8

Carlos Alcaraz mistrzem świata? To wspaniale i od razu świat piękniejszy...

14

Najskuteczniejsi reprezentanci Argentyny:

Guillermo Stabile: 4 mecze i 8 goli; średnia gola na mecz: 2!

Humberto Maschio: 12 meczów i 12 goli; średnia: 1 gol

Di Stefano: 6 meczów i 6 goli; średnia gola na mecz: 1 gol

Luis Artime: 25/24; średnia: 0,96

Roberto Cerro: 16/13; średnia: 0,81

Manuel Seaone: 19/14; średnia: 0,73

Jose Sanfilippo: 30/21 goli; średnia: 0,7

Batistuta: 77/54; średnia: 0,7

Messi: 186/110; średnia: 0,60

Hernan Crespo: 64/35; średnia: 0,54

Julio Libonatti: 15/8 ; średnia: 0,53

Mario Kempes: 43/20; średnia: 0,46

Leopoldo Luque: 45/22 gole; średnia: 0,48

Gonzalo Higuain: 62/30; średnia: 0,48

Omar Sivori: 19/9; średnia: 0,47

Vicente de la Mata: 13/6; średnia: 0,46

Lautaro Martinez: 62/28; średnia: 0,45

Francisco Varallo: 16/7; średnia: 0,43

Sergio Aguero: 101/41 ; średnia: 0,40

Maradona: 91/34 ; średnia: 0,37

Felix Lustau: 28/10; średnia: 0,35

Daniel Passarella: 69/23; średnia: 0,33

Jedynie Messi i Lautaro Martinez mogą nieco poprawić swoją statystykę przed finałem Copa America.


@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11

2

@FcPortoFan1999 No ciekawa uwaga z twojej strony. Rzeczywiście takich imion nie spotyka się dzisiaj u nas. Zresztą wogóle jak czytałem gdzieś ten tekst, to pierwszy raz w życiu słyszałem takie dziwne imiona, bynajmniej dla mnie dziwne...

12

Pionierzy w dziejach polskiego futbolu:

14 lipca 1894 r. we Lwowie odbył się drugi zlot Sokoli. W ramach tego zlotu rozegrano na Polskiej ziemi pierwszy w dziejach mecz piłki nożnej pomiędzy drużynami sokolimi z Krakowa i Lwowa. Głównym organizatorem tego meczu był Edmund Cenar. Program zlotu był tak napięty że mecz trwał tylko 6 minut a przerwano go po pierwszym golu zdobytym przez ucznia seminarium nauczycielskiego ze Lwowa- Włodzimierza Chomickiego. Do Lwowa piłkę z Anglii przywiózł w 1891 r. Edmund Cenar. On też w 1891 r. przetłumaczył z angielskiego pierwsze przepisy gry. Edmund Cenar to postać wyjątkowo zasłużona polskiemu społeczeństwu. Całe swoje życie poświęcił na rzecz wychowania fizycznego i sportu.

To właśnie podczas II Zlotu Towarzystw Sokolich we Lwowie, między „ćwiczeniem maczugami” a zawodami „w biegu, w skoku, w wspieraniu i rzucaniu ciężarów i budowaniu piramid”, postanowiono rozegrać pokazowy mecz nowego sportu zwanego właśnie jako foot-ball. Na teren zjazdu wybrano Park Stryjski. Zbudowano między innymi stadion na siedem tysięcy ludzi oraz utworzono na wzór angielski plac do gry o wymiarach 100 na 120 metrów. Naprzeciwko siebie stanęły dwie jedenastki Sokołów z Krakowa oraz ze Lwowa. Jak donoszą ówczesne opisy, obie drużyny wystąpiły w białych strojach, różniły się jedynie kolorem spodenek. 14 lipca 1894 roku dokładnie o godzinie 17.00 rozpoczęło się to spotkanie. W źródłach historycznych niestety nie zachował się skład gości z Krakowa. Znane natomiast są nazwiska jedenastki gospodarzy: Włodzimierz Chomicki, Ksenofont Teodorowicz, Ludwik Chrystelbauer, Seweryn Rudnicki, Marjan Bielecki, Karol Marcichowski, Wilibald Noach, Stanisław Mjanowski, Bronisław Gołorodski, Aleksander Kozeł i Juliusz Onyszkiewicz. Lwowianie wystąpili pod wodzą wspomnianego wcześniej szkoleniowca, Edmunda Cenara. Ze źródeł wiadomo również, że spotkanie sędziował pan Zygmunt Wyrobek z Krakowa.

@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360
@Arkon

9

Kochani cules czy wiecie że:

14 lipca 1936 r. ukazał się ostatni numer katalońskiego tygodnika humorystycznego ,,Xut”. W drugim wydaniu gazety z 30 listopada 1922 r. po raz pierwszy w prasie pojawiło się słowo ,,Barça”. Było ono używane w mowie potocznej praktycznie od początku istnienia klubu ale zostało oficjalnie uznane dopiero w latach 60-tych. 29 października 1924 r., również w tygodniku ,,Xut” pojawiła się pierwszy raz postać ,,L’Avi del Barça”(Dziadka Barçy), który jest personifikacją klubu. Od 1984 r. socio klubu Joan Casals stylizuje się na tę właśnie postać. W 1992 r. po finale Pucharu Europy z Sampdorią obiecał iż zgoli charakterystyczną białą brode, jeżeli Blaugrana zdobędzie drugi taki tytuł. W 2006 r. po wygranej w finale z Arsenalem dotrzymał słowa.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

1

Aż trzech asystentów głównego trenera? Dla mnie asystentem trenera był zawsze jeden człowiek a tu aż trzech? Tylko po co? Pytam się po jaką cholere aż 3 asystentów? Poza tym artykuł nie wyjaśnia nam kim jest Marcus Sorg i Toni Tapalović?

2

@palel95 Generalnie się zgodze, jednak na tej stronie nie jest to wymagane i wielu użytkowników nie stosuje się do tego, więc i ja nie zamierzam się stosować...

3

@palel95 Owszem zacytowałem fragment książki Leszka Orłowskiego. Po pierwsze to ja nic nie udaje bo już dawno mówiłem że większość moich tekstów nie jest przeze mnie pisana a po drugie nie zmuszam nikogo do ich czytania...
Ps. Gdybym sam pisał felietony i artykuły to raczej nie udzielałbym się tutaj na tym śmietnisku wszystkiego...

4

@FcPortoFan1999 Otóż to. To jeden z bardziej niedocenianych trenerów Blaugrany w historii. Miał tylko jedną wade: był za miękki wzgledem drużyny i za dużo pozwalał, zwłaszcza w porównaniu z Guardiolą...

6

@FCBparasiempre
Stara futbolowa zasada mówi że do każdego zespołu trzeba co roku dołączyć kilku nowych piłkarzy że co najmniej dwa ogniwa, te najsłabsze należy wymienić i chociaż jednego zawodnika wpuścić do podstawowego składu. Jeśli bowiem nie dokona się żadnych zmian w drużynie grozi stagnacja znający się jak łyse konie piłkarze popadną w rutynę a zespół nie będzie potrafił niczym zaskakiwać rywali, którzy znakomicie go rozszyfrują oczywiście nie bez znaczenia jest też aspekt marketingowy, wiadomo że koszulki z nazwiskiem nowej gwiazdy klubu świetnie się sprzedają a głośny transfer generalnie napędza koniunkturę. Dlatego też aktem wielkiej odwagi było to, na co latem 2005 roku zdecydowali się Frank Rijkaard, Txiki Beguiristain i Joan Laporta. Otóż uznali oni że drużynie nie jest potrzebny żaden nowy istotny piłkarz. Nie wydali pieniędzy aby tylko je wydać. Owszem do zespołu dołączyło dwóch zawodników ale tylko po to by uzupełnić do przepisowych 25 kadrę, osłabioną (ale oczywiście tylko liczebnie) odejściem takich futbolistów jak Rochembak, Sergio Garcia czy Damia. Za marka Van Bommela oraz Santiago Ezsquero Barça nie zapłaciła ani centa, ponieważ obu wygasły kontrakty z poprzednimi klubami: PSV i Athletikiem Bilbao. Obaj mieli swoje lata, przyszli do Barcelony by odciąć jeszcze kilka przysłowiowych kuponów od dotychczasowych osiągnięć w Barcelonie panowała przecież moda na bezpretensjonalnych weteranów. Szefowie Barçy najwyraźniej wyszli z założenia że zespół w żadnym wypadku nie jest wypalony że grając w tym samym składzie co w sezonie 2004/05 wciąż będzie skutecznie napędzany do kolejnych sukcesów wewnętrznym entuzjazmem i pozostanie nieprzewidywalny dla rywali. ,, Byliśmy grupą piłkarzy zachwyconych możliwością wspólnego grania w piłkę, pełną wiary w piękną przyszłość, zauroczoną naszym trenerem. Chcieliśmy wygrać wszystko i mieć cały świat u stóp"- wspominał tamten czas w kilka lat później Ronaldinho. Rijkaard to widział, rozumiał że akurat teraz zespół nie potrzebuje wzmocnień. Przewidywał że wpuszczenie do szatni kogoś ważnego mogłoby zakłócić idealną harmonię w drużynie. Dlatego postanowił nie dokonywać istotnych zmian w kadrze. Było to prawdziwie mistrzowskie posunięcie przyszłość dowiodła że wszystkie te optymistyczne przypuszczenie i wnioski były jak najbardziej słuszne. Jak się okazuje czasami opłaca się zadziałać wbrew schematom. Trzeba tylko wyczuć odpowiedni moment, zrozumieć wyjątkowość sytuacji, dostrzec że to jest właśnie ten czas, kiedy od reguły należy zrobić wyjątek. Nie wszystko układało się w tym wspaniałym sezonie 2005/06 pomyśli Franka Rijkaarda i jego zawodników. Wielkość Barçy z tamtego czasu polegała jednak także na tym że drużyna potrafiła poradzić sobie z każdą przeciwnością losu, przezwyciężyć każdy kryzys, rozwiązać każdy problem. Kontuzja Leo Messiego po tym, co pokazał w meczu na Stanford Bridge była oczywiście ciosem bolesnym, jednak obecność Argentyńczyka na boisku nie stanowiła wówczas konieczności, tylko opcję. Dalece bardziej mogło zaszkodzić w drużynie to co stało się 2,5 miesiąca wcześniej (2 grudnia 2005) podczas treningu w starciu z rezerwowym bramkarzem Jorquerą, kontuzji zerwania więzadeł krzyżowych doznał mały generał Barcelony- Xavi. Pozycja Xaviego w zespole z pewnością nie była tak silna jak za kadencji Guardioli, jednak już od dosyć dawna, gdyż od sezonu 2001/02 był on podstawowym graczem. Początkowo jego rozwój nieco blokowała obecność w drużynie Guardioli defensywnego pomocnika grającego tuż przed formacją obronną ponieważ Xaviego przygotowywano przecież do roli jego następcy ale po sezonie 2000/01 ,,Pep” odszedł z klubu. Xavi rozwijał się powoli. W momencie odniesienia kontuzji nadal miał status wschodzącej gwiazdy, choć przecież stuknęło mu już 25 lat. Rozegrał dwa wielkie mecze, po których zyskał uwielbienie fanów. 25 kwietnia 2004 roku z Realem Madryt na wyjeździe i 2 listopada tego roku z Milanem w Lidze Mistrzów. W tym pierwszym Barça wygrała na Camp Nou 2:1 a trzeba wiedzieć że zaliczył genialną asystę przy golu Samuela Eto. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni publika skandowała jego imię. Kiedy owego feralnego drugiego grudnia doznał tak poważny kontuzji, oczywiście można się było zastanawiać czy aby jego brak w całej wiosennej części rozgrywek nie pokrzyżuje w Barcelonie planów. Jednak po czasie okazało się że to fatalne wydarzenie obróciło się na korzyść drużyny. Nie jest to stwierdzenie eleganckie wobec Xaviego ale opis jego rekonwalescencji i pełnej morderczych ćwiczeń rehabilitacji pod okiem Emiliego Ricarta należy do najciekawszych i najbardziej poruszających fragmentów jego autobiografii i w tym przypadku sprawdziło się porzekadło, które sportowcy powtarzają wyjątkowo często: Co cię nie zabije to cię wzmocni. Xavi pracował żeby zdążyć na finał Ligi Mistrzów. Ostatecznie cały mecz z Arsenalem spędził na ławce rezerwowych ale wystąpił w kilku ostatnich spotkaniach ligowych a ciężkie ćwiczenie ogólnorozwojowe, straszliwy reżim jakiemu został poddany przez te kilka miesięcy 2006 roku naprawdę mu pomogły. Po wakacjach Był jakby nieco innym piłkarzem, mocniej stojącym na nogach, bardziej stanowczym I zdecydowanym. Zmężniał, można powiedzieć definitywnie zmienił się z Xavito w Xaviego. Teza że bez tej ciężkiej kontuzji nie byłoby Wielkiego Xaviego (mistrza świata i Europy i konkwistadora Ligi Mistrzów) jest co najmniej ryzykowna. Fakty mówią jednak za siebie. Po powrocie do zdrowia barceloński ,,Napoleon” grał lepiej niż przed wypadkiem.

