0

@Ajan123 To nie moja wina że nie rejestrują Olmo a po drugie Igrzyska skończyły się półtora tygodnia temu, więc Fermin powinien być gotowy! Co on w takim wieku chce miesiąc czasu odpoczywać?

0

Bardzo ryzykowny skład w pomocy. Gdzie jest do cholery Fermin Lopez? Gdzie jest Olmo? Nie wiem czy nawet Pablo Torre nie mógłby dzisiaj zagrać?

1

Złowrogo brzmi ten tytuł, gdyż każda passa kiedyś się skończy. Oby nie dzisiaj......!

3

@FcPortoFan1999 No dokładnie! Właśnie tej Złotej Piłki, no ale miał mocną konkurencje. Jak nie Luis Nazario de Lima to Ronaldinho, jak nie Ronaldinho to Messi...

5

@FCBparasiempre
W drodze do wielkiego finału Arsenal odprawił jeszcze z kwitkiem Juventus i rewelację tamtego sezonu, Villareal. Świetna defensywa, dynamiczni skrzydłowi oraz geniusz w ataku dawały duże szanse na końcowy sukces. Kanonierzy jako pierwszy londyński zespół w historii miał szanse wywalczyć europejskie mistrzostwo. Wystarczyło wygrać z FC Barceloną… Jak dobrze wiemy, ten mecz był definitywnym początkiem upadku Arsenalu i narodzinami wielkiej Barcelony. Mimo że podopieczni Rijkaarda nie mogli liczyć na swoją wschodzącą gwiazdę w postaci Leo Messiego, to zdołali odwrócić losy spotkania i wygrać spotkanie 2:1 po golach Eto’o i Belletiego. Nie był to szczególnie udany mecz w wykonaniu Henry’ego, który nie był w stanie pokonać wyjątkowo dobrze dysponowanego Valdesa. Samo spotkanie dostarczyło mu wyjątkowej frustracji, czemu dobitnie dawał wyraz w pomeczowych wypowiedziach: ,,Byłem kopany na całym boisku. Oczekiwałem, że sędzia wykona swoją pracę. Nie wydaje mi się, by to zrobił”. Potrafił jednak docenić klasę swoich rywali, a w szczególności genialnego zmiennika, który zdołał odwrócić losy spotkania: ,,Ludzie wciąż mówią o Ronaldinho, Eto’o czy Giulym, ale ja ich nie widziałem. Widziałem za to Henrika Larssona. Wszedł i zmienił grę. Zabił ją. Barcelona to drużyna. To nie Eto’o, czy Ronaldinho. W środę różnicę zrobił Larsson. Wszedł i pokazał się kilkoma rajdami, to piłkarz drużynowy. Dwa razy asystował kolegom”. Nie chcę pochylać się szczegółowo nad konsekwencjami tej porażki dla przyszłości Arsenalu. Wystarczy powiedzieć, że skoro mistrzostwo Anglii z 2004 r. było ostatnim wielkim sukcesem Arsenalu, to spotkanie rozegrane dwa lata później była ostatnią szansą na moment chwały dla Wengera, której nigdy już później nie zaznał. Wiarę w inny obrót zdarzeń stracili jego zawodnicy, a w tej kategorii wyróżnił się zwłaszcza Henry. Po frustrującym, pełnym kontuzji sezonie 2006/07 napastnik uznał, że nadszedł czas na zmiany i za 16 milionów funtów przeniósł się do, o ironio, FC Barcelony. Przenosiny legendy francuskiego futbolu do Barcelony były jednym z najsłynniejszych transferów XXI wieku, które zaskoczyły niejednego piłkarza Dumy Katalonii. Szczególne wrażenie zrobiły na Leo Messim, który w rozmowie z L’Equipe opowiedział o swoich relacjach z wychowankiem Monaco: ,,Pierwszego dnia nawet nie odważyłem się spojrzeć mu w twarz. Wiedziałem wszystko o tym, czego dokonał na angielskich boiskach. Miałem jego zdjęcie, a nagle byliśmy w tej samej szatni. To, co czułem, to był pewien rodzaj podziwu. Uwielbiałem go za łatwość, z jaką kończył akcję. Brał piłkę i zmierzał do celu. Jego drybling, ruchy, to wszytko było płynne i naturalne”. Mimo wskazanych przez legendarnego Argentyńczyka atutów Henry musiał ponownie zadowolić się miejscem na skrzydle, gdyż na pozycji numer 9 częściej występował Eto’o czy nawet Messi. Henry nie był już jednak tym młodym graczem z czasów Juventusu, który nie zgadzał się na kompromisy w sprawie swojej gry. Doskonale wiedział, że powoli zbliża się do końca kariery, a Barcelona daje mu okazję na wygranie upragnionej Ligi Mistrzów. Pierwszy sezon w La Liga nie nastrajał jednak optymistycznie. Sezon 2007/08 należy uznać za smutną końcówkę kariery Franka Rijkaarda w Barcelonie. Duma Katalonii zaliczyła bardzo rozczarowujący sezon ligowy, który ukończyła dopiero na trzecim miejscu za Realem Madryt i Villareal. Szansę na choć częściową rehabilitację mógł dać ponowny sukces w Europie, ale piękny strzał wiecznie niedocenianego Paula Scholesa w półfinałowym spotkaniu z Manchesteru United pozbawił podopiecznych Holendra złudzeń. Na tym etapie stało się jasne, że w drużynie wielokrotnego mistrza Hiszpanii potrzebne są zmiany, a pierwszym krokiem ku temu miała być zmiana trenera. Wiele spekulowano na temat potencjalnego następcy Rijkaarda, a zdaniem mediów jednym z kandydatów był José Mourinho, który zaczynał trenerską karierę w Katalonii jako asystent Bobby’ego Robsona i Louisa van Gaala. Prezydent Joan Laporta miał jednak zupełnie inne plany i zdecydował się na zatrudnienie ówczesnego trenera rezerw, Pepa Guardiolę. Szkoleniowiec ten był dobrze znany klubowym fanom, gdyż sam miał okazję nosić koszulkę Barcelony jako członek słynnego Dream Teamu Johana Cruyffa. Nowy trener od razu zabrał się za porządki i niemal z miejsca skreślił fenomenalnego, ale leniwego i problematycznego Ronaldinho. Jest to doskonały przykład na to, jak dyscyplina i posłuszeństwo taktyczne były istotne dla Guardioli. Henry nie raz odczuł to na własnej skórze.

