FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@kubix05 ,,Zdemolujemy" powiadasz? Ja wiem że z najlepszymi gramy lepiej i że El Clasico rządzi się swoimi prawami ale coś czuje przez skore że jednak tym razem to ,,Królewscy" nas... no może nie zdemolują ale spokojnie wygrają. Chciałbym się mylić.......
10
Kalendarium FC Barcelony:
12 stycznia 2004 r. odbyła się prezentacja Edgara Davidsa. Holenderski pomocnik został ściągnięty przez Franka Rijkaarda aby natchnąć drużynę, która w dniu jego przyjścia zajmowała dopiero 7 pozycje w tabeli po 19-tu kolejkach ligowych. Jego wypożyczenie z Juventusu okazało się strzałem w dziesiątke- Davids do spółki z Ronaldinho poprowadzili Blaugrane do serii zwycięstw, która zaowocowała wicemistrzostwem kraju. Mimo że Barça była zainteresowana zatrzymaniem Holendra, to jednak po sezonie Davids wybrał oferte Interu.
@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
0
No nie wiem czy tytuł artykułu nie powinien brzmieć: ,,Przygotujmy się na męczarnie ze szczęśliwym(miejmy nadzieje) zakończeniem. No cóż, jeśli już wygrywać ten średnio prestiżowy Superpuchar, to z przytupem w El Clasico!
7
Miniaturowy stadion:
Na początku 1982 r. utworzona przez Josepa Lluisa Nuñeza komisja majątkowa FC Barcelony podjęła decyzje o budowie stadionu, na którym swoje mecze mogłyby rozgrywać drużyny juniorskie i młodzieżowe. W ten sposób nie musiałyby jeździć na boisko Fabra i Coats, do Sant Andreu(o którym niedawno pisałem) a klub zaoszczędził by na wynajmie placu do gry. Dziewięć miesięcy po rozpoczęciu prac, we wrześniu 1982 r., zainaugurowano Miniestadi, drugi stadion klubu usytuowany pod numerem 38 przy ulicy Cardenal Reig, gdzie w ostatnich 30 latach grała Barça B, wcześniej znana jako Barça Atletic a także Barça C. Budową tego obiektu zaprojektowanego przez Josepa Casalsa i kierownika budowy Ramona Domenecha, zajęła się firma Foment d’Obres i Construccions. Prace kosztowały 270 milionów peset, które pochodziły z nadwyżki z powiększenia Camp Nou, dokonanego w tym samym roku. Nowy stadion zajmuje powierzchnię 15 tysięcy metrów kwadratowych a boisko o wymiarach 103 na 63 metry. Trybuny mogą pomieścić 15 276 widzów. Od 1983 r. na obiekcie przeprowadzono wiele zmian. Stadion został oficjalnie otwarty 23 września 1982 r. o czym wspominam rok rocznie. Od czasu inauguracji ,,Mini”, jak bywa popularnie nazywany, organizowano tutaj różnego rodzaju imprezy, nie zawsze związane ze sportem, jak choćby koncerty zespołów i słynnych artystów, mecze reprezentacji, otwarte dla publiczności treningi pierwszej drużyny a także transmisje finałów z udziałem FC Barcelony na wielkich ekranach.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90
1
@Mixtape Fajnie to by było gdyby Roque zaczął strzelać gole i to w przynajmniej co drugim meczu. Przecież wyłącznie po to został tu ściągnięty. Wówczas dopiero przekonałby Xaviego na pierwszą wyjściową jedenastke. Bez zdobywania goli nie pogra sobie za dużo u Xaviego.
8
Był sobie piłkarz…
11 stycznia 1980 r. urodził się Geovanni Deiberson Maurício Gómez i w zasadzie należało by mu składać życzenia i dziękować za gre w ,,naszym” klubie, jednak ten Brazylijski skrzydłowy był jednym z najbardziej jaskrawych przykładów fatalnej polityki transferowej prezydenta Joana Gasparta. Jeszcze w marcu 2001 r. Chus Pereda, były piłkarz FC Barcelony i ówczesny wysłannik klubu, poleciał do Brazylii by negocjować transfer z Cruzeiro. Właściciele piłkarza żądali 12 mln euro ale tak oto historie przedstawia Chus: ,,można było obniżyć cene aż do 8,5 mln euro bo potrzebowali pieniędzy”. Pereda nie miał nowych informacji na temat transferu aż do 23 maja, gdy grał w golfa między innymi z Urrutim, który kilka godzin później zginął w wypadku samochodowym. Otrzymał telefon o 19.30 od Antona Parery, dyrektora sportowego FC Barcelony, który powiedział mu: ,,Chusin, kupujemy Geovanniego. Jeżeli zrobimy to za 12 mln euro, dostaniecie razem z Angelem Caballero(agentem FIFA) premie w wysokości 2 mln dolarów.” W międzyczasie prezydent Cruzeiro zażądał już jednak 18 mln. Wtedy Chus zwrócił się do Peredy: ,,Mówie do ciebie jako trener, powiedzmy sobie szczerze, Geovanni nie jest wart więcej niż 8,5 mln.” Wówczas Pereda wypowiedział zdanie, które przeszło do smutnej historii Blaugrany: ,,Chusin, cene ustalam ja.” Geovanni kosztował w końcu równowartość 20 mln euro. Dwa sezony spędzone w Katalonii były pasmem rozczarowań- zaledwie 43 występy i 3 gole a także kłótnie z trenerem Rexachiem, zakończyły się wypożyczeniem do Benfiki. Tam Geovanni zdecydowanie odżył i Portugalczycy z ochotą kupili go za około 15 mln euro. W kolejnych latach dał się poznać jako prawdziwy obieżyświat, grając w Premiership, amerykańskiej MLS oraz w kilku klubach ligi brazylijskiej.
@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
0
Kapitalne były te wczorajsze ,,El derbi Madrilenio", już nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałem taki mecz pomiędzy hiszpańskimi drużynami. Jednak ten Superpuchar w nowej formule jest jakiś niepoważny. Rozgrywanie miniturnieju w środku sezonu, poza Hiszpania bez pożądanej atmosfery na stadionie jest przynajmniej dla mnie nie do przyjęcia. Kto a zwłaszcza po jakiego grzyba organizować ten Superpuchar u Arabów w środku sezonu? Przecież to nie trzyma się kupy!
Ps. We wczorajszym meczu przy golu samobójczym bramkarza Kepy komentator powiedział że w to wszystko wmieszał się nieszczęśnik Rudiger. Nieszczęśnik!? Przecież to jest kawał złośliwca i chama(widziałem jak szczypał Morate) podobnego do Sergio Ramosa. Zresztą już za sam wygląd rasowego bandyty posadziłbym go na rok do aresztu!
Koniec końców ,,Królewscy" jednak zasłużenie wygrali te derby i w finale będziemy mieli... a no włąśnie jeszcze nie wiadomo czy będziemy mieli to wyczekiwane(?) El Clasico...
8
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
10 stycznia 1942 r. na Estadio Centenario, Urugwaj gromi Chile 6:1. Co ciekawe, pierwszego gola i to już w pierwszej minucie strzelił Chilijczyk Contreras. Ten mecze rozpoczął 17-tą edycje Copa America. To był czas rewanżu za rok ubiegły, tym bardziej że gospodarzem był Urugwaj. A tak się działo że ilekroć dotychczas ,,Celestes” grali u siebie, nie doznawali goryczy porażki. Estadio Centenario, ten niemy świadek światowego prymatu Urugwajczyków w niezapomnianym 1930 roku, najwidoczniej posiadał zaklętą w swoich murach, zwycięską moc. Również i teraz miał pozostać twierdzą niezdobytą. Zaś chętnych do jej sforsowania nie brakowało. Po pięcioletniej nieobecności pojawili się dwaj silni konkurenci: jak zwykle wyzbyta kompleksów twarda ekipa Paragwaju i usiany gwiazdami pierwszej wielkości team Brazylii. Paragwajczycy pokazali znów paru doskonałych graczy, którzy jak się można było spodziewać, niebawem spakowali manatki i wywędrowali do wielkich argentyńskich klubów. Brazylia z kolei wystawiła sławy bezsporne. Obroną zawiadywał legendarny Domingos da Guia, protoplasta przyszłego ,,libero”, tego wynalazku lat 70-tych, po dziś dzień bezsprzecznie uważany za najlepszego stopera Brazylii wszechczasów. W środku pomocy brylował sumienny Oswaldo Brandão, w przyszłości wielki autorytet trenerski. Natomiast atak to już była prawdziwa kolia brylantów. Po prawej arcymistrz dryblingu Pedro Amorim, po lewej zgrana od lat na pamięć para Tim-Patesko a pomiędzy nimi godny następca Leonidasa i równie godny poprzednik Pelego, startujący właśnie do olśniewającej kariery Zizinho. Natomiast Argentyna dumna była że pojawił się środkowy pomocnik na miare dawnych mistrzów, takich jak Monti, Minella czy Lazzatti. Był to olbrzym z Newell’s, Antonio Perucca, zwany ,,Potron de America”. Jednak w ataku legendarny trener Stabile znów miał zawrót głowy. Pewna swego była jedynie lewa strona. Za to po prawej stronie istna wirówka nonsensu. Rozumiejąca się para klubowa z Tigre, Tossoni-Sandoval przetrwała tylko jeden mecz- 4:3 z Paragwajem. Niezadowolony z rozmiarów zwycięstwa Stabile co i rusz szukał innych rozwiązań. Szybki Heredia nie pasował do wolniejszego Sandovala, zaś były prawoskrzydłowy Pedernera został tymczasem kierownikiem ataku River Plate i na pozycji prawego łącznika czuł się nie swojo. Ta mieszanka wystarczyła wprawdzie na Brazylię ale już nie dała sobie rady w bezbramkowym meczu z twardym Chile, nie mówiąc już o uskrzydlonym dopingiem 70 tys. widzów gospodarzach turnieju.
