FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Pierwszy triumf nad Canarinhos:
Polska pokonała na mistrzostwach świata Brazylie 1:0! 6 lipca 1974 reprezentacje Polski i Brazylii wybiegły na Olympiastadion (Stadion Olimpijski) w Monachium, gdzie na oczach ponad 70 tysięcy widzów miały zagrać o honorowe, trzecie miejsce w turnieju. Polacy przystępowali do tego spotkania kilka dni po przegranym 0:1 meczu z RFN, który ze względu na fatalne warunki atmosferyczne przeszedł do historii jako “Mecz na wodzie”. Eksperci długo zastanawiali się jeszcze po tym spotkaniu jaki mógłby być rezultat, gdyby mecz odbył się w normalnych warunkach, bowiem Polaków jako rewelację turnieju uznawano za jedną z nielicznych drużyn, które były w stanie pokonać reprezentację RFN. Stało się jednak inaczej, lecz nasi reprezentanci wciąż walczyli o historyczny i wyjątkowy sukces. Spotkanie z Brazylią odbywało się w godzinach popołudniowych i w skrajnym upale. Uczestnicy tamtego meczu wspominają, że warunki były iście tropikalne a temperatura znacznie przekraczała 30 stopni Celsjusza. Brazylijczycy przystępowali do spotkania mimo wszystko w roli faworytów i liczyli na stosunkowo szybkie rozprawienie się z reprezentacją Polski, lecz ta mimo trudów turnieju oraz panującego upału, stawiała przeciwnikowi twarde warunki, zwłaszcza w środkowej strefie boiska. Efekt był taki, że mimo optycznej przewagi “Canarinhos”, w trakcie pierwszej połowy spotkania obie drużyny stwarzały sobie porównywalnie groźne sytuacje, lecz nie zbliżyły się specjalnie do otworzenia wyniku. Groźniejsze sytuacje przyniosła druga połowa, w której do głosu coraz bardziej dochodzili Brazylijczycy, lecz w bramce doskonale spisywał się Jan Tomaszewski, broniąc choćby groźne uderzenie Valdomiro, po tym jak ten urwał się prawym skrzydłem i uderzał niebezpiecznie z ostrego kąta. W 71 minucie spotkania Henryk Kasperczak musiał ratować się faulem taktycznym, długo przytrzymując próbującego urwać się na naszą bramkę Mirandinhę. Za to przewinienie otrzymał żółtą kartkę, a trener Górski obawiając się wykluczenia swojego podopiecznego z boiska szybko dokonał zmiany. Kilka minut później wydarzyła się najważniejsza sytuacja tego spotkania, gdy Zygmunt Maszczyk przejął piłkę i doskonałym podaniem uruchomił Grzegorza Lato. Ten ruszył z własnej połowy i nie decydując się na uruchomienie łapanego przez brazylijską defensywę na spalonego Zdzisława Kapki, sam wypuścił sobie piłkę na dobieg i ubiegł obrońcę, umieszczając futbolówkę w siatce strzałem po długim słupku, obok bezradnego Leao. W kolejnych minutach Polacy dbali o defensywę i kontrowali, lecz Lato przegrał dwie kolejne sytuacje sam na sam z brazylijskim golkiperem. Ostatecznie Polska wygrała tamto spotkanie 1:0 i została trzecią drużyną świata, zdobywając za ten triumf srebrne medale, bowiem dla wicemistrzów świata przypadały wtedy medale pozłacane.
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
12
Wotum nieufności wobec Laporty:
6 lipca 2008 r. odbyło się referendum dotyczące odwołania Joana Laporty. Jego inicjatorem był Oriol Giralt, jeden z socio klubu. 60,6 % socios było za dymisja Laporty ale wniosek o wotum nieufności musiał przejść większością 2/3 głosów i tym samym upadł. Laporta zdecydował się na pozostanie w klubie. W 1998 r. obecny prezydent znajdował się po drugiej stronie barykady i pragnął odwołać ówczesne władze. ,,Nuñez powinien zrezygnować w imie demokracji”- mówił wówczas Laporta, gdy wniosku nie poparła wymagana większość socios.
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
1
@FcPortoFan1999 Ato, to prawda. Martinez jest ,,the best" jak to się mówi :)
1
@FcPortoFan1999 Po męczarniach z Ekwadorem, to mecz z Kanadą napewno nie będzie spacerkiem. Przewiduje kolejne męczarnie i minimalną wygraną Albicelestes...
11
Wybitne legendy Dumy Katalonii:
6 lipca 1920 r. w Leon urodził się genialny napastnik Cesar Rodriguez Alvarez. Piłkarz momentami niedoceniany ale z ogromnym talentem i z pewnością jeden z najlepszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek występowali w FC Barcelonie. Cesar w barwach Blaugrany zaliczył 433 występy, strzelając 294 gole. W samej tylko La Liga Cesar uzbierał 190 goli, co jest drugim wynikiem w historii Blaugrany po Lionelu Messim. W roku 1939 Cesar Rodriguez przeszedł z małego klubiku Frente Leon do wielkiej FC Barcelony, by tam podwyższać swe umiejętności. W chwili przekroczenia budynków klubowych, młody Hiszpan z pewnością nie zdawał sobie sprawy że to właśnie tutaj spędzi najlepsze chwile życia. Jego debiut w drużynie nieco się opóźnił, za sprawą obowiązków wobec armii. Mimo że oficjalnie był zawodnikiem Barçy, grał na wypożyczeniu w Granada CF, gdzie w 1941 pomógł małemu klubowi w awansie do Primera Division a rok później oficjalnie zadebiutował w La Liga w barwach FCB. Już w trakcie pierwszego sezonu młodzian pokazał się z bardzo dobrej strony. W meczu z CD Castellon(7:3) udało mu się aż 6-krotnie(!) pokonać bramkarza rywali. Ostatecznie zakończył ligowe zmagania na drugiej pozycji w tabeli strzelców La Liga a jego najlepszy okres właśnie nadchodził… Po powrocie w 1942 r., Cesar musiał czekać aż 3 lata aby zatriumfować z Blaugraną w Primera Division. Dopiero rok 1945 dał jemu i drużynie upragnione mistrzostwo. Rok później doprowadził katalońską jedenastke do finału Copa del Generalismo, w którym strzelił 2 gole Realowi Sociedad, dając swojej ekipie ostateczne zwycięstwo. Kolejny sezon był przełomowy; właśnie wtedy, wraz z Basorą, Kubalą, Manchonem i Moreno, stworzył zabójczą linie ataku, która zapewniła klubowi aż 5(!) tytułów w ciągu zaledwie jednego sezonu 1951/52. Mimo tak doborowego towarzystwa, Cesar nadal świecił własnym blaskiem, strzelając gola w doliczonym czasie finału Copa del Generalismo z Valencią, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:2 dla Katalończyków. Udało mu się także zdobyć jedynego gola w finale z OGG Nice w Copa Latina.