Ponadto należy pamiętać że dłuższa nieobecność Xaviego bardzo stymulująco wpłynęła na dwóch innych znakomitych pomocników: Deco i Iniesty. Deco to być może najbardziej niedoceniany dziś zawodnik drużyny Rijkaarda. I jego rola w sukcesach z lat 2005 2006 wydaje się z perspektywy czasu mniejsze niż Ronaldinho, Samuela Eto, Xaviego czy nawet Messiego i Iniesty a była w swej istocie ogromna. Gwiazdor Porto ery Jose Mourinho był bowiem ulubionym partnerem ,,Roniego”, zawodnikiem, z którym as Barçy rozumiał się bez słowa. Choć reprezentował Portugalię, Deco to przecież rodowity Brazylijczyk, wyszedł z tej samej piłkarskiej szkoły. Jeden szukał na boisku drugiego, drugi pierwszego. Deko podążał krok w krok z akcją Ronaldinho by ten mógł mu odegrać piłkę, kiedy znajdzie się w tarapatach. Wypadnięcie z gry Xaviego rozszerzyło jego pole działania. Miał teraz większy obszar boiska pod swoimi rządami a był wtedy naprawdę w znakomitej formie, prezentował bardziej twórczy futbol niż Xavi. Także adresowi i nieście kontuzja Xaviego pozwoliła w pełni rozwinąć skrzydła. Tu znów trzeba przypomnieć kilka faktów. Iniesta z perspektywy swych dokonań i jawi się nam jako Złote dziecko, zawodnik, który od kiedy tylko pojawił się u trenera pierwszego zespołu Barçy, szturmem wszedł do podstawowej 11. Otóż nic bardziej mylnego. Aby nie sięgać zbyt daleko w przeszłość prześledźmy jego losy tylko w sezonie 2005/06. Do czasu odniesienia przez Xaviego kontuzji, Iniesta (jeszcze wtedy z pewnością żaden Don Andres) wystąpił w 11 meczach. Tylko dwa razy grał od początku a dziewięciokrotnie pojawiał się na boisku w drugiej połowie. Trzy razy zmienił Edmilsona, 2 razy Xaviego i po razie Marqueza, Deco, Giuly'ego i Messiego. To doskonale obrazuje jego ówczesny status w zespole: mówiąc brutalnie zapchaj dziury. Rijkaard widział w nim zmiennika dla Deco i Xaviego, ewentualnie partnera, gdy trzeba było zagrać bardziej ofensywnie. Co się zatem stało po kontuzji Xaviego? Otóż i nie staw wybiegł na boisko w jedenastce w trzech pierwszych meczach Primera Division i wszystkie je Barça wygrała. Choć potem zdarzało mu się jeszcze zaczynać jako rezerwowy, to z miejsca udowodnił że jest zawodnikiem z tej samej półki co kontuzjowany Partner. Tak oto kontuzja lidera pomocy obróciła się na korzyść zespołu, pozwoliła wydobyć potencjał z innych występujących w nim zawodników. Gdy Xavi wrócił stworzył wielki duet z Iniestą. Deco zaś po pewnym czasie musiał odejść...

Opowieść o wiekopomnym sezonie 2005/06, próba wyjaśnienia Dlaczego w Barcelonie udało się wtedy tak wiele wygrać byłaby niepełna bez krótkiego choćby zajęcia się postacią zawodnika, który osiągnął wówczas pierwszy szczyt swojej kariery. Mowa o Samuelu Eto’o. Kameruńczyk został przecież dzięki swoim 27 golom królem strzelców sezonu ligowego, do tego zdobył gola w finale Ligi Mistrzów, 6 zresztą w całej edycji imprezy. Jego rolę w osiągnięciu zespołu należy przeanalizować dwutorowo: jako osoby i jako piłkarze. Ten pierwszy aspekt jest może nawet istotniejszy. Eto’o jest specyficznym człowiekiem, bardzo uczuciowym i ekstrawertycznym. Albo kogoś kocha albo nienawidzi, rzadko występują u niego stany pośrednie. Nie umie się hamować, o czym najlepiej świadczą słowa wykrzyczane po zdobyciu tytułu mistrzowskiego w 2005 roku, te o madryckim rogaczu. Jego zachowania, wypowiedzi czy nawet miny zawsze najlepiej świadczyły o tym, jaka atmosfera panuje w szatni. Wystarczyło na niego spojrzeć by się dowiedzieć czy między piłkarzami, albo między nimi a trenerem jest zgoda czy też powstały jakieś konflikty. Eto’o był najlepszym probierzem atmosfery w ekipie. W wyrazie jego twarzy, ruchach, boiskowych zachowaniach jak w soczewce skupiały się radości bądź problemy zespołu. Przez cały sezon Eto’o tryskał entuzjazmem. Na boisku był prawdziwą zadziorą, dobrym duchem drużyny. Jako Snajper czasami zawodził, marnował dużo sytuacji, często podejmował błędne decyzje ale ciągle był w ruchu, dochodził do dobrych pozycji do oddania strzału. Ponadto atakował obrońców rywali, wcielał się w rolę pierwszego obrońcy. Czuł się sprawiedliwie traktowany przez trenera, miał przekonanie że koledzy mu ufają, lubią go i akceptują takim jakim jest. Jego odwieczny konflikt z Ronaldinho znalazł się w fazie uśpienia. Kiedy jednak coś się w Samuelu zmieniło od razu odbiło się to na obrazie całego teamu. Z pewnością nie uwzględniliśmy tu wszystkich niuansów które doprowadziły Barçe do triumfów w sezonie 2005/06 Ligi Mistrzów w Paryżu. Brazylijczyk został wtedy zdjęty z boiska w przerwie by zrobić miejsce Andresowi Inieście. Sytuacja tego rodzaju nazywana w polskim slangu piłkarskim wędką, nie jest miła dla żadnego zawodnika ale Edmilson tak po latach w rozmowie z dziennikarzem ,,Asa” wspominał ten moment: ,, Odebrałem to normalnie. Już byłem mistrzem Hiszpanii czyli człowiekiem szczęśliwym. Teraz chodziło o to żeby wygrać mecz. Graliśmy w przewadze, potrzebny był zawodnik ofensywny. Odczułem tę zmianę wyłącznie jako spowodowaną koniecznością taktyczną, w żaden sposób nie odebrałem jej osobiście. Wiedziałem że mam pełne zaufanie trenera. Wszedł Andres i nadał naszej grze zupełnie nową dynamikę wygraliśmy a ja mimo tego co się stało w finale czułem się pełnowartościowym członkiem najlepszego zespołu Europy".

8

6

@FCBparasiempre
Obie drużyny lubiły walczyć o jakieś konkretne trofeum: ich rywalizacje pobudził przechodni puchar dla zwycięzcy dorocznego meczu, ufundowany w 1905 roku przez brytyjskiego przedsiębiorcę i sportsmena, sir Thomasa Liptona. Mecze rozgrywano co roku na przemian w Buenos Aires i Montevideo, zawsze w dni świąteczne a dochody z nich przeznaczano zaś na cele dobroczynne. Ważnym krokiem naprzód był zorganizowany przez AFA w 1910 r. turniej(nieoficjalna Copa America), który zbiegł się w czasie z obchodami stulecia utworzenia pierwszego autonomicznego rządu Argentyny. Był to bardziej piłkarski festiwal niż międzynarodowy turniej. Oprócz Urugwaju przysłało swą drużynę Chile, natomiast mimo zaproszenia nie dojechała reprezentacja Brazylii. Mecze rozpoczęły się 29 maja na boisku Gymnasia y Esgrima w Buenos Aires. 5 czerwca kombinowana drużyna argentyńska wygrała z Chile 5:1. Ciekawostką tego meczu był nieuznany gol z karnego dla gospodarzy, choć piłkarz mimo okrzyków z trybun, by piłke kopnąć na aut, strzelił celnie. Wskazuje to na utrzymywanie się lansowanego przez część Anglików poglądu iż dżentelmeni nie popełniają umyślnych fauli, zatem nagroda w postaci karnego jest niepotrzebna a nawet obraźliwa. Później Chile zmierzyło się z Urugwajem i poniosło oczekiwaną porażke 0:3. Urugwajczycy dostali swoją porcje gwizdów za to że protestowali przeciw nieuznaniu im dwóch goli. Publiczność zaczęła kibicować Chilijczykom a gra stała się trochę za ostra i sędzia dyktował niezliczone rzuty wolne, głównie przeciw Urugwajczykom, specjalistom od wątpliwych sztuczek. Ostatecznie publiczność zniosła chilijskiego bramkarza z boiska na ramionach. Większość reprezentantów Chile pochodziła spoza tego kraju, zaś wśród Urugwajczyków również znaleźli się urodzeni w Wielkiej Brytanii: Buck i Harley. Wywołało to dyskusje czy Argentyna powinna postępować w ten sam sposób. Nie wiadomo jak ten problem rozwiązano. Jasne natomiast było że zwycięzcą turnieju może być albo Urugwaj albo Argentyna. ,,Buenos Aires Herald” rozpoczął swój wstępniak słowami: ,,Dzisiejszy mecz można nazwać najważniejszym meczem międzypaństwowym rozegranym kiedykolwiek w tym kraju, ponieważ od jego wyniku zależy mistrzostwo Ameryki Południowej”. Zapowiadano wielkie tłumy na trybunach i przytaczano plotki mówiące że gdyby gospodarze przegrywali, część publiczności wtargnie na boisko, nie dopuszczając do zakończenia meczu, w rewanżu za wcześniejsze ruchawki podczas meczów rozgrywanych po drugiej stronie La Platy. Ostatecznie Argentyna wygrała 4:1 na oczach 10 tysięcy ludzi, nie wliczając w to około tysiąca oglądającego mecz za darmo z nowo wybudowanego nasypu kolejowego.

Reprezentacja Argentyny po raz pierwszy odwiedziła Brazylie w 1907 roku, wygrywając sześć z siedmiu meczów. Następne zaproszenie(aby zagrać z reprezentacjami lig Rio i São Paulo) AFA otrzymała w roku 1912. Tym razem Argentyńczycy przegrali pierwszy mecz ale wygrali wszystkie pozostałe. W São Paulo goście byli wspaniale podejmowani przez klub Paulistano a w bankiecie i ,,garden party” urządzonych na ich cześć wzięła udział cała elita miasta. Nie trzeba było długo czekać na dwa pierwsze oficjalne mecze między reprezentacjami obu państw. W 1914 roku argentyński generał Julio Roca ufundował puchar, o który miały one walczyć. Pragnął wesprzeć młodych ludzi uprawiających tak szlachetną dyscyplinę sportu i podtrzymywać dobre stosunki pomiędzy obydwoma krajami. Brazylijczycy przysłali drużynę opromienioną świeżym zwycięstwem nad Exeter City i po dwóch spotkaniach towarzyskich, które przyniosły każdemu z rywali po jednym zwycięstwie, 27 września odbył się najważniejszy mecz. Argentyński rząd reprezentowali ministrowie spraw zagranicznych i sprawiedliwości; pierwszy z nich po jedynym golu, strzelonym przez legendarnego Brazylijczyka Friedenreicha, ofiarował zwycięzcom puchar. Drużyna argentyńska jednak nie została wyselekcjonowana przez AFA, lecz przez rozłamową ,,Federacion Argentina de Football”. Była w tym meczu sytuacja świadcząca o przestrzeganiu przez zawodników amatorskiej czystości zasad. Zdawało się że Argentyna wyrównała ale zarówno argentyński sędzia liniowy, jak i kilku miejscowych graczy uświadomiło głównemu sędziemu że gol został zdobyty ręką. Te piłkarskie kontakty drużyn południowoamerykańskich i pierwsze mecze międzypaństwowe postawiły na porządku dziennym pytanie, czy aby nie nadszedł czas aby powołać południowoamerykańską federacje piłkarską, która m.in. byłaby w stanie zorganizować oficjalne mistrzostwa kontynentu. W 1912 r. na spotkaniu z udziałem przedstawicieli AFa oraz lig piłkarskich z Rosario i Urugwaju, dyskutowano możliwość powołania konfederacji La Platy. Swojego rodzaju precedensem była już FIFA utworzona w 1904 r. przez siedem państw europejskich. Człowiekiem najbardziej kojarzonym z ideą konfederacji był Urugwajczyk- Hector Rivadavia Gomez. Rozumiał ją jako silne, zarządzające centrum, które pozwoliłoby zmniejszyć niebezpieczeństwo rozłamów, przeżywanych właśnie przez piłkarską Argentyne. Mogłaby ona nawet przyciągnąć kluby, które przystąpiły do organizacji rozłamowych. W 1912 r. niczego konkretnego jeszcze nie ustalono ale Gomez, nauczyciel, poseł do urugwajskiego parlamentu, prezes Montevideo Wanderers i przez pewien czas prezes Ligi Urugwajskiej i Urugwajskiej Ligi Kultury Fizycznej, nie dawał za wygraną. W 1915 r. opublikował w piśmie ,,El Hogar” artykuł podtrzymujący pogląd że Południowoamerykańska Federacja Piłkarska jest ,,organizacją, jakiej potrzebujemy”. Po to by jego pomysł przyniósł owoce, Gomez wykorzystał turniej zorganizowany w roku 1916 przez AFA z okazji stulecia argentyńskiej deklaracji niepodległości. To był pierwszy oficjalny turniej Copa America, który wygrał Urugwaj. ,,Południowoamerykańska Federacja Piłkarska powinna powstać po to aby złączyć pod wspólnym zarządem wszystkie organizacje z każdego kraju członkowskiego kierujące w nich amatorskimi towarzystwami piłkarskimi”- deklarował Gomez, który kierował działaniami Federacji ze swego biura w Montevideo. Jednym z jej wczesnych zadań było wyznaczenie miejsc, w których miały się odbyć kolejne mistrzostwa Ameryki Południowej: Montevideo w 1917, Rio de Janeiro w 1919, Viña del Mar w 1920 i Buenos Aires w 1921 r. CSF(Confédéración Sudaméricana de Fútbol) była pierwszą tego typu organizacją w piłkarskim świecie. Jeśli idzie o wspomniany turniej Copa America 1916, dla którego zwycięzcy puchar ufundowało argentyńskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, to znaczące były dla niego dwa wydarzenia, które miały zaszkodzić futbolowi w Ameryce Łacińskiej. Jeden z chilijskich dziennikarzy oskarżył Urugwaj o włączenie do swej drużyny dwóch zawodowców z Afryki. Ich nazwiska brzmiały Gradin i Delgado. W rzeczywistości byli oni urodzonymi w Urugwaju potomkami niewolników, zatrudniającymi się w charakterze aktorów podczas karnawału w Montevideo. Przedstawiciele Chile przeprosili wprawdzie za nieporozumienie ale dopiero wtedy, gdy sprawa sięgnęła szczebla dyplomatycznego. Zwłaszcza w Brazylii rasizm miał być długo jeszcze obecny w futbolu. Trzeba było też rozwiązać problem zawodowstwa. Po drugie, choć nie sposób się tego dowiedzieć z oficjalnej kroniki obchodów stulecia niepodległości Argentyny, wyznaczony na 16 lipca mecz Argentyna-Urugwaj(ostatni w turnieju i de facto finałowy) został przerwany po 5 minutach gry. Okazało się iż grupa kibiców wtargnęła na boisko Gimnasia y Esgrima i podpaliła drewniane trybuny stadionu. Dzień później dokończono pozostałe 85 minut na ówczesnym stadionie Racingu Club Avellaneda. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem, który dał Urugwajowi triumf w tym turnieju. Warto również pamiętać iż pierwszego gola w historii turnieju zdobył urugwajski napastnik José Piendibene. Dnia 2 czerwca 1916 r. otworzył wynik meczu otwarcia Urugwaj - Chile. Uzyskał go tuż przed przerwą w 44 minucie. ,,Urusi” wygrali ostatecznie to spotkanie 4:0 a później zdominowali całą imprezę. Również Urugwaj zwyciężył w kolejnej edycji Copa America, rozgrywanych rok później w Montevideo. Urugwaj był też pierwszym krajem, który triumfował w mistrzostwach kontynentu rozgrywanych poza jego terytorium a mianowicie w Chile w 1920 r. Tak więc można podsumować że to głównie nacji urugwajskiej zawdzięczamy narodziny i rozkwit tak wyjątkowego turnieju, jakim jest Copa America.

