5

@FCBparasiempre
W latach 50-tych XX w. polski futbol zaczynał coraz więcej znaczyć na arenie międzynarodowej. Pojawiło się wielu bardzo utalentowanych zawodników, którzy błyszczeli w klubach i którzy chcieli również zaistnieć w reprezentacji. Częstsze stawały się kontakty międzynarodowe naszych drużyn. W 1955 r. Gwardia Warszawa jako pierwszy klub reprezentowała nas w europejskich pucharach. Kadra narodowa brała udział w eliminacjach do mistrzostw świata w Szwecji i do premierowego turnieju o mistrzostwo Europy. Co prawda bez sukcesów, ale nie chowaliśmy już głowy w piasek jak wcześniej. Wydawało się, że po latach niepowodzeń w końcu nadchodzi dobry czas dla polskiej piłki. W 1957 r. po reorganizacji struktury sportu w naszym kraju, do życia przywrócono PZPN. Polska reprezentacja wystartowała w eliminacjach do mistrzostw świata w 1958 r., ale niestety w decydującym starciu z ZSRR zabrakło chyba trochę szczęścia a może też doświadczenia. Mimo pechowo przegranej rywalizacji o awans na turniej w Szwecji w sercach wielu kibiców pojawiła się iskierka nadziei na choćby namiastkę sukcesu naszej kadry. Rok później rozpoczęliśmy batalię w premierowej edycji turnieju o mistrzostwo Europy. Znowu jednak nie mieliśmy szczęścia. W eliminacjach los zetknął nas z Hiszpanią, o której sile decydowali, tak jak i dzisiaj, piłkarze Realu i FC Barcelony. W pierwszym meczu 28 czerwca w Warszawie na trafienia Pohla i Brychczego piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego odpowiedzieli aż czterema golami – po dwa strzelili wielcy Alfredo Di Stéfano i Luis Suárez. W październikowym rewanżu Gento i spółka nie pozostawili wątpliwości, odprawiając Polaków 3:0. Co ciekawe spotkania z naszą drużyną były jedynymi dla Hiszpanii w tamtej edycji mistrzostw. W ćwierćfinale mieli zmierzyć się z ZSRR, ale znowu w sport wmieszała się polityka i ostatecznie wycofali się z rywalizacji. Wróćmy jednak nad Wisłę. Po niepowodzeniach w eliminacjach do dwóch dużych turniejów trzeba było szukać swojej szansy w igrzyskach olimpijskich. Chęć udziału w nich wyraziły aż 52 zespoły, więc nie mogło się obyć bez kwalifikacji. Polacy w grupie mieli zmierzyć się z Finlandią i z amatorską reprezentacją RFN. Po wylosowaniu względnie niezbyt wymagających przeciwników wśród władz naszej federacji zapanował optymizm i liczono na awans, a przy odrobinie szczęścia być może nawet na punktowane miejsce w igrzyskach. Cztery dni po porażce z Hiszpanią na Estadio Santiago Bernabéu nasi reprezentanci byli już w Helsinkach. Gospodarze okazali się dosyć gościnni i 12 tys. widzów na Stadionie Olimpijskim oglądało porażkę swoich ulubieńców 1:3. Rewanż w Chorzowie rozwiał wszelkie ewentualne wątpliwości. Po świetnym meczu Polska wygrała 6:2, a znakomite zawody rozegrał Ernest Pohl – strzelec trzech bramek. Do pełni szczęścia była potrzebna wygrana z amatorami z RFN. 24 listopada w Essen biało-czerwoni pokonali rywali 3:2 i już można było świętować awans. Do rozegrania został jeszcze co prawda rewanż, ale trudno było przypuszczać, że mogliśmy wypuścić z rąk taką szansę. Kropkę nad i postawiliśmy 18 kwietnia w Warszawie, zwyciężając 3:1. Warto podkreślić, że tylko Węgrzy i właśnie nasz zespół zakończyli eliminacje z kompletem zwycięstw. Do igrzysk pozostawały cztery miesiące. W tym czasie trzeba było przeprowadzić selekcję i odpowiednio zgrać ze sobą zawodników. Zadanie wyboru piłkarzy na turniej spadło na barki kapitana związkowego – Czesława Kruga. Natomiast o formę naszych reprezentantów miał zadbać Francuz Jean Prouff, któremu pomagać mieli Ryszard Koncewicz i Wacław Pegza. Wkrótce po zakończeniu eliminacji powołano szeroką kadrę na igrzyska. Wśród 35 zawodników było 4 bramkarzy, 9 obrońców, 6 pomocników i 16 napastników. Niestety w reprezentacji nie było miejsca dla Romana Korynta. Obrońca gdańskiej Lechii, podpora polskiej defensywy i według Kazimierza Górskiego jeden z najlepszych ówcześnie obrońców w Europie nie pojechał na igrzyska. Podobnie jak w przypadku Wilimowskiego w 1936 r. o braku powołania dla Korynta decydowały względy pozasportowe. Cała afera wzięła się stąd, iż korespondując z byłym działaczem Lechii, który przeniósł się na stałe do Niemiec, napisałem mu, że za wygrany mecz płacą nam 300 złotych. On tę wiadomość upublicznił. W efekcie zostałem wyrzucony z reprezentacji nieomal w przeddzień wyjazdu na igrzyska olimpijskie w Rzymie i otrzymałem kilkuletni zakaz wyjazdów zagranicznych – wspominał stoper Lechii. W ramach przygotowań pierwsza reprezentacja i drużyna B, którą tworzyli gracze do lat 23, rozgrywały szereg meczów sparingowych. Kadra młodzieżowa wzmocniona Szymkowiakiem w bramce i Szymborskim w ataku, w Warszawie zremisowała z Czechosłowacją 1:1. Parę dni później pierwsza jedenastka udała się do Glasgow, gdzie rozegrali spotkanie z reprezentacją Szkocji. Polacy wygrali na Hampden Park 3:2, a do siatki rywali trafiali Baszkiewicz, Brychczy i Pohl. Bramka tego ostatniego była wyjątkowej urody i ustaliła wynik meczu, a prasa pisała, że bomba Pohla wstrząsnęła Szkocją. W tym samym dniu młodzieżówka wygrała z NRD 3:0 i coraz ufniej patrzono w przyszłość.

