11

Genialny Wilimowski dał popis:

2 kwietnia w drugiej kolejce ligowej sezonu 1939 polskiej ligi drużyna Ruchu Chorzów wybrała się do Warszawy na mecz z Warszawianką. Debiut ligowy węgierskiego trenera Petera Szabo wypadł bardzo okazale. Zwycięstwo 5:0(!) zmazało częściowo plamę meczu w Krakowie(porażka 1:2). ,,Przegląd Sportowy” w swoim stylu pisał: ,,Ślązacy mieli pierwszą połowe wyjątkowo słabą. Ruch miał jeszcze sporo luk”. Mimo iż gazeta ta lubowała się w krytyce hajduckiej a może już chorzowskiej jedenastki, to jednak wielokrotnie przebijała inną prase sportową w relacjach z meczów. Również i tym razem jej opis stanowił rzetelne źródło informacji. Oczywiście nadal było to narzekanie dziennikarza, który krytykował że na trybunach pojawiło się za dużo publiczności, że było ciasno i że Warszawa nie ma porządnego boiska do rozgrywania meczów ligowych. Tygodnik ,,Raz, Dwa, Trzy” napisał że w meczu tych dwóch drużyn nie było żadnej niespodzianki a Warszawianka stała pod znakiem walącego się ogrodzenia, wszystko się w niej waliło. Nieprzygotowana do zawodów wytrzymała tempo tylko do przerwy, pozostawiając później Wilimowskiemu wolną ręke a ściślej mówiąc wolną noge w strzelaniu goli według uznania. Kiedy w siatce bramkarza Warszawianki Kondrackiego zatrzepotał piąty gol, na trybunach rozpoczął się festiwal uszczypliwości wobec piłkarzy ze stolicy. Gole, które strzelał Wilimowski padły w 25, 52, 70 oraz 71 minucie meczu. Piątego dołożył Słota w 88 minucie. Szczególnie o dwóch strzałach genialnego snajpera warto wspomnieć. ,,Pierwszego gola ,,Ezi” zdobywa swoim najbardziej typowym sposobem, piłka niby ,,strzepnięta” od niechcenia idzie jakimś fałszem do bramki. Trzeciego gola Wilimowski strzelił mając na karku dwóch graczy, idzie w lewo a strzał kieruje wprost w przeciwny róg. Po meczu publiczność rozentuzjazmowana wpada na boisko by porwać Wilimowskiego, liczni wojacy pochodzenia śląskiego uprzedzają warszawiaków i sami wynoszą swego pierona do szatni”- tak opisywał ,,Przegląd Sportowy”. Kończąc wątek tego meczu, Teodor Peterek nie strzelił w nim rzutu karnego a dziennikarz ,,Przeglądu Sportowego” ochrzcił go ,,Longinusem”, nawiązując do postaci Longinusa Podbipięty, bohatera ,,Ogniem i mieczem”, którego wygląd był podobny do Peterka. Mecz w Warszawie był debiutem ligowym Ruchu z dzielnicy Chorzów Batory. Pozostał jeszcze debiut na boisku w Chorzowie a le o tym wspomnę 9 kwietnia.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Jubileusz na remis:

2 kwietnia 2013 r. FC Barcelona rozegrała mecz numer 500 w rozgrywkach międzynarodowych o stawke. Blaugrana zremisowała to spotkanie 2:2 w Paryżu z tamtejszym PSG w ramach ćwierćfinałowego starcia Ligi Mistrzów. Bilans wszystkich meczów wyniósł 279 zwycięstw, 114 remisów i 107 porażek. Ten bilans nadal mamy bardzo korzystny i niech już tak zostanie na zawsze. PSG walczyło o odwieszenie już na pierwszy mecz Ibrahimovicia, który otrzymał 2 mecze dyskwalifikacji za wybryk na Estadio Mestalla. Ostatecznie ta sztuka się udała i ,,Ibra” zagrał. Blaugrane wzmocnił Vilanova, który po kuracji w Nowym Jorku wrócił do Hiszpanii. Poleciał po niego Roura aby w samolocie zdać przełożonemu sprawę z sytuacji. Barça mecz zremisowała ale wróciła z kontuzjowanym, nie wiadomo na jak długo Messim oraz wykluczonym na co najmniej miesiąc Mascherano, więc Vilanova miał o czym myśleć, tym bardziej że z powodów zdrowotnych praktycznie nie grał Puyol.

@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

10

Blaugrana w europejskich pucharach:

2 kwietnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou FC Köln 4:1 w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola w tym spotkaniu strzelił Marti Filosia. Natomiast hattrickiem w tym meczu popisał się znakomity pomocnik i kapitan drużyny Josep Maria Fuste.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_

2

@FCBparasiempre
Z trzech
dostępnych drużyn (Leeds, Celtic i Feyenoord) los przydzielił Legii mistrzów
Holandii. Mowa tutaj o drużynie, która w latach 60-tych wygrała Eredivisie 4
razy, a na początku lat 70-tych rywalizowała jak równy z równym z bodaj
najlepszym Ajaxem w historii. Choć Feyenoord zdobywał mistrzostwo kraju w
następnych dekadach, to nigdy później drużyna z Rotterdamu nie osiągnęła
podobnego poziomu. Na przełomie lat lat 60-tych i 70-tych osiągnęła swój peak.
Pierwszy mecz został zaplanowany na 1 kwietnia 1970 roku. Nie tylko w stolicy,
ale też w całym kraju oczekiwano awansu do finału. Opinia publiczna doskonale
zdawała sobie sprawę, że Legia jest w stanie wygrać ten dwumecz. Feyenoord miał
problemy w poprzednich rundach z awansem i w konfrontacjach z Milanem oraz
Vorwärts Berlin musieli dwukrotnie odrabiać straty (0:1 i 2:0 w obu dwumeczach).
Jeśli Legia trafi z formą, można wypracować niezłą zaliczkę przed wizytą w
Holandii. Na wypełnionym ponad miarę Stadionie Wojska Polskiego (30 tysięcy
widzów) obie drużyny nie spełniły oczekiwań mediów i kibiców. Rzęsisty deszcz
spowodował, że z murawy zrobiła się błotnista maź. W tych warunkach Legionistom
trudniej było o zdobycie bramki, choć kontrolowali przebieg meczu. Dogodne
sytuacje marnowali Brychczy oraz Małkiewicz. W Przeglądzie Sportowym
relacjonowano, że w normalnych okolicznościach atmosferycznych Legia miałaby
większe szanse na wypracowanie przewagi. Warunki jednak były jakie były i remis
0:0 był niewątpliwym sukcesem Feyenoordu. Data meczu oczywiście zobowiązywała,
więc spiker na stadionie postanowił zażartować z kibiców na trybunach. W
przerwie meczu powiedział, że po spotkaniu na terenie pływalni obok stadionu
będą przyjmowane zapisy na wyjazd do Amsterdamu i rewanżowy mecz w Rotterdamie.
Koszt – 150 zł. Ludzie podobno zdębieli. Nie dziwne. Żartować z możliwości
wyjazdu na zachód w czasach, gdy było to bardzo trudne do zrealizowania? Ironia
wyższych lotów. Prima Aprilis w wersji komunistycznej. Na to spotkanie do
Warszawy przybyło wielu kibiców z Holandii. Fakt ten nie jest niczym wyjątkowym
i Stadion Wojska Polskiego gościł niejedną zorganizowaną grupę fanów. Wizyta ta
jednak przeszła do historii z innego powodu. Kibice w Warszawie mogli pierwszy
raz zobaczyć kibiców innej drużyny, która w zupełnie nieznany dotąd sposób
manifestowała swoje oddanie klubowi. Z charakterystycznymi cylindrami w
czerwone i białe pasy, z szalikami oraz flagami w barwach Feyenoordu fani z
Holandii pokazali, jak można wspierać swoją drużynę. Dla fanów Legii było to
zupełnie nowe doświadczenie i po raz pierwszy ujrzeli sposób kibicowania w ten
sposób – w czasach „szarej” komunistycznej rzeczywistości był to niewątpliwie
powiew zachodniej cywilizacji i najprawdopodobniej od tego momentu możemy
zaobserwować początek transformacji kibicowskiej w Polsce – takiej, w której
wykorzystuje się barwy klubu jako element identyfikacji oraz manifestacji w
trakcie meczów. Kibiców ktoś przecież musi pilnować. W czasach PRL wszystkie
mecze były objęte procedurą zabezpieczenia przez oddziały milicji. Szczególną
uwagę miały spotkania z zachodnimi reprezentacjami lub klubami. Nie inaczej
było w ramach tej rywalizacji. Choć w tym przypadku prestiż i znaczenie meczu
były dużo wyższe. Nie było do tej pory tego typu widowiska sportowego, zatem
plan zabezpieczenia przez służby był specjalny. Poza przeznaczeniem większej
liczby oddziałów w rejonie ulic Łazienkowskiej, Rozbrat i Czerniakowskiej, na
samym stadionie również znajdowała się nadprogramowa liczba służb. Łącznie
ponad 3000 mundurowych oraz 71 różnego rodzaju pojazdów. Na szczególną uwagę
zasługują również dodatkowe „uwagi i zalecenia” dla wszystkich funkcjonariuszy.

Poza
standardowymi wytycznymi takimi jak: „niedopuszczanie do gromadzenia się
kibiców”; „izolowanie awanturujących się nietrzeźwych osobników”;
„legitymowanie wszystkich, których zachowanie jest odstępstwem od normy”,
pojawiły się również uwagi, których do tej pory trudno uświadczyć w
peerelowskich planach zabezpieczania sportowych imprez masowych: „Wszystkie
wystąpienia w stosunku do obywateli powinny być przemyślane, praworządne z
zachowaniem pełnego spokoju”; „ (…) interwencję natychmiast przerwać w
przypadku nieprzychylnej reakcji ze strony widowni (…)”; „W toku działań
pododdziałami zwartymi kategorycznie zabrania się stosowania brutalnych metod w
stosunku do zatrzymanych”; „Obserwacja grupy kibiców holenderskich pod kątem
ustalenia ich kontaktów z obywatelami PRL (w miarę możliwości ustalić rodzaj
tych kontaktów)”; „Zwracanie uwagi w swoim zasięgu działania w celu ujawniania
i niedopuszczenia do kolportażu wrogich lub pacyfistycznych ulotek i haseł”.
Wszystkie te zalecenia zawarte w oficjalnym planie zabezpieczenia meczu
świadczą o bardzo poważnym podejściu do spotkania ze strony władz. Przy tak
ogromnej grupie przybyszy z Holandii (plan zakładał obecność nawet 5 tysięcy
Holendrów) bardzo istotnym czynnikiem całego przedsięwzięcia było
niedopuszczenie do wszelkich prób niepożądanego kontaktu Polaków z obywatelami
Zachodu. Handel towarami, walutą lub co gorsza – potencjalne szpiegostwo, były
dla służb bardzo istotnym aspektem kontroli. Przy czym pamiętano, aby zachować
umiar w ewentualnej interwencji, o czym świadczy użycie słów „kategorycznie
zabrania się”. Świeżo w pamięci były zajścia z Marca 1968 roku – trybuny
niepotrzebnie prowokowane mogły doprowadzić do zamieszek z milicją, co w
obliczu obserwacji ze strony mediów zachodnioeuropejskich, władz UEFA oraz
Holendrów na stadionie mogło zdecydowanie zaszkodzić ekipie Gomułki, która już
i tak chyliła się ku upadkowi. Wracając do rywalizacji. Podróż do Holandii nie
odbyła się bez problemów. Podczas odprawy na lotnisku celnicy na kontrolę
osobistą zaprosili Grotyńskiego i Żmijewskiego. Jak się okazało, wspomniani
zawodnicy Legii mieli przy sobie dość duże kwoty dolarów amerykańskich.
Niedobrze. Przewóz obcej waluty ponad dozwolony limit stanowił w Polsce Ludowej
poważne przestępstwo. Wiceprezes Legii płk. Porotejko później tak informował:
,,Po przeprowadzonej odprawie celnej przedstawiciel kierownictwa klubu z-ca
sekretarza generalnego mjr Korol, na sygnał przedstawiciela Punktu Kontroli
Granicznej, wspólnie z nim dokonał rozmowy z zawodnikami: sierż. Grotyńskim i
sierż. Żmijewskim, polecając zostawić obcą walutę, którą posiadają przy sobie.
Rozmowa była przeprowadzona dyskretnie, a zawodnik Żmijewski natychmiast
przekazał ponad 2 tysiące dolarów USA.” Sytuacja na pewno wpłynęła na obu
wspomnianych zawodników, ale też rykoszetem musieli dostać pozostali koledzy z
drużyny. Niepotrzebny problem zwiększył poziom stresu wśród wszystkich
piłkarzy, bardzo możliwe zatem, że koncentracja na meczu uciekła gdzieś w inne,
niepotrzebne rejony.

