11

Cules pamiętają!

Ku pamięci wybitnych legend Dumy Katalonii:

3 lipca 1927 r. rozegrano drugi mecz w hołdzie dla genialnego Paulino Alcantary. Rywalem była reprezentacja Hiszpanii, która pokonała Blaugrane 2:1. Przed pierwszym gwizdkiem lokalny dziennikarz i pilot Josep Canudas zrzucił piłke na boisko ze swojego samolotu. W czasie wojny domowej Paulino Alcantara wstąpił do organizacji ,,Czarne strzały”, wysłanej przez Mussoliniego na pomoc generałowi Franco. Paulino nie walczył na froncie, lecz pracował w szpitalu jako lekarz. Po wojnie zajmował się urologią aż do swojej śmierci w 1964 r. W 2007 r. FIFA wybrała Filipińczyka najlepszym piłkarzem azjatyckim w historii.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

11

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

Wawrzyniec Cyl na świat przyszedł 2 lipca 1900 r., kiedy Polski nie było jeszcze na mapach. Wychowywał się w rodzinie inteligenckiej w Łodzi. Był absolwentem gimnazjum a dzięki temu że ukończył wieczorowy kurs handlowy, zdobył prestiżowy zawód księgowego. Z piłką zetknął się już w szkole. Jako nastolatek wstąpił w szeregi ŁKS-u. W pierwszej drużynie zadebiutował krótko po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Początkowo występował jako napastnik i w pierwszych zakończonych mistrzostwach Polski w 1921 r. był najlepszym strzelcem swojego zespołu. Wkrótce jednak został przesunięty do defensywy i na pozycji obrońcy występował do końca kariery. Dzięki dobrej postawie na arenie krajowej dostał szansę występu w reprezentacji. Debiut zaliczył 29 września 1923 r. w przegranym 3:5 pojedynku z Finlandią w Helsinkach. Narodowe barwy reprezentował później jeszcze trzykrotnie. W 1924 r. zagrał z Turcją (wygrana 2:0) a rok później z amatorami z Czechosłowacji (porażka 1:2). Największym jego osiągnięciem w reprezentacji był wyjazd na igrzyska olimpijskie do Paryża. Tuż przed rozpoczęciem turnieju ze składu wypadł jeden z czołowych polskich obrońców Ludwik Gintel i Cyl wskoczył na jego miejsce. Nie było to jednak powołanie na wyrost, gdyż zawodnik ŁKS-u należał do ścisłej krajowej czołówki. Dzięki występowi w meczu z Węgrami stał się pierwszym olimpijczykiem w historii łódzkiego klubu. Braki techniczne nadrabiał pracowitością i zaangażowaniem. Zawsze grał bardzo ofiarnie. Był wieloletnim kapitanem zespołu a później spełniał się w roli działacza. W łódzkim OZPN był kaptanem okręgowym a w klubie pełnił funkcję wiceprezesa. W Reprezentacji rozegrał 3 mecze.


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

10

Ten bezlitosny ,,Golden goal”:

2 lipca 2000 r. Francja pokonała na De Kuip w Roterdamie reprezentacje Włoch po dogrywce 2:1(0:0;1:1) na Euro 2000. ,,Azzurri” przygotowali prosty plan na wygranie finału. Jako pierwsi strzelić gola a potem przez reszte meczu bronić korzystnego wyniku. Wszystko zaczęło się układać po ich myśli, gdy po strzale Delvecchio objeli prowadzenie. Na prawej flance Totti, uwikłany w walke z dwoma rywalami, odegrał piętą do nadbiegającego Pesotto. Pomocnik Juventusu dośrodkował w pole karne wprost do Delvecchio, który z bliska nie pozostawił żadnych złudzeń Barthezowi. Szkoleniowiec Włochów Dino Zoff miał szanse zdobyć złoty medal mistrzostw Europy zarówno w roli piłkarza, jak i trenera. Miał, bowiem odebrali mu ją Francuzi, dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko działo się w doliczonym czasie gry. Daleki wykop Bartheza; Piłka trafia do Trezegueta, który odgrywa ją do Wilforda. Cannavaro nie przecina podania; napastnik Bordeaux przyjmuje futbolówkę, po czym oddaje strzał w długi róg bramki strzeżonej przez Toldo. Nesta nie zdołał zablokować piłki a Toldo jej nie wybił. Chwila dekoncentracji okazała się brzemienna w skutkach. Dla Francuzów jeszcze nie wszystko stracone. Włosi nie mieli już nic do stracenia bo w jednej chwili zaprzepaścili wszystko. Okazja na zostanie mistrzem Europy niebezpiecznie się oddaliła. Swoją szanse zwietrzyli rywale. Pressing Francuzów; Albertini traci piłke, dopada do niej Pires, wbiega w pole karne i dośrodkowuje do Trezegueta. Nesta próbuje interweniować ale bezskutecznie. ,,Trezegol” mocnym strzałem z woleja pod poprzeczke zapewnia ,,Trójkolorowym” Puchar Delaunaya. Dramat Włochów i euforia Francuzów. Zwycięzców się nie sądzi, zwycięzców się ceni. Sukces piłkarzy nie byłby możliwy bez ogromnego trenerskiego wkładu Rogera Lemerre’a. Opiekun Francuzów miał nosa do zmian. To one odmieniły gre jego podopiecznych a także… niekorzystny wynik meczu. W 58 minucie posłał w bój Wilforda a na kwadrans przed końcem meczu Trezegueta. Obaj zadali decydujące trafienia. Przy zwycięskim(złotym) golu duży udział miał Pires, trzeci dżoker w talii Lemmere’a. Pomocnik Olimpique Marsylia wchodził na murawe, gdy plac gry opuszczał włoski bohater Marco Delvecchio. Co było później, wiadomo. Mistrzowie świata zostali mistrzami Europy po raz pierwszy w takiej kolejności.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

8

@FCBparasiempre
9 lipca 1816 r. Argentyna wyzwoliła się spod hiszpańskiej dominacji i ogłosiła niepodległość. Równo sto lat temu dla uczczenia tego jubileuszu, w Buenos Aires odbył się pierwszy turniej kontynentalny. Impreza w tej skali pierwsza w dziejach światowego futbolu, oficjalnie nazywała się Campeonato Sudamericano de Futbol, krótko mówiąc Copa America. Efektowny puchar ufundował minister spraw zagranicznych, bowiem ranga wydarzenia przekraczała miare czysto sportową. Bodaj po raz pierwszy w XX wieku także i politycy dostrzegli w skórzanej piłce niebywale nośny wehikuł popularności. Turniej ze względu na wyjątkowe okoliczności miał nadzwyczajny charakter i tak też(,,extraordinario”) został nazwany. Trwał od 2 do 17 lipca 1916 r. zaś w jego trakcie, dokładnie 9 lipca, uroczyście powołano do życia Confederacion Sudamericana de Futbol, pierwszy na świecie związek ponadnarodowy w skali kontynentalnej. Wielka idea Urugwajczyka Hectora Rivadavii Gomeza doczekała się wreszcie urzeczywistnienia. Organizatorzy przygotowali do gry dwa reprezentacyjne obiekty. Większość meczów odbywała się w dzielnicy Palermo na stadionie Gimnasia y Esgrima. Jego trybuna główna wykonana w całości z drewna była swego rodzaju architektonicznym cackiem. Środkowa część okolona balustradą, miała nadbudowane pięterko, zwieńczone misternie ozdobionym spadzistym dachem a na pięciu masztach powiewały narodowe flagi. Łącznie 20 tysięcy mogło napawać się tu futbolowym spektaklem. Natomiast aż 30 tysięcy miłośników futbolu był w stanie pomieścić położony w dzielnicy Avellaneda stadion Racingu.

Ponieważ była to pierwsza impreza tej skali, organizatorzy starali się nie zaniedbać niczego. Zawodnikom zapewniono opieke lekarską a każda drużyna korzystała z usług masażysty. Sędziowie prezentowali się imponująco, zwłaszcza arbiter główny noszący modną cyklistówke z daszkiem przyodziany w pasiastą marynarke, długie białe spodnie i takiegoż koloru buty. Prawie 15 tysięcy widzów było świadkami inauguracji mistrzostw. Faworyt objawił się już na starcie. Urugwajska jedenastka rozgromiła Chile 4:0. Natomiast w drugim meczu Argentyna rozniosła to samo Chile aż 6:1! Wówczas do akcji wkroczyła Brazylia, urywając punkt rozpędzonym Argentyńczykom ale ulegając Urugwajowi. Po klęsce Chile z Urugwajem, kiedy Isabelino Gradin strzelił 2 gole, jeden z dziennikarzy chilijskich wysunął w swojej korespondencji otwarty zarzut że o zwycięstwie ,,Celestes” przesądził udział ,, dwóch Afrykanerów”! Oprócz Gradina czekoladową karnacje prezentował również Juan Delgado. Żurnaliście z Santiago nie przyszło do głowy iż poza Afryką mogą być jacykolwiek murzyni. Kierownictwo ekipy chilijskiej sfrustrowane rozmiarami porażki, zgłupiało tak bezdennie że wystosowało do organizatorów oficjalny protest, wystawiając się na pośmiewisko. Trzeba przyznać że po wyjaśnieniu sprawy Chilijczycy solennie przeprosili obu zawodników i ze wstydu posypali głowy popiołem. Dodajmy tylko że Gradin zdobywszy 3 gole, został pierwszym w dziejach Copa America ,,goleadorem” czyli królem strzelców tej imprezy. Ostatni mecz turnieju decydował zatem o wszystkim. Gospodarzy urządzało wyłącznie zwycięstwo a Urugwajczykom z powodzeniem wystarczał remis.

,,Urusi” panowali na placu od pierwszej do ostatniej minuty, gniotąc niemiłosiernie. Gradin i Romano mijali swobodnie pierwszych dwóch, trzech Argentyńczyków, po czym nadziewali się na ,,muro Humano”- ludzki mur złożony ze zmasowanej obrony. Poza tym skłębionym wałem ciał trwał jeszcze niepokonany bramkarz Isola. Na wypełnionym po brzegi stadionie Racingu mecz zakończył się rezultatem bezbramkowym i pierwszy w historii Puchar Ameryki powędrował do Montevideo. Tyle suche fakty. Jednak anegdotyczna podszewka tych zdarzeń mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Walka o najwyższy kontynentalny laur wyzwalała wśród widzów niezwykła emocje, dosłownie i w przenośni, znajdujące ujście poza obrębem trybun. Mecz na szczycie(de facto finał) pomiędzy Argentyną i Urugwajem powinien odbyć się 16 lipca na stadionie Gymnasia y Esgrima. Chętnych obejrzenia tego spektaklu było znacznie więcej niż miejsc. Toteż tysiące kibiców przerwały kordony i wyległy na płyte boiska. Zapanował chaos nie do opanowania bowiem nigdy przedtem podobne incydenty nie miały miejsca. Mecz został przerwany po 5 minutach gry. Okazało się iż grupa kibiców wtargnęła na boisko Gimnasia y Esgrima i podpaliła drewniane trybuny stadionu. Kompletnie bezradni i skonsternowani działacze po gorączkowych naradach podjęli decyzje o przełożeniu terminu meczu na dzień następny i zmianie stadionu. Obiekt Racingu był nawet nie tyle bezpieczniejszy, co po prostu bardziej pojemny. Wybitni piłkarze istnieli w Ameryce Łacińskiej już wcześniej, ciesząc się uznaniem wśród koneserów tego sportu. Lecz dopiero prestiżowe rozgrywki Copa America przyniosły zjawisko do tego czasu nieznane. Kult gwiazd podsycany przez prase a z biegiem czasu również przez radio. Nastąpiła niezwykła eksplozja namiętności, udzielająca się coraz szerszym kręgom publiczności. Sportowy wynik przestał być sprawą wewnętrznej satysfakcji 22 młodzieńców uganiających się za piłką. Począł angażować zbiorową wyobraźnię, odwołując się do poczucia dumy, lokalnego patriotyzmu a wreszcie narodowej i państwowej tożsamości. Grunt dla tego rodzaju identyfikacji był nader podatny szczególnie w tej części świata, gdzie tradycje niepodległościowe nie przekraczały horyzontu stulecia. Gwiazdy wcale nie musiały spadać z nieba. One były w zasięgu wzroku a zielona murawa boiska stanowiła wymarzoną oprawę dla ich olśniewającego blasku.