Niestety, wszystko co piękne szybko się kończy. Cesar musiał w końcu opuścić Dume Katalonii, gdyż nikt nie mógł mu tam zapewnić miejsca w podstawowym składzie a taki snajper nie może przecież przesiadywać na ławce rezerwowych. Po dwóch drobnych epizodach w mało znaczących klubikach, przeszedł do Elche CF i tam również osiągał sukcesy. Najpierw jako gracz a później jako grający trener poprowadził swój zespół z 4 ligi aż do samej Primera Division! Spędził tam jeszcze sezon prowadząc już jako normalny trener, lecz nie zawojował La Ligi. W ciągu 7 lat Cesarowi udało się zaliczyć niezbyt imponującą ilość występów w reprezentacji Hiszpanii. Między 1945 a 1952 rokiem 12 razy wystąpił w kadrze ,,La Roja”. Należy jednak pamiętać iż w tamtych czasach reprezentacje europejskie nie rozgrywały tylu meczów co dzisiaj. Jednak za to Rodriguez może się pochwalić powołaniem na mistrzostwa świata rozgrywane w Brazylii w 1950 r. Po pierwszych doświadczeniach w roli trenera, Cesar przejął zespół Realu Saragossa i ponownie osiągnął wspaniałe rezultaty, jak na możliwości klubu. W dwóch kolejnych sezonach był odpowiednio czwarty i piąty. Udało mu się także dojść do finału Copa del Generalismo, gdzie został pokonany przez swoją ukochaną Barçe. Niezłe wyniki i styl, w jakim grała Saragossa zwróciły uwagę działaczy Katalończyków na Cesara. W krótkim czasie powierzono mu drużynę, w której odniósł wiele sukcesów, lecz tym razem nie poszło mu tak dobrze i po 85 meczach dano mu do zrozumienia iż powinien odejść. Cesar Rodriguez jako piłkarz zdobył z Blaugraną 5 mistrzostw Hiszpanii, raz udało mu się zgarnąć nagrodę ,,Pichichi”(w 1949, 28 goli), dwukrotnie wygrał Copa del Generalismo oraz triumfował w wielu mniej prestiżowych turniejach. Z pewnością można o nim powiedzieć że był człowiekiem sukcesu i pozostanie w pamięci cules jako jeden z najwybitniejszych napastników Dumy Katalonii.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
10
,,Celestes” tryumfują po raz 14-ty w historii:
5 lipca 1995 r. Urugwaj pokonał Wenezuele 4:1(2:0) w meczu otwierającym 37 edycje Copa America. Na turniej po raz drugi w historii zaproszono reprezentacje Meksyku i USA. Krytykowano gwiazdy futbolu, które odmówiły gry bo czuły się zmęczone sezonem. W tej grupie znalazł się chilijski snajper, król strzelców Primera Division- Ivan Zamorano. Zabrakło też kilku znakomitych Brazylijczyków- Romario, Bebeto, Cafu czy Marcio Santosa. W dodatku selekcjonerowi Argentyny, Danielowi Passarelli coś odbiło! Nie chciał w składzie Redondo i Caniggi, gdyż oni nie chcieli na jego życzenie… obciąć włosów. Takie czasy bo moda… Ta Copa była historyczna także z powodu regulaminowej nowinki. Od 1 lipca 1995 z woli FIFA można było dokonywać trzech zmian a więc trenerzy ekip uczestniczących w turnieju ochoczo z tego korzystali. W pierwszej rundzie głośniej niż o wyczynach piłkarzy było o zdarzeniu, do którego doszło po meczu Argentyny z Chile. Pobili się w swoim gronie argentyńscy kibice, jedna osoba zgineła. Po pierwszej fazie faworytem pozostawała Brazylia. Gospodarze, Urugwaj, męczyli się wygrywając minimalnie, zaś Canarinhos przeszli przez pierwszą faze nie tracąc ani jednego gola. Brylował napastnik Tulio, który Kolumbii strzelił pięknego gola przewrotką. Jednak do kronik przeszło inne jego trafienie, w znakomitym meczu ćwierćfinałowym z Argentyną: ekipa Pasarelli nie zajęła pierwszego miejsca w grupie bo w meczu z USA wystawił on rezerwowy skład a Tulio strzelił gola ręką, co widzieli wszyscy na stadionie i przed telewizorami, poza arbitrem Alberto Tejadą. Za ślepotę został ukarany dożywotnią dyskwalifikacją. Jednak dzięki temu trafieniu Brazylia wyrównała a potem wygrała w karnych 4:2. Bohaterem został Claudio Tafarel, który obronił dwie ,,jedenastki”, w tym strzelaną przez Diego Simeone. Z 4 ćwierćfinałów aż 3 zostały rozstrzygnięte w rzutach karnych. Przyczyniła się do tego nowinka regulaminowa, ponieważ zrezygnowano z dogrywek. Podobał się weteran Carlos Valderrama, jednak został całkowicie odsunięty w cień przez Enzo Francescoliego. ,,Książę” wypracował obydwa gole dla swojego zespołu i po raz czwarty w karierze osiągnął finał Copa America. Turniej w Urugwaju stał pod znakiem kiepskiej frekwencji. Zawinili organizatorzy, którzy ustalili zbyt wysokie ceny biletów. Wyjątkiem stał się mecz finałowy Urugwaju z Brazylią, który na Estadio Centenario zgromadził 70 tysięcy widzów. Mecz nie porywał, irytowało wolne tempo, za to Tulio ponownie zaliczył niebywałego gola. Piłke podawali sobie w powietrzu tak, że nie spadała na ziemie- Juninho, Edmundo, Zinho, Edmundo i wreszcie klatką piersiową do bramki skierował ją Tulio. Ten z kolei pomylił się w serii rzutów karnych, która rozstrzygnęła o złotym medalu(w regulaminowym czasie było 1:1 a w karnych 5:3 dla Urugwaju). Tak oto po raz 7-my u siebie i 14 w historii Urugwaj triumfuje w Copa America. Trenerem ,,Celestes” był Hector Nunez, niegdyś znakomity zawodnik, uczestniczył w Copa America 1959, kiedy Urugwaj doznał klęski. Najpiękniejszą karte swojej kariery zapisał jako napastnik Valencii CF, z którą 2 razy zwyciężał w Pucharze Miast Targowych. Natomiast królem strzelców został Gabriel Batistuta, powtarzając wyczyn z 1991 r. a w 1993 był wicekrólem. W 3 turniejach zdobył aż 13 goli(!) co jest osiągnięciem niezwykłym.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sysia11
2
@NeroTFP1 Nie wiem czy przesadzam ale dla mnie Paulino Alcantara był wówczas takim samym zjawiskiem FC Barcelony jak jeszcze nie tak dawno Lionel Messi. To był genialny snajper, wcale nie gorszy od Messiego a kto wie czy nawet nie lepszy? Przykładem jest średnia goli w meczach o stawke Alcantary wynosząca 1,01 na mecz. Messi ma 0,86 gola na mecz. Warto podkreślić że za czasów Alcantary o stawke grało się tylko i wyłącznie w Copa del Rey i Campeonato Catalonya. Messi grał dodatkowo w La Liga i Lidze Mistrzów, więc miał dużo większe pole do popisu a mimo to ma mniejszą średnią gola na mecz...
11
Transferowe niewypały:
5 lipca 2010 r. Dmytro Czyhryński został sprzedany do Szachtara Donieck. Ukraiński środkowy obrońca był niespodziewanym transferowym niewypałem Pepa Guardioli pod koniec okna transferowego w 2009 r., krótko po meczu Superpucharu Europy z Szachtarem, w którym występował właśnie Czyhryński. Młody, mało znany zawodnik kosztował aż 25 milionów euro i zarówno prasa, jak i kibice dziwili się decyzji szkoleniowca, który miał nalegać na ten zakup. Ukrainiec rozegrał jednak tylko 14 spotkań przez cały sezon i pomimo nacisków Guardioli, Sandro Rosell zdecydował się przystać na propozycję odkupienia Czyhryńskiego przez Szachtar za 15 mln. aby wartość zawodnika nie spadła jeszcze bardziej. Co ciekawe po powrocie do Doniecka, Dmytro nie wywalczył sobie miejsca w pierwszym składzie. No cóż, jak widać nasz ,,Pepito” jak każdy z nas ma prawo się najzwyczajniej w świecie pomylić…
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
11
Pożegnalny występ wybitnej legendy Katalońskiej Dumy:
5 lipca 1927 r. FC Barcelona rozegrała towarzyski mecz z kombinowaną drużyną Espanyolu. To był ostatni mecz legendarnego Paulino Alcantary w barwach Dumy Katalonii. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem ,,Espanyolu” 2:1 a honorowe trafienie dla Blaugrany zaliczył znakomity napastnik Josep Sastre.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
7
@FCBparasiempre
