FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Wybitne legendy FC Barcelony:
28 sierpnia 1914 r. w Barcelonie urodził się Josep Escola Segales, legendarny hiszpański napastnik. Utytułowany zawodnik, którego karierę w Blaugranie przerwała wojna domowa a później problemy zdrowotne. Nazywany dżentelmenem futbolu, należał do grona napastników, o których śmiało można powiedzieć ,,kompletni”. Jego zdobycz bramkowa(223 gole) plasuje go na 6 miejscu w historii Barçy, tuż za Kubalą. Escola w barwach Blaugrany występował od sezonu 1933/34 do 1937/38, po czym na jeden rok trafił do Francji by powrócić do FC Barcelony i grać w niej do końca sezonu 1948/49. Cechował się znakomitym instynktem strzeleckim, gdzie zanotował średnią 0,88 gola na mecz, co zapewniło mu miejsce wśród największych gwiazd Dumy Katalonii.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
0
@Lionel_Messi10 Pau Prim? A on grał w presezonie(?) bo jakoś sobie nie kojarze tego piłkarza?
1
No i prosze! Dani Olmo w debiucie w barwach,,Blaugrana" strzela zwycięskiego gola i to gola o punkty! A tak narzekaliśmy na przesyt pomocników. W przypadku klasowego piłkarza(w końcu mistrza Europy) od przybytku głowa nie boli.
Ps. Jestem bardzo ciekaw czy Flick w dalszym ciągu będzie wystawiał Ferrana Torresa(czytaj patałacha nad patałachami) kosztem Olmo, czy też się w końcu zreflektuje...?
1
@kuz O! Dzięki śliczne za informacje :)
0
@partymaker Jeśli to żart(?) to raczej niestosowny...
0
@FcPortoFan1999 No nie żartuj!
0
@kuz Coś podobnego! Skąd on się tam wział? Gdzie on wcześniej grał?
2
Zaraz, zaraz! Na ławce rezerwowych Rayo Vallecano Eto'o??? To jakiś żart, czy co?
1
@kulek22 Chodziło mi o Campo de Futbol de Vallecas. W końcu wyjazdy to troche inna bajka...
2
Nie wiem jak ostatnio gra Rayo Vallecano ale widze że nie wygraliśmy z nimi w Primera Division od marca 2019 roku! W takim razie pora przełamać tą klątwe na Campo de Futbol de Vallecas i powrócić na zwycięzką ścieżke! Mam nadzieje że dwa pierwsze mecze, to nie był tylko ,,wypadek przy pracy"...?
5
Lew wystrugany z dębu:
Ponad dwadzieścia lat gry w jednym klubie. 452 mecze i 255 strzelonych goli dla Bolton Wanderers. Legenda. Pisano o nim, że jest modelowym przykładem angielskiego napastnika w starym stylu, wystruganego z dębowego drewna. Nat Lofthous urodził się 27 sierpnia 1925 roku w Boltonie jako najmłodszy z czwórki synów państwa Lofthouse. Ojciec przez wiele lat pracował jako przewoźnik węgla, choć Bolton bardziej znany był w Anglii z produkcji wełny. Mały Nathaniel pomagał ojcu w pracy, jednak ani myślał wiązać przyszłości z pracą robotnika. Chciał zostać napastnikiem tak jak jego idol z dzieciństwa Tommy Lawton. Lofthouse zastąpił Lowtona w roli środkowego napastnika reprezentacji Anglii. Już w debiutanckim meczu przeciwko Jugosławii w 1950 roku dwukrotnie posłał piłkę do siatki. Pierwszy mecz w życiu Lofthouse rozegrał na pozycji bramkarza jako reprezentant swojej szkoły mieszczącej się przy Castle Hill. Z tej okazji matka kupiła mu nowe buty, o