9

Pierwszy oficjalny międzypaństwowy(a zarazem profesjonalny) turniej w dziejach futbolu(proszę przeczytać w odpowiedzi na mój komentarz):

@Sysia11
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

9

Udany rewanż:

2 lipca 1960 r. na Camp Nou zagrał słynny FC Santos z Pele w składzie. Była to druga wizyta brazylijskiego klubu w Barcelonie. Rok wcześniej Santos pokonał Blaugrane aż 1:5 a Pele strzelił 2 gole, choć pamiętajmy iż Barça grała wówczas mocno rezerwowym składem. W swoistym rewanżu Duma Katalonii wystąpiła w najsilniejszym składzie i pokonała najmocniejszy wówczas na świecie Santos 4:3, dzięki dwóm golom Luisa Suareza oraz po jednym Kubali i Villaverde. Pele także wpisał się na liste strzelców.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

9

Tak jak patrze na pana Cristiano Ronaldo, na jego gesty, zachowania, to musze stwierdzić że jest on w większym czy też mniejszym stopniu psychicznie chory

8

Campeonato Sudamericano de Selecciones:

1 lipca 2011 r. Argentyna remisuje z Boliwią 1:1 na Estadio ,,Ciudad de La Plata” w meczu inaugurującym 43 edycje Copa America. Edinson Cavani – Luis Suarez – Diego Forlan i… gol! W tej akcji z 90. minuty finałowego meczu Copa America 2011 z Paragwajem było wszystko to, czym Urugwaj zachwycił na tamtym turnieju kibiców i fachowców. Agresywny odbiór piłki, błyskawiczne przejście z obrony do kontrataku, wymiana piłki na jeden kontakt i wreszcie wykonanie wyroku. „Celestes” Oscara Washingtona Tabareza wznieśli się na swoje sportowe wyżyny. Urugwaj a.d. 2011 był jedną z najlepszych i najciekawszych reprezentacyjnych ekip ostatnich lat. Drużyna Tabareza była znakomicie przygotowana taktycznie, fizycznie i mentalnie. Łączyła w sobie twardość i dyscyplinę w defensywie z błyskotliwością i rozmachem w ofensywie. To była drużyna kompletna w pełnym tego słowa znaczeniu. „Celestes” na turnieju w Argentynie rozkręcali się jednak powoli. Copa America 2011 rozpoczęli od dwóch remisów z niżej notowanymi zespołami Peru oraz Chile. Z grupy awansowali ostatecznie dzięki skromnemu, nieprzekonującemu zwycięstwu nad rezerwami reprezentacji Meksyku. Mało kto przypuszczał wówczas, że Urugwaj Tabareza tak szybko wrzuci wyższy bieg. Przełom nastąpił w ćwierćfinale. Na wypełnionym po brzegi Estadio Brigadier General Estanislao Lopez w Santa Fe Urugwajczycy pokonali po rzutach karnych i morderczym boju gospodarza turnieju i swojego odwiecznego rywala, wielką Argentynę. To właśnie tamtego wieczoru w Santa Fe narodził się zespół nowych Mistrzów Ameryki. Urugwajczycy urośli mentalnie. Poczuli krew… Później było już tylko lepiej. 2-0 z Peru w półfinale oraz 3-0 w wielkim finale z Paragwajem dały Urugwajowi piętnaste w historii zwycięstwo w rozgrywkach Copa America. Tym samym reprezentacja „Celestes” została samodzielnym liderem klasyfikacji wszechczasów tego turnieju. Smak zwycięstwa na argentyńskich boiskach był wyjątkowy.

Tamten znakomity zespół „Celestes” swój ogromny potencjał odsłonił już rok wcześniej. Na południowoafrykańskim Mundialu 2010, Urugwajczycy zajęli przecież czwarte miejsce. Wtedy jednak, w drodze do półfinału, nie pokonali żadnej drużyny z absolutnego światowego topu. Urugwaj a.d. 2011 był jeszcze mocniejszy niż ten z Mistrzostw Świata. To była drużyna w pełni świadoma swojej siły i potencjału. Drużyna, która potrafiła przeciwstawić się początkowemu kryzysowi. Przetrwała trudne chwile, tak w grupie, jak i w boju wagi ciężkiej z Argentyną i(także dzięki temu) stała się jeszcze mocniejsza. A to wszystko w sytuacji, kiedy Edinson Cavani, killer doskonały, większość turnieju przesiedział na trybunach lecząc kontuzję. Jaki był zatem przepis „Celestes” na sukces? Odpowiedź jest prosta. Znakomity, świeży futbol, oparty o świetną, skuteczną defensywę i błyskotliwy, szybki atak. Urugwajczycy byli bardzo ruchliwi, często wymieniali pozycje. To była drużyna totalna, a zarazem szalenie uniwersalna. Mało jest ekip, które w obrębie tych samych nazwisk są wstanie poruszać się pośród tak wielu schematów taktycznych. Urugwaj Oscara Tabareza to była pancerna maszyna, grająca niebywale nowoczesny futbol. To był zespół zjednoczony wokół jednego celu. Zdobycia tytułu najlepszej drużyny Ameryki. Za wszelką cenę… To, co szczególnie pociągało w grze Urusów to ich pasja, zaangażowanie i nieprawdopodobna energia. Istna „Garra Charrua”, lwi pazur, jak o tej reprezentacji z dumą mówią mieszkańcy całego kraju. No i nie brakowało oczywiście fantastycznych piłkarzy. Luis Suarez i Diego Forlan to napastnicy, którzy w tamtym czasie mogli być gwiazdami i liderami każdej wielkiej reprezentacji. Jeżeli dodamy do nich niesamowicie walecznych, biegających po boisku niczym wściekłe psy Diego Pereza, Egidio Arevalo Riosa czy Waltera Gargano, dynamicznego Alvaro Pereirę oraz silnych i twardych defensorów Diego Lugano, Sebastiana Coatesa, Diego Godina czy Martina Caceresa, to uzyskamy obraz drużyny kompletnej. Tak pod względem osobowościowym, jak i taktycznym.


@Sysia11
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

0

Jules Kunde to zasadniczo środkowy obrońca, zgadza sie? Więc dlaczego Kunde jako środkowy obrońca gra u ,,nas" taki piach a jako prawy obrońca jest znakomity a chwilami wręcz genialny? Nie wiem dokładnie na której pozycji defensywnej grał w FC Sevilli ale dla mnie to on jest urodzonym prawym obrońcą i tylko na tej pozycji powinien grać w FC Barcelonie

1

@FcPortoFan1999 Zgadzam się w 100%! Dodam tylko że mi też było bardzo żal Czechow a do tego byłem bardzo wkurwiony na te srebrne i złote gole!

13

Czeski horror w Porto:

Dokładnie 20 lat temu Grecja pokonała po dogrywce reprezentacje Czech 1:0 w ramach półfinału Euro 2004. Czesi podejmowali Greków i wiele wskazywało na to że ofensywny futbol weźmie górę nad wyrachowaniem i kunktatorstwem. Nic z tych rzeczy. Po obiecującym początku(strzał Jankulovskiego w poprzeczke) zaczął się czeski dramat. W 40 minucie plac gry musiał opuścić kontuzjowany Pavel Nedved. Załamany pomocnik Juventusu schodził z boiska ze łzami w oczach. Godzine później całe Czechy pogrążyły się w rozpaczy a wszystko przez srebrnego gola. Decydenci FIFA zrewidowali swoje wcześniejsze pomysły i odeszli od zasady złotego gola. Teraz wymyślili jej złagodzoną wersje, obowiązującą tylko w pierwszej części dogrywki. Mecz kończył się po doliczonych 15 minutach jeżeli jedna z drużyn uzyskiwała w tym czasie przewagę bramkową. Dawało to szanse przeciwnikom na strzelenie wyrównującego gola jeszcze przed przerwą, nie skazując ich od razu na ,,nagłą śmierć”. Srebrny gol Dellasa padł jednak w ostatniej minucie pierwszej części dogrywki. Czesi nie mieli już czasu na odrobienie strat i sami zostali straceni.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

0

@JanneAhonen No to wygląda na to że masz racje...

11

Pożegnanie Torralby:

1 lipca 1928 r. odbył się pożegnalny mecz w hołdzie legendarnemu defensywnemu pomocnikowi FC Barcelony Ramonowi Torralba. To pierwszy w historii zawodnik Blaugrany, który został w ten sposób nagrodzony. Spotkanie miało oczywiście charakter towarzyski, w którym Barça pokonała lokalny UE Sants 3:1 na Estadio Camp de Les Corts, po dwóch golach Samitiera i jednym Sastre. Legendarny Torralba rozegrał w FC Barcelonie 475 spotkań, co było klubowym rekordem aż do czasu pobicia go przez Joana Segarre.



@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@misterio
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

1

@TheNekro94 No owszem odpadł ale Copa America i grupa w jakiej grał Meksyk jest całkowicie nieporównywalna!

1

Nie jestem w stanie oglądać Copa America, w związku z tym jestem ogromnie zaskoczony odpadnięciem Meksyku z tak bardzo przeciętnej grupy. Pamiętam jak Meksyk dochodził nawet do finału tego wspaniałego turnieju w 2001 r. Bardzo dziwne że aż tak nisko upadli...

14

Feliz cumpleaños Patrick! Z okazji 48 urodzin!

Patrick Kluivert to był napastnik typowy dla holenderskiej szkoły futbolu. Poza siłą fizyczną cechowała go wspaniała technika oraz doskonały przegląd gry dzięki czemu oprócz strzelania goli potrafił popisać się celnym podaniem i zaliczyć asystę. Do historii FC Barcelony przejdzie jako jeden z najlepszych strzelców klubu! Mając 7 lat Patrick rozpoczął treningi w klubie Schellingwoude a już rok później był piłkarzem Ajaxu Amsterdam. Obecność gwiazd w amsterdamskim klubie bardzo motywowała młodego Kluiverta do ciężkiej pracy. Obserwując rozwój kariery swoich dwóch wielkich idoli-Van Bastena i Rijkarda, młody Patrick również chciał być sławnym piłkarzem. Z takim nastawieniem czynił regularne postępy i szybko wspinał się po drabinie na szczyt piłkarskiej kariery. W 1994r. w końcu doczekał się powołania do pierwszej drużyny Ajaxu. Po sukcesach w Ajaxie zaczęły się nim interesować największe kluby w Europie co zaowocowało transferem do AC Milan. Jednakże Kluivert nie potrafił się przystosować do stylu włoskiej Serie A. Po Mundialu we Francji Patrick otrzymał ofertę od Barçy, gdzie od roku swoją drużynę budował Luis van Gaal. Kluivert miał tylko jeden dzień na podjęcie decyzji. Z uwagi na osobę szkoleniowca z którym zawsze dobrze mu się pracowało oraz niezwykłość klubu ze stolicy Katalonii, Patrick zdecydował się na transfer. Za ponad 2 800 peset został w ostatniej chwili włączony do składu FCB. Działacze Blaugrany nie zdążyli jednak zgłosić Patricka do Ligi Mistrzów więc nie mógł on uczestniczyć w tych rozgrywkach sezonu 1998/99. W FCB Kluivert od razu stał się zawodnikiem podstawowego składu i już w swoim premierowym sezonie strzelił 15 goli w La Liga a w drugim swoim spotkaniu pokonał bramkarza Celty dwukrotnie! Holender szybko zaaklimatyzował się i w pierwszym sezonie gry w Katalonii zdobył z Blaugraną mistrzostwo Hiszpanii. Niestety kolejny sezon był dla Barçy zwiastunem gorszych czasów. Obchodzący setną rocznicę istnienia klub nie zdobył żadnego trofeum plasując się na drugim miejscu w lidze i odpadając w półfinale Ligi Mistrzów. W atmosferze skandalu z klubu odszedł Luis van Gaal. Natomiast Patrick po raz drugi z rzędu zdobył 15 goli w La Liga ale tym razem mógł także zaprezentować swoje umiejętności w Lidze Mistrzów trafiając do siatki 7 razy.