Rewanż
zaplanowano na 15 kwietnia, więc Wojskowi mieli dwa tygodnie na szlifowanie
formy. Brać komunistyczna – tym razem w NRD – pomogła i udostępniła swoje
obiekty treningowe. Klub Vorwärts Berlin nie tylko służył swoją infrastrukturą,
ale także radą (Vorwärts grał z Feyenoordem w ćwierćfinale). Na nic to niestety
pomogło. Najpierw na początku spotkania z ostrego kąta strzałem głową
Grotyńskiego pokonał Van Hanegem, a w 31. minucie genialnym wolejem z około 20
metrów popisał się Hasil. Cały mecz pod kontrolą mieli Holendrzy, więc
zwycięstwo 2:0 było jak najbardziej zasłużone. Po meczu w Przeglądzie Sportowym
relacjonowano, że niewątpliwy wpływ na postawę Wojskowych miały dwa czynniki.
Po pierwsze wspomniana sprawa z przewozem waluty. Oczywiście ciężko zrzucać
winę porażki tylko na dwóch zawodników, lecz obserwatorom tamtego spotkania nie
ulegało wątpliwości to, że tego dnia nie byli zupełnie skoncentrowani na
boisku. A i reszta drużyny podobno była bardzo nerwowa jeszcze przed samym
spotkaniem. Drugą kwestią były warunki, w jakich przygotowywali się zawodnicy
Legii. Ani obiekty treningowe w Berlinie, ani tym bardziej w Warszawie, nie
pozwalały przygotować się na odpowiednim poziomie. Feyenoord dysponował dużo
lepszą bazą treningową – to również mogło mieć wpływ na przebieg spotkania. Po
powrocie do Polski z Grotyńskiego i Żmijewskiego ukarano opłatą celno-skarbową,
co pozwoliło zatuszować całą sprawę.

1.04.1970 – Legia Warszawa – Feyenoord Rotterdam
0:0 15.04.1970 –
Feyenoord Rotterdam – Legia Warszawa 2:0 (Van Hanegem 3, Hasil 31)

W 2020 roku
minęło 50 lat od dwumeczu z Feyenoordem i pamiętnej kampanii Legii Warszawa.
Nigdy później Legia nie dysponowała podobnym potencjałem w jednym momencie.
Dzisiaj tacy zawodnicy jak Deyna, Brychczy, Gadocha, Blaut, Żmijewski, Pieszko
czy Stachurski byliby podstawowymi graczami wielu bardzo dobrych drużyn w
Europie. Ba, każdy zawodnik z tamtej drużyny spokojnie odnalazłby się na
zachodzie. Paradoksalnie czasy komunistyczne pozwoliły odnieść taki sukces.
Może wojsko nie zapewniało obiektów treningowych na poziomie przyzwoitym i
europejskim, lecz zakaz opuszczania Polski pozwolił zatrzymać wszystkich
zawodników w swoim ,,prime timie”. Czy byłoby to dzisiaj możliwe? Wątpię. Swoją
drogą, sezon 1969/1970 był(według wielu ekspertów) najlepszym sezonem polskich
klubów w europejskich pucharach. Nie tylko występy Legii okazały się bardzo
dobre, ale również Górnik Zabrze zaprezentował kapitalną dyspozycję, docierając
do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Takie to były czasy. Czy doczekamy kiedyś
ponownie takiego sezonu? To już temat na inną debatę.

7

@FCBparasiempre
Sezon
1969/1970 w europejskich pucharach Legia miała niemalże perfekcyjny. Format rozgrywek
oczywiście zdecydowanie różnił się od współczesnej odmiany Ligi Mistrzów, lecz
nadal Puchar Europy Mistrzów Klubowych był najważniejszym turniejem w Europie.
Na przestrzeni ośmiu spotkań Legia Warszawa udowodniła, że należała wówczas do
najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Format Pucharu Europy miał zupełnie inny
wymiar, niż to co dzisiaj obserwujemy w Lidze Mistrzów. Udział brały tylko
drużyny, które były mistrzami swoich lig. Nie było żadnych grup, tylko faza
pucharowa. Nie było żadnego rankingu, koszyków czy obostrzeń politycznych, na
podstawie których wykluczano jakieś konfrontacje. Każdy mógł trafić na każdego.
Prawdziwy turniej mistrzów, prawdziwy prestiż. W dzisiejszych realiach
sponsoringowych, marketingowych i komercyjnych– awykonalne. Sezon 1968/1969
Legia Warszawa skończyła na szczycie tabeli z dwupunktową przewagą nad
Górnikiem Zabrze. Było to trzecie mistrzostwo kraju dla Legii, które kończyło
okres wyczekiwania na kolejnego mistrza od 1956 roku. W tym samym sezonie Legia
całkiem przyzwoicie poradziła sobie w Pucharze Miast Targowych i dotarła w nim
do 1/8. Porażka w dwumeczu z węgierskim Ujpesti Budapest skończyła przygodę
Wojskowych, ale napędziła do mocnego finiszu w lidze i Pucharze Polski (porażka
w finale z Górnikiem Zabrze). Sezon ten stanowi podstawę świetnej postawy w
kolejnym, bo właśnie wtedy umocnił się kształt drużyny, według wielu uznawanej
za jedną z najlepszych w historii klubu. Jeśli nie najlepszą. Podstawowa 11
wyglądała w następujący sposób: Władysław Grotyński, Antoni Trzaskowski, Feliks
Niedziółka, Andrzej Zygmunt, Władysław Stachurski, Bernard Blaut, Kazimierz
Deyna, Lucjan Brychczy, Robert Gadocha, Jan Pieszko oraz Janusz Żmijewski.
Trenerem tamtej ekipy był Edmund Zientara. Były piłkarz Legii trenował
Wojskowych między 1969 a 1971 rokiem. Wykorzystał potencjał drzemiący w
drużynie i zbudował zupełnie wyjątkowy kolektyw. Co ciekawe Zientara jest
jednym z dwóch ludzi w historii klubu, którzy zdobyli mistrzostwo Polski jako
zawodnik i trener. W sezonie 1969/1970 skład był niemal identyczny, z drobną
zmianą, gdzie Feliksa Niedziółkę zastąpił Zygfryd Blaut (zagrał więcej minut).
Ta drużyna grała ze sobą od wielu miesięcy i niemal na pamięć znali swoje
ruchy. W sezonie 1968/1969 przegrali w lidze raptem 3 mecze, a w sezonie
1969/1970 powtórzyli ten wyczyn (na 26 kolejek). Kolejny atut to niewątpliwie
genialna druga linia. Trio Blaut-Deyna-Brychczy, można śmiało powiedzieć,
wyprzedziło swoje czasy. To, że była to najlepsza linia pomocy w Polsce było
oczywiste. Jednak mecze w Europie pokazały, że mieliśmy do czynienia z
wyjątkową skalą talentu na arenie międzynarodowej. Oprócz efektywnej i
efektownej gry, Panowie Blaut, Deyna i Brychczy dokładali – dosłownie – worek
bramek. W sezonie 1968/1969 we wszystkich rozgrywkach zdobyli łącznie 34 bramki
(atak zdobył 35 bramek!). Pomoc zatem odpowiadała za 45% potencjału w ataku.
Kazimierz Deyna był najlepszym strzelcem Legii w lidze (12 goli). W Pucharze
Polski również (5). Były solidne podstawy, by z nadzieją spoglądać na kolejny
sezon w Europie. Na początek mistrzom Polski los przydzielił mistrza Rumunii –
zespół UT Arad. Pierwszy mecz zaplanowano na 18 września 1969 roku w Rumunii.
Pierwszych 6 kolejek w polskiej lidze napawało optymizmem Wojskowych (4 zwycięstwa,
2 remisy, bilans goli 13:3), lecz balonika świadomie nie pompowano.

W pamięci
pozostawały bowiem poprzednie występy Legii w Pucharze Europy, w których
odpadali w pierwszej rundzie. Na wyjeździe Legioniści wywalczyli bardzo dobry
wynik, bo wygrali 2:1. Choć mistrz Rumunii prowadził już od 7. minuty, to Legii
udało się odeprzeć napór w pierwszej połowie i na przerwę schodzili z bagażem
jednej bramki. Kolejnych już nie stracili. W drugiej połowie najpierw w 66.
minucie stan meczu wyrównał Żmijewski, a dziewięć minut później wynik podwyższył
Gadocha. Rezultat świetny, wracamy do Polski. To co wydarzyło się w Warszawie,
przeszło do historii występów polskich drużyn w europejskich pucharach. Myślę
nawet, że jest to jeden z bardziej niesamowitych wyczynów w historii Pucharu
Europy w ogóle. 1 października w Warszawie 15 tysięcy osób zgromadzonych na
stadionie było świadkami wybitnego meczu Wojskowych. Choć po pierwszej połowie
wynik 0:0 tego nie zapowiadał. Rumunii dzielnie walczyli przeciwko ewidentnie
lepszej Legii, ale w drugiej połowie, dokładnie w 51. minucie pękli. Pierwszą
bramkę zdobył Bernard Blaut. UT Arad nie wytrzymał nacisku i w 70. minucie
Gadocha pogrzebał szanse Rumunów na awans. Następnie w ciągu 15 minut
Legioniści zdobyli kolejne sześć bramek. Wszystkie zdobyli w ciągu 34 minut!
Było to niebywałe, nawet jak na tamte czasy i tamten charakter gry. Ostateczny
wynik – 8:0. Legia melduje się w drugiej rundzie. Choć na pierwszy rzut oka
może się wydawać, że drużyna mistrza Rumunii była chłopcem do bicia, to już
spieszę wytłumaczyć – otóż nie. W następnym sezonie Pucharu Europy UT Arad w
pierwszej rundzie wyeliminował… obrońcę trofeum. Zatem była to poważna drużyna.

18.09.1969-
UT Arad – Legia Warszawa 1:2 (Domide 7 – Żmijewski 66, Gadocha 75) 1.10.1969
– Legia Warszawa – UT Arad 8:0 (B. Blaut 51, Gadocha 70, 74, Brychczy 73,
Stachurski 78, Deyna 81, Żmijewski 83, Pieszko 85) 2 Runda – Legia vs AS
Saint-Etienne

W kolejnej
fazie Legioniści trafili na mistrza Francji, poprzeczka powędrowała zatem
wyżej. W owym czasie byli absolutnymi dominatorami w swoim kraju. Od sezonu
1966/1967 rokrocznie zdobywali mistrzostwo Ligue 1, aż do 1970 roku. Dodać
również należy, że w pierwszej rundzie Saint-Etienne wyeliminowało Bayern
Monachium, który już wtedy był bardzo mocną drużyną. Mecz zaplanowany na 12
listopada poprzedziły negocjacje z Telewizją Publiczną, która miała niemały
problem. Tego samego dnia zaplanowane było także spotkanie Górnika Zabrze z
Rangersami w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów. TVP zapłaciło Legii 150 tysięcy
złotych tylko po to, by zorganizować mecz później, gdyż godziny obu meczów się
pokrywały. Dosyć hojna dotacja, ale jak się wkrótce okazało – słuszna. Nie dość,
że telewidzowie obejrzeli zwycięstwo Górnika, to jeszcze byli świadkami
wygranej Legii 2:1. Choć pierwsza połowa tego nie zapowiadała. W 39. minucie
prowadzenie Francuzom dał Herve Revelli. Trybuny były bardzo niespokojne i
kilka niebezpiecznych przedmiotów lądowało na murawie, a druga połowa została
nawet opóźniona ze względu na wybuchające petardy. Sytuacja na pewno dawała
podstawy sędziemu, by przerwać mecz i oddać walkowera mistrzowi Francji. Na
szczęście do tego nie doszło i warszawianie mogli odrobić straty. Trwało to
długo, ale w 78. minucie Jan Pieszko wyrównał stan meczu, a pięć minut później
zwycięstwo dał Kazimierz Deyna. Do Francji Legia wybrała się zatem z
jednobramkową zaliczką. Optymizm jednak tonowano, ponieważ w poprzedniej
rundzie Saint-Etienne ograło na własnym stadionie Bayern aż 3:0. Nie było mowy
o żadnym odpuszczaniu. O tym, że ta rywalizacja była dla Francuzów istotna
świadczy fakt, że cały numer gazety Sport Actualites był poświęcony rewanżowemu
spotkaniu między mistrzem Polski a Francji. Lecz niewiele brakło, by to
spotkanie się w ogóle nie odbyło. Wszystko przez strajk w zakładach
energetycznych. Gdyby nie było oświetlenia, Legii musiałby zostać przyznany
walkower. Taka sytuacja – na szczęście miejscowych – nie miała miejsca i mecz został
rozegrany. 26 listopada na trybunach zebrało się 30 tysięcy kibiców oczkujących
od swoich zawodników zwycięstwa, a żeby awansować wystarczył wynik 1:0 dla
gospodarzy. Było zimno, a murawa była w fatalnym stanie przez wcześniejsze
opady śniegu. Bądź co bądź, warunki dla obu drużyn były jednakowe. Tak jak
przewidywano – Saint-Etienne na swoim stadionie mocno naciskało, a Legioniści
skupili się raczej na szczelnej obronie oraz groźnych kontratakach.