Decydujący mecz Urugwaj wygrał 1:0 a ,,złotego” gola strzelił w 48 minucie lewoskrzydłowy Zapirain, który w przyszłości miał zyskać miano ,,urugwajskiego Stanleya Matthewsa”, bowiem występował czynnie jeszcze w latach 70-tych. Pokonanej w absolutnie równorzędnym boju Argentynie, CONMEBOL postanowił przyznać nagrodę pocieszenia. W tym celu ufundowano Copa Bolivia, puchar, który od tej pory zwyczajowo przypadał w udziale drugiej drużynie turnieju. Przy okazji Argentyna ustanowiła też rekord Copa America. 22 stycznia na Estadio Centenario rozgromiła Ekwador 12:0! Cztery gole w tym meczu strzelił Herminio Masantonio, legendarny napastnik Huracan. Jeszcze większym wyczynem popisał się w tym meczu fenomenalny napastnik Jose Manuel Moreno, który ,,huknął” aż 5 goli! Nic więc dziwnego iż to właśnie Moreno i Masantonio podzielili między siebie tytuł króla strzelców z wynikiem 7 goli. Urugwaj natomiast powtórzył sukces z 1935 r., lecz dokonał tego w obliczu niepomiernie trudniejszej i liczniejszej konkurencji. Zdobył aż 21 goli(tyle samo co słynny argentyński napad) za to stracił zaledwie 2, z Paragwajem i Chile, przy 6 obciążających defensywę Argentyny i 7 Brazylii. Była to naprawdę wielka drużyna. Jej trzon stanowili zawodnicy bezkonkurencyjnego mistrza kraju- Nacional, który przeżywał apogeum swojej świetności. Oto legendarna kadra Urugwaju ze zwycięskiego turnieju: Joaquin Bermudes(Peñarol), Enrique Castro(Nacional), Luis Ernesto Castro(Nacional), Oscar Chirimni(River Plate), Anibal Ciocca(Nacional), Jose Maria Correa(Sud America), Eugenio Galvalisi(Nacional), Schubert Gambetta(Nacional), Sixto Gonzalez(Liverpool), Obdulio Varela(Wanderers), Agenor Muñiz(Peñarol), Luis Anibal Paz(Nacional), Roberto Porta(Nacional), Raul Rodriguez(Peñarol), Hector Romero(Nacional), Severino Varela Puente(Peñarol) i wreszcie Bibiano Zapirain(Nacional).
@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
0
@KrychaFCB U mnie nie zamula ani nie przycina
9
Kto by pomyślał że taki chciwy:
10 stycznia 1946 r. w Krakowie urodził się Robert Gadocha(przy okazji wszystkiego najlepszego panie Robercie). Był jednym z najlepszych piłkarzy w historii polskiego futbolu. Czarował dryblingami i rzadko spotykaną techniką użytkową. Sam jednak przystał na los człowieka zepchniętego w głęboki cień. Tak zwana ,,Afera dolarowa” sprawiła że Gadocha dawny as reprezentacji i czołowy gracz Legii wybrał milczenie, zerwał kontakty nawet z dawnymi kumplami. Na Mundialu w 1974 nie strzelił żadnego gola ale był za to mistrzem asyst. Po jego zagraniach koledzy zdobyli aż 7 goli! Obok Kazimierza Deyny i Grzegorza Laty został wybrany do jedenastki mistrzostw świata. I to właśnie Lato opowiedział kiedyś historie, która legendzie Gadochy mocno zaszkodziła, powodując że do dzisiaj w życiu publicznym zupełnie go nie ma. Całkiem świadomie uznał iż nikomu nie musi się tłumaczyć, kolegom z reprezentacji też nie, choć mieli powody podejrzewać że Gadocha ich oszukał. W autobiografii Grzegorza Laty wydanej w 1994 r. były prezes PZPN po raz pierwszy wspomniał o dodatkowej finansowej motywacji, po którą sięgnęli Argentyńczycy. Chodzi o mecz z Włochami, ostatni w fazie grupowej na mistrzostwach świata. Zwycięstwo Polaków oznaczało że do drugiej rundy(oprócz Białoczerwonych) przeszliby też Argentyńczycy, którzy w równolegle toczonym meczu musieli pokonać słabiutkie Haiti różnicą co najmniej 3 goli. Tak też się rzeczywiście stało. Wygrali 4:1 a Polska swój mecz 2:1. Pytanie tylko czy Argentyna obawiająca się że nasz zespół spotkanie z Italią może potraktować ulgowo, faktycznie złożyła obietnice finansowej premii? Lato był przekonany że tak! Wtedy nie wymienił żadnych nazwisk, mówił tylko o dwóch-trzech zawodnikach polskiej drużyny. Mieli przyjąć 18 tys. dolarów ale nie podzielili się z pozostałymi kolegami, którzy nie wiedzieli o argentyńskim bonusie. Ujawniona przez Late sprawa wtedy rozeszła się po kościach. W 30-tą rocznice mundialowego medalu wrócił do niej w wywiadzie dla ,,Przeglądu Sportowego” i był już bardziej konkretny. Wciąż nie wymienił żadnego nazwiska, lecz liste podejrzanych ograniczył do jednej osoby, na dodatek łatwo ją było można zidentyfikować. ,,O całej sprawie dowiedziałem się dopiero 10 lat po mundialu. Byłem wtedy zawodnikiem Atalanta Mexico City. Mieliśmy w klubie jakąś impreze, zrobiła się luźniejsza atmosfera i na zwierzenia zebrało się Rubenowi Ayali, który w 1974 grał w ataku reprezentacji Argentyny. Zaczął mi opowiadać jak Argentyńczycy dyskutowali między sobą że trzeba Polaków zmobilizować do poważnej gry z Włochami. Ustalili że każdy z nich ze swojej premii za zakładany awans do drugiej rundy odpali Polakom po tysiąc dolarów. 22 piłkarzy plus 2 trenerów. W sumie 24 tys. dolarów”- relacjonował Lato w ,,PS”, uściślając że do odbiorcy trafiło 18 tys. USD a reszte przejął pośrednik. Przedstawił też hipotezę dlaczego odbierający kase zawodnik z nikim się nie podzielił. ,,Widocznie piłkarz, który zdaniem Ayali był kluczowym graczem Polski i z nim należało rozmawiać jako reprezentantem nas wszystkich, uznał że i tak wygramy z Włochami. Mieliśmy przecież wystąpić w żelaznym ustawieniu, byliśmy na fali a 18 tys. zielonych piechotą nie chodzi. Z czysto logicznego punktu widzenia postawę naszego kolegi można próbować jakoś zrozumieć, lecz tylko z logicznego”- opowiadał Lato.