W sezonie 2000/2001 Duma Katalonii musiała radzić sobie bez Luisa Figo, który zdradził ją na rzecz Realu Madryt. Opiekę nad drużyną objął Lorenz Serra Ferrer. Kluivert wraz z Brazylijczykiem Rivaldo stworzyli niezwykle groźny i bramkostrzelny atak przez niektórych fachowców uznawany za najlepszy duet napastników na świecie! Niestety Azulgrana grała w kratkę i po raz kolejny nie zdobyła żadnego trofeum. Duma Katalonii odpadła w fazie grupowej Ligi Mistrzów i nie sprostała Liverpoolowi w półfinale Pucharu UEFA. Z kolei w Primera Division Katalończycy dopiero w ostatnim spotkaniu zagwarantowali sobie 4 miejsce, które pozwoliło na grę w eliminacjach Ligi Mistrzów w przyszłym sezonie. Patrick zakończył sezon z 25 trafieniami na koncie. Taki sam wynik uzyskał w kolejnym sezonie, lecz Barça 3 sezon z rzędu(tym razem pod wodzą Rexacha)nie zdobyła nic zajmując 4 lokatę w lidze i docierając do półfinału Ligi Mistrzów, w którym nie sprostała Realowi Madryt. Przed sezonem 2002/2003 stanowisko trenera Blaugrany objął po raz kolejny van Gaal. Wydawało się iż Barça nie może już grać gorzej a tymczasem w styczniu 2003r. FCB była bliska strefy spadkowej. W konsekwencji pracę stracił van Gaal a jego stanowisko zajął Radomir Antič. Za nim to się jednak stało, Kluivert na krótko uratował swojemu ulubionemu trenerowi posadę strzelając 3 gole na Mallorce w zwycięskim meczu z miejscowym Realem ale drużyna nadal grała w kratkę. Był to bardzo burzliwy rok dla Dumy Katalonii, gdyż do dymisji podał się również prezydent Joan Gaspart. Patrick mimo iż zdobył 16 goli w La Liga był jednym z najbardziej krytykowanych zawodników w drużynie z powodu nieregularnej formy strzeleckiej. Po zakończeniu nieudanego sezonu nowy prezydent Blaugrany-Joan Laporta zaczął odbudowę klubu zarówno od strony sportowej jak i finansowej. W nowej Barcelonie Kluivert miał pełnić nową rolę. Holenderski napastnik przed rozpoczęciem rozgrywek obiecał strzelić 25 goli więc oczekiwania wobec niego były bardzo duże. Tymczasem Patrick po słabym początku sezonu usiadł na ławce rezerwowych a jego miejsce w podstawowym składzie zajął Saviola. Pierwszego gola strzelił dopiero w 11 kolejce. W grudniu 2003 r. doznał kontuzji kolana, przez którą omineło go kilka spotkań. Powrót na boisko był dla Patricka szczęśliwy gdyż strzelił gola w meczu przeciwko Athletic Bilbao. Niestety pod koniec stycznia 2004r. kontuzja odnowiła się i Holender do gry wrócił dopiero w kwietniu. W El Clasico na Santiago Bernabeu zdołał jeszcze strzelić wyrównującego gola i jak się później okazało była to ostatnia bramka jaką strzelił dla granatowo-bordowych. Jego team zajął 2 miejsce w Primera zapewniając sobie tym samym start w Championes League bez eliminacji. Jednak zaledwie 8 goli strzelonych przez Kluiverta w połączeniu z zarzutami o niesportowy tryb życia i przytłaczającą krytyką ze strony prasy oraz kibiców ostatecznie przesądziły o jego odejściu z klubu. Patrick chciał pozostać w Katalonii lecz klub zakomunikował mu iż nie będzie liczył na jego usługi w kolejnym sezonie. ,,To był trudny sezon ponieważ sporo czasu spędziłem na leczeniu kontuzji i nie mogłem grać tak wiele jak bym chciał i jak chciałby tego klub’’-przyznał później. W FCB Patrick miał wielu zajadłych przeciwników ale jednocześnie wielu zwolenników. Holender nadal pozostaje socio klubu nr. 124064 i posiada swoją restaurację w mieście. Jak sam zadeklarował: ,,FC Barcelona na zawsze pozostanie w jego sercu i do końca życia będzie ,cule’!


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

10

Pamiętajmy!

30 czerwca 1974 r. Polska pokonała Jugosławie 2:1 w drugiej fazie mundialu. „Nie, nie, nie budźcie mnie. Śni mi się tak ciekawie. Jest piękniej w moim śnie niż tam na waszej jawie” – słowa piosenki Jeremiego Przybory jak ulał pasowały do tego, co w czerwcu 1974 roku działo się na niemieckich boiskach. W ponurej rzeczywistości PRL-u kibice śnili piękny sen, który z meczu na mecz stawał się rzeczywistością. Zwycięstwo we Frankfurcie nad Jugosławią było piątym z rzędu na tych mistrzostwach i zapewniło grę o medale. Bohaterem był Robert Gadocha, choć jak w innych meczach tego turnieju nie zdołał trafić do siatki. To jego podanie do Grzegorza Laty przesądziło o zwycięstwie. Natomiast pierwszego gola dla Polaków strzelił Kazimierz Deyna z rzutu karnego.



@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

12

Takich ludzi oddanych ,,naszemu” klubowi należy zawsze wspominać:

30 czerwca 1983 r. ,,Papi” Anguera zakończył pracę w FC Barcelonie. Przez 26 lat był pracownikiem klubu. Na początku zajmował się zespołami juniorskimi. Jak sam mawiał ,,był wtedy delegatem, masażystą, opiekunem wszystkiego, gdyż na mecze jeździł tylko on z trenerem”. W 1953 r. zaproponowano mu pracę opiekuna sprzętu sportowego. Był bardzo lubiany przez piłkarzy. Po zdobyciu La Liga w 1974 r. Cruijff od razu po meczu udał się do najbliższego baru, kupił piwo i przyniósł je do szatni, bo wiedział że ,,Papi” lubi świętować sukces z kuflem w ręce. W sezonie 1978/79 po meczu z Anderlechtem piłkarze Barçy uciekli z boiska ponieważ zostali zaatakowani przez kibiców belgijskich. Gdy z trudem dotarli do szatni, masażysta Angel Mur krzyknął: ,,Zapomnieliśmy o Papim!”. Wtedy cała drużyna wróciła po niego na boisko, gdzie Anguera stał otoczony szalejącym tłumem kibiców Anderlechtu. ,,Papi” miał swoją wizje piłkarza idealnego: ,,Wybrałbym inteligencje Kubali, strzał głową Cesara Rodrigueza, siłę Neeskensa, prawą nogę Rexacha, lewą Maradony i serce Migueliego!”.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

9

Prestiżowy puchar zdobyty po raz drugi:

29 czerwca 1952 r. FC Barcelona pokonała na Parc de Prince w finale Copa Latina(Puchar Łaciński) OGC Nice 1:0 i triumfowała po raz drugi w tym turnieju. Zwycięskiego gola zdobył w 79 minucie genialny snajper Cesar Rodriguez. Dekada lat 50-tych rozpoczęła się od jednego z największych sukcesów w historii klubu: FC Barcelona wygrała 5 pucharów, czyli wszystkie, w których uczestniczyła. Zrodziła się legenda ,,Barçy Pięciu Pucharów”, wyczyn praktycznie nie do powtórzenia. Przebiła go jednak drużyna prowadzona przez Josepa Guardiole, która w 2009 r. zdobyła 6 możliwych pucharów. W sezonie 1951/52 zespół trenowany przez Ferdinanda Daucika wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Generalissimusa, trofeum Martini&Rossi, Puchar Evy Duarte oraz wspomniany przeze mnie Puchar Łaciński. Pamiętajmy iż Copa Latina była prekursorem Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Łącznie 5 tytułów, z których najważniejszy bez żadnych wątpliwości był właśnie Puchar Łaciński. Oddźwięk triumfu był w Katalonii natychmiastowy- wybuch spontanicznej radości wstrząsnął krajem. Następnego dnia powitanie drużyny było wprost niesamowite. Samochody i motocykle towarzyszyły zespołowi od momentu przekroczenia granicy w Portbou aż do Barcelony. Za uroczystości powitalne odpowiadał urząd miasta. Wśród nich był przejazd pod Łukiem Triumfalnym autokaru z piłkarzami, eskortowanego przez ubranych w stroje galowe i jadących konno policjantów Gwardii Miejskiej. A oto triumfalny skład z Paryża: Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Bosch, Escudero, Basora, Cesar, Kubala, Aldecoa, Manchon.



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Wyjątkowo świętowany Puchar:

29 czerwca 1928 r. FC Barcelona po raz siódmy w historii sięgnęła po Puchar Króla. Do wyłonienia tryumfatora Copa del Rey potrzebny był dodatkowy(trzeci) mecz finałowy z Donostią FC, ponieważ dwa pierwsze zakończyły się remisami 1:1. W decydującym trzecim finale rozgrywanym na El Sardinero w Santander, Barça pokonała Donostie(obecnie Real Sociedad) 3:1 po golach Samitiera(8 m.), Arochy(21 m.) oraz Sastre(25 m.). Wiadomość o zwycięstwie wywołała euforie w całej Barcelonie. Kibice zebrali się na Rambli śpiewając ,,Aliron!”- okrzyk futbolowej wojny, wywodzący się z Kraju Basków. Inną przyśpiewką najczęściej powtarzana tamtego dnia była ,,Quina pana, tres a un”(Jaka szkoda, trzy do jednego). Następnego dnia(30 czerwca) kibice i władze miasta, z urzędującym burmistrzem Valentim Via Ventallo na czele, wypełnili całą stacje kolejową França żeby oklaskiwać piłkarzy, co zamieniło się w wielkie, euforyczne powitanie. Pociąg wiozący ich do Barcelony musiał się zatrzymywać na wszystkich stacjach w katalońskich miejscowościach, przez które przejeżdżał żeby zebrani na peronach kibice mogli pogratulować swoim idolom. Spowodowało to że na stacje França pociąg dotarł ze znacznym opóźnieniem. Ostatecznie pociąg z drużyną dotarł do Barcelony już nocą. Ze stacji piłkarze i cały orszak kibiców skierowali się do urzędu miasta a po przybyciu na miejsce zastali zapełniony cały plac Sant Jaume, gdzie zebrani kibice spontanicznie powitali zawodników zapalonymi zapałkami. Gdy kapitan Josep Samitier znalazł się wreszcie na balkonie urzędu, zwrócił się do zebranego tłumu, wygłaszając płomienną przemowę i jednocześnie potrząsając pucharem: ,,Przed wyjazdem obiecaliśmy wam że wygramy a więc dziś przynosimy wam trofeum!”. To była pierwsza w historii Barçy tak wielka celebracja zdobytego tytułu. Jeszcze zwycięski skład Blaugrany: Llorens, Walter, Mas, Torralba, Roig, Carulla, Piera, Sastre, Samitier, Arocha, Sagi Barba.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

8

Hattrick ,,Zibiego”:

28 czerwca 1982 r. reprezentacja Polski pokonała Belgie w drugiej fazie(grupowej) na mundialu rozgrywanym w Hiszpanii. To był najsłynniejszy występ Zbigniewa Bońka w reprezentacji Polski. Starcie w drugiej rundzie z Belgią (3:0) to już legenda polskiej piłki. Trzy gole, jeden ładniejszy od drugiego, strzelił Boniek, potwierdzając, że jest jednym z najlepszych piłkarzy świata. Po jednym z trafień ostentacyjnie wygrażał w kierunku trybuny prasowej, pokazując krytykantom, co o nich myśli. Kapitalnie na prawym skrzydle szarżował w tym meczu Grzegorz Lato, który rozgrywał setny mecz w reprezentacji. Wielką formę prezentowali też Kupcewicz, Buncol, Matysik, Smolarek i Młynarczyk.

Polska: Józef Młynarczyk – Marek Dziuba, Władysław Żmuda, Paweł Janas, Stefan Majewski, Grzegorz Lato, Waldemar Matysik, Janusz Kupcewicz (82. Włodzimierz Ciołek), Andrzej Buncol, Zbigniew Boniek, Włodzimierz Smolarek.


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

9

Duma Katalonii triumfuje w Pucharze Hiszpanii:

28 czerwca 1997 r. FC Barcelona pokonała Real Betis Sevilla 3:2 w finale Copa del Rey. Barça zdobyła trzecie trofeum w sezonie pod wodzą angielskiego trenera Bobby'ego Robsona po emocjonującym zwycięstwie w dogrywce nad Realem Betis w finale Copa del Rey rozgrywanym na Estadio Santiago Bernabéu w Madrycie. Po pokonaniu Realu Madryt, Atlético Madryt w legendarnym remisie w ćwierćfinale i Las Palmas w półfinale, Barça zmierzyła się w finale z ekipą Betisu, która zajęła czwarte miejsce w lidze i była trenowana przez przyszłego trenera Blaugrany Llorença Serrę Ferrera. Mając już w planach Superpuchar Hiszpanii i Puchar Zdobywców Pucharów, drużyna Robsona chciała zdobyć hat-tricka w sezonie 1996/97. Betis znakomicie rozpoczął finał z napastnikiem Alfonso, który później dołączył do Barcelony i zapewnił jej prowadzenie już po 11 minutach. Blaugranes odrobili straty tuż przed przerwą po golu Luisa Figo i do przerwy było 1:1. W drugiej połowie wydawało się, że Barça dominuje, ale to Andaluzyjczycy objęli prowadzenie, gdy nigeryjski napastnik Finidi George podwyższył na 2:1 na zaledwie osiem minut przed końcem regulaminowego czasu gry. Blaugranes nie poddali się i zaledwie trzy minuty później ponownie wyrównali. Dośrodkowanie Pepa Guardioli wykorzystał argentyński napastnik Juan Antonio Pizzi, bohater ćwierćfinałowego meczu z Atlético, co doprowadziło kibiców FC Barcelony do szaleństwa i dogrywki. Przez dodatkowe pół godziny słaniali się ze zmęczenia ale Luis Figo zdołał zebrać resztki sił i zapewnić Blaugranie prowadzenie 3:2, po tym jak przechwycił piłkę po obronie przez Amunike, którą bramkarz Betisu, Pedro Jaro, obronił. Blaugranes przetrwali przez pozostałe pięć minut meczu i sięgnęli po 23. tytuł Copa del Rey, dorównując ówczesnemu rekordowi Athletic Club i przypieczętowując trzy trofea Bobby'emu Robsonowi w jego jedynym sezonie jako trenera FC Barcelony.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