Jednak wynik
bardzo długo wynik utrzymywał się korzystny dla Legii. Bezbramkowy remis
promował Wojskowych do kolejnej rundy. W 85. minucie Kazimierz Deyna uciszył
miejscowe trybuny i ostatecznie pogrzebał nadzieje Francuzów. Jeden z
kontrataków przyniósł oczekiwany skutek. Deyna przyjął piłkę w polu karnym przeciwnika,
spojrzał, przymierzył i… Zobaczcie sami. Porażka była szokiem dla Francuzów.
Jak to, absolutny hegemon we Francji nie może przejść drugiej rundy? No tak to,
nie może. Nie z taką Legią. Francuzi byli na tyle pewni siebie, że przed meczem
zorganizowali wystawną kolację, zapewne po to, by uczcić awans. Niestety
Legioniści na uroczystym posiłku przebywali głównie we własnym gronie z raptem
kilkoma francuskimi działaczami. Prezes Saint-Etienne nie zdobył się na gest
szacunku i nie pogratulował Legii awansu. Doceniła ich jednak francuska, gdzie
Deynę określono – po raz pierwszy – mianem „Le General”. Wymowne.

12.11.1969 –
Legia Warszawa – AS Saint-Etienne 2:1 (Pieszko 78, Deyna 83 – Revelli 39)
26.11.1969 – AS
Saint-Etienne – Legia Warszawa 0:1 (Deyna 85)

Następną
rundą był już ćwierćfinał. Gorący teren, fanatyczni kibice, mistrz Turcji. Na
Legię czekało bardzo trudne zadanie, bowiem spotkania z Galatasaray nigdy nie
należą do łatwych przepraw. Ani w latach 70 XX wieku, ani w XXI wieku. Pierwszy
mecz zaplanowano na 4 marca 1970 roku w Stambule. Zanim jednak do niego doszło,
Legia miała możliwość odbycia okresu przygotowawczego w Bułgarii (trenowano na
terenach innego wojskowego klubu – CSKA Sofia), gdzie zagrali mecze sparingowe
z lokalnymi drużynami – między innymi CSKA. Dodatkowo Legia wybrała się na mini
tournée we Francji i Belgii, gdzie również zagrali serię meczów z miejscowymi
drużynami, a wszystko po to, by przygotować się do rywalizacji z mistrzem
Turcji. Przeciwnicy byli wybierani świadomie – tak, aby przypominać stylem gry
Galatasaray. Zanim piłkarze obu zespołów wybiegli na murawę, dali o sobie znać
miejscowi fani. Sztuczka z dekoncentrowaniem piłkarzy przeciwnej drużyny, gdy
ci są w hotelu, nie jest taka nowa. Właśnie wtedy Turcy korzystali z tego typu
„narzędzi” i próbowali zagłuszać spokój oraz wypoczynek Wojskowych. Podczas
samego meczu również byli żywiołowi. W charakterystyczny dla siebie sposób,
korzystając z petard oraz rac postanowili zgotować Legionistom „piekło”. Czy
skutecznie? Nie do końca. Wynik był dobry dla mistrzów Polski – 1:1. Nawałnica
gospodarzy nie przyniosła skutku, a groźniejsze sytuacje wypracowywali sobie
Wojskowi, aż w końcu w 37. minucie sposób na bramkarza gospodarzy znalazł
Lucjan Brychczy. Tuż po przerwie stan meczu wyrównał Ayhan Elmastasoglu i wynik
ten(mimo silnego naporu Galatasaray) nie uległ zmianie. Korzystny wynik dla
Legii przed rewanżem w Warszawie. Dwa tygodnie później, 18 marca, Legia mogła
czuć się faworytem. Po pierwsze grali u siebie, a po drugie sytuacja w lidze
była w miarę spokojna, więc piłkarze grali bez obciążenia zaciętą walką o
mistrzostwo Polski. Mimo wszystko presja była całkiem duża i 25 tysięcy osób na
Stadionie Wojska Polskiego oczekiwało awansu. W prasie zastanawiano się, czy
zawodnicy poradzą sobie z tym ciężarem. W mecz mocno wszedł zespół
przyjezdnych, mogłoby się wydawać, że presja krępuje poczynania Legionistów.
Jednak problemu takiego nie miał bohater całego dwumeczu – Lucjan Brychczy.
Dwukrotnie wprowadził trybuny w ekstazę – w 11. i 55. minucie. Awans do
półfinału stał się faktem i Legia dokonała tego jako pierwsza polska drużyna w
historii.

4.03.1970 –
Galatasaray SK – Legia Warszawa 1:1 (Elmastasoglu 47 – Brychczy 37)
18.03.1970 – Legia Warszawa – Galatasaray SK 2:0 (Brychczy 11, 55)

13

Wybitne legendy futbolu:

1 kwietnia 1927 r. urodził się Ferenc Puskas. Dla starszego pokolenia najlepsi piłkarze w historii to Pelé, Diego Maradona i Johan Cruyff a młodsi bez zastanowienia wskazują na Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo. Warto jednak wiedzieć, że swego czasu po zielonej murawie biegał ktoś taki jak Ferenc Puskás – napastnik, którego na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obawiali się wszyscy obrońcy. „Galopujący Major”, jak nazywano go z powodu służby w węgierskiej armii, był zawodnikiem kompletnym, uznanym w 1953 roku przez czasopismo „World Soccer” za najlepszego na świecie. Ci, którzy śledzili wnikliwie jego grę twierdzą, że potrafił strzelać bramki z każdej odległości obiema nogami i głową, a także dysponował znakomitym przeglądem pola, pozwalającym mu notować wiele asyst. W latach 1945-56 zdobył dla reprezentacji Węgier 84 gole w 85 występach. Nigdy później Magiczni Madziarzy nie odnosili większych sukcesów, bo za takie trzeba uznać złoty medal olimpijski w 1952 roku oraz drugie miejsce na mundialu dwa lata później. ,,Jeszcze przed końcowym gwizdkiem strzeliłem wyrównującą bramkę ale sędzia liniowy wskazał pozycję spaloną” – wspominał Puskás finał mistrzostw świata z Niemcami, w którym Węgrzy prowadzili już 2:0, lecz ostatecznie polegli 2:3. ,,Nigdy mu tego nie wybaczę, chociaż na boisku się nie kłóciliśmy. Po prostu przegraliśmy i zwiesiliśmy głowy. W końcu arbiter ma zawsze rację. Po meczu pojawiło się mnóstwo plotek, że go sprzedaliśmy, ale to nonsens.” Cały kraj był załamany tą porażką a piłkarze zostali poproszeni przez służby mundurowe o niepokazywanie się na ulicy dopóki sytuacja się nie uspokoi. Gdy wydawało się, że napędzani przez niesamowitego Puskása Magiczni Madziarzy na mundialu w 1958 roku znów powalczą o najwyższy laur, niecałe dwa lata przed szwedzką imprezą na Węgrzech wybuchła krwawa rewolucja, z powodu której Ferenc postanowił opuścić kraj i wyjechać do Hiszpanii. W odwecie rodzima federacja nałożyła na niego osiemnastomiesięczną dyskwalifikację na wszystkich frontach. W razie powrotu do ojczyzny piłkarzowi groziła kara śmierci za dezercję, więc w kadrze narodowej nie wystąpił już nigdy więcej. Co ważne, „Galopujący Major” nie był w swojej decyzji odosobniony, ponieważ podobnie do niego postąpiło wielu kolegów po fachu czy trenerów. ,,Miałem wtedy już prawie trzydziestkę na karku, więc ta dyskwalifikacja brzmiała dla mnie jak wyrok. W pewnym momencie odezwali się jednak do mnie ludzie z Realu Madryt. Powiedziałem im, że jestem za gruby i chyba nie dam już rady grać zawodowo, ale następnego dnia pojawiłem się w Madrycie i odbyłem bardzo dziwną rozmowę z prezydentem klubu – Santiago Bernabéu. Nie mieliśmy tłumacza, więc ja mówiłem po węgiersku, a on po hiszpańsku. W pewnym momencie zacząłem gestykulować: „wszystko w porządku, ale spójrz na mnie – mam 18 kilogramów nadwagi”. Wtedy on odparł: „To już twój problem, a nie mój”.

Przed emigracją Ferenc spędził siedem lat w klubie Budapest Honvéd FC, dla którego w 164 występach zdobył 165 goli! Po owocnej karierze w ojczyźnie okraszonej sukcesami z reprezentacją można było przypuszczać, że gra dla Realu Madryt będzie dla Węgra jedynie krótkim przystankiem przed sportową emeryturą. Wszyscy, którzy tak uważali, okrutnie się jednak pomylili. W latach 1958-66 w barwach ,,Los Blancos” „Galopujący Major” rozegrał 180 spotkań i strzelił w tym czasie aż 156 goli. Królewscy z nim w składzie sięgnęli po dziesięć trofeów: pięć mistrzostw Hiszpanii, Puchar Króla, trzy Puchary Europy oraz Puchar Interkontynentalny. Sam zainteresowany natomiast aż czterokrotnie wygrywał rywalizację o ,,Trofeo Pichichi” dla najlepszego strzelca La Liga. ,,W Madrycie nigdy nie czułem się obco i nie musiałem się wstydzić swojego pochodzenia. Jeśli gdzieś pojawialiśmy się z ,,Los Blancos”, to zawsze witały mnie małe grupki Węgrów. Uważali mnie za jednego ze swoich, ponieważ z powodu wydarzeń w 1956 roku ojczyznę opuściło około sto tysięcy moich rodaków. Cieszę się, że mogłem być częścią tej wielkiej drużyny. Atmosfera w zespole była wspaniała, a to jeden z kluczy do sukcesu. Obcokrajowcy odgrywali tu ważną rolę. Razem z Francuzem polskiego pochodzenia Raymondem Kopą i Argentyńczykiem Alfredo Di Stéfano ciągle ogrywaliśmy Hiszpanów w karty”. W finale Pucharu Europy w 1960 roku na ,,Hampden Park” w Glasgow Real Madryt rozbił Eintracht Frankfurt 7:3, a „Galopujący Major” ustrzelił w tym spotkaniu pokera (4 gole). Tymczasem węgierskie władze uważały go za zdrajcę ojczyzny. Zakazano transmisji spotkań Królewskich, a gazetom nakazano o ich węgierskim napastniku pisać tylko źle. Prawdziwi kibice na wszelkie możliwe sposoby szukali jednak relacji telewizyjnych z meczów ,,Los Blancos” oraz prawdziwych informacji o swoim idolu. ,,Po opuszczeniu Węgier przyrzekłem sobie, że już nigdy tam nie wrócę. Zostałem naprawdę okropnie potraktowany po tym jak przez szmat czasu dawałem z siebie wszystko. Dwadzieścia pięć lat później zmieniłem zdanie i zdecydowałem się na powrót. Cieplejszego powitania na lotnisku nie mogłem sobie wymarzyć. To było niesamowite. Czułem się jak jakaś gwiazda muzyki pop”.- wspominał Węgier. Po zakończeniu kariery sportowej Ferenc Puskás został trenerem. Największe sukcesy odnosił z Panathinaikosem Ateny, z którym wywalczył dwa mistrzostwa Grecji oraz finał Pucharu Europy. Zmarł w Budapeszcie 17 listopada 2006 roku w wieku 79 lat.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_

0

@MOLESTA Swego czasu legendarny Widzewiak Wiesław Chodakowski nadał Bońkowi pseudonim ,,Murzyn". Poza Widzewiakami mało kto o tym wie...