,,Poszedłem na prawe skrzydło by pograć z Messim i mogłem usłyszeć jak się denerwuje, ponieważ nie byłem na swojej stronie. Naprawdę mnie to nie obchodziło. Strzeliłem gola, prowadziliśmy 1:0 ze Sportingiem do przerwy. Niby wszystko fajnie, ale on mnie zdjął. Pomyślałem: „Co zrobiłem źle”?. Był bardzo podobny do Louisa Van Gaala – kiedy Pep miał plan, należało go respektować. Jeśli nie zrobisz tego, o co Cię prosi, będziesz miał ogromne kłopoty”– wspominaŁ Henry. Takie podejście się jednak opłaciło. Duma Katalonii sięgnęła w sezonie 2008/09 po wszystkie możliwe trofea, w tym to najważniejsze, czyli Puchar Ligi Mistrzów. Henry mógł czuć się wreszcie całkowicie spełniony i choć następny sezon był znacznie mniej udany, a zamiana Samuela Eto na Zlatana Ibrahimovicia okazała się fatalnym błędem, to zdecydowanie można ocenić jego pobyt w Katalonii jako bardzo udany. Mimo bycia bohaterem drugiego planu to i kibiców Barcelony potrafił oczarować swoimi umiejętnościami. Szczególnie warta zapamiętania wydaje się jego bramka z El Clásico. Barcelona okazała się jego (prawie) ostatnim klubem w Europie. Po rozegraniu 121 spotkań oraz zanotowaniu 49 goli i 27 asyst opuścił Europę i przeniósł się do New York Red Bulls. Henry podążył zatem śladami wielu zasłużonych piłkarzy, którzy ostatnie chwile swojej kariery postanowił spędzić w Stanach Zjednoczonych. Choć wielu trofeów zdobyć nie zdołał, to też nie zamierzał iść w ślady podstarzałych gwiazd, które nawet przez moment nie starały się potraktować MLS poważnie. W 135 spotkaniach zanotował 52 trafienia i 42 asysty, co po prostu musi budzić uznanie. Kiedy jednak Henry spacerował po Central Parku, to zimą 2012 r. ukochany Arsenal przeżywał swoje problemy. Z powodu wyjazdu Marouane Chamakha i Gervinho na Puchar Narodów Afryki możliwości kadrowe Arsène’a Wengera były dość mocno ograniczone. Klubowa legenda nie mogła pozostać bierna w takiej sytuacji i wróciła do północnego Londynu na półroczne wypożyczenie. Henry do meczowej kadry powrócił na spotkanie z Leeds United w ramach Pucharu Anglii. Arsenalowi kompletnie nie szło w tym spotkaniu i sympatycy Kanonierów coraz bardziej oswajali się z perspektywą dogrywki. W 68. minucie trybuny jednak oszalały. Wówczas Henry wszedł na boisko i zrobił to co umiał najlepiej – strzelił bramkę i zapewnił swojemu klubowi zwycięstwo. Do końca wypożyczenia zdołał zanotować jeszcze dwa trafienia w Premier League, co ostatecznie zatrzymało jego bilans w barwach zespołu z Emirates Stadium na 228 bramkach i 104 asystach w 376 spotkaniach. Te osiągnięcia do dziś utrzymują go na pierwszej pozycji w klasyfikacji strzelców wszechczasów Arsenalu. Do 2014 r. występował jeszcze w Nowym Yorku, gdzie w wieku 37 lat zdecydował się zakończyć karierę. Choć wygrał wszystko na poziomie klubowymi i reprezentacyjnym, to zabrakło mu tego najważniejszego wyróżnienia indywidualnego, czyli Złotej Piłki. Najbliżej tej nagrody znalazł się w 2003 r., ale wówczas większe uznanie w oczach dziennikarzy France Football znalazł Pavel Nedvěd. Na osłodę pozostały mu jednak dwa Złote Buty dla najlepszego strzelca w Europie. Mogło być gorzej. W reprezentacji Francji zadebiutował w październiku 1997 r. podczas spotkania z RPA. Dla nastoletniego napastnika marzenia reprezentacyjne mogły oscylować wokół jednego wydarzenia – mistrzostw świata 1998 w ojczystej Francji. Sprawa nie była prosta, gdyż o miejsce w kadrze walczyło jeszcze dwóch innych młodych napastników – David Trezeguet i Nicolas Anelka. Jeden z nich musiał zostać w domu, a z kręgu zainteresowań selekcjonera Aimé Jacqueta wypadł ostatecznie ten drugi. Henry świetnie rozpoczął fazę grupową, strzelając RPA i Arabii Saudyjskiej trzy gole. Mimo to musiał w fazie pucharowej ustąpić miejsca Stéphane Guivarc’howi, który trakcie całego turnieju nie zdołał wpisać się na listę strzelców, podobnie jak Olivier Giroud 20 lat później. Świetnie jednak spełniał założenia taktyczne w kadrze opartej przede wszystkim na skutecznej defensywie, która po strzeleniu trzech goli Brazylii w wielkim finale pierwszy raz w swojej historii została mistrzem świata. Kolejnym wielkim turniejem w jego karierze było Euro 2000, rozgrywane na boiskach Belgii i Holandii. Nowy selekcjoner Roger Lemerre postrzegał Henry’ego jako skrzydłowego, a w roli napastników preferował Trezeguta i Anelkę. To rozwiązanie taktycznie sprawdziło się przeciwko Danii, gdzie Henry zdobył jedną z bramek w zwycięskim spotkaniu. W drugim meczu przeciwko drużynie Czech Thierry również zdołał wpisać się na listę strzelców. Zaliczył także asystę przy zwycięskiej bramce Youri’ego Djorkaeff’a, a Francja wygrała 2-1 i uzyskała awans do ćwierćfinałów, gdzie poradziła sobie z Hiszpanią.

W półfinale podejmowała Portugalię. Początek spotkania należał do rywali, bo już w 19. minucie prowadzili 1:0 po bramce Nuno Gomes’a. Jednak w 50. minucie Henry zdołał zdobyć gola wyrównującego na 1:1. Taki wynik utrzymał się aż do 117. minuty, gdy w polu karnym Portugalii ręką zagrał Abel Xavier a arbiter wskazał na jedenasty metr. Karnego nie zmarnował Zinédine Zidane, pakując piłkę do siatki i zdobywając złotego gola. W finale na Francuzów czekali Włosi. Do przerwy utrzymał się bezbramkowy wynik a w 55. minucie spotkania gola dla Włochów zdobył Marco Delvecchio. Francuzi zdołali jednak wyrównać rzutem na taśmę, gdy w 90. minucie wyrównującą bramkę zdobył Sylvain Wiltord. W 103. minucie złotego gola zdobył David Trezeguet, który dał tym samym Francji drugie w historii mistrzostwo Europy. Ostatnim wielkim turniejem reprezentacyjnym, którego wygrania Henry nie miał jeszcze na koncie, był Puchar Konfederacji. Do czasu. Bramka Thierry’ego w 97. minucie finałowego spotkania z Kamerunem pozwoliła sięgnąć w 2003 r. i po to trofeum. Na tym oczywiście reprezentacyjne występy Thierry’ego się nie zakończyły. W swojej karierze zagrał jeszcze na mistrzostwach świata w 2002, 2006 i 2010 r. oraz na Euro 2004 i 2008. Trójkolorowi nie zdołali jednak nawiązać wówczas do dawnych sukcesów i tylko podczas niemieckiego turnieju zdołali przebić się do strefy medalowej. Bilans Henry’ego w kadrze narodowej zatrzymał się na 124 występach i 51 golach. Podobnie jak w przypadku Arsenalu, jest najlepszym strzelcem w historii reprezentacji. Czy Thierry Henry zasługuje, aby stawiać go w jednym rzędzie z największymi legendami futbolu? Ciężko powiedzieć. W przypadku największych sukcesów swojej karierze (Liga Mistrzów i mistrzostwo świata) nie był kluczową postacią w zespole, ustępując miejsca bardziej przydatnym w określonym momencie zawodnikom. Wykazywał się jednak niesamowitą regularnością, która pozwoliło mu na grę przez ponad 20 lat przy zachowaniu niesamowitych statystyk strzeleckich. Warto o nim pamiętać, zwłaszcza jeśli przyjdzie Wam oglądać obecnie spotkania rozgrywane na Emirates Stadium. Kiedyś to jednak było.