które Nat miał dbać jak o własną kieszeń. Zespół z Lofthousem w bramce przegrał, a bohater tekstu puścił pięć goli. Na dodatek nowe obuwie nadawało się jedynie do śmietnika. Trener drużyny uznał, że większy pożytek z niewysokiego (mierzył 179 centymetrów wzrostu), acz krępego Nata, drużyna będzie mieć w ataku. Lofthouse przejął się nową rolę na boisku do tego stopnia, że codziennie po obiedzie ćwiczył do znudzenia grę głową, odbijając nią piłkę o ścianę swojego domu. Pierwszy mecz po zmianie pozycji wypadł imponująco. Jako bramkarz Nathaniel wpuścił siedem goli, a jako napastnik siedem bramek… strzelił. W 1939 roku po Lofthouse’a zgłosił się poszukujący talentów dla Boltonu Wanderers trener Charles Foweraker. Debiut młodego napastnika w dorosłej ekipie nastąpił dwa lat później. Nat zastąpił starzejącego się George’a Hunta. Miał on przenieść się na prawą stronę boiska, zaś Lofthouse grać jako środkowy napastnik. Młodzian bardzo chwalił sobie trwający dwie godziny dziennie indywidualny trening z Huntem. Starszy kolega tak jak Nat nie był bardzo zwrotny, jednak siła fizyczna i umiejętne ustawienie w polu karnym ułatwiało mu zdobywanie goli. Debiut Lofthouse’ a wśród seniorów wypadł okazale. Dwa jego strzały znalazły drogę do bramki rywali. Młokos zachwalał sobie współpracę z kolegą z ataku Walterem Sidebottomem. Lofthouse długo jednak nie nacieszył się grą dla Boltonu, gdyż z powodu ataku hitlerowskich Niemiec na Wielką Brytanię, wielu piłkarzy klubu pojechało na front. Szesnastoletniego wówczas Nata nie wysłano na pole bitwy, ale oddelegowano do pracy w kopalni. Piłkarz dobrze wspomina tamto doświadczenie. Wstawałem o 3.30 rano. O 4.30 miałem pociąg. Pod ziemią spędziłem osiem godzin, po czym jechałem jeszcze na trening, aby nie stracić formy. Koledzy z pracy śmiali się ze mnie, ponieważ byłem najmłodszy, ale był to test dla mojej psychiki i kondycji fizycznej. Wojna w końcu się skończyła, a Lofthouse i jego koledzy znowu mogli grać. W Boltonie przez długi czas zarabiał on nieco ponad jeden funt tygodniowo. W 1954 roku po napastnika zgłosiła się Fiorentina, która zaoferowała znacznie lepsze warunki finansowe. Nat odmówił włoskiej drużynie, ponieważ pieniądze nie były dla niego najważniejsze. Całą swoją karierę grał w Boltonie. Po jej zakończeniu, spowodowanym przewlekłą kontuzją kostki, Lofthouse nadal był częścią miasta i klubu. Próbował porzucić piłkę nożną, prowadząc bar, którego atrakcją były serwowane przez właściciela anegdoty, coś na wzór knajp prowadzonych przez filmowych bokserów: Rocky’ ego w filmie „Rocky Balboa” i Jake’ a La Motty we „Wściekłym byku”. Nat wrócił jednak na Burnden Park, gdzie pracował zarówno jako trener pierwszej drużyny, jak i skaut. W 1986 roku władze Bolton Wanderers nadały mu tytuł honorowego prezesa klubu. Miał to być miły gest nie tylko wobec zasług Lofthouse’ a dla klubu, ale także miało tchnąć w niego energię, jaką utracił po śmierci żony Almy Foster w 1985 roku. Para pobrała się w 1947 roku i doczekała dwójki dzieci: córki Vivien i syna Jeffa. Każdy piłkarz ma w swoim dorobku mecze, dzięki którym zyskują szacunek kibiców i uznanie kolegów z drużyny. Nat Lofthouse również miał takie spotkania. Napastnik był uczestnikiem kilku pamiętnych potyczek w Pucharze Anglii. 