FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Wybitne legendy brazylijskiego futbolu:
@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Comentateiro
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
12
Feliz cumpleaños panie Pedro!
6 września 1948 r. urodził się Pedro Maria Artola Urrutia, były bramkarz FC Barcelony w latach 1975-84. Jest wychowankiem Realu Sociedad, lecz w barwach baskijskiego klubu przez 5 sezonów zagrał w La Liga tylko 30 razy gdyż pozycję pierwszego bramkarza zajmował Urruti. Artola zdecydował się na transfer do FC Barcelony i w 1977 r. wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie, którego nie oddał przez następne 5 lat. W końcu z pierwszej jedenastki Blaugrany wygryzł go… Urruti.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87
8
Gdyby nie pan Kazimierz Górski i Zygfryd Szołtysik… nie byłoby żadnych sukcesów polskiego futbolu!
5 września 1972 r. Polska pokonała ZSRR 2:1 na igrzyskach olimpijskich w meczu, który w praktyce decydował o wejściu do finału imprezy. Sportowe zwycięstwa nad wielkim bratem ze Wschodu zawsze miały dla nas wyjątkowe znaczenie. To smakowało dość gorzko, bo zdarzyło się w cieniu tragedii. W dniu meczu z ZSRR w wiosce olimpijskiej doszło do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło siedemnastu ludzi. Piłkarze mimo to wyszli na murawę i stoczyli pełen dramaturgii, niesamowity bój. Mecz z ZSRR był z gatunku „dla ludzi o mocnych nerwach”. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1 (gola strzelił młodziutki Oleg Błochin) i wyglądaliśmy na boisku słabo. Po przerwie nie było wcale lepiej i kto wie, czy udałoby się w tym meczu cokolwiek ugrać, gdyby nie nos trenerski Kazimierza Górskiego. W 70. minucie wprowadził na boisko Zygfryda Szołtysika, który tchnął w naszych nowego ducha. W efekcie w 79. minucie Kazimierz Deyna wyrównał z rzutu karnego a na trzy minuty przed końcem właśnie Szołtysik, kapitalnym strzałem w „okienko”, dał nam upragnione zwycięstwo.
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
10
Fenomenalny debiut, fenomenalnego napastnika:
5 września 1993 r. Romario da Souza Faria dokonał iście spektakularnego wyczynu. Otóż w swoim debiucie w La Liga w barwach FC Barcelony strzelił hattricka na Camp Nou przeciwko Realowi Sociedad. Jako jedyny w tym meczu zdobywał gole w 15, 65 oraz 88 minucie meczu.
@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
10
Pożegnalne spotkanie legendy:
5 września 1989 r. odbył się pożegnalny mecz jednej z największych legend Dumy Katalonii a mianowicie Migueliego Bernardo Bianquettiego. Ten urodzony w 1951 r. wychowanek FC Cadiz trafił na Camp Nou w 1973 r. i choć w swoim pierwszym sezonie w barwach Blaugrany rozegrał zaledwie jedno spotkanie pozostał w klubie przez 15 lat i wystąpił w aż 549 meczach, w tym 391 razy w La Liga, co stanowiło przez lata klubowe rekordy pobite dopiero przez Xaviego. W ramach benefisu popularnego ,,Tarzana” FC Barcelona zagrała z reprezentacją Bułgarii. W składzie Dumy Katalonii wystąpili trenerzy- Cruijff i Rexach a Johan strzelił nawet gola. Jedynego gola dla Bułgarów strzelił Stoiczkow, który dopiero rok później trafił do składu Barçy. ,,Nie ma takich pieniędzy na które zamieniłbym miłość tej publiki”- stwierdził wzruszony Migueli.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87
9
Panie i Panowie, szanowni cules, 5 września 1973 r. zadebiutował w barwach Blaugrany wielki człowiek i wielki sportowiec a mianowicie Śp. Johannes Hendrikus Cruijff. Miało to miejsce w towarzyskim meczu z Cercle Brugge, w którym to FC Barcelona zwyciężyła 6:0 a hattrickiem w tym meczu popisał się nie kto inny jak sam ,,Boski” Johan.
@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
13
Prawdziwi cules kultywują pamięć o legendach:
5 września 1953 r. zmarł Szkot George Pattullo. Był pierwszym, zapomnianym już dzisiaj superstrzelcem FC Barcelony. Do składu trafił podobno przypadkiem. Podczas treningowej gierki Barçy z drugą drużyną brakowało zawodników i zaproponowano mu grę. Strzelił gola już w oficjalnym debiucie i w sumie w 23 meczach zdobył niesamowitą liczbę 43 goli! Natomiast w oficjalnych meczach o stawke strzelił 15 goli w 8 meczach, co daje mu rewelacyjną średnią 1,87(!) gola na mecz i plasuje na 3 pozycji klubu wszechczasów. W maju 1911 r. po zaledwie jednym sezonie postanowił wrócić do Szkocji. Rok później działacze Blaugrany próbowali namówić go do powrotu na półfinał Pucharu Pirenejów. Po kilku dniach bez odpowiedzi przyszła do klubu wiadomość z Londynu z krótką odpowiedzią: ,,Będę w piątek”. Okazało się później że piłkarz bał się iż telegram przejmie pracownik poczty Green, były zawodnik… Espanyolu. Pattullo strzelił oczywiście w finale 2 gole i wywalczył decydującego karnego na 3:2 w dogrywce. Co ciekawe Szkot sam zapłacił za hotel bo stwierdził że na zawsze zostanie amatorem. W 1928 r. wrócił ponownie do stolicy Katalonii i symbolicznie rozpoczął mecz z Oviedo. Publiczność zgotowała mu owacje, pamiętając jego dokonania sprzed lat.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87
0
Igunia! Coż ty znowu nawyprawiała w tym meczu z Pegulo?