Kolejnym sprawdzianem był mecz z reprezentacją ZSRR na Łużnikach w Moskwie. Przeciwnik był wtedy jedną z najlepszych drużyn na kontynencie, ale przed spotkaniem w naszym obozie panował ostrożny optymizm i wierzono, że można uzyskać dobry wynik. Tym bardziej że mieliśmy wystąpić w tym samym składzie co w Glasgow. Niestety jednak 19 maja zostaliśmy upokorzeni i doznaliśmy miażdżącej porażki aż 1:7. Marnym pocieszeniem jest fakt, że trzy bramki straciliśmy w ostatnich pięciu minutach. Tak dotkliwą porażkę próbowano usprawiedliwiać tym, że podobno ustaloną wcześniej godzinę rozpoczęcia spotkania przesunięto w ostatniej chwili o całe 30 minut. Polacy ledwie zaczęli rozgrzewkę, a już wezwano ich do gry. To by tłumaczyło, że już po pierwszych dwóch kwadransach przegrywali 0:4. Komuś w piłkarskiej centrali zabrakło wyobraźni. Mecze w Glasgow i Moskwie dzieliło zaledwie kilka dni, między którymi była jeszcze kolejka ligowa! Do tego Pohl i Zientara mieli zatrucie pokarmowe a gospodarze nie dali nam się rozgrzać przed meczem. Skończyło się kompromitacją. 1:7 w Moskwie to był chyba najgorszy mecz reprezentacji Polski w całej historii – wspominał w książce „Kici” Lucjan Brychczy. W kraju jednak zbytnio nie przejmowano się tym wynikiem. Uwagę wszystkich skupiała wizyta w Polsce brazylijskiego Santosu z 20-letnim Pelém w składzie. 25 maja na Stadionie Śląskim wirtuozi zza oceanu dali prawdziwy popis piłkarskiego rzemiosła. Publiczność wiele akcji nagradzała brawami, przyjacielska atmosfera udzielała się wszystkim, a kiedy Szymkowiak po raz kolejny w akrobatyczny sposób obronił strzał Pelégo, to Brazylijczyk podbiegł do niego i serdecznie go uściskał. Goście wygrali 5:2, ale nie wynik był najważniejszy. W tym samym dniu w siedzibie FIFA w Zurichu odbyło się losowanie czterech grup turnieju olimpijskiego. Polska trafiła do grupy C razem z Tunezją, amatorską reprezentacją Argentyny i z Danią. Tylko zwycięzcy grup grali dalej, bezpośrednio awansując do półfinałów. Celem dla Polaków było więc zajęcie pierwszego miejsca. O ile zwycięstwo nad Tunezją było niemal pewne, o tyle po meczach z Danią i Argentyną spodziewano się ciężkich batalii. Awans był bardzo trudnym zadaniem, ale na pewno nie niemożliwym. Opracowano szczegółowy plan przygotowań do igrzysk. Zadanie obserwowania rywali w meczach towarzyskich powierzono Czesławowi Krugowi. Po zakończeniu rundy wiosennej (grano jeszcze systemem wiosna-jesień) w lidze zmniejszono kadrę do 25 zawodników. Ostatni oficjalny mecz przed igrzyskami rozgrywaliśmy 22 czerwca z Bułgarią. Pewne zwycięstwo 4:0 na pewno dodało pewności siebie kadrowiczom. Na początku sierpnia wykrystalizował się skład drużyny. W Rzymie mieli nas reprezentować: bramkarze Edward Szymkowiak (Polonia Bytom) i Tomasz Stefaniszyn (Gwardia), obrońcy Henryk Szczepański (ŁKS), Stefan Florenski (Górnik), Hubert Pala (Ruch), Henryk Grzybowski i Jerzy Woźniak (obaj Legia), pomocnicy Ryszard Grzegroczyk (Polonia Bytom), Marceli Strzykalski i Edmund Zientara (obaj Legia) oraz napastnicy: Marian Norkowski (Polonia Bydgoszcz), Engelbert Jarek (Odra Opole), Eugeniusz Faber (Ruch), Stanisław Hachorek (Gwardia), Ernest Pohl i Roman Lentner (obaj Górnik), Lucjan Brychczy i Zygmunt Gadecki (obaj Legia). Powołano teoretycznie najlepszych aktualnie zawodników, choć na miejsce w kadrze zasługiwało na pewno kilku innych zawodników – jak np. wspomniany wyżej Korynt czy Jan Liberda z Polonii Bytom. Z różnych względów nie znaleźli się oni w kadrze. Zespół nie był monolitem. Przed trenerami stało trudne zadanie zgrania poszczególnych formacji, wiele zależało od psychicznego nastawienia piłkarzy. Niestety przygotowania nie przebiegały bez problemów. Podpora defensywy – Henryk Grzybowski w sparingu z Dynamem Zagrzeb naderwał więzadła w kolanie. Lekarz kadry, dr Soroczko włożył mu nogę w gips, a piłkarz miał pauzować 10 dni. Oznaczało to, że na pewno nie zagra w premierowym meczu z Tunezją, ale na najważniejsze starcie z Duńczykami powinien już wydobrzeć. Kontuzja Grzybowskiego psuje nam mocno szyki. Tak chcielibyśmy wrócić z Rzymu z tarczą, ale przy braku jednego z najmocniejszych punktów w zespole będzie to trudne. W pierwszym meczu z Tunezją być może zagramy w rezerwowym składzie, a dopiero przeciwko Danii wystawimy najsilniejszą jedenastkę – mówił Czesław Krug. Piłkarza Legii na pozycji stopera miał zastąpić Stefan Florenski. Po przylocie do Rzymu pech jednak nadal nie opuszczał naszych zawodników. W sparingu z miejscową drużyną Latium Quadraro Florenski podczas wybijania piłki złamał nogę w kostce i jego udział w igrzyskach był wykluczony. Byliśmy więc bez stoperów, a turniej nawet się nie zaczął. Rozgrywany 26 sierpnia mecz z Tunezją był spotkaniem numer jeden olimpijskiego turnieju. Z nieba lał się żar, a termometry wskazywały 30oC. Mimo trudnych warunków Polacy pewnie wygrali 6:1, ale to rywale jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Już w 3 minucie Brahim Kerrit strzelił pierwszego gola rzymskich zawodów. Później jednak dał o sobie znać geniusz Ernesta Pohla. Urodzony w Rudzie Śląskiej zawodnik strzelił w tamtym pojedynku pięć bramek, czego w kadrze nie dokonał nikt przed nim. Radość po odniesionym zwycięstwie zmąciły wieści, jakie z polskiego obozu nadeszły nazajutrz. Okazało się, że uraz, jaki odniósł w starciu z Tunezyjczykami Henryk Szczepański, jest na tyle poważny, że eliminuje go z meczu z Danią. Z pięciu obrońców zostało tylko dwóch plus wracający do zdrowia Grzybowski. Na dwa kluczowe mecze z najgroźniejszymi rywalami dysponowaliśmy tylko trójką defensywnych graczy. A przecież w kraju został Korynt – zwycięzca Challenge’u „Złote Buty” redakcji Sportu, uznawany za najlepszego polskiego piłkarza. W sobotę wieczorem do grona kontuzjowanych dołączył trener Jean Prouff. Francuz wybrał się do Palazetto dello Sport, gdzie oglądał swoich rodaków w meczu koszykówki z Jugosławią. Wychodząc z hali, przewrócił się na schodach tak nieszczęśliwie, że złamał nogę. Trudno się dziwić, że wobec tych wydarzeń nastroje w polskiej ekipie nie były najlepsze.

Duńczycy nie byli jakimś potentatami w europejskim futbolu, ale wyjątkowo nam nie leżeli. Z siedmiu rozegranych z nimi meczów wygraliśmy ledwie jeden i to jeszcze przed wojną. To oni obnażyli nasze słabości w pamiętnym meczu w Kopenhadze i to oni zakończyli naszą przygodę na helsińskich igrzyskach. Nadarzała się więc idealna okazja do rewanżu, choć w głowach piłkarzy już mocno zakorzenił się duński kompleks i o zwycięstwo wcale nie było tak łatwo. W spotkaniu w Livorno Polacy zagrali w rezerwowych, niebieskich strojach. Graliśmy praktycznie w tym samym składzie co z Tunezją. Dziurę na środku obrony załatał tylko Grzybowski. W bramce grał Szymkowiak, obronę obok wspomnianego Grzybowskiego stanowili Pala i Woźniak, w środku pola wystąpili Strzykalski i Zientara, a o obliczu ataku decydowali Gadecki, Brychczy, Hachorek, Pohl i Lentner. Polacy zaczęli bez kompleksów, od pierwszego gwizdka grali dokładnie i dosyć swobodnie. Na prowadzenie mogliśmy wyjść już w 3 minucie, ale minimalnie pomylił się Hachorek. Wraz z upływem czasu coraz więcej kłopotów naszym obrońcom sprawiały długie przerzuty Duńczyków. Bramkę jednak straciliśmy po nieporozumieniu Szymkowiaka i Grzybowskiego. Nasz bramkarz obronił strzał Haralda Nielsena i podał piłkę do Grzybowskiego właśnie, a ten, zamiast oddalić grę od pola karnego, wdał się w niepotrzebny drybling. Duński napastnik przejął piłkę i natychmiast oddał strzał. Piłka odbiła się najpierw od słupka, ale dobitka była już skuteczna. Stracona bramka nie podcięła nam skrzydeł i Polacy dalej zawzięcie atakowali. Niestety w naszych akcjach brakowało szybkości i dynamiki, przez co duńska obrona nie miała większych problemów z neutralizowaniem naszych ataków. Najbliżej szczęścia był w 40 minucie Ernest Pohl, ale po jego strzale piłka trafiła w słupek. Chwilę później trójkową akcję rozegrali Lentner, Brychczy i Pohl, ale gracz Górnika znowu minimalnie chybił. Tuż przed przerwą trwało prawdziwe oblężenie duńskiej bramki, ale From nie dał się pokonać. Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie. Duńczycy byli zepchnięci do defensywy, ale nasze ataki były zbyt chaotyczne i rozpaczliwe, żeby wyrządzić jakąkolwiek krzywdę przeciwnikowi. Dopiero w 62 minucie Brychczy podał do grającego na skrzydle Gadeckiego, który do tamtej chwili był stanowczo zbyt rzadko wykorzystywany. Piłkarz Legii przejął piłkę i wbrew oczekiwaniom duńskiej obrony nie dośrodkował, a uderzył płasko w róg bramki, nie dając szans Fromowi. Wreszcie przyszło upragnione wyrównanie. Dzisiaj trener pewnie kazałby się cofnąć, pilnować wyniku i nastawić się na grę z kontry, ale Polacy dali ponieść się emocjom. Podekscytowani zdobyciem wyrównującej bramki walczyli na przedpolu Froma, który jednak bronił bez zarzutu. Odkrywając się, narażaliśmy się na kontrataki Duńczyków, którzy raz po raz stwarzali zagrożenie pod bramką Szymkowiaka. Niestety na pięć minut przed końcem jeden z ataków rywali okazał się zabójczy. Przy dość biernej postawie obrońców po raz drugi w tym spotkaniu Szymkowiaka pokonał Nielsen. O wyrównanie w ostatnich minutach było bardzo ciężko, zwłaszcza przy tak dobrze dysponowanej obronie duńskiej. Jeden z liderów olimpijskiej kadry – Lucjan Brychczy – po kilkunastu latach tak mówił o tamtym spotkaniu: ,,Tego, co działo się na stadionie w Livorno, nie potrafię sobie wytłumaczyć do tej pory. Zagraliśmy świetnie, mieliśmy ogromną przewagę, momentami miażdżyliśmy przeciwnika, a mimo to zeszliśmy z boiska pokonani. Sądzę, że mecz o tak niesamowitym przebiegu może się zdarzyć raz na kilkadziesiąt lat. Moja opinia nie jest odosobniona, podobnego zdania byli wszyscy obserwatorzy tego spotkania. I jeszcze jedno – powszechnie podkreślano, iż był to jeden z najlepszych występów reprezentacji Polski w całej historii naszego futbolu. Trudno byłoby zliczyć ile strzałów trafiło w słupki i poprzeczkę bądź minimalnie ominęło bramkę. Sam zmarnowałem co najmniej pięć idealnych sytuacji i chyba tyleż samo każdy z kolegów w ataku i pomocy. (…) Na próżno szukać racjonalnych przyczyn porażki”. W podobnym tonie na łamach Sportu pisał Tadeusz Bagier: ,,Na próżno szukam słów, aby oddać to, co widziałem i przeżywałem w poniedziałek na stadionie w Livorno. Widowisko, jakie rozegrało się tam między 22 a 24 naszego czasu, było dla 7000 widzów czymś zgoła niewiarygodnym, wręcz irracjonalnym. Rzadko przecież zdarza się, aby drużyna, która przez 70 minut gra na jedną bramkę, góruje nad przeciwnikiem we wszystkich elementach sztuki piłkarskiej, oddaje blisko 40 strzałów, opuszczała boisko pokonana!”. W drugim meczu Argentyna po nieoczekiwanie ciężkim meczu pokonała 2:1 Tunezję. Teoretycznie mieliśmy jeszcze szanse na zajęcie pierwszego miejsca, ale do tego było potrzebne zwycięstwo Tunezji z Danią i nasza wygrana z Argentyną. Ani jeden, ani drugi warunek nie został spełniony. Po zwycięstwie Duńczyków nad piłkarzami z Afryki było już wiadomo, że z Albicelestes zagramy o pietruszkę. 1 września w Neapolu przegraliśmy z amatorami z Ameryki Południowej 0:2. Przeciwnik grał nie tylko szybciej, ale co ważne skuteczniej. Mieli o połowę mniej sytuacji, a mimo to strzelili nam dwa gole. Pierwszy co prawda padł z wyraźnego spalonego, ale marna to pociecha. Mecz był rozgrywany przy sztucznym świetle, co też nie pomagało naszym zawodnikom.

