FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
12
Duma Katalonii debiutuje w europejskich pucharach w pierwszy dzień Bożego Narodzenia:
Zdajecie sobie sprawę iż ,,nasza” Barça 25 grudnia 1955 r. rozegrała swój pierwszy mecz w europejskich pucharach? Otóż 69 lat temu FC Barcelona rozgrywała spotkanie z reprezentacją Kopenhagi w ramach ćwierćfinału Pucharu Miast Targowych. Było to trzecie w kolejności spotkanie pierwszej edycji tych rozgrywek w historii. Mecz z Kopenhagą odbył się na słynnym ,,Camp de Les Corts” przy komplecie 35 tys. widzów a Blaugrana wystąpiła o dziwo w czarnych koszulkach, białych spodenkach i z herbem miasta Barcelony na piersi. O poziomie przeciwników niech świadczy fakt iż rzut karny wywalczył dla nich 18-letni Andersen, gracz z trzeciej ligi duńskiej. Mecz zakończył się zdecydowanym zwycięstwem gospodarzy 6:2 a pierwszego oficjalnego gola dla Barçy w europejskich pucharach(drugiego w kolejności również) strzelił w 8 minucie napastnik Esteban Areta z podania Kubali. Pozostałe gole strzelili: Justo Tejada(2), Ramon Villaverde oraz wspomniany już Ladislao Kubala. Tą pierwszą edycje rozgrywek, trwającą 2 lata, wygrała rzecz jasna Duma Katalonii.
@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
11
Nie tylko dla prawdziwych cules:
W latach 20-tych poprzedniego wieku teren na wzgórzu Montjuic, gdzie mieścił się kamieniołom, został odpowiednio przystosowany, żeby wybudować na nim stadion piłkarski Estadi Catala(jak oficjalnie go nazwano) mogący pomieścić 35 tys. osób. Projekt ten powstał w wyniku kandydowania Barcelony do zorganizowania Igrzysk Olimpijskich w 1924 roku. W ramach kampanii na rzecz organizacji igrzysk, 25 grudnia 1921 r. Barça rozegrała mecz inauguracyjny przeciwko Sparcie Praga w obecności 30 tys. widzów, którzy wypełnili trybuny nowego stadionu i setek pozostałych, śledzących boiskowe wydarzenia z pobliskich wzgórz. Według ówczesnych relacji, tamtego świątecznego dnia futbol przestał być dyscypliną marginalną, a stał się sportem masowym. Sam Samitier zabrał głos w tej sprawie: ,,Zawsze uważałem iż wizyta Sparty była decydująca dla katalońskiego futbolu. Od tamtej chwili liczba widzów rosła z dnia na dzień”. Podczas inauguracji stadionu na trybunach obecny był ówczesny burmistrz miasta, Antoni Martinez, któremu towarzyszył między innymi prezydent Mancomunitatu i przewodniczący Parlamentu. W tamtym towarzyskim meczu ze Spartą, które prowadził sędzia Bru, Blaugrana wystawiła taki oto skład: Zamora, Planes, Martinez Surroca, Torralba, Sancho, Samitier, Vinyals, Vicente Martinez, Josep Gracia, Sagi Barba oraz ówczesny kapitan Paulino Alcantara. W doliczonym czasie gry Sparta zdołała pokonać Barçe 3:2, lecz następnego dnia rozegrano mecz rewanżowy, który zakończył się zwycięstwem gospodarzy 2:0, po golach Planesa oraz Alcantary z rzutu karnego.
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson
7
Niech narodzenie Chrystusa wniesie światło do naszych umysłów, serc i naszego życia;
niech rozświetli miejsca, gdzie wciąż zalega mrok; niech oświeci drogę, którą zmierzamy.
Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia pragnę złożyć wszystkim Państwu(nie tylko prawdziwym cules) najszczersze życzenia
niezmąconego pokoju, niezłomnej wiary oraz niewyczerpanych sił.
6
@FCBparasiempre
Faworytem spotkania byli oczywiście piłkarze z Półwyspu Apenińskiego. Gra Chile opierała się na wykorzystaniu dwójki znakomitych snajperów. Wystarczyło tylko odciąć ich od podań. Jak się jednak okazało, nie było to takie proste. Dodatkowo Cesare Maldini, zdając sobie sprawę z zagrożenia, jakie stanowił Salas, przydzielił mu anioła stróża, którym miał być Fabio Cannavaro. Mecz rozpoczął się po myśli Azzurich. Po błędzie chilijskiej obrony Włosi wyprowadzili błyskawiczną kontrę i już w 10. minucie prowadzili 1:0 po bramce Vieriego. Chile nie zamierzało jednak się poddawać i zdołało wyrównać jeszcze przed przerwą. W zamieszaniu po rzucie rożnym piłkę głową uderzył Zamorano. Ta spadła pod nogi Salasa, który mimo asysty Cannavaro, pokonał z najbliższej odległości Pagliucę. Mimo niedużego wzrostu Salas świetnie radził sobie w powietrzu. To właśnie głową strzelił swoją drugą bramkę w tamtym meczu. Sensacja wisiała w powietrzu, bo Włosi mimo wprowadzenia Chiesy i Inazghiego nie potrafili wyrównać. Dopiero na kilka minut przed końcem dokonał tego Roberto Baggio. Najpierw nastrzelił w polu karnym rękę Ronalda Fuentesa, a potem wykorzystał jedenastkę. Nelson Tapia miał piłkę na rękawicach, ale Włochowi tym razem sprzyjało szczęście. W drugim meczu z Austrią znowu padł remis. Tym razem 1:1. Chile długo prowadziło, a bramkę stracili dopiero w doliczonym czasie. Salas w swoim drugim występie na mundialu ponownie wpisał się na listę strzelców. Akcja bramkowa była bardzo podobna do jego pierwszego trafienia z Włochami. Po stałym fragmencie gry, tym razem po rzucie wolnym, piłkę głową strącał Zamorano…. ponownie futbolówka trafia do Salasa, który w tłoku zdołał wepchnąć ją do bramki. Po kolejnym remisie 1:1 z Kamerunem, Chile zdołało wyjść z grupy z drugiego miejsca. W 1/8 finału trafili na obrońców tytułu. Nie byli w stanie przeciwstawić się Ronaldo i spółce i przegrali 1:4. Jedyną bramkę dla La Roja strzelił nie kto inny, a właśnie Salas. Z czterema golami na koncie uplasował się w czołówce strzelców turnieju. Tylko Vieri, Batistuta i Šuker mieli ich więcej, ale trzeba powiedzieć, że rozegrali też więcej spotkań. Świetny atak Za-Sa, który porównywano ze słynnym brazylijskim Ro-Ro, zaprezentował się dobrze, ale brakowało wsparcia zespołu. Niewiele brakowało, żeby zajęli pierwsze miejsce w grupie. Salas udowodnił jednak, że zalicza się do najzdolniejszych napastników na świecie i że pieniądze, jakie zapłaciło za niego Lazio, nie są wyrzucone w błoto. Zaprezentował się z najlepszej strony i zaimponował nie tyle ekspertom (ci go przecież znali), co takim kibicom, jak właśnie ja przed telewizorem. Kiedy pojawił się w Rzymie, Włosi mówili, że mają u siebie fenomen nr 2, nawiązując w ten sposób do Ronaldo. Trafił do klubu ze ścisłej europejskiej czołówki. Giuseppe Favalli, Roberto Mancini, Siniša Mihajlović, Alessandro Nesta, Sérgio Conceição, Pavel Nedvěd, Alen Bokšić, Dejan Stanković, Fernando Couto i Christian Vieri stanowili klasę samą w sobie i sroce spod ogona nie wypadli. Marcelo Salas dobrze wpasował się w drużynę. Na pierwszą bramkę w lidze kazał trochę poczekać, bo trafił dopiero 18 października, ale za to z kim… Premierowego gola w Serie A zaliczył w starciu z