0

@tristan87 No i to mnie szokuje! Gdyż od tej czeszki była zdecydowanie lepsza a co się porobiło dzisiaj??
Czyżby tylko dzisiaj akurat była gorsza? Tylko jak to wytłumaczyć?

1

Nie no nie wierze! Wchodze na sport.tvp.pl a tam piszą że 19-latka wyrzuciła Ige z turnieju!? No jakim prawem!? Jestem w szoku! Igunia nasza kochana, co to się ponawyrabiało???

9

Premierowy mecz Barçy o punkty:

20 stycznia 1901 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w swojej historii mecz o stawke. Działo się to na Camp del Hotel Casanovas w Barcelonie, gdzie Blaugrana niestety uległa nieistniejącemu już lokalnemu rywalowi Hispania AC 1:2 w premierowych rozgrywkach o Puchar Macaya. Historycznego a zarazem honorowego gola dla Blaugrany strzelił Szkot George Guirvan. Pierwszym triumfatorem Pucharu Macaya został Hispania Athletic Club, który wyprzedził FC Barcelone o 2 punkty. Na pocieszenie pierwszym królem strzelców Copa Macaya został legendarny Joan Gamper z 31 golami.


@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

1

@Mixtape Służe uprzejmie :)
Copa America to mój konik...

4

@Mixtape Kluczowe były warunki klimatyczne. Pozwól że przypomne tobie historie tamtego turnieju:
10 marca 1963 r. Boliwia remisuje z Ekwadorem 4:4 na Estadio Hernan Siles w La Paz. Tym samym rozpoczyna się 28 edycja Copa America. Po raz pierwszy w historii uczestników turnieju gościła Boliwia. Nigdy wcześniej piłkarze z nizin nad La Platy nie występowali na wysokościach tak podniebnych. Stolica Boliwii nazywana ,,Dachem Ameryki” leży bowiem 3600 metrów nad poziomem morza. Rozrzedzone powietrze powodujące odczuwalny niedobór tlenu oraz inne klimatyczne problemy stawiały przed organizmami zawodników wymagania, którym słabsi fizycznie nie mogli sprostać. Owe specyficzne warunki dla odmiany faworyzowały gospodarzy oraz do pewnego stopnia także obytych z wysokogórską specyfiką- Peruwiańczyków. Główną areną imprezy był stołeczny Estadio Hernan Siles, jednak organizatorzy, uwzględniając argumenty drużyn przyjezdnych, większość spotkań przenieśli na jeszcze pojemniejszy Estadio Felix Capriles w miejscowości Cochabamba, położonej nieco niżej niż La Paz. Nieobecność Urugwaju, trzeciorzędna ekipa Brazylii(najlepsi jej piłkarze akurat szykowali się do wielkiego tournée po Europie), pokoleniowa zmiana w drużynie Peru, wreszcie personalna rewolucja w kadrze Argentyny- wszystko to stwarzało gospodarzom wręcz życiową szanse. Trzeba przyznać iż bodaj nigdy wcześniej turniej tej rangi nie był, w skutek powyższych okoliczności, obsadzony tak słabo. Toteż Boliwia przygotowywała się do niego niezwykle starannie. Poświęcono temu wszystkie możliwe środki, zapewniając ekipie idealne warunki. Czuli oni ogromną społeczną presje, lecz owe wygórowane oczekiwania okazały się czymś w rodzaju wiatru w żagle. Poczucie odpowiedzialności za wynik nie paraliżowało ich, wprost przeciwnie, wyzwoliło wszelkie rezerwy, dopingując do największych poświęceń. Zresztą pod tym względem boliwijscy górale zawsze stali wysoko. Ambicją, bitnością, wolą walki dorównywali niemal samym Paragwajczykom. Było też jasne że w niebywale trudnych warunkach klimatycznych wydolność ich organizmów pozwoli na ,,zabieganie” przeciwnika. Ich asem atutowy, idolem absolutnym, wręcz bohaterem narodowym był nieodmiennie, już od końca lat 40-tych, Victor Agustin Ugarte, z pochodzenia Indianin, który w czasie turnieju miał… 37 lat! Niewysoki, silny fizycznie, w odróżnieniu od bitnych, twardych lecz nieco topornych kolegów był przede wszystkim niezrównanym technikiem. Jego dryblingi, sposób panowania nad piłką czy imponujący repertuar zwodów, nasuwały porównanie z największymi artystami piłki z Brazylii, Urugwaju czy Argentyny. Nie ustępował im niczym. Na początku lat 60-tych pojawił się wreszcie w Boliwii godny partner Ugarte. Nie był wprawdzie technikiem tak finezyjnym ale potrafił wiele. Występował na prawym skrzydle, lecz z upodobaniem zmieniał pozycje, często przechodząc do środka. Strzelał ostro i kąśliwie, w najmniej spodziewanych momentach. Ten groźny napastnik nazywał się Ramiro Blacutt i miał już za sobą doświadczenie zdobyte w argentyńskim Ferro Carril Oeste. Wraz z Blacuttem w tymże Ferro grali jeszcze twardy jak skała Wilfredo Camacho oraz często w charakterze rezerwowego de Lorenzo. Boliwijczycy szukali wzorów do naśladowania właśnie u potężnego sąsiada. Argentyńscy zawodnicy byli gwiazdorami klubów z La Paz i Cochabamba a niektórzy z nich po pewnym czasie przyjęli nawet obywatelstwo boliwijskie, nabywając tym samym praw do występów w drużynie narodowej. Taki status uzyskali obrońcy Cainzo i Eduardo Espinoza oraz pomocnik Vargas. Odsiecz ta bardzo wzmocniła linie defensywne i chociaż wspomniana trójka z pewnością nie reprezentowała klasy światowej, lecz jej doświadczenie i obycie przydało całemu zespołowi wiele solidności i pewności siebie. Spośród uczestników turnieju zupełnie nie liczyła się Kolumbia. Tylko kompletnie osamotniony Gamboa przeprowadzał błyskotliwe indywidualne akcje. Nieco lepiej wypadł Ekwador, lecz pozbawiony swego asa atutowego Alberto Spencera, nie mógł zwojować zbyt wiele. Jednak to Ekwadorczyk Carlos Raffo dosyć nieoczekiwanie wywalczył tytuł króla strzelców imprezy z 6 golami. Z kolei Peru zmieniało skóre. Odeszli niemal wszyscy wybitni piłkarze dawnej generacji,, traktujących futbol jako beztroską , cudowną zabawę. Dopiero wyrastało pokolenie nowe, o innej mentalności. Nazwiska takich piłkarzy jak Rubinos, Campos, Leon czy Gallardo miał poznać futbolowy świat po kilku następnych latach , kiedy dojrzały fantastyczne talenty młodej generacji: Cubillas, Sotil, Challe, Baylon czy Ramirez. Natomiast nad podziw udany okazał się powrót Paragwaju do kontynentalnej elity. ,,Guarani” przywieźli zespół jak zwykle bojowy i nieprzytomnie ambitny, który znakomicie znosił trudne warunki klimatyczne, kondycyjnie wytrzymując wszystkie mecze do ostatniego gwizdka. Paragwajczycy urwali punkt faworyzowanej Argentynie, ulegli tylko gospodarzom a w przekroju całego turnieju stracili najmniej goli. W obronie bez zarzutu spisywali się Antonio Insfran i Vicente Bobadilla, zaś w ataku wielkie wrażenie wywarł głownie Eladio Zarate, potężne, wysokie chłopisko, poruszające się wszakże z gracją baletnicy. Zdobył wprawdzie tylko 3 gole ale widać było że gra świetnie głową i ma zadatki na snajpera wyborowego. Wiedząc że Brazylia sprawdza swoje głębokie rezerwy, również kierownictwo ekipy argentyńskiej postanowiło poddać próbie całą grupe młodych, obiecujących piłkarzy. Legendarny piłkarz a wówczas trener Nestor Rossi, zebrał naprawdę zdolnych młokosów. Do ciekawych postaci należał bramkarz Edgardo Andrada, prawoskrzydłowy Raul Bernao czy wreszcie szczupły napastnik Cesar Luis Menotti, bardzo inteligentny o silnej osobowości. Jednak to było za mało by rywalizować o miano mistrza Ameriki Południowej i w efekcie Argentyna zajęła dopiero 3 miejsce. Losy turnieju przesądził właśnie mecz gospodarzy z Argentyną w La Paz. Boliwijscy górale nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa, chociaż wygrali 3:2 po zaciętej walce. O dziwo Albicelestes dobrze znieśli klimatyczne niedogodności, toteż zażarty, wyrównany bój trwał do końcowego gwizdka. Ponad 20 tys. fanatycznych kibiców ryczało tak przeraźliwie że ich krzyk zdawał się wprawiać w drżenie szczyty okolicznych gór. Ten szaleńczy doping nie pozostał bez wpływu na wynik spotkania. ,,Mieliśmy wrażenie że w przypadku wygranej nie uszlibyśmy cało ze stadionu”- komentował argentyński napastnik Savoy. Decydujący gol padł w okolicznościach, które wzbudziły protesty gości. Blacutt został sfaulowany na polu bramkowym. Rzut karny obronił Andrada w iście kocim stylu, wybijając piłke na korner, po czym utonął w ramionach kolegów, przyjmując gratulacje za ten wyczyn. Tym czasem Boliwijczycy bez chwili zwłoki wykonali rzut rożny i korzystając z zamieszania, Camacho strzelił gola. Swój ostateczny sukces Boliwia przypieczętowała pare dni później w Cochabamba, pokonując Brazylie 5:4! Niebywała euforia ogarnęła stadion, miasto i cały kraj. Bohaterów zniesiono z boiska na ramionach. Prezydent republiki, Victor Paz Estenssoro osobiście pojawił się w szatni, ściskając po kolei wszystkich piłkarzy. Na wniosek rządu minister edukacji wypłacił każdemu zawodnikowi po 10 milionów pesos, zaś dwie postaci najbardziej zasłużone uhonorował najwyższym odznaczeniem państwowym: orderem Andyjskiego Kondora. Zaszczytu tego dostąpili prezes federacji futbolowej Roberto Prada oraz największy piłkarz Boliwii w dziejach- Victor Agustin Ugarte. Doprawdy, trudno o godniejsze zakończenie, wieloletniej, wspaniałej kariery. Długo jeszcze szczęśliwa Boliwia napawała się tym jedynym w historii triumfem. Nie ma się co dziwić, w końcu Boliwia poza swoim terytorium jest piłkarskim outsajderem i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zdobędzie jeszcze to trofeum…

0

@Roobo Ale że Guardiola o czymś takim się wypowiedział to aż nie do wiary?