9

Za twardy orzech do zgryzienia:

1 kwietnia 2014 r. FC Barcelona remisuje z Atletico Madryt 1:1 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów. Jedynego gola(ratującego remis) dla Barçy strzelił w 71 minucie Neymar. Atletico na Camp Nou zaskoczyło Blaugrane odwagą, zagrało w myśl przedmeczowych słów Courtois: ,,Już złapaliśmy bestie, teraz trzeba ją tylko przywiązać”. Gracze Simeone wywierali presją na zastępującym kontuzjowanego Victora Valdesa Jose Pinto, gdyż ten słabo grał nogami. Strzał życia wyszedł Brazylijczykowi Diego, który w pierwszej połowie wszedł za kontuzjowanego Diego Coste i goście wywieźli z Camp Nou cenny remis.

@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

14

A to ci historia:

1 kwietnia 1977 r. Rinus Michels odsunął od drużyny Rexacha i Marciala. Hiszpanie postanowili więc wynająć boisko za 600 peset i trenowali indywidualnie przez 90 minut. Powodem problemów obu piłkarzy były wydarzenia z wcześniejszego weekendu. FC Barcelona przegrała w Burgos tracąc praktycznie szanse na tytuł mistrzowski a Rexach, Marcial i Neeskens udali się do Madrytu, mając na to zgode trenera Michelsa. W jednej z dyskotek Marcial spoliczkował gościa lokalu, który wykonał piłkarzom zdjęcie bez ich zgody. Hiszpan twierdził iż ,,nie uderzył go zbyt mocno i sam też oberwał ale nie pamięta od kogo bo w starciu uczestniczyło mnóstwo ludzi”. Marcial lamentował również że uderzona osoba poszła ,,wypłakać się na komisariat a on nawet nie zdążył wypić zamówionego whiskey”. Pikanterii sprawie dodawał fakt iż zarówno Marcial, jak i Rexach negocjowali nowe umowy w klubie. Dla pierwszego z nich oznaczało to koniec gry w Blaugranie i przejście do Atletico Madryt. Marcial Manuel Pina Morales(tak brzmi jego pełne nazewnictwo) jest jedynym piłkarzem w historii Primera Division, który strzelał gole Realowi Madryt w czterech różnych klubach. Udało mu się nawet strzelić 2 gole w jednym meczu z rzutów wolnych zarówno lewą jak i prawą nogą.

Wystarczył jeden(i to za zgodą trenera) wyskok aby usunąć z drużyny naprawdę wartościowego pomocnika. Czy Michels aby nie przesadził…?

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_

0

@jacobFCB Ale to chyba mówisz o rewanżu? Rewanż to chyba wszyscy cules pamiętają doskonale. Natomiast ja pamiętam, gdyż nagrywałem ten mecz na dvd , własnie ten pierwszy na Emirates Stadium. Wówczas Ibrahimović zanotował dublet i znacznie pomógł nam awansować do półfinału...

14

Cenny remis na ,,Emirates Stadium”:

31 marca 2010 r. FC Barcelona remisuje 2:2 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu z Arsenalem Londyn w Lidze Mistrzów po dwóch golach Ibrahimovicia. Katalończycy byli rozczarowani, gdyż mieli mnóstwo sytuacji bramkowych ale marnowali je na potęge. Przed rewanżem Guardiola mógł obawiać się konsekwencji braku obu podstawowych stoperów: Pique i Puyola, którzy się ,,wykartkowali” na rewanż. Obawy były przesadzone. Głównym aktorem rewanżu okazał się Messi, który zamknął dwumecz zdobywając… 4 gole!

@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

11

Było tak blisko…

31 marca 1946 r. FC Barcelona w dramatycznych okolicznościach straciła mistrzostwo Hiszpanii. W ostatnim meczu Duma Katalonii podejmowała FC Seville na ,,Camp de Les Corts” i potrzebowała zwycięstwa aby wyprzedzić swoich rywali w tabeli. Goście niespodziewanie objeli prowadzenie ale w 63 minucie do remisu doprowadził Jose Bravo Dominguez dając Blaugranie nadzieje. Katalończycy zamknęli rywala w polu karnym lecz nie zdołali zdobyć zwycięskiego gola. Mistrzostwo Hiszpanii powędrowało więc do Sevilli, jako jedyne w jej dotychczasowej historii.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

26

Najwięcej hattricków w historii Primera Division:



1 Lionel Messi: 36 hattricków

2 Cristiano Ronaldo: 34

3 Telmo Zarraonandía: 23

4 Alfredo Di Stefano: 22

5 Edmundo Suarez: 19

6 Cesar Rodriguez: 15

7 Isidro Langara: 13

8 Ferenc Puskas: 12

9 Pahiño, Manuel Badenes, Laszlo Kubala: po 11

10 Quini, Luis Alberto Suarez: po 10



Jeśli się nie myle to Robert Lewandowski zanotował 2 hattricki. Poza Robertem jeszcze tylko Jan Urban z Polaków zanotował jednego hattricka ale za to na Santiago Bernabeu!

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

10

@FCBparasiempre
Kiedy młody
piłkarz, mający powiedzmy 17-18 lat, przebija się do składu, natychmiast
pojawia się pytanie, czy nie dostąpił tego zaszczytu za wcześnie. Kiedy strzela
pierwszą bramkę pojawiają się pierwsze zachwyty i kolejne pytania, czy rozwinie
się na tyle dobrze, by stanowić o sile swojego zespołu lub zagrać w
reprezentacji. A co jeśli w wieku 17 lat strzela pięć bramek w siedmiu meczach
na najwyższym szczeblu ligowym? Tak, był taki piłkarz i to w polskiej
ekstraklasie. Przed wami opowieść o niespełnionej karierze Krzysztofa Boćka. Ta
historia rozpoczęła się w 1990 roku w Mielcu, gdzie swoją siedzibę ma licząca
się niegdyś w polskim futbolu Stal. Pierwszy przebłysk talentu Krzysztofa Boćka
nastąpił, kiedy miał on 16 lat i 234 dni. To wtedy zadebiutował w ekstraklasie.
Rywalem mielczan był wówczas Motor Lublin, który nie dał szans dwukrotnym
mistrzom Polski i zwyciężył 3:1. Nasz bohater nie uchodził wówczas za postrach
bramkarzy, wyglądał raczej jak strach na wróble, ważył niewiele ponad 60
kilogramów i liczył około 170 centymetrów wzrostu. Nie był więc nad wyraz
rozwiniętym chłopcem, lecz widocznie ktoś uznał, że coś w sobie miał.
Premierowy sezon zakończył z dorobkiem czterech spotkań, z czego w jednym
pojawił się nawet od pierwszej minuty. Potem słuch o nim zaginął. Kolejni
trenerzy go pomijali i wydawało się, że będzie to jeszcze jeden meteoroid,
który pojawił się na futbolowym horyzoncie i za chwilę zniknie gdzieś w
otchłani piłkarskiej nicości. Jednak w końcu Bociek doczekał się na swoją
szansę, w meczu z Motorem wszedł na końcówkę spotkania i przesądził o
zwycięstwie Stali 2:1. Docenił go Janusz Białek, który tymczasowo prowadził
mielecką ekipę. ,,Krzysztof wszedł do drużyny, kiedy zastępowałem na stanowisku
szkoleniowca Stali Mielec Grzegorza Lato. Od razu było widać, że jest to
nietuzinkowy piłkarz. Porównałbym go do Arkadiusza Milika. Był on w podobnym
wieku i podobnie jak Milik pokazywał, że drzemią w nim ogromne umiejętności.” –
mówi Janusz Białek, pod którego opieką Krzysztof Bociek strzelił swoją pierwszą
bramkę na poziomie ekstraklasy. Potem już poszło z górki, kolejny mecz i
kolejny gol 17-latka, tym razem dający remis z Hutnikiem Kraków. Prawdziwa
eksplozja nastąpiła dopiero pod koniec sezonu, kiedy nasz bohater ustrzelił
hat-tricka w starciu z Zawiszą Bydgoszcz. Podsumowując, siedem meczów i pięć
goli, a przecież ten piłkarz przebywał na boisku łącznie około 250 minut.
Czyżby Krzysztof Bociek miał być nowym Włodzimierzem Lubańskim? A może bliżej
mu było do innej legendy polskiego futbolu − Andrzeja Szarmacha? ,,Bociek
świetnie grał głową. Dysponował dobrymi warunkami fizycznymi i znakomicie z
nich korzystał. Oprócz tego miał też coś, co powinien mieć każdy napastnik,
czyli przysłowiowego piłkarskiego nosa. Pamiętam, że po pobycie w Stali Mielec
wyjechał do Holandii i pewnie byłby to tylko krótki przystanek w jego karierze,
gdyby nie przytrafiła mu się kontuzja.”– twierdzi Janusz Białek. Dalsza
historia napastnika urodzonego w Mielcu układała się jak w bajce. W kolejnym
sezonie stał się najlepszym strzelcem Stali, grał w młodzieżowej reprezentacji
Polski, zainteresowały się nim też zagraniczne kluby. Jego kariera mocno
wyhamowała, kiedy na fotelu szkoleniowca Stali Mielec zasiadł Franciszek Smuda.
Kiedy ten przestał na niego stawiać, młody zawodnik skorzystał z oferty PAOK
Saloniki i w wieku 20 lat wyjechał do Grecji. Tam był już zupełnie innym
piłkarzem niż cztery lata wcześniej i w pełni korzystał z doskonałych warunków
fizycznych, jakie osiągnął z wiekiem. W Salonikach spędził tylko rok,
zaliczając w lidze greckiej osiem trafień, po czym na krótko wrócił do Stali.
Na krótko, bo chciano go w Holandii. Teraz powinno być o golach strzelonych dla
Ajaksu, PSV, Feyenoordu czy innych czołowych klubów, ale w tym miejscu historia
nagle się urywa. Wielka nadzieja polskiej piłki pałętała się w Holandii po
różnych dziwnych klubach. Zahaczyła o Volendam, przewinęła się przez Alkmaar,
przetarła szlak Andrzejowi Niedzielanowi w Nijmegen i zakotwiczyła w Den Bosch.
Wszędzie skubnęła jakieś dwie, trzy bramki, ale nie więcej. Powodem były
kontuzje, choć sam zawodnik narzekał też na problemy z trenerem, jednak który
szkoleniowiec będzie stawiał na zawodnika, który łapie urazy z tak dużą
częstotliwością.

