0

@Lionel_Messi10 Już nie przesadzaj z tymi dwoma półkami! Dwie półki wyżej to co najwyżej może być Messi ale nie Alvarez. No ale ponoć każdy może wyrazić swoją opinie...

1

@SeWo77 Dobrze wiedzieć, dzięki ci za informacje :)

6

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

5 sierpnia 1941 r. urodził się Jan Gomola. Od początku wiedział, że chce być bramkarzem. Wzorował się na starszym bracie, który też grał na tej pozycji. Pochodził z biednej rodziny, więc ojciec wolał, żeby syn zdobył jakiś konkretny zawód, zamiast uganiać się za piłką. Kiedy jednak Gomola zaczął występować w Górniku, ojciec przepraszał go, że na początku jego przygody z piłką trochę mu przeszkadzał. Zanim został zawodnikiem zabrzańskiego klubu, występował w Kuźni Ustroń. Kiedy miał 18 lat, zwrócił na siebie uwagę trenera Augustyna Dziwisza ale do transferu jednak nie doszło. Do Górnika trafił dopiero kilka lat później. Wcześniej grał na wypożyczeniu w Unii Racibórz, która szukała następcy Huberta Kostki. Dla chłopaka był to jednak stracony okres, bo okręg śląski nie chciał dać mu zwolnienia na stałe do okręgu opolskie, pod który podlegała Unia. Chciały go jeszcze u siebie Szombierki, ale ostatecznie wrócił do Ustronia. W listopadzie 1964 r. przypomniał sobie o nim Górnik. Zaproszono go na testy i przysłano po niego samochód. Dzięki swojemu zaangażowaniu i umiejętnościom zaprezentował się najlepiej spośród ośmiu testowanych bramkarzy. Rodzina była zachwycona, bo za przejście Janka dostała pralkę Franię. Przez cały okres pobytu w Górniku zawzięcie rywalizowali o miejsce między słupkami z Hubertem Kostką. Raz bronił jeden, raz drugi. Każdy z nich byłby niekwestionowanym numerem jeden w każdym polskim klubie. Rywalizacja między nimi była ostra, ale uczciwa. Jan Banaś wspominał, że Gomola był strasznie ambitnym człowiekiem i pracował dwa razy więcej od Kostki. Jego rozgrzewka często była bardziej intensywna niż cały trening innego bramkarza. Gomola bronił bardzo odważnie, często wręcz brawurowo. W wyjazdowym meczu z LASK Linz po zderzeniu z rozpędzonym napastnikiem stracił przytomność na kilka minut. Na szczęście akurat wtedy z zespołem po raz pierwszy był lekarz i po chwili Gomola mógł kontynuować grę. Innym razem w meczu Pucharu Europy z Olympique Marsylia obrońca rywali trafił go kolanem w kark. Ból promieniował na całe ciało, ale bramkarz nie miał zamiaru się poddać. Mimo ostrzeliwania jego bramki dotrwał do końca, a zespół zremisował 1:1. Po pomeczowych badaniach okazało się, że Gomola ma pęknięty kręg szyjny. Miał ogromnego pecha, bo Kazimierz Górski chciał mu dać szansę występu z RFN w ramach eliminacji mistrzostw Europy, ale kontuzja pokrzyżowała te plany. Znakomicie grał na przedpolu i bardzo dobrze piąstkował, co podpatrywał u Lwa Jaszyna. W Górniku spędził 10 sezonów i wystąpił w 117 ligowych spotkaniach. Pięć razy był mistrzem Polski (1965, 1966, 1967, 1971 i 1972) i cztery razy zdobywał puchar Polski (1968, 1969, 1970, 1971). W reprezentacji zagrał po raz pierwszy 18 maja 1966 r. w meczu ze Szwecją we Wrocławiu (1:1). Ogółem zaliczył tylko siedem występów. Po odejściu z Górnika jako pierwszy Polak występował w klubach meksykańskich.



@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

7

Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:

5 sierpnia 1910 r. urodził się argentyński środkowy napastnik Herminio Masantonio. Większość kariery spędził w barwach Huracánu, grał w tym klubie w latach 1931–1943 oraz w 1945. Już w debiucie ligowym przeciwko Quilmes strzelił 4 gole! Łącznie w Argentyńskiej Primera Division uzyskał 256 goli, co daje mu trzecie miejsce na liście najskuteczniejszych zawodników ligi argentyńskiej (za Arsenio Erico i Angelem Labruną). W reprezentacji Argentyny grał w latach 1935–1942, gdzie rozegrał 19 spotkań strzelając 21 goli! Ponadto dwukrotnie zdobywał tytuł króla strzelców Copa America(1935 i 1942), odpowiednio z 4 i 7 golami. Herminio jak czołg wchodził w każdą obrone, chociaż ten czołg nie był pozbawiony swoistej elegancji. Trafiał z potworną siłą, nawet z 40 metrów. Mocniej robił to tylko bodaj Bernabe Ferreyra. Co ciekawe rzuty wolne bił wyłącznie prawą nogą, podczas gdy piłke w ruchu uderzał raczej lewą. Uwaga! 11 listopada 1937 roku w meczu Argentyny z Urugwajem w ramach Pucharu Liptona, Herminio Masantonio strzelił gola w 23. sekundzie meczu. Jest to absolutny rekord Albicelestes.



@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Sysia11

11

Czy wiecie że:

5 sierpnia 2007 r. w meczu o Tarczę Wspólnoty mistrz Anglii z poprzedniego sezonu Manchester United pokonał po rzutach karnych zdobywcę Pucharu Anglii Chelsea Londyn 3-0(po 90 minutach gry było 1-1) Gole zdobyli: Ryan Giggs 35' oraz Florent Malouda 45'. Mecz rozegrano na nowo wybudowanym stadionie Wembley.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

8

Cóż za historia!

5 sierpnia 1988 r. wyszło na jaw że Jose Alexanco siedzi w więzieniu! Po 48 godzinach od zatrzymania klub przyznał iż obrońca FCB został zatrzymany w Holandii w trakcie okresu przygotowawczego. O napaść oskarżyła go pracownica hotelu, w którym zatrzymała się Barça. Po 5 dniach Alexanco został wypuszczony wskutek braku dowodów. ,,Mój wyrok zaczyna się dopiero teraz”- narzekał Bask, wychodząc z sądu w towarzystwie żony. Cruyff postanowił wówczas nie karać zawodnika odnosząc się słowami: ,,Uważam że brakowało dyscypliny w klubie. Myślę że 5 dni za kratkami jest wystarczającą karą”.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson

6

@FCBparasiempre
Ojcem piłki nożnej w Argentynie okazał się Alexander Watson Hutton, osierocony przez oboje rodziców zanim skończył 5 lat. Wychowywany przez babke ze strony matki trafił później do ,,Daniel Stewart Hospital School” w Edynburgu. Watson Hutton był zapalonym piłkarzem. W 1880 r. zaproponowano mu prace w ,,St Andrew’s Scots School” w Buenos Aires. Rok później ukończył z bardzo dobrym wynikiem filozofie na uniwersytecie w Edynburgu i wypłynął z Liverpoolu aby objąć nową posade, choć do Argentyny przybył dopiero 25 lutego 1882 r. Piłka nożna była zaś dla niego czymś dużo ważniejszym niż sport. Być może ze względu na to że dwóch jego braci zmarło na gruźlice uważał że dzięki niej może poprawić swoją kondycje a innymi słowy: przedłużyć życie. Mało kto ze społeczności wygnańców mógłby się z tym nie zgodzić ale większość wolała jednak rugby. Jeden z artykułów w ,,Heraldzie” określał nawet futbol lekceważącym mianem ,,zwierzęcej gry”. Zarząd szkoły ,,St Andrew’s” także był sceptyczny i różnica zdań na tle liczby godzin poświęconych piłce nożnej w programie nauczania a także niezgoda na budowę sali gimnastycznej i powiększenie boiska sprawiły że Watson Hutton stracił w końcu cierpliwość i zrezygnował z posady. Człowiek mniej zdeterminowany pogrążyłby się pewnie w żalu i poczuciu krzywdy a może nawet rozważał powrót do kraju ale Watson Hutton był wierny swojej drodze. Założył English High School, która rozpoczęła działalność drugiego lutego 1884 roku. Dwa lata później, z piłką na czołowym miejscu w programie nauczania, szkoła miała 50 uczniów w internacie oraz 500 dochodzących na lekcje i musiała się przeprowadzać w poszukiwaniu większej powierzchni a że brytyjskie szkoły przyjmowały nie tylko członków rodzin przybyszów z ojczyzny ale także dzieci argentyńskiej elity, piłka nożna zaczęła się rozprzestrzeniać wśród lokalnej społeczności. Edynburskie korzenie Watsona Huttona pozostały dla nich najważniejsze także w Buenos Aires. W marcu 1855 roku poślubił Margaret Budget w kościele prezbiteriańskim Świętego Andrzeja. Rok później urodziło się pierwsze z ich trójki dzieci Arnold, który również będzie miał ważną rolę do odegrania we wczesnych latach rozwoju argentyńskiej piłki. W lipcu 1886 r. z kolei na scenie pojawił się inny stary znajomy William Waters, syn gospodyni Watsona Huttona z Edynburga, który przybył do Buenos Aires aby podjąć pracę w ,,English High School” i przywiózł ze sobą worek skórzanych piłek. Legenda głosi że sflaczałe futbolówki zdumiały celników w porcie, którzy z początku sądzili że mają do czynienia z bukłakami na wino albo czapkami ze skóry aż w końcu opisali je jako,, rzeczy dla zwariowanych Anglików". W przyszłości Waters stanie się wziętym importerem sprzętu sportowego do Ameryki Południowej ale pierwsze sukcesy odnosił na boisku. Gdy tylko Watson Hutton umieścił futbol w centrum programu nauczania ,,English High School”, inne szkoły poszły za jego przykładem a równocześnie do Argentyny zaczęli napływać zaznajomieni już z grą robotnicy kolejowi z Wielkiej Brytanii. Spotkanie starych Mistrzów i niedawno nawróconych przyniosło znakomite efekty i nowa dyscyplina rozwijała się błyskawicznie. Już w 1888 roku Argentyna miała pierwszą okazję do oglądania piłki w wydaniu międzynarodowym. Z okazji urodzin królowej Wiktorii reprezentacja brytyjskiej społeczności z Buenos Aires rozegrała mecz z Brytyjczykami z Montevideo; wydarzenie to powtarzano co roku przez kolejne sześć lat. Do 1890 roku nawet Rosario położone blisko 200 mil na północny zachód od Buenos Aires miało już dwie drużyny: Athletic dla klasy zarządzającej i Central dla robotników. Rok później postawiono kolejny ważny krok w dziejach argentyńskiej piłki. Grupa imigrantów pod przywództwem Aleca Lamonta, szkockiego nauczyciela z Saint Andrews doprowadziła do spotkania przedstawicieli pięciu klubów: Old Caledonians, Buenos Aires and Railways, Buenos Aires Futbol Club, Belgrado Football Club i San Andreas Scots Athletic Club i założenia Argentine Association Football League. Waters został kapitanem i trenerem St Andrews, które zdobyły pierwsze Mistrzostwo Ligi, pierwsze w historii mistrzostwo ligi piłkarskiej powstałej poza Wielką Brytanią. W drużynie Watersa grali wyłącznie Szkoci, podobnie jak w zespole, który zajął drugie miejsce czyli Old Caledonians złożonym głównie z pracowników brytyjskiej firmy hydraulicznej Bautaume & Peason, którą sprowadzono do budowy sieci kanalizacyjnej w Buenos Aires.