9 marca 1946 roku na Burnden Park rywalem Boltonu było Stoke. Mecz cieszył się tak dużym zainteresowaniem fanów, że kibice zaczęli wspinać się na mury obiektu, którego konstrukcja w pewnym momencie się zawaliła. Zginęły 33 osoby, a ponad 400 zostało rannych…
Kolejną traumę, tym razem sportową, Lofthouse przeżył 2 maja 1953 roku na Wembley. W finale najstarszych rozgrywek piłkarskich na świecie zmierzył się Bolton z Lofthousem i Blackpool z niezapomnianym Stanleyem Matthewsem. Nat, nazywany przez rywali „Czołgiem” otworzył wynik meczu już w drugiej minucie. Po godzinie finału Bolton prowadził 3-1. Mecz ostatecznie 4-3 wygrało Blackpool. Stan Mortensen wyrównującego gola zdobył w 89 minucie spotkania (hat-trick napastnika), decydujący zaś cios zadał Bill Perry już w doliczonym czasie gry. Przy wszystkich golach dla zwycięzców asystował Matthews. Przegrana w finale FA Cup nie przeszkodziła Lofthouse’ owi otrzymać tytuł najlepszego zawodnika roku. Pięć lat później na tym samym obiekcie Nat dopiął swego i zdobył Puchar Anglii, choć doszło do kontrowersji z jego udziałem. Lofthouse strzelił oba gole w wygranym 2-0 meczu z Manchesterem United, jednak podczas gry rywale mieli pretensje o to, że napastnik posłał piłkę do siatki, choć widział kontuzjowanego, niemającego szans na interwencję bramkarza Harry’ ego Gregga. Jeden z miejscowych poetów ułożył taki oto wiersz na cześć tamtego wydarzenia: ,,Harry Gregg just after t’final, Went into Nat’s for a beer, Who returned his money and told him, We don’t charge goalkeepers here”. Najbardziej znanym przydomkiem Lofthouse’a był „Lew z Wiednia”. Skąd się wziął? 28 maja 1952 roku w Zurychu Anglia grała towarzyski mecz z Austrią. Nat otworzył wynik meczu. Przy stanie 2-2 napastnik boleśnie zderzył się z austriackim golkiperem. Gdyby w tamtych czasach można byłoby przeprowadzać zmiany, selekcjoner Walter Winterbottom z pewnością zdjąłby z placu gry swoją gwiazdę. Lekarze kadry nie dawali za wygraną i postanowili ocucić nieprzytomnego piłkarza. Ten wrócił do gry po dziesięciu minutach przerwy i strzelił zwycięską bramkę. Był to 25 gol „Lwa z Wiednia” dla reprezentacji „Trzech Lwów”. Łącznie strzelił ich aż 30(!) w zaledwie 33 meczach. Zmarł 15 stycznia 2011 roku w wieku 85 lat…
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 Ja generalnie też ale musisz wiedzieć że w Argentynie a zwłaszcza w Boca, Maradona nie jest tylko i wyłącznie piłkarzem, jak każdy inny. On jest tam po prostu futbolowym ,,Bogiem" w pełni tego słowa znaczeniu...
0
@Culer9002 Tu już nawet nie chodzi o to czy on jest gruby, czy grubszy, tylko o to jak niszczy ,,nasz" ukochany klub! I pomysleć że ja chciałem jego powrotu po raz drugi do klubu...
0
@FcPortoFan1999 Tak, jeśli chodzi o Boce, to w 99% chodzi o ,,boskiego" Diego...