7
@FCBparasiempre
Tak się jakoś złożyło że najbardziej widowiskowe pomysły miewali Francuzi i to im przypisuje się ich autorstwo. Jules Rimet doprowadził kiedyś do mistrzostw świata. W latach 50-tych spełniły się najpierw sny Gabriela Hanota i latem 1955 r. ruszył klubowy Puchar Europy a nieco później Henry Delaunay sprawił że narodziły się mistrzostwa Europy. W każdym razie gdy 16 grudnia 1954 r. na łamach ,,L’Equipe” ukazał się artykuł Hanota: ,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”, kości zostały rzucone. Odmienił się los europejskiej piłki. Najpierw puchar krajowych mistrzów a potem rozgrywki zdobywców klubowych pucharów i turniej UEFA, wcześniej zwany Pucharem Miast Targowych, stały się najbardziej popularnymi imprezami na kontynencie i nawet mistrzostwa Europy nie zagroziły tej popularności. Rozgrywki klubowe odniosły niebywały sukces sportowy, propagandowy, finansowy. Powstaje pytanie jak to się stało że pojedynki klubów przyćmiły inne formy futbolowej rywalizacji. Inicjatorzy tych rozgrywek po prostu spostrzegli iż towarzyskie mecze międzypaństwowe, różne okazjonalne turnieje międzynarodowe i mecze pokazowe nie mobilizują już w dostatecznym stopniu ani zawodników, ani kibiców. Słabnie zainteresowanie pojedynkami ,,bez stawki” Co więcej, w połowie lat 50-tych Europa była głęboko podzielona w następstwie zimnej wojny. Kontakty sportowe między Zachodem a Wschodem istniały ale w szczątkowej formie. Należało wymyślić taką formę rozgrywek, która by wciągnęła wszystkie kraje do konkurencji. W efekcie miało to wpłynąć na wzmożone zainteresowanie krajowych federacji, zawodników i kibiców i szybko się okazało że wpłynęło. Pomysł chwycił. Rozgrywki pucharowe przede wszystkim podniosły rangę i znaczenie wielkich klubów. Otrzymały one szanse sprawdzenia się na międzynarodowym forum i skorzystały z tej szansy. Choć idea wyszła od Francuzów, pierwsi ,,odcieli od niej kupony” Hiszpanie. Właśnie w pierwszych edycjach PEMK madrycki Real zbudował swą potęgę. Dziś pod kątem tych rozgrywek komponuje się drużyny i kupuje głośnych graczy. Trzeba powiedzieć że system rywalizacji był też dobrze wykoncypowany. Kolejne rundy wzmagały emocje. Duża częstotliwość pojedynków sprawiła że zaczęto mówić o ,,pucharowej karuzeli” a częstotliwość to także liczba widzów na trybunach. W ciągu kilku lat zainteresowanie wzrosło niesamowicie. Miało to oczywiście swoje skutki. Puchary zaczęły ,,zabezpieczać” pieniądze. Kluby odnoszące sukcesy stawały się coraz bogatsze. Mistrzowie krajów stawali się futbolową ,,wizytówką narodową”. Hierarchie klubowe zaczęły więc ważyć na hierarchiach narodowych. Już nie tylko wyniki reprezentacji stawały się istotne, tym bardziej że sławne drużyny klubowe prezentowały coraz wyższy poziom gry. Dzięki zgraniu zawodników i dzięki temu że mogły korzystać z graczy z innych kontynentów. Ba! Doszło do tego iż reprezentacje krajowe zaczęto budować ,,na bazie” klubów, które odnosiły w pucharach sukcesy. Karykaturalną formę przybrało to w przypadku Dynama Kijów. Zwłaszcza ranga PEMK rosła z roku na rok i znamienny jest przykład z roku 1983, kiedy to w finale HSV Hamburg po golu Maghata wygrał z Juventusem a mecz potraktowano w Niemczech jako rewanż za porażkę z Włochami w hiszpańskim mundialu. To świadczy najlepiej o znaczeniu, jakie przypisuje się klubowej rywalizacji. Nie jest przesadne stwierdzenie że rozgrywki te otworzyły nowe perspektywy przed piłka europejską. Stworzyły nowe fundamenty jej siły. Futbol w kilka lat po wojnie zagrożony w swej popularności zdobył władzę nad milionami. Mecze klubowe powodowały wygaśnięcie normalnego życia, wyludnienie miast. Zrodziły rytuały regularnego tele-kibicowania. Rozgrywki te, mając swoje istotne znaczenie sportowe, wprowadziły więc do naszego życie także nowe obyczaje. Wpisały się w świadomość ,,piłkarskiej środy”, kiedy króluje futbol. Niebywałe ale tak się właśnie stało! Z perspektywy lat widać wyraźnie jak silne było dążenie do stworzenia nowych form rozgrywek, rozszerzenia rywalizacji poza krajowe mistrzostwa czy pucharowe turnieje, w których bierze udział ograniczona i często dość przypadkowa grupa konkurentów. 16 grudnia 1954 r. na łamach wpływowej paryskiej ,,L’Equipe” , gazety wówczas o największym znaczeniu w sportowym światku Starego Kontynentu, ukazał się artykuł, w którym redakcja wykorzystując martwy sezon pragnie wywołać atrakcyjną dyskusje. ,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”- tyle w tytule a pod tekstem podpisany jest redaktor Jacques Ryswick.
Sam pomysł nie do końca był przemyślany bowiem zaproszenia do grona 16 uczestników miałyby być wyłącznie subiektywną oceną organizatorów. Nie mówi się nic o kryteriach wyboru uczestników, ani o obowiązkowym udziale mistrzów. Z punktu widzenia paryskiego komentatora, według bardzo subiektywnych kryteriów, ocenia się wartość europejskiego futbolu klubowego. Autor proponuje swoiste ,,klubowe mistrzostwa Europy” z udziałem kilkunastu zespołów a wśród nich: Stade Reims, Anderlech Bruksela, Grasshoppers Zurich, 1.FC Kaiserslautern, Real Madryt, Partizan Belgrad, Rapid Wiedeń, AC Milan, Volverhampton Wanderers, Honved Budapeszt oraz Dynamo Moskwa. To kryterium ,,mistrzostwa” wcale nie będzie zresztą długo najważniejsze, bodaj dopiero wiosną 1965 a więc w 10 lat po narodzinach idei, komitet organizacyjny wprowadzi obowiązek posiadania tytułu przez uczestników rywalizacji i to tytułu uzyskanego w ostatnich zakończonych rozgrywkach. Ten pomysł musiał narodzić się w czasie, gdy niemal w tym samym momencie nastąpiło działanie różnorodnych bodźców. Od politycznych uwarunkowań poczynając, bowiem okres ,,zimnej wojny” dzielącej Europe i świat ,,żelazną kurtyną”, męczył już nie tylko społeczeństwa ale i polityków, a z obu stron pojawiały się znaki otwarcia się na świat bez podziałów albo ukrycie ogromnych różnic politycznych pozornym współdziałaniem na niwie sportowej. W sporcie otwierała się epoka telewizji. Rodził się boom turystyczny. Europa a nawet świat bez granic, to hasło, które sięgało i do sportu. Specjalne pociągi piłkarskie, początkowo w jednym kraju, potem już międzynarodowe, przenosiły kibiców na atrakcyjne widowiska i zapewniały powrót. Było także wreszcie realizowane w praktyce organizowanie się Europy we własnej organizacji piłkarskiej, czemu długo przeciwstawiał się Jules Rimet, francuski prezydent FIFA ale też działacz czuły na swe wpływy i nie dopuszczający konkurencji na własnym europejskim podwórku. W tej sytuacji nie wystarczyły już krajowe rozgrywki, stadiony kurczyły się, ograniczając możliwości rozwoju, hamowały dopływ kapitału do przedsiębiorstw zwanych klubami piłkarskimi. Wiadomo że trzeba było grać częściej, coraz atrakcyjniejsze mecze aby przyciągnąć większą liczbę publiczności na trybuny. Zagraniczny rywal w grze o wszystko, czyli o awans do następnej rundy, miał być panaceum na spełnienie marzeń piłkarskiego swiata. W 1954 powstała UEFA, która zajęła się tworzeniem podstaw organizacyjnych i z wielkim trudem forsowała pomysł mistrzowskich rozgrywek dla reprezentacji narodowych. Tak się jednak dziwnie stało że pomysł ,,mistrzostw klubowych”, prywatna zrazu idea paryskiego dziennika, uzyskała zgode i oficjalny placet UEFA już na pierwszym kongresie w dniach 2 i 3 marca 1955 r. w Wiedniu. Myślę że działacze UEFA nie do końca zdawali sobie sprawę ze znaczenia klubowej rywalizacji o ,,mistrzostwo” kontynentalne a mając na głowie dziesiątki innych problemów, wśród których mecze narodowych drużyn ciągle miały jeszcze wyższą range, postawili na sprawę ich zdaniem łatwiejszą. Cztery miesiące po wiedeńskim kongresie wybrano komitet organizacyjny klubowych pucharów Europy(pucharów, ponieważ przeczuwano ze będzie ich więcej niż tylko turniej mistrzów). Piątka działaczy, mając pełnomocnictwa od Komitetu Wykonawczego UEFA, 18 lipca 1955 r. opracowała zasady rywalizacji i rozpoczęła praktyczną działalność. Siedem tygodni później rozegrano pierwszy mecz. Postanowiono zaprosić 16 zespołów a wśród nich londyńską Chelsea. Niestety władze angielskiej ligi nie wyraziły na to zgody i stąd w gronie premierowej edycji uczestników znalazła się polska drużyna. Zaproszono imiennie warszawską Gwardie choć ta nigdy nie była posiadaczem mistrzowskiego tytułu! Wyznaczono regulamin, który nie narzucał konkretnych terminów spotkań ale czas wyłonienia awansującej z każdej pary drużyny. Dopiero w 1966 r. ustalono sztywne ,,pucharowe” terminy dla wszystkich ekip. Znakomicie uprościło to rywalizacje a likwidacja tak zwanych ,,dodatkowych” trzecich spotkań(przy równym bilansie dwóch pierwszych) uczyniła rywalizację w każdej parze i w każdym meczu istną grą o wszystko. Potrzeba było jednak lat doświadczeń aby drobne na pozór innowacje(jak ,,podwójne” gole na wyjeździe czy konkurs rzutów karnych) uprościły system rozgrywek. Na początku sporom o terminy nie było końca a zmagania poprzez skomplikowany, rozciągnięty w czasie przebieg, nieco tonowały emocje. Jednak nie narzekajmy, pucharowe szaleństwo opanowało kibiców w całej Europie z siłą, jakiej Monsieur Hanot doprawdy nie mógł się spodziewać!
