9

Zapomniane legendy FC Barcelony:

24 lipca 1930 r. urodził się Eduardo Manchon Molina, hiszpański piłkarz grający jako napastnik. Choć z natury był lewonożnym zawodnikiem, to radził sobie równie dobrze na prawym skrzydle operując prawą nogą. W latach 1950-1957 strzelił 88 goli w 201 meczach dla Blaugrany i był to najbardziej udany okres w jego karierze. Należał do legendarnej drużyny „Five Cups-Barça”, która w 1952 roku zdobyła wszystkie pięć możliwych trofeów. W klubie dwukrotnie wygrał La Liga, cztery razy Puchar Hiszpanii, dwukrotnie Copa Eva Duarte, Trofeo Martini & Rossi oraz Copa Latina. Manchon, pochodził z ubogiej rodziny z Murcji, a dołączył do Barcelony w wieku 16 lat. Po raz pierwszy grał w katalońskim klubie SD España Industrial, który był wówczas rezerwowym zespołem Barcelony. W piątej rundzie La Liga sezonu 1950/51, Manchon zadebiutował w lidze w pierwszym zespole przeciwko Walencji, a także strzelił pierwszego gola dla klubu. Wraz z Laszlo Kubalą, Cesarem i Estanislau Basorą stworzyli jeden z najmocniejszych ataków w historii klubu. W sezonie 1951–52 klubowi udało się zdobyć wszystkie pięć trofeów. Po pobycie w Barcelonie grał jeszcze w Granada CF w sezonie 1957–58, a później w Deportivo de La Coruña, Club Atletic Iberia i CE L'Hospitalet.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

1

@MCPaRaCa Ano rzeczywiście 2 lata tylko. Coś się rozpędziłem o rok...

0

@MCPaRaCa 2!? Na pewno nie 3? Bo nie sprawdzałem...

4

Vamos, vamos Argentina!, vamos, vamos a ganar!,

que esta banda quilombera, no te deja, no te deja de alentar!

10

Czy wiemy(pamiętamy) że:

Dokładnie 3 lata temu Robert Lewandowski zadebiutował w barwach FC Barcelony. Debiut przypadł na towarzyskie El Clasico na Allegiant Stadium w Las Vegas w ramach Soccer Champions Tour. Mecz zakończył się zwycięstwem Blaugrany 1:0 po golu Raphinii w 27 minucie. Robert zagrał tylko pierwszą połowe meczu.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

11

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

23 lipca 1940 r. urodził się Alfred Olek, pomocnik. ,,Żeby Olek był bożyszczem wszystkich Polek”– śpiewali Skaldowie. Jeden z najmniej docenianych piłkarzy Górnika z jego złotych czasów. Przygodę z piłką zaczynał podobnie jak jego kolega Roman Lentner w klubie Czarni Chropaczów. Zaczynał jako 15-latek i to w tym zespole wchodził w wiek seniorski. Dopiero kiedy miał 24 lata przeniósł się do GKS Świętochłowice, a po roku trafił do Górnika. ,,Po pierwszych treningach pukaliśmy się wszyscy w czoło. Kto takiego faceta jak Alfred Olek ściągnął do górnika? po co? ale potem wszystko się zmieniło, Alfred „urósł” i stał się ważną postacią naszej drużyny”– wspominał Stanisław Oślizło. Dużo czasu poświęcił mu trener Géza Kalocsay, który godzinami trenował z Olkiem rajdy wzdłuż linii bocznej boiska i dośrodkowania. Technicznie był, delikatnie mówiąc, dość surowy, ale nadrabiał to pracowitością. Był wrogiem alkoholu i papierosów, a o jego wydolności krążyły legendy. W pucharowym meczu z Djurgårdens reporter Sportu zachwycał się, że Olek był dosłownie wszędzie. Zygfryd Szołtysik wspominał, że Alfred biegał jak nakręcony, a jak miał kogoś wyłączyć z gry, robił to doskonale. Grał tam, gdzie trener go ustawił i robił to znakomicie. Miał „żelazne płuca” i był niesamowicie waleczny i ambitny. W Zabrzu spędził sześć sezonów. Trzykrotnie zdobywał mistrzostwo Polski (1967, 1971, 1972) i czterokrotnie puchar Polski (1968, 1969, 1970, 1971. Tylko raz dostał szansę w reprezentacji. Trener Koncewicz wpuścił go na boisko w drugiej połowie wygranego 2:1 meczu z Irlandią w Poznaniu 6 maja 1970 r. Z Górnika odszedł do szkockiego Hamilton FC. Po dwóch latach wrócił do kraju i grał jeszcze dla Concordii Knurów a karierę kończył w LZS Gierałtowice. Z tymi dwoma zespołami pracował także jako szkoleniowiec. Na emeryturze trenował młodzież w Victorii Pilchowice, a czasami, kiedy nie miał kto zagrać, sam pojawiał się na murawie. Zawsze bardzo dbał o boisko. Spędzał na nim mnóstwo czasu, równiutko kosząc trawę.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

7

Prezydenci FCB:

23 lipca 2000 r. Joan Gaspart wygrał wybory prezydenckie w FC Barcelonie. W ten sposób skończyła się era Josepa Lluisa Nuñeza, który opuścił fotel prezydenta aż po 22 latach rządów. Jego następcą został dotychczasowy wiceprezydent i jednocześnie najbliższy współpracownik. Gaspart uzyskał 25 181 tys. głosów na 45 888 oddanych(uprawnionych do głosowania było nieco ponad 93 tys. socios) i nieznacznie wyprzedził swojego kontrkandydata Lluisa Bassata.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

9

Żywe legendy hiszpańskiego futbolu:

22 lipca 1963 r. urodził się Emilio Butragueño. Legenda reprezentacyjnej oraz klubowej piłki w Hiszpanii. Wspaniały gracz drugiej lub pierwszej linii, który miał ogromną swobodę w poruszaniu się z piłką przy nodze i niebywały zmysł do gry kombinacyjnej. Jego domeną było także zabójcze wykończenie akcji. „To gość, który strzelanie goli ma we krwi!” – zwykł mawiać na temat Emilio Butragueño sam Alfredo Di Stefano. Zatrzymując się dosłownie na krótką chwilę w komplementowaniu Butragueño, należy cofnąć się o 30 lat i sięgnąć do korzeni jego piłkarskiej kariery. Przebijając się przez przedsionek madryckiego zespołu, czyli Castillę, zdołał załapać się do „osiemnastki” meczowej na mecz z Cádiz CF. Gdy gra Los Blancos nie układała się najlepiej, 21–letni wówczas Hiszpan dostał swoją szansę od Alfredo Di Stefano, do zaprezentowania swoich umiejętności, w drugiej połowie meczu. Emilio, który wówczas nosił numer 14 na koszulce, ze względu na ogromną sympatię do swojego idola Johana Cruyffa, zdołał wbić dublet i zapewnić wygraną Królewskim. To był jeden z pierwszych jego występów w seniorskiej drużynie, lecz na tyle udany, że zdołał wywrzeć dobre wrażenie na Di Stefano oraz rozpocząć nową, pełną sukcesów erę pod przywództwem „La Quinta del Buitre”. Kiedy miałem osiemnaście lat, kopałem w piłkę na szkolnym boisku, a w momencie gdy miałem dwadzieścia, zadebiutowałem w pierwszej drużynie Realu. W moim życiu działy się cuda. Butragueño swój przydomek „El Buitre” – czyli sęp, zawdzięcza temu, że przewodził kwintetowi złożonemu z takich zawodników jak: Rafael Martin Vazquez, Michel, Miguel Pardeza i Manolo Sanchis. Razem tworzyli „La Quinta del Buitre”, czyli Piątkę Sępów, którzy w przyszłości okazali się kluczowymi postaciami w zdobywaniu kolejnych trofeów przez zespół z centralnej części Hiszpanii. Piątka Sępów pod egidą filigranowego Butragueño, zagwarantowała świetne wyniki Realu Madryt w kolejnych sezonach, wygrywając aż pięć razy z rzędu mistrzostwo kraju, licząc od sezonu 1985/1986. To była całkowita dominacja Królewskich w Hiszpanii, która była niemałym pstryczkiem w nos dla Barcelony. Jednak prym Realu na krajowym podwórku nie przełożył się na triumf w Lidze Mistrzów. Butragueño pytany po latach o brak zwycięstwa w Pucharze Europy odparł: ,,To ciągle nas uwiera. Nie wygraliśmy Ligi Mistrzów z powodu braku szczęścia, które trzeba mieć, aby zwyciężyć. PSV i Bayern wyrzucili nas za burtę w półfinałach, chociaż byliśmy od nich lepsi….”. Butragueño jako reprezentant kraju również został dobrze zapamiętany i to nie tylko przez hiszpańskich kibiców, lecz także sympatyków piłki z całego świata, poprzez niezapomniane występy na mundialu w Meksyku. Hiszpanie wyszli bez większych problemów ze swojej grupy, w której znajdowali się Irlandczycy z Północy, Algierczycy oraz Brazylijczycy. W fazie pucharowej trafili na silną Danię, której przewodził Michael Laudrup, uznawany za jednego z najlepszych zawodników w historii duńskiej piłki. ,,Przeszliśmy do 1/16 rozgrywek, gdzie trafiliśmy na Danię, która była jedną z silniejszych drużyn i faworytem do tytułu”– wspominał Butragueño.