9

Żywe legendy włoskiego futbolu:

19 stycznia 1960 r. urodził się Mauro Tassotti, były włoski piłkarz grający na pozycji obrońcy a obecnie trener. Pierwszy mecz w reprezentacji rozegrał 14 października 1992, w wieku 32 lat. Uczestniczył w Mistrzostwach Świata w piłce nożnej w roku 1994, gdzie zdobył z włoską reprezentacją tytuł wicemistrzów świata. Po meczu 1/4 finału z Hiszpanią, w którym złamał nos Luisowi Enrique, został zawieszony na osiem spotkań. Po odbyciu kary nie zagrał już w reprezentacji. Z drużyną A.C. Milan zdobył trzy Puchary Europy (w latach 1989, 1990 i 1994) i pięć tytułów mistrza Włoch (1988, 1992, 1993, 1994 i 1996). Karierę piłkarską zakończył w roku 1997. W Serie A rozegrał łącznie 404 mecze. Od roku 2001 był w mediolańskim zespole asystentem kolejnych trenerów: Carlo Ancelottiego, Leonardo i Massimiliano Allegriego. W styczniu 2014 roku po zwolnieniu Allegriego był tymczasowym trenerem Milanu, dopóki nowym szkoleniowcem nie został Clarence Seedorf. Do końca sezonu Tassotti był asystentem Holendra a po jego zwolnieniu skautem odpowiedzialnym za śledzenie postępów piłkarzy wypożyczonych z Milanu. W 2016 roku został asystentem Andrija Szewczenki, selekcjonera reprezentacji Ukrainy.



@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

0

@wojopancer stepową? a co to niby znaczy?

9

@FCBparasiempre
1925. Niektórzy zapamiętają ten rok jako jeden z nielicznych, w których nastąpiło całkowite zaćmienie słońca. Niektórzy, jako rok przełomowy dla historii Włoch, bo wtedy Mussolini ogłosił się dyktatorem. Inni, jako rok, w którym powstał grecki Olympiakos. A Ci, co fascynują się Premier League, jako rok, w którym Kanonierów objął Herbert Chapman, twórca słynnego WM, legenda klubu z północnego Londynu. Urodzony w Kiveton Park, Chapman był zawodnikiem przeciętnym. Przez kilkanaście lat swej kariery nie osiągnął wiele . Zapisanie na kartach historii miała mu zapewnić przyszła praca. Swą przygodę trenerską rozpoczął w Northampton, by potem prowadzić Leeds i Huddersfield Town (dwa mistrzostwa kraju), by w końcu latem 1925 podjąć najważniejszą życiową decyzję. Zgodził się zastąpić na pozycji trenera Kanonierów Leslie Knightona. ,,Nikt nie spodziewał się, że ten kiepski piłkarz osiągnie takie sukcesy na Highbury. Arsenal jest otwarty na oferty objęcia stanowiska menedżera zespołu. Musi on posiadać doświadczenie i najwyższe kwalifikacje na to stanowisko, zarówno pod względem umiejętności i charakteru” – ogłoszenie Sir Henry’ego Norris w Athletic News. Chapman objął zespół w ciężkim momencie. Gdy razem z Huddersfield zdobywał mistrzostwo, Arsenal walczył do końca o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Anglik nie bał się podjąć wyzwania. Jedną z jego pierwszych decyzji było sprowadzenie 34-letniego napastnika, Charlie Buchana. Przybycie dwóch nowych ludzi na Highbury nastąpiło w momencie zmiany przepisu o spalonym – od tamtej pory przed zawodnikiem do którego kierowana była piłka mogło być już tylko dwóch zawodnikiem (łącznie z bramkarzem), a nie trzech jak to było dotychczas. Odpowiedzią na tą zmianę była taktyczna rewolucja Chapmana. Słynne pociski „WM” nie powstałyby bez pomocy Buchana, który w rozmowie z trenerem miał zasugerować zmianę ustawienia z dotychczas używanego 2-3-5 na 3-4-3, by móc skutecznie wykorzystać zmianę w przepisach. Tak o taktyce Arsenalu w latach dwudziestych piszą autorzy książki „Wielcy piłkarzy sławne kluby”: ,,Rewolucyjny pomysł Chapmana polegał na zwiększeniu siły defensywy i lepszym wykorzystaniu zawodników w środkowej strefie boiska poprzez cofnięcie środkowego pomocnika pod własną bramkę- tak narodziła się funkcja stopera (…) Jego zadania defensywne i ofensywne zostały rozłożone na dwóch łączników, czyli cofniętych napastników (…) Od ustawienia zawodników wzięła się nazwa systemu, który obok atutów- wzmocnienie defensywy i możliwości lepszego opanowania środkowej strefy boiska, miał też ujemne skutki. Dość wyraźnie zwiększał obciążenia łączników i pomocników. (…) System WM Chapmana rozwinęła dopiero w zasadzie ,,brazyliana” Feoli, w ponad 30 lat później!”. Z nowym napastnikiem i ustawieniem Chapman wyciągnął w sezonie 1925/26 Arsenal z ligowego dna na drugą pozycję w lidze, przegrywając walkę o mistrzostwo jedynie z Huddersfield Town (pierwszy raz ktoś zdobył wówczas trzy mistrzostwa z rzędu). Następne lata pokazały, że Anglik to właściwa osoba na właściwym miejscu. ” Zamierzam uczynić Arsenal największym klubem na świecie” Liczne dyskusje z zarządem, udostępnienie jak na tamte czasy znaczących funduszy transferowych, które skończyło się ściągnięciem takich graczy, jak: Bill Harper (Hibernian), Joe Hulme (Blackburn), czy Herbie Roberts (Oswestry) sprawiło, że nastały złote czasy w historii Arsenalu. Chapman, który zmarł 6 stycznia 1934 roku w wieku 55 lat, był świadkiem tylko niektórych z nich, lecz bezsprzecznie położył kamień węgielny pod budowę silnych Kanonierów. Pod wodzą Anglika, Arsenal przegrał w 1927 w finale Pucharu Anglii 0:1 z Cardiff, by po trzech latach w 1930 zdobyć go po wygranej 2:0 z Huddersfield. Największy sukces w swej karierze Herbert Chapman odniósł w kampanii 1930/1931, gdy z siedmiopunktową przewagą wygrał ligę. Było to pierwsze mistrzostwo zdobyte przez Arsenal w historii. Zdobyte wówczas w 42 meczach 66 punktów pozostawało rekordem, aż do 1969 roku. Potem udało mu się poprowadzić Kanonierów do wicemistrzostwa w 1932 i finału Pucharu Anglii. Przedwczesna śmierć nie pozwoliła być świadkiem pięknych trzech sezonów Arsenalu, które zawsze kończyli na pierwszym miejscu powtarzając wyczyn Huddersfield. ” Piłkarz jest panem swojego losu. Ma swój kontrakt i żaden klub nie może go zmusić do zerwania go”


Chapman to nie tylko taktyczny rewolucjonista. To także człowiek, który był jednym z pierwszych tak zwanych menedżerów biorących pełną odpowiedzialność za zespół, dbających o szczegóły. Wierzył również, że sprawność fizyczna to składowa niezbędna do osiągnięcia sukcesu, zatrudniając masażystów i fizykoterapeutów. Teraz to czynność powszechnie stosowana, kiedyś mało kto o tym myślał. Wpłynął na zmianę strojów Arsenalu, dodając do nich białe rękawy. Był zwolennikiem wprowadzenia numerów na koszulkach i korzystania podczas meczu z białych piłek. Rzeczy teraz nam tak dobrze znane, kiedyś nie istniały. Angielska piłka nie zapomniała Herberta Chapmana. W 2003 roku został częścią piłkarskiej Galerii Sław za swoje niezwykłe dokonania. W marcu 2005, na domu znajdującym się w Hendon, została umieszczona tabliczka upamiętniająca miejsce, w którym Anglik mieszkał przez ostatnie 7 lat swego życia. Dziesięć lat temu The Sunday Times uznał go za najlepszego brytyjskiego menadżera w historii. Chapman został upamiętniony nie tylko na poziomie krajowym. Jeszcze, gdy Arsenal występował na Highbury, rzeźbiarz Jacob Epstein stworzył popiersie, którego kopia została podarowana Huddersfield Town 6 sierpnia 2008, gdy miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Tego piątkowego popołudnia Arsenal i Huddersfield rozegrali mecz, którego stawką było trofeum Herberta Chapmana. W meczu obejrzanym na żywo przez 19 044 widzów (najwyższa frekwencja w meczu przedsezonowym na Galpharm Stadium) Arsenal wygrał 2:1. Obecnie każdy człowiek odwiedzający Emirates, może zrobić sobie zdjęcie przy pomniku Chapmana, który został odsłonięty 9 grudnia 2011 z okazji 125-lecia klubu z północnego Londynu.