,,W Nec
byłem dwa lata, z czego ostatnie półtora roku spędziłem na leczeniu kontuzji
więzadeł krzyżowych kolana. Wierzyłem, że w Den Bosch odzyskam dawną dyspozycję
i będę grał i za kadencji trenera martina Koopmana tak było. Goli nie
strzelałem, ale ten szkoleniowiec rozliczał mnie przede wszystkim z sytuacji,
jakie wypracowałem partnerom. Koopman nie miał jednak wyników i został
zwolniony… u nowego szkoleniowca grałem sporadycznie, głównie końcowe minuty. W
sumie zaliczyłem tylko czternaście meczów…”– mówił Bociek w wywiadzie dla
tygodnika piłka nożna. Dlaczego zawodnik, który w wieku 17 lat straszył
bramkarzy, w wieku 24 sprawiał wrażenie emeryta? Może za szybko nastąpiło
zderzenie z wielką piłką, może w młodym wieku trenował na nierównych boiskach,
co zwiększyło podatność na kontuzje, a może po prostu jego organizm miał takie,
a nie inne predyspozycje. Urazy zatrzymały jego karierę w Holandii z dnia na
dzień i choć sam piłkarz wierzył, że jeszcze się podniesie i pokaże, na co go
stać, to życie napisało jednak inny scenariusz. Po rozwiązaniu kontraktu z Den
Bosch Bociek miał ofertę ze Stanów Zjednoczonych, jednak uznał, że na taki
wyjazd jeszcze za wcześnie. Chciał grać w Europie i pracować na swoje nazwisko,
by kiedyś zagrać w reprezentacji kraju. Na pewno miał odpowiedni potencjał, by
założyć koszulkę z orłem na piersi. W wywiadzie dla PN Bociek sugerował, że
jest zdrowy i jest gotów do gry na wysokim poziomie: ,,Gdybym nie uważał, że
coś jeszcze w futbolu osiągnę, to wyjechałbym grać do Stanów Zjednoczonych. Uznałem,
że na to jeszcze przyjdzie pora. W Holandii jestem cztery i pół roku. Ostatnio
jednak moja kariera uległa zahamowaniu. Wszystko popsuło się po transferze do Nec,
gdzie przytrafiła mi się ta kontuzja. Teraz, paradoksalnie, jestem zdrowy, a
zostałem bez klubu.” Nie wrócił. Den Bosch było ostatnim klubem w jego karierze.

9

1

@MesQueUnClub_87 Po takim pokazie mocy na Metropolitano przeciwko Atletico, dzisiejsza strata punktów byłaby wręcz wstydem, zresztą chwile wcześniej rozjechaliśmy Osasune a Girona w tym sezonie wcale nie jest lepsza od Osasuny...

0

No chyba nikt nie wyobraża sobie straty jakichkolwiek punktów z FC Girona, zwłaszcza po meczach z Atletico i Osasuną. W końcu nie jesteśmy jakimiś pierwszymi lepszymi dziadami...

8

@FCBparasiempre
Dwudziesty
trzeci dzień czerwca 1996 roku, godzina 18:30 czasu Greenwich. Na stadionie
Villa Park w Birmingham właśnie rozpoczyna się ćwierćfinałowy mecz Mistrzostw
Europy pomiędzy reprezentacjami Czech i Portugalii. W 53. minucie tego
spotkania długowłosy czeski pomocnik Karel Poborský przedarł się przez
portugalską obronę i wysokim lobem przerzucił piłkę nad wychodzącym z bramki
Vítorem Baíą. Piłka wpadła do siatki. Czesi objęli prowadzenie, które utrzymali
do końca spotkania i awansowali do półfinału (a później finału) turnieju. Gol
Karela Poborskýego do dziś uchodzi za jeden z najpiękniejszych w historii
Mistrzostw Europy. Jego strzelec (urodzony 30 marca 1972 roku w miejscowości
Jindřichův Hradec) podczas angielskiego Euro grał na tyle dobrze, że trafił do
najlepszej drużyny turnieju wybranej przez UEFA. Ważniejsze jednak, że w
efekcie wzbudził zainteresowanie naprawdę wielkich klubów. Jego dotychczasowy
pracodawca Slavia Praga (do której przeszedł raptem sezon wcześniej z Viktorii
Žižkov) wycenił początkowo długowłosego pomocnika na 800 000 funtów. Jak można
się domyślić, cena dość szybko zaczęła rosnąć. Minęło zaledwie kilka dni od
zakończenia Mistrzostw Europy, a za Poborskiego zdążyły wpłynąć oferty od
Liverpoolu, Lazio i Manchesteru United. Ani 2 miliony funtów od klubu z
Anfield, ani 3 miliony, które oferowali rzymianie, nie wystarczyło, by zapewnić
sobie usługi 24-latka. Dopiero 3,6 miliona funtów, które wyłożył klub z
Manchesteru, zdecydowało o tym, że Poborský opuścił ojczystą ligę i przeniósł
się na Old Trafford. Wydawało się, że Czech idealnie pasuje do młodej drużyny
„Czerwonych Diabłów”, która właśnie odzyskała tytuł mistrza Anglii, po tym, jak
rok wcześniej niespodziewanie dała się wyprzedzić Blackburn Rovers. Pewnie tak
by się stało, gdyby na pozycji Poborskýego nie grał ktoś jeszcze młodszy i
jeszcze zdolniejszy. Tym kimś był David Beckham. Sezon 1996/1997 to prawdziwa
eksplozja formy Anglika. Poborský musiał zadowolić się rolą gracza drugiego
wyboru. 22 ligowe mecze i 4 trafienia – nie był to wynik fatalny, ale z
pewnością zarówno sam Poborský, jak i kibice United oczekiwali, że będzie
lepszy. Następny sezon (1997/1998) okazał się dla Poborskýego ostatnim
spędzonym na angielskich boiskach. Nie była to nawet pełna kampania, bo już na
początku 1998 roku Poborský zamienił deszczowy Manchester na słoneczną Lizbonę
i dołączył do słynnej Benfiki. Najwyraźniej w ojczyźnie Magellana dobrze
pamiętano bramkę, którą Poborský zdobył na EURO ’96. Na Estadio da Luz czeski
pomocnik spędził trzy lata, jedne z najlepszych w jego klubowej karierze.
Szybko stał się ulubieńcem kibiców. Jego bramkę zdobytą po rajdzie przez całe
boisko w meczu ze Sportingiem Braga z sezonu 1998/1999 porównywano ze słynnym
golem Maradony. Poborský stworzył znakomity duet z João Pinto, wielokrotnie
asystując przy bramkach Portugalczyka. Ich współpraca zakończyła się latem 2000
roku, gdy Pinto przeszedł do lokalnego rywala – Sportingu. Pół roku później
Poborský także opuścił Benfikę, by zasilić rzymskie Lazio, które już kiedyś
starało się go pozyskać. W „Wiecznym Mieście” spędził dwa sezony. Pewnie nie
zapisałby się szczególnie w pamięci kibiców ze stolicy Włoch, gdyby nie ostatni
mecz sezonu 2001/2002. Na Stadio Olimpico przyjechał niemal pewny tytułu
mistrzowskiego Inter Mediolan. Niemal, bo ewentualna porażka z Lazio przy
jednoczesnym zwycięstwie Juventusu sprawiłaby, że mistrzostwo powędrowałoby do
Turynu. Czarny (dla kibiców Interu) scenariusz wydawał się mało prawdopodobny,
a jednak się ziścił. Juventus oczywiście wygrał swój mecz, a Lazio pokonało
Inter 4:2. Walnie do tego przyczynił się strzelec dwóch bramek dla rzymian –
Karel Poborský. Latem 2002 roku Poborský wrócił do Czech i zasilił Spartę
Praga. Zdążył zdobyć z tym klubem dwa tytuły mistrza Czech i zagrać w Lidze
Mistrzów, zanim pod koniec 2005 roku wrócił do Dynama Czeskie Budziejowice –
klubu, w którym zaczęła się jego seniorska kariera. 28 maja 2007 roku
oficjalnie ją zakończył. Angielskim kibicom przypomniał się w 2015 roku, gdy
zagrał w charytatywnym meczu legend Manchesteru United z legendami Liverpoolu.
Dziennikarze zwrócili uwagę nie tyle na jego grę, ile na zupełnie inny, niż w latach aktywności
piłkarskiej, wygląd. Modnie podgolone i ułożone włosy, gęsta broda – hipster w
pełni – ogłosiły niemal zgodnie brytyjskie gazety. W niektórych z nich
zastanawiano się jeszcze, czy była gwiazda reprezentacji Czech, nie gustuje
czasem w kraftowych piwach. W ostatnich kilku latach o Poborským słychać było w
kontekście historii tyleż kuriozalnej, co niebezpiecznej. W 2016 roku były
czeski piłkarz trafił do szpitala z powodu zakażenia boreliozą. Jak się okazało
kleszcz, który przenosił tę groźną, chorobę mieszkał… w brodzie Czecha. Podczas
usuwania insekta z zarostu, Poborský został ukąszony w szyję. Po kilku
miesiącach leczenia, przyjmowania antybiotyków i czasowym paraliżu lewego policzka,
bohater Euro ’96 powoli wraca do pełnej sprawności.

Pomijając
jednak historie pozasportowe, warto zastanowić się, czy Poborský mógł zrobić
większą karierę. Z pewnością tak, bo talentu mu nie brakowało. Być może w
Manchesterze United odegrałby znacznie istotniejszą rolę, gdyby nie ogromna
konkurencja, która panowała wówczas w tej drużynie. Z drugiej strony, gra dla
„Czerwonych Diabłow”, Benfiki i Lazio, czy trzykrotny udział w Mistrzostwach
Europy (grał też w Mistrzostwach Świata w 2006 roku) to osiągnięcia, których
wielu piłkarzy może mu pozazdrościć. Niezależnie od tego, czy Karel Poborský w
pełni wykorzystał swój talent i potencjał czy nie, to dzięki bramce strzelonej
Portugalii na EURO ’96 czeski pomocnik stał się nieśmiertelny. Jeśli nie dosłownie,
to przynajmniej w pamięci piłkarskich kibiców.

Statystyki i
osiągnięcia:

Osiągnięcia
zespołowe:

Slavia Praga

1x
mistrzostwo Czech (1996)

Manchester United

1x mistrzostwo Anglii (1997)

2x
Superpuchar Anglii (1996, 1997)

Sparta Praga

2x
mistrzostwo Czech (2003, 2005)

1x Puchar
Czech (2004)

Reprezentacja:

Brązowy
medal Pucharu Konfederacji (1997)

Osiągnięcia
indywidualne:

Piłkarz Roku
w Czechach (1996)

12

Fantastyczna legenda futbolu:

30 marca 1915 r. urodził się paragwajski napastnik Arsenio Erico. Karierę rozpoczął w miejscowym Nacionalu Asunción a w pierwszym składzie klubu zadebiutował mając zaledwie 15 lat. Na początku lat 30-tych Erico wchodził w skład drużyny piłkarskiej paragwajskiego Czerwonego Krzyża, która rozgrywała mecze na terenie Argentyny by zebrać fundusze na wojnę o Chaco. Z powodu świetnej gry podczas meczów towarzyskich w wymienionym tournée, podpisał z nim zawodowy kontrakt Club Atlético Independiente. Erico zadebiutował w lidze argentyńskiej 6 maja 1934 roku w wyjazdowym meczu Independiente przeciwko Boca Juniors (remis 2:2) i swoją grą a szczególnie świetnymi główkami szybko dorobił się przydomku "skaczący diabeł". Tak wspaniały napastnik jak Arsenio Erico nigdy nie zagrał w reprezentacji swojego kraju chociaż był najlepszym piłkarzem w historii Paragwaju zaś zdaniem takiego autorytetu jak Di Stefano, w ogóle najwybitniejszym środkowym napastnikiem w dziejach światowego futbolu. Tego typu kategoryczne opinie zawsze budzą wątpliwości. Jednak Erico dowiódł swojej wielkości w sposób nader wymierny. W latach 1934-46 w 325 ligowych spotkaniach zdobył dla Independiente 293 gole, liderując argentyńskiej tabeli wszechczasów! W 1947 roku na krótko zasilił jeszcze szeregi Huracanu. Był z całą pewnością graczem genialnym i nie ma w tym słowa przesady. Główkarz niezrównany, z którym w zawody mogliby co najwyżej iść Węgier Kocsis i Argentyńczyk Passarella. Przy wzroście 175 cm fruwał w powietrzu na wysokości poprzeczki. Wielokrotnie głową wytrącał bramkarzom piłkę, którą zdawało się już, już trzymali w wyciągniętych w górę jak struna rękach. Strzelał z równą łatwością ,,nożycami’’(chilena, bicileta), z woleja, z powietrza czy z ziemi. Jego ,,palomity”(gołąbki) urzekały brawurą i elegancją. Skończony technik i drybler, zdumiewał bogactwem akrobatycznych sztuczek a przy tym wszystkim uroczy kompan, skromny i koleżeński, powszechnie lubiany.