7
@FCBparasiempre
Po awansie na MŚ 1938 i zaciętym pojedynku z Brazylią wydawać by się mogło, że Polska stopniowo zaczyna stawać się znaczącym punktem na futbolowej mapie świata. Kolejne miesiące błyskawicznie jednak to zweryfikowały. Biało-czerwoni nie byli w stanie pokonać m.in. Łotwy, Norwegii czy Irlandii, rywali, którzy jeszcze do niedawna wydawali się być w naszym zasięgu. Na szczęście ze wsparciem przybyły posiłki z Wielkiej Brytanii. Na zaproszenie PZPN do Polski zawitał legendarny zawodnik Arsenalu – Alec James, który miał wpajać szkoleniowcom znad Wisły metody pracy poznane w ojczyźnie. Nasza kadra czekała na zwycięstwo już od 12 miesięcy, kiedy latem przybywał do kraju. A lato było piękne tego roku… Alec James nie został ściągnięty do Polski w charakterze selekcjonera. Ponieważ pod względem wyszkolenia taktycznego, jak i przygotowania kondycyjnego nasz kraj znajdował się lata za Wielką Brytanią, postanowiono zainwestować w nauczyciela. James nie był trenerem, po zakończeniu kariery piłkarskiej realizował się bardziej jako dziennikarz. Tym niemniej w kraju, który nie miał od kogo czerpać wzorców, dobre było i to, nawet pomimo dużych problemów z przeskoczeniem bariery językowej. James, wbrew temu, co pisała większość ówczesnych gazet nie był Anglikiem, a Szkotem. Styl gry swojej ojczyzny starał się wpoić w naszej kadrze. Tym samym mieliśmy grać krótszymi podaniami i cierpliwiej przenosić piłkę z obrony do ataku, zamiast szukać natychmiastowych wykopów. Był on również wielkim zwolennikiem systemu WM, święcącego triumfy w Wielkiej Brytanii, a w Polsce praktycznie nieznanego. Jego wdrożenie u nas do najprostszych rzeczy jednak się nie zaliczało. Przed meczem z Węgrami nikt nie dawał naszym zawodnikom najmniejszych szans. My nie wygraliśmy 9 meczów z rzędu, zaś rywale byli aktualnymi wicemistrzami świata. Mimo, że skład Węgrów był nieco okrojony (do mniej niż połowy tego z finału MŚ), także i my mieliśmy swoje problemy kadrowe, wynikające z przygotowań mobilizacyjnych. Z tego powodu mimo klasy przeciwnika w podstawowym składzie naszych zawodników znalazło się aż trzech debiutantów, a czwarty pojawił się na murawie w trakcie spotkania. Newralgicznym punktem był środek naszej pomocy, który sprawił, że w tym jednym meczu Polska zastosowała własną wariację systemu WM. Wszystkie gazety zapisały nasze ustawienie w formacji 2-3-5, podkreślając jednak pozycję „stopera”. W teorii miał to być, zgodnie z zamysłem twórcy tego systemu Herberta Chapmana i wdrażającego go Aleca Jamesa, jeden z pomocników wycofany do wspierania działań defensywy. W naszym modelu jednak pozostał on w drugiej linii. Pierwsze próby z grą w tym stylu miały miejsce jeszcze przed pojawieniem się Anglika, kiedy w środku pomocy ofensywnie usposobionego Wasiewicza zastępowano zorientowanym bardziej na destrukcję Nycem. W tym spotkaniu nie mógł on jednak wystąpić. Zastępstwo było sporym zaskoczeniem – padło na Edwarda Jabłońskiego. Zawodnik Cracovii nie dość, że debiutował w kadrze, to dodatkowo po raz pierwszy grał w środku pomocy. Pod nieobecność przede wszystkim Wostala doszło też do przetasowań w ataku. Na flankach szansę dostali kolejni debiutanci – Jażnicki i Cyganek. Zwłaszcza ten drugi, wypatrzony w Fabloku Chrzanów, miał stać się jednym z kluczowych zawodników tego spotkania. Węgrzy, jako pierwszy nasz rywal w meczu międzypaństwowym, zawitali do kraju samolotem. Było to jednak podyktowane względami bezpieczeństwa. W obliczu niepewnej sytuacji międzynarodowej chcieli jak najszybciej opuścić Polskę po meczu. Już przed nim dało się słyszeć drobne narzekania ze strony węgierskiej odnośnie terminu spotkania, który ich zdaniem nie pozwalał na