6

1

@FcPortoFan1999 A i owszem! Przy takich przeciwnikach to nikt wówczas nie miał szans...!

11

Blaugrana w Superpucharach:

26 sierpnia 2011 r. FC Barcelona zdobyła Superpuchar Europy. 36 mecz o to trofeum rozegrano na Stade Lluis II w Monaco. Naprzeciwko siebie stanęły Barça oraz FC Porto. W 39 minucie Messi wykorzystał fatalny błąd piłkarzy Porto, którzy w praktyce podali mu piłke, stwarzając sytuację sam na sam i Argentyńczyk nie miał problemów z pokonaniem Heltona. W 88 minucie rywali dobił rezerwowy w tym meczu Fabregas. Porto kończyło ten mecz w dziewiątke po czerwonych kartkach dla Rolando(po dwóch żółtych) oraz bezpośredniej dla Guarina.

Przypomnijmy sobie:





@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

1

@Zecik11 Jesteś bardzo odważny! Ja nie znając żadnego obcego języka w życiu bym sobie tam nie poradził...!

9

Zapomniane legendy FC Barcelony:

26 sierpnia 1961 r. zadebiutował w barwach Blaugrany Jose Zaldua, znakomity napastnik z lat 60-tych. Miało to miejsce w meczu Copa Ramon de Carranza z Rivert Plate Buenos Aires. Zaldua rozegrał oficjalnie 361 spotkań w koszulce Dumy Katalonii. Łącznie zdobył w nich 178 goli. Najlepszy okazał się dla niego pierwszy sezon, w którym zapisał na swoim koncie 27 goli w 46 meczach. Pamiętajmy również że Zaldua jako pierwszy zawodnik FC Barcelony zdobył pięć goli(!) w międzynarodowym meczu klubowym o punkty. Dokonał tego 6 października 1965 r. w spotkaniu przeciwko FC Utrecht w ramach pierwszej rundy Pucharu Miast Targowych.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