Zatem skandal wybuchł dopiero w 2004 r. Grzegorz Lato jednym kamyczkiem uruchomił lawine. Na jaw zaczęły wychodzić kolejne fakty bo w Argentynie historia mundialowych dolarów znana była od dawna. Okazało się że o ile Ayala opowiedział Lacie o zakulisowej transakcji, to jednak nie on był pośrednikiem a niejaki Iggy Boćwiński, wówczas szef linii lotniczych PanAm na Polske i serdeczny kolega Gadochy. W operacje miała też być zaangażowana ówczesna żona polskiego piłkarza, która przejęła pieniądze, gdyż on sam uczestniczył w turnieju, ciągle przebywał z drużyną, więc tego typu aktywność siłą rzeczy musiała być mocno ograniczona. Gadocha wszystkim rewelacjom stanowczo zaprzeczył. Zrobił to twardo i jednoznacznie, po czym…. Zapadł się pod ziemie. ,,Jestem z boku, bo szanuje swoje nazwisko. Nie chce się wtopić w polską przeciętność. Poza tym… są pewne sprawy, o których w życiu się nie mówi tylko zabiera się je do grobu. Dlatego nie opowiadam o nich nawet w prywatnych rozmowach”- przekonywał na łamach ,,PS” Gadocha. Trzeba przyznać że brzmiało to cokolwiek tajemniczo a po wybuchu ,,afery dolarowej” nabrało nowego znaczenia. Przez następne lata Gadocha publicznie prawie się nie pokazywał. Niekiedy widziano go na stadionie Legii ale zdecydowanie więcej czasu spędzał w swoim domu na Florydzie. W 2013 r. dodzwonił się do niego Rafał Hurkowski, syn nieżyjącego już cenionego dziennikarza Romana Hurkowskiego. Gadocha zgodził się udzielić wywiadu dla polsatsport.pl. W opublikowanej rozmowie Gadocha powtórzył że z argentyńskimi dolarami nie miał nic wspólnego. ,,Nie wziąłem tych pieniędzy. Przecież gdyby do czegoś doszło, moi koledzy siłą rzeczy wszystkiego by się dowiedzieli! Dlaczego to wyszło dopiero po 30 latach? To wszystko dzieło mojej byłej żony. Była wpływowa, pracowała dla MSW. Szantażowała mnie że jeśli nie zrezygnuje z domu, zniszczy mi życie…. Moje nazwisko zostało zszargane”- stanowczo stwierdził, przyznając przy tym że na stałe mieszka w Sarasocie, na Florydzie. ,,Nie mam z nim kontaktu i nie słyszałem żeby któryś z moich kolegów z drużyny Górskiego miał. To nie jest przypadek ponieważ mam wrażenie że gdy wypłynęła sprawa argentyńskich pieniędzy, świadomie zniknął z pola widzenia. Może poczuł się urażony, że ktoś daje wiare sensacyjnym doniesieniom. No ale z drugiej strony nie próbował się tłumaczyć…. Dużo razem przeżyliśmy, więc na pewno byśmy go spokojnie wysłuchali. Kiedyś wspólni znajomi próbowali spotkać się z nim na Florydzie. Dzwonili, lecz nie odbierał telefonu. Pukali do drzwi ale nie otwierał”- tak opowiadał Lesław Ćmikiewicz, kolega Gadochy z reprezentacji i Legii. ,,To co powiedział Grzegorz Lato, zabrzmiało wiarygodnie. Pierwsza żona Roberta też przyznawała że trzymała te pieniądze. Ja natomiast zwyczajnie uważam że brudy wcześniej czy później wychodzą na wierzch”- zwraca uwagę Władysław Żmuda, czyli kolejny znajomy Gadochy z reprezentacji. ,,Po chrześcijańsku mogę mu wybaczyć ale niesmak pozostaje. Naszym przywódcą nie był, jednak zawsze zajmował konkretne stanowisko. Do tego potrafił nie głupio powiedzieć a mądrego zawsze warto posłuchać. Piłkarzem był pierwszorzędnym”- dodaje Żmuda. Gdy wyszła sprawa nieszczęsnych argentyńskich dolarów, zerwał kontakty z kolegami. Nie przyjeżdżał na okolicznościowe spotkania Orłów Górskiego, choć były tak godne okazje jak świętowanie 40-tej rocznicy medalu mistrzostw świata. W niczym nie zmienia to faktu że był jednym z najlepszych polskich piłkarzy w czasach, gdy nasza reprezentacja odnosiła największe sukcesy. Tego już nikt mu nigdy nie odbierze……
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
10 stycznia 1929 r. w Stanisławowie urodził się Kazimierz Trampisz. Wychowywał się w Stanisławowie. Od dziecka uwielbiał przebywać na łonie przyrody i uganiać się za piłką. Razem z kolegami grał na bosaka na placach i trawnikach. Miłość do futbolu zaszczepił w nim brat mamy Stanisław Kantor, który był bramkarzem w KS Górka. To właśnie w tym klubie mały Kazio stawiał swoje pierwsze kroki. Pierwsze regularne treningi odbywał jednak w założonym przez Sowietów Lokomotiwie. Tam też rozgrywał swoje pierwsze poważne mecze i imponował skutecznością. W 1945 r. trafił do drużyny seniorów. Szybko zauważono, że ma smykałkę do piłki. Kiedy przyszedł czas masowych wyjazdów Polaków ze Stanisławowa, prezes klubu, który był pułkownikiem, chciał za wszelką cenę zatrzymać młodego zawodnika do końca rozgrywek, oferując nawet 2,5 tys. rubli, ale ojciec Kazia się nie zgodził. Razem z rodzicami trafił do Bytomia. Tam został zawodnikiem Polonii, gdzie spotkał wielu swoich przedwojennych idoli. Przez jakiś czas występował też pod fałszywym nazwiskiem w zespole Hejnału Kęty. W Polonii szybko stał się jednym z filarów zespołu. Potrafił znakomicie przyspieszyć akcję i precyzyjnymi podaniami obsługiwać partnerów. Był dobrze wyszkolony technicznie i doskonale wiedział, kiedy najlepiej oddać strzał. W 1955 r. roku zawieszono go za rzekome opuszczenie spodenek i pokazanie kibicom ŁKS-u „tylnej części ciała”, ale nigdy się do przypisywanego mu czynu nie przyznał. Z bytomskim klubem był związany do 1962 r. Dwukrotnie świętował z kolegami mistrzostwo Polski. Z Bytomia przeniósł się do Rzeszowa, gdzie został zawodnikiem Stali. Spędził tam dwa sezony i zakończył karierę. Pracował jako trener m.in. w Rzeszowie, Bytomiu, Katowicach, Chorzowie, Krakowie i Głubczycach. Był reprezentantem Polski na igrzyskach w Helsinkach. Zagrał wówczas w pierwszym spotkaniu z amatorami z Francji. Debiutował w kadrze dwa lata wcześniej. 30 października 1950 r. zagrał w wygranym 1:0 meczu z Bułgarią w Sofii. Pierwszego gola dla biało-czerwonych zdobył 21 września 1952 r. w spotkaniu z NRD (wygrana 3:0). Dwa lata później zdobył dwa gole w pojedynku z Bułgarią. W ciągu ośmiu lat zaliczył tylko 10 występów. Mimo że nie grano wówczas zbyt wielu meczów, to jak na zawodnika takiej klasy, co Trampisz, to zdecydowanie za mało. W Reprezentacji rozegrał 10 meczów, strzelając 3 gole.
@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
0
@FcPortoFan1999 A to, to popieram, w 100%!
Jednym słowem: ,,Kiedyś to było! Nie to co teraz"
12
Złota Piłka France Football wędruje do:
10 stycznia 2011 r. Lionel Messi odebrał swoją drugą z rzędu Złotą Piłke, tym razem po raz pierwszy w historii pod egidą FIFA. Wielu ekspertów faworyzowało Wesleya Sneijdera, który z Interem zdobył potrójna koronę a z reprezentacją dotarł do finału mundialu. Holenderski pomocnik przegrał jednak nie tylko z Messim ale również z mistrzami Świata- Iniestą oraz Xavim. Tym samym stała się rzecz bez precedensu ponieważ całe podium Złotej Piłki zajeli wychowankowie jednego klubu.
Czy my dożyjemy jeszcze kiedyś tak spektakularnego wyczynu?
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Culer9002
@Arkon
@AFA90
0
@FcPortoFan1999 Bodaj w latach 40-tych czy 50-tych wygraliśmy z Realem 7:2! No ale 9:7(!) bez przesady....
0
@FcPortoFan1999 Jeśli to by pomogło naszym ulubieńcom na przyszłość, to czemu nie(?) niech strzelają jak w hokeju!
1
@FcPortoFan1999 Tylko po co nam taki wynik w El Clasico? To by świadczyło o jeszcze gorszej defensywie niż jest na tą chwile! Nam wystarczy 1:0...
0
@LS Wiem nawet gdzie? Na tym cholernym śmietnisku wymyślonym przez redakcje...
2
@Lionel_Messi10 Osłabiają moja kochaną Boce(!) a potem kończy się to tak że Boca zostaje bez żadnego pucharu....!
12
Niespotykane El Clasico!
10 stycznia 1943 r. FC Barcelona remisuje na Camp de Les Corts z Realem… 5:5(!) w ramach 14 kolejki Primera Division. Gole dla Barçy zdobywali: Mariano Martin(25 oraz 40 minuta), Josep Escola(31 m.) oraz Jose Valle(31 i 62 m.). Jeszcze do 87 minuty Blaugrana prowadziła 5:4. Na 3 minuty przed końcem Mardones doprowadził do remisu. Patrząc na tabele kończącą sezon ten Klasyk nie miał większego znaczenia ponieważ Duma Katalonii zakończyła go na 3 pozycji. Co ciekawe, ,,Królewscy” zakończyli rozgrywki na… 10 pozycji!