7

@FCBparasiempre
Thierry Henry urodził się 17 sierpnia 1977 r. w Les Ulis, małym miasteczku w okolicach Paryża. Jego rodzice przenieśli się w te strony z Antyli Francuskich, poszukując lepszych warunków do życia. Ojciec przyszłej legendy francuskiego futbolu, Antoine, mocno angażował się w rozwój swojego syna i regularnie zabierał go na spotkania oraz obozy piłkarskie. W ten sposób nastolatek szlifował swoje umiejętności, co zapewniło mu pewne miejsce w młodzieżowych drużynach Les Ulis. Nie spędził tam zbyt wiele czasu, gdyż dość szybko jego talent został dostrzeżony przez Thierry’ego Pretta. Był on poszukiwaczem talentów i pracował dla półprofesjonalnej drużyny z Viry-Chatillon do lat 15-tu. Wspomniany zespół słynął wówczas ze świetnej pracy z młodzieżą, co dość szybko przekonało Antoine do umożliwienia synowi podążania tą ścieżką kariery. Decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę, a młody Thierry zdobył oszałamiające 77 goli w zaledwie 26 spotkaniach! Warto dodać, że chwilę po dołączeniu do klubu napastnik był bliski porzucenia marzeń o piłkarskiej karierze, a wszystko z powodu smutnego wydarzenia, jakim dla młodego chłopca musiał być rozwód rodziców. Wytrwałość jednak popłaciła i tuż przed czternastymi urodzinami Henry rozpoczął treningi w Akademii Clairefontaine Francuskiej Federacji Piłkarskiej. Było to niezwykłe wyróżnienie, gdyż aby dostąpić tego zaszczytu musiał zostać wybrany spośród 25 chłopców. W tym właśnie miejscu młody Francuz poznał część swoich przyszłych kolegów z kadry narodowej takich jak William Gallas, Louis Saha i Nicolas Anelka. Podobnie jak wspomniani koledzy, Thierry nie musiał długo czekać na zainteresowanie wielkich klubów francuskiej ligi. 16-letni gracz został bowiem dostrzeżony przez AS Monaco. Ówczesny menadżer klubu z księstwa, Arsène Wenger, dość mocno wierzył w talent nastolatka i dał mu szansę już 31 sierpnia 1994 r. w przegranym 0-2 meczu z Nice. W sumie swój pierwszy sezon Henry zamknął trzema bramkami w ośmiu spotkaniach. W kolejnym jednak nie zdołał poczynić spodziewanego progresu. Z perspektywy lat można dojść do wniosku, że duży wpływ mogło na to mieć odejście Wengera. W tym miejscu w zasadzie warto nieco przybliżyć ten fragment kariery legendarnego szkoleniowca Arsenalu. Choć zapewne większość z was kojarzy głównie Francuza z prowadzeniem odwiecznej walki z zamkiem w kurtce podczas spotkań na Emirates, to jednak prowadząc późniejszego finalistę Ligi Mistrzów, zyskał międzynarodową sławę. Mało kto jednak podejrzewał w momencie zatrudnienia „specjalisty od przegrywania” jakim strzałem w dziesiątkę okaże się ta decyzja. Za Wengerem nie stała imponująca kariera piłkarska, a prowadzone przez niego Nancy właśnie zaliczyło spadek z ligi. Byłego obrońcę RC Strasbourg rekomendował jednak Gilbert Gress, jego były trener z czasów kariery piłkarskiej. Ówczesny prezes Monaco chciał w pierwszej kolejności zatrudnić właśnie Gressa, ale ten prowadził w tamtym okresie szwajcarskie Neuchatel Xamax. Wybór zatem mógł być tylko jeden, a były zawodnik Monaco, a później zdobywca mistrzostwa jako trener, Claude Puel, mimo niepokojących sygnałów miał dobre przeczucia względem nowego szkoleniowca: ,,Mieliśmy walczyć o sukcesy w Europie a Wenger właśnie spuścił Nancy z ligi. Campora [prezes Monaco] coś w nim jednak dostrzegł i my, zawodnicy też. Szybko zdobył więc nasz szacunek. Był wysoki, postawny, to mu pomagało, bo nie musiał podnosić głosu. Jeśli z czegoś szczególnie w trakcie trenerskiej kariery Wenger zdołał zasłynąć, to poza prześmiewczym „TOP 4 jak trofeum”, będą to prawdopodobnie taktyczne innowacje, który w dzisiejszych czasach wydają się czymś oczywistym. We wczesnych latach jego kariery budziły jednak niemałe poruszenie. Dobrym przykładem mogą być 45-minutowe odprawy przed meczem, gdzie menadżer poświęcał swoją uwagę mocnym i słabym stroną rywali. Mówił precyzyjnie przed meczami i podczas przerw. Jasno przekazywał nam, czego oczekuje. Był pierwszym trenerem, z którym pracowałem, przeprowadzającym ćwiczenia w ogromnym stopniu poświęcone taktyce i tak często wykorzystującym zapis wideo – wspomina Puel. Na tym oczywiście zmiany się nie zakończyły. Zmienił jadłospis piłkarzy, nakazując im spożywanie kurczaka zamiast czerwonego mięsa. Podczas posiłków jadał razem z piłkarzami, choć wcześniej sztab szkoleniowy siadał przy osobnym stoliku, a także nie tolerował spóźnień. Gdy jakikolwiek piłkarz podpadł mu w okresie przedświątecznym, tracił w tym okresie wolne. Transferowa polityka Wengera była podobna do tej, z jakiej znany był w czasie prowadzenia Kanonierów. Sprowadzał uznane nazwiska takie jak Patrick Battiston, Glenn Hoddle czy Mark Hateley, którzy wydatnie przyczynili się do zdobycia mistrzostwa Francji. W późniejszych latach regularnie stawiał na młodzież, która odegrała znaczącą rolę w mistrzostwach świata w 1998 r. Poza Henrym byli to m. in. Emmanuel Petit, Lilian Thuram czy też Youri Djorkaeff.