Rok później cierpiąca na brak środków i kryzys przywództwa liga się rozpadła. Ocalenie przyniósł Watson Hutton, który doprowadził do wznowienia rozgrywek 21 lutego 1893 roku. Od tamtej pory boję o mistrzostwo Argentyny toczą się co roku a zarządzającą nimi instytucję uważa się za najstarszą w Ameryce Południowej i ósmą pod tym względem na całym świecie. Watson Hutton stał na jej czele do 1886 roku, co jakiś czas sędziując mecze i dalej zarządzając English High School w rozgrywkach z sezonu 1893 wzięło udział 5 drużyn a tytuł wywalczył Lomas, brytyjski klub założony przez absolwentów ,,Bedford School” na fotografii przedstawiającej pierwszych Mistrzów Argentyny widzimy 12 mężczyzn siedzących wokół A. Lesliego, mężczyzny o łagodnym spojrzeniu i siwych wąsach, ubranego w ciemny garnitur z muszką i poszetką, malowniczo wylewającą się z kieszeni na piersi. Z 13 nazwisk tylko jedno (F. Nobili) nie jest w sposób oczywisty brytyjskie lub irlandzkie. Jak podaje książka wydana w 2006 roku z okazji 115-lecia klubu, ponad 500 osób przyszło obejrzeć pojedynek Lomas z Flores. W tamtym pierwszym sezonie fotografia z epoki pokazuje widzów siedzących na drzewach i oglądających mecz ponad głowami trzech czy czterech rzędów fanów znajdujących się dookoła linii bocznej. Na kolejnym zdjęciu ze starcia z ,,English High School” zwraca uwagę arbiter, którego podkręcone wąsy korespondowały z dewizą, sędziujący spotkanie w marynarce, kamizelce, szerokich białych spodniach i cyklistówce. Z początku Lomas nadawał ton rozgrywkom wygrywając pięć z sześciu pierwszych sezonów nowo powstałej ligi. Kiedy ten jeden raz ulegli, wyprzedziły ich własne rezerwy Lomas Academicals. Zmierzch jednak, gdy już się rozpoczął zapadł szybko. Kiedy w 1908 roku wprowadzono możliwość spadku z Ligi, klub cudem uniknął degradacji ale rok później nie udało mu się już powtórzyć tego wyczynu a jego upadek był zarazem symbolem słabnącej siły starych brytyjskich drużyn w czasach, gdy piłka podbijała kolejne społeczności i stawała się coraz bardziej argentyńska. Do 1930 roku Lomas zrezygnowało w ogóle z sekcji piłkarskiej, Chodź klub nadal istnieje i nosi zielono szkarłatno-złote barwy przyjęte w 1896 roku, skupia się na rugby. Kres hegemonii Lomas nadszedł akurat wtedy, gdy argentyński futbol uczynił wielki krok naprzód. W kwietniu 1898 roku Ministerstwo Sprawiedliwości i Edukacji Publicznej wprowadziło do szkół Wychowanie fizyczne jako przedmiot obowiązkowy zważywszy na początkową nieufność rządu wobec piłki nożnej i panikę wywołaną dekadą wcześniej na wieść o rzekomych 400 ofiarach uprawiania tego sportu w Wielkiej Brytanii (doniesienia nie precyzowały, jaką część tej liczby stanowiły ofiary śmiertelne A jaką ofiary kontuzji) a także na fakt że kompanie ubezpieczeniowe zaczęły reklamować specjalne polisy dla graczy. W ,,Standardzie" zaś przestrzegano rodziców przed zezwalaniem dzieciom na udział w tak brutalnej grze. Był to wyraźny znak że dyscyplina zyskuje akceptację. Utwierdzony w przekonaniu że futbol zapuści korzenie na ziemi argentyńskiej Watson Hutton kupił teren na boisko w północnym Buenos Aires i założył ,,Club Atletico English High School” dla uczniów, absolwentów i nauczycieli swojej szkoły. Rok później drużyna występowała już w drugiej lidze AAFL i zakończyła rozgrywki z zaledwie punktem straty do lidera Banfield. Pod nazwą Alumni przyjętą 2 lata później w związku z zakazem używania nazw placówek oświatowych w miejscach, gdzie pojawiały się reklamy, stała się potęgą, która zdominowała argentyński futbol w pierwszej dekadzie XX wieku wygrywając pierwszą ligę dziesięciokrotnie(!) w latach 1900-1911. Watson Hutton od dawna już nie grał ale jego syn Arnoldo, jak tu na niego mówiono, zadebiutował na lewym skrzydle Alumni w 1902 roku jako zaledwie 15-latek. Prawdziwa siła drużyny leżała jednak wówczas nie w latorośli Huttona ale w potomkach innej rodziny Szkockiej, która opuściła Wielką Brytanię znacznie wcześniej a w Argentynie zdążyła zapuścić korzenie znacznie głębiej. James Brown znalazł się wśród 220 Szkotów płynących na ,,Symetrii”, jednym ze statków, które wyruszyły z Leith i Greenock do Buenos Aires w 1825 roku, opłacone przez dwóch właścicieli ziemskich z Rocksbergshire, Johna i Williama Parish Robertsonów, którzy otrzymali zgodę argentyńskiego rządu na założenie ,, eksperymentalnej wspólnoty rolniczej" w Monte Grande na południe od Buenos Aires. Po czterech latach stało się jasne że eksperyment się nie powiódł ale mało kto z osadników wrócił do ojczyzny. Brown kupił własny kawałek ziemi i stał się rolnikiem pełną gębą. Jego najmłodszy syn również James miał z kolei 9 synów, z których siedmiu grało dla Alumni.

Alumni była jedną z ostatnich wielkich anglo-argentyńskich drużyn, podkreślającą że podtrzymywanie ,, brytyjskich wartości" było dla niej celem równie istotnym, jak wygrywanie i ,, dobra gra bez zaciętości". Podczas jednego ze słynnych meczów z Estudiantes piłkarze tego klubu odmówili wykonania rzutu karnego przyznanego im za zagranie jednego z rywali ręką. Mylna byłaby jednak sugestia że drużyna ta cieszyła się popularnością jedynie wśród społeczności brytyjskiej w Argentynie. Jej członkowie byli mistrzami zdolnymi do fantastycznej gry a siła ich przyciągania miała wymiar niemal powszechny i jak to zwykle bywa politycy także usiłowali ogrzewać się w ich blasku. Przy pewnej okazji Jose Figueroa Alcorta uściskał Alfredo Browna, co zdaniem pisarza Oswaldo Soriano było ,, pierwszym przypadkiem, w którym prezydent wykorzystał piłkę nożną dla własnej chwały". W czasach dominacji Alumni krajobraz wokół dynamicznie się zmienił. Buenos Aires błyskawicznie się rozrastało, częściowo za sprawą urbanizacji a częściowo z powodu imigracji z Atlantyku, głównie Włochów i Hiszpanów ale także znaczącej liczby Żydów z Polski i Rosji oraz Niemców, Brytyjczyków i ,, turcos". To ostatnie pojęcie rozciągano na wszystkich Przybyszów z Bliskiego Wschodu. W 1914 roku 80% wszystkich ludzi urodzonych w Argentynie było potomkami imigrantów, którzy przybyli tu po 1860 roku. Piłki nożnej. Drugą ligę utworzono w 1895 roku, trzecią w 1899(początkowo dla drużyn do lat 17, które brały udział w całodziennych rozgrywkach w jednej ze szkół), a czwartą w 1902 roku. Do tego czasu piłka dawno już przestała być domeną brytyjskich emigrantów. Z badań Julio Frydenberga wynika że w 1907 roku istniało co najmniej 300 klubów działających poza oficjalnym systemem ligowym. Niektóre skupiały przedstawicieli poszczególnych zawodów lub grup społecznych ale większość reprezentowała konkretne ,, barrios"(dzielnice). To fenomen który pojawił się wraz z nadejściem masowej urbanizacji i elektryfikacji. Od kiedy budynki zaczęto oświetlać i ogrzewać za pomocą prądu a nie jak dawniej gazu, można było budować dużo wyższe domy, co prowadziło do powstawania osiedli apartamentowców, charakteryzujących dzisiejsze Buenos Aires można przecież traktować jako coś, co choć częściowo zaspokaja potrzebę tożsamości. Jak twierdził Frank Zappa, każdy kraj potrzebuje armii, banku i drużyny piłkarskiej, więc klub dawał mieszkańcom ,,barrio" coś, wokół czego mogli się jednoczyć, co odróżniało ich od reszty świata i dawało poczucie przynależności do własnego obszaru. Nieprzypadkowo ogromna większość klubów tworzących dziś argentyński system ligowy powstawała w latach 1887- -1915 a więc w czasach, gdy zaczęła się także formować argentyńska tożsamość narodowa. Pierwszą całkowicie argentyńską instytucją, która powołała do życia drużynę piłkarską była Gymnasia i Esgrima z La Platy, miasta oddalonego o ponad 50 km od centrum Buenos Aires. Klub założono w 1887 roku a sekcję piłkarską utworzono w 1901 roku a więc w czasie gdy powstało już wszystkie 5 ,, grandes" tutejszego futbolu: imigranci pracujący w Dokach Buenos Aires założyli River Plate w 1901 i Boca Juniors w 1905 roku, francuscy imigranci z fabryk w Avellanedzie utworzyli Racing Club w 1903 roku, lokalnych rywali tego ostatniego klubu Independiente powołali do życia hiszpańskojęzyczni pracownicy należącego do Brytyjczyków i zarządzanego przez nich domu towarowego ,,City of London” a w końcu w 1908 roku pewien ksiądz z Almagro szukający bezpiecznej przystani dla lokalnej młodzieży wymyślił San Lorenzo. Właściwe rozgrywki międzynarodowe rozpoczęły się w maju 1901 roku, gdy drużyna złożona w większości z piłkarzy Lomas i Alumni wyprawiła się do Montevideo, gdzie pokonała reprezentację Urugwaju 3:2. Rok później Urugwaj wygrał w tym samym stosunku w Buenos Aires a od kolejnego meczu w 1905 roku grano o srebrny puchar, ufundowany przez Magnata herbacianego to masa Liptona, który również urodził się w Gorbals, kilka ulic dalej od Watsona Huttona, tyle że w 1848 roku. 1905 roku system ligowy obejmował 77 klubów rozgrywających między sobą ponad 500 meczów w sezonie. 1 czerwca tamtego roku przykładowo rywalizowały ze sobą 52 drużyny oglądane łącznie przez ponad 5000 widzów. Czterocyfrowa widownia szybko stała się normą anglo i hiszpańskojęzyczne gazety zaczęły publikować sprawozdania z meczów ligowych. Relacje ze spotkań traktowano tak poważnie że w 1912 roku ,, Herald" utrzymywał że prasa potrzebuje na stadionie specjalnych warunków do pracy i nie może zadowolić się zwykłymi miejscami na trybunach.