Pierwszy mecz PEMK rozegrano 4 września 1955 r. w Lizbonie, na Estadio Nacional. Miejscowy Sporting Clube de Portugal podejmował FK Partizan Belgrad, remisując 3:3 wobec około 30 tysięcy widzów. Sędziował Francuz Edouard Harzic a kapitańskie powitanie było dziełem Manuela Passosa i Stjepana Bobka. Pierwszy historyczny gol był dziełem João Martinsa w 14 minucie. Z kolei pierwszy mecz(trzy dni później) wygrał MTK Budapeszt pokonując na własnym stadionie Anderlecht Bruksela aż 6:3 a jednocześnie w tym meczu zanotowano premierowy hattrick, którego autorem był Węgierski napastnik Peter Palotas. Po tym pierwszym spotkaniu następne potoczyły się jak lawina, przekraczając w 35 edycji w sezonie 1989/90 liczbę 2 tysięcy. Kto nie docenia znaczenia tych gier dla rozwoju futbolu, dla wzrostu popularności tego sportu, nie zrozumie nic. Niemal wszystko co dobre ale i złe, wiązało się z klubową rywalizacją pucharową. To ona obok ligi i krajowych rozgrywek, stanowi o sile tego sportu. Dodajmy że na tyle atrakcyjną aby z czasem rozszerzyć się na turniej krajowych zdobywców pucharów oraz rywalizację zespołów miast targowych, przekształconych w rozgrywki o UEFA Cup. Wróćmy teraz do polskiego debiutanta w PEMK. Jak już wspomniałem przeciwnikiem warszawskiej Gwardii miał być mistrz Anglii Chelsea, która to zrezygnowała jednak ze startu, podając za przyczynę brak wolnych terminów. Tak naprawdę wyspiarze bali się kolejnej kompromitacji na arenie międzynarodowej a wycofanie wymogły władze angielskiej ligi. Tym samym pozostało wolne miejsce a Szwedzki Djurgardens Sztokholm musiał poczekać na nowego rywala. Władze UEFA proponowały Szwedom przeciwnika z Bułgarii, Rumunii bądź… Polski i właśnie ten ostatni kraj Skandynawowie wybrali. Dużo niejasności było także z nominacją naszego przedstawiciela. W Polsce grano wtedy systemem wiosna-jesień i mistrza za rok 1955 mieliśmy poznać dopiero w listopadzie. Logiczne zatem wypadało zgłosić do pierwszej rundy mistrza z poprzedniego roku – Polonię Bytom. Ta jednak spisywała się słabo w obecnym sezonie, więc aparatczykowiec z sekcji piłki nożnej Głównego Komitetu Kultury Fizycznej(ówczesny PZPN) postanowił zgłosić prowadzącą w tabeli ekstraklasy Gwardie Warszawa. Wówczas był to milicyjny klub, zatem stało za nim poparcie ważnego resortu. O milicyjnych wpływach przekonaliśmy się już podczas pierwszego meczu Gwardii, gdy do Sztokholmu zabrano Mariana Norkowskiego, słynącego z mocnego strzału napastnika… Polonii Bydgoszcz(kolejny klub z pionu gwardyjskiego). Dziś taki szwindel nie mógłby przejść ale Szwedzi zorientowali się dopiero po pierwszym meczu i oczywiście zaprotestowali a Norkowskiemu pozostał w biografii mecz w europejskich pucharach. W Sztokholmie wszystko było dla nas pierwsze. Premierowe spotkanie w pucharach, w dodatku w świetle jupiterów, pierwszy obroniony rzut karny(Stefaniszyn wspaniałą paradą wybił piłke zmierzającą w prawy dolny róg bramki). Co ciekawe, pechowy strzelec Parling, podbiegł do polskiego golkipera i pogratulował mu pięknej interwencji. Ostatecznie mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Trenerem Gwardii był wtedy Edward Brzozowski ale z racji swoich przekonań, nie był on lubiany przez władzę ludową, która… nie pozwoliła mu wyjechać z drużyną na mecz do Szwecji. Dlatego opiekę nad zespołem na to jedno spotkanie przejął Tadeusz Foryś. W rewanżu na ławce zasiadł już Brzozowski ale swojego debiutu w europejskich pucharach nie zaliczył do udanych. Na stadionie Wojska Polskiego 25 tysięcy widzów oglądało popisowy występ Szwedów, którzy już do przerwy strzelili ,,warszawskim harpaganom” cztery gole. Trzy z nich Erikson- pierwszy piłkarz, który zaaplikował polskiemu klubowi hattricka. Wynik(4:1 dla gości) ustalono już w pierwszych 29 minutach. Odnotujmy historycznego zdobywcę gola dla naszej drużyny Krzysztofa Baszkiewicza. Popularny ,,Baśka” miał smykałkę do tego rodzaju trafień bo był też autorem premierowej bramki Gwardii w Ekstraklasie. Dziś to zapomniana postać a szkoda, gdyż Baszkiewicz słynął z niekonwencjonalnych strzałów, zaś jego specjalnością były gole zdobywane bezpośrednio z rzutu rożnego, jak choćby dwie strzelone bydgoskiej Polonii w kwietniu 1956 r. Wprawdzie żadnemu polskiemu klubowi nie udało się tryumfować w jakimkolwiek europejskim pucharze, jednak batalie Ruchu Chorzów, Legii Warszawa, Widzewa Łódź a zwłaszcza Górnika Zabrze, który jako jedyny polski zespół zagrał w finale europejskiego pucharu, będą zawsze z dumą wspominane przez polskich kibiców i przez całe środowisko polskiego futbolu.