Pod względem czysto piłkarskim nie było to być może najlepsze widowisko tamtego mundialu ale w kategorii dramatyzmu tak. Niemcy zostali wyrzuceni przez Włochów z turnieju, rozgrywanym na własnych boiskach. W dogrywce, krok przed finałem. „Andiamo a Berlino”– krzyczał wówczas podekscytowany Fabio Carresa, włoski komentator a realizator wyłowił z tłumu jedną z wielu zapłakanych Niemek. Gospodarze turnieju odnieśli komplet zwycięstw w swojej grupie. Szczególnie bolesny dla nas był gol Olivera Neuville’a, który pokonał w doliczonym czasie gry fantastycznie broniącego Artura Boruca. Dla Niemców oznaczało to już awans z grupy, a dla drużyny Pawła Janasa powrót do domu (na szczęście było blisko). Niemcy bez trudu w 1/8 rozprawili się ze Szwedami po dwóch golach 21-letniego Lukasa Podolskiego, rewelacji tamtego turnieju. Na drodze stanęła później Argentyna. W 49. minucie Albicelestes wyszli na prowadzenie po bramce Roberto Ayali. Na 10 minut przed końcem do remisu doprowadził Miroslav Klose. Więcej bramek nie padło i potrzebna była dogrywka. Nie przyniosła ona jednak rozstrzygnięcia. W serii rzutów karnych więcej zimnej krwi zachowali niemieccy piłkarze, zwyciężając 4:2. Włosi znaleźli się w grupie z Ghaną, USA i Czechami. W drugiej serii gier Squadra Azzurra zagrała przeciwko Amerykanom. Padł remis 1:1, a samo spotkanie było brutalne. Sędzia zmuszony był pokazać aż trzy czerwone kartki – jedną dla Włochów i dwie dla Amerykanów. Przed ostatnią serią spotkań wszystkie cztery zespoły zachowały szanse na awans. Włosi mieli zmierzyć się z Czechami. Pavel Nedved i jego koledzy nie byli w stanie pokonać ani razu Gianluigiego Buffona. Drużyna Lippiego wygrała 2:0 i znalazła się w fazie pucharowej. Australijczycy sprawili Włochom wiele problemów. Dodatkowo w 50. minucie czerwoną kartkę obejrzał Marco Materazzi. Cały czas utrzymywał się wynik bezbramkowy. W doliczonym czasie w pole karne Australii wpadł Fabio Grosso i…. podopieczni Lippiego otrzymali karnego z kapelusza, którego na awans zamienił Francesco Totti. Napastnik Romy pewnym strzałem pokonał Marka Schwarzera. W ćwierćfinale Italia już bez większych problemów poradziła sobie z Ukrainą, wygrywając 3:0. Spotkanie było bardzo wyrównane. Lepszy poziom gry w pierwszej połowie meczu pokazała drużyna Lippiego, ale to gospodarze byli bliżej wyjścia na prowadzenie. Miroslav Klose znakomicie dograł do Bernda Schenidera, ale strzał pomocnika Bayeru Leverkusen minął o centymetry poprzeczkę włoskiej bramki. Po przerwie Niemcy podkręcili tempo gry, ale tylko raz stworzyli poważne zagrożenie po uderzeniu Lukasa Podolskiego. Bramki nie padły, więc potrzebna była dogrywka. Zdecydowanie lepiej rozpoczęli ją Włosi. Najpierw w słupek trafił Alberto Gilardino, a już chwilę potem minimalnie niecelnie z dystansu strzelał Gianluca Zambrotta. W 110. minucie w znakomitej sytuacji znalazł się Podolski, ale jego uderzenie doskonale obronił Gianluigi Buffon. Kiedy wydawało się, że potrzebne będą rzuty karne, Włosi zadali dwa zabójcze ciosy. W 119. minucie Andrea Pirlo podał sprytnie do Fabio Grosso. Obrońca bardzo precyzyjnym strzałem przy słupku pokonał Jensa Lehmanna. Niemcy próbowali jeszcze odpowiedzieć rzucając się rozpaczliwie do ataku. Wtedy jednak Fabio Cannavaro przejął piłkę we własnym polu karnym i podał ją do Alberto Gilardino. Napastnik Milanu podholował futbolówkę pod pole karne rywali i wypuścił w uliczkę Alessandro Del Piero. Snajper Juventusu bardzo pewnie umieścił piłkę pod poprzeczką i przypieczętował awans Włochów do finału. Pamiętamy, jak to się później skończyło… Składy obu drużyn:
Niemcy: Jens Lehmann, Arnie Friedrich, Sebastian Kehl, Miroslav Klose (111′ Oliver Neuville), Michael Ballack, Philipp Lahm, Per Mertesacker, Tim Borowski (73′ Bastian Schweinsteiger), Bernd Schneider (83′ David Odonkor), Lukas Podolski, Christoph Metzelder
Włochy: Gianluigi Buffon, Fabio Grosso, Fabio Cannavaro, Gennaro Gattuso, Luca Toni (74′ Alberto Gilardino), Francesco Totti, Mauro Camoranesi (91′ Vincenzo Iaquinta), Gianluca Zambrotta, Simone Perrotta (104′ Alessandro Del Piero), Andrea Pirlo, Marco Materazzi
,,Nic nie odda lepiej obrazu tamtego spotkania niż wspomnienia i przeżycia jego uczestników. Włosi nie grali wielkiej piłki w tamtym turnieju. Jednak ich najlepszym spotkaniem na całym mundialu był półfinał. Nie finał, nie ćwierćfinał, ale właśnie półfinał. Zagrali bardzo dobrze, ten mecz charakteryzował się wielką intensywnością. Powinnyśmy wtedy strzelić jedną albo dwie bramki, ale nie byliśmy w stanie tego zrobić”– ocenił Tim Borowski. Rosły pomocnik był bardzo krytyczny wobec siebie. W tamtym spotkaniu zastępował zawieszonego Torstena Fringsa. Twierdzi, że gdyby to jego kolega a nie on zagrał w tym meczu, to prawdopodobnie Niemcy znaleźliby się w finale. ,,Poczuliśmy, że turniej nagle się dla nas skończył. Niektórzy z nas płakali. Nie byliśmy w stanie pojąć co się tak naprawdę stało. To było jak wbicie noża w serce”– dodał dalej Borowski. Marcello Lippi zdawał sobie sprawę jak trudne zadanie czekało jego piłkarzy. ,,Po wygranej z Ukrainą nasza wiara w siebie było dużo większa od tej, którą mieliśmy w fazie grupowej. Z tego też względu zagraliśmy naprawdę dobrze przeciwko Niemcom w Dortmundzie a więc miejscu gdzie byli praktycznie nie do pokonania”– wspomina ówczesny trener włoskiej kadry. Kontra Włochów, która przyniosła bramkę na 2:0 została zapoczątkowana przez efektowny odbiór piłki Fabio Cannavaro. Stoper bardzo dobrze pamięta ten moment. ,,Wydaje mi się, że odebranie piłki Podolskiemu mogło mieć decydujący wpływ na to, że wygrałem później tytuł Piłkarza Roku FIFA. To był niesamowity mecz z wieloma interwencjami na takim poziomie. Kiedy teraz patrzę na tę akcję, to pytam sam siebie: 'Naprawdę udało mi się tak odebrać piłkę?’ To obraz, który na zawsze zapisał się w historii futbolu. Fantastyczna bramka strzelona Niemcom, którzy grali na własnym terenie. Pozwoliło to nam zameldować się w Berlinie”– podsumowuje kapitan włoskiej drużyny w czasie tamtego turnieju. W przywoływanych wspomnieniach nie może zabraknąć również oczywiście największego bohatera tamtego meczu a więc Fabio Grosso. ,,Andrea Pirlo po raz kolejny zachował się genialnie dogrywając mi dokładnie piłkę. Mój strzał był instynktowny. Widziałem, że mogę umieścić piłkę w bramce tylko w jednym możliwym miejscu. Tak jak powiedziałem, zrobiłem to instynktownie. Ten moment wciąż przywołuje we mnie wiele emocji”– wspomina były lewy obrońca. Tak jak napisałem na początku tekstu, z pewnością nie był to najbardziej efektowny mecz turnieju, ale dramaturgia, która trwała aż do 119. minuty gry powoduje, że się o nim pamięta. Włosi nie zachwycali swoją grą ani w grupie, ani też w fazie pucharowej. W najważniejszym momencie byli jednak w stanie się rozkręcić i zniszczyć marzenie gospodarzy o grze w wielkim finale. „Andiamo a Berlino” i płacząca dziewczyna w niemieckiej koszulce to obrazki tamtego półfinału.
7
Italia katem Niemców:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
10
Artyści kontra wyrobnicy:
4 lipca 2004 r. reprezentacja Grecji sensacyjnie zdobyła mistrzostwo Europy pokonując w finale na Estadio da Luz Portugalie 1:0. Oba zespoły spotkały się już na tym turnieju, tyle że w fazie grupowej. Wówczas lepsi byli piłkarze Hellady, zwyciężając 2:1. Finał to już jednak najwyższy szczebel rozgrywek a finały się wygrywa, nie rozgrywa. W pierwszych minutach meczu inicjatywę przejeli Portugalczycy; strzały Paulety i Cristiano Ronaldo nie sprawiły jednak Nikopolidosowi większych trudności. Do wysiłku zmusił go dopiero Miguel ale i jego uderzenie zdołał sparować grecki golkiper. W rewanżu Charisteas usiłował postraszyć Ricardo ale strzał nie był na tyle niebezpieczny aby mógł poważnie zagrozić portugalskiej bramce. Po pierwszej połowie zatem 0:0. Piłkarze Scolariego w dalszym ciągu atakowali ale poza utrzymywaniem się przy piłce nie potrafili zdyskontować wypracowanej przewagi. Grecy zwarli szyki obronne, ograniczając swoja aktywność w grze jedynie do kontrataków. Po jednej z takich akcji uzyskali rzut rożny. Do narożnika boiska udał się Basinas; chwile potem dośrodkował w pole karne, Charisteas uprzedził Carvalho oraz Andrade i głową wpakował piłke do siatki. To był decydujący cios, który oszołomił gospodarzy. Po tym golu Portugalczycy nie zdołali się już otrząsnąć a tylko cudem uniknęli kolejnej bramki. Szanse na odrobienie strat mieli jeszcze Figo i Ronaldo ale nie potrafili ich wykorzystać. W 85 minucie meczu na boisko wtargnął kibic z szalikiem FC Barcelony i rzucił nim w grającego na co dzień w Realu Madryt Luisa Figo. Pięć minut później było już po meczu. Triumfujący Grecy rzucili na kolana upokorzonych Portugalczyków. Puchar Delaunaya pierwszy raz w historii powędrował pod Akropol.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@misterio
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
6
@FCBparasiempre
4 lipa 1926 r. w Buenos Aires urodził się Alfredo Di Stefano, ofensywny pomocnik/napastnik, zdobywca Copa America-1947 ; 8-krotny Mistrz Hiszpanii(Real Madryt)-1954, 1955, 1957, 1958, 1961, 1962, 1963, 1964 ; 5-krotny Zdobywca Pucharu Europy(Real Madryt)-1956,1957,1958,1959,60 ; 3-krotny Mistrz Kolumbii(Millonarios FC) – 1941, 1951, 1952 ; Zdobywca Pucharu Króla(Real Madryt)-1962 ; Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(Real Madryt- 1960 ; 2-krotny Mistrz Argentyny(River Plate) – 1945, 1947 ; 2-krotny zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’– 1957, 1959 ; Hiszpański Piłkarz Roku - 1957, 1959, 1960, 1964 ; 2-krotny Król Strzelców Pucharu Europy - 1958, 1962 ; 5-krotny Król Strzelców ligi hiszpańskiej(Real Madryt) - 1954, 1956, 1957, 1958, 1959 ; Król strzelców Ligi Argentyńskiej – 1947; 2-krotny król strzelców Ligi Kolumbijskiej – 1951, 1952. Zdobywca 23 goli w 31 meczach dla reprezentacji Hiszpanii. Zdobywca 6 goli w 6 meczach(!) dla reprezentacji Argentyny. Ogółem zdobywca 555 goli w 697 oficjalnych meczach. Alfredo Di Stefano to jeden z najlepszych piłkarzy wszechczasów, słynący z wszechstronności, inteligencji na boisku i skuteczności. Był głównym liderem słynnego madryckiego składu, który w latach 50-tych i 60-tych zdominował hiszpańską i europejską piłkę. Jest jednym z najwybitniejszych piłkarzy Realu Madryt i całej hiszpańskiej ligi, a grało ich tam nie mało. Przez dziesięciolecia był najskuteczniejszym napastnikiem Realu, oraz jednym z najskuteczniejszy piłkarzy Primera Division w całej jej historii. Alfredo Di Stefano przyszedł na świat w rodzinie włoskich emigrantów w Barraca, jednym z dyskryktów Bueno Aires. Pierwszym klubem Di Stefano był słynny River Plate, w którym zaczął grywać w wieku 17 lat. Już dwa lata później świętował swój pierwszy triumf z zespołem w lidzie argentyńskiej. W 1947 roku po raz drugi zdobył mistrzostwo, zostając także królem strzelców. W między czasie miał przygodę z Club Atletico Huracan, do którego na krótko został wypożyczony w 1946 r. Strajk argentyńskiej ligi, sprawił, że Alfredo Di Stefano przeniósł się do Kolumbii, grając w tamtejszym Millonarios w latach 1949-1953. Z klubem tym zdobył trzykrotnie mistrzostwo Kolumbii zostając także dwukrotnym królem strzelców. Było jasne, że Di Stefano ma niezwykłe umiejętności snajperskie, oraz charakter przywódcy na boisku. Był piłkarzem myślącym, często zmieniał pozycję co utrudniało pilnowanie go przez obrońców przeciwnej drużyny. To wszystko sprawiło, że o Argentyńczyka zaczęły dobijać się dwa hiszpańskie kluby; Real Madryt i FC Barcelona. Po wielu perturbacjach Di Stefano w końcu trafił na Santiago Bernabeu, mimo, że miał już nawet podpisaną umowę z Barceloną. W owym czasie Związek Hiszpański zakazał występów piłkarzy zagranicznych w lidze, jednak nawał krytyki sprawił, że decyzja szybko została odwołana i Alfred Di Stefano mógł grać w Realu Madryt. Wraz z przyjściem di Stefano zaczęła się złota era Realu Madryt, zdecydowanie okres największej dominacji jednego klubu na świecie. Di Stefano był filarem drużyny, wokół którego powstała drużyna, która zapoczątkowała wielka potęgę Realu Madryt. Przed przyjściem „Saeata rubia”(„blond strzała”) klub z Madrytu miał na koncie tylko dwa trumfy w lidze, ale z pomocą Di Stefano szybko to się zmieniło. Już w pierwszym swoim sezonie zdobywając koroną króla strzelców(27 goli), wraz z kolegami zdobył także mistrzostwo. Drugi sezon był równie udany, Di Stefano drugi raz z rzędu został mistrzem Primera Division.W kolejnym sezonie Real Madryt w lidze musiał uznać wyższość Athletic Bilbao i FC Barcelony, mimo, że Argentyńczyk strzelił 24 goli i ponownie został królem strzelców. Ale niepowodzenie w lidze Real odbił w rozgrywkach o Puchar Europy, które w sezonie 1955/56 ruszyły po raz pierwszy. W finale „Królewscy” pokonali Stade Reims 4:3, a jedną z bramek zdobył Alfredo Di Stefona. W 1956 roku Di Stefano przyjął obywatelstwo Hiszpanii, tegoż roku do Realu przyszedł inny wybitny piłkarz – Raymond Kopaszewski(polskiego pochodzenia), i wraz z Di Stefano siał postrach na boiskach krajowych i europejskich. Real Madryt ponownie na dwa lata odzyskał prym w lidzie hiszpańskiej, co łącząc ze zdobywaniem kolejnych Pucharów Europy wcale nie było takie łatwe. Ale jak przyznawali piłkarze klubów całej europy, Real wówczas był klasą sam dla siebie, a sam Alfredo Di Stefano poziomem gry przewyższał innych piłkarzy co najmniej o klasę. W finałach tych rozgrywek Di Stefano odgrywał niemal zawsze pierwsze skrzypce. W 1957 Real spotkał się z Fiorentiną, pokonując ją 2:0, jedną z bramek strzelił D Stefano. Zdobył również 7 goli w całych rozgrywkach. W finale w 1958 roku klub z Madrytu pokonał 3:2 AC Milan, i Argentyńczyk z hiszpańskim paszportem ponownie wpisał się na listę strzelców. Z liczbą 10 goli został także najskuteczniejszym piłkarzem tych rozgrywek. W sezonie 1958/59 w Primera Division Real był drugi tuż za Barceloną, i po raz 4 z rzędy zdobył Puchar Europy, w czym pomógł Di Stefano i Kopaszewskiemu kolejny wybitny piłkarz – Ferenc Puskas. To była drużyna prawdziwych „Galaktycznych”, w składzie podajże trzech z pięciu najlepszych piłkarzy świata lat 50-tych, którzy potrafili grać niezwykle drużynowo i pomysłowo.
Sam Di Stefano szybko stał się najskuteczniejszym piłkarzem Europejskich Pucharów w których zawsze imponował skutecznością. W każdym z pięciu finałów Pucharu Europy, Di Stefano strzelał gole. W ostatnim wygranym finale w 1960 r. z Eintrachtem Frankfurt(7:3) zaliczył hattricka, a wraz z Puskasem zdobył łącznie 20 goli! Z dorobkiem 49 goli w Pucharze Europy na dziesięciolecia stał się rekordzistą pod tym względem(rekord został pobity dopiero w 2005 r.).Z kolei Pichichi Trophy(trofeum dla króla strzelców) zdobył jeszcze w roku 1957(31), 1958(19) i 1959(23). W 1960 r. Di Stefano z zespołem zdobył kolejne nowopowstałe trofeum w postaci Pucharu Interkontynentalnego, pokonując urugwajski klub Penarol Montevideo.Passa w elitarnych europejskich rozgrywkach została przerwana w sezonie 1960/1961, gdzie na drodze Realu Madryt stanęła FC Barcelona. Mimo odpadnięcia w Pucharze Europy, Real przerzucił swoją passę zwycięstw na ligę, w której w kolejnych latach triumfował w składzie z Alfredo di Stefano pięć razy z rzędu. Mimo, że w 1962 i 1964 Los Blancos dochodzili do finałów Pucharu Europy, to jednak nie udało się go zdobyć ponownie. Sam Alfredo Di Steafano po roku 1960, nie prezentował się już tak wspaniale jak wcześniej, prym w ataku przejął Ferenc Puskas, jednak nadal to on był przywódcą drużyny, a z jego zdaniem liczył się nawet trener.Gdy w 1964 roku Alfredo Di Stefano odchodził z Realu był już legendą i najwybitniejszym piłkarzem klubu, z dorobkiem 246 goli w 302 meczach najskuteczniejszym napastnikiem w historii aż do XXI wieku, kiedy rekord ten pobił Raul Gonzales. Karierę piłkarską kończył w Barcelonie, ale nie w klubie znienawidzonym przez Madryckich kibiców, a w Espanyolu. Grał tam przez dwa sezony i mimo blisko 40 lat radził sobie całkiem dobrze, w 77 występach zanotował 41 bramek. W 1947 roku Alfredo di Stefano został po raz pierwszy powołany do reprezentacji Argentyny. Paradoksem jest, że tak wybitny piłkarz ani razu nie uczestniczył w Mundialu. Grając dla Argentyny nie wystąpił na MŚ w 1950 roku, gdyż ta odmówiła udziału w imprezie. Z kolei w 1954 roku Argentyna nie zakwalifikowała się do mistrzostw, a sam di Stefano wystąpił kilka razy w reprezentacji Kolumbii, co jednak nie zostały uznane oficjalne. Dla barw Argentyny strzelił 6 goli w 6 meczach. Alfredo przyjął obywatelstwo Hiszpańskie w 1956 r. i mógł grać w reprezentacji Hiszpanii. Jednak nie zdołał się zakwalifikować na MŚ w 1962 r. Ta sztuka udała się 4 lata później, ale pech chciał, że przed finałami mistrzostw świata Di Stefano doznał kontuzji, która go wyeliminowała z imprezy. Mimo, że Alfredo Di Stefano przez większość swojej kariery występował w barwach Hiszpanii, to wielu wiąże jego osobę z Argentyną, co przypomina słynne zdjęcie Di Stefano w trykocie Argentyny, na którym może jeszcze pochwalić się blond czuprynką. Plasuje się na czwartym miejscu wśród strzelców Primera Division(227 goli), i na drugim wśród zawodników Realu Madryt( z dorobkiem 216 bramek), wyprzedził go dopiero Raul Gonzales w 2009 roku. W 2003 roku przez Federację Hiszpańską został wybrany „Złotym piłkarzem”, jako najwybitniejszy gracz hiszpański ostatnich 50 lat. Sam Pele nazwał go najbardziej kompletnym piłkarzem wszechczasów. W głosowaniu France Football na najwybitniejszego piłkarza w historii, Di Stefano uplasował się na czwartej pozycji, za Pele, Maradoną i Johanem Cruyffem. W 2000 roku został mianowany jako Honorowy Prezydent Realu Madryt. Od 2008 roku dziennik „Marca”, wręcza nagrodę imienia Alfredo Di Stefano, dla najlepszego piłkarza ligi hiszpańskiej. W 2006 roku otwarto stadion imienia Alfreda Di Stefano, gdzie zwykle grają i trenują rezerwy Realu Madryt. Po zakończeniu kariery rozpoczął swoją przygodę z trenerką. Trenował osiem klubów z niezłym skutkiem w tym River Plate i Boca Juniors , z którymi wywalczył Mistrzostwo Argentyny. Trenował także ukochany Real Madryt zdobywając Super Puchar Hiszpanii w 1990 r. Największe jednak osiągnięcia zdobył z Walencją, kiedy to w 1971 roku wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, a za drugim podejściem w 1980 r. zdobył z tym klubem Puchar Zdobywców Pucharu.
5
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sysia11
1
@FcPortoFan1999 Dokładnie w punkt! To były prawdziwe piłkarskie ,,Harpagany"!
12
Upragniony remis dający awans do półfinału:
4 lipca 1982 r. Polska zremisowała bezbramkowo z ZSRR w drugiej fazie(grupowej) mundialu España 1982. ,,Cała Polska zasiada przed telewizorami. Gdy kibice martwią się o wyniki kolejnych spotkań, pracownikom Telewizji Polskiej sen z powiek spędza to, co może pojawić się na ekranie. W wielu miejscach na całym świecie pojawiają się transparenty "Solidarności". "Nad studiem warszawskim można było panować. Problem był natomiast z żywym przekazem z Hiszpanii" – wspominał Grzegorz Świątkiewicz z Redakcji Sportowej Telewizji Polskiej. Apogeum emocji nastąpiło przed meczem Polska – ZSRR. Na mecz odbywający się 4 lipca 1982 roku na Camp Nou w Barcelonie Biuro Koordynacyjne Solidarności za Granicą przygotowało dwa transparenty o wymiarach 15 metrów długości na trzy metry szerokości. Polski realizator dwoił się i troił, żeby ominąć te obrazy, co i raz robił przebitki z innych meczów, ale nie dało się nie pokazać polskich symboli. Na trybunach znajdowało się także ponad pięć tysięcy małych flag z napisem "Solidarność". "Dziesięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy zjawił się kapitan z Guardii Civil z żądaniem usunięcia transparentu. Podniosłem ręce i krzyknąłem: Katalończycy, pomóżcie! Nagle 80 tys. ludzi zaczęło skandować: Solidaritat! Polonia!" – wspominał z rozrzewnieniem Pascal Rossi-Grzeskowiak, współpracownik "Solidarności" we Francji. Mecz, ku ogromnej radości zawodników, trenera i kibiców zakończył się "zwycięskim remisem", gdyż pozwolił reprezentacji Polski awansować do półfinału MŚ. Włodzimierz Smolarek pobił światowy rekord w czasie trzymania piłki przy narożnej chorągiewce, Zbigniew Boniek wystąpił w telewizji w zdobycznej koszulce przeciwnika a następnego dnia w zachodniej prasie ukazało się zdjęcie reprezentacji ZSRR na tle transparentu z napisem "Polska-Rosja 0:0, Solidarność-ZSRR 1:0".
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
14
Mecz finałowy, który wstrząsnął światem:
4 lipca 1954 r. w finale V Mistrzostw Świata(nazywanym również cudem w Bernie) RFN pokonała Węgry 3:2(2:2). Oficjalnie ten mecz jest postrzegany jako jedna z największych sensacji mundiali. Jednak nie dla mnie! Bowiem ja postrzegam to wydarzenie jako największy przekręt finałów mistrzostw świata! Ówczesna ,,Złota węgierska jedenastka” gromiła wszystkich po kolei aż miło, nawet RFN w tych samych mistrzostwach w fazie grupowej w stosunku 8:3! Cóż więc takiego się stało? Przede wszystkim w tym wysoko wygranym przez Węgrów meczu grupowym Ferenc Puskas został brutalnie sfaulowany przez Liebricha. Było wówczas wiele głosów, że Niemiec zrobił to z premedytacją, by pozbawić Węgrów najlepszego zawodnika. W efekcie Puskas powrócił do składu dopiero w meczu finałowym, lecz z niezaleczoną kontuzją. Jednak w 87 minucie Puskas strzela gola wyrównującego i….. sędzia główny odgwizduje spalonego, którego zasygnalizował sędzia liniowy. Czy rzeczywiście był spalony? Teraz tego już się raczej nie udowodni. Jednak wielu naocznych świadków na stadionie twierdziło że liniowy ewidentnie się pomylił. Obrońca reprezentacji węgierskiej Jeno Buzansky tak oto wspomina: ,, Wyrównujący gol Puskasa na 3:3 został zdobyty prawidłowo. Mówi się że kamery telewizyjne nie rozstrzygnęły czy sędzia podjął słuszną decyzje ale my wiemy że w Niemczech jest taki film, nakręcony amatorską kamerą, który rozstrzyga wątpliwości na naszą korzyść. Nikt go jednak nie chce upowszechnić. Gdyby mecz zakończył się remisem, trzeba by go było powtórzyć dwa dni później. Wówczas inaczej byśmy do niego podeszli i na pewno nie dalibyśmy Niemcom szans ale wyraźnie świat nie chciał dopuścić do tego aby mistrzem świata została reprezentacja z Europy Wschodniej. Angielski sędzia Ling prowadził na tych mistrzostwach tylko dwa mecze. Akurat nasze z Niemcami. Nikt mi nie powie że to przypadek”. Co więcej, Niemiec Adolf(Adi) Dassler wymyślił na ten mecz wkręcane kołki. 4 lipca 1954 roku boisko w Bernie było grząskie i podmokłe od deszczu. Nowinka technologiczna, czyli wymienne kołki, okazała się super-bronią Niemców. Dzięki lepszym butom, w przeciwieństwie do Węgrów, utrzymywali równowagę i czuli się pewnie. Dassler, twórca Adidasa, siedział podczas finału na ławce Niemiec, w przerwie czyścił piłkarzom buty z błota i wstawiał dłuższe kołki. Oczywiście FIFA nie miała bladego pojęcia o czymś takim. Mało tego! Jest niemal pewne że Niemcy przed meczem szprycowali się dopingiem, po czym ośmiu z nich chorowało na żółtaczkę. Z kolei historyk sportu Erik Eggers wraz z zespołem zajmował się badaniem tego przypadku na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Orzekł on, iż istnieje „kilka mocnych przesłanek, które wskazują na wstrzykiwanie niektórym niemieckim piłkarzom Pervitinu, a nie witaminy C jak wcześniej twierdzono”. Pervitin był opartym na metamfetaminie stymulantem używanym wśród żołnierzy podczas II wojny światowej. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Lipsku, które zostały później określone jako „Doping w Niemczech”, były finansowane przez Niemiecki Komitet Olimpijski. W taki oto podstępny sposób szwabskie cwaniaczki bezczelnie pozbawiły zdobycia zasłużonego złotego medalu cudownej ,,Złotej jedenastki” Węgier.
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
8
O tym się wspomina, o tym się pisze:
4 lipca 1971 r. FC Barcelona wygrała swój ostatni Puchar Hiszpanii pod egidą Copa del Generalisimo. Pod tą nazwą funkcjonował krajowy puchar w latach 1939-75, na cześć generała Franco. W tamtych czasach zakazane było używanie katalońskich nazw własnych, stąd drużyna Blaugrany nazywała się ,,Club de Futbol Barcelona” i dopiero rok przed śmiercią dyktatora w 1975 r. wróciła do nazwy FC Barcelona. Finał z Valencią CF rozgrywany na Santiago Bernabeu miał bardzo dramatyczny przebieg. Barça po 50 minutach przegrywała 0:2, lecz gole Fuste oraz Zabalzy doprowadziły do dogrywki. Pedro Zabalza wyprowadził Blaugrane na prowadzenie w 99 minucie, jednak dwie minuty później wyrównał Oscar Valdez. W 112 minucie zwycięskiego gola zdobył środkowy napastnik Barçy Ramon Alfonseda.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
1
@AFA Ależ owszem! Masz racje, najpierw trzeba pokonać Ekwador, który z pewnością nie będzie chłopcem do bicia a wiem to z autopsji...
6
No prosze, Brazylia kontra Urugwaj w ćwierćfinale Copa America! Pisałem przed turniejem że tylko ,,La Celestes" są w stanie pozbawić Argentyne kolejnego(16-tego) triumfu w Copa America. Jeśli Urugwaj nie poradzi sobie z Brazylią to ,,Albicelestes" będą mieli nieco łatwiej w potencjalnym finale ale nieco w przypadku latynosów robi różnice i to niekiedy kolosalną!
Vamos Argentina! Vamos a ganar!
9
@FCBparasiempre
,,Rensenbrink… tegen de paal. Rensenbrink tegen de paal”– te słowa wykrzyczane 25 czerwca 1978 roku przez legendarnego komentatora Theo Reitsme zna każdy holenderski kibic piłkarski. Sekundy wcześniej, Rob Rensenbrink, po podaniu Ruuda Krola, trafił piłką w słupek. Była to 90. minuta meczu finałowego mistrzostw świata, w którym Argentyna remisowała z Holandią 1:1. Do zdobycia tytułu zabrakło Oranje kilkunastu centymetrów. „Ciągle uważam, że to nie była dobra sytuacja strzelecka. Tylko trąciłem stopą piłkę i trafiłem w słupek. Nie mogłem nic więcej zrobić”. Holenderski lewoskrzydłowy był jednym z najlepszych piłkarzy świata swoich czasów, ale niestety został zapamiętany głównie z tej akcji. Jak sam mówił w wywiadzie z 2017 roku. „Słupek. Zawsze ten słupek. Zostanie to ze mną aż do śmierci”. Pieter Robert Rensenbrink był prawdziwym amsterdamczykiem. Urodził się w dzielnicy Jordaan 3 lipca 1947 roku, trzy miesiące po Johanie Cruijffie. Jego rodzina mieszkała w dzielnicy Amsterdam West przy ulicy Van Bossestraat. Karierę piłkarza rozpoczynał w dzielnicowym klubie ZSGO (w wyniku fuzji z WMS obecnie istnieje pod nazwą ZSGOWMS). W wieku 11 lat przeprowadził się wraz z rodzicami do Oostzaan. Jego ojciec pracował w stoczni NDSM w Noord Amsterdam i zaproponowano mu dom w Oostzaan. Młody Robert niechętnie się tam przeprowadził, i jak wiele dzieci w jego wieku bardzo tęsknił za swoimi przyjaciółmi. Z tego powodu regularnie jeździł rowerem do West Amsterdam, aby grać z nimi w piłkę na ulicy. Jednak postanowił zmienić klub, i przeniósł się z ZSGO do OSV w Oostzaan. W wieku piętnastu lat zadebiutował w pierwszej drużynie OSV w meczu decydującym o utrzymaniu w drugiej lidze i strzelił zwycięskiego gola. „W drodze powrotnej widziałem z autobusu, że kibice napisali na murze nabrzeża – Rob uratował OSV – co sprawiło, że byłem wtedy bardzo dumny. Mimo to nadal byłem bardzo nieśmiały i nawet nie odważyłem się wziąć prysznicu w szatni po tym meczu” – wspominał na obchodach 100-lecia OSV. Po kilku sezonach na młodego Rensenbrinka strzelającego wiele bramek w drugiej lidze zwrócił uwagę DWS, zawodowy klub z Amsterdamu. Mogłoby się wydawać, że logicznym krokiem byłoby przejście do Ajaksu, który też był zainteresowany nastolatkiem z OSV. Jednak w Ajaksie mieli już znakomitego lewoskrzydłowego Pieta Keizera i pewnie dlatego wynagrodzenie, jakie zaoferowali pracującemu wtedy jako pomocnik stolarza Rensenbrinkowi, było śmiesznie niskie. „Co więcej, Ajax nie był wtedy jeszcze tak dobrym klubem.” – mówił po latach Rensenbrink. W związku z tym osiemnastoletni Rob został pozyskany przez DWS za równowartość 3 tysięcy euro. DWS, który rok wcześniej został mistrzem kraju, był pierwszym holenderskim klubem z pełnoetatowymi profesjonalistami. „Otrzymywałem wtedy około 14 000 guldenów rocznie z dodatkami. Mój ojciec zarabiał w tym czasie 7 000 guldenów. To było całkiem przyzwoite, jak na młodego 18-letniego chłopca”– tak wspomina Rob. Młody lewoskrzydłowy zadebiutował w barwach DWS w październiku 1965 roku, podczas wygranej 2:0 z Feyenoordem na Stadionie Olimpijskim. Szybko okazało się, że mało kto będzie umiał powstrzymać Rensenbrinka. Już w swoim trzecim występie zdobył zwycięskiego gola w wygranym przez DWS 1:0 meczu ligowym. Jednak dopiero w trzecim sezonie regularnie trafiał do bramki. Rensenbrink strzelił wtedy dziesięć goli i dzięki temu został po raz pierwszy powołany przez trenera reprezentacji Georga Kesslera do drużyny narodowej. W DWS grał m.in. z innym reprezentantem Oranje Rinusem Israëlem, który w 1966 przeniósł się do Feyenoordu. „Rinus przeszedł z DWS do Feyenoordu. Po kilku latach zapukali i do moich drzwi. Pomyślałem, że fajnie byłoby grać na De Kuip, gdzie wcześniej wybił się wspaniały Coen Moulijn. DWS zażądał za mnie 450 000 guldenów (równowartość około 200 tys. euro), i Feyenoord stwierdził, że to za dużo. Club Brugge jednak zgodził się na taką kwotę. Później podpisałem siedmioletnią umowę z Anderlechtem, i żałuję tego. Real Madryt i Inter Mediolan były mną zainteresowane. Rozmawiałem z Włochami w Rotterdamie razem z Faasem Wilkesem. Anderlecht nie chciał jednak nawet rozmawiać o transferze” – tak opisywał swoją historię transferową Rensenbrink.
To było bardzo dziwne, ponieważ kiedy Rob Rensenbrink przybył do Club Brugge w 1969 roku, miał na koncie 6 meczów w reprezentacji, i mimo że jako lewoskrzydłowy rywalizował z takimi legendami holenderskiej piłki jak Piet Keizer i Coen Moulijn, był całkowicie nieznany na arenie międzynarodowej. Belgijscy kibice go nie znali, ale Club Brugge miał wiele kontaktów, które ówczesny dyrektor sportowy Joseph Hutsebaut zbudował w Holandii. W ten sposób udało im się pozyskać Rensenbrinka. Rob jednak nigdy nie dopasował się do Blauw-Zwart. Jako klasycznie wyszkolony skrzydłowy nie potrafił dostosować się do gry z legendą Brugii Raoulem Lambertem. Czasami zdarzały się momenty, gdy Rensenbrink pokazywał wielką klasę, ale równie często całkowicie znikał na boisku. Co więcej, Rensenbrink okazał się samotnikiem, który zdecydowanie nie pasował do rodzinnego ducha Club Brugge. Prawie nic nie mówił, choć Club specjalnie dla niego sprowadził równocześnie innego Holendra Henka Houwaarta, z którym Rob mieszkał przez pewien czas, a później grywał w ping-ponga w garażu. Jednak gra Rensenbrinka wzbudzała zachwyt, ponieważ najlepiej wypadał w najważniejszych meczach. Swoimi niepowtarzalnymi dryblingami, szybkością, elegancją i jak to pięknie pisano „aksamitną techniką” tak olśnił węgierskiego trenera Lajosa Barótiego, że ten nazwał go „Człowiekiem Wężem”. Stało się to wiosną 1970 roku, kiedy to Club Brugge mierzył się w drugiej rundzie Pucharu Miast Targowych z prowadzonym przez Barótiego Újpestem Dosza. Belgijski klub wygrał u siebie 5:2, a Rensenbrink zdobył w tym meczu hattricka. Przydomek het Slangenmens został z nim już do końca kariery. Legendarny Constant Vanden Stock był częścią zarządu Club Brugge pod koniec lat 60 XX wieku. Opuścił Club w 1971 roku, a następnie został prezesem RSC Anderlecht. Vanden Stock dobrze znał klasę Rensenbrinka i dlatego chciał sprowadzić holenderskiego dryblera do Brukseli. Rensenbrink podpisał umowę z Anderlechtem, który w zamian z Holendra przekazał do Brugii równowartość obecnych 150 tys. euro oraz dwóch piłkarzy Wilfrieda Puisa i Johnny’ego Velkeneersa. W Anderlechcie Rensenbrink po raz kolejny spotkał się z trenerem Kesslerem. W Anderlechcie Rensenbrink rozkwitł. Już w pierwszym sezonie zdobył z Fiołkami dublet, a rok później puchar. W połowie lat 70. Rensenbrink stał się nową gwiazdą zespołu. Jego dryblingi wprawiały publiczność w ekstazę, a przeciwników doprowadzały do łez. Niestety często bezradni rywale ratowali się brutalnymi faulami. Rob został królem strzelców w 1973 roku i tym samym powtórzył wyczyn swojego rodaka i serdecznego przyjaciela Jana Muldera. Jednak Rensenbrink spotykał się również z krytyką. Wielu uważało, że nie mobilizuje się na mecze ligowe z przeciętnymi zespołami, a tylko wtedy gdy gra przeciwko dobrym drużynom. On sam temu zaprzeczał, ale słynny trener Raymond Goethals ujął to najlepiej: „Na mecze galowe Robbie zawsze wkłada smoking”.
Fakt, że Rensenbrink dobrze wypadał głównie w najważniejszych meczach, nie przeszkadzał nikomu w klubie. W 1976 roku RSC Anderlecht zmierzył się w finale Pucharu Zdobywców Pucharów z West Hamem. Mecz był rozgrywany na stadionie Heysel w Brukseli, co z pewnością sprzyjało Fiołkom. West Ham prowadził w tym spotkaniu 1:0, ale Anderlecht odrobił straty z nawiązką, i m.in. po dwóch golach Rensenbrinka wygrał tę rywalizację 4:2. Kilka miesięcy później Holender ośmieszał w dwumeczu o Superpuchar UEFA znakomitego niemieckiego obrońcę Hansa-Georga Schwarzenbecka. Pierwszy mecz z Bayernem Monachium Fiołki przegrały 1:2, ale w rewanżu wygrały 4:1, po wspaniałym występie Holendra, w którym zdobył dwa gole. Za wspaniałą grę w 1976 Rensenbrink otrzymał nagrodę Złotego Buta dla najlepszego piłkarza w Belgii, a w plebiscycie na France Football był o krok od zdobycia Złotej Piłki, lepszy okazał się tylko słynny Franz Beckenbauer. Rok później Anderlecht dotarł do finału PZP po raz drugi z rzędu, ale tym razem przegrał 0:2 z niemieckim HSV. W kolejnym sezonie Anderlecht po raz trzeci z rzędu zameldował się w finale PZP i był to według wielu obserwatorów, jeden z najlepszych występów Slangenmensa w karierze. Rensenbrink zdobył dwa gole i jako kapitan wzniósł trofeum do góry po zwycięstwie 4:0 z Austrią Wiedeń. Zresztą sami popatrzcie. W grudniu 1978 Anderlecht zmierzył się z Liverpoolem w meczu o Superpuchar UEFA. Na Astrid Park Fiołki wygrały 3:1 (Rensenbrink strzelił trzeciego gola) i mimo porażki na Anfield 1:2 po raz drugi zdobyły to trofeum. Rensebrink ponownie został doceniony w Europie i zajął 3 miejsce(za Keeganem i Kranklem) w plebiscycie o Złotą Piłke France Football.
Rensenbrink był artystą, który grę opierał wyłącznie na swojej intuicji i nienawidził taktyk. Dopiero w ostatnim momencie decydował, co zamierza zrobić z piłką, i pozostawiał to inspiracji chwili. Swoimi dryblingami i balansem ciała terroryzował przeciwników i dlatego właśnie nazywano go wężem. Dodatkowo był również zamknięty w sobie jako ostryga, nawet w czasach największej chwały w Anderlechcie. W naturalny sposób wymusił przywództwo poprzez swoje osiągnięcia. Jednak nawet z Fiołkami nie potrafił zmobilizować się na każdy mecz. Zwykle był pełen zapału, ale czasem zdawał się kontemplować na uboczu. Wszystko zależało od jego chęci współpracy i zachęt, które otrzymywał. Mistrzem w wyciąganiu z Rensenbrinka tego co najlepsze był wspominany już wcześniej trener Raymond Goethals. Dał on swojej holenderskiej gwiazdce wolną rękę. Dzięki temu Rensenbrink mógł spokojnie opuszczać narady przedmeczowe. „Ta gadanina nie jest dla ciebie”- mówił belgijski trener. A taktyka Anderlechtu często była bardzo prosta: „Jak nie wiesz co zrobić z piłką, to oddaj ją Robbiemu”– to również słowa Goethalsa. Pomarańczowy rozdział w karierze Roba Rensenbrinka powinien być dużo większy. 46-krotny reprezentant zadebiutował – razem z innym legendarnym piłkarzem Oranje Willemem van Hanegemem – w meczu przeciwko Szkocji 30 maja 1968 r. Był częścią wyjątkowo utalentowanego pokolenia piłkarskiego, które na zawsze zagościło na kartach historii. Jednocześnie pozostało wrażenie, że powinien osiągnąć więcej. Z dwoma srebrnymi medalami MŚ w 1974 i 1978 r., oraz trzecim miejscem na ME w 1976, Rensenbrink należy do grona najbardziej utytułowanych holenderskich graczy. Jednak poprzez to, że najlepsze lata swojej kariery spędził na belgijskich boiskach, nie zyskał w Holandii uznania, na jakie zasługiwał. W 1980 roku Rensenbrink opuścił Astridpark i po 11 latach gry w Belgii 32-letni Holender wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Przyjął lukratywną ofertę Portland Timbers, wtedy klubu z North American Soccer League. W tamtych czasach wielu piłkarzy przeniosło się do Stanów Zjednoczonych, by dorobić na koniec kariery. Tą drogą podążyli również inni gracze z Beneluksu jak: Johan Cruyff, Johan Neeskens, Juan Lozano, Wim Jansen, Lex Schoenmaker, Leo van Veen, Guus Hiddink czy Dick Advocaat. Trenerami w USA byli też Rinus Michels i Cor van der Hart. Jak większość europejskich graczy, Rensenbrink nie pozostał długo w Stanach Zjednoczonych. W 1981 roku wrócił do Europy. Skończył zawodową karierę w drugiej lidze francuskiej, grając w Toulouse FC, gdzie występował też jego dobry przyjaciel i były kolega z drużyny Gilbert Van Binst. Jednak z powodu poważnej kontuzji jego umowa z klubem francuskim została przedwcześnie rozwiązana. Następnie wrócił do Holandii i przez pewien czas grał w piłkę na poziomie amatorskim OSV, czyli w klubie, w którym rozpoczynał swoją karierę. Później przez chwilę był nawet trenerem. Kilka lat temu Rensenbrink poinformował opinię publiczną, że zdiagnozowano u niego PMA, czyli postępujący zanik mięśni. Przez kilka lat dzielnie walczył z chorobą, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona nieuleczalna. Latem 2017 roku udzielił wywiadu w swoim ogrodzie: ,,Tak, wciąż żyję– mówił z uśmiechem. Pierwszy odszedł Moulijn, potem Keizer. Będę następny, prawda?”. Niestety piłkarz, który mógł zostać bohaterem Królestwa Niderlandów, dokładnie w sobotę 25 stycznia, zmarł. Pieter Robert Rensenbrink miał 72 lata.
W 2007 roku 10 wielkich belgijskich trenerów wybrało Roba Rensenbrinka na najlepszego obcokrajowca grającego kiedykolwiek na belgijskich boiskach. Kilka lat później identycznego wyboru dokonali kibice. Oba rankingi zorganizował prestiżowy belgijski magazyn Sport-Voetbalmagazine. Jan Mulder, były kolega z drużyny i przyjaciel Roba Rensenbrinka tak go wspomina: „To była przyjemność go oglądać. Był prawdziwym skrzydłowym, prawdziwym lewym skrzydłowym. Rob Rensenbrink był równie dobry jak Piet Keizer. Tylko Johan Cruijff był lepszy.” RSC Anderlecht w oficjalnym komunikacie wydanym po śmierci Roba, napisał tak: „Snake man” to najwspanialszy lewoskrzydłowy w historii RSCA i jeden z architektów pierwszych wielkich europejskich sukcesów naszego klubu. Jego niepowtarzalna technika, wdzięk i nos do bramek od lat fascynują fanów Sporting Anderlecht i wszystkich kibiców piłki nożnej na świecie. Jesteśmy bardzo dumni, że nosił nasze barwy przez dziewięć pięknych sezonów.”
Osiągnięcia i statystyki:
Osiągnięcia klubowe:
Club Brugge KV
Puchar Belgii – 1969/70
RSC Anderlecht
Mistrzostwo Belgii (2x) – 1971/72, 1973/74
Puchar Belgii (4x) – 1971/72, 1972/73, 1974/75, 1975/76
Puchar Zdobywców Pucharów (2x) – 1975/76, 1977/78
Superpuchar Europy (2x) – 1976, 1978
Osiągnięcia Reprezentacyjne:
Mistrzostwa Świata – 2 miejsce (2x) – 1974, 1978
Mistrzostwa Europy – 3 miejsce – 1976
Osiągnięcia Indywidualne:
Złota Piłka – 2 miejsce (1976), 3 miejsce (1978)
Gouden Schoen (Złoty But) – 1976
Krół strzelców ligi belgijskiej – 1972/73
Najlepszy strzelec w historii PZP – 25 goli
Najlepszy obcokrajowiec w historii ligi belgijskiej – 2007
Najlepszy piłkarz w historii RSC Anderlecht – 2020
Jedenastka Mistrzostw Świata – 1974, 1978
Jedenastka Mistrzostw Europy – 2000
Fifa 100
Strzelec gola nr 1000 w historii MŚ
9
Zapomniane legendy futbolu:
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
10
Finał był blisko ale się nie udało:
Dokładnie 50(!) lat temu odbył się tzw. „Mecz na wodzie” na Waldstadion we Frankfurcie nad Menem gdzie Polska przegrała z gospodarzem Mistrzostw Świata RFN 0-1. Spotkanie rozegrano w trudnych warunkach pogodowych, przed meczem przeszła ulewa nad stadionem i w trakcie gry boisko było namoknięte. W 53. minucie meczu Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Uli Hoeneßa lecz w niczym to nie pomogło. Jedynego gola strzelił Gerd Müller w 76 minucie.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
9
FC Barcelona triumfuje w Copa Latina:
Jak już wspominałem tydzień temu przy okazji półfinału, 3 lipca 1949 r. Blaugrana pokonała w finale Sporting Lizbona 2:1 na Estadio Chamartin i jako pierwsza w historii sięgneła po prestiżowy Puchar Łaciński(prekursor Pucharu Mistrzów). Gole dla Barçy zdobyli wówczas Josep Seguer(10 minuta) i Estanislao Basora(50 minuta) a honorowe trafienie dla Sportingu zaliczył Correira(28 minuta). Składy z tego epokowego finału:
FC Barcelona: Velasco, Calvet, Curta, Calo, Mariano Gonzalvo, Josep Gonzalvo, Basora, Seguer, Canal, Cesar, Navarro.
Sporting Lisboa: Azevedo, Octavio, Vazquez, Juvenal, Canario, Verisimo, Correira, Vasques, Peyroteo, Travassos, Albano.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@misterio
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
1
No i słusznie że stawia! Ansu Fati to bardzo fajny chłopak i jednocześnie cudowny, lecz nie należycie oszlifowany diament w rękach FC Barcelony...
11
Cules pamiętają!
Ku pamięci wybitnych legend Dumy Katalonii:
3 lipca 1927 r. rozegrano drugi mecz w hołdzie dla genialnego Paulino Alcantary. Rywalem była reprezentacja Hiszpanii, która pokonała Blaugrane 2:1. Przed pierwszym gwizdkiem lokalny dziennikarz i pilot Josep Canudas zrzucił piłke na boisko ze swojego samolotu. W czasie wojny domowej Paulino Alcantara wstąpił do organizacji ,,Czarne strzały”, wysłanej przez Mussoliniego na pomoc generałowi Franco. Paulino nie walczył na froncie, lecz pracował w szpitalu jako lekarz. Po wojnie zajmował się urologią aż do swojej śmierci w 1964 r. W 2007 r. FIFA wybrała Filipińczyka najlepszym piłkarzem azjatyckim w historii.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
11
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
Wawrzyniec Cyl na świat przyszedł 2 lipca 1900 r., kiedy Polski nie było jeszcze na mapach. Wychowywał się w rodzinie inteligenckiej w Łodzi. Był absolwentem gimnazjum a dzięki temu że ukończył wieczorowy kurs handlowy, zdobył prestiżowy zawód księgowego. Z piłką zetknął się już w szkole. Jako nastolatek wstąpił w szeregi ŁKS-u. W pierwszej drużynie zadebiutował krótko po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Początkowo występował jako napastnik i w pierwszych zakończonych mistrzostwach Polski w 1921 r. był najlepszym strzelcem swojego zespołu. Wkrótce jednak został przesunięty do defensywy i na pozycji obrońcy występował do końca kariery. Dzięki dobrej postawie na arenie krajowej dostał szansę występu w reprezentacji. Debiut zaliczył 29 września 1923 r. w przegranym 3:5 pojedynku z Finlandią w Helsinkach. Narodowe barwy reprezentował później jeszcze trzykrotnie. W 1924 r. zagrał z Turcją (wygrana 2:0) a rok później z amatorami z Czechosłowacji (porażka 1:2). Największym jego osiągnięciem w reprezentacji był wyjazd na igrzyska olimpijskie do Paryża. Tuż przed rozpoczęciem turnieju ze składu wypadł jeden z czołowych polskich obrońców Ludwik Gintel i Cyl wskoczył na jego miejsce. Nie było to jednak powołanie na wyrost, gdyż zawodnik ŁKS-u należał do ścisłej krajowej czołówki. Dzięki występowi w meczu z Węgrami stał się pierwszym olimpijczykiem w historii łódzkiego klubu. Braki techniczne nadrabiał pracowitością i zaangażowaniem. Zawsze grał bardzo ofiarnie. Był wieloletnim kapitanem zespołu a później spełniał się w roli działacza. W łódzkim OZPN był kaptanem okręgowym a w klubie pełnił funkcję wiceprezesa. W Reprezentacji rozegrał 3 mecze.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
10
Ten bezlitosny ,,Golden goal”:
2 lipca 2000 r. Francja pokonała na De Kuip w Roterdamie reprezentacje Włoch po dogrywce 2:1(0:0;1:1) na Euro 2000. ,,Azzurri” przygotowali prosty plan na wygranie finału. Jako pierwsi strzelić gola a potem przez reszte meczu bronić korzystnego wyniku. Wszystko zaczęło się układać po ich myśli, gdy po strzale Delvecchio objeli prowadzenie. Na prawej flance Totti, uwikłany w walke z dwoma rywalami, odegrał piętą do nadbiegającego Pesotto. Pomocnik Juventusu dośrodkował w pole karne wprost do Delvecchio, który z bliska nie pozostawił żadnych złudzeń Barthezowi. Szkoleniowiec Włochów Dino Zoff miał szanse zdobyć złoty medal mistrzostw Europy zarówno w roli piłkarza, jak i trenera. Miał, bowiem odebrali mu ją Francuzi, dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko działo się w doliczonym czasie gry. Daleki wykop Bartheza; Piłka trafia do Trezegueta, który odgrywa ją do Wilforda. Cannavaro nie przecina podania; napastnik Bordeaux przyjmuje futbolówkę, po czym oddaje strzał w długi róg bramki strzeżonej przez Toldo. Nesta nie zdołał zablokować piłki a Toldo jej nie wybił. Chwila dekoncentracji okazała się brzemienna w skutkach. Dla Francuzów jeszcze nie wszystko stracone. Włosi nie mieli już nic do stracenia bo w jednej chwili zaprzepaścili wszystko. Okazja na zostanie mistrzem Europy niebezpiecznie się oddaliła. Swoją szanse zwietrzyli rywale. Pressing Francuzów; Albertini traci piłke, dopada do niej Pires, wbiega w pole karne i dośrodkowuje do Trezegueta. Nesta próbuje interweniować ale bezskutecznie. ,,Trezegol” mocnym strzałem z woleja pod poprzeczke zapewnia ,,Trójkolorowym” Puchar Delaunaya. Dramat Włochów i euforia Francuzów. Zwycięzców się nie sądzi, zwycięzców się ceni. Sukces piłkarzy nie byłby możliwy bez ogromnego trenerskiego wkładu Rogera Lemerre’a. Opiekun Francuzów miał nosa do zmian. To one odmieniły gre jego podopiecznych a także… niekorzystny wynik meczu. W 58 minucie posłał w bój Wilforda a na kwadrans przed końcem meczu Trezegueta. Obaj zadali decydujące trafienia. Przy zwycięskim(złotym) golu duży udział miał Pires, trzeci dżoker w talii Lemmere’a. Pomocnik Olimpique Marsylia wchodził na murawe, gdy plac gry opuszczał włoski bohater Marco Delvecchio. Co było później, wiadomo. Mistrzowie świata zostali mistrzami Europy po raz pierwszy w takiej kolejności.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
8
@FCBparasiempre
9 lipca 1816 r. Argentyna wyzwoliła się spod hiszpańskiej dominacji i ogłosiła niepodległość. Równo sto lat temu dla uczczenia tego jubileuszu, w Buenos Aires odbył się pierwszy turniej kontynentalny. Impreza w tej skali pierwsza w dziejach światowego futbolu, oficjalnie nazywała się Campeonato Sudamericano de Futbol, krótko mówiąc Copa America. Efektowny puchar ufundował minister spraw zagranicznych, bowiem ranga wydarzenia przekraczała miare czysto sportową. Bodaj po raz pierwszy w XX wieku także i politycy dostrzegli w skórzanej piłce niebywale nośny wehikuł popularności. Turniej ze względu na wyjątkowe okoliczności miał nadzwyczajny charakter i tak też(,,extraordinario”) został nazwany. Trwał od 2 do 17 lipca 1916 r. zaś w jego trakcie, dokładnie 9 lipca, uroczyście powołano do życia Confederacion Sudamericana de Futbol, pierwszy na świecie związek ponadnarodowy w skali kontynentalnej. Wielka idea Urugwajczyka Hectora Rivadavii Gomeza doczekała się wreszcie urzeczywistnienia. Organizatorzy przygotowali do gry dwa reprezentacyjne obiekty. Większość meczów odbywała się w dzielnicy Palermo na stadionie Gimnasia y Esgrima. Jego trybuna główna wykonana w całości z drewna była swego rodzaju architektonicznym cackiem. Środkowa część okolona balustradą, miała nadbudowane pięterko, zwieńczone misternie ozdobionym spadzistym dachem a na pięciu masztach powiewały narodowe flagi. Łącznie 20 tysięcy mogło napawać się tu futbolowym spektaklem. Natomiast aż 30 tysięcy miłośników futbolu był w stanie pomieścić położony w dzielnicy Avellaneda stadion Racingu.
Ponieważ była to pierwsza impreza tej skali, organizatorzy starali się nie zaniedbać niczego. Zawodnikom zapewniono opieke lekarską a każda drużyna korzystała z usług masażysty. Sędziowie prezentowali się imponująco, zwłaszcza arbiter główny noszący modną cyklistówke z daszkiem przyodziany w pasiastą marynarke, długie białe spodnie i takiegoż koloru buty. Prawie 15 tysięcy widzów było świadkami inauguracji mistrzostw. Faworyt objawił się już na starcie. Urugwajska jedenastka rozgromiła Chile 4:0. Natomiast w drugim meczu Argentyna rozniosła to samo Chile aż 6:1! Wówczas do akcji wkroczyła Brazylia, urywając punkt rozpędzonym Argentyńczykom ale ulegając Urugwajowi. Po klęsce Chile z Urugwajem, kiedy Isabelino Gradin strzelił 2 gole, jeden z dziennikarzy chilijskich wysunął w swojej korespondencji otwarty zarzut że o zwycięstwie ,,Celestes” przesądził udział ,, dwóch Afrykanerów”! Oprócz Gradina czekoladową karnacje prezentował również Juan Delgado. Żurnaliście z Santiago nie przyszło do głowy iż poza Afryką mogą być jacykolwiek murzyni. Kierownictwo ekipy chilijskiej sfrustrowane rozmiarami porażki, zgłupiało tak bezdennie że wystosowało do organizatorów oficjalny protest, wystawiając się na pośmiewisko. Trzeba przyznać że po wyjaśnieniu sprawy Chilijczycy solennie przeprosili obu zawodników i ze wstydu posypali głowy popiołem. Dodajmy tylko że Gradin zdobywszy 3 gole, został pierwszym w dziejach Copa America ,,goleadorem” czyli królem strzelców tej imprezy. Ostatni mecz turnieju decydował zatem o wszystkim. Gospodarzy urządzało wyłącznie zwycięstwo a Urugwajczykom z powodzeniem wystarczał remis.
,,Urusi” panowali na placu od pierwszej do ostatniej minuty, gniotąc niemiłosiernie. Gradin i Romano mijali swobodnie pierwszych dwóch, trzech Argentyńczyków, po czym nadziewali się na ,,muro Humano”- ludzki mur złożony ze zmasowanej obrony. Poza tym skłębionym wałem ciał trwał jeszcze niepokonany bramkarz Isola. Na wypełnionym po brzegi stadionie Racingu mecz zakończył się rezultatem bezbramkowym i pierwszy w historii Puchar Ameryki powędrował do Montevideo. Tyle suche fakty. Jednak anegdotyczna podszewka tych zdarzeń mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Walka o najwyższy kontynentalny laur wyzwalała wśród widzów niezwykła emocje, dosłownie i w przenośni, znajdujące ujście poza obrębem trybun. Mecz na szczycie(de facto finał) pomiędzy Argentyną i Urugwajem powinien odbyć się 16 lipca na stadionie Gymnasia y Esgrima. Chętnych obejrzenia tego spektaklu było znacznie więcej niż miejsc. Toteż tysiące kibiców przerwały kordony i wyległy na płyte boiska. Zapanował chaos nie do opanowania bowiem nigdy przedtem podobne incydenty nie miały miejsca. Mecz został przerwany po 5 minutach gry. Okazało się iż grupa kibiców wtargnęła na boisko Gimnasia y Esgrima i podpaliła drewniane trybuny stadionu. Kompletnie bezradni i skonsternowani działacze po gorączkowych naradach podjęli decyzje o przełożeniu terminu meczu na dzień następny i zmianie stadionu. Obiekt Racingu był nawet nie tyle bezpieczniejszy, co po prostu bardziej pojemny. Wybitni piłkarze istnieli w Ameryce Łacińskiej już wcześniej, ciesząc się uznaniem wśród koneserów tego sportu. Lecz dopiero prestiżowe rozgrywki Copa America przyniosły zjawisko do tego czasu nieznane. Kult gwiazd podsycany przez prase a z biegiem czasu również przez radio. Nastąpiła niezwykła eksplozja namiętności, udzielająca się coraz szerszym kręgom publiczności. Sportowy wynik przestał być sprawą wewnętrznej satysfakcji 22 młodzieńców uganiających się za piłką. Począł angażować zbiorową wyobraźnię, odwołując się do poczucia dumy, lokalnego patriotyzmu a wreszcie narodowej i państwowej tożsamości. Grunt dla tego rodzaju identyfikacji był nader podatny szczególnie w tej części świata, gdzie tradycje niepodległościowe nie przekraczały horyzontu stulecia. Gwiazdy wcale nie musiały spadać z nieba. One były w zasięgu wzroku a zielona murawa boiska stanowiła wymarzoną oprawę dla ich olśniewającego blasku.
9
Pierwszy oficjalny międzypaństwowy(a zarazem profesjonalny) turniej w dziejach futbolu(proszę przeczytać w odpowiedzi na mój komentarz):
@Sysia11
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360