wielkim Interem. W wygranym 5:3 spotkaniu na Stadio Giuseppe Meazza już w pierwszej minucie otworzył wynik spotkania. Drużyna jednak borykała się z kontuzjami. Utrudniało to na pewno zgranie z partnerami w ofensywie. Mimo tych problemów, strzelając 15 goli w lidze i 23 we wszystkich rozgrywkach, był najlepszym snajperem w zespole. W tamtym sezonie w Serie A liczyły się tak naprawdę dwa zespoły. Milan i właśnie Lazio. Jeszcze na dwie kolejki przed końcem to rzymianie przewodzili stawce. Potknięcie, jakim był remis z Fiorentiną w przedostatniej serii spotkań zadecydowało o tym, że z tytułu cieszono się w Mediolanie. Do szczęścia zabrakło punktu. Rok wcześniej Lazio zdobyło Puchar Włoch. Kiedy więc Salas przyszedł do klubu, miał okazję zagrać w ostatniej edycji Pucharu Zdobywców Pucharów. Jego kilka bramek na pewno pomogło zespołowi w drodze do finału. Wreszcie 19 maja 1999 r. na Villa Park w Birmingham Biancocelesti stanęli naprzeciw RCD Mallorca. Chilijczyk rozegrał całe spotkanie. Chciał zaskoczyć Carlosa Roę już w pierwszej minucie, próbował też strzału z przewrotki, ale nie było mu dane trafić do siatki. Musiały mu wystarczyć gole strzelone w poprzednich rundach. Główną rolę odegrał za to w spotkaniu o Superpuchar Europy. W starciu z Manchesterem United, tym samym, który w pamiętnym finale wydarł zwycięstwo Bayernowi, Lazio wygrało 1:0. Bohaterowie z Barcelony Sheringham i Solskjær grali od początku, ale to Salas, który pojawił się na boisku w 23 minucie, strzelił jedynego gola i Włosi po raz pierwszy i ostatni mogli cieszyć się z tego trofeum. Warto odnotować, że arbitrem w tamtym spotkaniu był Polak – Ryszard Wójcik. W roku 2000 Lazio zdobyło wreszcie upragnione Scudetto. Najwięcej bramek w lidze znowu strzelił Salas. Cichym bohaterem dla rzymskiego klubu był też Alessandro Calori. Gracz Perguii strzelił w ostatniej kolejce bramkę Juventusowi. To ten gol zadecydował o porażce turyńczyków w tamtym spotkaniu i o utracie prowadzenia w ostatniej kolejce. Powtórzyła się sytuacja sprzed roku, ale tym razem to Lazio było tym klubem, który rzutem na taśmę zwyciężył.
Latem w Rzymie zjawiło się dwóch nowych piłkarzy. Byli to znakomici napastnicy, czyli Claudio López i Hernán Crespo. Marcelo Salas nie był już podstawowym zawodnikiem. Tylko w 15 meczach wychodził w pierwszym składzie. Nie omijały go urazy, a kiedy grał, to często pozostawał w cieniu Argentyńczyków, zwłaszcza Crespo. W styczniu opiekę nad klubem przejął Dino Zoff. Legendarny bramkarz dał szansę Chilijczykowi, a ten odpłacił mu się trzema bramkami w trzech kolejnych meczach. Crespo był jednak w świetnej formie. W lidze zdobył 26 bramek. Chilijczyk w ciągu swoich dwóch pierwszych sezonów w Serie A zgromadził tylko o dwa trafienia więcej. Nadszedł czas na zmianę otoczenia. Swoją przygodę w Lazio zakończył z 48 golami w 117 występach. W Rzymie do dzisiaj jednak bardzo ciepło go wspominają, stawiając w jednym rzędzie z najlepszymi napastnikami w historii klubu. Jeszcze kiedy był zawodnikiem Lazio, próbowano go sprzedać do Parmy i Valencii. Był też blisko przejścia do Interu. Ostatecznie jednak wylądował w Turynie, który polecił mu Nedvěd. Lippi widział w nim zastępcę Inzaghiego, który odszedł do Milanu. Niestety okres spędzony u podnóża Alp nie był dla Chilijczyka udany. Początek zapowiadał się nie najgorzej. Wchodził w końcówkach, kilka razy dostał szansę od pierwszych minut. Pierwszą bramkę strzelił w meczu z Chievo. Jego trafienie z karnego zapewniło Juve trzy punkty. Mógł zostać bohaterem w derbowym spotkaniu z Torino, zremisowanym 3:3. Na kilka minut przed końcem wykonując rzut karny, miał na nodze piłkę meczową. Fatalnie jednak przestrzelił, przenosząc futbolówkę wysoko nad poprzeczką. Nie miał czasu, żeby się zrehabilitować. Tydzień później 20 października w meczu z Bologną odniósł kontuzję. W walce o piłkę nadwyrężył nogę i kolano nie wytrzymało. Uszkodził więzadła krzyżowe przednie. Lippi był rozczarowany. Stracił bardzo dobrego zawodnika. ,,Bardzo mi go żal, Marcelo wszedł do drużyny z wielką pokorą i powagą. Jego kontuzja jest dużym osłabieniem, tracimy gracza o wielkiej jakości i prestiżu z bardzo bogatym doświadczeniem”– mówił o urazie piłkarza Lippi. Sam zawodnik nie tracił nadziei i wierzył, że wkrótce wróci na boisko. ,,Bądźcie pewni, że jestem spokojny. Kiedy wrócę na boisku, będę silniejszy niż przedtem, żeby podziękować kibicom Juventusu za okazaną przyjaźń i sympatię”– zapewniał Salas. Uraz okazał się na tyle poważny, że Salas stracił praktycznie resztę sezonu. Po operacji musiał pauzować ponad pół roku. Na boisko wrócił dopiero w maju. W rewanżowym spotkaniu finału Pucharu Włoch zmienił Marcelo Zalayetę. Przed kontuzją dołożył jednak swoją cegiełkę do triumfu w lidze i na swoim koncie mógł zapisać kolejne Scudetto. Po sezonie pojawiła się propozycja przejścia do lizbońskiego Sportingu. Ówczesny dyrektor sportowy Giovanni di Marzio wybrał się do Lizbony, żeby obejrzeć w akcji Ricardo Quaresmę. Portugalczyk jednak w meczu z Belencenes nie zagrał. Uwagę działacza przykuł inny, bardzo zdolny i utalentowany zawodnik. Di Marzio zadzwonił do klubu i powiadomił o swoim odkryciu. Zaczęły się negocjacje. Rozmowy były już bardzo zaawansowane, a w ramach transferu do Sportingu miał przejść właśnie Salas. Chilijczyk jednak wycofał się na ostatniej prostej i ostatecznie do transakcji nie doszło. Tym utalentowanym juniorem był Cristiano Ronaldo. Tak, ten Cristiano Ronaldo. Do pierwszej jedenastki wrócił na rozgrywany w Trypolisie w Libii mecz o Superpuchar Włoch. Juve wygrało z Parmą 2:1, a Salas grał do 72. minuty. Parę dni później w Turynie zameldował się Marco di Vaio, który we wspomnianym wyżej spotkaniu strzelił jedynego gola dla Parmy. W klubie ze Stadio Dellle Alpi był bezpośrednim rywalem Chilijczyka w walce o pierwszy skład. Lippi skłaniał się jednak bardziej ku wystawianiu Włocha. Salas wystąpił w ledwie 11 ligowych spotkaniach, często wchodząc z ławki. Nie mógł być zadowolony. Raptem trzy bramki przez cały sezon we wszystkich rozgrywkach musiały być wielkim rozczarowaniem. Nie można też zarzucić trenerowi, że nie chciał na niego stawiać. Stawiał, ale Marcelo nie zachwycał. Nie omijały go też urazy. Ostatni raz w klubowych barwach zagrał 7 marca 2003 r. w wygranym 1:0 meczu z Udinese. Wszedł wtedy na ostatnie 17 minut, zmieniając Edgara Davidsa. Dzięki tym niewielu występom znowu jednak mógł cieszyć się ze zdobycia mistrzostwa Włoch. To był jego trzeci triumf w karierze. Trzeci i ostatni na włoskiej ziemi.