7

@FCBparasiempre
27 czerwca 1987 r. na Estadio Monumental w Buenos Aires Argentyna zremisowała z Peru 1:1 w meczu otwarcia 33 edycji Copa America. Pierwszego gola w 47 minucie strzelił Diego Maradona a wyrównał Luis Reyna w 59 m. W 1987 r. powrócono, przynajmniej częściowo, do sprawdzonej starej formuły. Turniej toczył się w jednym kraju, choć w różnych miastach. Zachowano podział na grupy eliminacyjne; z kolei nowością było wprowadzenie meczu o 3 miejsce. Mistrz świata podejmował gości w Buenos Aires, Rosario i Cordobie. W grupie pierwszej Argentyna miała za przeciwników Peru i Ekwador. Na tym drugim wzięła srogi rewanż za upokorzenia z przed 4 lat. Wynik 3:0 oznaczał przykładne lanie, coś w rodzaju ojcowskiej reprymendy. Jednak z Peru nie poszło już tak dobrze. Ozdobą tego meczu był nieustający pojedynek Maradony z pilnującym go z zajadłością buldoga, niewiele wyższym Luisem Reiną. Doprawdy trudno pojąć jak ci dwaj tak bardzo sobą zajęci mężczyźni znaleźli jeszcze siły i czas aby strzelić akurat po jednym golu. Takim też rezultatem zakończyło się to mordercze spotkanie, które mistrzowie świata powinni byli wygrać różnicą kilku goli. Uratował ich Ekwador, który zebrał się w garść i przeciwstawiając lepszym technicznie ,,Inkom” pełną desperacji ambicje, zremisował nieoczekiwanie 1:1. Argentyna z przewagą jednego punktu awansowała do półfinałów. W grupie drugiej wszystko wydawało się oczywiste. Brazylia 5:0 rozgromiła Wenezuele, z którą Chile miało pewne problemy, w końcu wygrywając 3:1. Trener Carlos Alberto Silva zgromadził naprawdę dobrych piłkarzy: obrońcy Josimar, Julio Cesar i Ricardo Rocha, pomocnicy Rai i Valdo, napastnicy Müller, Careca czy młody i utalentowany… Romario, to z całą pewnością była światowa czołówka. Ha! Na ławce rezerwowych przebierał nogami 24-latek z Vasco znany jako Dunga(w 1994 on właśnie został kapitanem najlepszej drużyny świata). To dopiero daje wyobrażenie o potencjale Brazylii! Zaś Chile jak to Chile, zawsze solidne, twarde, ambitne, choć pozbawione tego specyficznego luzu, polotu, jakby ktoś zapomniał dosypać szczyptę soli i pieprzu. Jednak 3 lipca 1987 do Cordoby Chilijczycy przywieźli chyba całą beczke soli. Trener Aravena, świadom technicznej wyższości Canarinhos, nastawił zespół na konsekwentną obrone i błyskawiczne kontry. Przez 40 minut przewaga należała do faworytów. Na bramke Rojasa sypał się grad strzałów, jednak ,,Condor” wyłapywał wszystko bez trudu. Porównywany niekiedy z samym Passarellą stoper Fernando Astengo, zwany nie bez przyczyny ,,Lwem” znał sztuczki Brazylijczyków na wylot, bowiem jakiś czas grał już w Gremio Porto Alegre. 27-letni, nie wysoki obrońca kompletnie zaszachował błyskotliwych napastników, uprzedzając wszelkie ich zamysły. Z biegiem czasu walkę o środek pola wygrali dwaj filigranowi pomocnicy, 23-letni Jaime Pizarro i 4 lata starszy Jorge Contreras, występujący w hiszpańskim Las Palmas. W przodzie co jakiś czas odpalały dwie rakiety. Basay i Letelier nawet fizycznie i mentalnie byli jak para bliźniaków. Wysocy, szczupli, dosyć niechlujni, zarośnięci, w opuszczonych niedbale getrach, rzeczywiście przypominali dwa andyjskie kondory, podstępnie czyhające na nieświadomą grozy położenia ofiarę. Nie bawili się w finezyjne dryblingi, arabeski i ornamenty, tylko rwali co sił w chyżych nogach przed siebie. Nie był to futbol piękny ale zabójczo skuteczny.

Przed przerwą, w 41 minucie Basay zmylił pogonie i Chile schodziło z golem ,,do szatni”. Po pauzie rajdy tych dwóch okropnych typów poszarpały brazylijską obrone na strzępy. W 3 minucie Letelier, w 21 Basay i w 30 znów Letelier doprowadzili do pogromu Canarinhos nie notowanego w historii obu reprezentacji. Ostatni raz ,,czerwono-niebiescy” wygrali w takim stylu w 1956, bijąc Brazylie 4:1. W grupie trzeciej nie było dyskusji. Pełna kompleksów niższości Kolumbia czaiła się latami, czaiła aż wreszcie eksplodowała z siłą Wezuwiusza. Akurat dorosły i pięknie rozwinęły się talenty najzdolniejszej generacji w jej dziejach. Dotychczas Kolumbijczycy co pare lat wypuszczali w świat pojedyncze gwiazdy jak Sanchez, Gamboa, Willington Ortiz. Teraz runęła jednocześnie cala fala: Higuita, Perea, Mendoza,Herrera, Alvarez, Redin, Valderrama, Iguaran, de Avila, Trellez! Cóż za perełki, jaka technika, swoboda w operowaniu piłką, toż to nie możliwe!, ekscytowali się komentatorzy. W rzeczy samej, w takim stylu do tej pory grali raczej Brazylijczycy w swoich szczytowych latach. Trener Maturana stworzył doprawdy wielki zespół, który w swojej grupie nie stracił ani punktu, ani gola. Ambitna Boliwia przegrała tylko 0:2 a teoretycznie o niebo silniejszy Paragwaj z poczuciem absolutnej bezsilności jedynie przyglądał się kolumbijskim popisom, doznając klęski 0:3. Rozmiary porażki przyjęto z niedowierzaniem, bowiem ,,Guarani” dysponowali niezwykle mocnym, zahartowanym w tylu zwycięskich potyczkach składem. Jednak Fernandez, Delgado, Nunes, Romero, Cabañas czy też robiący furore w argentyńskim Ferro Oeste znakomity pomocnik Cañete, nie byli w stanie wiele wskórać, tak jakby spętało im nogi. Kolumbia z rozwiniętymi skrzydłami wpłynęła do półfinału, lecz tu nadziała się na twardą chilijską rafe. ,,Trasandinos” czyli piłkarze zza Andów, jak w dorzeczu La Plata nazywano przybyszów z tamtej strony gór, nie przejmowali się zbytnio finezją rywali, tylko grali swój praktyczny, ekonomiczny futbol. Trener Aravena chytrze zmienił też taktykę. Utrudzeni szarżami przeciw Brazylii Basay i Letelier otrzymali zadanie rozrzedzania obrony kolumbijskiej. W powstałą lukę z impetem wchodzili gracze środkowych i tylnych formacji. Uparta walka trwała bez skutku 90 minut i dopiero w dogrywce plan Aravery przyniósł efekty. Na rzut karny Redina dwoma golami odpowiedzieli ,,Lew” Astengo i rezerwowy Vera. Chile dotarło zatem do finału. O tym, na kogo tam trafili, decydował najciekawszy mecz turnieju, Argentyna-Urugwaj. 65 tys. chętnych obejrzenia starcia gigantów stawiło się na trybunach Monumental i nie doznali zawodu. Był to znakomity spektakl, obustronnie zacięty, toczony w ostrym tempie, obfitujący w zagrania najwyższej klasy. Pikantnego smaczku dodała tej batalii bezpośrednia rywalizacja dwóch najwybitniejszych indywidualności kontynentu, Maradony i Francescoliego. Górą wyszedł z niej wprawdzie ,,boski Diego” ale i ,,Książe futbolu” udowodnił że w jego żyłach płynie błękitna, piłkarska krew. Oczy widowni zwrócone były na ten wspaniały duet, na czym skorzystali inni aktorzy spektaklu. W ekipie Urugwaju po prawej stronie boiska śmigał skrzydłowy, który miał przydomek ,,Mrówka”, chociaż bardziej pasowało by do niego skojarzenie łączące cechy geparda, odyńca, charta i nosorożca. Wypuszczał przed siebie piłke i w szalonym, nieco nieskładnym biegu mijał wszystkie przeszkody. Nie był to brylantowy technik czy żongler ale miał siłę wyścigowego konia, po prostu nie do utrzymania.. Co więcej, ten rozpędzony, nieokiełznany rumak miał niesamowitego nosa do strzelania goli głową, nogą, najczęściej właśnie po kilkudziesięciometrowych rajdach. Nazywał się Antonio Alzamendi. Właśnie ten Alzamendi w 43 minucie ruszył z kopyta, zostawił za sobą Browna i wpakował piłke obok Islasa. Po przerwie Argentyna ruszyła do szturmu. W jej zespole wybijał się młodziutki skrzydłowy, jakiego w tym kraju nie widziano od czasów Corbatty, Bernao i Housemana. Był nim Claudio Paul Caniggia. Płowowłosy nastolatek o urodzie efeba podbił serca bywalców Estadio Monumental niemal od pierwszego dotknięcia piki. Momentalnie przylgnął do niego przydomek ,,Pajarito”(ptaszek), bo też Caniggia ciągnąc za sobą komete jasnych, długich włosów, pruł przestrzeń boiska niczym jakaś kapryśna jaskółka. Wrodzona szybkość, ,,odrzutowy” start, niebywała łatwość biegu, pozwalały mu gubić obrońców już na kilku metrach. Miał przy tym wybitne uzdolnienia techniczne, nad piłka panował bezbłędnie, strzelał chętnie i ostro. Słowem urodzony skrzydłowy, prawdziwy ,,puntero electrizante”. Przy tej skali talentu mógł prześcignąć Matthewsa, Garrinche i Corrbatte. Jednak szalone powodzenie wśród pięknych dziewcząt, nieumiarkowane, łapczywe kosztowanie wszelkich uroków życia, wreszcie skłonność do narkotyków no i podatność na kontuzje, wszystko to sprawiło że ten fenomen tylko w części spełnił pokładane w nim nadzieje. Jednak i tak zapisał nie byle jaki rozdział w dziejach futbolu. Właściwie on sam wespół z Maradoną zapewnił przeciętnej Argentynie wicemistrzostwo świata w 1990. Z reprezentacją zaś rok później zdobył Copa America. Jego atomowe sprinty podziwia po dziś dzień cała Europa na równi z Ameryką. Przecież nawet rajdy chyżego ,,Pajarito”, geniusz Maradony, rozwaga i mądrość Batisty, podniebne skoki Ruggieriego nie zdały się na wiele.

Obrona ,,Celestes” ustawiona na podobieństwo warownego szańca, odpierała najwścieklejsze szarże i najbardziej podstępne podchody. Jej niezłomnym filarem był znów Nelson Gutierrez ale i pozostali stanęli na wysokości zadania. W bramce 33 letni Pereira okazał się godnym następcą Rodrigeuza. Również wąsaty o marsowym groźnym obliczu ,,Viking” bronił bez zarzutu. W pomocy trener Fleitas wystawił dwóch ,,fizycznych” i jednego ,,umysłowego” . Czarną robote wykonywali Perdomo i Matosas, podczas gdy wyśmienity technik i nie gorszy strzelec Bengoechea wraz z Francescolim nizał misterne kombinacje. W ataku sama obecność Alzamendiego oznaczała paniczny alarm dla wszystkich obrońców a przecież z głębi pola pod bramke przeciwników podkradał się Francescoli. Wreszcie po lewej flance z szybkością torpedy sunął kurpulentny Ruben Sosa. Doprawdy trener Fleitas zebrał całkiem zgraną drużynę. Tak więc w finale Urugwaj miał zmierzyć się z Chile. Wcześniej jednak po raz pierwszy w historii Copa America, rozegrano mecz o 3 miejsce. Dla Kolumbii stawka była wysoka; sama perspektywa pokonania mistrzów świata na ich terenie przenosiła dotychczasowych outsaiderów do największej elity. Gospodarze wyszli na stadion z opuszczonymi głowami. Po porażce z Urugwajem trzecie, względnie czwarte miejsce nie czyniło im różnicy. Można by rzec iż ten pojedynek oddali mentalnie walkowerem. Tymczasem ekipa Maturany dosłownie wychodziła ze skóry by wykorzystać życiową szanse. Zanim upłynęło pół godziny, praktycznie było po meczu. Gole Gomeza i Galeano ,,ustawiły” jego przebieg. Ostatecznie Argentyna poległa 1:2 a Kolumbia odniosła wówczas największy sukces w historii. Mecz finałowy rozegrano 12 lipca. Po odpadnięciu Argentyny ogromny Monumental świecił pustkami bo tak należy nazwać zaledwie 35 tys. widzów. Nie było to piękne widowisko. Gra stała się tak ostra że brazylijski sędzia po kolei wyrzucił z boiska Gomeza, Francescoliego, Perdomo i Astengo. Przewaga Urugwaju nie budziła wątpliwości. Chile chyba spaliło się psychicznie jeszcze przed wyjściem na boisko. Zwycięskiego gola strzelił Bengoechea i bezwzględnie wkraczająca obrona Celestes nie pozwoliła sobie odebrać zasłużonej wygranej, już drugiej pod rząd. Trzeba też mocno podkreślić iż Urugwaj jako obrońca tytułu przystępował do tego turnieju dopiero od półfinału, więc dziwaczny regulamin sprawił że do zdobycia Pucharu Ameryki wystarczył mu udział tylko w dwóch meczach! Natomiast królem strzelców imprezy został Kolumbijczyk Adolfo Iguaran z 4 golami.