7
Narodziny najważniejszego pucharu w dziejach futbolu oraz jego premierowy mecz:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87
11
Kalendarium FC Barcelony:
Dokładnie 40 lat temu Stowarzyszenie Futbolistów Hiszpańskich zbojkotowało rozgrywki Primera Division. Domagało się ono większych praw do podejmowania decyzji dotyczących kształtu ligi hiszpańskiej. Wobec braku porozumienia w kolejny weekend ligowy kluby w większości postanawiają wystawić zespoły amatorskie bądź juniorskie. Barça uważała iż obcokrajowcy tacy jak Schuster czy Archibald powinni zagrać z uwagi na to iż nie należą do żadnej ze stron konfliktu. Trener Venables zdecydował jednak że nie wystawi ich aby nie zaognić sytuacji. W efekcie juniorska drużyna FC Barcelony pokonała Real Saragosse 4:0. Z zawodników, którzy występowali w tym meczu największą karierę zrobił Luis Milla, gracz ,,Dream Teamu” Cruijffa i Realu Madryt. Dla większości graczy był to jednak jedyny mecz w pierwszej drużynie Blaugrany.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
9
Pierwszy gol o punkty ,,El Pelusy”:
4 września 1982 r. Diego Armando Maradona strzela swojego debiutanckiego gola w La Liga w barwach Blaugrany. Ma to miejsce na Estadio Luis Casanova w przegranym meczu z Valencią 2:1. Pierwszego gola w tym meczu w 20 minucie strzelił właśnie Maradona.
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Lucho_Juchacho
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11
9
Czerwony od kartek:
Włoska Serie A zna mnóstwo piłkarzy, którzy w swojej karierze słynęli z ostrej gry i sporej liczby zdobywanych kartek. Nikt jednak w tej kwestii nie może równać się z pewnym Urugwajczykiem, który dyrygował obroną Juventusu za czasów Marcello Lippiego. Mowa o Paolo Montero, czyli rekordziście ligi włoskiej pod względem zdobywanych czerwonych kartek. Urodzony w 3 września 1971 r. w Montevideo Paolo Montero od początku pałał miłością do futbolu. Trudno o to nie było, ponieważ pochodził z piłkarskiej rodziny. Jego ojciec, Julio, tak jak później Paolo, był reprezentantem Urugwaju. Nawet miał okazję wystąpić w dwóch turniejach o mistrzostwo świata. Pierwszy miał miejsce w 1970 roku, czyli rok przed urodzeniem późniejszego obrońcy Juventusu. „La Celeste” zajęli wtedy czwarte miejsce, a grający na pozycji defensywnego pomocnika lub obrońcy Montero, zagrał we wszystkich sześciu meczach. Drugi turniej Julio nie był tak udany, ponieważ jego drużyna odpadła już w pierwszej rundzie. Było jasne, że młodszy z Monterów ma w domu wybitny wzór do naśladowania. 41 występów w narodowych barwach czy gra w hiszpańskich klubach. Sam jednak podkreślał, że jego największym idolem był Hugo de Leon, który z kolei dowodził obroną Urugwaju w 1990 roku. Nie było wątpliwości, że bohater tego tekstu będzie grał w piłkę. Mając 19 lat, trafił do pierwszej drużyny stołecznego Peñarolu Montevideo. Tam krok po kroku rozwijał się jako środkowy obrońca, co w 2 lata dało mu łącznie 34 występy w seniorskim zespole. Wydawać by się mogło, że to bardzo mało, lecz Paolo pokazał, że jest gotowy do wyjazdu z kraju. Tak oto mający 179 cm wzrostu Montero opuścił ukochany Urugwaj i trafił do Włoch, gdzie zatrudniła go w 1992 roku Atalanta. W Bergamo z miejsca stał się kluczową postacią formacji defensywnej, którą dowodził jak stary kapitan. Miał on wówczas 21 lat, co pokazało dobitnie, z jakim charakterem mieli Włosi wówczas do czynienia. W pierwszym sezonie Paolo był w stanie zdobyć nawet 2 gole w 27 meczach, by w kolejnym rozegrać o trzy spotkania więcej. Niestety nawet jego postawa nie była w stanie uratować Atalanty, która spadła wtedy do Serie B. Kolejne lata Paolo to udana kampania powrotna do Serie A, w której po raz kolejny udowodnił swoją wartość, a w następnym sezonie męcząc się z kontuzjami, nie był w stanie dać zbyt wiele zespołowi. Najbardziej Montero dał się jednak poznać kibicom z czasów swojej gry w Juventusie. Trafiając tam w 1996 roku miał już status gwiazdy ligi, która ma za zadanie pomóc Juventusowi zyskać status wielkich w Serie A. Ekipa, którą tworzył wówczas Lippi i Moggi, z każdym kolejnym rokiem była coraz mocniejsza, a przyjście Paolo tylko utwierdzało widzów Serie A w tym, że Juventus będzie niezwykle trudny do pokonania. Co prawda w kraju nie było im wówczas łatwo, ponieważ za rywali mieli silne drużyny pokroju Interu, Lazio i Romy. Ambicje w Turynie były jednak olbrzymie. Potwierdzały się one w rozgrywkach europejskich. Trzy finały Ligi Mistrzów z rzędu, w tym jeden zwycięski nad Ajaxem. Mocno w tych sukcesach pomagał oczywiście Montero, ponieważ już w pierwszym roku w Turynie on i zespół wygrali Puchar Europy. Warto nadmienić, że Montero wszystkie puchary, które zdobył w karierze, zawdzięcza właśnie Juventusowi, ponieważ nigdy wcześniej, ani później nie zdobył żadnego trofeum. Juventus z nim stał się potęgą, która wzbudzała przerażenie w oczach przeciwników, ale również i Paolo sam wywoływał strach u napastników – i to nie tylko rywala. Właśnie w Juventusie potrafił podczas gierki treningowej, będąc ośmieszony przez rodaka, Daniela Fonsecę, potraktować go brutalnym wślizgiem, po którym aż musieli oni być rozdzielani przez resztę zespołu. Zresztą nie tylko takimi wybrykami popisywał się Montero. Adam Digby, autor książki „Juventus. Historia w biało – czarnych barwach” przytacza historię, w której Paolo w starciu ze znienawidzonym Interem potrafił uderzyć pięścią Luigiego Di Biagio, po czym został zawieszony. Nawet „Il Capitano” Francesco Totti nie był w stanie uciec od brutalności Montero. Od początku zyskał miano brutala, ale on się tym nie przejmował, ponieważ pokazywał jedynie swoją boiskową odwagę. Swój styl gry przekuł na 16 czerwonych i 27 żółtych kartek.