@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
8
Legendy hiszpańskiego futbolu:
Historia Francisco Pavona nie jest materiałem na bajkę ze szczęśliwym zakończeniem. Jako jeden z wielu wychowanków Realu Madryt przepadł w brutalnym, pozbawionym sentymentów świecie piłki nożnej. Można mówić, że łatwo było zginąć w takim klubie, który w czasie gry Francisco miał w swoim składzie ikony futbolu, na czele z Raulem, Roberto Carlosem, czy Zidanem. Niestety w przypadku Pavona było trochę jego winy. Oto historia piłkarza, który poprzez swój język zaprzepaścił szansę na niezłą karierę. Urodzony 9 stycznia 1980 roku Pavon od początku swojego piłkarskiego życia był związany z „Los Blancos”. Krok po kroku od 1998 roku przechodził coraz to wyżej z młodzieżowych zespołów, by w końcu trafić do upragnionego raju, jakim jest dla wychowanka każdego klubu drużyna seniorska. Pavonowi udało się tego dokonać stosunkowo szybko. Dojście do seniorskiej ekipy Realu zajęło mu cztery lata, dzięki czemu załapał się jeszcze na koniec kadencji Vicente Del Bosque. Nie miał wówczas pojęcia, że będzie kojarzony w Madrycie nie dzięki swojej grze, lecz dzięki polityce transferowej, jaką prowadził Florentino Perez. Zanim stał się symbolem porażki ery pierwszych „Galacticos”, Francisco miał również lepsze chwile w Madrycie. Udało mu się nawet wygrać kilka trofeów, w tym dwa najważniejsze – Ligę Mistrzów i mistrzostwo Hiszpanii. Co prawda nie wystąpił w finale w Glasgow, ale miał dość znaczący wkład w ogólną postawę Realu w tamtym sezonie Champions League. W ogóle można stwierdzić, że najlepszy czas w zespole ze stolicy Hiszpanii miał wówczas, gdy jej trenerem był Del Bosque. On najczęściej stawiał na Pavona, a obrońca odpłacał mu się grą na swoim optymalnym, czyli wówczas niezłym poziomie. Nikt nie spodziewał się, że zanotuje nagle tak duży regres. ,,Zidanes y Pavones” to główne i w zasadzie jedyne hasło, które kibic Realu znający jego historię może przytoczyć w kontekście Pavona. Co ten termin w ogóle oznacza? O co w nim chodzi? To bardzo proste! Tak została nazwana polityka transferowa Pereza, która została już w tym tekście przytoczona. Zamysł był równie prosty, jak nazwa. Słynny Florentino chciał połączyć największe gwiazdy futbolu, sprowadzane do klubu w zasadzie co rok z młodymi adeptami szkółki „La Fabrica”, która znajdowała się w ośrodku Valdebebas. Jednym z takich adeptów miał być właśnie bohater naszej opowieści, czyli Pavon. Miał być dokooptowany do takich gwiazd, jak Figo, Raul, czy Zidane. Po prostu nie mogło się to nie udać. Było więcej, niż pewne, że taka machina będzie niszczyć każdego, kogo spotka na swojej drodze. No ale musi być zawsze jakieś ale. Były nawet dwa! Po pierwsze – Perez wzmacniał wyłącznie ofensywę, kompletnie zostawiając na pastwę losu linię defensywy. Po drugie, w pewnym momencie piłkarzom z generacji Pavones zaczęła odbijać sodówka. Doskonale o tym pisze w swojej książce ,,Real Madryt. Królewska era Galacticos” Leszek Orłowski: ,,Świadomość, że są w pewien sposób nietykalni, że nie podlegają tym samym regułom weryfikacji, co reszta zawodników […] po prostu ich demoralizowała. […] Zaczęli się odważnie wypowiadać […], a nawet dzielić Zidanes na lepszych, czyli bardziej im przychylnych i gorszych”.
Ta sytuacja oraz coraz większe mniemanie o sobie Pavones musiało w końcu spowodować wybuch w szatni, oraz koniec tej filozofii, w której jednym z „bohaterów” był Pavon. Ta sytuacja wpłynęła również na niego, ponieważ trzymał się z wychowankami, na których czele stali Miguel Palencia, czy Alvaro Mejia. Nawet jeśli szanował „Zizou”, to i tak był w tej grupie dzielących szatnię. Oto co sam Pavon powiedział o Zidanie, gdy ten został trenerem Realu: ,,Zizou był wspaniałym graczem i wzorowym partnerem. Zawsze był świetnym gościem”. Być może była to jedynie kurtuazja, ale te słowa pokazują jednak, że Pavon szanował większych od siebie piłkarzy. W końcu jednak Hiszpan nie wytrzymał i w 2007 roku opuścił bez żalu Real. Po odejściu z Madrytu nastąpił gwałtowny zjazd kariery Pavona. W 2007 roku trafił on do innego Realu – tego z Saragossy. Tam jednak był już cieniem jakiegokolwiek piłkarza, zwłaszcza tego z czasów „Los Blancos” Del Bosque, dla którego jeszcze był ważny. Spędził w Saragossie co prawda trzy lata, ale były one bardziej zmarnowane, niż skonsumowane w jakiś dobry sposób. Po rozegraniu zaledwie 43 meczów w tym czasie Francisco odszedł odciąć ostatnie kupony swojej kariery do Francji. W Arles – Avignon, do którego przybył w 2010 roku, Francisco nie rozegrał nawet pełnego sezonu. Zaledwie 23 występy w tym zespole przekonały Pavona, że to niechybny koniec jego kariery. Ostatnim tchnieniem jego piłkarskiej drogi było jeszcze pójście na testy do West Hamu, których nie przeszedł. Wreszcie po dwóch latach koczowania po piłkarskim niebycie bez klubu oraz odmowie przyjęcia piłkarskiego zasiłku dla bezrobotnych Francisco Pavon w wieku 33 lat zakończył swoją futbolową drogę. Kariera Pavona jest przestrogą dla wielu młodych piłkarzy. Pokazuje ona, że w swoim notesie każdy z nich powinien wielką czcionką zapisać sobie słowo pokora. Jest ona podstawową wartością pozwalającą na przeżycie w takiej dżungli, jaką dla Pavona był Real Madryt.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90
9
@FCBparasiempre
9 stycznia 1978 r. urodził się włoski pomocnik Gennaro Ivan Gattuso. Wyobraźcie sobie, że macie córkę u progu dorosłości. Na pewno nie chcielibyście, żeby któregoś dnia przyprowadziła do mieszkania kogoś o temperamencie Gennaro Gattuso. Z jakimi cechami wam się kojarzy ten piłkarz? Wszystkie odpowiedzi powinny być podobne: zadziorny, krnąbrny, czupurny, awanturniczy, zaczepny czy niesubordynowany. Jednak ktoś musiał gryźć rywali w kostki, żeby Rui Costa, Pirlo, Ronaldinho czy Kaka, mogli bez obciążeń defensywnych pokazywać światu swoją wirtuozerię. Wzruszają nas historie, kiedy piłkarz w końcu ląduje w klubie, któremu kibicował od dziecka. Coś, co wydawało się nieosiągalne, nagle staje się prawdą. Tak też było z Gennaro „Rino” Gattuso. Na uwikłania dotyczące jego rzekomego udziału w korupcji, odpowiedział: ,,Jeśli ktoś udowodni mi, że ustawiłem mecz, to wyjdę na ulicę i… wiem, że trudno to powiedzieć, ale tak – zabiję się!”. Gdyby było trzeba, to pobiłby byka, wilka, nosorożca i Marcina Najmana i to w walce czterech na jednego. Najbardziej temperamentny włoski piłkarz XXI wieku, długowieczny kibic Milanu, serce tego zespołu. Powiązania na temat korupcji brzmiały więc w tym przypadku absurdalnie. Niech zgadnę – to też brutal, którego kojarzycie z czerwonymi kartkami, prawda? Błąd. Otóż w samym Milanie – bezpośrednich czerwonych kartek otrzymał… jedną. Tak, jedną. Za to, jak spektakularną. W ostatniej minucie meczu z Ajaksem, w Champions League – za uderzenie w twarz Zlatana Ibrahimovicia. Jeśli „błyszczał”, to właśnie w Lidze Mistrzów, jak choćby wtedy, gdy walnął „z byka” asystenta Harry’ego Redknappa. To było drugie spięcie tego wieczoru. Do pierwszej scysji doszło po idiotycznym, obunożnym wejściu Flaminiego w Corlukę i czerwonej kartce. Wówczas Gattuso powinien zostać wykluczony za złapanie tego samego człowieka – Joe Jordana, za szyję. UEFA odwdzięczyła się jednak z nawiązką – pięciomeczową karą. Najlepsze, że wcale nie wiemy, jak skończyłby się ten pojedynek – „Rino” ujrzał przed sobą dziadka, natomiast nieliczni wiedzą, że Jordan to także kawał skurczybyka i byłby skłonny podjąć walkę. Jak podsumował Daily Mirror: „Wbrew pozorom, to Gattuso miał szczęście, że przeżył”. Bronił go z kolei Ancelotti: „ To niesprawiedliwe, że ocenia się Gattuso przez jeden wybryk. Nie można w taki sposób oceniać człowieka”. Uczciwie dodajmy jednak, że w sumie czerwonych kartek uzbierał osiem. Biorąc pod uwagę styl gry i to, że rozegrał blisko 700 profesjonalnych spotkań, to chyba nie jest najgorszy wynik? Ustawmy jednak pionek na start. Gennaro szukał swojego miejsca. Perugia, która wychowywała go od dwunastego roku życia, nie dała mu tego, czego oczekiwał. Zaledwie osiem występów w Serie A, w sezonie 1996/1997 i tylko jeden w pełnym wymiarze czasowym. To z pewnością nie zadowoliło dziewiętnastolatka. W przegranym meczu na San Siro pobiegał 16 minut, nie wiedząc, że właśnie gra z zespołem swojego życia. Perugia nie zdołała się utrzymać w Serie A. Spadła bardzo pechowo. Wraz z Piacenzą i Cagliari miała taką samą liczbę punktów, natomiast bezpośredni pojedynek w trójkącie między tymi drużynami zdecydował, że trzecie miejsce od końca zajął właśnie zespół Gattuso. Nie uśmiechało mu się zostawać w drużynie, szczególnie, że przecież dopiero co awansowali z Serie B i od razu z niej zlecieli.