Został wypożyczony do River Plate, a rok później podpisał z klubem kontrakt na zasadzie wolnego transferu. To już jednak nie był ten sam zawodnik, który opuszczał klub w 1998 r. Choć miał niespełna 30 lat, to odniesione kontuzje zostawiły ślad w jego organizmie. Nie decydował już sam o wynikach meczów. Kolejne urazy przeszkadzały mu w odbudowaniu się. Mimo że nie był w takiej formie jak dawniej, zdołał pomóc drużynie w wygraniu w Torneo Clausura w 2004. Kibicom na kontynencie przypomniał się już w pierwszym sezonie po powrocie. W Copa Libertadores 2004 jego gol z meksykańskim Santosem Laguna pozwolił doprowadzić do rzutów karnych i przedłużyć nadzieje na awans. Jego doświadczenie było bezcenne w drodze do półfinałów, gdzie musieli uznać wyższość Boca Juniors. Rok później powtórzyli osiągnięcie i znowu zameldowali się w czwórce najlepszych na kontynencie. W pamięci kibiców zostanie jego wspaniały hat-trick w pojedynku z LDU de Quito. Dobre występy pozwoliły mu odzyskać miejsce w drużynie narodowej. Nie był w stanie jednak pomóc swojej reprezentacji w eliminacjach do mistrzostw świata w Niemczech. Chile znowu rozczarowało, zajmując siódme miejsce. Był to jednak o niebo lepszy wynik niż w poprzednich kwalifikacjach. Wtedy zajęli ostatnie miejsce, a wyprzedziła ich nawet Wenezuela. Miewał przebłyski, pokazywał się z dobrej strony, ale był daleki od wielkiej formy. Ciągle trapiony mniejszymi i większymi urazami nie mógł po prostu osiągnąć wyższego poziomu. Był rozczarowany niemożnością spełnienia oczekiwań kibiców, a przede wszystkim swoich własnych. Nosił się nawet z zamiarem zakończenia kariery. Wtedy jednak pomocną dłoń do Matadora wyciągnął Universidad de Chile. Sam Salas określał ten klub najważniejszym w swoim życiu i to właśnie tutaj przyszło mu zakończyć karierę. Już po przyjściu poprowadził drużynę do finału mistrzostw kraju, które jednak przegrali po rzutach karnych z Universidad Católica. Rok później znowu zabrakło szczęścia. Tym razem po konkursie jedenastek ze zwycięstwa mogli cieszyć się zawodnicy Colo Colo. Zdobycie tytułu nie było widocznie pisane piłkarzowi. Za każdym razem La U byli w czołówce, ale zawsze brakowało ostatniego kroku. Marcelo Salas w ciągu czterech sezonów w Universidad de Chile rozegrał 82 mecze. 37 razy pokonywał bramkarzy rywali. Mimo problemów zdrowotnych godnie zakończył karierę, nie rozmieniając się na drobne. W kadrze narodowej ustanowił rekord strzelonych bramek. Zgromadził ich 37. Dopiero niedawno jego osiągnięcie poprawił Alexis Sánchez. Przygodę z piłką zakończył w wieku ledwie 33 lat. Na jego pożegnaniu na Estadio Nacional zgromadziło się 50 tys. ludzi. Z pewnością, gdyby nie kontuzje grałby o parę lat dłużej. Jeszcze niejeden raz zachwyciłby kibiców zarówno w Europie, jak i na całym świecie. Szkoda, że tylko raz dane było mu zagrać na mistrzostwach świata. Mimo problemów podczas swego pobytu w Juve, Salas nadal we Włoszech cieszy się świetną opinią. W uznaniu jego osiągnięć w Italii poproszono go o prezentację trofeum przed finałowym meczem Pucharu Włoch. Spotkały się tam Juventus z Lazio. Nigdy nie zapomniał, kto wprowadził go do futbolowego świata i zawsze podkreślał rolę swoich pierwszych trenerów. ,,Najpierw był Salvador Biondi, który wspierał mnie, kiedy przyjechałem do Santiago. Później był profesor Véliz, dzięki któremu zaistniałem w U-17. No i oczywiście Don Arturo Salah, który doskonale mnie prowadził, dał mi szansę pokazania się i ukształtował mnie jako zawodnika”– mówił o tych, którym najwięcej zawdzięcza.
Śmiało można stawiać go w jednym rzędzie z takimi chilijskimi piłkarzami jak Guillermo Subiabre, David Arellano, Sergio Livingstone, Leonel Sánchez, Carlos Campos, Elías Figueroa, Carlos Caszely czy Iván Zamorano. Arturo Vidal czy Alexis Sánchez również aktywnie zgłaszają się do tego grona, a bardzo możliwe, że Salas był jednym z tych, którzy stanowili dla nich inspirację.