5

@FCBparasiempre
Nie był jedynym świetnym graczem w tym towarzystwie. Był jednak najlepszy z nich, mimo że był najniższy. Na widok tej konstelacji obiecujących chłopaków brat Garrinchy Wieloryb, wpadł na pomysł utworzenia drużyny trampkarzy i przygotowania ich po trochu do gry w młodzieżowej sekcji S.C. Pau Grande. Drużyna wieloryba nazywała się Palmeiras FC i traktowała swoją misję śmiertelnie poważnie. Mieli zestaw koszulek kupionych za 80 cruzeiro rozłożonych na 10 rat, trenowali o umówionych godzinach i w latach 1945-1946 mieli w podstawowym składzie Garrinche. Tyle że na lewej pomocy. W owych czasach brazylijskie drużyny nie nosiły koszulek z numerami. Gdyby je miały, Garrincha grałby w zespole Wieloryba z dziesiątką. Nie wiadomo dlaczego Garrincha wybrał pozycję, która wymaga od zawodnika przynajmniej minimum umiejętności grania obiema nogami. Nie strzelał lewą nogą, nie potrafił nią nic zrobić a według jego kuzyna Renato, nie wiedział nawet, która noga jest lewa. Jak się dobrze zastanowić, to i po co miałby to wiedzieć, skoro kiwał się i strzelał prawą? Wieloryb nauczył go, która noga jest która i wygląda na to że podszkolił go jeszcze w paru innych sprawach. Jego i innych chłopaków, gdyż w 1947 i 1948 roku niemal cała drużyna Palmeiras FC przeszła do sekcji juniorów S.C. Pau Grande a od 1949 roku do jego podstawowego składu. Inne miasta miały chłopaków spał Grande na oku. Fabryczna drużyna nie była zrzeszona w okręgowej lidze Mage, w związku z czym okoliczne kluby uważały że mają prawo podbierać spał Grande Tych piłkarzy, którzy im się podobali, tak jak wybiera się pomarańcze na targu. Cruzeiro do sól z Petropolis za jednym zamachem zabrał do swojej sekcji młodzieżowej Garrinche, Diquinha i France. Garrincha i jego koledzy grali w Barwach cruzeiro 2 lata, W 1949 i 1950 roku, jeżdżąc do Petropolis tylko w niedzielę w porze meczu ale nie porzucili macierzystej drużyny. Pewien taksówkarz, Cabinio, który był fanem Garrinchy i jechał po niego do Paul Grande, zawodził go rano na mecz cruzeiro i przywoził go z powrotem, tak aby po południu mógł zagrać w Barwach SC Pau Grande. Do tej pory Garrincha nigdy nie myślał o piłce nożnej w kategorii pieniędzy ani w jakiejkolwiek innej. Nie lubił rozmawiać o futbolu, nigdy nie jeździł do Rio na mecze, nie słuchał nawet w transmisji w radio. Kibicował z grubsza Flamengo ale jedynie dlatego że kiedy miał sześć lat, w 1939 roku, Flamengo wygrało mistrzostwo stanu, mając w składzie legendarnego Domingosa da Guie, Leonidasa i Zizinho, którzy byli na ustach wszystkich. W 1950 roku Brazylia przegrała na Maracakanie finałowy mecz mistrzostw świata z Urugwajem i Garrincha nie pamiętał nawet żeby słuchać transmisji z głośnika zawieszonego na placu. Pojechał na ryby i kiedy wrócił, zastał całe miasto we łzach. Kiedy dowiedział się dlaczego stwierdził że to głupota. Piłka nożna była po to żeby w nią grać. Jednak Serrano płacił mu właśnie za to i kiedy jego wujkowie podliczyli honoraria, okazało się że to wcale nie taka symboliczna kwota. Za półtorej godziny na boisku otrzymywał 25 razy więcej niż wynosiła teraz jego Fabryczna stawka: 1,20 cruzeiro. To były pieniądze ale Garrincha nie brał ich sobie do serca po trzech miesiącach zawodowca zmęczył się co tego cotygodniowymi dojazdami do Petropolis i pozostawił srana na pastwę losu. Zapomniał o kontrakcie, który podpisał i już nigdy więcej nie pokazał się w klubie. Jego klubem było SC Pau Grande Gdzie grał za darmo i jeśli miałby go zamienić na inny, jak nalegali wszyscy z jego otoczenia, to na klub z Rio. Już kiedyś tego spróbował. Rok wcześniej w 1950 roku, tuż przed jego 17 urodzinami, jeden z dyrektorów fabryki nakłonił go do tego żeby pojechał z nim potrenować w Vasco da Gama raczej żeby spróbować potrenować. Znane kluby rezerwowały jeden dzień w tygodniu na testowanie chłopaków, którzy chcieli otrzymać szansę gry w juniorach. Był to czasami Dramatyczny spektakl. Prawie wszyscy chłopcy byli biedni i piłka nożna była dla nich szansą na to żeby do czegoś w życiu dojść. Bywało to też komiczne, gdy chłopcy z najbogatszych dzielnic wchodzili na teren klubu z korkami pod pachą wylęknieni i skromni. Selekcji dokonywał zwykle były piłkarz, który niedawno przeszedł na emeryturę i pałętał się po terenie klubu niczym upiór albo ktoś z zarządu, kto miał dobre oko do wypatrywania zdolniejszych i bardziej chętnych, niekoniecznie do piłki, chłopców. Kandydaci otrzymywali kanapkę z mortadelą, co niektórym z nich było bardzo potrzebne, jako że widać po nich było że nic nie jedli od samego rana i byli dzieleni na dwie drużyny, które grały przeciwko sobie sparing. Dla wszystkich była to szansa życia. Jedno błyskotliwe zagranie zauważone przez trenera mogło oznaczać przyjęcie do klubu, miejsce w podstawowej drużynie a w przyszłości powołanie do reprezentacji Brazylii, co w latach 50 było szczytem marzeń wszystkich piłkarzy ale to marzenie mogło rozwiać zwyczajne kichnięcie. Na treningi przyjeżdżały tłumy chłopaków. Wołano ich po kolei, wchodzili na boisko, kopali piłkę i byli zmieniani, po czym słyszeli zdanie, które kładło kres ich nadzieją: ,, Słuchaj no, nie musisz już tu wracać, dobrze?". Chłopak, do którego kierowano te słowa, zaczynał się zastanawiać czy odebrać sobie życie a tymczasem na boisko wchodził cały podekscytowany następny w kolejce, o krok od identycznego losu. Jednego na stu zapraszano do powrotu nazajutrz. Garrincha nie usłyszał nawet tego zdania. Vasco znane w 1950 roku jako ,, Ekspres zwycięstwa" było niepokonanym mistrzem stanu w 1945,1947 i 1949 roku oraz podstawowym źródłem piłkarzy powoływanych do reprezentacji. To prawda że właśnie ta reprezentacja z sześcioma zawodnikami Vasco w składzie, z trenerem Flaviem Costą, przegrała parę miesięcy wcześniej 16 lipca z Urugwajem, zaprzepaszczając szansę na tytuł mistrza świata. Jednak ta narodowa katastrofa nie pomniejszyła prestiżu Vasco, który w tym samym roku ponownie zdobył stanowy tytuł. Marzeniem każdego brazylijskiego chłopca, który potrafił kopać piłkę nadal było zagrać w drużynie obok takich Sław jak: Ademir, Ely, Danilo, Jorge, Ipojucan, Barbosa, Augusto. I tego ranka, kiedy Garrincha przybył na stadion São Januario wyglądało na to że wszyscy ci chłopcy tam są. W Vasco selekcją zawodników zajmował się były piłkarz Argentyńczyk Volante. Kiedy zobaczył garnitur stojącego w tłumie chłopców w samych skarpetach, zapytał dlaczego jest boso. Garrincha odparł słabym głosem że zapomniał zabrać korków z domu podartych korkach, których używał w Petropolis. Volante skwitował to krótko: ,, Bez korków nie trenuje". Garrincha opowiadał później że Volante spojrzał jeszcze na jego nogi i nazwał go ,, kaleką" ale nikt oprócz niego tak tego nie słyszał a ci, co znali Volante twierdzą że nie byłby on zdolny do podobnego grubiaństwa...

7

@FCBparasiempre
Kiedy Manuel przyszedł na świat, akuszerka Leonor była pierwszą osobą, która zauważyła że ma krzywe nóżki. Lewa była wygięta na zewnątrz a prawa do środka. Były równoległe, tak jakby wypchnął je w tą samą stronę powiew wiatru z kreskówki. Manuel nie odziedziczył tych nóg po ojcu ale po matce Marii Carolinie, chociaż jej nogi nie były aż tak wykrzywione jak jego. Gdyby założyli mu w dzieciństwie przyrząd ortopedyczny, jego nogi zostałyby w krótkim czasie wyprostowane ale kto by o czymś takim pomyślał na ulicy Chiqueira, w Pau Grande w 1933 roku? Wszyscy ci którzy znali małego Manuela opowiadają o jego łagodności i dobroci. Był chłopcem niezwykle miłym i życzliwym, niezdolnym do udzielenia niegrzecznej odpowiedzi starszym ani rówieśnikom. Mówił niewiele i nigdy nie podnosił głosu ale bywał też trudny. Kiedy krzyczano na niego z powodu ukradzionych słodyczy uśmiechał się krzywo i przy pierwszej sposobności znów robił to, czego mu zabroniono obrywał rózgą z pigwowca ale może nie tyle razy, na ile sobie zasłużył, gdyż był drobny i mniejszy niż rówieśnicy, co budziło litość i czułość. Filigranowy niczym strzyżyk. To jego siostra Rosa po raz pierwszy zwróciła uwagę na to podobieństwo i tak go nazwała. ,, Garrincha" albo ,,Garricha", tak mówi się na północnym wschodzie Brazylii na strzyżyka, małego brązowego ptaszka z czarnymi paskami na piersi, żywiącego się drobnymi owadami i pająkami. Ładnie śpiewa ale źle znosi niewolę. W Pau Grande było ich pełno. Przydomek się przyjął i w wieku 4 lat używali go już rodzice, rodzeństwo, koledzy i goście. Garrincha też źle znosił niewolę. Do siódmego roku życia zajmował się głównie polowaniem na ptaszki, kąpaniem w rzece i graniem w piłkę. Ptaki zostały później poetycko związane z jego wizerunkiem ale początkowo stosunek Garrinchy do nich nie miał w sobie nic poetyckiego, dobroczynnego ani kontemplacyjnego. Jego rozrywkę stanowiło zabijanie ich. Seryjnie, jednego po drugim, tak jakby były kaczkami ustawionymi W rządku na strzelnicy w wesołym miasteczku. Nie dlatego że źle im życzył ale dla przyjemności jaką dawało mu trafienie w nie z procy. Kamień wylatywał z niej z prędkością 400 km na godzinę i siłę uderzenia miażdżyła ciało ptaszka, zabijając go na miejscu. Garrincha nie był wybredny. Strzyżyki, to że nosiły to samo imię co on nie wzbudzało w nim żadnej litości; gołąbeczki karłowate, targarki, klinodziobki i nawet cenne taczanki, błyskotki i ziarnołuski płowogardłe. Był też prawie nieomylny z kamieniem w dłoni, bez procy. Inni chłopcy zazdrościli mu celnego oka nie tylko wtedy, gdy celem był naiwny Koliber ale także inne, o wiele bardziej nieśmiała i ostrożne ptaki. Doszło do tego że Pewnego dnia przyniósł w chlebaku do domu 48 ptaków, wszystkie upolowane tego samego ranka. Jeśli wiele lat później w Pau Grande było mniej ptactwa, to sporą część winy za ten deficyt należy zapisać na konto chłopców z pokolenia Garrinchy. Nic co latało nie było przy nich bezpieczne. Po obdarciu z piórek ptaki były podsmażane i przyrządzane w mące z manioku rękami matek i jedzone przez chłopców jako zakąska między posiłkami ale nie przez Garrinche. Był jedynym, który łamał wiekowe przykazanie: ,, zabiłeś, to zjedz'. Zabijanie dla zabijania było dla niego dobrą zabawą i kiedy już zaczął pracować w fabryce, kupił sobie pierwszą śrutówkę, dzięki której jego śmiercionośna wydajność jeszcze wzrosła ale zanim doprowadził wiele gatunków do wyginięcia, Nauczył się od starszych że te ptaki, które śpiewały (kanarki, ziarnojadki, drozdy) lepiej było łapać w sidła. Ciężkie życie miały nie tylko okoliczne ptaki ale i cała fauna. Podczas gdy bogate dzieci spał Grande były zmuszane do noszenia butów i grzebienia w kieszeni i musiały zadowolić się łapaniem latem mrówek, i jego Kompanii mieli przez okrągły rok do dyspozycji całą gamę dzikiej zwierzyny. Łapali zające, skunksy, ostronosy i dzikie świnki morskie; na lasso albo goniąc je z kijami. Są tacy, którzy twierdzą że Garrincha polował nawet na węże. Inną jego pasją było łowienie ryb, był specem od wędki i ekspertem od różnych rodzajów przynęt ale łapał także ryby za pomocą stożkowatego kosza albo wywabiając je z ukrycia pokarmem i nadziewając na harpun. Nie gardził też prymitywnym sposobem, który był bardzo popularny wśród Indian, polegający na upuszczeniu dużego kamienia na rybę przepływającą ponad innym głazem. To prawda że ze spłaszczonej ryby niewiele nadawało się na patelnię ale cała frajda polegała tu na tym żeby być przebieglejszym od ryby a nie na tym co się z nią potem zrobi. Skoro już znajdowali się nad brzegiem rzeki i w pobliżu jej głębokich zatoczek, było też nurkowanie. Garrincha był dobrym pływakiem, miał odwagę wspinać się na najwyższe skały i skakać z nich do wody ale dla niego najlepsza zabawa wiązała się z tym że wszyscy chłopcy byli na golasa, co prowokowało ich do robienia zawodów, który najdalej nasika. Kilka lat później zawody te stały się o wiele mniej niewinne. Jednym z nowych konkursów była masturbacja. Wygrywał ten, Kto pierwszy osiągał wytrysk. Możliwe że zdarzały się także sesje wzajemnej penetracji. Chociaż porównując się z Garrinchą, pozostali chłopcy, nawet ci starsi, z pewnością zauważyliby że stoją na z góry przegranej pozycji i odstąpili by od tego pomysłu a to dlatego że według opowieści najbardziej bezstronnych osób, zanim Garrincha ukończył 10 lat, miał już penisa dorosłego mężczyzny, co budziło niemałą konsternację.