Pomocną rękę wyciągnął do niego Walter Smith i sprowadził krnąbrnego młokosa do Rangers FC. Późniejszy asystent sir Aleksa Fergusona bardzo ufał włoskiemu pomocnikowi. Tu miał szanse na swoje pierwsze trofeum. Rangersi przegrali jednak z Hearts i Gennaro nie mógł biegać z pucharem po murawie. Tam spotkał na swojej drodze takich piłkarzy jak: Brian Laudrup czy przede wszystkim Paul Gascoigne, który w ramach małego chrztu, na pierwszym treningu celowo ubrudził Włochowi spodenki. Co mógł zrobić Anglik? Łatwo się domyślić. Gattuso poszedł wziąć prysznic, a Gascoigne zostawił brązowy prezent jego w bokserkach. Włoch musiał więc wracać do domu w samych spodniach. Smith przeniósł się do Evertonu, a jego miejsce przejął Dick Advocaat, który miał własny pomysł na Gattuso. Prawa obrona. To odbierało mu radość z gry. Człowiek, który kochał walkę w środkowej części boiska, miał się teraz trzymać tylko jednej strony? To zbyt go ograniczało. Postanowił uciec z Glasgow i dość niespodziewanie zasilił szeregi włoskiej Salernitany. „Rino” może mieć jednak dobre wspomnienia ze Szkocji. Tam poznał swoją przyszłą żonę – Monicę Romano, z którą ma 12-letnią córkę Gabriellę i 9-letniego syna Francesco. Historia Salernitany w Serie A nie była długa. Spadli przez fatalną grę na wyjazdach, gdzie zdołali tylko pokonać Empoli. U siebie natomiast posiadali prawdziwą twierdzę. Bilans: 9-4-4 mówi sam za siebie. Zespołem na boisku wówczas dowodził niechciany już w Interze defensor – Salvatore Fresi. Ponadto oprócz bohatera tekstu, grali tam też: Marco Di Vaio czy David Di Michele. Dla tego pierwszego to właśnie beniaminek był pierwszym schodkiem dużej kariery. Salernitana pokonała wówczas takich tuzów jak: Lazio (1-0), Romę (2-1), Inter (2-0) i Juventus (1-0). W meczu z Milanem Gennaro niestety nie mógł wystąpić, ponieważ nie opanował emocji w starciu z Piacenzą. Wyleciał z boiska, a potem musiał pauzować dwa mecze – z Romą i właśnie z Milanem. Pierwsze starcie z ekipą Rossonerich miało miejsce na początku sezonu, kiedy Gattuso występował jeszcze w Rangers FC. Nie było mu dane więc zagrać przeciwko swoim przyszłym kolegom. Salernitana nie zdołała się utrzymać, a skauci Milanu zauważyli „to coś” w nadpobudliwym zawodniku i tuż po spadku beniaminka, zapłacili za niego 8 milionów funtów. Reszta jest historią, którą wszyscy znamy. Wiemy doskonale ile Gattuso znaczył dla Rossonerich. Ba, on przecież był Milanem, jego sercem. Nic dziwnego, że teraz, kiedy zespół nie jest już królem szachownicy, mówi: ,,Kiedy tam grałem, to Milan był perfekcyjną maszyną. Gdy wychodzisz na boisko, musisz wiedzieć, że nosisz na sobie koszulkę, która wiele znaczy w historii włoskiej piłki. Dziś, w wielu meczach Milanu w ogóle nie widać przywiązania”. Zadebiutował u trenera Alberto Zaccheroniego na Stamford Bridge. Ten początkowo nie ufał piłkarzowi. Momentem przełomowym było pierwsze 90 minut w Serie A, w derbach Mediolanu, gdzie powstrzymał Brazylijczyka Ronaldo. Milan wygrał wówczas 2-1. Zaccheroni jednak dalej nie chciał wystawiać „Rino” w całych spotkaniach. Sytuacja ustabilizowała się na wiosnę i od tego momentu (marzec 2000) Gattuso stał się kimś, od kogo należało rozpoczynać budowanie składu. 12 lutego 2000 roku, w starciu z Bologną, zdobył swoją premierową bramkę w Serie A. Na kolejną czekał aż trzy i pół roku. Ponownie trafił do bramki Perugii, we wrześniu 2003. Strzelanie goli, nie należało do jego obowiązków. W całej karierze seniorskiej zdobył ich piętnaście, z czego jednego przepięknego, w towarzyskim meczu przeciwko reprezentacji Anglii. Piłka odbiła się wówczas od poprzeczki. Wtedy także spoliczkował Davida Beckhama. Dokładnie po roku, kiedy Włoch zaczął grać regularnie – zwolniono Zaccheroniego. Później przyszły kiepskie czasy Cesare Maldiniego czy też Fatiha Terima, jednak oni nie popracowali zbyt długo i jesienią 2001 roku rozpoczęła się nowa era Milanu. Stery objął Carlo Ancelotti, który już później, pracując w Realu Madryt, wypowiadał się o wojowniku w przemiłym tonie: ,,Największy poziom zaufania miałem do Gattuso. Był dla mnie jak brat, mimo że byłem jego trenerem. Powierzyłem mu rzeczy, których nie powiedziałbym nikomu innemu”. Wystarczy sobie przypomnieć jak wielokrotnie Gattuso „tarmosił” za twarz swojego menadżera.
„Rino” spędził w Milanie 13 lat, rozgrywając dla tego zespołu aż 468 spotkań. Zajmuje siódme miejsce w tabeli klubowych rekordów z występami w czerwono-czarnych barwach. Był wojownikiem, który zadziwiał, choć zwykle mówiło się o Kace, Szewczence czy Inzaghim. W sezonie 05/06 włoski Pitbull wystąpił w 48 spotkaniach dla Milanu, włączywszy w to różnego rodzaju puchary. Harował na boisku jak wół, natomiast miał szczęście, unikając kontuzji. Przez siedem sezonów z rzędu (od 01/02 do 07/08) zagrał w ponad 40 spotkaniach. W kolejnym zapewne pobiłby następną czterdziestkę, gdyby nie zerwane więzadło. Wyobraźcie sobie, że z zerwanym więzadłem dokończył mecz. Później musiał już poddać się operacji. Nie było to takie proste, ponieważ lekarz nie mógł w normalny sposób przepiłować jego kości. W biografii Pirlo czytamy że Gattuso wykorzystywał widelce, żeby robić kolegom głupie żarty: ,,Niektórzy z nas musieli pauzować tak naprawdę z powodu jego ataków widelcem, choć oficjalny komunikat lekarza klubu brzmiał wówczas: zmęczenie mięśni”. Jeśli już o żartach mowa, to pomocnik też dał się spektakularnie wkręcić. Polecam włoską wersję czegoś w rodzaju „Mamy Cię”, w której wystąpił Gattuso. Włoch zostawił auto na parkingu, a człowiek, który go wpuścił, popędził do domu po aparat, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie. W samochodzie zostawił natomiast swojego psa. Ten zrobił w tam totalną masakrę. Drugi z parkingowych sugeruje, że być może pies już był w samochodzie, co tylko rozwściecza Gattuso. Chce numer telefonu do kolegi, który go wpuścił. W międzyczasie na balkon wychodzi facet w piżamie, który ma pretensje o głośne zachowanie Włocha. Leci wymiana zdań, w której piłkarz straszy, że wsadzi „balkoniarzowi” patyczek od lizaka w dupę i każe mu iść spać. Kiedy przyjeżdża pierwszy z parkingowych z aparatem, żeby zrobić zdjęcie – Gattuso zaczyna go gonić i kopać, chcąc wymierzyć sprawiedliwość. Szybko trzeba mu wyjaśniać, że to tylko niewinny żart. Wysilcie się i znajdźcie wideo. Jest stare, ale mistrzowskie. Włoch może czuć się spełniony. Razem z Milanem sięgnął dwukrotnie po Ligę Mistrzów, dwa razy zdobył też mistrzostwo Włoch, raz Puchar Włoch, dwukrotnie Superpuchar Włoch. Dołożył do tego jeszcze dwa Superpuchary UEFA, Klubowe Mistrzostwo Świata, a wszystko to pieczętuje wisienka na torcie, związana z reprezentacją Włoch. Puchar Świata z 2006 roku. Najcenniejsze trofeum w życiu piłkarza. Milan jednak spełnił jego dziecięce marzenia, za co Gattuso jest niezwykle wdzięczny. To klub mojego dzieciństwa, który pozwolił mi wygrać wiele pucharów i grać z prawdziwymi mistrzami, z którymi nigdy sobie nawet nie wyobrażałem, że będę grał. W stolicy Albanii – Tiranie, przydarzyła się dziwna historia. W 2009 roku, po trzech latach, odnalazł się Range Rover Gennaro Gattuso. Historia zatoczyła koło, bo przed laty w tym samym mieście odnaleziono zaginione auto Franco Baresiego, a minister Macedonii jeździła zakupionym BMW, dopóki policja nie stwierdziła, że dokładnie to auto zostało wcześniej skradzione Davidowi Beckhamowi. Po prostu Bałkany. Na koniec piłkarskiej kariery występował w szwajcarskim zespole FC Sion. Najlepszym podsumowaniem będzie pewna cyfra. 1999 – tyle dokładnie minut rozegrał w ostatnim sezonie. Liczba ta jest jeszcze ważną datą. To przecież w 1999 roku Gattuso podpisał kontrakt ze swoim ukochanym Milanem. W tym miejscu i taką puentą, chciałbym zakończyć tę historię, ale nie mogę.