8
@FCBparasiempre
Mundial roku 1998 rozgrywany we Francji. Do dziś doskonale pamiętam mecz Argentyny z Anglią, odpadnięcie Paragwaju po dogrywce, czy porażkę Chorwacji w półfinale. Jak każdy turniej, także i ten francuski miał swoich większych i mniejszych bohaterów. O tych większych każdy z was pewnie pamięta, ale ci mniejsi czasami zacierają się w pamięci. Nazwiska, które mi jednoznacznie kojarzą się z tamtym mundialem to Marokańczyk Mustapha Hadji, Paragwajczyk José Luis Chilavert, Nigeryjczyk Sunday Oliseh, czy urodzony w Chile Marcelo Salas, o którym będzie ten tekst. Po raz pierwszy szerszej publiczności dał się poznać 11 lutego 1998 r. Chilijska reprezentacja w ramach przygotowań do mistrzostw świata rozgrywała na początku roku kilka meczów towarzyskich. Salas był wtedy zawodnikiem argentyńskiego River Plate. Klub nie puścił go na turniej rozgrywany w Hongkongu, gdzie Chile mierzyło się z gospodarzami i Iranem. Nie poleciał też do Australii i Nowej Zelandii. W lutym jednak La Roja mierzyła się z Anglikami. Rozgrywany na Wembley mecz miał być ważnym sprawdzianem dla Chile, które wracało na najważniejszą piłkarską imprezę po 16 latach nieobecności. Egzamin zdali celująco. Chile zwyciężyło 2:0, a obie bramki strzelił Marcelo Salas. W ten sposób skradł show debiutującemu, młodziutkiemu Owenowi. Brytyjskie media nie kryły zachwytu nad świetną grą Chilijczyka. Daily Telegraph pisał, że zawodnik udzielił Anglikom lekcji futbolu, a The Telegraph zwracał uwagę na wyjątkowej urody pierwszą bramkę: ,,Pierwszy gol, strzelony tuż przed przerwą lewą nogą, był jednym z najpiękniejszych, jaki widziała historia Wembley” – można było przeczytać po meczu. ,,Salas to klasa światowa. Ma wszystko, co jest potrzebne, żeby odnieść sukces w wielkim klubie. Można powiedzieć, że był prawdopodobnie jednym z najlepszych snajperów, przeciwko którym grałem w reprezentacji”- komplementował po meczu przeciwnika Tony Adams. Marcelo Salas urodził się 24 grudnia 1974 r. w Temuco. To ćwierćmilionowe miasto jest ośrodkiem administracyjnym regionu Araukania. Leży w środkowym Chile, 670 km na południe od stolicy kraju Santiago. Tereny te od wieków zamieszkiwane są przez walecznych i nieustępliwych Indian. Ludu Mapuczów nie byli w stanie ujarzmić ani Inkowie, ani hiszpańscy konkwistadorzy. Dopiero w XIX w. pokonała ich armia chilijska. Swoją kulturalną odrębność zdołali jednak zachować do dzisiaj. Tak samo waleczny był również Salas. Z tą różnicą, że on swoje boje toczył na zielonej murawie. Pierwszy raz na trawiastym boisku zagrał, mając 16 lat. Wcześniej nie miał ku temu okazji. Jego pierwszym klubem był lokalny Santos FC Temuco. Tam zaczęła się kariera jednego z najbardziej rozpoznawalnych chilijskich piłkarzy. Dzisiaj klub na swoim oficjalnym twitterowym koncie szczyci się swoją szkółką oraz tym, że to właśnie stąd na szerokie wody wypływał Salas. Występy w jednym zespole to było jednak za mało dla zdolnego chłopaka. Wkrótce zaczął więc grać dla innego klubu z rodzinnego miasta – Deportivo Temuco. ,,Podobnie jak wszyscy chłopcy w Ameryce Południowej żywiłem się chlebem i futbolem. Moja mama musiała po mnie przychodzić i zabierać do domu, bo inaczej spędzałbym całe dnie z piłką. Moim pierwszym klubem był ten z najbliższej okolicy – Santos. Po pewnym czasie dostałem szansę w zespole Deportivo Temuco, więc grałem w środy i soboty dla dwóch różnych drużyn” – Wspominał swoje początki Salas. Dzielił swój czas między dwa zespoły do 1990 r. Wtedy w barwach Deportivo rozegrał kilka spotkań, kolejno przeciwko Huachipato, Audax Italiano i Universidad de Chile. W tym ostatnim meczu wpadł w oko Salvadorowi Biondiemu, który współpracował z Los Azules. Dwa gole, które strzelił stołecznemu klubowi, wystarczyły, żeby działacz się nim zainteresował. Salas wiedział, że w stolicy będzie miał większe możliwości rozwoju. Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i wyjechać do Santiago. Trudno było mu opuścić rodzinny dom, ale był zdeterminowany, żeby osiągnąć sukces. Chciał zaliczyć testy w CD Palestino, próbował też dostać się do Colo Colo, ale bez rezultatów. Wreszcie pojawił się w La U. Salvador Biondi doskonale go pamiętał. Przekonał działaczy, że warto wydać 60 tys. dolarów na transfer. Wkrótce Salas przeniósł się z Deportivo Temuco (którego dziś jest prezesem) do jednego z najbardziej utytułowanych chilijskich klubów – Universidad de Chile. Początkowo grywał w drużynie U-17. Pierwszy raz niebieską koszulkę z czerwoną literą U na sercu założył w meczu przeciwko CD Soinca Bata. Lepszego debiutu nie mógł sobie wymarzyć, strzelił dwa gole. Juniorzy Los Azules okazali się najlepsi w kraju, a Salas został najlepszym strzelcem rozgrywek. Bardzo dobra dyspozycja napastnika nie umknęła uwadze selekcjonerów juniorskich reprezentacji. W 1991 r. wystąpił w mistrzostwach Ameryki Południowej U-17, gdzie zajął z zespołem czwarte miejsce. Rok później był już członkiem kadry U-20.
Sukcesy na szczeblu młodzieżowym nie były mu jednak pisane i żeby rozsławić swój kraj, musiał jeszcze trochę poczekać. Jego kariera zaczynała nabierać rozpędu. Cały czas miał go na oku ówczesny trener Arturo Salah. Swój profesjonalny debiut zaliczył 10 kwietnia 1993 r. w meczu pucharowym z Deportes Colchagua. Wszedł na ostatni kwadrans, zmieniając Mariano Puyola. W chilijskiej Primera División swój pierwszy występ zanotował 11 lipca, ponownie zmieniając Puyola. Ostatecznie swój debiutancki sezon w elicie zakończył z 12 meczami na koncie. We wszystkich wchodził z ławki. Do pierwszej jedenastki wskoczył już w następnym sezonie. 4 stycznia 1994 Salas strzelił swoją pierwszą bramkę. La U co prawda przegrali 1:2 z Cobreloą, ale piłkarz był chwalony przez ekspertów. Swoimi występami zrobił prawdziwą furorę. Pojawiał się na boisku 25 razy i strzelił aż 27 bramek. Do tytułu króla strzelców co prawda zabrakło mu kilku trafień, ale w dużej mierze to dzięki niemu Los Azules odzyskali tytuł po 25 latach. To właśnie Salas strzelił decydującego o mistrzostwie gola w spotkaniu z Universidad Católica 4 grudnia 1994. W pamięci kibiców zapisał się też dzięki hat-trickowi z 15 maja w derbowym pojedynku z odwiecznym rywalem Colo Colo. Jak wspominał po latach, doskonale zapamiętał swój debiut, ale to właśnie spotkanie z Los Albos uważa za swoje najlepsze w barwach Universidad de Chile. Pod koniec roku pokazał się szerszej publiczności w południowoamerykańskim odpowiedniku Pucharu UEFA, czyli w Copa CONMEBOL. Strzelił dwie bramki i dotarł z drużyną do półfinału, gdzie musiał uznać wyższość urugwajskiego Peñarolu. Jako mistrz Chile miał okazję zaprezentować się w najważniejszych klubowych rozgrywkach za oceanem. Pierwszy mecz w Copa Libertadores to również był jego popis. W starciu z Universidad Católica, które La U wygrali 4:1, trzykrotnie pokonywał bramkarza. Pechowe porażki z zespołami z Kolumbii sprawiły, że o awansie, który dawało trzecie miejsce w grupie, decydował dodatkowy mecz. W wewnętrznym starciu chilijskich drużyn lepsi okazali się La Católica. Niepowodzenie na arenie międzynarodowej Salas odbił sobie na krajowym podwórku. Strzelił 17 bramek i znowu był liderem drużyny, doprowadzając ją do kolejnego triumfu w lidze. Kibice zaczęli nazywać go El Matador. Na pytanie, skąd wziął się taki przydomek, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jest kilka wersji. Według jednej z nich podczas meczu z Colo Colo publiczność zaczęła śpiewać piosenkę ze słowem matador w refrenie. Ponieważ Salas został bohaterem spotkania, to zaczęto go tak nazywać. Inna mówi, że napastnik tak błyskawicznie uderzał piłkę, jak matador zadający ciosy. Najbardziej chyba zbliżona do prawdy zakłada, że przydomek wiąże się ze sposobem, w jaki celebrował strzelone bramki. Klękał na lewe kolano i prawą rękę unosił do góry. Tak samo, jak uczestnicy corridy po walce z bykiem. Trudno powiedzieć, która jest prawdziwa, choć pewnie w każdej jest ziarno prawdy. Niezależnie od tego, coraz lepsze występy Chilijczyka zwróciły uwagę selekcjonera narodowej reprezentacji. Wykluczona z eliminacji reprezentacja mogła rozgrywać tylko mecze towarzyskie, a Copa America w 1993 r. zakończyła już na fazie grupowej. Zmieniali się selekcjonerzy. W ciągu kilkunastu miesięcy reprezentacją kierowali Arturo Salah, który znał naszego bohatera z pracy w klubie, Urugwajczyk Nelson Acosta i Chorwat Mirko Jozić. To właśnie przybysz z Europy, który miał na koncie sukcesy z Colo Colo, powołał Marcelo do kadry. Salas zadebiutował w obecności ponad 60 tys. kibiców na Estadio Nacional w Santiago. 