,,Byli lepsi w pierwszej połowie, ale wróciliśmy do gry po ich błędzie. Przejęli inicjatywę ponownie, ale dopadliśmy ich przy kontrataku.” – kontynuował „El Buitre” – „Strzeliłem cztery gole, co było wręcz niesłychane. Nigdy nie przewidywałbym, że zrobię to na mistrzostwach świata! To było coś więcej, niż mogłem sobie wymarzyć”. Mimo świetnej gry Hiszpanów w meczu z Duńczykami, Butragueño i spółka musieli przełknąć gorycz porażki w następnej rundzie, kapitulując po rzutach karnych z reprezentacją Belgii. Popularny Sęp zdołał jednak uplasować się na drugim miejscu w klasyfikacji najlepszych strzelców turnieju. Butragueño w swoim skromnym stylu tak skomentował całą sytuację: ,,Czułem się trochę dziwnie. Nigdy nie byłem superstrzelcem, ale tamtego dnia miałem po prostu szczęście. Mój tata i moja przyszła żona byli zachwyceni, ale ja byłem dość spokojny. To był szczyt mojej kariery i myślę, że z tego [turnieju] większość ludzi mnie pamięta”. Butragueño był zawodnikiem, który zawsze zachowywał skromność, uprzejmość oraz wysoką kulturę na boisku, jak i poza nim. Przez całą swoją karierę nigdy nie został zesłany do szatni za otrzymanie czerwonej kartkę, a w ciągu dwunastu lat gry dostał zaledwie pięć żółtych kartoników, co jest ewenementem. W dzisiejszej rzeczywistości piłkarskiej trudno wyobrazić sobie tak dobre statystyki w kategorii fair play, głównie dlatego, że aspekty taktyczne nierzadko nakazują grę faul, która chroni zespół od straty bramki. ,,Jestem wielkim zwolennikiem piłkarzy, którzy po prostu koncentrują się na tym, jak pomóc swojej drużynie i na niczym więcej. Jak zdałem sobie z tego sprawę [z gry fair play], to nie miałem zamiaru osiągnięcia czegoś poprzez niezdrową walkę z piłkarzami z przeciwnej drużyny czy z sędzią. Mój cel był jeden: korzystanie z mojej wizji i zmysłu piłkarskiego by wygrywać”– komentował Butragueño. Po kolejnych, już nie tak obfitych w trofea czasach, postanowił zakończyć swoją przygodę z Królewskimi. Ukoronował to jednak mistrzostwem Hiszpanii, odzyskując prym w kraju, po pięciu latach. 1994/1995 był jego ostatnim sezonem w Realu. Popularny numer 7, po trzynastu latach udanego związku, postanowił udać się na piłkarską emeryturę do meksykańskiego klubu Celaya. Tym samym Emilio zamknął rozdział pod tytułem „Real Madryt”, zdobywając: sześć razy mistrzostwo Hiszpanii, dwa Puchary UEFA, Puchar ligi hiszpańskiej oraz koronę króla strzelców za sezon 1990/91. Gdy w 1998 roku Butragueño już na dobre zawiesił buty na kołku, długo nie próżnował. Ambitny Hiszpan udał się do Stanów Zjednoczonych, by tam rozpocząć studia oraz naukę angielskiego. Jego rozwój i determinacja zaprocentowały, ponieważ w 2004 roku decyzją Fiorentino Pereza, Butragueño dostał posadę pracy w miejscu, które jest dla niego szczególne. W Realu Madryt. ,,Muszę robić sporo różnych rzeczy w mojej nowej pracy”– opowiadał w ekskluzywnym wywiadzie dla FIFA.com Butragueño - ,,Moja żona zawsze mówiła, że kiedy wreszcie skończę karierę piłkarską, to będę miał więcej czasu dla rodziny, ale fakty są takie, że teraz mam go jeszcze mniej”– zakończył Emilio. Butragueño był graczem wybitnym. Jednym z tych, którzy wyprowadzili Real Madryt na właściwą, usłaną sukcesami ścieżkę. Jego styl gry, zachowanie w stosunku do innych na boisku oraz klasa pozaboiskowa, to wszystko powinno przyświecać każdemu piłkarzowi zakładającemu koszulkę Los Blancos.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

7

@FCBparasiempre
22 lipca 1960 r. urodził się Andrzej Pałasz, napastnik. ,,Ten mecz ciągle rozgrywam w głowie i pewnie będę go grał do końca życia”- mówi o przegranym starciu Polaków z Włochami w półfinale España ’82 Andrzej Pałasz, były napastnik Biało-Czerwonych i Górnika Zabrze. 8 lipca 1982 r. w półfinale mundialu na Camp Nou do przerwy Polacy przegrywali 0:1 po golu Paulo Rossiego. Naszym gra się nie kleiła, potrzebny był impuls z ławki. Piechniczek postanowił zdjąć pomocnika Ciołka i wstawić napastnika Pałasza. To już była gra na całość, wszystko albo nic. ,,Wiedziałem czego się ode mnie oczekuje. Mówiąc krótko: zmiany wyniku. Ogromna odpowiedzialność a przecież trzy poprzednie mecze przesiedziałem na ławce. Nie, nie czułem się usztywniony. W każdej chwili byłem gotów rzucić się na tych Włochów. Głowę miałem wypchaną pomysłami. Za bardzo jednak chciałem pomóc, zmienić, naprawić. Decydowały niuanse: tu zabrakło centymetrów, tam ułamka sekundy. Zbyt często nie dochodziłem do piłki i zbyt często ją traciłem. Człowiek wyrywał się do przodu, paliło mu się pod nogami, no ale nie wychodziło. Im bardziej zbliżałem się do bramki, tym większe podejmowałem ryzyko i niewłaściwe decyzje. Włosi ustawili w obronie tę swoją przeklętą zapore i tylko się od niej odbijałem. Mundial zaczeli słabo, ledwo wyślizgneli się z grupy ale potem rozwinęli skrzydła. Byli bardzo mocni, nie umieliśmy dobrać się im do skóry. Gdybym zrobił bramkową akcje albo sam strzelił gola, który odwraca losy meczu, chyba bym cholera zwariował! Ależ by to było szaleństwo! Tak, zgadzam się że moja piłkarska historia wyglądała by wtedy zupełnie inaczej. Mieliśmy finał na wyciagnięcie ręki… Jednak równie mocno doceniam fakt że mogłem w takim meczu zagrać. Przypomniałem sobie wtedy jak ganiałem za piłka po podwórkach. Jak uparcie chodziłem na treningi żeby zostać porządnym piłkarzem i nagle na stadionie w Barcelonie grałem w półfinale mistrzostw świata! Rozpierała mnie duma”- opowiada pan Andrzej. Słusznie czuje się wyróżniony. W końcu w dziejach naszej piłki jest tylko 13 reprezentantów Polski, którzy zagrali w półfinale mundialu i on należy do tej grupy. Magicznych chwil w piłkarskim życiu miał więcej. Na przykład jako 19-latek zetknął się z Diego Maradoną. Młodzi Polacy grali w mistrzostwach świata U-20 w Japonii i zajeli 4 miejsce. Argentyna została mistrzem świata a jej asem był Boski Diego. Wtedy jeszcze nie miał takiego przydomku, lecz już uchodził za gigantyczny talent. Rok wcześniej nie było go w kadrze na argentyński mundial, choć wielu uważało to za błąd. W Japonii czarował grą. W fazie grupowej Argentyna pokonała Polske 4:1. Najpierw strzelił Maradona, podwyższył Calderon, inny późniejszy wicemistrz świata z 1990 r. Na 2:1 do siatki trafił… Pałasz. W tamtych czasach do Polski docierały skąpe informacje na temat młodych latynoskich piłkarzy. Nie wiedziałem, jakim graczem naprawdę jest Maradona. Poznawałem go w czasie meczu.”- wspomina Pałasz. W Japonii Pałasz strzelił 5 goli i był trzecim strzelcem turnieju za Ramonem Diazem i Maradoną. ,,W ćwierćfinale po serii rzutów karnych wyeliminowaliśmy Hiszpanie, jednak ja swój strzał zmarnowałem. Potem w półfinale przegraliśmy z Ruskimi 0:1. Ech te moje pierońskie półfinały…”- ciężko wzdycha nasz bohater. W meczu o 3 miejsce Pałasz zdobył gola a po dogrywce Polacy zremisowali 1:1 z Urugwajem i znowu były karne. ,,Tym razem już nie chciałem podchodzić do piłki. Niewiele to pomogło bo i tak przegraliśmy. Szkoda, medal przeszedł nam koło nosa. W sumie była to fantastyczna przygoda. Wiecie co w tamtych czasach oznaczała dla nas, młodych chłopaków z Polski wyprawa na turniej do Japonii? Fujiyama, Tokio, szybka kolej… Wszystko było jak z bajki!”- wspomina były reprezentant. Z ,,japońskiej” kadry niewielu polskich piłkarzy wskoczyło w dorosłej piłce na mundialowi poziom: Kazimierski, Skrobowski, Buncol, no i Pałasz. Do tej wielkiej piłki ruszył z Zabrza; tam się wychował i nauczył grać. ,,Miałem 17 lat. Przychodziłem do pierwszej drużyny i nawet nie wiedziałem czym właściwie jest kontrakt. Człowiek był przywiązany do klubu i robił wszystko aby w nim zaistnieć. Urodziłem się w domu a nie w szpitalu i zawsze żartuje że po otwarciu oczu najpierw zobaczyłem stadion Górnika. Od razu już wiedziałem gdzie w końcu wyląduje. Bez piłki nie mogłem żyć, klub był moim drugim domem, jeśli nie pierwszym, bo spędzałem tam naprawdę mnóstwo czasu.”- opowiada pan Andrzej. Trafił do drużyny, która razem z nim rosła w nową siłe. Pałasz był coraz starszy a Górnik coraz lepszy. W połowie lat 80-tych zdominował lige. ,,To była naturalna kolej rzeczy. Mysle że gdyby poskładać Górnika z ostatnich 7-8 lat, z Milikiem, Mączyńskim, Kądziorem, Kurzawą, to może znowu byłby mistrzem polski. Natomiast za moich czasów coraz mocniejszy Górnik cały czas się konsolidował. Nie tracił nikogo znaczącego i jeszcze był wzmacniany.”- wyjaśnia Pałasz. Jednak żeby nastała nowa, złota era Górnika, najpierw trzeba było wrócić do ekstraklasy po niespodziewanym spadku w 1978 r. Tam hartował się Pałasz. Gdy był nastolatkiem mówiło się o nim że być może jest talentem na miare Lubańskiego. ,,Ja tego nie wymyśliłem ale to był czas, kiedy istniała potrzeba wykreowania nowych bohaterów z Roosevelta. Takie porównania są przyjemne ale też niebezpieczne. Ktoś chciał żebym był jak Lubański a po mistrzostwach w Japonii żebym grał jak Maradona. Poprzeczka szła dramatycznie wysoko a ja mogłem się tylko zastanawiać, jak to wszystko udźwignąć. Tak naprawdę od dziecka byłem zapatrzony w Szołtysika i ciężko pracowałem żeby coś osiągnąć. Widziałem że jest duża konkurencja na prawej stronie, to uparłem się że naucze się grać lewą nogą. Trenowałem do znudzenia, do zmęczenia aż wreszcie się nauczyłem.”- wspomina pan Andrzej. W 1985 r. brylujący na krajowych boiskach Górnik w pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów trafił na słynny Bayern Monachium. Nadzieje na dobry wynik wśród zabrzańskich kibiców były przesadzone. ,,Nie mieliśmy międzynarodowego doświadczenia w takich meczach. W momentach, które decydują o wyniku, niestety to wychodziło. Strzeliłem co prawda gola na Stadionie Śląskim ale przegraliśmy 1:2. W Monachium mogliśmy to jeszcze odwrócić. Prowadziliśmy 1:0 ale skończyło się na 1:4. W rewanżu nie zagrałem, miałem naderwany mięsień dwugłowy. Niby był cień szansy na występ ale nie chciałem ryzykować ciężkiej kontuzji. Wtedy się nie zdecydowałem. Szkoda że później w lidze tureckiej, kiedy doznałem urazu stopy, postąpiłem odwrotnie. Popełniłem poważny błąd, bo za szybko wróciłem do gry. W piłce trzeba biegać a ja czasem nie potrafiłem chodzić. Chciałem pomóc kolegom, wziąłem środki znieczulające i to już był dla mnie w zasadzie koniec. Powinienem był się wyleczyć a nie pchać do grania.”- wspomina Pałasz. W Górniku 4 z rzędu mistrzowskiego tytułu już nie zdobył, bowiem wyjechał do Niemiec. Został piłkarzem Hannoveru 96, który akurat awansował do elity. W wyjazdowym meczu z Borussią Mönchengladbach(2:1) w końcówce meczu zdobył gola na wage zwycięstwa. ,,No pewnie że ją pamiętam. Jedynego gola w Bundeslidze się nie zapomina. Lewandowski będzie miał trochę większy problem z zapamiętaniem wszystkich swoich goli.”- śmieje się pan Andrzej. W następnym sezonie Hannover zajął ostatnie miejsce a Pałasz odszedł z klubu. ,,Dla mnie prawo Bosmana przyszło o 10 lat za późno. Cały czas byłem tylko wypożyczany z Górnika a kluby nie dogadały się w sprawie kolejnego kontraktu. Poszedłem na wypożyczenie do tureckiego Bursasporu. Miałem dopiero 29 lat.”- zaznacza nasz bohater. Niezaleczona kontuzja stopy przekreśliła dalszą karierę Pałasza. Wrócił do Niemiec, gdzie do dziś mieszka w Neuss niedaleko Düsseldorfu. Chociaż od dawna ma podwójne obywatelstwo i w Niemczech używa nazwiska Andreas Pallasch, jest zadeklarowanym kibicem Biało-Czerwonych oraz Górnika. Nie może być inaczej, to w końcu polski półfinalista mundialu i chłopak z Zabrza…