9

Blaugrana w Superpucharach:

19 stycznia 1983 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Aston Ville 1:0 w pierwszym meczu o Superpuchar Europy. Zwycięskiego gola zdobył Marcos Alonso Peña w 52 minucie meczu. Siedem miesięcy po zdobyciu Pucharu Europy Villa zmierzyła się z FC Barceloną w Superpucharze UEFA – dwumeczowym finale, w którym zwycięzcy Pucharu Europy mierzyli się ze zwycięzcami (nieistniejącego już) Pucharu Zdobywców Pucharów UEFA. To była ich pierwsza wizyta na stadionie od porażki w ćwierćfinale Pucharu UEFA w 1978 roku. Z tamtego meczu pozostało już tylko trzech zawodników – Ken McNaught, Gordan Cowans i Dennis Mortimer, którzy po raz trzeci w swojej karierze stanęli w kolejce, by zmierzyć się z hiszpańskimi gigantami. Po raz kolejny Aston Villa została pokonana jednym golem, a Nigel Spink nie był w stanie zapobiec odbiciu strzału z 25 jardów, który trafił w narożnik bramki. Nie wszystko jednak było stracone. Tony Barton powtórzył to, co lokalna prasa określiła jako najlepszy występ Barcelony w sezonie 1982/83. Gospodarze nadal jednak nie wykorzystali kilku okazji i mecz zakończył się skromnym 1:0. Mimo wielu bardzo dogodnych okazji na zdobycie gola, tego wieczoru Aston Villa była wdzięczna że takim wynikiem skończyło się to spotkanie, gdyż mogła wrócić do Birmingham i czekać z niecierpliwością na rewanż.


@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

8

Szczęśliwe El Clasico:

19 stycznia 1991 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 2:1 w ramach 19 kolejki Primera Division. Jednym z goli dla Barçy było samobójcze trafienie Spasicia w 62 minucie i to ono zadecydowało o zwycięstwie Blaugrany. Pierwszego, znakomitego gola w tym meczu strzelił dla Dumy Katalonii Laudrup w 18 minucie, natomiast honorowe trafienie zaliczył Butragueño w 28 minucie. To zwycięstwo pozwoliło FC Barcelonie utrzymać pozycje lidera z czteropunktową przewagą nad Atletico i aż 10-punktową nad Realem Madryt!

Przypomnijmy:




@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90

11

Ku pamięci wybitnych Katalońskich legend:

19 stycznia 1936 r. rozegrano pożegnalny mecz legendarnego Josepa Samitiera. Reprezentacja Katalonii zremisowała z czeskimi Židenicami 1:1. Tak oto ostatnie chwile Samitiera na boisku relacjonował dziennik ,,El Mundo Deportivo”: ,,Pepe Samitier, jeden z najbardziej podziwianych piłkarzy katalońskich, z najlepszą grą indywidualną, od dłuższego czasu zasługiwał na pożegnanie”. Ostatecznie Židenice wygrały trofeum dzięki większej liczbie….. wykonanych rzutów rożnych(9-8).


@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

3

No cóż, Xavi zachował posade trenere i to prawdopodobnie już do końca sezonu. Natomiast Salamanca ma fajną żywiołową publiczność i wypadałoby życzyć jej awansu do drugiej ligi a nawet kiedyś do Primera Division.

0

Pora na ciężką przeprawe i męczarnie w Salamance. Swego czasu(5 stycznia 1998 r.) UD Salamanca pokonała FC Barcelone 4:3(!) w 19 kolejce Primera Division. Czego można się spodziewać dzisiaj? Osobiście przeczuwam że skończy to się rzutami karnymi a karne to... taniec diabła, jak mawiają latynosi

9

El Clasico w Copa del Rey:

18 stycznia 2012 roku Real Madryt poległ na Santiago Bernabeu z FC Barceloną 1:2 w pierwszym spotkaniu ćwierćfinałowym Pucharu Hiszpanii. Gole dla Barçy zdobyli: Puyol oraz Abidal, natomiast honorowego gola dla Królewskich strzelił nie kto inny jak Cristiano Ronaldo. Mecz został zapamiętany z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest drugi(i ostatni) gol Erica Abidala w barwach Blaugrany. Francuz wykorzystał świetne podanie Messiego i ustalił wynik meczu. Cieniem na tym pojedynku rzuciła się jednak sytuacja z 68 min., gdy Pepe celowo nadepnął na ręke leżącego Messiego. Sytuacje zarejestrowały kamery, lecz nie widział jej arbiter, skończyło się więc bez wykluczenia z gry Portugalczyka. Komitet arbitrażowy hiszpańskiej federacji również postanowił nie karać Pepe za tę sytuację, choć była to recydywa obrońcy Realu, znanego z prowokacyjnych zachowań i fauli bez piłki. Dlaczego mnie(a być może i większość z was) to nie dziwi? Madryt nigdy nie był i nie będzie przychylny ,,naszemu” klubowi pod każdym względem i to się już raczej nigdy nie zmieni. Nie mam pojęcia kto zasiada w komitecie arbitrażowym ale podejrzewam że większość z nich jest przychylna tylko i wyłącznie Madrytowi!

Powspominajmy:





@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

9

Legendy FC Barcelony:

18 stycznia 1954 r. urodził się środkowy obrońca Antonio Olmo Rodriguez. Antonio wyróżniał się spokojem i umiejętnością przechwytywania piłki a także podaniami z dużej odległości. Zawodnik, który przeszedł przez system młodzieżowy, w 1972 roku został wypożyczony do Calelli, gdzie wkrótce pokazał swoją jakość. Ówczesny trener Barcelony Rinus Michels włączył Olmo do składu przedsezonowego w 1973 roku, ale obrońca kontynuował grę w drużynie B, Barçy Atlètic, aż do 1976 roku, kiedy został pierwszym członkiem zespołu, natychmiast zapewniając sobie miejsce w wyjściowej jedenastce i stając się reprezentantem drużyny międzynarodowej. Kibice Barcelony pamiętają silną współpracę środkowego obrońcy, którą Olmo stworzył z Miguelim. Niestety w kolejnych sezonach forma podupadała i już w wieku 30 lat przeszedł na emeryturę. 11 września 1984 roku klub oddał hołd obrońcy w meczu referencyjnym przeciwko Athletic Club, który był także okazją do pożegnania bramkarza Pedro Artoli.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

15

Feliz cumpleaños Pep!!! Josep Guardiola właśnie kończy dzisiaj 53 lata! No, Pepito(!) ileż ty mi chłopie dałeś radości oglądając mecze ukochanej Barcuni to głowa mała! Niechaj szczęście Tobie sprzyja a smutek omija. Kochany ,,Pepito”, życzę Ci nieustającego rozwoju i doskonalenia swoich umiejętności trenerskich. Niech każdy kolejny rok przynosi Ci nowe wyzwania i możliwości, które pozwolą Ci być jeszcze lepszym w tym, co robisz. Bądź inspiracją dla swoich podopiecznych i niech Twoja wiedza i doświadczenie budzą w nich chęć ciągłego doskonalenia się. Sto lat!!!

@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

7

@FCBparasiempre
Rok 1998. Na ekranie telewizora egzotyczny pojedynek pomiędzy Meksykiem i Koreą Południową. Uwiedziony barwnym stylem Jorge Camposa i strzeleckimi popisami blondwłosego Luisa Hernandeza, ściskam kciuki za ekipę „El Tri”. Kiedy jednak Cuauhtemoc Blanco bierze pomiędzy stopy futbolówkę i w pewnym momencie niczym żaba przeskakuje obok zszokowanych rywali z Azji, prezentując swoje popisowe zagranie nazywane ,,cuauhteminą”, moich meksykańskich bohaterów jest już trzech. Niczym trzech Mariachi. Jednakże to właśnie tego ostatniego będzie dotyczył ten tekst. Cuauhtemoc Blanco Bravo urodził się 17 stycznia 1973 roku na obrzeżach Mexico City, metropolii uznawanej za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Swoje imię odziedziczył po ostatnim władcy Tenochtitlanu, historycznej stolicy Azteków. Ten żyjący na początku XVI wieku tlatoani (tak tytułowano władców ludów Nahua) zginął z ręki konkwistadora Hernana Corteza. Jedna z legend głosi, że Cortez, który początkowo obiecywał Cuauhtemocowi bezpieczeństwo w zamian za poddaństwo, stracił azteckiego władcę na torturach, próbując wydobyć z niego informacje dotyczące miejsca ukrycia złotego skarbu. Jeśli twoim patronem jest tak barwna postać, to powoli staje się jasnym, że twoje życie nie będzie nudne. Tak też było w przypadku Blanco, którego życiorys i kariera, były pełne zwrotów akcji niczym latynoska telenowela. Młody Blanco wychowywał się w miejscu nazywanym Tepito, które było częścią składową stołecznej dzielnicy o nazwie… Cuauhtemoc. Tutaj moglibyśmy wrzucić standardowy szablon, dotyczący piłkarzy wychowywanych w dzielnicach charakteryzujących się biedą i przemocą, którzy byli zdeterminowani, by poprzez futbol przedostać się do lepszego świata. Znacie te historyjki na pamięć. Na brudnych ulicach Tepito umiejętności Cuauhtemoca dostrzegł niejaki Alvaro „Coca” Gonzalez, który był miejscowym łowcą talentów. To za jego sprawą młokos został wtłoczony w tryby szkoleniowe Club America, jednego z najbardziej utytułowanych zespołów w Meksyku. Pierwszą szansę debiutu w barwach Las Aguilas (Orły) dostał w 1992 roku, jednak przez pierwszych kilka sezonów odgrywał raczej rolę uczniaka, który ma zbierać piłkarskie szlify i przyglądać się bardziej doświadczonym kolegom z zespołu. Jednakże w momencie, w którym wydawało się, że Blanco dostaje wiatru w żagle i powoli zacznie wskakiwać na wyższy poziom, na jego drodze stanęły dwie przeszkody, które będą przewijać się przez całą ścieżkę jego zawodowej kariery. Pierwszą z nich był trudny charakter wychowanego w Tepito piłkarza. Druga była stworzona z krwi i kości, a nazywała się Ricardo La Volpe. Argentyński szkoleniowiec był trenerskim nemezis Blanco. Aczkolwiek to Cuauhtemoc jako pierwszy sprowokował trwający latami konflikt, przerywając jedną z odpraw opiekuna Club America i wyrzucając z siebie, co sądzi o jego pracy. A nie były to peany pochwalne… Wkrótce La Volpe nie było już w zespole. Jednakże nie było w nim także Blanco, którego Argentyńczyk zdążył wysłać na wypożyczenie do Necaxy. W ekipie z miasta Aguascalientes niesiony złością młodzian, wykazał się świetną formą strzelecką. W 18 meczach zaaplikował rywalom 11 goli. Dość powiedzieć, że wcześniej Cuauhtemoc zgromadził ich łącznie 15… w 113 grach. Na sezon 1998/1999 Blanco powrócił do macierzystego klubu. Niebawem nadarzyła mu się pierwsza okazja, by wbić szpilkę swojemu byłemu trenerowi. Gdy zdobył gola przeciwko prowadzonemu przez La Volpe Atlasowi, pobiegł w kierunku ławki rezerwowych, położył się na murawie i z ironicznym uśmiechem wpatrywał się w zażenowanego szkoleniowca. Kolejne dwa sezony udowodniły, że Blanco aspiruje do bycia najjaśniejszą gwiazdą klubu, którego był wychowankiem. 45 występów i 40 trafień miały być tylko tego potwierdzeniem. Media rozpisywały się o „Czarodzieju z Tepito”. Jego wyluzowany, zawadiacki, uliczny styl gry rodem z brudnych podwórek kradł serca rzeszy kibiców. Problem w tym, że Cuauhtemoc równie bezczelny co na boisku bywał także poza placem gry. Kapitalna forma napastnika nie uszła również uwadze sztabu szkoleniowego reprezentacji Meksyku. Pierwsze powołanie „Czarodziej z Tepito” otrzymał jeszcze w 1995 roku. Na wspomniane na wstępie mistrzostwa świata do Francji, Blanco jechał już jako pewny punkt kadry „El Tri”. Na mundialu zdołał popisać się golem w starciu z Belgią, ale to właśnie za sprawą jego znaku rozpoznawczego, czyli specyficznego zagrania zwanego cuauhteminą, utkwił najbardziej w pamięci kibiców, oglądających tamten turniej.