odpowiednie przygotowani fizyczne. Nie zmienia to faktu, że z ich strony każdy spodziewał się zwycięstwa. Pierwsze minuty tylko to potwierdziły. Po chwilowej przewadze Polaków, Węgrzy przejęli inicjatywę. Dzięki szybkim i krótkim podaniom, raz po raz przedzierali się pod nasze pole karne. Słabo wyglądał nasz środek, mający problem z łączeniem obrony i ataku. Piłki po ewentualnych przechwytach były wybijane na ślepo i rzadko zbierane przez naszych napastników. Pomoc z kolei nie zapewniała możliwości krótkiego rozegrania, sama zaś nie stanowiła trudnej do przejścia zapory. 30 minut potrzebowali nasi rywale na zdobycie dwubramkowego prowadzenia po składnych kombinacjach. Chwilę później Polakom udało się jednak zdobyć kontaktowego gola, od którego rozpoczął się teatr jednego aktora. Ernest Wilimowski zaczął raz po raz rozmontowywać defensywę Węgrów indywidualnymi akcjami. Polacy zaczęli grać twardziej, zostawiając rywalom znacznie mniej miejsca niż do tej pory. W efekcie akcje naszych rywali stawały się mniej liczne, coraz częściej odzyskiwaliśmy piłkę wyżej. W środku harował za dwóch Dytko. Właśnie dzięki jego ofensywnym akcjom, Polacy atakowali całą szerokością boiska, rozciągając szeregi rywala. Bardzo często zapuszczał się on w głąb połowy Węgrów, kiedy nasza drużyna miała piłkę, natomiast w momencie jej straty, natychmiast cofał się by wesprzeć defensywę. Z tego względu więcej ataków pozycyjnych tworzonych było naszą lewą stroną. Tutaj również objawił się talent Pawła Cyganka. Wynaleziony przez Kałużę na boiskach A-Klasy zawodnik swoją nienaganną techniką doskonale radził sobie w indywidualnych starciach z rywalami, dzięki dynamice i dryblingom tworzył przewagę, która dawała więcej miejsca innym zawodnikom. Mógł na tym korzystać Wilimowski, który w drugiej połowie był już nieco mniej pilnowany, nawet pomimo tego, że rywale zostali zepchnięci do głębszej i liczniejszej defensywy. O ile Cyganek został cichym bohaterem tego spotkania (choć docenionym przez większość obserwatorów), tak pierwsze skrzypce kolejny raz zagrał Wilimowski. W drugiej połowie dorzucił dwa gole po indywidualnych akcjach. Według części źródeł także czwarty gol padł po tym, jak „Ezi” został sfaulowany w szesnastce po minięciu kilku rywali. „Przegląd Sportowy” w swojej relacji pisze z kolei o strzale Barana zablokowanym ręką. W obu wersjach egzekutorem rzutu karnego jest Piątek. Hat-trick Wilimowskiego wystarczył mu do zastania według ówczesnych relacji prasowych najlepszym strzelcem w historii reprezentacji, wyprzedzając Józefa Nawrota. Według aktualnych statystyk, w których nie liczona jest bramka długoletniego piłkarza Legii z uznanego za nieoficjalny meczu z Austrią, nastąpiło to jednak już wcześniej. Po latach to zwycięstwo ocenia się jako wielki sukces, z konkluzją, że przez wojnę doskonały polski zespół nie miał możliwości pokazania swojej klasy. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że przez pierwsze 30 minut nasi zawodnicy nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Węgrzy królowali niepodzielnie i wszystko wskazywało na to, że ten mecz skończy się pogromem. Taktyka z wysoko grającym „stoperem” nie okazała się zbyt skuteczna. Nie udało się poprawnie wdrożyć ustawienia WM, o wskazówkach nauczyciela ze Szkocji szybko zapomniano, po wojnie grając ponownie ustawieniem 2-3-5. Samo zwycięstwo w dużej części można zawdzięczać woli walki i indywidualnym umiejętnościom zawodników, którzy doskonale radzili sobie w pojedynkach. James mógł czuć pismo nosem, że pod względem organizacji gry mimo wszystko kroi się katastrofa. Jego zalecenia na mecz z Węgrami zakładały skupienie się na defensywie i liczenie na szczęśliwy remis.