6

8

Najwybitniejsi bramkarze rodzimego futbolu:

Eryk Tatuś to bramkarz, którego noszono na rękach. Współautor największych sukcesów Ruchu Hajduki Wielkie. Plotka o jego śmierci po meczu w 1936 roku okazała się przedwczesna, bo żył jeszcze 49 lat. Urodził się 22 lipca 1914 roku w Bismarckhütte (od 1922 roku Wielkie Hajduki, obecnie Chorzów Batory). Oczywistym jest więc, że gdy zaczął grać w piłkę to właśnie w miejscowym Ruchu, klubie, który powstał w 1920 roku. Treningi rozpoczął w zespole juniorów jako dziewięciolatek. Do drużyny seniorów został włączony w 1934 roku po dyskwalifikacji przez PZPN bramkarza Edwarda Kurka, z którym Ruch, rok wcześniej zdobył pierwsze mistrzostwo Polski. W lidze debiutował – zachowując czyste konto – 5 sierpnia 1934 roku w wygranym 6:0 meczu z ŁKS-em, rozegranym na legendarnym Hasioku (nieistniejącym już boisku na „Kalinie”). Szybko zyskał sobie uznanie komentatorów, szacunek przeciwników i sympatię publiczności. Już w pierwszym sezonie (na przykład 28 października 1934 roku w zremisowanym 2:2 w Krakowie meczu z Garbarnią) bywał uznany za najlepszego zawodnika na boisku. Kibice często nagradzali go owacjami na stojąco, a po spotkaniach wiele razy znosili z boiska na ramionach. Lubiany był także przez kibiców innych drużyn. Kronikarze wspominają jak po meczu w Warszawie z tamtejszą Polonią (19 sierpnia 1934 roku) otoczyły go dzieci, wołając: „Tatusiu, prosimy o autograf”. Jednym z najważniejszych występów Tatusia w barwach Ruchu był ten przeciw utytułowanemu Bayernowi Monachium, z którym chorzowianie, świętujący drugie mistrzostwo Polski, zmierzyli się 30 grudnia 1934 roku. W 20 minucie bramkarz niebieskich obronił rzut karny, wykonywany przez Helmuta Schneidera. Mimo iż zwycięskiego gola (mecz zakończył się wynikiem 1:0) zdobył Teodor Peterek, po precyzyjnym podaniu Gerarda Wodarza, to właśnie Tatuś został obwołany najlepszym zawodnikiem spotkania. Nietrudno wyobrazić sobie poruszenie, jakie w Hajdukach (ale także na całym Śląsku) wywołała informacja podana przez miejscowy komisariat policji w nocy z 10 na 11 kwietnia 1936 roku, jakoby w wyniku kontuzji odniesionej w meczu z drużyną Sportfreunde w niemieckim Halle Eryk Tatuś zmarł. Informacja lotem błyskawicy obiegła cały Śląsk, uwiarygadniał ją też fakt, że Tatuś nie widniał w składzie drużyny na kolejny zaplanowany mecz z DSC Drezno. Jedna z drużyn Ruchu zagrała nawet towarzyski mecz z żałobnymi opaskami. Na szczęście okazało się to jedynie plotką. Kierownictwo klubu oraz piłkarze zapewniali, że chociaż kontuzja rzeczywiście była poważna i Tatusia ze złamanym żebrem przewieziono do szpitala, to jednak piłkarz żyje i dobrzeje. Dziennikarze uwierzyli, dopiero gdy „uśmiercony” bohater podszedł do telefonu. Źródłem plotki okazali się piłkarze reprezentacji Saksonii obecni na meczu w Halle, jadący do Lwowa. Widząc, co się dzieje na boisku, uznali, że Tatuś zmarł. I taką właśnie informację przekazali policjantowi na stacji kolejowej w Katowicach. Ten powiadomił komisariat w Wielkich Hajdukach i informacja poszła w świat.

Eryk Tatuś czterokrotnie zdobył z Ruchem mistrzostwo Polski (w latach 1934, 1935, 1936, 1938). W 1937 roku odbywał służbę wojskową w stacjonującym w Wielkich Hajdukach III Batalionie 75. Pułku Piechoty i grał w drużynie Wojskowego Klubu Sportowego „Bytomiak”. W tym sezonie, w którym Ruch mistrzostwa nie zdobył, rozegrał jedynie 11 spotkań. Z „Niebieskimi” grał do wybuchu II wojny światowej (także w ostatnim przed okupacją meczu Ruchu przeciw Polonii Warszawa 2 lipca 1939 roku). Na koncie miał w sumie 72 spotkania, a 17 z nich zakończył z czystym kontem. Do dzisiaj uważany jest za jednego z najlepszych golkiperów w historii Ruchu, postacią wręcz symboliczną. Zaznaczył to zresztą kibic Ruchu, reżyser urodzony w Szopienicach, Kazimierz Kutz w filmie Perła w koronie. W jednej ze scen strajkujący górnicy dyskutują o szansach Ruchu w meczu z Cracovią (decydującym o mistrzostwie Polski w roku 1933) i stwierdzają: „jak bydzie chytoł Tatuś, to Ruch wygro”. Oczywiście nie było to możliwe – Tatuś w Ruchu debiutował dopiero w następnym sezonie. Do reprezentacji Polski został powołany tylko raz – na mecz z Łotwą 6 września 1936 r. (3:3). Zagrał 65 minut, a gdy schodził z boisko, bo odniósł kontuzję, biało-czerwoni prowadzili 3:1. W latach 1935-1938 był reprezentantem Śląska (wystąpił w dwunastu meczach, raz zachował czyste konto). Dwukrotnie zagrał też w reprezentacji polskiego Górnego Śląska w tak zwanych „małych meczach międzypaństwowych”, w których przepuścił tylko jedną bramkę. W latach 1939-1941 bronił w powołanym przez okupanta w miejsce zlikwidowanego Ruchu Bismarckhütter Sport Vereinigung. W czasie wojny działał w konspiracji. Mimo tego, nie doświadczył pozytywnej weryfikacji, jaką przechodzili sportowcy. Sąd okręgowy w Bytomiu za „antypolską” działalność w czasie wojny skazał Tatusia na 3 lata więzienia, 2-letnią utratę praw obywatelskich oraz konfiskatę majątku. W więzieniu przesiedział półtora roku. W 1947 roku zmienił imię na polskie – Aleksander. Pozostał aktywny, ale na sukcesy i zasłużoną sławę nie było już szans. związał się z RKS-em Łagiewniki, gdzie do 1950 roku rozegrał ponad 100 spotkań. Występował też w robotniczej reprezentacji Polski podczas meczów w Szwajcarii. Po zakończeniu kariery był jeszcze działaczem RKS-u. W 1965 roku wyemigrował do Niemiec. Zmarł 13 (niektóre źródła podają, że 14) kwietnia 1985 roku w Wuppertalu.