18 maja 1994 r. Chile podejmowało Argentynę, która w składzie miała takie tuzy jak Diego Maradona, Gabriel Batistuta, Abel Balbo, Fernando Redondo, Diego Simeone, Oscar Ruggeri czy Roberto Sensini. Niespełna 20-letni Salas pojawił się na boisku w drugiej połowie, zmieniając w 67. minucie Fabiána Guevarę. Nie przestraszył się wielkich nazwisk w zespole rywala i 10 minut po wejściu strzelił swoją pierwszą bramkę w barwach narodowych. Chile zyskało nowego goleadora, który wkrótce wraz z Ivánem Zamorano stworzył jeden najlepszych ataków końca XX w. Niespełna rok później jedyny raz zagrał w rodzinnym mieście. La Roja tylko zremisowała z niezbyt silną wtedy Islandią, a Salas strzelił jedynego gola dla Chile, wywołując wybuch radości na trybunach. Wkrótce liga chilijska zrobiła się dla niego za mała. Dobre występy w kadrze i w klubie zwróciły uwagę najsilniejszych klubów na kontynencie. O zawodnika pytało również hiszpańskie UD Las Palmas i meksykańskie CF Monterrey. W 1996 r. w Copa Libertadores dotarł aż do półfinału. Po drodze strzelał bramki ekwadorskiej Barcelonie, urugwajskiemu Defensorowi Sporting i brazylijskiemu Botafogo. W starciu o finał La U zmierzyli się z River Plate. Pierwszy mecz, którego gospodarzem byli Chilijczycy, zakończył się rezultatem 2:2. Trzeba jednak przyznać, że Argentyńczycy mieli sporo szczęścia. Rewanż w Buenos Aires Los Millonarios zdołali rozstrzygnąć na swoją korzyść i odnieśli skromne zwycięstwo 1:0. Salas zaprezentował się jednak bardzo dobrze i jeszcze bardziej zwrócił na siebie uwagę. Kwestią czasu było to, kiedy zmieni klub. Wkrótce wybrał się do stolicy Argentyny, gdzie miał podpisać kontrakt z Boca Juniors. Jednak kiedy zjawił się na miejscu, ówczesny szkoleniowiec Carlos Bilardo oznajmił: ,,Salas jest za niski”. Miał jeszcze dodać, że żaden Chilijczyk nie zrobił furory w lidze argentyńskiej. Marcelo nie załamał się, dzielnie zniósł zniewagę i już dwa tygodnie później parafował umowę z River Plate.
Pobyt w River Plate otworzył przed nim drzwi do wielkiej kariery. Argentyński klub zapłacił za Chilijczyka 2,6 mln dolarów. Napastnik z miejsca stał się jednym z podstawowych zawodników drużyny. Grał obok takich sław jak Francescoli czy Ortega i znakomicie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Jeszcze w grudniu załapał się na mecz o Puchar Interkontynentalny, ale River musiał uznać wyższość Juventusu. Torneo Apertura 1996 zakończył na pierwszym miejscu. Nie było na nich mocnych także w trakcie Torneo Clasura 1997. W swoim pierwszym sezonie w Argentynie Salas strzelił 11 goli. Już wtedy zwracał uwagę europejskich klubów. Jak ujawniała włoska prasa w 1996 r., Inter proponował 8 mln dolarów, a wkrótce potem Napoli dawało 12 mln. Pytały też takie firmy jak Glasgow Rangers, Newcastle, Valencia, Deportivo La Coruna, Juventus, Barcelona i madrycki Real. Wielu chłopakom w jego wieku pewnie uderzyłaby sodówka. Tym bardziej, że w pewnym okresie Salas był najlepiej opłacanym zawodnikiem w lidze. Rok 1997 był najlepszym w jego całej karierze. Kolejny raz świętował mistrzostwo w Torneo Apertura, choć tym razem wiele nie brakowało, a straciliby tytuł na rzecz Boca. W Copa Libertadores River, jako obrońca tytułu, przystępował do rywalizacji dopiero w 1/8 finału. Pechowo przegrali w rzutach karnych z innym argentyńskim klubem – Racingiem. Niepowodzenie jednak odbili sobie w Supercopa Sudamericana. Przeszli jak burza przez pierwszą rundę, w której ponieśli tylko jedną porażkę z Santosem. Salas rozgrywał świetne mecze. Im większa była ranga spotkania, tym lepiej grał. W półfinale z Atletico Nacional Medellin popisał się zuchwałym lobem nad bramkarzem z kilkudziesięciu metrów. Trudno dziwić się zachwytom komentatora. Takich bramek nie ogląda się często. Jego dwa gole wprowadziły River do finału, w którym mierzyli się z Sao Paulo. Pierwszy mecz w Brazylii zakończył się bezbramkowym remisem. Rewanż na El Monumental to znów znakomite zawody w wykonaniu Chilijczyka. Jego dwie bramki na początku drugiej połowy zapewniły zwycięstwo Los Millonarios, a Salas mógł cieszyć się z pierwszego triumfu na arenie międzynarodowej. ,,W River grałem z ludźmi takiego kalibru jak Francescoli, Ortega, Gallardo czy Cruz. Wygraliśmy wszystko. Pamiętam, że jak po raz pierwszy wróciłem do Chile, to witano mnie jak króla” – mówił o swoich sukcesach w River Plate. W tym samym czasie ważyły się losy udziału chilijskiej kadry na mistrzostwach we Francji. Piłkarze z kraju miedzi i saletry ostatni raz na mundialu grali w 1982 r. W eliminacjach kadra początkowo rozczarowywała, grając dosyć w kratkę. Dopiero w drugiej części zaczęli prezentować się tak, jak oczekiwali tego kibice. W lipcu odnieśli ważne zwycięstwa nad Kolumbią (4:1) i Paragwajem (2:1). W październiku mierzyli się ze swoim bezpośrednim rywalem w walce o awans. Wygrana 4:1 nad Peru pozwoliła ich wyprzedzić w tabeli dzięki lepszemu stosunkowi bramek. Marcelo Salas właśnie w tych kluczowych meczach zaprezentował się świetnie. Zarówno z Kolumbią, jak i z Peru ustrzelił hat-tricka i walnie przyczynił się do awansu na francuski turniej. 16 listopada rozgrywano ostatnią kolejkę, a Chile mierzyło się w Santiago z Boliwią. Na trybunach zjawił się sam Alex Ferguson, który na własne oczy chciał się przekonać czy warto ściągnąć Marcelo do Manchesteru. Czerwone diabły były skłonne zapłacić za napastnika nawet 30 mln dolarów. Chile zwyciężyło 3:0. Salas po raz kolejny strzelił bramkę w narodowych barwach, ale do transferu było jeszcze daleko. Działacze River doskonale zdawali sobie sprawę, że wartość zawodnika może znacząco wrosnąć po mistrzostwach i nie kwapili się ze sprzedażą swojej gwiazdy. Znakomity rok w jego wykonaniu został doceniony przez ekspertów. Jako pierwszy Chilijczyk od czasów Elíasa Figueroy został uznany za najlepszego piłkarza Ameryki Południowej. Również w Argentynie wybrano go najlepszym zawodnikiem mijającego roku. Po raz drugi z rzędu umieszczono go także w najlepszej jedenastce kontynentu. To był jednak tylko wstęp do roku 1998, w którym miał usłyszeć o nim cały futbolowy świat. Jeszcze przed pamiętnym meczem na Wembley do walki o pozyskanie Marcelo bardzo aktywnie włączyło się rzymskie Lazio. Zachwyt, w jaki Salas wprawił angielskie media, przyspieszył pertraktacje Włochów z River Plate i wkrótce uzgodniono, że od nowego sezonu Chilijczyk będzie zakładał koszulkę Biancocelestich. Włoska prasa pisała o nowym Imperatorze Rzymu. Argentyńczycy mieli dostać za zawodnika 20 mln dolarów, a pikanterii dodawał fakt, że już 11 czerwca w Bordeaux Chile miało zmierzyć się z Włochami.