Włochowi zamarzyło się bycie świetnym szkoleniowcem. Pod koniec lutego (2013) został grającym trenerem Sionu. Był to piąty(!) coach szwajcarskiej drużyny w tamtym sezonie. Długo nie wytrzymał. Dwa i pół miesiąca. Kiedy naderwał ścięgno Achillesa i nie mógł pomóc na boisku – przegrał aż 0-5 z FC. St Gallen. Po tej klęsce został zwolniony, lecz po dwóch tygodniach znalazł ukojenie w Palermo, kiedy ci spadli do Serie B. Tu wytrzymał dokładnie sześć ligowych spotkań i również poleciał ze stołka. W greckim OFI Kreta borykał się z olbrzymimi problemami finansowymi klubu. Początkowo szło mu całkiem nieźle, jednak co z tego? Zalegano z płatnościami. Gattuso jest niepodrabialny. Po jednej z porażek zrezygnował z prowadzenia Krety, w kolejny dzień jednak zmienił zdanie i postanowił pozostać trenerem. Musiał radzić sobie z problemami poza boiskowymi. Kiedy na jednej z konferencji padło pytanie o to czy odejdzie, ponieważ w klubie nie płacą – Włoch się wściekł: ,,To nie Barcelona czy Real, tylko mały klub z wieloma problemami. Chcę, żeby moi zawodnicy grali z jajami. Mam odejść? To zbyt łatwe. Tu jest moja rodzina i ja też zostaję. Nie przyjechałem na wakacje. Nie chcę słuchać tego, że piłkarze nie dają z siebie 100%, ponieważ klub zalega im z wypłatą. Pierdolcie się wszyscy”. Po „jednodniowej rezygnacji” wytrzymał jeszcze miesiąc. Miał dosyć tego, że klub zalega z wypłatami. Do tego FIFA cały czas groziła odjęciem punktów. Wreszcie się to stało, jednak Gattuso nie pracował już w Grecji. W styczniu odebrano sześć punktów zespołowi, który spadł wtenczas na ostatnią lokatę. Nie był w stanie regulować płatności. OFI Kreta skończyła na dnie tabeli, razem z dwoma pozostałymi zespołami, które miały podobne problemy. Wszystkie punkty zdobyte w początkowej fazie przez Gattuso, sukcesywnie odejmowano. Finalny dorobek Krety to… -6 punktów. Marnie skończyli, a „Rino” wcześniej dał sobie spokój i przestał się denerwować. Po odejściu Włocha klub wygrał jeden mecz (z PAOKiem – jak?!), a przegrał piętnaście. Nie miał kto złapać piłkarzy za jaja, choć to pewnie i tak nic by nie dało. Do bezpiecznego miejsca brakło bowiem blisko 50 punktów. W marcu tego roku „The Sun”, abstrakcyjnie oczywiście, zapytał go o możliwość pracy w Manchesterze United: ,,Poszedłbym tam na pieszo. Nawet jutro. Sir Alex Ferguson zawsze mnie szanował. Zawsze podziwiałem Premier League. We Włoszech są taktyczni geniusze, jednak w Anglii widzisz graczy silnych na nogach”. Gattuso doświadczył jednak wielkiego sukcesu w roli szkoleniowca Pisy. Wprowadził zespół do Serie B. Mam tatuaż z datą pierwszej wygranej w Champions League. Kolejnym będzie data awansu Pisy. Poprzedni sezon był masakryczny, choć zdobycie 18 punktów z totalnym bankrutem jest dla mnie jak mistrzostwo ligi. Pewna w życiu jest tylko śmierć. Nie wiem jaka będzie moja dalsza decyzja dotycząca przyszłości w Pizie. Odszedł. Stwierdził, że klub nie chce się rozwijać. I wrócił. Na początku września. W 2017 roku Milan został ogłoszony trenerem Primavera AC Milan – czyli młodzieżowej drużyny jednej z najlepszej ekip we Włoszech. Gattuso zastąpił na stanowisku Stefano Navę i można było się spodziewać, że prędzej czy później Włoch otrzyma również szansę prowadzenia pierwszej drużyny. Rossoneri chętnie w swoich rekrutacjach na stanowisko trenera sięgali po dawne legendy. Tak było, chociażby z Clarencem Seedorfem czy Filippo Inzaghim. Na awans do pierwszego zespołu Gattuso nie czekał długo. Po zwolnieniu Vicenzo Montelli naturalnym kandydatem został Gennaro. W pierwszym niepełnym sezonie pod wodzą Włocha Milan zakończył sezon na 6 miejscu. Kolejny sezon przyniósł progres – Milan zajął 5 miejsce w lidze z 68 punktami – do lokaty zapewniającej grę w lidze mistrzów Rossonerim Zabrakło 1 punktu. Wynik ten należy traktować w kategoriach sukcesu — był to najlepszy rezultat od sezonu 2012/13. Pod koniec maja 2019 roku AC Milan poinformował o rozwiązaniu kontraktu z Gattuso – nie była to jednak decyzja klubu, a szkoleniowca. Finalnie obie strony doszły do porozumienia i rozstanie odbyło się w atmosferze szacunku. Włoch zakończył przygodę z Milanem po 82 meczach, z których jego zespół wygrał 40, 22 zremisował i 20 przegrał. Piłkarze nie byli zachwyceni decyzją trenera, ale też bardzo ciepło wypowiadali się o byłym już szkoleniowcu.
Na stronie acmilan.com.pl zebrano przykładowe komentarze członków drużyny: „W piłce nożnej rzadko znajduje się takie osoby… Nasz świat jest raczej ulotny i powierzchowny, ale ty jesteś z innej rasy… WARTOŚCI PRAWDZIWEGO MĘŻCZYZNY odróżniają cię od reszty… Dziękuję ci z serca! Życzę ogromnego powodzenia – dla ciebie i twojej wspaniałej rodziny!”– Pepe Reina
„W piłce nożnej rzadko znajduje się takie osoby… Nasz świat jest raczej ulotny i powierzchowny, ale ty jesteś z innej rasy… WARTOŚCI PRAWDZIWEGO MĘŻCZYZNY odróżniają cię od reszty… Dziękuję ci z serca! Życzę ogromnego powodzenia – dla ciebie i twojej wspaniałej rodziny!”– Suso
„Dziękuję za zaufanie, którym mnie obdarzyłeś i za to, czego mnie nauczyłeś! Jesteś wyjątkową osobą, z ogromnymi wartościami ludzkimi. Jesteś rzetelny, uczciwy i zawsze dawałeś z siebie wszystko! Dziękuję, trenerze!”– Ricardo Rodriguez
11 grudnia 2019 roku Gattuso zastąpił Carlo Ancelotti w roli menadżera Napoli. Efektem zatrudnienia Włocha była wygrana w Coppa Italia. Drużyna odpadła z Ligi Mistrzów po porażce w 1/16 rozgrywek z FC Barceloną i zakończyła sezon na 7 miejscu w lidze, tuż za AC Milanem. Kolejny sezon Napoli rozpoczęło bardzo obiecująco, zdobywając komplet punktów w 5 meczach i osiągając bilans bramkowy 15:2. Do 12 kolejki zespół pod wodzą Gattuso przegrał dwa mecze i nic nie zapowiadało zbliżającego się kryzysu. W 22 kolejce statystyki wyglądały jednak dużo gorzej – 8 przegranych meczów w lidze, przegrany superpuchar z Juventusem, odpadnięcie z Pucharu Włoch z Atalantą i porażka 2:0 w pierwszym meczu 1/16 Ligi Europy z hiszpańską Granadą przyciągnęły nad głowę Włocha czarne chmury. Mimo niekorzystnego bilansu drużyna pod wodzą Gattuso zaczęła wychodzić z kryzysu. Do końca sezonu Napoli przegrało tylko jeden mecz ligowy z Juventusem. Niestety pomimo dobrej serii drużyna nie osiągnęła celu minimum, czyli miejsca gwarantującego grę w Lidze Mistrzów. Zadecydował tak naprawdę ostatni mecz sezonu (remis z Hellas Verona 1:1) , bo pomiędzy 2 w lidze Milanem a 5 Napoli różnica wyniosła zaledwie 2 punkty. Zwolnienie Włocha było mimo wszystko zaskoczeniem – o miejscu w lidze zadecydowały detale, ale Gattuso osiągnął najlepszy bilans trenerski w karierze – jego ekipa wygrała 57% z wszystkich meczów i osiągnęła korzystny bilans bramkowy (+54). Gattuso musiał długo czekać na zatrudnienie. 2 dni po ogłoszeniu rozwiązania kontraktu z Napoli, Fiorentina ogłosiła podpisanie umowy z Włochem. Gennaro miał rozpocząć pracę we Florencji 1 lipca, ale dwa tygodnie przed tym terminem kontrakt został rozwiązany, a Gattuso został zatrudniony w hiszpańskiej Valencii, którą prowadził do końca stycznia ubiegłego roku. Obecnie jest trenerem Olimpique Marsylia.