Mały Garrincha nie miał hulajnogi, roweru ani pistoletu na wodę, jak wiele innych dzieci w tamtych czasach. Nigdy też nie kazano mu nałożyć marynarskiego mundurka. Miał za to tyle czasu na granie w piłkę ile tylko zapragnął albo i więcej. W latach 40 kiedy futbol był drugą naturą całego narodu, w skład zestawu sprzętów najpilniejszej potrzeby każdego brazylijskiego chłopaka wchodziła piłka ale tylko dzieci z bogatych rodzin mogły pozwolić sobie na wspaniałości w rodzaju piłek Superball, z brązowej skóry i z numerem 5, które były używane podczas prawdziwych meczów. Pozostałe musiały improwizować. Pierwsza piłka jaką kopnął Garrincha, była zrobiona ze skarpety jego wujka Manego Caieiry wypchanej papierem do pakowania i zeszyty były też piłki z pęcherza. Garrincha zrobił sobie taką, nadmuchując kozi pęcherz i zawiązując na supeł jelita. Nawet pierwsza piłka którą otrzymał w prezencie nie była ze skóry. Była to czerwona gumowa piłka, którą dostał od Rosy w dzień 7 urodzin, kupiona za 5 milrejsów w Pau Grande, w sklepiku Portugalczyka Barbeiro. Piłka miała wystający wentyl, od którego bolało czoło przy robieniu główek. Był 1940 rok ale Garrincha nie musiał być właścicielem piłki, żeby zagwarantować sobie miejsce na boisku, był już lepszy od wszystkich urwisów z ulicy. Posiadanie piłki oznaczało tylko że ma teraz własną zabawkę. Mógł z nią sam biegać, kiwać między drzewami i odbijać ją od ściany, nie potrzebując nikogo. Po tym, jakiego głowa, tułów i członki wyszły bez szwanku ze wszystkich ryzykownych zabaw w rzece i w lesie, jego jedyny wypadek w dzieciństwie przydarzył się na przydomowym podwórku. Był to dom na ulicy do którego przeprowadzili się, kiedy jego ojciec zaczął pracować w fabryce jako strażnik. Wracając na obiad po meczu Garrincha został pogryziony przez Leao, jednego z psów ojca. Nikt nie wie co strzeliło psu do głowy. Do tej pory Był normalnym kundlem, który głównie spał i się drapał ale owego dnia rzucił się na chłopca i o mało co przegryzł by mu szyję. Kiedy próbowano go odciągnąć od chłopca, wbił mu jeszcze kły w ramie. Ojciec Amaro nie zastanawiam się dwa razy. Wyciągnął z szuflady garłacza, naładował I zastrzelił psa. Tego samego dnia za radę aptekarza Waltera Amaro zabrał Garrinche do Rio de Janeiro na badania i zastrzyk przeciw wściekliźnie. Walter poradził też żeby odciąć łeb psa i dać do zbadania. Rosa pojechała wraz z nimi pociągiem wioząc łeb Leao zawinięty w gazetę. Na pogotowiu okazało się że ani pies ani Garrincha nie byli zarażeni ale ostrożności stało się zadość. Ten incydent był dla Amara i Marii Karoliny jak dzwonek ostrzegawczy. Uświadomili sobie że w odróżnieniu od reszty ich dzieci Garrincha żyje w pół dzikim stanie. Od tamtej pory zaczęli starać się go ucywilizować kropkę wtedy to idącemu do pierwszej komunii świętej, dali pierwszą parę butów... Zdjął ją zaraz po skończonej ceremonii. To wtedy też, Na początku roku szkolnego 1941, posłali go do szkoły. No cóż, nikt nie może winić Amara za to że nie próbował. Escola Santana należała do fabryki i nauczycielkami Garrinchy w pierwszej klasie były Olindina i Maria das Dores. Były dwoma aniołami, które stawiały sobie za święty cel przepuszczenie wszystkich do następnej klasy. Niezależnie od tego ile Garrincha opuścił lekcji żeby polować, łowić ryby i uganiać się za piłką, one i tak pozwoliły mu zdać ale w 1942 roku sprawy przybrały inny obrót. Nowa nauczycielka nazywała się Santinia i poznało ją już z surowości wiele dzieci z Pau Grande a jeszcze więcej miało ją dopiero poznać; w jej klasie przechodził tylko ten, kto był obecny na lekcjach i się uczył. Garrincha męczył się przy niej ale jednocześnie to jej zawdzięczał to trochę czego się nauczył, czyli umiejętność czytania wystarczającą do lektury komiksów i radzenia sobie z napisami w kinie oraz kulfony, którymi się do końca życia podpisywał. Jednak jego znajomość abecadła nie była wystarczająca do tego żeby przejść do trzeciej klasy podstawówki. Dostał dwóję i postanowił dać sobie spokój z nauką ku dezaprobacie Amara, którego mrukliwe komentarze na temat syna zawierały następującą prognozę: ,, Ciemniaki nie mają przyszłości". Chłopcy ze wsi, którzy spędzają dzieciństwo, obserwując tańce kogutów oraz kopulujący bez ceregieli kozły i konie, już od małego przestają wierzyć w bociany. Zamiast tego zadręcza ich popęd seksualny, intensywny niczym u królików. Garrincha nie był w tym względzie wyjątkiem. W wieku 10 lub 11 lat dojrzewanie płciowe odciskało swoje piętno na każdym centymetrze jego ciała i jego narządy wysyłały rozdzierający serce zew. Co gorsze, bez względu na intensywność tego apelu, który prawie rozsadzał mu spodnie, Garrincha był w głębi duszy romantykiem i marzył o związku uczuciowym z jakąś dziewczyną ale żadna z tych, które mieszkały w pobliżu nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Dlatego kiedy w wieku 12 lat, w 1945 roku Garrincha zdobył swoje pierwsze doświadczenie seksualne w życiu, nie było ono do końca tym, o czym marzył, gdyż odbyło się... z kozą. Proszę nie być zaszokowanym. Tak to wyglądało w wypadku 99% chłopców mieszkających na wsi w latach 40 i 50 i pewnie jest i dziś, jeśli tam jeszcze ktoś pozostał. Garrincha zrobił Jedynie to, co wcześniej zrobili na jego oczach starsi koledzy. Poza tym w Pau Grande nie było dzielnicy z domami publicznymi. Była takowa w pobliskim Petropolis ale Garincha był za młody, za biedny albo nie dość zaradny żeby tam pojechać samemu. Mógł mu towarzyszyć w podróży jego przyjaciel Garlindo, tyle że też miał pustki w kieszeni swoich krótkich portek. Gdyby Garrincha miał w tej kwestii jakiś wybór, to jego inicjacja seksualna odbyłaby się z Marią Montes, brunetką z filmów z Sabu, którą widział w kinie albo z tą aktorką o cudzoziemsko-brzmiącym nazwisku Maureen O’Sullivan, która grała Jane w ,,Tarzanie" ale w jego desperacji rozwiązaniem była koza albo raczej kozy.