5
Matador z plemienia Mapuczów:
@Symson
@Stinger_
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
2
@Maki123 Tu akurat masz racje ale Święta Bożego Narodzenia, zwłaszcza w Polskiej tradycji moim skromnym zdaniem nie powinny być ściśle łączone z Barcą. Przedewszystkim to są święta rodzinne a nie klubowe...
0
@Crashynski Dla mnie osobiście pamiętny finał Ligi Mistrzów na Stade de France z Arsenalem! Moja pierwsza ogladana na żywo Barcunia w finale, mój ulubiony napastnik Eto'o i to wejście Henki Larsona... Tego się nie zapomina do końca życia!
11
Premierowe zwycięstwo i premierowe gole w dziejach Dumy Katalonii:
24 grudnia 1899 r. FC Barcelona po raz pierwszy w swojej historii wygrała mecz i po raz pierwszy strzeliła gole. To był towarzyski mecz z FC Catala rozgrywany na tym samym obiekcie co premierowe spotkanie z angielską colonią(8 grudnia 1899) a mianowicie na ,,Velodrom de la Bonanova”. Mecz zakończył się zwycięstwem Blaugrany 3:1 a pierwsze dwa gole zdobył nie kto inny jak sam legendarny Joan Gamper! Trzeciego gola dołożył Ernest Witty. Wspomniany przeze mnie ,,Velodrome de la Bonanova” został zburzony w 1910 r. po latach pełnienia funkcji siedziby FC Català, pierwszego głównego rywala FC Barcelony w początkach piłkarskiej Barcelony. Rywalizacja z Catalą była dość wyraźna w tych wczesnych latach. Legenda głosi, że założyciele FC Català odrzucili Gampera, ponieważ był obcokrajowcem, zmuszając go do założenia własnego klubu. Jednak prawda jest taka, że FC Català miała zagranicznych graczy, z których niektórzy byli Szkotami. Jeśli rzeczywiście został odrzucony, to prawdopodobnie dlatego, że Gamper był protestantem, podczas gdy wszyscy gracze Català byli katolikami ale to już inna historia.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Stinger_
@Symson
2
@JanneAhonen O prosze! Gratulacje za dobrą pamięć :)
12
Recreation Club był pierwszy w Hiszpanii:
23 grudnia 1889 r. z inicjatywy Alexandra Mackaya, byłego szkockiego lekarza, Roberta Russella Rossa, również szkockiego lekarza oraz przez grupę górników z kopalni Rio Tinto, powstał Huelva Recreation Club, przemianowany później na Recreativo Club de Huelva. Swój pierwszy mecz rozegrali rok później na hipodromie Tablada w Sevilli. Ich rywalami byli pracownicy wodociągów należących do Brytyjczyków i przez nich obsługiwanych. W pierwszej dekadzie XX wieku ,,El Recre” przeszedł w ręce Hiszpanów a następnie zniknął z mapy wielkich klubów. Do dnia dzisiejszego Huelva wiedzie spór z Rio Tinto o to, który klub jest kolebką hiszpańskiej piłki nożnej. Chociaż współcześnie ,,Recre” błąka się po niższych ligach, to przed wjazdem do miasta stoi olbrzymi pomnik nieznanego piłkarza. Swoim kształtem przypomina nieco ten, który stoi nieopodal stadionu w Rio Tinto.
@Symson
@Stinger_
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 No tak, to w sumie dobrze że u ,,nas" nie ma takiego ,,drugiego Pereza", choć jeszcze nie tak dawno był i na dobrą sprawe do tej pory smród się po nim ciągnie...
0
@FcPortoFan1999 Perez to w sumie chyba taki sam charakter ma jak i Bartomeu! A co do Hirschla jak bys chciał poczytać to prosze uprzejmie: https://rfbl.pl/imre-hirschl/
0
@FcPortoFan1999 Też tak uważam. A słyszałeś może o tak wybitnym trenerze jak Imre Hirschl? Tych wybitnych trenerów troche było...