Osiągnięcia klubowe:
Perugia
1 x Trofeo Giacinto Facchetti: 1995–96
AC Milan
2x Mistrzostwo Włoch: 2003–04, 2010–11
1x Puchar Włoch: 2002–03
2x Superpuchar Włoch: 2004, 2011
2x Liga Mistrzów: 2002–03, 2006–07
2x Superpuchar UEFA: 2003, 2007
1x Klubowe mistrzostwo świata: 2007
Osiągnięcia Reprezentacyjne:
1x Mistrzostwa Europy U21 (2000)
1x Mistrzostwo Świata (2006)
7
Żywe legendy włoskiego futbolu:
@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
10
Zapomniane legendy futbolu:
Legenda Spartaka Moskwa i reprezentacji Związku Radzieckiego. Świetny piłkarz i bardzo skromny człowiek. Igor Netto, bo o nim jest ten artykuł, grał aby nieść chwałę ZSRR, jednak tak naprawdę imperium wyrządziło mu wielką krzywdę niszcząc życie rodzinne. Igor Aleksandrowicz Netto urodził się 9 stycznia 1930 roku w Moskwie. Rodzina piłkarza pochodziła z Estonii. W XVIII wieku osiedlił się tam prapradziadek Igora, z pochodzenia Włoch. Zamieszkał w Estonii, ponieważ w nadbałtyckim kraju czekała na niego praca ogrodnika. Ojciec zawodnika walczył podczas I wojny światowej po stronie łotewskich strzelców sprzymierzonych z Rosją. Zmarł w 1956 roku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zgon Netto seniora nastąpił, kiedy Igor i jego koledzy ze złotej drużyny olimpijskiej wracali pociągiem do kraju i świętowali zdobycie mistrzostwa (1:0 z Jugosławią w finale). Kapitan zwycięskiego zespołu wiedział o śmierci ojca jeszcze przed podróżą, jednak nie powiedział o tym nikomu z ekipy. Netto nie chciał psuć kolegom radości ze zdobycia złotych medali. Najbardziej tragiczna jest jednak historia relacji Igora z jego starszym bratem Lwem. W 1944 roku został on schwytany przez Niemców po tym, jak walczył dla Armii Czerwonej podczas II wojny światowej. Po zakończeniu wojny został zwolniony z więzienia przez Amerykanów. Lew Netto wrócił do ojczyzny, jednak w 1948 roku oskarżono go o szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych. Lwa skazano na 25 lat pobytu w gułagu mieszczącego się w Norylsku, czyli jednym z najzimniejszych miast świata. Brat Igora opuścił obóz w 1958 roku. Zarówno Igor, jak i jego rodzina musieli wymazać Lwa z pamięci. W dokumentach kontrolnych wypełnianych przed IO w Helsinkach piłkarz zeznał, że nie widział brata od czasu wojny. Gdyby wyjawił prawdę, nie pojechałby na igrzyska, a w przyszłości okazałoby się, że to najłagodniejsza represja wobec jego osoby. Bracia spędzili ze sobą ostatnie lata życia Igora, który zmarł 30 marca 1999 roku w wieku 69 lat. Chorego na Alzheimera Netto opuściła żona, radziecka aktorka Olga Jakowlewa. Poznali się w 1960 roku. W uroczystościach ślubnych nie uczestniczyła matka, sprzeciwiająca się wyborowi syna. Jej zdaniem Olga związała się z Igorem tylko dlatego, aby skorzystać z jego sławy i zrobić karierę filmową. Rzeczywiście, poważanie w branży Jakowlewa zyskała już po ślubie z jednym z najlepszych radzieckich futbolistów. Aktorka i piłkarz rozwiedli się w 1987 roku.
Niewiele brakowało, aby Netto zamiast piłki nożnej wybrał hokej na lodzie. Jako młodzian łączył nawet grę dla piłkarskiej i hokejowej sekcji Spartaka. Z uganiania się za krążkiem zrezygnował – jak głosi legenda – pod wpływem nacisków ze strony osób związanych z piłkarską częścią Spartaka. Jako hokeista Netto grał na pozycji napastnika. Jako piłkarz występował w środku pola z numerem sześć. Tak kolegę z drużyny wspominał Aleksiej Paramonow: ,,Byłem pięć lat starszy od Igora. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że ten młody zawodnik, bez żadnych obaw domaga się od starszych zawodników zostania na boisku po każdej sesji treningowej, aby poprawić technikę. Nikt go nie posłuchał, a on żonglował piłką i starał się poprawić przyspieszenie. Ten rodzaj szkolenia pozwolił mu stać się jednym z najlepszych piłkarzy w kraju.” Jeszcze jako młody gracz żądał od kolegów z defensywy, aby przestali grać długimi podaniami do napastników, tylko podawali piłkę po ziemi lub jemu. Można powiedzieć, że to Netto był jednym z prekursorów tzw. ,,wejścia między stoperów”. Nazywano go ,,Gęś”, ponieważ miał skrzeczący głos i bardzo długą szyję. Zaledwie w wieku 22 lat został kapitanem piłkarskiej reprezentacji Związku Radzieckiego. Z opaską na ramieniu w ciągu trzynastu lat (1952-1965) rozegrał 52 spotkania. Łącznie zanotował 54 występy. Następnym kapitanem został wybitny napastnik Walentin Iwanow. Nominacja Netto na kapitana drużyny zbiegła się z najlepszym okresem w dziejach radzieckiej reprezentacji. W 1956 roku w Melbourne zdobyła ona olimpijskie złoto. Cztery lata później ZSRR jako pierwsza ekipa w dziejach wywalczyła mistrzostwo Europy. W 1958 roku Związek Radziecki po raz pierwszy awansował na mistrzostwa świata. Tam jednak na drodze do medalu stanęła Brazylia uważana po dziś dzień za jedną z najlepszych drużyn w historii dyscypliny. Równie wiele sukcesów Igor Netto osiągnął dla Spartaka Moskwa. Reprezentował klub przez siedemnaście lat. Rozegrał dla niego 368 ligowych meczów. Pięć razy zdobywał ze Spartakiem mistrzostwo ZSRR, a trzy razy krajowy puchar. Po śmierci legendy na cmentarzu Wagankowo wzniesiono jego pomnik. Na kamieniu napisano ,,Kochały Cię miliony”. Wielki w swej prostocie napis ku czci wielkiego w swej prostocie piłkarza.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90
8
@FCBparasiempre
100 metrów przebiegał w czasie nieco ponad dziesięciu sekund. „Był szybszy od wiatru”, pisali o nim dziennikarze. Argentyński atakujący Claudio Caniggia był jednym z najciekawszych zawodników lat 90-tych XX wieku. Dlaczego nie wymieniamy go wśród absolutnie największych tamtych czasów? Ponieważ nad ciężką, katorżniczą, treningową pracę przedkładał imprezy, alkohol, narkotyki i… przyjaźń z Diego Maradoną. To musiało go zgubić. Claudio Caniggia w pełnej formie był prawdziwym ucieleśnieniem dynamiki, szybkości i latynoskiego temperamentu. Kiedy patrzyło się na niego w biegu, miało się wrażenie, że ten facet frunie nad boiskiem. Był jak najdoskonalszej krwi mustang, niemający przed sobą żadnych limitów. Wychowały go Club Atletico River Plate oraz Henderson, jedna z dzielnic potężnej metropolii Buenos Aires. Caniggia miał talent. Nie był specjalnie wysoki, ale był nieprawdopodobnie zwinny i dynamiczny. „Zanim obrońca zdołał dopaść go na dobre, on już był w innym sektorze boiska” – mówił Hector Viera, jego szkoleniowiec w River, człowiek, który wprowadził go do seniorskiej piłki. Caniggia bardzo szybko trafił do wielkiego piłkarskiego świata. W 1988 roku, w wieku 21. lat podpisał kontrakt z włoskim Hellas Verona. Wyjazd w tak młodym wieku do włoskiej Serie A, najlepszej wówczas ligi świata, okazał się dla niego doskonałym wyborem. Caniggia miał co prawda w Italii wiele problemów, często był faulowany i poniewierany na boisku, ale dzięki temu błyskawicznie nauczył się tego, jak gra się w piłkę nożną na najwyższym poziomie. Rzucony na najgłębszą z możliwych wodę, szybko nauczył się pływać wśród rekinów. Na dobre Caniggia rozwinął się już w Atalancie. W ekipie „Nerazzurrich” z Bergamo przez trzy lata był najjaśniejszym punktem zespołu. To m.in. dzięki jego doskonałej postawie skromna Atalanta najpierw uzyskała prawo gry w europejskich pucharach (sezon 1989-90), a następnie dobiła do najlepszej ósemki Pucharu UEFA (1990-91). To w Italii zyskał przydomek „Il Figlio del Vento”, czyli „syn wiatru”.