@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

10

Diego Armando Maradona, argentyński „Bóg” futbolu:

22 czerwca 1986 roku na mundialu Mexico '86 w meczu Argentyna-Anglia padły dwa najsłynniejsze gole w historii piłkarskich mistrzostw świata. Pierwszy strzelony ręką, drugi po rajdzie rozpoczętym jeszcze na własnej połowie boiska. Oba strzelił Diego Maradona, przez wielu uważany za najlepszego piłkarza w dziejach. Mistrzostwo świata i dwa gole strzelone w ćwierćfinale przeciwko Anglii, znienawidzonej w Argentynie po wojnie o Falklandy (1982 rok), sprawiły, że Diego Maradona stał się w ojczyźnie prawdziwym bohaterem, nie tylko dla fanów piłki nożnej. Być może był największym idolem całej Ameryki Południowej w XX wieku a podziwiano i uwielbiano go również w Europie. Grał w FC Barcelonie, SSC Napoli i FC Sevilli. Największe sukcesy odniósł w Neapolu, którego barwy reprezentował w latach 1984-1991. W tym okresie dwukrotnie wygrał mistrzostwo Włoch a w 1989 roku zdobył Puchar UEFA (obecnie Liga Europy UEFA). Były to największe zwycięstwa w historii klubu ze stolicy Kampanii. Turysta odwiedzający dziś położone u stóp Wezuwiusza miasto, na wizerunek Argentyńczyka natknie się niemal na każdym kroku: Diego Maradona obecny jest na pamiątkowych kubkach, koszulkach, magnesach, plakatach w witrynach sklepowych i na muralach.




@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

11

Tragiczny los wybitnej legendy Blaugrany:

22 lipca 1979 r. zmarł w tragicznych okolicznościach Sandor Kocsis, wybitny Węgierski napastnik. W 1958 r. wraz z reprezentacyjnym kolegą Zoltanem Cziborem, zostali namówieni przez ich rodaka Kubale do zasilenia szeregów FC Barcelony. Gdy przestał grać w piłke życie go nie oszczędzało. Amputowano mu noge, zmarła mu żona a po tym jak dowiedział się że ma raka, wyskoczył z okna szpitala i poniósł śmierć na miejscu. Szerzej o genialnym napastniku napiszę przy okazji jego urodzin(21 wrzesień).


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

8

Wielki talent stłamszony przez czerwony reżim:

21 lipca 1937 r. urodził się Eduard Strielcow, pomocnik i napastnik. Związek Radziecki to był straszny kraj. Absolutnie nie do ogarnięcia. Gigantyczny obszar, kilka stref czasowych, rozciągnięty na dwóch kontynentach, sąsiadujący z jednej strony z Polską, z drugiej z Mongolią i Chinami. Prawdziwe nowożytne imperium. Jednak to gigantyczne imperium nigdy nie doczekało się reprezentacji narodowej (choć poprawniej będzie napisać: państwowej) z sukcesami godnymi aspiracji jego władców. Myślę, że znajomość niżej opisanej historii pomoże nieco lepiej zrozumieć, dlaczego tak się stało. Eduard Strielcow był jednym z największych talentów, jakie urodziły się na terenach Związku Radzieckiego. Nazywany był wręcz "sowieckim Pele". Strzelał mnóstwo goli (był królem strzelców ligi sowieckiej w 1955 roku), grał z powodzeniem w reprezentacji. To właśnie on walnie przyczynił się do awansu reprezentacji ZSRR do mistrzostw świata w 1958 roku w Szwecji (gdzie narodziła się gwiazda prawdziwego Pele...), strzelając jednego z goli reprezentacji Polski w trzecim meczu kwalifikacyjnym (drugi mecz, który Polska wygrała z ZSRR 2:1, opisał Król Polskich Kibiców w swojej książce - tu możesz o tym przeczytać). Wcześniej zdobył złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w 1956 roku. Jednak Strielcow na mundial do Szwecji nie pojechał. Dlaczego? Bo trafił do więzienia a potem na siedem lat do łagru. Za co? To skomplikowana i - jak wspomniałem wcześniej - bardzo symptomatyczna historia. Piłkarz był wierny klubowi Torpedo Moskwa. Wielokrotnie odrzucał propozycje przejścia do innych, bardziej utytułowanych zespołów. A przede wszystkim odmówił Dynamu Moskwa i CSKA Moskwa. To był jego pierwszy błąd. Błąd, ponieważ oba wspomniane kluby miały możnych i cholernie wpływowych protektorów: Dynamo NKWD (później KGB), a CSKA wojsko, czyli okrytą chwałą w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej (czyli II Wojnie Światowej) Armię Czerwoną. Takim instytucjom się w ZSRR bezkarnie nie odmawiało. Drugi błąd Strielcowa polegał na tym, że miał gdzieś mody i zwyczaje swojego kraju. Podobno ubierał się na modłę zachodnią, czesał się w sposób nielicujący z wizerunkiem człowieka, który miał być wzorem dla sowieckiej młodzieży. Słuchał rock&rolla. To wszystko bardzo nie podobało się władzy. Trzeci(i najpoważniejszy w konsekwencje) błąd piłkarza polegał na tym, że nie potrafił powściągnąć swojego języka. Mam wrażenie, że czuł się dość bezkarnie i nie brał pod uwagę zagrożenia ze strony kogokolwiek. Być może nie zdawał sobie z tego sprawy.

To chyba było przyczyną, dla której wyśmiał córkę Jekateriny Furcewej, prominentnej działaczki KPZR (Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego), członkini Biura Politycznego i ulubienicy Nikity Chruszczowa. Młodzi poznali się na jakimś oficjalnym przyjęciu na krótko przed mistrzostwami świata, których Strielcow miał być gwiazdą. Inne źródła podają, że Furcewa chciała wydać swoją córkę za młodego piłkarza ale ten zdecydowanie się na to nie zgodził. Tak czy owak Strielcow podpadł ostatecznie. Nie mogło ujść mu to wszystko płazem. Kilka dni później został oskarżony o gwałt. Znalazło się kilkunastu świadków zajścia, oczywiście podstawionych. Podstawiona była również rzekomo zgwałcona kobieta, prawdopodobnie będąca na usługach KGB. Jak się później okazało, cały proces był przeprowadzony bez zachowania jakichkolwiek cywilizowanych zasad, nie było żadnych dowodów, żadnych badań lekarskich, żadnych obdukcji. Był jednak kolejny błąd Strielcowa... już ostatni w całej tej historii. Otóż funkcjonariusze KGB podeszli naiwnego piłkarza, obiecali mu, że - jeśli się przyzna do gwałtu - sprawa zostanie umorzona, a on bez problemów wyjedzie z reprezentacją do Szwecji na mundial. Strielcow podpisał, co mu podsunięto. Kilka dni później, owszem, wyjechał z więzienia, ale nie do Szwecji. Tylko do łagru, gdzie spędził kolejnych siedem lat. I tak Związek Radziecki sam siebie pozbawił znakomitego zawodnika. Kto wie o ilu takich "strielcowach" słuch zaginął w celach Łubianki czy bezkresach Syberii. Strielcow miał szczęście, przetrwał w łagrze i wrócił do futbolu. Grał jeszcze przez pięć lat, oczywiście w Torpedo, z którym zdobył tytuł mistrza ZSRR (1965) i Puchar ZSRR (1968). Dwukrotnie zdobył jeszcze tytuł Piłkarza Roku w ZSRR (1967, 1968). Powoływano go również do reprezentacji, w sumie rozegrał w niej 39 meczów i strzelił 25 goli (rewelacyjna średnia). Sam Strielcow zmarł w wieku 53 lat na raka, prawdopodobnie spowodowanego pobytem w łagrze. Kobieta, przez którą został skazany, Furcewa, popełniła samobójstwo w 1974 roku - jednak nie dlatego, że targały nią wyrzuty sumienia. Po prostu dopuściła się ogromnych, nawet jak na warunki ZSRR, nadużyć w ministerstwie kultury. W obawie przed konsekwencjami, prawdopodobnie podcięła sobie żyły. Jedno wydaje się pewne: gdyby Eduard Strielcow urodził się w Europie Zachodniej, byłby gwiazdą światowego futbolu, być może na równi z Pele, Garrinchą czy George'em Bestem. Dziś nazwisko tego piłkarza znaliby wszyscy a nie tylko garstka znawców radzieckiego futbolu czy rosyjscy kibice.

@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

2

@FcPortoFan1999 No czemu nie(?) wszystko jest możliwe, zwłaszcza w jego przypadku...