Największe zainteresowanie Budziły jednak zespoły przejeżdżające na tournee, co samo w sobie Zresztą świadczyło o tym że ligę argentyńską zaczęto traktować serio. Pierwszy Tour zorganizował Hippic Club, Towarzystwo Sportowe zrzeszające społeczną Elitę i kierowane przez Barona Antonio de Marchiego, który w 1904 roku zaprosił do Argentyny Southampton. Na pierwszy mecz angielskich drużyny przeciwko Alumni wstawił się nawet prezydent Republiki Julio Roca, co świadczyło o społecznej(choć może jeszcze nie sportowej) doniosłości chwili. Southampton był wówczas w pełni zawodowym klubem i Choć wciąż jeszcze grał w Southern League, awansował do finału Pucharu Anglii w 1900 i 1902 roku. Jako Zdecydowanie lepsza drużyna pokonał Alumni 3.0, wygrywając także cztery pozostałe mecze w Argentynie, strzelając ich w trakcie 29 goli i tracąc zaledwie 4 a potem udał się na drugą stronę La Platy i ograł reprezentację Urugwaju 8:1! Ewidentna wyższość Southamptonu nad miejscowymi drużynami stanowiła w oczach Brytyjczyków Buenos Aires potwierdzenie że stary kraj i stare wartości wciąż są niezrównane. Byli pod takim wrażeniem że jeszcze w 1923 roku ,, Herald" wychwalał ,, nadzwyczajną pracę głów i stóp, kunsztowną mieszankę mózgów i butów". Rok później w ślad za Southampton do Argentyny przybył Nottingham Forest robiąc taką furorę że drużyna Independiente po tej wizycie postanowiła zmienić barwy swoich koszulek z białych na czerwone(takie jakie nosili goście z Nottingham) choć została przy granatowych spodenkach. Na tamtym etapie argentyńskie drużyny nie mogły się równać nawet dość przeciętnymi zespołami angielskimi. Dzięki przyjezdnym z 1906 roku natomiast można się było zorientować, jak kraj wypada na tle reszty świata. Drużyna Afryki Południowej Przybyła rok po Nottingham Forest, była Amatorska i tworzyło ją 8 Brytyjczyków oraz siedmiu piłkarzy, którzy urodzili się w Afryce Południowej. Chociażby w tym sensie trudno ją nazwać reprezentacją kraju ale jej dyspozycja dała wgląd w poziom futbolu poza jego wyspiarską ojczyzną. Piłkarze z Afryki pokonali San Martin 6:0 i drużynę złożoną z uczniów 14:0 aż w końcu doszło do meczu który okazał się najważniejszy spośród rozegranych w Argentynie do tamtej pory. Widownia na ,,Sociedad Sportiva” nie była prawdopodobnie tak liczna jak ta, która oglądała klęskę Alumni z rąk Notthingam Forest rok wcześniej ale wiele jej nie ustępowała a tym razem mogła zobaczyć, jak drużyna Alumni z Arnoldo Watson Huttonem w składzie wygrała 1:0, odnosząc pierwsze w historii lokalnej piłki zwycięstwo nad zespołem, który przyjechał do Argentyny na tournee. ,,Herald" z typową dla siebie rzeczowością zauważył że było to szczęśliwe zwycięstwo ale szczegółowo opisał jego świętowanie. Po strzeleniu gola widzowie ,, wiwatowali aż do zachrypnięcia, kapelusze, laski i gazety pofrunęły w powietrze, wysoce Szanowni, dostojni i stateczni zwykle obywatele tańczyli z radości". Po ostatnim gwizdku tłum wbiegł na boisko i zniósł zawodników Alumni na ramionach. Piłkarze z Afryki Południowej wygrali 8 pozostałych spotkań w Argentynie ale tamto zwycięstwo Alumni okazało się przełomowe, pokazując że dystans do czołowych angielskich klubów wciąż pozostaje ogromny. Tamte pojedynki, szczególnie z Tottenhamem, stanowiły też ilustrację rosnącej różnicy zdań na temat tego, jak powinno się grać w piłkę. Widownia reagowała szczególnie nieprzychylnie na prowokowane przez Anglików starcia barw w bark. W przyszłości tego rodzaju odmienne interpretacje przepisów będą miały poważne konsekwencje.

5

0

@Lionel_Messi10 W jakiejś części użytkownik Herato ma racje. Co prawda Juliana Alvareza nigdy nie nazwałbym plackiem ale on w ostatnich meczach Argentyny nie miłosiernie pudłował! Ostatni przykład to mecz ćwierćfinałowy Argentyny z Francją, gdzie mógł a nawet powinien wyrównać stan meczu na 1:1. Z taką ,,skutecznością" to my już mamy Ferrana Torresa i drugiego takiego to ja osobiście nie chce...

0

@PatrykBarca Nie no oczywiście że to się nie wyklucza. Za Pepa również kupowano piłkarzy, tylko ilu z tych kupionych grało w wyjściowym składzie? Bodaj zaledwie trzech(Dani Alves, Abidal i David Villa). Tak więc to tylko uzupełnienie a podstawą byli i będą wychowankowie...

7

Bez pamięci zakochany w Palmeiras:

W Copa Libertadores dokonał niesamowitego wyczynu. Na mundialu w Korei i Japonii wygryzł Didę i zdobył złoto. Tak najkrócej możemy scharakteryzować tego zapomnianego nieco piłkarza. Oto Marcos, człowiek bez pamięci zakochany w Palmeiras. Brazylijski futbol zdecydowanej większości kibiców piłki nożnej kojarzy się z ofensywną i widowiskową grą. Jeśli spojrzymy choćby na skład obecnych mistrzów olimpijskich, to nasza uwaga skupi się raczej na graczach ofensywnych, takich jak Neymar czy Gabriel Jesus. Zapominamy jednak, że nie byłoby wielkich drużyn bez znakomitych bramkarzy. Jeśli spytałbym was o brazylijskiego golkipera, to wszyscy pamiętający dobre czasy Rossonerich, wskazaliby jednoznacznie na Didę, zaś kibice z czarno-niebieskiej części Mediolanu przywołaliby postać Julio Cesara. Jedynie starzy wyjadacze lub piłkarscy „hipsterzy” wspomnieliby o Gilmarze czy Emersonie Leao. Jednak mało kto pamięta, że Brazylia z 2002 roku(ta z Rivaldo, Ronaldinho i Ronaldo) posiadała w swoich szeregach Marcosa Roberto Silveira Reisa, czyli w skrócie po prostu Marcosa. Człowieka, który został legendą swojego ukochanego Palmeiras. Marcos urodził się 4 sierpnia 1973 roku w Oriente, w stanie São Paolo. W bramce Palmeiras zadebiutował jako 18-latek. Mierzący 193 cm wzrostu zawodnik rozegrał dla swojego klubu aż 532 spotkania. Od innych bramkarzy odróżniał go nie tylko talent i wierność klubowa, ale także… numer na plecach. Zawodnik popularnych Verdão przez całą karierę występował z, nie tak popularnym wówczas, numerem „12” na plecach. Rolę podstawowego bramkarza klubu wywalczył w 1999 roku na skutek kontuzji odniesionej przez Velloso, który w tamtym czasie był pierwszym wyborem trenera. To był przełomowy moment w karierze Marcosa. W ćwierćfinale Copa Libertadores, Palmeiras trafił na odwiecznego rywala – Corinthians. Dwumecz nie rozstrzygnął rywalizacji (2-2). O zwycięstwie musiały zadecydować rzuty karne. w których lepsi okazali się gracze z Sao Paolo (4-2). Wybroniona jedenastka Marcosa była wisienką na torcie.

W półfinale Palmeiras okazał się lepszy od River Plate. Klub stanął przed szansą wywalczenia swojego pierwszego w historii tytułu dla najlepszej drużyny Ameryki Południowej. Po zaciętych spotkaniach finałowych z kolumbijskim Deportivo Cali (2-2), drużyna Marcosa ponownie musiała sprawdzić się w strzelaniu jedenastek. Znowu dzięki wspaniałej postawie swojego bramkarza, dowiodła, że potrafi wyjść z tej rywalizacji zwycięsko (4-3). To dzięki jego wspaniałym popisom w bramce doszło do niecodziennej sytuacji. Golkiper Palmeiras został wybrany najlepszym bramkarzem turnieju, najbardziej wartościowym graczem finału i MVP całego Copa Libertadores, choć trzeba uczciwie przyznać, że w samym konkursie jedenastek, to rywale pudłowali. Dostał doceniony za całokształt. Rok później los ponownie skrzyżował Corinthians z Palmeiras. Tym razem na poziomie półfinału. Nikogo nie powinno dziwić, że o zwycięstwie musiały zadecydować… rzuty karne. Najjaśniejszą postacią konkursu jedenastek okazał się być – nikt inny jak Marcos. Dopiero w finale drużyna z Sao Paulo uległa Boca Juniors. Popisy bramkarza Palmeiras nie mogły umknąć uwadze selekcjonera Vanderleia Luxemburgo. Reprezentacyjny debiut Marcosa przypadł na towarzyskie spotkanie z Hiszpanią w listopadzie 1999 roku. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Później przez dłuższy czas golkiper z Sao Paolo musiał godzić się z rolą rezerwowego. Pierwszym wyborem w kadrze był Rogerio Ceni lub Dida. W czerwcu 2001 r. Luiz Felipe Scolari objął stanowisko selekcjonera Canarinhos, zastępując Emersona Leao. W jego reprezentacji podstawowym bramkarzem został Marcos, którego znał doskonale z Palmeiras. To brazylijski trener poprowadził ich do tryumfu w Copa Libertadores. Golkiper dopasował się poziomem gry do kolegów z zespołu – wystąpił we wszystkich siedmiu spotkaniach turnieju, cztery razy zachował czyste konto i pomógł Brazylii wywalczyć piąty tytuł mistrzów świata. Marcos znalazł się w trójce najlepszych piłkarzy mundialu na swojej pozycji. Przeciwnicy Brazylijczyków jedynie cztery razy zmusili go do kapitulacji. Po udanym mundialu, Marcos otrzymał propozycję gry w Arsenalu. Bramkarz udał się do Londynu w celu podpisania kontraktu z Kanonierami. Oparciem dla piłkarza w szatni miał być jego rodak – Edu. Przed ostatecznym zawiązaniem transakcji okazało się, że bramkarz zniknął… Po prostu wrócił do rodzinnego Sao Paolo i oznajmił, że wolałby grać z Palmeiras nawet w drugiej lidze, niż występować w klubie z Europy. Pieniądze nigdy nie były dla niego najważniejsze. W ten sposób został „one club manem”.