Swój największy międzynarodowy sukces piłkarz Club America odniósł rok później. Wówczas to był liderem ekipy, która sięgnęła po zwycięstwo w Pucharze Konfederacji. Smak tego triumfu był szczególny, ponieważ cała impreza odbyła się w ojczyźnie tequili i burrito, a finałowe starcie z Brazylijczykami na trybunach Estadio Azteca oglądało 85 tysięcy fanów. „Czarodziej z Tepito” z liczbą sześciu goli na koncie został wraz z Ronaldinho i Marzoukiem Al-Otaibim z Arabii Saudyjskiej królem strzelców turnieju. Udane występy na arenie reprezentacyjnej przyciągnęły wzrok kupców z zagranicy. Pierwsi sieci na Cuauhtemoca zarzucili włodarze hiszpańskiego Realu Valladolid. Jednakże okres spędzony przez Meksykanina na półwyspie Iberyjskim można spisać na straty. Wkrótce po przybyciu na Estadio Jose Zorrilla Blanco wyjechał na zgrupowanie kadry narodowej. Tam w ramach meczu kwalifikacyjnego do mistrzostw świata „El Tri” zmierzyli się z reprezentacją Trynidadu i Tobago. „Czarodziej z Tepito” zdołał wpakować rywalom dwa gole, nim w 73 minucie gry niejaki Ansil Elcock sfaulował go brutalnie, powodując zerwanie więzadła krzyżowego w prawym kolanie i wysyłając go na półroczną rehabilitację. Gdy Cuauhtemoc wrócił w końcu na murawę, był bardzo daleki od swojej optymalnej formy. Po sezonie 2001/2002 Valladolid podziękowało mu za współpracę. W Hiszpanii zagrał łącznie 23 razy i zdobył trzy gole. Wielu kibiców do dziś wierzy w to, że koszmarna kontuzja w meczu z Trynidadem, była głównym powodem, przez który Blanco nie zdołał rozwinąć skrzydeł na Starym Kontynencie. Zresztą Meksykanin już nigdy nie powrócił grać do Europy. Sam jednak podziela zdanie kibiców i twierdzi, że gdyby nie feralne zerwanie więzadeł to mógł trafić do Realu Madryt, który rzekomo monitorował jego dyspozycję. Zresztą gol strzelony z rzutu wolnego właśnie „Królewskim” jest najbardziej pamiętnym momentem Cuauhtemoca w czasie hiszpańskiego rozdziału jego kariery. Ansil Elcock natomiast oficjalnie przeprosił Blanco… 16 lat po całym zdarzeniu. Nie zmieniło to jednak faktu, że były trynidadzki piłkarz po dziś dzień jest nazywany w Meksyku „El carnicero”, czyli „rzeźnik.” „Czarodziej z Tepito” niczym bumerang powrócił znów do miejsca, w którym czuł się najlepiej, czyli do Club America. Tam znów zaliczył dwa udane sezony. Szczególnie kampania 2003/2004 była dla Blanco owocna, gdyż zaaplikował ligowym rywalom 20 goli. Duży wpływ na to mógł mieć fakt, że w klubie z Mexico City stanowisko szkoleniowca objął Leo Benhakker. Nie była to jednak pierwsza przygoda holenderskiego trenera z ekipą ze stolicy Meksyku. Benhakker sprawował już pieczę nad Las Aguilas w sezonie 1994/1995. To on jako pierwszy zaczął odważniej stawiać na młodego Blanco. Potrafił dotrzeć do psychiki krnąbrnego młodziana i spowodować, że Cuauhtemoc zaczął uwalniać pokłady drzemiącego w nim talentu. Niemal dekadę później chemia na linii trener-zawodnik istniała nadal. Jednakże gdy w pochodzącym z Tepito piłkarzu uruchamiała się mroczna strona natury, to nawet jego duchowy ojciec w postaci Benhakkera nie potrafił nad nim zapanować. Tak było w meczu 1/8 finału Copa Libertadores pomiędzy Club America, a brazylijskim Sao Caetano. Już w pierwszym spotkaniu Cuauhtemoc dał się rywalom we znaki, gdy po strzelonym golu prowokacyjnie tańczył pomiędzy obrońcami przeciwnika. W rewanżu było tylko gorzej. Orły musiały gonić wynik dwumeczu i Blanco nie wytrzymał presji w końcówce spotkania, uderzając jednego z zawodników Sao Caetano łokciem w twarz, za co obejrzał czerwoną kartkę. Całe wydarzenie podgrzało atmosferę do tego stopnia, że po ostatnim gwizdku arbitra na murawie odbyła się regularna bitwa, w którą wmieszali się kibice. Musiała interweniować policja. To kosztowało napastnika Orłów roczną dyskwalifikację z rozgrywek organizowanych przez CONMEBOL. Klub natomiast postanowił go ukarać roczną zsyłką na wypożyczenie do drużyny Veracruz. Działacze zespołu z Mexico City zdawali sobie jednak sprawę z tego, że pomimo permanentnych kłopotów, w które lubił się pakować Blanco, stanowił on nadal wartość dodaną dla Club America. W barwach Orłów Cuauhtemoc spędził zatem kolejne trzy sezony. Być może jego i Las Aguilas łączyła pewna metafizyczna więź? Wszak „Cuauhtemoc” oznaczało w języku Azteków „tego, który zstępuje jak orzeł”. Trzymanie w swoich szeregach klubowego weterana popłaciło. W 2005 roku Club America zwyciężył w rozgrywkach Clausura (W Meksyku jak w większości krajów latynoamerykańskich sezon dzieli się na dwie części – Aperturę i Clausurę). Rok później Las Aguilas zatriumfowali w Lidze Mistrzów CONCACAF. Przy okazji Blanco zgarnął dwie nagrody dla najlepszego gracza sezonu w lidze meksykańskiej. Oczywiście wszystko trzeba było okupić kolejnymi skandalami z udziałem niesfornego piłkarza. Mniejszymi, jak wtedy, gdy celebrował gola zdobytego przeciwko Celaya, udając psa oddającego mocz na linię bramkową, gdyż miał na pieńku z golkiperem rywala i większymi, jak wtedy, gdy uderzył dziennikarza TV Azteca Davida Feitelsona, co zostało uwiecznione na nagraniu. Żadne przeprosiny ze strony „Czarodzieja z Tepito” nie działały jednak na opinię publiczną tak skutecznie, jak jego widowiskowa gra. To ona stanowiła najlepszy balsam na niezabliźnione rany.