Pieniądze, przynajmniej na najpilniejsze wydatki, takie jak seks i lizaki, przestały być dla Garrinchy problemem począwszy od 1947 roku, kiedy to zaczął pracować w fabryce. Zgodnie z tym, co było zapisane w gwiazdach oraz rejestrach ,,America Fabrill”, został przyjęty do pracy dokładnie 1 miesiąc i jeden dzień po ukończeniu 14 roku życia, licząc od daty w akcie urodzenia (19 listopada 1947 roku). Jego zmianach rozpoczynała się o 7:00 rano i kończyła o 16:40 dni powszednie, z godzinną przerwą na obiad a w soboty o 11:40. W sumie 48 godzin tygodniowo po 61 centów za godzinę. Ojciec przekonał go że powinien wznowić naukę i przez kilka miesięcy 1948 roku Garrincha chodził do szkoły, tym razem wieczorami. Miał zamiar spróbować raz jeszcze się w drugiej klasie. Tym razem jego nauczycielką była Pergentina ale okazała się ona jeszcze surowsza niż Santinia. Garrincha nie podszedł nawet do egzaminów; dał sobie spokój z nauką idąc w ślady większości robotników ,,America Fabrill”, którzy rzadko kiedy kończyli podstawówkę. Garrinchy najbardziej podobało się w szkole to że byli tam jego koledzy, którzy jakby dopiero teraz go odkryli. Wśród nowych kolegów w dziale Garrinchy byli bracia Pincel i Swing. Starszy Pincel miał na imię Jorge Pedro, młodszy Swing- Sebastiao ale nikt nie zwracał się do nich po imieniu. Być może to Garrincha wymyślił im przezwiska. Obaj byli czarni, mieszkali w Raiz da Serra i w porównaniu z Garrinchą, pracownikiem fizycznym jak oni sami, mogli być uznani za biednych, gdyż nie mieli bogatego wujka jak Mane Caieira. Poza tym nie było między nimi większej różnicy. Swing był rozrabiaką, Pincel był bardziej nieśmiały a Garrincha miał w sobie po trochu z obu tych cech. Żaden nie lubił się uczyć, pracować ani poddawać rygorowi zegara. Pincel grał dobrze w piłkę na lewej obronie. Swing nie nadawał się do futbolu ale wszyscy trzej odkryli że mają talent do kielicha. Odkrycia tego dokonali w barze niedaleko starego domu Garrinchy przy ulicy Chiqueiro, teraz przemianowanej na Cruzeiro. Jego właściciel był najlepszym kucharzem w mieście, jedzenie na najważniejszych przyjęciach weselnych w Pau Grande pochodziło z jego pieca. To tam Garrincha, Swing wypili swoje pierwsze kaszasy i piwa, przynajmniej wspólnie, gdyż osobno wszyscy trzej Upili się już na swój niewinny sposób wcześniej. Podczas wyżerek organizowanych przez Amara nikt nie zabraniał Garrinchy ani innym dzieciakom pić do woli, nie wspominając o wielu dawkach ,,cachimbo", które wyssali przez smoczek. Tamtym wiejskim środowisku nie istniały ograniczenia odnośnie do tego, co dziecku wolno było pić a tym bardziej palić. Palenie uważano za coś równie naturalnego jak oddychanie i nie tylko mężczyźni palili. Kobiety oparte o framugi drzwi też pykały swoje papierosy skręcone z kukurydzianych liści a czasem także fajki. Garrincha palił, zanim jeszcze zaczął pracować w fabryce. Tak naprawdę zaczął, naturalnie od kukurydzianych skrętów, nim ukończył 10 lat. Pensja pozwalała mu jednak na kupno normalnych papierosów- jednego lub dwóch, nie całej paczki. Fabryka oferowała posiłek dla chłopców, którzy nie jedli obiadu w domu. Składał się ze szklanki mleka i suchej bułki. Mama Garrinchy wzbogacała czasem ten jadłospis, przyrządzając mu do pracy kanapkę z bananem. Wyrażenie ,,samorodny geniusz" nie było raczej zbyt popularne w latach 40 w górach Serra dos Orgaos ale było to jedyne wytłumaczenie tego, jak grał w piłkę młody Garrincha. Skąd on wytrzasnął ten sposób dryblowania, strzelania, wyrywania się z piłką do przodu? W rodzinie nie było wielkich futbolowych poprzedników. Jego ojciec Amaro w piłkę nie grał. Jego wujek Mane Caieira tym bardziej. Jedynym wujem, który miał jakieś pojęcie o futbolu był najmłodszy Joao, znany w Paul Grande jako ,,China" i na potwierdzenie tego, Jaki był dobry, mówiono że trenował nawet w Andarai, małym klubie z Rio który już nie istnieje. Spośród braci Garrinchy tylko najstarszy Jose grał w nogę i to na pozycji bramkarza. Wszyscy wołali na niego ,,Ze Wieloryb", co z pewnością zniekształcało obraz jego sportowych umiejętności ale Wieloryb nie musiał być mistrzem, gdyż Football i tak pozostanie mu dozgonnie wdzięczny za to że nauczył Garrinche, która z jego nóg jest prawa a która lewa. W wieku 12 lat, w 1945 roku, Garrincha spędzał już więcej czasu przy piłce niż przy jakiejkolwiek innej czynności. Brał udział w co najmniej dwóch lub trzech meczach dziennie, w przyszłości podtrzymał ten rytm, tyle że w innej dyscyplinie. Boiskiem, na którym grał było gliniane klepisko niedaleko ulicy Chiqueiro. Był to położony wzdłuż urwistego brzegu rzeki i wysypany suchą gliną Plac o rozmiarach 50 na 30 m, na którym tu i ówdzie próbowała rosnąć Kępka trawy. Nazywano go Bariri, na cześć skromnego stadionu klubu Olaria z Rio de Janeiro. Biec boso z piłką i nie skręcić nogi w żadnej z dziur było już samo w sobie wyczynem. Jeszcze większym było kiwanie się nad urwiskiem i nie pozwolenie na to żeby stoczyła się po nim piłka. Garrincha robił obie te rzeczy, jakby nie było nic łatwiejszego na świecie. Pierwszą, ponieważ przy tak dużej liczbie dziur nauczył się kiwać je razem z przeciwnikiem. Drugą, dlatego że nie cierpiał schodzić na dół po piłkę, wobec czego robią wszystko żeby jej nie stracić. Normalną praktyką było to że Garrincha grał z dwoma zawodnikami przeciwko drużynie siedmiu lub ośmiu żeby siły były wyrównane.

7

10

Piorunujące uderzenie:

25 sierpnia 2011 r. Legia Warszawa pokonała w Moskwie tamtejszy Spartak 2:3 w 4 rundzie eliminacji Ligi Europy. Takie mecze na zawsze przechodzą do klubowej historii a kibice danej drużyny opowiadają o nich potem swoim dzieciom i wnukom. Legia Warszawa przebyła w tym spotkaniu drogę z piekła do nieba. Po 27 minutach przegrywała już 0:2, a mając na względzie remis 2:2 w pierwszym starciu przy Łazienkowskiej, oznaczało to odpadnięcie z Ligi Europy. W tamtym momencie raczej nikt nie przypuszczał, że stołeczny zespół będzie w stanie odwrócić losy rywalizacji. Jednak szybko strzelony gol kontaktowy przez Michała Kucharczyka, a potem kapitalna bomba Macieja Rybusa w końcówce 1. połowy przywróciły nadzieje na korzystny rezultat. Wynik 2:2 utrzymywał się do 90. minuty. Wszystko wskazywało na to, że konieczna będzie dogrywka. I właśnie w doliczonym czasie w polu karnym Spartaka wyskoczył niczym ,,Filip z konopi” Janusz Gol i uderzeniem głową pokonał Andrija Dykania! Wśród piłkarzy Legii zapanowała ogromna euforia. Na moskiewskich Łużnikach wydarzył się cud! Zdobywcom Pucharu Polski nikt nie był już w stanie odebrać awansu do fazy grupowej Ligi Europy. ,,To najważniejsze zwycięstwo w mojej karierze trenerskiej. Na początku spotkania graliśmy słabo i to Spartak miał przewagę. Jednak dzięki dobrej organizacji gry i determinacji potrafiliśmy się podnieść. Przełomowym momentem była sytuacja, gdy straciliśmy gola na 0:2, ale już po chwili sami strzeliliśmy bramkę. Dziś czuję się tak zadowolony, jak wówczas, gdy z Wisłą Kraków wygrałem z FC Barceloną. Tylko, że tamto zwycięstwo nic nam nie dało a ta wygrana oznacza dla nas awans do fazy grupowej Ligi Europy!”- pomeczowa wypowiedź Macieja Skorży.