9

Narodziny pierwszego profesjonalnego, międzypaństwowego turnieju w dziejach futbolu:

Od kiedy w Argentynie i Urugwaju rozwinął się zorganizowany futbol, nieuniknione wydawały się regularne kontakty między reprezentacjami tych państw i tak też się stało. Pomiędzy 1901 a 1914 r. rozegrano 41 takich meczów. Ich częstotliwość szybko dorównała największej do tej pory na świecie liczbie meczów międzypaństwowych pomiędzy Anglią i Szkocją, by wkrótce zdecydowanie ją przewyższyć. Dalszą część tej frapującej historii przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.


@Symson
@Sysia11
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

4

@FCBparasiempre
I tak wracamy do Santa Fe, gdzie rok wcześniej rozpoczął się marsz po mistrzostwo kraju. W hotelu ,,Conquistador” Bielse dopadły wątpliwości. Jego metody wymagały wiary a on właśnie ją stracił. ,,Zamknąłem się w pokoju – opowiadał potem – zgasiłem światła, zaciągnąłem zasłony i zrozumiałem co naprawdę znaczą słowa wypowiadane czasem tak lekko: »Chce umrzeć«. Zacząłem płakać. Nie rozumiałem co się dzieje. Cierpiałem jako kibic i cierpiałem jako profesjonalista”. Zadzwonił do żony Laury. ,,Zderzyłem się wówczas z argumentem, który dla wielu byłby nie do odparcia” – opowiadał. Ich córka była poważnie chora. Przez kilka miesięcy balansowała między życiem a śmiercią. To wtedy naprawdę przeżywał emocjonalne piekło. ,,Czy to że chciałbym się teraz zapaść pod ziemie w związku z jednym przegranym meczem ma jakikolwiek sens? – pytał. Wiedział już że nie ma ale ważniejsze było coś innego. ,,Rozumowanie było bez zarzutu – mówił. – ale moje cierpienie z powodu porażki domagało się jakiegoś usprawiedliwienia”. W ten sposób Bielsa doszedł do tego na czym polegał kryzys. To co się stało w meczu z San Lorenzo nie było zwykłą porażką a on zakwestionował coś więcej niż swoje umiejętności trenerskie. Dobór słów nie był przypadkowy. On nie szukał rozwiązania problemu tylko usprawiedliwienia filozofii, którą żył i którą jego drużyna miała wyrażać na boisku. ,,Jeśli trzeba będzie przemyśleć cały projekt, zrobimy to razem. Poszukamy nowego sposobu i nowej metody, jeśli się okaże że nie czujemy się na siłach osiągnąć tego co zamierzyliśmy sobie przed rozpoczęciem sezonu”- powiedział. Bielsa wyznaczał więc nową droge. Problemem nie było to że posunął się zbyt daleko ale to że nie posunął się wystarczająco daleko. ,,Wciąż pod wpływem emocjonalnego szoku narodził się nowy sposób rozumienia taktyki. Od jakiegoś czasu miałem kilka koncepcji na temat jednostek i ich wkładu w zbiorowy wysiłek ale nie wcielałem ich w życie ponieważ wiązały się ze zbyt dużą liczbą rotacji na boisku. Porażki jakich doznaliśmy pozwoliły nam teraz odświeżyć strukturę dużyny a zarazem odnowić całą koncepcje a to za sprawą całej serii zmian pozycji”- opowiadał Bielsa. Ta skomplikowana fraza jest dla Bielsy czymś typowym. Mówiąc prościej, chodziło o to by zespół poznał zwyczaje przeciwnika i przez rotacyjny system krycia indywidualnego wywarł na niego presje. Przykładowo jeśli rywale rozpoczynają rozgrywanie akcji od podanie środkowego obrońcy do prawego obrońcy, drużyna Bielsy będzie naciskać na środkowego obrońcę i postara się przeciąć to podanie. Llop wspomina ten czas jako pełen nerwów: ,,Marcelo próbował znaleźć właściwą taktykę, więc całymi dniami gadaliśmy i gadaliśmy”. W Santa Fe zremisowali 0:0 ale był to dopiero początek. Tydzień później pokonali 1:0 Rosario Central w meczu przerwanym na 2 minuty przed końcem z powodu awantury na trybunach. ,,Najważniejszą różnicą było przygotowanie fizyczne. Newell’s przypominało traktor, który rozjeżdża wszystkich przeciwników. Ten zespół zadusiłby każdego, to był ten pomysł Bielsy, dodanie wściekłego pressingu do istniejącego już stylu Newell’s. Kiedy z nimi grałeś, wracałeś do szatni w poczuciu że nie tylko oszołomili cię podaniami ale też zabiegali na śmierć”- mówił Simon. Rewolucja nabierała tempa. Żona Saldañi zgineła w wypadku samochodowym ale on grał dalej, znajdując oparcie w Bielsie i w sile drużyny. Dobre wyniki pojawiły się także w Copa Libertadores. Do końca fazy grupowej Newell’s pozostało niepokonane odnosząc także ważne, gdyż katartyczne wyjazdowe zwycięstwo 1:0 z San Lorenzo a im lepiej szło Bielsie, tym uważniej analizowano jego metody i częściej stawiano pytanie: na czym polega jego nowy styl? Czy trener Newell’s jest ,,bilardistą” czy ,,menottistą”? ,,Bielsy nie da się zestawić ani z Bilardo ani z Menottim. Był taktykiem ofensywnym. Proszę zauważyć, słowa »taktyk« często używa się na określenie trenera, który myśli negatywnie, skupia się na obronie a przecież taktyka nie polega tylko na defensywie i blokowaniu najmocniejszych stron przeciwnika. Bielsa to właśnie udowodnił. Był mieszanką tamtych dwóch, połączył obie szkoły”- wspominał Llop.

Z pewnością tak właśnie widział to sam trener. ,,Słuchałem ich przez 16 lat. Osiem lat Menottiego, dla którego najważniejsze było inspirowanie oraz osiem Bilardo, dla którego najważniejsza była funkcjonalność – mówił po objęciu posady selekcjonera w 1998 roku. – Starałem się wziąć od nich to, co najlepsze”. Komentarze Menottiego i Bilardo były zgodne z stereotypami na temat tych szkoleniowców. ,,Bielsa to młodzieniec z problemami. Ma swoje idee i wie jak je wprowadzić w życie ale różnimy się już w punkcie wyjścia. On sądzi że futbol jest przewidywalny, ja myśle kompletnie inaczej”- opowiadał Menotti. Bilardo z kolei uważał iż Bielsa po prostu go naśladuje. ,,Podzielam jego rozumowanie bo przypomina to, co robiliśmy w 1986 – mówił. – Ma mnóstwo taśm z nagraniami oponentów, zupełnie jak ja wtedy”. Z pewnością znajdą się tacy, którzy będą zdania że jego treningi(zwłaszcza tych 120 piątkowych powtórzeń) były z ducha Bilardo, co nie musi przecież oznaczać że podejście Menottiego do ćwiczeń z piłkarzami było szczególnie artystyczne, z drugiej strony jednak przekonanie Bielsy o konieczności atakowania przy każdej nadarzającej się okazji było z pewnością z ducha Menottiego. Kiedy sam próbował zdefiniować swoją filozofie, mówił że sprowadza się do czterech pojęć: permanentne skupienie, mobilność, rotacja i coś jeszcze, co trudno przełożyć a jest jednym z klasycznych terminów Bielsy. W muzyce ,,repenitizacion” to określenie oznaczające wykonanie utworu bez jego wcześniejszego ćwiczenia, nie jest całkowitym zdaniem się na wyobraźnie, gdyż dopuszcza czytanie nut ale w odniesieniu do futbolu z pewnością zawiera pewien stopień improwizacji w połączeniu z uważnością. Jest to innymi słowy pojęcie podsumowujące sprzeczny, wydawałoby się, ze zdrowym rozsądkiem idealizm filozofii ,,bielsista”, oczekiwanie od piłkarzy że będą w kółko robić coś po raz pierwszy; paradoks sygnalizujący wspaniałą bezcelowość tego, co starał się osiągnąć. ,,To co możliwe zostało już dokonane – mówił podczas pracy w Newell’s. – My próbujemy niemożliwego”. Kiedy Llop opowiadał o rozgrywaniu ,,mistycznych meczów” i konieczności wiary w trenera, mówił właśnie o tym: W przypadku Bielsy zawsze miało się wrażenie iż chodzi mu tyleż o wygrywanie meczów, co o osiągnięcie absolutu. Oto dlaczego otacza go atmosfera kultu. Jak wielu jego rówieśników z Ameryki Południowej, Bielsa był pod wrażeniem gry reprezentacji Holandii z pierwszej połowy lat 70-tych ale bardziej bezpośredni wpływ wywarł na niego Urugwajczyk Oscar Tabarez, trener, którego pragmatyzm wydawał się pozostawać w dziwnej sprzeczności z jego własnym idealizmem. ,,Piłka nożna opiera się na czterech fundamentach, jak to ujął Oscar Tabarez. Na obronie, na ataku, na tym, jak przechodzisz z ataku do obrony. Chodzi o to by te przejścia odbywały się w sposób jak najbardziej płynny”- mówił Bielsa. Podczas Clausury w sezonie 1991/92 Newell’s przegrało tylko raz i dwupunktową przewagą w tabeli odebrało tytuł Velezowi Sarsfield. W Copa Libertadores z kolei piłkarze Bielsy pokonali Defensor Sporting i awansowali do ćwierćfinału, gdzie jeszcze raz musieli się zmierzyć z San Lorenzo. Rany po tamtym 0:6 były wciąż świeże ale tym razem ograli ich w Rosario 4:0 a cały dwumecz zakończyli wynikiem 5:1. W półfinale czekała kolumbijska America de Cali. Pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1 ale już w 5 minucie drugiego meczu po rzucie wolnym i główce Pochettino Argentyńczycy objeli prowadzenie. Mecz był bardzo zacięty i ostry a atmosfera na trybunach do tego stopnia przepełniona wrogością że samo wejście na stadion stanowiło ciężkie przeżycie. Newell’s się broniło ale rzut karny w ostatniej minucie przyniósł Americe wyrównanie i o dalszych losach obu drużyn musiała zdecydować seria jedenastek. Piłkarze z Cali dwukrotnie nie trafili w sytuacji, gdy gol zapewniał im awans do finału a w końcu Norberto Scoponi obronił strzał Orlando Maturany i z wynikiem 11:10 Newell’s awansowało dalej, choć zanim drużyna mogła myśleć o finale, najpierw musiała bezpiecznie opuścić boisko. Kolumbijscy kibice byli wściekli a trafiony z trybun jakimś przedmiotem Berizzo miał rozbitą głowe. Finał przeciwko FC São Paulo z Raim i Cafu w składzie także skończył się rzutami karnymi ale tym razem Newell’s przegrało. Bielsa wyraźnie wyczerpany emocjonalnym wynikiem związanym z prowadzeniem drużyny, której kibicował w stylu, który rozpropagował, zrezygnował z posady. ,,Próbowaliśmy go przekonać żeby tego nie robił ale był kompletnie wypompowany. Chciał nawet odejść wcześniej ale odwiedziliśmy go z Martino w domu i namówiliśmy żeby został, jednak miesiąc czy dwa później i tak podał się do dymisji. Być może uważał że jego epoka dobiegła końca, że nie będzie już w stanie powtórzyć tak dobrego wyniku. Ja w każdym razie chciałem żeby został i wiedziałem jak wielkie znaczenie ma dla Newell’s. Kiedy odszedł musieliśmy się bronić przed spadkiem. To było straszne”- opowiadał Llop.