6

2

@Lionel_Messi10 Z kim ,,zagramy" w ćwierćfinale?

7

@FCBparasiempre
Stadion Wankdorf w Bernie w ciągu ośmiu dniu był areną dwóch pamiętnych meczów w historii mistrzostw świata w piłce nożnej. 4 lipca reprezentacja Węgier sensacyjnie przegrała 2-3 finałowy mecz Pucharu Świata z RFN. Jedna z najlepszych ekip w dziejach nie zdobyła trofeum, które było jej przeznaczone. 27 czerwca po wygraniu batalii zwanej ,,Bitwą o Berno” nikt nie przypuszczał, że Jules Rimet na koniec turnieju puchar swojego imienia wręczy nie Ferencowi Puskasowi, a Fritzowi Walterowi. Brazylia jechała do Szwajcarii z myślą rehabilitacji za klęskę, jaką było tylko drugie miejsce wywalczone na własnej ziemi. Reprezentacja została mocno przebudowana. Kompromitację sprzed czterech lat pamiętał tylko Bauer oraz legendarny Nílton Santos. Ważnymi postaciami ,,Canarinhos” byli Didi i Djalma Santos, którzy na kolejnych turniejach wydatnie przyczynili się do końcowych zwycięstw. Nawet białe trykoty po mistrzostwach w 1950 roku zostały uznane za przeklęte. Zorganizowano konkurs na nowe barwy koszulek. Zwyciężył kolor kanarkowy. Brazylia rozpoczęła turniej imponująco, bo od rozgromienia Meksyku 5-0. Później zremisowała 1-1 z Jugosławią i zakwalifikowała się do ćwierćfinału. Tam czekała na nich najlepsza drużyna ostatnich lat. Węgrzy nic sobie nie robili z renomy Brazylii. Za nimi była seria trzydziestu meczów bez porażki, a także złoto olimpijskie wywalczone w 1952 roku w Helsinkach. Brazylia w dwóch meczach grupowych strzeliła sześć bramek. Z samą Republiką Federalną Niemiec Węgrzy zdobyli osiem goli. Dziewięć strzelili w pierwszym meczu turnieju przeciwko Korei Południowej. Dość powiedzieć, że w meczu z Azjatami sędzia Raymond Vincenti w Francji odgwizdał więcej goli niż… rzutów wolnych. Goli było dziewięć, zaś wolnych tylko pięć. Prasa podgrzała temperaturę tego meczu, określając je jako starcie komunizmu (Węgry) z chrześcijaństwem (Brazylia). FIFA próbując opanować sytuację, do sędziowania meczu wyznaczyła Anglika Arthura Ellisa. Wydawało się, że trudno było o lepszy wybór. Ellis sędziował mecze poprzednich mistrzostw świata, finał Pucharu Anglii z roku 1952 i czterdzieści meczów międzypaństwowych. Dwa lata po ,,Bitwie o Berno” dostąpił zaszczytu sędziowania pierwszego finału Puchar Europy, w którym Real Madryt pokonał po dogrywce 4-3 Reims. Jak się później okazało, z wprowadzeniem porządku na boisku nie poradził sobie nie tylko angielski arbiter, ale i służby porządkowe. Pierwszą bramkę publiczność zgromadzona na stadionie w liczbie czterdziestu tysięcy zobaczyła już w czwartej minucie. Strzelił ją Nándor Hidegkuti. Na 2-0 trzy minuty później podwyższył Sándor Kocsis. Brazylia odpowiedziała w osiemnastej minucie, kiedy to skutecznie rzut karny wykonał Djalma Santos. ,,Jedenastkę” otrzymali również Węgrzy, a jej wykonawcą był Mihály Lantos. 3-1. Julinho zmniejszył straty pięć minut później. Ostatnie minuty gry z futbolem miały już niewiele wspólnego. Zaczęło się od bójki Nílton Santosa z Jószefem Bozsikiem. Ellis usunął obu z boiska. Humberto Tozzi błagał Anglika, aby ten oszczędził Santosa. Osiem minut później sam także opuścił mecz przedwcześnie. W 88. minucie Kocsis strzelił swojego drugiego gola w tym meczu, a dziewiątego w turnieju i przypieczętował awans ,,Madziarów” do najlepszej czwórki szwajcarskiego czempionatu. Brazylijczycy przegrali na boisku, ale chcieli koniecznie zwyciężyć w pojedynku na pięści, choć w ruch poszły także przedmioty: między innymi krzesła, buty i butelki. Jedną z nich oberwał trener Węgrów Gusztáv Sebes. Nieobecny w tym meczu z powodu kontuzji kostki Ferenc Puskás miał w tunelu uderzyć butelką w głowę jednego z Brazylijczyków. ,,Canarinhos” mieli być atakowani butelkami także przez widownię. Ci wparowali do szatni Węgrów, zgasili w niej światło i zaatakowali zaskoczonych mistrzów olimpijskich. Zawodników musiała rozdzielać policja.

Gdy uporano się z piłkarzami, do ataku ruszyli kibice, media i włodarze brazylijskiej federacji. Brazylijscy fani pluli na samochód Arthura Ellisa i krzyczeli, że jest komunistą. Włoski korespondent określił sędziowanie Anglika jako ,,wyreżyserowane”. Sam Ellis po latach powiedział, że piłkarze oraz fani obu drużyn zachowywali się jak zwierzęta. Brazylijska federacja wysłała do FIFA oficjalną skargę na sędziego, nazywając go ,,sługą światowego komunizmu, wrogiem cywilizacji zachodniej i chrześcijaństwa”. Karierze Ellisa tamten mecz nie zaszkodził, jednak gdyby nie fakt, że był uczestnikiem tamtego mordobicia, szumnie nazywanego meczem, prawdopodobnie to on, a nie liniowy z tamtego spotkania William Ling byłby sędzią pamiętnego finału, nazwanego ,,Cudem w Bernie”. Światowa federacja nie ukarała żadnego uczestnika tamtego meczu, ponieważ nie chciała zaognić i tak gorącej atmosfery. W półfinale Węgrzy znowu rozegrali bardzo trudny mecz z zespołem z Ameryki Południowej, ale znowu wygrali 4-2. Droga do finału ,,złotej jedenastki” wyglądała na zapowiedź tego, co wydarzyło się 4 lipca w meczu finałowym.

2

@FCBparasiempre
To w dużej mierze on doprowadził Schalke do półfinału Ligi Mistrzów w 2011 r., w którym musieli uznać wyższość Manchesteru United, ale po drodze odprawili z kwitkiem broniący tytułu Inter. Będąc zawodnikiem Realu, nigdy nie udało mu się zdobyć Copa del Rey, zawsze wymykał mu się z rąk. Dopiero w barwach klubu z Gelsenkirchen poznał smak zwycięstwa w finale krajowego pucharu. 21 maja 2011 r. Schalke wygrało z Duisburgiem 5:0, a po meczu Raul z hiszpańską flagą na ramionach celebrował zwycięstwo, naśladując kroki torreadora – tak jak wielokrotnie to robił w barwach Królewskich. Drugi sezon pobytu w Westfalii rozpoczął od pokonania w meczu o Superpuchar Borussii Dortmund. Do swojej przebogatej kolekcji dołożył więc kolejne trofeum. Na arenie europejskiej dotarł do ćwierćfinału Ligi Europy. Tam miał okazję wrócić do Hiszpanii i zmierzyć się z Athletic Bilbao. W dwumeczu Schalke poległo co prawda 4:6, ale autorem wszystkich trafień dla niemieckiego zespołu był nie kto inny, jak Raul. ,,Przyszedł do Schalke ogromnie zmotywowany, chciał pokazać, że dla niego jest to nowy etap i że jako piłkarz wciąż się liczy. W ciągu dwóch sezonów, jakie spędził w klubie, zawsze widziałem go zmobilizowanego i zaangażowanego. To prawdziwy profesjonalista. Wygrał wszystko z Realem Madryt, ale widać było, że miał wielkie chęci, by doświadczyć czegoś nowego poza Hiszpanią. W Niemczech rozegrał dwa znakomite sezony. Jego pasja zwyciężania jest godna podziwu i ja się nią zaraziłem. To prawdziwy zawodowiec”– wspominał pobyt Raula w Niemczech Sergio Escudero. Po dwóch pięknych latach nastał czas pożegnań. Paradoksalnie to Schalke, w przeciwieństwie do Realu, należycie uhonorowało Hiszpana. Mimo że spędził tu tylko dwa sezony, to żegnano go jak klubową legendę. Na Veltins-Arena zgromadziło się 62 tys. kibiców, żeby oddać hołd piłkarzowi. Señor Raul, jak określali go niemieccy fani, wyszedł na środek stadionu razem z piątką swoich dzieci. Na telebimie wyświetlono wyrazy uznania od kolegów z drużyny, Raul wraz z dziećmi przeszedł dookoła boiska, pozdrawiając publiczność. Fani rzucali kwiaty, szaliki, koszulki, złapał nawet hiszpańską flagę. Żegnano go jak króla. Potem odbył się pożegnalny mecz z jego nową drużyną Al-Sadd, a El Siete rozegrał po jednej połowie w każdej z drużyn. W końcówce strzelił swoje ostatnie dwie bramki w barwach niemieckiego zespołu, aż w końcu na parę minut przed końcem zszedł z boiska, a kibice zgotowali mu wielką owację. ,,Jestem bardzo dumny, że wracam do domu. To były dwa wspaniałe lata, a Schalke zawsze będzie w moim sercu. Choć kawał czasu byłem związany z Realem Madryt, tutaj znalazłem drugi dom, jestem wam dozgonnie wdzięczny”– mówił, dziękując publiczności za piękne pożegnanie. Mimo 35 lat na karku ciągle był głodny nowych wyzwań. Miał w sobie ten sam zapał i iskrę jak wtedy, gdy zaczynał przygodę z poważną piłką. Był wówczas najlepszym strzelcem w historii Ligi Mistrzów i trzykrotnym triumfatorem tych rozgrywek. Nie przybywał jednak z roszczeniami. Nie chciał dla siebie dodatkowych przywilejów. Zamiast luksusowej willi wybrał dom na jednym z osiedli, niedaleko amerykańskiej szkoły i ośrodka treningowego. Przybywał też do Kataru jako ambasador mistrzostw świata, o których organizację się wtedy starano. Swoim doświadczeniem miał pomóc w rozwoju futbolowego szkolenia wśród dzieci i młodzieży. Od razu przyjęto go z wielką sympatią i przekazano opaskę kapitańską. Znowu był inspiracją dla kolegów z drużyny i wielkim kapitanem. Sezon ukoronował zdobyciem tytułu mistrza kraju. Szejkowie byli zachwyceni, a przed jednym z meczów obiecano mu, że jeśli zespół pokona Al-Rayyan – odwiecznego rywala – a on strzeli gola, to dostanie wielbłąda wartego pół miliona euro. Spełniły się oba warunki i wielbłąd należał do niego. To Raul na swoich plecach zaciągnął drużynę do ćwierćfinału Azjatyckiej Ligi Mistrzów i wydatnie pomógł w zdobyciu Pucharu Emira Kataru. Przez cały swój pobyt w Katarze dał się poznać jako wielki profesjonalista, spełnił wszystkie pokładane w nim oczekiwania. Nie tylko trenował i grał, ale sporo swojego czasu poświęcał Akademii Aspire, która miała kształcić przyszłych katarskich reprezentantów. Trener Wojciech Ignatiuk, pracujący w Katarze, w wywiadzie dla Weszło! mówił, że zawsze dawał świetny przykład, nigdy nie powiedział: ej, młody, skocz mi po piłkę, bo grałem w Realu Madryt. Często było na odwrót. Sam podawał ją chłopakowi i mówił: strzelaj, ja popatrzę i postaram się podpowiedzieć. Na trening przychodził pierwszy i wychodził ostatni. Na koniec kariery zaliczył jeszcze przygodę na kontynencie amerykańskim. Podpisał kontrakt z grającym w NASL New York Cosmos. ,,Piłka nożna to zawsze ta sama gra. Te same wymiary bramek i piłka. Oczywiście, że tutaj jest inaczej, ale staram się traktować mój pobyt tutaj jako życiowe doświadczenie. Spędzam czas z kolegami z drużyny i jestem cały czas mocno zaangażowany w projekt Cosmosu – mówił po swoim debiucie w NASL”. W Nowym Jorku też świecił przykładem. Spędził tam ledwie kilka miesięcy, ale pomógł kolegom w wygraniu ligi. 15 listopada zwycięskim meczem o Soccer Bowl zakończył czynną karierę.