Miłość, która połączyła Marcosa z Palmeiras była zdecydowanie obustronna. 21 września 2008 r. rozegrał on mecz numer 400 dla swojego klubu. Okazja ta nie mogła umknąć włodarzom i kibicom. Zawodnik został uhonorowany symboliczną koszulką. Na jej odwrocie widniał napis „O melhor goleiro do Brasil” („najlepszy bramkarz Brazylii”) oraz symboliczny numer „400”. Ponadto trykot zdobiły wymienione tytuły Marcosa, wywalczone zarówno z Palmeiras, jak i brazylijską kadrą. Ot, kolejny dowód wiernego uczucia. W styczniu 2012 r. Marcos zakończył piłkarską karierę w wieku 38 lat, pozostając do końca wierny jednej drużynie z rodzinnego São Paolo.


@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

0

@ObiwanKenobi To akurat nie tragedia, takie coś trener może szybko skorygować i będzie cacy...

0

@cules100pro Owszem są młodzi ale jak patrze na takiego Faye czy Pablo Torre, nie wspominając już o Pau Cubarsim, to myśle że oni śmiało mogą grać nawet w pierwszej jedenastce, ewentualnie wchodzić z ławki rezerwowych...

0

@thcmenel420 No zgadza się ale mi chodzi o to aby akurat przed tym sezonem nie robić żadnego trensferu do nas za kase. Co najwyżej jakiś rozsądny za darmo i tyle.

3

Pomijąjąc już sam fakt El Clasico, w którym z bardzo dobrej strony pokazały się nasze młode wilczki z La Masii, to po cholere nam jakieś transfery Olmo za wielkie pieniądze? Największe sukcesy FC Barcelony za czasów Guardioli były dziełem ,,naszych" wychowanków! Trzeba twardo postawić na szkółke Blaugrany, gdyż to ona jest przyszłością tego klubu a nie Lewandowski czy Raphinia...

9

Drugi w historii niemiecki trener Blaugrany:

3 sierpnia 1981 r. Udo Lattek po raz pierwszy poprowadził na ławce trenerskiej FC Barcelone. Urodzony w 1935 r. niemiecki trener prowadził Blaugrane w latach 1981-83. Do Katalonii trafił z Borussi Dortmumd, zastępując na stanowisku legendarnego Helenio Herrere. W ciągu dwóch lat na ławce Barçy zdobył Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Ligi oraz Puchar Króla. Słabe wyniki w lidze sprawiły jednak iż w marcu 1983 r. został zwolniony. Ogółem był trenerem Blaugrany w 76 meczach, z których jego zespół wygrał 42. Krótko po zwolnieniu trafił do Bayernu Monachium. Jak spisze się trzeci w historii Dumy Katalonii Niemiec? Miejmy nadzieje że nie gorzej od Lattka? O tym przekonamy się już niebawem…



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson

2

@dzefrej234 Dopiero o 21:15 będzie. Na Eleven oczywiście.
A widze że jednak na drugim Elevenie będzie o 14:00

1

@Adran360 No jasne że zawsze miło skopać dupe madridistom!

6

Przed nami El Clasico po raz 300 w historii a więc jubileuszowy i po raz 43 towarzysko. W meczach towarzyskich bilans jest na korzyść Blaugrany: 24 zwycięstwa, 12 remisów i 6 porażek. Mimo że to tylko mecz towarzyski, to zawsze Vamos Barço! Vamos a ganar!

0

,,Wystarczy powiedzieć, że Barça wygrała ostatni pojedynek z Realem w Stanach Zjednoczonych 3:0, a później nie zdołała sięgnąć po żadne trofeum, podczas gdy Los Blancos zdobyli aż trzy tytuły". To jedno zdanie w zasadzie wyjaśnia wszystko o podejściu do dzisiejszego El Clasico. W tym meczu nie ważny jest wynik, tylko gra naszych milusińskich i bardzo dobre(zwłaszcza fizyczne) przygotowanie do sezonu...

5

@FCBparasiempre
Do opisu piłkarskiej kariery Osvaldo Ardilesa (zarówno tej zawodniczej, jak i menedżerskiej) najbardziej pasowałaby cyfra jeden. Był pierwszym argentyńskim piłkarzem w szeregach Tottenhamu (to miano dzieli z reprezentacyjnym kolegą), a także pierwszym zagranicznym trenerem tego zespołu. Jest jedynym przedstawicielem ,,Albiceleste” uwzględnionym na liście stu najlepszych graczy w historii angielskiej Football League. Głównie jednak tytuł artykułu nawiązuje do numeru jeden, z którym biegał na plecach w czasie mistrzostw świata, chociaż nie jest bramkarzem. Dlaczego tak się stało? Bell Ville, czyli niewielkie miasto znajdujące się w Cordobie, argentyńskiej prowincji w centralnej części kraju. 3 sierpnia 1952 roku urodził się tam Osvaldo Ardiles. Dwa lata później w tym samym miejscu przyszedł na świat Mario Kempes. Obaj panowie ze swoją narodową drużyną zdobyli w 1978 roku mistrzostwo świata i to na turnieju odbywającym się w ich ojczyźnie. Trudno o lepszą laurkę dla miejscowości, dumnie tytułującej się „Narodową Stolicą Futbolu”, ze względu na… ogromną liczbę fabryk produkujących piłki do gry. Co można robić w wolnym czasie w takim mieście? Tylko jedno. Wypada uprawiać ten piękny sport. Z takiego założenia wyszedł właśnie młody Ardiles, który godzinami przebywał na ulicach z piłką u nogi. Był bardzo niski, ale nie lubił pozbywać się futbolówki, dlatego dryblował, dryblował i dryblował. Jego sposób poruszania się przypominał wijącego się węża, więc brat nadał mu przydomek Pyton (Pitón). Jego pierwszym klubem był Instituto de Córdoba, znajdujący się w mieście oddalonym o dwieście kilometrów od Bell Ville. W seniorskim zespole zadebiutował w 1973 roku, a kilkanaście miesięcy później porzucił studia prawnicze, żeby w całości oddać się profesjonalnemu futbolowi. Pozostaje się tylko cieszyć, że podjął wówczas taką decyzję. W Argentynie najwięcej spotkań zanotował dla Huracánu, gdzie rozegrał ponad sto meczów w ciągu trzech sezonów. Jego klubowa kariera w ojczyźnie zakończyła się zaraz po zdobyciu złota w 1978 roku. W reprezentacji Albiceleste pierwszy występ zaliczył trzy lata przed punktem kulminacyjnym kariery. Powołanie otrzymał od Cesare Menottiego, który był selekcjonerem argentyńskiej kadry od 1974 do 1982 roku. Ardiles miał zatem zadebiutować na mistrzostwach świata nie byle gdzie, bo we własnym kraju. Argentyna na organizatora została wybrana przez władzę FIFA stosunkowo wcześnie, czyli już w 1966 roku, chwilę przed startem mundialu w Anglii. Przez te kilka lat sytuacja w państwie diametralnie się zmieniła, ponieważ od roku 1976 rządy sprawowała tam wojskowa junta. Kilkanaście miesięcy przed startem turnieju zanotowano tajemnicze zniknięcia ponad pięciu tysięcy ludzi, a do innych krajów zaczęły napływać informacje o różnych obozach dla więźniów politycznych. Niektóre reprezentacje, na czele z Holandią, były gotowe na rezygnację z wyjazdu do Ameryki Południowej i bojkot mundialu. Ostatecznie jednak do niczego takiego nie doszło, a argentyńska propaganda zadbała o to, aby niebiesko-biały Puchar Świata pięknie „opakować” i sprzedać mediom. Powszechne opinie o faworyzowaniu kadry Albiceleste trudno podważyć, skoro gospodarze każdy swój mecz grupowy grali wieczorem, gdy znali już wyniki rywali. W drużynie Menottiego, obok Ardilesa, występowali m.in. wcześniej wspomniany Kempes, a także Leopoldo Luque czy Daniel Passarella, kapitan reprezentacji. Argentyńczycy, nie bez kontrowersji, doszli do finału, gdzie po dogrywce pokonali Holendrów 3:1. Bohaterem gospodarzy został Kempes, zdobywca sześciu goli na całym turnieju, w tym dwóch w ostatnim spotkaniu.