Paolo Montero po tym, jak spędził 9 lat pełnych sukcesów w Juventusie, postanowił najpierw wrócić bliżej swoich rodzinnych stron. W 2005 roku trafił do argentyńskiego klubu San Lorenzo de Almagro, w którym spędził jeden sezon, by następnie wrócić do ukochanego Peñarolu. Przywitany z wielkim entuzjazmem w swoim mieście postanowił pomóc swojemu ukochanemu klubowi w walce o mistrzostwo kraju, jednak ta sztuka nie udała się mu. Po tym powrocie do Penarolu zakończył karierę, by rozpocząć przygodę jako trener. W tej roli jednak nie szło mu już tak dobrze, jak w karierze piłkarskiej. Zaczął od prowadzenia młodzieżowych zespołów Peñarolu, by w każdym kolejnym zespole być szkoleniowcem przez rok. Były to: Boca Unidos, Colon de Santa Fe, Rosario Central, Sambenedettese, San Lorenzo. Obecnie jest trenerem w młodzieżowym zespole Juventusu, Juventusu Next Gen oraz drugiej drużyny Juventusu.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87
12
Zwycięstwo dało awans na mundial:
3 września 2005 r. na Stadionie Śląskim reprezentacja Polski pokonała w el. MŚ 2006, Austrie 3:2, po golach Eusebiusza Smolarka, Kamila Kosowskiego i Macieja Żurawskiego. Ten mecz miał praktycznie przypieczętować wyjazd polskich piłkarzy na niemiecki mundial. Austriacy musieli wygrać, żeby zachować szanse na drugie miejsce w grupie. Po jednostronnej pierwszej połowie nikt nie przypuszczał, że w końcówce emocje sięgną zenitu: poprzeczka, słupek i walka do ostatnich sekund. Mecz ostatecznie zakończył się triumfem biało-czerwonych, którzy wyjątkowo zagrali w nim w biało-czarnych barwach.
@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
0
@Lucho_Juchacho No już nie raz pisałem i z pewnością nie ostatni. Widze jednak że jesteś nowym użytkownikiem, więc z wielką przyjemnością wrzuce ci ten oto artykuł:
,,Boski” Diego w Barcelonie i transfer do Napoli:
FC Barcelona nie kupowała Maradony tylko ze względów sportowych. Prezydent Josep Lluis Nuñez uważał iż dzięki nowym możliwościom, które pojawiły się po śmierci Franco zespół z Katalonii może stać się globalną marką. Maradona znany już na całym świecie idealnie wpisywał się w tę strategie, co oznaczało skądinąd udział w jeszcze większej liczbie wyczerpujących meczów towarzyskich. Sam piłkarz nie krył ogromnych ambicji. Po przylocie do Katalonii był, wedle relacji skrzydłowego Lobo Carrasco, ,,niewinny i głodny… chciał pożerać cały świat, co mnie trochę przerażało”. Na początku była więc seria świetnych występów, szczególnie w trakcie wyjazdowej wygranej 4:2 z Crveną Zvezdą, kiedy to belgradzka widownia zgotowała mu aplauz gdy opuszczał boisko ale już w jej trakcie zaczęło dochodzić do pierwszych spięć. Maradona zatrudnił jako osobistego trenera, mieszkającego w Barcelonie Argentyńczyka Fernando Signoriniego, co rzecz jasna nie spodobało się sztabowi medycznemu jego nowego klubu. Niepokojono się także liczbą członków rodziny i przyjaciół, którzy zasiedlili przygotowany dla niego dom, tak zwanym klanem Maradony. Mówiono o niekończących się imprezach, o braniu narkotyków, o awanturach w nocnych klubach, atmosferze braku dyscypliny i rozluźnienia obyczajów. Dziesięć lat później Maradona przyznał że to podczas pobytu w Barcelonie po raz pierwszy sięgnął po kokainę. ,,Kiedy w to wchodzisz – tłumaczył – w gruncie rzeczy chciałbyś powiedzieć ,,nie”, ale potem słyszysz swój głos mówiący ,,tak”. Wydaje ci się iż będzie potrafił to kontrolować że wszystko będzie OK… a potem sprawy się komplikują”. Był wówczas twarzą kampanii antynarkotykowej. Na boisku sprawy też nie układały się najlepiej. Wedle jego własnych słów miał kłopoty z dostosowaniem się do ,,furii” hiszpańskiej piłki. Inni zawodnicy byli dużo lepiej przygotowani fizycznie a on wciąż nie potrafił podporządkować się zaleceniom trenera Udo Lattka, podczas treningów każącego im biegać z piłkami medycznymi, jak mówił, im ważniejszy mecz, tym cięższa piłka. W ciągu pierwszych 6 miesięcy w Barcelonie zdobył tylko 6 goli, w grudniu zaś zachorował na żółtaczke. Pierwsze Boże Narodzenie z dala od ojczyzny przeżył bardzo boleśnie. ,,Boję się samotności jak cholera”- powiedział ,,Marce”. Jego stosunki z Nuñezem pozostawały napięte po tym, jak prezydent skrytykował go za zaproszenie kolegów z drużyny do paryskiej knajpy po wygranym meczu towarzyskim z PSG ale klub zrobił wiele by zadowolić swoją supergwiazdę. Był to jeden z oczywistych powodów zastąpienia Lattka Menottim. Nowy szkoleniowiec zaś niemal od razu zdecydował o przeniesieniu godziny treningów z przedpołudniowej na piętnastą, dużo bardziej odpowiadającą argentyńskiemu stylowi życia. Nie był to jednak udany sezon. FC Barcelona zajęła 4 miejsce w lidze z 15 punktami straty do mistrzowskiego Athletic Bilbao, przegrała z Aston Villą w Superpucharze Europy i odpadła z Pucharu Zdobywców Pucharów po meczu z nienajsilniejszą przecież Austrią Wiedeń. Nastroje mogły poprawić nieco występy w Copa del Rey, gdzie Barça doszła do finału, choć tuż przed nim doszło do kolejnej kontrowersji z udziałem Maradony. Argentyńczyk wraz z Schusterem zostali zaproszeni do występu w meczu pożegnalnym legendarnego Paula Breitnera. Problem w tym że ów mecz miał się odbyć na 4 dni przed finałem Pucharu Króla i choć Breitner wysyłał po Maradone prywatny samolot, Nuñez zabronił mu podróży do Monachium. Argentyńczyk nie miał zamiaru posłuchać ale klub odmówił wydania mu paszportu przechowywanego wraz z dokumentami reszty zespołu. Maradona uznał to za niedopuszczalne ograniczenie wolności i nie tylko skomentował to nie przebierając w słowach ale rozwścieczony rozwalił kilka pucharów w klubowym gabinecie z trofeami. Dzień później grupa kibiców zaatakowała go po zakończeniu treningu. Niezależnie od tego zamieszania Barça pokonała jednak Real Madryt w finale 2:1 a Maradona wypracował gola strzelonego przez Victora.