W 1939 roku do Buenos Aires zawitał znakomity pisarz francuski Paul Morand, autor głośnego bestselleru ,,Palę Moskwę’’. Wybrał się na mecz Independiente i ujrzawszy w akcji powietrzne ewolucje Erico, zerwał się z miejsca i zakrzyknął w ekstazie: ,,Toż to Niżyński!’’ A Niżyński, gwiazdor słynnych baletów Diagilewa, do dziś uchodzi za największego tancerza wszechczasów. I pomyśleć tylko że taki fenomen nigdy nie przywdział pasiastej koszulki ,,Guarani’’! A to był za młody a to wynarodowił się tak długo mieszkając w Argentynie a to trener powątpiewał w jego ambicję… Kompletny absurd! W latach 1947-49 Arsenio występował w rodzimym Club Nacional Asunción i tam też zakończył swoją wspaniałą karierę. Arsenio Erico pod względem jakości napastnika można śmiało stawiać na równi z samym Pele a znajdą się i tacy fachowcy(jak choćby wsponiany Di Stefano), jak i kibice, dla których Erico będzie najlepszym w historii futbolu…

@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

Niezwykły przypadek Julio Cezara Romero:

30 marca 1989 r. FC Barcelona zakontraktowała Julio Cesara Romero. Paragwajczyk popularnie zwany Romerito, był najbardziej nieudanym zakupem w erze Cruijffa i jednym z najgorszych w historii Dumy Katalonii. Johan postawił na niego dzięki świetnym występom we Fluminense, gdzie Romerito został wybrany najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej. Brazylijski klub miał ogromne długi wobec piłkarza, więc Blaugrana spłaciła te zobowiązania i pozyskała w ten sposób nowego napastnika. Dwa lata po przylocie do stolicy Katalonii Cruijff wystawił Paragwajczyka w miejsce Linekera w El Clasico. Pojedynek odbył się w dniu reelekcji Nuñeza na prezydenta i zakończył się bezbramkowym remisem a najlepszych okazji nie wykorzystał właśnie Romerito. Z każdym tygodniem Paragwajczyk grał mniej kończąc występy w Barcelonie po 7 meczach i jednym golu w meczu o pietruszkę z Malagą. W 2011 r. został wraz z reprezentacją Paragwaju pierwszym mistrzem Świata w ,,footvalley”-jednej z odmian siatko-nogi. Jak widać nikt nie jest nieomylny a Romerito bardziej sprzyjała inna dyscyplina sportu.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

8

,,Oczko” Blaugrany:

30 marca 1988 r. FC Barcelona po raz 21-szy w historii zdobyła Copa del Rey. Na Estadio Santiago Bernabeu pokonała w finałowym starciu Real Sociedad San Sebastian 1:0. Zwycięskiego gola zdobył kapitan Blaugrany Jose Ramon Alexanco w 61 minucie. Dume Katalonii prowadził wówczas legendarny Luis Aragoñes.

Wspomnijmy:



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

6

@FCBparasiempre
Minimalizm
Leo fascynował od zawsze. Zdolny do aktów niezwykłej wirtuozerii, Lider Argentyńczyków
miał również rzadką umiejętność wybierania w każdej sytuacji najprostszych
rozwiązań, nigdy nie starał się być szczególnie brawurowy czy przesadnie ekstrawagancki.
W spotkaniu ze Szwajcarią dostrzegało się jednak również że odstaje kondycyjnie
i było to coś nowego. Przez 120 minut przebiegu jedynie 10 km i 700 m a więc
najmniej ze wszystkich piłkarzy z pola. Zaprezentował też najmniejszą ze
wszystkich graczy z pola aktywność o średniej i wysokiej intensywności (Jak
nazwała Ten parametr w FIFĘ). Miał tylko 31 sprintów, spośród graczy z pola
rzadziej robili to jedynie środkowi obrońcy Federico Fernandez i Fabian Schar.
Kiedy w tej samej rundzie Brazylia pokonywała Chile po serii rzutów karnych
okazało się że Neymar przebiegł o 3 km więcej od Messiego i wykazywał się
aktywnością o średniej i wysokiej intensywności przez 21 minut (przy dziewięciu
minutach Messiego), Brazylijczyk zaliczył też 57 sprintów. To raczej statystyki
Neymara wydają się typowe dla zawodnika występującego na tej pozycji; w innym
meczu tej fazy Thomas Muller biegał ze średnią i wysoką intensywnością przez 20
minut i zanotował 56 sprintów. Mimo to Leo kolejny raz wygrał mecz dla swojej
ojczyzny. Szwajcarzy stracili koncentrację na 3 minuty przed końcem dogrywki.
Kapitan Argentyńczyków przyspieszył, osiągając prędkość 27,58 km na godzinę.
Wedle FIFA był to jego najszybszy bieg w trakcie całego meczu obrońcy rzucili
się w jego stronę, on zaś faktycznie w sposób, który przypominał nieco zagranie
Maradony do Caniggii w meczu z Brazylią sprzed 24 lat, o którym śpiewali teraz
argentyńscy fani posłał piłkę w kierunku di Marii. Strzał tego ostatniego nie
był może tak piękny jak tamten gol ale miał równie wielkie znaczenie. Po
objęciu prowadzenia Argentyńczycy zaczęli Zresztą grać fatalnie a Dżemaili
niemal doprowadził do wyrównania, główkując W najbliższej odległości w słupek a
potem próbując jeszcze bez powodzenia do bitki kolanem. Suma summarum mecz
skończył się wynikiem 1:0 i Argentyna awansowała do ćwierćfinału. Kibice
czekali jednak na powtórkę z historii, na to że Messi błyśnie tak, jak zrobił
to Maradona w 1986 roku. Wówczas stało się to przecież właśnie w ćwierćfinale.
Błysku jednak nie było, Argentyńczycy ograli Belgów ale ich kapitan grał słabo
a co gorsze Di Maria złapał kontuzję uda. Pod nieobecność tego ostatniego akcje
ofensywne Albicelestes w półfinale z Holandią nie było już takie groźne. Mecz ten
rozgrywano zresztą w wielkim smutku. Argentyńczycy wyszli na boisko z żałobnymi
opaskami aby uczcić pamięć zmarłego dwa dni wcześniej Alfredo di Stefano. Symbol
ten nabrał dodatkowego znaczenia rankiem w dniu meczu, ponieważ dziennikarz
Jorge Lopez zginął w wypadku samochodowym, po tym jak jego taksówka została
potrącona przez pojazd, którym złodzieje uciekali przed policyjnym pościgiem. Żona
zmarłego również pracująca przy obsłudze mistrzostw dowiedziała się o wszystkim
z tweetu Diego Simeone który wyrażał smutek i przerażenie w związku z tą
tragedią. Messi będący skądinąd dobrym znajomym Lopeza i tym razem błyszczał
tylko sporadycznie, choć jego rajd i dośrodkowanie w ostatnich sekundach omal
nie przyniosły Argentynie zwycięstwa. Ostatecznie wygrała po rzutach karnych
ale najlepszym piłkarzem meczu był niewątpliwie Mascherano, opanowany i
waleczny defensywny pomocnik, który w samej końcówce spotkania zdołał dogonić
szarżującego Robbena i zablokować jego strzał. Przy tym zagraniu, jak później
wyznał ,, rozerwał sobie odbyt". Przecież to wciąż jeszcze mógł być
turniej Messiego, musiał jedynie zagrać wielki mecz o złoto z Niemcami, które w
półfinale rozgromiły gospodarza … 7:1! Gdyby tylko zdobył gola na wage zwycięstwa,
to w połączeniu z czterema golami w fazie grupowej i podaniem do Di Marii w
meczu ze Szwajcarią dałoby się pewnie zbudować wokół jego mundialowego występu
stosowną narrację. Nie brakowało zresztą wiele, gdyż tuż przed przerwą uderzył
minimalnie niecelnie. Nie brakowało wiele całej Argentynie, Higuain zmarnował
sytuację sam na sam, sędziowie(słusznie) nie uznali mu gola ze spalonego a
bramkarz Niemców Manuel Neuer mógł obejrzeć czerwoną kartkę za brutalne wejście
w argentyńskiego napastnika.

Sabella być
może z wieczną swoją szansę i w przerwie finału wprowadził Aguero w miejsce
Lavezziego, tyle że napastnik Manchesteru City wciąż nie był w pełni sił i nie
zdołał odmienić losów meczu. O tym że to Niemcy zdobędą złoty medal przesądził
wolej Mario Götzego 113 minucie. Jeśli brać pod uwagę przebieg całego turnieju,
było to zapewne zwycięstwo zasłużone, choć trzeba przyznać że Argentyńczycy
znaleźli się bardzo blisko sukcesu. Ostatni akt z udziałem Messiego nastąpił w
ostatniej minucie, kiedy Argentyna miała rzut wolny tuż zza linii pola karnego.
Najlepszym rozwiązaniem wydawała się wrzutka w pole karne, gdzie na taką okazję
czekał Ezequiel Garay; doświadczenie meczu ze Szwajcarią uczyło jak obrońców rywala
może rozproszyć perspektywa rychłej nagrody, więc postawienie Niemców przed
koniecznością wybicia piłki stanowiłoby przynajmniej test ich charakterów.
Messi jednak podjął inną decyzję a piłka po jego strzale poszybowała w
powietrze. Oczywiście z perspektywy czasu łatwo go za to krytykować ale gdyby
strzelił mielibyśmy kolejny dowód ile potrafi, kiedy ,, się wkurzy", i
bierze odpowiedzialność i rozwiązuje problem. Wówczas jednak wydawało się że
sam uległ narracji o człowieku, który wygrywa mundial w pojedynkę. Przepadła
najlepsza okazja aby zawodnicy, którzy w 2005 roku sięgnęli po mistrzostwo
świata do lat 20-tu, pokonali Niemców, z których pięciu wygrało z kolei
Mistrzostwa Europy do lat 21 w 2009 roku. Po ostatnim gwizdku, kiedy Niemcy
czekali na wręczenie pucharu ogłoszono że Lionel Messi został uznany za najlepszego
zawodnika turnieju. Trudno sobie wyobrazić aby wciśniętą mu w ręce nagrodą mógł
wyglądać bardziej ponuro. Nikt go wprawdzie nie obwiniał o niepowodzenie Argentyńczyków,
nikt nie miał poczucia że zawiódł, pojawiły się jednak wątpliwości. Czy biegał
tak mało ze względu na wspomniany już minimalizm, czy były ku temu jakieś
poważniejsze przyczyny? W tygodniu poprzedzającym finał jego ojcu przypisywano
(szybko zresztą zdementowane) słowa że nogi Messiego ,, ważą po 100 kg".
Czy miało to coś wspólnego ze zjawiskiem, które dawało się zauważyć w ciągu
ostatnich kilku lat a mianowicie obrazem zawodnika, który wymiotuje na boisku?
Kiedy potem w FC Barcelonie znów zaliczył znakomity sezon, trudno było nie
myśleć że podczas mundialu w Brazylii wydarzyło się coś niedobrego, choć nigdy
nie zdołano przekonująco ustalić co mianowicie, a sam Argentyńczyk mówił że
przez cały rok 2014 nie mógł złapać formy. Mówienie o klęsce drużyny, która
właśnie wystąpiła w finale Mistrzostw Świata a co więcej, miała w nim więcej
szans na wygraną, byłoby skrajną niesprawiedliwością. Większość Argentyńczyków
żywiła wdzięczność dla Sabelli i jego piłkarzy, także za to że dzięki nim
dobiegła końca niepokojąca tendencja: do mundialu w Brazylii jedyną drużyną,
którą ich rodacy pokonali w fazie pucharowej wszystkich Mistrzostw Świata od
1990 roku bez serii rzutów karnych był Meksyk. W następnych tygodniach Messi
musiał więc jeszcze wiele razy prezentować żałobne oblicze podczas różnych
publicznych ceremonii, snując się osowiały gdzieś w tle choćby podczas
przywitania reprezentacji przez panią prezydent Cristinę Kirchner. Nie ulegało
wątpliwości: to, że Argentyna nie wygrała mundialu, który miał być mu
przeznaczony, że tamta młodzieżówka z 2005 roku wówczas nie spełniła
pokładanych w niej nadziei i że jeszcze jedno argentyńskie marzenie rozwiązało
się bezpowrotnie, było dla Leo źródłem wielkiego bólu.