Osvaldo Ardiles był pewnym punktem środka pomocy swojego zespołu, ale na mistrzostwach nie udało mu się strzelić żadnej bramki. Grał na tyle dobrze, że zapracował sobie na transfer do Wielkiej Brytanii. Mimo że już na pierwszym wielkim turnieju zdobył ze swoją kadrą złoty medal, to bardziej został zapamiętany z kolejnego mundialu, w 1982 roku rozgrywanym w Hiszpanii. Argentyńczycy, już z Diego Maradoną w składzie, co prawda nie zmieścili się nawet na podium, ale wyróżnili się nietypowym przydziałem numerów. Było bardzo dużo kłótni o to, kto ma występować z jakim numerem, więc Cesare Menotti zarządził, że koszulki zostaną przyznane według alfabetu. Jednak zupełnie poza tym porządkiem Maradona otrzymał „dziesiątkę. To musiała być już samodzielna decyzja Menottiego. Co ciekawe, jak za sprawą magii, Kempes również dostał ten numer, tylko że cztery lata wcześniej – Ardiles wyjaśnia powód jego niecodziennej cyfry na stroju reprezentacji. Ardiles, jak łatwo się domyślić, otrzymał „jedynkę”. Bramkarz Hector Baley występował z „dwójką”, natomiast inny golkiper, Ubaldo Fillol z… numerem siedem. Kibice musieli być naprawdę mocno zdziwieni. Co ciekawe, przygoda Osvaldo z argentyńską reprezentacją zakończyła na mistrzostwach świata w Hiszpanii. Dla Albicelestes grał zaledwie przez siedem lat, ale wystąpił w 52 spotkaniach i strzelił osiem goli – wynik nie najgorszy, jak na środkowego pomocnika. Po zwycięskim finale w 1978 roku europejskie kluby zaczęły interesować się piłkarzami z Argentyny. Wciąż jednak sprowadzenie graczy z Ameryki Południowej wiązało się z niemałym ryzykiem. Mimo to, na taki ruch zdecydowały się władze Tottenhamu i chwilę po mundialu klub ten zakupił Ardilesa oraz jego kolegę z kadry, Ricardo Villę. Pamiętajmy, że był to schyłek lat 70-tych a transferowy boom w Anglii na zagranicznych zawodników miał rozpocząć się dopiero ponad dekadę później. Obaj panowie byli zatem prawdziwymi pionierami, jeśli chodzi o argentyńskich piłkarzy na Wyspach Brytyjskich. Żadna ze stron nie mogła jednak narzekać na ten ruch. ,,Pojawiliśmy się razem z Rickym i zaczęliśmy prezentować zupełnie odmienny sposób gry. Szybko podawaliśmy piłkę w środku pola i nie przywykliśmy za bardzo do siłowych starć. Natomiast w Anglii gra toczyła się głównie w powietrzu, było dużo agresji i jeszcze więcej dośrodkowań. Dwa całkowicie inne style. To musiało się w końcu zmienić, ponieważ my graliśmy w jeden sposób, a reszta drużyny, w drugi” – Ardiles o początkach w Anglii. Mimo niezbyt dobrych początków Ardiles do dziś jest w Tottenhamie symbolem wspaniałych czasów. Argentyńczyk, mierzący zaledwie 168 centymetrów, ale niezwykle utalentowany technicznie, stał się ulubieńcem kibiców Kogutów. W swoim trzecim sezonie na White Hart Lane poprowadził zespół do zwycięstwa w FA Cup (1981 rok). Był czołową postacią drużyny razem ze swoim kolegą Villą oraz klubową legendą, Glennem Hoddlem. W następnym sezonie Tottenhamowi udało się powtórzyć ten wyczyn w Pucharze Anglii, ale Ardiles nie wystąpił w finale, ponieważ na długo przed tym spotkaniem uzgodnił z zarządem, że wyjedzie wcześniej na zgrupowanie kadry Argentyny, która przygotowywała się do mundialu w Hiszpanii. Wymienione wyżej trio prowadziło Koguty do walki również na innych frontach. W 1981 roku bardzo długo liczyli się w wyścigu o krajowe mistrzostwo, ale ostatecznie ukończyli ligę na czwartym miejscu. W tym samym sezonie wystąpili także w finale Pucharu Ligi, gdzie dopiero po dogrywce przegrali z Liverpoolem, późniejszym mistrzem Anglii. ,,Zanim tu przybyłem, uczyłem się angielskiego od siedmiu lat, a Ricky – nie. Mogłem zatem poczytać sobie gazety i rozmawiać z innymi zawodnikami, a Ricky miał z tym problem, bo nie znał języka. Robiliśmy to co Anglicy, czyli chodziliśmy do kina i jedliśmy ryby z frytkami. Ale jedną z najdziwniejszych rzeczy do zrozumienia było to, że sklepy były zamknięte w niedziele. Nikt nas o tym nie poinformował! W soboty graliśmy mecze, wychodziliśmy wieczorami… a w niedziele nie było co robić”– Ardiles o kulturowych różnicach między Anglią a Argentyną.

Wiosną 1982 roku wybuchła wojna o Falklandy, w której po przeciwległych stronach stanęły Wielka Brytania oraz Argentyna. Więcej o tym konflikcie zbrojnym, przeniesionym później na poziom sportowy, można przeczytać tutaj. Ardiles, po zwycięskim półfinale z Leicester, udał się na wyżej wspomniane zgrupowanie drużyny narodowej, zanim wojna tak naprawdę się rozpoczęła. Spór zaczął rozwijać się właśnie w czasie przerwy reprezentacyjnej, a zakończył w czerwcu, kiedy trwały już mistrzostwa w Hiszpanii. Jak sam Osvaldo wspomina, to był najgorszy moment jego życia – oglądanie walk między dwoma ukochanymi krajami. Napięcia na linii brytyjsko-argentyńskiej sprawiły, że kariera Ardilesa w Tottenhamie została zawieszona. Uznał, że nie może na daną chwilę grać na angielskich boiskach, dlatego zdecydował się na roczne wypożyczenie do Paris Saint-Germain, gdzie jednak spędził fatalne miesiące. Powrócił na White Hart Lane po jednym sezonie i to w wielkim stylu. Pomógł Kogutom w wygraniu Pucharu UEFA, wchodząc na boisko z ławki w rewanżowym starciu finałowym, przeciwko Anderlechtowi. Jego karierę w Londynie zatrzymało złamanie nogi. Szeregi Tottenhamu opuścił w 1988 roku, a trzydzieści lat później, razem z Villą, został uwzględniony w Galerii Sław tego zespołu. W białej koszulce wystąpił w ponad dwustu spotkaniach ligowych. W przypadku Osvaldo i Kogutów, warto wspomnieć jeszcze dwie historie. W 1981 roku z okazji finału Pucharu Anglii Ardiles… nagrał singiel, wraz z duetem Chas & Dave. Kawałek zatytułowany jest „Ossie’s Dream”. Ossie to ksywka, którą nadali mu brytyjscy kibice. Piosenka ma prosty tekst, ale przy tym jest całkiem przyjemna i wpada w ucho. Musiała spodobać się nie tylko fanów londyńczyków, ponieważ po wygranej nad Manchesterem City w finale, utwór ten… zajął piąte miejsce na liście przebojów w Wielkiej Brytanii. Co za debiut Ardilesa! Nigdy nie ustawiłem tej piosenki na dzwonek w telefonie. Wiem, że niektórzy ludzie tak myślą, ale to nieprawda. Mój syn to zrobił, niektórzy moi znajomi też, ale ja nie! – Ardiles z uśmiechem na twarzy odpierał zarzuty dotyczące „Ossie’s Dream”. Osvaldo został zapamiętany także z zabawnej wpadki. Po wygraniu wspomnianego finału FA Cup, zespół Tottenhamu został zaproszony na spotkanie z księżną Anną. Wszyscy zawodnicy założyli uroczyste smokingi. To znaczy, prawie wszyscy. Ardiles wraz z Villą przyszli ubrani w zwykłe koszule i dżinsy. Nikt nam nie powiedział, że księżna Anna tam będzie! Na szczęście nie było tak źle, bo mieliśmy na sobie jeszcze marynarki, a ktoś podrzucił nam później krawaty, ale żony kolegów miały na sobie piękne, długie suknie, a nasze wyglądały, jakby wyszły na zakupy. Były wściekłe. Wiecie jakie są kobiety. Londyński Tottenham zamienił na Blackburn. Chociaż dla tamtejszych Rovers występował przez niecały rok, to tam także zdążył zapisać się na kartach historii. Otóż Ardiles, Dino Baggio i Youri Djorkaeff to jedyni zawodnicy w dziejach niebiesko-białych, którzy zaliczyli występy w finale mistrzostw świata. Karierę piłkarską zakończył ostatecznie w 1991 roku w Swindon Town, gdzie, niemal z miejsca, z piłkarza przemienił się w trenera. Fanów Swindon zaskoczył bardzo szybko, ponieważ grę długimi podaniami zastąpił kombinacyjnymi akcjami. Ta transformacja okazała się na tyle skuteczna, że ten efektowny i atakujący sposób obwołano „Samba style”. Ardiles poprowadził Swindon do czwartego miejsca w Second Division, co sprawiło, że dostali się do play-offów. W półfinałach jego drużyna pokonała Blackburn, a następnie w finale na Wembley – Sunderland. Euforia w klubie po historycznym awansie jeszcze nie ustała, gdy po dziesięciu dniach okazało się, że zespół… zostanie odesłany do trzeciej ligi! Powodem były zaległości w płaceniu pensji piłkarzom. To było straszne. Byłem na wakacjach w Argentynie, kiedy prezes zadzwonił do mnie i powiedział, że zostaliśmy właśnie zdegradowani do Third Division. Wróciłem natychmiast do Anglii, żeby pomóc klubowi w sądowej walce. W tamtym czasie w angielskiej piłce działo się wiele złych rzeczy, ale Swindon posłużyło po prostu za przykład. Oczywiście gra musiała pozostać czysta, ale to nie było fair, że takie coś spotkało tylko nas.

Ardiles wkrótce opuścił rozbitą drużynę na rzecz Newcastle United, gdzie jednak został zwolniony po dwunastu miesiącach. Roczny epizod zaliczył także w West Bromwich Albion, aż w końcu zaproponowano mu pracę w jego ukochanym Tottenhamie. Na White Hart Lane szybko okazało się, że był zdecydowanie lepszym piłkarzem niż trenerem. Zajął z Kogutami dopiero piętnaste miejsce w lidze, przez co ponownie został wyrzucony… po roku. Mimo fatalnych wyników jako szkoleniowiec, legenda Ardilesa-zawodnika w północnym Londynie jest niepodważalna. Po Tottenhamie czekała go już tylko droga w dół. Do 2012 roku pracował aż w jedenastu klubach, których nazwy w większości przypominają bardziej egzotyczne napoje niż drużyny piłkarskie. Pisząc o Osvaldo Ardilesie, nie można nie wspomnieć o jego debiucie na kinowym ekranie. W 1981 wystąpił w filmie „Ucieczka do zwycięstwa”, który opowiada o meczu piłkarskim w nazistowskim obozie między jeńcami wojennymi a Niemcami. Największymi aktorskimi gwiazdami byli tam Michael Caine oraz Sylvester Stallone, ale obok bohatera tekstu pojawili się tam także inni znani piłkarze, m.in. Pele, Kazimierz Deyna oraz Bobby Moore. Osvaldo Ardiles – piłkarz, piosenkarz, aktor. Trochę słabszy trener, ale w końcu pamiętajmy, że nie można mieć wszystkiego.

Osiągnięcia zespołowe:

Tottenham Hotspur

1x Puchar UEFA (1984)

1x Puchar Anglii (1981)

Reprezentacja:

1x Mistrzostwo Świata (1978)

5

Żywa legenda argentyńskiego futbolu z numerem jeden:

@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Sysia11

8

Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:

3 sierpnia 1916 r. urodził się Jose Manuel Moreno, jeden z najlepszych napastników w historii argentyńskiego futbolu, 3-krotny Zdobywca Copa America(1941,1942 i 1947) oraz 5-krotny Mistrz Argentyny(1936,1937,1941,1942 i 1945(z River Plate). Moreno to jeden z trzech(obok Ariena Robbena i George Weah) piłkarzy, którzy zdobyli mistrzostwo czterech różnych państw.