Zwycięstwo nie poprawiło mu jednak humoru. Krytykował sędziów za to że nie chronią utalentowanych piłkarzy przed atakami rywali i narzekał iż kiepska realizacja transmisji telewizyjnych umożliwia faulowanie poza kamerami. Jego krytycy, których w Hiszpanii nie brakowało mówili że symulował i rozdmuchiwał rzekome faule. W tym samym czasie Menotti wdał się w publiczną polemikę z trenerem Athletic Bilbao, Javierem Clemente. W czwartej kolejce kiedy Barça spotykała się z drużyną z Bilbao, atmosfera była wyjątkowo napięta. Rankiem w dniu meczu Maradona odwiedził w miejscowym szpitalu chłopca potrąconego przez samochód. Kiedy wychodził, młody pacjent powiedział: ,,Diego, bądź ostrożny, będą na ciebie polować”. Jak zawsze przesądny, Argentyńczyk uznał to za przepowiednie. Mecz początkowo przebiegał po myśli Blaugrany. Katalończycy prowadzili 3:0. Później doszło jednak do nieprzyjemnego incydentu, którego konsekwencje okazały się dramatyczne. Schuster szukający rewanżu za faul i kontuzje jeszcze z ubiegłego sezonu sfaulował Andoniego Goikoetxee, po czym zachwycony tłum zaczął skandować nazwisko Niemca. Maradona widząc narastającą furie obrońcy Athleticu, powiedział mu żeby się uspokoił ale kilka minut później Goikoetxea wszedł ostrym wślizgiem w jego noge łamiąc mu lewą kostke. ,,Zabrania się być artystą”- napisano na pierwszej stronie dziennika ,,Marca”. Początkowo zapowiadało się że dla Maradony oznacza to koniec sezonu ale(ciężko pracując z Olivą) zdołał wrócić do gry już po 3 miesiącach, w swoim stylu uświetniając pierwszy występ dwoma golami w wygranym 3:2 meczu z FC Sevillą. Trzy kolejki później Barça znów spotkała się z Athletikiem. ,,Bronca” odezwała się po raz kolejny, gdyż Maradona zdobył obydwa gole a Katalończycy wygrali 2:1. Na wygranie ligi nie wystarczyło czasu. FC Barcelona zakończyła rozgrywki na 3 miejscu. Aby móc wystąpić w marcowym ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem United, Maradona dostał zastrzyk przeciwbólowy ale grał słabo i musiał zejść z boiska na 20 minut przed końcem. Wybuczany przez widownie siedział w szatni i płakał. Zmiana scenerii nie przyniosła zmiany oczekiwań publiczności. Jego stosunki z Nuñezem pogorszyły się po raz kolejny, kiedy piłkarz udzielił wywiadu Jose Marii Garcii, dziennikarzowi krytycznemu wobec prezydenta klubu. Nuñez zareagował sugestią że żółtaczka Maradony to efekt wystawnego trybu życia. Czując że ma coraz więcej fanów przeciwko sobie, Argentyńczyk uznał iż musi odejść a Cyterszpiler aż zacierał ręce na myśl że będzie mógł się tym zająć. Poza wszystkim Maradona potrzebował pieniędzy. Przed końcem pobytu piłkarza w Barcelonie First Champion Productions(tak teraz nazywała się firma Maradona Productions) przynosiła straty. Kontuzje i niepowodzenia w walce o tytuły obniżyły wartość marketingową zawodnika, reklamę McDonalda trzeba było kręcić od pasa w góre, tak żeby nie widać było gipsu, przepadł milion dolarów zainwestowany w film biograficzny a styl życia Maradony do tanich nie należał. Bez przerwy kupował nowe samochody, nie tylko dla siebie ale także dla pozostałych członków ,,klanu”. Kiedy Nuñez odmówił pokrycia czeku wystawionego przez Olive a Cyterszpiler(prowokując prezydenta klubu) zaczął mówić o odejściu, doszło do kolejnego zaognienia konfliktu. Czara goryczy przelała się jednak w następnym finale Copa del Rey, gdzie rywalem Barçy znów był Athletic. W tygodniu poprzedzającym mecz Maradona i Clemente ścierali się na łamach prasy a napięta atmosfera zamieniła się we wrogą, gdy kibice Athleticu zaczeli buczeć podczas przedmeczowej minuty ciszy ogłoszonej w związku ze śmiercią 2 fanów Blaugrany, którzy zgineli w wypadku samochodowym. Athletic wygrał 1:0 a po ostatnim gwizdku Maradona do reszty stracił panowanie nad sobą. Jak później stwierdził, czuł się sprowokowany przez baskijskiego obrońcę Jose Nuñeza, z którym wcześniej starł się twarzą w twarz, a który teraz pokazał mu znak wiktorii ale trudno to potraktować jako usprawiedliwienie brutalnego ataku na Miguela Angela Sole. Rezerwowy Athleticu wybiegł właśnie na boisko by cieszyć się z wygranej, kiedy Maradona rzucił się na niego kopiąc go w twarz i obalając na ziemie. Wywołało to regularną bójke nie tylko z udziałem kopiących się nawzajem piłkarzy obu drużyn ale także rezerwowych, policjantów, dziennikarzy i kibiców, którzy wdarli się na boisko. Argentyńczyk był jednym z 6 graczy zdyskwalifikowanych później na 3 miesiące(ukarano po 3 z każdej drużyny). ,,Po meczu rzuciłem się na nich ponieważ przez cały czas bili nas i zaczepiali aż w końcu jeden z nich pokazał mi 2 palce i gówno wpadło w wentylator… Napieprzaliśmy się wszyscy na środku boiska… Bogu dzięki że Migueli i reszta chłopaków stanęli w mojej obronie, gdyż inaczej chyba by mnie zabili”- tłumaczył Maradona w autobiografii.
Po rezygnacji Menottiego nowym trenerem FC Barcelony został Terry Venables a Maradone sprzedano za 13 milionów dolarów do Napoli, dzięki czemu stał się pierwszym piłkarzem w historii, który dwukrotnie zmienił klub bijąc transferowy rekord świata. Presja pod jaką miał się znaleźć w Neapolu nie była jednak mniejsza niż w Argentynie czy Katalonii. Jeśliby je porównać była wręcz większa. Lądując we Włoszech w lipcu 1984 r. najpierw udał się na Capri, później podróżował bocznymi drogami żeby uniknąć tłumów, w końcu zaś przyleciał na stadion San Paulo helikopterem, prawdziwy mesjasz zstępujący z nieba, którego nadejście entuzjastycznie przyjmowały tysiące wiernych a ponieważ FC Barcelona zażądała 600 tysięcy dolarów zadatku, ponoć złożyły się na niego tysiące Neapolitańczyków przekazując drobne sumy do miejscowego towarzystwa budowlanego. To ostatnie można zresztą potraktować jako ilustracje tego, jak bardzo zależało mieszkańcom miasta na ściągnięciu Maradony do klubu albo tego, w jakim stopniu klub i miasto znajdowały się w kleszczach camorry. Trudno tu o twarde dowody ale biograf Maradony Jimmy Burns należy do grupy wielu autorów kwestionujących dobrowolność tamtej zbiórki. Cyterszpiler szybko się przekonał ze panujące w Neapolu reguły kompletnie różnią się od tych, które dotąd poznał. Na ulicach sprzedawano mnóstwo produktów z wizerunkiem jego podopiecznego, od kaset po papierosy. Kiedy próbował nad tym zapanować tłumacząc że wszystko co nosi twarz Maradony powinno uzyskać licencje, został ostrzeżony przez camorrę, handlarze pracują pod opieką mafii i płacą jej prowizje. W końcu strony doszły do porozumienia. W końcu strony doszły do porozumienia. First Champion Productions zachowało prawa do reklam i marketingu ale na rynku lokalnym rządziła camorra…
11
,,Złote” igrzyska:
3 września 1972 r. w Ratyzbonie Polska remisuje z Danią 1:1. Na igrzyskach olimpijskich w Monachium Dania była naszym rywalem w drugiej rundzie. To było nasze czwarte spotkanie na turnieju. Zremisowaliśmy 1:1 po dość ciężkim boju. To wtedy zaczęło się mówić o syndromie czwartego meczu, który miał być najsłabszym na długich turniejach. Do starcia z Duńczykami przystępowaliśmy tylko dwa dni po równie trudnym i wyczerpującym pojedynku z NRD. Być może to było przyczyną naszej słabszej postawy. Dania jednak wcale jednak nie była taka słaba, a do tego pierwsze kroki w kadrze stawiał Allan Simonsen, który wkrótce miał stać się gwiazdą europejskiego formatu. Lubański po meczu skarżył się, że nogi miał ciężkie jakby przyczepiono do nich ciężary. Wtórowali mu inni zawodnicy. Postanowiono nasilić zabiegi odnowy biologicznej i zmienić nieco treningi. Pomogło. Remis ten znacząco skomplikował naszą sytuację w grupie. Żeby myśleć o złocie i grze w finale musieliśmy pokonać ZSRR, co ostatecznie się udało, ale o tym innym razem.