Okres jego panowania to być może najlepszy czas w historii klubu. W tym okresie zespół sięgnął po wspomniane mistrzostwo Francji, krajowy puchar oraz sześciokrotnie zajmował miejsce na ligowym podium. Znalazł się również w sezonie 1991/92 w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, ale jak to niestety bywało w przypadku europejskich bojów Francuza, po trofeum nie udało się sięgnąć. Być może sukcesów byłoby znacznie więcej gdyby nie zmora Francuza w postaci Olympique Marsylia. Klub, który niedługo później musiał zmierzyć się ze skutkami afery korupcyjnej. Z dzisiejszej perspektywy ciężko ocenić, jak wspomniany proceder wpłynął na karierę Wengera w Monaco, ale niewykluczone, że zdołałby wygrać jeszcze więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że jego zespół w sezonie 1993/94 spisywał się fatalnie i zakończył ligowe rozgrywki na rozczarowującym dziewiątym miejscu. W takiej sytuacji musiał podać się do dymisji, a jako nowego pracodawcę wybrał japońskie Nagoya Grampus. Być może ekspresowe odejście mentora nieco opóźniło rozwój młodego Thierry’ego, ale nie było w stanie go całkowicie zastopować. Choć w sezonie 1995/96 zaledwie trzy razy zdołał wpisać się na listę strzelców, to kolejne rozgrywki były już znacznie lepsze zarówno dla niego, jak i dla całego klubu. Zespół z księstwa ponownie sięgnął po krajowy tytuł, a młody napastnik zanotował dziesięć trafień we wszystkich rozgrywkach. Pewne jednak było, że wkrótce po młodego napastnika upomni się jeden z największych klubów świata. Tak też się stało w styczniu 1999 r., kiedy po aktualnego mistrza sięgnął Juventus. Licznik Francuza w Monaco zatrzymał się na 28 trafieniach i dwóch asystach w 139 spotkaniach. Półroczny pobyt w Turynie to jednak najprawdopodobniej jedyna poważniejsza wpadka w karierze legendarnego napastnika. Na klęskę złożyło się wiele czynników, a najważniejszymi z nich były zapewne kwestie taktyczne, jak i niestabilna sytuacja zespołu. W ciągu sześciu miesięcy pracował pod okiem dwóch szkoleniowców o zupełnie odmiennym spojrzeniu na jego pozycję na boisku. O ile Marcelo Lippi postrzegał go jako środkowego napastnika, o tyle zastępujący go Carlo Ancelotti wolał wykorzystywać podopiecznego w roli lewego skrzydłowego. Była to prawdziwa katorga dla Henry’ego, który pragnął więcej swobody na boisku i nie chciał regularnie cofać się do defensywy. Takie podejście było jednak niedopuszczalne ze względu na kwestie taktyczne, jakie preferował przyszły trener Milanu. Współpraca zatem zdawała się nie mieć żadnej przyszłości i nic dziwnego, że zaowocowała jedynie trzema trafieniami w 20 spotkaniach. Konieczny był zatem ekspresowy transfer już najbliższego lata, a następnym przełożonym Francuza okazał się być nie kto inny jak Arsène Wenger, który międzyczasie zdążył opuścić Kraj Kwitnącej Wiśni i osiedlić się w północnym Londynie. Jeden z najważniejszych transferów w historii Arsenalu został potwierdzony 3 sierpnia 1999 r. Okoliczności tego ruchu już od samego początku mogły nastrajać optymistycznie. Mistrz świata zaliczył co prawda kiepskie pół roku w Turynie, lecz można upatrywać przyczyny w niedopasowaniu taktycznym. Tym razem znalazł się pod skrzydłami menadżera, który dał mu zadebiutować w seniorskiej piłce i miał już za sobą pierwsze sukcesy za sterami Kanonierów (m.in. mistrzostwo Anglii). Można było oczekiwać, że wcześniejsze problemy z ustaleniem pozycji na boisku się nie powtórzą. Początki jednak zawsze są trudne i nie inaczej było w tym wypadku. W pierwszych ośmiu spotkaniach w barwach klubu nie zanotował ani jednej bramki, często wyglądając jak przysłowiowy jeździec bez głowy. Wdawał się bowiem często w zbędne dryblingi. Punktem zwrotnym dla jego kariery w Premier League okazało się być spotkanie z Southampton. Wychowanek Monaco wszedł na boisko z ławki rezerwowych, zmieniając Nwankwo Kanu, co okazało się świetną decyzją Wengera. Reprezentant Francji zapewnił swoim trafieniem zwycięstwo nad Świętymi i ewidentnie poczuł się znacznie pewniej w nowym środowisku. Pierwszy sezon zakończył zdobyciem 17 bramek w 31 meczach, lecz ciężko uznać go za szczególnie udany dla klubu z północnego Londynu. Podopieczni Wengera zakończyli sezon aż 18 punktów za potężnym Manchesterem United i ponieśli porażkę w finale Pucharu UEFA. Pogromcą angielskiego zespołu okazało się być Galatasaray z Gheorghe Hagim w składzie. Kolejne rozgrywki oznaczały następne rozczarowania. Arsenal uległ w ćwierćfinale Ligi Mistrzów hiszpańskiej Valencii, a w klasyfikacji ligowej ponownie uplasowali się za Czerwonymi Diabłami. Sezon mogli uratować jeszcze zwycięstwem w FA Cup, ale Michael Owen pozbawił Kanonierów wszelkich złudzeń, strzelając w ostatnich minutach dwie bramki i zapewniając wygraną 2:1 Liverpoolowi.

Dwa pierwsze sezony musiały niebywale frustrować Henry’ego, który marzył o powtórzeniu osiągnięć takich zawodników jak Tony Adams czy Patrick Vieira. Przełamanie przyszło jednak szybciej, niż zapewne sam się spodziewał. Arsenal mając na koncie 26 wygranych, dziewięć remisów i trzy porażki, zakończył sezon 2001/02 na pierwszym miejscu w tabeli, siedem punktów przed Liverpoolem. Sięgnął również po FA Cup, który wyszarpał sąsiedniej Chelsea po trafieniach Ray Parloura i Freddiego Ljungberga. Podopieczni Wengera skompromitowali się jednak za to w Lidze Mistrzów, gdzie awansu do fazy pucharowej pozbawiło ich Deportivo La Coruña i Bayer Leverkusen. Po raz pierwszy w karierze Henry sięgnął po koronę króla strzelców Premier League, zdobywając 24 gole. Świetna gra dostarczała mu trofea drużynowe, indywidualne oraz spore profity finansowe. Zainteresowali się nim bowiem najlepsi producenci odzieży sportowej, tacy jak Nike. Olbrzymie dochody z kontraktów sponsorskich pozwoliły Henry’emu na zaznanie odrobiny luksusu. Za pozyskane środki postawił największy i najdroższy dom, jaki był zamieszkany w Anglii przez jakiegokolwiek piłkarza. Sympatycy ligi angielskiej bez wątpienia są w stanie wymienić duety napastników, którzy na przestrzeni lat rywalizowali o najważniejsze indywidualne trofea w lidze. I tak jak obecnie są to m.in. Harry Kane i Jaimie Vardy, to kibice starszej daty zapewne tuż obok Henry’ego wymieniliby Ruuda van Nistelrooy’a. Przez pięć lat pobytu Holendra w Anglii w rywalizacji o koronę króla strzelców liczyła się w zasadzie tylko ta dwójka. Na nieszczęście wychowanka PSV, zawodnik Arsenalu triumfował aż cztery razy. Ruud bardzo poważnie podchodził do rywalizacji z Henrym, co doskonale pamięta Paul Scholes: ,,Jeśli nie strzelił gola, siedział skwaszony na tyłach autokaru, nawet gdy wygraliśmy mecz. W dodatku, gdy podczas sprawdzania innych wyników okazywało się, że Henry strzelił, Ruud wściekał się jeszcze bardziej. Widział w nim osobistego rywala i stanowczo obstawał przy tym, że na pewno zdobędzie więcej bramek”. Ta rywalizacja dodawała każdemu starciu Czerwonych Diabłów z Kanonierami jeszcze więcej pikanterii. Trudno jednak nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że to Francuz był znacznie bardziej wszechstronnym i efektownym zawodnikiem. O ile reprezentant Holandii często ograniczał się do poruszania wewnątrz pora karnego, o tyle Henry często starał się grać bardziej zespołowo i obsłużyć kolegów dokładnym podaniem, co wielokrotnie podkreślał: ,,Dla mnie najpiękniejszą rzeczą, jaką możesz zrobić w piłce nożnej, jest podanie do kogoś, gdy sam możesz zdobyć gola. Wiesz, że jesteś wystarczająco dobry, aby strzelić bramkę w tej sytuacji, ale oddajesz piłkę komuś innemu. Niesamowity jest widok radości tego człowieka, któremu podarowałeś piłkę. Wiesz, że mogłeś strzelać, on też to wie. Każdy to wie. Wspaniałą rzeczą jest możliwość wspólnej radości”. Słowa te wielokrotnie znajdowały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to właśnie do wychowanka Monaco należy rekord asyst Premier League, który ustanowił w sezonie 2002/03. Ostatnich podań zanotował wówczas 20 (i 24 gole), a do dziś tego osiągnięcia nie udało się pobić nikomu, choć kilku graczy było blisko. Frank Lampard w sezonie 2004/2005 zanotował 18 finalnych podań, a jeszcze bliżej był Mesut Özil, któremu w rozgrywkach 2015/16 zabrakło zaledwie jednej asysty do wyrównania rekordu Henry’ego. Ten pułap zdołał osiągnąć Kevin de Bryune w sezonie 2019/20, ale wyprzedzić bohatera tekstu już nie zdołał. Jeśli wydaje wam się, że najlepszy okres tego zawodnika w Anglii już za nami, to jesteście w błędzie. Dochodzimy bowiem do najsłynniejszego osiągnięcia Wengera w Anglii, czyli sezonu 2003/04, ale po kolei.