Wszystko to miało formę przekazu zdalnego, bo Aleca Jamesa nie było już w kraju. Według jednych przekazów wrócił na wyspy po wypełnieniu kontraktu w połowie sierpnia, według innych – nie poczekał na mecz, wyjeżdżając w obawie przed nadchodzącą wojną. A ta już wtedy wisiała w powietrzu. Na trybunach sporo było osób w mundurach a na pomeczowym bankiecie (z którego zresztą goście urwali się tak szybko, że zapomnieli zabrać honoriarium za mecz) płk Kazimierz Glabisz stwierdził, że być może to ostatni mecz przed kolejną wojną. Słowa okazały się prorocze, gdyż już kilkanaście dni później dowodził improwizowaną grupą „Kielce”. I choć wszystko zmierzało ku najgorszemu, te 90 minut meczu dało Polakom nie tylko mnóstwo radości, ale też, jeśli wierzyć cytowanym opiniom ze stadionu, wiarę, że skoro dało się wygrać ten mecz, da się wygrać i wojnę. Przy golu na 4-2 jeden z widzów nie wiedząc za bardzo jak zamanifestować radość, zdecydował się otworzyć parasol. A lato było piękne tego roku i również była niedziela…
Dla zainteresowanych podaje jeszcze inne źródło: https://sport.tvp.pl/44111679/polska-wegry-42-1938-piec-dni-przed-westerplatte-wielkie-zwyciestwo-polakow
7
A lato było piękne tego roku...
O jednym z najlepszych meczów reprezentacji Polski w jej historii przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz. Życze wszystkim miłej lektury.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
0
@FcPortoFan1999 W moim wypadku odpowiedź jest bardzo prosta. Zresztą widnieje na moim zdjęciu użytkownika fcbarca.com. To ze względu na mojego idola z dzieciństwa a mianowicie Diego Armando Maradone!
To można też troche porównać z Realem i FC Barceloną, gdzie zawsze tym bogatszym klubem był Real a w Argentynie Boca...
0
@FcPortoFan1999 ...... i Boca Juniors! Tak, zgadza się!
0
@FcPortoFan1999 Nie będzie, a to dlatego że to jest Polka!
0
Iga, Igunia kochana na Eurosporcie! Dawaj Igusia, kochamy cię...!
0
@mordini123 Dzięki śliczne za informacje ale no niestety nie interesuje się dziennikarzami z całego świata a już na pewno nie z Kazachstanu...
0
@FcPortoFan1999 Przykro mi ale nie oglądałem...
0
@FcPortoFan1999 Pierwsze w życiu słysze! Kto to?
0
@FcPortoFan1999 Co to do cholery znaczy Borata?
0
@FcPortoFan1999 Z kraju... jakiego?
0
O prosze! Jednak jest nasz Hubercik na Eurosporcie! No i fajniutko.........!
1
@Lionel_Messi10 Powiedział Baca macając kiszke... :)
0
@Culer9002 Masz na myśli prezydenta Joana Laporte?
0
Dlaczego nie ma transmisji meczu Hurkacza na Eurosporcie(?) bo chyba już gra...?
1
@Marian_Pazdzioch Włąśnie go sobie odtworzyłem i rzeczywiście strzał nie był w róg bramki tylko w połówke połowy bramki a więc bardzo ryzykownie. Widać było bardzo duże napięcie na twarzy Messiego, chyba mało kto chciałby wówczas być w jego skórze...
No ale cóż, jak to mówią latynosi, karne to taniec diabła!