7

@FCBparasiempre
Marcelo Bielsa raczej nie przejdzie do historii futbolu jako wielki trener. Trzy mistrzostwa Argentyny i złoty medal olimpijski to w sumie niezbyt imponujące osiągnięcia jak na tyle lat kariery. Jako teoretyk futbolu jest wszakże jednym z najważniejszych. Jego dziwactwa jak okulary na sznurku, skomplikowana składnia, precyzja, z jaką dochodził do ławki rezerwowych w Athletic Bilbao w dokładnie 13 krokach, sposób w jaki przysiadał podczas meczów na przenośnej lodówce w Marsylii albo pamiętna scena gdy oznaczył na swoich butach miejsca, którymi jego zdaniem piłkarze powinni uderzać piłke a potem przez kilka dni chodził zostawiając wszędzie ślady kredy, łatwo pozwalają uczynić z niego karykaturę i zapomnieć jak wielką rolę odegrał w historii światowego futbolu. Nie będzie przecież przesadą stwierdzenie że od czasu przejścia Brazylii na gre czwórką obrońców na przełomie lat 50-tych i 60-tych żaden z mieszkańców Ameryki Południowej nie miał tak wielkiego wpływu na piłkarską taktykę jak Marcelo Bielsa w pierwszej dekadzie XXI wieku. Od dziecka miał w sobie coś z intelektualisty, był poważny a zarazem pełen uporu i pasji. Towarzyszący mu pewien idealistyczny rys wydawał się dziwny u nastolatka i irytujący u dorosłego. W końcu zaczęto na niego mówić ,,El Loco” bo nawet w decyzji o zostaniu piłkarzem było coś, co odróżniało go od otoczenia. Pozostali członkowie rodziny zostawali wszak prawnikami lub politykami albo łączyli prawo z polityką. Jego brat Rafael pełnił funkcje ministra spraw zagranicznych za czasów prezydentury Nestora Kirchnera, zaś siostra Maria Eugenia wybrała karierę architekta i była zastępczynią gubernatora prowincji Santa Fe. Piętnastoletni Marcelo był do tego stopnia zdeterminowany w myśleniu o karierze zawodniczej że wyprowadził się z domu i zamieszkał w klubowym internacie Newell’s Old Boys. Inna sprawa(to coś, co będzie się powtarzać w przyszłości) że nie wytrzymał tam długo, po 2 dniach został wyrzucony, gdyż nie chciał parkować swojej dwusuwowej pumy poza terenem ośrodka. Nawet jeśli buntował się przeciwko rodzinie, wpływu jaki na niego wywarła nie da się przecenić. W bibliotece jego dziadka znajdowało się ponad 30 tysięcy książek a Marcelo żywił podobny szacunek do wiedzy i samorozwoju, prenumerując w pewnym momencie ponad 40 czasopism z całego świata i gromadząc niebywałą, zawierającą tysiące nagrań kolekcje meczów. Wśród niezliczonych anegdot na jego temat jest i opowieść o tym, jak podczas mistrzostw Europy w 1996 r. wychodził z hotelu coraz wcześniej i wcześniej, z nadzieją że w nieodwiedzonych dotąd kioskach znajdzie inne gazety. Co również dla niego charakterystyczne, nie uważa swojej obsesji za niezwykłą, zawsze wydaje się raczej zaskoczony, gdy ktoś spróbuje mu uświadomić że są ludzie, którzy niekoniecznie przez całe dnie ślęczą nad DVD z rozegranymi już meczami. Swego czasu zapytany jak zamierza spędzić okres świąteczno-noworoczny, odpowiedział ze śmiertelnie poważną miną że przez 2 godziny dziennie ma zamiar się gimnastykować a w ciągu kolejnych 14 będzie oglądał mecze. Z czasem rozwinął zresztą zdolność śledzenia transmisji dwóch meczów jednocześnie. ,,Ja studiuje futbol, oglądam video, czytam i analizuje”- podsumował. Urodził się w Rosario w czerwcu 1955 r. jako syn Rafaela(prawnika kibicującego Rosario Central) i Lidii(szkolnej nauczycielki). Zdaje się iż głównie na przekór ojcu związał się z Newell’s, podobnie zresztą jak jego brat. W piłke grał niemal od chwili, gdy nauczył się chodzić ale od najwcześniejszych lat zaczął również czytać na jej temat. Matka kupowała mu egzemplarze ,,El Grafico” a potem je indeksowała. Czy można powiedzieć że to matka rozpoczęła proces taksonomizacji futbolu, który Bielsa miał później doprowadzić do skrajności? ,,Wpływ matki na moje życie był przemożny. Żaden wysiłek nie był dla niej wystarczający”- opowiadał. Silna i niezwykle pracowita wymagała od dzieci tego samego.

W świecie futbolu zdania na jego temat są podzielone ale zarówno jego apologeci, jak i krytycy przyznają że jest niezmordowanym pracoholikiem, który oczekuje od innych porównywalnego zaangażowania. ,,Z początku wydawał się ciężkim a nawet wkurzającym typem przez ten swój upór i nieprzyjmowanie do wiadomości zdania innych ale w końcu zobaczyłem w nim geniusza. Potrafi przekonać do biegania i do harówki, widać to zarówno w czasie meczów, jak i treningów jego drużyn. Wie więcej niż ktokolwiek w tym świecie. Należy do absolutnej elity. Jeśli pozna się go bliżej, nie sposób go nie pokochać”- opowiadał Fernando Llorente, który grał u Bielsy w Athletic Bilbao. Wysiłek i dyscyplina nie wystarczyły by zrobić z niego piłkarza. Jako obrońca nieźle radził sobie z piłką ale brakowało mu szybkości. W Newell’s rozegrał tylko 4 mecze, po czym klub zdecydował się nie przedłużać z nim umowy. Miał 21 lat i przez kolejne 4 błąkał się po niższych ligach, studiując zarazem agronomie i wychowanie fizyczne. W wieku 25 lat przeprowadził się do Buenos Aires, gdzie objął posade trenera miejskiej drużyny akademickiej. Pedanteria z jaką podjął nowe obowiązki była uderzająca. Obejrzał 3 tysiące grających w piłke studentów, po czym wybrał 20 z nich a co przy tym charakterystyczne, w trakcie treningów korzystał ze słownika i przemawiał do piłkarzy używając formalnego zaimka ,,usted”. Traktował ich jak zawodowców i pilnował by naprawdę solidnie trenowali. Wielu z nich wspominało później nową ,,powagę” jaka wraz z jego bytnością pojawiła się w podejściu do zajęć a już w tamtym momencie można było zauważyć przywiązanie młodego trenera do wertykalnej gry i przenoszenia piłki jak najszybciej do przodu. Futbolem uczelnianym zajmował się przez 2 lata a potem wrócił do Rosario, gdzie zaczął pracować z drużynami młodzieżowymi Newell’s. W przekonaniu iż z dala od dużych miast musi kryć się wiele nieodkrytych piłkarskich talentów, podzielił mape Argentyny na 70 sektorów a potem zaczął je metodycznie odwiedzać, pokonując swoim fiatem 147 dobrze ponad 8 tysięcy kilometrów(samolotów unikał z lęku przed lataniem). Wreszcie w 1990 r. w klubie uznano że jest wystarczająco kompetentny do podjęcia pracy z pierwszą drużyną(miał wówczas 35 lat). Zastąpił Jose Yudice, który pojawił się tu w 1987 roku by rok później wygrać z Newell’s Campeonato. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć że Yudica był niezbędnym ogniwem przejściowym w drodze do podejścia, które Argentyńczycy nazywają ,,bielsista”, bardziej pragmatycznym od następcy, łagodniejszym i skromniejszym zarówno w zachowaniu, jak i w ambicjach. Pierwsza dawka ,,bielsizmu” mimo wstępu z czasów Yudiki była bowiem naprawdę silna. ,,Kiedy przyszedł Marcelo zmiana okazała się radykalna. Znaliśmy go oczywiście, gdyż pracował z rezerwami, więc nie był jakimś przybyszem z innej planety ale przeprowadził tu rewolucje dużo większą od tej, którą zrobił Yudica. Najpierw byłem sceptyczny. Jak Gerardo Martino i inni starsi piłkarze uważałem że zmian jest za dużo. Szybko się jednak zorientowałem że to najlepsze co mogło się wydarzyć w Newell’s i popierałem go z zamkniętymi oczami. Wiedzieliśmy że dzięki jego pomysłom będziemy zwyciężać. Wiedzieliśmy też iż w rezerwach trenowali świetni piłkarze, przyzwyczajeni już do jego sposobu gry. Zajęcia zmieniły się dramatycznie. Dziś nie brzmi to już szokująco ale wtedy była to prawdziwa niespodzianka. Wszystkie sesje były krótkie ale bardzo intensywne. Prawie przez cały czas ćwiczyliśmy z piłką, cały czas pracowaliśmy nad taktyką. Zaczynaliśmy o różnych porach, trzech, czterech piłkarzy robiło ćwiczenia w strefach, przykładowo ,,piątka”, ,,czwórka” i ,,ósemka” pracowały wspólnie a innym razem robiły to ,,piątka”, ,,trójka” i ,,jedenastka”. Młodsi zawodnicy byli już z tym oswojeni ale dla nas to była kompletna nowość”- opowiadał były pomocnik Newell’s Juan Manuel Llop. Ponieważ mecze rozgrywano najczęściej w niedziele, poniedziałki piłkarze mieli wolne a we wtorek i w środe rano pracowali z trenerem od przygotowania fizycznego. Bielsa w tym czasie zamykał się w swoim gabinecie i oglądał mecze kolejnych przeciwników na video. Praca nad taktyką zaczynała się w środe po południu. ,,Młodzi piłkarze musieli czytać gazety i przygotowywać szczegółowe dossier na temat rywala. To był sposób na to żeby poczuli się bardziej zaangażowani i żeby uczyli się lepiej rozumieć futbol”- opowiadał Llop. Później Bielsa pokazywał im filmy. Nigdy całe mecze, jedynie wybrane momenty i sekwencje żeby podkreślić kluczowe punkty. W czwartek po południu odbywała się gra treningowa. ,,Graliśmy krótko ale z taką intensywnością jakby to naprawdę był mecz Primera. Niezwykłe to było. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. Druga jedenastka była ustawiona jak nasz kolejny przeciwnik a naszym zadaniem było ją pokonać, wygrać mecz. Porażka w czwartek nie wchodziła w gre”- mówił Llop.