Chociaż na początku XXI wieku Blanco bezsprzecznie był jednym z najlepszych meksykańskich piłkarzy, weteranem dwóch mundiali, na których trafiał do bramki rywala, to w 2006 roku zabrakło dla niego miejsca w kadrze udającej się na niemiecki czempionat. Powód? Lata 2002-2006 to okres, kiedy pieczę nad zespołem „El Tri” przejął stary znajomy Cuauhtemoca – Ricardo La Volpe. Jak nie trudno się domyślić, permanentne pomijanie asa Club America przy powołaniach, było pokłosiem dawnego konfliktu obydwóch panów. ,,Pójdźcie zapytać Bielsy, dlaczego nigdy nie grał Crespo z Batistutą. Każdy trener ma swoją wizję futbolu. To głupoty, które wchodzą mi jednym i wychodzą drugim uchem. Cuauhtémoc jest bez cienia wątpliwości wzorem, ale to nie Maradona czy Pelé. W Meksyku mamy też innych zawodników, którzy tworzyli historię. Nie umieściłbym go w pierwszej dziesiątce najlepszych meksykańskich piłkarzy”- tłumaczył swoją decyzję argentyński szkoleniowiec. ,,La Volpe? To wielki trener. Nie wiem jednak, dlaczego nie zabrał mnie na mundial. Bardzo mnie to zabolało. Myślę, że to wszystko z powodu zaszłości sprzed lat. Chciał się na mnie odegrać. Kiedy miałem 20 czy 21 lat nie podskakiwałem starszym. Trener starał się jednak mnie złamać. Mówił wiele nieprzyjemnych rzeczy. Starał się upokarzać młodych piłkarzy. Takich rzeczy się nie zapomina. Obrażał nas, zawsze tylko tych młodych. To wielki trener, ale gdyby miał lepsze podejście do piłkarzy, byłby o wiele lepszy. Dla mnie reprezentowanie mojego kraju jest powodem do dumy a kiedy grają hymn, serce mi pęka, chce mi się płakać”- nie krył swojego wzruszenia meksykański gwiazdor. W 2007 roku Blanco postanowił jeszcze raz opuścić Meksyk i spróbować swoich sił za granicą. Tym razem nie przemierzał jednak bezkresu oceanu, by dotrzeć do Europy. Udał się do Chicago, gdzie przywdział barwy grającego w lidze MLS Fire. Dokonał tego w tym samym czasie co David Beckham, który dołączył do LA Galaxy. Chociaż nie można było porównać w żaden sposób wagi marketingowej obydwóch ruchów, to na boisku różnica między Becksem, a Blanco wcale nie była szczególnie widoczna. ,,Blanco pojawił się i od razu był bardziej skuteczny jako gracz od Beckhama, ale miał też oddźwięk w innej grupie fanów. Nie był supergwiazdą w oczach wszystkich, ale był supergwiazdą dla meksykańskiej i meksykańsko-amerykańskiej społeczności w Chicago”- Nick Firchau, dziennikarz ,,Evening Tribune”. „Czarodziej z Tepito” podbił serca fanów ze Stanów Zjednoczonych. Gwarantował im to, co dla amerykańskiego kibica liczy się najbardziej – show. Cuauhtemina, gaszenie silnych półgórnych piłek tyłkiem, dwudziestometrowy rozbieg przy rzucie karnym… To część repertuaru zagrań meksykańskiego piłkarza. Przygodę z Chicago Fire zakończył z liczbą 62 spotkań, 16 goli i 26 asyst na koncie. ,,Na pierwszy rzut oka jego ciało wydawało się niezgrabne. Patrzyłem na niego i myślałem, że łatwo dam sobie z nim radę, a potem wchodziłem z nim w pojedynek jeden na jeden i za każdym razem przegrywałem. Niesamowite”- C.J. Brown, były piłkarz Chicago Fire. Niepotrzebne okazały się też obawy sztabu szkoleniowego o to, czy Blanco nie rozsadzi szatni od środka. Cuauhtemoc szybko stał się duszą towarzystwa, a swój nieprzeciętny temperament rozładowywał, wykręcając kolegom z zespołu rozmaite dowcipy. Po przygodzie z ligą MLS Blanco powrócił do ojczyzny, by przez kilka kolejnych sezonów powłóczyć się jeszcze po rozmaitych klubach. Jeżeli jednak sądzicie, że miał tam zamiar jedynie odcinać kupony, to grubo się mylicie. Z Dorados i Publą sięgnął po Puchar Meksyku, a z Irapuato zwyciężył w rozgrywkach 2 ligi. Przy okazji wrócił do reprezentacji Meksyku i załapał się na mistrzostwa świata w RPA, gdzie jego gol z rzutu karnego wyrzucił poza nawias turnieju, skłóconą kadrę Francji, prowadzoną przez Raymonda Domenecha. Zresztą egzekutorem jedenastek od zawsze był wybornym. W całej karierze zmarnował zaledwie dwa z 73 wykonywanych przez siebie uderzeń z wapna. Ostatecznie jego licznik reprezentacyjny zatrzymał się na 120 występach i 39 golach. Do tego w gablocie ma dwa złote medale za zwycięstwo w Złotym Pucharze CONCACAF i wspomniany wcześniej triumf w Pucharze Konfederacji. Buty na kołku zawiesił ostatecznie w 2016 roku, mając na karku 43 lata. Zagrał wówczas po raz ostatni w koszulce Club America. Dostał od trenera 36 minut w spotkaniu z Morelią. Taki ukłon w kierunku zasłużonego gracza. Powrót na ostatnie spotkanie ligowe, by dopiąć klamrę kariery. Na jego plecach widniał numer „100”, który upamiętniał stulecie ukochanego zespołu. Na pożegnanie udało się obić poprzeczkę rywala. Szkoda, że tamto uderzenie nie wpadło. Być może po raz ostatni w karierze Cuauhtemoc mógłby wykonać charakterystyczną cieszynkę, imitującą łucznika. Blanco podpatrzył ją podobno u hiszpańskiego napastnika Kiko, byłego piłkarza Atletico Madryt. Część opinii publicznej uważa jednak, że gest ma na celu złożenie hołdu rdzennej ludności indiańskiej. Potomkom Azteków. Cóż, ta wersja bardziej pasowałaby do szalonego życiorysu piłkarza…

Jeszcze w czasie trwania piłkarskiej przygody Cuauhtemoc zagrał w jednej z meksykańskich telenoweli „Triumf miłości.” Odgrywał tam rolę strażaka Juanjo. Jak bywa w tego typu produkcjach, bohater grany przez Blanco najpierw zginął, by następnie w zaskakujących okolicznościach powrócić do produkcji, jako człowiek, który sfingował swoją śmierć. W latach 2016-2018 legenda meksykańskiej piłki sprawowała urząd burmistrza miasta Cuernavaca z ramienia Partii Socjaldemokratycznej. Oskarżano go w tym czasie o łapówkarstwo, a nawet zlecenie zabójstwa lokalnego biznesmena, zamieszanego w interesy z kartelami narkotykowymi. Część opinii publicznej domagała się odwołania byłego futbolisty z urzędu. Blanco zareagował na te zarzuty, organizując strajk głodowy. Oskarżenia ostatecznie wycofano. Mało tego. Polityczne ambicje „Czarodzieja z Tepito” sięgały wyżej niż urząd burmistrza. W październiku 2018 roku Blanco został wybrany gubernatorem stanu Morelos. Oczywiście całej sytuacji znów towarzyszą kontrowersje. Cuahtemocowi zarzuca się nepotyzm. W dodatku byłej gwieździe Club America umorzono dług podatkowy wynoszący 16 tysięcy dolarów, a przestępczość w regionie znacznie wzrosła. To co? Czas na urząd prezydenta? Postać Cuahtemoca Blanco dzieli Meksykanów na tych, którzy go kochają i tych, którzy go nienawidzą. Zawodnik permanentnie znajduje się z kimś w konflikcie. Ricardo La Volpe, Rafa Marquez, Jorge Campos… wszyscy oni musieli się publicznie mierzyć z jego gniewem. Obecnie natomiast Blanco brnie w polityczne wojenki, w których w gruncie rzeczy powinien się czuć jak ryba w wodzie. Ciężko jednak zaprzeczyć słowom Toma Marshalla z ESPN, który powiedział kiedyś o nim: ,,Konflikty, bójki, piękne gole, intensywność i pasja, z jaką blanco żył zarówno na boisku i poza nim, pozostawiły głęboki ślad w meksykańskim futbolu i barwną historię, namalowaną przez postać, jakiej obecnie w futbolu brakuje”.

6

Geniusz na wojnie ze wszystkimi(w odpowiedzi na komentarz):

@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

7

,,Celestes” u siebie? Nie do pokonania!

17 stycznia 1967 r. Urugwaj pokonał Boliwie 4:0 na Estadio Centenario w meczu otwarcia 29 edycji Copa America. Po raz pierwszy w historii wystąpił absolutny kopciuszek latynoskiego futbolu a mianowicie Wenezuela. Tym samym po 51 latach od założenia CSF ostatni członek tej organizacji dołączył wreszcie do grona uczestników Pucharu Ameryki. Ilekroć turniej toczył się w Montevideo, niezmiennie na najwyższym podium stawali gospodarze. Było zatem jasne iż między nimi i Argentyną rozegra się główna batalia o mistrzostwo. Boliwia natomiast mimo niezłej gry Blacutta, grała wprost beznadziejnie, ulegając nawet 0:3 wenezuelskiemu debiutantowi. Niewiele lepszy był Paragwaj, zespół bez oblicza i bez wielkich indywidualności. Nie najgorzej za to wypadło Chile, któremu udało się urwać cenny punkt samemu Urugwajowi. Uwagę publiczności i obserwatorów przykuli zwłaszcza dwaj zawodnicy: Elias Figuerora Brander oraz Ignacio Prieto Urrejola. W zasadzie od początku turnieju liczyły się tylko Urugwaj i Argentyna. Gospodarze stracili punkt z ambitnym Chile, podczas gdy Albicelestes szli jak burza od zwycięstwa do zwycięstwa, w przededniu ostatniego meczu gromadząc 8 punktów, podczas gdy Celestes zebrali ich tylko 7. Wszystko zatem miało się rozstrzygnąć w ostatnim(de facto finałowym) starciu tych gigantów. Urugwajczyków poprowadził do decydującego boju ojciec zwycięstwa z 1959, sędziwy Juan Corazzo, zaś Argentyńczyków równie wiekowy Renato Cesarini. Wieczór 2 lutego 1967 był pochmurny aż wreszcie lunęło jak z cebra. W gęstym deszczu toczyło się to zacięte spotkanie, w którym linie obronne górowały nad ofensywnymi. Celestes nawiązali do chwalebnej tradycji swej ,,garra uruguaya”, zajadłej walki do upadłego o każdą, nawet pozornie beznadziejną piłke. W ich szeregach wyróżniało się szczególnie dwóch zawodników. Bramkarz Ladislao Mazurkiewicz, z pochodzenia Polak, o którym napisze przy okazji jego urodzin(14 luty) oraz rozgrywający Pedro Virgilio Rocha, którego Pele zaliczył do grona ,,pięciu najlepszych napastników świata”. Właśnie ten król środka pola zapewnił Urugwajowi Puchar Ameryki tego turnieju. W 74 minucie bezlitośnie wykorzystał potknięcie Rattina na śliskiej nawierzchni, przejął jego zbyt krótkie podanie i pokonał bramkarza Rome. Był to trzeci w dziejach Copa America zwycięski gol dla Urugwaju strzelony w kierunku szczęśliwej trybuny Colombes. Tych dwóch asów Celestes miało oparcie w zwartej, ambitnej drużynie, w której wyróżniali się ponadto pomocnik Mujica, obrońca Cincunegui oraz napastnicy Domingo Perez i Hector Salva. Na koniec trzeba jeszcze nakreślić sylwetke króla strzelców. Został nim wybitny argentyński snajper Luis Artime, który w tym turnieju uzyskał 5 goli. Dodam jeszcze że Artime w reprezentacji Argentyny rozegrał 25 spotkań strzelając 24 gole. Luis do perfekcji absolutnej doprowadził technikę użytkową a zwłaszcza technikę strzału. Nie gustował w dryblingach, nie kręcił finezyjnych kółeczek, tylko podawał, przyjmował piłke albo też bez przyjęcia strzelał. Pojawiał się na polu karnym niczym zjawa aby w tej jednej najbardziej sprzyjającej sekundzie przyłożyć głowe lub noge do piłki. Szybki ruchliwy, sprytnym manewrem potrafił wyprowadzić w pole każdego obrońcę. Grał czysto, będąc pod każdym względem ideałem sportowca w nieco staroświeckim rycerskim stylu. Wspaniały kolega, gentelmen w każdym calu, zaskarbił sobie zasłużenie powszechny podziw i sympatie w całej Ameryce. Jednak nawet tak wspaniały atak z Artime, Bernao, Rojasem i Masem wyszczerbił sobie zęby na urugwajskiej obronie. To był ostatni turniej rozgrywany wedle tradycyjnej formule, czyli każdy z każdym. W następnej edycji Copa America(1975) wprowadzono rywalizacje w grupach.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