10
Wybitne postacie hiszpańskiego futbolu:
23 grudnia 1950 r. urodził się Vicente del Bosque, były piłkarz i trener. Zdobył mistrzostwo świata (2010), mistrzostwo Europy (2012), dwie Ligi Mistrzów (1999/2000, 2001/02), dwa mistrzostwa Hiszpanii (2001, 2003), Puchar Interkontynentalny (2002), Superpuchar Europy (2002). Kiedy Vicente del Bosque opuszczał Real Madryt w 2003 roku, zachował ogromną klasę. Trener, który poprowadził „Królewskich” do dwóch triumfów w Lidze Mistrzów, który znosił fochy pupilków prezesa sprowadzanych za grube miliony, zniósł też niesprawiedliwe zwolnienie nie skarżąc się ani słowem. Florentino Perez pozbył się szkoleniowca bezgranicznie poświęconego klubowi tuż po tym, jak Real wywalczył mistrzostwo Hiszpanii i dotarł do półfinału Champions League. – Ja uważam, że Perezem kierowały zazdrość i próżność – pisał Leszek Orłowski. – Nie mógł znieść, że del Bosque staje się idolem kibiców Realu, że swoją zwalistą postacią usuwa w cień jego osobę. Inaczej niż Zidane, Figo czy Ronaldo pojawił się w klubie przed prezydentem. Wywalczywszy w sezonie 2002/03 kolejne trofea, był dla Florentino poważnym zagrożeniem w rywalizacji o miano samca alfa, a rzecz jasna tylko taka rola prezydenta zadowalała. ,,Zwolnienie del Bosque było największą niesprawiedliwością, z jaką zetknąłem się w świecie futbolu. To było zachowanie zgoła nienormalne. Przecież Vicente kładł na stół nie tylko zaangażowanie, uczciwość i miłość do klubu, ale także liczne trofea” – pieklił się Luis Molowny. Znaleźli się mimo wszystko tacy, którzy Pereza usprawiedliwiali. Del Bosque uchodził bowiem w powszechnej opinii za szkoleniowca, który drużyną zarządza zgodnie z ideą Pawła Janasa. Nie wpierdala się. Ot, cała jego zasługa – nie przeszkadzał „galaktycznym” madrytczykom w osiąganiu sukcesów. Naturalnie szybko okazało się, że tego rodzaju teorie można odłożyć między bajki. Po rozstaniu ze „Sfinksem” ekipa ze stolicy Hiszpanii przestała odnosić jakiekolwiek sukcesy – ponosiła klęski zarówno w kraju, jak i w Lidze Mistrzów, mimo że Perez wymieniał jej szkoleniowców jak rękawiczki. Natomiast del Bosque swoją wartość dobitnie potwierdził jako selekcjoner reprezentacji Hiszpanii. Fakt, że przejął przepotężną drużynę ukształtowaną wcześniej przez Luisa Aragonesa, ale mistrzostwa świata oraz mistrzostwa Europy nie wygrywa się przecież przez przypadek. Może i temperament del Bosque nie pozwala sytuować go wśród najbardziej charyzmatycznych trenerów w dziejach, może i nie był on autorem przełomowych koncepcji taktycznych, lecz jedno trzeba mu oddać – niewielu w historii futbolu równie dobrze znało się na wygrywaniu. A przecież to jest w całej tej zabawie na koniec dnia najistotniejsze. ,,Nie lubię teatralnych gestów, nie wierzę w dodawanie w ten sposób energii piłkarzom. Ode mnie zawodnicy energię czerpią w taki sposób, że optymalnie przygotowuję ich do każdego spotkania”- mawiał del Bosque. ,,Kiedy wychodzimy na murawę, każdy z nas wie co dokładnie ma robić. Del Bosque daje nam odpowiednią swobodę na boisku, więc możemy grać tak, jak lubimy. To bardzo ważne zwłaszcza dla najbardziej uzdolnionych piłkarzy, del Bosque jest kluczem do ich świetnej gry”- wspominał Cesc Fabregas.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lahey
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Stinger_
1
@Safrani To prawda ale cóż, nie zawsze będzie trwać pokolenie Messiego, Iniesty, Xaviego, Luisa Suareza czy choćby Puyola. Takiego zbiorowiska ,,harpaganów" może już za naszego życie nie być! Obym się bardzo pomylił...
12
Fantastyczny prezent na święta w El Clasico:
23 grudnia 2017 r. Real Madrid przegrał na Santiago Bernabeu z FC Barceloną 0:3(0-0) w ramach 17 kolejki Primera Division. Real Madryt poległ na własnym stadionie ze swoim odwiecznym rywalem, FC Barceloną. Messi i spółka przez całą pierwszą połowę byli przyczajeni, ale po przerwie wyczekali na zabójczą kontrę, którą zakończył Luis Suarez. Po chwili idiotycznie w polu karnym zachował się Dani Carvajal, który postanowił zmienić dyscyplinę sportu i pograć w siatkówkę. Blaugrana powiększyła przewagę nad drugim w tabeli Atletico do dziewięciu punktów, przez co chyba poznaliśmy mistrza Hiszpanii na sezon 2017/18. Mecz w pierwszej połowie był bardzo wyrównany i nie aż tak otwarty, przez co sytuacji strzeleckich nie było zbyt wiele. Lepsze sytuacje stworzył sobie Real, który starał się nie dopuścić Barçy do narzucenia warunków gry. Po zmianie stron Real jednak całkowicie się posypał. Cała organizacja gry obronnej spaliła na panewce, gdy w 54. minucie pilnujący Messiego Mateo Kovacić odpuścił drybling Ivana Rakiticia. Chorwacki pomocnik "Blaugrany" przebiegł z piłką spory dystans, a następnie rozciągnął grę do Sergi Roberto. Ten wyłożył piłkę Suarezowi, który nie mógł się pomylić i umieścił piłkę w niemal pustej bramce. Na 27 minut przed końcem spotkania idiotycznie zachował się Dani Carvajal. Prawy obrońca "Królewskich" celowo zagrał ręką w polu karnym. Lionel Messi nie pomylił się z rzutu karnego i podwyższył prowadzenie. Katalończycy dorzucili trzecie trafienie w doliczonym czasie gry. Prawym skrzydłem szarżował Messi, by następnie wycofać piłkę do wbiegającego Aleixa Vidala, który płaskim strzałem pokonał Keylora Navasa. Kostarykański bramkarz odbił piłkę, ale ta i tak wpadła do bramki, choć wydaje się, że mógł zachować się dużo lepiej. Grający w dziesiątkę piłkarze Realu nie zdołali już odpowiedzieć. Obrona tytułu była wówczas dla podopiecznych Zinedine'a Zidane'a raczej niemożliwa.
Nacieszmy oczy i dusze:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
10
Protoplasta Superpucharu:
23 grudnia 1945 r. FC Barcelona pokonała Athletic Bilbao w finale ,,Copa de Oro Argentina”. Prekursorem Superpucharu Hiszpanii stał się zorganizowany w 1945 r. mecz pomiędzy mistrzem kraju FC Barceloną a zdobywcą Pucharu Hiszpanii Athletic Bilbao. Inicjatywa wyszła od konsula Argentyny w Barcelonie a trofeum ufundowali jego rodacy mieszkający w stolicy Katalonii, stąd nazwa: Złoty Puchar Argentyny. Po emocjonującym meczu Blaugrana zwyciężyła zasłużenie 5:4 a zyski ze spotkania przeznaczono dla szpitali w Barcelonie i Bilbao. ,,To był prawdziwy finał pucharu: entuzjazm i rządza tytułu 22 paladynów, którzy wyszli na boisko naładowani w poszukiwaniu cennego trofeum. Dwie różne drogi zdobywania goli i emocjonujące ostatnie 5 minut, gdzie jedni dążyli do wyrównania a drudzy starali się utrzymać minimalne prowadzenie. Finał, który pozwolił nam posmakować 90 minut dobrej gry i niezaprzeczalnych emocji. To był historyczny sukces naszego wspaniałego futbolu, który zostanie dobrze zapamiętany przez tysiące kibiców, mających szczęście zobaczyć to na własne oczy”- komplementowała spotkanie gazeta ,,El Mundo Deportivo”. W 1947 r. organizator rozgrywek ligowych RFEF urządził ponownie spotkanie o Superpuchar pod nazwą ,,Copa Eva Duarte”.
Strzelcy goli: Cesar Rodriguez(2), Gamoral(2) oraz Bravo dla Barçy / Zarra(2), Urra i Panizo dla Athletic.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
12
Niepowtarzalne pionierskie czasy:
23 grudnia 1906 r. FC Barcelona rozegrała towarzyski mecz we Francji przeciwko Olimpique Cette, klubowi założonemu w mieście Seta, na obrzeżach Montpellier. W relacji z tamtych czasów występ Blaugrany, która pokonała Francuzów 4:2(po 2 golach Romy Fornsa oraz po jednym Quirante i Comamali), odbił się szerokim echem. Serdeczne relacje między klubami sprawiły iż wkrótce doszło do drugiego meczu, tym razem w Barcelonie a po nim piłkarze i szefowie obu klubów udali się do ,,Gran Hotel Falcon” na pożegnalny bankiet. Uroczystość prowadził lekarz i ówczesny deputowany republikański- Per Pi y Sunyer, który w przemowie odwoływał się do patriotycznego znaczenia zwycięstw obu drużyn.