Cel na te rozgrywki dla Henry’ego i spółki mógł być tylko jeden – wydrzeć machinie Sir Alexa Fergusona ligowy tytuł. Potencjał kadrowy drużyny z północnego Londynu był niesamowity, takie nazwiska jak Gilberto Silva, Sol Campbell, Ashley Cole czy też Dennis Bergkamp to zaledwie kilku z wartych wspomnienia zawodników. I wszyscy ci gracze grali na miarę oczekiwań. Nie sądzę, abym mógł powiedzieć coś szczególnie odkrywczego o tym sezonie. Po zwycięstwie 2:1 nad Leicester City Kanonierzy stali pierwszym zespołem od czasu Preston North End z sezonu 1888/89, który sięgnął po krajowy tytuł, nie przegrywając żadnego spotkania w drodze po to trofeum. Wielka w tym zasługa chłopaka z Les Ulis, który zanotował 30 trafień i sięgnął po kolejną koronę króla strzelców. Trzynaste, a zarazem ostatnie mistrzostwo w historii Arsenalu było piękną puentą pewnego pokolenia, które po 2004 r. zaczęło stopniowo osuwać się ku przeciętności, w jakiej ten klub znajduje się do dziś. Jakkolwiek potoczyły się ligowe losy Kanonierów w kolejnych latach, to na tym polu Henry miał prawo czuć się spełniony. Zupełnie inaczej było w przypadku rozgrywek europejskich, gdzie jego jedynym sukcesem było dotarcie do wspomnianego finału Pucharu UEFA w 2000 r. W Lidze Mistrzów z kolei można było się w przypadku Kanonierów spodziewać solidnego występu na miarę ćwierćfinału, ale nic poza tym. Zmieniło się to wreszcie w 2006 r. Arsenal pewnie wygrał swoją grupę, tracąc punkty jedynie raz w ostatnim spotkaniu ze szwajcarskim Thun. W 1/8 finału czekał już na podopiecznych Wengera poważny test, jakim było starcie z Realem Madryt. Nie przestraszyli się jednak utytułowanego rywala, a dzięki fenomenalnej bramce Henry’ego na Santiago Bernabeu wywalczyli awans. Był to kolejny pokaz kunsztu wychowanka Monaco, który dryblingiem minął trzech obrońców przeciwnika i pewnym strzałem umieścił piłkę w siatce. Zwycięstwo w tym spotkaniu oraz bezbramkowy remis na Highbury zapewniły awans do dalszej fazy rozgrywek.

7

8

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

17 sierpnia 1959 r. urodził się Jacek Kazimierski. Bez wątpienia należał do najlepszych bramkarzy lat 80-tych ubiegłego wieku w naszym kraju i był jedynym zawodnikiem z Legii, który uczestniczył w dwóch finałowych turniejach mistrzostw świata – w Hiszpanii '82 oraz Meksyku '86. W barwach Wojskowych występował przez dziewięć sezonów – na swoim koncie zanotował 271 występów, co czyni go golkiperem z największym stażem w historii klubu z Łazienkowskiej. Był jednym z symboli Legii lat 80-tych. W koszulce z „eLką” na piersi Jacek Kazimierski zadebiutował 26 sierpnia 1978 roku w spotkaniu z Zagłębiem w Sosnowcu. Ogółem w barwach Wojskowych wystąpił w 271 meczach, przez kilka lat pełniąc rolę kapitana drużyny. Przez fachowców uważany był za bramkarza z wielkim talentem i jeszcze większymi możliwościami. Zdarzały mu się jednak pamiętne spektakularne wpadki, choćby ta z pucharowego spotkania z Dynamem Tbilisi, kiedy to przepuścił do siatki piłkę kopniętą niemal z połowy boiska. Fani Legii szczególnie pamiętają jednak jego świetne występy z Interem Mediolan w trzeciej (sezon 1985/86), a także drugiej rundzie (1986/87) rozgrywek o Puchar UEFA. Ogółem w barwach Wojskowych wystąpił w 271 meczach, przez kilka lat pełniąc rolę kapitana drużyny. Przez fachowców uważany był za bramkarza z wielkim talentem i jeszcze większymi możliwościami. Zdarzały mu się jednak pamiętne spektakularne wpadki, choćby ta z pucharowego spotkania z Dynamem Tbilisi, kiedy to przepuścił do siatki piłkę kopniętą niemal z połowy boiska. Fani Legii szczególnie pamiętają jednak jego świetne występy z Interem Mediolan w trzeciej (sezon 1985/86) a także drugiej rundzie (1986/87) rozgrywek o Puchar UEFA.



@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

1

@jacobFCB Jak to mawiała moja babcia: idiotów nie siejo, ni orzą, oni sami się mnożą...

1

@FCBMati10 Dokładnie! Jestem tego samego zdania.

0

@Maciej1078 No gdyby to było takie proste...

12

Oblicze ,,madridismo”:

17 sierpnia 2011 FC Barcelona wygrała El Clasico w rewanżowym meczu Superpucharu Hiszpanii 3:2 po dwóch golach Messiego oraz jednym Iniesty i w efekcie zdobyła to trofeum. Wydarzenia boiskowe zeszły jednak na drugi plan ze względu na sytuacje z samej końcówki drugiej połowy. Marcelo brutalnie sfaulował Fabregasa przy linii autowej i wywiązała się wielka przepychanka pomiędzy niemal wszystkimi piłkarzami i członkami sztabów szkoleniowych. W efekcie czerwone kartki obejrzeli David Villa i Mesut Özil. Jednak najbardziej ordynarne było zachowanie Jose Mourinho, który podszedł do Tito Vilanovy i wsadził mu palec w oko. Tito odepchnął agresora, który ironicznie się uśmiechał a na konferencji prasowej po meczu stwierdził iż nie wie kim jest jakiś ,,Pito Vilanova”. Publiczna hiszpańska telewizja TVE zmanipulowała relację z tych wydarzeń, przedstawiając Vilanove jako prowodyra całego zdarzenia. Po kilku dniach TVE wyemitowała przeprosiny za nierzetelny materiał… o godzinie 3.00 nad ranem!