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87
1
@wojopancer A jednak mineło...
Ja dopiero rok później zakochałem się w Barcunie i to przez gazete, dowiadując się że do Barcy przechodzi Eto'o. No ciekawe czy rok a nawet dwa wcześniej nie zabujałbym się w Barcuni, gdybym miał możliwość oglądania jej meczów, przynajmniej retransmisji...?
9
Wymarzony debiut o punkty:
3 września 2003 r. Ronaldo de Asis Moreira, zwany Ronaldinho strzela swojego debiutanckiego gola w La Liga w 59 minucie meczu rozgrywanego na Camp Nou z FC Sevilla i zakończonego rezultatem 1:1. Niezwykłej urody gol padł w niecodziennych okolicznościach. Spotkanie przeciwko FC Sevilli rozpoczęło się… 5 minut po północy. Wszystko dlatego iż w dniu meczu(środa) rozpoczynały się zgrupowania reprezentacji narodowych i rywale z Andaluzji nie zgodzili się na przełożenie meczu na wtorek. Istniało poważne ryzyko że w meczu nie zagrają tacy piłkarze jak Ronaldinho, Rustu, Kluivert, Cocu, Overmars, Reiziger i Van Bronchorst. Działacze Barçy mieli jednak pełną dowolność w wyborze godziny spotkania dlatego zaplanowali je na godzine… 0:05 w nocy z wtorku na środe. Mimo tak późnej pory na Camp Nou zjawiło się aż 80 tys. widzów, lecz Blaugrana tylko zremisowała 1:1. Warto było jednak przyjść tej nocy na stadion dla gola Ronaldinho. Popularny ,,Gaucho” otrzymał długie podanie od… Valdesa, przebiegł z piłką kilkadziesiąt metrów, minął dwóch rywali i huknął pod poprzeczke ze sporej odległości.
Tylko popatrzcie:
@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
9
Premierowe starcie w najważniejszym z pucharów:
3 września 1959 r. FC Barcelona zadebiutowała w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych. Miało to miejsce w Sofii w wyjazdowym meczu z tamtejszym CSKA zakończonym wynikiem 2:2. ,,Sprawiedliwy wynik”- donosiło Mundo Deportivo. Gole dla gości zdobyli Segarra oraz Eulogio Martinez. Przy stanie 1:0 dla Bułgarów Luis Suarez zmarnował rzut karny(trafił w słupek). Gracze CSKA byli niezadowoleni z wyniku ponieważ obawiali się rewanżu na Camp Nou. Słusznie ponieważ Blaugrana rozgromiła w rewanżu Bułgarów 6:2(!) i awansowała do następnej rundy.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87
8
@FCBparasiempre
Wygrywał wszelkiego typu zestawienia na „najdziwniejsze fryzury wszech czasów” a wielu kibicom na samą myśl o latach 90-tych do głowy przychodzi jego wizja gry i technika użytkowa. Do statusu legendy MLS wystarczyło mu sześć sezonów, gdzie grając już grubo po trzydziestce, bardziej człapał niż biegał. Mimo to, wynik 114 asyst przypomina bardziej wyczyny dzisiejszych kosmitów z Realu Madryt i Barcelony, niż ówczesnych piłkarzy. Carlos Valderrama na stałe wpisał się do panteonu wielkich, piłkarskich osobowości i mimo, że nigdy nie osiągnął sportowego Olimpu, dla wielu i tak ma status futbolowego „półboga”. Wczesne lata 90., Kolumbia. Kraj w stanie permanentnej wojny domowej, gdzie kartele narkotykowe z Cali i Medellin, rząd i lewicowi ,,guerillas” z FARC i ELN toczyli wyniszczającą walkę między sobą. Świetnie zobrazował to bijący ostatnio rekordy popularności serial „Narcos”. W tym okresie jedynym powodem radości dla zwykłych Kolumbijczyków była piłka nożna, gdzie zarówno reprezentacja, jak i zespoły klubowe należały do absolutnej czołówki na kontynencie. Futbol stanowił remedium na ciągle odnawiające się rany po wewnętrznych konfliktach, a Valderrama należał do tych, którzy swoim rodakom podawali je najczęściej. Niewielu jest obecnie piłkarzy, którzy wyprzedzają swoją epokę. Może o kilku można napisać, że „byli kimś lub zrobili coś, zanim stało się to popularne”. Valderrama jak na drugą połowę lat 80. i pierwszą 90. był inny. Owszem, na ulicach panowała plastikowa, kiczowata moda. Był grunge i początki detroit techno, wszędzie pełno kolorów, a ludzie wzorowali się na bohaterach amerykańskich seriali. Piłkarskie boisko, w przeciwieństwie do dzisiejszego, nie odwzorowywało tych trendów i rzadko można było spotkać futbolowych outsiderów. Fryzurami wyróżniali się Alexi Lalas czy inny Abel Xavier, a kulminacją była fryzura Taribo Westa, do dzisiaj pokazywanego dzieciom przez matki jako koszmar nocny. Za tego, który dzięki swojej fryzurze był najbardziej zapamiętany, należy uznać jednak Carlosa Valderramę.
Prosząc o pomoc moją bratanicę, skądinąd biegłą we wszelkiego rodzaju fryzjerskich modach (tak to nazwijmy), po ujrzeniu przez nią Valderramy, usłyszałem tylko „o jeny”. Tak, to „o jeny” bywało zapewne pierwszą reakcją nie tylko młodej dziewczyny w XXI wieku, ale wszystkich tych, którzy w latach 80. i 90. pierwszy raz widzieli kolumbijskiego piłkarza na oczy. Bujne, lokowane, blond włosy a’la afro i charakterystyczny wąs sprawiały, że ludzie wpadali w osłupienie, zapewne zastanawiając się, jak głupi zakład Kolumbijczyk przegrał i jak bardzo nie może doczekać się momentu, kiedy termin jego obowiązywania upłynie. Artykuł o Valderramie byłby jednak zbyt płytki, gdybym jego włosom poświęcił więcej niż trzy akapity. Statusu legendy nie otrzymuje się wszak dzięki posiadaniu charakterystycznej fryzury, a dzięki umiejętnościom piłkarskim, poświęceniu i zasługom. Pomocnik ten status uzyskał, głównie dzięki niebywałej charyzmie, technice i wizji gry, którą w ówczesnych czasach mogło posiadać jedynie kilku piłkarzy na globie. Mimo to nie był uznawany za klasycznego playmakera, a stylem gry przypominał bardziej Dennisa Bergkampa czy Ruuda Gullita. Za młodu zyskał przydomek „El Pibe” (z hiszp. dzieciak). Nadał mu go argentyński kolega z drużyny jego ojca. Swój debiut w pierwszej lidze zaliczył w wieku dwudziestu lat i po czterech latach trafił do Deportivo Cali. Drużyna Los Azuceros (z hiszp. cukiernicy) nie przypominała już wielkiej ekipy z lat 70., lecz to właśnie Valderrama miał nadać jej nowy blask. Przez lata stał w samym centrum futbolowo-narkotykowej wojny między Deportivo, a Atletico Nacional Medellin, klubem będącym w posiadaniu słynnego narkobossa Pablo Escobara. To właśnie w klubie z Cali wyrobił sobie markę piłkarskiego magika, która zaowocowała najpierw debiutem w reprezentacji, a trzy lata później transferem do francuskiego Montpellier. Na transfer do Francji zasłużył sobie przede wszystkim świetnym turniejem Copa America w 1987 roku, gdzie dostał miano MVP turnieju. Prawdziwy stempel pod swoim znakiem jakości, dał jednak w towarzyskim meczu przeciwko Anglii na Wembley, w którym padł remi 1:1, a Valderrama zaimponował samemu Bobby’emu Robsonowi, który grę całej Kolumbii z pomocnikiem Deportivo na czele komentował następująco: ,,Nie mamy piłkarzy grających w taki sposób. Ich futbol jest całkowicie inny, krótki i kompaktowy”.