Jose Manuel grając w River Plate Buenos Aires współtworzył jego atak zwany ,,La Máquina”, dzięki któremu klub dominował w futbolu argentyńskim lat 40-tych. Moreno swoją karierę zaczynał w skromnym klubiku Estrella de Brandsen, w dzielnicy Boca. Jednak Boca Juniors(bowiem pod latarnią jest najciemniej) nie dostrzegł iż ma w zasięgu ręki taki skarb. Natychmiast skorzystał z tego odwieczny rywal River Plate, gdzie młody Moreno w pierwszym zespole zadebiutował w 1935. Grał tam do 1944, tryumfując w lidze w sezonach 1936-37/41-42. Następnie zapewnił klubowi España tytuł mistrza Meksyku w sezonie 1944-45 i ponownie wrócił do River aby zostać mistrzem ligi w 1947. W 1949 r. wyprowadził na szczyt chilijski Universidad Catolica. W 1950 r. grubo po niewczasie pozyskał go wreszcie Boca. Na pół sezonu powrócił do Universidad Catolica by w latach 1952-53 zasilić urugwajski Defensor. W tymże 1953 roku sprawił sensację pojawiając się znów w Buenos Aires, tym razem w barwach Ferro Carril Oeste lecz już w 1954 wyemigrował do kolumbijskiego Independiente Medellin, gdzie występował jeszcze rok zdobywając w 1955 r. mistrzostwo jako grający trener. Ten obieżyświat w samej tylko lidze argentyńskiej strzelił 187 goli! W reprezentacji w 33 spotkaniach(w latach 1936-50) strzelił 20 goli. To mówi wiele choć nie wszystko. Jose był prawdziwym fenomenem, wyjątkowo hojnie obdarowanym przez naturę. Wysoki, herkulesowej budowy, elastyczny i gibki, wszystko czego się tknął robił z niebywałą łatwością jakby od niechcenia. I wychodziło mu wszystko- czarodziejskie zwody, potężne bomby z ziemi i powietrza, ,,palomity’’ godne samego Erico, podania tak precyzyjne, iż zyskały miano ,,los pases milimetricos’’. Przy tym był dobrym duchem każdego zespołu, urodzonym liderem i przywódcą. Pracował na całej długości i szerokości boiska, z profesorskim zacięcie dyrygując kolegami, którzy poszli by za nim w ogień. Niezwykle przystojny, o zniewalającym uśmiechu pod iście zabójczym, smolistym wąsem, zdobywał kobiety jednym spojrzeniem. I korzystał szerokim gestem z tych darów losu. Czas poza boiskiem wypełniały mu wyłącznie rozkosze stołu i łoża. Po szalonej nocy Moreno zasiadał w restauracji, pochłaniał ogromną porcję ulubionego kurczaka, popijając to jedną lub dwiema butelkami czerwonego wina. Bezpośrednio po obfitym deserze szedł na stadion, przebierał się jakby nigdy nic w szatni, po czym grał niczym młody Bóg! W 1939 r. kierownictwo klubu postanowiło ukrócić te szaleństwa. ,,Charro’’(jak go nazywano) wspominał owe dydaktyczne zapędy z rozbawieniem: ,,Skruszony, w poczuciu winy, postanowiłem się zmienić. Przez tydzień kładłem się spać przed północą, wstawałem rano i wypijałem szklankę mleka. W niedzielę graliśmy z Independiente. Dostaliśmy baty 0:3 a ja snułem się po placu. Kierownictwo klubu za brak sportowej postawy zdyskwalifikowało mnie, nakładając jeszcze karę pieniężną. Jednak koledzy ujęli się za mną i ogłosili strajk solidarnościowy’’. Kilka tygodni River grało składem rezerwowym, po czym dyrekcja klubu skapitulowała. Na Moreno nie było siły. Tegoż wieczoru wszystkie knajpy Buenos Aires stały dlań otworem. Z fenomenalnym dryblerem Enrique Garcia tworzyli niezrównaną parę boiskowych kpiarzy i żartownisiów. Podczas meczu z Urugwajem mieli do czynienia ze znakomitym obrońcą Schubertem Gambetta(mistrzem świata z 1950 r.). Był jednak bezradny wobec ich bezbłędnej wymiany piłek, której towarzyszył następujący dialog: ,,Służę panu, señor Garcia-mówił Moreno, podając piłkę koledze. ,,Zaraz ją panu zwrócę, doktorze Moreno’’-odpowiadał Garcia. ,,Ależ żadną miarą, inżynierze Garcia. Pańska kolej!.... I tak przekomarzali się dobre dwie minuty a futbolówka krążyła między nimi jak zaczarowana….

Podczas Copa America 1947 roku Argentyna miała zadebiutować meczem z Paragwajem. W przeddzień spotkania Moreno zmylił czujność trenera i wraz z Marinim wymknął się chyłkiem z hotelu, przebalował niemal całą noc, nad ranem zdrzemnął się 3 godzinki i niebawem świeżutki jak skowronek poprowadził drużynę do meczu. ,,Guarani’’ polegli 0:6 a Jose Manuel strzelił cudownego gola i był najlepszy na płycie. Cały on….!



@Sysia11
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

9

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

3 sierpnia 1919 r. w Krakowie urodził się Mieczysław Gracz, napastnik. Wychowywał się w krakowskiej dzielnicy Grzegórzki. To tam razem z kolegami uganiał się za szmacianką po ulicach. W szkole, do której chodził, nauczał Józef Kałuża, dlatego taż młody chłopak początkowo sympatyzował z Cracovią. Grał i trenował wtedy w klubie Grzegórzecki ale kiedy miał 14 lat, postanowił z kolegami poszukać miejsca, gdzie mogliby się bardziej rozwinąć. Mając w ręku pisemną rekomendację od Kałuży, udali się na stadion Cracovii, ale nikogo tam nie zastali, a szatniarz kazał im przyjść za kilka dni. Postanowili więc poszukać szczęścia po drugiej stronie Błoń. Tam spotkali Adama Obrubańskiego, który zaprosił ich do rozegrania meczu z juniorami Wisły. Gracz i koledzy wygrali 7:1. Dwa lata później chłopak zadebiutował już w pierwszej drużynie, stając się najmłodszym zawodnikiem klubu w ligowym spotkaniu. Z kolei 18 października 1936 r. strzelił swojego pierwszego gola i w wieku 17 lat i 76 dni został najmłodszym strzelcem w rozgrywkach. Mimo niskiego wzrostu (163 cm) znakomicie grał głową. Był świetnie wyszkolony technicznie i w pojedynkę potrafił rozstrzygać losy meczów. Nie raz zdarzało mu się przejść z piłką przez całe boisko, mijając przy tym rywali w efektownym dryblingu. Nie był jednak boiskowym egoistą. W Wiśle grał na pozycji prawego łącznika i kierował grą całej drużyny. Stanisław Mielech wspominał, że całkowicie panował nad piłką i umiał ją przyjąć w każdej pozycji a następnie podać do partnera. Potrafił jednym dalekim podaniem otworzyć koledze drogę do bramki. Słabszą jego stroną była kondycja fizyczna. Pod koniec kariery wyraźnie tracił na szybkości. Niewielu zawodników zasługuje na miano klubowej legendy ale w przypadku Gracza takie określenie nie będzie nadużyciem. W mistrzostwach Polski dla Białej Gwiazdy rozegrał 142 mecze i strzelił 92 bramki. W czasie okupacji był jednym z najbardziej aktywnych uczestników konspiracyjnych zmagań. Po wojnie przekazywał młodszym kolegom przedwojenne tradycje szkoły krakowskiej. Sam uważał, że w trakcie swojej kariery strzelił około tysiąca bramek. W reprezentacji zadebiutował w Oslo w meczu przeciwko Norwegii w 1947 r. Trzy lata później w Sofii zagrał po raz ostatni. Za swój najlepszy mecz Gracz uważał przegrane 4:5 spotkanie ze Szwajcarią w 1947 r., w którym strzelił dwa gole, w tym jednego pięknym uderzeniem z woleja po podaniu Tadeusza Hogendorfa. W tym samym roku razem z Tadeuszem Parpanem miał wystąpić w reprezentacji FIFA, ale polskie władze się nie zgodziły. Wiele lat pracował jako trener. Zawsze pogodny, uśmiechnięty i skory do żartów z dużym autorytetem wśród kolegów. W Reprezentacji rozegrał 22 mecze, strzelając 4 gole.


@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson

7

@FCBparasiempre
Meppen, małe niespełna 35-tysięczne dolnosaksońskie miasto położone niedaleko holenderskiej granicy. 3 sierpnia 1982 roku było świadkiem magii, o której mówi się z wypiekami na twarzy nawet po upływie ponad czterdziestu lat. Wówczas na stadion imienia Hindenburga przyjechał sam Diego Maradona. Było lato 1982 roku. Gerd van Zoest i Wolfgang Gersmann, którzy niedawno przejęli władzę w trzecioligowym SV Meppen zaczęli planować obchody 70-lecia klubu. Zadanie było o tyle trudne, że doskonale wiedzieli, że członkowie oraz lokalna społeczność oczekiwali nie tylko uroczystego wieczoru, ale i renomowanego przeciwnika. Wszak na 60-lecie przyjechała wówczas Borussia Moenchengladbach z Juppem Heynckesem, a rok później do Meppen zawitał wielki Ajax Amsterdam z Cruyffem czy Neeskensem. Na stadionie imienia Paula von Hindenburga pojawiali się również Werder Brema czy 1.FC Koeln. Trend miał być kontynuowany. Van Zoest podnosi więc słuchawkę i dzwoni do swoich kontaktów w środowisku piłkarskim, badając temat. Był w czepku urodzony, bo wybrał również numer znanego agenta Guenthera Bachmanna. ,,Panie van Zoest, Barcelona zadzwoniła do mnie zaledwie pięć minut temu. Ma pan na to ochotę?”. Aktualny triumfator Pucharu Europy, trenowany przez Udo Lattka szukał niewymagającego rywala podczas letniego obozu przygotowawczego w Holandii. Czy ma na to ochotę? Głupie pytanie. Zwłaszcza że niedługo później spotkanie stało się jeszcze bardziej atrakcyjne, niż można było się tego spodziewać. Udo Lattek pamiętał Meppen jeszcze z czasów, gdy grał w VfL Osnabrueck dlatego był przygotowany na dwugodzinną podróż do regionu Emsland. Van Zoest sporządził szybką umowę. ,,To był bardzo prosty dokument. Barcelona przyjeżdża w najmocniejszym składzie, pieczątka UEFA i tyle. Brakowało, tylko żeby któraś ze stron splunęła w rękę i przybiła interes”. Gościnny występ hiszpańskiej drużyny miał kosztować 70 tysięcy marek. Dla SV Meppen były to gigantycznie pieniądze, ale spodziewane zyski były tego warte. Już kilka dni później stało się coś, co zaskoczyło wszystkich i spowodowało prawdziwą lawinę. Barcelona pozyskała Diego Maradonę. W Meppen pękły wszystkie tamy. Klub musiał wstrzymać przedsprzedaż biletów. ,,Musieliśmy natychmiast wstrzymać przedsprzedaż. Nasze biuro nie było w stanie wytrzymać naporu ludzi. Mieliśmy wówczas tylko dwa telefony” – wspominał van Zoest. Zapotrzebowanie na bilety było tak duże, że klub musiał kupić pierwszą automatyczną sekretarkę. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisał że nawet Lourdes nie było wtedy tak pożądanym miejscem pielgrzymek, jak malutkie Meppen. Zaczęły się przygotowania. Bilety zostały wyprzedane, a Gersmann sam chwycił za pędzel i własnoręcznie pomalował ściany trybuny świeżą farbą. W całym regionie nie można było znaleźć hiszpańskiej flagi więc van Zoest wysłał swojego pracownika do hiszpańskiej ambasady w Bonn. W związku z nadchodzącym sezonem prezydent Barcelony Jose Luis Nunez zaczął głośno myśleć o dodatkowej premii za wyjazdowe mecze z udziałem Maradony. Groził, że kluby z ligi hiszpańskiej będą musiały zapłacić 25 tysięcy marek, jeśli chcą, by Argentyńczyk zagrał przeciwko nim. ,,Jeśli chcą nim zapełnić stadiony, to muszą nam za to zapłacić” – grzmiał.