Piątek poświęcano na szczegółowe przygotowania do meczu. Bielsa ćwiczył z drużyną 120 schematów różnych sytuacji ofensywnych i 120 defensywnych. ,,Chodziło w tym wszystkim o ruch, skoordynowany ruch zawodników. Piłka ma być tutaj, ty masz się ustawić tutaj a ty masz pobiec tam, jeśli oni będą grać na spalonego, nie dacie się złapać a jeden z was będzie mógł wyjść za ich linie. To było bardzo ale to bardzo szczegółowe”- tłumaczył Llop. No i trzeba przyznać że to działało a przynajmniej działało czasami. W sezonie 1990/91 rozgrywki ligowe po raz pierwszy podzielono na dwie części, Aperture i Clausure a zwycięzcy obu rozgrywali mecz decydujący o mistrzostwie kraju. Dla Newell’s Apertura rozpoczęła się przeciętnie. Wygrali 1:0 z Platense i zremisowali na wyjeździe z Argentinos Juniors ale potem przegrali u siebie z Huracanem. Przed wyjazdem na czwarty mecz z Union Santa Fe, posada Bielsy była zagrożona. ,,Krążyło sporo plotek, gdyż początek nie był udany. Nie wiem czy zostałby zwolniony po czwartej kolejce czy później ale gdybyśmy po takim kiepskim starcie dalej szli tą drogą, kto wie co by się wydarzyło. Marcelo miał opinie dziwaka, jego metody budziły wątpliwości, więc wszyscy chcieli wiedzieć czy mu się uda. Gdybyśmy przegrali ten czwarty mecz pewnie byłby to koniec Bielsy, któż to wie? Jednak wygraliśmy ten mecz 3:1. Wystartowaliśmy i już się nie zatrzymaliśmy”- opowiadał dalej Llop. W następnych miesiącach Newell’s przegrało już tylko raz i skończyło Aperture z dwoma punktami przewagi nad River Plate. Santa Fe zaś odegrało jeszcze ważniejsza role w rozwoju Bielsy. Zwycięstwo w Aperturze oznaczało że Newell’s przez pół sezonu w zasadzie nie miało o co grać(to powód, dla którego w kolejnych latach za mistrzów kraju uznawano zarówno tych, którzy wygrali Aperure, jak i tych, którzy wygrali Clausure, bez konieczności organizowania dodatkowego meczu). Odprężona drużyna zakończyła Clausure na ósmym miejscu a pierwsze zajeli Boca Juniors. ,,To nie było normalne. Nie było przecież tak że nam nie zależało albo że oszczędzaliśmy się na finał z Boca. Przeciwnie, kiedy już mieliśmy z nimi grać, byliśmy bardzo ostrożni bo wiedzieliśmy że nie jesteśmy w dobrej formie. Powiedziałbym iż zachowaliśmy większą czujność niż zwykle i to dobrze, gdyż inaczej mogłaby nas zgubić nadmierna pewność siebie. To była nasza szansa wygrać mecz na Bombonerze i przejść do historii argentyńskiego futbolu. To na pewno spowodowało że zagraliśmy szybciej i lepiej niż przez reszte sezonu”- opowiadał Llop. Mecz w Rosario zakończył się zwycięstwem Newell’s 1:0 ale przed rewanżem w La Boca była to minimalna zaliczka. Obie drużyny musiały zagrać w osłabieniu, gdyż(jakkolwiek wydaje się to dziwaczne) akurat pomiędzy meczami o mistrzostwo kraju rozpoczynała się Copa America i do reprezentacji powołano Fernando Gamboe i Dario Franco z Newell’s oraz Diego Latorre, Blasa Giunte i Gabriela Batistute z Boca. Boca miała przewagę. Cristian Domizzi i Juan Simon obejrzeli czerwone kartki a na 9 minut przed końcem meczu Gerardo Reinoso zdobył gola dla gospodarzy. Newell’s jednak lepiej strzelało rzuty karne. Trafiło trzykrotnie a Boca tylko raz. ,,To był mój najlepszy mecz w życiu. W dodatku graliśmy w błocie, mistyczne przeżycie”- wspominał Llop. Newell’s było więc zwycięskie ale ich forma gdzieś odpłynęła a w trakcie Apertury sezonu 1991/92 zrobiło się jeszcze gorzej. Przez cały rok 1991 wygrali tylko 9 razy. Zdaniem Llopa problemem stało się zmęczenie. ,,Przy metodach Bielsy było ono nie uniknione. Nie tylko fizyczne ale także mentalne i emocjonalne, gdyż przy tak intensywnej rywalizacji trudno przez cały czas grać na tym samym poziomie. Ludzie nie są jednakowi, nie wszyscy myślą tak samo i reagują w ten sam sposób a styl Bielsy, jego sesje treningowe wymagają stałości i stąd czasem biorą się kłopoty. Mieliśmy drużynę, która świetnie pasowała do jego koncepcji ale kiedy odszedł w 1993 i 1994 roku walczyliśmy o utrzymanie. Człowiek jest istotą, która w pewnym momencie musi się zrelaksować. Nie chodziło o to ze przestaliśmy się starać, po prostu odpuszczaliśmy trochę bo czuliśmy się wyczerpani. Na początku Clausury presja była już ogromna. Zaczeliśmy wprawdzie od wygranej u siebie 2:0 z Quilmes ale potem nadszedł pogrom 0:6 z rąk San Lorenzo w pierwszym meczu fazy grupowej Copa Libertadores. Wstydze się tego meczu do dzisiaj jak mało którego. Nic nam nie wychodziło, kompletnie nic. Bielsa zmienił stopera. Mauricio Pochettino był świetny na tej pozycji ale musiałem zająć jego miejsce bo naprawdę nas łomotali a myśmy nie wiedzieli jak zareagować”- ciągnął dalej Llop.

8

Mentor Guardioli(przeczytajcie proszę w odpowiedzi na mój komentarz):

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11

3

@misterio Masz absolutnie racje. Te tarcia na linii z zarządem zawsze były i będą, tyle że najgorsze są te ze szkodą dla klubu. Podobnie było z Cruyffem, Helenio Herrerą i z Van Gaalem również.

8

@FCBparasiempre
Na początku lat dwudziestych XX wieku w Europie panowało przekonanie, że sztukę futbolu najlepiej opanowali piłkarze ze Starego Kontynentu a niepodważalnymi mistrzami są Anglicy. W 1924 r. w Paryżu odbyły się VIII Letnie Igrzyska Olimpijskie. Do rywalizacji w piłce nożnej przystąpiły 22 reprezentacje – 19 europejskich oraz Egipt, Urugwaj i Stany Zjednoczone. Spekulowano, że trzy ekipy spoza kontynentu będą jedynie ciekawostką i urozmaiceniem turnieju, bowiem mało kto brał je na poważnie. Inna kwestia jest taka, że nikt nie wiedział, jak zagrają przybysze z obu Ameryk i Afryki. Jeśli chodzi o taktykę stosowaną w tym czasie przez większość ekip z Europy, najprościej opisać ją trzema słowami: laga do przodu. Dziś można się śmiać, jednak biorąc pod uwagę fakt, że wówczas grano systemem 2-3-5, taka filozofia wcale nie wydaje się niemądra. Stany Zjednoczone odpadły po pierwszym meczu, Egipt po dwóch, a Urugwaj szalał w najlepsze. Swoją grą, opartą na krótkich, szybkich podaniach do nogi, nieprzewidywanej wymienności pozycji oraz niezliczonej liczbie dryblingów, porwali niemal wszystkich obserwatorów. Początkowo brakowało chętnych na oglądanie gry przybyszy z Ameryki Południowej. Na ich pierwszym spotkaniu, przeciwko Jugosławii (7:0), stawiło się zaledwie 2 tys. kibiców. Po Igrzyskach nie było osoby, która nie pałała miłością do futbolu prezentowanego przez piłkarzy w błękitnych koszulkach. Urugwajczycy bez problemu sięgnęli po tytuł, z kompletem pięciu zwycięstw i bilansem bramkowym 20:2. Cztery lata później, na Igrzyska w Amsterdamie, przyjechało już czterech reprezentantów z obydwu Ameryk. Do Urugwaju dołączyła Argentyna, Chile i Meksyk. O ile Chile i Meksyk odpadły po swoich pierwszych spotkaniach, o tyle Urugwaj i Argentyna zamykały turniej. W związku z tym, że w finale padł remis 1:1, spotkanie trzeba było powtórzyć. W powtórce lepsi okazali się Urusi, zwyciężając 2:1, sięgając tym samym po drugie złoto olimpijskie z rzędu. Francuski pisarz, Henri Millon de Montherlant, takimi słowami określił grę prezentowaną przez Urugwajczyków: „Cóż za rewelacja, to jest prawdziwa piłka nożna! To, co znaliśmy i uprawialiśmy do tej pory, było tylko szkolną rozrywką”. Europa w mgnieniu oka poznała siłę południowoamerykańskiej piłki nożnej. Do wyścigu o organizację pierwszych w historii Mistrzostw Świata stanęły cztery kraje: Hiszpania, Węgry, Włochy i Urugwaj. FIFA od początku forowała tę ostatnią opcję, tłumacząc, że turniej należy się krajowi, który triumfował w dwóch Igrzyskach Olimpijskich z rzędu. Ponadto w 1930 roku państwo obchodziło setną rocznicę odzyskania niepodległości i zagwarantowało budowę ogromnego stadionu na ponad 80 tysięcy miejsc – Estadio Centenario. Europejczycy, widząc, że szanse na rozegranie mistrzostw w ich krajach są tylko iluzoryczne, solidarnie wycofali swoje wnioski. Tym samym na polu walki został tylko Urugwaj i to jemu przyznano prawo do zorganizowania dziewiczego czempionatu o piłkarskie panowanie na świecie. Jeden jedyny raz w historii nie rozgrywano kwalifikacji do turnieju. FIFA postanowiła, że szansę na zaprezentowanie swoich umiejętności dostanie każdy kraj będący członkiem organizacji. Wystarczy, że wyrazi taką wolę i w odpowiednim terminie zgłosi swoją obecność. Wielkim zaskoczeniem było otrzymanie potwierdzenia udziału w turnieju zaledwie od dziewięciu państw: Argentyny, Boliwii, Brazylii, Chile, Meksyku, Paragwaju, Peru, USA i, rzecz jasna, Urugwaju. Żaden z przedstawicieli Europy nie chciał wziąć udziału w Mundialu, tłumacząc, że podróż na drugą stronę Atlantyku jest zbyt długa i zbyt kosztowna. Kwestię finansową jeszcze bardziej piętnował krach na Wall Street. Po namowach Julesa Rimeta, prezydenta FIFA i pomysłodawcy Mistrzostw Świata, na uczestnictwo zdecydowały się drużyny Belgii, Francji, Rumunii i Jugosławii. Warunek był jeden – zwrot poniesionych kosztów. Działacze z Urugwaju wysłali specjalne zaproszenie do Anglików, nienależących do FIFA. Zadufani Brytyjczycy, od lat uznający się za najlepszych na świecie i mylnie wierzący, że nie muszą tego nikomu udowadniać, pogardzili propozycją przyjazdu. Na ponad dwa tygodnie przed rozpoczęciem Mundialu z Genui wypłynął statek ,,Conte Verde”. Na jego pokładzie znajdowali się piłkarze Rumunii. W kolejnych dniach dosiedli się Francuzi i Hiszpanie, a jeszcze później Brazylijczycy. Wraz z nimi podróżował Rimet z pucharem, Złotą Nike, oraz trzech wyznaczonych przez niego sędziów. Dwa tygodnie na pokładzie liniowca do Montevideo wydawały się wiecznością. Zawodnicy na wszelkie sposoby próbowali zabić panującą nudę. Trenerzy organizowali im zajęcia siłowe i gimnastyczne, wykorzystując szalupy, schody, leżaki. Na statku panował bezwzględny zakaz gry w piłkę nożną, ponieważ obawiano się, że futbolówki wpadną do wody i bezpowrotnie przepadną. Jugosławianie w tym czasie podróżowali do Urugwaju statkiem pocztowym Florida. Kiedy europejskie ekipy walczyły z nudą, w Montevideo walczono z czasem. Organizatorzy mieli spore opóźnienia w budowie wielkiego stadionu Centenario i wszystko wskazywało na to, że nie zostanie oddany do użytku na inaugurację turnieju. Co ciekawe, w tym samym okresie (26.06-6.07.1930 r.) w Genewie odbył się turniej, mający na celu stanowić poniekąd mundialową konkurencją. Dziesięć europejskich państw wystawiło po jednym klubie, a te rozegrały Klubowy Puchar Narodów. Zwycięzcą okazał się węgierski Ujpest, pokonując w finale Slavię Praga 3:0. Organizacja pierwszych w historii Mistrzostw Świata była wielką niewiadomą. Testowano na żywym organizmie, stąd bardzo dużo niedociągnięć. Sędziowie dostali jedynie prowizoryczne wytyczne dotyczące tego, co mają gwizdać, a czego nie. Nie wybrano oficjalnej piłki mistrzostw, w związku z czym każda ekipa miała swoje własne futbolówki i, niczym na podwórku, każdy chciał grać tą, do której był przyzwyczajony. Trzynaście zespołów podzielono na cztery grupy. Zwycięzca każdej z nich awansował do półfinału. Inauguracyjny gwizdek zabrzmiał 13.07.1930 r. na Estadio Pocitos, jednym z trzech stadionów, na którym rozgrywano mecze. Pierwotnie wszystko miało zacząć się na Centenario, jednak oddano go do użytku dopiero 5. dnia turnieju. Mundialowe granie rozpoczęły drużyny Francji i Meksyku. Na trybunach, wg danych FIFA, zasiadło zaledwie 3 tys. osób. Dane Urugwajczyków wskazują na 4444 kibiców, co i tak nie jest powodem do dumy. Już w pierwszym starciu doszło do sędziowskich kontrowersji. Francuski bramkarz Alexis Thepot został kopnięty w twarz i ze wstrząsem mózgu wylądował w szpitalu. Ówczesne przepisy nie przewidywały zmian, w związku z czym jego miejsce w bramce zajął pomocnik Chantrel, a przybysze znad Loary kończyli mecz w osłabieniu. W osłabieniu, bo urugwajski arbiter nie wyrzucił z boiska winowajcy z Meksyku. Francja i tak zwyciężyła 4:1, a autorem pierwszej bramki w historii Mistrzostw Świata został Lucien Laurent. Stronnicze sędziowanie stało się domeną turnieju. Arbitrzy z Ameryki Południowej często nie widzieli przewinień zawodników ze swojego kontynentu, jednocześnie dostrzegając zbyt wiele w poczynaniach piłkarzy z Europy. Najbardziej perfidny przekręt był autorstwa Almeidy Rego. Brazylijski rozjemca spotkania Argentyna – Francja zakończył mecz, gdy Francuz Langiller gnał samotnie od połowy boiska na bramkę oponentów. Była 84. minuta, wynik 1:0 dla pradziadów Messiego. Nie trzeba chyba dodawać nic więcej. Przyjrzyjmy się jeszcze na moment frekwencji. Starcie Rumunii z Peru oglądało… 300 osób. Grupowe zmagania padły łupem Argentyny, Jugosławii, Urugwaju i Stanów Zjednoczonych. Wszystkie ekipy odniosły komplet zwycięstw. W półfinałach Argentyna podejmowała Stany Zjednoczone, a Urugwaj Jugosławię. Ekipy znad La Platy okazały się bezkonkurencyjne, wygrywając po 6:1. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że przed wielkim finałem odbywa się mały finał o 3. miejsce. W 1930 roku nie został rozegrany. Dlaczego? Istnieją co najmniej trzy wersje zdarzeń. Jedna z nich, oficjalna, uznana przez FIFA, mówi, że w ogóle nie było pomysłu na mecz o najniższe miejsce na podium, więc przyznano je drużynie legitymującej się lepszym bilansem podczas całego turnieju. I tutaj zwyciężyły Stany Zjednoczone, wygrywając dwa mecze przy jednej porażce i bilansie bramkowym 6:6. Jugosławia miała ten sam stosunek zwycięstw i porażek, jednak minimalnie gorszy, zdaniem organizatorów, bilans bramek – 7:7. Druga wersja, przedstawiana m. in. przez piłkarzy Jugosławii, sugeruje, że to europejczycy zajęli trzecie miejsce, bo przegrali z drużyną, która okazała się triumfatorem zmagań w Montevideo. Niektóre pogłoski mówią, że Jugosłowianie przywieźli medal z Ameryki Południowej, ale do dzisiaj nie udowodniono, czy został on wręczony rzeczywiście za zajęcie trzeciego miejsca. I w końcu trzeci wariant. Mały finał był w planach organizatorów, jednak został zbojkotowany przez Jugosławię ze względu na stronnicze sędziowanie w półfinale. Trzecie miejsce przyznano więc Stanom Zjednoczonym. Wielki finał między Urugwajem a Argentyną rozegrano 30. lipca 1930 roku na Estadio Centenario. Od wczesnych godzin porannych do portu w Montevideo napływała cała rzesza statków z dziesiątkami tysięcy kibiców Albicelestes. Tłok był tak duży, że niektórzy nie dali rady wyjść na ląd, a wiedząc, że są spóźnieni, zawracali. Kibice gospodarzy również nie zawiedli, dzięki czemu frekwencja na stadionie wyniosła rekordowe 93 tysiące osób. Chętnych było tyle, że nawet gdyby obiekt był trzy razy większy, ze spokojem zostałby zapełniony. Widząc, że szykuje się mecz podwyższonego ryzyka, rozjemca finałowej batalii, Belg John Langenus, zapewnił sobie gwarancję nietykalności. Została mu powierzona zgraja ochroniarzy, która w przypadku zamieszek miała godzinę, by przetransportować go do portu, skąd drogą morską mógłby spokojnie wrócić do domu. Jego pierwsza ważna decyzja miała miejsce jeszcze przed rozpoczęciem spotkania. Urugwajczycy i Argentyńczycy przedstawili swoje piłki, którymi koniecznie chcieli rozegrać finał. Futbolówki różniły się kształtem, teksturą i gramaturą. Ostatecznie podjęto dość rozsądną i sprawiedliwą decyzję. Pierwszą połowę rozegrano piłką gości, a drugą gospodarzy. Przebieg meczu pokazał, jak wielkie znaczenie miało przywiązanie do własnej futbolówki. Po pierwszej połowie Argentyna prowadziła 2:1. Na bramkę Dorado odpowiedzieli Peucelle i król strzelców Mundialu, Stabile. W drugiej odsłonie zmieniła się piłka, a wraz z nią obraz gry. Gospodarze stłamsili swoich przeciwników i zaaplikowali im aż trzy gole. Na listę strzelców wpisali się Cea, Iriarte i Castro. Autor czwartej bramki, Hector Castro, jedna z największych gwiazd reprezentacji Urugwaju na przełomie lat 20. i 30. poprzedniego wieku, w dzisiejszych czasach nie miałby szans na zrobienie piłkarskiej kariery. Mając trzynaście lat uległ wypadkowi przy cięciu drewna, w wyniku czego stracił niemal połowę prawej ręki. Pomimo niepełnosprawności należał do najbardziej utytułowanych piłkarzy dwudziestolecia międzywojennego. Nie bez kozery kibice nadali mu pseudonim ,,Cudowny Jędnoręki”. Urugwaj, pomimo faktu, że trochę pomagały mu własne ściany, wywalczył Mistrzostwo Świata w stu procentach zasłużenie. Ondino Viera, były piłkarz i trener reprezentacji Urugwaju, trafnie stwierdził: „Byliśmy absolutnymi mistrzami kontroli nad piłką, którzy po przechwycie za nic w świecie nie pozwalali sobie jej odebrać. To była piłka nożna w dzikiej postaci, to była nasza gra. Na bazie empirycznych doświadczeń wykreowaliśmy urugwajski styl piłkarski własnej produkcji, który w najmniejszym stopniu nie przystawał do kanonu stworzonego przez menedżerów ze Starego Świata. Ten styl był tylko nasz. Tak powstała nasza szkoła piłkarstwa dająca podwaliny pod styl charakterystyczny dla całego Nowego Świata”. Na zakończenie ciekawostka z urugwajsko-argentyńskich potyczek finałowych z Igrzysk Olimpijskich w 1928 r. i Mistrzostw Świata 1930 r. W Ameryce Południowej od zawsze wierzy się w przesądy. Eduardo Galeano w swojej znakomitej książce Blaski i cienie futbolu opisał dwie sytuacje związane, jak sam to określił, z ciemnymi siłami. W drodze na finał Olimpiady w 1928 r. desygnowany do wyjściowego składu urugwajski obrońca Adhemar Canavessi zażądał, by autobus się zatrzymał. Zawodnik zabrał swoje rzeczy, ogłaszając trenerowi i kolegom, że nie może zagrać w tym meczu, bo gdy w przeszłości występował przeciwko Argentynie, jego zespół zawsze przegrywał. Nie wiadomo, jaki miało to wpływ na boiskowe poczynania kompanów ale kilka godzin później zwyciężyli 2:1. Dzień przed tym finałem do hotelu swoich rodaków udał się znakomity argentyński śpiewak, Carlos Romuald Gardel. Zaprezentował zawodnikom tango Dandy. Urugwajczycy wyciągnęli wnioski z holenderskiej lekcji – Canavessi już nigdy więcej w reprezentacji nie zagrał. Argentyńczycy nie wiązali porażki z artystycznym występem Gardela. Dwa lata później, w przeddzień finału Mistrzostw Świata, śpiewak został zaproszony do hotelu w Montevideo i zaprezentował piłkarzom ten sam utwór, co w Amsterdamie. Dopiero po porażce 2:4 stwierdzono, że Gardel reprezentacji już nie zaśpiewa.