W efekcie Valderrama wylądował na południu Francji, gdzie zebrała się wówczas ekipa całkiem niezłych piłkarzy. Kapitanem drużyny był wówczas Laurent Blanc, a z przodu obok Valderramy miał grać sam Roger Milla. Mimo niewątpliwie wielkich umiejętności, Kolumbijczykowi wiele zajęło przystosowanie się do szybszej i bardziej fizycznej gry w Europie. W efekcie, w pierwszym sezonie zaliczał przede wszystkim wejścia z ławki. Wielu uznawało jego transfer za duże rozczarowanie. Kolumbijczyk zabrał się do pracy i poskutkowało to szybkim powrotem do pierwszego składu. Co więcej, w tym okresie uważany był za jednego z najbardziej pracowitych pomocników tego typu w Europie. Mimo, że w ogólnej świadomości uważany był za piłkarza dosyć leniwego, to ten okres zdecydowanie zaprzeczał tej tezie. Pomocnik wrócił później do Kolumbii, po czym wylądował na Florydzie, stając się jednym z symboli chwilowego szału na „soccer” w USA. W ciągu zaledwie sześciu sezonów zaliczył aż 114 asyst w barwach swoich zespołów. Choć poruszał się coraz wolniej, to przewyższał sprytem i umiejętnościami całą ligę o dwie klasy. W efekcie został wybrany MVP całych rozgrywek w 1996 roku, a w 2005 roku zaklasyfikowano go do jedenastki wszech czasów MLS. “El Pibe” należał do wybitnego pokolenia kolumbijskich piłkarzy, którzy w latach 1990-1994 tworzyli jedną z najlepszych reprezentacji na świecie. Oprócz niego, szkielet drużyny tworzyły takie tuzy jak: Freddy Rincon, Faustino Asprilla, Rene Higuita czy też Andres Escobar. Zawodnicy, których w większości nie trzeba przedstawiać szerszej publiczności. Mimo tak wielkich indywidualności, to właśnie Valderrama był symbolem tamtej kadry. Swój szczyt Kolumbijczycy osiągnęli w legendarnym zwycięstwie 5:0 nad Argentyną w 1993 roku, po którym zespół zaczął być uznawany za potencjalnego faworyta całych mistrzostw świata w USA. Jak się jednak miało okazać, turniej zakończyli na fazie grupowej, a sam występ przyniósł tragiczne konsekwencje w postaci śmierci Andresa Escobara. Na jego wizerunku pojawiały się jednak rysy, a do jednej z nich należało m.in. posądzenie go o przekazanie Rogerowi Milli wideo z zagraniami Rene Higuity, co miało ułatwić Kameruńczykowi strzelenie bramki Kolumbii na mundialu w 1990 roku. Wobec przyjaźni, jaka wiązała tych dwóch zawodników, plotki te należałoby włożyć między te najsłabiej napisane bajki… Karierę zakończył w 2002 roku, po blisko 21 latach czynnej gry zawodowej. Pozwoliło mu się to na stałe zapisać do kronik futbolu i zyskać miano najwybitniejszego piłkarza w historii Kolumbii. Jego umiejętności docenił sam Pele, umieszczając go na swojej liście „100 najlepszych żyjących piłkarzy”. Sam też doczekał się pomnika w swojej rodzimej miejscowości Santa Marta, wzniesionego w 2006 roku. W ostatnim czasie „El Pibe” udzielał się w polityce. Został też ambasadorem niedawnego Copa Centenario w Stanach Zjednoczonych. W ostatnich latach nie szczędził również języka na kontrowersyjne wypowiedzi. Dwa lata temu bez ogródek stwierdził, że najlepszą drogą do relaksu w trakcie turnieju jest… seks. Z kolei w kwietniu oberwał od niego Zinedine Zidane, którego Valderrama posądził o uprzedzenia wobec Jamesa Rodrigueza. Posiadając jednak taki status, jaki obecnie ma w kolumbijskim futbolu, jakakolwiek jego wypowiedź nie może przejść bez echa.
Sukcesy:
Montpellier HSC:
1 x Puchar Francji (1990)
Atletico Junior Barranquilla:
2 x mistrzostwo Kolumbii (1993, 1995)
Tampa Bay Mutiny:
1 x MLS Supporter’s Shield (1996)
7
Niezwykłe legendy futbolu:
@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
1
@FcPortoFan1999 W tej chwili mam,więc na szybko znalazłem. Ale nie zawsze tak jest. Na ogół mam mniej czasu...
0
@Arden W tym wieku organizm jeszcze bardzo szybko się regeneruje po urazach. Za 5 lat będzie już dużo większy problem wrócić do pełnej sprawności...
1
@FcPortoFan1999 Nie mam aż tyle czasu aby bacznie śledzić Argentyńczyków. Gdybym mógł pozwolić sobie na luksus nie chodzenia do roboty, to ogladałbym po nocach chyba wszystkie mecze mojej ulubionej CA Boca Juniors...
1
@FcPortoFan1999 Na szybkiego mam tylko takie coś: https://kanalsportowy.pl/pilka-nozna/zawsze-bede-kochal-ten-klub-bramkarz-emiliano-martinez-w-cieplych-slowach-o-arsenalu/
1
@FcPortoFan1999 No tak ale w natłoku tylu moich historycznych komentarzy i codziennego życia, to nie śledze ich na bieżąco...
3
@FcPortoFan1999 Nie wiem, naprawde nie wiem. Trzeba by zapytać @Lionel_Messi10 on na bieżąco śledzi ,,Albicelestes". Zresztą podobnie ukłon w strone @Sysia11 , gdyż ona również ma fantastyczną wiedze o Argentyńczykach.
1
@escarabajo Często nie panował nad sobą, odgrywał się złośliwie przeciwnikom bardzo ostrymi faulami. To jest to o czym piszesz i co do mnie nie przemawia ze strony Gaviego...
1
@FcPortoFan1999 Otóż to! Ale i nie tylko...!
0
@La Pulgaa No ok. ale żeby choć troche się odbudował to potrzebuje gry(nie ogony tylko przynajmniej połówki) i zaufania przedewszystkim trenera...