6

Wybitne legendy futbolu:

17 stycznia 1906 r. w Buenos Aires urodził się Guillermo Stabile, Wicemistrz Świata(1930), Król strzelców I Mistrzostw Świata(1930) oraz Sześciokrotny Zdobywca Copa America jako trener(z kadrą Argentyny). W roku 1930 odbywały się pierwsze w dziejach Mistrzostwa Świata gdzie Guillermo strzelił w nich 8 goli co dało mu koronę pierwszego króla strzelców na Mundialu a zaczynał je jako rezerwowy(nie zagrał tylko w pierwszym meczu z Francją). W debiucie na Mundialu popisał się hat-trickiem w spotkaniu z Meksykiem(pierwszym w historii mistrzostw) a potem zdobywał gole w każdym kolejnym meczu-z Chile dwa, Stanami Zjednoczonymi również dwa a w finale z Urugwajem jeden gol. Stabile nie miał nawet 170 cm wzrostu ale był bardzo szybki i świetny technicznie, coś w rodzaju Leo Messiego. Jego rekord życiowy na sto metrów wynosił 11 sekund! Nazywano go ,,El Filtrador’’ co miało oddawać umiejętność przejścia przez nawet najbardziej szczelną obronę przeciwnika. Cieszył się szacunkiem także dlatego iż grał bardzo fair. Karierę piłkarską rozpoczynał w argentyńskim Huracan Buenos Aires. Szybko wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie drużyny. Był niezwykle skuteczny, potrafił z zimną krwią wykorzystać każdy błąd rywala. Po dwunastu latach spędzonych na krajowym podwórku został kupiony przez włoską Genuę. Po zaledwie roku pozyskali go działacze Napoli, by po kilku miesiącach oddać go ponownie Genui. Kilka poważnych kontuzji i brak szczęścia nie zagwarantowało mu sukcesów w Serie A.Nie powiodło mu się również w Red Star Paris(chociaż namawiano go do zmiany obywatelstwa i obiecywano grę w reprezentacji) i tuż przed wojną wrócił do Argentyny. Natomiast zrobił wielką karierę jako trener. Od roku 1941 do 1958(i krótko w 1960) prowadził reprezentację Argentyny, pracując jednocześnie w klubach. Trzy razy z rzędu zdobył z Racingiem Mistrzostwo Argentyny(1949-1951). Reprezentację kraju doprowadził 6 razy do tytułu mistrza Ameryki Południowej(Copa America). Po raz pierwszy po wojnie wywalczył z Argentyną awans na Mundial w Szwecji(1958). Wychował wielu argentyńskich piłkarzy, którzy przeszli do historii futbolu od Alfredo di Stefano, Adolfo Pedernery, Angela Labruny i Felixa Lustau po Oresta Corbattę, Omara Sivoriego, Humberto Maschio i Jose Sanfilippo. Był wykładowcą w wyższej szkole wychowania fizycznego, komentatorem radia Libertad a pieniądze zdobyte na boisku pomnażał w branży cukierniczej. Był w swojej ojczyźnie bardzo popularny i bogaty. Zmarł w roku 1966 w wieku 60 lat.


@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

6

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

17 stycznia 1947 r. w Szczecinie urodził się Władysław Szaryński, jeden z ciekawszych napastników polskiego futbolu. ,,Kiedy zmieniałem klub mówili że zdradziłem Szczecin, lecz tylko ja wiem że gdy wybierałem się do odsłużenia wojska w Zawiszy Bydgoszcz, ryczałem jak bóbr. Tak samo, gdy jechałem na dworzec na pociąg do Rybnika. Musiałem opuścić rodzinne miasto bo chciałem grać w ekstraklasie”- opowiadał Szaryński, jeden z nielicznych szczęściarzy, którzy wystąpili w polskiej drużynie w finale europejskiego pucharu. Wychodząc w podstawowym składzie Górnika Zabrze na finałowy mecz Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City, czuł jak nigdy że te wszystkie poświęcenia miały sens. Dopiero co skończył 23 lata, a tu w ataku u boku Banasia i Lubańskiego zaraz miał rozpocząć mecz, który przykuwał uwagę już nie tylko całej piłkarskiej polski ale również Europy. Zabrzanie przegrali 1:2, lecz ich wyczyn wciąż jest nieosiągalny dla jakiegokolwiek innego polskiego klubu. Szaryński już wcześniej dołożył cegiełke do sukcesu. W walce o ćwierćfinał z Glasgow Rangers na Stadionie Śląskim ,,huknął” z ponad 20 metrów tak kapitalnie że ponad 70 tys. ludzi przez minutę biło mu brawo na stojąco! To był gol na 2:0, gospodarze ostatecznie wygrali 3:1 i ze spokojem mogli jechać na rewanż do Glasgow, gdzie również pokonali Rangersów 3:1!

Do Zabrza Szaryński trafił z ROW Rybnik i był to jeden z kilku skomplikowanych transferów w jego karierze. Zawsze uparcie pchał się wyżej i efekty były dość zaskakujące jak na tamtą piłkarską epoke, ponieważ w ekstraklasie występował w aż 5 klubach(Arkonia Szczecin, Zawisza Bydgoszcz, Row Rybnik, Górnik Zabrze i Zagłębie Sosnowiec). W 1974 został właśnie piłkarzem Zagłębia i znowu była to transferowa niespodzianka. Zagłębie na półmetku zajmowało ostatnie miejsce w tabeli, na gwałt potrzebowało wzmocnień. Problemem podobno osobiście zainteresował się Edward Gierek. Nic dziwnego że transakcja doszła do skutku. Szaryński bardzo pomógł nowemu klubowi w utrzymaniu a w 1977 i 1978 jako kapitan zdobywał z nim Puchar Polski. Jeżeli nawet mógł mieć żal że Górnik tak łatwo pogodził się z jego odejściem, na koniec nie powinien był narzekać, bo zdążył zostać jedną z legend Zagłębia Sosnowiec. ,,Jestem wdzięczny losowi że tyle w piłce osiągnąłem. Wcale nie miałem łatwo, wiele było zakrętów, gróźb dyskwalifikacji, łez i niepewności, więc tym bardziej trzeba się cieszyć”- zapewniał Władysław Szaryński.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

7

Wspominamy zasłużonych prezydentów Dumy Katalonii:

17 stycznia 1968 r. wybory na Prezydenta FC Barcelony wygrał Narcis de Carreras. Urząd piastował zaledwie 2 lata lecz zasłynął na zawsze ze słynnej frazy: ,, el Barça es mes que en club” co wszem i wobec znaczy Barça to więcej niż klub. Ta fraza miała na celu podkreślić iż Blaugrana jest od dziesięcioleci symbolem i wizytówką Katalonii, a nie tylko zwykłym klubem piłkarskim. W czasach dyktatury Franco Katalończycy byli mocno prześladowani a Camp Nou było jednym z niewielu miejsc, w których można było rozmawiać po katalońsku i demonstrować lokalny patriotyzm.