9

,,Ale finał gramy naszą!” Puchar Rimeta po raz pierwszy w dziejach futbolu:

@Symson
@Sysia11
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

19

Cudowne lata Blaugrany:

13 lipca 2010 r. Pep Guardiola przedłużył kontrakt z FC Barceloną. Po dwóch latach pełnych sukcesów zarząd chciał zaproponować Guardioli wieloletni kontrakt, mówiono wręcz aby został ,,Fergusonem Barçy” w nawiązaniu do legendarnego menadżera Manchesteru United. Sam zainteresowany preferował jednak krótkie umowy i zgodził się na roczne przedłużenie. Ten sam manewr zastosował rok później i w 2012 r. mógł bez przeszkód opuścić Dume Katalonii.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

10

,,Les Bleus” po raz pierwszy w historii:

12 lipca 1998 r. na Stade de France w podparyskim Saint-Denis Francja pokonała Brazylię 3-0 w finale XVI Mistrzostw Świata. Gole zdobyli: Zinedine Zidane w 27 m. oraz 45+1 i Emmanuel Petit w 93 m. Pierwszy raz w historii Mistrzostw Świata w finale doszło do pojedynku gospodarza imprezy z obrońcą tytułu. W roli faworytów stawiano Brazylię. W dniu finału doszło jednak do sytuacji, która miała ogromny wpływ na przebieg całego spotkania. Około godziny 14:00, kiedy zawodnicy Canarinhos spędzali czas w swoich pokojach Roberto Carlos wybiegł na korytarz i zaczął krzyczeć, że Ronaldo nie żyje. ,,Dostałem konwulsji po lunchu, po południu. Straciłem świadomość na 3-4 minuty”– opowiadał po latach Ronaldo. Co było tego przyczyną? Najprawdopodobniej 22-letni wówczas Il Fenomeno nie potrafił wytrzymać presji, jaką nałożył na niego cały kraj. Przed pierwszym meczem ze Szkocją podobno płakał w pokoju a w trakcie turnieju miał z nerwów zniszczyć rower rzucając nim o ścianę. Ronaldo przewieziono do szpitala i nikt nie wyobrażał sobie, że w takim stanie zagra w finale. Reprezentacja Canarinhos była załamana. Selekcjoner Mario Zagallo próbował motywować zawodników nawiązując do 1962 roku, kiedy to Brazylia sięgnęła po Puchar Świata bez swojej największej gwiazdy, Pelego. Brazylijczycy byli jednak rozbici sytuacją swojego kolegi i nie wyszli nawet na rozgrzewkę. Na około 45 minut przed pierwszym gwizdkiem na stadionie pojawił się Ronaldo. Chwilę później do szatni wszedł także prezydent brazylijskiej federacji piłkarskiej Ricardo Teixeira i nakazał trenerowi wystawić Ronaldo od 1. minuty.

Co oczywiste, po tym, co przeszedł Il Fenomeno w meczu finałowym nie był sobą. To samo można powiedzieć o całej reprezentacji Canarinhos. Francja wygrała 3:0 a bohaterem finału został Zinedine Zidane. Ofensywny pomocnik Francji strzelił dwa gole (oba głową po rzutach rożnych) i jest wspominany jako główny architekt sukcesu Francji. Niemniej jednak, Zidane wcale nie rozegrał jakiegoś spektakularnego turnieju. Przez zawieszenie za czerwoną kartkę opuścił dwa mecze, a w fazie pucharowej Francja imponowała przede wszystkim świetną organizacją gry w defensywie, choć oczywiście wkładu Zidane’a nie można pomijać. – Wygrali dzięki bramkarzowi, czwórce obrońców i Zinedine’owi Zidane’owi – tak triumf Francji podsumował ówczesny trener Marsylii, Rolland Courbis. Nie dało też się uciec od nawiązań do Włoch. – Reprezentacja Francji grała w gruncie rzeczy włoską piłkę, tyle że miała bardziej utalentowanych zawodników – trafnie napisał Michael Cox w książce “Gegenpressing i tiki-taka”. Po finale mundialu została tylko jedna zagadka do rozwiązania. Dlaczego Ronaldo zagrał w spotkaniu z Francją? W Brazylii nie skupiano się na rezultacie finałowego meczu, a właśnie na tajemniczych sprawach związanych z gwiazdą reprezentacji. Brazylijski lekarz mówił, że to on dał zielone światło Ronaldo na grę nazywając to “swoją najgorszą decyzją w karierze”, a sam Ronaldo z kolei upiera się, że to on nalegał, aby wystąpić w tym spotkaniu.



Niemniej jednak, kiedy nie wiadomo o co chodzi to zazwyczaj chodzi o pieniądze. Najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, że Ronaldo został zmuszony do zagrania w finale przez prezydenta federacji, aby nie stracić pieniędzy z umowy z firmą Nike. W taką wersją wierzą też kibice reprezentacji. Po finale “witali” swoich piłkarzy flagami Brazylii z logiem Nike, co jasno sugerowało, że federacja dała się sprzedać. Ten incydent z Ronaldo powszechnie uważa się za punkt zwrotny, kiedy piłką nożną zaczęły rządzić pieniądze. Symbol końca ery gry z czystej pasji a początek komercjalizacji futbolu.


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Przypadki krnąbrnego Bułgara:

12 lipca 1996 r. Christo Stoiczkow powrócił do Barcelony. Bułgar spędził rok w Parmie, ale ani on, ani jego rodzina nie przywykli do życia we Włoszech. Napastnik nie krył łez gdy ponowny kontrakt z FC Barceloną został już podpisany. Prezydent Nuñez również był bardzo wzruszony: ,,Kiedy żona Stoiczkowa zadzwoniła do mnie, powiedziała mi że Christo jest smutny i chce wrócić. Jest podobno bardziej podekscytowany niż za pierwszym razem”. Niestety drugi pobyt Bułgara na Camp Nou nie był tak udany. Na dodatek Christo odszedł z powodu konfliktów z Nuñezem, który tak bardzo namawiał go do powrotu. No cóż, powiedzenie że dwa razy się nie wchodzi do tej samej rzeki pasuje tu jak ulał.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

1

@Colon To znaczy co masz konkretnie na myśli?