No cóż, dla
zagorzałych sympatyków Albicelestes, takich jak ja, ten ból był okropny, zwłaszcza
że te znienawidzone przezemnie ,,Niemiaszki” miały więcej szczęścia niż
rozumu. No ale taki bywa futbol, nie raz okrutny i ciężki do przeżycia. Bogu
dzięki że po latach Messi i spółka zdobyli w końcu to, co okrutny los odebrał
im niemal dekade wcześniej…

8

@FCBparasiempre
Zwykłe
samochody, minibusy, kampery, vany. Pojazdy zaparkowane ciasno jeden przy
drugim na poboczu drogi wiodącej wzdłuż plaży. Cała ,,Copacabana” pełna biało-niebieskich
flag i szalików. Rankami, gdy słońce wschodziło nad Atlantykiem, następowało to
wielkie, zbiorowe przebudzenie, setki argentyńskich kibiców zaczynały kręcić
się przy maleńkich turystycznych kuchenkach i podgrzewać wodę na matę. Niektórzy
spali na plaży, inni na ulicznych ławkach pozbawiając miejsca bezdomnych. ,,Fun
Fest” to straszliwe centrum korpoświata FIFA, gdzie za pomalowanie twarzy
trzeba zapłacić równowartość 40 zł a za butelkę ,, oficjalnego" wina ponad
600, leżało na drugim końcu plaży ale prawdziwe serce turnieju było tutaj, w
tym anarchicznym skupisku, gdzie kibice z całego świata (choć głównie jednak z
Argentyny) spotykali się i pili, flirtowali i się kłócili a nade wszystko
oglądali mecze na wielkich telebimach. Wraz z nimi pojawiła się rzecz jasna
pieśń - śpiewany na melodię ,,Bed Moon Rising” nieoficjalny hymn turnieju,
opisujący brazylijski horror, czyli zwycięstwo najgorszego rywala na Maracanie.
,,Brasil, decime que se siente tener en casa a tu Papa? Seguro
que aunque pasen los anos, nunca lo vamos a olvidar que el Diego te gambeto, El
Cani te vacuno: Estas llorando desde Italia hasta hoy a Messi lo vas a ver La
Copa nos va a traer. Maradona
es mas grande que Pele"(Brazylio powiedz jak to jest gościć swojego Papę,
lata miną a ty nigdy nie zapomnisz jak kiwał cię Diego, jak El Cani(Claudio
Caniggia strzelający gola z podania Maradony przeciwko Brazylii na mundialu w
1990 r.) cię kłuł. Włochy widzą wciąż twoje łzy a Messi, ech zobaczysz zawiezie
puchar do domu, Maradona jest lepszy niż Pele). Podczas Mistrzostw Świata w
Brazylii tę piosenkę słyszało się wszędzie. To nie wszechobecność tych słów
robiła jednak największe wrażenie ale fakt że stanowiły podsumowanie wszystkich
argentyńskich fascynacji. Być może przywołanie turnieju we Włoszech wiązało się
po prostu z faktem że w drugiej rundzie ,,Albicelestes” wygrali tam z Brazylią
ale wydawało się też odzwierciedlać fakt że zainteresowanie grą Argentyńczyków
było o wiele większe w kraju niż za granicą a jeszcze bardziej znaczące było
zestawienie Maradony z Messim. Ich rodacy wierzyli że mundial w Brazylii będzie
turniejem Messiego, tak jak mistrzostwa w Meksyku należały do Maradony. Tyle że
jak się wkrótce okazało, to co przeżył Leo w 2014 roku przypominało raczej
doświadczenia Maradony z roku 1990. O tym że będą to mistrzostwa Messiego
mówiono niemal od dekady A to kolejna rzecz łącząca go z maratonu. Jesienią
2005 roku Leo negocjował swój pierwszy dorosły kontrakt z FC Barceloną. Miał 18
lat i od roku grał już w hiszpańskiej Ekstraklasie. Obie strony pragnęły
podpisać wieloletnią umowę ale różnił je pewien szczegół: klub chciał by
upływała w 2014 roku (i w końcu postawił na swoim), jednak ojciec piłkarza
upierał się natomiast przy rok krótszym kontrakcie. Chodziło mu o to że gdyby w
Barcelonie coś poszło nie tak, Leo mógłby odejść na rok przed turniejem i
miałby czas na odbudowę formy. Po latach okazało się że w kadrze Argentyny na
Mistrzostwa Świata w Brazylii znalazło się sześciu zawodników, którzy w 2005
roku wystąpili w finale Mistrzostw Świata do lat 20. Messi nie odegrał na
turnieju tak dużej roli jak jego wielki poprzednik w 1986 roku, a zresztą nawet
fizycznie nie byłby w stanie tego zrobić. Owszem przeprowadził wiele kluczowych
akcji ale zarazem przekonał się po raz kolejny że w dorosłej piłce nie da się
wygrać meczu w pojedynkę, ,, wkurzając się", aby przywołać raz jeszcze
fraze Grighiniego, tak jak to robił wiele lat wcześniej w spotkaniach
juniorskich Newell’s Old Boys. Argentyńczycy rozpoczęli eliminacje do mundialu
w Brazylii w ustawieniu 4-4-1-1 z Messim za plecami Higuaina, później jednak
przeszli na 4-3-3 z Leo po prawej stronie napastnika ale schodzącym do środka i
wymieniającym się z nim pozycję, oraz Aguero po lewej. Mówiło się wtedy że sam
Messi naciskał na tę zmianę, chcąc załatwić miejsce w wyjściowej 11-tce dawnemu
koledze z pokoju. Jakiekolwiek były powody drużyna została świetnie
zbalansowana. Di Maria biegał między polami karnymi po lewej stronie pomocy
asekurowany przez defensywnie usposobionego obrońcę Marcosa Rojo, przed parą
stoperów operował Javier Mascherano a ustawiony po jego prawej stronie Fernando
Gago również często trzymał się własnej połowy ułatwiając rajdy po skrzydle
Pablo Zabalecie, drugiemu bocznemu obrońcy. Strategię Argentyńczyków skomplikowały
kontuzję. Gago miał problem z kolanem i choć zdołał wyleczyć się na mundial był
daleki od szczytu formy. Aguero narzekał na łydki i ścięgna a Higuain zmagał
się z kontuzją kostki, wszystko to tuż przed pierwszym meczem ,,Albicelestes”
na turnieju przeciwko Bośni i Hercegowinie na stadionie Maracana. Zważywszy
jednak nawet na te wszystkie utrudnienia, decyzje personalne Sabelli
zaskakiwały tak bardzo że wśród argentyńskich kibiców pojawiło się wiele teorii
spiskowych; selekcjoner zrezygnował z ustawienia 4-3-3 i zastąpił je systemem 5-3-2,
które podczas eliminacji testował tylko trzykrotnie w trakcie wyjazdowych
meczów z Wenezuelą, Boliwią i Ekwadorem zakończonych porażką i dwoma remisami.

Jak się w
końcu okazało rzecz nie miała nic wspólnego ani z oczekiwaniami Messiego aby
Argentyna grała dwójką z przodu, ani z żadnymi innymi dziwacznymi koncepcjami.
Po prostu Sabella nie chciał równocześnie ryzykować zdrowia całej trójki
zdolnych do gry zawodników ofensywnych, wśród których był i tak daleki od formy
Aguero. Selekcjoner wystawił Messiego za plecami Aguero, w drugiej linii zaś di
Marię i Maxi Rodrigueza, między którymi operował Mascherano. Z Bośnią i
Hercegowiną Argentyńczycy objęli prowadzenie już w trzeciej minucie, kiedy po
rzucie wolnym Messiego i strzale Rojo piłkę odbiła się od Kolasinača. Po tym
szczęśliwym początku zostali jednak zepchnięci do głębokiej defensywy i w
przerwie(tym razem podobno rzeczywiście za sprawą Messiego, choć przecież nie
on jeden zrozumiał że jest tylko kwestią czasu aż jedno z zabójczych podań
Pjanicia albo Missimovicia trafi do snajperów rywali) zmienili ustawienie na 4-3-3.
Na boisku pojawił się Gago i Higuain a gra Argentyńczyków natychmiast się
uspokoiła. Messi wprawdzie wciąż nie błyszczał ale w 65 minucie wziął udział w
akcji typowej dla tej drużyny z okresu eliminacji. Higuain wszedł na lewą
stronę aby zrobić mu miejsce w środku a piłkarz Barçy minął dwóch obrońców i
strzelił po ziemi tuż przy lewym słupku. W końcówce spotkania Ibiševič zdobył
gola honorowego i mecz zakończył się wygraną 2:1. Kiedy drużyna zostanie przy
ustawieniu 433 a jej kluczowi zawodnicy wrócą do zdrowia, w kolejnych meczach
będzie dużo łatwiej. Wymęczone zwycięstwo na początek turnieju to scenariusz
dobrze Argentyńczykom znany, wydawało się więc iż kiedy drużyna zostanie przy
ustawienu 4-3-3 a jej kluczowi zawodnicy wrócą do zdrowia, w kolejnych meczach
będzie dużo łatwiej. Mimo to cały turniej przebiegał dla Albicelestes w podobny
sposób jak mecz z Bośnią. Irańczycy bronili się znakomicie, frustrując Argentyńczyków
i samemu stwarzając dogodne sytuacje, w końcu jednak już w doliczonym czasie
gry Messi dostał piłkę po prawej stronie boiska jakieś 10 m. przed polem karnym
rywala. Między nim a bramką znajdowało się 11 Irańczyków ale Leo się rozejrzał,
przełożył piłkę na lewą nogę a potem uderzył obok Ghuczanneżada, ponad Sadeghim
i pomiędzy próbującym interwencji bramkarzem a słupkiem. W każdych
okolicznościach byłby to fantastyczny gol ale zdobyty w chwili gdy zirytowany
Maradona zdążył już opuścić stadion, wydawał się jeszcze bardziej wyjątkowy.
Oto lider Argentyńczyków wziął odpowiedzialność za losy meczu i pokazał że
skoro nikt inny nie może trafić do siatki, zrobi to on. Zwycięstwo z Iranem
dało piłkarzom Sabelli awans i stawką ostatniego meczu grupowego(z Nigerią)
było wyłącznie to, kto wyjdzie z grupy z pierwszego miejsca. Argentyńczyków
satysfakcjonował remis ale zdołali wygrać 3:2, Messi zaś zdobył dwa gole,
najpierw po kapitalnym uderzeniu z pierwszej piłki, które omal nie rozerwało siatki,
po tym jak wcześniejsze uderzenie Di Marii odbiło się i od słupka i od
próbującego interweniować bramkarza a drugiego po kolejnym świetnym rzucie
wolnym. Po awans do ćwierćfinału trzeba było grać ze Szwajcarami w São Paulo.
Rywale cofnęli się bardzo głęboko a cała ich strategia sprowadzała się do
pozbawiania Messiego przestrzeni na boisku. ,, Może nam się udać tylko wtedy,
jeśli będziemy to robić wszyscy razem. Jeśli zejdzie taka potrzeba pokryjemy go
we trzech albo czterech"- mówił trener Szwajcarów Ottmar Hitzfeld. Tak też
to właśnie wyglądało, przez cały mecz Messi opędzał się od roju czerwonych
koszulek. Argentyna cierpiała. Aguero, któremu odnowiła się kontuzja ścięgna
został zmieniony przez Lavezziego. Messi w zasadzie nie schodził na prawą stronę,
grał za dwójką napastników jak klasyczny ,, enganche", co być może
dodatkowo ułatwiało przeciwnikom krycie. Nagle okazało się że w całym tym
zamieszaniu nie chodzi już o to, czy Argentyna będzie grać dalej ale o to, czy
wypełni się los Lionela Messiego. Z perspektywy współczesnych rozmów o piłce
nożnej wydaje się to zastanawiające. Zamiast dyskusji o znalezieniu równowagi w
drużynie czy integracji poszczególnych jej elementów wróciliśmy do spojrzenia
staroświeckiego. ,, Jest naszym najważniejszym zawodnikiem, naszym kapitanem i
najlepszym piłkarzem świata. My wszyscy gramy dla niego i zdajemy sobie sprawę
ile dla nas znaczy. Mamy wielkie szczęście że jest Argentyńczykiem. Dlatego
zawsze, kiedy udaje nam się odebrać piłkę próbujemy podawać do niego, jako
najlepszego i liczymy na to że strzeli"- mówił później Zabaleta. Jak
zauważył wówczas dziennikarz Ken Early, w FC Barcelonie Messi dostaje piłkę,
potem zagrywa do kolegi i rusza na wolne pole, gdzie mógłby ewentualnie
otrzymać futbolówkę po raz kolejny. W Argentynie, kiedy dostaje podanie wszyscy
pozostali stają i czekają aż zrobi coś wyjątkowego. W meczu drugiej rundy
mundialu w Brazylii po boisku biegały Szwajcaria po jednej stronie i niezbyt
ścisły sojusz Messiego z Argentyną po drugiej. Do końca regulaminowego czasu
gry pozostawało już zaledwie kilka minut, kiedy Messi dostał piłkę z lewej
strony boiska tuż przy linii bocznej. Widać było jak się rozgląda a potem (to
również dawało się wyczuć) zamyka się w sobie i próbuje rozpocząć kolejną gambetę.
Został powstrzymany ale wrażenie było oczywiste: Po raz kolejny usiłował samemu
znaleźć drogę prowadzącą do wygranej swojej drużyny. Ponieważ do 90 minuty nie
padły gole sędzia zarządził dogrywkę. Oba zespoły skupiły się wokół ławek
rezerwowych. Messi był kapitanem Argentyny (wybór dyktowany po trosze względami
sentymentalnymi i potrzebą jak najściślejszego powtórzenia historii Maradony)
ale dołączył do grupy jako ostatni. Stanął z tyłu, sięgnął po butelkę wody i
wylał sobie jej zawartość na głowę. Pierwszy przemówił Sabella, później głos
zabrał Mascherano. Messi nie powiedział ani słowa. Czy był to jeszcze jeden
przykład cichego przywództwa, o którym mówili jego pierwsi nauczyciele i
trenerzy? A może niezależnie od swojego geniuszu był kapitanem tylko z nazwy?