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

0

@Arkon Ponoć jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Jednak historia futbolu nie jedno ma imie i nie jedno już widziała. Zapewne jesteś ode mnie młodszy, gdyż ja pamietam jeszcze jako dzieciak, kiedy to gdańska Lechia, świeżo upieczony zwycięzca III ligi polskiej(!), przystąpił do rywalizacji w PZP z... Juventusem Turyn! Przykładów z całego świata jest wiele...
Przeczytaj tylko z naszego podwórka: https://sport.tvp.pl/15040151/pierwszoligowiec-w-europie-nietypowa-sytuacja-zaglebia

9

Legendy rodzimego futbolu:

Dokładnie 50(!) lat temu w Białymstoku urodził się Tomasz Frankowski. ,,Franek, Franek, łowca bramek”. To jedna z najpopularniejszych przyśpiewek na polskich stadionach na przełomie XX i XXI wieku. Niski, filigranowy napastnik dysponował jednym z najlepszych nosów strzeleckich w Ekstraklasie w historii. Jako ostatni otarł się o legendarne wyniki skuteczności Ernesta Pohla i Lucjana Brychczego. Według różnych wyliczeń strzelił on 167-169 goli. W zależności od przyjętej interpretacji daje mu to: 4, 3 ex aequo z Cieślikiem lub 3. samodzielne miejsce na liście strzelców wszech czasów Ekstraklasy. Od lat 60-tych nie było więc równego mu snajpera w lidze. Mógł nawet prześcignąć Pohla i Brychczego ale w sumie aż 8 lat kariery spędził na występach zagranicznych. W najwyższej polskiej lidze osiągnął średnią 0,55 gola/mecz. W klubie 100 ostatnim zawodnikiem z lepszym wskaźnikiem od niego był Lubański(0,7). Gdyby został w Polsce przez całą karierę i legitymował się taką skutecznością, to jego dorobek wyniósłby blisko ponad 250 goli! Czterokrotnie zostawał królem strzelców Ekstraklasy. Daje mu to ex aequo pierwsze miejsce na liście zdobywców tego tytułu wszech czasów razem z Kmiecikiem i Lubańskim. Repertuar jego możliwości w polu karnym był nieograniczony. Strzelał prawą, lewą nogą, nawet głową, pomimo niezbyt imponujących warunków fizycznych. Po prostu zawsze z piłką stanowił śmiertelne zagrożenie dla rywali. Jego znakiem rozpoznawczym pozostała jednak tzw. ,,podcinka”, czyli miękkie, niezbyt wysokie i mocne przerzucenie piłki nad wybiegającym bramkarzem. Do dziś komentatorzy telewizyjni w Polsce widząc takie zagrania często mówią: ,,podcinka a’la Frankowski”. Jego popisem był szczególnie sezon 2004/05. W 26 kolejkach osiągnął on wynik aż 25 goli. Ostatnie lepsze średnie pod tym względem były dziełem Teodora Anioły, Gerarda Cieślika i Jana Liberdy pół wieku wcześniej! W całym 2004 r. w Ekstraklasie 30 razy skierował piłke do siatki przeciwników, co jest zdecydowanie najlepszym wynikiem.

Wisła Kraków wyposażona na początku dekady w strzelby w postaci Żurawskiego oraz ,,Franka” była śmiercionośną maszyną. Razem z Białą Gwiazdą na przełomie wieków zdobył 5 razy mistrzostwo Polski! Do tego dochodzą też 3 wicemistrzostwa. W żadnym z sezonów w składzie z tym napastnikiem krakowski zespół nie spadł poniżej drugiego miejsca! Do tego dochodzi też Puchar Ligi oraz 2 Puchary Polski. Pierwszy zawodnik w XXI wieku, który strzelił ponad 100 goli. Po wojażach zagranicznych Frankowski zasilił szeregi Jagiellonii Białystok, klubu ze swojego rodzinnego miasta, gdzie w 1992 r. zadebiutował w Ekstraklasie i strzelił swojego pierwszego gola. Na Podlasiu do swojej kolekcji dołożył kolejny triumf w Pucharze Polski, Superpuchar Polski oraz ostatni z czterech tytułów króla strzelców. Dzięki temu został pierwszym zawodnikiem w XXI wieku, który zdobył go w dwóch różnych zespołach. Jest też najstarszym zwycięzcą tej klasyfikacji w historii. Liczył sobie w tej chwili już prawie 37 lat! Temu lisowi pola karnego nie dość było jednak strzeleckich wyczynów. W kolejnej edycji znów seryjnie trafiał do siatek przeciwników. Ostatecznie z liczbą 15 goli miejsca ustąpił tylko młodszemu o 14 lat Rudnevsowi. Po strzeleniu swojego 168 gola i awansie na 3 miejsce w tabeli strzelców wszech czasów zaprezentował okolicznościowy trykot. Były na nim wypisane wszystkie nazwiska asystentów, którzy pomogli mu zdobyć gole. Na szczycie listy znalazł się oczywiście ,,Żuraw”, długoletni konkurent a zarazem kolega klubowy. Jest jednym z 7 piłkarzy figurujących zarówno w Klubie 100, jaka i w klubie 300. Wśród członków tego drugiego grona, liczbą zdobytych goli ustępuje wyłącznie Brychczemu. Jako drugi zawodnik w historii, po Teodorze Peterku, 20 rocznicę swego debiutu w Ekstraklasie świętował jako nadal aktywny gracz tego poziomu rozgrywkowego! W reprezentacji Polski wszyscy pamiętają Frankowskiego głównie z eliminacji zakończonych awansem do mundialu w 2006 roku. Selekcjoner Paweł Janas przekonywał się do niego opornie. Napastnik Wisły znalazł się w składzie chyba bardziej z powodu presji mediów. Trener wprowadzał go zaś początkowo na zmiany. Mimo to snajperowi nie trzeba było wielu kontaktów z piłką. Pokonał golkiperów 4 z 5 rywali w tych kwalifikacjach. Łącznie aż 7 razy wpisał się na liste strzelców, w tym zawiera się m.in. hat-trick z Azerami oraz przepiękny gol przeciwko Anglii zdobyty z woleja. W europejskiej części kwalifikacji skuteczniejsi od niego byli tylko Koller, Ibrahimović oraz Pauleta. Mimo tego Frankowski nie znalazł się w drużynie powołanej przez Janasa na mundial, co stanowiło jedno z największych zaskoczeń. Selekcjoner jednak nigdy nie zaufał mu w pełni a po wyjeździe z Polski ,,Franek” zatracił skuteczność. Ostatecznie więc nie znalazł się w składzie. Nigdy przez to nie wyjechał na wielką impreze. Ponownie głosy o powołaniu Frankowskiego odzywały się przed Euro 2012. Był wtedy w dobrej formie, w dwóch poprzednich sezonach zdobył blisko 30 goli w lidze. Franciszek Smuda postanowił go jednak zabrać tylko w roli… trenera napastników. Indywidualnie wśród jego nagród znajduje się tytuł Piłkarza Roku 2005 katowickiego ,,Sportu” oraz dwie statuetki od ,,Piłki nożnej”. Jedną wywalczył w roli Odkrycia Roku, drugą dostał jako Osobowość Roku. Kariere wyczynową zakończył w 2013 r. Obecnie mieszka w Białym stoku. Był drugim członkiem Klubu 100, który zdobył tytuł króla strzelców w dwóch różnych drużynach, po Erneście Pohlu.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

1

@Lionel_Messi10 A no jak na nowym Camp Nou to by było ekstra!