13

Hiszpański temperament:

Po tytule mistrza Europy(2008) Hiszpanie zdobyli mistrzostwo świata. Grali tak pięknie jak FC Barcelona z Realem razem wzięte. Po wspomnianym Euro Hiszpania zmieniła trenera. Luis Aragoñes skończył 70 lat i postanowił zarobić jeszcze w tureckim Fenerbahce, na co zresztą pozwolono mu tylko przez jeden sezon. Następca- Vicente del Bosque, były piłkarz i trener Realu, w którym wprowadził rodzinną atmosferę, nadawał się do tej roli idealnie. Wielki fachowiec a jednocześnie spokojny, kulturalny człowiek. Na konferencjach prasowych nie traktował dziennikarzy jak szarą anonimową mase. Nie dość że słuchał pytań, to jeszcze na nie odpowiadał, patrząc dziennikarzom w oczy, jakby to była rozmowa między dwiema osobami. Tak się trenerzy na ogół nie zachowują. Hiszpański trener zabrał na mundial do RPA 15-tu piłkarzy z kadry na Euro 2008. Pierwsza jedenastke uzupełnił dziś powszechnie znanymi graczami Barçy: Pique, Busquetsem i Pedrem. Powstała drużyna jeszcze lepsza niż na Euro 2008. W bramce Casillas, w obronie Ramos, Pique, Puyol, Capdevilla. Dwaj defensywni pomocnicy to Xabi Alonso i oczywiście Busquets. Przed nimi Xavi, Iniesta i Pedro. Środkowym napastnikiem był naturalnie Villa. Fernando Torres przez kilka tygodni przed turniejem leczył kontuzje i wchodził na boisko z ławki rezerwowych. Fabregas też nie rozegrał ani jednego pełnego meczu ale to po jego podaniu Iniesta strzelił decydującego gola w finale. Torres, Fabregas i rezerwowy bramkarz Reina byli jedynymi piłkarzami w 23-osobowej kadrze z klubów zagranicznych. Dwudziestu grało w Hiszpanii. Hiszpanie nie rozpieszczali swoich kibiców. Zaczeli turniej od sensacyjnej porażki ze Szwajcarią, co wyszło im na dobre. Od tamtej pory przestano im liczyć mecze oraz minuty bez porażki i straty gola. Zaczeli więc grać bez takich psychologicznych obciążeń, które niepotrzebnie zaprzątają głowe. Honduras pokonali 2:0, Chile 2:1 a potem jak w zegarku- 4 mecze i 4 zwycięstwa z takim samym wynikiem 1:0 a mianowicie z Portugalią, Paragwajem, Niemcami i w finale z Holandią. Holenderscy piłkarze już od wielu lat zachwycali kibiców najlepszych zagranicznych klubów, w których grali ale reprezentacja zdobyła ważne trofeum tylko raz, na Euro w roku 1988. Finał mundialu w Johannesburgu był dla Holendrów trzecim w historii. Dwa wcześniejsze przegrali(z Niemcami w 1974 i z Argentyną w 1978). Teraz Sneijder, Robben, Van Persie czy Kuyt to była ścisła czołówka światowa a kapitan, 35-letni Van Bronckhorst zdobył w meczu z Urugwajem jednego z najpiękniejszych goli turnieju. Kopnął w pełnym biegu z około 30 metrów, piłka leciała jak strzała i zatrzymała się dopiero w siatce:



W finale spotkały się więc dwie jedenastki grające bardzo dobrze ale inaczej. Holendrzy używali więcej siły fizycznej, czasami ponad miare. W dogrywce czerwoną kartką ukarany został John Heitinga. Żółte kartki otrzymało aż ośmiu Holendrów i pięciu Hiszpanów. Tylu kar nigdy wcześniej w finale mundialu nie zanotowano. O zwycięstwie Hiszpanii zadecydowała akcja w 116 minucie. Fernando Torres podał z lewej strony na pole karne. Piłke wybił Mathijsen ale wprost pod nogi Fabregasa. Hiszpan podał na prawo gdzie czekał niepilnowany Iniesta. Spodziewał się podania ale nie mógł ruszyć wcześniej bo angielski sędzia Howard Webb odgwizdał by spalonego. Holendrzy jakby o Inieście zapomnieli. Mógł swobodnie przyjąć piłke a nawet poczekać aż odbije się na trawie żeby lepiej ułożyła się do strzału. Kopnął prawą nogą z około ośmiu metrów. Van der Vaart zrobił wślizg, jednak spóźnił się o ułamek sekundy. Bramkarz Stekelenburg zaledwie dotknął piłke ale zatrzymać jej nie mógł. Strzał był tak silny że piłka odbiła się od siatki i wróciła na boisko. Iniesta pobiegł do narożnika, zdejmując po drodze koszulke. Pod nią miał biały T-shirt z napisem ,,Dani Jarque: siempre con nosotros”- Dani Jarque: zawsze z nami. Oczywiście sędzia Webb, zgodnie z nieludzkimi przepisami ukarał za ten gest Inieste żółtą kartką. Hiszpania zwyciężyła 1:0 spełniając marzenia połowy świata. Tej samej, która na co dzień kibicuje FC Barcelonie. W XXI wieku to najpiękniej grająca drużyna naszej planety.

@Sysia11
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

1

@Colon Dokładnie! Specyficzny turniej, na ogół bez taktyki i kalkulowania. Grają na całego i strzelają z każdej pozycji. Kapitalnie to się ogląda...

3

Jeśli chodzi o turniej Copa America to chciałbym się podzielić opinią iż pierwszy taki turniej(o czym dzisiaj wspominałem) oglądałem właśnie w 2001 r. Jakżesz ogromnie żałowałem że z tamtego turnieju wycofała się reprezentacja Argentyny, no ale miała racjonalne podstawy do tego aby tak postąpić. Skoro nie mogła grać Argentyna to kibicowałem Meksykowi, który wówczas grał naprawde bardzo fajną piłke ale trafił w finale na mocnego gospodarza- Kolumbie. Od tamtego turnieju pokochałem Copa America bezgranicznie! To bardzo wyjątkowy turniej i nie da się go porównać z żadnym turniejem na świecie. Osobiście stawiam ten turniej na równi z mistrzostwami świata.

2

@mekston Owszem, zgadza się. Jednak sami sobie byli winni że tak postąpili z czego skwapliwie skorzystał Honduras...

8

@FCBparasiempre
11 lipca 1960 r. urodził się Kazimierz Przybyś, obrońca. Nigdy nie pękał, nawet jeśli grał przeciwko światowym gwiazdom. Kiedyś jednak dał się ponieść emocjom. Sprowokował go Enzo Francescoli, wielka legenda urugwajskiego futbolu. Takie mecze z udziałem Biało-Czerwonych zdarzają się bardzo rzadko a w ostatnich dekadach nie ma ich w ogóle. Liczą się już wyłącznie gry międzypaństwowe i to o konkretną stawke. W latach 80-tychbyło inaczej. Zdarzały się takie perełki, jak towarzyskie starcie River Plate z reprezentacją Polski w lutym 1986 roku w Mar del Plata. Zespół Piechniczka wybrał się do Ameryki Południowej aby przygotować się do czekających 4 miesiące później mistrzostw świata w Meksyku. Najważniejszym celem wyprawy był pierwszy w historii mecz z Urugwajem(2:2) ale potyczka z argentyńskim River Plate robiła może jeszcze większe wrażenie. To był topowy, legendarny klub, zresztą w tym samym roku zdobył Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny a w składzie znajdowali się piłkarze, którzy na meksykańskim mundialu w podstawowej jedenastce Argentyny zdobywali złoto: Pumpido, Ruggeri, Hector Henrique, no i był urugwajski napastnik Enzo Francescoli, zwany ,,El Principe” czyli ,,Książe”. Na trybunach pojawiło się aż 30 tysięcy ludzi, mecz transmitowała argentyńska telewizja. Polacy grali świetnie. Wprawdzie do przerwy stracili gola ale na początku drugiej połowy wyrównali i choć Francescoli szybko strzelili na 2:1, to później w 17 minut nasze orły zdobyły 3 gole. Było już 4:2 dla Polski i nic złego nie mogło się stać a jednak…. Wszystko przez tę nieszczęsną czerwoną kartke dla Przybysia, który został ukarany za scysje z Francescolim. Nasz obrońca do te pory umiejętnie się nim opiekował a strzelony przez Urugwajczyka gol był do przełknięcia, wkalkulowany w bilans zysków i strat, w końcu nasz zespół efektownie prowadził. Dopiero na kwadrans przed końcem meczu zaistniała nowa sytuacja. ,,Normalnie mnie opluł! Po takim światowcu spodziewałem się większej klasy. W każdym razie często sobie z nim radziłem, co go chyba frustrowało. W końcu dałem mu się sprowokować. Na pewno był cwańszy ode mnie, zabrakło mi doświadczenia. No więc gdy mnie opluł i jeszcze dyskretnie kopnął, wykonałem ruch jakbym zamierzał go uderzyć. Działałem w dużych emocjach, jak każdy opluty człowiek, lecz w ostatniej chwili się powstrzymałem. Jemu jednak tyle wystarczyło. Zasymulował że dostał ode mnie cios a sędzia łatwo mu uwierzył i wyrzucił mnie z boiska. Można się było tego spodziewać, w końcu arbiter był Argentyńczykiem”- opowiada pan Kazimierz. Po zejściu Przybysia za chwile doszło do kolejnego spięcia. Po czerwonej kartce obejrzeli Zgutczyński i Borelli. Na boisku zrobiło się więcej wolnej przestrzeni, gospodarze złapali wiatr w żagle, rozbujali się a już najbardziej Francescoli. Strzelił kontaktowego gola, potem był remis. W doliczonym czasie gry, pozbawiony uciążliwej opieki Przybysia ,,Książe” popisał się efektownymi nożycami i strzelił gola na 5:4! Zachwycone lokalne media nazwały to zwycięstwo meczem dekady. Pan Kazimierz był już wtedy sprawdzonym w bojach kadrowiczem i murowanym kandydatem do wyjazdu na mundial. Otwarta pozostawała tylko kwestia w jakiej roli. Miał prawo liczyć że będzie zawodnikiem podstawowej jedenastki bo na finiszu eliminacji gral regularnie. Po kiepskim meczu z Belgią(0:2), w którym gospodarze okrutnie nas zdominowali, Piechniczek musiał koniecznie coś zmienić w składzie i taktyce. Przybyś na tym skorzystał i wskoczył do drużyny. ,,Misja była trudna ale plan klarowny. Trzeba było pokonać w dwóch kolejnych meczach na wyjeździe Grecje i Albanie a we wrześniu nie przegrać u siebie z Belgią. Zadanie zrealizowaliśmy wzorowo”- opowiada Przybyś. Na środku obrony stworzył solidny duet stoperów z klubowym kolegą z Widzewa Romanem Wójcickim, choć w meczu w Atenach(4:1) był debiutantem, spadła na niego wyjątkowo odpowiedzialna rola bo w bloku defensywnym miał zastąpić postać pomnikową- Władysława Żmude. Poradził sobie, tak samo jak 11 dni później w Tiranie(1:0). Widzewiak dokonał dużej rzeczy bo wcześniej Piechniczek nie patrzył na niego łaskawym okiem. Można powiedzieć iż miał prawo być do niego nawet trochę zrażony. Wszystko przez sprawę z grudnia 1983 r., kiedy już pierwszego dnia po świętach selekcjoner zarządził zgrupowanie w Wiśle przed styczniowym wylotem do Indii na turniej o Puchar Nehru. W ośrodku ,,Startu” 27 grudnia nie pojawiło się trzech piłkarzy Śląska Wrocław: Tarasiewicz, Prusik i grający jeszcze w tej drużynie Przybyś. Twierdzili że nie mogli bo z uwagi na status regularnych żołnierzy mieli obowiązkowe szkolenie wojskowe. Piechniczek żadnego z nich do Indii nie zabrał. Szykowały się poważniejsze sankcje dla klubu ale przed specjalnie powołaną komisją Śląsk wygrał spór z szefem kadry. W tamtych czasach kwestie wojskowości były priorytetem, jeśli nawet absurdalnie konfrontowano je z interesami piłkarskiej reprezentacji Polski. Sprawa przycichła ale czyżby podświadoma niechęć Piechniczka do Bogu ducha winnego Przybysia została? Mundial w Meksyku zaczął jednak na ławce. Na środku obrony obok Wójcickiego zagrał bardziej doświadczony Stefan Majewski. Czas pokazał że na mistrzostwach Majewski nie miał szczęścia- indywidualnie krył Linekera, który strzelił Polsce 3 gole! a potem także Brazylijczyka Carece, który też mocno dał się nam we znaki. Przybyś pojawił się na boisku po zmianie stron już w pierwszym meczu z Marokiem; na prawej obronie zastąpił Kubickiego. Po laniu od Anglii, kiedy szczęśliwie udało się prześlizgnąć do 1/8 finału, zagrał znowu, wreszcie w wyjściowym składzie. W starciu z Brazylią(0:4) zastąpił Krzysztofa Pawlaka. Widać że z obsadą prawej obrony trener miał duży kłopot. ,,Do 30 minuty graliśmy super; był słupek Tarasiewicza, poprzeczka Karasia. Zdecydowanie nasze najlepsze pół godziny na mundialu. Na trybunach w pierwszych minutach był tumult, brazylijskie bębny i nagle zrobiło się cicho. Kibice chyba się dziwili że gramy aż tak dobrze. Niestety, chwila nieuwagi i sędzia gwizdnął dość problematyczną jedenastke. Straciliśmy gola i wszystko nam się posypało. Klasowa drużyna po przypadkowej stracie gola musi umieć się podnieść a myśmy tracili kolejne bramki. Widocznie nie byliśmy tak klasowi”- opowiada Przybyś. Po mundialu występował jeszcze w kadrze Wojciecha Łazarka ale to był już zdecydowanie okres schyłkowy. Ostatni raz zagrał z Holandią w Zabrzu, w ponurym dla Polski meczu bo łatwo przegranym 0:2, na dodatek kończącym nieudane eliminacje Euro 1988. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział że latem następnego roku Holandia zachwyci świat totalnym futbolem, który da jej tytuł mistrza Europy. ,,W całej karierze nigdy nie zagrałem z równie mocną drużyną, co wtedy w Zabrzu. Kryłem van Bastena i na własnej skórze mogłem się przekonać, jaki to czarodziej. Ciesze się że nie strzelił gola, no ale dwa razy trafił Gullit i przegraliśmy”- podsumowuje pan Kazimierz. Kariere klubowa kończył w Widzewie, wcześniej w elicie grał tylko w Śląsku. Występował więc w dwóch interesujących, charakternych drużynach. Zwykle odpowiadał za opieke najlepszych napastników rywali, więc sam mógł zapomnieć o strzelaniu goli ale jeden raz trafił i to w meczu swoich drużyn. ,,Grałem z Widzewem we Wrocławiu. Krótko rozegrany rzut wolny, piłka do mnie, kopnąłem w kierunku bramki i wpadła”- wspomina Przybyś. Niewiele to jednak dało drużynie bowiem Widzew przy Oporowskiej przegrał 1:2. Przybyś nigdy nie zagrał w zagranicznym klubie. Może gdyby urodził się 10 lat później, byłoby mu łatwiej podjąć decyzje bo wyjazdy Polaków stawały się coraz powszechniejsze. ,,Ciekawych piłkarskich wspomnień i tak mi nie brakuje, zawsze będę miał o czym opowiadać”- wspomina wychowanek Broni Radom.