10

Żywe legendy argentyńskiego futbolu:

21 lipca 1955 r. urodził się Marcelo Bielsa, ekscentryczny trener, były obrońca CA Newell’s Old Boys. Jako późniejszy trener Newell’s Old Boys, zdobył z tym klubem dwukrotnie mistrzostwo Argentyny. Po mistrzostwo Argentyny sięgnął również z CA Velez Sarsfield. Były selekcjoner reprezentacji Argentyny w latach 1998-2004. Drużyna Albicelestes prowadzona przez Bielsę wywalczyła złoty medal igrzysk olimpijskich w Atenach (2004 r.), a także dotarła do finału Copa America 2004. Ponadto w lipcu 2020 r. ekipa Leeds United prowadzona przez tego szkoleniowca po szesnastu latach przerwy wróciła do Premier League. W swoim trenerskim CV Argentyńczyk ma również zapisaną pracę dla takich drużyn jak m.in.: Lille OSC, Olympique Marsylia, Lazio Rzym. Ponadto w latach 2007-2011 Marcelo Bielsa pełnił funkcję selekcjonera reprezentacji Chile. Obecnie prowadzi reprezentacje Urugwaju.


@Sysia11
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

5

Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:


21 lipca 1919 r. urodził się Carlos Adolfo Sosa, prawy pomocnik o przydomku Lucho. karierę piłkarską rozpoczął w 1939 roku w klubie Atlanta Buenos Aires, gdzie grał do 1940 roku. W 1941 roku został graczem klubu Boca Juniors, w którym zadebiutował 27 kwietnia w wygranym 4:3 meczu z CA Banfield. W Boca Juniors Sosa tworzył linię środkową z takimi graczami, jak Ernesto Lazzatti i Natalio Pescia. W reprezentacji Argentyny zadebiutował 25 sierpnia 1942 roku w zremisowanym 1:1 meczu z Urugwajem. Następnie razem z Boca Juniors dwa razy z rzędu(w 1943 i 1944 roku) zdobył tytuł mistrza Argentyny. Jako piłkarz klubu Boca Juniors wziął udział w turnieju Copa América 1945, gdzie Argentyna zdobyła tytuł mistrza Ameryki Południowej. Sosa zagrał we wszystkich sześciu meczach - z Boliwią, Ekwadorem, Kolumbią, Chile, Brazylią i Urugwajem. Nadal jako piłkarz klubu Boca Juniors wziął udział w turnieju Copa América 1946, gdzie Argentyna drugi raz z rzędu zdobyła tytuł mistrza Ameryki Południowej. Sosa zagrał w dwóch meczach: z Paragwajem i Urugwajem (w 65 minucie zmienił na boisku Juana Frondę). Sosa zakończył grę w Argentynie w 1951 roku, do końca grając w Boca Juniors. Ostatni raz w barwach Boca Juniors wystąpił 30 listopada w wygranym 2:1 meczu z Ferro Carril Oeste. W sumie w Boca Juniors rozegrał 294 mecze i zdobył 9 goli. W lidze jako gracz Boca Juniors rozegrał 271 meczów i zdobył 7 bramek. Łącznie w lidze argentyńskiej rozegrał 311 meczów i zdobył 7 bramek. W 1952 roku został piłkarzem francuskiego klubu Racing Paryż, w którym grał do 1958 roku. Potem przeniósł się do klubu Red Star Paryż, gdzie w 1959 roku zakończył karierę piłkarską. Sosa rozegrał w reprezentacji Argentyny 13 meczów.


Po zakończeniu kariery piłkarskiej wrócił do Argentyny i został trenerem. W 1960 roku kierował zespołem Boca Juniors. Był także trenerem klubu San Telmo Buenos Aires oraz urugwajskiego klubu Racing Montevideo.


Jako piłkarz słynął ze znakomitych dośrodkowań. O wysokiej precyzji jego centr świadczy powiedzenie z czasów, gdy grał w Boca Juniors: ,,centro de Sosa, gol de Boyé”, czyli dośrodkowuje Sosa, gola zdobywa Boyé.



@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sysia11

8

@FCBparasiempre
Brazylijczycy to pięciokrotni Mistrzowie Świata w piłce nożnej. Jednak na początku ubiegłego wieku, „Canarinhos” nie znaczyli zbyt wiele na piłkarskiej mapie świata. W Ameryce Południowej to ich sąsiedzi z Argentyny rozdawali karty. „Albicelestes” wygrali pierwszą edycję Copa America w 1910 roku. Dość powiedzieć, że w Brazylii, nie istniały wówczas jeszcze ogólnokrajowe struktury piłkarskie. Dopiero 21 lipca 1914 roku, drużyna złożona z graczy z São Paulo i Rio de Janeiro, odniosła swoje pierwsze, wielkie zwycięstwo. W pokonanym polu zostawiła … trzecioligowców z angielskiego Exeter City. Ale po kolei…

Charles Miller był synem szkockiego inżyniera. Urodził się w 1874 roku w São Paulo. Jego ojciec, John, przybył w XIX wieku do „Kraju Kawy”, by budować tam linie kolejowe. Dziesięć lat później, wysłał swojego syna do ojczyzny, by ten zdobył odpowiednie wykształcenie. W Wielkiej Brytanii mały Charles poznał zasady gry w piłkę nożną. Grywał też w krykieta, ale to futbol od początku stał się jego wielką miłością. W 1894 roku zakończył edukację w szkole w Southampton i wrócił do rodziców. Razem z ojcem zaczął rozwijać brazylijską kolej. Z Anglii przywiózł jednak ze sobą coś, co dla miejscowych stało się w późniejszym czasie ważniejsze od kolejnych mil torów kolejowych. W walizce Charlesa znajdowały się: dwie piłki, pompka, strój piłkarski i książeczka z regułami gry w futbol. Rok później zorganizował mecz pomiędzy Brytyjczykami z kolei i Brazylijczykami z kompanii gazowej. Miller i jego zespół wygrali 4:2. W międzyczasie przyłożył też rękę do powstania Sao Paulo Athletic Club oraz Liga Paulista de Foot-Ball, pierwszej ligi piłkarskiej w Brazylii. Zresztą Miller i jego SPAC wygrywali tę ligę trzykrotnie, a sam Charles był pierwszym królem strzelców tych rozgrywek. 31 lipca 1906 roku, Brazylia rozegrała swój pierwszy międzynarodowy mecz. Przeciwnikiem Latynosów byli gracze All-White South Africa Team. Przybysze z Afryki wygrali gładko 6-0. W składzie miejscowych znajdował się Charles Miller. Problem w tym, że „Canarinhos” wystąpili w tym meczu mocno osłabieni. W ich składzie znajdowali się jedynie gracze ze stanu Sao Paulo. I to nie wszyscy, bo Paulistas byli podzieleni na wiele rywalizujących ze sobą federacji, które nie potrafiły dojść do porozumienia. Przez kilka lat rozegrano wiele meczów, w których Brazylię reprezentowali jedynie gracze podlegający pod dany związek, pojedyncze kluby piłkarskie lub obcokrajowcy mieszkający w Brazylii. Tarcia pomiędzy działaczami z Sao Paulo wykorzystali związkowcy z Rio de Janeiro. Po raz kolejny sprawdziło się przysłowie: „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. Liga Metropolitana de Sports Athleticos, pod przewodnictwem Alvaro Zamitha, ogłosiła 8 czerwca 1914 roku, utworzenie Federacao Brasileira de Sports. Był to najwyższy organ odpowiedzialny za brazylijski sport, w tym za powoływanie piłkarzy do reprezentacji w piłce nożnej. Nie doszłoby do pierwszego meczu reprezentacji Brazylii, gdyby nie… federacja argentyńska. To działacze z „Kraju Tanga” wpadli na pomysł, by zaprosić do siebie klub z Anglii. Wyspiarze uchodzili wówczas za futbolową potęgę i wizyta zespołu z Wielkiej Brytanii to był dla Latynosów wielki zaszczyt. Angielscy notable przystali na zaproszenie. Następnie wybrali trzecioligowe Exeter City, by reprezentowało ich kraj, podczas tej południowoamerykańskiej eskapady. 18 maja 1914 roku, „The Grecians” (przydomek piłkarzy z Exeter) wyruszyli z portu w Southampton w osiemnastodniowy rejs. Na pokładzie statku „SS Andes”, piłkarze z hrabstwa Devon, grali w tenisa, by utrzymać formę fizyczną. Już sam początek pobytu Anglików na obcym kontynencie, obfitował w przygody (niekoniecznie piłkarskie). Chłopcy z Exeter, zaraz po dopłynięciu do portu w Santosie, postanowili wziąć orzeźwiającą kąpiel w Oceanie. Pech chciał, że skorzystali z plaży, na której kąpiele były zakazane. W związku z tym cała drużyna trafiła do aresztu, oskarżona o nieobyczajne zachowanie. Interwencja angielskiego dyplomaty i wyrozumiałość brazylijskich stróżów prawa sprawiła, że przybysze z Europy uniknęli odesłania do domu. Exeter City mogło spokojnie udać się do Argentyny, gdzie drużyna rozegrała osiem spotkań towarzyskich. W czasie tournée angielscy trzecioligowcy przeżyli kolejne przygody. Podczas jednego ze spotkań towarzyskich, działacz rywali groził sędziemu bronią, gdy ten odgwizdał karnego dla Exeter. Innym zaś razem, konny policjant, ochraniający spotkanie, stracił panowanie nad swoim wierzchowcem i zwierzę wbiegło na murawę, przerywając atak Anglików. Pobyt „The Grecians” w sąsiednim kraju, postanowili wykorzystać działacze z Brazylii. Poprosili więc Anglików, by wydłużyli swoje tournée i w drodze powrotnej zatrzymali się jeszcze w „Kraju Kawy”. Goście z Europy mieli początkowo zagrać zarówno w Sao Paulo, jak i Rio. Wizy udało się jednak wydłużyć tylko na tyle, by czasu starczyło na wizytę w ówczesnej stolicy kraju. Z tego powodu, postanowiono utworzyć łączony zespół, składający się zarówno z najlepszych Paulistas, jak i Cariocas. Proces tworzenia zespołu narodowego nazwano „Selecao”, co w języku portugalskim oznacza „selekcję”. Nazwa ta stała się też pierwszym przydomkiem reprezentacji Brazylii. Wizyta Exeter City w Rio to był pierwszy raz, gdy profesjonalny zespół zagościł na brazylijskiej ziemi. Dla miejscowych mecz z mitycznymi Anglikami, był wielkim wydarzeniem, nawet jeśli miał to być pojedynek z trzecioligowcami. Potraktowali tę potyczkę bardzo poważnie. Zanim jednak podano danie główne, „The Grecians” zagrali dwa mecze na przystawkę. Najpierw pokonali drużynę złożoną z miejscowych Anglików 3-0, a następnie zespół złożony z Brazylijczyków ze stanu Rio 5-3. 21 lipca nadszedł czas na próbę generalną, która miała zweryfikować potencjał piłkarski największego kraju Ameryki Południowej. Spotkanie odbyło się na „Estadio das Laranjeiras”, które na co dzień było areną zmagań dla piłkarzy Fluminense. Chociaż stadion miał pojemność na około 6000 miejsc, tego dnia zmieściło się na nim blisko 10000 widzów. Największą gwiazdą Reprezentacji Brazylii był Arthur Friedenreich. Tego syna niemieckiego imigranta i brazylijskiej praczki, nazywano „mulatem o zielonych oczach”. Uchodził za największy piłkarski talent ówczesnej Brazylii. Opinię publiczną raził jednak … kolor jego skóry. „Rasowy mieszaniec” nie pasował do archetypu brazylijskiego bohatera narodowego. Przynajmniej tak uważały miejscowe elity. Piłką posługiwał się jednak tak wspaniale, że grzechem byłoby zabronić mu gry w zespole narodowym. Został więc pierwszym mulatem w reprezentacji Brazylii. Legendy mówią, że przed wyjściem na murawę, musiał pudrować twarz i nakładać tony brylantyny na swoje nieujarzmione włosy, by nie drażnić publiczności swoją afrykańską urodą. Friedenreichowi w ataku partnerował Oswaldo Gomes. Gwiazda miejscowego Fluminense, na którego stadionie doszło do tej wiekopomnej potyczki. To właśnie on napoczął Exeter City i tym samym zdobył pierwszą bramkę w historii reprezentacji Brazylii. W tym momencie trybuny wybuchły szałem radości. Mężczyźni podrzucali do góry swoje kapelusze, a kobiety machały białymi chustkami. Na 2:0 podwyższył Osman, gracz klubu America. Toporny, angielski, trzecioligowy futbol nie miał szans w starciu z gibkimi Brazylijczykami, którzy poruszali się po murawie, jakby tańczyli sambę. Swoją złość, piłkarze „The Grecians” wyładowali na Friedenreichu. Brazylijski gwiazdor stracił w czasie tego meczu dwa zęby. Trenerzy ręcznikami próbowali zatamować krwotok. Ucierpiał również kapitan zespołu – Rubens Salles – który zakończył mecz z kontuzją żeber. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni, rozentuzjazmowany tłum porwał swoich piłkarzy na barki, a lokalna prasa ogłosiła ich bohaterami narodowymi. Exeter City zostało pokonane przez Brazylijczyków 2:0. Anglicy niepocieszeni wrócili do kraju. Kilka tygodni później, wielu z nich musiało wyruszyć na front i walczyć po stronie państw Ententy w czasie I Wojny Światowej. Wielu młodych ludzi już nigdy nie powróciło z okopów do rodzinnego domu. Więcej szczęścia miał Dick Pym, jeden z uczestników południowoamerykańskiej wyprawy. Nie dość, że udało mu się przeżyć piekło wojny, to w 1923 roku, już w barwach Bolton Wanderers, zwyciężył w Pucharze Anglii. Z Pymem wiąże się zresztą pewna anegdota. Podobno przed powrotem do domu, zakupił w Brazylii papugę. Ptak przeżył na Wyspach Brytyjskich wiele lat, gdy w końcu umarł, pochowano go w pobliżu bramki, na stadionie Exeter.