@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

8

Legendy światowego futbolu:

16 stycznia 1945 r. urodził się Wim Suurbier, holenderski prawy obrońca, 2-krotny Wicemistrz Świata(1974 i 1978); 3-krotny pod rząd Zdobywca Pucharu Mistrzów(1971,1972 i 1973); 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy(1972 i 1973); Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(1972) oraz 6-krotny Mistrz Holandii. Wim Suurbier to wielka gwiazda Ajaxu lat 60-tych i 70-tych, niezbędny element tamtejszego wspaniałego zespołu. Barwy amsterdamskiego klubu reprezentował od 1964r. aż przez 12 lat, w czasie jego największych sukcesów, w których miał swój duży udział. Wraz z Krolem stanowił dwie fantastyczne flanki defensywy Ajaxu-nowoczesnych skrajnych obrońców o wielu zadaniach ofensywnych i ,,żelaznych’’ płucach, które pozwalały im biegać od pola karnego do pola karnego. Kiedy Krol grał na lewej stronie, Suurbier pilnował prawej. Był jednak na tyle wszechstronny że spokojnie mógł grać po drugiej stronie boiska. Wim był graczem silnym, wysokim i bardzo trudnym do pokonania w pojedynku jeden na jeden, słynął też z precyzyjnych podań. Taki piłkarz na boku obrony to prawdziwy skarb. Wiedzieli o tym także trenerzy reprezentacji Holandii-Rinus Michels i Ernst Happel. Na obu wspaniałych dla Holandii mundialach lat 70-tych Suurbier był podstawowym graczem. Rozegrane przez Wima 393 mecze w barwach swego klubu to bardzo dobry wynik. Więcej w Ajaxie ma na koncie tylko Sjaak Swart. Zimą 1978 roku Suurbier opuścił Ajax i przeniósł się do Schalke i wreszcie wyjechał zarabiać pieniądze do Stanów Zjednoczonych. Grał w piłkę w Kalifornii: w Los Angeles Aztecs(razem z Cruyffem) i w San Jose Earthquakes. Trafił nawet na krótko do Hongkongu. W reprezentacji Holandii Suurbier rozegrał 60 spotkań i strzelił trzy gole. Wystąpił w finałowych meczach MŚ w 1974 roku, kiedy trzecie miejsce zajęła Polska, oraz cztery lata później. Po złoty medal sięgnęły wówczas, odpowiednio, RFN i Argentyna. Z nim w składzie ,,Pomarańczowi” zajęli także trzecie miejsce mistrzostw Europy 1976.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90

0

@Herato Ty wogóle masz pojęcie o historii futbolu, czy też o poziomie wegierskiej eskstraklasy w latach 40-tych? Bo widze że nie masz, więc się nie wypowiadaj!

9

@FCBparasiempre
16 stycznia 1922 r. w Budapeszcie urodził się Ferenc Deak, wybitny węgierski napastnik. Deak swoją piłkarską przygodę rozpoczął jako nastolatek. Miał 13 lat, kiedy zgłosił się do klubu, w którym rozpoczął pierwsze treningi. Był to zespół z jego najbliższej okolicy – Szentlőrinci Atlétikai Club. Pierwsze kroki w futbolowym świecie stawiał jako bramkarz i był w tym całkiem dobry. Słynął z tego, że momentami ciężko było go pokonać a bramka wydawała się zaczarowana. W jednym z meczów został jednak mocno trafiony piłką w głowę i stracił przytomność. Według jednej z wersji tego zdarzenia autorem trafienia miał być brat Józsefa Bozsika. Chłopak doszedł do siebie, ale rodzice postawili stanowcze weto dalszej pasji syna. Piłki w tamtych czasach były dużo cięższe niż dzisiaj i szybciej nasiąkały wodą. Dla młodego, rozwijającego się ciągle organizmu skutki takich uderzeń mogły być bardzo groźne. Jednak młody Ferenc nie potrafił wyrzucić futbolu z własnego życia. Kiedy tylko mógł zachodził i zaglądał na stadion. Z żalem i zazdrością patrzył na trenujących kolegów. Żeby być choć trochę bliżej piłki, stawał z boku boiska i podawał futbolówkę kolegom, opuszczała plac gry. Uderzał ją przy tym nie tylko mocno, ale też bardzo precyzyjnie. Swoją postawą zdobył sympatię jednego z trenerów. Był nim Elemér Berkessy, który jako zawodnik grał w paryskim Racingu czy FC Barcelonie. Miał też za sobą występy w reprezentacji, więc potrafił ocenić, czy ktoś ma talent czy nie. Ferenc nie miał kłopotów z opanowaniem piłki, a po sposobie, w jaki ją uderzał, widać było, że ma naturalny talent. Szkoleniowiec postanowił więc spróbować przekonać jego rodziców do zmiany zdania. Ci zgodzili się ustąpić, ale troszcząc się o zdrowie syna, postawili warunek, że Ferenc nie może już grać jako bramkarz. Chłopak został więc przesunięty do przodu. Nie był jednak przyzwyczajony do gry w polu, więc potrzebował nieco czasu, żeby odnaleźć się w nowej roli. Wtedy właśnie zyskał sobie przezwisko Bamba. Określenie to w wolnym tłumaczeniu można przetłumaczyć jako dureń. Deák sprawiał wrażenie trochę nieporadnego, ale bardzo szybko zaczął wszystkim pokazywać, na co go stać. ,,Byłem tak nazywany już w Lőrinc, ponieważ zgodnie z moimi przyzwyczajeniami stałem zwykle w kole środkowym przy linii, wyglądając przy tym, jakbym nie miał nic do roboty. Sterczałem tak jak bambus, ale kiedy nadchodziła okazja, zawsze potrafiłem ruszyć szybko i niespodziewanie”– opowiadał Deák. Ferenc konsekwentnie pracował na treningach i wkrótce zaczął zbierać efekty tej pracy. Pierwszy mecz w barwach Szentlőrinci zagrał 3 września 1939 r. Zespół przegrał 1:3, ale młokos uświetnił swój debiut golem. Klub występował wówczas na drugim poziomie rozgrywkowym w Nemzeti Bajnokság B, ale sezon później grali już w trzeciej lidze. Deak szybko budował swoją pozycję w zespole a swoimi sześcioma trafieniami na tym poziomie wysłał czytelny sygnał, że coraz lepiej radzi sobie też pod bramką rywali. Drużyna zaczęła piąć się w górę a Deak został jednym z jej liderów i zapoczątkował jeden z najlepszych okresów w dziejach klubu. Strzelał jak na zawołanie, niejednokrotnie notując po cztery czy pięć trafień w jednym meczu. W sezonie 1942/43 wystąpił w 26 meczach i tylko w trzech nie pokonał bramkarza rywali. Łącznie uzyskał aż 49 goli. Kwestią czasu było, kiedy zespół zamelduje się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Cel ten udało się wywalczyć w sezonie 1943/44 i jesienią 1944 r. Deak miał szansę debiutu w ekstraklasie. Pierwsze trzy mecze zakończyły się dla Szentlőrinc AC kompletem zwycięstw a nasz bohater zdobył w tych pojedynkach dziewięć goli. Ligowe zmagania zostały jednak przerwane z uwagi na działania wojenne. Jesienią próbowano zorganizować mistrzostwa wojskowe, ale tych też nie udało się dokończyć. Deak również wtedy imponował skutecznością, strzelając pięć goli w dziesięciu spotkaniach.

Wiosna przyniosła kolejną radziecką ofensywę, a piłkarskie zmagania zostały ograniczone tylko do drużyn z Budapesztu. Szentlőrinci grał na drugim poziomie tych rozgrywek, ale braki w źródłach nie pozwalają na pełne odtworzenie bilansu zespołu. Dopiero kolejną ligową kampanię udało się rozegrać w pełni. Futbol był jednym z tych elementów życia, który pozwolił Węgrom szybciej stanąć na nogi po wojnie. Zasady się nie zmieniły ale zmienił się sam kraj, w którym władzę przejęli komuniści. Wkrótce nowe władze zaczną wykorzystywać sport dla własnych celów i organizować go na nowo. Nie ominie to też piłki nożnej. Na razie jednak rywalizacja toczyła się w miarę normalnie. Zespoły podzielono na dwie grupy, z których najlepszych pięć drużyn awansowało do grupy mistrzowskiej. Dalekie od normalności były jednak strzeleckie popisy Deaka. Ładował gola za golem i nic nie robił sobie z przeciwników. Nie ważne, czy naprzeciwko niego stała drużyna MTK, Ferencvárosu czy ktoś z dołu tabeli. Zawsze znajdował sposób na bramkarza rywali. W wygranym 13:0 spotkaniu z Kőbányai Barátság strzelił aż dziewięć goli!. Pięć trafień zaaplikował Ferencvárosowi, a kolejnych sześć drużynie Debreceni VSC! Poza tym wielokrotnie strzelał dwa, trzy albo cztery gole. Deak był praktycznie nie do zatrzymania i w śrubowaniu rekordu nie przeszkodziło mu nawet to, że dwukrotnie został usunięty przedwcześnie z boiska. Ostatecznie sezon 1945/46 ukończył z 66 golami na koncie! Potrzebował do tego 34 meczów, więc łatwo policzyć, że średnio uzyskiwał niemal dwa gole w każdym występie! Nawet biorąc po uwagę nieco inny niż zwykle format rozgrywek, trudne czasy powojenne i zapewne sporą różnicę w poziomach między zespołami, takie osiągnięcie musi budzić największe uznanie. Wcześniejszy rekord ustanowił w 1939 r. Gyula Zsengellér, który 56 razy znajdował wówczas drogę do bramki rywali. Strzeleckie popisy Deaka nie wystarczyły jednak, żeby ugrać coś z zespołem na arenie krajowej. Zmagania w grupie zachodniej Szentlőrinci AC zakończyło na czwartej lokacie, a w grupie mistrzowskiej zajęli dopiero ósme miejsce w stawce dziesięciu ekip. Rok później ekstraklasa składała się już tylko z 16 zespołów, które normalnie rywalizowały w jednej grupie. Deak potwierdził wówczas swoje nieprzeciętne umiejętności i drugi raz z rzędu został królem strzelców. Trafiał „tylko” w 22 z 30 meczów, ale w czterech czterokrotnie wpisywał się na listę strzelców, a w trzech starciach aż pięć razy trafiał do siatki! Zespół znowu jednak zakończył zmagania w środku tabeli, zajmując siódmą lokatę. Po bramkostrzelnego zawodnika sięgnął w końcu jeden z największych i najbardziej utytułowanych klubów w kraju, czyli stołeczny Ferencvárosi Torna Club. Jedną z kart przetargowych przy transferze był dwupiętrowy dom, który zapewniono Deakowi. Bardzo entuzjastycznie na jego przyjście zapatrywali się też kibice, którzy liczyli, że nowy nabytek przywróci ich ukochanej drużynie utracony blask. Ferenc za otrzymane zaufanie odwdzięczył się najlepiej, jak mógł, czyli kolejnymi golami. Już w 3. kolejce cztery razy pokonał bramkarza rywali i poprowadził zespół do wygranej. W całym sezonie zespół zanotował tylko cztery remisy i pięć porażek, a pozostałe 23 spotkania wygrał. Deak był jednym z motorów napędowych zespołu i często to jego trafienia decydowały o zwycięstwach. Drużyna finiszowała na najniższym stopniu podium. Ferenc mógł być zadowolony ze swoich występów, choć w rywalizacji o koronę króla strzelców musiał uznać wyższość Ferenca Puskása, który zdobył 50 goli, podczas gdy Deak „zaledwie” 41 goli. W kolejnym sezonie pokazał razem z kolegami prawdziwą klasę. Ferencváros szedł jak burza i po kolei rozjeżdżał kolejnych rywali. Deak znowu zaliczył kilka meczów z czterema trafieniami i raz pięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców. Pierwsze potknięcie zespół zanotował dopiero 13. kolejce, remisując 1:1 z MTK. Pierwsza porażka z kolei przyszła dopiero w 24. kolejce. W całym sezonie Ferenc z kolegami uzbierali ich ledwie trzy. W znakomitym stylu sięgnęli po krajowe mistrzostwo, dystansując wszystkich konkurentów w walce o tytuł. Nad drugim w tabeli MTK mieli aż 11 punktów przewagi. Ferenc Deak ze swoimi 59 golami w 30 meczach znowu zbliżył się do magicznej granicy dwóch goli na mecz i po raz trzeci został królem strzelców. Obok siebie miał znakomitych Sándora Kocsisa i Zoltána Czibora i trudno było sobie wyobrazić lepszy sposób na uczczenie jubileuszu 50-lecia klubu.