Jako gracz Atalanty Caniggia pojechał na swój pierwszy piłkarski Mundial. Początek turnieju nie był dla niego udany. To właśnie na nim wykonany został jeden z najbardziej pamiętnych wślizgów w całej historii turniejów o Mistrzostwo Świata. Była 89. minuta meczu otwarcia pomiędzy Argentyną a Kamerunem. Sensacyjnie przegrywająca 0-1 ekipa obrońców tytułu ruszyła z jedną z ostatnich akcji na bramkę rozpaczliwie broniących się graczy z Afryki. Caniggia był nie do zatrzymania. W szaleńczym biegu minął dwóch kolejnych defensorów „Nieposkromionych Lwów”. Droga w kierunku bramki Thomasa N’Kono stała otworem. Wtedy jak spod ziemi wyrósł potężny Benjamin Massing. Kameruński stoper, nie patrząc na piłkę, z pełnym impetem wszedł w nogi Argentyńczyka. To był koniec tej akcji. Massing dostał za tę interwencję czerwoną kartkę, ale równocześnie pozbawił „Albicelestes” ostatniej szansy na wyrównanie. Kamerun sensacyjnie wygrał tamten mecz 1-0. Pomimo porażki to właśnie podczas Mundialu 1990 Caniggia na dobre zaistniał w szerokiej świadomości kibiców. To był zdecydowanie jego turniej. Razem z Diego Maradoną przeciągnął przeciętny argentyński zespół aż do wielkiego finału tej imprezy. Twarda, zagęszczona defensywa, nieustanne paraliżowanie gry i ofensywne wypady małą ilością graczy. Argentyńczycy Carlosa Bilardo na włoskim Mundialu nie mogli się podobać. To była drużyna ostrych, zdyscyplinowanych żołnierzy, wsparta fenomenem Maradony i Caniggii. Piłkarze tacy jak Simon, Ruggeri, Serrizuela czy Batista wychodzili na mecze z nożami w zębach. Tamta Argentyna była skuteczna do granic możliwości, a dodatkowo… sprzyjało jej wielkie szczęście. Z grupy awansowała z trzeciego miejsca (ówczesny regulamin przewidywał taką możliwość dla czterech najlepszych „trzecich miejsc”), Brazylię wyeliminowała, będąc zespołem zdecydowanie gorszym, dzięki jednemu przebłyskowi geniuszu duetu Maradona- Caniggia, a Jugosłowian i Włochów odprawiła dopiero po konkursach rzutów karnych. Talent i błysk Caniggii na tle tej bardzo przeciętnej ekipy był widoczny aż nadto. To właśnie jego bramki dały „Albicelestes” zwycięstwo nad Brazylią oraz niezwykle istotne wyrównanie w półfinałowym boju z Italią. Po włoskim Mundialu Caniggia był już gwiazdą. W 1991 roku wywalczył jeszcze z Argentyną swoje pierwsze Copa America, zdobywając na turnieju w Chile dwie bramki, a latem 1992 roku jego nowym pracodawcą została mająca spore ambicje Roma. Tak zaczęły się pierwsze poważne kłopoty Argentyńczyka… Caniggia zatopił się w nocnym życiu Rzymu. Był stałym bywalcem najmodniejszych knajp, klubów i dyskotek. Imprezował nieustannie. Wynajmował całe lokale, stawiał drinki, wciągał kokainę. Żył jak gwiazda rocka, a nie profesjonalny sportowiec. Zatracił się w swojej sławie, pieniądzach i możliwościach. To nie mogło dobrze się skończyć. W kwietniu 1993 roku w organizmie piłkarza wykryto obecność narkotyków. Wyrok był bezlitosny. 13 miesięcy bezwzględnej dyskwalifikacji. W Rzymie nie chcieli o nim słyszeć… Już po Mundialu 1994, na który zdążył wrócić w ostatniej chwili i na którym także padły wobec niego zarzuty o zażywanie narkotyków, Caniggia przeniósł się do mistrzowskiej w Portugalii Benfiki. W słabszej lidze, w dużym klubie, grającym dodatkowo w Lidze Mistrzów, miał się odrodzić i przypomnieć o sobie światu.
Tamta Benfica to był fajny, perspektywiczny zespół, który jednak nie do końca wykorzystał tkwiący w nim potencjał. W Champions League Lizbończycy odpadli w ćwierćfinale, wyrzuceni za burtę przez broniący trofeum Milan. Caniggia w trakcie tamtych bojów po raz kolejny w swojej karierze przekonał się o sile i możliwościach legendarnego Franco Baresiego. Doświadczony Włoch swoją nieustępliwością i rewelacyjnymi interwencjami wybił argentyńskiemu napastnikowi piłkę z głowy… Caniggia zatęsknił za Buenos Aires. Latem 1995 roku, po zaledwie jednym sezonie w Benfice, Claudio powrócił, po siedmiu latach, do ligi argentyńskiej. Tym razem miejscem jego pracy stało się jednak Boca Juniors. Czas spędzony w barwach popularnych „Xeneizes” był dla niego okresem dalszych imprez i zabaw. Nocne picie i awantury w lokalach wykańczały go fizycznie. Jego częstym kompanem był w tamtym okresie Diego Maradona, prawdziwy król życia… Pod koniec lat 90-tych Caniggia jeszcze raz postanowił zawitać do Europy. Grał ponownie dla Atalanty, a także dla szkockich Dundee FC i Rangers. Dzięki dobrej postawie na Ibrox, przypomniał o sobie w ojczyźnie. Marcelo Bielsa, ówczesny selekcjoner argentyńskiej kadry, powołał 35-letniego napastnika na japońsko-koreański Mundial 2002. Trudno było o efektowniejszy akcent na koniec burzliwej kariery. I choć w Azji Caniggia, podobnie jak cała Argentyna, furory nie zrobił to i tak przypomniał o sobie wielu tym, którzy zdążyli już o nim zapomnieć. Claudio Caniggia bez wątpienia był piłkarzem wyjątkowym. Sposób gry, styl życia, ale też sam image, jednoznacznie kojarzyły się z buntem, wolnością i brakiem limitów. Argentyńczyk żył i grał po swojemu i chyba dlatego tak wielu kibiców pokochało go miłością bezwzględną. Dla niego to dużo ważniejsze niż znalezienie się w panteonie gwiazd, tworzonym przez dziennikarzy i ekspertów…
8
Sprinter Claudio kończy dziś 57 lat. O kogo chodzi? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz:
@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
0
@Lionel_Messi10 A no pikna ta kobitka. Tyle że i tak nie dla nas! No przynajmniej nie dla mnie...
1
@Pawel13sz Aaaaa. Plotki ploteczki, no tak i tylko na tych ploteczkach jedziemy.......?
0
@Pawel13sz Mbappe z naszą Barcą? Przecież on jest piłkarzem PSG!
No chyba że coś mnie omineło?
13
Czy wiemy(pamiętamy) że…
Swoje 43 urodziny obchodzi dziś Eusebiusz Smolarek, pomocnik i napastnik. Euzebiusz Smolarek co prawda urodził się 9 stycznia 1981 r. w Łodzi ale większość dzieciństwa i pierwsze piłkarskie kroki stawiał za granicą. Wszystko uwarunkowane było karierą jego nieżyjącego już ojca - śp. Włodzimierza. Euzebiusz Smolarek w kadrze narodowej występował w latach 2002-2010. Łącznie rozegrał w biało-czerwonych barwach 47 meczów, strzelając 20 bramek. Pod względem trafień do siatki przebił zatem swojego ojca - Włodzimierza (13 goli). Jak wspomniano, debiutu w dorosłej drużynie doczekał się w 2002 r., a powołanie otrzymał od Jerzego Engela. Na kolejny występ z orłem na piersi musiał poczekać ponad dwa lata z powodu kontuzji kolana oraz zawieszenia. Pierwsze bramki zanotował pod koniec 2005 r., w tym debiutancką w starciu z Austrią. W 2006 roku selekcjoner Paweł Janas zabrał "Ebiego" na Mistrzostwa Świata w Niemczech. Kibicom kadry dał się szczególnie zapamiętać z końca 2006 r., kiedy to Polska pokonała w Chorzowie Portugalię 2:1 w ramach eliminacji ME 2008. Wówczas oba trafienia zanotował właśnie "Ebi". Po raz pierwszy w reprezentacji trafił więcej niż jeden raz. Rok później Euzebiusz Smolarek w starciu eliminacyjnym z Kazachstanem ustrzelił hat-tricka w jedenaście minut i był ponownie bohaterem meczu, w którym nasi kadrowicze wygrali 3:1. Ogółem eliminacje ME 2008 to najlepszy czas reprezentacyjny Smolarka. Strzelił w nich wówczas dziewięć goli (trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców kwalifikacji), a Biało-Czerwoni awansowali na Euro z pierwszego miejsca. Na ME w Austrii i Szwajcarii "Ebi" nie zdołał strzelić ani razu i był to kolejny nieudany turniej dla naszej reprezentacji (tak ja na MŚ 2006, tak i na Euro 2008 odpadliśmy po trzech meczach fazy grupowej). Euzebiusz Smolarek w sposób szczególny pokazał się również kibicom kadry 1 kwietnia 2009 r. Wówczas ustrzelił drugiego reprezentacyjnego hat-tricka w starciu z San Marino. Był to rekordowy mecz Polaków, którzy wygrali aż 10:0. Smolarek po raz ostatni w biało-czerwonych barwach wybiegł na murawę 17 listopada w ramach meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej (3:1).
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90
1
@LS No i właśnie to jest ciekawa sprawa, którą poruszyłeś. Otóż jak większość pracowników, tak i ja, pracujemy regularnie 8 godzin. Z tym że właśnie zanim podpisałem umowe o prace uprzedzono mnie że właśnie zimą w weekendy i święta będę wzywany do odśnieżania i rzekomo muszę się na to zgodzić choć w umowie tego nie ma. No i właśnie za te dodatkowe godziny odśnieżania jest do wyboru gotówka, bądź dzień wolny. Jak dotąd brałem tylko dni wolne i właściwie nie wiem dokładnie ile jest wypłacane za te świąteczne odsnieżania ale ponoć jest to stawka podwójna najniższej krajowej. No i najciekawsze jest to, co się stanie gdy odmówie te świąteczne odśnieżanie? A nie mam jeszcze umowy bezterminowej tylko do końca tego roku