Mecz z Exeter City uznawany jest za pierwsze spotkanie rozegrane przez reprezentację Brazylii. Dał on początek wielkiej, piłkarskiej potędze, jaką znamy dziś. Pokazał, że zarówno gracze z Sao Paulo, jak i Rio, mogą zagrać wspólnie, ponad związkowymi podziałami. Dwa miesiące później, odbyło się pierwsze oficjalne spotkanie „Selecao”. Ich przeciwnikiem była Argentyna. Brazylijczycy przegrali 3:0, po dwóch bramkach Izaguirre i jednej Molfino. Jednakże Friedenreich i jego koledzy, czynili szybkie postępy. Pięć lat później, Brazylia była już mistrzem kontynentu. Na Copa America 1919, w decydującym batalii pokonała Urugwaj. Potrzebne do tego były trzy spotkania z „Urusami”. W drugiej dogrywce meczu barażowego (spotkanie potrwało 150 minut, dwa wcześniejsze spotkania nie wyłoniły zwycięzcy), dziewiczy tytuł zapewnił „Selecao” Friedenreich, który wspólnie z kolegą z drużyny, Neco, został najlepszym strzelcem tamtego turnieju. Według niektórych źródeł „Mulat o zielonych oczach” zdobył przez całą swoją karierę 1329 goli, czyli o ponad 40 więcej niż Pele. Wyliczenia te opierają się głównie na notatkach, które w czasie kariery piłkarza, prowadził jego ojciec oraz ówcześni dziennikarze. Stowarzyszenie Historyków i Statystyków Futbolu uznaje mu oficjalnie 354 gole w 323 meczach, co daje kapitalną średnią 1,11 trafienia na mecz. Dziewięciokrotnie był najlepszym strzelcem rozgrywek stanowych. Copa America wygrywał z kolegami dwukrotnie. W kadrze zagrał 15 razy i strzelił 8 goli. Był też symbolem przełamywania barier rasowych. Dowodem na to, że „kolorowy” chłopak także może zostać brazylijskim bohaterem. Wówczas nie było to tak oczywiste. Chociaż społeczeństwo w „Kraju Kawy” było różnorodne, niczym fauna i flora Amazonii, istniały silne podziały rasowe. Piłka nożna okazała się doskonałym narzędziem do burzenia tych ścian. W 2014 roku Exeter City wyszło z inicjatywą, by dla upamiętnienia tamtego wydarzenia znów zagrać mecz. Oczywiście ciężko byłoby, żeby „The Grecians” zmierzyli się z pierwszą reprezentacją „Canarinhos”. Na pomysł przystało jednak Fluminense, na którego obiekcie zostało rozegrane historyczne spotkanie. „Flu” pokryli większość kosztów związanych z logistyką. W Brazylii zmierzyły się zespoły U-23 obu klubów. Na trybunach pojawiła się delegacja fanów z Europy. Mecz rozpoczęto oryginalną piłką z 1914 roku. Padł bezbramkowy remis. Któż mógł się spodziewać, że ten niepozorny klubik z hrabstwa Devon, który nigdy w swojej historii nie zagrał wyżej, niż na trzecim szczeblu rozgrywkowym, odegra tak ważną rolę w historii najbardziej utytułowanej reprezentacji na świecie? Jest to kolejny przykład na to, jak piękne i romantyczne historie potrafi pisać futbol. Skład reprezentacji Brazylii w meczu z Exeter: Marcos de Mendonca – Pindaro, Nery, Sylvio Lagreca, Rubens Salles, Rolando, Abelardo, Oswaldo Gomes, Arthur Friedenreich, Osman, Formiga;Trener: Sylvio Lagreca

9

Narodziny „Seleção”(tą frapującą historie przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz):



@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

10

Pamięć o takim człowieku nigdy nie powinna przeminąć:

21 lipca 1898 r. urodził się Josep Sunyol Carriga. Był on osobą bardzo cenioną w FC Barcelonie. Pracę w klubie zaczął już w 1928 r., gdy rządził popierający monarchie prezydent Arcadi Balaguer. Sunyol mimo lewicowych poglądów potrafił jednak znaleźć z nim wspólny język. Poza pracą w Dumie Katalonii wydawał tygodnik ,,La Rambla”, którego hasłem było ,,sport i życie miasta”. 27 lipca 1935 r. wybrano go prezydentem, ponieważ socios docenili poprawę sytuacji ekonomicznej klubu, do której Sunyol wyraźnie się przyczynił. Za jego kadencji Blaugrana zdobyła mistrzostwo Katalonii oraz przegrała słynny finał Pucharu Hiszpanii, w którym wspaniały mecz rozegrał ówczesny bramkarz Realu Madryt Ricardo Zamora. Niestety Josep Sunyol nie dożył sędziwego wieku, bowiem został zamordowany przez armię narodową generała Franco, o czym napiszę 6 sierpnia.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

12

Premierowy gol ,,La Pulgi” w barwach Blaugrany:

20 lipca 2004 r. Lionel Messi strzelił swojego pierwszego gola w seniorskiej drużynie FC Barcelony. Miało to miejsce w 74 minucie towarzyskiego meczu z CF Palamos na Camp Municipal Palamos, wygranego przez Barçe 6:0. Messi pojawił się na boisku od początku drugiej połowy a gola strzelił na 4:0.


@Sysia11
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Arkon
@Adran360

12

Smutne wspomnienia:

20 lipca 2013 r. miał odbyć się mecz Barçy, do którego nie doszło. Tego dnia na PGE Arenie w Gdańsku zagrać miały ze sobą mecz towarzyski Lechia Gdańsk z FC Barceloną. Jednak dzień wcześniej na Camp Nou odbyła się konferencja prasowa, na której poinformowano iż ,,Tito” Vilanova ma nawrót choroby nowotworowej i Blaugrana jest zmuszona odwołać swój przyjazd. Ostatecznie po kilkudniowych negocjacjach termin meczu został przesunięty o 10 dni. Trener Barçy zrezygnował z prowadzenia drużyny i udał się na kolejne leczenie. Niestety 25 kwietnia 2014 r. przegrał walke z chorobą.