0

Ogladałem wczorajszą inauguracje Primera Division na San Mames, świetny mecz. Tylko może mi ktoś wytłumaczyć dlaczego akurat w czwartek ruszyła La Liga? Bo jakoś sobie nie przypominam aby tego dnia wznawiano rozgrywki w Hiszpanii...?

0

@Lionel_Messi10 ,,w zależności od harmonogramu kwalifikacji do Mistrzostw Świata w Hiszpanii w 2026 r."? Przecież mundial w 2026 ma być rozgrywany w Kanadzie, USA i Meksyku.......!

8

Debiuty żywych legend Blaugrany:

16 sierpnia 1997 r. w barwach FC Barcelony zadebiutował Rivaldo Vitor Borba Ferreira. Miało to miejsce w meczu finałowym o Puchar Gampera wygranym przez Barçe rzutami karnymi 6:5(w regulaminowym czasie 2:2) z Sampdorią Genua. Rivaldo wykorzystał wówczas swoją ,,jedenastke” w serii rzutów karnych.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

12

Wspominamy byłych trenerów Blaugrany:

16 sierpnia 1995 r. w wieku 83 lat zmarł Serb Ljubiša Broćić. Ljubiša był trenerem FC Barcelony w sezonie 1960/61. Prowadził zespół zaledwie przez pół roku, lecz odpowiada za sprowadzenie takich legend jak Sadurni czy Fuste. Jego drużyna zaczęła sezon od 6 zwycięstw a w późniejszym okresie między innymi wyeliminowała Real Madryt z Pucharu Europy, lecz seria słabszych występów na przełomie roku poskutkowała zwolnieniem Broćicia w styczniu 1961 r. Jego miejsce zajął dotychczasowy asystent, Enrique Orizaola.



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@misterio
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

10

Wyjątkowa legenda FC Barcelony:

16 sierpnia 1878 r. urodził się Arthur Witty Cotton, znany również jako ,,Don Arturo”. To były piłkarz, prezes klubu i biznesmen. Witty grał w składzie FC Barcelony w pierwszym finale Copa del Rey a później był prezesem klubu w latach 1903-1905. Był także odnoszącym sukcesy handlowcem a jego rodzinna firma, Witty Group, działa do dziś. Jest starszym bratem Ernesta Witty'ego. Witty był synem Fredericka Witty, brytyjskiego przedsiębiorcy, który osiadł w Barcelonie. Frederick, który należał do rodziny z Yorkshire, początkowo zamierzał wyemigrować do Argentyny, ale przyjaciele przekonali go do wyjazdu do Hiszpanii. W 1873 założył własną agencję spedycyjną pod nazwą F. Witty, nawiązując następnie kontakty biznesowe między Hiszpanią a Wielką Brytanią. Arthur i jego brat Ernest kształcili się w Merchant Taylors' School w Merseyside, gdzie sport był uważany za główną część rozwoju młodego człowieka. Podczas gdy w Merchant Taylors, Arthur grał jako napastnik w lokalnej drużynie rugby, Waterloo FC. Po powrocie do Barcelony dwaj bracia dołączyli do firmy ojca, która teraz stała się znana jako Witty Sociedad Anónima, Witty SA. Arthur i Ernest wrócili do Hiszpanii z zamiłowaniem do sportu. Bracia Witty, nie mogąc grać w rugby z powodu braku odpowiednich boisk, zaczęli organizować mecze piłki nożnej pomiędzy drużynami firmowymi złożonymi z pracowników. W 1899 Ernest został również członkiem-założycielem Real Club de Tenis Barcelona. Ernest, narodowy mistrz Hiszpanii w tenisie, grał w tenisa między innymi z Joanem Gamperem a kiedy Gamper założył FC Barcelonę w listopadzie 1899 roku, bracia Witty szybko się zaangażowali. Swoją firmę wykorzystali do sprowadzenia z Anglii piłek regulaminowych, gwizdków sędziowskich i siatek. Legenda głosi że bracia Witty sprowadzili również legendarne barwy klubowe- ,,blaugranę”, z oryginalnych kolorów używanych przez drużynę rugby Merchant Taylors. Jednak FC Basel i inne kluby, w których grał Gamper, oraz jego rodzinny kanton Zurych zostały uznane za inspirację powstania barw klubowych. Tak czy inaczej, drużyna hokejowa BaaBarians należąca do Old Merchant Taylors nosi koszulki FC Barcelony jako strój wyjazdowy w hołdzie dla Arthura Witty'ego.

8 grudnia 1899 roku klub rozegrał swój pierwszy oficjalny mecz przeciwko angielskiej selekcji na ,,Velòdrom de la Bonanova”, obecnie znanym jako ,,Turó Park”. Każda z drużyn liczyła tylko dziesięciu mężczyzn a angielska drużyna faktycznie obejmowała kilku graczy FC Barcelony, wśród nich Arthura Witty'ego. ,,English Select” wygrał mecz 1:0, a jedynego gola strzelił… Arthur Witty. W Wigilię 1899 r. Arthur Witty zadebiutował w FC Barcelonie w wygranym 3:1 meczu z FC Català. FC Barcelona była jednym z kilku klubów piłkarskich powstałych w tym czasie w mieście i wkrótce było ich wystarczająco dużo, aby zorganizować regularne zawody, jakim był Puchar Macaya. Witty był członkiem drużyny FC Barcelona, która zdobyła swoje pierwsze w historii trofeum, właśnie Copa Macaya w 1902 roku. Grał także w FC Barcelonie w 1902 roku, kiedy zostali zaproszeni do udziału w pierwszym w historii Copa del Rey. Po pokonaniu FC Madrid(późniejszego Realu Madryt) 3:1 w półfinale, przegrali w finale 2:1 z Club Bizcaya. Arthur Witty pomógł także klubowi wygrać Copa Barcelona w 1903 roku. W latach 1899-1905 Witty rozegrał 86 spotkań, strzelając 7 goli, głównie jako boczny obrońca Blaugrany. Arthur Witty został prezydentem FC Barcelony 17 września 1903 r., po wcześniejszym zasiadaniu w radzie dyrektorów. Podczas jego prezydentury klub wygrał swój pierwszy Championat de Catalunya z drużyną, w skład której weszli jego brat Ernest Witty oraz Romà Forns. Ten ostatni był jednym z kilku młodych rezerwowych graczy, których Witty wprowadził do zespołu. Do tamtej pory FC Barcelona zdobyła silną rzeszę fanów w mieście a Witty zorganizował klubowi rozgrywanie meczów u siebie na stadionie przy ulicy Muntaner. Arthur Witty zorganizował także pierwszą zagraniczną wycieczkę klubu, która zaowocowała pierwszym meczem z drużyną spoza Hiszpanii. 1 maja 1904 r. FC Barcelona pokonała wówczas Stade Olympien des Étudiants Toulousains 3:2 po golach Steinberga, Lassaleta i Romy Fornsa. Arthur Witty ustąpił ze stanowiska prezydenta w dniu 6 października 1905 r.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

0

@Altair 44 No z tego co pamiętam i co mówili komentatorzy to raczej bezpośrednia czerwona!