@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

0

@adamek20151 Co wy tak na poważnie gadacie o tylu golach Mbappe?

9

Blaugrana w Superpucharach:

25 sierpnia 2006 r. FC Barcelona poległa w meczu o Superpuchar Europy z FC Sevillą. To miał być czwarty puchar Blaugrany w 2006 r. po wygraniu mistrzostwa kraju, Ligi Mistrzów oraz Superpucharu Hiszpanii. Niespodziewanie piłkarze FC Sevilli po zdobyciu Pucharu UEFA, nie dali najmniejszych szans podopiecznym Franka Rijkaarda, zwyciężając pewnie 3:0. Oglądając tamten mecz byłem wręcz w szoku jak to możliwe że dysponując takimi piłkarzami jak Valdes, Puyol, Marquez, Sylvinho, Deco, Xavi, Ronaldinho, Eto’o czy wreszcie Messi, można polec aż tak gładko!?



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

14

Udany debiut ,,Tarzana”:

Kochani cules, 25 sierpnia 1999 r. w barwach Dumy Katalonii zadebiutował Carles Puyol Saforcada. Miało to miejsce w meczu o Puchar Gampera ze Sportingiem Lisbona wygranym przez Barçe 3:1 po golach Figo, Daniego oraz Dehu. FC Barcelone prowadził wówczas Luis Van Gaal. Popularny ,,Tarzan” rozegrał pełne 90 minut.



@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

10

Trofeu Joan Gamper:

25 sierpnia 1998 r. FC Barcelona remisuje w meczu o Puchar Gampera 2:2 z FC Santos po golach Rivaldo oraz Figo. W rzutach karnych lepsi okazali się piłkarze Barçy wygrywając je 5:4 i to oni sięgnęli po puchar założyciela klubu.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

11

Wymarzony debiut o stawke:

25 sierpnia 1996 r. Luis Nazario de Lima strzela w barwach Blaugrany w swoim debiucie o stawke 2 gole(!)(5 i 89 minuta) w Superpucharze Hiszpanii przeciwko Atletico Madryt. Był to pierwszy mecz o Superpuchar rozgrywany na Estadio Olímpico de Montjuïc, zakończony zwycięstwem Barçy 5:2. W meczu rewanżowym Ronaldo nie zagrał.



@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

11

Był sobie puchar:

25 sierpnia 1989 r. FC Barcelona wygrała Trofeum Ciutat de Barcelona. Pojedynki te były organizowane przez Espanyol Barcelona od 1974 r. do 2012 r. Barça została raz zaproszona na takie spotkanie i wygrała mecz z Espanyolem na Estadio de Sarria 1:2 dzięki golom Ernesto Valverde i Julio Salinasa.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

1

Generalnie bardzo dobrze wyglądała wczorajsza gra z Athletikiem Bilbao, zwłaszcza fizycznie. Ja tylko przypomne że poprzedni sezon też wyglądał bardzo optymistycznie, gdzie nie przegraliśmy bodaj 13 pierwszych meczów i dopiero ,,Los Blancos" nas pokonali. Także napewno nie ma co popadać w hurra optymizm po drugim meczu o punkty zwłaszcza że szwankuje jeszcze skuteczność. Trzeba zamykać mecze jak najszybciej żeby nie stwarzać okazji dla przeciwnika. Wczoraj mogło(a nawet powinno) być co najmniej 3:1...

11

La historia Trofeu Joan Gamper:

24 sierpnia 1983 r. FC Barcelona pokonała Borussie Dortmund 2:1 w finale Pucharu Gampera. Gole dla Barçy zdobyli Schuster oraz Quini.

Również 24 sierpnia, lecz roku 2005 Messi ,,zaszalał na Camp Nou” w meczu o Trofeu Joan Gamper. Wówczas puchar wygrał Juventus po rzutach karnych(po 90 minutach 2:2), lecz ten wieczór należał do 18-letniego Argentyńczyka. Przed meczem pojawiały się spekulacje na temat wypożyczenia utalentowanego nastolatka do… Espanyolu Barcelona. Messi zasygnalizował jednak wyraźną chęć wskoczenia do pierwszego składu Barçy. W meczu z Juventusem imponował przyspieszeniem, techniką, dryblingiem a występ zwieńczył znakomitą asystą do Iniesty przy golu na 1:1. Frank Rijkaard zdjął Leo w ostatniej minucie aby publiczność mogła zgotować mu owacje na stojąco. Pod wrażeniem był nawet trener rywali Fabio Capello: ,,Nigdy nie widziałem piłkarza takiego jak on. Ma wszystko”- komplementował słynny Włoch.


@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

3

@kanver_ Użytkowniku a ile ty masz lat? Nie czas przygotowywać się do szkoły?

9

Pierwsze spotkanie dwóch zaprzyjaźnionych klubów:

24 sierpnia 1960 r. FC Barcelona rozegrała towarzyskie spotkanie z Ajaxem w Amsterdamie, pokonując holendrów 4:3. Był to pierwszy w historii pojedynek tychże klubów. Gole dla Barçy strzelili: Evaristo, Villaverde, Luis Suarez oraz Kocsis.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

9

Żywe legendy nie tylko FC Barcelony:

23 sierpnia 1946 r. urodził się Marcial Manuel Pina Morales, znany po prostu jako Marcial, środkowy pomocnik. Był częścią słynnej linii ataku Espanyolu, znanej jako „Pięć Delfinów”. Nazwa została wymyślona przez Josepa Marię Ducampa, która nie odnosiła się do wodnego ssaka ale do spadkobierców francuskiego tronu. W ciągu 16 sezonów zgromadził 379 występów w La Liga strzelając 79 goli. Reprezentował cztery kluby, głównie FC Barcelonę, z którą zdobył trzy główne tytuły: mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Hiszpanii oraz Puchar Miast Targowych. Urodzony w Bárzana de Quirós w Asturii Marcial, debiutował zawodowo w Elche CF w wieku 18 lat, kończąc swój pierwszy sezon 24 występami i trzema golami. Latem 1966 dołączył do RCD Español po odrzuceniu ofert Interu Mediolan, Realu Madryt i FC Barcelony. W swoim pierwszym sezonie z ,,Los Pericos” Marcial strzelił 11 goli w 29 meczach co przyczyniło się do trzeciego miejsce w lidze ale w trzecim sezonie spadł z drużyną do Segunda Division, po czym podpisał kontrakt z FC Barceloną. Jego przejście do FC Barcelony było nie lada wydarzeniem. W ciągu 8 lat gry w granatowo-bordowych barwach wystąpił w 357 oficjalnych meczach, strzelając 84 gole. W sezonie 1973-1974, gdy Katalończycy zdobyli mistrzostwo kraju, Marcial był drugim najlepszym strzelcem Primera Division, ustępując jedynie Quiniemu ze Sportingu de Gijón. W 1977 r. Marcial opuścił Blaugrane po tym, jak został zawieszony przez klub w poprzednim sezonie za złamanie przepisów wraz z kolegą z drużyny Carlesem Rexachem, który jednak pozostał w klubie. Następnie podpisał kontrakt z Atlético Madryt na trzy kolejne sezony w najwyższej klasie rozgrywkowej, przechodząc na emeryturę w roku 1980 w wieku prawie 34 lat, po rozegraniu zaledwie dziewięciu meczów w drużynie stołecznej. Marcial był jedynym graczem, który strzelał gole Realowi Madryt w czterech różnych zespołach. Jest także jedynym zawodnikiem, który w jednym meczu Primera Division strzelił 2 gole z bezpośredniego rzutu wolnego zarówno prawą, jak i lewą nogą. Marcial zagrał 15 razy w reprezentacji Hiszpanii. Zadebiutował 23 października 1966 przeciwko Republice Irlandii remisując 0:0 w eliminacjach UEFA Euro 1968.