@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

2

E Viva la Argentina! i Visca el Barça! Parasiempre!

2

@FcPortoFan1999 Zgadzam się w stu procentach pomimo że już nie pamiętam szczegółów tego dwumeczu z Apoelem...

11


Planowe zwycięstwo:

19 lipca 2011 r. Wisła Kraków pokonała Skonto Ryga 2:0 w drugiej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. „W tym meczu stworzyliśmy więcej szans niż w pierwszym spotkaniu. Nie były to doskonałe okazje, bo trudno o to, gdy rywal broni się w jedenastu w polu karnym. W przerwie powiedziałem zawodnikom, że robimy dym, a nie pożar. Graliśmy za wolno piłką. Drużyna zareagowała na te uwagi i w drugiej połowie zagrała zdecydowanie lepiej, czego efektem były bramki Patryka Małeckiego i Ivicy Ilieva” – tak po ostatnim gwizdku występ swojej drużyny ocenił trener Białej Gwiazdy, Robert Maaskant. Holender był w trudnej sytuacji, bo musiał tak przygotować zespół, by złapał formę jeszcze przed zaplanowanym na koniec lipca startem ligi. Niespecjalnie się to udało. Wiślacy w starciach ze Skonto zdobyli trzy bramki, nie dali sobie strzelić gola, ale ich postawa na boisku pozostawiała wiele do życzenia. „Na mistrzów Łotwy to wystarczyło, ale jak będzie dalej?” – zastanawiano się przy Reymonta. W kolejnej rundzie na krakowian czekał dużo silniejszy rywal: najlepsza ekipa Bułgarii, Liteks Łowecz.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

9

Legendy FC Barcelony większe i mniejsze:

19 lipca 1967 r. urodził się Carles Busquets. Ojciec Sergio w 1987 r. zadebiutował w Barcelonie B a od 1990 został włączony do kadry pierwszej drużyny jako zmiennik Andoniego Zubizarrety. W latach 1994-96 miał okazje grać jako pierwszy bramkarz, lecz jego umiejętności nie były imponujące. W 1999 r. odszedł do Lleidy, gdzie zakończył karierę. Ogółem dla Blaugrany rozegrał 117 spotkań i wpuścił 116 goli.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

13

Wybitne legendy polskiego futbolu:

18 lipca 1949 r. w Zabrzu urodził się Jerzy Gorgoń, środkowy obrońca. Mieszanka językowa jakiej używał węgierski trener Górnika Zabrze, Geza Kalocsay, zawsze budziła wielką wesołość. Madziar przeplatał ze sobą język angielski, niemiecki, węgierski i czeski, tworząc niespotykane konstrukcje. Jedną z najśmieszniejszych była wiązanka, którą często rzucał pod adresem swego podstawowego stopera- Jerzego Gorgonia: ,,Ty jesztesz welky elefant. Ty must biegać!”. Bawiła ona jednak głównie zawodników Górnika, bo przeciwnikom nie było już do śmiechu, gdy stawali naprzeciwko potężnego, mierzącego blisko 2 metry środkowego obrońcy, z charakterystycznymi długimi blond włosami. Wtedy pojawiał się raczej strach. W Ekstraklasie był wierny barwom Górnika przez ponad dekade. Trafił tam tuż po ukończeniu 18-tego roku życia. Z miejsca budził ciekawość swoim wzrostem, był prawie 10 cm wyższy od dwóch pozostałych najbardziej okazałych pod względem wzrostu zawodników w składzie Górnika, Jana Gomoli oraz Rainera Kuchty. Gdy zadebiutował w marcu 1968 r., z miejsca stał się jednym z najwyższych zawodników w Ekstraklasie. Z czasem przylgnął do niego pseudonim ,,Wielka Biała Góra”, z racji gabarytów oraz długich blond włosów. O tę gorę potem rozbijali się prawie wszyscy napastnicy. Dobrze zbudowany, twardy a dzięki pracy z Kaloscayem także znakomicie wyszkolony pod względem taktycznym, stanowił jednego z najlepszych obrońców Ekstraklasy w historii. ,,Uważam że był to jeden z lepszych środkowych obrońców w Europie. Warunki fizyczne miał wspaniałe a przy tym był bardzo sprawny i szybki. Wygrywał wiele pojedynków, także biegowych, przede wszystkim głową, ze względu na wzrost. Niektórzy, tak przypuszczam, to zwyczajnie się go bali… i wcale im się nie dziwie bo jak taki olbrzym ruszył i się rozpędził to nie było przeproś…”- opowiadał Kazimierz Górski w swojej książce ,,Pół wieku z piłką”. Nauki wyniesione od partnerów z obrony, Stanisława Oślizły oraz Stefana Florenskiego, sprawiały iż długo był liderem w kraju na swojej pozycji. Dowodziły tego indywidualne wyróżnienia. W 1973 r. wygrał punktacje ,,Złotych Butów” katowickiego ,,Sportu”. Sezon później został zaś sklasyfikowany na 15 miejscu w całej Europie w plebiscycie Złotej Piłki! Z obrońców wyżej od niego znaleźli się tylko Beckenbauer, Breitner oraz Vogts, czyli trzej mistrzowie świata. Jurorom mógł dać się zapamiętać nie tylko ze skutecznej gry w obronie ale też dzięki diabelskiej wręcz umiejętności strzelania goli z dystansu. Pokazał go między innymi podczas meczu fazy grupowej przeciwko NRD w turnieju olimpijskim w Monachium. Dwukrotnie z odległości 30 metrów kropnął nie do obrony dla bramkarza przeciwników. Podobnym wyczynem popisał się 2 lata później w starciu przeciwko Haiti na mistrzostwach świata, gdzie przepięknym strzałem z dystansu zaskoczył bramkarza egzotycznych przeciwników. Został tym samym pierwszym polskim obrońcą ze strzelonym golem na mundialu. Do dziś jego wyczyn skopiowali tylko Majewski, Bosacki i Bednarek spośród przedstawicieli tej pozycji. Mało brakowało a podobnie wpisałby się na liste strzelców też przeciwko Argentynie, jednak bramkarz obronił jego strzał z dystansu końcami palców. Bramkostrzelność pokazywał też w lidze, gdzie skończył z 18 golami, co jak na stopera było znakomitym wynikiem. W ostatniej edycji, w której występował, zanotował aż 5 trafień. W układance Kazimierza Górskiego Gorgoń był absolutnie bezcenny.

Razem z reprezentacją Polski zdobył złoto i srebro olimpijskie a także srebro mistrzostw świata. We wszystkich tych turniejach opuścił tylko jeden mecz! Przed starciem o 3 miejsce na mundialu w RFN mocno bolała go kostka ale zacisnął zęby i zagrał, skutecznie powstrzymując brazylijskie gwiazdy. Po MŚ francuska agencja prasowa umieściła go w drugiej ,,11” turnieju. Na igrzyskach 2 lata wcześniej uznawano go zaś za drugiego po Deynie największego bohatera Polaków. W eliminacjach MŚ 1974 także był filarem drużyny, zwłaszcza w finiszowych meczach z Walia i Anglią. Po pierwszym z nich selekcjoner rywali uznał go za najlepszego zawodnika w szeregach Polski. Po spotkaniu z synami Albionu zachwycił Alfa Ramseya. Także trener Górski wyróżnił go na konferencji prasowej, przyznając że znakomicie asekurował Jana Tomaszewskiego. Tomaszewski zrewanżował się Gorgoniowi już na mundialu, gdy obronił karnego wykonywanego przez Tappera ze Szwecji, podyktowanego właśnie za faul Gorgonia. Niektórzy uważali że jego konto obciążą gol stracony z RFN. Analizy wykazały jednak w tej sytuacji spalonego. ,,Świadomie puściłem Holzenbeina na spalonego”- twierdził po meczu. Potem pojechał z drużyną Gmocha na mundial do Argentyny. Selekcjoner postanowił z niego zrezygnować przed najważniejszym meczem z gospodarzami. Na obronie zastąpił go nominalny pomocnik, Henryk Kasperczak. Do dziś ta decyzja dla wielu znawców jest szokująca, zwłaszcza że 2 gole w tym meczu zdobył Kempes, za którego upilnowanie odpowiedzialny był następca Gorgonia. Gmoch jednak twierdził że absencja obrońcy wynikała tylko z powodu dyspozycji fizycznej. W kolejnym meczu(z Peru) udowodnił jednak dobrą forme. Trafił nawet do ,,11” tej kolejki. Problem jednak często stanowiła jego dyspozycja psychiczna. Z tego powodu został szybko zmieniony w starciu IO 1972 z ZSRR a 4 lata później w finale turnieju nie wybiegł na boisko, choć był w awizowanym składzie. Selekcjoner Górski uważał fakt że nie wymusił na nim udziału w meczu za jeden ze swoich większych błędów szkoleniowych. Na ogół cichy i spokojny raz wplątał się w olbrzymią afere. Wracając pociągiem z meczu z Francji, wraz z Szarmachem naubliżali obsłudze. Dla Gorgonia skończyło się to półroczną dyskwalifikacją. Z tego powodu nie wziął udziału między innymi w meczu decydującym o awans do ME z Holandią, który kadra gładko przegrała 0:3. Ostatecznie karierę w reprezentacji zakończył z 55 rozegranymi meczami. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Na jego koncie znajduje się finał Pucharu Zdobywców Pucharów. Odznaczył się zwłaszcza w tryptyku półfinałowym z AS Romą. Po jego rajdzie przerwanym faulem, sędzia zarządził rzut karny zamieniony przez Lubańskiego na gola. Brał też udział w kolejnej kampanii zakończonej na ćwierćfinale tych rozgrywek. Po wyjeździe z Górnika Zabrze grał w Sankt Gallen. Po zakończeniu kariery osiadł w Szwajcarii.