Cieniem na jego piłkarskich dokonaniach kładzie się brak sukcesu w reprezentacji. Jego najlepsze czasy przypadły na okres, kiedy Hiszpania grała jak nigdy, a przegrywała jak zawsze. ,,La Furia Roja” pierwszy sukces(mistrzostwo Europy 2008) odniosła, kiedy Raula nie było już w kadrze. Javier Clemente nie zabrał go na Euro 96, choć wielu czyniło mu z tego powodu zarzuty. Młody napastnik wystąpił za to na mistrzostwach Europy U-21, w których dotarł do finału. Tam, w konkursie rzutów karnych przegrali z Włochami, a jednym z tych, którzy się pomylili, był piłkarz Realu. Potem pojechał z kadrą na igrzyska do Atlanty, gdzie przygodę z turniejem zakończyli porażką 0:4 z Argentyną w ćwierćfinale. W dorosłej kadrze zadebiutował 9 października 1996 r. w meczu z Czechami. Zaprezentował się na tyle dobrze, że na stałe się tam zadomowił. W 1998 r. po raz pierwszy zagrał na mistrzostwach świata. Oczekiwano, że to on odwróci los reprezentacji na wielkich imprezach. Turniej był jednak dla Hiszpanów rozczarowaniem, bo mimo zwycięstwa 6:1 nad Bułgarią nie wyszli z grupy. W dużej mierze zaważyły na tym błędy Zubizarrety w przegranym meczu z Nigerią. Na mistrzostwa Europy do Belgii i Holandii, podobnie jak na mundial do Francji, jechał w glorii zwycięzcy Ligi Mistrzów. Każdy chciał zobaczyć go w akcji, mając nadzieję, że zwycięską passę z Realu zdoła przenieść na reprezentację. Po porażce z Norwegami 0:1 do ostatniej chwili musieli walczyć o awans do ćwierćfinału. Tam spotkali się z Francją. Przy stanie 2:1 dla Trójkolorowych sędzia odgwizdał rzut karny. Do piłki podszedł Raul, ale fatalnie przeniósł piłkę nad bramką Bartheza. Był zdruzgotany. Hiszpania odpadła, a cały świat zawalił mu się na głowę. W Korei i Japonii La Roja jak burza przeszła fazę grupową, odnosząc trzy zwycięstwa. W 1/8 finału dopiero po rzutach karnych pokonała Irlandię, a bohaterem meczu był Iker Casillas. Niestety dla Raula mundial skończył się w 80. minucie tamtego spotkania. Odniósł kontuzję i musiał opuścić boisko. Fizjoterapeuci robili, co mogli, ale nie udało im się przywrócić go do pełnej sprawności. Przegrany ćwierćfinał z Koreą obsadą sędziowską oglądał z ławki. Euro w Portugalii w 2004 r. również rozczarowało. Kadra jechała odmłodzona, ale Raul ciągle był jej ważnym ogniwem. Być może przez nieduże doświadczenie niektórych zawodników pechowo przegrali trzeci mecz fazy grupowej z gospodarzami, co oznaczało koniec marzeń o wyjściu z grupy. 21 listopada 2005 r. dość odporny na kontuzje organizm piłkarza nie wytrzymał. W kolanie zatrzeszczało. Raul miał uszkodzoną łąkotkę i częściowo zerwane przednie więzadła krzyżowe. Do mundialu w Niemczech pozostawało niewiele czasu i jego występ na mistrzostwach stanął pod znakiem zapytania. Czekały go miesiące żmudnej rehabilitacji, ale wygrał wyścig z czasem. Brakowało mu nieco ogrania i rytmu meczowego, ale trener Luis Aragonés dotrzymał słowa i włączył do kadry. Pierwszy mecz z Ukrainą przesiedział na ławce. W drugim z Tunezją wszedł dopiero po przerwie. Zdołał jednak strzelić gola i zapisać się w historii – był pierwszym Hiszpanem, który zdobywał bramki na trzech mundialach. Nikt wtedy nawet nie przypuszczał, że było to jego ostatni trafienie dla La Roja. W następnym spotkaniu z Arabią Saudyjską wyszedł już od pierwszych minut. Podobnie było w 1/8 finału z Francją. I podobnie jak na mistrzostwach Europy w 2000 r., dowodzona przez Zinedine’a Zidane’a francuska reprezentacja okazała się za silna. Później wystąpił jeszcze w kilku meczach, ale do Austrii i Szwajcarii Aragonés już go nie zabrał. Nigdy nie zrezygnował z gry w kadrze, nigdy też nie rozegrał pożegnalnego meczu. Starał się grać jak najlepiej, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś założy koszulkę La Furia Roja. Tak się jednak nie stało, mimo że kibice byli po jego stronie i często domagali się powołania. W reprezentacji występował przez 10 lat. Rozegrał w niej 102 spotkania. Strzelił 44 bramki. Nigdy nie zdobył Złotej Piłki, choć w 2001 r. przegrał tylko z Michaelem Owenem. Zawsze jednak podkreślał, że najważniejszy jest zespół. Dziś grywa w meczach legend, komentuje mecze i udziela się w telewizyjnych studiach. Dodatkowo od tego sezonu ponownie jest związany z Realem jako ambasador do spraw instytucjonalnych i ma brać udział w budowie długofalowej wizji klubu. Czy pójdzie w ślady Zidane’a i zostanie trenerem? Ma ku temu wszelkie możliwości. Wszyscy, absolutnie wszyscy, którzy go wspominają, podkreślają wpływ, jaki miał na grę drużyny. Jak wielką wolą walki i ambicją się cechował. Jak znakomitym był kapitanem. Zawsze odnosił się z szacunkiem do rywala. Nigdy nie dostał czerwonej kartki. Zawsze wyróżniał się dobrymi manierami i jeśli przegrywał, doceniał klasę rywala i chwalił jego umiejętności, nawet jeśli to była Barcelona. Nie dostarczył prasie ani jednego skandalu. To człowiek, który jako swoje dodatkowe zainteresowania wymienia działalność charytatywną i odwiedzanie szpitali dziecięcych. Razem z Sanchísem rozwijał pasję łowiectwa. Jeśli chodzi o prowokację, to najdalej posunął się w 1999 r. kiedy po strzeleniu gola na Camp Nou przyłożył palec do ust, chcąc uciszyć fanów Barcelony. Jak pisał Phil Ball w monografii Realu: ,,Był oddanym sługą klubu i uosobieniem idei madridismo. Jego statystyki mówią same za siebie, a historia będzie dość słusznie przedstawiać go jako jednego z najwspanialszych graczy w Hiszpanii. Ideał? Pewnie nie, ale takich jak on dziś jest już coraz mniej. Szkoda.

3

@FCBparasiempre
Kariera ,,Rulo”, jak nazywali Raula koledzy z szatni, zaczynała nabierać rozpędu. Dzięki profesjonalnemu kontraktowi poprawiła się sytuacja finansowa samego zawodnika i jego rodziców. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił im dom w dzielnicy Miraserra, w której więcej było udogodnień i leżała bliżej ośrodka treningowego. Po debiucie, ośmiu miesiącach w drużynie i zdobyciu mistrzostwa był już pewniakiem w składzie. Niestety w sezonie 1995/96 nowy prezydent, tuż po rozpoczęciu rozgrywek, podziękował za współpracę Jorge Valdano. Dla Raula było to wielkie rozczarowanie, a dzień odejścia swojego ulubionego trenera opisywał jako najsmutniejszy w swoim życiu. Zajmując szóste miejsce w lidze, poznał tę gorszą stronę piłkarskiego rzemiosła. Dotąd święcił same triumfy, teraz musiał zmierzyć się z porażkami. To doświadczenie wzmogło w nim głód zwycięstw. Efekty tego można było podziwiać w kolejnym sezonie. Opiekunem drużyny został Fabio Capello, a skład wzmocniono takimi graczami jak: Predrag Mijatović, Davor Šuker, Christian Panucci, Roberto Carlos, Clarence Seedorf czy Bodo Illgner. Mimo takiego natężenia gwiazd młody napastnik zachował miejsce w składzie. Mało tego, był jedną z czołowych postaci w zespole. Tworzyła się drużyna, która miała wreszcie wygrać w Lidze Mistrzów, bo dotąd sukcesy w najważniejszych klubowych rozgrywkach znano w Madrycie tylko z czarno-białych filmów. Wkrótce miało się to zmienić. ,,Przyszedłem do Madrytu rok po jego debiucie w pierwszej drużynie i spotkałem chłopaka, który miał niezwykłą łatwość strzelania goli. Był jeszcze zielony i podczas okresu przygotowawczego my, najstarsi zawodnicy, patrzyliśmy na niego, żeby się przekonać, czy naprawdę ma zadatki na wielkiego piłkarza ale gdy tylko zaczęły się treningi i zagraliśmy pierwsze mecze towarzyskie, zdałem sobie sprawę, że jest to piłkarz(pomimo swego młodego wieku) dojrzały, odporny psychicznie i znakomicie rokujący. U Fabio Capello miał bezdyskusyjne miejsce w składzie. Oprócz umiejętności piłkarskich, powiedziałbym, że był zawodnikiem o wyjątkowej psychice, silnym, wyrazistym i upartym”– wspominał Predrag Mijatović. W tamtym sezonie ostatecznie przekonał do siebie kibiców Realu. Kiedy wchodził do drużyny, wielu z nich było wręcz oburzonych, że na ławkę odsyła się taką legendę jak Emilio Butragueño, a daje się szansę nieopierzonemu młokosowi, który na dodatek przyszedł z drużyny jednego z dwóch największych rywali. Jednak 18 stycznia 1997 w derbowym pojedynku na Estadio Vicente Calderón Raul wymazał swoją przeszłość z Rojiblancos. Dzięki temu meczowi madritistas przywłaszczyli go sobie, a kibice Atlético już tak chętnie nie wspominali. Real pokonał rywali aż 4:1, a Rulo zaliczył dwie asysty i dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Drugą z bramek potwierdził swoje nieprzeciętne umiejętności i do dziś wspomina ją jako jedną z najważniejszych w karierze. ,,Spełniło się moje marzenie, ponieważ zawsze śniłem o tym, by dawać z siebie wszystko i rozegrać na tym stadionie dobry mecz. Bywałem na Calderón jako dziecko i trudno jest wyrazić to, co teraz czuję”– mówił po meczu. Real zakończył sezon na pierwszym miejscu a Raul świętował swój drugi tytuł. W przyszłym sezonie miała się spełnić jego obietnica o wygraniu Ligi Mistrzów w kolorze. Szerszej publiczności El Siete dał się poznać właśnie w meczach Ligi Mistrzów. W 1998 r. Real Madryt po 32 latach przerwy znowu okazał się najlepszą klubową drużyną na kontynencie. Mimo że w lidze rozczarowywali, to w rozgrywkach pucharowych zmieniali się nie do poznania. Przed finałowym spotkaniem z faworyzowanym Juventusem piłkarze Blancos na czele z Hierro, Sanchísem i Raulem, spotkali się w jednym z pokojów, żeby porozmawiać o meczu. Chcieli w ten sposób odpowiednio nastawić się do spotkania, pokonać stres i odnaleźć w sobie siłę potrzebną do pokonania Włochów. Udało się. Raul w wieku niespełna 21 lat dwukrotnie wygrywał ligę, a teraz dołożył do tego triumf w Lidze Mistrzów.

