de Les Corts” Real Madryt 4:2 w ramach 25 kolejki Primera Division. Hattrickiem w tym meczu popisał się genialny Cesar Rodriguez, natomiast pierwszego gola dla Barçy strzelił napastnik Jordi Vila Soler. Po tym zwycięstwie Duma Katalonii nie oddała już prowadzenia do końca rozgrywek i ostatecznie po raz 5 w historii wygrała mistrzostwo Hiszpanii!
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360
@Arkon
0
@Kozinho. No właśnie jeśli będą na Eleven derby, to będzie mi bardzo trudno, no ale postaram się :)
3
@NeroTFP1 Zgadza się! Słyszałem o tym. Nie wiedziałem tylko że jeździł kilkukrotnie do Katowic ale to tylko pokazuje, jakim geniuszem był ,,Ezi", o czym nie wszyscy zdają sobie sprawe...
13
Szanowni rodacy, pamiętajmy!
Panie i Panowie, kochani sympatycy futbolu, 104 lat temu urodził się Kazimierz Górski! Wszyscy doskonale go znamy, więc pochylmy się w zadumie ku pamięci wielce zasłużonego Polaka…
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
8
O! co za niespodzianka! Wstaje i patrze: Real Betis pokonuje ,,Los Blancos" 2:1. A więc jednak sprawdza się to że kiedy nie oglądam ,,prześcieradeł" to oni tracą punkty. Tyle że do pełni szczęścia brakuje jeszcze nam wygranej nad Realem Sociedad, co nie będzie aż tak oczywiste...