@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

8

Wybitne legendy futbolu:


18 lipca 1942 r. urodził się Giacinto Facchetti, lewy obrońca, Wicemistrz Świata z 1970, Mistrz Europy z 1968 r., 2-krotny Zdobywca Pucharu Mistrzów: 1964 i 1965(z Inter Mediolan), 2-krotny Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego: 1964 i 1965(Inter Mediolan). Niedoszły lekkoatleta w młodości biegający na 400 metrów, wykorzystywał na boisku naturalną szybkość i wytrzymałość. Był w grupie obrońców, którzy linię wyznaczającą środek boiska przestali traktować jak drut pod napięciem. Na czarno-białych taśmach z fragmentami meczów reprezentacji Włoch długonogiego obrońcę Giachinto Facchettiego częściej można dostrzec pod bramką przeciwnika niż pod własną-zresztą nieprzypadkowo. Oglądaliśmy piłkarza, który wyprzedził swoją epokę, którego gra okazała się kamieniem milowym na drodze emancypacji obrońców. Zygmunt Anczok lewy obrońca w reprezentacji Kazimierza Górskiego jest jednym z wielu, którzy wzorowali się na grze Włocha: ,, Przez lata trenerzy tłukli nam do głowy żebyśmy nie przekraczali tej środkowej linii. Któregoś dnia zobaczyłem faceta, który nic sobie nie robi z tych zakazów. Na Śląsku odbieraliśmy wtedy telewizję czeską. Sygnał ściągaliśmy dzięki takim długim szerokim antenom. Wcześniej jedynie czytałem o Facchettim a w końcu mogłem przyjrzeć się jego grze. 90 minut spędzonych przed telewizorem i gapienie się na niego traktowałem jako korepetycje na odległość”-opowiadał Anczok. Pod koniec lat 50-tych trenerzy eksperymentują z taktyką szukając najlepszych rozwiązań. W każdym z tych systemów gry rola obrońców ogranicza się jedynie do obmyślania sposobu na powstrzymanie napastnika. Własną połowę przekraczają od święta a linię wyznaczającą środek boiska mają traktować jak drut pod napięciem. Opowieści o obrońcach szarżujących w pole karne rywali brzmią jak herezja. Facchetti właśnie wkracza do dorosłego futbolu. Jest juniorem nieśmiało rozmyślającym o podpisaniu kontraktu z Interem Mediolan. W klubie rządzi charyzmatyczny Helenio Herrera, trener mający wielką ochotę wywrócić do góry nogami obowiązujące reguły gry a zajmie mu to kilka lat. Banalną prawdę że najważniejsze dla drużyny jest nie stracić gola uzna za swoje credo. Z czterech obrońców Interu, z jednym cofniętym jako libero, Herrera utworzy zaporę nie do przejścia nazwaną catenaccio(rygiel, zasuwa). Swój system stale udoskonala a jego siłę widzi w kontratakach. Zespół Interu przejmujący piłkę od rywali z żółwia szczelnie skrytego za swoim pancerzem przeistacza się w drapieżnika. Skrajni obrońcy mediolańczyków pędzą przed siebie siejąc popłoch w obozie wroga. Za swój rewolucyjny pomysł argentyński wizjoner nie tylko nie spłonął na stosie ale szybko znalazł naśladowców. Facchetti był dla niego kluczową postacią. W macierzystym klubie Trevigliese piłkarz zaczynał jako napastnik ale Herrera zrobił z niego wzorowego bocznego obrońcę. Sunął on po lewej stronie niczym pociąg ekspresowy zatrzymując się dopiero pod bramką przeciwnika. Niedoszły lekkoatleta w młodości biegający na 400 m. wykorzystywał na boisku naturalną szybkość i wytrzymałość. Do tego silny, o budowie ciała tak idealnej iż mógłby pozować Michałowi Aniołowi. Od Herrery dostał zgodę na improwizowanie a instynkt atakującego dopomógł Fachettiemu strzelić 59 goli w Serie A(skuteczność niebywała jak na zajmowaną przez niego pozycję w grze). Pionierski styl gry Giacinto zmienił sposób myślenia o zadaniach defensywnych. Facchetti, boiskowy dżentelmen w trakcie kariery tylko raz obejrzał czerwoną kartkę i to nie za faul ale za ironiczne brawa dla sędziego po jego błędnej decyzji. Pytany jak mu się udało unikać wykluczeni gdy ryzyko faulu jest wliczone w grę obrońców odpowiadał z niewinną miną: ,,W piłkę gram dla przyjemności i nikomu nie mam zamiaru wyrządzić krzywdy. Nauczyli mnie tego w oratorium”. Katolickie oratoria istniejące we Włoszech od XVI wieku to rodzaj świetlic, w których młodzież zapoznaje się z Pismem Świętym. Ponieważ we Włoszech futbol jest jak religia, w końcu duchowni doszli do wniosku że zgłębianie Biblii warto połączyć z rozrywką. Zaczęli organizować mecze dla swoich podopiecznych. Obok oratoriów wyrastały boiska, na które potem zwabieni okazją zjeżdżali wysłannicy największych włoskich klubów. Giacinto był właśnie takim dzieckiem oratorium gdzie jego talent dostrzegli przedstawiciele Interu i zaprosili na rozmowy do Mediolanu. Młodzieniec jeszcze nie wiedział że w stolicy Lombardii znajdzie piłkarską miłość swojego życia. W bogatym futbolowym dossier Facchettiego zmieściło się 18 wybitnych sezonów spędzonych w Interze. W reprezentacji rozegrał 94 spotkania. Po Mistrzostwo Europy i drugie miejsce na świecie Włosi sięgali z Facchettim jako kapitanem drużyny. W 1978 r. zakończył karierę kiedy to z powodu kontuzji nie mógł pojechać do Argentyny na swój 4 Mundial. Miejsce Facchettiego, ikony włoskiego futbolu mogło być nadal tylko w Interze. Pełnił w nim różne funkcje a nawet zarządzał nim przez kilka lat jako prezydent. Przede wszystkim stanowił wyrocznię we włoskim futbolu. Łatwiej być doskonałym piłkarzem niż wielkim człowiekiem a jemu udało się to połączyć. Giacinto Facchetti zmarł w 2006 roku po długiej walce z rakiem krtani. Dla Interu był świętością i takim pozostanie na zawsze.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj

11

Wybitne legendy futbolu:

18 lipca 1892 r. urodził się legendarny Brazylijski napastnik Artur Friedenreich. Przez Brazylijczyków nazywany ,,Fried’’ a przez Argentyńczyków ,,Tigre’’ czyli tygrys. To był pierwszy piłkarz na świecie, który strzelił w swojej karierze ponad 1000 goli! Rozegrał ponad 1200 spotkań i strzelał średnio jednego gola na mecz! Takich zawodników w historii futbolu było zaledwie kilku m.i.n. Pele czy Wilimowski. Artur Friedenreich był rasy mieszanej, jego ojciec to emigrant z Niemiec a matka to brazylijka; był postawny, szczupły o mleczno-czekoladowej cerze i szokująco kontrastujących z nią zielonych oczach. Zaczął kopać w piłkę w klubie Germania, skupiającym sportowców pochodzenia niemieckiego a później przywdziewał koszulki w różnych barwach. Niezwykle sprawny i zwinny, cnoty świetnego technika i przebiegłego stratega łączył z przymiotami urodzonego snajpera. Aż 9-krotnie był królem strzelców stanu São Paulo: w drużynie Mackenzie w 1912, w stanie Ypiranga w 1914 i 1917, w Paulistano w 1918,1919,1921,1927,1928,1929.

W reprezentacji grającej wówczas bardzo rzadko wystąpił 22 razy strzelając w niej 10 goli. Łącznie w swej trwającej 26 lat! przebogatej karierze zakończonej przez 43 letniego weterana we Flamengo Rio de Janeiro w roku 1935 uzyskał nieprawdopodobny bilans 1329 goli! ,,Fried’’ pierwsza tej miary gwiazda brazylijskiej piłki, wielki poprzednik Leonidasa, Zizinho czy Pelego miał jednak jedną poważną wadę. Był mulatem ponad wszelką wątpliwość mimo swych szmaragdowych oczu. Zaś w tamtych czasach była to nie lada przeszkoda. Cóż tu dużo mówić! W arystokratycznym sporcie modelowanym przez styl panujący zwłaszcza w klubie Fluminense, obowiązywały kryteria rasistowskie. Murzyni a nawet mulaci zaliczali się do drugiej kategorii obywatelskiej. W reprezentacji występowali wyłącznie zawodnicy o białym kolorze skóry. Możemy sobie tylko wyobrazić ile upokorzeń musiał znieść Artur i jakie wewnętrzne zmagania z samym sobą stoczyć, zanim zdecydował się na krok groteskowy, żałosny i zarazem tragiczny. Otóż wypomadował sobie twarz nakładając nań grubą warstwę ryżowego pudru! Dopiero tak wybielony niczym nieszczęsny ,,Murzynek Bambo’’ zaryzykował pokazanie się wytwornej publiczności stadionu Laranjeiras. Jest w tym przypadku do głębi coś smutnego i zawstydzającego. Właściwie dopiero w latach 30-tych kryteria rasowe odeszły tam, gdzie ich miejsce czyli na śmietnik haniebnych przesądów, zaś wspaniali atleci o czekoladowej karnacji jak Domingos, Leonidas i legion innych stali się dumą i chlubą Brazylii.



@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

2

@AFA To raczej nie byłoby zachwycające widowisko. Boliwia wymęczyłaby na swojej wysokości wygraną różnicą góra 2 goli i po temacie...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?