W grudniu Królewscy wybrali się do Tokio, żeby stoczyć bój o Puchar Interkontynentalny z brazylijskim Vasco da Gama. Pojedynek miał wyrównany przebieg, a zawodnicy wyraźnie odczuwali zmianę strefy czasowej. Długo utrzymywał się remis 1:1, ale wreszcie w 83. minucie dał o sobie znać geniusz Raula. Hiszpan przejął długie, kilkudziesięciometrowe podanie od Seedorfa, wykonał jeden zwód, drugi i ośmieszając brazylijską obronę, ustalił wynik meczu. Został bohaterem, uznano go za najlepszego gracza finału. Biegał po boisku i dawał upust radości. Cieszył się też z innego powodu – Hiddink, który był wówczas szkoleniowcem madryckiej drużyny, obiecał, że po zwycięstwie zgoli wąsy. Po 38 latach Real po raz drugi zdobył Puchar Interkontynentalny. W lidze musieli jednak uznać wyższość Barcelony, ale na pocieszenie zostało piłkarzowi zdobycie pierwszego w karierze Trofeo Pichichi dla króla strzelców rozgrywek. W pamięci brytyjskich kibiców zapisał się dzięki świetnemu występowi w pewną kwietniowa noc w 2000 r. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów Real mierzył się z Manchesterem United. Po bezbramkowym remisie w Madrycie mało kto dawał szansę Królewskim w starciu z obrońcami tytułu. Blancos mieli jednak w składzie dwóch zawodników, którzy przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Raul razem z Fernando Redondo rozegrali fenomenalne zawody i poprowadzili zespół do zwycięstwa 3:2, a ich akcjami długo się zachwycano. Wtedy to Argentyńczyk w taki sposób wykiwał byłego trenera Legii – Henninga Berga, że zwód ten musi śnić mu się nadal po nocach. Dwa miesiące później Raul strzelił trzeciego gola w finale z Valencią, zapewniając swojemu ukochanemu klubowi ósmy Puchar Europy. Bramkę zadedykował swojemu synowi Jorge, o którym mówił po meczu, że jest najwspanialszym i najpiękniejszym, co spotkało go w życiu. Do końcowego triumfu dorzucił zwycięstwo w klasyfikacji najlepszych strzelców, zdobywając 10 goli w 15 meczach. Wraz z wyborami prezydenta klubu, które odbyły się niedługo po zwycięskim finale w Paryżu, w Realu skończyła się pewna epoka. Zaczęła się natomiast nowa era – Florentino Pérez i jego Galácticos. Zapewniał, że w klubie będą grać najlepsi piłkarze na świecie, a jedną z jego przedwyborczych obietnic było sprowadzenie z Barcelony Luísa Figo. ,,Kiedy przyszedłem do Realu Madryt, nie było mi łatwo. Raul sprawił, że wszystko stało się dla mnie prostsze. Pomógł mi poznać wartości klubu i otoczenie, nauczył tego, co trzeba wiedzieć, żeby na poważnie rozpocząć przygodę w takiej instytucji jak Real Madryt. W ten sposób zawiązała się między nami wielka przyjaźń, która naturalnie miała wpływ na naszą grę. Raul był moim współlokatorem podczas zgrupowań, a to bardzo zacieśnia więzi. Spędziliśmy razem wiele godzin: rozmawialiśmy o futbolu, o codziennych sprawach, o wszystkim…”– opisywał swoje początki w Madrycie Luís Figo. Pierwszy sezon prezydentury Péreza zespół ukończył na pierwszym miejscu w lidze. Raul po raz drugi był najlepszym strzelcem, zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w Primera División. Wkrótce w klubie pojawił się kolejny galaktyczny – Zinédine Zidane. W 2002 r. Real obchodził stulecie istnienia. Finał Copa del Rey z Deportivo La Coruña odbył się dokładnie w rocznicę założenia klubu. Raul nie zdołał poprowadzić drużyny do zwycięstwa, a jego gol zmniejszył tylko rozmiary porażki. Królewscy przegrali 1:2. Porażka widocznie podziałała na zespół mobilizująco, bo mimo że w lidze wiodło się różnie, to w europejskich pucharach znów grali koncertowo. W półfinale Ligi Mistrzów odprawili w dwumeczu 3:1 Barcelonę, a w finale po bramkach Raula i Zidane’a zwyciężyli 2:1 i mogli świętować zdobycie dziewiątego Pucharu Europy. W trakcie dekoracji kapitan zespołu Hierro wraz z Raulem ustawili się na końcu kolejki po medale. Przed wzniesieniem pucharu w górę, Hierro poprosił młodszego kolegę, żeby zrobili to wspólnie. Ze względu na wkład, jaki w sukcesy klubu wniósł Raul, nadano mu przydomek Mister Champions. Zdobyty na stulecie klubu Puchar Europy był jednak ostatnim w karierze El Siete. Wkrótce zaczęły się zmiany w klubie. Po przyjściu Ronaldo, z drużyną pożegnał się jeden z najbliższych kolegów Raula – Fernando Morientes. Po zdobyciu czwartego tytułu mistrza kraju w karierze Raul musiał pogodzić się z odejściem kolejnego przyjaciela – zespół opuścił Fernando Hierro, a dodatkowo podziękowano trenerowi del Bosque.

Zaczął się okres, w którym Real rozczarowywał. Coś zaczęło się psuć. Również sam Raul nie grał najlepiej. Po kolejnym fatalnym sezonie bez żadnego trofeum Pérez podał się do dymisji. Nowe wybory wygrał Ramón Calderón, a dyrektorem sportowym został Predrag Mijatović. Odeszli Ronaldo i Beckham, wprowadzono plan naprawczy i odmłodzono drużynę. Raul, który po odejściu Hierro przejął opaskę kapitańską, był stawiany za wzór młodym zawodnikom. Wspólnie z Ruudem van Nistelrooy’em przewodził historycznej remontadzie w lidze. Rok później, w sezonie 2007/08 obronili tytuł, który dla Raula był szóstym i ostatnim. Wkrótce Ramón Calderón ustąpił ze stanowiska, a niedługo potem stery w klubie ponownie przejął Florentino Pérez. Kiedy do klubu przyszli Kaká, Cristiano Ronaldo czy Karim Benzema zaczęło się robić coraz ciaśniej w ataku. Tym bardziej, że dobrze spisywał się też Gonzalo Higuaín. Raul nie miał zamiaru się jednak poddawać, ale nie oszczędzały go kontuzje. Real przegrał w 1/16 Copa del Rey z trzecioligowym Alcorcón a w Lidze Mistrzów już piąty rok z rzędu odpadł w 1/8 finału. W lidze natomiast rządziła FC Barcelona Pepa Guardioli. To, co parę lat wcześniej wydawało się kompletnie niemożliwe, stawało się faktem. Czas Raula w Madrycie dobiegał końca. Kiedy 24 kwietnia 2010 wyszedł na murawę stadionu La Romareda, na którym debiutował jako 17-latek, tylko on wiedział, że jest to jego ostatnie ligowe spotkanie. Dał z siebie wszystko i strzelił gola, ale celebrując go, okazywał jednocześnie złość i satysfakcję. W kolejnym sezonie opiekę nad zespołem przejął José Mourinho. Portugalczyk chciał zatrzymać w zespole klubową legendę. Przekonywał go, że będzie mieć miejsce w składzie i zapewniał, że chce liczyć na pomoc wychowanków, którzy mają być wzorem dla innych. Raul nie chciał być statystą. W ostatnim sezonie grywał mało, a chciał znów być pierwszoplanowym bohaterem. Widział go u siebie Alex Ferguson, ale do transferu jednak nie doszło. Miał jeszcze ważny kontrakt. Rozwiązał go jednak za porozumieniem stron i zdecydował, że spróbuje sił w lidze niemieckiej. Spędził w Madrycie 16 sezonów. Jak podaje oficjalna strona klubu rozegrał 741 meczów i strzelił 323 bramki. Nikt nie zakładał białej, madryckiej koszulki częściej niż on. ,,Był wielkim kapitanem. kiedy pełniłem funkcję dyrektora generalnego, on był ważnym zawodnikiem w drużynie i bardzo nam pomógł w realizacji naszych pomysłów. Chcieliśmy zbudować grupę i drużynę. Trzeba było dokonać wielu zmian i sprowadzić nowych piłkarzy. Raul zawsze starał się pomóc i aktywnie uczestniczył w spotkaniach, podczas których należało rozwiązać określone problemy. Wspierał mnie w zarządzaniu zespołem, ponieważ koledzy bardzo go szanowali. Przedłużaliśmy z nim kontrakt, jako że chcieliśmy, aby został w Realu Madryt do końca swojej kariery. Później my odeszliśmy i stało się to, o czym wszyscy wiedzą. Chcieliśmy, żeby wielki kapitan i wielki piłkarz, który wszedł już do historii klubu, zakończył karierę w Realu Madryt ale cóż, nie było to możliwe”– wspominał Mijatović. Podczas oficjalnego pożegnania Raul wyraźnie nie czuł się komfortowo. Jego wzrok błądził po podłodze, trudno się dziwić, bo przecież nie był przyzwyczajony do takich uroczystości. Dużo lepiej czuł się tam na dole, na boisku. Florentino Pérez w pożegnalnej przemowie stawiał go za wzór, mówił, że uosabia on wszystkie wartości Realu Madryt, zarówno na boisku, jak i poza nim. Podkreślał jego ciężką pracę, ambicję i wolę zwyciężania. Zakończył słowami: ,,Gdziekolwiek będziesz, koszulka Realu Madryt będzie zawsze twoją koszulką. Bernabéu będzie twoim domem. Nie zapomnimy cię”. Raul stał obok i z trudem powstrzymywał łzy. Kiedy Pérez skończył, przyszła kolej na Rulo. Dziękował działaczom, kolegom z drużyny, trenerom i pracownikom klubu, rywalom, prasie, Jorge Valdano za pierwszą daną szansę oraz oczywiście milionom kibiców i swojej rodzinie. Zapewnił też wszystkich, że zawsze starał się z siebie dawać wszystko. Zszedł na murawę i skierował się ku południowej trybunie, gdzie zgromadziła się garstka kibiców, żeby go pożegnać i podziękował im za ich obecność w tym szczególnym dla niego dniu. Christoph Metzelder namówił go na Schalke. Niemiec też przeniósł się do tego klubu. W Gelsenkirchen wiązano z przyjściem Hiszpana duże nadzieje. Oczywiście nie mógł otrzymać innej koszulki niż ta z numerem 7. Podczas powitania na Veltins-Arena Felix Magath, który bardzo nalegał na transfer, powitał go słowami: ,,To wspaniała wiadomość dla Schalke 04, że udało się sprowadzić wyjątkowego piłkarza, napastnika światowej klasy, który zainspiruje grę naszej drużyny w Bundeslidze”. Raul od początku zaczął spełniać pokładane w nim nadzieje. Podpisując dwuletni kontrakt, chciał pokazać światu, że wciąż jest wartościowym zawodnikiem. Już w pierwszym meczu w letnim turnieju Liga Total Cup strzelił dwa gole Bayernowi.

8

@FCBparasiempre
27 czerwca 1977 r. w Madrycie urodził się Raul Gonzalez Blanco. Podczas całej kariery nie otrzymał czerwonej kartki. Zawsze odnosił się do rywali z szacunkiem. Był wzorem profesjonalisty. Nigdy nie odpuszczał – ani na treningach, ani w spotkaniach – bez względu na ich rangę. Jako kapitan zawsze stał murem za swoimi kolegami. Stanowił prawdziwy wzór do naśladowania dla wszystkich młodych zawodników – zarówno na boisku, jak i poza nim. Po zdobytym golu zawsze całował obrączkę. El Siete, El Ángel de Madrid, czyli Raul Gonzalez Blanco – symbol madryckiego Realu z przełomu wieków. Kiedy król Hiszpanii pojawiał się meczu piłki nożnej, musiało to być wyjątkowe spotkanie. Tak było choćby w 1992 r. w Barcelonie, kiedy to w finałowym pojedynku turnieju olimpijskiego oglądał zwycięstwo hiszpańskich zawodników nad Polakami. Zupełnie inne okoliczności miał mecz, na który Juan Carlos I wybrał się 22 sierpnia 2013 r. Wtedy to na Estadio Santiago Bernabéu Real zagrał z katarskim Al-Sadd. Spotkanie to rozegrano w ramach 35. edycji Trofeo Santiago Bernabéu. Ponad 85 tys. kibiców, a także sam król przybyli jednak na stadion z innego powodu. To właśnie wtedy po raz ostatni koszulkę Królewskich założył jeden z największych symboli madryckiego zespołu – Raul Gonzalez Blanco. Mecz pożegnalny zorganizowano dopiero po trzech latach od odejścia El Siete z Madrytu. Mnie osobiście jako sympatykowi Realu i wielbicielowi talentu Raula nie podobały się okoliczności, w jakich odchodził z klubu. Taka legenda powinna zostać należycie uhonorowana. Owszem, zorganizowano oficjalne pożegnanie, ale w upalny poniedziałek 27 lipca na stadionie zgromadziło się ledwie 300 osób, były przemówienia, były łzy i uściski. Już następnego dnia koszulkę z numerem 7 oddano Cristiano Ronaldo. Zresztą nie tylko Raul odchodził z klubu w nie najlepszej atmosferze, gdyż podobnie było z Gutim, Hierro czy del Bosque. Dobrze więc, że po paru latach zdecydowano się oddać należny mu hołd. Przed rozpoczęciem spotkania, w loży honorowej król Juan Carlos I serdecznie objął piłkarza, mocno go uściskał i powiedział do ucha kilka ciepłych słów. Sam fakt, że monarcha pofatygował się na stadion potwierdza to, jak ważnym człowiekiem dla Madrytu był Raul. Zawodnik otrzymał replikę fontanny Cibeles, na którą wielokrotnie sam się wspinał, by świętować zdobycie kolejnych trofeów. Jedną połowę rozegrał w barwach Realu, drugą w barwach drużyny z Kataru. Znowu założył białą koszulkę z numerem 7, którą na tę okazję odstąpił mu Cristiano Ronaldo. Przed pierwszym gwizdkiem inny symbol Realu – Iker Casillas przekazał El Siete opaskę kapitańską. Napastnik zademonstrował wszystkie swoje atuty. Biegał po całym boisku, pokazywał, że nadal ma niebywałą siłę i charakter, a swoją energią zarażał partnerów z drużyny. W 22. minucie meczu po podaniu od Ángela Di Maríi popędził w stronę bramki i pewnym strzałem pokonał bramkarza, wprawiając w zachwyt zgromadzonych na trybunach kibiców. Znów mógł ucałować obrączkę, znów mógł wskazać ku niebu i znów mógł podbiec do jednej z band i w energicznym wyskoku wskazać palcami swoje imię na plecach. To był jego ostatni gol dla Królewskich. Zanim jednak zaczął strzelać bramki dla Realu, pierwsze kroki stawiał w małym klubie z południowej części Madrytu. Jego pierwszą szkołą była rodzinna dzielnica i to tutaj zdobywał pierwsze piłkarskie szlify. Od małego uwagę miał wątłą posturę. Trudno było wtedy przypuszczać, że ten drobny chłopiec będzie rywalizował z najlepszymi na świecie. Największym atutem Raula była psychika i modne dzisiaj cechy wolicjonalne. Był inteligentny, wrażliwy i pełen pasji, a jednocześnie niesamowicie wytrwały i waleczny. W wieku 11 lat zaczął się wyróżniać w się w San Cristóbal de los Ángeles. Żeby jednak grać w juniorskiej drużynie Sancris, musiał sfałszować swoje dane i założyć okulary, żeby wyglądać na starszego. W tamtym czasie pomiędzy klubami z południowej części stolicy a Atlético Madryt obowiązywała umowa o współpracy. Wyróżniający się, utalentowani chłopcy, mieli otwartą drogę, żeby spróbować swoich sił w klubie z Estadio Vicente Calderón. Zdolny chłopak zwracał na siebie uwagę skautów trzech madryckich klubów – Realu, Rayo i właśnie Atlético. Ojciec, który był zapalonym kibicem Los Rojiblancos, często zabierał syna na mecze ukochanej drużyny. Między innymi dzięki temu rywalizację o młokosa wygrał klub, którym rządził wtedy Jesús Gil y Gil. Kiedy razem z ojcem pojawili się na Estadio Vicente Calderón, trener drużyny juniorów Francisco de Paula zapewnił Raula, że będzie nosił opaskę kapitana. Było to dla niego bardzo ważne, bo oczekiwał gwarancji odgrywania głównej roli w zespole.