0

@FcPortoFan1999 Nie no skądże! Nie byłem, tylko tak napisałem gdzie to się dokładnie odbywało...

1

@tbas Ja to widziałem jako faul, no ale ok. każdy inaczej to może widzieć. Tak czy inaczej czerwona kartka to skandal!

2

Panie i Panowie, to co oglądałem wczoraj na ,,Tarczyński Arena" to przechodzi ludzkie pojęcie. Wczorajszy mecz przebija chyba dramaturgią finał mundialu. Co ten sędzia odwalił wczoraj, to nie mam pytań. Któryś z ofensywnych graczy Śląska został sfaulowany w polu karnym a ten sędzia c**j(jak mawia mój sąsiad) wpieprzył mu bezpośrednią czerwoną kartke za symulowanie faulu! Na kurwa(!) jak tu nie przeklinać!
W życiu nie widziałem czerwonej kartki za symulowanie faulu...

11

Hokejowy wynik z Wartą:

15 sierpnia 1937 r. Ruch Hajduki Wielkie podejmował Warte Poznań w 10 kolejce pierwszej ligi Polski. Gospodarze zagrali w identycznym składzie jak w poprzednim derbowym meczu a AKS-em. W ataku ponownie pojawił się Wiechoczek, na tyle jeszcze nieznany że przez niektóre gazety nazwany został Piechoczkiem. W bramce swój drugi ligowy mecz rozegrał legendarny Walter Brom, który, choć zdarzały mu się pewne błędy, został oceniony bardzo pozytywnie. Pierwsza połowa mogła co bardziej nerwowych kibiców Ruchu kosztować wiele zdrowia. Już w 2, 3 lub 5 minucie(brak dokładnych danych) poznaniacy wyszli na prowadzenie, około 5 minut później Peterek wyrównał w swoim stylu, czyli główką. Po około 5 kolejnych minutach goście znów znaleźli się na prowadzeniu. Tym razem na odpowiedź Ruchu i wyrównanie należało poczekać mniej więcej 2 minuty dłużej. Kilka świetnych dryblingów ,,Ezegio” nie przyniosło skutków, gdyż piłka przelatywała nad poprzeczką. W końcu Wilimowski po podaniu Wodarza pięknym strzałem wyrównał stan gry. Tym razem gospodarze nie pozwolili już gościom wrócić na prowadzenie. Ruch poszedł za ciosem i w okolicach 25 minuty Peterek trafił na 3:2. Ruch nie odpuszczał a efektem był gol samobójczy, który po dośrodkowaniu Kubisza strzelił sam sobie niefortunnym piąstkowaniem bramkarz Warty Fontowicz. Przed przerwą Warta trafiła trzeci raz i pierwsza odsłona zakończyła się więc prowadzeniem Ruchu 4:3. Na drugą połowe ,,Warciarze” wyszli zmobilizowani zdobyciem gola kontaktowego i początkowo spychali Ruch do defensywy, jednak to szybko się zmieniło i inicjatywa przeszła z powrotem na ,,Niebieskich”, czego efektem były dwa kolejne trafienia na ich koncie. Według większości gazet łupem bramkowym podzielili się Kubisz i Wodarz. Ostateczny wynik 6:3 dla Ruchu. Zwycięstwo w meczu z Wartą pozwoliło Ruchowi zbliżyć się do prowadzącego w tabeli AKS-u na 5 punktów. Ruch miał jednak jeden mecz więcej do rozegrania, więc szanse na obrone mistrzowskiego tytułu były nadal realne. Ciekawe czy w meczu z Wartą obowiązywały już nowe przepisy? 15 sierpnia wchodziły w życie uchwalone wcześniej zasady, m.in. nakazujące bramkarzowi przy obronie rzutu karnego trwanie na linii bramkowej aż do oddania strzału oraz nakazano wytyczyć charakterystyczny półokrąg o promieniu 9,15 metra od punktu, z którego oddaje się rzut karny a którego nie mogli przekroczyć gracze przed uderzeniem piłki.



@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

0

@lntrowertyk No akurat w tym słynnym dwumeczu, gdzie skrzywdził nas Pierluigi Collina to rzeczywiście defensywa mocno kulała ale rok później było już ok.

1

@FcPortoFan1999 Dokładnie tak!

10

Premierowe starcie w Pucharze Liptona:

O Puchar Liptona rywalizowały tylko dwie drużyny a mianowicie reprezentacje Argentyny i Urugwaju. W ramach walki o to trofeum stanęły naprzeciwko siebie 29 razy. Na początek warto przedstawić postać sir Thomasa Liptona. Wiele osób na pewno kojarzy to nazwisko z herbatą. Takie skojarzenia są właściwe. Lipton był brytyjskim przedsiębiorcą. Stał się milionerem, kupił plantacje herbaty w Sri Lance i prężnie działał w branży herbacianej. Stworzył słynną markę Lipton. Wprowadził wiele innowacji, jak choćby używanie specjalnych pojemników, dzięki którym herbata zachowywała świeżość. W 1905 roku Lipton zainicjował wspomnianą rywalizację między Argentyną a Urugwajem. Były to wówczas najmocniejsze piłkarsko kraje Ameryki Południowej. Brazylia dopiero później miała osiągnąć wielkość. Wpływy z meczów przekazywane były na cele charytatywne. Początkowo mecze rozgrywane były co roku, na zmianę w Buenos Aires i Montevideo. W pierwszej edycji(15.08.1905) w Buenos Aires padł bezbramkowy remis, co sprawiło, że trofeum powędrowało do piłkarzy z Urugwaju. Zasady były bowiem takie, że w przypadku remisu, puchar przyznawany był drużynie gości. Puchar Liptona zaczął cieszyć się w obu krajach dużą popularnością, który w latach 20-tych został zatrzymany przez rozwijające się mistrzostwa Copa America. Do tradycyjnych spotkań nie dochodziło już regularnie. Z czasem były one organizowane coraz rzadziej. Od 1937 do 1976 roku rozegrano tylko osiem meczów. Później rywalizację o trofeum stoczono tylko raz, w 1992 roku. Podobnie jak w premierowej potyczce, tak i w ostatniej nie padły gole. Puchar trafił jednak w ręce Argentyńczyków, gdyż tym razem to oni wystąpili w roli gości. Trofeum ogólnie padło ich łupem siedemnaście razy. Urugwajczycy wygrywali dwunastokrotnie. Obecnie mało kto pamięta o Pucharze Liptona. Teraz kibiców w Ameryce Południowej rozgrzewają rozgrywki Copa America, gdzie o prymat walczą wszystkie drużyny zrzeszone w CONMEBOL.



@Sysia11
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

0

@JohnnySilverhand Cały czas? No jakoś sobie nie przypominam, chyba że przed 2004 r.?

3

@lntrowertyk Owszem, tyle że wówczas poza wspomnianym Oleguerem nie było takich nieudaczników jak Sergi Roberto czy Ferran Torres, zresztą Raphinia też nie wiele lepszy...
Puyol trzymał za morde całą defensywe, Xavi rozprowadzał jak profesor a gole strzelał Eto'o z Ronaldinho...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?