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

7

@FCBparasiempre
11 lipca 2001 r. Chile pokonuje Ekwador 4:1(1:0) i tym samym mecz ten inauguruje 40-tą edycje Copa America. Organizację finałów Copa America 2001 przyznano Kolumbii już w 1987 roku, chodź do ostatnich dni przed rozpoczęciem turnieju nie było pewne czy impreza w ogóle się odbędzie! Sytuacja znów była dramatyczna, w tle pojawiały się zamachy, uprowadzenia i morderstwa Kolumbia, która przeżyła poważne upokorzenie związane z wycofaniem się z organizacji mistrzostw świata w 1986 roku, tym razem robiła wszystko aby uniknąć kompromitacji. Udało się, jednak zanim zabrzmiał pierwszy gwizdek nerwów było co niemiara! Wcześniejsze doświadczenie Kolumbii w przygotowaniu dużych imprez piłkarskich nie było wielkie. To jedynie Mistrzostwa Ameryki Południowej do lat 20-tu, organizowane trzykrotnie w 1964,1987 i 1992 roku a także mistrzostwa kontynentu do lat 17-tu w 1993 i choć w 1973 kraj przeżywał chwilę triumfu, kiedy to FIFA przyznała Kolumbii prawa do Mistrzostw Świata w 1986, to w listopadzie 1982 prezydent Betancour ogłosił że nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom postawionym przez światowe władze piłkarskie i rezygnuje z przeprowadzenia imprezy. To uzmysławia jak bardzo Kolumbii zależało aby tego rodzaju wpadka nie powtórzyła się w 2001 Choć i tak było tego bardzo blisko A wszystko przez wewnętrzny konflikt targający krajem. Lewicowa i prawicowe bojówki, kartele narkotykowe... Władze nie radziły sobie z przemocą i nie dziwiły coraz cięższe chmury zbierające się nad czterdziestą edycją Copa America. Początek 2001 r. to seria wybuchów samochodów pułapek, nierzadko w miastach, który miały organizować turniej. Zaczęło się 11 stycznia w Medellin, gdzie miały rywalizować zespoły grupy C: Argentyna, Urugwaj, Boliwia i Kostaryka. W zamachu zginęły dwie osoby a 35 odniosło rany. 4 maja w powietrzu wyleciał inny samochód, tym razem w Kali, które przygotowywało się do goszczenia grupy B: Brazylia, Paragwaj, Peru, Meksyk. Eksplozja miała miejsce tuż obok luksusowego hotelu, w którym w tamtym czasie przebywali piłkarze drużyny Once Caldas, pierwszoligowego zespołu. To miejsce było też siedzibą lokalnego komitetu organizacyjnego. Zamach nie spowodował ofiar śmiertelnych ale 36 osób odniosło rany. Mimo napiętej sytuacji CSF potwierdziła 17 maja na spotkaniu w Rio de Janeiro że turniej odbędzie się w Kolumbii. Tego samego dnia w Medellin wybuchł kolejny samochód a w następnych dniach znów po mieście roznosił się huk betonowanych bomb. To nie po raz ostatni postawiło wysiłek organizatorów mistrzostw pod znakiem zapytania ale 5 czerwca 2001 roku CSF po raz kolejny zadecydowała że impreza odbędzie się w uprzednio wybranym miejscu. Wszystko zmieniło się jednak 25 czerwca po porwaniu Hermana Mejii Campuzano, wiceprezesa kolumbijskiej federacji piłkarskiej i szefa Komitetu lokalnego W mieście Pereira, jednym z gospodarzy turnieju. Władze południowoamerykańskiej piłki zdecydowały się zwołać nadzwyczajne spotkanie, które wyznaczono na 28 czerwca w Buenos Aires. Choć Campuzano został w międzyczasie uwolniony, to decyzja ogłoszona 30 czerwca była nie do końca po myśli Kolumbijczyków. Wprawdzie nie odebrano im organizacji ale planowano przenieść imprezę na rok 2002. To jednak nie spodobało się firmie ,,Traffic", właścicielowi praw telewizyjnych. Jej szefowie argumentowali że przeniesienie Copa Americaa na styczeń 2002 spowoduje kolizję terminów z turniejem ,,Copa Oro”, w którym brały udział Kostaryka i Kanada, zaproszeni do rywalizacji w 40-tej edycji Copa America. Również termin lipiec sierpień 2002 był nie do przyjęcia ze względu na Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii. Ponadto ,,Traffic" argumentował iż zmiana terminu spowoduje straty przekraczające 10 milionów dolarów. CFS uznała te wszystkie argumenty i 5 lipca podjęła ostateczną decyzję: gramy w ustalonym wcześniej terminie, czyli od 11 do 29 lipca! To jednak nie koniec kłopotów. Napięta sytuacja w Kolumbii sprawiała że uczestnicy finałów bali się o swoje bezpieczeństwo. Z grona 12 finalistów, co najmniej kilka zespołów poważnie zastanawiało się nad wycofaniem z turnieju. Jako pierwsza taką decyzję podjęła Kanada, którą błyskawicznie zastąpiono Kostaryką; oba związki ze strefy CONCACAF. Przyrody Kanady poszła Argentyna, która zrezygnowała na kilkadziesiąt godzin przed rozpoczęciem turnieju. Jednym z powodów były pisemne groźby, które wysłano do argentyńskiej ambasady w Bogocie list sygnowała nieznana nikomu organizacja terrorystyczna i choć Kolumbijczycy nie do końca wierzyli że ona istnieje to treść przekazu przestraszyła Argentyńczyków. Napisano tam między innymi: ,, chcielibyśmy mieć w swoich rękach los Takich piłkarzy jak Hernan Crespo, Diego Simeone czy German Burgos"... W takiej sytuacji Argentyna zdecydowała o wycofaniu drużyny. W jej miejsce wskoczył Honduras, też członek CONCACAF, który o tym że zagra w Copa America zadecydował głosem swoich federacji... 48 godzin przed pierwszym meczem! Trener Ramon Maradiaga błyskawicznie zebrał kadrę, która dotarła do Kolumbii samolotem wojskowym, podstawiony przez siły zbrojne.

Turniej gościły Barranquilla, Cali, Medellin, Pereira, Armenia, Manizales i Bogota. Największym stadionem dysponowała Barranquilla- Estadio Metropolitano Roberto Mendelez miał 60 000 miejsc. Najmniejszy obiekt znajdował się w Armenii, to Estadio Centenario niczym w Montevideo dla 29 000 kibiców. Kolumbijczycy Nigdy wcześniej nie wygrali turnieju Copa America, więc presja na miejscowych była ogromna. Gospodarze zaczęli bardzo dobrze od zwycięstwa nad Wenezuelą w drugim spotkaniu okazali się lepsi od Ekwadoru i mogli się cieszyć z awansu do ćwierćfinału. Aby nie było żadnych wątpliwości w trzecim meczu pokonali też Chile. Komplet zwycięstw i ani jednego straconego gole to było to, na co czekali miejscowi kibice! 23 lipca gospodarze podejmowali w pojedynku o półfinał ekipę Peru i też nie pozostawili wątpliwości. 3:0 mówi samo za siebie. Trzy dni później na ich drodze do upragnionego finału stanął Honduras, absolutna rewelacja turnieju. Zespół, który do imprezy dołączył w ostatniej chwili sprawił wielką sensację w ćwierćfinale eliminując Brazylią a 2.0 z tak utytułowanym rywalem to jeden z najpiękniejszych momentów w historii Hondurackiej piłki. Równocześnie jest to jedna z największych sensacji w dziejach zmagań o Copa America. ,, To były niesamowite chwile. Pamiętam że cały kraj oszalał ze szczęścia. Ludzie wyszli na ulicę. To była jedna wielka Fiesta. Byliśmy gotowi nosić naszych bohaterów na rękach. Najbardziej pamiętam Amado Guevara. To on i Limbert Perez poprowadzili nas do wielkiego triumfu, jakim dla Hondurasu było trzecie miejsce w imprezie"- wspominał Osman Chavez, honduraski obrońcy, który pokazał się w polskiej lidze w Barwach Wisły Kraków. Trawers miał wówczas 17 lat gdy jego rodacy pokonali Brazylię. Chavez z wypiekami na twarzy podobnie jak cały Honduras oglądał kolejny mecz o wszystko, czyli półfinał z gospodarzami. Tu jednak Czarny Koń imprezy nie miał już wiele do powiedzenia. Kolumbijczycy wygrali 2:0 i Euforia miejscowych kibiców sięgała zenitu, gdyż gospodarze znaleźli się w finale. Przeciwnikiem w decydującym meczu był Meksyk, też ekipa z CONCACAF, który odprawił w półfinale Urugwaj. Kolumbia ostatecznie wygrała ten finał 1:0, co oznacza że w całym turnieju nie straciła ani jednego gola! Najlepszym strzelcem imprezy okazał się napastnik gospodarzy Wiktor Aristizabal, który zdobył 6 goli, o jedno trafienie wyprzedzając Kostarykanina Paulo Wanchope'a. Ogólny dorobek Aristizabala w historii jego występów w reprezentacji na kolana nie rzuca (66 występów i 15 goli) ale trzeba mu oddać że z formą snajperską na Copa America wstrzelił się idealnie. W ojczyźnie nazywano go ,, Aristigol" lub ,, Pinokio"- od okazałego nosa. Na świat przyszedł w Medellin w dzielnicy Belen. Gdy miał kilkanaście lat stracił ojca i poza graniem w piłkę, za co jeszcze wtedy nie otrzymywał pieniędzy, musiał zająć się zarabianiem. Szkoła poszła w kąt a Aristizabal ruszył na ulicę aby sprzedawać jedzenie i gazety. Na szczęście nieprzeciętny talent sprawił że piłka szybko zaczęła dawać mu utrzymanie a mistrzostwa w 2001 były jedną z jego największych życiowych chwil triumfu. ,,Co sądzę o Aristiezabalu? No cóż, my Kolumbijczycy, byliśmy zakochani w innym napastniku a mianowicie Faustino Asprilli. Tak, to był jeden z najlepszych ofensywnych piłkarzy jakich kiedykolwiek wydała Kolumbijska ziemia. Miał wszystko, był naszym idolem ale w kopa Ameryka nie zagrał, jego reprezentacyjna kariera kończyła się i choć pod względem umiejętności Aristizabal Nie wytrzymuje z nim porównania, to jednak w trakcie turnieju spisał się jak trzeba"- opowiadał Arboleda, który jako obrońca patrzył też, a może przede wszystkim na grę formacji defensywnej swojego kraju. ,, Dla mnie największym autorytetem w obronie był, jest i będzie Iwan Cordoba. Rozgrywał wspaniały turniej, który okrasił decydującym golem w finałowym meczu z Meksykiem. Czego chcieć więcej? Cordoba uszczęśliwił siebie, mnie i miliony Kolumbijczyków. Tamtych chwil nigdy nie zapomnę, gdyż czułem się dumny że mój kraj, mimo tylu kłopotów zorganizował turniej na bardzo dobrym poziomie i jeszcze go wygrał. Po raz pierwszy w historii!- ze wzruszeniem wspominał Manuel Arboleda.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?