Zawsze pragnął być pierwszoplanowym bohaterem – nigdy nie chciał być statystą. W trakcie tych pierwszych rozmów poprosił, żeby go przesunąć do wyższej kategorii wiekowej, bo wiedział, że poradzi sobie wśród starszych kolegów. Na transferze chłopaka skorzystał też jego pierwszy klub, który Atlético zaopatrzyło w piłki. W swoim pierwszym sezonie w juniorach stołecznego klubu strzelił 65 bramek. Atlético miażdżyło rywali, strzelając 308 goli i tracąc przy tym jednego. Nazwisko chłopaka, który potrafił w jednym meczu ośmiokrotnie pokonać bramkarza rywali, ciągle musiało być zaznaczone na czerwono w notesach skatów Realu. W wieku 14 lat zaczęto coraz częściej o nim pisać. Zwracano uwagę, że juniorzy Rojiblancos potrafią stawić czoła swoim największym rywalom zza miedzy. W madryckim finale przegrali co prawda 2:3, ale w finałowych rozgrywkach o mistrzostwo Hiszpanii, które rozgrywano na Teneryfie, nie było już na nich mocnych. Kiedy juniorzy zdobywali tytuł, seniorzy w finale Copa del Rey zwyciężyli Real Madryt. Atlético było jedną z czołowych drużyn w kraju, a w zespołach młodzieżowych widać było następców pierwszego zespołu. Wystarczyło tylko niczego nie popsuć, żeby cieszyć z dalszych sukcesów. Niestety polityka prezydenta klubu nie zawsze była rozsądna. ,,Jesús Gil, jakby to powiedzieć, w zarządzaniu Atlético był dość impulsywny. Nagle przychodził mu do głowy jakiś pomysł i nie było zmiłuj. Trzeba było wszystko zatrzymać, żeby go zrealizować. Później stawał się tym pomysłem rozczarowany i go porzucał”– opisywał działania Gila dziennikarz José Miguélez. Podobnie było z decyzją o zlikwidowaniu drużyn młodzieżowych i klubowej szkółki. Rozczarowany formą jednego z juniorów, na którego wyłożył spore pieniądze, stwierdził, że kategorie juniorskie nie są mu potrzebne. Młodzi zawodnicy zostali na lodzie i musieli radzić sobie sami. Wśród nich był też Raul. Wieść o decyzji włodarza szybko się rozeszła i natychmiast w klubie pojawił się Estaban Alenda – człowiek, który chciał sfinansować działanie akademii z własnej kieszeni, choćby w minimalnej formie. Wtedy jednak jeden z najbardziej obiecujących hiszpańskich piłkarzy rozmawiał już z Realem. 24 lipca 1992 r. Raul razem z ojcem Pedro podpisali rezygnację z gry w Atlético, jednocześnie przedstawiając dokument w madryckiej federacji, żeby oficjalnie potwierdzić, że chłopak jest wolny i może zmienić klub. Oferta od Królewskich przyszła w najlepszym momencie. Chłopak przez tydzień nie miał gdzie trenować i wtedy właśnie do akcji wkroczyli dyrektor szkółki Realu Ramón Martínez, skaut Paco de Gracia i koordynator drużyn juniorskich Vicente del Bosque. Raul, żeby się rozwijać, musiał grać w piłkę. Futbol był dla niego priorytetem. Czuł, że jeśli chce coś w tej dyscyplinie osiągnąć, to musi związać się z Realem. Jako 15-latek dołączył do drużyny Cadete A. Na treningi i mecze przychodzili nie tylko rodzice i trenerzy, ale także inne dzieci, które chciały podziwiać tego utalentowanego chłopaka. Raporty, które regularnie trafiały na biurka najważniejszych osób w klubie, nie pozostawiały wątpliwości, że w szkółce mają prawdziwy diament. Często mówiono o nim więcej niż o niektórych zawodnikach z pierwszej drużyny. Wszyscy z niecierpliwością czekali na moment, w którym zadebiutuje w seniorskim zespole. Vicente del Bosque z innymi trenerami bardzo ostrożnie kierowali rozwojem chłopaka. Po sezonie spędzonym w Cadete A, w którym strzelił 59 bramek, został przeniesiony do zespołu Juvenil A, pod opiekę Lusia Palermo. Grywał też w Juvenil B, ale wkrótce okazało się, że obie te kategorie wiekowe są dla niego niewystarczające. Znowu wszystkich przewyższał umiejętnościami. Tymczasem Atlético ciągle nie mogło sobie darować, że straciło taki talent. Klub reaktywował drużyny juniorskie i postanowił odzyskać młodzieńca. Miguel Ángel Gil Marín zaczął od rozmowy z ojcem chłopca. Zapewniał go, że jeśli Raul wróci do Rojiblancos, to będzie grał zawsze. Proponował im wypożyczanie go do Cádiz, które grało wtedy w Segunda División B. Klub obiecywał pokryć oczywiście wszystkie wydatki rodziny, a nawet proponował ojcu pracę w posiadłości Valdeolivas, będącą własnością rodziny Gil. Real Madryt zaczął działać. Ramón Martínez przykładał do Raula taką samą wagę jak do wielkich transferów. Chłopak musiał poczuć, że jest przed nim świetlana przyszłość w drużynie. Razem z ojcem zaproszono go na spotkanie na Estadio Santiago Bernabéu, które miało rozwiać wszelkie wątpliwości. Raul miał ich wtedy niemało. Kiedy wszedł do gabinetu, zobaczył, że na spotkaniu obecny jest też trener pierwszego zespołu – Jorge Valdano. Był miły i przekonujący, zwracał się do chłopaka jak do przyjaciela. Zapewniał, że niedługo spotkają się w pierwszej drużynie. ,Przekazałem mu, że ma wielkie szanse, by odnieść sukces i że w ciągu najpóźniej dwóch lat będzie zawodnikiem pierwszej drużyny. Potem gryzło mnie sumienie, ponieważ takie rzeczy trudno jest przewidzieć ale trzeba go było jakoś przekonać. Nie wyszedłem, dopóki mnie nie zapewnił, że zostanie w Realu Madryt. Cztery miesiące później miał już na sobie koszulkę pierwszego zespołu”– wspomniał tamto spotkanie Jorge Valdano.

Raul zdecydował się związać swoją przyszłość z Królewskimi. 14 lipca 1994 r. podpisał czteroletni kontrakt, a nadchodzący sezon miał być punktem zwrotnym w jego karierze. Rozgrywki rozpoczął w Segunda División B, w drużynie prowadzonej przez José Antonio Grande. ,,Pod moim okiem przeszedł do drużyny występującej w Segunda División B, ale nie grał tam dłużej niż dwa miesiące. Przepracował okres przygotowawczy i cały wrzesień a w październiku Jorge Valdano zabrał go do pierwszego zespołu. Był piłkarzem kompletnym, niezwykle zdolnym, jednym z tych, u których od razu widać, że grać nauczyli się na ulicy”– wspominał José Antonio Grande. W tamtym sezonie wprowadzano w życie pomysł Valdano, który zakładał powoływanie wychowanków na wspólne treningi z pierwszym zespołem i mecze towarzyskie rozgrywane w środku tygodnia. Oprócz Raula możliwość trenowania z seniorami mieli też Guti czy Álvaro Benito. W swoim pierwszym meczu towarzyskim z Oviedo Raul wszedł na boisko po przerwie i popisał się bramką strzeloną krzyżakiem. Jak zwykle uwagę zwracała jego pewność siebie i ambicja. Po powrocie do Segunda B, trener Rafa Benítez powołał go do drużyny Castilli. W Segunda División rozegrał jednak tylko jedno spotkanie. Jorge Valdano ciągle miał go na oku. Wprowadzając go do drużyny, chciał ożywić nieco zespół i pokazać zawodnikom, że nie mogą spocząć na laurach. Zabrał Raula do Niemiec na spotkanie z Karlsruher SC i wpuścił na ostanie pół godziny. To wtedy zdecydował, że da mu szansę oficjalnego debiutu w lidze. Przed występem na La Romareda z Saragossą Raul odbył jeszcze trzy treningi z pierwszą drużyną. Po ostatnim Valdano oznajmił mu, że zagra w najbliższym meczu. ,,Powiem ci to na osobności, żebyś nie zemdlał przy swoich kolegach, kiedy to ogłoszę: jedziesz do Saragossy”. ,,El Siete” wyszedł szczęśliwy i uskrzydlony, ale nie dawał nic po sobie poznać. Potraktował to jako wielkie wyzwanie i nie chciał zawieść trenera, który tak bardzo w niego wierzył. Po powrocie do domu zasiadł z rodzicami do obiadu. Kiedy matka podała mu zupę, Raul ze stoickim spokojem poinformował, że zadebiutuje w pierwszej drużynie. Ojciec o mało się nie udławił. Jego syn miał zająć miejsce wielkiego Emilio Butragueño. Na konferencji prasowej Valdano mówił, że Raul go zachwyca i że każdy, kto chce razem z nim zawojować świat, dostanie swoją szansę. Zdjął też trochę presji z zawodnika, mówiąc, żeby dobrze się bawił i żeby nie wychodził na boisko z myślą, że koniecznie trzeba wygrać i strzelić gola. Sam piłkarz też pojawił się przed dziennikarzami, którym zaimponował opanowaniem: ,,Nie boję się tego wyzwania, będę spał spokojnie. Moją drużyną jest ta występująca w Segunda B i kiedy do niej wrócę, będzie jak dawniej. Postaram się zagrać tak, jakby to był tylko kolejny mecz”– mówił. Do Segunda B już jednak nie wrócił. W debiucie nie poszło mu co prawda najlepiej, ale miał kilka znakomitych sytuacji. Real przegrał 2:3, a Raul nie mógł ukryć wściekłości z powodu zaprzepaszczonych szans, choć zaliczył asystę przy golu Zamorano. Pocieszali go koledzy i trenerzy, ale na niewiele się to zdało. W młodym zawodniku narastała chęć do rewanżu. Valdano rozmawiał z nim w środku tygodnia, chcąc podnieść jego morale. Szkoleniowiec postanowił dać mu szansę też w kolejnym meczu, w którym Real mierzył się z Atlético. 5 listopada Raul po raz pierwszy wyszedł na boisko Estadio Santiago Bernabéu w białej koszulce z numerem 7 na plecach. Spojrzał na trybuny, starając się ogarnąć wzrokiem wszystkich zgromadzonych fanów. W tunelu Rafael Alkorta powiedział mu, żeby był spokojny, bo musi zagrać tylko tak, jak w Saragossie. Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 4:2. El Siete wywalczył najpierw karnego, którego na bramkę zamienił Míchel, potem asystował przy trafieniu Zamorano. Wreszcie w 36. minucie po podaniu Michaela Laudrupa, Raul perfekcyjnie uderzył z pierwszej piłki, kierując futbolówkę prosto pod poprzeczkę. Popędził ile sił w nogach w kierunku ławki rezerwowych, gdzie wyściskał się ze swoim przyjacielem Danim. Wszyscy mu gratulowali, Valdano wstał z ławki i bił brawo.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?