9

12

Żywe legendy portugalskiego futbolu:

29 marca 1972 r. urodził się portugalski pomocnik Rui Costa. FIFA w swoim materiale nazwała go „portugalskim księciem”. Mistrz Portugalii i Włoch. Zdobywca Ligi Mistrzów, Superpucharu UEFA i Pucharu Interkontynentalnego. Zawodnik, który w swoim najlepszym czasie osiągnął absolutne piłkarskie szczyty. Grał w znacznie potężniejszej niż dziś Serie A, przywdziewał koszulkę Milanu, który z dzisiejszym zespołem ,,Rossoneri” łączy tylko logo na koszulkach. ,,Moim idolem był Michel Platini. Chodziło o jego sposób gry, o inteligencję, dzięki której zawsze odnajdywał się we właściwej strefie boiska. To pozwalało mu dyktować tempo gry. Nie zapominajmy też o dryblingach i jego umiejętności podejmowania najlepszych decyzji z chłodną głową” – wspominał już po zakończeniu kariery. Jak mało kto zbliżył się jednak do swojego idola na centymetry. Gdyby dziś charakteryzować Costę, pewnie użylibyśmy podobnych słów, co on, gdy mówił o Platinim. Jedyne, czego mu zabrakło, by móc być stawianym na równi z Francuzem, był złoty medal wielkiego turnieju. ,,Gdybym mógł cofnąć czas, poprosiłbym o to, by wygrać mistrzostwo Europy 2004” – mówił w rozmowie z portalem FIFA.com. Mieli przecież wszelkie dane ku temu, by w niego całym sercem wierzyć. „Tworzymy znakomitą mieszankę dwóch zwycięskich reprezentacji młodzieżowych, selekcję najlepszych z najlepszych. Mam nadzieję, że portugalska piłka skorzysta w pełni z naszego pokolenia.” Skorzystała, budując swoją mocną pozycję na lata na arenie międzynarodowej. Przeżywając historie jak ta z Ricardo broniącym gołymi rękami karnego Anglików. Ale nie wycisnęła do ostatniej kropelki, nie sięgając ani po złoto na Euro, ani po medal na mistrzostwach świata. Mimo to Rui Costa na zawsze pozostanie w Portugalii jedną z wielkich legend. Twarzą swojej reprezentacji przełomu wieków. Synonimem boiskowego artysty, który dziś wciąż jest bardzo blisko wielkiej piłki, zasiadając na stanowisku dyrektora sportowego a obecnie prezydenta swojej ukochanej Benfiki.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@Dari0G I ma racje! PZPN i reprezentacja pana Probieża to jest obraz nędzy i rozpaczy. Ja osobiście rozgoniłbym to całe towarzystwo na cztery wiatry...
Tego nie da się nawet oglądać po alkoholu...

13

Legendy polskiego futbolu:

29 marca 1943 r. urodził się Jan Banaś, prawoskrzydłowy. "Urodziłem się w czasie II wojny światowej w Berlinie. Ojciec nazywał się Paul Helwig, był niemieckim żołnierzem, moją matkę poznał we Lwowie, gdzie pracowała przez półtora roku jako tłumaczka. Po moim urodzeniu przez kilka miesięcy mieszkaliśmy z mamą w Berlinie a potem przyjechaliśmy do jej rodzinnych Katowic" - mówił. Nazywał się wtedy Heinz-Dieter Banas. Potem został polskim Janem. Karierę zaczął w AKS-ie Mikołów, następnie był WKKF Katowice i Zryw Chorzów, powoływania do reprezentacji Polski juniorów, gdzie grał m.in. z Zygfrydem Sołtysikiem i Antonim Piechniczkiem. W 1962 roku trafił do Polonii Bytom. Tam osiągał pierwsze sukcesy. Z nią wygrał m.in Puchar Intertoto. I właśnie z tymi rozgrywkami jest związana sytuacja, która wpłynęła na piłkarskie życie Banasia. W 1966 roku przed meczem w Norrkoeping z miejscowym IFK, zdecydował się zostać za granicą. "Jeśli chodzi o wyjazd z 1966 roku, za sprawą stał mój ojciec, którego w Szwecji zobaczyłem pierwszy raz od 23 lat" - mówił Banaś. To on namówił syna, żeby nie wracał do Polski. Razem z nim nie wrócili także Konrad Bajger i Norbert Pogrzeba. "Pracował jako księgowy w klubie z niemieckiej ligi regionalnej w mieście Hof. Gdy podsunął mi jednak papier, żebym się zgodził, że z każdego mojego ewentualnego transferu 10 procent będzie szło na jego konto, nasze drogi się rozeszły" - dodał Banaś. Po trzech miesiącach młody piłkarz pojechał do Kolonii, gdzie trenował w 1.FC Koeln. Nie mógł jednak grać, ponieważ polskie władze sportowe zdyskwalifikowały go na dwa lata, wrócił więc do kraju. Po tej przygodzie zmienił oficjalnie pisownię nazwiska na takie, jakie znamy dzisiaj. Mógł występować ale za swoją postawę zapłacił.

Przez cztery lata nie był powoływany do reprezentacji a potem, mimo że grał zarówno w eliminacjach igrzysk olimpijskich 1972, jak i w eliminacjach mistrzostw świata 1974 na turnieje finałowe nie pojechał. Oba były w Niemczech. W pierwszym przypadku miało chodzić o to, że podczas pobytu w Niemczech Banaś pobierał pieniądze od jednego z klubów, czemu sam zainteresowany zaprzecza, tłumacząc, że to było tylko drobne kieszonkowe. Zachodnioniemieckie media miałyby opisać całą aferę. "Otrzymaliśmy poufną informację, że mogą wystąpić oficjalnie do MKOl-u, podważając amatorski charakter naszej reprezentacji, gdyby Jasio zagrał w turnieju" - cytował trener Kazimierz Górski słowa Wiesława Ociepki, szefa PZPN-u a zarazem członka KC PZPR-u i ministra spraw wewnętrznych, w swojej książce "Pół wieku z piłką". Z kolei w przypadku MŚ Banaś miał na nie niepojechać, ponieważ latem 1973 roku, podczas tournee po USA, Górski dowiedział się, że zawodnik zamierza wzmocnić jedną z tamtejszych drużyn. Selekcjoner wiedząc, że nie może na niego liczyć, nie powołał Banasia na mecze eliminacyjne MŚ z Walią w Chorzowie i Anglią w Londynie. "To nieprawda. Z nikim wówczas nie rozmawiałem o grze w USA" - tłumaczył jednak sam zawodnik. Właśnie podczas tego wyjazdu ostatni raz wystąpił w reprezentacji Polski, w której grał od 1964 roku. W tym czasie Banaś był już podstawowym piłkarzem Górnika Zabrze. Przeszedł do niego w 1969 roku. Transfer "największy wtedy w Polsce" z silnej Polonii Bytom do jeszcze mocniejszego zespołu zaowocował wywalczeniem dwóch mistrzostw Polski i trzech Pucharów Polski. Grał też w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1970 roku, kiedy Górnik przegrał z Manchesterem City 1-2. Porównywano go czasami do George'a Besta, Irlandczyka z Ulsteru, w tym czasie gwiazdy Manchesteru United i jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. "Też miałem, ciemne, długie, kręcone włosy, śledziłem, jakie nosi ciuchy. Jak on grałem na prawym skrzydle, też lubiłem dryblować. Pod tym względem jeszcze większym mistrzem był mój inny idol, Brazylijczyk Garrincha" - mówił Banaś. I podobnie jak Best miał powodzenie u kobiet. "Pewnie imponowało im, że mogą pokazać się z piłkarzem, reprezentantem Polski? Miałem łatwiej, one zdawały sobie sprawę, z kim się zadają, byłem znany, wiadomo, prasa, telewizja. Znały nazwisko Banaś, wiedziały, że gram w Górniku" - mówił. "Z piętnaście razy mogłem już przed ołtarzem stać, większość chciała mnie usidlić. Ciągle kalkulowałem, co nimi kieruje: czy są ze mną dla mnie czy dla pieniędzy?" - dodał. W Zabrzu występował do 1975 roku, a potem w końcu wyjechał za granicę. Najpierw to były polonijne kluby w Stanach Zjednoczonych, następnie Meksyk (Atletico Espanol) i Francja, gdzie m.in. ze względu na stan wojenny spędził 13 lat, grając w tamtejszych drużynach. Do Polski wrócił w 1993 roku. Tutaj imał się różnych zajęć - od pracy z młodzieżą w Gwarku Zabrze po gastronomię. Mieszka w Zabrzu, nieopodal stadionu Górnika.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

13

Blaugrana triumfuje w ,,krwawych” derbach Barcelony:

29 marca 2014 roku FC Barcelona rozpoczęła 31. kolejkę Ligi BBVA wyjazdowym zwycięstwem 1-0 w derbach przeciwko RCD Espanyol. Dzięki bramce Lionela Messiego, 23. w tym sezonie, Duma Katalonii odniosła cenne zwycięstwo, które dawało jej pierwsze miejsce w tabeli. Pierwsza połowa meczu na ,,Cornellà-El Prat” była zaciętym widowiskiem, obie drużyny grały w bardzo szybkim tempie. To gospodarze mieli pierwsze okazje do zdobycia gola, wyróżniali się Pizzi i Sergio García. Jednak najlepsza okazja przed przerwą przypadła gościom, gdy Dani Alves podał piłkę Neymarowi, ale brazylijski napastnik nie zdołał umieścić piłki w siatce i drużyny zeszły do szatni przy remisie. Druga połowa była równie wyrównana jak pierwsza a obie drużyny zaciekle walczyły o trzy punkty. Po strzale Gerarda Piqué, który odbił się od słupka, Blaugrana została w końcu nagrodzona za wytrwałość w 77. minucie. Messi nie pomylił się przy rzucie karnym a gol Argentyńczyka wystarczył aby zapewnić ekipie Gerardo Martino cenne zwycięstwo, które podtrzymało ich nadzieje na tytuł. Pod koniec meczu Javi López zastąpił Kiko Casillę między słupkami, po tym jak bramkarz otrzymał czerwoną kartkę i zachwycił dwoma świetnymi obronami.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?