W Meppen wiedzieli o tych żądaniach i obawiali się, że supergwiazda nie zagra w nadchodzącym benefisie. Ta niepewność spowodowała, że van Zoest dzień przed meczem pojechał do hotelu Barcelony w Arnhem, by spotkać się z Lattkiem. Doskonale pamiętał, jak w 1973 roku działacze Ajaksu w przeddzień spotkania nagle zażądali podwójnej uzgodnionej premii. ,,Nie lubię jak mnie oszukują”– mówił van Zoest i zaczął działać. W hotelowym lobby van Zoest, Gersmann i Lattek rozmawiali przy piwie. ,,Naprawdę nie pamiętam, ile ich było, może kilka kolejek ale było warto” – relacjonował. Barowy rachunek był ceną za światową gwiazdę. W miłej atmosferze Lattek obiecał, że Maradona zagra. ,,Tak, Maradona rozegra swój pierwszy mecz na europejskiej ziemi właśnie w Meppen”. Miał oferty z Holandii i Niemiec ale Meppen mu pasowało. Wiedział, że SVM zawsze dobrze prezentowało się w meczach z profesjonalnymi drużynami. Allan Simonsen, Quini, Bernd Schuster no i Diego. Działacze Meppen wiedzieli, że to będzie najważniejszy dzień w historii klubu, ale to, co się działo przekroczyło ich najśmielsze wyobrażenia. Nadjeżdżający autobus Katalończyków przywitał tłum ludzi, który ustawił się już na ulicy, by po raz pierwszy zerknąć na Maradonę. Gdy przez drzwi wysunęła się ciemna, kędzierzawa głowa policjanci z psami musieli utworzyć korytarz, by Argentyńczyk dopchał się do szatni. Maradona uśmiechał się, ale nie rozdawał jeszcze żadnych autografów. Wszystko przez presję czasu. Kierowca autokaru wybrał złe przejście graniczne i Barcelona przyjechała zaledwie pół godziny przed planowanym rozpoczęciem. Piłkarze SV Meppen chętnie opuścili swoją szatnię i przebierali się w pomieszczeniu zwykle zarezerwowanym dla gości. Wiedzieli, że to będzie ich mecz życia. Hiszpańskie radio transmitowało mecz na żywo. Przed pierwszym gwizdkiem Hermann Eiting udzielił krótkiego wywiadu. Na pytanie, czy ma świadomość, że dzisiaj może napisać gazetowe nagłówki, odpowiedział z humorem: ,,Jestem policjantem. To moja praca. Postaram się zmniejszyć różnicę między naszymi wartościami. Między moim może tysiącem marek a 19 milionami Maradony”. Ale gdy zobaczył Argentyńczyka na rozgrzewce… Biegł przez całe boisko a za nim setki dzieci, które chciały chociaż raz go dotknąć. Dla supergwiazdy to nie problem. Nikt jednak nie miał prawa dotknąć jego piłki. Raz po raz wystrzeliwał ją wysoko w niebo, odbijał ją potem ramieniem i głową i biegł dalej po boisku. ,,Ludzie… Porównywaliśmy wtedy Maradonę z Rummenigge ale to były dwa różne światy” – wspominał Eiting. Stadion oficjalnie mieścił wówczas około 13 tysięcy widzów. Według raportów przyszło ponad osiemnaście (co było liczbą znacznie zaniżoną ze względów bezpieczeństwa) i każde wolne miejsce na obiekcie było wykorzystane. Na bieżni były ustawione ławeczki zrobione ze skrzynek z piwem, na których położono deski, a ludzie wspinali się na pobliskie drzewa. Nie było ochroniarzy, ludzie byli zdani na siebie. Ówczesny trener SV Meppen Hans-Dieter Schmidt porównał to wszystko do mieszanki Woodstocku i Schuetzenfestu. Eiting patrzył dookoła i nie wierzył, motywując samego siebie. ,,W meczu z Oldenburgiem kibiców było osiem tysięcy i to już było dużo. Ale to… To jest coś innego. To już scena światowa, a dzisiejszy wynik zostanie podany we wszystkich wieczornych wiadomościach. Cóż, z Oldenburgiem wygraliśmy…”.

Maradona miał 21 lat. Niektórzy mówili, że jest obietnicą na przyszłość ale dla większości już był bogiem futbolu. Bóg objawił się w Meppen. Eiting, który należał do dumnego złotego pokolenia SVM, które pięć lat później awansuje sensacyjnie do drugiej ligi, nigdy nie tego nie zapomni. ,,Jedno jest jasne. Obojętnie jak bardzo będę stary, nigdy nie zapomnę tego meczu. Zawsze ktoś przyjdzie i mi o nim przypomni. Jeden z transparentów kibiców mówił: – Znamy Brunsa (Hermann Bruns, piłkarz Meppen), kim jest Maradona? Niedługo potem mieli się dowiedzieć. Ludzie siedzieli podekscytowani i przeżywali każdy kontakt Maradony z piłką. Już w 13. minucie podyktowany został rzut karny dla Barcelony. ,,Żaden karny! Sędzia pochodził z Osnabrueck i wyjątkowo nas nie lubił. Tym niepotrzebnym gwizdkiem trochę zepsuł nam mecz” – zżymał się bramkarz Bernd Kugler. Do piłki podszedł oczywiście Diego. W ostatniej chwili zmienił kierunek strzału i bez przeszkód wyprowadził FC Barcelonę na prowadzenie. ,,Chciałem mu rzucić wyzwanie. Chodź tutaj, przekonamy się, czy jesteś wart swoich pieniędzy. Ale już w momencie skoku wszystko było skończone. Ale to właśnie mnie Maradona strzelił swojego pierwszego gola w Europie. To coś, co warto wspominać” – mówił Kugler. Minutę później bramkarz zakończył swoją długoletnią karierę. Po meczu dziennikarz spytał go, czy chce sobie zrobić zdjęcie z Argentyńczykiem. ,,Nie, chodźmy – odparł – Dzisiaj postąpiłbym inaczej”– wspominał po latach. Mecz zakończył się wygraną FC Barcelony 5-0 i nie da się nie stwierdzić, że wielcy mistrzowie okazali rywalom litość. Występ Maradony zakończył się po 45 minutach. Udo Lattek nie wypuścił go już na drugą połowę. Wprawdzie nazajutrz prasa nie oszczędzała się w superlatywach na temat gry Maradony, to rezerwowy Reinhold Woyciechowski miał wrażenie, że przy każdym kontakcie z piłką upadał, co było trochę męczące. Hans-Peter Hoefer: ,,Maradona? W ogóle się nie postarał. Grał jakby od niechcenia ale i tak nie mogliśmy go zatrzymać”. O wymianie koszulek z Maradoną można było tylko pomarzyć. Wprawdzie piłkarze Barcelony i tak nie byli zainteresowani sprzętem z Meppen, ale swoje dołożył też kitman SVM Bodo Venske. Nie chciał dopuścić by Hiszpanie dostali nowiutki komplet koszulek, więc na mecz przygotował trykoty z poprzedniego sezonu. ,,Bodo, kurwa co to jest”– pytali piłkarze, podnosząc swoje stare koszulki na najważniejszy mecz w ich karierach. Po końcowym gwizdku czekał na nich w szatni jednak wyjątkowy prezent. Na środku pomieszczenia leżały koszulki Barcelony w ramach podziękowania. Każdy mógł wziąć jedną. Trykotu Maradony jednak nie było. ,,Brakowało jednej rzeczy, koszulka Diego z numerem 10 w cudowny sposób zniknęła”– mówił Josef Menke, który do dzisiaj przechowuje w swojej szafie koszulkę Francisco Carrasco. W ciągu następnych miesięcy krążyła pogłoska, że ktoś z władz klubu ukradł najcenniejszy okaz. Sekret nigdy jednak nie został ujawniony. Po meczu kibice wdarli się na boisko. Większość z nich oczywiście otoczyła Maradonę, który chętnie i cierpliwie rozdawał autografy. ,,Wydawał się absolutnym przeciwieństwem wiecznie naburmuszonego Bernda Schustera. Rzadko widziałem tak przyziemnego profesjonalistę”– zachwycał się trener Schmidt, który potem spędził trochę czasu w szatni Barcelony rozmawiając z Lattkiem. Przy każdym stoisku z kiełbaskami stali piłkarze Barcelony. Dzisiaj wydaje się to abstrakcyjne jak blisko ludzi były wówczas gwiazdy. Po tym, jak Diego Maradona podpisał w szatni kilka piłek na rzecz lokalnych inicjatyw dla osób niepełnosprawnych, trener Meppen zaprosił go na kiełbaskę. Za pośrednictwem tłumacza rozmawiali głównie o poprzednich mundialach i sytuacji w Barcelonie. Gdy autokar gości musiał w końcu odjechać, Argentyńczyk postanowił jeszcze wysiąść i na sam koniec podpisał czapkę jednemu z policjantów. Do Niemiec Maradona wrócił w 1988 roku, by na Stadionie Centralnym w Lipsku zagrać mecz w ramach Pucharu UEFA. Wówczas obserwowało go już jednak na żywo ponad sto tysięcy kibiców.