@Stinger_
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
5
No i prosze, do czego to doszło!? A tak wszyscy chcieliśmy porządnej i dyscyplinarnej myśli szkoleniowej...
Ciekawe czy to tylko chwilowy kryzys, jak za Luisa Enrique na samym początku 2015 roku?
10
Premierowe derby:
23 grudnia 1900 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze w swojej historii derby Barcelony z Espanyolem. Towarzyskie spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem i toczyło się w przyjacielskiej atmosferze, co trudno sobie dzisiaj wyobrazić. Barça zagrała bez obcokrajowców a przeciwnicy zaprezentowali się pod nazwą Sociedad Española de Futbol co po Polsku znaczy Hiszpańskie Towarzystwo Piłki Nożnej. Dopiero później przekształcili nazwe na RCD Espanyol.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Stinger_ Przepraszam ale jakoś tak wyszło, jakoś pominołem. Ale jak Krkić to chyba wiadomo o kogo chodzi?
0
@Seba41 Punktów bardzo szkoda. Co do Atletico, to ekipa, która bardzo groźnie kontratakuje i jeszcze lepiej się broni. Uważam że taki ,,szaleńczy" presing od początku meczu, wręcz na ich polu karnym był złą taktyką. Uważam że przy takim przeciwniku, to trzeba było dać im przejąć inicjatywe(przynajmniej spróbować) dać im się wyszumieć i skontrować ich(!) a wyszło całkiem odwrotnie...
1
@Symson Staram się jak moge i służe uprzejmie :)
9
Najmłodsi strzelcy Ligi Mistrzów:
1. Ansu Fati: 17 lat i 40 dni
2. Lamine Yamal: 17 lat i 68 dni
3. George Ilenikhena: 17 lat i 119 dni
4. Antonio Nusa: 17 lat i 149 dni
5. Peter Ofori-Quaye 17 lat i 194 dni
6. Mateo Kovacic: 17 lat i 215 dni
7. Cesc Fabregas: 17 lat i 217 dni
7. Krkić 17 lat i 217 dni
9. Martin Klein: 17 lat i 240 dni
10. Breel Embolo: 17 lat i 263 dni
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lahey
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Stinger_
9
Barceloński zakład przy ulicy Vidre:
Na początku XX wieku futbol był jeszcze w mieście sportem mniejszościowym. To pasja owych Pionierów umożliwiła rozgrywanie pierwszych meczów ponieważ niemal jakiekolwiek miejsce uważali za wystarczająco dobre żeby biegać za piłką w krótkich spodenkach. Boiska do gry w złym stanie i byle jakie stroje były na porządku dziennym. Za sprzęt płacili sami piłkarze, którzy korzystali z ręcznie szytych piłek, przynajmniej do czasu, gdy Gamper dostał futbolówkę od krewnych ze Szwajcarii. Często zdarzało się tak że piłkarze wychodzili z domu w bawełnianych koszulkach brał grana, które zakrywali płaszczem, wypełnianych spodenkach sięgających za kolana, podtrzymywanych paskiem z materiału a także w wełnianych getrach. Uniform uzupełniały buty ze skóry, często białej albo chromowanej w kolorze jasnoszarym, które kupowali za granicą. Do tego wszystkiego cierpieli na niedostatek piłek. Dlatego też klub zlecił wyprodukowanie kilku rymarzowi z zakładu przy ulicy Vidre. Jej nazwa pochodziła od dawnego pieca szklanego, który znajdował się przy niej łącząc plac ,,Reial” z ulicą Eskudellers w środku dzielnicy ,,El Raval”. Piłki wykonane były ze skórzanych kawałków w ciemnych kolorach, zszytych ze sobą nitką. Rymarz, nie mający pojęcia o futbolu, wytworzył je ręcznie, korzystając z fotografii zamieszczonych w zagranicznej prasie, dostarczonych mu przez kibiców i szefów klubu. Rezultatem była mało konwencjonalna piłka o nieregularnym kształcie, która szybko przestawała nadawać się do gry i którą trzeba było stale zszywać. Jednak najważniejsze że klub miał własną piłkę bardzo cenione i rzadkie dobro będące w tamtym czasie synonimem poważnej drużyny. Pierwsze mecze Barça rozgrywała właśnie tymi ręcznie szytymi piłkami, do czasu aż Ernest Whitney Cotton, założyciel ,,Reial Club de Tenis Barcelona” i wtedy także piłkarz Barçy, ofiarował dwie piłki marki ,,Greenville-Birmingham”, które kupił podczas pobytu w Wielkiej Brytanii. Przywiózł również jeden z pierwszych gwizdków dopuszczonych regulaminem do wykorzystywania przy sędziowaniu meczów oraz pierwszą parę butów piłkarskich, które wywołały podziw wśród jego kolegów z drużyny z uwagi na ich wysoką jakość.
@Symson
@Stinger_
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 Znowóż jakieś tajemnicze języki 2024? Dajcie spokój ludzie...!
1
@FcPortoFan1999 A to to rozumiem! Nie można było tak od razu pisać!? Tylko jakieś chińskie czortowiny!
1
@FcPortoFan1999 ,,hype"? a co to za cholerstwo?
10
Czy wiemy że…
Emanuel Olisadebe kończy dziś 46 lat. Olisadebe zdecydowanie zapisał się w historii polskiej piłki nożnej nie tylko dlatego, że był pierwszym czarnoskórym zawodnikiem kadry ale także dlatego, że dzięki jego wyczynom na boisku Polska zakwalifikowała się do Mistrzostw Świata w 2002 roku. Nigeryjski sportowiec 12 lat temu postanowił zakończyć karierę. Emmanuel Olisadebe urodził się w Nigerii w 1978 roku. Od dzieciństwa interesował się piłką nożną i chciał grać w nią zawodowo, a w 1997 roku przyjechał do Polski, aby rozwijać swoją karierę. Przeszedł testy do Wisły Kraków i Ruchu Chorzów, ale współpraca z tymi klubami nie wyszła. Z pomocą selekcjonera Jerzego Engela, który zauważył jego talent, został graczem Polonii Warszawa, z którą związany był do 2000 roku. Również w 2000 roku Emmanuel Olisadebe otrzymał polskie obywatelstwo i dołączył do kadry narodowej, z którą do 2004 roku zagrał 25 razy. Po eliminacjach do MŚ 2002 zyskał miano najskuteczniejszego strzelca Polaków (8 bramek) i pomógł drużynie awansować do turnieju finałowego w Korei Południowej. Po zakończeniu kontraktu z Polonią Warszawa trafił do klubu Panathinaikos, z którym wywalczył Puchar Grecji. Po kontuzji kolana stracił miejsce w podstawowym składzie i w 2006 roku przeszedł do angielskiej drużyny Portsmouth FC. Nie zagrzał tam jednak miejsca – wkrótce przeniósł się najpierw do greckiego klubu Skoda Ksanti, później cypryjskiego APOP Kinyras, a potem chińskiego Henan Jianye. W 2010 roku rozwiązał kontrakt z tym ostatnim i został wolnym zawodnikiem. Karierę zakończył pod koniec 2012 roku.
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson