2

@mekston Owszem, zgadza się. Jednak sami sobie byli winni że tak postąpili z czego skwapliwie skorzystał Honduras...

8

@FCBparasiempre
11 lipca 1960 r. urodził się Kazimierz Przybyś, obrońca. Nigdy nie pękał, nawet jeśli grał przeciwko światowym gwiazdom. Kiedyś jednak dał się ponieść emocjom. Sprowokował go Enzo Francescoli, wielka legenda urugwajskiego futbolu. Takie mecze z udziałem Biało-Czerwonych zdarzają się bardzo rzadko a w ostatnich dekadach nie ma ich w ogóle. Liczą się już wyłącznie gry międzypaństwowe i to o konkretną stawke. W latach 80-tychbyło inaczej. Zdarzały się takie perełki, jak towarzyskie starcie River Plate z reprezentacją Polski w lutym 1986 roku w Mar del Plata. Zespół Piechniczka wybrał się do Ameryki Południowej aby przygotować się do czekających 4 miesiące później mistrzostw świata w Meksyku. Najważniejszym celem wyprawy był pierwszy w historii mecz z Urugwajem(2:2) ale potyczka z argentyńskim River Plate robiła może jeszcze większe wrażenie. To był topowy, legendarny klub, zresztą w tym samym roku zdobył Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny a w składzie znajdowali się piłkarze, którzy na meksykańskim mundialu w podstawowej jedenastce Argentyny zdobywali złoto: Pumpido, Ruggeri, Hector Henrique, no i był urugwajski napastnik Enzo Francescoli, zwany ,,El Principe” czyli ,,Książe”. Na trybunach pojawiło się aż 30 tysięcy ludzi, mecz transmitowała argentyńska telewizja. Polacy grali świetnie. Wprawdzie do przerwy stracili gola ale na początku drugiej połowy wyrównali i choć Francescoli szybko strzelili na 2:1, to później w 17 minut nasze orły zdobyły 3 gole. Było już 4:2 dla Polski i nic złego nie mogło się stać a jednak…. Wszystko przez tę nieszczęsną czerwoną kartke dla Przybysia, który został ukarany za scysje z Francescolim. Nasz obrońca do te pory umiejętnie się nim opiekował a strzelony przez Urugwajczyka gol był do przełknięcia, wkalkulowany w bilans zysków i strat, w końcu nasz zespół efektownie prowadził. Dopiero na kwadrans przed końcem meczu zaistniała nowa sytuacja. ,,Normalnie mnie opluł! Po takim światowcu spodziewałem się większej klasy. W każdym razie często sobie z nim radziłem, co go chyba frustrowało. W końcu dałem mu się sprowokować. Na pewno był cwańszy ode mnie, zabrakło mi doświadczenia. No więc gdy mnie opluł i jeszcze dyskretnie kopnął, wykonałem ruch jakbym zamierzał go uderzyć. Działałem w dużych emocjach, jak każdy opluty człowiek, lecz w ostatniej chwili się powstrzymałem. Jemu jednak tyle wystarczyło. Zasymulował że dostał ode mnie cios a sędzia łatwo mu uwierzył i wyrzucił mnie z boiska. Można się było tego spodziewać, w końcu arbiter był Argentyńczykiem”- opowiada pan Kazimierz. Po zejściu Przybysia za chwile doszło do kolejnego spięcia. Po czerwonej kartce obejrzeli Zgutczyński i Borelli. Na boisku zrobiło się więcej wolnej przestrzeni, gospodarze złapali wiatr w żagle, rozbujali się a już najbardziej Francescoli. Strzelił kontaktowego gola, potem był remis. W doliczonym czasie gry, pozbawiony uciążliwej opieki Przybysia ,,Książe” popisał się efektownymi nożycami i strzelił gola na 5:4! Zachwycone lokalne media nazwały to zwycięstwo meczem dekady. Pan Kazimierz był już wtedy sprawdzonym w bojach kadrowiczem i murowanym kandydatem do wyjazdu na mundial. Otwarta pozostawała tylko kwestia w jakiej roli. Miał prawo liczyć że będzie zawodnikiem podstawowej jedenastki bo na finiszu eliminacji gral regularnie. Po kiepskim meczu z Belgią(0:2), w którym gospodarze okrutnie nas zdominowali, Piechniczek musiał koniecznie coś zmienić w składzie i taktyce. Przybyś na tym skorzystał i wskoczył do drużyny. ,,Misja była trudna ale plan klarowny. Trzeba było pokonać w dwóch kolejnych meczach na wyjeździe Grecje i Albanie a we wrześniu nie przegrać u siebie z Belgią. Zadanie zrealizowaliśmy wzorowo”- opowiada Przybyś. Na środku obrony stworzył solidny duet stoperów z klubowym kolegą z Widzewa Romanem Wójcickim, choć w meczu w Atenach(4:1) był debiutantem, spadła na niego wyjątkowo odpowiedzialna rola bo w bloku defensywnym miał zastąpić postać pomnikową- Władysława Żmude. Poradził sobie, tak samo jak 11 dni później w Tiranie(1:0). Widzewiak dokonał dużej rzeczy bo wcześniej Piechniczek nie patrzył na niego łaskawym okiem. Można powiedzieć iż miał prawo być do niego nawet trochę zrażony. Wszystko przez sprawę z grudnia 1983 r., kiedy już pierwszego dnia po świętach selekcjoner zarządził zgrupowanie w Wiśle przed styczniowym wylotem do Indii na turniej o Puchar Nehru. W ośrodku ,,Startu” 27 grudnia nie pojawiło się trzech piłkarzy Śląska Wrocław: Tarasiewicz, Prusik i grający jeszcze w tej drużynie Przybyś. Twierdzili że nie mogli bo z uwagi na status regularnych żołnierzy mieli obowiązkowe szkolenie wojskowe. Piechniczek żadnego z nich do Indii nie zabrał. Szykowały się poważniejsze sankcje dla klubu ale przed specjalnie powołaną komisją Śląsk wygrał spór z szefem kadry. W tamtych czasach kwestie wojskowości były priorytetem, jeśli nawet absurdalnie konfrontowano je z interesami piłkarskiej reprezentacji Polski. Sprawa przycichła ale czyżby podświadoma niechęć Piechniczka do Bogu ducha winnego Przybysia została? Mundial w Meksyku zaczął jednak na ławce. Na środku obrony obok Wójcickiego zagrał bardziej doświadczony Stefan Majewski. Czas pokazał że na mistrzostwach Majewski nie miał szczęścia- indywidualnie krył Linekera, który strzelił Polsce 3 gole! a potem także Brazylijczyka Carece, który też mocno dał się nam we znaki. Przybyś pojawił się na boisku po zmianie stron już w pierwszym meczu z Marokiem; na prawej obronie zastąpił Kubickiego. Po laniu od Anglii, kiedy szczęśliwie udało się prześlizgnąć do 1/8 finału, zagrał znowu, wreszcie w wyjściowym składzie. W starciu z Brazylią(0:4) zastąpił Krzysztofa Pawlaka. Widać że z obsadą prawej obrony trener miał duży kłopot. ,,Do 30 minuty graliśmy super; był słupek Tarasiewicza, poprzeczka Karasia. Zdecydowanie nasze najlepsze pół godziny na mundialu. Na trybunach w pierwszych minutach był tumult, brazylijskie bębny i nagle zrobiło się cicho. Kibice chyba się dziwili że gramy aż tak dobrze. Niestety, chwila nieuwagi i sędzia gwizdnął dość problematyczną jedenastke. Straciliśmy gola i wszystko nam się posypało. Klasowa drużyna po przypadkowej stracie gola musi umieć się podnieść a myśmy tracili kolejne bramki. Widocznie nie byliśmy tak klasowi”- opowiada Przybyś. Po mundialu występował jeszcze w kadrze Wojciecha Łazarka ale to był już zdecydowanie okres schyłkowy. Ostatni raz zagrał z Holandią w Zabrzu, w ponurym dla Polski meczu bo łatwo przegranym 0:2, na dodatek kończącym nieudane eliminacje Euro 1988. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział że latem następnego roku Holandia zachwyci świat totalnym futbolem, który da jej tytuł mistrza Europy. ,,W całej karierze nigdy nie zagrałem z równie mocną drużyną, co wtedy w Zabrzu. Kryłem van Bastena i na własnej skórze mogłem się przekonać, jaki to czarodziej. Ciesze się że nie strzelił gola, no ale dwa razy trafił Gullit i przegraliśmy”- podsumowuje pan Kazimierz. Kariere klubowa kończył w Widzewie, wcześniej w elicie grał tylko w Śląsku. Występował więc w dwóch interesujących, charakternych drużynach. Zwykle odpowiadał za opieke najlepszych napastników rywali, więc sam mógł zapomnieć o strzelaniu goli ale jeden raz trafił i to w meczu swoich drużyn. ,,Grałem z Widzewem we Wrocławiu. Krótko rozegrany rzut wolny, piłka do mnie, kopnąłem w kierunku bramki i wpadła”- wspomina Przybyś. Niewiele to jednak dało drużynie bowiem Widzew przy Oporowskiej przegrał 1:2. Przybyś nigdy nie zagrał w zagranicznym klubie. Może gdyby urodził się 10 lat później, byłoby mu łatwiej podjąć decyzje bo wyjazdy Polaków stawały się coraz powszechniejsze. ,,Ciekawych piłkarskich wspomnień i tak mi nie brakuje, zawsze będę miał o czym opowiadać”- wspomina wychowanek Broni Radom.

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

7

@FCBparasiempre
11 lipca 2001 r. Chile pokonuje Ekwador 4:1(1:0) i tym samym mecz ten inauguruje 40-tą edycje Copa America. Organizację finałów Copa America 2001 przyznano Kolumbii już w 1987 roku, chodź do ostatnich dni przed rozpoczęciem turnieju nie było pewne czy impreza w ogóle się odbędzie! Sytuacja znów była dramatyczna, w tle pojawiały się zamachy, uprowadzenia i morderstwa Kolumbia, która przeżyła poważne upokorzenie związane z wycofaniem się z organizacji mistrzostw świata w 1986 roku, tym razem robiła wszystko aby uniknąć kompromitacji. Udało się, jednak zanim zabrzmiał pierwszy gwizdek nerwów było co niemiara! Wcześniejsze doświadczenie Kolumbii w przygotowaniu dużych imprez piłkarskich nie było wielkie. To jedynie Mistrzostwa Ameryki Południowej do lat 20-tu, organizowane trzykrotnie w 1964,1987 i 1992 roku a także mistrzostwa kontynentu do lat 17-tu w 1993 i choć w 1973 kraj przeżywał chwilę triumfu, kiedy to FIFA przyznała Kolumbii prawa do Mistrzostw Świata w 1986, to w listopadzie 1982 prezydent Betancour ogłosił że nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom postawionym przez światowe władze piłkarskie i rezygnuje z przeprowadzenia imprezy. To uzmysławia jak bardzo Kolumbii zależało aby tego rodzaju wpadka nie powtórzyła się w 2001 Choć i tak było tego bardzo blisko A wszystko przez wewnętrzny konflikt targający krajem. Lewicowa i prawicowe bojówki, kartele narkotykowe... Władze nie radziły sobie z przemocą i nie dziwiły coraz cięższe chmury zbierające się nad czterdziestą edycją Copa America. Początek 2001 r. to seria wybuchów samochodów pułapek, nierzadko w miastach, który miały organizować turniej. Zaczęło się 11 stycznia w Medellin, gdzie miały rywalizować zespoły grupy C: Argentyna, Urugwaj, Boliwia i Kostaryka. W zamachu zginęły dwie osoby a 35 odniosło rany. 4 maja w powietrzu wyleciał inny samochód, tym razem w Kali, które przygotowywało się do goszczenia grupy B: Brazylia, Paragwaj, Peru, Meksyk. Eksplozja miała miejsce tuż obok luksusowego hotelu, w którym w tamtym czasie przebywali piłkarze drużyny Once Caldas, pierwszoligowego zespołu. To miejsce było też siedzibą lokalnego komitetu organizacyjnego. Zamach nie spowodował ofiar śmiertelnych ale 36 osób odniosło rany. Mimo napiętej sytuacji CSF potwierdziła 17 maja na spotkaniu w Rio de Janeiro że turniej odbędzie się w Kolumbii. Tego samego dnia w Medellin wybuchł kolejny samochód a w następnych dniach znów po mieście roznosił się huk betonowanych bomb. To nie po raz ostatni postawiło wysiłek organizatorów mistrzostw pod znakiem zapytania ale 5 czerwca 2001 roku CSF po raz kolejny zadecydowała że impreza odbędzie się w uprzednio wybranym miejscu. Wszystko zmieniło się jednak 25 czerwca po porwaniu Hermana Mejii Campuzano, wiceprezesa kolumbijskiej federacji piłkarskiej i szefa Komitetu lokalnego W mieście Pereira, jednym z gospodarzy turnieju. Władze południowoamerykańskiej piłki zdecydowały się zwołać nadzwyczajne spotkanie, które wyznaczono na 28 czerwca w Buenos Aires. Choć Campuzano został w międzyczasie uwolniony, to decyzja ogłoszona 30 czerwca była nie do końca po myśli Kolumbijczyków. Wprawdzie nie odebrano im organizacji ale planowano przenieść imprezę na rok 2002. To jednak nie spodobało się firmie ,,Traffic", właścicielowi praw telewizyjnych. Jej szefowie argumentowali że przeniesienie Copa Americaa na styczeń 2002 spowoduje kolizję terminów z turniejem ,,Copa Oro”, w którym brały udział Kostaryka i Kanada, zaproszeni do rywalizacji w 40-tej edycji Copa America. Również termin lipiec sierpień 2002 był nie do przyjęcia ze względu na Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii. Ponadto ,,Traffic" argumentował iż zmiana terminu spowoduje straty przekraczające 10 milionów dolarów. CFS uznała te wszystkie argumenty i 5 lipca podjęła ostateczną decyzję: gramy w ustalonym wcześniej terminie, czyli od 11 do 29 lipca! To jednak nie koniec kłopotów. Napięta sytuacja w Kolumbii sprawiała że uczestnicy finałów bali się o swoje bezpieczeństwo. Z grona 12 finalistów, co najmniej kilka zespołów poważnie zastanawiało się nad wycofaniem z turnieju. Jako pierwsza taką decyzję podjęła Kanada, którą błyskawicznie zastąpiono Kostaryką; oba związki ze strefy CONCACAF. Przyrody Kanady poszła Argentyna, która zrezygnowała na kilkadziesiąt godzin przed rozpoczęciem turnieju. Jednym z powodów były pisemne groźby, które wysłano do argentyńskiej ambasady w Bogocie list sygnowała nieznana nikomu organizacja terrorystyczna i choć Kolumbijczycy nie do końca wierzyli że ona istnieje to treść przekazu przestraszyła Argentyńczyków. Napisano tam między innymi: ,, chcielibyśmy mieć w swoich rękach los Takich piłkarzy jak Hernan Crespo, Diego Simeone czy German Burgos"... W takiej sytuacji Argentyna zdecydowała o wycofaniu drużyny. W jej miejsce wskoczył Honduras, też członek CONCACAF, który o tym że zagra w Copa America zadecydował głosem swoich federacji... 48 godzin przed pierwszym meczem! Trener Ramon Maradiaga błyskawicznie zebrał kadrę, która dotarła do Kolumbii samolotem wojskowym, podstawiony przez siły zbrojne.

Turniej gościły Barranquilla, Cali, Medellin, Pereira, Armenia, Manizales i Bogota. Największym stadionem dysponowała Barranquilla- Estadio Metropolitano Roberto Mendelez miał 60 000 miejsc. Najmniejszy obiekt znajdował się w Armenii, to Estadio Centenario niczym w Montevideo dla 29 000 kibiców. Kolumbijczycy Nigdy wcześniej nie wygrali turnieju Copa America, więc presja na miejscowych była ogromna. Gospodarze zaczęli bardzo dobrze od zwycięstwa nad Wenezuelą w drugim spotkaniu okazali się lepsi od Ekwadoru i mogli się cieszyć z awansu do ćwierćfinału. Aby nie było żadnych wątpliwości w trzecim meczu pokonali też Chile. Komplet zwycięstw i ani jednego straconego gole to było to, na co czekali miejscowi kibice! 23 lipca gospodarze podejmowali w pojedynku o półfinał ekipę Peru i też nie pozostawili wątpliwości. 3:0 mówi samo za siebie. Trzy dni później na ich drodze do upragnionego finału stanął Honduras, absolutna rewelacja turnieju. Zespół, który do imprezy dołączył w ostatniej chwili sprawił wielką sensację w ćwierćfinale eliminując Brazylią a 2.0 z tak utytułowanym rywalem to jeden z najpiękniejszych momentów w historii Hondurackiej piłki. Równocześnie jest to jedna z największych sensacji w dziejach zmagań o Copa America. ,, To były niesamowite chwile. Pamiętam że cały kraj oszalał ze szczęścia. Ludzie wyszli na ulicę. To była jedna wielka Fiesta. Byliśmy gotowi nosić naszych bohaterów na rękach. Najbardziej pamiętam Amado Guevara. To on i Limbert Perez poprowadzili nas do wielkiego triumfu, jakim dla Hondurasu było trzecie miejsce w imprezie"- wspominał Osman Chavez, honduraski obrońcy, który pokazał się w polskiej lidze w Barwach Wisły Kraków. Trawers miał wówczas 17 lat gdy jego rodacy pokonali Brazylię. Chavez z wypiekami na twarzy podobnie jak cały Honduras oglądał kolejny mecz o wszystko, czyli półfinał z gospodarzami. Tu jednak Czarny Koń imprezy nie miał już wiele do powiedzenia. Kolumbijczycy wygrali 2:0 i Euforia miejscowych kibiców sięgała zenitu, gdyż gospodarze znaleźli się w finale. Przeciwnikiem w decydującym meczu był Meksyk, też ekipa z CONCACAF, który odprawił w półfinale Urugwaj. Kolumbia ostatecznie wygrała ten finał 1:0, co oznacza że w całym turnieju nie straciła ani jednego gola! Najlepszym strzelcem imprezy okazał się napastnik gospodarzy Wiktor Aristizabal, który zdobył 6 goli, o jedno trafienie wyprzedzając Kostarykanina Paulo Wanchope'a. Ogólny dorobek Aristizabala w historii jego występów w reprezentacji na kolana nie rzuca (66 występów i 15 goli) ale trzeba mu oddać że z formą snajperską na Copa America wstrzelił się idealnie. W ojczyźnie nazywano go ,, Aristigol" lub ,, Pinokio"- od okazałego nosa. Na świat przyszedł w Medellin w dzielnicy Belen. Gdy miał kilkanaście lat stracił ojca i poza graniem w piłkę, za co jeszcze wtedy nie otrzymywał pieniędzy, musiał zająć się zarabianiem. Szkoła poszła w kąt a Aristizabal ruszył na ulicę aby sprzedawać jedzenie i gazety. Na szczęście nieprzeciętny talent sprawił że piłka szybko zaczęła dawać mu utrzymanie a mistrzostwa w 2001 były jedną z jego największych życiowych chwil triumfu. ,,Co sądzę o Aristiezabalu? No cóż, my Kolumbijczycy, byliśmy zakochani w innym napastniku a mianowicie Faustino Asprilli. Tak, to był jeden z najlepszych ofensywnych piłkarzy jakich kiedykolwiek wydała Kolumbijska ziemia. Miał wszystko, był naszym idolem ale w kopa Ameryka nie zagrał, jego reprezentacyjna kariera kończyła się i choć pod względem umiejętności Aristizabal Nie wytrzymuje z nim porównania, to jednak w trakcie turnieju spisał się jak trzeba"- opowiadał Arboleda, który jako obrońca patrzył też, a może przede wszystkim na grę formacji defensywnej swojego kraju. ,, Dla mnie największym autorytetem w obronie był, jest i będzie Iwan Cordoba. Rozgrywał wspaniały turniej, który okrasił decydującym golem w finałowym meczu z Meksykiem. Czego chcieć więcej? Cordoba uszczęśliwił siebie, mnie i miliony Kolumbijczyków. Tamtych chwil nigdy nie zapomnę, gdyż czułem się dumny że mój kraj, mimo tylu kłopotów zorganizował turniej na bardzo dobrym poziomie i jeszcze go wygrał. Po raz pierwszy w historii!- ze wzruszeniem wspominał Manuel Arboleda.

11

Butelkowy finał:

11 lipca 1968 r. na Santiago Bernabeu odbył się tzw. ,,butelkowy finał” Pucharu Hiszpanii pomiędzy Realem Madryt a FC Barcelona. W 1968r. Blaugrana była w głębokim kryzysie. Od ośmiu lat nie zdobyła mistrzostwa Hiszpanii i awans do finału krajowego pucharu z urzędującym mistrzem kraju został uznany za wielki sukces. W dodatku Duma Katalonii wygrała to spotkanie 1:0. Jedyny gol padł w 6 minucie po samobójczym trafieniu Zunzuregui. Później Barça broniła się mądrze i szczęśliwie. Arbitrem spotkania był pochodzący z Majorki Rigo Sureda. Zdaniem kibiców, w zdecydowanej większości kibicujących Realowi, sędzia powinien podyktować 2 karne dla Królewskich. Z trybun zaczął lecieć ,,deszcz” plastikowych i szklanych butelek, który nie ustał nawet, gdy Duma Katalonii robiła runde honorową w kordonie policji. Po meczu żona jednego z ministrów zwróciła się do prezydenta Blaugrany Narcisa de Carrerasa: ,,Gratuluję, ponieważ Katalonia to też Hiszpania, prawda?”. ,,Proszę pani, lepiej się nie denerwujmy nawzajem”- odpowiedział wzburzony prezydent. Krótko po tych wydarzeniach zakazano sprzedaży napojów w butelkach i puszkach na stadionach hiszpańskich a w 1977 r. zaczęto montować siatki za bramkami, chroniące przed obiektami rzucanymi z trybun.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

8

No i prosze! Co za niespodzianka, po raz pierwszy w dziejach Copa America(najstarszego na świecie turnieju międzypaństwowego) spotkają się w finale Argentyna z Kolumbią! Skoro po raz pierwszy to będzie bardzo ciekawie...

1

@Adran360 Ależ potwierdził! 3 pod rząd puchary Europy. Z reprezentacją też by potwierdził ale to nie do końca jego wina że niemieccy trenerzy go nie chcieli widzieć w kadrze...

1

@Adran360 Z najlepszym to może nieco przesadzam ale napewno nie był gorszy od wyżej wymienionych przez ciebie. Zresztą ponoć są tacy co twierdzą że Blankenburg bił na głowe(!) Beckenbauera a to nie są moje słowa, tak więc sam słyszysz...

9

Żywe legendy rodzimego futbolu:

10 lipca 1982 r. urodził się Sebastian Mila, pomocnik. Główny motor napędowy drużyny mistrzów Europy U-18 z 2001 r. Później kandydat na wieloletniego rozgrywającego reprezentacji Polski. Do historii Mila przeszedł jednak trafieniem w meczu z Niemcami w eliminacjach Euro 2016. Po golu Milika biało-czerwoni prowadzili z odwiecznym rywalem 1:0. Niemcy jednak przeważali a napór nie malał właściwie na żadnym etapie meczu. Kibice coraz bardziej nerwowo zerkali na zegar. Gdy minęła 87 m., gospodarzom udało się wywalczyć aut. Daleki wyrzut trafił do Roberta Lewandowskiego, ten zagrał futbolówkę do biegnącego środkiem Mili a pomocnik Śląska precyzyjnym strzałem lewą nogą nie dał szans Neuerowi, który kilka tygodni wcześniej cieszył się z tytułu mistrza świata! Wprowadzony kilka minut wcześniej zawodnik w szale radości pobiegł zaś do Adama Nawałki, który dojrzał w nim(po latach) piłkarza na miare reprezentacji. To trafienie zapewniło Polakom pierwsze zwycięstwo w historii z Niemcami. Kto wie, czy szukając kolejnego słynniejszego gola polskiego futbolu, nie należałoby się cofnąć do Jana Domarskiego z Wembley? Wielu dziwiło się powołaniu Nawałki bowiem Mila długo(poza dwoma symbolicznymi epizodami za kadencji Smudy) ponad 8 lat nie miał kontaktu z reprezentacją. Pierwszy raz trafił tam w 2003 r.. Uchodził wtedy za zdolnego rozgrywającego, jedną z największych gwiazd ME U-18, wygranego przez Polaków a zarazem reżysera gry wyróżniającej się Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Z tym zespołem wywalczył wicemistrzostwo Polski oraz brał udział w zakończonej tryumfem edycji Pucharu Polski. Później jednak wyjechał ,,podbijać świat”. Gra w Austrii przyniosła mu mistrzostwo oraz puchar tego kraju. Zaliczył potem jeszcze krótki epizod w Norwegii i wrócił do Polski.

Wielu uważało go w tym momencie za ,,piłkarza przegranego”. On jednak po jednej rundzie w ŁKS trafił do Śląska Wrocław i tu przeżył swój drugi szczyt kariery. W stolicy Dolnego Śląska, jak za dawnych lat w Grodzisku, był głównym reżyserem gry. Razem z tym zespołem zdobył mistrzostwo, wicemistrzostwo Polski, brązowy medal oraz Puchar Ligi. Indywidualnie zyskał nagrodę Pomocnika Sezonu 2011/12. Dwukrotnie ,,Piłka Nożna” wyróżniała go zaś tytułem Ligowca Roku. Znów pozwoliło mu to trafić na orbite zainteresowań selekcjonerów. Między 2006 a 2011 rokiem był bowiem z dala od kadry. Wcześniej z reprezentacją Janasa wywalczył awans na mundial 2006. Brał udział w 7 z 10 meczów tamtej kampanii. Został powołany także na sam turniej ale selekcjoner trzymał go w rezerwie. Poza golem z Niemcami wielu pamięta też Mile z trafienia przeciwko Manchesterowi City. Razem z Dyskobolią mierzył się z tym zespołem w 1 rundzie Pucharu UEFA. Blondwłosy pomocnik kapitalnym strzałem z rzutu wolnego zaskoczył słynnego Seamana. Stałe fragmenty gry były zresztą zawsze jego mocną stroną. Ostatecznie przygoda grodziszczan w tamtej edycji skończyła się na 1/16 finału. Wcześniej poza ,,The Citizens” wyeliminowali też Herte Berlin. W maju 2018 r. podjął decyzje o zakończeniu kariery pikarskiej. Na pożegnanie wygrał jeszcze klasyfikacje Turbokozaka, znanego programu Canal+ Sport. Nagrodę odebrał na Gali Ekstraklasy, gdzie pożegnał się z kibicami. Obecnie jest asystentem selekcjonera Michała Probierza.



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

9

Związek Radziecki przechodzi do historii:

10 lipca 1960 r. ZSRR pokonuje po dogrywce Jugosławie 2:1(1:1;1:0) w finale pierwszych mistrzostw Europy(nazywanych jeszcze wówczas Pucharem Narodów Europy). Wyścig po złoto dwóch sportowych potęg ustroju socjalistycznego, niejednokrotnie ze sobą konkurujących. Paryski finał miał być rewanżem ,,Plavich” za porażke przed 4 laty w decydującym meczu podczas igrzysk olimpijskich w Melbourne 1956. Wówczas o jednego gola, strzelonego przez nieobecnego teraz Iljina, lepsi okazali się Rosjanie. Tym razem miało być inaczej a było podobnie. Śliska murawa nie predestynowała do przeprowadzania widowiskowych akcji. Pierwszego gola, tak jak w półfinale z Francją, strzelili Jugosłowianie. Ponownie wynik rywalizacji otworzył Milan Galič. Maslenkin w ostrym starciu z Jerkoviciem walczyli o piłke przy końcowej linii boiska. Gdy obaj stanęli, sądząc że futbolówka opuściła plac gry, ich niezdecydowanie wykorzystał Galič i pokonał Jaszyna. Gol do szatni nie zdeprymował jednak Rosjan. Tuż po przerwie rzucili się do odrabiania strat. Pięć minut po przerwie Bubkin oddaje mocny strzał na bramke przeciwników. Vidinič broni ale tak niefortunnie odbija piłke że ta pada łupem zawodników radzieckich. Metreweli z bliska dopełnia formalności. Wynik remisowy utrzymał się do końca spotkania. Angielski arbiter Ellis zarządził pierwszą w historii dogrywke. Rozstrzygające trafienie padło dopiero na 7 minut przed końcem całego widowiska. Meschi ograł na lewej flance Durkovicia, po czym dośrodkował w pole karne a tam najwyżej do piłki wyskoczył Poniedielnik i umieścił ją w bramce. To był koniec marzeń Jugosłowian o zwycięstwie a zarazem początek wielkiej fety piłkarzy radzieckich. Kapitan zespołu Igor Netto nie krył dumy i zadowolenia odbierając z rąk Pirre’a Delaunaya puchar imienia jego ojca. Coupe Henri Delaunay zasłużenie przypadł Rosjanom. Wschód wykazał wyższość nad Zachodem ale głównie dlatego że Niemcy i Brytyjczycy zlekceważyli kontynentalne rozgrywki.


@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

10

@FCBparasiempre
Uwaga! To jest utytułowany, lecz dla większości kibiców zapomniany wybitny stoper ale ja już dopilnuje żebyście wszyscy go poznali. Pewnie znacie niewielu piłkarzy, którzy trzy razy z rzędu sięgali po Puchar Europy. Do tego nielicznego grona należy Horst Blankenburg. Ale historia tego niemieckiego zawodnika może dzisiaj zdumiewać także z innego powodu. Choć w piłce klubowej wygrał niemal wszystko, co było możliwe do wygrania, to nigdy nie doczekał się choćby jednego powołania do krajowej reprezentacji! To wprost niebywała historia! Prawdziwy patriota z tego Horsta. W występach dla reprezentacji musiał przeszkodzić mu jego charakter. Jest to trochę przewrotne, bo przecież każdy wie, że Niemcy słyną z dyscypliny. Ale niepokorni piłkarze z „wielką gębą” się trafiali. Przecież pamiętamy doskonale Toniego Schumachera, Lothara Matthaeusa, Stefana Effenberga i innych. Oni jednak mieli szczęście, ponieważ w kadrze Niemiec występowali. Najczęściej z powodzeniem. Blankenburg występował na pozycji libero. Karierę rozpoczynał w Niemczech, ale jako piłkarz na dobre rozwinął się dopiero w Holandii. W swojej ojczyźnie albo kłócił się z trenerami albo przez długi czas dochodził do zdrowia po wypadku samochodowym. Znajdował się w kadrze FC Nürnmberg, kiedy ta drużyna zdobywała tytuł mistrzowski, ale nie zagrał wtedy w lidze ani jednego meczu. W Niemczech po prostu mu się nie układało. I tak już pozostało właściwie do końca kariery. W TSV 1860 Monachium miarka się przebrała. Klub spadł z Bundesligi, a Blankenburg popadł w konflikt z trenerem Hansem Tilkowskim. Niemiecki libero nie zamierzał siedzieć cicho i głośno krytykował błędne decyzje szkoleniowca. Jego buntownicza natura coraz częściej dawała o sobie znać. Rozstanie wydawało się nieuniknione. Na szczęście dla piłkarza, jak z nieba spłynęła znakomita oferta z Holandii. Blankenburg wspominał, że po meczu ligowym z VFR Mannheim, jakiś obcy człowiek poklepał go mocno po ramieniu. To był Bobby Harms, trener od przygotowania fizycznego Ajaksu Amsterdam. Okazało się, że holenderscy skauci obserwowali Niemca już od ponad pół roku. Wpadł im w oko w czasie zwycięskiego spotkania z Borussią Dortmund (3-0). Ajax poszukiwał zawodnika na pozycję libero, po tym jak chęć opuszczenia klubu zgłosił Velibor Vasović, który miał wtedy odejść do PSG, ale ostatecznie musiał zakończyć karierę z powodów zdrowotnych. Transfer do Ajaksu to była chyba najlepsza rzecz, jaka mogła wówczas spotkać Blankenburga. W Amsterdamie trwała budowa zespołu, który niedługo potem całkowicie zdominował futbol na Starym Kontynencie. W tym okresie trenerami tej drużyny byli Rinus Michels oraz Stefan Kovacs. Obaj szkoleniowcy stworzyli z Ajaksu prawdziwą maszynę do wygrywania. W składzie nie brakowało wybitnych zawodników, którzy na trwale zapisali się w historii futbolu i do dzisiaj pozostają w pamięci kibiców. Johan Cruyff, Johan Neeskens, Ruud Krol czy Arie Haan – to tylko kilka nazwisk autorów tamtych sukcesów. Holendrzy grali futbol totalny, nastawiony na ofensywę, z wysoko ustawioną linią obrony. Takie ustawienie bardzo odpowiadało Blankenburgowi, który jako libero był równocześnie pierwszym rozgrywającym zespołu. Niemiec pojął holenderską filozofię futbolu jak mało kto. Kierowana przez niego linia defensywy do perfekcji opanowała umiejętność łapania rywali w pułapki ofsajdowe. Ajax rządził na boisku niepodzielnie – zarówno z przodu, jak i z tyłu. Widowiskowa gra przełożyła się na liczbę trofeów w klubowej gablotce. Trzy Puchary Europy (pod rząd), dwa Superpuchary Europy, Puchar Interkontynentalny, dwa mistrzostwa Holandii oraz dwa Puchary Holandii – pasmo sukcesów tej drużyny na początku lat siedemdziesiątych XX wieku zdawało się nie mieć końca. Ajax nie miał sobie równych a Blankenburg na swojej pozycji należał do najlepszych zawodników na świecie! Lecz mimo to, Helmut Schön, ówczesny selekcjoner reprezentacji Niemiec, regularnie pomijał go przy powołaniach do drużyny narodowej. Jaki był tego powód? Z perspektywy czasu można wymienić co najmniej kilka przyczyn. Schön był bezgranicznie zakochany w Bundeslidze. Zawodnicy, którzy ją opuszczali, musieli liczyć się z tym, że o powołanie do jego kadry będzie znacznie trudniej. Selekcjoner doprowadził tę zasadę niemal do granic absurdu. Podobno ciężko obraził się na innego świetnego piłkarza – Guntera Netzera – kiedy ten zdecydował się na transfer do … Realu Madryt. W reprezentacji Niemiec na pozycji libero występował w tym okresie słynny Franz Beckenbauer. To na pewno również nie ułatwiło Blankenburgowi drogi do kadry.

Z takim zawodnikiem z tyłu Schön mógł przecież spać spokojnie. Choć są i tacy, którzy twierdzą, że Blankenburg bił na głowę nawet samego Beckenbauera. Mało tego, dowodem na tę odważną tezę ma być fantastyczne zwycięstwo Ajaxu nad Bayernem w ćwierćfinale Pucharu Europy w 1973 roku. Holenderska drużyna w pierwszym spotkaniu zagrała wtedy koncertowo i rozbiła Niemców 4-0! To był koszmar Seppa Maiera, Gerda Mullera i … samego Beckenbauera. Blankenburg miał osobistą satysfakcję, bo nikt nie miał wątpliwości, kto wypadł lepiej w pojedynku dwóch niemieckich libero. Ale nawet ten mecz nie przekonał Schöna. Właśnie wtedy zaczęto głośno mówić o konflikcie selekcjonera z Blankenburgiem. W 1973 roku libero Ajaksu został wybrany do symbolicznej drużyny składającej się z najlepszych europejskich piłkarzy. Co ciekawe, trenerem tej drużyny był… Helmut Schön. Podczas jednego z pokazowych meczów tego zespołu, Blankenburg miał usłyszeć od selekcjonera, że otrzyma szansę występu w narodowej reprezentacji. Tak się jednak nigdy nie stało. ,,Może byłem dla trenera niewygodny, bo zawsze mówiłem to co myślę. Nie ukrywam tego co siedzi w mojej głowie” – przyznał Blankenburg w jednym z wywiadów. Wiele wskazuje na to, że jego słowa są prawdziwe. Schön zawsze wpajał swoim zawodnikom, że musi cechować ich przede wszystkim pokora. Zresztą kilka lat później sam miał przyznać w rozmowie z dziennikarzem, że zwyczajnie nie lubił Blankenburga. Po wspaniałych pięciu latach w Ajaksie niemiecki libero powrócił do swojej ojczyzny. Choć z HSV wygrał jeszcze Puchar Zdobywców Pucharów i Puchar Niemiec, to jednak najlepsze lata miał już za sobą. Z czasem stał się zbyt słaby na Bundesligę i wyjechał do Szwajcarii, a później do Stanów Zjednoczonych. Karierę zakończył w niższej, regionalnej lidze niemieckiej w klubie – Hummelsbutteler SV. Niektórzy mówią, że Blankenburg czuł się bardziej Holendrem niż Niemcem. Przed Mundialem w 1974 roku Johan Cruyff miał nawet poprosić swojego kolegę, by wystąpił w zespole „pomarańczowych”. Jeśli tylko wyraziłby zgodę, formalności bardzo szybko zostałyby dopięte. Ale Blankenburg powiedział „nie”. Cały czas liczył po cichu na powołanie od Schöna… Nie uległ pokusie gry na Mistrzostwach Świata, choć tak naprawdę miał do tego pełne prawo. Holendrzy zawsze traktowali go jak swojego rodaka. Podobnie było też w 2000 roku, kiedy Blankenburg został zaproszony na uroczyste obchody stulecia Ajaksu. Świętowano z wielką pompą, oddając cześć najlepszym piłkarzom w historii klubu. ,,W Amsterdamie nigdy nie zapomnimy co zrobiłeś dla naszego klubu”– głosił transparent specjalnie przygotowany dla legendarnego niemieckiego zawodnika. Mało tego, w pobliżu starego stadionu Ajaksu znajduje się 11 mostów i każdy z nich został nazwany imieniem jednego z graczy, którzy w latach siedemdziesiątych dokonywali historycznych sukcesów. Nie brakuje tam też mostu Blankenburga. Dzisiaj bohater tej opowieści mieszka w Hamburgu. Podobno sporo czasu spędza na polu golfowym razem ze swoimi przyjaciółmi z boiska: Uwe Seelerem, Willym Schulzem i Manfredem Kaltzem. Choć jego kariera opływała w sukcesy, to podkreśla, że nie jest z niej w pełni zadowolony. Blankenburg należał jeszcze do tej grupy piłkarzy, dla których występ w koszulce narodowej reprezentacji znaczy więcej niż niejedno klubowe trofeum…

Któryś z użytkowników swego czasu przeprowadzał ranking najlepszych piłkarzy w historii futbolu na poszczególnych pozycjach i ewidentnie pominął Horsta Blankenburga(nawet w kandydaturze), co dla mnie jest niemal skandalem!

9

Panie i Panowie, entuzjaści futbolu, śpieszę przypomnieć iż dzisiaj swoje 77 urodziny obchodzi bodaj najlepszy środkowy obrońca w dziejach futbolu a mianowicie Horst Blankenburg. Któż to taki, zapytacie? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w odpowiedzi na mój komentarz.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

0

@kanver_ Zmieniły się czasy a wraz z nimi polscy piłkarze...

9

Argentina Campeon(!) po raz 15-ty w historii!

Argentyna triumfuje w Copa America, mistrzostwach Ameryki Południowej. W finale Lionel Messi i spółka pokonali ekipę Brazylii 1:0. Jedynego gola meczu zdobył w 22. minucie Angel Di Maria. Dla Lionela Messiego, jednego z najlepszych piłkarzy świata, to pierwsze w karierze trofeum zdobyte z reprezentacją Argentyny. Napastnik został uznany najlepszym zawodnikiem Copa America 2021, ponadto razem z Kolumbijczykiem Luisem Diazem sięgnął po tytuł króla strzelców imprezy: obaj zdobyli po cztery gole a Argentyńczyk zanotował dodatkowo pięć asyst. W finale Copa America Messi nie wpisał się jednak na listę strzelców. Jedynego gola w meczu zdobył Angel Di Maria, który w 22. minucie otrzymał precyzyjne podanie od Rodrigo De Paula i przelobował bramkarza Edersona. W 88. minucie Messi miał szansę przypieczętować sukces, ale potknął się w sytuacji sam na sam z Edersonem, próbując minąć go dryblingiem. Kilka minut później słynny Argentyńczyk cieszył się z pierwszego trofeum zdobytego z drużyną narodową (nie licząc złotego medalu igrzysk w Pekinie w 2008 roku, wywalczonego z reprezentacją olimpijską). Poprzednie cztery finały wielkich turniejów z jego udziałem były dla "Albicelestes" przegrane: mistrzostwa świata 2014 oraz Copa America 2007, 2015 i 2016. Argentyńczycy sięgnęli po tytuł mistrzów Ameryki Południowej po raz piętnasty w historii, wyrównując rekord Urugwaju. Długo jednak czekali na nowe trofeum: poprzednio triumfowali w Copa America w 1993 roku. Broniący trofeum Brazylijczycy ponieśli natomiast pierwszą porażkę od trzech lat, gdy w ćwierćfinale mistrzostw świata w Rosji przegrali z Belgią 1:2. Po raz pierwszy również nie wygrali Copa America jako gospodarze a wystąpili w tej roli po raz szósty. Gwiazdor ekipy "Canarinhos" Neymar schodził z boiska ze łzami w oczach. W jego kolekcji wciąż nie ma trofeum Copa America. Składy historycznego triumfu:

Brazylia: Ederson – Danilo, Marquinhos, Thiago Silva, Renan Lodi (76. Emerson) – Casemiro, Fred (46. Roberto Firmino), Lucas Paqueta (76. Gabigol) – Richarlison, Neymar, Everton Cebolinha (63. Vinicius Junior).

Argentyna: Emanuel Martinez – Gonzalo Montiel, Cristian Romero (79. German Pezzella), Nicolas Otamendi, Marcos Acuna – Angel Di Maria (79. Exequiel Palacios), Rodrigo De Paul, Leandro Paredes (54. Guido Rodriguez), Giovani Lo Celso (63. Nicolas Tagliafico) – Lionel Messi, Lautaro Martinez (79. Nicolas Gonzalez).



@Sysia11
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

10

Polacy trzecią ekipą na świecie!

Dokładnie 42 lata temu całą Polskę ogarnęło piłkarskie szaleństwo. 10 lipca 1982 roku Polacy rozegrali niezapomniany mecz o 3. miejsce na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii. Drużyna Antoniego Piechniczka pokonała Francję 3:2 na Estadio José Rico Pérez w Alicante. Gole dla Biało-Czerwonych zdobywali Szarmach(40 m.), Majewski(44 m.) i Kupcewicz(46 m.). Wielki sukces polskiej piłki nożnej. Sukces, którego nie udało się powtórzyć już nigdy potem. O tym meczu ojcowie i dziadkowie opowiadają swoim synom i wnukom do dziś.

„Wspaniali Francuzi! Powtarzam: uratowali finały! Zachowali się tak, jak przystało na prawdziwych sportowców. Stworzyli wraz z Polakami przepiękne, niezapomniane widowisko. Walczyli z ogniem, z pasją, chwilami miałeś wrażenie, że ciągle jeszcze grają o złoto. Z początku przeważali. Po bramce zdobytej w 14. minucie przez Rene Girarda cieszyli się euforycznie. Przy stanie 3:2 dla Polaków z uporem dążyli do wyrównania, które zresztą wisiało w powietrzu. Tigana, zmieniony w 83. minucie przez Sixa, uznany został »piłkarzem meczu«. To też ma swoją wymowę. Chcieli z nami wygrać. Za wszelką cenę. Chwała im za to, albowiem właśnie dzięki temu nasz srebrny medal nabrał prawdziwego blasku. Nie lubię opisywać tego, co wszyscy widzieli na ekranach ale należy się mały akapit Szarmachowi. Więc... Po dośrodkowaniu Bońka gracz ten był obiema nogami i z piłką we francuskiej bramce a mimo to nie strzelił i ku mojemu przerażeniu, na marginesie boiska zaczął rozgrzewać się Ciołek. Siedzieliśmy tuż nad krytą ławką trenera i rezerwowych. Zerwaliśmy się z miejsc i zaczęliśmy wrzeszczeć: »Nie zmieniać Szarmacha!«. Trudno przypuszczać, aby miało to jakiś wpływ na decyzję zdenerwowanego Piechniczka. Czuło się, że Szarmach powędruje zaraz na ławkę, i właśnie wtedy strzelił swoją wspaniałą, wyrównującą bramkę. Kropnął z biegu, z lewej nogi, tuż przy słupku i Ciołek przestał się rozgrzewać. Wielka to chwila dla pana Andrzeja. Praktycznie biorąc, przesiedział mistrzostwa na trybunach, jeśli pominąć niepełny mecz z Kamerunem”. – pisał Andrzej Makowiecki z książce pt. „Espana’82 – nerwy, radość, zwątpienie, zwycięstwo” wydanej w 1982 roku. Reprezentacja Polski mecz półfinałowy Mistrzostw Świata w roku 1982 przegrała z Włochami (którzy ostatecznie wygrali mundial, pokonując w finale RFN). 10 lipca 1982 roku odbył się mecz o 3 miejsce, w którym zagrały Polska i Francja. Antoni Piechniczek wystawił bardzo mocny skład. Zagrać nie mógł jedynie Włodzimierz Smolarek, zawieszony za kartki. Pośród Francuzów także zabrakło ważnego gracza - Michela Platiniego (po mundialu Platini i Zbigniew Boniek zostali sprowadzeni do Juventusu Turyn). Polska wystąpiła w składzie: Józef Młynarczyk (bramkarz), Marek Dziuba, Paweł Janas, Władysław Żmuda, Stefan Majewski (obrońcy), Waldemar Matysik, Andrzej Buncol, Grzegorz Lato, Janusz Kupcewicz (pomocnicy), Zbigniew Boniek, Andrzej Szarmach (napastnicy).

Antoni Piechniczek po powrocie do Polski wspominał: ,,Jak dwa dni później przylecieliśmy do Polski, to kibice skandowali w środku nocy: „A za cztery lata Polska będzie mistrzem świata!” (…) w 1982 roku radość była również niesamowita. Bezbramkowy remis z Związkiem Radzieckim, oznaczający awans do półfinału, to było coś wielkiego, co radowało serca rodaków”.


@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

9

@FCBparasiempre
10 lipca 1946 r. w Zabrzu urodził się Henryk Kasperczak, pomocnik. Dziś wszyscy znają strzelca decydującego gola w meczu z Anglią na Wembley, czyli Domarskiego. Wielu zapomina jednak o inicjatorze tej akcji- Henryku Kasperczaku albo przypomina go z racji sukcesów trenerskich. Tymczasem był to zdecydowanie jeden z najlepszych pomocników w dziejach polskiego futbolu. W meczu z Anglią zademonstrował właśnie swój największy atut, czyli znakomity odbiór piłki. W przeciwieństwie do wielu kolegów unikał jednak częstych zagrań do tyłu; wolał raczej inicjować akcje podaniem do przodu lub w ostateczności do boku. Inna jego słynna asysta miała miejsce już podczas MŚ w RFN. W starciu z Włochami, kończącym zmagania grupowe, Kasperczak wybiegł do dalekiego podania i kątem oka zobaczył Kazimierza Deyne. Jakby linijką odmierzone podanie wzdłuż linii pola karnego idealnie usiadło na nodze ,,Kaki” a ten z pierwszej piłki pokonał Dino Zoffa. ,,Znów proszę państwa Henryk Kasperczak na ustach całej polski”- wołał do mikrofonu rozentuzjazmowany Jan Ciszewski. Znów, bo w tym samym spotkaniu kilkaset sekund wcześniej popisał się znakomitym zagraniem na głowę Szarmacha, które ten zamienił na pierwszego gola. Spotkanie z wicemistrzami świata i Europy kończył więc z dwiema asystami. Jego kolega klubowy i reprezentacyjny Jan Domarski stwierdził po tym spotkaniu: ,,W tym dniu precyzją dogrywania piłek dorównał Gościniakowi”- porównując go do wybitnego rozgrywającego siatkarskiej reprezentacji. Bardzo dobrze wypadł też przeciwko RFN w słynnym ,,meczu na wodzie”. ,,W pamięci zapisał się nam Kasperczak, demonstrując arcymistrzowskie prowadzenie piłki, mimo zaciekłych ataków aż trójki obrońców”- komentowały ,,Nowiny Rzeszowskie”. W całym turnieju Kasperczak był podstawowym wyborem Kazimierza Górskiego. Walecznego, bojowo usposobionego zawodnika trzeba było jednak zmienić na początku drugiej połowy decydującego starcia z Brazylią o 3 miejsce na świecie. Zawodnik Stali Mielec aby zapobiec wyjściu na czystą pozycje Mirandinhy, popełnił faul taktyczny, łapiąc go za koszulke. Wtedy za takie przewinienie groziła maksymalnie żółta kartka. Sędzia bez wahania nałożył na niego właśnie taką kare. Selekcjoner postanowił jednak nie ryzykować i za zawodnika zagrożonego wykluczeniem wprowadził Ćmikiewicza. Takie przewinienia były rzadkie u tego zawodnika. Na polskich boiskach znany był właśnie z dżentelmeńskiej postawy. Podczas turnieju dziennikarzy nurtowało też, czy nie czuje się on pechowcem, grając(przypadkowo) z ,,trzynastką” na plecach. ,,Chyba nie, skoro trenerzy i koledzy uważają, że gram dobrze”- odparł niezrażony. Był jedną z najważniejszych postaci drużyny Górskiego, choć ,,Trener Tysiąclecia” dostrzegł go późno. W szeregach reprezentacji pojawił się dopiero w marcu 1973 r., gdy liczył już sobie prawie 27 lat. W kilka miesięcy przeobraził się jednak w lidera zespołu. ,, W linii środkowej oczywiście najlepiej grał Kasperczak. Piłkarz ten na przestrzeni roku zrobił duże postępy, stał się silnym punktem drużyny”- pisała prasa po spotkaniu towarzyskim z Węgrami przed wyjazdem na MŚ. Do dania mu szansy skłoniła selekcjonera znakomita postawa Kasperczaka we wspinającej się o mistrzostwo Stali Mielec. ,,Kasper” dyrygował drugą linią tej drużyny i szanse wykorzystał, choć rywali w walce o miejsce w kadrze miał arcytrudnych: Ćmikiewicza, Maszczyka czy Guta. Tak się złożyło iż pierwsze spotkanie po medalowym mundialu w lidze było starciem Stali z Legią. Prasa zapowiadało go jako rywalizację dwóch najlepszych linii środkowych w Polsce: Kasperczaka i Laty przeciwko Deynie, Gadosze oraz Ćmikiewiczowi. Zwycięsko wyszli z niego przedstawiciele Podkarpacia. ,,Trzeba nagrodzić gre trójki reprezentantów w składzie Stali: Lato, Kasperczyk i Domarski, która zdecydowanie rozstrzygnęła na swoją korzyść prestiżową rywalizacje z równie renomowanym tercetem gości: Deyna, Gadocha, Ćmikiewicz”- pisały ,,Nowiny Rzeszowskie”. Sam Kasperczak w tym starciu nie dość że wyłączył z gry przeciwników, to jeszcze ustalił wynik meczu strzałem z dystansu. Poza odbiorem to właśnie umiejętność precyzyjnych zagrań z dużej odległości była jego znakiem rozpoznawczym. W tamtym sezonie Kasperczak zdobył wicemistrzostwo Polski. Dwukrotnie zostawał z mielczanami mistrzem kraju. Do tego doszedł też brąz. Dziwnym trafem rodowity zabrzanin nigdy natomiast nie zagrał w klubie z rodzinnego miasta- Górniku. Ze Sparty Zabrze trafił do drugoligowej Stali Mielec. Stąd został ściągnięty przez Legie. Wojskowi jednak go nie docenili i pozostało mu terminowanie w rezerwach. Po powrocie do Mielca został jedną z gwiazd ligi. W 1976 r, zdobył nawet tytuł Piłkarza Roku ,,Pilki Nożnej”(jest jedynym piłkarzem w historii Stali Mielec z tą nagrodą) oraz katowickiego ,,Sportu”. Z reprezentacją poza 3 miejscem na MŚ, zdobyl także wicemistrzostwo oimpijskie w Montrealu. Jego bilans w drużynie narodowej wyniósł 61 meczów i 5 goli. Kariere reprezentacyjną zakończył po MŚ w Argentynie. Tam Jacek Gmoch wpadł na osobliwy pomysł i w decydującym starciu przeciwko Argentynie wystawił go na… środku obrony!, z którą nie miał prawie nic wspólnego. Dwa razy nie upilnował on Mario Kempesa, co sprawiło że Polska przegrała 0:2 i ostatecznie nie awansowała do strefy medalowej. Za to podczas tego mundialu powiększyła mu się rodzina. Jego żona urodziła wtedy syna. Po wyjeździe z Polski grał we Francji w FC Metz. Zrobił największą karierę trenerską z pośród swoich kolegów z drużyny Orłów Górskiego. Z dawnym klubem, gdzie występował jako piłkarz, zdobył Puchar Francji, z HSC Montpellier awansował do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, Wisłe Kraków doprowadził do 1/8 finału Pucharu UEFA, co stanowi największy sukces futbolu klubowego na arenie kontynentalnej w XXI wieku. Prowadził też reprezentacje afrykańskie: Wybrzeża Kości Słoniowej, Tunezji, Maroka i Senegalu. Zdobył srebro i brąz Pucharu Narodów Afryki. Trzykrotnie wywalczył mistrzostwo Polski, był też trenerem roku we Francji w plebiscycie France Football(1990) i Trenerem Roku w Polsce(2002). Jest również pierwszym Polakiem, który uczestniczył w MŚ zarówno jako piłkarz(1974 i 1978), jak i jako trener(1998 z Tunezją).

10

Wszystkiego najlepszego panie Heniu!

Wybitne legendy polskiego futbolu(opis w odpowiedzi na komentarz):


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

8

RFEF i jego działania wobec FC Barcelony:

10 lipca 2012 r. RFEF uchwaliła amnestie za wydarzenia w Superpucharze Hiszpanii z 2011 r. Hiszpański Związek Piłki Nożnej zdecydował się anulować kary nałożone po rewanżowym meczu Superpucharu Hiszpanii 2011. Jose Mourinho miał pauzować przez 2 mecze a Tito Vilanova przez jeden. Postanowienie szefa związku Angela Marii Villara było niejako ,,prezentem” na początek jego siódmej kadencji. Przypomnę iż pod koniec sierpniowego meczu o Superpuchar Hiszpanii, który Barcelona wygrała 3:2, brazylijski obrońca Realu Marcelo sfaulował Cesca Fabregasa, co wywołało przepychankę przy linii bocznej; udział wzięła w niej większość piłkarzy i członków sztabów szkoleniowych obu drużyn. Trener Jose Mourinho próbował wsadzić palec w oko asystenta Josepa Guardioli Tito Vilanovy, który w rewanżu popchnął Portugalczyka. No cóż, pana Mourinho zawsze cechowała wyszukana bezczelność i tupet.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

6

Przed nami pierwszy półfinał Copa America pomiędzy Argentyną a Kanadą. Debiutująca na tym turnieju Kanada już po raz drugi spotka się z mistrzami świata, gdyż w fazie grupowej poległa 0:2. Co ciekawe debiutant przy takiej ilości zespołów dociera do półfinału i po raz drugi zagra z tym samym przeciwnikiem i to w dodatku mistrzem świata. Jakoś nie kojarze drugiego takiego przypadku...
Mimo wszystko Vamos Argentina! Vamos a ganar!

0

@MesQueUnClub96 Po prostu przypadek, czysty przypadek i nic więcej...

2

@MesQueUnClub96 Jaka znowu zmowa?

10

Czy wiemy że…

9 lipca 2006 r. na Olympiastadion w Berlinie rozegrano finał Mistrzostw Świata w którym Włochy pokonały Francję dopiero po serii rzutów karnych 5-4, po 90 minutach i dogrywce było 1-1 po golach Materazziego(19 minuta) i Zidane’a(7 minuta rzut karny).


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

6

@FCBparasiempre
Zanim Włoch zaczął pracować jako ekspert telewizyjny, marzył o karierze trenerskiej. Ukończył nawet w tym celu słynną szkołę Coverciano. Jako pierwsze, szansę zaprezentowania swojego talentu w roli menadżera, dało mu angielskie czwartoligowe Swindon Town. Tam pokazał się z niezłej strony, m.in. eliminując w FA Cup Wigan Athletic, grające wówczas w Premier League. Dzięki dobrym wynikom uzyskiwanym z ekipą The Robins pracę zaproponował mu Sunderland, również znajdujący się wówczas na najwyższym angielskim szczeblu rozgrywkowym. Jego zatrudnienie wzbudziło jednak niemałe kontrowersje. Oczywiście wszystko przez radykalne poglądy polityczne wychowanka Lazio. Ze stanowiska wiceprezesa Sunderlandu ustąpił David Miliband, który należał do Partii Pracy. Związek Zawodowy Górników postanowił natomiast symbolicznie zabrać ze Stadium of Light, które jest zbudowane na terenie byłej kopalni, swój sztandar jako akt sprzeciwu wobec nowego menadżera i jego niewygodnych poglądów. Rzymianin poprowadził Sunderland ostatecznie zaledwie w 13 meczach, zanim został zwolniony. Dużą cegiełkę dołożyli do tego podopieczni Włocha, którzy poskarżyli się zarządowi na nadmierne dokręcanie śruby przez menadżera. Więcej okazji do podjęcia pracy w roli szkoleniowca Di Canio nie otrzymał. Wiele wskazuje na to, że zła reputacja ciągnąca się za wychowankiem Lazio zamknęła mu wiele drzwi, a kluby nie chciały ryzykować zatrudnienia trenera z kłopotliwym życiorysem i poglądami. A co po latach sam Di Canio miał do powiedzenia na temat ideologii, którą się fascynował? ,,Czy w dalszym ciągu jestem faszystą? Nie jest tajemnicą, że zawsze mówiłem to, co myślę ale jeśli spytasz mnie o rasizm, antysemityzm czy popieranie Hitlera, to te rzeczy przyprawiają mnie o ciarki na plecach. Mogę zatem przyznać, że kiedyś byłem faszystą. Co się tyczy zaś Mussoliniego, miał kilka dobrych pomysłów, ale poparcie Hitlera doprowadziło do jego końca”. Di Canio nigdy nie było dane zagrać w narodowych barwach. Po raz kolejny trudno tutaj nie brać pod uwagę tego, że na przeszkodzie stanął trudny charakter Paolo. Gdy prezentował najwyższą formę, reprezentację Italii prowadził Giovanni Trapattoni, z którym Rzymianin pozostawał w konflikcie od czasu ich wspólnej pracy w Juventusie. Wcześniej Cesare Maldini ignorował przy powołaniach zawodników grających w Premier League, gdyż uważał, że Serie A zwyczajnie jest lepszą ligą. A czy piłkarskie CV Di Canio mogło wyglądać bardziej okazale? Oczywiście. Gdyby tylko włoski napastnik nie odrzucił oferty przejścia do Manchesteru United, którą otrzymał od sir Alexa Fergusona, kiedy znajdował się w najwyższej formie, grając dla West Hamu. Paolo twierdzi, że zrobił to, gdyż chciał być lojalny wobec klubu w którym mógł odbudować swoją karierę. ,,Fergie” w swojej autobiografii podaje bardziej prozaiczny powód – brak porozumienia w kwestii zarobków. Jaka jest prawda? Cóż, jaka by nie była, nie ulega wątpliwości, że chociaż możemy wymienić setki graczy, którzy byli lepsi pod względem umiejętności piłkarskich od Di Canio i mieli o wiele bardziej imponujące CV, to ilość wrażeń i niebanalnych historii, jakich dostarczał kibicom wychowanek Lazio, była tak olbrzymia, że moglibyśmy nią obdzielić tuzin graczy. A właśnie takich zawodników wspomina się latami!

9

@FCBparasiempre
Faszystowskie sympatie, pobicie arbitra, kłótnie z trenerami i kontrowersyjne wypowiedzi, ale także piękne gole, profesjonalne podejście do treningu i słynny gest fair play. Historia futbolu nie zna, wielu bardziej polaryzujących piłkarzy niż Paolo Di Canio. Przypomnijmy sobie wspólnie historię najlepszego Włocha, który nigdy nie przywdział reprezentacyjnego trykotu. I pomyśleć, że powyższy wstęp dotyczy chłopaka, który w dzieciństwie tak namiętnie obżerał się słodyczami, że koledzy z podwórka przezywali go kulą smalcu(palloca). Jeśli do tego dodamy fakt, że Paolo musiał nosić buty ortopedyczne i moczył w nocy łóżko, to nasze zdziwienie stanie się jeszcze większe. Traumatyczne doświadczenia z pierwszych lat życia Di Canio posłużyły jednak za proces, przypominający hartowanie stali. Młokos zacisnął zęby i wziął się za siebie. Wyszczuplał, nabrał tężyzny fizycznej i ukształtował tym samym swój niebanalny charakter. Często wybierał kręte ścieżki, krocząc pewnie przez życie. Bo jak inaczej nazwać kibicowanie Lazio, gdy mieszka się w dzielnicy zdominowanej przez fanów AS Romy? Zakazana miłość do ,,Biancocelestich” szybko przerodziła się w fanatyzm, okraszony dołączeniem do grupy kibicowskiej o nazwie ,,Irriducibili”. Najbardziej radykalnego odłamu stołecznych fanów. Wyjazdy na mecze, bójki i fascynacja ideologią faszystowską – która odcisnęła w przyszłości nieusuwalne piętno na jego karierze – stały się dla niego chlebem powszednim. Być może młody Paolo skończyłby jako członek rzymskiego półświatka, gdyby nie fakt, że tak samo jak kibicowskie życie kręciła go sama gra w piłkę. W dodatku jej kopanie wychodziło mu na tyle zgrabnie, że przebijał się przez kolejne szczeble kariery juniorskiej. Oczywiście w barwach ukochanego Lazio. W drużynie seniorów zagrał po raz pierwszy, mając 20 lat. Wówczas ,,Biancocelesti” tułali się po Serie B. Niebawem wrócili jednak na najwyższy szczebel rozgrywkowy, a Di Canio wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Gdy został bohaterem Stadio Olimpico, strzelając zwycięskiego gola w ,,Derby della Capitale”, zapowiadało się na to, że fani Lazio zyskali nowego, długoletniego idola, który wychowywał się wśród nich. Splot wielu niefortunnych wydarzeń sprawił jednak, że Paolo wkrótce opuścił rodzinny Rzym na długie lata. Pierwszym przystankiem w czasie włoskiej pielgrzymki Di Canio był Turyn. W ekipie Juventusu Paolo spędził trzy lata. Mając jednak za rywali do gry w pierwszym składzie takie tuzy piłkarstwa jak: Gianluca Vialli, Roberto Baggio czy Pierluigi Casiraghi, młody buntownik z Rzymu miał problem z tym, by na stałe przekonać do siebie trenerów. W dodatku szkoleniowcy starali się przekwalifikować go, a to na skrzydłowego, a to na podwieszonego napastnika, co nie sprzyjało jego stabilizacji w zespole. Przygodę Di Canio z Juve zakończyła kłótnia napastnika z Giovannim Trapattonim, w której czasie niemal doszło do rękoczynów. Trudny charakter rzymianina objawił się po raz kolejny, gdy ten dołączył do innego giganta Serie A. Poprzez Neapol i roczną grę w miejscowym Napoli, Paolo zawędrował do Mediolonu, by reprezentować barwy Rossonerich. W Milanie doszło do powtórki z rozrywki. Tym razem jednak Carlo Ancelotti i Di Canio musieli być rozdzielani przez resztę drużyny. Takie występki wychowanka Lazio spowodowały, że na stałe przylgnęła do niego łatka zawodnika o wybuchowym charakterze, trudnego do prowadzenia. W Italii nie mógł już liczyć na angaż w żadnym poważnym klubie. Rzymski banita musiał opuścić już nie tylko Wieczne Miasto, ale też cały półwysep Apeniński. Zbliżał się do trzydziestki i wydawało się, że świat piłki zapamięta go jedynie jako kłótliwy, niespełniony talent. Latem 1997 roku Di Canio parafował umowę z Celtikiem. Rok spędzony na Parkhead był dla niego pod względem piłkarskim bardzo udany. Zagrał w barwach The Bhoys 37 razy i zdołał ustrzelić 15 goli, a Stowarzyszenie Piłkarzy uznało go za zawodnika sezonu w lidze szkockiej. Niestety wraz z wysoką formą nie poszła w parze zmiana sfery mentalnej włoskiego buntownika. Inaczej mówiąc– Di Canio pozostał sobą.

W meczu z Hearts dostał czerwoną kartkę, gdy zaczął przepychać się z graczami rywala, chcąc zabrać piłkę na środek boiska po celnie wykonanym rzucie karnym. Natomiast w czasie Old Firm Derby spiął się z piłkarzem Rangersów Ianem Fergusonem tak, że po końcowym gwizdku arbitra koledzy z zespołu musieli go trzymać siłą, by nie narobił głupot. Mimo to Włoch i tak został wezwany do pokoju arbitrów, gdzie obejrzał drugą żółtą kartkę. Gdy w przerwie pomiędzy sezonami klubowi włodarze nie zgodzili się na żądanie Paolo, który domagał się podwyżki, wychowanek Lazio postanowił wytłumaczyć kolegom z zespołu i sztabowi szkoleniowemu, dlaczego od dekady nie potrafią zdetronizować Rangersów. ,,Wiecznie przegrywamy z Rangersami, bo jesteście gówniani! Dajecie gówniane podania i jesteście gównianymi piłkarzami. To wszystko jest gówno warte!” Te słowa musiały podziałać mobilizująco na resztę ekipy The Bhoys, gdyż rok później odzyskali mistrzowski tytuł. Oczywiście już bez Di Canio w składzie. Rzymianina zastąpiono Henrikiem Larssonem, który niebawem wyrósł na największą gwiazdę zespołu i idola trybun, w związku z czym po Włochu raczej nikt na Celtic Park nie płakał. Wychowanek Lazio postanowił pozostać w Wielkiej Brytanii. Zamienił jednak Szkocję na Anglię i podpisał kontrakt z Sheffield Wednesday. W barwach The Owls znów zaliczył dobry debiutancki sezon, strzelając 12 goli w rozgrywkach Premier League. A później? Wszystko po staremu. Protokół o kryptonimie- „rozkochać w sobie kibiców i zburzyć pomnik” – został odpalony po raz kolejny. Di Canio następną kampanię ligową również zaczął z przytupem, zdobywając trzy gole w sześciu pierwszych spotkaniach sezonu. Aż nadszedł feralny mecz z Arsenalem… Gdy w czasie spotkania doszło do scysji pomiędzy Patrickiem Vieirą i Wimem Jonkiem, pierwszy na odsiecz Holendrowi ruszył oczywiście Di Canio. Odepchnął Francuza, a chwilę później wziął się za łby z innym Kanonierem – Martinem Keownem. Gdy arbiter Paul Alcock ukarał obydwóch piłkarzy czerwonymi kartonikami, Paolo postanowił wyrazić swoje niezadowolenie z tej decyzji… odpychając sędziego i powodując jego upadek. Oczywiście tak idiotyczne zachowanie Włocha musiało się skończyć poważnymi konsekwencjami. 11-meczowa dyskwalifikacja i 10 tysięcy funtów kary to jedno. Działacze z Sheffield postanowili jednak, że Di Canio już więcej w barwach ,,The Owls” nie zagra. Paolo zostawił za sobą spaloną ziemię w kolejnym klubie i wydawało się, że już nikt więcej nie zaryzykuje zakontraktowania gracza, który bardziej niż regularne strzelanie goli, gwarantował permanentne kłopoty dyscyplinarne. I wtedy pojawił się Harry Redknapp. Cały na biało. A przynajmniej tak mógł go widzieć sam Di Canio, gdyż fani prowadzonego przez doświadczonego Anglika West Hamu, wymownie pukali się w czoło. Wszak menadżer Młotów wydał półtora miliona funtów na 31-letniego gościa, który zdawał się być tykającą bombą. Jak mawiał klasyk – a na co to komu? Sam Di Canio posypał głowę popiołem i przeprosił za ostatni incydent – Popełniłem duży błąd i przepraszam za to. West Ham dał mi szansę i jestem bardzo szczęśliwy – Te słowa włoski napastnik wypowiedział na pierwszej konferencji prasowej w nowym klubie. Redknapp dodawał – Wiem, że podpisując kontrakt z Di Canio wiele ryzykuję, ale on potrafi robić z piłką rzeczy, o których zwykli ludzie mogą tylko pomarzyć. Pomimo tego, że wychowanek Lazio nie byłby sobą, gdyby nie przysporzył nowemu menadżerowi masy problemów, to Redkanpp tej decyzji nigdy nie pożałował. Kultowa koszulka Młotów z reklamą Dr. Martensa i logiem firmy FILA, jako sponsora technicznego klubu oraz pełna pasji i determinacji, wiecznie wkurzona twarz Di Canio mogłyby służyć za symbol Premier League przełomu wieków. Szczególnie reklama wspomnianej, legendarnej firmy obuwniczej, produkującej popularne glany, tak ukochane przez subkulturę ,,skinheads”, dopełnia tutaj tę mieszankę wybuchową, gdy weźmiemy pod uwagę ciągotki ideologiczne buntownika z Rzymu. Wszystko to jednak nie miałoby znaczenia, gdyby włoski napastnik nie potrafił się odnaleźć na Upton Park. On jednak wykorzystał daną mu przez Redknappa szansę na maksa, stając się czołową postacią Premier League przełomu wieków. 16 ligowych goli strzelonych w 30 meczach. Pierwszy pełny sezon Paolo w barwach West Hamu był zarazem jego najlepszym w karierze. Wizytówką tamtej kampanii stał się przepiękny gol, strzelony przez Di Canio nożycami w meczu przeciwko Wimbledonowi. Bramka ta regularnie znajduje się w przeróżnych zestawieniach, klasyfikujących najpiękniejsze trafienia w historii ligi angielskiej.

Znany z ciągłego przysparzania kłopotów Włoch, pokazał w czasie pobytu w Londynie, że jeśli chce, to może pełnić także rolę wzoru dla młodych piłkarzy. Rzymianin zasuwał na treningach za dwóch i prowadził ascetyczny styl życia. Zdrowo się odżywiał, nie pił alkoholu i odbywał dodatkowe, indywidualne jednostki treningowe. Zarazem tego samego wymagał od innych kolegów z zespołu. Oczywiście żelazny reżim ćwiczeń niekoniecznie był wpisany w kodeks zasad starych angielskich boiskowych weteranów. ,,Hej, szefie! (pieklił się) K**wa! rozgrzewamy się, powinniśmy się rozciągać, a Neil Ruddock opowiada o ruchaniu i piciu zeszłej nocy. Czy to w porządku? Nie, to nie w porządku! a Johnny Moncur rechocze, zamiast się skupić na treningu. O co tu k**wa chodzi?”- Tak Harry Redknapp wspominał w swojej autobiografii jeden z pierwszych treningów Paolo na Upton Park i zniesmaczenie Włocha postawą swoich nowych kolegów. Możemy podejrzewać, że profesjonalizm, jakim Di Canio odznaczał się w czasie treningów, odcisnął piętno na grupie utalentowanych młodych graczy, którzy otaczali go wówczas w ekipie ze stolicy Anglii. Wśród nich byli Frank Lampard, Rio Ferdinand, Joe Cole i Michael Carrick. Postacie, które kilka lat później stanowiły filary reprezentacji Trzech Lwów. Oczywiście Paolo nie stał się aniołkiem i nadal potrafił dać upust swoim emocjom w stylu przywodzącym na myśl rozzłoszczonego byka. Jak wtedy, gdy zdemolował szatnię w przerwie meczu Pucharu Ligi, po tym, jak bramkarz Shaka Hislop zwrócił mu uwagę, że nie ustawił muru przy rzucie wolnym, po którym Młoty straciły gola. Najlepszym przykładem jego częstej huśtawki nastrojów był jednak mecz przeciwko Bradford, rozegrany w lutym 2000 roku. Wówczas to Di Canio sfrustrowany postawą sędziego – który jego zdaniem pozwalał na zbyt ostrą grę wobec niego – zasygnalizował w pewnym momencie Redknappowi, że chce, by menadżer ściągnął go z boiska, po czym usiadł obrażony za linią boczną. Bradford prowadziło wówczas 4-2, a w czasie szopki odstawianej przez Włocha, obiło dodatkowo słupek bramki The Hammers. W tym momencie sprawy w swoje ręce biorą kibice, zgromadzeni na Upton Park. Cały stadion na melodię piosenki “La donna è mobile”, zaczyna skandować imię i nazwisko swojego krnąbrnego idola. Di Canio wraca na boisko. Chwilę później Joe Cole jest faulowany w polu karnym, a arbiter w końcu wskazuje na jedenasty metr. Piłkę na wapnie chce ustawić Frank Lampard, ale włoski napastnik postanawia kolejny raz tego wieczora skraść show. Bezceremonialnie wyrywa piłkę z rąk młokosowi i samemu wymierza sprawiedliwość. Kilka minut później jest już remis po golu Cole’a. Siedem minut przed końce meczu Di Canio asystuje do Lamparda, a ten daje wygraną gospodarzom. Buntownik z Rzymu pisze kolejny niesamowity scenariusz. Zresztą jeśli wpiszecie w przeglądarkę internetową nazwisko Di Canio, wujek google wyświetli wam na dwóch pierwszych miejscach dwie skrajnie różne podpowiedzi. Dwie sytuacje, z których Di Canio zasłynął najbardziej, a które dobitnie pokazują z jak niejednoznaczną postacią mamy do czynienia. Pierwsza? Grudzień 2000 roku i mecz West Hamu z Evertonem. Di Canio dostaje dobre dośrodkowanie. Ma przed sobą pustą bramkę, ale zauważa, że bramkarz Paul Gerrard leży kontuzjowany poza polem karnym. Łapie piłkę w dłonie, nakazuje przerwać akcję i udzielić pomocy golkiperowi rywala. Dostaje za ten gest nagrodę Fifa Fair Play. Druga sytuacja? Chyba jeszcze bardziej znana, gdyż związana jest z tytułowym piętnem faszysty. Paolo zasłużył na nie kilkoma wydarzeniami, o których napiszę później, ale ta najbardziej znana miała miejsce w styczniu 2005 roku, już po powrocie napastnika do macierzystego Lazio. Di Canio znów strzelił gola w zwycięskich dla Biancocelestich Derbach Rzymu, ale nie to było tego wieczora najważniejsze. Już po spotkaniu świat obiegły zdjęcia Paolo, który świętował wygraną na murawie Stadio Olimpico, pozdrawiając trybunę najzagorzalszych fanów poprzez rzymski salut. Starzy znajomi z Irriducibili pogrążyli się w ekstazie. Reszta świata patrzyła na to zszokowana i zniesmaczona. Dwa wydarzenia, dwie różne postawy. Di Canio jako krzewiciel najpiękniejszych idei sportu. Di Canio w geście przywodzącym na myśl najczarniejsze rozdziały nowożytnej historii.

Rzymianin reprezentował barwy West Hamu do 2003 roku. W ostatnim sezonie spędzonym przez niego na Upton Park, Młoty zleciały z Premier League. Ciężko jednak winić za taki stan rzeczy Paolo, który przez znaczną część kampanii był odsunięty od składu przez menadżera Glena Roadera. Po sezonie przeniósł się na rok do Charlton Athletic, z którym wykręcił siódme miejsce w lidze. Najlepsze dla The Addicks od 50 lat. W sierpniu 2004 roku postanowił wrócić do ukochanego Lazio. Chciał pomóc macierzystemu klubowi, który pogrążył się w kłopotach finansowych. Kilka lat spędzonych na Wyspach Brytyjskich pozwoliło mu zaistnieć i pozostać w świadomości kibiców na lata. ,,Ten kraj ożywił moją karierę. Wprowadził mnie w nowy rodzaj piłki nożnej. To był styl gry, który prawdopodobnie nosiłem w sobie przez całą piłkarską karierę. Serie A nie potrafiło go ze mnie wydobyć. We Włoszech czułem się inny. Tutaj mogę być sobą”- Tak mówił jeszcze w czasie pobytu w Anglii. Trudno mu nie przyznać racji. Premier League stanowiła wówczas azyl dla wszelkiej maści piłkarskich banitów, a on wspaniale się odnalazł jako aktor tego brawurowego show. W Lazio spędził po powrocie dwa sezony. Był ważną postacią zespołu, ale jego gra została przyćmiona przez pozaboiskowe wybryki. Przytoczony wcześniej salut, wykonany po spotkaniu z Romą to nie był jedyny taki występek byłego piłkarza West Hamu. Wyprostowana prawa ręka Di Canio była przez niego traktowana jak niewinna cieszynka. Prowokował w ten sposób jeszcze kilkukrotnie. Chociażby w meczach z Torino i Livorno, którego kibice słyną ze skrajnie lewicowych poglądów. Dla radykałów z trybun stał się idolem, dla klubowego zarządu zbędnym balastem. Właściciel ,,Biancocelestich”, pan Claudio Lotitto postanowił zaoszczędzić sobie kolejnych skaz na wizerunku klubu i w 2006 roku zakończył tę kłopotliwą współpracę. Ostatecznie Paolo zakończył karierę dwa lata później, w międzyczasie kopiąc piłkę w trzecioligowym Cisco Roma. ,,Fascynuje mnie Mussolini. Myślę, że był głęboko niezrozumiałą jednostką. Oszukiwał ludzi. Jego czyny były często podłe ale wszystko to było motywowane wyższym celem. Był osobą opartą na zasadach.

Mimo to zwrócił się przeciwko swojemu poczuciu dobru i zła. Naraził na szwank swoją etykę”- Tak Di Canio pisał jeszcze w 2001 roku w swojej autobiografii. Kolejną pożywkę mediom dał w 2010 roku, kiedy wziął udział w pogrzebie Paolo Signorellego. Neofaszysty z ugrupowania Zbrojne Komórki Rewolucyjne, które było odpowiedzialne za zamach bombowy na dworzec w Bolonii, w którym życie straciło 85 osób. Rzesza ludzi pożegnała wówczas Signorellego, prezentując nad jego trumną rzymski salut.

CELA FAIT DES DÉCENNIES QUE CE CLUB EST GANGRENÉ PAR LE RACISME PRIMAIRE ENVERS UNE CULTURE DIFFÉRENTE..

PAOLO DI CANIO « CONNU POUR SES SYMPATHIES REVENDIQUÉES POUR LES IDÉES DE MUSSOLINI ET SES SALUTS FASCISTES ET NAZIS »

RAREMENT CONDAMNÉ C’EST AFFREUX #LAZIOOM #TEAMOM HTTPS://T.CO/RIE2GOPZAK PIC.TWITTER.COM/4FBXDBYBLJ — La Casa Del OM (@LaCasaDelOM) October 21, 2021

Pracę jako ekspert w telewizji Sky stracił za to przez zdjęcie, na którym widać było zdobiący jego ramię tatuaż. Uwiecznione na skórze słowo Dux to łaciński odpowiednik przydomka Benito Mussoliniego – Duce (wódz). ,,To wciąż było lato, dlatego nosiłem koszulkę polo. Robiliśmy wówczas krótkie video, i to zdjęcie było jego częścią. Gdybym ubrał wówczas garnitur, ta sprawa mogłaby nigdy nie wyniknąć. Takie życie. Co się stało? Moja duma została zraniona. Czułem się jak trędowaty. Ten tatuaż zrobiłem w Bolonii w 2000 roku. Grałem wtedy w Anglii, ale we Włoszech leczyłem kontuzję. Dla mnie Mussolini przedstawiał ideały odpowiedniego społeczeństwa, z zasadami, których każdy przestrzegał. Trzech moich braci głosowało na ugrupowania lewicowe. Phil Spencer mój angielski agent jest praktykującym żydem. Chodziłem nie raz do baru prowadzonego przez jego syna. Nie mam w sobie rasizmu”- Tak tłumaczył tamten incident.

13

Wspominamy ,,nasze” żywe legendy:

9 lipca 2003 r. Duma Katalonii zaprezentowała nowego zakontraktowanego piłkarza, którym był Rafael Marquez. Urodzony w 1979 r. meksykański środkowy obrońca i defensywny pomocnik nie bez powodu otrzymał od rodaków pseudonim ,,Cesarz”. Kariere rozpoczął w Atlasie Guadalajara, lecz już w 1999 r. trafił do AS Monaco. Po 4 latach w Księstwie przeniósł się na Camp Nou. ,,Będę wzorował się na Puyolu” – przekonywał Meksykanin. Bardzo szybko został łącznikiem pomiędzy formacjami: defensywną i pomocy a z czasem idealnym partnerem Puyola, z którym stworzył zapore nie do przejścia w drodze po podwójną koronę w sezonie 2005/2006. Miał też swój wkład w grę drużyny ,,sześciu pucharów” z 2009 r., choć nie wystąpił w żadnym z finałów w tamtym roku. Spory wpływ na spadek jego formy miały kontuzje. W końcu w 2010 r. odszedł z Blaugrany do New York Red Bulls. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 242 mecze strzelając 13 goli, w tym także kilka z rzutów wolnych. W mojej subiektywnej opinii Rafael Marquez jest trzecim(po Puyolu i Pique) najlepszym defensorem Barçy XXI wieku.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

11

Debiut wybitnej legendy FC Barcelony:

9 lipca 1939 r. w towarzyskim spotkaniu z Deportivo Alaves, przegranym przez Barçe 2:4, zadebiutował legendarny, genialny napastnik Cesar Rodriguez, strzelając jednocześnie jednego z goli w tym debiucie.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

4

@John_Doe Bardzo dobre pytanie, zwłaszcza że ,,Murzyn" to był wielki cwaniak. Tak czy owak do półfinału podeszliśmy zdecydowanie osłabieni...

13

Dokładnie 42 lata temu reprezentacja Polski przegrała z Włochami 0:2 w półfinale mistrzostw świata rozgrywanych w Hiszpanii. Oto jedna z przyczyn porażki:
,,Chodź od mistrzostw w Hiszpanii minęły już ponad cztery dekady, wciąż aktualne i nadal pozostające bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy gdyby w półfinale z Włochami Antoni Piechniczek pauzującego za kartki Zbyszka Bońka posłał na boisko Andrzeja Szarmacha a nie Andrzeja pałasza, to pokonalibyśmy Włochów i zagrali w wielkim finale z RFN? Nigdy się tego nie dowiemy. Jedno jest natomiast pewne. Gdyby nie cicha, zimna wojna pomiędzy trenerem a Szarmachem, to Andrzej z Italią zagrałby pewnie od początku a nasze szanse na zwycięstwo byłyby zdecydowanie większe. Tym bardziej że tak jak Brazylijczycy bali się jak ognia mnie, gdyż zawsze im coś strzelałem, tak Włosi dostawali ataku paniki już na sam dźwięk nazwiska ,, Diabła" bo Szarmach jak mało kto na świecie miał patent na pokonywanie bramkarzy reprezentacji azzurich. Konflikt zaczął się na przed mundialowym zgrupowaniu w Wiśle. Piechniczek dał wtedy chłopakom solidnie w kość a że ,,Diabeł” był mocno zmęczony po ciężkim sezonie we francuskim Auxerre, to zwyczajnie został zajechany. Nigdy nie był typem wytrzymałościowca, który na treningach pokonuje kolejne kilometry w kamizelce z obciążnikami a wtedy dostał porządnie w dupę i do Hiszpanii pojechał wrak a nie jeden z najlepszych napastników świata. Dopiero na miejscu stopniowo zaczął dochodzić do siebie ale żal miał wielki. Tłumaczyłem mu, kiedy przed zgrupowaniem w Wiśle rozmawialiśmy przez telefon: ,, Zadzwoń do ,,Piechnika” i powiedz że nie przyjedziesz. Wymigaj się jakąś kontuzją, chorobą, trądzikiem. Wymyśl coś!". Ja sam od razu zakomunikowałem trenerowi że mnie nie będzie, gdyż po ciężkim sezonie ligowym rozgrywam jeszcze finał pucharu Belgii a po nim muszę odpocząć, inaczej drużyna nie będzie miała ze mnie pożytku. I nie pojechałem a ,,Diabeł” owszem i wyszło jak wyszło. Skończyło się na tym że obaj panowie ograniczali się jedynie do ,, dzień dobry" przy wejściu na stołówkę a i przy tym unikali się wzrokiem. W ogóle ze sobą nie rozmawiali, traktowali się jak powietrze. Podczas Mistrzostw mieszkałem z Diabłem w pokoju i z ręką na sercu mogę rzec że nigdy nie powiedział złego słowa na Piechniczka ale żal aż z niego bił. Chodził markotny. Rozumiem go. Mógł czuć się źle, tym bardziej że na mundial przyjechał jako zdobywca 24 goli w Ligue 1 i jako najlepszy obcokrajowiec we Francji.

Na turnieju w 1982 roku zagrał w zaledwie dwóch meczach. Z Kamerunem wszedł za kontuzjowanego Andrzeja Iwana i dopiero w pojedynku z Francją(3:2), którego stawką było trzecie miejsce, wreszcie wybiegł na boisko w podstawowym składzie i zdobył pięknego gola na 1:1. Dostał dogranie z lewej strony pola karnego i huknął z pierwszej piłki nie do obrony. Futbolówka wpadła do siatki a Diabeł nic. Stał jak posąg z pokerową twarzą. Dobiegliśmy do niego, zaczęliśmy go ściskać i całować, gratulować wspaniałego trafienia a on wciąż tylko zimnym wzrokiem patrzył na Piechniczka. Po czym pokiwał głową jakby chciał tym gestem zakomunikować trenerowi: ,, Zobacz co straciłeś odsyłając mnie z Włochami na trybuny”. Bardzo cenię Antka ale myślę że przed półfinałem się zagotował i popełnił brzemienny w skutkach błąd. Rozwalił świetnie funkcjonującą w tym turnieju linię pomocy. Mnie ze skrzydła przesunął do ataku a do środka delegował Andrzeja Pałasza z Górnika Zabrze, jednego ze swoich ulubieńców w drużynie i to właśnie Pałasz się zakiwał i stracił piłkę w akcji, po której Włosi strzelili nam drugiego gola. Cała drużyna, może poza Pałaszem, uważała że w przodzie za Zbyszka powinien wyjść Diabeł a wtedy zostałbym na swojej pozycji. Zresztą Piechniczek poniekąd przyznał się do pomyłki tuż po meczu, kiedy z grupą chłopaków udzielał w studiu wywiadu dla Telewizji Polskiej. Powiedział wówczas że Lacie i Smolarkowi zabrakło wsparcia z drugiej linii. Lata później, kiedy w drużynie Orłów Górskiego rozgrywaliśmy jeden z meczów, po spotkaniu podszedł do mnie jakiś dziennikarz i powiedział że Piechniczek stwierdził że dlatego nie wystawił Szarmacha z Włochami bo taka była decyzja Rady drużyny. Odpowiedziałem wówczas: ,, To po co mi taki trener, który słucha rady drużyny a nie sam podejmuje decyzje?” Piechniczek to mądry człowiek i sądzę że dziś kiedy złe emocje zatarł już czas, żałuję że w meczu z Włochami nie schował własnych ambicji i niechęci do Szarmacha do kieszeni. Z nim na boisku wszystko w tym półfinale mogło potoczyć się inaczej ale piwniczek zawsze i w stosunku do każdego był do bólu konsekwentny. W biografii Szarmacha autorstwa Jacka Kurowskiego pojawia się zdanie: ,, Andrzej, chcę żebyś wiedział że przyjechałeś tu na Mistrzostwa za zasługi dla polskiej piłki ale u mnie grać już nie będziesz". Nie wiem czy naprawdę tak było. Nie słyszałem tego na własne uszy ani od Andrzeja. Jeśli jednak szkoleniowiec naprawdę odezwał się w ten sposób do piłkarza, to zachował się bardzo słabo, gdyż za zasługi to się leży na Powązkach a nie jedzie na Mistrzostwa Świata. Natomiast Szarmach w 1982 roku był wciąż na tyle klasowym piłkarzem że dodałby drużynie jeszcze więcej jakości”- opowiadał Grzegorz Lato.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?