9

,,Boski” Diego zawitał do Meppen i zadebiutował w barwach Blaugrany:

@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

12

Duma Katalonii w rozkwicie:

W 1926 r. szefowie FC Barcelony rozpoczęli załatwianie formalności w celu nabycia terenu, który służyłby za boisko treningowe różnych sekcji sportowych klubu. Wtedy Barça miała już sekcje rugby, lekkiej atletyki i hokeja na trawie, do których za sprawą socio Pergo Cusella, właśnie w tamtym roku dołączyła sekcja koszykówki. Po wielu poszukiwaniach, w sierpniu 1926 r. zarząd klubu postanowił przystąpić do negocjacji kupna terenów Sol de Baix. Na tej działce było wielkopańskie gospodarstwo, Can Sol de Baix, własność Josepa Comasa, przemysłowca, który był działaczem Partii Liberalnej i stał się jednym z głównych kacyków dystryktu Les Corts w XIX wieku. Działka stała się zaimprowizowanym boiskiem piłkarskim, na którym aż do 1932 r. trenowały i rozgrywały swoje mecze drużyny juniorskie Blaugrany. Wykorzystywano ją także jako plac do treningów pierwszej drużyny klubu ażeby nie zniszczyć murawy na Camp de Les Corts, a także innych sekcji, w tym drużyny hokeja na trawie, która rozgrywała na nim swoje mecze aż do wybuchu wojny domowej. Wraz z wydzierżawieniem przez klub terenów w dzielnicy La Bordera boisko przy Can Sol de Baix służyło wyścigom hartów. Później w latach czterdziestych i pięćdziesiątych organizowano tutaj także wyścigi midgetsów – rodzaj sportu motorowego, zaimportowanego z Argentyny i Stanów Zjednoczonych, w których rywalizowały ze sobą samochody bez hamulców i skrzyni biegów. W 1965 r. odzyskano pierwotną nazwe miejsca wraz ze zbudowaniem placu Sol de Baix, mieszczącego się między ulicami Figols a Gerard Piera.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson

1

Simeone! Coś ty zmarnował człowieku!? Już ci ojciec wygarbuje skure!

0

Vamos! Vamos! Argentina!
Vamos! Vamos! a ganar!

8

@FCBparasiempre
2 sierpnia 1946 r. w Łukowie urodził się Krzysztof Rześny, prawy obrońca. Rześny zagrał w przełomowych i zwycięskich meczach drużyny Górskiego i później Gmocha, jednak w obu przypadkach potem wypadał z reprezentacji. Odbił to sobie w Stali Mielec, z którą rządził w Polsce i pokazał się w Europie. W czerwcu 1973 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie Polska pokonuje Anglie 2:0 w jednym z najlepszych i najważniejszych meczów w dziejach naszej piłki, rozpoczynając efektowny marsz po awans i medal mistrzostw świata. W październiku 1976 r. na Estadio das Antas w Porto Polska wygrywa z Portugalią 2:0 w pierwszym i od razu kluczowym spotkaniu w walce o udział w mundialu w Argentynie. W obu starciach na prawej obronie występuje Krzysztof Rześny, lecz to jego jedyne mecze w reprezentacji o punkty. ,,Jak to wytłumaczyć? Chyba tylko tym że zabrakło mi szczęścia albo że czasami za bardzo chciałem pomóc drużynie klubowej i grałem z niezaleczoną kontuzją, czym zaszkodziłem sobie w kadrze. Pewnie że byłem rozczarowany ale dajmy spokój. Swoje w piłce osiągnąłem, w paru ważnych meczach zagrałem a w latach 70-tych poziom narodowej drużyny czy liczba świetnych kandydatów do gry były naprawdę nieporównywalne do sytuacji, jaka mamy teraz”- wspomina Rześny. Dzisiaj jest starszym, 75 letnim panem, który wciąż z pasją nie tylko rozmawia o futbolu ale swoją wiedze nadal próbuje przekazać młodszym pokoleniom. Wiele lat był podstawowym graczem Stali Mielec, na Podkarpaciu na dobre zapuścił korzenie. Jego przeszłość jest jednak trochę pogmatwana. Na świat przyszedł w Łukowie ale gdy zaczynał chodzić do szkoły podstawowej, przeniósł się z rodziną do Szczecina. Tam występował najpierw w Chrobrym a potem w Pogoni. ,,Miałem 18 lat i już zagrałem w ekstraklasie. To był niezły zespół, występował w nim m.in. Marian Kielec, gwiazda Szczecina. Znajomi z rodzinnych stron przekonywali mnie abym zagrał w Motorze Lublin. Problemem był fakt, iż to tylko 2 liga. Nie wiem czy dobrze wybrałem ale widocznie tak musiało być. Zostałem tam aż 6 lat”- opowiada obrońca. W elicie zaliczył tylko 2 mecze i przeniósł się na drugi kraniec Polski. W Lublinie był ważnym piłkarzem, kapitanem drużyny, lecz ciągle jedynie na zapleczu ekstraklasy. Tymczasem w 197o r. awans do elity wywalczyła Stal Mielec. Na mapie Polski rodziła się nowa siła. Grali już w niej 22-letni bramkarz Kukla, 24-letni Kasperczak i 20-letni talent Grzegorz Lato. ,,Trener Gajewski tworzył drużynę szybkościową, opartych na zawodnikach o dobrych predyspozycjach biegowych. Chciał mnie w składzie bo miałem zdrowie do walki i biegania od pierwszej do ostatniej minuty, byłem niezły w odbiorze. Zgodziłem się na zmiane klubu ale ciągle nie było to takie proste. Przed sezonem pojechałem na zgrupowanie do Węgierskiej Górki już ze Stalą ale wróciłem… znowu z Motorem, który też przygotowywał się w tej samej okolicy. Byłem rozdarty. Lubelscy działacze przekonali mnie żebym jeszcze u nich pograł, że chcą powalczyć o awans. Nie chciałem w takiej chwili osłabiać drużyny. Trener Gajewski postawił na swoim. Jak się na coś uparł, nie było mowy że odpuści. Pasowałem mu do koncepcji i nie wyobrażał sobie bym nie przyszedł do jego zespołu. Tak długo mnie namawiał że ponownie zmieniłem zdanie. W październiku podpisałem umowę ze Stalą i od razu zacząłem grać w podstawowym składzie, przez kolejne 3 sezony”- wspomina pan Krzysztof. Stal była coraz mocniejsza, w drużynie pojawiali się kolejni klasowi piłkarze, m.in. Domarski, którego później zastąpił Szarmach. W 1973 r. mielczanie wygrali lige. W mistrzowskim sezonie co raz bardziej wyróżniał się Rześny. Nie uszło to uwadze Kazimierza Górskiego. Do kadry powołał go już w 1972 ale wtedy jeszcze nie zagrał. ,,Twardo walczyliśmy o miejsce w składzie, miałem znamienitych konkurentów: Guta i Szymanowskiego. Byłem starszy ale oni grali”- przyznaje Rześny. Tymczasem po wyjazdowej porażce z Walią(0:2) Górski podjął brawurową decyzje. W meczu z Anglią na prawej obronie zagrał debiutant. Guta w ogóle nie było w kadrze meczowej a Szymanowski usiadł na ławce. ,,Nie wnikałem skąd taka decyzja. Kiedyś Gmoch powiedział mi że to była jego sugestia bo cenił mnie za szybkość, więc podpowiedział Górskiemu że warto na mnie postawić. W Chorzowie w spotkaniu z Anglią nie mogłem zawieść. Patrzyła na nas cała Polska. Wszyscy zagraliśmy wielki mecz. W następnym sezonie, w meczu Stali z Crveną Zvezdą w Pucharze Europy, doznałem kontuzji mięśnia dwugłowego. Zamiast zejść z boiska, grałem do końca i uraz się pogłębił. Dochodziłem do siebie kilka tygodni a Polacy wygrali w rewanżu z Walią 3:0 a potem był remis na Wembley. Co z tego że już zupełnie wyzdrowiałem. Trudno było wskoczyć do drużyny, która osiągnęła taki sukces”- wspomina obrońca Stali. Gmoch rzeczywiście go cenił bo następny raz w kadrze narodowej zagrał dopiero wtedy, kiedy on został selekcjonerem. Nowy szef Biało-Czerwonych chciał trochę pozmieniać po swoim poprzedniku i na prawej obronie wrócił do Rześnego, rezygnując między innymi z Szymanowskiego. Piłkarz Stali miał wtedy 28 lat ale w drużynie, która rozpoczynała walke o awans na mundial w Argentynie, pojawiło się też kilku młodych zawodników z Bońkiem i Terleckim na czele. Efekt był znakomity. ,,Gmoch przed meczem z Portugalią podkreślał że to kluczowe spotkanie a wygrana otworzy nam droge do Argentyny. Właśnie tak się stało”- zwraca uwagę Rześny. Miał wkład w ten sukces, lecz na mistrzostwa znowu nie pojechał. Selekcjoner odkurzył Szymanowskiego. Rześny tak to przedstawiał: ,,Plany pokrzyżowała mi kontuzja i… mój klubowy trener. Był nim Edmund Zientara, dawny piłkarz i szkoleniowiec Legii. Doskonale znał się z Gmochem, zresztą kiedyś grali razem w drużynie z Łazienkowskiej. Oczywiście dłuższy czas współpracowałem w Mielcu z Zientarą ale jakoś nie nadawaliśmy na tych samych falach, nic na to nie poradzę. Miało to jednak niestety wpływ na moja przyszłość w kadrze narodowej. W ważnym ligowym meczu Stali z Legią grałem z urazem, na blokadzie i w drugiej połowie musiałem zejść z boiska. Przegraliśmy w Warszawie 2:3 a Zientara zaraportował Gmochowi że jestem w słabiej formie, że do kadry się nie nadaje i Gmoch wziął sobie do serca uwagi kolegi. Przestał mnie powoływać. Temat reprezentacji był dla mnie definitywnie zamknięty. Nie grałem już w eliminacjach, więc tym bardziej nie miałem szans na miejsce w 22-osobowym składzie na mundial”. Rześny ma się jednak czym chwalić. Nie chodzi tylko o te wygrane z reprezentacją ale o ważne mecze ze Stalą w europejskich pucharach. Były więc potyczki z wspomnianym już mistrzem Jugosławii, lecz także z innymi mocnymi wówczas drużynami: Carl Zeiss Jena, Inter Bratysława, Hamburger SV no i przede wszystkim Real Madryt. ,,W Mielcu przegraliśmy 1:2, w rewanżu było 0:1. Szkoda że wtedy nie mógł zagrać Szarmach, który przyszedł do nas z Górnika Zabrze ale wtedy kluby nie mogły się dogadać, początkowo był zawieszony”- przypomina Rześny. Dzisiejsza Stal o takich meczach może tylko pomarzyć. Tym bardziej Rześny dla dzisiejszych piłkarzy z Mielca jest dowodem że nie tylko talentem ale też ciężką pracą można zajść bardzo daleko.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?