Latem 1950 r. razem z kolegami spędzał czas w jednym z klubów nocnych w mieście Siófok nad Balatonem. Towarzystwo trochę sobie wypiło, a że Deak był muzykalny i lubił śpiewać, to zaintonował wykonanie klubowego hymnu, który jednak nie cieszył się wówczas uznaniem w oczach władz. Pech chciał, że świadkami tego występu była dwójka funkcjonariuszy z Államvédelmi Hatóság, czyli politycznej policji węgierskiej. Przez moment tolerowali oni zachowanie Deaka, ale po chwili do niego podeszli i kazali mu się zamknąć. Deak zamilkł, odwrócił się w stronę baru i zamówił dwa drinki. Kiedy barman mu je przygotował, Ferenc wylał ich zawartość wprost na twarze oficerów i całą akcję zakończył dwoma precyzyjnymi ciosami, jak na dobrego napastnika przystało. Władze nie chcąc skandalu, starały się wyciszyć sławę, ale Deak był już u nich na cenzurowanym. Jeden z wysoko postawionych w ministerstwie działaczy Sándor Csáki postawił piłkarzowi ultimatum. Urzędnik był też jednym z działaczy Dózsa Sport Egyesület, czyli dzisiejszego Újpestu i przedstawił zawodnikowi propozycję nie do odrzucenia. Możesz zdecydować – idziesz do więzienia, albo do Újpestu! – zwrócił się Csáki do Deaka. Incydent nad Balatonem położył się też cieniem na jego karierze reprezentacyjnej. Gusztáv Sebes uznał go za element niepewny politycznie i przestał go powoływać. Miejsce Deaka na środku reprezentacyjnego napadu zajął Nándor Hidegkuti. Węgrzy w tamtych czasach dysponowali wieloma klasowymi zawodnikami, a siła ognia ataku drużyny narodowej czasami wręcz porażała, więc spokojnie mogli sobie pozwolić na rezygnację z usług takiego snajpera jak Deak. W reprezentacji debiutował on jeszcze w czasie wojny w spotkaniach nieoficjalnych. Pierwszy oficjalny występ zanotował 6 października w meczu z Austrią, strzelając dwa gole. Łącznie zdążył uzbierać 20 meczów w kadrze i tylko w trzech nie strzelił gola. Tych zdołał strzelić aż 29, co też musi budzić uznanie. Dwukrotnie wystąpił w meczach z Polską. Po raz pierwszy 19 września 1948 r. w wygranym 6:2 spotkaniu w Warszawie, gdzie strzelił jedną z bramek. Drugi raz zagrał przeciwko naszym reprezentantom 10 lipca 1949 r. W Debreczynie Węgrzy wygrali wówczas 8:2, a Ferenc Deak aż cztery razy zmusił do kapitulacji Henryka Borucza. W nowym klubie musiał pogodzić się z faktem, że to nie on jest już gwiazdą numer jeden w zespole. W Újpeście pierwsze skrzypce grał Ferenc Szusza. Deak ciągle jednak imponował skutecznością, choć jego osiągnięcia nie rzucały już na kolana. W 83 spotkaniach, jakie w ciągu czterech lat rozegrał dla klubu, strzelił 53 gole. Po przygodzie z Újpestem występował jeszcze przez parę lat w mniejszych klubach, aż w końcu w 1960 r. zakończył karierę w grającym wówczas w piątej lidze Siófoki Bányász SE. Pod koniec swojej przygody z piłką grywał już dalej od bramki przeciwnika i nie strzelał już tylu goli. Kiedy jednak już to robił, to zapadał kibicom w pamięć, jak wtedy, gdy trafił do bramki z połowy boiska. Nigdy nie pogodził się z decyzją o odsunięciu go od reprezentacji. Ominęły go wszystkie największe sukcesy węgierskiej ekipy – igrzyska olimpijskie w Helsinkach, mecz z Anglią na Wembley, czy mistrzostwa świata w Szwajcarii. Jedne trofeum, jakie zdobył z kadrą, to Puchar Bałkanów w 1947 r., gdzie oczywiście został królem strzelców. Po zakończeniu kariery podjął współpracę z rządem i pracował dla armii. Ukończył też szkołę oficerską policji i w oczach kibiców został towarzyszem Deakiem. Wszystkie te działania podejmował, żeby zapewnić utrzymanie rodzinie. Dodatkowo przed opuszczeniem Ferencvárosu zobowiązał się, że wszystkie okoliczności zmiany klubu zachowa w tajemnicy, przez co kibice długo nie mogli mu wybaczyć, że odszedł do największego rywala. Dobre imię zostało mu przywrócone dopiero po zmianie ustroju. W 1994 r. został uhonorowany Krzyżem Oficerskim Order Zasługi, a w 1999 r. pośmiertnie przyznano mu Nagrodę Dziedzictwa Węgierskiego. Na rok przed śmiercią, w 1997 r. w Monachium na gali IFFHS otrzymał tytuł króla strzelców stulecia. Zmarł 18 kwietnia 1998 r. w Budapeszcie. Swoimi rekordami na stałe zapisał się w historii futbolu a uzyskane przez niego 66(!) goli w jednym ligowym sezonie wydaje się być wynikiem nie do pobicia!

8

Macie pojęcie że był ktoś, kto strzelał więcej goli w sezonie ligowym od Lewandowskiego, Cristiano Ronaldo i Messiego? Otóż był! Dzisiaj przypada 102 rocznica jego urodzin. Kim jest ta tajemnicza postać? Tego dowiecie się w odpowiedzi na komentarz.

@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

9

Madrycki prowokator:

16 stycznia 1921 r. FC Barcelona pokonała CE Europa 2:1 w mistrzostwach Katalonii. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt wywołania przez kibiców zamieszek na stadionie Camp del Carrer Indústria, gdzie rozgrywano ten mecz. Industria, popularnie nazywana ,,Escopidora” była pierwszym stadionem Blaugrany, który został zamknięty z nakazu federacji hiszpańskiej. Była to kara nałożona w następstwie zajść wywołanych przez kibiców Barçy zaraz po meczu właśnie z CE Europa. Mimo zwycięstwa, naciski i ataki na sędziego przyczyniły się do interwencji obecnej na stadionie policji z Gwardii Cywilnej. Wydarzenia te ówczesna prasa określiła mianem ,,nieprzyjemnych zajść". Doszło do nich pod koniec meczu, kiedy to madrycki sędzia Pablo Lemmel, były bramkarz klubów Gimnasia i FC Madrid, oraz według niektórych źródeł ,,cieszący się zasłużoną sławą antybarcelonisty oraz socio Espanyolu", został zaatakowany przez niektórych sympatyków Barcy. Agresja nieroztropnych kibiców kosztowała klub karę nałożoną przez Hiszpańską Federacje Piłkarską, która nakazała zamknąć ,,Escopidore” na 3 miesiące. W następną niedziele po zajściach Duma Katalonii rozgrywała kolejny mecz o mistrzostwo Katalonii na Camp del Carrer Galileu przeciwko FC Internacional. Kilka minut przed końcem legendarny napastnik Alcantara zdobył zwycięskiego gola dla Barçy. Było to nie lada osiągnięcie w starciu z walecznym rywalem, którego bramkarz Bru był najlepszym zawodnikiem. Paradoksalnie arbitrem tego spotkania był niezawodowy sędzia Massana, będący piłkarzem...Espanyolu. Kolegium Sędziów nie desygnowało na to spotkanie żadnego arbitra, ponieważ FC Barcelona nie wytłumaczyła się jeszcze z poprzednich zajść. Tak oto funkcjonował futbol w tamtej epoce.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

8

Zapomniana golleada:

16 stycznia 1910 r. FC Barcelona rozgromiła FC Central 12:0(!) w ramach 7 kolejki mistrzostw Katalonii. Trzeba wiedzieć że aż 5(!) goli w tym meczu zanotował legendarny napastnik Carles Comamala, który został królem strzelców w tamtej edycji(1909/10) mistrzostw Katalonii. Mistrzostwo zdobyła FC Barcelona, wyprzedzając Espanyol o 4 punkty.



@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?