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

1

@lntrowertyk Drugi? On nawet nie jest 22! Ba! podejrzewam że on by nawet nie zmieścił się w pierwszej 50-tce...!

12

Niespełnione legendy Blaugrany:

23 sierpnia 1939 r. urodził się Zoltan Czibor. Węgier trafił do Barcelony w 1958 r. wespół z genialnym napastnikiem Sandorem Kocsisem namówiony przez Ladislao Kubale. Na Camp Nou grał jednak mało, choć skutecznie bo strzelił aż 50 goli w 90 meczach. Pomimo wielu ważnych goli nie zrobił poważnej kariery i już w 1961 r. przeniósł się do Espanyolu, krótko później kończąc karierę piłkarską. Węgier miał pseudonim ,,Pajaro Loco” od kreskowej postaci znanej w Polsce jako ,,Woody Woodpecker.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

10

Żywe legendy futbolu:

22 sierpnia 1997 r. urodził się Lautaro Javier Martinez, argentyński napastnik. Mistrz świata z 2022, zdobywca Copa America 2021 oraz 2024, mistrz Włoch 2021 oraz 2024, dwukrotny zdobywca Pucharu Włoch oraz trzykrotny zdobywca Superpucharu Włoch. Lautaro jest pierwszym zawodnik w historii Serie A, który wchodząc z ławki rezerwowych strzelił 4 gole!



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

10

Zapomniane legendy brazylijskiego futbolu:

22 sierpnia 1930 r. urodził się brazylijski bramkarz Gylmar dos Santos Neves, mistrz świata w 1958 i 1962 roku. Gilmar zaczął swoją karierę w klubie Jabaquara z Santos, ale przeszedł do Corinthians Paulista w 1951. Z tym klubem zdobył mistrzostwo stanu Sāo Paulo w 1951, 1952 i 1954. Pod koniec dekady, podpisał kontrakt z Santosem, gdzie był częścią jednej z najlepszych drużyn piłkarskich w historii sportu. W Santosie grał z takimi legendami jak Pelé, Pepe, Zito, Mengalvio, Lima, Coutinho i wiele innych. Z Gilmarem między słupkami, FC Santos zdobywał prawie wszystkie mistrzostwa, jakie można było zdobyć: 5 mistrzostw stanu São Paulo (1962, 64, 65, 67, 68), 4 mistrzostwa kraju (1962, 63, 64, 65), 2 razy Copa Libertadores (1962 i 1963) i 2 razy Puchar Interkontynentalny (w 1962 przeciwko Benfice z rewelacyjnym Eusébio i w 1963 przeciwko Milanowi). W reprezentacji Brazylii Gilmar zagrał 94 razy (103 z nieoficjalnymi meczami) i był powoływany trzy razy na mistrzostwa świata (od 1958 do 1966). Był w wyjściowej jedenastce, gdy Brazylia zdobywała mistrzostwo po raz pierwszy (1958) i drugi (1962). Został wybrany przez IFFHS najlepszym brazylijskim bramkarzem XX wieku i jednym z najlepszych na świecie. Jest pamiętany ze swojego trzeźwego stylu na boisku i spokojnej osobowości.



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Z historii pucharu imienia założyciela ,,naszego” klubu:

22 sierpnia 1968 r. FC Barcelona pokonała w finale o Puchar Gampera brazylijskie Flamengo aż 5:4. Gole dla Barçy zdobywali: Palau(13 i 30 minuta), Mendonça(52 i 68 minuta) oraz legendarny Fuste w 65 m.

22 sierpnia 1984 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Bayern Monachium 3:1 w finale Pucharu Gampera. Gole dla Blaugrany zdobyli: Carrasco(2) oraz Caldere.

Z kolei 22 sierpnia 1990 r. FC Barcelona rozegrała finał Pucharu Gampera na Estadio Olimpico w Barcelonie. Jubileuszową 25. edycje tego turnieju po raz pierwszy rozegrano poza Camp Nou. Powodem była wymiana murawy, bowiem nowa nawierzchnia nie była przygotowana na 4 mecze w ciągu 2 dni. Nietypowe okoliczności nie przeszkodziły Dumie Katalonii wygrać w półfinale ze Spartakiem Moskwa 1:0 a w finale ograć Anderlecht 3:1 po golach Koemana, Begiristaina oraz Stoiczkowa. Stadion Olimpijski na wzgórzu Montjuic był areną Pucharu Gampera także w 1996 r., gdy Blaugrana ponownie tryumfowała pokonując w finale Inter Mediolan 2:1. Od roku 1997 rozgrywano już tylko jeden finałowy mecz o Puchar Gampera.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

0

@Ogorinho1974 Wiesz co, ja nigdy nie widziałem w akcji Śp. Mariana Szeji i praktycznie nie mogę stwierdzić czy był lepszy a przynajmniej równy Tomaszewskiemu? Skoro jednak tener stulecia postawił na Tomaszewskiego, to chyba musiał być troche lepszy? A pan Jasio lubi dużo gadać. Wprawdzie paple dużo głupot ale troche prawdy w tym wszystkim jest...

10

,,Pogoniarze” pokonani 3:1 na 7 kolejek przed końcem sezonu:

W niedzielę 21 sierpnia 1938 roku na stadionie w Wielkich Hajdukach w obecności około 6000 widzów, chociaż niektóre gazety pisały w relacjach nawet o 10 tysięcznym tłumie, o godzinie 17:00 sędzia Rutkowski dał znak do rozpoczęcia meczu. Sędzia wnikliwie sprawdzał obuwie piłkarzy. Przepisowo nie powinny były zawierać żadnych widocznych elementów metalowych, kołki musiały być okrągłe i spłaszczone, zrobione z kauczuku. W powietrzu dało się wyczuć niesamowite podniecenie na trybunach ale także wśród piłkarzy. Publiczność powitała gości niemilknącymi gwizdami, co interpretowano jako wyraz niezadowolenia z tego, jak potraktowano piłkarzy ruchu w pierwszej rundzie rozgrywek we Lwowie. ,,Poganiacze" nic sobie z tego nie robili. Od 1 gwizdka arbitra gra była rwana, nerwowa, formacja pomocy gości dominowała nad hajduczanami. Goście nawet zdobyli gola ze strzału ręką, co wywołało salwy śmiechu na trybunach. Wreszcie w 25 minucie spotkania Peterek po precyzyjnej centrze Wodarza pomimo asysty trójki obrońców gości zapakował głową piłkę do bramki i Ruch objął prowadzenie. Mimo gola gra w ataku piłkarzy Ruchu była niemrawa i co rusz słychać było głosy niezadowolenia z trybun. Faktem jest też ostra gra piłkarzy ze Lwowa, na którą arbiter reagował odgwizdywaniem rzutów wolnych, których w samej tylko pierwszej połowie obserwatorzy spotkania naliczyli 30. Po przerwie Ruch osiągnął zdecydowaną przewagę w polu, jednak w dalszym ciągu ,, niemrawość" charakteryzowała poczynania napastników. Tymczasem jeden ze sporadycznych wypadów zawodników Pogoni przyniósł im powodzenie i w 70 minucie wynik brzmiał 1:1. Jednak w 80 minucie po podaniu Kruka Wilimowski strzelił na 2:1 a kilka minut później po akcji Peterka ,,Ezi" ustalił wynik meczu na 3:1. Jeszcze w ostatnich sekundach gola strzelił Peterek ale sędzia nie uznał trafienia, twierdząc iż piłka wpadła do bramki gości już po ostatnim gwizdku. Atmosfera na tym meczu była niezwykle gorąca, do czego przyczyniły się zarówno wydarzenia z pierwszego meczu pomiędzy obiema drużynami we Lwowie, jak i bezpośrednio wydarzenia na stadionie w Wielkich Hajdukach. Co ciekawe, na temat wydarzeń po meczu z Pogonią milczą archiwa klubowe a sprawa najwyraźniej nie miała zapaść na dłużej w pamięci i historii klubu. Po zwycięstwie z Pogonią przy jednoczesnej porażce u siebie Warszawianki z Wisłą, Ruch umocnił się na pozycji lidera z dwupunktową przewagą nad Warszawianką.



@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

0

@Bagsik88 To co podałem, to rozsądny człowiek racjonalnie wyciągnie z tego wnioski. Nie musze nic więcej dodawać...

0

@mekston Aj! rzeczywiście! Odwrotnie przemnożyłem po prostu! Ale to tylko świadczy o jakim polskim geniuszu jest mowa...!

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?